Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • wtorek, 30 kwietnia 2013
    • Kupował w necie bilety na majówkowy wyjazd. Kasa zeszła mu z konta i... zniknęła

      Kupowanie przez internet biletów na pociąg, samolot albo autobus jest niemożebnie wygodne i przeważnie błyskawiczne. Właściwie jedynym ryzykiem jest to, że transakcja z jakichś przyczyn zostanie przerwana i klient nie będzie wiedział, czy bilety kupił, czy też nie. Strona firmy przewozowej może mieć chwilowy "pad", komputer się zawiesić, dostęp do internetu na chwilę "zgasnąć" - przyczyn bywa wiele. Mnie kilka razy zdarzyło się na stronie LOT-u, że w trakcie rezerwowania biletów nagle wszystko się zawieszało, a potem dowiadywałem się, że tanie bilety właśnie "się skończyły". Stosunkowo najrzadziej spotykaną komplikacją w kupowaniu biletów jest sytuacja, w której po stronie klienta wszystko poszło cacy, a kłopoty z przepływem pieniędzy (np. z zaksięgowaniem przelewu) mają pośrednicy - bank wypuszczający przelew, ten, który obsługuje firmę rozliczającą transakcję, lub ten, który ma przyjąć kasę za bilet. Co wtedy? Ano kicha wtedy. Posłuchajcie historii, która kilkanaście dni temu spotkała mojego czytelnika, który chciał kupić bilet na długoweekendowy wyjazd.

      Czytaj też: Polacy nie lubią kupować biletów wcześniej, więc Intercity...

      Pan Dariusz za pośrednictwem internetowego serwisu postanowił kupić bilet na autobus sieci PolskiBus.com. Korzystałem kiedyś z usług tej firmy i źle na tym nie wyszedłem. Sęk w tym, że bilet można kupić wyłącznie przez internet, korzystając z platformy obsługiwanej przez znaną firmę rozliczeniową eCard (jej terminale można też spotkać w tradycyjnych sklepach przyjmujących płatności kartą). Mój czytelnik wszedł więc na PolskiBus.com i rzucił się w wir zakupów. "Wrzuciłem sobie do koszyka trzy bilety przeszedłem do płatności i po wpisaniu potrzebnych danych dotyczących transakcji wybrałem sposób płatności - przelew natychmiastowy z Deutsche Banku, w którym mam konto. Zostałem przekierowany na stronę banku, zalogowałem się, zatwierdziłem przelew, system mnie wylogował i spokojnie oczekiwałem aż strona potwierdzająca transakcję w systemie e-Card się odświeży, bym zobaczył radosny ekran potwierdzenia rezerwacji". W PolskiBus.com biletów się nie drukuje, a jedynie otrzymuje się kod, który de facto jest biletem elektronicznym. Numer kodu trzeba podać konduktorowi, wsiadając do autokaru.

      PolskiBus

      Tym razem jednak coś poszło nie tak. "Czekałem kilka minut na kolejne odświeżanie strony i nic się nie wydarzyło. Czekałem, czekałem, ale po ok. 45 minutach "mielenia" strony stwierdziłem, że się zawiesiło. Poprzednio przy każdym zakupie dostawałem potwierdzenie rezerwacji maksymalnie po kilku minutach. Zacząłem więc własnoręcznie odświeżać stronę, a w końcu pomyślałem, że może powinienem poczekać do rana aż przelew się zaksięguje (mimo, że wcześniej nigdy tak nie było). Zadzwoniłem do Polskiego Busa - moją rezerwację widzieli, ale płatność do nich nie dotarła, więc biletów nie ma. Zaproponowali, żebym zadzwonił do e-Cardu, jako, że oni otrzymują pieniądze od tej właśnie firmy. Najpierw jednak postanowiłem zadzwonić do mojego banku. Uzyskałem informację, że pieniądze wyszły z mojego konta do e-Card, gdzie powinny być już zaksięgowane.

      Wykonuję więc telefon do e-Cardu. I tu same zadziwienia. Otóż e-Card, jak twierdziła pani w dziale obsługi klienta, żadnej płatności nie otrzymał. No to jeszcze raz dzwonię do Deutsche Banku. Może pani na infolinii nie sprawdziła statusu mojej transakcji? To, że pieniądze wyszły do e-Cardu potwierdził jednak jeszcze jej przełożony. Kolejny telefon do e-Cardu. Zaproponowałem, że prześlę do firmy potwierdzenie przelewu  e-mailem. Niestety dla e-Cardu to nie jest dowód - dlatego firma odmówiła wystawienia potwierdzenia transakcji do PolskiBus.com. Zapytałem kiedy mogę się spodziewać, że otrzymają potwierdzenie z banku i jaką w ogóle mam pewność, że takie potwierdzenie otrzymają, skoro do tej pory nie doszło oraz w jaki sposób mogę transakcję anulować i odzyskać pieniądze. Niestety zwrotu pieniędzy na tym etapie otrzymać nie mogę, a potwierdzenie - według pani z obsługi - powinno przyjść "niedługo". Jeśli transakcja zostanie zaakceptowana pieniądze pójdą do Souter Holdings czyli Polskiego Busa, a ja otrzymam bilety. Cudownie".

      Czytaj też: Płacić za bilet kartą zamiast drobnymi? Dla wielu to abstrakcja

      Mój czytelnik uważa, że e-Card nie gra fair, ponieważ może łatwo dowiedzieć się od Deutsche Banku - albo bezpośrednio od tegoż banku, albo otrzymując od klienta potwierdzenie przelewu - że zapłata poszła na wskazane konto. A że nie dotarła do celu, to już nie jest wina czytelnika. I nie on powinien za to odpowiadać. Czy więc e-Card powinien wziąć opóźnienie "na klatę", założyć za klienta kwotę przelewu i potwierdzić firmie przewozowej, że pieniądze do niej dotrą, by ta wystawiła klientowi bilet? "Wyjazd mam w dosyć "chodliwym" terminie, więc jeśli nie kupię biletów szybko, to potem może po prostu nie być miejsc. Mogę oczywiście kupić je po raz drugi tylko jeśli transakcja w końcu "przejdzie", to będę miał sześć biletów, z których trzy będę musiał zwrócić. Jeśli je wtedy zwrócę - zwrot będzie z mojej winy i PolskiBus,com potrąci mi prowizję i koszty obsługi. Jeśli nie kupię nowych biletów i będę czekał na potwierdzenie transakcji w e-Card, to  jaką mam pewność, że w ogóle pojadę tym busem? Uważam, że w takiej sytuacji zawsze powinno się uznać rację klienta, a wszystkie sprawy niech sobie wyjaśniają bank i e-Card" - pisze pan Darek. Nie chodzi mu już nawet o pieniądze - chociaż 72 zł piechotą nie chodzi, a tyle zapłacił za bilety, których nie otrzymał - ale o zasady. Ma rację?

      72 zł PolskiBus eCard

      Ja uważam, że w takich sytuacjach zawsze warto chronić interes klienta, który nie jest winny kłopotom i - będąc pod presją czasu - nic nie może zaradzić. Logika podpowiada: uznać transakcję klienta za przeprowadzoną prawidłowo, wydać mu zakupiony (choć nie opłacony skutecznie) bilet i poszukać pieniędzy. To to samo rozwiązanie, do którego namawiam banki w przypadku awarii bankomatu: uznać warunkowo konto klienta kwotą, którą chciał wypłacić, a która "zawisła w powietrzu" i równolegle badać sprawę. Jeśli okaże się, że klient ściemnia (szansa na to jest mała, ale...), to najwyżej zwrotnie obciąży się jego konto. Ale dużo większe jest prawdopodobieństwo, że klient jest fair i do tego wdzięczny, że bank właściwie ochronił jego interesy przed skutkami awarii technologii.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Kupował w necie bilety na majówkowy wyjazd. Kasa zeszła mu z konta i... zniknęła”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 kwietnia 2013 08:39
  • poniedziałek, 29 kwietnia 2013
    • Paradoks? WIBOR najniższy w historii, a rata kredytu hipotecznego idzie... w górę

      WIBOR 3M, najważniejszy miernik rynkowej ceny pieniądza, spadł właśnie do najniższego poziomu w historii. Wynosi 3,09% i jest aż o 0,16% niższy od podstawowej stopy procentowej Rady Polityki Pieniężnej - a ta wynosi, jak wiadomo 3,25%. Jak wynika z wyliczeń sieci doradców finansowych Open Finance, tylko w ciągu ostatnich dwóch tygodni WIBOR 3M spadł o tyle, że rata przeciętnego kredytu (25 lat, wartość pożyczki 300.000 zł, marża 1,6%) zjechała z 1750 zł do 1700 zł. Wygląda na to, że WIBOR będzie nadal spadał, bo jak spojrzeć na notowania kontraktów terminowych, to WIBOR 3M jest niżej, niż w notowaniach bieżących. Jednomiesięczne kontrakty notują WIBOR na poziomie 2,9%, zaś sześciomiesięczne - na poziomie 2,6%. Open Finance liczy, że gdyby WIBOR w notowaniach bieżących zachował się tak, jak na rynku terminowym, to rata przykładowego kredytu spadłaby o kolejną stówkę - do 1600 zł. Kto ma hipoteczny kredyt w złotych, z pewnością dziś zauważa, że jego raty są znacznie niższe od tych np. sprzed roku.

      Czas na pytanie pozornie od czapy. Czy kredyt hipoteczny po obniżce stawek WIBOR może stać się.... droższy? Ofiarą takiego "fenomenu" stał się pan Maciej, mój imiennik i zarazem czytelnik blogu "Subiektywnie o finansach". Pan Maciej wziął kredyt w ramach programu "Rodzina na swoim". I ostatnio dowiedział się, że z powodu obniżki stóp procentowych, a w konsekwencji spadku WIBOR, ma płacić wyższe raty. "Po ostatnich obniżkach stóp procentowych bardzo ucieszyłem się, zaglądając do harmonogramu spłaty mojego kredytu. 27 marca zaktualizował się on i moja rata za kwiecień miała wynosić 488,24 zł". Pan Maciej nie napisał ile rata wynosiła wcześniej, ale uwierzmy mu na słowo, że była nieco wyższa. "Jakież było moje zdziwienie  gdy 2 kwietnia ten sam harmonogram uległ zmianie i moja rata na kwiecień wynosi już... 523,09 zł. Po dłuższej rozmowie z panią z infolinii mojego banku otrzymałem dość mętną odpowiedź, której nawet nie jestem w stanie dokładnie przytoczyć.  Ale wynika z niej mniej więcej to, że pod koniec marca mój harmonogram spłaty został zaktualizowany o obniżony WIBOR natomiast z dniem 1 kwietnia został skorygowany o stopę referencyjną. która również uległa zmianie (zmalała)".

      Pani twierdziła iż wszystko wynika z faktu, że kredyt jest zaciągnięty w programie "Rodzina na swoim", a w tym kredycie obniżenie stawki WIBOR nie jest do końca korzystna, bo wysokość dopłaty maleje. "I z tego tytułu doliczono mi do raty 35 zł  Potem były jeszcze jakieś hipotetyczne obliczenia, których wcale nie rozumiem i nawet nie potrafię powtórzyć. Ja rozumiem to tak: WIBOR zmalał, więc oprocentowanie zmalało, zmniejszyła się kwota odsetek, zmniejszyła się dopłata, zmniejszyła się rata. Do tego momentu wszystko jest jasne, ale o co chodzi z tą drugą aktualizacją i stopami referencyjnymi? Skąd wzięło się to dodatkowe 35 zł? Czy jest mi Pan w stanie w możliwie najprostszy sposób wyjaśnić o co tu chodzi i odpowiedzieć na proste pytanie: dlaczego moja obniżona przez WIBOR rata nagle została podwyższona? Takie właśnie pytanie zadałem pani na infolinii i po 40 minutach rozmowy dalej nie wiem, dlaczego tak się stało. Pozdrawiam!". Panie Macieju, to nie wina pani z infolinii, że nic Pan nie kuma. To jest po prostu dość skomplikowana sprawa. Sam bym jej nie ogarnął.

      Na szczęście na pomoc pospieszył mi Wojciech Kaczorowski, rzecznik Banku Millennium, do którego kasy pan Maciej ma przyjemność spłacać kredyt w ramach "Rodziny na swoim", świętej pamięci zresztą ("Rodzina na swoim" świętej pamięci, nie bank, który ma się dobrze, choć ponoć ostrzy sobie nań zęby król Jagiełło, podobnie jak na tuzin innych banków ;-)). "Chyba nie ma już prostych tematów w bankowości" - zafrasował się pan Wojciech. I obiecał, że odpowie jak tylko najprościej się da. "Przy kredycie Rodzina na Swoim stosuje się tak naprawdę dwie stawki stóp referencyjnych. Jedna to WIBOR 3M będący ustalaną przez bank, rynkową stopą referencyjną. Druga stopa referencyjna to stawka ustalana przez Bank Gospodarstwa Krajowego w celu obliczenia wysokości dopłat do kredytów". Tłumaczy pan Wojciech. Bo to z kasy BGK idą pieniądze na pokrycie 50% odsetek naliczanych klientom przez banki komercyjne przy każdej płatności rat.  O ile WIBOR 3M jest prosty do ogarnięcia - oprocentowanie kredytu do WIBOR plus marża, a jak WIBOR spada, to i rata idzie w dół - o tyle ze stopą referencyjną BGK jest gorzej, choć też jest oparta na stawce WIBOR.

