Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 30 kwietnia 2012
    • Po prostu fair, czyli dycha miesięcznie za wypasione konto. Zdzierstwo, czy okazja?

      Bank BPH jakiś czas temu wprowadził do oferty dwa nowe konta - „Konto Kapitalne” oraz „Konto Maksymalne”. Oba miały tę samą cechę: jedna opłata miesięczna i wszystko gratis. Kłopot polegał na tym, że ta miesięczna opłata  robi wrażenie koszmarnie wysokiej - 9,99 zł albo 14,99 zł miesięcznie, czyli 120-180 zł rocznie. A na rynku naprawdę nie brakowało - i wciąż nie brakuje! - rachunków, których prowadzenie nie tylko nic nie kosztuje, ale wręcz można dostać do kilkunastu złotych miesięcznie w prezencie, o ile się namiętnie płaci w sklepach kartą płatniczą wydaną do danego rachunku. Na tym tle propozycja BPH wyglądała jak wzięta z kosmosu i kompletnie nie przystająca do warunków rynkowych. Ona po prostu wyprzedziła swój czas. Zwłaszcza przy „bankowej wrażliwości cenowej” Polaków.

      Teraz te dwa flagowe rachunki BPH znów są mocno promowane. W telewizji trwa intensywna kampania reklamowa, wspomagana spektakularną akcją rozdawania nowym klientom premii jeśli będą używali swojego, świeżego  „Konta Kapitalnego” albo „Maksymalnego”. Do wyjęcia jest 300 zł, a więc kwota, która rzadko kiedy leży na ulicy. Do oceny tego pomysłu marketingowego - jak i do reklam obu BPH-owskich kont - wrócę za chwilę. Teraz trzy słowa o tym czy propozycja kont za 9,99 zł i 14,99 zł wreszcie zostanie przez klientów doceniona. Uważam, że jest na to szansa. Bankowi BPH dziś bardziej niż w poprzednich miesiącach sprzyja koniunktura. Konkurencyjne banki mocno okroiły bowiem zakres usług, które dają za darmo i zero złotych w taryfie coraz rzadziej oznacza  zero złotych w realu.

      Coraz częściej do darmowego ROR-u jest dodawana już zupełnie niedarmowa karta (kosztuje kilka złotych albo bank znosi opłatę tylko pod warunkiem wykonania kartą transakcji w sklepach o określonej wartości), za dostęp do wszystkich bankomatów  w kraju trzeba zapłacić ryczałtem kilka złotych ekstra, a usługi assistance są dodawane tylko do najbardziej rozbudowanych pakietów, kosztujących kilkanaście złotych w skali miesiąca.  W BPH za te  9,99 zł można mieć konto, kartę, przelewy, zlecenia stałe i polecenia zapłaty (zwykle w innych bankach dodatkowo płatne) oraz assistance. Za 14,99 zł dodatkowo dorzucają wszystkie bankomaty gratis, ubezpieczenie w podróży i kartę typu gold. Przyznacie, że to dość wypasiony pakiet usług.

      Czytaj też: A może domowy assistance dokupisz sobie osobno?

      Dla wielu może to być wciąż zbyt wysoki ryczałt, by skłonić ich do zmiany banku. Choć trzeba pamiętać, że BPH według nowej strategii nie ma być bankiem mass-marketowym, czyli skierowanym dla każdego klienta, nawet tego z niskimi dochodami. Główną częścią jego klienteli mają być jednak osoby o dochodach powyżej średniej krajowej, w granicach 5000 zł miesięcznie. Być może takie osoby są w stanie zapłacić 15 zł miesięcznie, by potem mieć wszystko w banku gratis? Jeśli tak jest, to zupełnie nie rozumiem tej akcji z 300 zł prezentu. Takie promocje powinny organizować banki uderzające do klienta z najniższej półki. Ten pomysł kompletnie nie pasuje mi do wizji BPH jako banku dla klientów aspirujących. Do nich chyba warto mówić argumentami z nieco wyższej półki (choć może powiecie, że kasa to argument, który działa na każdego?).

      Sam pomysł na prezent dla klienta mnie nie powala, a jego wykonanie - również. Bo te 300 zł jest dostępne tylko dla klientów, którzy przez trzy miesiące z rzędu zapewnią wpływy na konto w wysokości co najmniej 7500 zł. Dla wpływów mniejszych premia będzie bardziej skąpa - np. jeśli przelejemy 2400 zł, wyniesie tylko 100 zł. Poza tym trzeba również kilka razy w miesiącu zapłacić kartą wydaną do konta za zakupy w sklepach, ale to już drobiazg. Osobiście wolałbym, aby Bank BPH skupił się na wytłumaczeniu klientom bogactwa rzeczy, które daje im za darmo. Czy wiecie, że na początku w ogóle nie wpadłem na to, iż jednym z większych bonusów w ofercie BPH jest brak prowizji bankowej za polecenia zapłaty i zlecenia stałe? Nie są to usługi, na które zwraca się uwagę w pierwszym momencie, a w większości banków są one płatne. I to właśnie o tym powinien mówić  BPH, a nie opowiadać o jakichś 300 zł przyznanych jednorazowo po trzech miesiącach.

      Jakkolwiek sama oferta kont powoli dojrzewa do tego, by stać się rynkowym hitem, to sposób jej reklamowania jakoś do mnie nie przemawia. Niby jest nietypowo, niby zmieniające się w nieoczekiwany sposób literki i słowa przyciągają uwagę, ale... to wszystko jest jakieś takie nudne i nieprzekonujące. Teksty są wymyślone chyba na siłę (jak fakt o badaniach, z których podobno wynika, że 80% darmowych kont wcale nie jest za darmo - do diaska, do tego nie trzeba żadnych badań, to można policzyć!). Jeśli już ma to być reklama w stylu tekstowym, to warto znaleźć naprawdę mocne dane i liczby, które wstrząsną odbiorcą. Ale w tych reklamach takich liczb brak. I to jest mój główny do zarzut do spotów. Bynajmniej nie mam za to Bankowi BPH za złe - choć ostatnie reklamy z Bartoszem Opanią były już dość zacne - że zrezygnował z celebrytów w reklamach.

      Przed BPH jest jeszcze długa droga, by wyróżnić się w tłumie banków mówiących o sobie, że mają wyższą kulturę, grają fair, mają zasady i szanują klientów bardziej, niż siebie samego. Nie wystarczy tu dobre hasło. A skoro mówimy o hasłach to... Niedawno firma ARC Rynek i Opinia sprawdziła specjalnie dla blogu ”Subiektywnie o finansach” (na reprezentatywnej próbie ponad 1000 konsumentów) które z kilku bankowych haseł najbardziej kojarzy im się z uczciwością. I co się okazało? Wygrały ”Finanse z zasadami”, czyli hasło Kredyt Banku. Niby niejednoznaczne (bo nie wiadomo o jakie zasady chodzi), ale jednak... zasada to zasada. Jest zasadnicza. :-). Na to hasło zagłosowało 29% ankietowanych osób. Drugie miejsce ze wskazaniami 27% osób zajęła ”Wyższa kultura bankowości”. Trzecie - wybrało je 24% - to polbankowe ”Po prostu, po ludzku”. A dopiero na czwartym miejscu, ze wskazaniami 20% osób, znalazło się hasło Banku BPH - ”Po prostu fair”.

      Cóż, to tylko hasło, a ja trzymam kciuki, by BPH pokazał, że potrafi być fair - od początku do końca. Bo bank poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy. :-). Choć przecież wcale nie jestem pewien czy dla klientów banków bycie banku fair jest najważniejszą cechą, na którą stawiają. Sukcesy banków, które od lat przepuszczają swoich klientów przez wyżymaczkę, a i tak nowi walą do nich drzwiami i oknami - kuszeni wysokimi procentami lokat lub polityką łatwego pieniądza - to namacalne dowody na to, że część Polaków nie interesuje to, żeby bank był wobec nich fair. Oni chcą po prostu łatwego dostępu do kasy. A zatem najlepszym hasłem dla takiego banku powinno być: ”Kasa, Misiu, kasa”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Po prostu fair, czyli dycha miesięcznie za wypasione konto. Zdzierstwo, czy okazja? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 kwietnia 2012 10:12
  • sobota, 28 kwietnia 2012
    • Rozmowa z bankowcem jak spacer po polu minowym. Jedna zła odpowiedź i...

