Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 31 maja 2010
    • Inny punkt widzenia, czyli infantylny redaktor i melonik w prezencie od Aliora

      Blog „Subiektywnie o finansach” oraz związana z nim mentalnie gazetowa rubryka „Prześwietlamy reklamy” z natury rzeczy mają przegięcie prokonsumenckie. Jeśli patrzę na jakiś problem, to zwykle bardziej oczami konsumenta, niż bankowca. Jeśli analizuję konflikt, to zwykle szybciej dostrzegę w nim winę banku, niż klienta, choć przecież wiem, że często prawda leży pośrodku. Jeśli prześwietlam reklamę, to wczuwam się w rolę najmniej wyrobionego widza, który jest łatwowierny, podatny na perswazję i nie ma wystarczającej wiedzy, by się bronić przed marketingowymi sztuczkami.

      Nie wszystkim takie podejście musi się podobać. Oprócz mnóstwa pozytywnych komentarzy i licznych dowodów sympatii (prawie 800 osób „zaabonowało” stronę blogu na Facebooku) spotykam się też z głosami krytyki. Niektórzy zarzucają mi nadmierne uproszczenia, inni - niezrozumienie istoty bankowego marketingu, albo marketingu w ogóle. Dziś zaprezentuję taki właśnie krytyczny głos, który nadszedł po publikacji w rubryce „Prześwietlamy reklamy” materiału o kredycie gotówkowym Alior Banku (papierowa „Gazeta” z 24 maja i tego samego dnia wpis w blogu „Subiektywnie o finansach”). A jeśli nie wolicie oglądać, niż czytać, to jest jeszcze do tego klip wideo.

      Pisze pan Maciej, który zastrzegł nazwisko do wiadomości redakcji. Pan Maciej uważa, że nie mam racji uważając, że reklama może wprowadzić w błąd mniej wyrobionego odbiorcę. Ba, uważa, że to ja wprowadzam tegoż odbiorcę w błąd. „Akurat zbliża się okres wakacji. Często słyszymy w radiu np. takie reklamy: „Kreta, 1 tydzień, All Inclusive – od 1499 zł. Co to oznacza? Czy nasze wymarzone wakacje możemy spędzić w dowolnym terminie przez nas wybranym, w miejscowości, która nam się najbardziej podoba i w standardzie zakwaterowania, który nam będzie odpowiadał. Odpowiedź jest oczywista. Nie. Cena ta dotyczy oferty poza sezonem i na ogół standardu nie całkiem wymarzonego.

      Inny przykład. „W naszym markecie kupisz laptopa już za 999 zł”. Niby super cena i super okazja. Tylko, że: albo jest to już model super przestarzały i z przyczyn starzenia się moralnego tego typu sprzętu niesprzedawalny, albo mający takie parametry, że nadaje się tylko jako zabawka dla dzieci i w ściśle ograniczonym zakresie. Analogicznych przykładów mógłbym podać jeszcze wiele. Dotyczą w zasadzie każdego produktu, czy usługi i każdej branży. 68 zł miesięcznej raty może być złudzeniem optycznym, ale nie musi być. Tak jak wakacje na Krecie za 1499 zł. Wszystko zależy od warunków, które wpływają na kupowany przez nas produkt i jego parametrów”.

      I dalej pyta pan Maciej: „Czy wysokość raty może być miernikiem ceny kredytu i jego atrakcyjności? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Gdyż ze strony matematyczno finansowej sama wysokość raty w żaden sposób nie mówi nam o cenie kredytu.  Ale z drugiej strony wysokość raty jest istotna z punktu widzenia bieżących comiesięcznych możliwości płatniczych kredytobiorcy. Jeżeli chcę zakupić wymarzony samochód, pralkę, czy udać się na wakacje, a nie mam na to własnych środków i podejmuję decyzję, że je pożyczę i jednocześnie wiem, że mogę miesięcznie spłacać maksimum 500 zł i absolutnie nie więcej to najkorzystniejszym dla mnie kredytem będzie ten, którego rata będzie wynosić właśnie maksimum 500 zł, nawet, jeżeli jego prawdziwa obiektywna cena byłaby wyższa niż kredytu z ratą 700 zł. I prawidłowym będzie podjęcie decyzji o kredycie droższym, lecz będącym w zakresie moich możliwości płatniczych.

      Nie jest i nie może absolutnie dla mnie być jako kredytobiorcy wyznacznikiem ile pieniędzy „oddam” bankowi. Nie ma to żadnego znaczenia czy jest to 9.600, czyli ponad dwa razy więcej niż wynosiła kwota kredytu co tak oburzyło autora artykułu, czy 4.800, czy jakakolwiek inna kwota.  Zwracam uwagę na sformułowanie „oddam”. Znów w tym kontekście bardzo pejoratywna konotacja tego określenia. Oddaję, a w zasadzie zwracam bankowi tym przypadku 4.000. Pozostała wartość, czyli w tym przypadku 5.600, stanowi moją zapłatę za udzielony mi kredyt, czyli zamrożony kapitał, pracę związaną z obsługą kredytu i ryzyko, że pieniędzy nie spłacę.

      To infantylne podejście do reklamy, bez zrozumienia podstawowej jej cechy, że ma ona zachęcić klienta przynajmniej do kontaktu z reklamodawcą. To apoteoza komunistyczno-katolickiej tezy, że wszyscy są i powinni być równi. Owszem tak, ale na sądzie ostatecznym, a na pewno nie w biznesie”. List zacytowałem ze skrótami, bo ma objętość małej pracy magisterskiej :-), ale starałem się wycisnąć z niego całe meritum.

      Nie chcę polemizować ze stwierdzeniami czytelnika, ma prawo do własnej oceny. Choć nie ukrywam, że ciekaw jestem Waszego zdania (stąd ten wpis w blogu). Nie mogę przejść bez riposty tylko obok jednego sformułowania: zarzucie infantylnego podejścia do reklamy. Odnoszę wrażenie, że pan Maciej oczekuje od felietonowej, lekkiej rubryki zbyt wiele. Nie przeprowadziłem wnikliwej analizy ceny kredytu w Alior Banku i nie porównałem go w liczbach z innymi kredytami, gdyż takie analizy nie są celem tej rubryki. Ma ona jedynie pokazać czytelnikom w jaki sposób chcą nas wodzić za nosy bankowi marketingowcy. Tylko tyle i aż tyle.