      Owa stawka referencyjna BGK obliczana jest jako średnia arytmetyczna notowań WIBOR 3M z całego kwartału, powiększona o 2% (punkty procentowe). Pan Wojciech dla uproszczenia nazywa ją WIBOR BGK. Jest dość logiczne, że WIBOR BGK jest po pierwsze wyższy od WIBOR 3M (znaczenie ma te 2% różnicy), a po drugie zmienia się inaczej. Banki biorą WIBOR 3M z danego dnia, a WIBOR BGK jest średnią z wielu dni. Po co te wszystkie udziwnienia? "Dzięki temu wysokość dopłat powinna być wyliczana jednakowo przez wszystkie banki niezależnie od wysokości WIBOR-u wyliczonego przez dany bank" - tłumaczy Wojciech Kaczorowski. Mamy więc dwie, wyliczane w odmienny sposób stopy procentowe - WIBOR 3M służący do obliczania oprocentowania kredytu oraz wyższy od niego WIBOR BGK, który służy do obliczania poziomu dopłat (czyli do określenia jaką konkretnie kwotą jest 50% raty odsetkowej naliczonej klientowi, której ten klient nie będzie musiał płacić). No i teraz dopiero zaczyna się zabawa.

      "Stawka WIBOR BGK zmienia się kwartalnie (patrząc na kolejne kwartały kalendarzowo). Stawka WIBOR 3M zmienia się co trzy miesiące, w każdą trzymiesięcznicę podpisania umowy kredytowej" - mówi rzecznik Banku Millennium. Oczywiście ta driga regulacja ma charakter wewnętrzny i klienci innych banków mogą mieć aktualizowane stawki WIBOR w inny sposób. "Załóżmy że klient podpisał umowę 15-go dnia miesiąca. I tym samym w umowie ma zapisaną  aktualizację WIBOR-u na 15 lutego. Tym samym od 16 lutego klient płaci niższe raty z uwagi na niższe oprocentowanie kredytu, co z kolei wynika ze spadku wskaźnika WIBOR 3M. Jednak kwota dopłat pozostaje bez zmian, bo zmieni się dopiero 1 kwietnia. Tego dnia następuje wyliczenie nowej kwoty dopłat w oparciu o nową (niższą) stawkę WIBOR BGK - powoduje to spadek dopłat, a tym samym wzrost raty płaconej przez klienta. Rata łączna pozostaje bez zmian (bo WIBOR 3M się nie zmienił) natomiast rata kwota dopłat wprost zależy od stawki WIBOR BGK". Ponieważ WIBOR BGK jest wyższy, niż "zwykły" WIBOR, to jego przecena np. o 1% (w sensie - punkt procentowy) powoduje większy nominalny spadek wartości. I boleśnie odbija się na wysokości dopłaty. Proste? Nie bardzo. Logiczne? Być może. Mam nadzieję, że to pokrętne wyjaśnienie przyda się wszystkim, którzy dziwią się, że im rośnie, choć powinno spadać ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Paradoks? WIBOR najniższy w historii, a rata kredytu hipotecznego idzie... w górę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 kwietnia 2013 17:32
  • niedziela, 28 kwietnia 2013
    • Wielka awantura o koniec cywilizacji i deko termitów. Reklama PKO BP obraża Afrykę?

      Testowaliście już słynne PKO-wskie IKO, które ma być alternatywą dla kart płatniczych? Kto testował, może od razu przejść do drugiego akapitu. Pozostałym powiem, że moim zdaniem to nowinka genialna w swej prostocie - pozwala wypłacać pieniądze z bankomatów bez karty i płacić za zakupy bezgotówkowo - też bez karty. Zamiast wkładania plastiku do terminala lub bankomatu i wciskania PIN-u wyjmuje się telefon komórkowy, uruchamia aplikację IKO i podaje sprzedawcy (bądź bankomatowi) "wylosowany" na ekranie "komóry" kod. Chociaż na razie system PKO ma ograniczony zasięg - działa tylko w telefonach klientów tego jednego banku, i to tylko wtedy, jeśli płacą oni za zakupy w sklepach używających terminali eService bądź wypłacają cash w bankomatach PKO BP i Euronetu - to IKO ma potencjał. Jeśli przystąpią do niego inne banki, inne banki, firmy rozliczające transakcje w sklepach i inne sieci bankomatów, to może kiedyś zastąpi karty płatnicze? Tym bardziej, że IKO pobiera znacznie niższe opłaty, niż Visa i MasterCard, a poza tym ma też kilka innych ciekawych opcji, np. proste płacenie za zakupy w internecie i przesyłanie wirtualnych czeków, które po kilku minutach można odebrać w formie gotówki z bankomatu.

      Przez kilka pierwszych tygodni IKO działało "po cichu", tzn. nie reklamowało się aktywnie wśród klientów, ale ostatnio w telewizji pojawiły się spoty tłumaczące zasady działania IKO. Oczywiście - tradycyjnie już - są to filmiki z Szymonem Majewskim "na krańcach świata". A konkretnie - w Afryce, wśród jakichś bliżej nie zidentyfikowanych kolesi z dzidami. Szymon nie szczędzi im dowcipu, pokazując jak komórką zapłacić za pięć deko termitów. Kto nie dotrwał do końca spotu, mógłby dojść do wniosku, ze Szymon nabija się z Murzynów, że tacy zacofani i w ogóle. Puenta jest jednak bardziej "poprawna politycznie", bo jeden z tych "zacofanych" wyciąga zza pazuchy tablet i dzwoni do kolegi dziwiąc się, że jakiś białas tłumaczy mu takie oczywistości, jak możliwość płacenia komórką za pięć deko termitów. Nie ma co kryć, że w dziedzinie płatności przynajmniej niektóre afrykańskie kraje biły nas dotąd na głowę, więc poprawność polityczna jest tu ze wszech miar wskazana. Stąd w reklamie pojawia się ostrożne "teraz już nawet na końcu cywilizacji wiedzą, jak klienci PKO Banku Polskiego płacą i wypłacają z bankomatu komórką".

      Wygląda jednak na to, że mimo tej poprawności marketingowcy w PKO BP przeholowali z dowcipem. Przynajmniej zdaniem niektórych, mieszkających w Polsce Afrykańczyków. Reklamę IKO ostro skrytykował Mamadou Diouf, chyba najbardziej wpływowy rzecznik Afryki w Polsce - ten Senegalczyk z urodzenia prowadzi u nas serwis Afryka.org, jedyny w języku polskim poświęcony sprawom afrykańskim. Założył też Fundację Afryka Inaczej, mającą walczyć ze stereotypami dotyczącymi Czarnego Lądu. Zasiada też w powołanej przez prezydenta Warszawy Społecznej Radzie Kultury. Diouf nie mógł polubić reklamy pokazującej Afrykańczyków jako ludzi z dzidami i przekazującej - nawet żartobliwie - obraz tej części świata jako "końca cywilizacji". Zwłaszcza, że od lat walczy np. o usunięcie z kanonu lektur szkolnych "W pustyni i w puszczy". W wywiadzie dla serwisu ngo.pl mówił niedawno: "Uważam za obciach to, że w XXI wieku w kanonie lektur szkolnych nadal jest „W pustyni i w puszczy” oraz „Murzynek Bambo”. Trudno o większe powielanie stereotypów na temat Afryki"

      Trudno? Kto wie, czy - jeśli przyjmiemy ten punkt widzenia - w PKO BP nie przebili "W pustyni i w puszczy" ;-). "Na dzień dobry padają słowa „pięć deko termitów” - typowe dla bambomentalu. Sugeruje, że miejscowi (każdy jest tubylcem u siebie) jedzą termity, zamiast wieprzowiny. Czy PKO BP odważy się poruszyć temat „pięć deko psiego mięsa” z wielkim Murem chińskim w tle?" - pyta Diouf w swoim tekście-proteście przeciwko reklamie IKO. Podkreśla, że w reklamie mówi się o Afryce, jako o krainie "na krańcach świata" oraz o tym, że to właśnie u Czarnych jest "koniec cywilizacji". Diouf zastanawia się: kto dopuścił do produkcji i emisji tę reklamową prowokację. "Korporacje mają cały tabun ludzi w dziale promocji, plus agencje z zewnątrz. I co? Nie było żadnych zastrzeżeń do scenariusza propagującego brak cywilizacji u Afrykanów?". Nie przekonują go argumenty, że ten "koniec świata" i "krańce cywilizacji", mają być w zamyśle marketingowców metaforą. Cóż, nie da się ukryć, że ta przenośnia jest w reklamie IKO wyjątkowo dosłowna, bo obfitująca nawet w ludzi z dzidami ;-). Nawet jeśli ta narracja jest "odkręcana" żartem na końcu - to jednak żart nie każdy zrozumie. A co się wcześniej naogląda zjadaczy termitów, to jego.

      PKO-wskie marzenia o bardzo, bardzo big data, czyli idzie "Nowy rytm"

      "Pięć deko termitów" i afrykańskie "krańce cywilizacji" to nie koniec zarzutów Dioufa do reklamy największego polskiego banku. Jego zdaniem Szymon Majewski jest w klipie ubrany w strój żołnierza-okupanta krajów Afryki. Nie umiem tego zweryfikować - przydałby się jakiś czytelnik-znawca historii kolonii afrykańskich, który prześwietliłby reklamę IKO pod kątem "choreografii" - ale jeśli to prawda... Mielibyśmy do czynienia z sytuacją analogiczną do tej, w której np. Gazprom pokazywałby w Rosji reklamę z polskimi zesłańcami w tle, zaś jakiś niemiecki koncern w reklamie wykorzystałby wątek z zaboru pruskiego, np. dzieci z Wrześni. No, słabo by to wyglądało. Niedawno mieliśmy zresztą aferę z wykorzystaniem w reklamie sieci telekomunikacyjnej Lenina. Reklamę po trzech dniach wycofano. "Austriacy i Rosjanie mieli swoje zabory - też posiadłości - w miejscu, gdzie leży dziś nasza Polska. Wyobraźmy sobie, że Deutsche Bank czy Gazprom zamówią reklamę, z wątkiem czasów zaborów. Można mieć pewność, że MSZ, Parlament i partie polityczne stanęłyby murem. Byłoby głośno na całą Europę. I słusznie!" - pisze Diouf.

      "Ekipa, która dopuściła scenariusz nie ma żadnej wiedzy o Afryce. Dla mydlenia oczu podkreśla dobrą afrykańską orientację w nowych technologiach. To jednak tylko ruch przed krytykami. Ostatni komentarz o końcu cywilizacji (gdzie jest jej początek, skoro człowiek pochodzi z Afryki?) jest absolutnie nie na miejscu. Obraz może być zabawny, dać do myślenia albo poruszać. Zależy co sprzedajemy. Ale nie można handlować stereotypami. Czy firma z takimi tradycjami nie powinna dbać o społeczny aspekt swoich kampanii?" - pyta autor krytycznego komentarza. I dodaje: "PKO BP bierze nas za ignorantów. Rynek komórkowy ostatniej dekady to wzrost z 20 milionów do prawie 600 milionów aparatów na kontynencie afrykańskim. Natomiast w Afryce Wschodniej już funkcjonuje system komórkowych płatności znacznie bardziej nowatorski niż promowana przez PKO BP usługa – M-Pesa". Rzeczywiście, system należący do operatorów Safaricom i Vodafone ma ponad 17 mln użytkowników. 80% Kenijczyków używa telefonu do płacenia (w Polsce - kilka procent). M-Pesa pozwala też za pomocą telefonu zakładać depozyty i brać pożyczki. I tak w Kenii nie potrzebują ani bankowych placówek, ani kart płatniczych.

      Fundacja Afryka Inaczej wysłała w sprawie reklamy IKO oficjalny protest do władz PKO BP. Wiem też, że dostała równie oficjalną odpowiedź z biura prasowego PKO. W odpowiedzi specjaliści od PR banku przypominają, że we wcześniejszych klipach z Majewskim "scenerią dla podróży Szymona był Mars oraz "Kraina za siedmioma górami, za siedmioma lasami", co pokazuje abstrakcyjny kierunek myślenia agencji reklamowej DDB, która przygotowała spoty. Wymyślając kreację do nowego produktu PKO twórcy szukali takiego miejsca geograficznego, które z punktu widzenia odbiorcy reklamy byłoby równie odległe od Polski jak Mars i równie umowne jak Kraina Królewny Śnieżki i Siedmiu Krasnoludków. Takie miejsca to np. Australia, Afryka czy Meksyk". Równie odległe jak Mars i równie umowne, jak Kraina Królewny Śnieżki? Hmmm, mam wrażenie, że tym tłumaczeniem ludzie z PKO BP deczko się pogrążyli. Gdyby Chińczycy, szukając miejsc równie odległych w odbiorze ich obywateli, jak Mars, a przy tym równie umownych, jak Kraina Królewny Śnieżki, pokazali np. Warszawę i jej rozbudowaną sieć linii metra, to chyba mielibyśmy kłopoty z przyjęciem tej własnej umowności do wiadomości ;-).

      Czytaj: Wielki skandal z loterią PKO. Nagrodzili plagiaty. Będzie proces?

