Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • wtorek, 31 maja 2011
    • Te banki internauci lubią najmniej: mBank, PKO BP, Millennium... I co z tego?

      Jakiś czas temu referowałem Wam comiesięczne badania firmy Expandi, która przyglądała się opinii internautów na temat banków. Na forach tradycyjnie mówi się najwięcej o mBanku i PKO BP. Pierwszy ma dużo wzmianek, bo to największy bank internetowy, a drugi - bo największy w ogóle. Co ciekawe, barometry nastrojów internautów, wyliczane przez Expandi, wskazywały, że najlepsze saldo opinii mają te banki, o których wcale nie pisze się najczęściej. Czyli wiadomo - w internecie jak w życiu częściej się narzeka, niż chwali. A najwięcej narzekających jest statystycznie tam, gdzie dużo klientów.

      Dziś mam dla Was kolejny solidny raport mówiący o tym kogo Polacy lubią w internecie. To badanie Emotrack.pl, które zrealizowały firmy Think Kong i Zetema. Badanie jest o tyle ciekawe, że powstało na podstawie bardzo dużej próby - ponad 100.000 wypowiedzi internautów dotyczących banków z ostatnich dwóch lat. Oczywiście nikt nie siedział w googlach i nie spisywał opinii internautów, wykorzystano automat - „wyniki opracowano na podstawie automatycznej analizy językowej wpisów z uwzględnieniem specyfiki języka polskiego, kontekstu znaczeniowego i wagi emocjonalnej stosowanych przez internautów wyrażeń” - czytam w informacji prasowej. Nie lubię, gdy komputery oceniają wagę słów, ale... w tym wypadku chyba nie było innego wyjścia, jak im zaufać. 

      Emotrack.plCo wynika z tej sążnistej analizy? Otóż biorąc pod uwagę wszystkie 100.000 opinii internautów (z czego 38% było negatywnych, a pozostałe neutralne lub pozytywne), najgorzej ocenianymi przez klientów bankami są mBank, Bank Millennium i PKO BP – w ich przypadku ponad 40% wszystkich wypowiedzi dotyczących oferowanych usług miało charakter negatywny. Z raportu można też wyczytać, że aż jedna piąta wszystkich opinii internautów o bankach przypada na PKO BP, bank bynajmniej nie wirtualny, choć przecież mający swą, całkiem przyzwoitą, internetową odnogę - Inteligo. Prawie 25% wszystkich wzmianek było na temat mBanku, ale to już akurat nie dziwi jeśli mówimy o wielkim banku internetowym. Stosunkowo często ocenianymi przez internautów bankami były też BZ WBK, ING oraz Pekao (Żubr dopiero na szóstym miejscu!).

      Zarówno mBank, jak i PKO BP mają stosunkowo duży „negatywny elektorat” jak chodzi o dyskusje internautów o kredytach (średnio co trzecia opinia była niekorzystna). Korzystniejszym „przelicznikiem” cieszą się np. BZ WBK, czy Pekao, w przypadku których tylko co czwarta opinia o kredytach jest negatywna. W przypadku lokat nie ma zbyt wielu narzekających - bo na co tu narzekać, skoro banki raczej nie ociągają się z wypłacaniem odsetek? - choć i tu PKO BP zbiera dość dużo negatywnych opinii. Ale ten bank do niedawna legitymował się jednym z najniższych oprocentowań depozytów na rynku, więc nie ma co się dziwić, że w jego przypadku jest trochę utyskiwań. Więcej wyników znajdziecie na załączonej infografice.

      Według badania generalnie najrzadziej krytykowanymi bankami w sieci są Multibank i Inteligo, a za nimi ING, Nordea i  BZ WBK. W przypadku trzech ostatnich banków stosunkowo niewielki negatywny elektorat można tłumaczyć przyjaznymi twarzami, z którymi się kojarzą - w ING rządzi Marek Kondrat, ale widziano też Garri Kasparowa, Jacka Braciaka, Andrzeja Blikle. W Nordei główną twarzą jest Toni Hyyrilainen, a poza tym ten bank od zawsze swoi dobrymi kredytami hipotecznymi. W przypadku BZ WBK mamy konsekwentnie budowaną tożsamość marki opartą o zagraniczne gwiazdy reklamowe. Jak zaś ocenić wygraną Inteligo i Multibanku? Chyba byłoby niesprawiedliwym tłumaczyć ich pozycję jedynie stosunkowo niewielką liczbą komentarzy (a tam gdzie małe zainteresowanie, mniej też krytyki).

      Dziwi też różnica w postrzeganiu dwóch banków internetowych - Inteligo i mBanku. Pierwszy jest jednym z najrzadziej krytykowanych banków (33% negatywnych opinii), a drugi jest jednym z najczęściej ganionych (43% „negatów”). Kompletnie rozjeżdżają się te dane z rekordowym tempem pozyskiwania nowych klientów przez mBank, Czy bank mający tak duży „negatywny elektorat” może generować najszybszy na rynku przyrost ROR-ów? Może są tam jakieś sztuczki księgowe (sporo pustych, nieaktywnych rachunków), może też negatywne opinie amortyzują częste i zauważalne kampanie reklamowe, ale to nie tłumaczy wszystkiego. Nie wykluczałbym tego, że klienci mBanku, jako bardzo wymagający, stosunkowo często krytykują swój bank, pozostając mu wiernymi.  

      Niestety większość instytucji bankowych nie prowadzi działań wzmacniających reputację w sieci. Kilkanaście największych marek bankowych wydaje łącznie prawie 500 milionów złotych na reklamę rocznie. Jednocześnie widać, że duża część nie ma czytelnej strategii w odniesieniu do wątpliwości, komentarzy czy zapytań pojawiających się w Internecie” - czytam w komentarzu Norberta Kilena z Think Kong. Może i racja, ale chyba wolę takie podejście, niż to, które występuje w Getin Noble Banku, który - jak wszystko na to wskazuje - wynajął klakierów, którzy na forach internetowych wychwalają jego usługi, „przykrywając” tym samym komentarze negatywne. W badaniu Emotrack.pl tych klakierów nie widać, ale to dlatego, że badanie obejmuje aż dwa lata, a strategię Getinu widać w sieci dopiero od kilku miesięcy.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Te banki internauci lubią najmniej: mBank, PKO BP, Millennium... I co z tego?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 maja 2011 07:07
  • poniedziałek, 30 maja 2011
    • Gdy przelew ginie w czarnej dziurze...

      Pisałem już niedawno w blogu o przelewie, który w tajemniczych okolicznościach zaginął i odnalazł się dopiero po tygodniu. Początkowo do błędu nie chciał się przyznać ani bank wysyłający przelew, ani ten, który go miał przyjąć. Pieniądze po prostu utknęły w czarnej dziurze. Na szczęście w końcu się znalazły: okazało się, że bank wysyłający pieniądze czegoś-tam nie dopełnił. Klient, a zarazem czytelnik blogu, miał pretensje głównie do banku, który miał przyjąć przelew, ale w komentarzach do notki wyprowadziliście go z błędu, słusznie twierdząc, że w takich przypadkach nawala głównie bank, z którego pieniądze miały wyjść. Bo ten przyjmujący co najwyżej może delikatnie zachachmęcić, trzymając je przez kilkanaście godzin na koncie „w drodze”. Ale na tydzień zabrać ich po prostu nie może. Myślałem, że tydzień to już rekord jeśli chodzi o czas przez który pieniądze mogą tkwić w czarnej dziurze. Okazuje się jednak, że nie. Pani Marzena, czytelniczka blogu, doniosła mi o tym, że ów rekord został pobity. Jej pieniądze zniknęły na bite dwa tygodnie. Czy się odnalazły? Posłuchajcie:

