Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 30 kwietnia 2015
    • Doradca finansowy kłamał w żywe oczy, że polisa inwestycyjna to "lokata". Wpadł przez głupi błąd

      W ostatnich latach mieliśmy ogromną falę nieetycznej sprzedaży produktów finansowych. W branży ubezpieczeniowej dotyczyła ona zwłaszcza produktów inwestycyjnych - polis unit-link (w ramach których pieniądze są lokowane w zwykłe fundusze inwestycyjne, zaś problemem są wysokie prowizje narzucane przez ubezpieczyciela) lub polis strukturyzowanych (w których celem inwestycji są opcje i tajemnicze indeksy, a zmiany wartości inwestycji są dla klienta nieprzewidywalne). W obu przypadkach klienci byli przywiązywani do inwestycji karami za wcześniejsze zerwanie umowy, obowiązującymi nawet przez 10-15 lat. Dziś kary te są kwestionowane przez klientów w sądach, w przygniatającej większości przypadków - skutecznie (choć znam też rzadkie przypadki wyroków, w których racje klientów były odrzucane). Wtedy klient może odzyskać pieniądze, które obecnie znajdują się na jego polisie, choć nie zawsze jest ich dużo. W przypadku polis typu strukturyzowanego zdarza się, że bieżące saldo polisy wynosi np. jedną trzecią tego, co klient wpłacił, bo pieniądze zginęły w jakiejś "czarnej dziurze".

      Jednym ze sposobów na to, by odzyskać wszystkie wpłacone na polisę pieniądze (a nie to, co zostało, bez potrącenia opłat likwidacyjnych) jest dowiedzenie przez klienta, iż został wprowadzony w błąd, a więc - że doszło do nieetycznej sprzedaży (tzw. missellingu). Czasem nie jest to takie trudne, np. osoby w podeszłym wieku, którym proponowano 15-letnie programy oszczędnościowe, często wygrywają bój o zwrot pieniędzy jeszcze na etapie przedsądowym (choć, niestety, przeważnie wymiana korespondencji z firmą ubezpieczeniową jest długa i bolesna). Tajemnicą poliszynela jest, że bardzo dużo polis - zwłaszcza tych typu strukturyzowanego, z wysoką składką jednorazową na początku - był oferowanych klientom jako odpowiednik lokaty. Sprzedawcy wmawiali klientom, że po kilku kwartałach lub latach będą mogli wypłacić pieniądze z takimi-a-takimi odsetkami. Było to oczywiście kłamstwo, bo tego typu inwestycje nigdy nie oferują gwarancji wypłaty określonych odsetek (co najwyżej - gwarancję zwrotu kapitału na koniec inwestycji, czyli np. po 15 latach). Tylko jak udowodnić, że tak właśnie było? Sprzedawca może się wyprzeć, podpisana przez klienta umowa nie mówi nic o gwarancji, zaś klient rzadko kiedy nazywa rozmowy ze sprzedawcą.

      W szukaniu haków na sprzedawców specjalizuje się poznański prawnik, mec. Jacek Szymański. Jakiś czas temu udało mu się np. uzyskać od jednego z byłych pracowników sieci doradców finansowych oświadczenie, z którego wynikało, iż ów pracownik nie wiedział co sprzedaje, a na szkoleniach dostawał dokładne instrukcje co ma mówić klientom. Dziś kolejna perełka od mec. Szymańskiego. Otóż, jak wynika z opowieści wielu klientów - nabywcy polis inwestycyjnych, m.in. Pareto i Libra, byli ich zakupu za pomocą wykresu, z którego wynikało, że po pięciu latach będą mogli wypłacić swoje pieniądze z określonym zyskiem. Znam dziesiątki takich opowieści, ale żaden klient nie dostał od sprzedawcy takiego wykresu do domu, ani na e-maila. Można było go zobaczyć na ekranie komputera doradcy, ale nie zdarzało się, by chcieli oni zostawiać ślady.

      "Trafiłem na jednego nieroztropnego sprzedawcę, który regułę niewydawania tego wykresu złamał i szczegółowe wyliczenia przesłał klientce na e-maila. Wynika z niego, że po pięciu latach trwania umowy klientka będzie mogła wypłacić ok. 107.000 zł. Pięć lat minęło, a klientka zamiast 107.000 zł może wypłacić 40.000 zł z wpłaconych 88.000 zł. Zarówno z uwagi na opłaty, jak i z powodu tajemniczego obniżenia wartości indeksu, od którego jest liczona wartość inwestycji)"

      - pisze mec. Szymański. Z jego e-maila wynikają jeszcze inne interesujące rzeczy. Np. fakt, iż w ramach rozmów z klientami używano pojęcia "lokaty oszczędnościowej", co mogło wprowadzić klienta w błąd, bo żadna lokata to nie była. Nie pisano też, że jest to ubezpieczenie, choć właśnie taką formę miała ta inwestycja. Klient kupował więc inwestycję opakowaną jako polisa, a mówiono mu - i pisano! - że nabywa "lokatę oszczędnościową". Z e-maila, w którego posiadanie wszedł prawnik wynika też, że sprzedawca zaproponował podział inwestycji na trzy polisy, sugerując, że takie rozwiązanie będzie korzystniejsze w przypadku konieczności wypłaty części pieniędzy, bo pozostałe będą mogły wówczas dalej zarabiać. W rzeczywistości żadnej opcji wyjścia nie było, chodziło wyłącznie o maksymalizację prowizji konkretnego sprzedawcy. Poniżej ów e-mail. Kierowany jest do "pana", a nie "pani", bo klientka dała się wpuścić w te polisy razem z mężem. A doradcy, jak wiadomo, wolą o pieniądzach rozmawiać z facetami.  

      szymaski_2010_open_finance_email_011

      Klientka wpłaciła jednorazowo 31.500 zł, a następnie od marca 2010 r. do dzisiaj opłacała składki w wysokości 868 zł miesięcznie, czyli łącznie 52.080 zł. Łącznie w trzech polisach utopiła 83.580 zł, z czego odzyskać może niewielką część. A konkretnie? Na przykładzie jednej z polis wyglądało to tak, że klientka wpłaciła 18.000 zł, z czego na rachunku zostało 9.500 zł, zaś gdyby chciała się wycofać - otrzymałaby 4.700 zł. Czyli jedną czwartą tego, co wpłaciła. Jak to możliwe? Inwestycja została oparta o jednostki jednego z funduszy inwestycyjnych TU Europa, które z kolei bazowały na indeksie stworzonym przez BNP Paribas. Zmiany indeksu szybko jednak rozjechały się z notowaniami funduszu TU Europa, oczywiście na niekorzyść klientki. Dodatkowo wartość rachunku stale jest obniżana poprzez pobieranie przez firmę ubezpieczeniową opłaty administracyjnej.

      "Klientka była zapewniana, że w okresie pięciu lat inwestycja osiągnie zysk na poziomie 9% w skali roku. Można przyjąć, że pośredniczka z firmy sprzedającej polisę samowolnie, bez wiedzy przełożonych, wprowadziła klientkę w błąd po to, by uzyskać prowizję od sprzedaży długoterminowych umów. Drugi scenariusz jest taki, iż tego rodzaju sposób sprzedaży był wynikiem szkoleń przeprowadzanych przez pośrednika finansowego i stanowił regułę, a nie wyjątek. Gdyby zakwalifikować to jako nieuczciwą praktykę rynkową, pozwalałoby to żądać (w oparciu o art 12 ustawy o nieuczciwych praktykach rynkowych) unieważnienia umowy i zwrotu wzajemnych świadczeń, w tym wypadku wszystkich składek opłaconych przez konsumenta"

      - komentuje mec. Szymański. Cóż, gdyby ktoś zaczął zbierać zeznania świadków, relacje klientów i refleksje skruszonych byłych pracowników sieci doradców finansowych, to kto wie, co by z takiego materiału dowodowego wynikło. Zwłaszcza gdyby potem znalazł się on pod oceną niezawisłego sądu. Być może warto byłoby pokusić się o zebranie stosownej dokumentacji i to sprawdzić - mrugam okiem w kierunku szefów Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, do których pewnie wpływa podobna liczba opowieści klientów, co na moją skrzynkę e-mailową. Intuicyjnie czuję, że sprzedaż tego typu, czyli poprzez wprowadzanie klienta w błąd co do istoty kupowanego produktu finansowego, nie była wynikiem źle rozumianej kreatywności doradców finansowych, a jasno określonym oczekiwaniem pracodawców tych pośredników. Ale intuicja to jedno, a fakty - drugie.

      SZUKAJ SUBIEKTYWNOŚCI NA YOUTUBE! Blog "Subiektywnie o finansach" ma ponad 200.000 czytelników na www.samcik.blox.pl oraz dziesiątki tysięcy w serwisach społecznościowych. Dołącz do 28.000 fanów blogu na Facebooku, podyskutuj ze mną i z 5.000 followersów na Twitterze, znajdź mnie na Google+, zobacz co wrzuciłem na Instagram). Subiektywność znajdziesz też w YouTube. Tam możesz zobaczyć i polubić wideofelietony i komentarze o twoich pieniądzach oraz zasubskrybować mój kanał. W tym kinie siedzi już ponad 1.000 osób, dołącz do nich! Najnowsza moja superprodukcja ;-) jest o kosztach posiadania własnego "M". Być może kupowanie mieszkania... w ogóle się nie opłaca? Ten, pełen obrazoburczych tez materiał, proszę oglądać wyłącznie po uprzednim zażyciu środków na uspokojenie ;-). Cykl klipów wideo, które możecie oglądać poniżej, realizuję wspólnie z Adamem Rosołowskim, który wszystko ładnie zapisuje, montuje i przygotowuje oprawę graficzną.

      Zobacz też inne filmy z cyklu "Samcik prześwietla". Ostatnio mówiłem m.in. o tym jak wycisnąć najwięcej z lokaty i jak do niej nie dopłacać, a także o najpopularniejszych haczykach w umowach pożyczek gotówkowych. Zapraszam do oglądania i subskrybowania mojego kanału na YouTube!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „Doradca finansowy kłamał w żywe oczy, że polisa inwestycyjna to "lokata". Wpadł przez głupi błąd”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 kwietnia 2015 12:31
    • To ma być najbardziej wypasiony bank w kieszeni. Loguj palcem, załaduj 10 kart, spójrz w zegarek...

