Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 31 maja 2012
    • Piłkoszał w portfelu, czyli jak z okazji Euro 2012 zarobić na złotych monetach

      Czerwcowy piłkoszał zbliża się wielkimi krokami, więc chyba Was nie dziwi, że nawet w finansowym blogu będzie coraz więcej emocji pieniężno-piłkarskich. Atmosferę podgrzał właśnie Narodowy Bank Polski, wpuszczając na rynek złote i srebrne monety z okazji Euro 2012. Niby nic nadzwyczajnego - rocznica katastrofy pod Smoleńskiem, beatyfikacja Jana Pawła II, 20-lecie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, przeróżne rocznice śmierci lub urodzin sławnych Polaków - z tych wszystkich okazji ostatnio biło się i sprzedawało monety oraz medale. Ale mam wrażenie, że piłkoszał może być okolicznością wyjątkową. Nie wiadomo jak długo będziemy czekali na następne takie święto w skali światowej. Okazja do zrobienia interesu na monetach jest więc przednia. Przy czym interes zrobią niekoniecznie tylko ci, co biją monety, ale i być może ich nabywcy. Gdyby Polacy w ramach piłkoszału coś w dodatku ugrali... wtedy wartość rynkowa wspomnienia wyrażonego w monecie, wybitej specjalnie na tę okazję, może pójść mocno w górę.

      Czytaj też: Najdroższa polska moneta w historii okazją inwestycyjną?

      Euro 2012 moneta 500 złNBP ma piłkoszałowe fory, bo podpisała z federacją UEFA umowę na wykorzystaniu motywu Euro 2012 na monetach. I trzeba przyznać, że chłopaki z banku centralnego dali czadu. Od poniedziałku wchodzi do sprzedaży kilka numizmatów, które pachną mi hiciorami rynkowymi. Najcenniejsze cacka to szczerozłote, 500-złotowe monety ważące po 2 uncje każda. Będzie ich tylko 1000 sztuk, ale za to każda została wyceniona na, bagatela, 16.000 zł. Kolekcjonerzy, których nie stać na 500-złotówkę, będą mogli polować na złote monety piłkarskie o nominale 100 zł. Na każdą z nich trzeba wyłożyć aż 1600 zł (w tej ce nie kryje się 8 gramów, czyli czwarta część uncji złota). Tych też nie będzie przesadnie dużo, bo wybito tylko 4000 monet. Obie są już na starcie mocno przeszacowane względem kruszcu. W 500-złotowej jest złota za 11.000 zł, zaś 5.000 zł to dorzucona na starcie wartość kolekcjonerska, zaś w monecie 100-złotowej jest złota za 1375 zł, a pozostałe 225 zł to wartość ekstra.

      Beatyfikacja JP II moneta 1000 złDrogo? Pewnie tak, ale z drugiej strony kiedy ponad rok temu NBP sprzedawał 1000-złotowe monety z okazji beatyfikacji papieża Jana Pawła II, cena wyjściowa wynosiła 30.000 zł, a i tak rozeszły się bez problemu. Dziś nie są może białym krukiem, ale stały się naprawdę niezłą lokatą kapitału. W sieciach pośredników numizmatycznych tę monetę można dziś kupić w cenie od 42.000 zł do 50.000 zł. Niewiele jest inwestycji, które dały w ciągu ostatniego roku zwrot rzędu 40-50% przy mniej więcej stojącej w miejscu cenie złota (choć oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że mówimy o cenach ofertowych, transakcje monetami mogą być zawierane nieco niżej, ostatnia cena transakcyjna z Allegro to tylko 40.000 zł). Zarówno 500-złotówki, jak i 100-złotówki mogą być pożądanym elementem nie tylko kolekcji, ale i portfeli inwestycyjnych tych, którzy uważają, że po bankructwie Grecji splajtuje też Hiszpania i Europejski Bank Centralny będzie musiał wydrukować ilości papierków z nadrukiem euro, o których nikomu się nie śniło, zbijając wartość wszystkich papierowych walut. Złoto, co by nie mówić, pomaga utrzymać wartość majątku lepiej, niż papierki emitowane przez banki centralne. 