      Pana blog czytam regularnie i zdaję sobie sprawę, że „na kłopoty z bankiem tylko Samcik". Kiedyś zresztą już to wykorzystałam, nieco zdalnie i za Pana plecami. Kilka miesięcy temu mając kłopoty z bankiem Millennium - wystarczyło, ze wspomniałam o zwróceniu się o pomoc do Pana i reakcja byłą natychmiastowa. Pisałam o tym na jednym z swoich blogów”: - zaczęła list do mnie pani Marzena, napełniając mnie ponownie wiarą, że jeśli dłubię jakąś robótkę blogową po nocach i w weekendy, to mimo  wszystko ma to jakiś głębszy sens, poza utrwalaniem stanu pracoholizmu i zabierania czasu rodzinie. No, ale MacGyver też miał mało czasu. :-)

      Teraz znowu mam problem. W przepastnym systemie międzybankowym jest gdzieś czarna dziura, w której zniknęły moje pieniądze. I nawet nie wiem gdzie ich szukać, gdyż jedna strona wysłała, a druga - nie dostała. W dodatku wygląda na to, że nie jest to żaden nadzwyczajny przypadek! Do połowy ubiegłego roku byłam pracownikiem Telekomunikacji Polskiej i członkiem Pracowniczego Programu Emerytalnego. Pracodawca co miesiąc wpłacał na konto jakąś część mojego wynagrodzenia, ja też trochę dokładałam - pieniądze się zbierały. Po odejściu z firmy przestałam być członkiem  PPE, ale pieniądze zostały. Przypomniałam sobie o nich na wiosnę. W połowie kwietnia tego roku założyłam w Banku Millennium konto IKE [dla mniej wtajemniczonych - Indywidualne Konto Emerytalne, taki prywatny III filar]. Następnie u byłego pracodawcy złożyłam zlecenie transferu środków właśnie na to IKE. Umowę o IKE podpisywałam w oddziale banku, potwierdzenie zawarcia rachunku IKE dostałam z Millennium TFI [bo IKE jest oparte o oszczędzanie w funduszach].

      Po kilku dniach odebrałam z poczty list polecony, w który Pracowniczy Fundusz Emerytalny Telekomunikacji Polskiej informuje mnie o dokonanym transferze. Zgodnie z tą informacją transferu dokonano 29 kwietnia br. Na infolinii potwierdzono mi, że pieniądze przelano mi na konto w Banku Millennium 4 maja. Niestety, logując się na swoje konto Millenet - w ogóle nie widziałam pieniędzy! Tak tyło do... 13 maja, czyli przez bite dwa tygodnie. Zaczęłam wydzwaniać na infolinię Millennium i okazało się, że faktycznie - nic nie ma. I że mam czekać. Ponieważ kilkanaście dni na przelew międzybankowy to moim zdaniem stanowczo za długo, zadzwoniłam dodatkowo do Millennium TFI. Pieniędzy brak, mam czekać. Bardzo mi się to nie podobało i wyglądało na to, że czarna dziura jest w Banku Millennium. Cokolwiek nie mówić o moim byłym pracodawcy - dostałam oficjalne potwierdzenie o przekazaniu środków - na pewno poszły”.

      Pani Marzena się denerwuje nie tylko dla zasady. Także dla pieniędzy. Kwota wcale nie jest mała - chodzi o 86 875 zł. Trzymając te pieniądze na lokacie - dziennie zarabiałaby ok.10 zł. „W oddziale Millennium też byli zdezorientowani. Powiedziano mi, że pewnie w centrali sprawdzają czy nie mam gdzieś jeszcze drugiego IKE. Co to ma do rzeczy? Nie mam, ale nie słyszałam o takim zakazie. Zresztą nawet gdyby - to czy nie logiczne byłoby sprawdzenie tego na początku kwietnia, gdy zakładałam IKE? Zeskanowałam dokumenty, wysłałam maila jednocześnie do PTE Telekomunikacji Polskiej i do Millennium TFI i nie otrzymałam nawet jakiejś standardowej odpowiedzi w stylu: „zajmiemy się sprawą, wyjaśnimy” czy coś w tym stylu” - skarży się pani Marzena. I słusznie się zdenerwowała, nie co dzień w czarnej bankowej dziurze ginie kasa o wartości dobrego auta. Ale nasza bohaterka, choć zdenerwowana, bynajmniej się nie załamywała. W końcu...

      Czas na wielki finał. Jak sądzicie, czy pieniądze się znalazły? 13 maja pani Marzena dostała e-maila z Millennium TFI o następującej treści: „Szanowna Pani, W odpowiedzi na Pani zapytanie uprzejmie informuję, że Wpłata transferowa na IKE wpłynęła na rachunek funduszu w dniu 5 maja 2011 r. Niestety PTE TP nie dopełniło obowiązku przesłania kwestionariusza wypłat transferowych, będącego podstawą rozliczenia otrzymanych środków jako zgromadzonych w ramach III filara, który to kwestionariusz jest niezbędnych do uznania wpłaty na rachunek IKE. Po interwencji z naszej strony kwestionariusz został przesłany w dniu 11 maja 2011 r., co umożliwiło rozliczenie kwoty wypłaty transferowej na rachunku IKE (...). Przepraszamy za opóźnienie, niemniej nie wynikało ono z naszej winy lecz z przyczyn leżących po stronie PTE TP”.

      Po zalogowaniu się do konta w Banku Millennium pani Marzena nadal pieniędzy nie widzi, ale przynajmniej już wie, że tak całkiem i na zawsze jej nie zniknęły. Ciekawe tylko kto jej odda ponad 100 zł utraconych odsetek, które by zarobiła, gdyby pieniądze zostały przelane zgodnie z terminarzem. Poza tym pani Marzena uważa, że nie potraktowano jej w banku i TFI po partnersku. „Podobno tak to jest, że niektóre banki czekają właśnie na ten kwestionariusz. Mogli mi o tym powiedzieć. Ale rozmawiając z infolinią Millennium  (zarówno normalną, bankową jak i Millennium TFI) byłam wyraźnie zbywana. Gdy w środę poszłam do oddziału - też słyszałam tylko odpowiedź „proszę czekać" . Po 10 maja wysyłałam do Millennium skany wszystkich dokumentów, więc nie wierzę w to, że TFI samo z siebie interweniowało. Gdyby nie moje monity - pewnie jeszcze w ogóle nic by się nie działo. Cóż, zresztą dziś, 15 maja, oprócz tego e-maila wciąż nie mam żadnego potwierdzenia, ze pieniądze się znalazły” - pisze rozżalona, choć już bez ciężkiego kamienia u szyi, pani Marzena. A Matrix, jakby ktoś nie wiedział, wygląda tak:


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy przelew ginie w czarnej dziurze...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 maja 2011 16:48
    • Na konferencję prasową helikopterem? Nie ze mną te numery: podstawcie F-16!