      O ile w poprzednich kilku latach banki ścigały się głównie na funkcjonalność serwisów internetowych - by wspomnieć tylko o wprowadzeniu możliwości zakładania kont przez internet, czy zaciągania kredytów "na klik" - o tyle teraz ta walka przenosi się na obszar bankowości mobilnej. Bankowcy chcą przyzwyczajać nas do korzystania ze smartfonów przy sprawdzaniu salda, szukaniu najbliższych bankomatów i do robienia szybkich przelewów. A w dalszej perspektywie także do płacenia telefonem. Dzięki namówieniu konsumentów, by włożyli bank "do kieszeni" finansiści mogą jeszcze łatwiej dostarczać im do tej kieszeni (lub raczej portfela) kredyt oraz zbudować, wspólnie z sieciami handlowymi, oparte na geolokalizacji programy lojalnościowe. Niewykluczone, że w przyszłości banki będą zarabiały mniej więcej tyle samo na zmienianiu naszych przyzwyczajeń zakupowych (za co będą odbierali prowizję od sieci handlowych będących beneficjantami tej zmiany), co na pośredniczeniu w przelewach i udzielaniu kredytów. Żeby to wszystko było możliwe, klient musi jednak chcieć mieć aplikację mobilną i jej rzeczywiście używać. To dlatego banki - ostatnio ING ("każdy pomysł na życie jest dobry, ale najlepszy jest twój") oraz BZ WBK ("każdy wiek ma swoje prawa') - inwestują grube miliony w telewizyjne kampanie reklamowe "banku w kieszeni". Zresztą bardzo udane kampanie.

      Marketing marketingiem, ale liczy się przede wszystkim użyteczność i wygoda. Dobra aplikacja mobilna powinna "odczytywać" myśli klienta i dostosować się do jego potrzeb. Przełomem - lub co najmniej zajawką przełomu - w tej dziedzinie ma być nowa aplikacja mobilna Banku Millennium, której debiut nastąpi w najbliższych tygodniach, a konkretnie w drugiej dekadzie maja. Miałem ostatnio okazję oglądać ją w czasie ostatnich testów i przyznam, że sprawia pozytywne pierwsze wrażenie (kolejnych wrażeń jeszcze nie miałem, bo mi ją szybko zabrali :-)). Oferuje duże możliwości personalizacji i układania na ekranie potrzebnych przycisków. Jest też kilka wygodnych funkcji, których nie widziałem u konkurencji, a także kilka technologicznych wodotrysków. Bank szykuje też ciekawy sposób promowana aplikacji wśród klientów - za pomocą smartfona, multimediów i technologii 3D. Czego mi dojmująco brakuje? Powiązanego z tą aplikacją programu lojalnościowo-zakupowego z prawdziwego zdarzenia, no i jeszcze wygodniejszej możliwości płacenia telefonem (ale tu akurat nie ma wielkiej winy bankowców, po prostu nie wymyślono jeszcze technologii, która umożliwiałaby zbliżeniowe płacenie telefonem każdemu klientowi, bez żadnych ograniczeń). Czym chce się wyróżnić "millennijna" aplikacja? 

      apkamlScreenshot_20150319155017PERSONALIZACJA Z BĄBELKAMI. Oprawa graficzna nowej aplikacji mobilnej Banku Millennium jest oparta na kółkach, w których prezentowane są kluczowe informacje na temat finansów klienta (stan konta, kwota dostępnych pieniędzy na karcie itp.). To znany trend: podobny patent wykorzystuje jest m.in. aplikacja smartfonowa mBanku. Klient przemieszcza się między tymi "bąblami" przesuwając palec po ekranie, zaś klikając na "bąbel" (jak na przycisk) dostajemy więcej szczegółów na temat danej opcji. Część informacji (o ile klient na to pozwoli) może być wyświetlana jeszcze przed zalogowaniem (to przydatne jeśli chcemy np. wiedzieć ile mamy pieniędzy na koncie zanim zrobimy zakupy). Na głównym ekranie klient może umieścić też do czterech klasycznych kafli z najbardziej potrzebnymi mu funkcjami. Oczywiście (to też już zaczyna być standardem w smartfonowych aplikacjach) klient może sobie załadować własne tło ekranu głównego. Nawigacja jest bardzo intuicyjna, większość potrzebnych w danym momencie funkcji pojawia się wtedy, kiedy możemy ich potrzebować. Ze spersonalizowaniem ekranu poradzić  sobie powinno każde dziecko. Aplikacja jest zgrabnie zaprojektowana i zwyczajnie ładna. Ale oczywiście te wszystkie rzeczy to "program obowiązkowy" każdej aplikacji mobilnej. Bez tego w bankach w ogóle mogliby się nie zabierać za tę robotę.

      LOGOWANIE PALCEM ZAMIAST KODU PIN. Z najbardziej innowacyjnych funkcji, które testowałemapkamlScreenshot_201503191550321 przedpremierowo w aplikacji Banku Millennium, trzeba wymienić możliwość logowania się odciskiem palca (to technologia dopiero niedawno wprowadzona przez Apple). W Polsce są już banki, które stosują podobne metody (np. Meritum Bank, czy BPH), ale to wciąż jeden z większych wodotrysków w branży bankowej. Najpierw trzeba zdefiniować "matrycę" przykładając palec do telefonu i zezwolić systemowi na stosowanie tego rodzaju logowania, a potem idzie już z górki - przykładasz palec i wchodzisz do banku. Technologia jest podobno bezpieczna, bo system nie przechowuje całej "matrycy" danych z palca, a tylko niektóre punkty, co oznacza, że wyciek danych nie powinien spowodować konieczności wymiany palca klienta ;-). W banku zdają sobie sprawę, że nowy sposób potwierdzania tożsamości może być kontrowersyjny, dlatego udostępniają go wyłącznie do logowania, nie wykluczając w przyszłości, że może to być też forma potwierdzania transakcji.

      KARTY LOJALNOŚCIOWE W TELEFONIE... W Banku Millennium wpadli na pomysł, żeby umożliwić dorzucenie do aplikacji mobilnej... zewnętrznych kart lojalnościowych. Każdy z nas ma ich w portfelu sporo: Payback, karta lojalnościowa ulubionej sieci marketów, karta klubowa korporacji taksówkowej, karta kibica, karta zniżkowa do sklepu odzieżowego i inne takie. Wszystkie te karty można wskanować do aplikacji mobilnej i okazywać za pomocą smartfona, wyświetlając wizerunek karty na ekranie. ...BANK W ZEGARKU SMART-WATCH. Aplikacja Millennium będzie też prawdopodobnie pierwszą (a na pewno jedną z nielicznych), która będzie działała nie tylko w smartfonie, ale też w zegarkach typu smart-watch. Będą się tam wyświetlały podstawowe informacje dotyczące stanu konta (będzie można go wyświetlić jako wartość liczbową lub procentową), najbliższych bankomatów oraz oddziałów banku. Niby tylko gadżet, ale sympatyczny. Bank można mieć nie tylko w kieszeni, ale i na ręce. Ja oglądałem aplikację w zegarku marki Samsung, ale ma obsługiwać też inne marki smart-zegarków.

      apkamlScreenshot_201503191616061PŁAĆ TELEFONEM, LECZ NIE ZBLIŻAJ. Osobiście wciąż mam opory przed noszeniem banku przy sobie, jak również przed wykonywaniem przelewu za pomocą smartfona, czyli urządzenia narażonego na zhakowanie jeszcze bardziej, niż komputer. Aplikacje mobilne - i ta "millennijna" nie jest wyjątkiem - dają dziś możliwość dokonywania przelewów, w tym zewnętrznych, tylko w ramach limitu mobilnego. Co do płacenia telefonem, to podstawowym patentem jest BLIK, czyli system oparty na PKO-owskim IKO, który jest dziś stosowany przez sześć polskich banków. Przyznam, że dla mnie płacenie BLIK-iem w sklepach trochę mija się z celem (podawanie kodu jest bardziej absorbujące, niż płacenie zbliżeniową kartą). BLIK ma być za jakiś czas uzupełniony o funkcję zbliżeniową i wtedy będzie to rzeczywiście sposób płatności zbliżony pod względem wygody do płacenia kartą. Na razie klienci, którzy chcieliby płacić za pomocą zupełnie nowej aplikacji mobilnej Banku Millennium, są skazanie na wpisywanie kodów BLIK.

      REKLAMA 3D, CZYLI OTWÓRZ GAZETĘ I... Jak zachęcić klienta, żeby zainstalował nową aplikację mobilną w swoim smartfonie? Oczywiście podstawowym - i dość często stosowanym przez banki - wabikiem jest wyższe oprocentowanie lokaty, o ile klient założy ją za pomocą aplikacji mobilnej. Przy promocji nowej aplikacji mobilnej w Banku Millennium pójdą dalej - w telefonach klientów będą się wyświetlały trójwymiarowe obrazy zachęcające do skorzystania z promocji oraz filmy reklamowe. To technologia augmented reality, która uruchamia animacje 3D oraz odtwarzanie filmów po najechaniu kamerą telefonu na określony statyczny obraz (np. reklamę w gazecie, billboard na ulicy). Pewnie większość z nas, widząc taką "wirtualną reklamę", zwróci na nią większą uwagę, niż w przypadku standardowego przekazu. Dzięki temu w Banku Millennium chcą mieć szybki sukces w zachęcaniu klientów do korzystania z nowego cudeńka. Screenshot poniżej zawiera jeszcze angielskojęzyczną wersję sprzed ostatnich testów, ale w Banku Millennium mają jeszcze dwa tygodnie, żeby coś z tym fantem ewentualnie zrobić ;-).

      apkamlaugmented_reality

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „To ma być najbardziej wypasiony bank w kieszeni. Loguj palcem, załaduj 10 kart, spójrz w zegarek...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 kwietnia 2015 08:34
  • środa, 29 kwietnia 2015
  • wtorek, 28 kwietnia 2015
    • Czy "LTE bez limitów" naprawdę jest bez limitów? Tak, ale trzeba się podzielić "bezlimitem" :-)

      Nie zapędzam się zbyt często w rewiry telekomunikacyjne, ale coraz częściej piszecie do mnie również w sprawie wprowadzających w błąd zapisów, które znajdujecie w umowach z firmami telekomunikacyjnymi. Sprawa, którą chcę dzisiaj poruszyć, nie jest nowym odkryciem, na branżowych forach już o niej było, ale wkurza bardzo moich czytelników, więc ją nagłaśniam, w nadziei, że może coś się dzięki temu zmieni na lepsze. Bohaterem jest Plus, a konkretnie jego oferta "Power LTE bez limitów". Plus jako pierwszy w Polsce zaoferował superszybki internet mobilny oparty na technologii LTE i do dziś uchodzi za lidera tej branży. Odkąd jednak nie ma monopolu na oferowanie przesyłu danych w tej technologii, stara się wyróżnić nie samym faktem, że oferuje swoim abonentom LTE, ale tym, że oferuje go bez limitów. Klienci rozumieją to tak: płacisz abonament i w jego ramach korzystasz z szybkiego internetu bez ograniczeń. Sęk w tym, że ograniczenia są i to niewąskie.