      W PKO BP podkreślają, że reklama jest ironiczna i de facto podkreśla, że to my jesteśmy - brzydko mówiąc - "sto lat za Murzynami". "Wiedza o zaawansowaniu technologicznym takich krajów jak Kenia była powszechna wśród osób pracujących w projekcie. Osadzenie w tym kontekście reklamy nowinki technologicznej w Polsce, z której PKO chce dopiero uczynić nowy standard rynkowy, świadczy naszym zdaniem o poczuciu autoironii i dystansu jej twórców wobec siebie. Koncept reklamowy był także badany i jego scenariusz nie budził większych kontrowersji (...). Przeciwnie, badanym podobał się humorystyczny wydźwięk reklamy i byli oni pozytywnie zaangażowani w jej odbiór. Warto też podkreślić, że Szymon Gutkowski, dyrektor agencji DDB przez wiele lat mieszkał w Nigerii, a Tomasz Marszałł, dyrektor marketingu PKO opublikował kilka artykułów na temat swoich afrykańskich podróży". Zwłaszcza ostatni argument jest z gatunku kończących. Nie wiedziałem, że opublikowanie artykułów o afrykańskich podróżach działa jak odpust zupełny ;-). PKO BP informuje, że Gutkowski & Marszał wyrazili chęć spotkania z Mamadou Dioufem i "wyjaśnienia zaistniałego nieporozumienia". Mam nadzieję, że na spotkanie panowie nie przyniosą dzidy, a co najwyżej poprzestaną na dwóch nagich mieczach, które praprzodek prezesa PKO BP, Zbigniewa Jagiełło, w 1410 r. zakosił od prapraprapradziadka prezesa Deutsche Banku, niejakiego Urlicha ;-). Dzidy - a także fajkę pokoju - marketingowcy PKO BP powinni zabrać dopiero na posiedzenie Rady Reklamy, bo i tę zawiadomił Diouf o swoich zastrzeżeniach dotyczących spotu o IKO ;-). A propos fajki pokoju - uprzejmie przypominam, że i ja miałem jakiś czas temu indiański epizod natury finansowej, choć może nieco mniej kontrowersyjny, niż ten PKO-wski ;-)

      "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH" NA FACEBOOKU I TWITTERZE. Teksty, które czytacie w blogu to tylko część spostrzeżeń o finansach osobistych, które każdego dnia powstają pod marką "Subiektywnie o finansach". Na stronie blogu w Facebooku codziennie znajdziecie liczne ciekawostki i zapiski na marginesie blogonotek, które tu codziennie czytacie. Od niedawna blog ma także swoją stronę na Twitterze. Jeśli chcecie ze mną podyskutować, pokłócić się, bądź tylko delikatnie się nie zgodzić, to za pomocą Facebooka i Twittera będzie to zdecydowanie najłatwiejsze. Tych, którzy wolą kłócić się przez tradycyjny e-mail zapraszam na maciej.samcik (at) gazeta.pl

      Jak pomnażać oszczędności

      POMNAŻAJ Z SAMCIKIEM! Przeczytaj jeden z najlepszych na rynku poradników finansowym. Jak zabrać się do inwestowania pieniędzy? Jakie są najprostsze strategie? Jak zrobić porządek w domowym budżecie? Jak wybrać najlepszą lokatę, obligacje, fundusze? O tym wszystkim przeczytasz w przystępnej formie w "Jak pomnażać oszczędności". Poradnik jest wśród sześciu książek, które musisz przeczytać według blogu "Jak oszczędzać pieniądze". W konkursie "Economicus" zdobył wyróżnienie jako jeden z trzech najlepszych poradników roku. Książkę życzliwie oceniło też Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. "Polecamy ją szczególnie osobom, które do tej pory nie oszczędzały lub robiły to bez namysłu" - napisali eksperci Stowarzyszenia. Poradnik stał się czwartym największym ekonomicznym bestsellerem w sieci salonów Empik w ostatnim półroczu.  ”Dziennik Gazeta Prawna” pisał: ”To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. Książka jest wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Blog Kreatywa: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika"  Portal edukacji finansowej NewTrader.pl: "Książkę świetnie się czyta. Poradnik ten został napisany językiem dla laików, każdy z nas zrozumie o co chodzi w pozornie skomplikowanych produktach finansowych". Jeśli nie masz czasu iść do księgarni, ściągnij "Jak pomnażać oszczędności" w formie e-booka. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Wielka awantura o koniec cywilizacji i deko termitów. Reklama PKO BP obraża Afrykę? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 kwietnia 2013 23:51
  • piątek, 26 kwietnia 2013
    • Karciarze grają www.otwartekarty. A my mamy być ich... "żywymi tarczami"

      Organizacje płatnicze - a przede wszystkim MasterCard, który w tym momencie walczy o życie - wyprowadziły najcięższe armaty w wojnie o interchange. Projekty ustaw, które mają administracyjnie ściąć tę prowizję, pobieraną przez Visę, MasterCarda i banki od właścicieli sklepów, są już w Sejmie. I jak posłowie się uprą, to egzekucja na opłacie interchange nastąpi jeszcze w tym roku. Zagrożony tą ofensywą jest głównie MasterCard, bo jego karty - ze względu na dołączane do nich programy lojalnościowe proponowane klientom (punkty i nagrody) - obłożone są często wyższą opłatą interchange. Dlatego MasterCard w zeszłym roku odrzucił kompromisowy plan Narodowego Banku Polskiego, by stopniowo obniżać interchange. To zresztą była bezpośrednia przyczyna, która spowodowała, że Ministerstwo Finansów i politycy poszli w rozwiązanie "siłowe". Interchange był w Polsce najwyższy w Europie (właściciele sklepów za możliwość przyjmowania kart płacili Visie, MasterCardowi i bankom średnio 1,7% od wartości transakcji). Pazerność branży finansowej sprawiała, że małe sklepy w Polsce w ogóle nie chcą mieć nic wspólnego z kartami płatniczymi.

      Teraz w MasterCardzie widzą, że to już nie przelewki i kombinują jak by tu uciec spod ustawowego noża, pod który sami się wpędzili. Najpierw wyprodukowali, wspólnie ze Związkiem Banków Polskich, nowy plan obniżania interchange i jednostronnie go przyjęli. Potem zaczęli ciepło się wyrażać o planie NBP, który wcześniej odrzucili. W piątek MasterCard wydał kolejne oświadczenie, w którym ponownie zobowiązuje się do jednostronnego obniżenia interchange. I ogłosił swój „Kodeks Postępowania MasterCard”. Firma deklaruje, że plan obniżek interchange w latach 2014-2017 "oparty jest w dużej mierze na opracowanym przez Narodowy Bank Polski "Programie Redukcji Opłat Kartowych" oraz na założeniach inicjatywy opracowanej przez Związek Banków Polskich". Słodko. Teraz MasterCard podpisuje się już dwiema rękami pod wszystkimi programami opłat kartowych, które kiedykolwiek opracowano. Od 1 stycznia 2014 r. MasterCard ma sprowadzić "średnią ważoną stawkę interchange" (zapamiętajcie ten zwrot, bo to ważne) dla kart debetowych do 1%, a docelowo w 2017 r. owa średnia ma spaść do 0,7%. Dla kart kredytowych średnia wyniesie 1,11%, a w 2017 r. ma zjechać do 0.84%. Zobowiązanie do obniżki stawek ogłosiła też zresztą Visa. Obie organizacje wprowadziły już w życie pierwsze redukcje interchange.

      MasterCard za wszelką cenę stara się nie dopuścić do realizacji scenariusza, w którym zostałby wprowadzony sztywny "sufit" dla wszystkich kart. Taki był pomysł NBP i tę koncepcję forsują w Sejmie politycy. Gdyby udało się "przepchnąć" obniżkę w formie "średniej ważonej", to MasterCard mógłby ochronić swój model biznesowy, oparty na promowaniu wypasionych kart kredytowych z programami lojalnościowymi, za które sklepy płacą w formie wyższego interchange. 90% prostych kart miałoby niski interchange, a 10% kluczowych dla MasterCarda "plastików" mogłoby mieć nadal interchange na wysokim poziomie. A średnia ważona by się zgadzała.Te luksusowe karty lubią i banki i klienci (dzięki nim MasterCard szybko zabiera udziały rynkowe Visie), nie lubią ich tylko sklepikarze, bo są tłuczeni po głowach wysokimi prowizjami. "Ustalenie sztywnego limitu dla wszystkich transakcji ograniczy konkurencję między Mastercard i innymi systemami płatniczymi" - pisze wprost MasterCard w piątkowym oświadczeniu. I zapowiada, że choć jednostronna obniżka interchange w 2014 r. będzie bezwarunkowa, to później już  "będzie ona uzależniona od liczby punktów handlowo-usługowych akceptujących karty płatnicze. Będą miały nią wpływ również wartości bezgotówkowych transakcji kartowych oraz liczba bezgotówkowych transakcji kartowych"

      Czytaj też: Kartowa wojna domowa. czyli kto załatwił sabat czarownic?

      Do kosztownej walki o uniknięcie regulacji ustawowej MasterCard zaprzągł nie tylko lobbystów, agencje PR i organizacje pracodawców. Firma chciałaby zrobić też "żywe tarcze" z nas, konsumentów. Ostatnio trafiłem na stronę internetową www.otwartekarty.pl. Każdy konsument może na niej podpisać apel o takiej treści: "Pragnę wyrazić głębokie zaniepokojenie projektami zmian do Ustawy o Usługach Płatniczych, które wkrótce staną się przedmiotem prac Sejmu". O co chodzi? Po pierwsze o większe prawa dla właścicieli sklepów, które będą mogły odmówić akceptowania kart, ich zdaniem, zbyt drogich. Zaniepokojenie osób popierających petycję powinno obejmować "zakaz stosowania zasady "honorowania wszystkich kart", która gwarantuje konsumentom możliwość dokonania płatności kartą danego systemu płatniczego w każdym punkcie oznaczonym logo tego systemu. Wprowadzenie zakazu stosowania tej zasady odbierze konsumentom tę gwarancję powodując dezorientacje i wywoła na rynku chaos, dając handlowcom pełne prawo odmowy akceptacji dowolnej karty, nawet jeśli w sklepie widnieć będzie informacja, że akceptuje on karty danego systemu (np. Visa, MasterCard czy Maestro). Narazi to konsumentów naniedogodności i utrudni korzystanie z kart płatniczych, co spowoduje wzrost transakcji gotówkowych".

      W otwarte karty homepage

      Drugim powodem zaniepokojenia osób popierających petycję ma być - według jej autorów - "wprowadzenie, bez żadnej oceny wpływu na dobro konsumenta, administracyjnej obniżki opłat interchange. Konsekwencją tego zapisu może być obciążenie użytkowników kart dodatkowymi opłatami – co wydarzyło się np. w Hiszpanii, USA i Australii - a jego jedynymi beneficjentami mogą okazać się sieci handlowe i paliwowe, którzy będą ponosili niższe koszty związane z akceptacją kart płatniczych, a jest to mało prawdopodobne, że obniżą stale ceny dla konsumentów. Tym samym, regulacja pozwoli podnieść wysokość marży na sprzedaży. Apeluję o rozwagę, staranną ocenę skutków regulacji, oraz wzięcie pod uwagę doświadczeń innych państw, w których wprowadzono tego typu regulacje. Zapisy mocno ingerujące nie tylko w relacje między podmiotami gospodarczymi, ale i wywierające skutki na konsumentów, nie powinny być wprowadzane bez solidnej analizy biorącej pod uwagę interes nie jednej, ale wszystkich grup nimi dotkniętych. Ponadto jesteśmy przekonani, że przed podjęciem decyzji o administracyjnej ingerencji w mechanizmy rynkowe warto uwzględnić fakt, że z dniem 1 stycznia 2013 r. opłaty interchange w Polsce już spadły".

      Czytaj też: Interchange topnieje, a banki nie stracą? Jak to możliwe?

      Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy powinien się podpisać pod tym apelem, to zawsze może zerknąć na blog Cezarego Kaźmierczaka, który też jest częścią tej zacnej strony. "Jak ten Chuck Norris przeczytałem cały internet i nie znalazłem wzmianki, żeby ktoś się skarżył na obecny system płatności, co w dzisiejszym świecie jest w zasadzie praktycznie niemożliwe. Wszystko działa dobrze, a oni mimo to w mozole będą nas uszczęśliwiać. Sprawdziłem też, że nigdzie na świecie nie ma tego typu rozwiązania (tylko w Australii prawo rozdziela sposób traktowania kart kredytowych i debetowych). W całej tej historii zdumiewa buta. Nikt ich nie prosi, a oni mimo to, widząc lepiej ze swoich niezmierzonych szczytów mądrości, uszczęśliwią obywateli, handel i ludzkość" - nie owija w bawełnę pan Cezary. Naprawdę nikt się nie skarży? A te 150.000 sklepów, których właściciele, jak zobaczą kogoś z przemysłu kartowego, to uciekają na drzewo? To pies? Pan Cezary jednak wie lepiej. „Poglądy rządu na gospodarkę można podsumować krótko: "jeśli to żyje, opodatkuj to. Jeśli nadal ma się dobrze, ureguluj to. Jeśli przestanie funkcjonować, wprowadź subsydia” – mówił kiedyś Ronald Reagan i wiedział, co mówi".