      Życie dziennikarza i blogera, obracającego się w świecie finansów, jest pełne niespodzianek. Dlatego je tak lubię :-). Ostatnio na przykład dostałem zajefajne zaproszenie. Na konfę. Prawie z krzesła spadłem. To znaczy pewnie bym spadł, gdybym na nim siedział. Ale akurat leżałem w łóżku. Tak machnąłem ręką, że o mało kobiety nie zabiłem. Ma być jakaś konfa o kredytach. Bank robi. Ci w bankach wiedzą, że na konfy już teraz dziennikarze niechętnie chodzą, bo mało czasu mają. Więc, bystrzaki, szybko pokumali, że trzeba zrobić jakiś performens. Wynajęli agencję PR. Agencja sprawdziła jakiego performensu jeszcze nie było i wyszło jej, że trzeba dostarczyć ludzi na konfę... śmigłowcami. Wtedy pismaki przylezą i nie będzie pusto na sali. Prezes nie będzie się głupio czuł i będzie gites. Dla niepiśmiennych jest na zaproszeniu narysowany śmigłowiec. A dla piśmiennych instrukcja skąd zabiorą na Bemowo, żeby można było przefrunąć. 

      Jak długo będę leciał? Nooo... kilka minut, bo ta konfa to jest... nie, nie w Szczecinie. Nie we Wrocławiu. Zamknijcie się i już nie szydźcie. To jest jakieś 40 km od centrum. Znaczy od Warszawy centrum. Tak, tej Warszawy. Że więcej czasu zajmie mi jazda z redakcji na Bemowo, niż ten cały śmigłowiec? No to co? Mogę się poświęcić, żeby sobie pole... to znaczy posłuchać. Tego głównego ekonomisty, człowieka od kredytów, psychologa społecznego... Dobra, nie będę już Wam ściemniał. Zabieram do śmigłowca odtwarzasz mp3, bo na konfie pewnie ze trzy razy usnę. Ci bankowcy to w zasadzie nudni są. A jak już doszło do tego, że muszą nająć helikoptery, żeby ktoś chciał się pojawić, to pewnie tej meryto... ryki (kurde, co za słowo), za dużo tam nie będzie. Ale co tam. Nie w takich dziwactwach brałem udział. He, he. Kiedyś firma ogłosiła jakieś inwestycje na Słowacji i żeby było fajnie, zrobiła to podczas wyjazdu dziennikarzy do... Słowenii. To był dopiero numer!

      Drodzy PR-owcy i bankowcy, postanowiliście otworzyć nowy rozdział w kontaktach ze mną. Ja to lubię i od tej pory zamierzam pojawiać się tylko na tych konferencjach prasowych, do zorganizujecie mi transport odrzutowcem. Najlepiej F-16. Takim chcę.

      F-16

      Że wydziwiam? Przepraszam bardzo, czy ja nie zasłużyłem na odrobinę troski o mój cenny czas? Śmigłowce już przetestowane, samolotami latam bez przerwy, do pociągów nawet już nie wsiadam, bo się ciągle spóźniają. Dlaczego nie mielibyście podwieźć mnie od czasu do czasu ponaddźwiękowo? Że drogo? Wiecie, i tak rzadko bywam na Waszych konferencjach, więc inwestycja i tak nie grozi Wam częściej, niż raz na jakieś półtora roku. A poza tym, kurde, doceńcie, że mogłem sobie zażyczyć podwózki promem kosmicznym. A tego nie zrobiłem, bo nie chce mi się tłuc na Przylądek Canaveral. Zresztą słyszałem, że te promy też mają opóźnienia i w ogóle ostatnio nie latają :-).

      Jasne, jak już mi podstawicie ten odrzutowiec, to nie będę głupio pytał o czym jest ta Wasza konfa. Słyszałem, że w F-16 jest głośno jak cholera, a ja i tak jestem na jedno ucho głuchy, więc w zasadzie spotkanie może być o czymkolwiek. I tak będę znieczulony hałasem. Będę sobie grzecznie siedział, jak myszka pod miotłą, uśmiechał się słodko (naprawdę potrafię!)  i zadawał same mądre pytania (ej, no! potrafię, potrafię, potrafię!). I promise! Ale nie róbcie wsi i niech ten F-16 mnie też odstawi do domu. Że nie będzie gdzie wylądować? W sumie mam blisko do  Modlina... No dobra, a teraz podwijam kiecę i lecę. Opowiem Wam jak było w helikopte... znaczy na konferencji :-)

      Monter Samcik

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” DOCENIONY PRZEZ PRESS. Fajny pomysł na opowieści o pieniądzach. O gospodarce można pisać nudno albo tak jak Samcik. Mistrzostwo! Nikt tak jak on nie potrafi znaleźć absurdów, kruczków prawnych w umowach i napiętnować tego, co jest w umowach bankowych głęboko schowane” - to wybrane opinie kilkunastu jurorów - przedstawicieli mediów - którzy wypowiedzieli się na prośbę miesięcznika „Press”. To najbardziej prestiżowe pismo o mediach już po raz drugi przeprowadziło wybory najlepszych blogów prowadzonych przez dziennikarzy. Wśród najlepszych blogów, na drugim miejscu, znalazł się „Subiektywnie o finansach”.

      JUŻ PONAD 235.000 MIŁOŚNIKÓW SUBIEKTYWNOŚCI. W pierwszym kwartale 2011 r. blog „Subiektywnie o finansach” odwiedzało miesięcznie średnio 235.000 osób. To jedno z najpopularniejszych tych miejsc z sieci, w których pisze się i mówi o finansach. Nie zapominaj kliknąć codziennie www.samcik.blox.pl!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Na konferencję prasową helikopterem? Nie ze mną te numery: podstawcie F-16!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 maja 2011 11:04
  • niedziela, 29 maja 2011
    • Sprzedawca i wydruk z numerem twojej karty płatniczej. Niebezpieczne połączenie?

      Każdy użytkownik karty bankowej - czy to debetowej, czy kredytowej - powinien zdawać sobie sprawę z tego, że tego kawałka plastiku nie powinien nikomu dawać do łapki. Wprawdzie prawie wszystkie karty są dziś zabezpieczone kodami PIN, więc teoretycznie nielegalny posiadacz nie zrobi z takiego kawałka plastiku żadnego użytku (nie ma szans na potwierdzane tylko sfałszowanym podpisem zakupy na konto właściciela karty). Ale w dobie zakupów internetowych już sam numer karty, imię i nazwisko właściciela nadrukowane na niej, data ważności karty oraz kod CVC z odwrotu karty wystarczą, by wpędzić prawowitego właściciela karty w kłopoty. W internetowych sklepach ten zestaw informacji wystarczy do przeprowadzenia zakupu.

      Dlatego właśnie jeden z moich czytelników zaniepokoił się mocno, widząc na wydruku, który dostał od sprzedawcy, pełen numer swojej karty. Dotąd na potwierdzeniach transakcji, drukowanych przez terminale, mój czytelnik widywał tylko ostatnie cyferki numeru swojej karty, pozostałe cyferki były „zakratkowane”. Zapewne po to, by klient mógł spokojnie pozbyć się wydruku bez obaw, że przypadkowy wizytator śmietników zbyt wiele dowie się o jego finansach.

       „Kilka dni temu chciałem zapłacić za pewną usługę, jednak - jak się później okazało - na wszystkich moich kartach ustawione przeze mnie limity były na tyle niskie, że nie pozwalały na przeprowadzenie transakcji. W efekcie zostałem posiadaczem sześciu kwitków z terminala firmy Polcard, informujących o braku autoryzacji albo odmowie przyjęcia transakcji. Niby normalna sprawa i nie dziwiłbym się, gdyby nie jeden fakt. Na trzech z nich został wydrukowany pełny numer mojej karty! Na trzech potwierdzeniach numer jest wygwiazdkowany, a na trzech pozostałych - nie. Jak dla mnie jest to bardzo dziwne” - pisze czytelnik.