      Najtańszy abonament Power LTE wynosi 29,9 zł miesięcznie (przez trzy miesiące gratis) i w ramach takiej umowy - którą trzeba podpisać na 24 miesiące pod ciężką karą finansową za wcześniejsze zerwanie - klient otrzymuje 8 GB transferu danych z szybkością LTE. Oczywiście szybkość maksymalna obowiązuje tylko tam, gdzie ta technologia jest dostępna (ale dziś jest dostępna tam, gdzie mieszka 80-90% Polaków, więc szansa na dopadnięcie transferu z prędkością LTE jest spora). Są też w Plusie abonamenty za 49,9 zł z gwarancją zasysania 20 GB danych z prędkością klasy LTE, czy np. za 59,9 zł opcja z pakietem danych 25 GB. Do tego można dokupić za 3 zł router, modem bezprzewodowy do domu albo do laptopa. Co prawda już nawet 8 GB to niemało, ale jeśli ktoś używa transferu danych często i nie tylko do przeglądania stron i ściągania poczty, ale też np. do streamingu, czy wymiany dużych plików multimedialnych, to może mu zabraknąć. Dla takich gagatków Plus włącza opcję "bez limitu" w cenie 10 zł miesięcznie (przez pół roku gratis). I opisuje ją tak: "po wykorzystaniu podstawowego pakietu danych w wybranych wariantach oferty korzystasz z internetu bez limitu danych w zasięgu LTE, z prędkością zależną od wysokości abonamentu".

      W najniższym abonamencie opcja "bez limitu" nie ma wielkiego sensu, bo maksymalna szybkość transferu danych w tej nielimitowanej ofercie wynosi 1 Mb/s, co rzadko wystarcza nawet na komfortowego przeglądania co cięższych stron internetowych. Ale już do abonamentu za 59,9 zł można za 10 zł dokupić nielimitowany transfer LTE z maksymalną szybkością 10 Mb/s. A więc: płacąc przez dwa lata po 69,9 zł miesięcznie abonamentu (plus 3 zł za router lub modem i 29,9 zł jednorazowej opłaty aktywacyjnej mogę mieć duży pakiet transferu danych (25 GB) z szybkością 50-100 Mb/s (maksymalne osiągi są chyba jeszcze wyższe, ale zdaje się, że rzadko osiągalne, klienci mówią, że przeciętny transfer to 40 Mb/s), a potem mam dowolną liczbę GB z prędkością do 10 Mb/s. Plusowe 69,9 zł za "internet LTE absolutely unlimited" wygląda więc nieźle. Klientów Plusa mierzi jednak zapis regulaminu, który sprawia, że transfer "unlimited" może być dowolnie zmniejszony. Ów zapis regulaminu brzmi tak:

      "W celu umożliwienia wszystkim Abonentom sprawiedliwego korzystania z sieci Polkomtel stosuje zasady Fair-Usage-Policy. (...) Realizowane jest to poprzez przydzielanie odpowiednich wartości parametrów dostępu do sieci telekomunikacyjnej zgodnie z rosnącym zużyciem danych przy zachowaniu priorytetów/różnic wynikających z pakietów taryfowych (...). Zgodnie z rosnącym zużyciem danych przez Abonenta, Polkomtel zastrzega sobie możliwość zmiany parametrów technicznych transmisji danych w ramach usługi „LTE bez limitu”, w tym obniżenie prędkości transmisji danych do 32 kb/s"

      32 kb/s... Brzmi okropnie. I za to płaci się tyle samo, co za transmisję 10 Mb/s. Wygląda więc na to, że klienci, płacąc za "nielimitowany internet LTE", muszą dzielić się transferem z innymi, którzy korzystają w danym momencie z danego masztu. Dlaczego klient ma się dzielić czymś, za co płaci pełną cenę, nawet jeśli ta cena jest niewielka (10 zł miesięcznie)? To pytanie retoryczne. Sprawdzałem też T-Mobile, w którym pakiet 25 GB transferu w 24-miesięcznym abonamencie kosztuje 39,99 zł (plus 9 zł za modem i 49,99 zł opłaty aktywacyjnej). I chyba nie ma opcji "unlimited". W Play można mieć pakiet 25-30 GB transferu za 49,99 zł miesięcznie, ale za opcję "bez limitu" trzeba dopłacić 20 zł miesięcznie. W Orange 20-30 GB transferu miesięcznie wycenili na 49,90-59,90 zł, a transfer LTE bez limitu dają i to za darmo, ale tylko między północą a 8:00 rano. Tam, gdzie oferta internetu LTE jest nielimitowana, zwykle pojawiają się zapisy regulaminowe dające firmie możliwość ograniczenia "nielimitowanego" transferu. W regulaminach Playa znalazłem taki oto zapis:

      "Operator zastrzega sobie prawo do obniżenia prędkości transmisji danych danemu Abonentowi po przekroczeniu przez niego 100 GB transmisji danych w technologii LTE. Abonent będzie miał możliwość pobierania i wysyłania danych w technologii LTE z największą prędkością, jaka jest możliwa do osiągnięcia w danych warunkach technicznych, jednakże nie większą niż 2 Mb/s w przypadku danych pobieranych oraz nie więcej niż 384 kb/s w przypadku danych wysyłanych (...) Zastrzeżenie to dotyczy wyłącznie sytuacji, w której wyjątkowo intensywne korzystanie z transmisji danych w godzinach największego obciążenia sieci może w istotny sposób wpływać na pogorszenie jakości połączeń transmisji danych dla pozostałych użytkowników sieci".

      No, ale tu mamy przynajmniej podany limit "wartościowy" transmisji danych, po którym "bez limitu" staje się "bardzo wolnym bez limitu". Zastanawiam się czy UOKiK nie powinien prześwietlić deklaracji firm telekomunikacyjnych, obiecujących klientom "nielimitowany transfer LTE". Jeśli firma z jednej strony reklamuje klientom coś "nielimitowanego", a jednocześnie wprowadza możliwość arbitralnego wprowadzenia limitów sprawiających, że korzystanie z usługi staje się trudne lub prawie niemożliwe, to klienci mają prawo czuć się wprowadzeni w błąd. 

      SZUKAJ SUBIEKTYWNOŚCI NA YOUTUBE! Blog "Subiektywnie o finansach" ma ponad 200.000 czytelników na www.samcik.blox.pl oraz dziesiątki tysięcy w serwisach społecznościowych. Dołącz do 28.000 fanów blogu na Facebooku, podyskutuj ze mną i z 5.000 followersów na Twitterze, znajdź mnie na Google+, zobacz co wrzuciłem na Instagram). Subiektywność znajdziesz też w YouTube. Tam możesz zobaczyć i polubić wideofelietony i komentarze o twoich pieniądzach oraz zasubskrybować mój kanał. W tym kinie siedzi już ponad 1.000 osób, dołącz do nich! Najnowsza moja superprodukcja ;-) jest o kosztach posiadania własnego "M". Być może kupowanie mieszkania... w ogóle się nie opłaca? Ten, pełen obrazoburczych tez materiał, proszę oglądać wyłącznie po uprzednim zażyciu środków na uspokojenie ;-). Cykl klipów wideo, które możecie oglądać poniżej, realizuję wspólnie z Adamem Rosołowskim, który wszystko ładnie zapisuje, montuje i przygotowuje oprawę graficzną.

      Zobacz też inne filmy z cyklu "Samcik prześwietla". Ostatnio mówiłem m.in. o tym jak wycisnąć najwięcej z lokaty i jak do niej nie dopłacać, a także o najpopularniejszych haczykach w umowach pożyczek gotówkowych. Zapraszam do oglądania i subskrybowania mojego kanału na YouTube!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (28) Pokaż komentarze do wpisu „Czy "LTE bez limitów" naprawdę jest bez limitów? Tak, ale trzeba się podzielić "bezlimitem" :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 kwietnia 2015 16:36
    • Czy spór "Nabitych" z mBankiem zakończy się precedensową ugodą? W czwartek sądny dzień

      W czwartek Sąd Najwyższy zdecyduje czy uwzględnić kasację mBanku w słynnej sprawie "Nabitych". Jeśli ją uwzględni, będzie to oznaczało zakwestionowanie wyroków sądów dwóch instancji, korzystnych dla klientów. Przypomnę pokrótce: najpierw Sąd Okręgowy, a później Sąd Apelacyjny orzekły, iż bank zbyt nieprecyzyjnie określił w umowach kredytowych warunki, w których może zmienić oprocentowanie, a zatem zapisy te nie obowiązują klientów. Oznacza to, że wszelkie podwyżki oprocentowania, zaordynowane klientom przez bank, były zdaniem sądu nielegalne. A trzeba pamiętać, że mówimy o umowach tzw. starego portfela, z oprocentowaniem uzależnionym od decyzji zarządu banku, a nie od stawki LIBOR. Początkowo wyglądało to więc na wielkie zwycięstwo klientów, którzy wyrok zinterpretowali w taki sposób, iż ich kredyty będą teraz oprocentowane tak, jak przy podpisaniu umowy (np. na 2% według stałej stopy procentowej), a na dodatek bank zwróci im nadpłacone przez lata raty. Bank wykonania wyroku odmówił, dlatego zresztą sprawa trafiła do Sądu Najwyższego.