      Tak na marginesie: po prześwietleniu reklamy Alior Banku dostałem też inny list - od rzecznika prasowego banku Juliana Krzyżanowskiego. Przyznam, że takiej reakcji banku na prześwietlenie jego reklamy się nie spodziewałem. Duże brawa dla PR-owców Aliora za poczucie humoru i dystans do siebie! List przeczytajcie sobie sami: wklejam go poniżej. Skoro mam już melonik, to poproszę o więcej reklam Alior Banku do prześwietlania :-)

      List z Alior Banku

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Inny punkt widzenia, czyli infantylny redaktor i melonik w prezencie od Aliora ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 maja 2010 18:12
    • Nowy pomysł na cross-sell: Halo, dzwonię z banku, może telefonik dla pana?

      Przed kryzysem finansowym bankowcy bardzo często szukali nowych klientów w sieciach detalicznych, w supermarketach, w sklepach z elektroniką. Łowiły ich na kredyty ratalne, a potem proponowały do tego karty kredytowe i karty płatnicze. Teraz, gdy rynek consumer finance przeżywa kryzys, ten sposób pozyskiwania klientów jest mniej popularny, ale za to w modzie jest włączanie się banków do różnego rodzaju multibrandowych programów lojalnościowych. No i płacenie klientom żywej gotówki za to, że przeniosą swoje pieniądze od konkurencji.

      Ale chyba właśnie pękła kolejna bariera. Do jednej z czytelniczek mojego blogu, klientki Alior Banku, zadzwonił kilka dni temu pracownik tegoż banku i... zaproponował jej skorzystanie na preferencyjnych warunkach z telefonów i abonamentów sieci komórkowej Play. „Zdziwiłam się, bo zwykle proponowali mi przez telefon kredyt lub konto oszczędnościowe. A teraz telefony? To już przesada, żeby pracownicy banków działali jak zwykli akwizytorzy różnych firm. Niedługo zaczną dzwonić, żeby sprzedać mi proszek do prania” - pisze czytelniczka.

      Rzeczywiście, to nie jest często spotykane zjawisko, że bank - wykorzystując swoje call-center - zajmuje się pośrednictwem w sprzedaży telefonów, czy innych towarów lub usług. W Alior Banku dowiedziałem się, że dzwonienie do klientów w sprawie zakupu usług sieci Play to część pilotażowego projektu, który Alior przeprowadza wspólnie z firmą telekomunikacyjną P4.

      Jak się dowiedziałem, pilotaż obejmuje 10 tys. klientów banku, którym pracownicy infolinii proponują usługi Play. Nie wiemy co bank ma w zamian, zapewne dostaje prowizję od każdego klienta, którego uda się przekonać do podpisania umowy z Play. Podobno układ jest dwustronny: również telefoniści Play obdzwaniają 10 tys. swoich klientów, proponując im założenie konta bankowego w Aliorze.

      Moim zdaniem Alior poszedł o jeden krok za daleko. W tego typu akcjach nie ma nic złego, ale co innego wysyłać do klientów listy z propozycją skorzystania z określonej usługi, a co innego molestować ich telefonami. Jeśli telefoniści call-center zamienią się w zwykłych akwizytorów, nie najlepiej wpłynie to na wizerunek samego banku. A efekt w postaci pozyskanych klientów będzie, mam wrażenie, taki sobie. Nie sądzę, by przedstawiciele Play byli w stanie pokazać dużą skuteczność w przekonywaniu klientów do przeniesienia kont od konkurencji.

      To zresztą już kolejna próba, którą Alior podjął, by szukać nowych klientów wspólnie z zewnętrznymi partnerami. W zeszłym tygodniu bank poinformował, że razem z paliwową Grupą Lotos będzie wydawał wspólną kartę płatniczą. Klienci banku będą mogli dzięki niej szybciej zbierać punkty w programie lojalnościowym Lotosu, płacąc nią w sklepach za zakupy. Niestety, za nową kartę lojalnościową Lotosu i Aliora trzeba będzie zapłacić co najmniej 5 zł miesięcznie.

      EPILOG

      Po publikacji tej notki otrzymałem dodatkowe wyjaśnienia od Dariusza Kozdry z biura prasowego Alior Banku. Cytuję je w obszernych fragmentach: „W zwziązku z publikacją tekstu w serwisach Wyborcza.biz i Gazeta.pl oraz w blogu „Subiektywnie o Finansach” pragnę poinformować, że konsultant naszego banku, informując o specjalnej i preferencyjnej ofercie dla klientów Alior Banku, pyta czy klient jest nią zainteresowany. Tylko jeśli uzyska zgodę klienta jest przełączany do call center Play. Do tej pory ponad 50 proc. klientów zgadza się na przełączenie do konsultanta firmy. Trudno zatem mówić o molestowaniu klientów. Uważamy, że projekt realizowany z P4 stanowi wartość dodaną dla klientów posiadających konto w Alior Banku. (...) Poza tym pragnę zapewnić, że Alior Bank nie uzyskuje od sieci Play prowizji za klientów, którzy przekierowani z infolinii podpisaliby z operatorem umowę”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Nowy pomysł na cross-sell: Halo, dzwonię z banku, może telefonik dla pana?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 maja 2010 07:57
  • niedziela, 30 maja 2010
    • Historia pewnego podpisu, czyli biegaj po mieście lub przedłuż lokatę

      W zeszłym tygodniu przypadł tzw. termin zapadalności jednej z moich lokat bankowych (tak, tak, nawet takie typy jak ja, trzymają część pieniędzy na zwykłych lokatach). Wiem, to nie brzmi dobrze: termin zapadalności. Ale chodzi po prostu o to, że bank powinien mi oddać z powrotem pieniądze. Kwota była niebłaha, więc zastanawiałem się co zrobi bank - a chodziło o bank AIG, który już niedługo może zmienić szyld na Santander, bo Hiszpanie mają już zgodę na przejęcie polskiego AIG.

      Tak jak sądziłem, na dzień przed zakończeniem lokaty zadzwoniła miła pani z AIG, żeby zachęcić mnie do pozostawienia pieniędzy na lokacie na kolejnych kilka miesięcy. Pewnie nie miałaby z tym większego problemu, gdyby nie to, że to, że proponowane oprocentowanie było już niższe od tego, które bank dawał w poprzednim okresie. W sumie to zrozumiałe, oprocentowanie lokat systematycznie spada i pieniądze, które jeszcze półtora roku temu lokowałem na 10 proc. w skali roku, tym razem mogę złożyć na jedyne 5,5 proc.