      Dla mnie też. Dlatego załączyłem przekazany przez czytelnika skan i poprosiłem przedstawiciela firmy Polcard o wyjaśnienie - czy na potwierdzeniach transakcji mogą być rzeczywiście „niewygwiazdkowane” numery kart? Oto czego dowiedziałem się od Zbigniewa Wiśniewskiego, członka zarządu polskiej odnogi firmy First Data, właściciela marki Polcard. „Klient dostał od merchanta [czyli sprzedawcy w sklepie - dopisek samcikowy] wydruk zarówno przeznaczony dla niego, na którym jest obowiązek częściowego zasłonięcia numeru karty, jak i wydruk przeznaczony dla merchanta, czyli kopię, na której numer nie musi być zasłonięty. Dlatego prawdopodobnie co drugi wydruk miał numer pełny, co drugi zasłonięty. Takie drukowanie numeru karty jest w pełni zgodne z regulacjami organizacji kartowych. Merchant jednak nie powinien oddawać swoich kopii posiadaczowi karty”.

      Cóż, wyjaśnienie zagadki okazało się proste, niemal banalne. Choć przyznam, że nieco się zaniepokoiłem posiadłszy wiedzę, iż wydruki, które zatrzymuje u siebie sprzedawca, mają pełen numer karty. Wiadomo, że bez kodu CVC z odwrotu karty niewiele się z tą wiedzą da zrobić. Ale właśnie to jest kolejny argument do tego, by nigdy, przenigdy nie oddawać sprzedawcy do rąk swojej karty w taki sposób, byśmy stracili ją z oczu. Jeśli nie będziemy przestrzegali tej zasady, możemy się kiedyś obudzić ze świadomością, że ktoś nieuprawniony zrobił na nasze konto zakupy w internetowym sklepie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Sprzedawca i wydruk z numerem twojej karty płatniczej. Niebezpieczne połączenie?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 maja 2011 11:12
  • sobota, 28 maja 2011
    • W XXI wieku rachunki płacimy wciąż głównie na poczcie i w okienkach...

      Ostatnio sieć salonów prasowych Kolporter przysłała komunikat, który mnie przygnębił. Otóż w punktach handlowych Kolportera za pośrednictwem należącego do Banku BPH systemu TransKasa klienci opłacają miesięcznie 200.000 rachunków. „W pierwszym kwartale 2011 r. liczba opłacanych rachunków w sieci saloników prasowych Kolportera i salonach Top-Press wzrosła o blisko 26% w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku. Kolporter obecnie pracuje nad umożliwieniem płatności do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i urzędów skarbowych”. Czy jest się z czego cieszyć?

      Niedawno Narodowy Bank Polski opublikował raport dotyczący tego w jaki sposób Polacy opłacają swoje podstawowe rachunki: za prąd, gaz, telefon, czy mieszkanie. Wnioski nie napawają optymizmem. Okazuje się, że mimo wzrostu liczby osób korzystających z bankowości internetowej - jest już nas prawie 10 milionów - nie ma mowy o tym, by Polacy całkiem zrezygnowali z gotówki na rzecz przelewów lub kart. Otóż według raportu w 2009 r. - świeższych danych niestety tam nie zawarto - 40,9% badanych swoje rachunki za prąd opłacało... gotówką na poczcie! Kolejne 14% przynosiło pieniądze do punktu obsługi klienta firmy dostarczającej prąd. Zaś 10% szło z banknotami do oddziału własnego banku bądź przekazywało należność inkasentowi. W sumie dwie trzecie z nas rachunki za prąd opłacało gotówką! A przelewem bankowym tylko co piąty (19,8%).

      Czytaj też: Nie płacą rachunków za prąd, gaz i telefon. Średni dług..

      Co ciekawe, z gotówkowych form opłacania rachunków korzystało w 2009 r. sporo osób, które mają konto bankowe. Spośród tych, którzy płacili faktury na poczcie, aż połowa (34,1%) miała swój lub wspólny ROR. Bezgotówkowo rachunki za prąd opłacało tylko 31% młodzieży poniżej 30 lat i tylko 11% osób w wieku powyżej 60 lat. Jasną plamą są na tej mapie 30-45-latkowie, z których 41% nie używało gotówki, by opłacić rachunek za prąd. Widać też prostą zależność pomiędzy miejscem zamieszkania i wykształceniem, a niechęcią do używania gotówki. W dużych miastach wykształceni Polacy w 30-35% nie używali gotówki. W małych miastach i na wsiach króluje gotówka.

      Jako przykład podałem opłaty za prąd, ale NBP badał też sposoby opłacania rachunków za gaz i wodę. Powiew nowoczesności widać dopiero w strukturze sposobów opłacania rachunków za telefon komórkowy. Ale to pewnie wynika z faktu, że sam fakt posiadania komórki wymaga od posiadacza pewnej podatności na nowe technologie. Jak ktoś umie obsługiwać telefon, to przeważnie wie już co to bank internetowy.

      Otóż 35,9% posiadaczy telefonów komórkowych w Polsce płaciło w 2009 r. rachunki za komórkę za pomocą przelewu internetowego, zaś kolejne 6,8% używało zleceń stałych bądź poleceń zapłaty. Gotówki używało 23,4% jeśli mówimy o płaceniu na poczcie i 18,4% - w punkcie obsługi klienta. Ale jeśli spojrzeć na to w jaki sposób opłacamy rachunki za telefon stacjonarny... znów ręce opadają. 44,2% osób w 2009 r. opłacało je gotówką na poczcie, kolejne 13,4% gotówką w innym punkcie (w banku, w punkcie obsługi klienta bądź u pośrednika). Przelew przez interne wybierało 29,7% osób, a do tego 7,6% płaciło poleceniem zapłaty bądź zleceniem stałym. Słabo.

      Płatności za telefon - struktura

      Marnym pocieszeniem jest dla mnie to, że liczby podane niedawno przez NBP dotyczą czasów lekko zamierzchłych. Nie wiem dlaczego nikt w narodowym banku nie spróbował zebrać danych aktualnych i zaserwował nam odgrzewane kotlety, ale chyba nie można mieć nadziei, że w ciągu dwóch lat, które upłynęły od badania, nawyki płatnicze Polaków radykalnie się zmieniły. Bieda...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „W XXI wieku rachunki płacimy wciąż głównie na poczcie i w okienkach...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 28 maja 2011 10:10
  • piątek, 27 maja 2011
    • Bank ubezpieczył klienta, a ubezpieczyciel się ociąga z wypłatą pieniędzy. Co robić?

      Tam gdzie ponad głowami klientów dogadują się banki i firmy ubezpieczeniowe, nie można czuć się bezpiecznie. Nietrudno znaleźć przykłady polis, które przed niczym nie chronią, a są tylko ukrytą prowizją, z której dochodem dzieli się bank i ubezpieczyciel. Nietrudno też znaleźć przykłady polis zakładanych przez banki w imieniu klientów ze składkami wyższymi od rynkowych. Właśnie dlatego ostatnio powstała rekomendacja mająca na celu uczytelnić stan praw, obowiązków i przepływ pieniędzy w trójkącie bank-ubezpieczyciel-klient.

      Póki co zdarzają się niestety przypadki, w których klient chciałby odzyskać swoje pieniądze, zaś bank umywa ręce, bo uznaje, że sprawa jest po stronie ubezpieczyciela, który - dodajmy - nie ma z klientem bezpośredniej relacji, więc trudno zgłaszać do niego reklamację. Taką właśnie historię opowiedział mi pan Grzegorz, kredytobiorca hipoteczny w Banku Millennium. „W zeszłym roku kupiłem mieszkanie korzystając z kredytu hipotecznego. Wiadomo, że do czasu wpisu do hipoteki w księdze wieczystej bank pobierał składkę na ubezpieczenie pomostowe. W grudniu otrzymałem z Wydziału Ksiąg Wieczystych informację, że hipoteka jest już ustanowiona, o czym mogłem przekonać się wchodząc na stronę internetową wydziału.