      Czytaj: Wino, whisky, piwo? Szukam inwestycyjnych odtrutek na kryzys

      Pamiętacie jak kiedyś dobijało się targu? Przedzierało się np. banknot 100-dolarowy na pół, wręczając odbiorcy pierwszą połowę przed wykonaniem zadania, a drugą - po zrobieniu roboty. NBP idzie z prądem starej tradycji i wypuści na euro komplety kilku monet, które dopiero zestawione razem dadzą pełen wzór. To podobno pierwszy taki projekt w historii NBP. Pierwszy zestaw składa się z dwóch monet, wyemitowanych przez NBP i Narodowy Bank Ukrainy, o nominałach: 10 złotych i 10 hrywien (o innych monetach ukraińskiego banku centralnego czytaj tutaj). Drugi zestaw będą tworzyły cztery monety o nominale 10 zł każda. Każdy z kompletów będzie kosztował 600 zł, łącznie będzie ich 50.000 sztuk. UEFA nie zgodziła się na sprzedawanie monet na aukcjach, dlatego w NBP pewnie będą kolejki przed kasami jak za starych, dobrych czasów (choć 35% nakładów będzie sprzedawanych przez internet, w systemie Kolekcjoner). Doszło do tego, że jedna osoba będzie mogła kupić tylko jedną złotą 500-złotówkę, dwie 100-złotówki i jeden lub dwa zestawy monet srebrnych.

      Wygląda na to, że NBP jest królem imprezy, ale prywatne mennice i pośrednicy też próbują się wkręcić w piłkoszał. Skarbnica Narodowa chwyciła się sprawdzonego patentu i wypuszcza 3000 brązowych, platerowanych złotem medali upamiętniających słynny mecz Anglia Polska na Wembley w 1973 r. Złota jest w tym medalu tyle, co kot napłakał - co zresztą widać po cenie, która wynosi 69,5 zł. Choć w ofercie Skarbnicy jest też trzygramowy medal z 14-karatowego złota w cenie 1290 zł (w sprzedaży znalazło się 500 sztuk). Przy obecnym kursie uncji złota wartość kruszcu w tym medalu wynosi tylko 550 zł, więc jest on przez Skarbnicę sprzedawany zdecydowanie drogo. No i jeszcze haczyk - oba medale z okazji Wembley (ten w brązie i ten złoty) są tylko pierwszymi z serii, jak się kupi tę jeden, jednocześnie trzeba wyrazić zgodę na zakup kolejnych, traktujących o innych wydarzeniach piłkarskich - po 139 zł plus koszty wysyłki w przypadku medali brązowych i po 1290 zł - złotych.  Chytre. W Mennicy Wrocławskiej nie znalazłem nic piłkarskiego (tu hitem jest moneta zawierająca ćwierć uncji złota po 1659 zł), w Mennicy Polskiej - też nie (tu oferują głównie monety bulionowe Merentibus, po pół uncji złota za 3040 zł).

      Skarbnica Narodowa Wembley

      Nie każda moneta lub medal stają się hitem, ale niektóre z nich rzeczywiście zyskują z czasem na wartości. Za 200-złotową, wybitą w złocie monetę z Fryderykiem Chopinem w 1995 r. płacono 1000 zł, dziś jest warta 40 tys. zł. Srebrne monety 20-złotowe - Szlak Bursztynowy, Jelonek Rogacz czy Jeż Europejski dziś "chodzą" po 1500-1800 zł, gdy w latach 1996-2001 cena ich sprzedaży wynosiła 60-65 zł. Ale to biznes dla cierpliwych. Np. w styczniu tego roku na rynek trafiło 60.000 srebrnych 10-złotówek w kształcie serca, poświęconych 20-leciu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Cena emisyjna wynosiła 105 zł, a teraz, po pół roku, w porównywarkach cenowych cena sięga 115-135 zł. Ta cena nie dotyczy zapewne stu pierwszych monet, które okraszone specjalnymi certyfikatami były znacznie drożej sprzedawane na aukcji.