      Pan Cezary tak mnie ubawił, że zerknąłem na zamieszczone na stronie www.otwartekarty.pl wyjaśnienie co to jest interchange. Spodziewałem się, że też będzie to dość wesoła definicja, obrazująca "inny" punkt widzenia, niż ten, że przez lata branża finansowa zdzierała ze sklepikarzy ile wlezie. Nie zawiodłem się: "Interchange to mała opłata dodawana do transakcji, która finansuje część kosztów ponoszonych przez wystawców kart w związku z wprowadzaniem nowych technologii, zapewnianiem bezpieczeństwa systemu oraz obsługą transakcji". Zauważyliście? "Mała opłata", która finansuje "część kosztów" związanych z "wprowadzaniem nowych technologii". Co tam "mała". Mogli od razu pójść na całość i napisać, że "niezauważalna", albo "mikroskopijna". W końcu w małym sklepie kasuje tylko połowę zysku handlowca, a mogłaby cały ;-). Z powodu tej "małej opłaty" przez kilka miesięcy wszyscy święci debatowali w Narodowym Banku Polskim jak kompromisowo załatwić spór na linii branża finansowa - handel.

      Nie podoba mi się, że MasterCard - bo, jak przeczytałem na samym dole strony, to ta organizacja płatnicza jest głównym "mecenasem" przedsięwzięcia, wspólnie ze Związkiem Przedsiębiorców i Pracodawców oraz Stowarzyszeniem Rzeczników Konsumentów - straszy nas tym, że niedługo nie będziemy mogli zapłacić w sklepie niektórymi kartami. Skoro firma jest za wolnym rynkiem i tym, żeby konkurencja i samoregulacja załatwiła kwestię interchange, to chyba powinna mówić tym samym głosem w sprawie honorowania kart. Jeśli sprzedawca uzna, że np. karta MasterCard World kosztuje go w prowizji zbyt dużo i nie będzie chciał jej przyjąć od klienta - to MasterCard, w ramach wolnorynkowej rywalizacji popytu i podaży, może po prostu obniżyć interchange, by sprzedawcy się opłacało. Dlaczego w jednym miejscu rynek jest dobry, w drugim miejscu już nie? Akurat karty premium, które wydaje MasterCard i które tak lubią klienci (sam mam dwie takie i też je kocham), przeważnie nie są jedynymi w portfelach klientów, więc to, że nie da się nimi zapłacić w jakiejś knajpie, dla klienta premium z reguły nie będzie końcem świata. Jasne, wolałbym, żeby sprzedawcy przyjmowali wszystkie karty i popieram w tym żądaniu MasterCarda, ale jednocześnie nie lubię hipokryzji. Albo ktoś popiera samoregulację i wolny rynek, a wówczas powinien wierzyć, że i ten problem rozwiąże konkurencja, albo...

      Czytaj też: Wszystkie grzechy MasterCarda, czyli jak wkurzać ludzi

      Oczywiście nie mam wątpliwości, że ustawowe cięcie interchange nie pomoże klientom banków. Programy typu money-back, czyli zwracanie klientom jakiegoś procentu pieniędzy wydanych na zakupach, były finansowane właśnie z dochodów z interchange. Ale money-back i tak w bankach umiera, więc to, że wyjdziecie na ulice i na ochotnika będziecie robili za żywe tarcze MasterCarda, raczej nie uchroni Waszych kieszeni przed inwazją programów rabatowych nowej generacji - znacznie bardziej wyrafinowanych i niebezpiecznych. Nie wiem ile osób już podpisało e-apel, który jest zamieszczony na stronie www.otwartekarty.pl, ale w zakładce "Działaj teraz! Podpisz petycję!" czytam, żeby wezwać posłów, senatorów, Ministerstwo Finansów oraz Narodowy Bank Polski do rozwagi. W sumie nie zaszkodzi wezwać. W sprawie interchange rozwaga już się pewnie nie przyda - nie chce mi się wierzyć, by politycy nie doprowadzili do końca nowelizacji, która pozwala tak spektakularnie dokopać nie lubianym organizacjom płatniczym - ale w innych sprawach na pewno się przyda.

      Samcik.blox.majster

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Karciarze grają www.otwartekarty. A my mamy być ich... "żywymi tarczami"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 26 kwietnia 2013 23:20
    • mOkazje: samo dobro, czy... dobry pomysł, by klient chodził na krótkiej smyczy?

      W mBanku ruszyły mOkazje - nowy program rabatowy, podobno unikalny na skalę europejską. mOkazje mają być pierwszą zachętą dla obecnych i potencjalnych klientów mBanku, by w czerwcu zechcieli przenieść się ze swoimi pieniędzmi do Nowego mBanku. To prestiżowe wyzwanie, bo bezpośredni konkurent na rynku banków 3.0, czyli Alior Sync, w ciągu roku i to startując zupełnie od zera, zgarnął 200.000 fanów nowych technologii. Nie można mówić, że jest to jakiś nadzwyczajny blitzkrieg, ale nie ma też poruty i wstydu. mOkazje są bardzo istotną częścią planu na kontratak Nowego mBanku, bo przykład Alior Sync pokazał, że otrzymywanie nagród, rabatów i bonusów przy zakupach to dla polskich klientów banków argument silniejszy, niż jakikolwiek inny. Czy ludzie, którzy rzucili się do zakładania kont w Syncu, by zainkasować 5% zwrotu za zakupy w internecie, teraz będą szturmowali serwery mBanku, by zapisać się do mOkazji? Zanim sami odpowiecie sobie na to pytanie uprzejmie przypomnę, że Sync osiągnął taki poziom zainteresowania klientów swoim cash-backiem, że ostatnio musiał spuścić z tonu, bo naród zaczął handlować w sieci jak szalony ;-)

      mBank mOkazje Facebook screen

      Nakreślmy pole bitwy. W bankach do tej pory było kilka modeli nagradzania klientów na zakupach. Pierwszy to oczywiście przyznawanie punktów, a za punkty - nagród. Klienci BZ WBK mogą zbierać punkty w programie Payback, W Citi i mBanku oraz Multibanku działa program Miles&More, posiadacze co lepszych kart mogą brać udział w programie MasterCard World. Niektóre banki mają swoje wirtualne "pasaże handlowe", w których można kupować różne rzeczy z rabatem. Kiedyś w takim pasażu znalazłem nawet... ketchup. Są wreszcie znane i lubiane (choć obecnie występujące już raczej w wersji schyłkowej) programy typu money-back, czyli zwrot jakiegoś procentu wszystkich zakupów dokonanych kartą (czasem są ograniczenia do sklepów z niektórych branż). Każdy z tych pomysłów ma wady: programy punktowe mają zwykle mało atrakcyjny przelicznik punkty-nagrody. Pasaże handlowe zawierają nędzną liczbę produktów i raczej są gadżetem, niż sensowną ofertą, gwarantującą systematyczne korzyści. Z kolei money-back zawsze jest ograniczony kwotowo - miesięcznie można zarobić góra kilkadziesiąt złotych (więcej płacił Alior Sync, ale tylko przez pomyłkę ;-)).

      Na pierwszy rzut oka mOkazje są programem korzystniejszym od wyżej wymienionych - i to korzystniejszym o całe lata świetlne - zarówno dla banku, jak i dla klienta oraz sklepu, w którym realizowany jest zakup z rabatem. Konstrukcja jest podobna do "pasażu handlowego" - bank wystawia oferty rabatów, klient je kontraktuje i - to już nowość w porównaniu z pasażem - przy najbliższym zakupie opłacanym kartą mBanku konsument dostaje obiecaną zniżkę. Co prawda kupujący płaci przy kasie tyle, ile jest na paragonie, ale pieniądze z tytułu rabatu sklep zwraca mu na konto w ciągu kilku dni (po rozliczeniu transakcji). Klient dostaje też potwierdzenie SMS-em i e-mailem, że naliczono mu rabat.  Korzyść dla konsumenta polega na tym, że mOkazje nie są limitowane kwotowo - klient może miesięcznie zaoszczędzić na zakupach 20 zł, 100 zł, albo i 300 zł. Korzyść dla banku jest oczywista - nie dokłada do interesu ani grosza, zarabia na opłatach interchange i być może dzieli się "ekstra-obrotem" ze sklepem, któremu przyniósł klienta. Sklep jest do przodu, ponieważ - to chyba najważniejsza innowacja mOkazji - rabaty mają być przez bank targetowane. Czyli przedstawiane tym klientom, którzy najlepiej "rokują". A więc jest domniemanie, że rabat dostanie klient, który dzięki zniżce wygeneruje wyższy obrót, zaś sklep więcej zarobi.

      mBank mOkazje Facebook screen

      Czy więc mBank wymyślił program lojalnościowy nie posiadający żadnych wad ukrytych? Klient zarabia bez ograniczeń, bank dzieli się kasą ze sklepem, który i tak jest zachwycony, bo mu rosną obroty... Pięknie, prawda? Po gruntownym przenicowaniu mOkazji dostrzegam w nich jednak pewne słabości. Przynajmniej jeśli spojrzę na pomysł mBanku subiektywnym okiem człowieka wyjątkowo odpornego na programy lojalnościowe - być może z tego powodu niereprezentatywnego i kompletnie nietypowego (oceńcie sami). Nie będę się czepiał takich drobiazgów jak marny wybór rabatów, bo ten defekt akurat mBankowcy są w stanie poprawić w kilka tygodni. Ale niezależnie od tego ile nowych mOkazji wprowadzą, w dalszym ciągu będą to tylko rabaty dotyczące określonych marek towarów i usług. Marek, z których niekoniecznie będę chciał skorzystać. Przykłady? Mam pod domem stację BP, w okolicy dwa porządne markety spożywcze (Piotr i Paweł oraz Kaufland), ulubioną galerię handlową, a w niej wszystkie ulubione marki. Sorry, ale nie ma takiej siły, która skłoniłaby mnie do tankowania na Shellu albo Orlenie (nie będę jeździł do sąsiedniej dzielnicy, żeby zaoszczędzić parę złotych), albo do robienia zakupów w Lidlu - jestem zadowolony z "moich" sklepów, a jak mam zły dzień, to jadę do Auchan, gdzie jest najlepsze pieczywo w okolicy. Wolę Burger Kinga od KFC i rabat od tej drugiej marki raczej nie sprawi, że zmienię priorytety. Zastrzegam: raczej ;-)

      Piszę "raczej", bo... mBank może personalizować ofertę na podstawie historii mojego konta i zakupów kartowych. Może też, w porozumieniu z siecią handlową, stopniować rabaty licząc, że w końcu się złamię. Może też pójść inną drogą - namawiać mnie do zwiększenia zakupów w sklepach, w których i tak już kupuję. W zamian za rabaty miałbym tam kupować tylko więcej i częściej. Przykład? Nie poszedłbym teraz do Big Stara po dżinsy, bo teraz mi się nie chce, choć znam i lubię tę markę. Ale jak dają 20% rabatu, to może jednak pójdę... Z tego punktu widzenia mOkazje to ogromny postęp. Takich instrumentów w postaci automatycznego personalizowania ofert rabatowych i łatwej ich realizacji nie ma w ręku np. Payback, który dał mi kartę na punkty i ciągle atakuje jakimiś e-kuponami. Ani razu - a mam tę kartę od dwóch lat - nie skorzystałem z oferty żadnego sklepu lub punktu usługowego dlatego, że jest w Paybacku! Sami widzicie, że twardziel ze mnie ;-). A to oznacza, że cel, w którym tę kartę włożono mi do ręki, nie został osiągnięty.

      Tankuję na BP i zbieram punkty, ale i tak bym tam tankował. BP po trzech latach zafundowało mi pół super-ekspresu do kawy (za drugie pół musiałem sam zapłacić), ale ani oni nie zrobili dobrego dealu, ani ja. Zrobił go co najwyżej Payback, biorąc od BP kasę za pośrednictwo. Czy w przypadku mOkazji może być inaczej dlatego, że będą łechtać mnie promocjami bardziej skutecznie, wyczuwając czułe punkty? Cóż, w tym celu mam pewne postulaty: poproszę więcej ofert i mniej warunków ograniczających. Na razie jest tak: 10% zniżki w Leroy Merlin? Tylko za zakupy przez internet. 10 zł rabatu w KFC? Tak, ale przy zakupie o wartości przynajmniej 20 zł. Czyli musiałbym kupić trzy buły, żeby połowa jednej z nich była gratis. Ale wtedy byłbym gruby... Te ograniczenia to niemiłe niespodzianki, które nieco komplikują obraz prostego, nie wymagającego myślenia programu rabatowego. Poza tym niepokojące jest to, że w mOkazjach nie da się uczestniczyć bez  uruchomienia specjalnej aplikacji w Facebooku. Kto Facebooka nie uznaje i nie lubi - a jest to wciąż większość społeczeństwa - do mOkazji nie przystąpi. Tak samo, jak ten, który z zasady nie uruchamia żadnych aplikacji i wykorzystuje Facebooka wyłącznie do komunikacji ze znajomymi. Ten Facebook został wymyślony nie bez powodu - idzie o to, żeby dzielić się ze znajomymi, informować się wzajemnie o rabatach, a bank dzięki temu będzie miał darmową kampanię wirusoiwą w internecie.

      mBank mOkazje Facebook screen

      A teraz mój największy ból. Spójrzmy na mOkazje z innej perspektywy. Czy można porównywać program tego typu z money-backiem? W ramach money-backu dostaję kasę - ograniczoną, co prawda, ale pewną jak w banku - za zakupy, które i tak bym zrobił. Co najwyżej gdyby nie było money-backu, to zapłaciłbym za te zakupy gotówką, a nie kartą. W money-backu nie ma zaszytych "stymulatorów", bym wydawał więcej, niż zwykle. A mOkazje - przynajmniej ja tak odczytuję podskórne intencje tego pomysłu - to koncept, który w ostatecznym rozrachunku ma mnie skłonić do tego, żebym zachowywał się inaczej, niż zwykle. Mam wydawać więcej, niż zwykle, albo inaczej niż zwykle. Jeśli będę robił to, co zwykle, to pewnie nie skorzystam z wielu "okazji wybranych specjalnie dla mnie". I być może nie zobaczę różnicy jakościowej w porównaniu ofertą pt. money-back "za wszystko". Na mOkazjach sporo może ugrać klasyczny zakupoholik, który za porządnym rabatem pójdzie na koniec świata. Jeśli wśród klientów mBanku jest dużo takich "wąchaczy okazji", to ten koncept może im się spodobać. A jak kasa się skończy, to mBank podstawi wagon pieniędzy w postaci kredytu lub debetu.