      Odetchnąłem z ulgą, ale bank wcale się nie ucieszył kiedy mu o tym powiedziałem. Powiedziano mi przez telefon, że zgodnie z umową muszę dostarczyć pisemny wyciąg z księgi, a do tego czasu składka ubezpieczenia dalej będzie pobierana. Musiałem zapłacić za dwa wypisy z księgi i zanieść do banku” - pisze pan Grzegorz. I to jest - proszę państwa - skandal. W XXI wieku, kiedy niektóre dokumenty mają już postać elektroniczną, zaś księgi wieczyste można oglądać w internecie, bank nie powinien żądać żadnych wypisów od klienta, tylko przyjąć do wiadomości stan faktyczny, sprawdzić i zrezygnować z pobierania składki dodatkowego ubezpieczenia. Jest kilka banków, które z elektronicznego dostępu do ksiąg ponoć już korzystają. Millennium dla zasady żąda jednak papierowego dokumentu, narażając klienta na stratę czasu i koszty. A przy okazji licząc, że uda się jeszcze naliczyć składkę ubezpieczenia za dodatkowy miesiąc lub dwa.

      Wypis z ksiąg dostarczyłem do Millennium w styczniu 2011 r. Bank oczywiście go przyjął, ale składkę w lutym mi pobrał, bo tak stoi w umowie. Dopiero w marcu łaskawie z niej zrezygnował. Wyszło że, mam nadpłatę, więc powinienem otrzymać zwrot składki ubezpieczeniowej. Ale z banku przychodziły informację, że nie mogą zwrócić mi składki, bo jeszcze nie mają pieniędzy” - pisze pan Grzegorz. I przesyła mi fragmenty korespondencji z Bankiem Millennium. Żeby nie było wątpliwości: korespondencja pochodzi z kwietnia tego roku. Bank tak tłumaczy klientowi zwłokę w zwrocie pieniędzy: „Uprzejmie informuję, że Bank wystąpił do Towarzystwa Ubezpieczeniowego o zwrot składki w dniu 25.02.2011. Towarzystwo Ubezpieczeniowe ma na zwrot 14 dni. Na chwilę obecną nie otrzymaliśmy jeszcze zwrotu. Równocześnie informuję, że składka zostanie Panu zwrócona dopiero po otrzymaniu zwrotu z Towarzystwa Ubezpieczeniowego”. A dalej podpis pracownika Departamentu Bankowości Elektronicznej.

      Z tego wynika, że bank nie dopilnował interesu swojego klienta i ma tej fakt w głębokim poważaniu. „Z treści tej odpowiedzi wynika, że towarzystwo ubezpieczeniowe nie zwróciło pieniędzy, chociaż miało na to 14 dni. Nie wiem czy bank zgłosił je do BIG-u, czy nasłał na nie windykację lub tez rozwiązał umowę naliczając kary. Pewnie nic takiego nie zrobił, bo przecież chodzi o pieniądze klienta, a nie banku. Ustawił się w roli pośrednika, nawet nie informując mnie kto mnie ubezpieczał” - pisze pan Grzegorz. I ma rację! Jeśli bank nie chce chronić interesu swojego klienta, to przynajmniej powinien wziąć na siebie koszty z tego wynikające.

      Sprawa doczekała się happy-endu. Kilkanaście dni temu po tym, jak poinformowałem klienta Banku Millennium, że zajmuję się sprawą, z banku nadeszła do niego krzepiąca inforamcja. Pan Grzegorz natychmiast się nią ze mną podzielił: „Właśnie dzisiaj dostałem telefon z banku, że dostałem zwrot pieniędzy na konto i przeprosiny za zwłokę. Przyznam szczerze, że przypomniały mi się „Alternatywy 4” i scena, w której prezes spółdzielni powiedział: „Nie będzie nam wszechwładna telewizja decydowała kto ma dostać mieszkanie””.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Bank ubezpieczył klienta, a ubezpieczyciel się ociąga z wypłatą pieniędzy. Co robić?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 maja 2011 12:44
    • Debiut BGŻ: wpadka ministra zaszkodzi sprzedaży akcji PKO? Inwestorzy pamiętliwi

      Inwestorzy giełdowi ostatecznie pogrążyli dziś ministra skarbu Aleksandra Grada. Akcje banku BGŻ, które Grad chciał wcisnąć „ciemnemu ludowi” po 90 zł, rynek wycenia w pierwszych notowaniach na 62,5 zł. To i tak nie jest najgorsza cena, bo daje przynajmniej symboliczny zysk grupie 50.000 inwestorów indywidualnych, którzy wzięli udział w rosyjskiej ruletce, zorganizowanej przez ministra. Kiedy Grad zorientował się, że nie uda mu się zrobić giełdowych graczy na szaro, błyskiem obniżył cenę do 60 zł i zmniejszył o dwie trzecie pulę sprzedawanych papierów. I tylko dzięki temu debiut BGŻ nie zakończył się kompletną klapą, a inwestorzy nie wywieźli ministra z giełdowego parkietu na taczkach.

      Czytaj też: Kilka lat temu akcje BGŻ poza giełdą kupowano po 90-100 zł!

      Tak czy owak minister skarbu ma problem, bowiem na przykładzie BGŻ widać czarno na białym, że temu facetowi bezgranicznie wierzyć nie trzeba. A w każdym razie warto się trzymać za kieszeń jak się z nim robi interesy. Jeśli zapewnia, że coś jest warte 100 zł, to zapewne jest warte góra 50 zł. Jeśli mówi, że ma dla Polaków inwestycyjną okazję, to całkiem możliwe, że chce im podrzucić kukułcze jajo. Owszem, każdy minister skarbu powinien dbać o interes majątku państwowego i jeśli go sprzedaje - walczyć o jak najwyższą cenę. I każdy minister ma prawo się pomylić co do własnej wyceny sprzedawanego majątku - po prostu przeszacować jego wartość. Ale to, co zrobił minister Grad, niestety nie ma cech pomyłki, ale raczej próby zrobienia Polaków na szaro, wciskania im inwestycyjnego bubla. Tak jak pan doktor z... reklamy banku BGŻ. Czyżby minister Grad oglądał za dużo telewizję? :-)

      Dla wielu Polaków-inwestorów minister stracił twarz. Można było próbować maksymalizować zyski skarbu państwa i jednocześnie dbać o to, by swoje zarobili prywatni inwestorzy, kupujący akcje w ofercie publicznej. Tak robił ówczesny minister Jacek Socha, który przed laty sprzedawał w pierwszym etapie prywatyzacji akcje PKO BP. Była wtedy niższa cena dla indywidualnych, pamiętne lokaty prywatyzacyjne i był sukces, choć Socha i tak nie ustrzegł się zarzutów o to, że sprzedał majątek państwowy zbyt tanio, dając obłowić się spekulantom. Minister Grad chciał po prostu wycisnąć z inwestorów jak najwięcej, by zbić polityczne punkty przed wyborami. Nie myślał co będzie dalej. Jak to współbrzmi z tak nagłaśnianym ostatnio budowaniem „akcjonariatu obywatelskiego”. Ano współbrzmi średnio...

      Czytaj: Jakie jest ryzyko, że obligacjami skarbowymi będziemy palić w piecu?