      Czytaj też: Lokata, której odsetki są uzależnione od... gry polskich piłkarzy

      Ale z drugiej strony na forach internetowych aż roi się od narzekań nabywców monet - a znacznie częściej tych, którzy kupili medale pamiątkowe, myśląc, że to monety - których wartość nie rośnie, a czasem nawet nie da się odzyskać zainwestowanych w taki krążek pieniędzy. Zdarzają się też przykłady naciągania ludzi, np. niedawno niektóre numizmatyczne serwisy internetowe oferowały 2000 sztuk "niezmiernie rzadkich" monet 2-złotowych, poświęconych katastrofie smoleńskiej. Cena wynosiła 49 zł, wraz z pięknym opakowaniem. Żaden z serwisów się nie zająknął, że te same monety w NBP można kupić po 2 zł, a w niektórych sklepach numizmatycznych - po 5-6 zł.  I że wybito ich nie 2000 szt., lecz 800 tys. Po publikacji tekstu na ten temat w blogu "Subiektywnie o finansach" NBP wysłał do serwisów internetowych, wprowadzających klientów w błąd, ostre listy protestacyjne. Według szacunków Mariusza Przybylskiego z Mennicy Polskiej w Polsce jest co najmniej 50.000 zapalonych numizmatyków, a około miliona osób kupuje monety sporadycznie.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Jak pomnażać oszczędnościKUP PORADNIK AUTORA BLOGU "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI"! Książka jest na półkach sieci salonów Empik, na stronie www.samosedno.com.pl oraz w sklepach internetowych www.empik.pl oraz www.merlin.pl. ”Dziennik Gazeta Prawna” zrecenzowała ją tak: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Autorka blogu www.Kreatywa.blogspot.pl pisze tak: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami. Pozwala sobie czasem na luźniejszą, bardziej przyjazną formę. Szary obywatel sporo wyniesie z takiej lektury, nie będzie czuł się przytłoczony fachową terminologią, a jednocześnie jego wiedza się wzbogaci". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika. Jeśli ktoś pragnie poznać podstawy działania rynku, zyskać szybko potrzebny zestaw informacji, które ułatwią mu poruszanie się po tej płaszczyźnie życia, to polecam mu właśnie tę pozycję. Nie powinien czuć się zawiedziony"  

      SUBIEKTYWNOŚĆ BYWA POMOCNA. Napisał do mnie jeden z czytelników, którego sprawa została opisana w tym blogu. "Piszę do Pana w sprawie sporu z BPH i Genworth Financial, w którym bank ubezpieczył kredyt mojego taty. Po jakimś czasie od publikacji Pańskiego artykułu firma Genworth Financial przyznała nam wstrzymane odszkodowanie i wpłaciła pieniądze bankowi BPH, a ten przelał je na nasze konto. Chciałem Panu bardzo serdecznie podziękować za pomoc. Wcześniej nic nie działało: ani prośby ani groźby. Nie pomagał Rzecznik Ubezpieczonych, ani nawet sprawa sądowa. Dopiero po publikacji Pańskiego  artykułu ni z tego ni z owego ubezpieczyciel przeanalizowali jeszcze raz słuszność odmowy. Wiem, że to Pańska zasługa i za to ja i moja rodzina jesteśmy Panu bardzo wdzięczni. Bardzo bym chciał, żeby  pomagał Pan  innym osobom w takich i podobnych sprawach bo firmy ubezpieczeniowe i banki boją się mediów. Proszę doradzać wszystkim walkę o swoje pieniądze do samego końca, bo to daje rezultaty". Dzięki za ciepłe słowa i obiecuję, że nie odpuszczę :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Piłkoszał w portfelu, czyli jak z okazji Euro 2012 zarobić na złotych monetach”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 maja 2012 22:38
    • Rzadko się sprawdzały, ale może są pomysłem na przeczekanie huraganu?