      Oczywiście, do udziału w mOkazjach nikt mnie nie zmusza, więc w każdej chwili mogę się z tego wypisać. Osobom, które w sprawie zakupów mają "słabą silną wolę", może bym nawet rekomendował pójście tą drogą? ;-).  Bo mOkazje raczej nie są programem, który jest obliczany na nagradzanie mnie, jako klienta banku i konsumenta, za to, że używam karty. To bardziej wyrafinowany, "interesowny" program, w którym mogę zarabiać przede wszystkim wtedy, kiedy będę chodził na krótkiej smyczy i kupował tam, gdzie zażyczy sobie mój bank. A bank będzie kazał mi kupować tam, gdzie będzie miał interes w postaci dobrego dealu z siecią handlową. Mam świadomość, że to, co nazywam "chodzeniem na krótkiej smyczy", można jednocześnie określić znacznie ładniej: korzystaniem z zaproszeń do eksperymentów, smakowaniem czegoś nowego. Dlaczego by nie spróbować taniej jak barszcz kawy ze Starbucksa i nie podzielić się tym rabatem ze znajomymi? Albo nie wskoczyć na trzy buły do KFC, zamiast na tradycyjnego Big Maca? Czy jest w tym coś pejoratywnego? Być może nie ma, ale upieram się przy twierdzeniu, że dalekosiężnym celem tej idei jest kształtowanie przyzwyczajeń zakupowych klientów w taki sposób, by handlowcy i bank ubili na tym jak najlepszy interes. A kwestią interpretacji jest to, czy jednocześnie najlepszy interes ubije na tym konsument.  

      Wybór drogi współpracy z bankiem - z mOkazjami, czy też bez nich - jest trudny. Bo z jednej strony jest wspomniana wyżej krótka smycz, a ewentualnie też od czasu do czasu pieszczota batem (choćby w postaci prowizji za niewystarczająco częste używanie karty). Ale z drugiej strony - znów celowo przejaskrawiam, żeby lepiej było widać istotę sprawy - jest całkiem spora kość do pogryzienia. Nie ulega wątpliwości, że w mOkazjach najlepiej "ułożonym" klientom będą płacić baaaardzo godziwie. Dlatego uważam, że to będzie wielki sukces mBanku i tą samą drogą podążą wkrótce jego konkurenci. Ale ja bym jednak pomyślał o zmianie nazwy programu. Może na... SmS, czyli Sweet mSlavery? ;-)

      Samcik.blox.majster

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (33) Pokaż komentarze do wpisu „mOkazje: samo dobro, czy... dobry pomysł, by klient chodził na krótkiej smyczy?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 26 kwietnia 2013 01:25
  • czwartek, 25 kwietnia 2013
    • Molestowanie funduszem, czyli... "wyjdź z inwestycji, zanim zwiniemy żagle"

      Fundusze Franklina Templetona, Robeco, Black Rocka, czy HSBC - czyli renomowanych grup specjalizujących się w działalności asset management - nie cieszą się w Polsce jakąś ponadprzeciętną estymą, ale w sumie zainwestowaliśmy w nie już kilka miliardów złotych. Sam mam kilka takich funduszy w swoim prywatnym portfelu inwestycyjnym i to z dwóch powodów. Po pierwsze zagraniczne grupy asset managerów oferują dużo większy wachlarz strategii inwestycyjnych, niż te, które można nabyć w polskich TFI. Nawet jeśli jakieś nietypowe fundusze są oferowane przez nasze TFI oferowane, to przeważnie są to jedynie "nakładki" na fundusze zagraniczne, co oznacza dla kupującego konieczność płacenia dwukrotnych prowizji za zarządzanie (dla polskiego TFI, oferującego "opakowanie" i dla docelowego funduszu, do którego finalnie trafiają pieniądze). Po drugie jakość zarządzania często jest wyższa u renomowanych graczy zagranicznych, niż w polskich funduszach oferowanych podobne inwestycje. Trudno się dziwić - globalny fundusz przeważnie ma znacznie szersze możliwości lokowania pieniędzy klientów, niż polski. A nawet jeśli ma te same, to z reguły wygrywa niższymi kosztami transakcyjnymi. A te z kolei przekłądają się na niższe opłaty za zarządzanie. Pod tym względem nasze TFI są najzwyczajniej w świecie drogie.

      Czytaj też: Złoty strzał, czyli zarobić 55% w dwa lata na... chorowaniu

      Jedynym, ale za to całkiem poważnym, problemem związanym z kupowaniem funduszy mających siedziby za granicą jest sytuacja, w której z Polski wycofuje się dystrybutor danych funduszy. Jakiś czas temu pisałem o awanturze, jaka wybuchła po tym, jak Citi Handlowy wycofał ze sprzedaży zarejestrowanych w Luksemburgu funduszy Legg Mason. I zażądał od klientów umorzenia jednostek uczestnictwa, co w wielu przypadkach oznaczało dla tych klientów bolesne straty. Dziś inny przypadek, dotyczący funduszy HSBC. Brytyjski bank wycofuje się znad Wisły. Zresztą może to i lepiej, bo były to raczej bankowe nieloty. Z tego powodu kłopoty mogą spaść nie tylko na posiadaczy kredytów, ale i na klientów funduszy HSBC, bo banki, które w Polsce dystrybuowały ich jednostki uczestnictwa, teraz zamykają umowy dystrybucyjne. "Mam wykupione w mBanku fundusze HSBC. Dzwonią do mnie co jakiś czas z informacją, że kończą współpracę z HSBC. I zmuszają mnie do sprzedaży jednostek przed 30 kwietnia. Później będę musiał osobiście jeździć gdzieś, coś tłumaczyć i podpisywać, żeby dostać się do moich pieniędzy. W mBanku nie potrafią odpowiedzieć co będzie z pieniędzmi po 30 kwietnia. Wynika z tego, że albo sprzedam jednostki, albo kasa przepadnie" - niepokoi się jeden z czytelników blogu.

      Czy ma rację? Zerknąłem na pismo, które dostał z mBanku. Piszą w nim tak: "Uprzejmie informuję, że mBank kończy współpracę z HSBC w zakresie obsługi jednostek. Do dnia 30 kwietnia 2013 r. możliwe jest jeszcze zlecanie odkupienia nabytych jednostek przez mBank. Od dnia 1 maja 2013 r. Klienci funduszy HSBC będą obsługiwani wyłącznie przez Przedstawiciela Funduszy HSBC w Polsce – ProService Agent Transferowy z siedzibą w Warszawie, ul.Puławska 436 (www.psat.com.pl). W celu umorzenia jednostek uczestnictwa funduszy niezbędne będzie wówczas umówienie się na spotkanie w siedzibie Przedstawiciela Funduszy, okazanie dokumentu tożsamości, podpisanie dyspozycji umorzenia funduszy, oraz podpisanie oświadczenia o źródłach pochodzenia środków. W przypadku jakichkolwiek pytań dotyczących obsługi nabytych przez Pana jednostek po 1 maja 2013 roku proszę o kontakt z przedstawicielem HSBC Asset Management w Polsce": Z pisma jasno wynika, że lepiej będzie sprzedać udziały w funduszach HSBC, bo potem będzie trudniej.

      Czytaj też: Zagraniczny fundusz spóźnił realizację zlecenia. I co? I nic!

      Klient czuje, że jest na niego wywierana nieprzyjemna presja i niewątpliwie ma trochę racji. Każdy posiadacz funduszy Templetona, Robeco, HSBC, czy Black Rock ma jakąś strategię inwestycyjną, jakieś akceptowalne limity zysków i strat, więc nie powinno być sytuacji, w której klient jest stawiany pod ścianą: "sprzedajesz albo będziesz miał kłopoty". Klient nie na żarty się obawia tej sytuacji. "Bo za chwilę przedstawicielstwo HSBC też się zwinie i po moje kilka tysięcy złotych będę musiał polecieć do Singapuru. Co robić?" - obawia się klient. Ja uważam, że trzeba być twardym, nie miętkim. Wycofywanie pieniędzy pod pistoletem nie jest nigdy dobre. Oczywiście trudno mieć pretensje do mBanku, że nie zamierza obsługiwać klienta dla firmy, z którą nie wiąże go żadna umowa (choć może, w ramach tzw. serwisu posprzedażowego, byłoby to mile widziane). Pretensje można mieć do HSBC Asset Management, że nie uspokoił klientów-nabywców swoich funduszy i że nie zapewnił im komfortowych warunków kontynuowania inwestycji. Zapewne w setkach miliardów euro i dolarów, którymi zarządza na całym świecie HSBC pieniądze klientów nie są nawet igłą w stogu siana, ale dla takiej firmy reputacja powinna być wartością bezcenną.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Molestowanie funduszem, czyli... "wyjdź z inwestycji, zanim zwiniemy żagle"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 kwietnia 2013 15:20
    • Każdy gol "Lewego" wbity Realowi wart więcej, niż jego roczne zarobki?

      Lech Wałęsa, papież i... Robert Lewandowski? Przez jakiś tydzień tak może wyglądać trójka najbardziej rozpoznawalnych na świecie Polaków ;-). Ktoś, kto w półfinale Ligi Mistrzów - czyli najbardziej prestiżowych rozgrywek, toczonych w jednej z najpopularniejszych dyscyplin sportu na globie - niemal w pojedynkę ogrywa Real Madryt, klub-legendę, z Cristiano Ronaldo (drugi najlepszy piłkarz świata, po Messim) w składzie i Jose Mourinho na ławce, zostaje z automatu bohaterem (na chwilkę). Sześć strzałów, w tym pięć celnych i cztery gole w meczu Borussia Dortmund-Real Madryt, każdy na wagę milionów euro. Tak dużej roli w Lidze Mistrzów nie odegrał żaden polski piłkarz od czasów Jerzego Dudka, który w pamiętnych rzutach karnych zapewnił Liverpoolowi tytuł najlepszej klubowej drużyny w Europie w 2005 r.  "Robert Lewandowski (ur. 21 sierpnia 1988 w Warszawie) – polski piłkarz występujący na pozycji napastnika w Borussii Dortmund oraz reprezentacji Polski. Uczestnik finałów Mistrzostw Europy 2012. W pierwszym półfinale Ligi Mistrzów sezonu 2012/2013 rozdupcył Real Madryt aż miło, i pokazał miejsce w szeregu Cristiano Ronaldo" - ten wpis w Wikipedii znalazłem dwie minuty po zakończeniu meczu w Dortmundzie  ;-) .

      Gole Lewandowskiego przynoszą chwałę dumnemu narodowi znad Wisły, tak upokarzanemu na boisku od dziesięcioleci, ale też chyba potwierdzają wiodącą rolę Niemiec na każdym polu ;-). W dwóch półfinałach Ligi Mistrzów dwie drużyny ze sponsorujących rozwiązłą Europę Niemiec skopały tyłki dwóm drużynom ze stojącej nad finansową przepaścią Hiszpanii. Barcelona dostała lekcję od Bayernu Monachium (4:0), a Real od Borussii Dortmund (4:1). I jak tu nie wierzyć, że na boisku rządzi Balcerowicz? ;-). Po tych meczach już chyba żaden kibic nie podważy pozycji Angeli Merkel ;-). A po rzeźni Borussia-Real nikt też chyba nie może mieć wątpliwości, że należy wystąpić do Berlina z żądaniem natychmiastowego wyrównania "Lewemu" strat wynikających z dyskryminacyjnej polityki niemieckiego klubu. Uprzejmie przypomnę, że Lewandowski zarabia 1,5 mln euro rocznie, prawie dwa razy mniej, niż najlepsi koledzy o bardziej niemiecko brzmiących nazwiskach (razem z dochodami z reklam ma 2,5 mln euro, ale Goetze i Reuss - 4 mln). Nasz nowy ambasador w Madrycie, znany i lubiany p. Tomasz Arabski, natychmiast po objęciu stanowiska powinien zaapelować o wprowadzenie w piłce parytetów. Bo dlaczego "Lewy" ma zarabiać 2,5 mln euro, gdy Ronaldo doi w Realu 30 mln euro? "Lewy" strzelił cztery gole, a Ronaldo jednego. Cztery, czyli tyle ;-)

      Robert Lewandowski - cztery

      A pisząc troszkę poważniej (troszkę), to jeśli Lewandowski nie złożył jeszcze podpisu na nowym kontrakcie (czy z Bayernem, który będzie trenował za chwilę sam Pep Guardiola?), to gole strzelone Realowi przełożą się na konkretne miliony euro dla jego klubu. To znaczy prawdopodobnie i tak się przełożą, bo za awans do finału Ligi Mistrzów klub dostanie od UEFA chyba jakieś 5,5 mln euro. Ale może jeszcze zarobić na sprzedaży "Lewego" znacznie więcej, niż się do tej pory mówiło. A mówiło się o kwocie rzędu 30 mln euro. Biorąc pod uwagę, że trzy lata temu Niemcy zapłacili za niego Lechowi Poznań 4,5 mln euro, stopa zwrotu nie jest zła. Gdyby gole Lewandowskiego dały Borussii awans (5,5 mln premii od UEFA) i powiększyły wartość rynkową piłkarza tylko o 5 mln euro, to każdy z czterech jego goli można byłoby przełożyć na 2-3 mln euro ekstra-zarobku dla Borussii. Czyli każdym golem Lewandowski "zarabiałby" dla klubu tyle, ile sam dostaje za cały rok biegania za piłką. Trochę słabo w tej matematyce wygląda tylko Legia Warszawa, która w 2006 r. oddała Lewandowskiego do Znicza Pruszków za 5000 zł. Grunt to poznać się na talencie ;-).