      Telefony z banku zwykle bywają denerwujące, czasem też zabawne. Przeważnie są czystą stratą czasu, przynajmniej dla indagowanego klienta. Rzadko kiedy wynika z nich coś konstruktywnego. Kredyt gotówkowy, karta kredytowa, dodatkowy limit debetowy - takich rzeczy zwykle nie potrzebujemy akurat wtedy, gdy dzwonią do nas z banku w celu ich wciśnięcia. Czasem w gratisie - zanim dzwoniący z banku obywatel telemarketer zostanie przekonany, że nic nie wskóra - jest jeszcze jakiś miły żarcik. O, taki jak ten, który opowiem Wam dzisiaj, podesłany przez jednego z czytelników. „Piszę do pana bo spotkał mnie absurd rodem z filmów Barei. Mam (no właśnie czy na pewno mam?) kredyt hipoteczny w Banku Millenium. Umowa podpisana, prowizja zapłacona, wpis hipoteczny na rzecz banku ustanowiony tylko ciągle nie wypłaciłem pierwszej transzy” - napisał mi jeden z czytelników. Co na to dzielnicowy Parys?

      Do naszego bohatera zatelefonował telemarketer z Banku Millennium właśnie. „Dzwoni do mnie pani z banku i standardowo pyta czy ja to ja. Zadaje trzy pytania, aby mnie zweryfikować” - opowiada czytelnik. A dalej rozmowa wygląda tak: „Czy posiada pan kredyt hipoteczny w Banku Millennium?” Czytelnik na to: „Mam podpisaną umowę, ale jeszcze nie wypłaciłem pierwszej transzy”. Pani (strapiona): „Musi pan odpowiedzieć jednoznacznie: tak albo nie”. Teraz czytelnik się strapił: „Nie wiem jak to jest traktowane u państwa w systemie, mam umowę, ale jeszcze nie wypłaciłem pierwszej transzy”. Pani (już wyraźnie rozbawiona): „Nie mogę przyjąć takiej odpowiedzi musi pan odpowiedzieć tak lub nie”. Czytelnik gra va banque: „No to niech będzie, że tak”. I jeszcze kilka chwil niepewności, żeby się dowiedzieć: wóz czy przewóz?.

      Pani zadaje mi pozostałe dwa pytania o imiona rodziców i stwierdza, że niestety moje odpowiedzi nie zgadzają się z tym, co ma na mój temat wpisane w systemie. I niestety nie może mi udzielić informacji z którą do mnie dzwoniła. Na pocieszenie dodała, że to nic ważnego i mogę się z tą ofertą zapoznać w oddziale” - opowiada czytelnik. „Przez moment miałem nadzieję, że pani z banku jeszcze raz do mnie zadzwoni i pozwoli mi odpowiedzieć na pytanie o posiadanie w banku kredytu hipotecznego „nie". Ale niestety nic takiego nie nastąpiło” - to już prawie koniec story. Pani z infolinii gratulujemy, czytelnikowi przeszła koło nosa karta kredytowa albo pożyczka gotówkowa. A może nie przeszła? „Kilka tygodni temu ktoś do mnie dzwonił z tego samego banku w sprawie kart kredytowych i pierwsze pytanie weryfikacyjne było to samo: o posiadanie kredytu hipotecznego. Tym razem odpowiedź opisowa przeszła :-)”. Jakiś nazbyt rozgarnięty marketer zepsuł cała zabawę!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Rozmowa z bankowcem jak spacer po polu minowym. Jedna zła odpowiedź i...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 28 kwietnia 2012 10:50
  • piątek, 27 kwietnia 2012
    • Odszkodowanie za rower dostaniesz, ale... tylko wtedy, gdy spuszczą ci też łomot

      Jutro oficjalnie zaczynamy Najdłuższy Weekend Nowoczesnej Europy. Sądząc po tym co dzieje się na warszawskich ulicach oraz na Lotnisku Chopina - niektórzy z Was zainaugurowali go jeszcze wcześniej. Nie wpłynie to dobrze na nasze polskie PKB, ale nie mam zamiaru czynić Wam z tego wyrzutu. Jak wiadomo podczas Majówki jeździ się na rowerowe wycieczki. Kto nie zainaugurował sezonu rowerowego podczas pierwszych, kwietniowych cieplejszych dni, zapewne zrobi to teraz. Rower zaś bywa cennym cackiem, wartym kilka tysięcy złotych. Fajnie byłoby z nadejściem maja móc pójść do banku lub firny ubezpieczeniowej, by uzyskać święty spokój, iż ktoś pokryje straty w razie, gdyby ukochane dwa kółka i czterdzieści szprych miało spotkać jakieś nieszczęście. 

      Zrobiłem przegląd oferty firm ubezpieczeniowych i niestety doszedłem do dołującego wniosku, że nie przygotowały się wcale na początek sezonu rowerowego. O ile w bankach można znaleźć konto albo kartę przyrządzoną specjalnie pod katem miłośnika kolarstwa (celuje w tym Bank BGŻ), o tyle trafić w firmie ubezpieczeniowej na polisę dedykowaną rowerzyście to trochę tak, jakby szukać igły w stogu siana. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: dopóki rower stoi sobie w domu lub piwnicy, stanowiąc tzw. mienie ruchome, oczywiście można go ubezpieczyć bez najmniejszego problemu - jeśli ruchomości w mieszkaniu mamy objęte polisą o sumie np. na 20000 zł i ktoś nam rower ukradnie, to w ramach polisy odzyskamy taką wartość roweru, jaką zadeklarowaliśmy podpisując umowę ubezpieczenia. Albo kwotę wynikającą z pewnej proporcji między sumą ubezpieczenia, a procentowo określonym zakresem odpowiedzialności ubezpieczyciela za grupę rzeczy w mieszkaniu, do której zaliczono rower - stosowane rozwiązanie zależy od polisy i jej ogólnych warunków.

      Jednak rowerem wyprowadzonym na ulice żaden ubezpieczyciel się już zająć nie chce. I to jest fatalna sprawa. Tylko w PZU znalazłem ofertę przeznaczoną specjalnie dla posiadaczy rowerów - „Bezpieczny Rower” , Jest tu i ubezpieczenie od nieszczęśliwych wypadków NNW i polisa OC na wypadek gdyby zdarzyło nam się uszkodzić czyiś majątek bądź - odpukać - czyjąś cielesność. Jest też coś w rodzaju AC, ale niestety ta opcja jest znacznie uboższa, niż standardowe AC dla samochodu. PZU nie wypłaci odszkodowania w przypadku kradzieży roweru, o ile nie będzie to kradzież połączona z rabunkiem. Jeśli więc zostawimy rower przypięty do płotu i po prostu zniknie - PZU nie odda ani grosza. Ale jeśli pojedziemy ciemną uliczką i zaatakuje nas jakiś lokalny watażka, który nie ograniczy się tylko do zabrania roweru, ale przy okazji uszkodzi nam twarz, to co innego. W sumie więc należałoby zaapelować do złodziei rowerów, żeby nie robili wsi i nie szli na łatwiznę.

      Ukraść rower to każdy głupi umie. Sądzę, że właściciel roweru mógłby w takiej sytuacji nawet spróbować dogadać się ze swoim oprawcą. ”Zabierz ten rower, ale chcę również przyjąć łomot. Ładnie proszę. Podzielimy się ubezpieczeniem”. Na dowód możemy pokazać bandycie postanowienie zawarte w rozdziale V polisy „Bezpieczny Rower” w PZU, które stanowi: „Ubezpieczeniem nie są objęte szkody powstałe wskutek kradzieży roweru, jego części lub wyposażenia”. Każdy szanujący się bandzior z czystego współczucia powinien przynajmniej troszkę poturbować właściciela roweru. Tylko tak odpowiedzialna postawa powoduje, że z sytuacji kat-ofiara przechodzimy do biznesowego modelu win-win, w którym wszyscy wygrywają. No, może poza PZU.