      Od dłuższego czasu nie pałam miłością do produktów strukturyzowanych. Wiecie, to te cudeńka, które dają ochronę kapitału (dzięki ulokowaniu 85% pieniędzy w obligacje) oraz szansę na zysk (ma nań zapracować kupiona za pozostałe 15% opcja). Spośród wszystkich zakończonych w tym roku "struktur" zysk powyżej inflacji przyniosło tylko jedna szósta. Niewiele. Statystyki pokazują, że na plusie zawsze są tylko sprzedawcy, inkasując prowizję od wciśniętych klientom "struktur". Nieczęste są momenty, w których na produktach strukturyzowanych da się zarobić lepiej, niż na obligacjach lub bankowych lokatach (bo o biciu funduszy inwestycyjnych nie może być mowy). Ostatnio rozmawiałem jednak z kilkoma specami od "struktur" i po tych rozmowach doszedłem do przekonania, że słaba opinia o tego typu produktach wynika w przeważającej mierze z faktu, że produkują i sprzedają je goście, którzy chętnie wcisną klientom cokolwiek, a potem znikają z prowizją bez śladu.

      Ale jest kilka instytucji finansowych, które postanowiły nie psuć rynku i przykładają się do znajdowania takich "surowców" do produkcji "struktur", by klient miał relatywnie dużą okazję zarobić. Citi Handlowy, Deutsche Bank, Raiffeisen, BRE, Wealth Solutions i jeszcze pewnie kilka innych - im też zdarzają się wpadki, ale generalnie starają się nie wciskać klientom shitu, który śmierdzi porażką na kilometr. Pisałem jakiś czas temu, że stosunkowo często zarobek przynoszą produkty strukturyzowane, opartee na opcjach typu autocall. Czyli takich, które dają kilka szans na spełnienie warunku gwarantującego zysk. Np. obstawiamy, że w ciągu trzech lat akcje jakiejś spółki osiągną wskazany poziom. Kurs jest sprawdzany co roku. Jeśli już w pierwszym roku cel zostanie osiągnięty - umowa zostaje zamknięta, a klient inkasuje zysk. Jeśli po pierwszym badaniu cena gwarantująca zysk nie zostanie osiągnięta, są jeszcze dwie szanse. Dopiero po fiasku ostatniej z nich klient dostaje zwrot gołego kapitału.

      Do czego zmierzam? Produkty strukturyzowane mogą być niezłym pomysłem, by przechować pieniądze, gdy uważamy, że np. akcje są dziś obiektywnie tanie, ale bardzo boimy się turbulencji na rynku i ryzyka dalszych spadków cen. Jeśli w obliczu bankructwa Grecji i kłopotów hiszpańskich banków obawiamy się włożyć pieniądze w fundusze albo w akcje, można spróbować przeczekać przewidywany huragan z niezbyt długą, góra dwuletnią "strukturą". Niezbyt długą, by ewentualna porażka nie kosztowała zbyt wiele. Wiadomo, że produkty strukturyzowane gwarantują ochronę kapitału, ale przecież zero zysków oznacza realną stratę w wysokości 3-4% w skali roku (tyle wynosi inflacja). W razie przegranej w tym zakładzie lepiej być "w plecy" jakieś 8%, niż np. 16% (gdyby produkt był obliczony np. na cztery lata). W końcu ci goście nie mogą się mylić :-).

      Człowiek, który w Citi Handlowym odpowiada za wymyślanie produktów strukturyzowanych dla zamożnych klientów, opowiedział mi niedawno o koncepcjach, które wcielił lub zamierza wcielić w życie. Wśród nich np. "struktury", w których zysk klienta jest uzależniony od stawki WIBOR na rynku międzybankowym. Jak długo będzie się ona utrzymywała w zakresie np. 4-6%, klient co kwartał będzie otrzymywał kupon. Taka "struktura" może być obliczona nawet na cztery-pięć lat. Zresztą podobny pomysł sprzedaje klientom Raiffeisen Bank, który w kwietniu proponował następujący deal: dwuletnia inwestycja naliczanym co pół roku kuponem po 5% każdy (w sumie do wyjęcia 20% w dwa lata), pod warunkiem, że stawka WIBOR 6M będzie się utrzymywała we wskazanym przedziale (0,1-0,5% powyżej punktu startowego w pierwszym roku i 0,45-0,85% powyżej punktu startowego w drugim roku). Jest to de facto zakład o inflację - jeśli będzie rosła, ale nie lawinowo, lecz umiarkowanie, to nabywca "struktury" będzie zarabiał.