      Jednak rzeczywistość zakpiła sobie z "Nabitych", bo dziś - gdy stopy procentowe w Szwajcarii są ujemne, zaś prawie wszystkie banki honorują przy obliczaniu oprocentowania ujemny LIBOR - wykonanie wyroku sądu przez bank wcale nie jest dla "Nabitych" takie korzystne. Owszem, oprocentowanie ich kredytów może wrócić do poziomu "startowego", ale w porównaniu z oprocentowaniem kredytów opartych na stawce LIBOR i tak będzie koszmarnie wysokie (bo LIBOR frankowy jest dziś na poziomie -0,8%, co oznacza, że przy średniej marży 1,5% kredytobiorcy "liborowi" płacą oprocentowanie rzędu 0,7%. Niezależnie więc od tego jaka będzie decyzja Sądu Najwyższego, "Nabici" będą jakoś-tam poszkodowani. Albo okaże się, że mimo poniesienia kosztów obsługi prawnej są w punkcie wyjścia (tak byłoby, gdyby kasacja została przyjęta), albo zostanie "przyklepany" stan, w którym i tak są w dużo gorszej sytuacji, niż klienci "liborowi". Oczywiście nie oznacza to, że wyrok Sądu Najwyższego jest bez znaczenia. Przeciwnie, jego uzasadnienie - zwłaszcza jeśli będzie "mocne" - może mieć ogromny wpływ na inne procesy zbiorowe, np. dotyczące spreadów. No i w ogóle na orzecznctwo dotyczące klauzul abuzywnych. W końcu co Sąd Najwyższy, to Sąd Najwyższy.

      Wracając do "Nabitych": najprawdopodobniej ten głośny spór zakończy się precedensową ugodą zawartą pod egidą Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Wiem, że było w tej sprawie kilka spotkań, w tym na najwyższym szczeblu, z udziałem prezesa mBanku, szefów kancelarii Wierzbowski Eversheds, warszawskiej rzecznik konsumentów oraz wysokich urzędników UOKiK. Wiem też, że podczas tych spotkań przewijały się co najmniej cztery rozwiązania i że strony kierunkowo zgodziły się, by ostateczna propozycja również miała kilka wariantów, z których każdy mógłby się opierać na innym mechanizmie.. Dziś jeszcze wszyscy czekają na 30 kwietnia i na to co powie Sąd Najwyższy, ale chyba żadne rozwiązanie nie będzie dobre dla kredytobiorców. Z kolei zarząd mBanku też wydaje się zmęczony ciągłymi potyczkami z "Nabitymi" i dojrzał do tego, by nawet kosztem pewnych ustępstw finansowych zakończyć spór ugodą. Zwłaszcza, że ostatnio bank wykonał kilka gestów świadczących o tym, że na wizerunku mu zależy - np. zaproponował możliwość odmiejscowienia hipotek klientów frankowych.

      Tego typu porozumienie, w którym rozjemcą byłby w dodatku ważny urzędnik odpowiedzialny za ochronę praw konsumentów, czyli szef UOKiK-u, byłoby niezwykle istotnym precedensem, który utarłby ścieżkę rozwiązywania konfliktów na linii grupa klientów-bank bez angażowania sądów i bez wieloletnich przepychanek. Uważam, że właśnie w kierunku tego typu ugód powinny zmierzać niezadowolone grupy kredytobiorców (czy w ogóle konsumentów usług finansowych). Jeśli wyjściowe warunki stawiane przez strony na starcie nie będą zaporowe, to sądzę, że w wielu przypadkach umowy kredytowe można tak zmodyfikować, by umożliwić klientom dobrowolne przewalutowanie kredytów po preferencyjnym kursie, przejęcie przez bank częściowej odpowiedzialności a wzrost kursu franka, albo np. konwersja kredytów starego portfela (wiem, że takiesą nie tylko w mBanku) na mierzone stawką LIBOR plus marża. Gdyby zainteresowanie grup kredytobiorców i banków było duże, w łonie UOKiK można byłoby nawet powołaćjakąś grupę "patronacką", której przedstawiciel byłby zawsze przy stole i moderował dyskusję tak, by strony przynajmniej spróbowały zbliżyć się do porozumienia. Coś mi mówi, że jesteśmy blisko wypracowania nowego, bardzo dobrego standardu załatwiania sporów konsumentów z bankami.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (42) Pokaż komentarze do wpisu „Czy spór "Nabitych" z mBankiem zakończy się precedensową ugodą? W czwartek sądny dzień”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 kwietnia 2015 08:31
  • poniedziałek, 27 kwietnia 2015
    • Ile warte są dane o tym co lubisz? Telekom zapłaci ci za to 6 zł miesięcznie

      Ile warte są nasze dane osobowe? Za jaką cenę powinniśmy oddać informacje o tym jak się nazywamy i gdzie mieszkamy? Na ile powinniśmy wycenić zgodę wydaną jakiejś firmie, by mogła sprzedać te wszystkie dane jakiejś agencji marketingowej? Jeszcze do niedawna wszyscy żyliśmy w przekonaniu, że to oni, marketingowy, robią nam łaskę, że wysyłają do nas oferty cudownych produktów lub usług, sprzedawanych po okazyjnych cenach. Bo przecież mogliby wysłać je do kogoś innego. Teraz już wiemy, że zgody marketingowe mają wartość rynkową i że dane o naszych adresach też ją mają. A jeśli w dodatku ktoś jest w stanie stworzyć profil konkretnego konsumenta i tym samym skierować do tej osoby konkretną, dopasowaną reklamę, to wartość takiego pakietu danych o konsumencie rośnie wielokrotnie. Czasem nie są to dane o konkretnej osobie, ale o zachowaniach anonimowego posiadacza danego urządzenia - nie wiadomo jak się nazywa i gdzie mieszka, ale wiadomo co lubi i jak się zachowuje przy zakupach.

      Oczywiście za nasze dane najczęściej płacimy "w naturze", czyli wchodząc na strony internetowe i korzystając z różnych aplikacji za darmo. Ale zdarzają się już deale "gotówkowe". Ostatnio informujecie mnie - w większości przypadków z niejakim zniesmaczeniem - iż operatorzy komórkowi wyceniają wiadomości na Wasz temat zbyt tanio ;-). Piszecie m.in., że operator Play wystawia - wśród tysięcy zgód podsuwanych klientom przy zawieraniu umowy - formularz wyrażenia zgody na marketing tzw. marketing transmisji danych, w zamian oferując 5,99 zł zniżki w abonamencie (przy okazji trzeba "klepnąć" jeszcze bodaj jedną inną zgodę marketingową). Treść tej zgody, dzięki którym rachunek może być niższy, brzmi następująco:

      "Wyrażam zgodę na przetwarzanie danych transmisyjnych dla celów marketingu usług telekomunikacyjnych. Dane te będą przetwarzane w okresie obowiązywania Umowy o świadczenie Usług Telekomunikacyjnych"

      Play nie jest oczywiście jedynym teleoperatorem, który lubi wiedzieć na jakie strony www wchodzą jego klienci, by dostosowywać do tego swoje oferty. Wydaje się, że chodzi tylko o oferty telekomunikacyjne, tzn. klient często odwiedzający strony internetowe restauracji nie będzie dostawał reklam restauracji. Podobną politykę prowadzi np. Orange, który w gąszczu zgód marketingowych ma również taką:

      "Zgoda na wykorzystanie moich danych transmisyjnych w celach marketingu usług telekomunikacyjnych Orange Polska. Jeśli wyrazisz tę zgodę, będziemy mogli proponować Ci nasze produkty i usługi dostosowane do Twoich potrzeb. Propozycja oferty zostanie oparta, np. na analizie wykonywanych i odbieranych przez Ciebie połączeń lub transmisji danych w Internecie"

      Oczywiście: każdy dostawca internetu i tak ewidencjonuje dane dotyczące stron, na które wchodzimy. Sęk w tym, że operatorzy chcą to wykorzystywać do cross-sellingu, który może bardzo im się opłacać, bo przecież firmy telekomunikacyjne często oferują np. usługi VOD (a nasze internetowe zainteresowania mogą pozwolić na ustalenie jaki rodzaj filów lub kanałów wideo nam zaproponować). Sposobność, by uzyskać naszą zgodę na przetwarzanie danych nie tylko w celu świadczenia usług, ale i w celach marketingowych, starają się coraz częściej wykorzystywać również "naziemni" usługodawcy. Ostatnio odwiedzałem sieć placówek medycznych LuxMed, by dopełnić jakichś formalności i przy okazji pani w recepcji podała mi do podpisu dodatkową kartę z dwoma oświadczeniami. Lojalnie przy tym uprzedziła, że chodzi o możliwość sprzedaży moich danych. Zgoda wyglądała tak:

      "Wyrażam zgodą na przetwarzanie moich danych osobowych, obejmujących wyłącznie imię, nazwisko, telefon, adres poczty elektronicznej przez Lux Med oraz spółki zależne i powiązane z Lux Med, jak również podmioty współpracujące z Lux Med na podstawie zawartych umów w celach marketingowych oraz w celu oferowania usług i produktów przez wyżej wymienione podmioty"

      Oczywiście ani mnie to nie zdziwiło, ani nie zbulwersowało. Mam taką robotą, że handel moim numerem telefonu, e-mailem oraz adresem do korespondencji muszę akceptować, bo z tego rodzą się tematy. Z przyczyn "służbowych" wyraziłem więc zgodę i bdę z niecierpliwością czekał komu to Lu Med sprzeda moje dane. Na szczęście nie wolno im handlować danymi medycznymi, lecz tylko osobowymi. A wiecie co mnie zbulwersowało? Zdziwienie pani po drugiej stronie biurka, gdy zasugerowałem, iż w zamian za taką zgodę powinienem dostać jakąś zniżkę na usługi firmy. Oczywiście: zgoda jest dobrowolna i nikt nie nie zmusza, by ją podpisywać. Jednak brak wynagrodzenia za taką zgodę oznacza, że medyczna sieć traktuje mnie jak darmowe źródło dodatkowych przychodów. Być może źródło jeszcze nie "spenetrowane", a jeśli firma nie wie ile może zarobić na sprzedaży moich danych, to i nie chce dzielić się tymi zyskami z klientem, właścicielem tych danych. A może chodzi jednak o zwykłą chciwość?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Ile warte są dane o tym co lubisz? Telekom zapłaci ci za to 6 zł miesięcznie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 kwietnia 2015 18:36
    • Ten bank perfekcyjnie zarabia na roztargnionych i zapominalskich. Też dałeś się złapać?