      Kłopot w tym, że ta wpadka, będąca wynikiem krótkowzrocznej polityki maksymalizowania doraźnych zysków, może zaszkodzić kolejnym prywatyzacyjnym przedsięwzięciom, przede wszystkim sprzedaży kolejnej puli akcji PKO BP, planowanej na ten rok. Tym razem inwestorzy nie muszą już rzucić się na akcje PKO. Jeśli ktoś chce, może je kupić na parkiecie, nie musi robić interesów z ministrem. OFE zostały przez rząd obrabowane z pieniędzy, więc pewnie po akcje PKO BP będą ustawiać się w mniejszych kolejkach, niż zwykle. Inni inwestorzy instytucjonalni są już „doważeni” akcjami banku, nie ma powodu, by mieli ich dokupywać. Jedynym sposobem, by sprzedać dobrze kolejną pulę państwowych akcji PKO BP jest zaoferowanie ich krajowym inwestorom indywidualnym. Tym samym, których ostatnio minister skarbu chciał zrobić w bambuko...

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Debiut BGŻ: wpadka ministra zaszkodzi sprzedaży akcji PKO? Inwestorzy pamiętliwi”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 maja 2011 09:36
  • środa, 25 maja 2011
    • Kupiliście obligacje skarbowe? Jakie jest ryzyko, że będziecie nimi palić w piecu?

      Zainwestowaliście oszczędności w obligacje skarbowe? To popsuję Wam dzisiaj nastrój. Sobie też popsuję, bo dziesięcioletnie obligacje rządowe tkwią w moim długoterminowym, prywatnym portfelu inwestycyjnym. Tkwią tam zaklasyfikowane jako „bezpieczna” inwestycja, razem z lokatami bankowymi i niedaleko produktów strukturyzowanych, które też w sumie są bezpieczne, bo z reguły mają gwarancję kapitału. Słowo „bezpieczny” w kontekście obligacji chyba nie przystoi, biorąc pod uwagę niewypłacalność lub groźbę niewypłacalności takich potęg gospodarczych jak Grecja (no co, teoretycznie są bogatsi od nas), Irlandia, Portugalia, czy Hiszpania.

      Gorzej, że według portalu www.businessinsider.com, w rankingu krajów, w których ryzyko bankructwa jest największe, mieści się... Polska. Ściślej pisząc jesteśmy na miejscu 20. wśród krajów zagrożonych plajtą, tuż za Rosją (ale oni mają gaz i ropę), a przed Izraelem (ale oni mają silną armię). Niechlubnym zwycięzcą zestawienia została Grecja, drugie miejsce ma Wenezuela, a trzecie - Portugalia. Dalej Argentyna, Ukraina i Irlandia. Przyznam, że poczułem się nieswojo. Jako posiadacz obligacji skarbowych wyemitowanych przez polski rząd wolałbym, żeby ich emitent nie był wymieniany w „elicie” potencjalnych bankrutów. Być może w portalu, który przyrządził zestawienie, nie słyszeli o tym, że jesteśmy zieloną wypą wzrostu gospodarczego? Zapomnieli sprawdzić, że stopy procentowe są u nas bodaj najwyższe na kontynencie, co świadczy, że rozpędzonej do czerwoności gospodarki nie trzeba pobudzać tanim pieniądzem?

      Metodyka rankingu jest prosta - wzięto pod uwagę kraje o najwyższej cenie tzw. CDS-ów, czyli papierów wartościowych, będących ubezpieczeniem długu poszczególnych krajów. Brzmi to trochę mało czytelnie, ale generalnie chodzi o to, że jak ktoś kupi jakieś obligacje i uznaje, że ich wykupienie przez emitenta nie jest pewne, to może wykupić ubezpieczenie. Gdyby emitent nie oddał pieniędzy, zapłaci je inwestorowi ubezpieczyciel, a ściślej - wystawca CDS-u (bo, zdaje się, tych papierów nie muszą wcale wystawiać firmy ubezpieczeniowe). Ceny CDS-ów są różne dla obligacji różnych krajów, bo wystawcy tych CDS-ów również nie są w ciemię bici i życzą sobie więcej pieniędzy za wzięcie na klatę ryzyka upadku kraju zagrożonego bankructwem.

      W przypadku polskich obligacji rządowych taki CDS, zabezpieczający interesy posiadacza obligacji na całe pięć lat, „kosztuje” 140 punktów bazowych, czyli 1,4% wartości zabezpieczanego długu. To mniej - wybaczcie porównanie od czapy, ale chcę, żebyście jakoś umieścili sobie te procenty na skali - niż płacimy średnio za ubezpieczenie swojego samochodu (pakiet OC/AC kosztuje zwykle 4-7% wartości w miarę nowego auta, nie licząc ewentualnych zniżek). Ale taki CDS do polskiego długu kosztuje z drugiej strony więcej, niż przeciętne ubezpieczenie ruchomości w mieszkaniu, bo tu przeciętna stawka to 0,5-1% wartości ubezpieczanego majątku.

      Jak ceny CDS-ów ubezpieczających polski dług mają się do tych, które są wystawiane dla inwestorów mających stres z powodu posiadania innych obligacji? CDS ubezpieczający dług Turcji, która jest 16. w rankingu krajów zagrożonych bankructwem, kosztuje 164 punkty bazowe (czyli 1,6% wartości ubezpieczanych obligacji). Ubezpieczenie długu Węgier kosztuje już 260 punktów bazowych (czyli 2,6% wartości obligacji), ale ten kraj jest już na 11. miejscu w rankingu najbardziej zagrożonych. A dalej zaczyna być gorąco. Masz obligacje Ukrainy i chcesz je ubezpieczyć? Zapłacisz 450 punktów bazowych, za CDS „irlandzki” płacisz już 662 punkty bazowe, zaś za CDS-y „greckie” aż 1393 punkty bazowe.

      Czytaj też: Świetna prezentacja o historii kryzysów autorstwa Nialla Fergusona

      Jedynym pocieszeniem dla posiadaczy obligacji krajów zagrożonych bankructwem jest to, że w zasadzie nie wiadomo jak takie bankructwo ma wygladać. Ekonomiści twierdzą, że bankrutem jest już ten kraj, który nie jest w stanie obsłużyć swojego zadłużenia. W takiej sytuacji już rok temu znalazła się Grecja, teraz jest Portugalia. Tyle, że to jeszcze nie oznacza, że ludzie nie dostaną zainwestowanych w papiery pieniędzy. W odwodzie jest pomoc międzynarodowa, wydłużenie okresu spłaty itp. Raczej nie pali się obligacjami w piecach (a raczej twardymi dyskami zawierającymi zapisy tych, którzy te papiery kupili).

      O tym, że bezpieczeństwo obligacji, nawet tych emitowanych przez państwo, jest w pewien sposób ograniczone możliwością bankructwa emitenta, pisałem już w blogu daaawno temu. Państwa również mogą bankrutować. Przynajmniej tak twierdziła moja prababcia, która dawała mi w szczenięcych latach rządowe obligacje do zabawy w sklep. Pamiętam, że u prababci te piękne, wydrukowane na czerpanym papierze dokumenty, beztrosko się walały po podłodze i nieomal palono nimi w piecu. Babcia twierdziła, że już nigdy nie będą nic warte, bo wyemitował je przed wojną inny rząd. Taki, który nie jest poważany przez obecny rząd. Nie wiedziałem co oznacza słowo „poważany”, ale nie widziałem nic zdrożnego w tym, by palić papierami dłużnymi w piecu.