      Fantastyczny występ i cztery gole w meczu z Realem. Oczywiście oznaczają, że Lewandowski na szansę, by stać się najlepiej zarabiającym polskim sportowcem. W 2012 r. wyprzedził go jeszcze Marcin Gortat, który w NBA czesze rocznie 7,25 mln dol. (przynajmniej tak wynika z ostatniego raportu, który ukazał się w "Super Expressie"), co można przeliczyć na jakieś 24 mln zł, oraz Agnieszka Radwańska, która podniosła w zeszłym roku z kortu jakieś 15 mln zł. W Dortmundzie "Lewy" ma - jeśli się nie mylę - kontrakt na 2,5 mln euro, czyli jakieś 11 mln zł. Mówi się, że żądał od klubu podwyżki do 5 mln euro rocznie, ale głupi Dortmund się nie zgodził. Po czterech golach wbitych w Realu żaden szanujący się klub nie będzie robił  naszemu Robertowi wbrew i nawet gdyby chciał zarabiać 7-8 mln euro, to prawdopodobnie znajdzie klub, który mu tyle da. A już te nędzne 5 mln euro rocznie, które "Lewy" postawił sobie ponoć za cel pół roku temu, to byłoby 22-34 mln zł, czyli bardzo blisko rekordowych zarobków Gortata (roczne odsetki od lokaty na 24 mln zł to...jakieś 800.000 zł, po odjęciu belkowego ;-)). Przypomnę tylko na marginesie, że dziesiąty na liście najlepiej zarabiających piłkarzy świata Steven Gerrard i dziewiąty Frank Lampard mają po 12 mln euro rocznie. I przypomnę też, że w 2009 r. Lewandowski zarabiał w Lechu 10.000 zł miesięcznie, a ponieważ grał dobrze, dostał podwyżkę do... 18.000 zł. Panie Robercie, życzymy co najmniej podobnej podwyżki przy zmianie klubu teraz.

      Na koniec powiem Wam na uszko kto jeszcze powinien się cieszyć z goli "Lewego", które są chyba największym wydarzeniem w polskiej piłce nożnej od wielu lat. Prawdopodobnie ze szczęścia pije właśnie teraz oranżadę menedżer Lewandowskiego Cezary Kucharski, który - jak to manago - ma procent od nowego kontraktu, który podpisze (lub podpisał) polski piłkarz. Nie mam pojęcia jaki to procent, ale jak Lewandowski przychodził do Lecha, to mówiono o 12% od wartości kontraktu. Jeśli wartość nowej umowy piłkarza dzięki rozbiciu Realu wzrośnie tylko o 5 mln euro (a mogłaby przecież wzrosnąć bardziej), to menedżerowi Lewandowskiego wpadnie do kieszeni ekstra kilkaset tysięcy euro na waciki (nie wierzę, żeby miał nadal aż 12% premii, ale jakąś ma na pewno). Gole z Realem prawdopodobnie zamieni na brzęczącą mamonę też Lech Poznań, który - jak piszą sportowe gazety - może mieć jeszcze prawo do 1% wartości kolejnych kontraktów Lewandowskiego. Policzmy - 1% od 30 mln euro... no, piechotą nie chodzi. Sami zobaczcie: 90 minut kopania piłki i ile finansowej radości nasz pan Robert może sprawić ludziom - od Angeli Merkel, potwierdzającej swoją dominującą rolę w świecie (to władza, ważniejsza od kasy!), poprzez Borussię, która na każdym golu "Lewego" może zarobić tyle, ile płaci mu przez rok, samego piłkarza, który stanie się teraz zapewne najlepiej zarabiającym polskim sportowcem, aż po menedżerów i poprzednie kluby, które też obłowią się dzięki golom wbitym Realowi.

      SUBIEKTYWNIE O SPORCIE. Subiektywność od dawna interesuje się kasą wielkich sportowców. Nie umknęły mi miliony podnoszone z kortu przez Agnieszkę Radwańską, ani te, które wyskakał Adam Małysz lub też wyjeździła Justyna Kowalczyk. Pisałem tu co można mieć za lekkoatletyczny rekord świata, a także o tym, że prawdziwy sportowiec nie odda olimpiady nawet za milion dolarów w gotówce. Było również o tym za ile kopie się piłkę w polskiej lidze, o tym ile warto zapłacić za stringi w barwach... Borussii Dortmund, a także o tym jak zarabiać 1700 zł na... minutę. Oraz o tym kto straci grube miliony jeśli komuś innemu nie chce się pracować za 1700 zł za minutę.

      "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH" NA FACEBOOKU I TWITTERZE. Teksty, które czytacie w blogu to tylko część spostrzeżeń o finansach osobistych, które każdego dnia powstają pod marką "Subiektywnie o finansach". Na stronie blogu w Facebooku codziennie znajdziecie liczne ciekawostki i zapiski na marginesie blogonotek, które tu codziennie czytacie. Od niedawna blog ma także swoją stronę na Twitterze. Jeśli chcecie ze mną podyskutować, pokłócić się, bądź tylko delikatnie się nie zgodzić, to za pomocą Facebooka i Twittera będzie to zdecydowanie najłatwiejsze. Tych, którzy wolą kłócić się przez tradycyjny e-mail zapraszam na maciej.samcik (at) gazeta.pl

      Jak pomnażać oszczędności

      POMNAŻAJ Z SAMCIKIEM! Przeczytaj jeden z najlepszych na rynku poradników finansowym. Jak zabrać się do inwestowania pieniędzy? Jakie są najprostsze strategie? Jak zrobić porządek w domowym budżecie? Jak wybrać najlepszą lokatę, obligacje, fundusze? O tym wszystkim przeczytasz w przystępnej formie w "Jak pomnażać oszczędności". Poradnik jest wśród sześciu książek, które musisz przeczytać według blogu "Jak oszczędzać pieniądze". W konkursie "Economicus" zdobył wyróżnienie jako jeden z trzech najlepszych poradników roku. Książkę życzliwie oceniło też Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. "Polecamy ją szczególnie osobom, które do tej pory nie oszczędzały lub robiły to bez namysłu" - napisali eksperci Stowarzyszenia. Poradnik stał się czwartym największym ekonomicznym bestsellerem w sieci salonów Empik w ostatnim półroczu.  ”Dziennik Gazeta Prawna” pisał: ”To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. Książka jest wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Blog Kreatywa: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika"  Portal edukacji finansowej NewTrader.pl: "Książkę świetnie się czyta. Poradnik ten został napisany językiem dla laików, każdy z nas zrozumie o co chodzi w pozornie skomplikowanych produktach finansowych". Jeśli nie masz czasu iść do księgarni, ściągnij "Jak pomnażać oszczędności" w formie e-booka. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Każdy gol "Lewego" wbity Realowi wart więcej, niż jego roczne zarobki? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 kwietnia 2013 00:48
  • środa, 24 kwietnia 2013
    • Nowy mBank prawie gotowy do startu! Czym nas zaskoczy? Megarabatami i...

      To już oficjalne: w czerwcu ruszy Nowy mBank - przykład najbardziej (podobno) nowoczesnej i (być może) przyjaznej klientowi bankowości ever. Szefowie projektu z Michałem Panowiczem na czele ogłosili to dziś podczas konferencji prasowej. Na początku się zdziwiłem, że wybrali środek lata - wakacje nie są najlepszym terminem, żeby wprowadzać nowinki na rynek. Ale... na tę nowinkę, czy też nawet rewolucję, czekamy już tak długo, że nawet ten czerwiec dziewczętom i chłopakom z BRE wybaczę ;-). Opóźnienie w stosunku do debiutu bezpośredniego konkurenta, czyli Alior Sync, wydaje się koszmarne - Sync ma już przecież rok! - ale może nie okaże się brzemienne w skutki, jak myślałem. W ciągu tego roku Sync przyciągnął co prawda 200.000 klientów, w tym zapewne dziesiątki tysięcy z coraz bardziej zardzewiałego "starego" mBanku, ale przy okazji wyprztykał się z amunicji. W czasie, kiedy Nowy mBank będzie korzystał z efektu nowości, Alior Sync ogranicza do minimum swojego sztandarowego teasera, czyli cash-back od zakupów internetowych. W zamian dał klientom darmowe bankomaty, ale mBank natychmiast skontrował podobną ofertą. W Alior Sync muszą więc przygotować na czerwiec coś specjalnego, żeby przyrost klientów nagle się nie zatrzymał na rzecz potężnego rywala.

      Poznajemy dziś nie tylko termin wejścia na rynek mBanku, ale i sporo szczegółów na temat jego przyszłej oferty. Czy będzie tak przełomowa od strony technologii i podejścia do klientów, jak widzieliśmy to w przypadku Synca? Ten - choć startował pod hasłem "za szybcy, za wściekli", zaserwował fajerwerki w postaci wirtualnego oddziału, przelewy przez Facebook, asystenta finansów, ogromny zwrot za zakupy w internecie, strefę rozrywki... Nowe pomysły Nowego mBanku na Nowe otwarcie poznamy w ramach ruszającej dziś kampanii pod hasłem mBank Reinvented (zupełnie to niepodobne do Ninja, ale też chyba i cała strategia komunikacyjna ma być mniej kosmiczna). Od dziś będzie się też można "zapisać" na przenosiny ze "starego" do Nowego mBanku. Kto chce się podlansować, robić za królika doświadczalnego, albo wygrać nagrody, może złożyć deklarację i czekać co przyniesie mu czerwiec. Dla tych, którzy się zapiszą (mogą to być również ludzie, którzy z mBankiem nie mają dziś jeszcze nic wspólnego), będą konkursy, nagrody i program lojalnościowy, który ma uczynić opłacalnym przyciąganie do testowania kolejne osoby. A więc team promujący Nowy mBank pójdzie dokładnie tą samą drogą, którą szedł Alior, promując jeszcze przed startem swoje oba projekty: "duży" Alior Bank i Synca.

      mBank Reinvented banner

      O tym jaki będzie wygląd internetowego serwisu mBanku już pisałem jakiś czas temu - bank ujawnił to jeszcze zanim stopniały śniegi (ba, o ile pamiętam, tkwiliśmy jeszcze wtedy w okowach lodu). Odsyłam Was do tamtego wpisu z filmikami i obrazkami - jest spokojnie, płynnie, przejrzyście, ale bez wodotrysków. A czego o Nowym mBanku dowiadujemy się dzisiaj? Przede wszystkim wiemy, że klientów ma zaskoczyć inteligentna wyszukiwarka transakcji, pozwalająca znaleźć, zidentyfikować lub namierzyć dowolną operację, przeszukując historię rachunku po dowolnym, określonym przez klienta kryterium. To drobiazg, ale bardzo przydatny - na pewno Wam też zdarzyło się szukać godzinami w historii transakcji jakiejś jednej płatności sprzed dwóch miesięcy. Wyszukiwarka transakcji w Nowym mBanku ma być tak intuicyjna, jak Google. Kolejna rzecz to rezygnacja z konieczności pamiętania i wpisywania gdziekolwiek numeru konta osobie, której wysyłamy przelew. Pieniądze będzie można nadać znając jedynie numer telefonu odbiorcy (będzie się mu wysyłać SMS) albo jego konto na Facebooku. To nic nowego, Alior wprowadził to już rok temu. Nie fascynuje mnie to, odkąd dowiedziałem się, że w tym systemie nadawca pieniędzy ma łatwo, ale za to odbiorca - już niekoniecznie.