      Dużo ostatnio dzieje się w bankowych tabelach opłat i prowizji. A zwłaszcza w tych jej fragmentach, które dotyczą kont i kart bankowych. Bankowcy są w potrzasku, bo z jednej strony nie chcą popełniać marketingowego samobójstwa i likwidować "kont za zero" (z badań wynika, że brak opłat za prowadzenie jest dla Polaków najważniejszą cechą dobrego ROR-u), a z drugiej potrzebują zwiększenia dochodów z prowizji (np. po to, by zrefundować trzy razy mniejsze zyski z opłat interchange, wyższą składkę na BFG i straty wynikające z ograniczeń w sprzedawaniu ubezpieczeń). Recepta może być tylko jedna: a) utrzymujemy przynajmniej jedno konto formalnie "za zero", ale utrudniamy klientom spełnienie warunków darmowości., b) podwyższamy prowizje za starsze pakiety, wycofane z oferty i za konta rzadziej przez klientów używane, licząc na ro, że się nie zorientują. W przypadku banku BZ WBK oba punkty tej strategii są realizowane nieomal wzorcowo. Od lutego "Konto Godne Polecenia", czyli sztandarowy pakiet BZ WBK, wprowadzony do oferty z wielkim hukiem wiosną 2013 r., jest obłożone 7-złotową prowizją za standardową kartę. Można zamiast niej mieć inną, niestandardową, za 4 zł miesięcznie albo za zero, jeśli spełni się warunek dotyczący obrotów. Oczywiście wiadomo, że część klientów karty nie wymieni, bo zapomni, albo się nie zorientuje. A BZ WBK może nadal chwalić się, że ma "konto za zero".

      Bank zastawia sidła. 10 zł miesięcznie opłaty za kartę, a jeśli chcesz jej uniknąć...

      Jeszcze sprytniejszy ruch BZ WBK wykonał w tej części koncepcji wyciskania klientów, która dotyczy prowizji za konta "peryferyjne". Poza podwyżkami dotyczącymi wszystkich kont nie będących już w ofercie (ze szczególnym uwzględnieniem tych "odziedziczonych" po Kredyt Banku, w BZ WBK postanowili wycisnąć parę groszy z posiadaczy kont walutowych. Jak w każdym banku, jest w BZ WBK pewna grupa klientów, która pootwierała sobie konta w euro i dolarach, a czasem i w funtach. Była swego czasu we wszystkich bankach moda na otwieranie do ROR-u złotowego także kont w najpopularniejszych walutach (czasem do takiego konta można sobie przypiąć nawet kartę rozliczaną w obcej walucie). Choćby po to, żeby móc uniknąć przewalutowania przy płaceniu za zakupy internetowe. Sam mam kilka takich kont walutowych, które trzymam "na wszelki wypadek". Tych, którzy dali się w przeszłości zachęcić do założenia kont walutowych, BZ WBK od lutego tego roku "ubrał" w prowizję w wysokości dwóch jednostek danej waluty miesięcznie (np. 2 euro, 2 dolary, 2 funty).

      Czytaj też: Kolejne banki podwyższają prowizje za płacenia kartą za granicą

      Ale są i takie banki, które... oferują prawie darmowe bankowanie w całej Strefie Euro!

      Prowizja jest pobierana jeśli saldo konta nie przekracza 20 jednostek waluty. A więc nie dotknie tych, którzy rzeczywiście z kont walutowych korzystają, bo "często szwendają się po obcych landach", czyli klientów, których bank nie ma interesu denerwować. A ci, którzy mają martwe konta, o których istnieniu zapomnieli, mają płacić za nie, jak za zboże. Część klientów się wkurza, bo choć bank poinformował bardzo czytelnie, wręcz wzorcowo, o nadchodzących zmianach...

      BZ_WBK_opaty_informacja

      ...to - abstrahując od tego, że same zmiany idące w tym kierunku są nie fair - uważają oni, iż powinien zrobić to w specjalnej, bardziej spersonalizowanej formie. A tymczasem oni zorientowali się co jest grane dopiero w marcu lub kwietniu. A część pewnie wciąż żyje w błogiej nieświadomości.

      "Uważam, że powiadomienie klienta w stylu: "Drogi Panie Pawle, ma pan jakieś grosze na koncie, które za miesiąc przestanie być bezpłatne. Na pewno Pan o tym koncie zapomniał. Czy mamy Panu ten osad dokądś wysłać i konto zlikwidować, by nie popadał Pan w nieprzewidziane koszty?" byłoby znacznie lepsze dla wizerunku banku od wydzierania jakichś prowizji za zapomniane konta"

      - pisze jeden z klientów, którzy otrzymali z banku informację, że mają ujemne saldo na koncie walutowym, o którego istnieniu nie pamiętali. Albo mają je nie na jednym, lecz na trzech kontach walutowych, bo część z tych klientów otworzyła ich więcej. Jeden z moich czytelników, też pan Paweł (ale inny, niż ten z korespondencji powyżej) miał na rachunkach kwoty rzędu 12,91 funtów, 5,10 dolarów, które leżały tam przez całe lata aż do lutego 2015 r. Aż tu nagle zaczęły być pobierane prowizje. Klientów drażnią też wysokie wartości prowizji - 2 euro miesięcznie to przecież ponad 8 zł, a 2 funty miesięcznie to ponad 10 zł. Drożej, niż większość złotowych ROR-ów. Powiedzmy sobie szczerze, takie wysokości prowizji mogą być obliczone na to, by jak najszybciej "pożreć" niewielkie (wynoszące poniżej 20 jednostek waluty) salda klientowskich rachunków. Dopiero wtedy bank wyśle do klienta powiadomienie, że na rachunku powstał debet, a klient pewnie saldo uzupełni albo konto zamknie. Część klientów - tych, którzy konta walutowe zakładali już dawno temu, jeszcze przed erą zakupów internetowych - twierdzi, że bank w ogóle ich nie poinformował o zmianach, bo nie otrzymali listu pleconego w tej sprawie, a z bankowości elektronicznej nie korzystają.

      "Od ponad dziesięciu lat żadnych wyciągów pocztą nie dostawałem, tylko śmieci w postaci ofert i zmian regulaminów. No i nagle jakiś geniusz wymyślił sobie, by oskubać również dawnych klientów, którzy zapomnieli, że w ogóle z tym bankiem mieli do czynienia. Co Pan o tym sądzi? Ja ociupinę się zadumałem i zbieram siły na wizytę w oddziale banku, który zapewne niebawem naśle na mnie komornika. Łączę pozdrowienia i podziękowania na trwanie na posterunku"

      - pisze kolejny czytelnik. Dla nas wszystkich ta sprawa powinna być przestrogą: warto zrobić przegląd nie używanych kont, zarówno złotowych, jak i walutowych, bo takich właśnie klientów, nie mających zbyt zażyłej relacji z bankiem, najchętniej się "skubie" prowizjami. Zagrożenie, że taki klient się zemści, jest niewielkie, zaś już samo wyzerowania salda z "resztówek" przyniesie bankowi niemały dochód. A jeśli jeszcze bank jest sprytny, to nie poinformuje klienta od razu, że stan jego konta jest ujemny, a wszystkie "resztówki" zostały pożarte przez prowizje. Sprytny bank poczeka, aż ujemne saldo przekroczy np. 50 zł albo 100 zł i dopiero wtedy zapuka po zaległe prowizje. 

      SZUKAJ SUBIEKTYWNOŚCI NA YOUTUBE! Blog "Subiektywnie o finansach" ma ponad 200.000 czytelników na www.samcik.blox.pl oraz dziesiątki tysięcy w serwisach społecznościowych. Dołącz do 28.000 fanów blogu na Facebooku, podyskutuj ze mną i z 5.000 followersów na Twitterze, znajdź mnie na Google+, zobacz co wrzuciłem na Instagram). Subiektywność znajdziesz też w YouTube. Tam możesz zobaczyć i polubić wideofelietony i komentarze o twoich pieniądzach oraz zasubskrybować mój kanał. W tym kinie siedzi już ponad 1.000 osób, dołącz do nich! Najnowsza moja superprodukcja ;-) jest o kosztach posiadania własnego "M". Być może kupowanie mieszkania... w ogóle się nie opłaca? Ten, pełen obrazoburczych tez materiał, proszę oglądać wyłącznie po uprzednim zażyciu środków na uspokojenie ;-). Cykl klipów wideo, które możecie oglądać poniżej, realizuję wspólnie z Adamem Rosołowskim, który wszystko ładnie zapisuje, montuje i przygotowuje oprawę graficzną.

      Zobacz też inne filmy z cyklu "Samcik prześwietla". Ostatnio mówiłem m.in. o tym jak wycisnąć najwięcej z lokaty i jak do niej nie dopłacać, a także o najpopularniejszych haczykach w umowach pożyczek gotówkowych. Zapraszam do oglądania i subskrybowania mojego kanału na YouTube!

      SUBIEKTYWNIE O ZMIANACH W BTE. Miałem ostatnio okazję dyskutować w radiu i telewizji na temat sensacyjnego orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, który odebrał bankom prawo do korzystania z Bankowego Tytułu Egzekucyjnego. Posłuchajcie audycji Aleksandry Dziadykiewicz w TOK FM, w której rozmawiamy o tym co ten zaskakujący ruch oznacza. W tej samej sprawie gościłem też w programie "Świat się kręci" w TVP1, razem z Krzysztofem Pietraszkiewiczem (prezesem Związku Banków Polskich) oraz Maciejem Pawlickim (publicystą "W sieci" i niezbyt szczęśliwym posiadaczem dużego kredytu we frankach). Przy okazji powiedziałem też - działając multifunkcyjnie - dwa słowa na temat cen minimalnych na alkohol. Zapraszam do obejrzenia całego programu

      ssk04

       aak091

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Ten bank perfekcyjnie zarabia na roztargnionych i zapominalskich. Też dałeś się złapać?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 kwietnia 2015 08:45
  • sobota, 25 kwietnia 2015
    • Szybkiego antidotum na franki nie będzie? Czas zmusić banki do odmiejscawiania hipotek!