      Tymi obligacjami, które mam w portfelu nawet napalić w piecu się nie da, bo fizycznie nie istnieją, są zapisami na twardych dyskach w Ministerstwie Finansów. W głowie mi się nie mieści, że Skarb Państwa mógłby nie wypłacić mi pieniędzy, choć wiem, że Jacek Vincent Rostowski te pieniądze, które ode mnie pożyczył, już dawno przepuścił na emerytury i pensje budżetówki. I odda je z emisji kolejnych obligacji, w które będzie musiał „ubrać” jakichś następnych fraje..., przepraszam, inwestorów.  Ale tak działają budżety państw na całym świecie i dopóki ta piramida finansowa się kręci, inwestorzy odzyskują włożone w obligacje pieniądze.

      Czytaj też: Ile zarobisz inwestując w fundusz kupujący obligacje firmowe?

      Przemysław Słomski, mieszkający w USA autor blogu ekonomicznego o zacięciu - jak sam pisze - antyklerykalnym, ostatnio opisywał senacką debatę na temat rezolucji wzywającej polski rząd do uregulowania kwestii przedwojennych obligacji, które nigdy nie zostały wykupione. Oto cytat jednego z senatorów, który powiedział mniej więcej to, co powiedziałbym sam, będąc na jego miejscu. „Mnie chodzi nawet nie o te pieniądze, tylko o to, czy my poważnie traktujemy państwo polskie. Skoro my, jako państwo polskie, nie szanujemy zobowiązań wobec przedwojennych obywateli i ich obecnych spadkobierców, to jaka jest gwarancja, że za ileś lat te obligacje, które państwo polskie wypuszcza teraz, będą honorowane?”. Zaś p. Przemysław zakończył swój wpis tak: „niezależnie od tego, czy w przyszłości jakaś wojna wybuchnie, czy nie, polskie obligacje są niemożliwe do spłacenia bez posuwania się do ordynarnego druku pieniędzy”. Gdyby tak rzeczywiście było (albo inaczej: jeśli tak rzeczywiście jest), to nie wiem czy słusznie robię wrzucając w moim portfelu inwestycyjnym obligacje polskiego rządu do kategorii „bezpieczne”. Ale ich z niego nie wyrzucę, bo jestem patriotą :-). A poza tym... lubię moje „dziesięciolatki”!

      „SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” POLECA! W papierowej „Gazecie Wyborczej” oraz w serwisie Wyborcza.biz ruszyła akcja edukacyjna „Akcjonariat Obywatelski”. Jeśli chcielibyście inwestować swoje oszczędności na parkiecie, a nie wiecie od czego zacząć - warto tam zerknąć. Możecie też kupić książkę-zestaw poradników autora blogu „Subiektywnie o finansach”. Tam też znajdziecie fragment o tym jak włączyć akcje do swojego finansowego planu na życie. Więcej o książce i o tym jak ją dopaść znajdziecie w serwisie www.kulturalnysklep.pl.

      Przewodnik po domowych fnansach

      „SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” ZAPRASZA DO GRY! A jeśli chcecie sprawdzić się w inwestowaniu w grze „na sucho”, to zajrzyjcie na stronę www.wielkakasa.com. To gra finansowa, w której inwestujecie wirtualne pieniądze nie tylko na giełdzie, ale też na rynku walutowym, surowcowym, a także nieruchomościowym. Byłem, widziałem, zagrałem i wygląda mi na to, że to jedna z najbardziej rozwoniętych gier giełdowych. Zapraszam! W części edukacyjnej znejdziecie m.in. porady Waszego ulubionego blogera o tym jak zacząć przygodę z akcjami. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Kupiliście obligacje skarbowe? Jakie jest ryzyko, że będziecie nimi palić w piecu?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 maja 2011 23:22
    • Frank drogi? Bank namawia klientów do rezygnacji ze spreadu. To pułapka?

      O tym, że w Getin Noble Banku pracują bogowie marketingu wiedziałem nie od dziś. Sprzedają się u nich kredyty hipoteczne niemal jak ciepłe bułeczki, mimo że należą do najdroższych na rynku. Getin Noble Bank jest bodaj jedynym na rynku, który aktywnie uczestniczy w forach internetowych i zatrudnia ludzi tylko do tego, by zachwalali jego kredyty. Jednym z najwyższych osiągnięć getinowych bogów marketingu była przeprowadzana po raz pierwszy pod koniec 2009 r., a potem systematycznie powtarzana, akcja namawiania klientów na aneksy do kredytów

      Pomysł polegaj na tym, że bank proponuje spisanie aneksu zakładającego zmianę zasad spłaty kredytu. I obiecuje, że zamiast spłaty według tzw. bankowego kursu sprzedaży franka szwajcarskiego klienci będą mogli spłacać raty według kursu centralnego NBP. Czyli bez konieczności ponoszenia kosztów tzw. spreadu walutowego. To na pozór genialne rozwiązanie, zwłaszcza że w Getin Noble Banku spready walutowe są zdecydowanie najwyższe na rynku. Kłopot w tym, że za aneks bank życzył sobie prowizji i to słonej. Pisałem w blogu, że interes miał szansę zwrócić się najwcześniej za kilka lat.

      Jak donoszą mi klienci Getinu, pomysł bogów marketingu wraca w coraz to nowych odsłonach. Pan Marcin przekazał mi materiały wyprodukowane ostatnio przez bank, zachęcające go do spisania aneksu. Pan Marcin coś podejrzewa, ale z jego listu wynika, że bogowie marketingu dość dobrze zakamuflowali drugą stronę medalu, tę mniej korzystną dla klientów. „Getin, instytucja przyjazna klientowi i dbająca o jego kieszeń, od pewnego czasu napastuję moją półżonę  propozycjami jak w załączniku. Pytanie: zmienili się na lepsze czy chcą coś podstępem grać? Bo faktem jest, że nie widzę w ich propozycji żadnej korzyści dla nich, a widzę je wyłącznie dla nas, To mi się każe zastanowić o co chodzi...”.

      No to zerknijmy co tam napisali bogowie marketingu: „Doceniając staranną i rzetelną spłatę kredytu hipotecznego zdecydowaliśmy dać Państwu możliwość ubiegania się o rozwiązanie dające obniżenie jego kosztów i dodatkowo będące formą zabezpieczania przed gwałtownymi wahaniami kursu franka szwajcarskiego”. Propozycje dla klienta, pana Marcina (a właściwie dla jego półżony), która ma kredyt wart 271.000 zł (niecałe 83.000 franków), są dwie. Po pierwsze obniżenie na dwa lata raty kredytowej (podobno po to, żeby przeczekać czasy drogiego franka, he, he). Przez te dwa lata rata zostaje arbitralnie obniżona z 1807 zł (przy obecnym kursie franka) do stałego poziomu 1500 zł. Po drugie zaś możliwość spłacania kolejnych rat kredytu - aż do jego całkowitej spłaty - bez spreadu walutowego (po kursie NBP). Same zalety?

      Getin tłumaczy meandry spreaduPo drugiej stronie medalu jest prowizja dla banku - 3,75% wartości kredytu. W naszym przypadku 3600 franków, czyli ponad 11.000 zł. Na obrazkach prezentowanych przez bank wygląda to tak, jakby klient zyskiwał na każdej racie 2,15% jej wartości, bo spread stosowany przez Getin Noble Bank wynosi 5,9%, z czego 3,75% klient „oddaje” w formie prowizji. Sęk w tym, że ta prowizja jest kredytowana, a więc doliczana do kolejnych rat (tych spłacanych po dwóch pierwszych, ulgowych latach). A, jak wiadomo, prowizja kredytowana jest tak naprawdę znacznie wyższa od tej, którą płaci się w gotówce, bo płaci się od niej odsetki. Co to oznacza dla pana Marcina, a właściwie dla jego półżony?