      Nota bene wyłączenia w polisie naszego narodowego ubezpieczyciela obejmują także różne inne rzeczy. PZU nie odda pieniędzy jeśli szkoda jest warta mniej, niz 50 zł, jeśli powstała w wyniku uczestniczenia roweru w zamieszkach, demonstracjach, akcjach protestacyjnych, blokadach dróg (jeśli chcecie wziąć udział w proteście oburzonych czymkolwiek lub też wybieracie się pod Urząd Rady Ministrów, odwiedzany właśnie przez koalicję fanów Radia Maryja i piłkarskich kiboli, to zostawcie swoje cacko w domu). W grę nie wchodzi też odzyskanie kasy jeśli szkoda dotyczy tylko ogumienia albo wtedy, gdy rower był przewożony innym środkiem transportu (np. pociągiem). Sporo tych wyłączeń. Chociaż dobrze, że przynajmniej w PZU jest taka polisa, bo inni ubezpieczyciele nie bawili się w wyłączenia, tylko od razu posłali rowerzystów na przysłowiowe drzewo.

      Swoją drogą jest też kilka zabawnych wyłączeń przy ubezpieczeniu rowerowego bagażu, które też jest częścią tej polisy. Czy wiecie na przykład, że nie da się odzyskać od PZU ani grosza, gdyby uszkodzone zostały... instrumenty muzyczne?. Wyjątek to gitara klasyczna, flet prosty i harmonijka ustna. Ale już posiadacze fletu poprzecznego mają przegwizdane. Sorry, trzeba było grać na trąbce. Eeee... a właściwie też nie, bo trąbka również podpada pod wyłączenie. No dobra, koniec żartów. A ile to wszystko kosztuje? Półroczne ubezpieczenie NNW na 30.000 zł, OC do kwoty 50.000 zł oraz rowerowe Casco (z tymi wszystkimi wyłączeniami) do 3000 zł, to koszt 263 zł. Bez Casco już niecałe 100 zł. Niestety, nie jest tanio, biorąc pod uwagę, że bez oberwania kilku solidnych kopów od gangstera trudno będzie wytarmosić z PZU ubezpieczenie w razie utraty roweru. A złodzieje rowerów w dzisiejszych czasach to też przeważnie cherlawe typy i nie są chętni, by każdemu tak od razu ładować po twarzy, w dodatku za darmo. Bez działki od odszkodowania ani rusz.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Jak pomnażać oszczędnościKUP PORADNIK AUTORA BLOGU ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH”! W nowej książce podsuwam mnóstwo pomysłów na najprostsze plany oszczędzania, piszę o tym jak zabrać się do budowania portfela inwestycji, rzucam spojrzeniem laika na inwestowanie w fundusze i w akcje. Książkę możecie kupić w sieci salonów Empik, dobrych księgarniach na stronie www.samosedno.com.pl oraz w sklepach internetowych www.empik.pl oraz www.merlin.pl. Jeśli odpowiada Wam lekkie podejście do finansów, które prezentuję na stronach niniejszego blogu, to zapraszam do lektury :-). Rafał Woś, dziennikarz ”Dziennika Gazety Prawnej”: ”Autor, od lat piszący w ”Gazecie Wyborczej” o giełdzie, funduszach i bankach, wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. Mówi, że sam popełnił na tym polu wszystkie możliwe błędy i nieraz mocno się sparzył. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. Co też czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy. Samcika najlepiej przeczytać tuż przed wyprawą do banku na spotkanie z doradcą inwestycyjnym”. Klaudyna Gąsior, autorka blogu o książkach: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami. Pozwala sobie czasem na luźniejszą, bardziej przyjazną formę. Szary obywatel sporo wyniesie z takiej lektury, nie będzie czuł się przytłoczony fachową terminologią, a jednocześnie jego wiedza naprawdę się wzbogaci. Co więcej - jeśli czytelnik się zainspiruje - jego życie naprawdę może się zmienić".

      SUBIEKTYWNOŚĆ CZARNO NA BIAŁYM. Kilka dni temu pisałem w blogu o załamaniu w kredytach hipotecznych. Nawet Open Finance, który jeszcze do niedawna podstawiał wagony z gotówką każdemu, kto się napatoczył, w ostatnim kwartale zmniejszył skalę załatwianych kredytów o 25%. Banki w tym roku spodziewają się tylko symbolicznego wzrostu swoich portfeli kredytów, co oznacza, że smuta potrwa co najmniej do jesieni. Co to oznacza dla tych z Was, którzy chcą wziąć kredyt hipoteczny? Mówiłem o tym w TVN-owskim programie "Czarno na białym".

      Banki nie będą dawały kredytów lekką ręką, bo skończyły się im pieniądze od bogatych wujków, albo raczej mamuś z Europy Zachodniej. Strasząca w bilansach banków dziura ponad 100 mld zł różnicy między zebranymi depozytami, a udzielonymi kredytami, skutecznie będzie bankowców odstraszała od podstawiania wagonów z pieniędzmi każdemu, kto się zgłosi. W cenie będą najlepsi, najbardziej wiarygodni klienci. Jeśli więc myślisz o kredycie hipotecznym, to zawczasu zaciśnij pasa i zgromadź przynajmniej 20% wkładu własnego. Z marszu staniesz się klientem kochanym i docenianym. Naprawdę!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Odszkodowanie za rower dostaniesz, ale... tylko wtedy, gdy spuszczą ci też łomot”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 kwietnia 2012 09:26
  • czwartek, 26 kwietnia 2012
    • Po publikacji w blogu nieuczciwi sprzedawcy monet nadziali się na kontrę

      Nieco ponad tydzień temu opisywałem w blogu słaby pomysł jednej z firmy handlujących monetami i pamiątkowymi medalami. Serwis eMonety w mailingu dla swoich klientów wciskał regularny kit naganiając do zakupu unikalnych, 2-złotowych monet poświęconych katastrofie smoleńskiej sprzed dwóch lat. Monety miały być rzekomo białymi krukami: „Tych polskich monet było tylko 2000 szt. W nieskazitelnym stanie menniczym pozostało ich jeszcze mniej. (...) Taki numizmat wygrywa każdą bitwę o pamięć i wartość. I chociaż ta rośnie każdego dnia, nie to dziś jest najważniejsze. Dziś najważniejsza jest data. Druga rocznica narodowej tragedii. W tym dniu ważne jest, by oddać hołd i wziąć udział w bitwie o pamięć na zawsze. (...) Wielka szkoda, że ta wyjątkowa moneta wydana została przez NBP w nakładzie, który nie wystarczy dla wszystkich. Zdobycie tej monety już niedługo graniczyć może z cudem. Posiadanie tego numizmatu to wyjątkowa ozdoba Twojej kolekcji. To także możliwość podarowania lekcji historii najbliższym, kolejnym pokoleniom”.

      Czytaj też: Najdroższa polska moneta niepowtarzalną okazją inwestycyjną?

      Ściema na całej linii, bowiem tak naprawdę monety te można bez problemu nabyć w NBP, który wypuścił ich aż 800.000. To, że rózni spryciarze chcą zarabiać na naszych emocjach związanych z katastrofą pod Smoleńskiem jakoś mnie nie dziwi. Ale dlaczego robią to renomowane, wydawałoby się, serwisy numizmatyczne? W głowie mi się to nie zmieściło, więc napisałem o tym w blogu dokładnie w dniu katastrofy. Tekst Was zainteresował, kliknęło go kilkadziesiąt tysięcy osób. Parę osób poskarżyło się w komentarzach na inne tego typu oferty, a ja uznałem swoją krucjatę przeciwko nierzetelnym handlarzom monetami za zakończoną. Okazało się, że do odwrotu zatrąbiłem przedwcześnie.