      W sobotę odbywa się w Warszawie druga demonstracja ludzi, którzy uważają, że zostali oszukani przez banki. Hasło tego przedsięwzięcia brzmi: "Stop bankowemu bezprawiu". Nie jestem w stanie ocenić jak duża część zdesperowanych uczestników demonstracji rzeczywiście jest pokrzywdzona przez tzw. banksterów, a ilu to ludzie, którzy jedynie chcieliby przerzucić na cudze barki skutki swoich błędów, albo - co gorsze - zarobić na całym zamieszaniu pieniądze, np. organizując "nabory" do pozwów zbiorowych. Jedno jest pewne - im dłużej będziemy czekali na konkretne i realne rozwiązanie kwestii kredytów frankowych (zawierające zasady współodpowiedzialności obu stron kontraktu kredytowego za straty wynikające z większego, niż można było oczekiwać, ryzyka), tym bardziej sprawy będą się przenosiły na ulicę, ku uciesze polityków, A ci, jak wiadomo, szukają teraz przedwyborczego mięsa armatniego, więc chętnie przylepią się do każdej demonstracji przeciwko bankom. Oczywiście kredyty frankowe nie są jedynym zarzewiem niezadowolenia klientów. Drugi punkt zapalny to polisy inwestycyjne. A jest też kwestia łatwej drogi banków do windykacji nie spłacanych w terminie długów, czy np. impotencja urzędników w eliminowaniu z umów klauzul łamiących zbiorowe prawa konsumentów. Ale to frankowi kredytobiorcy są najbardziej aktywni w protestach, bo to oni mają najwięcej do stracenia (lub zyskania).

      Z dwóch propozycji rozwiązania sprawy kredytów frankowych, które leżą na stole, żadna nie jest idealna. Ta, którą zgłosił przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego Andrzej Jakubiak, polegająca na przewalutowaniu kredytów po bieżącym kursie i dzieleniu się stratami z tego tytułu, wygląda na niezbyt atrakcyjną dla większości klientów (wymagałaby posiadania przez nich dużych oszczędności). Zaś ludzie znający się na księgowości uważają, że jest nierealizowalna. Ta, którą zgłosili bankowcy, polegająca na dopłatach do rat w momencie, gdyby kurs franka przekroczył np. 5 zł w zamian za zgodę klienta na przewalutowanie kredytu na złote przy kursie np. 3 zł, najpewniej nie będzie dostępna dla wszystkich, a poza tym wciąż nie znamy jej głównych parametrów. Jest jeszcze pomysł posłów "Sprawiedliwej Polski", który z kolei nie ma szans na realizację w obecnym układzie politycznym. Ja z kolei uważam, że banki powinny wziąć na siebie ryzyko zmiany kursu franka powyżej pewnego poziomu (najpierw częściowe, a potem całkowite). Stan gry jest więc taki, że wszyscy się spięli, zrobili burzę mózgów, ale wciąż jesteśmy w punkcie wyjścia. Jeno kurs franka niższy. No dobra, jest też niższy spread dla frankowiczów (ale, do cholery, spread to coś, czego w ogóle nigdy nie powinno w umowach kredytowych być) i uwzględnianie ujemnego LIBOR-u (czyli banki zgodziły się, że minus jest minusem nawet jeśli traci na tym bank). 

      W oczekiwaniu na dalszy rozwój wypadków chciałbym, żeby jak najszybciej ruszyło w bankach "odmiejscowienia" hipoteki. A więc żeby frankowicz, który ma - lub może mieć, np. zapożyczając się u rodziny - oszczędności i chciałby się przenieść do innego mieszkania, nie musiał spłacać kredytu po niekorzystnym kursie. Kredyt zostałby ten sam, zmieniłoby się tylko zabezpieczenie kredytu. Gdyby takie rozwiązanie solidarnie wprowadziły wszystkie banki "frankowe" - podobno już dziś działa w Millennium, mBanku, BPH, Getinie - klienci mogliby mniej przejmować się "spuchniętą" w wyniku wysokiego kursu franka wartością zadłużenia. Tak naprawdę bowiem w tym kasynie najmniej ryzykuje się spłacając powoli kredyt małymi partiami - "franek" może raz kosztować 6 zł, a raz 2 zł, ale średnia wyciągnięta w całym okresie spłaty kredytu nie powinna być jakoś horrendalnie wysoka (choć pewności żadnej - jak to w kasynie - nie ma). Dlatego tak ważne jest zniesienie wszelkich okoliczności, które implikowałyby konieczność przewalutowania całego kredytu w jednym momencie.

      Z jednej strony należy przyblokować w przypadku kredytów frankowych - co już "załatwił" Trybunał Konstytucyjny - instrument pt. BTE, czyli możliwość uproszczonej egzekucji przeterminowanego długu (a więc i jego przewalutowania na złote), a z drugiej właśnie "odmiejscowić".hipotekę. Pewne jest, że każdy frankowicz przynajmniej raz w cyklu życia kredytu będzie chciał zmienić mieszkanie. Natura kredytu frankowego mu tego nie ułatwia, ale banki, i owszem, mogą. Jak skłonić banki, żeby się nie ociągały, tylko wszystkie wprowadziły "odmiejscowienie"? Niektórzy czytelnicy obawiają się, że samo zobowiązanie Związku Banków Polskich może nie wystarczyć. Bo zmiana zasad gry powinna być nie czasowa, na zasadzie wyjątku i dobrej woli banków, lecz obowiązkowa i strukturalna. Czy tak jest? Ostatnio w "Pieniądzach Ekstra", czwartkowym "dodatku" do blogu ;-), ukazującym się w "Gazecie Wyborczej" moja redakcyjna koleżanka opisała podejście do "odmiejscowienia" hipoteki, które obowiązuje w jednym z banków. Owszem, daje on możliwość przeniesienia zabezpieczenia kredytu, ale jedynie na mieszkanie, które już w momencie przenoszenia jest własnością klienta. Nie jest to przesadnie przyjazna oferta dla kogoś, kto chciałby zachować swój kredyt, ale zmienić mieszkanie. Moi czytelnicy domagają się od banków czegoś więcej. A ja się do nich przyłączam.

      "W ramach legislacji albo co najmniej stanowczej rekomendacji KNF nakażmy bankom zgadzać się na zmianę zabezpieczenia czyli przenoszenie hipotek. Banków to nic nie kosztuje, a frankowicze nie będą musieli realizować strat np. powiększając mieszkanie w związku z rozwojem rodziny, koniecznością przeprowadzki od innej miejscowość, czy chociażby innej dzielnicy. Wszak w problemie frankowiczów wysokość raty to tylko 50% problemu. Pozostała cześć problemy to przywiązanie do kredytu i do konkretnej nieruchomości"

      - apeluje jeden z moich czytelników. I podaje konkretne przykłady sytuacji, w których taka rekomendacja lub ustawa by pomogły. Iksińscy z warszawskiej Ochoty: dwójka dzieci i mieszkanie 50 metrów kwadratowych, dwa pokoje. Mają odłożone oszczędności w wysokości ok. 200.000 zł, ale gdyby chcieli się przeprowadzić i spłacić kredyt, to całość oszczędności poszłaby na spłatę "napompowanego" wysokim kursem franka długu. Przy otwartej możliwości zamiany hipoteki kupiliby nowy lokal o większej wartości. Igrekowscy z Tarchomina, czyli północnej rubież stolicy, mają mieszkanie 67 metrów. trzy pokoje i dwójkę dzieci. Teoretycznie wszystko jest u nich OK, ale od kilku lat jedno z nich pracuje na Armii Ludowej, a drugie na Domaniewskiej. Z pracą wiążą się raczej na stale, więc... chętnie przeprowadziliby się na Mokotów. Gdyby spłacili kredyt we frankach, musieliby oddać bankowi ekstra 300.000 zł więcej, niż wynosiłaby wartość sprzedawanego mieszkania. Zetowscy z Woli: mają mieszkanie dwupokojowe, raptem 38 metrów. Rodzice mają mieszkanie i nieruchomości poza Warszawą (miasto wojewódzkie), który mogą "oddać" pod hipotekę. Obecnie młodzi wynajmują komuś swoje mieszkanie, a sami wynajmują od kogoś innego większe. Wszystko po to, żeby nie zrealizować straty frankowej. Przyznacie, że jakoś porąbane to wszystko.

      W praktyce banki do tej pory nie szły klientom na rękę. Przeciwnie - w przypadku tego typu sytuacji, jak opisane powyżej, zmuszały ludzi do spłaty kredytów we frankach. Część banków w ogóle nie ma procedury zamiany hipoteki, w innych są to możliwości teoretyczne. Opisywałem niedawno tego typu przypadek w blogu. Dlatego bardzo ważne jest, żeby na deklaracjach banków w tej sprawie się nie skończyło.. Nie chcę być złym prorokiem, ale wydaje mi się, że to jest na tyle skomplikowana, kosztowna i upierdliwa organizacyjnie procedura, że bankowcy będą chcieli utrudniać klientom korzystanie z niej, choć oficjalnie będzie dostępna w ofercie i prezes banku będzie mógł mówić w telewizji jak to zarządzana przez niego instytucja finansowa jest przyjazna dla klientów.. 