      Poprosiłem panią o czas na zastanowienie oświadczając jej, że gdybym się już nie odezwał to oznacza, że się nie zdecydowałem na pozostawienie gotówki w AIG. Pamiętałem, że zakładając lokatę podpisałem zlecenie przekazania pieniędzy po jej zakończeniu na moje konto osobiste w innym banku. Taki kwitek podsunął mi zresztą sam pracownik AIG, zapewne tylko po to, żeby przychylić mi nieba. Choć może niekoniecznie? Posłuchajcie dalej.

      Pani z AIG, która zadzwoniła do mnie w sprawie przedłużenia lokaty, błyskawicznie wyprowadziła mnie z błędu: „To, co pan podpisał, było dyspozycją dotyczącą przekazania na pana rachunek jedynie odsetek od lokaty, a nie całej kwoty. Gdyby chciał pan przelać lub wypłacić kwotę lokaty, zapraszamy do placówki” - oświadczyła pani słodkim głosem, a ja już wiedziałem, że wpadłem w pułapkę, zastawioną na mnie przez AIG kilka miesięcy temu.

      Mam wrażenie, że to nie był przypadek, iż podsunięto mi taki właśnie kwitek, dotyczący wyłącznie odsetek. Nie przeczytałem dokładnie i teraz bank dostał dzięki temu fory. To nie on musi mnie namówić do tego, bym przedłużył lokatę i nie skorzystał z opcji wycofania pieniędzy. Przeciwnie, to ja, jeśli chcę odzyskać pieniądze, muszę podreptać do oddziału i wypełnić jeszcze jeden kwitek. A jeśli nie będę miał czasu lub zapomnę? „Automatycznie przedłużymy pana lokatę przy obecnie obowiązujących stawkach” - z szerokim uśmiechem, który zobaczyłem oczami wyobraźni nawet przez łącza telefoniczne, poinformowala mnie pani.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Historia pewnego podpisu, czyli biegaj po mieście lub przedłuż lokatę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 maja 2010 07:25
  • sobota, 29 maja 2010
    • Już co czwarte konto osobiste daje darmowe bankomaty w całym kraju!

      Wpadł mi w ręce ciekawy raport serwisu finansowego Finansosfera.pl na temat kont osobistych. Zbadano w nim 88 pakietów kont osobistych, oferowanych przez polskie banki. Większość wniosków wypływających z tego opracowania to raczej tylko ciekawostki, nie mające większego praktycznego znaczenia. Jak np. to, że miesięczny abonament za konto bankowe wynosi w Polsce średnio 9,55 zł. Albo to, że co czwarte oferowane przez banki konto jest darmowe. Lub też to, że najwięcej kont na rynku - co trzecie oferowane - wiąże się z koniecznością płacenia od 6 do 10 zł miesięcznego abonamentu. A wreszcie to, że średnia opłata za kartę wynosi 2,06 zł, zaś tylko 29 spośród 88 analizowanych pakietów nie zawiera opłaty za używanie debetówki.

      Te liczby mówią tyle, ile statystyki, z których wynika, że każdy z nas statystycznie ma połowę psa i trzy czwarte dziecka (to tylko przykład, tak naprawdę nie wiem ile statystycznie psów przypada na przeciętnego obywatela). Ale z opracowania Finansosfery wynikają też ciekawsze wnioski. Otóz serwis zwraca uwagę na to, że już co czwarte konto osobiste na rynku (22 pakiety spośród analizowanych 88) zawiera bezpłatną usługę wypłaty pieniędzy ze wszystkich dostępnych bankomatów w Polsce (jest ich 15 tysięcy). Jeszcze rok-dwa lata temu konta z opcją darmowych wypłat ze wszystkich bankomatów były niedostępnym dla przeciętnego klienta luksusem.

      I to jest obraz bardzo korzystnego trendu, który wkrótce może mocno zmienić rynek bankowy w Polsce. Wypłaty z bankomatu są wciąż jedną z najczęściej wykonywanych przez klientów operacji bankowych. A konto bez żadnego abonamentu, w połączeniu z możliwością bezpłatnego wypłacania pieniędzy z wszystkich bankomatów w kraju, to pakiet, który może przekonać wiele osób do zmiany banku na lepszy.

      Nie mam wątpliwości, że coraz więcej banków będzie się decydowało na wprowadzenie do oferty darmowych wypłat bankomatowych w całym kraju. Zwłaszcza, że banki i organizacje płatnicze wymusiły właśnie na sieciach bankomatowych obniżki prowizji płaconych za korzystanie z ich usług. A kiedy darmowe bankomaty staną się już standardem, głównym polem walki o klienta stanie się usługa cash-back w karcie płatniczej, czyli zwrot klientowi kilku procent wartości transakcji dokonanych kartą. Dziś taką usługę oferują tylko nieliczne banki. Ale tak samo, jak luksusem przestają być już darmowe bankomaty, przestanie nim być również karciany cash-back.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „Już co czwarte konto osobiste daje darmowe bankomaty w całym kraju!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 29 maja 2010 09:52
  • piątek, 28 maja 2010
    • Chcesz wpisać dłużnika na czarną listę? Będzie łatwiej, ale tylko trochę

      „Jak BIG-i zmienią życie Polaków?” - intryguje tytuł informacji prasowej wysłanej w czwartek dziennikarzom przez jedno z Biur Informacji Gospodarczej, czyli firm zbierających dane o zadłużonych klientach banków, firm telekomunikacyjnych, spółdzielni mieszkaniowych, elektrowni i gazowni. Pretekstem do tego pytania jest nowelizacja przepisów o udostępnianiu informacji gospodarczych, która wchodzi w życie 14 czerwca.

      Rrozszerza ona krąg firm, instytucji i osób, które mogą wpisywać dłużników na czarne listy, prowadzone przez Biura Informacji Gospodarczej. Mniej zorientowanym od razu przypomnę czym są te rejestry, prowadzone przez biura informacji. Do takiej czarnej listy może zerknąć każdy, kto chciałby się dowiedzieć czegoś o swoim kontrahencie. Np. tego, czy ma on jakieś nie spłacone w terminie długi. Za wgląd w listę trzeba zapłacić, ale czasem warto, żeby ustrzec się nierzetelnego partnera w interesach. BIG-i są prywatnymi firmami, działają w oparciu o ścisłe regulacje ustawowe, mogą wpisać na listę dług o określonej wysokości i nie spłacany przynajmniej przez 60 dni.