      Moneta 2 zł Smoleńsk

      Nazajutrz po publikacji w blogu na opisany tu skandal zareagował - i to ostro - Nardoowy Bank Polski. W piśmie skierowanym do prezesa spółki eMonety.pl bank centralny napisał: ”eMonety.pl zamieściła w rozesłanym do swoich użytkowników biuletynie promocyjnym (...) informacje, które w ocenie Narodowego Banku Polskiego wprowadzają użytkowników serwisu eMonety. pl w błąd, sugerując iż monet tych było tylko 2000 egzemplarzy, a w nieskazitelnym stanie menniczym jeszcze mniej. Informacja taka nie znajduje żadnego pokrycia w rzeczywistym stanie sprawy (...). Działania takie są w opinii Narodowego Banku Polskiego wysoce niewłaściwe i mogą narazić Narodowy Bank Polski na naruszenie jego wiarygodności (...). Mając to na względzie Narodowy Bank Polski wzywa eMonety.pl do zaniechania w przyszłości tego rodzaju nieuprawnionych i wprowadzających w błąd działań”.

      Podobne pismo trafiło też na biurko szefa serwisu e-numizmatyka.pl, w którym również pojawiła się kłamliwa oferta monet smoleńskich. Cieszę się, że bank centralny nie zlekceważył mojego publicznego ”donosu” i dał prztyczka w nos nierzetelnym handlarzom monetami. Może dzięki temu w przyszłości zastanowią się da razy zanim zechcą znów robić swoich klientów w trąbę. Dla mnie ta reakcja NBP to również kolejny dowód na to, że ”Subiektywnie o finansach”, choć jest tylko blogiem, jest czasem czytany także w instytucjach kształtujących porządek rynku finansowego w Polsce. Nota bene kilka dni po publikacji w blogu pojawił się również tekst na temat smoleńskich monet w jednym z ogólnopolskich tygodników. A więc drżyjcie finansowi złoczyńcy, społeczność miłośników subiektywności patrzy na Was surowym okiem :-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Po publikacji w blogu nieuczciwi sprzedawcy monet nadziali się na kontrę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 kwietnia 2012 16:45
    • Dają wysokie procenty i wkurzają klientów. BGŻ Optima wyrzuci na śmietnik tokeny?

      BGŻ Optima to jeden z najgłośniejszych projektów bankowych w ostatnich kilku latach. Co prawda obrał najłatwiejszą z dróg rozwoju, czyli po prostu dopłacanie do depozytów i oferowanie najwyższych na rynku stawek, ale trzeba przyznać, że model banku drugiego wyboru, służącego wyłącznie do gromadzenia oszczędności, jest jakoś-tam nowatorski na polskim rynku bankowym. I że klienci już go docenili. Pewnie właśnie z powodu koncentracji na zbieraniu depozytów w BGŻ Optima postawili na stosunkowo upierdliwy, lecz i relatywnie bezpieczny sposób zatwierdzania transakcji - poprzez token dostarczany klientowi. Takie urządzenie, którego odpalenie wymaga osobnego hasła, jest dodatkowym zabezpieczeniem dla przelewów wysyłanych przez klientów Optimy. Weryfikacja transakcji jest bowiem podwójna - poprzez hasło do tokena i poprzez hasło do transakcji. Każdej, nawet dotyczącej przelewu wewnętrznego. Nawet jeśli procenty są wysokie, to można się wściec...

      BGŻ Optima

      Czytaj też: Koniec antybelek, więc banki w sieci atakują. Nowy celebryta!

      Jednak klienci chyba nie docenili intencji szefów Optimy i na tokeny strasznie się wściekają. Nie ma tygodnia, bym nie dostał listu od wkurzonego klienta internetowego banku BGŻ, narzekającego, że model zatwierdzania transakcji to musiał wymyślić jakiś ostatni ciul. Coś w tym jest, bo bezpieczeństwo bezpieczeństwem, ale zakładanie, przesuwanie lub likwidowanie kilku depozytów przy pomocy tokena przypomina nieco drogę przez mękę. Skarżą się też niewidomi, których konieczność używania tokenów właściwie wyklucza z korzystania z usług BGŻ Optima. ”Zachęcony Pana wpisami o BGŻ Optima dziś zadzwoniłem do banku. Zapytałem o szczegóły i otrzymałem dość obszerne informacje. Pod koniec zapytałem o metodę zabezpieczenia rachunku i autoryzacji operacji. Niestety okazało się, że do tego celu służy urządzenie generujące kody, które bank wysyła swoim klientom.

      Dzięki właśnie takiemu zabezpieczeniu osoby m.in. niewidome i słabowidzące nie mogą skorzystać z oferty BGŻ Optima, bo nie są w stanie obsłużyć bezwzrokowo tego urządzenia. Najlepszym - i co najważniejsze dostępnym dla osób z niepełnosprawnością wzroku - sposobem autoryzacji transakcji bankowych są kody SMS wysyłane na telefon komórkowy klienta. Dziś konsultantka z BGŻ Optima poinformowała mnie, że jest wielu klientów, którzy proszą o zmianę systemu autoryzacji z urządzenia do tokenów na autoryzację SMS” - napisał do mnie jeden z czytelników blogu, osoba niepełnosprawna. I, proszę państwa, wygląda na to, że BGŻ Optima przygotowuje się do wycofania niefortunnych tokenów. A w każdym razie mocno to rozważa. Niedawno otrzymałem bowiem telefon z banku, z którego wynikało, że BGŻ prowadzi audyt wśród klientów. Głównym pytaniem było właśnie to o sposób autoryzacji transakcji. Skrytykowałem kwestię z tokenem, a pani przyznała, że wielu klientów ma to samo zdanie. Sądzę, że to przygotowanie do zmiany.

      Czytaj też: Jak w gangsterskim filmie. Widziała na ekranie jak ją okradają

      Przy okazji jednak zapytano mnie także o inną ważką kwestię - jakie parametry powinna mieć lokata w BGŻ Optima, bym najchętniej ją założył. Wygląda więc na to, że Optima przygotowuje się to tego, by przestać walczyć o rynek wyłącznie rekordowo wysokim oprocentowaniem depozytów, ale także innymi parametrami. Dla mnie najlepszym wabikiem są lokaty średnio i długoterminowe, najlepiej indeksowane wskaźnikiem inflacji bądź WIBOR-em. Nie potrzebuję dużej dostępności pieniędzy, wolę konstrukcję stabilną, która zapewnia mi ochronę przed inflacją. Nie wiem na ile jest to powszechny pogląd wśród klientów Optimy, ale jedno jest pewne - jeśli bank chce utrzymać zebrane w ostatnich miesiącach depozyty, musi spełnić najskrytsze marzenia swoich klientów o oszczędzaniu - inaczej bez żalu odejdą, bo ich lojalność wobec banku opiera się póki co wyłącznie na procentach. 

      Samcik blox

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Dają wysokie procenty i wkurzają klientów. BGŻ Optima wyrzuci na śmietnik tokeny?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 kwietnia 2012 10:14
  • środa, 25 kwietnia 2012
    • Jak w gangsterskim filmie: w kwadrans wyczyścili jej konto i wyłudzili kredyt!

      Sporo ostatnio szumu było wokół kart zbliżeniowych i tego czy ta technologia nie powoduje wzrostu ryzyka fraudów. Cała ta dyskusja wydała mi się mało znaczącym epizodem, gdy usłyszałem jakie mogą być konsekwencje - z punktu widzenia skali fraudów - udostępnienia klientom innej nowinki: kredytów w wersji online. Jest to świetna rzecz dopóki coś się... nie popsuje. Opowiem Wam dziś historię nieostrożnej klientki mBanku, która stała się ofiarą wyrafinowanej kradzieży, wynikającej po części z phishingu, czyli wyłudzenia od niej haseł dostępu do banku. A ponieważ złodziej był sprytny i zaplanował akcję bardzo drobiazgowo - wyprowadził z konta nie tylko pieniądze, które na nim były, ale i przy okazji wyłudził od mojej czytelniczki kredyt, który jest dostępny w tym banku online. Wszystko wyglądało jak scena z filmu o gangsterach, tyle że wirtualnych.