      "Struktury" mogą być też czymś w rodzaju hedgingu, czyli z jednej strony gwarantować zwrot kapitału, a z drugiej - możliwość zarobku w sytuacji, kiedy większość innych aktywów będzie traciła na wartości. Przykład? Trzyletnia inwestycja w "strukturę" opartą na indeksie WIG20, zbudowaną na opcji autocall. Ale... "struktura" obliczana na spadki! Myślę o takim cudeńku: jeśli WIG20 spadnie o więcej, niż 20% względem punktu startowego - dostajesz 13% w skali roku (jeśli warunek zostanie spełniony po drugim roku - zyskujesz 26%). Jeśli WIG20 spadnie o mniej, wyjdzie na zero albo wzrośnie w zakresie 0-20% - nie dzieje się nic (załącza się mechanizm ochrony kapitału). Ale jeśli na koniec trwania inwestycji (ale tylko na koniec!) WIG20 byłby na plusie większym, niż 20%, klient traci tyle kapitału, ile wynosi ów wzrost (z zastrzeżeniem, że strata nie może przekroczyć 50%). Czyli jeśli WIG20 jest na plusie o 30%, klient dostaje z powrotem 70% kapitału. Nie boli go to zbytnio, bo skoro WIG20 był na dużym plusie, to znaczy, że zarobił krocie na pozostałych komponentach portfela.

      Produkty strukturyzowane mogą być też pomysłem na ograniczenie ryzyka inwestowania w tradycyjne fundusze. Jeśli trochę się ich boisz, to dlaczego by nie zainwestować np. w obligacje strukturyzowane, oparte na funduszach? Citi wypuścił niedawno obligacje strukturyzowane, których wynik opiera się na zyskowności funduszu inwestycyjnego Templeton Global Total Return. Jest to fundusz z gatunku umiarkowanie bezpiecznych, należący do grupy funduszy tzw. absolutnej stopy zwrotu (ma inwestować przede wszystkim tak, by nie stracić). Ale w ramach obligacji strukturyzowanej inwestor dostaje gwarancję, że na koniec inwestycji na pewno nie straci (100% gwarancja kapitału). W zamian musi zaakceptować warunek, że jeśli fundusz pójdzie w górę, to stopień partycypacji klienta w jego zyskach wyniesie 80%. Czyli z każdego 1% zarobku Templeton Global Total Return zostanie odjęte 0,2%. Zarobek może być więc mniejszy, niż w "gołym" funduszu, ale za to odcięte jest ryzyko straty. To akurat nie jest pomysł dla mnie (mam ten fundusz w swoim prywatnym portfelu inwestycyjnym i nie widzę powodu, by "zmiękczać" jego ryzyko), ale myślę, że dla wielu inwestorów, którzy do funduszy podchodzą jak do jeża, pomysł zaczęcia przygody od obligacji strukturyzowanych może być ciekawy.

      Mój rozmówca z Citi Handlowego podsunął mi jeszcze jeden pomysł na ciekawy produkt strukturyzowany. Mamy trzy spółki - np. Telekomunikację Polską, PKO BP i PKN Orlen - a w oparciu o nie budujemy "strukturę" dającą z automatu i bezwarunkowo 16% rocznego zysku. Sporo, prawda? Po dwóch latach automatycznie kapitał rośnie o 32%. Jeśli w ciągu tych dwóch lat cena wszystkich spółek wzrośnie względem punktu bazowego - nic się nie dzieje (a więc jesteśmy do przodu o 32%). Jeśli cena wszystkich spółek jest w zakresie 100%-70% punktu startowego, to również nic się nie dzieje ("struktura" wciąż płaci 32%). Ale jeśli choć jedna z tych trzech spółek po dwóch latach jest na poziomie niższym, niż minus 30% od wartości początkowej, zaczyna się bolesny rachunek: od wypłacanych z automatu 32% odejmujemy wysokość spadku najgorszej spółki. Jeśli spadła o 40%, inwestor dostaje z powrotem tylko 92% kapitału (od otrzymanych 32% odejmujemy 40%). Ciekawe? No pewnie, choć to akurat zabawa dla inwestorów z żyłką hazardzisty.