      Kto będzie mógł teraz wpisywać swoich dłużników na czarne listy? Jak czytam w serwisie Wyborcza.biz wcześniej były to banki, firmy ubezpieczeniowe i telekomunikacyjne. Teraz będzie mógł to zrobić praktycznie każdy wierzyciel, np. firmy windykacyjne i fundusze sekurytyzacyjne (skupujące długi) dysponujące pokaźną bazą dłużników”. Do katalogu tych, którzy mogą zgłaszać swoich dłużników na czarne listy, zostały też dopisane osoby fizyczne.

      Czy to oznacza, że jeśli pan Kazik z sąsiedniej klatki pożyczył ode mnie 500 zł i nie oddał w terminie, to będę mógł zgłosić go na czarną listę? A jeśli biuro podróży nie wywiąże się z umowy i zamiast hotelu czterogwiazdkowego zakwateruje mnie w dwugwiazdkowym, a ja uznam, że powinienem dostać zwrot części ceny wycieczki? Czy też będę mógł zgłosić touroperatora na czarną listę?

      Prawda jest niestety nieco bardziej złożona. W informacji prasowej, która tak mni ezaintrygowała, czytam, że warunkiem wpisania dłużnika na czarną listę „jest wcześniejsze uzyskanie tytułu wykonawczego – nakazu zapłaty lub wyroku sądu zaopatrzonego w klauzulę wykonalności”. Na tym tle inne obostrzenia - np. to, że do BIG można zgłaszać długi przeterminowane powyżej 60 dni i o pewnej minimalnej wartości  (w przypadku osoby fizycznej 200 zł, a jeśli chodzi o przedsiębiorcę to 500 zł) - są już dziecinną igraszką. Nie mówiąc już o obowiązku wcześniejszego poinformowania dłużnika - listem poleconym! - o zamiarze wpisania go na czarną listę.

      Nie wystarczy więc, że pan Kazik z sasiedniej klatki nie odda mi 500 zł w terminie. Najpierw będę musiał odczekać 60 dni, potem wysłać list polecony z ostrzeżeniem, a w tzw. międzyczasie złożyć pozew o moje 500 zł do sądu. Po jakichś trzech latach uzyskam wyrok, a potem wystarczy już tylko klauzula wykonalności, bym mógł radośnie udać się do jednego z trzech działających w Polsce BIG-ów: Krajowego Rejestru Długów, Infomonitora lub najuboższego, jeśli chodzi o liczbę zebranych danych, biura ERIF. Prawdopodobnie będę musiał podpisać z BIG-iem umowę, która pozwoli mi wpisać dane ojego dłużnika. Niewykluczone, że każą mi za taką umowę zapłacić.

      Czy więc nowe możliwości - nadane mi przez prawo - zmienią moje życie jako wierzyciela? Nie bardzo. Wpisanie dłużnika do BIG będzie mnie kosztowało zbyt wiele zachodu. Powiedzmy sobie szczerze: jeśli chodzi o możliwość wpisywania do BIG-ów swoich dłużników przez osoby fizyczne nowelizacja ustawy będzie raczej rzadko używana. Owszem, same BIG-i robią wokół tej nowinki dużo szumu, ale chyba trochę na wyrost. Co nie znaczy oczywiście, że na zmianie prawa nie skorzystają inne podmioty, np. firmy windykacyjne lub fundusze sekurytyzacyjne, przejmujące długi od banków lub firm telekomunikacyjnych. Czytaj też artykuł: „Do windykatorów trafiają główni strusie

      Do tej pory windykatorzy i fundusze sekurytyzacyjne nie mogły wpisywać dłużników na czarne listy. Jeśli więc bank sprzedał dług do takiej firmy, to automatycznie dług był wykreślany z BIG-u, z którym współpracował bank. Klient formalnie stawał się czysty, choć długu przecież nie spłacił. Nowe przepisy zalepią tę dziurę i sprawią, że wpis na czarnej liście prowadzonej przez BIG zniknie dopiero wtedy, gdy dług zostanie faktycznie spłacony. I to akurat jest ktok we właściwym kierunku. O czym zawiadamiam, pozdrawiając pana Kazika z sąsiedniej klatki. I zapraszam do obejrzenia filmu edukacyjnego :-)

      Czytaj też o dłużnikach firmy windykacyjnej Kruk: „Nie płacą rachunków za komórkę, ani rat za pralkę. Średni dług: 2.250 zł”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Chcesz wpisać dłużnika na czarną listę? Będzie łatwiej, ale tylko trochę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 28 maja 2010 07:35
  • czwartek, 27 maja 2010
    • Dobry pomysł KNF: umowy z puentą

      Komisja Nadzoru Finansowego we wtorek zaprezentowała dziennikarzom „Przewodnik klienta usług finansowych”. Zawiera on przykłady reklam pokazujących określony, wąski wycinek oferty i ostrzega na co zwracać uwagę, by nie dać się nabrać marketingowcom. Przy okazji KNF podzieliła się danymi na temat skarg klientów na reklamy bankowe. Otóż w ubiegłym roku nadzór otrzymał ponad dziewięć tysięcy skarg na niepełną informację w reklamach m.in. banków i towarzystw ubezpieczeniowych. W sumie KNF podjęła 12 interwencji, czyli o połowę mniej niż rok wcześniej.

      Przyznam, że jako autor trwającego już trzeci rok cyklu „Prześwietlamy reklamy” mam podobne do KNF odczucia. Listów od czytelników wciąż jest sporo, ale jakość samych reklam zdecydowanie się poprawiła. Wciąż pojawiają się niedomówienia lub istotne szczegóły oferty wymieniane tylko drobną czcionką, ale nie ma już tak drastycznego fałszowania rzeczywistości, jakie zdarzało mi się piętnować w bankowych reklamach jeszcze w zeszłym roku. To sukces KNF i trochę też gazetowego cyklu „Prześwietlamy reklamy”. Zresztą - jak doniósł mi obecny na konferencji KNF mój redakcyjny kolega Maciek Bednarek - przewodniczący KNF Stanisław Kluza, odpowiadając na pytania dziennikarzy, odwoływał się do naszego „Prześwietlania”. To miłe i bardzo cenne.

      Ale najważniejszą wiadomością z konferencji KNF jest to, że nadzór przygotowuje nowe regulacje dla instytucji finansowych, które mają uchronić klientów przed nieświadomym podpisywaniem dokumentów takich jak regulaminy i umowy. Niebawem będą one musiały zawierać jasno określone podsumowanie. Chodzi o wpisanie do ogólnych warunków umowy swego rodzaju puenty, która pomoże klientom zrozumieć zapisy dokumentu i zwróci uwagę na najważniejsze kwestie.