      Wszystko stało się wczoraj pomiędzy godz. 13.12 a 13.28. Dostałam e-mail z potwierdzeniem złożenia wniosku o kredyt gotówkowy. Zdziwiłam się bardzo, gdyż nie składałam żadnego wniosku. Od razu wykręciłam numer mLinii, jednocześnie logując się na konto. Okazuje się, że wniosek o kredyt, którego nie składałam, rzeczywiście w systemie jest. Dodatkowo pojawił się też drugi wniosek - o zmianę danych, w tym numeru telefonu kontaktowego. Tłumaczę pracownicy mLinii, że że ja żadnego wniosku nie składałam. Pracownica mLinii sprawdza. Otwieram umowę kredytową, która w międzyczasie przyszła na mój e-mail. Kwota wynosi 43.000 zł. Mówię pani w infolinii,  że to jakiś żart. Pracownica próbuje odwołać kredyt. W tym samym czasie ktoś potwierdza kredyt ze zmienionego wcześniej numeru telefonu. Pieniądze wpływają ekspresowo na moje konto. I tak samo szybko płyną dalej. Pracownica mLinii nie może zablokować przelewu, bo już wyszedł z konta” - kończy swoją historię pani Ania, moja czytelniczka.

      Czytaj też: Dają mnóstwo reklam, oferują nawet 12% odsetek. Ich siedziba...

      Jest niemal pewne, że to, co zdarzyło się kilka dni temu pomiędzy godz. 13.12 a 13.28, było tylko ostatnim aktem przestępstwa, którego ofiarą padła pani Ania. Zapewne niedługo wcześniej moja czytelniczka nieopatrznie pozwoliła na to, by na jej komputerze zainstalowano (być może zdalnie) złośliwe oprogramowanie, które rejestrowało wpisywane hasła, kody i PIN-y. Mogło być też tak, że pani Ania odpowiedziała na wysłany przez przestępcę e-mail z prośbą o kontakt, z którego przekierowano ją na fałszywą stronę, która miała udawać stronę banku. I tam czytelniczka podała dane potrzebne złodziejowi, by zalogować się na jej konto, złożyć wniosek o kredyt oraz drugi - o zmianę danych kontaktowych. A ponieważ mBank działa w czasie rzeczywistym - co w normalnych okolicznościach jest jego ogromną zaletą -  przestępcy udało się przeprowadzić całą operację błyskawicznie.

      W mBanku potraktowali sprawę z największą powagą. ”Opisywany przypadek jest związany z wyłudzeniem danych przez osoby niepożądane. Na co dzień jest to zjawisko o marginalnym charakterze. Na naszym blogu, forum, a nawet na stronie logowania bank przypomina i prosi klientów o zachowanie bezpieczeństwa w korzystaniu z bankowości internetowej, m.in. zadbanie o to, by komputer był bezpieczny. Prosimy też o nie podawanie żadnych dodatkowych danych. Niestety, pomimo tych działań, zdarzają się sytuacje, w których dochodzi do wyłudzenia informacji wrażliwych. W takich przypadkach kontaktujemy się indywidualnie z klientami, oferując pomoc w rozwiązaniu sprawy i uzgadniając, jakie były jej okoliczności” - napisała mi Kinga Wojciechowska z mBanku. Nieoficjalnie wiem, że bank chce tak załatwić sprawę, by klientka nie była za bardzo stratna.

      Sprawa ta dowodzi dwóch rzeczy. Po pierwsze tego, że mBank rzeczywiście jest bankiem nowoczesnym, w którym kredyty online działają jak złoto. Po drugie tego, że w banku tak nowoczesnym znacznie bardziej trzeba się pilnować przed złodziejami. Ten, który zaatakował panią Anię, był wyjątkowo łebski - wycisnął z sytuacji wszystko co się dało. Pamiętajcie: ani mBank, ani żaden inny bank, nigdy nie poproszą Was, byście zalogowali się do konta przechodząc pod wskazany link.

      Samcik blox

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Jak pomnażać oszczędnościKUP NOWY PORADNIK AUTORA BLOGU ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH”! W nowej książce pt. ”JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI” podsuwam mnóstwo pomysłów na najprostsze plany oszczędzania, piszę o ABC budowania portfeli inwestycji, rzucam spojrzenie okiem laika na inwestowanie w fundusze i w akcje. Książkę możecie kupić w sieci salonów Empik, dobrych księgarniach na stronie www.samosedno.com.pl oraz w sklepach internetowych www.empik.pl oraz www.merlin.pl. Jeśli odpowiada Wam lekkie podejście do finansów, które prezentuję na stronach niniejszego blogu, to książka dla Was! Oto co napisał o tej książce Rafał Woś, dziennikarz ”Dziennika Gazety Prawnej” w piątkowym magazynie (20 kwietnia): ”Autor, od lat piszący w ”Gazecie Wyborczej” o giełdzie, funduszach i bankach, wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. Mówi, że sam popełnił na tym polu wszystkie możliwe błędy i nieraz mocno się sparzył. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. Co też czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy. Samcika najlepiej przeczytać tuż przed wyprawą do banku na spotkanie z doradcą inwestycyjnym”. Panie Rafale, pięknie dziękuję! Ciepłe słowa od reprezentanta, bądź co bądź, konkurencyjnej redakcji są dla mnie niezwykle cenne. 

      Jak pomnażać oszczędności

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Jak w gangsterskim filmie: w kwadrans wyczyścili jej konto i wyłudzili kredyt!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 kwietnia 2012 08:04
  • wtorek, 24 kwietnia 2012
    • W oddziale banku kursy walut lepsze, niż w kantorze? Są pierwsi śmiałkowie!

      Jeszcze nie tak dawno do banku w celu wymiany waluty wchodzili tylko najwięksi desperaci. Nawet dziecko wiedziało, że znacznie lepsze kursy oferują prywatne kantory. Owszem, były przebłyski nieco innego podejścia bankowców. W szczycie hossy na rynku franka szwajcarskiego tanią szwajcarską walutę oferował m.in. Citi Handlowy. Znamy też kilka innych przykładów banków, które oferują tanią walutę obcą, ale przeważnie jednak w formie bezgotówkowej, połączonej z kontem walutowym. To pikuś. Od poniedziałku Alior Bank wprowadził we wszystkich oddziałach kantory, które mają oferować wymianę walut po kursach nawet korzystniejszych, niż kantorowe. W kantorach są tylko cztery najpopularniejsze waluty obce: dolary amerykańskie, euro, funty brytyjskie i franki szwajcarskie. Z usług kantoru mogą skorzystać wszyscy, w tym również osoby nie będące klientami Alior Banku.

      O co tu chodzi? Czy Alior naprawdę ma za dużo miejsca w oddziałach, że chce mieć na zapleczu kasety z walutami i bawić się w kantor? Cóż, skoro chłopaki bawili się już w agencję ”Grosik”, a ostatnio zabrali się za obrót nieruchomościami, to... czemu by nie pohandlować walutami. Skoro bawiło to cinkciarzy, to może zabawi i bankowców. „Dostrzegliśmy niszę rynkową i uważamy, że dzięki efektowi skali będziemy mogli zaproponować klientom waluty po kursie atrakcyjniejszym niż nasza konkurencja” – czytam wypowiedź Roberta Zakliki z Aliora. Cóż, efekt skali na pewno zadziała na rzecz banku, ale chyba niejeden klient przeżyje szok, widząc w banku tanią walutę obcą i to w gotówce. Świat staje właśnie na głowie, prawda? Jedyny minus bankowych kantorów to fakt, że są czynne w godzinach pracy oddziałów banku, gdy kantory bywają całodobowe.