      Najbardziej łebscy kreatorzy "struktur" mają tylko jeden problem - krótkowzrocznych klientów. Dziś na przykład dałoby się bez problemu znaleźć chętnych na defensywną "strukturę", zarabiającą na spadkach cen akcji. Kłopot w tym, że jest to dość prawdopodobny scenariusz rynkowy, więc opcje na tę okazję są drogie. Były tanie wtedy, kiedy akcje szły w górę. Ale wtedy nie było pół klienta, który kupiłby "strukturę" zakładającą spadek czegokolwiek. Apeluję więc: budujmy swoje portfele abstrahując od obecnej sytuacji na rynku, obstawiając różne scenariusze, nawet te mało prawdopodobne. Bo wtedy, kiedy te scenariusze staną się już bardzo realne, ich obstawienie będzie po prostu niemożliwe lub będzie się wiązało z radykalnie gorszymi warunkami. I tyle w temacie "struktur". A tytułem podsumowania lista najlepszych ostatnio produktów.

      Najbardziej zyskowne struktury 2012

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      O POMNAŻANIU OSZCZĘDNOŚCI W RADIOWEJ CZWÓRCE! Autor blogu "Subiektywnie o finansach" gościł we wtorek w radiowej "Czwórce". Audycji możecie posłuchać oraz ją obejrzeć tutaj. Było trochę o tym jak nie popłynąć w deficyt domowego budżetu, gdy idą trudniejsze czasy, jak zabrać się do gromadzenia kapitaliku na przyszłość i co zrobić żeby doradca finansowy pomógł, ale na tym nie zarobił (przyszywani doradcy finansowi: proszę nie słuchać, bo się tylko niepotrzebnie zestresujecie :-))   No i było też zaproszenie do przeczytania książki "Jak pomnażać oszczędności". To mógł być nie najgorszy prezent na Dzień Matki. I wciąż może być niezły na Dzień Dziecka.

      Samcik Radiowa Czwórka

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Rzadko się sprawdzały, ale może są pomysłem na przeczekanie huraganu?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 maja 2012 10:51
  • środa, 30 maja 2012
    • Emerytka poprosiła o rachunek, więc... kazali jej płacić za rozmowę z infolinią!

      Jedną z najbardziej wkurzających mnie rzeczy w firmach zajmujących się obsługą klienta detalicznego - nie tylko w bankach, choć wiadomo, że takich przykładów opisuję tu najwięcej - jest to, że wszystkie te firmy uwielbiają paść się pieniędzmi najbardziej lojalnych klientów. Takich, którzy nigdy nie wpadliby na pomysł, żeby fakturę zapłacić po terminie, zaś o zmianie firmy na lepszą lub tańszą nawet nie pomyślą, bo najzwyczajniej w świecie byłoby im... głupio. Tacy klienci, jako że nie przychodzą raz w roku (lub raz na dwa lata, w zależności od tego kiedy kończy się promocja) do punktów obsługi z wypisanym już wypowiedzeniem umowy, czekając z bezczelną miną na specjalną ofertę. Oni płacą najwyższe możliwe stawki, bo zwykle nie kłócą się o swoje.

      Dziś przykład kompletnie absurdalnej opłaty, którą pobrała od starszej pani sieć telewizji kablowej Vectra. Przyznam, że nie słyszałem, by w tak głupi sposób swoich klientów wykorzystywał jakikolwiek bank (ale jeśli znacie taki przykład, to piszcie na maciej.samcik@gazeta.pl). Po kilku latach istnienia tego blogu Wasza czytelnicza siła rażenia zniosłaby takiego finansowego gagatka z powierzchni ziemi. Vectra jednak wciąż frustruje. A czym? Napisała do mnie pani Ela, długoletnia klientka Vectry z warszawskiego Targówka (ma w tej firmie wykupioną nie tylko kablówkę, ale i telefon). Pani Ela jest emerytką, dla której płacenie faktur w terminie jest jedenastym przykazaniem. Niestety, miesiąc temu faktura od Vectry nie przyszła.