      Nowy mBank screen

      Będzie też w Nowym mBanku finansowy nawigator, czyli nieco ulepszony w stosunku do tego, co jest już w kilku bankach, program-asystent do analizy domowego budżetu. Dochody i wydatki będą nie tylko grupowane i prezentowane w przyjaznej formie - będzie też wystawiana prognoza co stanie się z saldem na koncie przy utrzymaniu takich trendów dochodowo-wydatkowych, jakie system widział ostatnio. Mają być też alerty o tym, że jakieś elementy domowego budżetu (zdefiniowane w systemie bądź przez klienta) zbliżają się do niebezpiecznego poziomu. To oczywiście pięknie brzmi, ale zanim pochwalę Nowy mBank za tę funkcję, wolałbym zobaczyć jak działa. Bo kluczem jest tu sprawny "silnik" do kategoryzowania poszczególnych transakcji. Chyba nie ma systemu, który potrafiłby zaliczyć zakupy czekolady na stacji paliw do grupy "zakupy konsumpcyjne", a nie "zakup paliwa". I nie sądzę, żeby mBankowi udało się ten problem rozwiązać. mBank uruchomi też odpowiednik wirtualnego oddziału w Alior Sync. Tu będzie się to nazywało "Ekspertem Online" - tak samo, jak u konkurenta, będzie można komunikować się przez czat, połączenie Skype albo wideo. Miło, miejmy nadzieję, że nie będzie w tym wirtualnym oddziale "kolejek" Jednym z filarów mBankowego pomysłu na bank nowej generacji ma być program rabatowy mOkazje. Będzie można go testować już od dziś.

      mBank mOkazje Facebook screen

      Czym różni się od zwykłych rabatów, które klienci dostawali już wcześniej w mBanku, a także za pośrednictwem "pasaży handlowych" w innych sklepach? Ano tym, że w nowych mOkazjach oferty mają być personalizowane, czyli dobierane pod kątem konkretnego klienta. Bank będzie analizował historię zakupów klienta, który zechce wejść do programu i będzie mu podrzucał takie okazje rabatowe, które mogą danej osobie najbardziej pasować. Z jednej strony do przodu jest klient, bo dostaje rabat przy zakupach, które robi często, a z drugiej sieć sklepów, bo nie udziela rabatów na ślepo. Nie ma co kryć, że jest to przyczynek do rozmowy o Big Data, czyli analizie wiedzy banku na temat konkretnego klienta i podrzucaniu mu rozwiązań, które z tej analizy wynikają. Myślą o tym nawet w PKO BP, więc nie dziwi mnie, że w mBanku już to... robią ;-). Do nowych mOkazji można zapisać się przez Facebook, co jednocześnie oznacza, że będzie można dzielić się rabatami ze znajomymi. Najfajniejszą rzeczą w tym programie jest chyba to, że nie będzie trzeba nic drukować, nosić ze sobą kuponów, mówić sprzedawcy o rabacie. Sprzedawca nawet nie będzie wiedział, że danemu klientowi przysługuje rabat i że jest on np. niestandardowo wysoki. Wszystko będzie załatwiane na wysokim szczeblu - klient będzie płacił przy kasie tyle, ile wynosi cena w sklepie, a "dobro wróci do niego" dopiero później, na zasadzie money-backu. Tylko co z podatkiem? ;-)

      Czytaj też: Czy PKO BP zmiażdży karciarzy? Rusza sensacyjne IKO!

      Na razie mOkazje są jeszcze skromne, bo w programie są marki Big Star, CDP.PL, KFC, Leroy Merlin, Pizzaportal i Starbucks. Wysokość rabatów wynosi od 7% do 50% proc. To sporo, kawa za połowę ceny, 20% zniżki na spodnie Big Star, czy 10% w Leroy Merlin (takie są stawki na start), to nieźle rokuje. Ale dajcie mi jeszcze kilka godzin, przyjrzę się programowi rabatowemu mBanku dokładniej, przenicuję go dotkliwie i wypunktuję wszystkie wady. Wejdźcie do blogu "Subiektywnie o finansach" jeszcze dziś przed północą. A kończąc story o gorących newsach z Nowego mBanku, dodam tylko, że nikt w BRE nie zamierza utrzymywać bez końca dwóch banków obok siebie. Każdy klient będzie mógł używać przez jakiś czas obu platform, ale bank zakłada, że proces migracji przebiegnie względnie szybko. I pewnie dlatego - przynajmniej jeśli macie konto w mBanku - nie przywiązujcie się za bardzo do myśli, że to wszystko, o czym dziś Wam piszę, przejdzie obok Was. I don't think so ;-)

      CZTERY LATA SUBIEKTYWNOŚCI. W ostatnim dniu marca blog "Subiektywnie o finansach" obchodził czterolecie swojego istnienia. W ciągu tych czterech lat (1459 dni, licząc soboty, niedziele i święta) w blogu ukazało się 1615 wpisów - czyli średnio więcej, niż jeden dziennie. Kliknęliście je 15.481.000 razy. To oznacza, że każdą notkę obejrzeliście przeciętnie 9585 razy. Średnia liczba Waszych odwiedzin przekroczyła 270.000 miesięcznie. Blog cieszy się uznaniem czytelników, ale i fachowców z branży mediowej - ostatnio znalazł się na trzecim miejscu w rankingu najlepszych blogów dziennikarskich miesięcznika "Press". Najważniejsze jest jednak to, że "Subiektywnie o finansach" to nie tylko luźne pogadanki o pieniądzach, ale realna pomoc dla czytelników. Jeśli macie jakiś problem z bankiem, firmą ubezpieczeniową, albo inną instytucją finansową, to jest spora szansa, że była już o tym dyskusja w blogu. Oto lista spraw, które udało nam się wspólnie załatwić oraz lista wpisów opisujących jak inni czytelnicy skutecznie walczą o swoje prawa. A tu informacja o tym jakie prowizje pobiera autor blogu za swoje usługi ;-).

      Samcik-blogerman

      "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH" NA FACEBOOKU I TWITTERZE. Teksty, które czytacie w blogu to tylko część spostrzeżeń o finansach osobistych, które każdego dnia powstają pod marką "Subiektywnie o finansach". Na stronie blogu w Facebooku codziennie znajdziecie liczne ciekawostki i zapiski na marginesie blogonotek, które tu codziennie czytacie. Od niedawna blog ma także swoją stronę na Twitterze. Jeśli chcecie ze mną podyskutować, pokłócić się, bądź tylko delikatnie się nie zgodzić, to za pomocą Facebooka i Twittera będzie to zdecydowanie najłatwiejsze. Tych, którzy wolą kłócić się przez tradycyjny e-mail zapraszam na maciej.samcik (at) gazeta.pl

      Subiektywnie Facebook

      MASZ PROBLEM Z BANKIEM? WEJDŹ DO BLOGU! Strona "Subiektywnie o finansach" jest jednym z najpopularniejszych w internecie miejsc spotkań ludzi zainteresowanych finansami osobistymi. Jeśli masz problem z bankiem, firmą ubezpieczeniową, albo inną instytucją finansową, to jest spora szansa, że była już o tym dyskusja w blogu. Sprawdź listę spraw, które udało nam się wspólnie załatwić, dowiedz się jak napisać reklamację do banku, przeczytaj jak inni czytelnicy skutecznie walczą o swoje prawa. I sprawdź jakie prowizje pobiera autor blogu za swoje usługi ;-)  

      Jak pomnażać oszczędności

      POMNAŻAJ Z SAMCIKIEM! Przeczytaj jeden z najlepszych na rynku poradników finansowym. Jak zabrać się do inwestowania pieniędzy? Jakie są najprostsze strategie? Jak zrobić porządek w domowym budżecie? Jak wybrać najlepszą lokatę, obligacje, fundusze? O tym wszystkim przeczytasz w przystępnej formie w "Jak pomnażać oszczędności". Poradnik jest wśród sześciu książek, które musisz przeczytać według blogu "Jak oszczędzać pieniądze". W konkursie "Economicus" zdobył wyróżnienie jako jeden z trzech najlepszych poradników roku. Książkę życzliwie oceniło też Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. "Polecamy ją szczególnie osobom, które do tej pory nie oszczędzały lub robiły to bez namysłu" - napisali eksperci Stowarzyszenia. Poradnik stał się czwartym największym ekonomicznym bestsellerem w sieci salonów Empik w ostatnim półroczu.  ”Dziennik Gazeta Prawna” pisał: ”To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. Książka jest wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Blog Kreatywa: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika"  Portal edukacji finansowej NewTrader.pl: "Książkę świetnie się czyta. Poradnik ten został napisany językiem dla laików, każdy z nas zrozumie o co chodzi w pozornie skomplikowanych produktach finansowych". Jeśli nie masz czasu iść do księgarni, ściągnij "Jak pomnażać oszczędności" w formie e-booka. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (31) Pokaż komentarze do wpisu „Nowy mBank prawie gotowy do startu! Czym nas zaskoczy? Megarabatami i...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 24 kwietnia 2013 15:12
  • wtorek, 23 kwietnia 2013
    • Ubezpieczają i obiecują... zwrot składek na koniec umowy. Cud-polisa czy kant?

      Firmy ubezpieczeniowe ostatnio - mam na myśli ostatni rok-dwa lata - wpadły na ciekawy pomysł. Oferują mianowicie coraz odważniej polisy gwarantujące... zwrot składki w sytuacji, w której dane ryzyko się nie zmaterializuje. Czyli jest tak: kupuję polisę na życie na pięć lat, a jeśli w tym czasie nie opuszczę tego padołu łez i rozpaczy, to firma zwraca mi wszystkie wpłacone składki. Przyznacie, że wygląda to altruistycznie, przynajmniej patrząc od strony firmy ubezpieczeniowej. Jeśli ryzyko się spełni - musi wypłacić odszkodowanie, zwykle sporo wyższe od wpłaconych składek. Jeśli się nie spełni - musi oddać klientowi wszystkie wpłacone w formie składek pieniądze. Taka konstrukcja polisy robi wrażenie, że ubezpieczenie jest dla klienta darmowe. Zaś ci, którzy uważali, że nie warto się ubezpieczać, bo to pieniądze wpuszczone w kanał - stracili swój najważniejszy argument. No bo skoro kasa w przeważającej liczbie przypadków wraca do klienta... Takie właśnie ubezpieczeniowe cudo zaoferowano ostatnio jednemu z moich czytelników, panu Dominikowi. Ma on konto w Raiffeisen Polbanku i właśnie od pracownika jego call-center padła oferta "darmowego" ubezpieczenia. Tego:

      R-premia w Raiffeisen Banku

      "Zadzwoniła do mnie pani z Raifeissen Polbanku ze wspaniałą propozycją. Polisa na życie z całkowitym zwrotem poniesionych kosztów!Wszystkie składki, jakie by się na nią poniosło, miały by być na koniec zwrócone. Pani zachwalała, że jest to wobec tego wręcz polisa darmowa" - relacjonuje pan Dominik. Ubezpieczenie nazywa się R-Premia i jest polisą grupową, do której klienci Raiffeisen Polbanku mogą przystąpić po wypełnieniu deklaracji i udzieleniu zgody na automatyczne obciążanie konta comiesięczną składką. Ubezpieczenie dostarcza ING Życie i występuje ono w czterech wariantach. Najprostszy to wariant Standard, w którym za śmierć ubezpieczonego firma płaci 7.500-15.000 zł (w zależności od tego z jakiego powodu nastąpi zgon). Potem są jeszcze warianty Optimum i Premium, a najbardziej wypasiony Platinum oferuje sumę ubezpieczenia między 50.000 zł a 75.000 zł (w zależności od powodu śmierci). Comiesięczne składki są przystępne. W wariancie Standard płaci się 38-53 zł miesięcznie (w zależności od okresu, na jaki się ubezpieczamy), w wariancie Optimum od 65 zł do 160 zł, zaś w wariancie Platinum najwyższa składka może wynieść nawet 360 zł miesięcznie.

      Maksymalny okres ubezpieczenia to 15 lat. Oczywiście w każdym wariancie składki w całości są zwracane klientowi jeśli dożyje zakończenia ochrony ubezpieczeniowej. Gdzie jest haczyk? Bo każde dziecko wie, że gdzieś być musi. Firma nie będzie przecież dopłacała do interesu, ubezpieczając klientów za darmochę. Haczyk oczywiście jest i to całkiem spory. A kryje się w dwóch miejscach. Po pierwsze składka jest zwracana w wartości nominalnej. A więc klient dostaje tyle, ile wpłacił, bez żadnych odsetek. A ponieważ mówimy to o dość długim okresie ubezpieczenia - od pięciu do 15 lat - kosztem z punktu widzenia osoby ubezpieczonej są odsetki, które by dostała w banku, gdyby te pieniądze leżały na lokacie, a nie u ubezpieczyciela. Firma ubezpieczeniowa przez te 5-15 lat będzie naszą kasą obracać i na niej zarabiać. Na koniec odda to, co wpłaciliśmy, a resztę zachowa dla siebie. Jeśli np. wykupimy polisę na 10 lat w wariancie Optimum, to przez cały ten czas wpłacimy 9.600 zł, po 80 zł miesięcznie. Gdybyśmy te 80 zł co miesiąc wkładali na konto oszczędnościowe, po 10 latach mielibyśmy pewnie jakieś 12.400 zł. Nasza strata, a zysk ubezpieczyciela wynosi 2.800 zł.

      Kredyt bez odsetek w Raiffeisen Polbank

      Czytaj też: Raiffeisen i jego kredyt bez odsetek. Zapłacisz za niego słono

      Te 2.800 zł to de facto cena udzielanej nam ochrony. Z tych pieniędzy firma opłaca prowizję dla Raiffeisena oraz wypłaty dla osób, które nie dożyją końca obowiązywania polisy. A suma ubezpieczenia jest tak skalkulowana - i tu dochodzimy do drugiego haczyka w tej "darmowej" polisue - że jest wielokrotnie wyższa, niż w zwykłej polisie, w której składki klienta bezpowrotnie przepadają.  We wspomnianym wariancie Optimum za 80 zł miesięcznie. W sumie wartość wpłaconych składek to 9.600 zł, zaś wartość ubezpieczenia - 30.000 zł. Tylko trzy razy więcej, niż suma składek! W "normalnych" ubezpieczeniach taka proporcja byłaby nie do pomyślenia. Znam polisy, w których 30-latka za takie 80 zł miałaby ubezpieczenie na życie warte nawet 250.000 zł. Czyli osiem razy więcej, niż to, co oferuje ING wspólnie z Raiffeisenem. Sprawa jest więc jasna: zwrot składki jest możliwy ze względu na to, że firma ustawia jej poziom bardzo wysoko w stosunku do potencjalnego świadczenia. Jeśli jeden na stu ubezpieczonych, którzy wykupili naszą przykładową polisę, nie dożyje, to trzeba będzie mu zapłacić 30.000 zł. Pozostałym 99 osobom trzeba będzie oddać składki, ale na obracaniu ich pieniędzmi przez 10 lat zarobek wyniesie jakieś 277.000 zł. 