      Oczywiście to mogą być tylko czcze przechwałki banku, który liczy na potężne efekty marketingowe wprowadzenia kantorowej nowinki. Nie można wykluczyć, że Alior bank tylko w pierwszym etapie wprowadzania nowej usługi będzie starał się przebijać kursy kantorowe, a na dłuższa metę odpuści tę wycieńczającą wojnę. Choć przecież nie ma wątpliwości, że tak duży gracz jak ogólnopolski bank ma ogromne możliwości taniego kupowania walut i pod tym względem prawdopodobnie jest w stanie przebić każdy kantor. Ale z drugiej strony - pojawia się problem logistyki, zabezpieczania przewożonej gotówki, jej przechowywania w banku... To nie jest działalność, na której da się zbić kokosy. Inne banki to już sprawdziły. I właśnie dlatego, że nie zbiły fortuny, teraz traktują działalność kantorową jak zło konieczne, o ile w ogóle ją prowadzą.

      Alior Bank pakuje się w trudną działalność, która wymaga osobnych kompetencji i sporo będzie kosztowała. Chyba, że prezes Sobieraj nie ma idei, by zarabiać na każdej wprowadzanej usłudze (to by go wyraźnie różniło od menedżerów ze stajni Leszka Czarneckiego, którym takie podejście zapewne nie mieści się w głowach :-)), ale na banku en bloc. Bo klient, który przyjdzie wymienić walutę może przecież potrzebować kredytu gotówkowego, można mu zaoferować jeszcze lepszy kurs jeśli założy w banku konto... Możliwości są, jak to zwykle w branży bankowej bywa, nieograniczone. Skoro bankowi nie odbiło się czkawką ściąganie do placówek klientów z niskiej półki, by płacili rachunki bez prowizji, to być może nie zaszkodzi im też przyciąganie miłośników intensywnego wymieniania walut w gotówce :-)

      Dręczy mnie tylko jedno pytanie. Czy oddziały Aliora wytrzymają napór klientów przychodzących wymienić waluty lub zapłacić rachunki? Bo przyznacie - trudno połączyć wyższą kulturę bankowości z obsługiwaniem tłumu klientów z gatunku tych odwiedzających pocztę. Bank chyba zdaje sobie sprawę z tej cienkości materii, bo w osobnym komunikacie informuje, że zatrudnił 500 tzw. bankierów transakcyjnych, którzy mają pomagać klientom w wykonywaniu najprostszych operacji. Chyba chodzi tu o odciążenie wyższej kultury bankowości od tzw. motłochu. Ale czy to pomoże? Pamiętam, że kiedyś byłem klientem VIP w banku PKO BP. Wtedy takich klientów obsługiwało się tylko w osobnym okienku, a nie w pokojach na zapleczu. Nie było mi miło, gdy widziałem zawistny wzrok emerytów, wytykających burżuja pakującego się do okienka bez kolejki. Zbyt bliskie sąsiadowanie wyższej kultury bankowości z tą nieco niższą może niestety zaszkodzić. Głównie tej wyższej. Bankier transakcyjny podobno wygląda tak. Czy kusi Was, by zobaczyć go na żywo, w placówce? :-)

      Bankier transakcyjny Alior

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „W oddziale banku kursy walut lepsze, niż w kantorze? Są pierwsi śmiałkowie!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 kwietnia 2012 17:50
    • Kredytowa rzeź już się zaczęła. Nawet Open Finance ostro hamuje w hipotekach

      Na początku tego roku podawałem w blogu cztery powody, które sprawiają, że w tym roku niełatwo będzie zassać z banku kredyt hipoteczny. W głębi serca miałem trochę nadziei, że to wszystko jest czarnowidztwem i banki nie przykręcą kurka z kredytami, jak zapowiadał prezes Związku Banków Polskich, nawet o 10-15%. Bankowcy straszyli tym kiedy wprowadzano ustawę antylichwiarską i straszyli przy okazji słynnej Rekomendacji S forsowanej przez nadzór bankowy, nie mówiąc już o innych po temu okazjach. Niestety, tym razem wygląda na to, że już nie straszą, ale zaczynają najprawdziwszą kredytową rzeź. Z jednej strony wymogi kapitałowe stawiane przez nadzór (współczynnik wypłacalności powyżej 12%), z drugiej pogarszająca się jakość portfeli kredytowych (bo gospodarka zaczyna zwalniać), z trzeciej kłopoty depozytowe (nie ma już lokat antybelkowych, a nadzór domaga się, by banki skupiły się na zbieraniu długoterminowych depozytów, za które trzeba klientów wynagradzać hojniej).

      Czytaj też: Będą przymusowe przewalutowania kredytów frankowych?

      Zaś z czwartej strony są też rekomendacje KNF, by banki nie udzielały kredytów we frankach i euro, by nie udzielały kredytów ludziom, którzy na raty wydają połowę lub więcej dochodów, by badać zdolność kredytową dla okresu 25 lat (nawet gdy kredyt jest na 30 lat). A do tego jeszcze sytuacja w międzynarodowych grupach bankowych i zalecenia spółek-matek, by ich córki w Europie Środkowej z akcją kredytową radziły sobie same. Od mamuś nie dostaną bowiem żadnego wsparcia.  W sumie składa się to na obraz nędzy i rozpaczy, a mówiąc wprost - na wielką kredytową kichę. Obraz kichy zarysowałem kilka dni temu w programie ”Czarno na białym” w TVN24. Zapraszam do obejrzenia, bardzo zacny reportaż.

      Kichę widać już w wymiernych liczbach. Jakiś czas temu największy w kraju pośrednik finansowy, sieć Open Finance, podał rzecz niespotykaną - że wartość kredytów, które przeszły przez jego ręce w pierwszym kwartale 2012 r., spadła w porównaniu z podobnym okresem ubiegłego roku o prawie jedną czwartą (24%)! Mówimy o Open Finance, firmie, która wyspecjalizowała się w oferowaniu klientom awaryjnego pieniądza z Getin Noble Banku, należącego do tej samej grupy finansowej. Jeśli klient miał zdolność kredytową do uzyskania taniego kredytu z innego banku - podstawiano ciężarówkę z kasą zewnętrzną. A jeśli inne banki się wahały, Open Finance podstawiał wagony z pieniędzmi banku Leszka Czarneckiego. Skoro już nawet najłatwiejsze na rynku miliony Getin Banku przestały płynąć, to sytuacja musi być naprawdę zła. Choć z drugiej strony pokazuje to, że do Open Finance po ciężarówki z pieniędzmi udawali się zwykle klienci ze standingiem finansowym poniżej średniej. Tacy, którzy dziś są już pod wodą (przynajmniej jeśli chodzi o zdolność kredytową).

      Czytaj też: Światełko w tunelu? Dadzą kredyt z marżą 1% dla każdego

      Smutę na rynku kredytów hipotecznych potwierdzają najnowsze dane Narodowego Banku Polskiego. O ile w pierwszym kwartale 2008 r. nasze zadłużenie w bankach wzrosło o 12,8 mld zł, a w pierwszym kwartale 2009 r. - o ponad 10,3 mld zł, zaś w latach 2010-2011 po jakieś 7-8 mld zł, to teraz, w pierwszym kwartale 2012 r. ów wzrost naszego zadłużenia wyniósł ledwie 5 mld zł. Prawie trzy razy mniej, niż w tedy, kiedy kredytowa machina była rozpędzona i rozgrzana. Z kolei Biuro Informacji Kredytowej podaje, że w pierwszym kwartale banki pobrały aż o 7% mniej raportów kredytowych, dotyczących potencjalnych klientów, niż w zeszłym roku o tej samej porze. To oznacza, że bankowcy część klientów odsyłają od razu, nawet nie rozpoczynając procedury kredytowej. Z prostej symulacji wynika, że delikwent kredytu nie dostanie, więc nie ma co zawracać głowy bazom BIK. Z danych biura wynika też inny smutny wniosek. Banki pobrały w pierwszym kwartale 2012 r. ponad 4,1 mln zapytań o potencjalnych klientów, zaś pozytywnych decyzji kredytowych było tylko 1,8 mln (mówimy o wszystkich kredytach: oprócz hipotecznych również o gotówkowych, ratalnych, samochodowych, debetach w kontach, kartach kredytowych...). Co drugi klient był odrzucany przy okazji przeprowadzania scoringu!