      SUBIEKTYWNIE O ZMIANACH W BTE. Miałem ostatnio okazję dyskutować w radiu i telewizji na temat sensacyjnego orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, który odebrał bankom prawo do korzystania z Bankowego Tytułu Egzekucyjnego. Posłuchajcie audycji Aleksandry Dziadykiewicz w TOK FM, w której rozmawiamy o tym co ten zaskakujący ruch oznacza. W tej samej sprawie gościłem też w programie "Świat się kręci" w TVP1, razem z Krzysztofem Pietraszkiewiczem (prezesem Związku Banków Polskich) oraz Maciejem Pawlickim (publicystą "W sieci" i niezbyt szczęśliwym posiadaczem dużego kredytu we frankach). Przy okazji powiedziałem też - działając multifunkcyjnie - dwa słowa na temat cen minimalnych na alkohol. Zapraszam do obejrzenia całego programu

      ssk04

       aak091

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (71) Pokaż komentarze do wpisu „Szybkiego antidotum na franki nie będzie? Czas zmusić banki do odmiejscawiania hipotek!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 kwietnia 2015 12:17
  • piątek, 24 kwietnia 2015
    • Kolejny polski bank trafi na giełdę. Jego klienci powinni trzymać się za kieszenie?

      Poczta Polska jednak będzie miała swój bank. A ściślej pisząc - zachowa kontrolę nad tym, który już zbudowała, czyli nad Bankiem Pocztowym. Tak wynika z ogłoszonych dziś komunikatów PKO BP oraz  Ministerstwa Skarbu. Od 2012 r. ostrzył sobie nań zęby prezes Zbigniew Jagiełło, hegemon branży finansowej w Polsce. PKO BP już dziś ma 25% udziałów w banku pocztowców, ale chciał przejąć całość, oferując Poczcie Polskiej w zamian setki milionów prowizji od sprzedawanych na poczcie lokat, kredytów i innych produktów finansowych PKO. Pocztowcy przez trzy lata konsekwentnie odrzucali te awanse, choć podobno Komisja Nadzoru Finansowego naciskała, żeby Bank Pocztowy jednak oddać do PKO BP. Szefowie Poczty Polskiej uważają, że usługi finansowe - sprzedawanie kredytów, ubezpieczeń i pośredniczenie przy przelewach - powinny być jednym z ich głównych źródeł dochodów, obok paczek i różnych usług elektronicznych (np. spersonalizowanych znaczków pocztowych). Rzeczywiście, tak właśnie działają firmy pocztowe w niektórych krajach, ale posiadanie banku wymaga jednak ogromnych inwestycji, na co Poczta Polska nie ma pieniędzy. Zresztą dziś na polskim rynku dużo poważniejsi gracze, niż Bank Pocztowy, mówią "pas". Tylko w ostatnich miesiącach wystawiono na sprzedaż Bank BPH, czy Raiffeisen Bank. Ich właściciele uznali, że trzeba brać pieniądze i wiać, zanim na rynku zacznie się rzeź.

      Walka między PKO BP i Pocztą Polską o bank wyróżniający się bardzo dobrym dostępem do klientów w małych miejscowościach, zakończyła się zgniłym kompromisem. Stanęło na tym, że Poczta Polska zostawi sobie Bank Pocztowy, ale... Poczta nie chce (nie może?) odkupić 25% udziałów od PKO BP płacąc gotówką (musiałaby wysupłać na to dla prezesa Jagiełły - bagatela - jakieś 150 mln zł). Potrzebuje też zassać skądś pieniądze, żeby wpakować je w kapitał banku potrzebny m. in. do rozwoju akcji kredytowej (bo na plecach siedzi pocztowcom szef KNF, żądając wyższych wskaźników). Postanowiono więc, że Bank Pocztowy... wejdzie na giełdę. Poczta Polska nieco się rozwodni jeśli chodzi o posiadany pakiet akcji, ale mimo wszystko zachowa 51% akcji Banku Pocztowego. Ten zgarnie z giełdy jakieś 200 mln zł, zasypując dziurę związaną z najpilniejszymi potrzebami (dzięki temu KNF na chwilę się odczepi) zaś PKO BP odsprzeda trochę swoich akcji (dzięki temu prezes Jagiełło też przestanie zrzędzić).

      Jest tylko jedno "ale": kto kupi te akcji i za ile? Czas na wprowadzanie na giełdę akcji banku jest najgorszy z możliwych. Na banki spadają wszystkie możliwe plagi - obniżka interchange, utrudnienia w sprzedawaniu polis kredytowych, podwyższona składka na Bankowy Fundusz Gwarancyjny, pomysły na to, by tworzyć drugi fundusz na restrukturyzację branży "na wszelki wypadek". Nawet czarodzieje Leszka Czarneckiego nie poradzili sobie z tą serią nieszczęść i prawie położyli na łopatki ofertę Idea Banku, który jest chyba atrakcyjniejszym kąskiem, niż Bank Pocztowy. Minister Skarbu, ogłaszając koniec sporu o przyszłość Banku Pocztowego, wyskoczył jak Filip z konopi, mówiąc coś o budowie kolejnego narodowego czempiona, ale prawda jest taka, że Bank Pocztowy - nawet jeśli jakimś cudem uda się dobrze sprzedać jego akcje w tak trudnym dla banków momencie - żadnym czempionem nie będzie, przynajmniej na razie. Choć nie jest też maluchem - ma dziś 8 mld zł aktywów, 40 mln zł rocznego zysku i rentowność dla akcjonariuszy ROE na poziomie 10% (najlepsze banki na rynku mają 15-18%).

      Zanosi się, że z konieczności to będzie taki trochę (bez urazy) "bank dla ubogich", który swą działalność ograniczy do ubierania klientów w drogie, szybko rolujące się pożyczki gotówkowe i nie będzie szarżował z rozbudowywaniem oferty. Nie wejdzie w kredyty hipoteczne, nie będzie rozwijał na dużą skalę bankowości transakcyjnej i w ogóle niczego, co chłonie kapitał. Klienci mogą na razie zapomnieć o banku uniwersalnym z kompleksową, rozbudowaną ofertą kredytową, kartową, oszczędnościową, inwestycyjną dla mieszkańca średniego i małego miasta, czy dla emeryta-tradycjonalisty. W taki bank trzeba by wpakować już znacznie większą kasę, niż dziś jest w stanie wysupłać Poczta Polska. Akcja z wystawieniem banku na giełdę świadczy, że możliwości Poczty Polskiej finansowania Banku Pocztowego są dość ograniczone. Zresztą już dziś widać, że w ramach polityki oszczędnościowej Bank Pocztowy zaczął się "zwijać" jeśli chodzi o ofertę. Zaczęło się od likwidacji większości odmian ROR-ów i de facto skasowania dedykowanej oferty dla seniorów. Główną atrakcją dla tej grupy klientów było do tej pory Pocztowe Konto Nestor, które powalało na bezpłatne operacje bankowe w placówkach pocztowych, dostarczanie do domu gotówki przez listonosza, czy możliwość tańszych zakupów leków (choć akurat ta usługa była raczej marketingowym trikiem, niż realną korzyścią).

      Zarówno pod względem jakości oferty, jak i pod względem możliwości dotarcia do klientów-seniorów Bank Pocztowy był o lata świetlne przed konkurencją. Efekt tej strategii był taki, że z ponad 800.000 rachunków ROR prowadzonych przez Bank Pocztowy niemal połowę stanowiły Pocztowe Konta Nestor. Minus był taki, że klienci typu tradycyjnego są trudni do "uproduktowienia" oraz "krossellowania", a w każdym razie kosztuje to dużo więcej czasu i wysiłku pracowników, niż podesłanie nowoczesnemu klientowi "apki mobilnej" i dorzucenie programu rabatowego do zakupów w sklepach. Teraz jednak liczy się czas pompowanie wyników przed ofertą publiczną, więc Bank Pocztowy stracił cierpliwość zarówno do seniorów, jak i do pracowników poczty, którzy mieli tych seniorów "uproduktowić" oraz "skrossellować". Wycofano więc z oferty Pocztowe Konto Nestor i od lipca bank podwyższy prowizje seniorom, którzy z niego korzystają. Przelew zlecony w oddziale będzie teraz kosztował 2,5 zł, a za papierowy wyciąg z konta bank będzie pobierał 7 zł (chyba, że senior zgodzi się dostawać go tylko raz na kwartał, na co pewnie mało która starsza osoba się zgodzi, bo pieniądze z emerytury trzeba liczyć częściej). Za dostarczenie gotówki przez listonosza będzie trzeba zapłacić 7 zł (dziś pierwsza dostawa jest gratis).

      Wersja oficjalna uzasadnienia tych zmian jest taka, że Bank Pocztowy ma być teraz bankiem o najprostszej na rynku konstrukcji oferty. Jedynym proponowanym klientom ROR-em będzie Konto Zawsze Darmowe, które ma co prawda zawartą w nazwie gwarancję, ale... nie dotyczy ona opłaty za kartę, dzięki której bank będzie mógł zapewnić sobie wpływy boczną furtką. Obecnie opłata za używanie karty wynosi 5 zł miesięcznie i można jej nie ponosić jeśli zapłaci się kartą w sklepie 300 zł miesięcznie. W ramach Konta Zawsze Darmowego płaci się 2,5 zł za przelew zlecony w placówce, 1,5 zł za taki zlecony przez telefon (za pomocą "żywego" konsultanta, a nie automatycznego serwisu, który pozostaje darmowy), zaś dostarczenie gotówki za pomocą listonosza będzie obciążane prowizją rzędu 1,5% od dostarczanej kwoty, lecz co najmniej 5 zł. Kto nie lubi elektronicznych wyciągów z konta zapłaci 5 zł za dostarczenie takiego papierowego. Klienci Pocztowego powinni trzymać się za kieszenie, bo w banku ani chybi zacznie się realizacja programu pod kryptonimem "gotówka, chwilówka dla każdego". Niedawno bank wprowadził nawet do oferty taką niby-chwilówkę ;-). 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Kolejny polski bank trafi na giełdę. Jego klienci powinni trzymać się za kieszenie?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 24 kwietnia 2015 18:58
    • Bank źle policzył, choć nie musiał. A sąd... rozwiązał umowę kredytową we frankach

      Wielu klientów banków marzy o tym, żeby udało się unieważnić ich umowy kredytowe. Dotyczy to zwłaszcza kredytobiorców frankowych, których dług po wielu latach spłaty jest większy, niż na początku i chętnie by poszli na układ "zwracam kredyt w wartości startowej, a bank zwraca mi raty, które wpłaciłem". Droga do takiego rozwiązania jest wyboista, bolesna i przeważnie nie kończy się powodzeniem. Nie wystarczy wykazać, że sprzedawca wprowadził w błąd, nie pomoże udowodnienie, że jeden czy drugi punkt umowy zawiera klauzule abuzywne (czyli nie wiążące żadnej ze stron). Na razie sądy nie unieważniają też umów z powodu niestabilności wysokości zadłużenia klienta (charakterystycznej dla kredytów walutowych, ale czy zgodnej z naturą produktu o nazwie "kredyt"?), ani z powodu nadzwyczajnej zmiany stosunków łączących strony umowy, czyli wzrostu kursu waluty w skali przewyższającej to, czego może spodziewać się trzeźwo myślący konsument. Okazuje się, że droga do rozwiązania umowy bywa prostsza, niż mogłoby się wydawać. Wystarczy wykazać, że bank coś źle policzył. Nawet jeśli policzyć... nie musiał.