      Obywatel nowej generacji nawet by tego nie zauważył. A jeśli by zauważył, to i tak by się nie przejął. Nie wystawili faktury? Pies ich trącał (przepraszam wszystkie psy). Ale pani Ela się przejęła, więc zadzwoniła na infolinię kablówki z pytaniem dlaczego nie ma faktury i czy przypadkiem jak przyjdzie z opóźnieniem, to firma nie doliczy karnych odsetek. No cóż, to byłoby niezgodne z logiką, etyką oraz z prawem, ale pani Ela wolała się upewnić. Pracownik infolinii uspokoił ją, że płacić odsetek nie będzie, a faktura przyjdzie, lecz nieco później niż zwykle, bo powstał jakiś problem techniczny. I rzeczywiście, rachunek z Vectry się pojawił, z wsteczną datą płatności w dodatku. Pani Ela zapłaciła i o problemie zapomniała.

      Przypomniała sobie o nim ponownie w tym miesiącu, gdy zobaczyła na rachunku, załączonym do najświeższej faktury, obciążenie w wysokości 0,81 zł za połączenie z infolinią. Panią Elę krew zalała, bo w abonamencie z Vectry ma jakieś sto darmowych minut, z których wykorzystuje zwykle co trzecią. Moja czytelniczka zadzwoniła więc znów na infolinię Vectry, a tam dowiedziała się, że: a) owszem, rozmowy z infolinią są płatne, b) aby wyjaśnić tę konkretną pozycję na rachunku trzeba osobiście zgłosić się w siedzibie firmy (na drugim końcu miasta), c)  pracowników Vectry nic nie obchodzi, że pani Ela dzwoniła do nich w najbardziej szczytnym z możliwych celów: by poinformować, że nie dotarła faktura. W firmie Vectra potrzeba konsumenta może się unosić i awanturować i nikogo to nie obejdzie.

      Można by tę całą historię skwitować frazą, że "nadgorliwość jest gorsza, niż faszyzm". Ale można byłoby też zastanowić się nad absurdalnym postępowaniem firmy, która nie dość, że ukarała klientkę za uczciwość, to jeszcze każe jej rozwiązać ten problem poprzez nabijanie jej kolejnych kosztów (dwa bilety na autobus, chociaż niewykluczone, że moja czytelniczka miałaby już przejazd gratis). Podobno inaczej się nie da, a ludzie w infolinii bredzą coś o "wewnętrznych przepisach". Otóż da się, gdyby jeden leń z drugim odsłuchali tamto nagranie (wszystkie są rejestrowane) i sprawdzili czego dotyczyło. A potem ładnie starszą panią przeprosili i obiecali, że już więcej nie będą się wydurniać. Mogliby również przejść od razu do punktu ostatniego, bo przecież nie ma na świecie klienta, który chciałby naciągnąć Vectrę na 0,81 zł. Jeśli pani Ela poczuła się pokrzywdzona, to nawet bez odsłuchania rozmowy należało ją usatysfakcjonować umorzeniem tej kwoty. A Vectra? Nie dość, że ma to gdzieś, to jeszcze poinformowała moją czytelniczkę, że za tę drugą rozmowę z infolinią też naliczy jej opłatę. Gratuluję bezmyślności.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Jak pomnażać oszczędnościKUP PORADNIK AUTORA BLOGU "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI"! Książka jest na półkach sieci salonów Empik, na stronie www.samosedno.com.pl oraz w sklepach internetowych www.empik.pl oraz www.merlin.pl. ”Dziennik Gazeta Prawna” zrecenzowała ją tak: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Autorka blogu www.Kreatywa.blogspot.pl pisze tak: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami. Pozwala sobie czasem na luźniejszą, bardziej przyjazną formę. Szary obywatel sporo wyniesie z takiej lektury, nie będzie czuł się przytłoczony fachową terminologią, a jednocześnie jego wiedza się wzbogaci". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika. Jeśli ktoś pragnie poznać podstawy działania rynku, zyskać szybko potrzebny zestaw informacji, które ułatwią mu poruszanie się po tej płaszczyźnie życia, to polecam mu właśnie tę pozycję. Nie powinien czuć się zawiedziony"  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (46) Pokaż komentarze do wpisu „Emerytka poprosiła o rachunek, więc... kazali jej płacić za rozmowę z infolinią!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 30 maja 2012 07:47
  • wtorek, 29 maja 2012
    • Nowy pomysł funduszy, czyli twoja strategia zrobi się sama. Rewolucja czy... chała?