      Z kredytami hipotecznymi jest niestety jak z wygaszonym piecem w hucie. Nawet jeśli w bankach przestawią wajchę, to nie da się rozgrzać maszyny kredytowej w ciągu jednego, czy dwóch kwartałów. Czeka na co najmniej trzy-cztery kwartały kłopotów z pożyczaniem pieniędzy na mieszkania. W KNF i NBP specjalnie się nie martwią, bo szefowie tych instytucji już od dawna namawiali banki, żeby pożyczały pieniądze głównie firmom, a nie zwykłym ludziom. Ma to zabezpieczać rynek przed bańkami spekulacyjnymi i stymulować wzrost gospodarki poprzez inwestycje, a nie konsumpcję. Ba, w NBP twierdzą, że istnieje prosty wzór, z którego wynika, że niższe o 10% średnie LTV kredytów na mieszkania powoduje spadek cen na rynku nieruchomości o jakieś 7-8%. Średnie LTV nowych kredytów mieszkaniowych oscyluje dziś, o ile pamiętam, w okolicach 85%. Jeśli założymy, że celem KNF i NBP jest uzyskanie wskaźnika na poziomie 80% (czyli żeby banki wymagały od statystycznego klienta 20% wkładu własnego), to trzeba przyjąć, że kredytowej suszy będzie towarzyszył dalszy spadek cen na rynku nieruchomości. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „Kredytowa rzeź już się zaczęła. Nawet Open Finance ostro hamuje w hipotekach”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 kwietnia 2012 08:40
  • poniedziałek, 23 kwietnia 2012
    • Nowa odsłona Szkolnych Książeczek Oszczędności. Są procenty i skarbonki

      W erze kont internetowych, kart zbliżeniowych i kredytów dostępnych online uczniowskie książeczki SKO przypominały do tej pory relikt z poprzedniej epoki. Nie dość, że wciąż papierowe i wypełniane ręcznie, to jeszcze oparte na wpłatach gotówki i przywiązane do konkretnego opiekuna w szkole. Uczeń miał prawo czuć się jak chłop pańszczyźniany do ziemi. Aż dziwne, że w ten archaiczny sposób chciało do tej pory oszczędzać w Polsce 150.000 dzieciaków z prawie 2000 szkół. To chyba tylko z przyzwyczajenia. Ożywianie trupa SKO zaczęło się ponad rok temu, kiedy PKO BP podwyższył oprocentowanie pieniędzy gromadzonych przez uczniów. Zamiast obowiązującej do końca 2010 r. stawki 0,01% w skali roku wprowadzono podwyżki do 3,5-4,5%. Zastąpiono też wtedy stare książeczki, takie jak na zdjęciu, nieco mniej strasznymi, niebiesko-pomarańczowymi.

      Stare książeczki SKO

      To też nie był szał, ale przynajmniej w PKO BP dali znak, że młodzież jest przyszłością narodu i nie zamierzają tak do końca tego faktu lekceważyć. Pisałem wówczas w blogu, że procenty to nie wszystko, bo SKO wymaga liftingu znacznie głębszego. No i się doczekałem. Zamiast papierowych książeczek - indywidualne konta uczniów w specjalnym, dziecięcym serwisie PKO BP. Zamiast wpłat w gotówce - przelewy. I jeszcze wyższe oprocentowanie, bo 5% w skali roku, ale tylko dla stanu konta nie przekraczającego 2500 zł. Dla większych pieniędzy już tylko 2%. W PKO BP tłumaczą, że te 2500 zł to całkiem spory limit, bo równowartość dwuletniego średniego kieszonkowego. Cóż, nie będę narzekał, choć myślę, że PKO BP znacznie szybciej ściągnąłby małych oszczędzających, gdyby zaoferował oprocentowanie znacznie wyższe od rynkowego. A przecież za bardzo by od tego nie zbiedniał (o ile rodzice nie zaczęliby przechowywać na SKO własnych milionów :-))

      Czytaj też: Dzieciaki mają w bankach lepiej, niż dorośli. Dostają kasę za piątki!

      W dalszym ciągu - tak jak do tej pory - nie będzie można zakładać książeczki SKO na własną rękę, swoich uczniów musi zgłosić do programu szkoła, zaś rodzic - podpisać pisemną zgodę na utworzenie konta dla danego ucznia (opiekun dostanie do wypełnienia pełnomocnictwo, by móc kontrolować rachunek dzieciaka). Bardzo fajne jest zintegrowanie kont SKO z dorosłymi rachunkami w PKO BP. Jeśli opiekun dziecka ma konto w PKO BP, to rachunek SKO jego dziecka będzie widział w swoim systemie transakcyjnym jako jeszcze jedno konto oszczędnościowe. To coś w rodzaju rodzinnego programu lojalnościowego. Myślę, że znajdzie się w kraju kilka osób, które przeniosą do PKO BP swoje podstawowe konto, by przy okazji uczyć dziecko oszczędzania poprzez SKO. Bo to pierwsze w Polsce dziecięce konto bankowe full-wypas.

      Nowe SKO

      Chyba najbardziej dopieszczonym elementem nowych SKO jest specjalny, dziecięcy serwis bankowy. Wszystkie jego elementy mają charakter obrazkowych ikon (kilka wersji graficznych do wyboru), zaś wykonywanie poszczególnych komend sygnalizują odgłosy zwierząt, instrumentów muzycznych, bądź brzęczących monet). Zarówno ustawienia graficzne, jak i muzyczne można wybierać spośród kilku możliwości. Przewodnikiem po koncie jest żyrafa, która podpowiada użytkownikowi co może zrobić w danym miejscu. Serwis jest ponoć tak przygotowany, by mógł z niego korzystać już sześciolatek. Oczywiście, tak samo jak w przypadku ”dorosłego” serwisu iPKO, aby dostać się do konta w SKO trzeba wpisać login i hasło (bynajmniej nie obrazkowe :-)). Serwis pokazuje po każdym zalogowaniu ile pieniędzy jest na koncie, a przede wszystkim - ile z tego to wpłacone pieniądze, a ile odsetki.

      Najciekawszą opcją internetowego SKO jest możliwość zakładania wirtualnych skarbonek i systematycznego oszczędzania. Każda skarbonka może mieć oddzielną ikonkę i nazwę, a jej docelową wartość określamy przemieszczając po ekranie suwak. Można też określić do kiedy określona kwota ma być zebrana (co ciekawe - zamiast dat można wybrać bardziej przemawiające do dzieci określenia czasu: wakacje letnie, urodziny, Boże Narodzenie, czy Wielkanoc). System sam podpowie ile miesięcznie trzeba oszczędzać, by zebrać określoną kwotę. Rodzic może zaproponować dodatkowy plan motywacyjny, deklarując dołożenie określonej kwoty po tym, jak jego dziecko samodzielnie osiągnie określony poziom własnych oszczędności. Jest kalkulator (pokazuje ile zyskamy na oszczędzaniu określonych kwot do określonej daty) oraz plan oszczędzania (suwakami regulujemy ile procent każdej wpłaty ma wędrować do poszczególnych skarbonek). Dla najbardziej spontanicznych uczniów - losowanie do której skarbonki trafi określona wpłata.

      Nowe SKO

      SKO to dobry pomysł na przywiązanie najmłodszych klientów do marki PKO BP. Prosty, przyjazny, obrazkowy serwis internetowy, nastawiony na stymulowanie systematycznego i celowego oszczędzania pieniędzy - to rzecz, z którą obowiązkowo powinien zaznajomić się każdy ośmiolatek. Choćby po to, by rodzice za 50 zł miesięcznie nie musieli tworzyć ze swojego dzieciaka milionera, bo on może zrobić to własnoręcznie. Trzymam kciuki za PKO BP, by jak najwięcej uczniów zapisało się do nowych SKO. A za konkurentów tego banku trzymam kciuki, by spróbowali przebić ten pomysł. W SKO jest tylko 150.000 uczniów, więc tworząc od zera coś nowego i dobrze promując w szkołach można jeszcze odebrać PKO BP fotel lidera w walce o najmłodszych klientów!