      Niezależnie od wariantu ubezpieczenia, który wybierzemy, relacja składki do potencjalnego odszkodowania jest skandalicznie wysoka. W wariancie Standard na 10 lat mamy polisę wartą 15.000 zł, ale miesięczna składka wynosi 53 zł, czyli w sumie wpłacimy 6.360 zł, ponad jedną trzecią sumy ubezpieczenia!. Albo wersja Premium, też na 10 lat. Składka 135 zł, suma ubezpieczenia 50.000 zł. Wartość wpłaconych składek 16.200 zł. Też mniej więcej jedna trzecia.  Najbardziej nieopłacalnym dla klienta wariantem jest ten najbardziej długoterminowy. Np. w wariancie Premium i okresie ubezpieczenia 15 lat składka wyniesie 105 zł miesięcznie, co oznacza, że łącznie do kasy ubezpieczyciela wpłacimy 18.900 zł. Suma ubezpieczenia to 50.000 zł, co oznacza, że wartość składek sumuje się do niemal 40% sumy ubezpieczenia. Składki możemy dostać z powrotem, ale przy tak wysokiej wpłacie miesięcznej można byłoby zarobić na tych pieniądzach w banku aż 9.000 zł ekstra. Widać więc, że zwrot składki to dobry chwyt marketingowy, ale firma tak skonfigurowała parametry polisy, że i tak sporo na nas zarobi.

      Czytaj też: Moi "ulubieńcy" pokazali nową polisę. Jest... zaskakująca

      Co się bardziej opłaca: polisa z tak ustawionymi parametrami i zwrotem składki, czy "zwykła", w której składki są znacznie niższe, ale za to przepadają? Nie ma chyba uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie, oba warianty trzeba po prostu porównać na konkretnym przykładzie. Jeśli np. zawieram polisę na pięć lat i płacę 100 zł miesięcznie za sumę ubezpieczenia 300.000 zł miesięcznie, to wartość wpłaconych przeze mnie składek wyniesie 6.000 zł i te pieniądze przepadają. Gdybym chciał sprowadzić tę polisę do wspólnego mianownika z tą, którą oferują ING i Raiffeisen, to musiałbym założyć, że moja strata to 600 zł dla sumy ubezpieczenia 30.000 zł. W polisie R-Premia za sumę ubezpieczenia 30.000 zł przez pięć lat płaciłbym miesięcznie po 160 zł, czyli łącznie  9.600 zł, jednak na koniec te pieniądze dostałbym z powrotem, a moją stratą netto byłoby 2.800 zł zysków z odsetek, których przez ten czas nie osiągnąłem.

      R-premia OWU, składki

      Mój czytelnik, pan Dominik, nie ma o tym interesie najlepszego zdania. "Wysokość ubezpieczenia jest raczej żałosna. Składka w umiarkowanym wariancie wynosi 80 zł przez 10 lat i oczywiście nie można wycofać pieniędzy, ani przerwać wpłacania, bo z obiecanego zwrotu składek nici..." - zwraca uwagę czytelnik. Rzeczywiście, już dwie nie opłacone w terminie składki powodują , że umowa wygasa, a firma przejmuje wszystkie pieniądze - jak już ustaliliśmy, wielokrotnie wyższe, niż składki w tradycyjnych polisach. Ryzyko jest więc duże. "Jeśli mnie oczy i rozum nie zawodzą, to umowa mówi, że bank może w dowolnej chwili rozwiązać umowę z ubezpieczycielem lub wypowiedzieć ją wszystkim klientom i wówczas nie przysługują im żadne świadczenia! Czyli np. po dziewięciu latach wpłacania zawyżonych składek na ubezpieczenie, bank może wypowiedzieć R-Premię i żaden z klientów nie dostanie obiecanego mu zwrotu, a okaże się, że ubezpieczenie wcale nie jest darmowe tylko niezwykle drogie!" - pisze pan Dominik. Nie do końca ma rację, bo w takiej sytuacji klient może przenieść umowę na konto indywidualne. Choć to oczywiście dodatkowa komplikacja, która nie licuje z wysoką ceną polisy.

      Czytaj też: Ułóż klocki zamiast cierpieć przy formularzu. Przełom w polisach?

      "Jestem trochę zbulwersowany tak oszukańczą propozycją z Raiffeisen Polbanku, bo moim zdaniem jest to zwykłe wyłudzanie pieniędzy i oszukiwanie ludzi robione w świetle prawa. Nie sądzę, by ktokolwiek z ludzi nabitych w tę polisę kiedykolwiek jeszcze zobaczył swoje składki. Żal mi tych osób i dlatego piszę do pana - nie dajmy robić z siebie jeleni!" - pisze pan Dominik. Moim zdaniem jego ocena jest zbyt surowa: oszustwa tu nie widzę, ale nie da się ukryć, że stosowana w przypadku tego typu polis inżynieria finansowa jest wyjątkowo zdradliwa i niebezpieczna. Bez znajomości realiów rynku ubezpieczeń - a mało kto je zna, bo i po co - bardzo łatwo dać sobie wmówić, że kupujemy "darmową" polisę, podczas gdy ona oczywiście nie ma w sobie nic z darmowości. "Ja ze swojej strony mam zamiar udać się do banku Raiffesien Polbank i zakończyć z nim współpracę na wszystkich płaszczyznach" - pan Dominik uznał najwyraźniej, że bank nie powinien robić z niego jelenia. Czy Waszym zdaniem ma rację?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „Ubezpieczają i obiecują... zwrot składek na koniec umowy. Cud-polisa czy kant?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 kwietnia 2013 23:28
    • Bank wprowadza taryfę "co łaska"! Sam decydujesz czy i ile zapłacić za konto

      Różne dziwne rzeczy widziałem już w taryfach opłat i prowizji banków, ale to dziwo przebiło wszystkie moje dotychczasowe doświadczenia. Otóż pewien bank w USA wprowadził do swojej tabeli opłat... ruchomą cenę za prowadzenie konta osobistego. Klient sam może decydować ile miesięcznie jest gotów płacić. Jeśli uzna, że usługi jego banku są warte np. 3 dol. miesięcznie - deklaruje, że będzie płacił 3 dol. i bank nie ściągnie ani centa więcej. Jeśli klient dojdzie do wniosku, że bank w całej swojej rozciągłości jest wart 5 dol., płaci mu dokładnie tyle. Klient może też uznać, że nie stać go na płacenie za usługi bankowe lub też, że bank nie zasłużył, żeby mu płacić. Wtedy taki delikwent ma konto za darmo i nikt nie wypowiada mu umowy. W banku milcząco przyjmują do wiadomości, że tego pana obsługuje się za free. Maksymalny abonament, który można opłacać, to 9 dol. miesięcznie. Takie klasyczne "co łaska", które w Polsce spotykamy właściwie tylko w kościołach. O, pardon: opisywałem jakiś czas temu warszawskiego restauratora, który wprowadził identyczną zasadę w swojej knajpie.

      Klienci walili drzwiami i oknami, płacili "co łaska", ale eksperyment skończył się klapą. Okazało się, że większość Polaków odwiedzających restauracje to łowcy okazji i wyjadacze wisienek. Jak pojawi się opcja "free", to zawsze z niej skorzystają, traktując dostawcę opcji jak ostatniego frajera.  Z tej właśnie przyczyny obawiam się, że w kraju nad Wisłą bank z ruchomą ceną za konto nie utrzymałby się długo. Nawet jeśli miałby ten sam low-costowy model biznesowy, co amerykańska instytucja, która taki eksperyment prowadzi. Mówimy bowiem o GoBanku, podobno pierwszym na świecie banku, z którego usług można korzystać wyłącznie przez smartfona. To, że GoBank nie ma żadnych placówek, to pikuś. On nie ma nawet serwisu internetowego, z którego można byłoby skorzystać przez laptopa. Jedynym kanałem dostępu jest tu smartfon i aplikacja zainstalowana w jego pamięci. Cudo to wymyśliła firma Green Dot Bank, której głównym biznesem jest wydawanie kart płatniczych tepu pre-paid.

      GoBank homepage

      Zainspirowany wpisem na temat nowej instytucji finansowej w finansowym blogu The Bank Square przyjrzałem się ofercie tego dziwnego banku, o ile bankiem można nazwać coś, co nie ma nawet pół fizycznej placówki, ani nawet klasycznego call-centre. Bank, zdaje się, zrezygnował też z konsultantów wideo, którzy często zastępują tych w placówce (tak działa przecież Alior Sync). W GoBanku odcięli po prostu wszystkie kanały dostępu do usług, które generują koszty. Oczywiście oznacza to, że GoBank to jaki jakby półbank (nie mylić z Polbankiem ;-)), bo bez placówek i żywych ludzi na linii nie da się sprzedawać większości produktów kredytowych. Gdyby chłopaki z GoBanku spojrzeli na to, co mają do zaoferowania mBanku, Syncu, czy Idea Bank (zdalne kredyty online, z przelewem gotówki w kwadrans, dostępne zarówno dla swoich klientów, jak też tych "z ulicy"), to może zmieniliby zdanie w sprawie produktów kredytowych. Ale na razie w ofercie GoBanku ich nie widzę.

      Czytaj też: Big Data, czyli jak banki wkrótce będą nami "zarządzać"

      To bank transakcyjno-depozytowy z pakietem usług, które nie powalą na kolana fanów bankowości w Polsce, bo większość z tych innowacji znamy już z własnego doświadczenia. Ale jak na warunki amerykańskie - jest to bank niezwykle nowoczesny. Przede wszystkim GoBank oferuje ROR i sprzężone z nim konto oszczędnościowe (między rachunkami można przesuwać pieniądze bez żadnych ograniczeń i całkiem za darmo), a także szybkie przelewy na numer telefonu oraz przekazywanie kasy poprzez Facebooka. Takie same, jakie ma w ofercie Alior Sync, a od niedawna Getin Bank). I takie same, jakie oferuje pozabankowa firma Blue Media. W GoBanku można też założyć mobilny depozyt (najłatwiej zrobić to skanując czek lub inne polecenie zapłaty)..Bank wydaje tradycyjne karty płatnicze (można zaimportować swoją mordkę z Facebooka i wstawić ten wizerunek na kartę, kosztuje to 9 dol.), ma też umowę na bezpłatne korzystanie przez klientów z 40.000 bankomatów. Najbliższy bankomat można znaleźć używając funkcji geolokalizacji w telefonie. Jest też program do zarządzania domowymi finansami, który będzie sygnalizował alertem przekroczenie progów, które oznaczają koniec płynności finansowej. To też rozwiązanie nieobce klientom polskich banków.

      Bank zaprasza do testu: podejmą decyzję w 5 minut, albo wypłacą 100 zł.

      Na czym bank chce zarabiać, skoro nie narzuca opłat za ROR, nie kasuje ani centa za przelewy, daje darmowe bankomaty (i wpłatomaty przy okazji też) i nie każe płacić za kartę ze standardowym wzorem? Podobno model biznesowy zakłada po pierwsze to, że wokół banku stworzy się społeczność klientów, którzy będą chcieli go zasilać dobrowolnie, bo potraktują go jako "swój" Średni miesięczny abonament za konto w amerykańskim banku to 12 dol. więc jeśli GoBank pozwala płacić 0-9 dol., to i tak jest dużo tańszy. Drugim źródłem dochodów mają być opłaty interchange za to, że klienci aktywnie będą korzystać z karty i płacić nią w sklepach. Trzecie źródełko to prowizje za wypłaty z bankomatów poza siecią gratisowych maszyn 2,5 dol.) oraz za granicą (opłata surcharge 3% od wartości transakcji). No i są też opłaty za indywidualny wizerunek na karcie (wspomniane wyżej 9 dol.). Generalnie jednak ma być tanio i prosto - te cechy mają przyciągnąć klientów do GoBanku. Czy się uda? Nie wiem, Ameryka to dziwny kraj. W Polsce kult darmowości banku jest tak duży, że gdyby pozwolić klientowi decydować ile powinno kosztować prowadzenie konta, to wynik byłby łatwy do przewidzenia - ludzie odpowiedzieliby, że powinno to być duże, wypasione zero.

      SUBIEKTYWNOŚĆ NA KONGRESIE PRAWA BANKOWEGO. Dziś na Uniwersytecie Warszawskim odbywa się Kongres Prawa Bankowego. To  jedno z największych i najbardziej prestiżowych wydarzeń naukowych organizowanych przez studentów tej uczelni. Temat: tegorocznej edycji: "Bankowość de novo. Nowe role i miejsce we współczesnym świecie". Wśród dyskusji o roli banków w zmieniającym się otoczeniu będzie też panel poświęcony innowacjom w bankowości, który poprowadzi Wasz ulubiony bloger, a uczestnikami będą najbardziej innowacyjni bankowcy w kraju. Zapraszam na godz. 14.00 do auli Auli Starego BUW-u na terenie Kampusu Centralnego przy Krakowskim Przedmieściu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Bank wprowadza taryfę "co łaska"! Sam decydujesz czy i ile zapłacić za konto”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 kwietnia 2013 09:50

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line