      Już słyszę Wasze utyskiwania, że umowy wcale nie są takie skomplikowane i powinien je zrozumieć każdy, kto umie czytać i pisać po polsku. Rzeczywiście, to że nie czytamy umów przed podpisaniem jest niezaprzeczalne i nie pomoże na to ani duża czcionka, ani podsumowania, ani żadne regulacje nadzoru. Na nieostrożność i lekkomyślność nie ma rady. Ale tak sobie przejrzałem w domowym archiwum najnowsze umowy kredytowe, regulaminy bankowe, umowy o prowadzenie rachunków, umowy o karty płatnicze... i doszedłem do wniosku, że tylko połowa z nich jest napisana jasno, zwięźle i przejrzyście. Reszta wymaga dużej uwagi i jest napisana językiem niezrozumiałym. Sądzę, że każda inicjatywa, która prowadzi do uczytelnienia umów jest cenna.

      Przewodniczący Kluza zaapelował we wtorek do klientów, aby czytali umowy i regulaminy przed złożeniem pod nimi podpisów. „Trzeba się samodzielnie zainteresować produktem, a nie tylko bazować na przekazie reklamowym” - podkreślał szef KNF. „Instytucje finansowe są w przekazach reklamowych tak dalece skupione na promowaniu produktu, że w mniejszym stopniu mogą informować o kosztach bądź ryzykach. Poprzez skupienie się na wyeksponowaniu najatrakcyjniejszej części produktu, zaburzają przekaz co do wszystkich dodatkowych okoliczności, lub mniej korzystnych rzeczy wiążących się z tym produktem” - tłumaczy Kluza (cytat za portalem TVN24). Racja, racja, racja.

      Od razu też odpowiem na wątpliwość, którą być może niektórzy z Was mają: dlaczego reklamy instytucji finansowych mają być ostrzej traktowane, niż reklamy leków, środków na odchudzanie, artykułów spożywczych, proszków do prania. Tam kłamstwa, fałsze i naciąganie rzeczywistości jest na porządku dziennym i w porównaniu z tymi reklamami spoty emitowane przez banki są wzorem rzetelności. Dlaczego więc od kilku lat przyglądam się właśnie reklamom bankowym, a nie proszków do prania? Ano dlatego, że uważam, iż jeśli kupimy słaby proszek, to będziemy mieli co najwyżej brudne spodnie. A jeśli zawrzemy w złym banku kredyt hipoteczny na 40 lat, poniesiemy z tego tytułu poważne konsekwencje finansowe.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Dobry pomysł KNF: umowy z puentą”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 maja 2010 15:54
    • Alior łowi na stacjach benzynowych

      Alior Bank i paliwowa grupa Lotos wprowadzają wspólną kartę lojalnościową, która pozwoli klientom Lotosu szybciej zbierać punkty w już istniejącym programie lojalnościowym, a Alior Bankowi łowić w tej sieci klientów. Do tej pory klienci stacji benzynowych spod znaku Lotos korzystali z programu lojalnościowego Lotos Navigator i zbierali punkty na specjalnych kartach, których wydano do tej pory 1,5 miliona. Teraz Lotos połączy siły z Alior Bankiem i wspólnie z nim będzie wydawał kartę z funkcją płatniczą.

      Aby wymienić kartę lojalnościową na plastik Alior Banku posiadacze „starych” kart Navigator będą musieli założyć w Alior Banku konto osobiste. Na nowych kartach z logo Lotosu i Aliora bank będzie naliczał punkty za płatności bezgotówkowe wykonane kartą w dowolnym punkcie handlowo-usługowym. Klienci będą też premiowani punktami  jeśli skorzystają z pożyczki, kredytu samochodowego oraz kredytu mieszkaniowego. Oczywiście kredytu w Aliorze. Wymiana kart dla klientów, którzy będą chcieli wymienić plastiki oraz dla tych nowych ruszy z początkiem lipca 2010 r.

      Z punktu widzenia Aliora na pierwszy rzut oka jest to złoty interes. Bank uzyskuje dostęp do półtora miliona posiadaczy kart lojalnościowych i może im zaproponować wymianę plastików na debetówki, pod warunkiem założenia w Aliorze konta osobistego. Gdybym miał kartę Navigator to pewnie nie miałbym nic przeciwko temu, żeby zamienić ją na debetówkę i zbierać punkty za każdą płatność kartą, a nie tylko na stacjach Lotosu. Nie po raz pierwszy Alior aktywnie szuka klientów, nie tak dawno używał do tego nawet Bakugany, znane wśród osesków zabawki z kreskówek.

      Niestety, jest jeden zgrzyt. O ile posiadacze nowej karty Lotosu i Alior Banku i konta nie zapłacą opłaty miesięcznej za prowadzenie rachunku, o ile uzyskają dostęp do wszystkich bankomatów w Polsce i na świecie za darmo, o ile bank da im pakiet usług assistance za darmo, o tyle za samą kartę debetową będą musieli płacić tak samo, jak pozostali klienci Aliora - od 5 zł do 9 zł miesięcznie.

      I obawiam się, że to może położyć się cieniem na dobrze zapowiadającą się akcję Aliora. Co innego wymiana jednego darmowego plastiku na drugi darmowy plastik, mający więcej funkcji i bardziej nowoczesny, a co innego konieczność związania się przy okazji dość wysoką miesięczną prowizją za plastik. Sądzę, że jeśli sprzedawcy Aliora i Lotosu będą otwarcie informować klientów o tej opłacie, nie złowią zbyt wielu. A może będą liczyli na to, iż klient się nie zorientuje, że wymienia kartę na co prawda, lepszą, ale nie darmową?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Alior łowi na stacjach benzynowych”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 maja 2010 10:56
  • środa, 26 maja 2010
    • BZ WBK przejmą polskie instytucje finansowe: utopia, czy realny projekt?

      Czy BZ WBK, jeden z najlepszych banków detalicznych w Polsce, ostatnio wystawiony na sprzedaż przez irlandzkiego inwestora strategicznego, może zostać „odzyskany” i przejść w polskie ręce? O takim pomyśle słychać w kręgach rządowych. Plan jest prosty: zorganizować w kraju pieniądze i przyjść z nimi do irlandzkiego AIB, przynosząc przy okazji błogosławieństwo polskiego nadzoru bankowego dla takiej transakcji. Co prawda dziś w wyścigu do BZ WBK mocniejsze karty zdają się mieć zagraniczni potentaci - mówi się o brytyjskich bankach, jak HSBC, francuskim Societe Generale, hiszpańskich Santanderze i BBVA, skandynawskiej Nordei, czy francuskim BNP Paribas Fortis - ale czemu by nie policytować?