      Moja koleżanka z "Gazety Wyborczej" w Łodzi opisuje sprawę kredytobiorców, którym udało się - na razie nieprawomocnie - unieważnić kredyt hipoteczny zaciągnięty w Getin Banku. Umowa została przez nich podpisana w najgorszym możliwym momencie, w 2008 r., gdy panował boom na kredyty we franki, a kurs "szwajcara" wydawał się zmierzać nieuchronnie w kierunku poniżej 1 zł :-). Kredyt jest niemały, na starcie wynosił 242.000 franków, co bank przeliczył na starcie jako równowartość 468.000 zł. I uwiązał bohaterów niniejszej historii do franka na bite 40 lat. Albo raczej klienci sami się uwiązali na dożywocie (nie chcę moralizować, ale czy naprawdę trzeba było się zadłużać w obcej walucie pod korek?). Dziś - jak łatwo obliczyć - kredytobiorcy mają do spłaty prawie milion złotych minus to, co udało im się spłacić przez niecałe siedem lat odprowadzania rat do banku. Na domiar złego kredyt nie spełnił pokładanych w nim nadziei, bo w tzw. międzyczasie kredytobiorcy chcieli przenieść zabezpieczenie na inną nieruchomość, czego bank im odmówił. Zaczęli więc analizować umowę i szukać punktu zaczepienia, by dało się odkręcić kredyt. I znaleźli najprostszy możliwy haczyk - błąd rachunkowy banku. A konkretnie: źle policzone RRSO i całkowity koszt kredytu. 

      Kredytobiorcy doszli do wniosku, że w umowie bank zaniżył koszt kredytu o 80.000 zł. Jak to możliwe, żeby bank zrobił tak prosty błąd? Niestety nie ma jeszcze uzasadnienia wyroku na piśmie, a jedyne źródło, na którym się opieram, to artykuł prasowy, więc od tego momentu mój wywód staje się samcikową interpretacją sytuacji, poprowadzoną bez absolutnej pewności, że zgadzają się wszystkie dane "wejściowe" do analizy. Z informacji, które dziś mam wynika, iż sąd doszedł do wniosku, że w ramach RRSO oraz całkowitego kosztu kredytu należało uwzględnić... spread walutowy. Czyli różnicę pomiędzy kursem kupna i sprzedaży franka (klient dostaje kredyt po kursie kupna, a spłaca po kursie sprzedaży, w obu przypadkach różnica pomiędzy tymi kursami, a ceną waluty na rynku międzybankowym, stanowi zarobek banku - to wytłumaczenie dla tych z Was, którzy nie mieli nigdy nic wspólnego z kredytami walutowymi).

      Sąd powołał biegłego, który spojrzał na harmonogram spłat, umowę kredytową oraz podane w umowie parametry informacyjne. I orzekł, że bank rzeczywiście nie ujął różnic kursowych w RRSO i całkowitym koszcie kredytu. Tylko w jaki sposób niby miałby je uwzględnić? Nie jest to dla mnie tak do końca jasne, ale możliwości w których teoretycznie mogłoby to nastąpić - najogólniej rzecz biorąc - są chyba dwie. Pierwsza jest taka, że w symulacji bank przedstawia klientowi taką oto kalkulację: biorę tyle-a-tyle złotych kredytu, mam do spłaty co miesiąc tyle-a-tyle franków, co przekłada się na tyle-a-tyle złotych licząc po bieżącym kursie. Przez 40 lat muszę więc oddać tyle-a-tyle złotych. Koszt kredytu wynosi zatem tyle-a-tyle, a RRSO tyle-a-tyle. Druga opcja: bank pokazuje symulację w której jest napisane, że biorę kredyt ileś-tam franków, stopa procentowa to LIBOR plus ileś-tam procent, więc do spłaty mam ileś-tam franków. RRSO wynosi tyle-a-tyle, całkowita kwota spłaty tyle-a-tyle. W pierwszej możliwości bank mógłby umieścić w koszcie kredytu szacowany spread jako "domiar" do złotowych rat. W drugim wariancie w ogóle nie ma możliwości, żeby uwzględnić spread, bo na poziomie symulacji nie występuje żadne przeliczenie na złotówki. 

      Tak czy owak, sędzia doszedł do wniosku, że nieuwzględnienie spreadu to błąd, bo jeśli klient ma ponieść koszty różnic kursowych, to ma o tym wiedzieć. Są następujące pytania. Pierwsze: czy spread w ogóle da się ująć w koszcie kredytu i RRSO, bo przecież wzory do wyliczania obu parametrów wynikają z ustawy, a bank nie może dowolnie ich modyfikować. Drugie: po co bank w ogóle umieszczał w umowie RRSO i całkowity koszt kredytu, skoro był to kredyt hipoteczny, a więc nie podpadający pod ustawę o kredycie konsumenckim (a to z niej wynika obowiązek liczenia RRSO)? Bank zresztą argumentował w odpowiedzi na pozew, że nie miał obowiązku pokazywać RRSO, lecz sąd stwierdził, że skoro już ten wskaźnik został pokazany, to powinien zostać wyliczony prawidłowo. I trzecie  pytanie: dlaczego sąd uznał, że klient nie został prawidłowo poinformowany o kosztach kredytu, skoro koszt spreadu był wymieniony w umowie kredytowej? Sąd najwyraźniej potraktował RRSO oraz całkowity koszt kredytu jako samodzielne mierniki, które klient mógłby czytać w oderwaniu od całej umowy. Cóż, to nieco ekstrawaganckie spojrzenie, ale nie znając uzasadnienia wyroku trudno je podważać. Zastanawiająca jest też surowa sankcja - unieważnienie umowy z powodu błędnego RRSO - to strzał z grubej rury. Ale tu też więcej (np.dodatkowe okoliczności) może powiedzieć uzasadnienie.

      Co wynika z tego wyroku? Czy jest on przełomowy i może dać nadzieje tysiącom i dziesiątkom tysięcy frankowych kredytobiorców? Wciąż za mało wiem, żeby z pełną odpowiedzialnością wydać osąd. Na pewno jest w tym wyroku mała sensacja - błąd w symulacji określającej cenę kredytu został ukarany przez sąd na tyle surowo, że teraz wszyscy powinniśmy wziąć do ręki nasze umowy i sprawdzać czy bank się gdzieś nie rąbnął ;-). Przeciwko ocenie tego wyroku jako przełomowego przemawia z kolei bardzo specyficzna sytuacja - mamy tu umowę o kredyt hipoteczny, w której sąd kwestionuje nie sam zapis dotyczący spreadu, ale pominięcie spreadu w symulacji kosztów kredytu, której to symulacji w hipotecznych umowach kredytowych generalnie się nie umieszcza (bo nie są to kredyty konsumenckie). Poza tym wydaje się, że tego typu interpretacja, jaką zaserwował sąd - nawet gdyby ktoś jeszcze miał w swojej umowie hipotecznej policzone RRSO, bo przecież nie można wykluczyć, że np. Getin Bank umieszczał te wskaźniki we wszystkich umowach - mogłaby dotyczyć i tak tylko wyliczeń dla kredytów indeksowanych, ale już nie denominowanych we frankach. W kredytach denominowanych we frankach wszystkie parametry umowy są podane w obcej walucie, więc uwzględnianie w symulacji spreadu byłoby chyba bez sensu. Ale jedno trzeba powiedzieć: sąd z nieznaną w polskim wymiarze sprawiedliwości pieczołowitością - ocierającą się o ekstrawagancję - podszedł do kwestii poinformowania klienta o wszystkich kosztach podpisywanej umowy. Gdyby takie podejście się upowszechniło, bankowi prawnicy musieliby zadrżeć o swoją skórę.

      SZUKAJ SUBIEKTYWNOŚCI NA YOUTUBE! Blog "Subiektywnie o finansach" ma ponad 200.000 czytelników na www.samcik.blox.pl oraz dziesiątki tysięcy w serwisach społecznościowych. Dołącz do 28.000 fanów blogu na Facebooku, podyskutuj ze mną i z 5.000 followersów na Twitterze, znajdź mnie na Google+, zobacz co wrzuciłem na Instagram). Subiektywność znajdziesz też w YouTube. Tam możesz zobaczyć i polubić wideofelietony i komentarze o twoich pieniądzach oraz zasubskrybować mój kanał. W tym kinie siedzi już ponad 1.000 osób, dołącz do nich! Najnowsza moja superprodukcja ;-) jest o kosztach posiadania własnego "M". Być może kupowanie mieszkania... w ogóle się nie opłaca? Ten, pełen obrazoburczych tez materiał, proszę oglądać wyłącznie po uprzednim zażyciu środków na uspokojenie ;-). Cykl klipów wideo, które możecie oglądać poniżej, realizuję wspólnie z Adamem Rosołowskim, który wszystko ładnie zapisuje, montuje i przygotowuje oprawę graficzną.

      Zobacz też inne filmy z cyklu "Samcik prześwietla". Ostatnio mówiłem m.in. o tym jak wycisnąć najwięcej z lokaty i jak do niej nie dopłacać, a także o najpopularniejszych haczykach w umowach pożyczek gotówkowych. Zapraszam do oglądania i subskrybowania mojego kanału na YouTube!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „Bank źle policzył, choć nie musiał. A sąd... rozwiązał umowę kredytową we frankach”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 24 kwietnia 2015 08:41

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line