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Jak pomnażać oszczędnościKUP NOWY PORADNIK ”JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI” Podsuwam w nim mnóstwo pomysłów na najprostsze plany oszczędzania, piszę o ABC budowania portfeli inwestycji, rzucam spojrzenie okiem laika na inwestowanie w fundusze i w akcje. Książkę możecie kupić w sieci salonów Empik, dobrych księgarniach na stronie www.samosedno.com.pl oraz w sklepach internetowych www.empik.pl oraz www.merlin.pl. Jeśli odpowiada Wam lekkie podejście do finansów, które prezentuję na stronach niniejszego blogu, zapraszam do lektury. Oto co napisał o tej książce Rafał Woś, dziennikarz ”Dziennika Gazety Prawnej” w piątkowym magazynie (20 kwietnia): ”Autor, od lat piszący w ”Gazecie Wyborczej” o giełdzie, funduszach i bankach, wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. Mówi, że sam popełnił na tym polu wszystkie możliwe błędy i nieraz mocno się sparzył. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. Co też czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy. Samcika najlepiej przeczytać tuż przed wyprawą do banku na spotkanie z doradcą inwestycyjnym”. Panie Rafale, pięknie dziękuję! Ciepłe słowa od reprezentanta, bądź co bądź, konkurencyjnej redakcji są dla mnie niezwykle cenne. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Nowa odsłona Szkolnych Książeczek Oszczędności. Są procenty i skarbonki”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 kwietnia 2012 16:04
    • Farsa? Przelewy nie dochodziły, bo... banki nie umiały się ze sobą dogadać!

      Nie sądziłem, że dożyję czasów, w których banki nie będą mogły się dogadać między sobą i jeden nie przyjmie przelewu wysłanego przez drugi. Taki przypadek spotkał pana Iraklisa, klienta banku Getin, który chciał założyć lokatę przelewając pieniądze z banku Polbank. Okazało się to niemożliwe i to nie z powodu błędu pana Iraklisa, ale z tej prozaicznej przyczyny, że banki nie potrafiły dojść ze sobą do ładu. ”W trakcie składania wniosku o lokatę podałem wszystkie wymagane dane, wypełniłem przelew zgodnie z instrukcjami, przelewu dokonałem z konta, którego jestem właścicielem, czyli spełniłem wszystkie wymagania banku Getin. Przelew został odrzucony, a przyrzeczenie zawarcia umowy lokaty, potwierdzone e-mailem przez serwis Open Online, anulowane. Nie rozumiem o co tu chodzi” - napisał do mnie pan Iraklis.

      A tymczasem... Wysłał kasę, nie dotarła na konto. Bank... naliczył prowizję!

      Getin Bank początkowo stosował strategię uniku, czyli wmawiał klientowi, że ten źle zatytułował przelew. Pan Iraklis się wściekł, bo akurat tę rzecz sprawdził dziesięć razy. Napisał ponownie reklamację do Getin Banku. Tym razem odpowiedź była bardziej precyzyjna. Getin zwalił winę nie na klienta, ale na jego bank, z którego pieniądze zostały nadane - czyli na Polbank. „W nawiązaniu do Pana wiadomości pragnę poinformować ,że w przypadku wykonywania przelewu na rachunek lokaty wszystkie dane nadawcy przelewu muszą być zgodne z danymi odbiorcy (imię lub imiona, nazwisko, ulica lub miejscowość , kod pocztowy i miasto). Jako, że Polbank nie podaje danych nadawcy przelewu, nie będzie możliwe zaksięgowanie środków na rachunku lokaty". A konkretnie okazało się, że Polbank nie umieścił w przelewie.. adresu zamieszkania klienta.

      Pomylił się wpisując kwotę przelewu. Wyścig z czasem i z bankiem

      Pan Iraklis wciąż nie odpuszczał, bowiem przypomniał sobie, że wcześniej już zakładał lokaty poprzez serwis Open Online i problemów z dochodzeniem pieniędzy nie było. „Automat bankowy, który weryfikuje przelewy przychodzące, wcześniej również wykonywał taką weryfikację, jednak w ostatnim czasie została ona jeszcze bardziej zaostrzona ze względów bezpieczeństwa. Powyższa weryfikacja polega na sprawdzeniu poprawności wszystkich danych osobowych, musi być pełna zgodność danych nadawcy z danymi właściciel wniosku o lokatę, w tym: imię, nazwisko, miasto, kod, ulica” - trzymał się swego bank. Cóż, zapytałem w Getinie i ja jak to jest możliwe, żeby w XXI wieku dwa banki posługujące się tym samym systemem rozliczeniowym Elixir nie mogły się ze sobą dogadać.

      Ze względów bezpieczeństwa, procedury weryfikacji klienta obowiązujące w Open Online wymagają m.in. pełnej identyfikacji nadawcy przelewu w celu założenia lokaty. Niektóre instytucje finansowe działające na polskim rynku, nie podają jednak pełnych danych teleadresowych nadawcy przelewu, co uniemożliwia nam weryfikację właściciela środków i tym samym skutkuje ich zwrotem na rachunek z którego zostały wysłane. W takim przypadku staramy się na bieżąco informować klientów o takiej sytuacji i prosimy o przelew z innego konta. Klientów informują o tym również poniższe zapisy regulaminu: paragraf 4 pkt 3 i paragraf 7 pkt 2d” - odpisano mi z Getinu. Ten ostatni brzmi: „Bank zastrzega sobie prawo niezałożenia Lokaty oraz zwrotu środków na rachunek, z którego środki wpłynęły do Banku, w następujących przypadkach: (...) d) gdy środki przeznaczone na założenie Lokaty wpłynęły do Banku z rachunku, którego właścicielem nie jest Klient”.

      Brzmi to trochę dziwnie, bo bank rzeczywiście nie wykazał, że przesłanka d) zaszła, a tylko to, że nie jest tego faktu pewny. Co ciekawe gdy powęszyłem w różnych bankach, to okazało się, że one też miały w pewnym momencie problem z Getinem, który nagle zaczął żądać w opisach przelewów większej liczby informacji, niż wynosi standard systemu Elixir. Zakładając, że bank - zwłaszcza w internecie - może sobie ustalać dowolnie zaostrzone procedury weryfikacyjne, powinien jednak poinformować o tym inne banki. I zapytać czy są przygotowane na spełnianie tych ekstra-żądań. To wszystko brzmi jak jakiś ponury żart. Ale to się zdarzyło. Naprawdę!.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Jak pomnażać oszczędnościKUP NOWY PORADNIK AUTORA BLOGU ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH”! W nowej książce pt. ”JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI” podsuwam mnóstwo pomysłów na najprostsze plany oszczędzania, piszę o ABC budowania portfeli inwestycji, rzucam spojrzenie okiem laika na inwestowanie w fundusze i w akcje. Książkę możecie kupić w sieci salonów Empik, dobrych księgarniach na stronie www.samosedno.com.pl oraz w sklepach internetowych www.empik.pl oraz www.merlin.pl. Jeśli odpowiada Wam lekkie podejście do finansów, które prezentuję na stronach niniejszego blogu, zapraszam do lektury. Oto co napisał o tej książce Rafał Woś, dziennikarz ”Dziennika Gazety Prawnej” w piątkowym magazynie (20 kwietnia): ”Autor, od lat piszący w ”Gazecie Wyborczej” o giełdzie, funduszach i bankach, wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. Mówi, że sam popełnił na tym polu wszystkie możliwe błędy i nieraz mocno się sparzył. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. Co też czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy. Samcika najlepiej przeczytać tuż przed wyprawą do banku na spotkanie z doradcą inwestycyjnym”. Panie Rafale, pięknie dziękuję! Ciepłe słowa od reprezentanta, bądź co bądź, konkurencyjnej redakcji są dla mnie niezwykle cenne. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Farsa? Przelewy nie dochodziły, bo... banki nie umiały się ze sobą dogadać!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 kwietnia 2012 09:30

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line