      To byłby jeden z najbardziej spektakularnych projektów w historii polskiego biznesu. Po latach sprzedawania polskich banków, przeważnie niestety za bezcen, zagranicznym grupom finansowym, mielibyśmy pierwsze przejęcie potężnej instytucji finansowej z obcych rąk w polskie. Pytanie tylko: czy to realne, czy tylko mrzonki? Jeśli w tej sprawie - jak piszemy dziś w „Gazecie Wyborczej” - do Irlandii, na spotkania z AIB, podróżuje Jan Krzysztof Bielecki, były premier, do niedawna szef wielkiego Banku Pekao, a obecnie szef rady, która doradza prezmierowi Tuskowi, to musi być coś na rzeczy. Ciekawe czy w samolocie do Dublina JKB nucił ten kawałek :-)

      Szczerze pisząc trzymam kciuki za to trzymane w tajemnicy i bliżej nie sprecyzowane przedsięwzięcie, bo - jak pisałem już jakiś czas temu w blogu - nie byłoby dobrze pchać właśnie teraz BZ WBK w otchłań wielkich zmian. A wejście nowego udziałowca strategicznego z zagranicy mogłoby pociągać za sobą niepotrzebne majstrowanie przy dobrze naoliwionej maszynce, jaką jest dziś wielkopolsko-dolnośląski bank. Jeśli pomyśleć, że ten zagraniczny udziałowiec mógłby wkrótce wpaść w tarapaty finansowe z powodu niewypłacalności Grecji, Hiszpanii, Portugalii lub Włoch, aż włos się jeży na głowie.

      Ale czy pomysł przejęcia BZ WBK w polskie ręce jest w ogóle realny? Niestety, mam wątpliwości. Wartość banku, kierowanego przez Mateusza Morawieckiego, jest szacowana przez analityków na 14-15 mld zł. Pakiet 70% udziałów, którym dysponuje AIB jest więc wart jakieś 10 mld zł, czyli jakieś 2,5 mld euro. To astronomiczne pieniądze, których samodzielnie nie mógłby wyłożyć żadna instytucja finansowa ani prywatny inwestor w Polsce. Majątek Leszka Czarneckiego, czy Jana Kulczyka jest szacowany na góra 5-6 mld zł. Dla PKO BP lub PZU problemem byłoby wyłożenie nawet 3-4 mld zł, nie mówiąc już o kwotach trzy razy większych.

      No dobrze, a może konsorcjum? Gdyby na odkupienie od AIB udziałów w BZ WBK zrzuciły się PKO BP, PZU oraz pomniejsi inwestorzy (fundusze inwestycyjne, firmy ubezpieczeniowe, OFE), to na każdego przypadłoby 2-3 mld zł inwestycji. To nie byłaby już kwota nierealna. Tyle, że prezes PZU Andrzej Klesyk bez ogródek mówi, że wchodzenie w branżę bankową go nie interesuje, bo „nie musi mieć krowy, żeby pić mleko”. Szef PKO BP Zbigniew Jagiełło wyraża się mniej jednoznacznie, ale i on na dorocznej konferencji EBOiR w Zagrzebiu powiedział, że raczej zastanawiałby się nad mniejszymi wyzwaniami akwizycyjnymi, niż BZ WBK. Tymczssem jeśli PKO BP i PZU nie weszłyby w interes razem, to można sobie z całym pomysłem dać spokój.

      Może więc sami inwestorzy finansowi: fundusze, OFE, ubezpieczyciele... Każdy dałby po kilkaset milionów i jakoś by się uciułało te 10 mld zł dla Irlandczyków. Dobry pomysł, ale też mało realny. Czasu jest mało i nie wiadomo kto miałby zebrać inwestorów finansowych wokół tego projektu. Bielecki? Nie wierzę. Inicjatorem musiałby być lider, ktoś dający największą kwotę i zarządzający projektem. PKO BP? Czemu nie, ale... wracamy do punktu pierwszego.

      Może więc fundusze private equity? No tak, ale one nie reprezentują polskiego kapitału. Mogłyby wystąpić jako druga noga w ramach konsorcjum z udziałem PKO BP i PZU. To miałoby nawet sens, bo w polskich rękach pozostałoby zarządzanie bankiem, a fundusze przyjęłyby rolę typowego dla nich inwestora pasywnego. Tyle, że kilkumiliardową, licząc w złotych, pozycję mogłyby przyjąć tylko największe na świecie fundusze. Dla gigantów operujących w Europie Środkowej, jak Enterprise Investors, czy Innova Capital, to mógłby być zbyt niestrawny kąsek, bo za duży. No i jest jeszcze sprawa stopy zwrotu. BZ WBK wyceniany jest relatywnie dwa-trzy razy drożej, niż niektóre banki w Turcji. A fundusze private equity mają zwykle mocno wyśrubowane cele: stopy zwrotu rzędu kilkudziesięciu procent w ciągu kilku lat. BZ WBK jest zbyt drogi, by takie zyski zaoferować.

      Jest też inna kombinacja: tzw. management buy-out (MBO) wspomagany przez lewar oferowany przez inwestorów finansowych. Czyli przejęcie banku przez jego menedżerów (w tym wypadku prezesa Mateusza Morawieckiego i spółkę) za pieniądze częściowo pożyczone od instytucji finansowych i z drugą nogą w postaci inwestorów finansowych, którzy kupiliby też akcje BZ WBK, wspólnie z menedżerami banku. Ten pomysł wydaje mi się najbardziej tajemniczy, nie wiem czy w ten sposób mozna zebrać 10 mld zł kapitału. Wydaje mi się to kosmicznie trudne, ale może się mylę...

      Czy więc Jan Krzysztof Bielecki buja w obłokach? Niekoniecznie. Być może jest jeszcze jakieś inne rozwiązanie, będące kombinacją powyższych? Niewykluczone jest też, że orędownicy polskiego konsorcjum spróbują namówić AIB, by zgodził się sprzedać pakiet mniejszościowy - np. 20-30 proc. - a resztę zatrzymał dla siebie, czerpiąc zyski z dywidend? Albo żeby część irlandzkich akcji BZ WBK, np. za pośrednictwem należącego do państwa wehikułu finansowego, przenieść na warszawski parkiet i sprzedać w ofercie publicznej?   