      Wrzucenie prowizji do kredytu oznacza, że po dwóch latach - przy obecnym kursie franka - rata kredytu wynosić będzie ok. 1815 zł miesięcznie. Licząc w walucie bazowej - 593 franki. W sumie więc pan Marcin (a właściwie jego półżona) odda bankowi w całym okresie kredytowania 540.000 zł. Przy obecnych warunkach, a więc ze spreadem i zakładając bieżący poziom kursu franka, moi czytelnicy musieliby spłacić 545.000 zł. Po spisaniu aneksu byliby do przodu raptem o 5.000 zł w ciągu 25 lat. I to uwzględniając rabat w pierwszych dwóch latach. W sumie więc - czysty marketing.  I chyba nic poza tym.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Frank drogi? Bank namawia klientów do rezygnacji ze spreadu. To pułapka?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 maja 2011 07:13
  • wtorek, 24 maja 2011
    • Kartą dołączoną do dolarowego konta nie da się zapłacić w... dolarach?

      Kiedyś dość powszechną zasadą na rynku kart płatniczych była ta, według której płacąc za granicą warto było w krajach europejskich używać kart MasterCard, zaś za Oceanem - plastików Visa. Takie postępowanie pozwalało uniknąć podwójnych przewalutowań transakcji. Płacąc Visą w Niemczech trzeba było się liczyć z tym, że wyrażona w euro kwota najpierw zostanie przeliczona na walutę rozliczeniową karty, czyli dolara, a potem dopiero na złote. Na każdym etapie transakcji pojawia się oczywiście spread walutowy, więc im mniej przeliczeń, tym dla klienta lepiej. Czasy się zmieniają, waluty rozliczeniowe kart też. Banki aktywnie promują konta walutowe i można by oczekiwać, że i karty dołączane do takich kont dadzą możliwość płacenia bezpośrednio w walucie konta. A tymczasem...

      Czytaj też: Jak rozsądnie płacić kartą za granicą? Uwaga na spready!

      Napisał do mnie pan Piotr, czytelnik blogu. „Prowadzę działalność gospodarczą, sprzedaję oprogramowanie przez internet, głównie za granicę. Płatności w znacznej części otrzymuję w dolarach, a i większość kosztów (hosting, reklamy) mam w dolarach. Ponieważ płacę za to wszystko kartą, postanowiłem zaoszczędzić i odnaleźć bank, który da mi możliwość rozliczania płatności bezpośrednio w dolarach. Większość banków płatności karciane w dolarach przelicza najpierw na euro, potem na złotówki, co podraża koszt płatności o spory procent (ok. 8%, jak ostatnio sprawdzałem). Obdzwoniłem kilka banków. W Citi Handlowym poinformowano mnie, że mogę otworzyć konto firmowe, do niego subkonto dolarowe i do tego subkonta podpiąć kartę płatniczą” - pisze pan Piotr. Wiadomo, Ciri to część amerykańskiej instytucji finansowej o zasięgu globalnym. Ma bogatą ofertę kont walutowych i daje unikalną możliwość „przepinania” kart płatniczych między tymi kontami. 

      Zadowolony poszedłem do oddziału, otworzyłem rachunek, zawiadomiłem kontrahentów, poczekałem na wpłaty, a gdy dolary były już na koncie, spróbowałem zapłacić kartą. Zadzwoniłem do banku i poprosiłem o przełączenie karty na rachunek dolarowy. Okazało się, że podpięcie karty do konta dolarowego jest możliwe tylko dla transakcji bankomatowych i płatności w POS-ach! Czyli jeśli robiłbym fizycznie w USA używać karty w sklepach. Dla płatności elektronicznych jest to niewykonalne! Co więcej, nawet przy płatnościach w POS-ach w USA byłbym obciążany za przewalutowaniem - ponieważ dostałem kartę MasterCard, najpierw dolary przeliczane byłyby na euro, a potem euro z powrotem na dolary. Oczywiście za każdym razem traciłbym pieniądze na spreadzie”.

      Pan Piotr jest rozczarowany. „Rachunek pewnie zamknę, bo w niczym mi nie pomaga. Ale zmarnowałem sporo czasu, znowu będę musiał zmieniać numer rachunku u moich płatników. A możliwości płacenia kartą bezpośrednio w dolarach nie ma chyba w żadnym polskim banku” - kończy rozżalony czytelnik. Czy rzeczywiście w żadnym banku takiej karty nie ma? Jeśli znajdziecie - dajcie znać, może panu Piotrowi lub innemu czytelnikowi taka wiedza się przyda. Niezależnie od tego udałem się do Citi Handlowego z prośbą o wyjaśnienie sytuacji. Czy rzeczywiście firmowa karta debetowa Citi nie daje się podłączyć do konta dolarowego w taki sposób, by można było rozliczać transakcje bezpośrednio w dolarach?

      Czytaj też: Płaciła kartą w Japonii i o mało nie zbankturowała!

      Paweł Zegarłowicz, rzecznik Citi Handlowego, napisał mi tak: „Wszystkie kwoty transakcji, które dokonywane są przy użyciu karty debetowej w walutach obcych, dołączanej do konta dla małych i średnich firm, są zawsze przeliczane na walutę rozliczeniową po kursie instytucji rozliczającej transakcje, a następnie księgowane na właściwym koncie klienta. Wszystkie karty debetowe do konta Citi Handlowy wydawane są w systemie MasterCard, a walutą rozliczeniową MasterCard dla kart debetowych Citibank pozostaje euro. Dlatego w przypadku dokonywania transakcji w POS i bankomatach w walucie euro i podłączenia karty do konta w euro, klient unika kosztów przewalutowania transakcji.

      W sytuacji, w jakiej znalazł się czytelnik (karta debetowa podpięta do konta dolarowego w Citi Handlowy, transakcje realizowane w dolarach) proces rozliczeń wygląda następująco. W przypadku wypłat gotówki z bankomatów oznaczonych logo Citi lub Citibank transakcje rozliczane są w dolarach po obowiązującym kursie. Klient uniknie w ten sposób kosztów przewalutowania. W przypadku wypłat gotówki z bankomatów innych niż te oznaczone logo Citi lub Citibank, transakcji realizowanych w POS-ach oraz w Internecie transakcje przeliczane są z waluty rozliczeniowej MasterCard (czyli euro) na walutę subkonta - w przypadku czytelnika są to dolary - po kursie zgodnym z ostatnią Tabelą Kursów Walut obowiązującą w banku w dniu księgowania transakcji. O zasadach przeliczeń transakcji realizowanych w obcej walucie przy użyciu naszych kart informujemy klientów w w Ogólnych Warunkach Współpracy z Klientem Segmentu Małych i Średnich Przedsiębiorstw, podajemy też takie informacje na stronie internetowej”.

      Wygląda więc na to, że klient ma rację co do zasady - kartą podpiętą do konta dolarowego nie da się płacić tak, by wszystkie transakcje były wyrażone od razu w dolarach. Dziwne? Dla mnie - co najmniej nielogiczne. Natomiast klient nie ma racji twierdząc, że karty w ogóle nie da się podpiąć do konta walutowego dla transakcji internetowych. Tę wiadomość rzecznik Citi zdementował. Ale to jedyny jasny punkt tej sprawy. Wychodzi na to, że konta w walutach obcych są nie do końca związane z daną walutą. Przynajmniej jeśli zaczniemy płacić za granicą kartą wydaną do takiego konta.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Kartą dołączoną do dolarowego konta nie da się zapłacić w... dolarach? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 maja 2011 09:34

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line