      Uzgodnienie z AIB możliwości kupienia mniejszego pakietu akcji, ale dającego kontrolę operacyjną nad BZ WBK, zwiększyłoby szansę powodzenia operacji „odzyskiwania” BZ WBK. Tyle, że nie widzę powodu, dla którego AIB miałoby się na to zgodzić. Sprzedając 100% posiadanegopakietu Irlandczycy uzyskaliby premię za oddanie nad bankiem kontroli. Sprzedając pakiet mniejszościowy, ale wystarczający do tego, by zarządzać BZ WBK, Irlandczycy oddaliby ten atut za bezcen. Tamtejszy rząd urwałby za to głowy wszystkim członkom zarządu AIB po kolei.

      Pewnym atutem w całej batalii może być polski nadzór bankowy. Komisja Nadzoru Finansowego musi wydać zgodę na przejęcie dużego pakietu akcji i zaakceptować nowego inwestora w BZ WBK. Nadzór może jednak zasugerować Irlandczykom, że jeśli sprzedadzą kontrolę inwestorowi z zagranicy, zgoda na transakcję nie będzie ani szybka, ani łatwa. O tym jak nadzór i lokalny rząd mogś utrudnić życie zagranicznemu inwestorowi przekonał się zresztą prezes UniCredit, niejaki Allesandro Profumo, który przez wielemiesięcy negocjował możliwość połączenia Pekao i BPH, a w końcu zadowolił się przejęciem większej części BPH, bo na więcej nadzór mu nie pozwolił.

      Gdyby pojawiła się szansa na zebranie wystarczającej sumy dla AIB przez inwestorów z Polski, nadzór mógłby potraktować ich preferencyjnie, szybciej rozpatrując wniosek. Irlandczycy dostaliby może mniej pieniędzy, ale za to szybko. A im też zalezy na czasie.
      To, że Ministerstwo Skarbu, Jan Krzysztof Bielecki i stratedzy ekonomiczni rządu myślą o przejęciu BZ WBK przez polski kapitał, jest godne pochwały i wsparcia. Ale ani pieniądze, ani czas nie są ich sprzymierzeńcami.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „BZ WBK przejmą polskie instytucje finansowe: utopia, czy realny projekt?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 26 maja 2010 08:50
    • Dzień matki w banku, czyli komu dziecko może przeszkadzać w kredycie?

      Mamy dziś dzień mamy. Będą kwiaty, życzenia, czekoladki. Ciekaw jestem czy na pomysł wysłania życzeń mamom wpadła w tym roku którakolwiek z instytucji finansowych. :-) Gdybym był bankowym marketingowcem to pewnie przygotowałbym dla mam jakiś konkurs dla mam albo zajrzałbym do CRM-u, czyli systemu informatycznego, który zarządza relacjami z klientami, i sprawdził czy da się użyć gromadzonych tam informacji dla poprawienia relacji z klientkami-mamami. Chociaż z drugiej strony... o klientów warto dbać codziennie, a nie od święta, więc może byłby to raczej strzał w kolano?

      Z danych Multibanku wynika, że co szósty kredytobiorca korzystający z oferty hipotecznej tego banku to mama. Mamy kupujące mieszkanie stanowią średnio ok. 15-20 proc. klientów, którzy otrzymali w Multibanku kredyt mieszkaniowy. Sporo, prawda? Mówimy tu o matkach, które o kredyt wnioskują jednoosobowo, nie w parze z mężem lub ojcem dziecka. Niestety, z wiadomości, które do mnie dotarły w przededniu Dnia Matki wynika, że bankowcy za mamami zbytnio nie przepadają. W każdym razie nie wszyscy. I myślę tu głównie o młodych mamach, które dopiero spodziewają się dziecka bądź urodziły niedawno i opiekują się bobasem.

      Paweł Stola, analityk portalu Hiponet.pl, sprawdził jak banki traktują przyszłe mamy i te klientki, które mamami zostały niedawno. Wnioski nie są optymistyczne. Chcąc zaciągnąć kredyt hipoteczny w okresie ciąży młoda mama powinna od razu założyć, że będą kłopoty. „Zazwyczaj nie ma problemu, gdy w okresie ciąży jest wypłacane wynagrodzenie przez pracodawcę i wystawi on zaświadczenie o zarobkach i zatrudnieniu. Kłopot zaczyna się, gdy zachodzi konieczność skorzystania ze zwolnienia lekarskiego i wynagrodzenie wypłaca ZUS. W takim przypadku część banków nie uwzględni dochodu, mimo że kobieta wciąż go uzyskuje” - pisze Stola.

      Powód jest prosty: na zaświadczeniu pracodawca nie może wpisać średniego wynagrodzenia np. z trzech miesięcy, bo to nie on je przelewa na konto pracownika. „Banki, które nie wezmą do analizy takiego dochodu to: BZ WBK, ING Bank Śląski, Nordea. W pozostałych na ogół wystarczy oświadczenie o powrocie do pracy po urlopie macierzyńskim. W PKO BP poproszą o zaświadczenie o wysokości średnich miesięcznych dochodów osiągniętych w okresie trzech ostatnich miesięcy poprzedzających złożenie wniosku wystawione przez ZUS” - dodaje ekspert Hiponet.pl.

      A w czasie urlopu macierzyńskiego? „Gdy kobieta oświadczy o rezygnacji z urlopu wychowawczego, to dochód zostanie uwzględniony w Allianz Banku, Banku BPH, DnB Nord, Eurobanku, Getin Noble Banku, Lukas Banku, mBanku, MultiBanku, Pekao Banku Hipotecznym, Polbanku. Kobieta na macierzyńskim nie ma co się wybierać do BZ WBK, Deutsche Banku, ING Banku Śląskiego i Banku Nordea. Tam jej dochód nie zostanie w ogóle uwzględniony”. Na koniec Stola przyjrzał się urlopom wychowawczym. „Tu wszystkie banki są zgodne. Żaden nie zdecyduje się na wliczenie dochodu z umowy o pracę do zdolności kredytowej. W tym przypadku jest to jednak zrozumiałe, gdyż tak naprawdę nie wiadomo ile będzie trwał urlop, a poza tym kobieta nie uzyskuje już żadnych świadczeń związanych z umową o pracę. Wszelkie zasiłki będą miały natomiast charakter przejściowy”.

      A jeśli już młoda mama „zasłuży” w banku na kredyt?  „150 tys. zł – taki kredyt może otrzymać samotna mama, mająca na utrzymaniu jedno dziecko i zarabiająca około 3300 zł brutto (to średnia krajowa)” - podaje Multibank. Dużo? Mało? Małgorzata Matyjas z Multibanku, cytowana w komunikacie Multibanku twierdzi, że taka kwota pozwala na zakup 30-40 metrowego mieszkania we Wrocławiu, Łodzi, Krakowie lub Poznaniu. I zaraz rezolutnie dodaje, że „aby marzenie o przestronnym mieszkaniu stało się faktem mama może skorzystać ze wsparcia rodziny”.

      „Co ciekawe, panie kupujące mieszkania wolą być samodzielne. Tylko 28 proc. wszystkich kredytów hipotecznych udzielanych samotnym matkom posiada zabezpieczenie ze strony drugiego kredytobiorcy. Najczęściej jest nim rodzic” - czytam w informacji Multibanku. I na koniec, żeby nie było zbyt słodko: „Szacując swoje możliwość przed decyzją o zakupie mieszkania, panie powinny jednak pamiętać o tym, że alimenty nie stanowią dochodu branego pod uwagę przy wyliczaniu zdolności kredytowej”. Hmmm... tego to już naprawdę nie rozumiem. A Wy, drogie mamy?

      Pamiętajcie, że blog „Subiektywnie o finansach” to nie bank, więc kocha Was wszystkie :-). Co prawda jedynie miłością platoniczną i nie uzależnioną od wysokości spłacanych rat kredytowych, ale przynajmniej jest to uczucie nie grożące windykacją. :-). A jeśli już jesteśmy przy miłości, to... pamiętacie ten klip? Na Dzień Przyszłej Matki byłby jak znalazł!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Dzień matki w banku, czyli komu dziecko może przeszkadzać w kredycie?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 26 maja 2010 08:49
  • wtorek, 25 maja 2010
    • Kredyt jest tani, bo kosztuje 68 zł miesięcznie? Bzdura! Ale w nią wierzymy...

      Tydzień temu przyszedł do mnie znajomy i zwierzył się, że chciałby wziąć kredyt gotówkowy w Alior Banku. „W reklamie mówią, że rata wynosi tylko 68 zł” - oświadczył. „Mam już kredyt w Polbanku, a potrzebuję jeszcze kilku tysięcy. Ale w Polbanku płacę znacznie wyższe raty, więc ten Alior chyba jest dużo tańszy, prawda?” - powiedział znajomy z nadzieją w głosie, że potwierdzę jego przypuszczenie.

      Najpierw załamałem ręce widząc,że bankowi marketingowcy złapali w swoją sieć kolejną ofiarę. A potem odpowiedziałem, że to mało prawdopodobne, by kredyt w Alior Banku był dużo tańszy, niż u konkurencji. Jeszcze tego samego wieczora obejrzałem spot: znany z poprzednich reklam Aliora dżentelmen w kapeluszu, garniturze i oczywiście z parasolką w ręku, zmniejszony do gabarytów krasnala, spaceruje po stole. Przechadza się po gazecie, przegląda się w wielkich okularach, poprawia ciasteczka na talerzu, wyciera brudne od kurzu ogromniaste jabłko.

      W końcowej części klipu rzeczywiście widzimy na ekranie informację, że miesięczna rata czterotysięcznej pożyczki może wynieść tylko 68 zł. A do tego bank daje możliwość bezpłatnego zawieszenia spłat nawet na trzy miesiące. Ten ostatni bonus nawet mi się podoba: jest ciekawym sposobem na ulżenie domowemu budżetowi w jakichś kryzysowych okolicznościach. Ale nie odwrócił on mojej uwagi od zasadniczej kwestii: czy niska rata oznacza rzeczywiście, że kredyt jest tani?

      Przede wszystkim szybko okazało się, że te 68 zł miesięcznej raty to gratka dostępna tylko dla nielicznych. Zadzwoniłem na infolinię Alior Banku i zapytałem telefonistkę: co musiałbym zrobić, żeby płacić za 4000 zł pożyczki tylko 68 zł miesięcznej raty? Pracownica banku odpowiedziała, że po pierwsze musiałbym rozłożyć kredyt aż na osiem lat, a po drugie bank musiałby mnie zakwalifikować do grupy najbardziej wiarygodnych klientów. Bez tego nie ma co marzyć o racie 68 zł, zapłacę co najmniej 80-100 zł miesięcznie (w zależności od tego czy ubezpieczę kredyt, czy też nie).

      Ale nieważne czy będzie to 68 zł czy 100 zł miesięcznie. Gorzej, że prezentowana sugestywnie w reklamie mała rata nie oznacza wcale, iż kredyt jest tani! Co z tego, że pojedyncza rata nie jest wysoka, skoro spłacając przez osiem lat po 100 zł miesięcznie będę musiał oddać bankowi w sumie 9600 zł, czyli ponad dwa razy więcej, niż pożyczyłem? Gdybym taki sam kredyt chciał spłacić w dwa lata, płaciłbym 190-200 zł miesięcznie i w sumie oddałbym bankowi 4800 zł. Dwa razy mniej!

      Oczywiście Alior Bank pod względem wpuszczania klientów w błędne schematy ani nie jest gorszy, ani lepszy od konkurencji. Nie tak dawno zajmowałem się reklamą pożyczki gotówkowej Banku Pekao, przekonującego, że kredyt może dziennie kosztować tyle co kostka rosołowa. To niemal dokładnie ten sam manewr, wywołujący przekonanie, że kredyt prawie nic nie kosztuje.

      Przyznam szczerze: bardzo psują mi humor sytuacje, w których przekonuję się jak proste reklamowe triki wystarczą bankowym marketingowcom, by wywołać u ludzi fałszywe przekonanie, że niska rata oznacza tani kredyt. Nie chcę nawet myśleć ilu widzów telewizyjnej reklamy Aliora pobiegło do oddziału tego banku po tani kredyt uważając, że skoro Alior oferuje 68 zł, a ich dotychczasowy bank proponował 120 zł, to niechybnie kredyt u Aliora musi być dwa razy tańszy. Póki takie triki będą działały, bankowi marketingowcy z nich nie zrezygnują. I to mnie martwi najbardziej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Kredyt jest tani, bo kosztuje 68 zł miesięcznie? Bzdura! Ale w nią wierzymy...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 maja 2010 07:51

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line