      Czy fundusze inwestycyjne doszły do ściany jeśli chodzi o zdolność przyciągania pieniędzy oszczędzających? W funduszach inwestuje 2,5-3 miliony osób, ich majątek oscyluje między 90 a 130 mld zł i wygląda na to, że drastycznie tej sytuacji nie są w stanie zmienić ani giełdowe bessy, ani hossy. Kto nie jest strachliwy i walczy o zyski wyższe, niż na lokacie bankowej, już w funduszach jest. Kto ma za słabe nerwy lub za mało wie o rynku, żeby dotykać problemu inwestowania z powiernikami - uciekł podczas jednej lub drugiej bessy i prędko nie wróci. Tym oto sposobem od trzech kwartałów - jak donosi firma Analizy Online - nieznacznie spada liczba osób, które inwestują w funduszach.

      Fundusze żyją więc dobrze z opłat za zarządzanie, ale też funkcjonują w cieniu niewykorzystanej szansy. Oszczędności gospodarstw domowych to już ponad bilion złotych, a tylko 10% z tej kwoty pracuje u powierników. W bankach - prawie pięć razy tyle. W niektórych krajach rozwiniętych zwykle potencjał rynku akcji, funduszy inwestycyjnych i obligacji nie odbiega radykalnie od zainteresowania, którym obdarzają ciułacze depozyt bankowy. U nas fundusze wciąż są uznawane za coś elitarnego. Owszem, próbują się funduszowcy rozpychać, np. ostatnio promują swoje rozwiązania oparte na idei IKE oraz nowo wprowadzonego pomysłu IKZE. Ale dopóki powiernicy nie zdejmą z siebie odium produktu trudnego, który wymaga wiedzy i umiejętności wybierania spośród setek rozwiązań, dopóty nie trafią pod strzechy. A ostatnio, na domiar złego, ludzie przestali lubić ich sztandarowy produkt, czyli fundusze zrównoważone.

      Funduszowcy szukają więc ratunku. Odchodzą od prezentowania szerokiej publiczności konkretnych funduszy, mniej lub bardziej fajnych, na rzecz rozwiązań, które nie wymagają od klienta pomyślunku, ale cechują się pewną wewnętrzną inteligencją, chcąc dostosować się do jego potrzeb. Jasne, że nie będzie to nigdy tak dobre dostosowanie, jakie profesjonalista sporządzi w swoim prywatnym portfelu inwestycyjnym. Jednak dla osób, które nie mają nic wspólnego z rynkiem finansowym taka "paczka" funduszy, przejawiająca w dodatku iskrę inteligencji, może być bardzo ciekawym pomysłem. Ta inteligencja oznacza pewien automatyzm zmian strategii, dostosowywanej do wieku oszczędzającego i czasu planowanego zakończenia inwestycji. W zeszłym tygodniu takie rozwiązanie zaprezentowało ING TFI. Rzecz nazywa się ING Perspektywa i jego bodaj czwartym lub piątym tego typu pakietem, dostępnym na polskim rynku. Podobny opisywałem jakiś czas temu, kiedy startował pod skrzydłami Pioneer Pekao TFI - chodzi o PSO Moja Perspektywa.

      ING Perspektywa to parasol funduszy lokujących pieniądze klientów w oparciu o strategię Life Cycle, czyli po prostu cyklu życia każdego inwestora czy też, nie bójmy się wielkich słów, każdego wręcz człowieka. Jest więc sześć funduszy, z którego wybieramy sobie jeden. Ale nie dobieramy go pod kątem strategii inwestycyjnej - bo skąd, do cholery, początkujący inwestor ma wiedzieć jaki z 350 funduszy będzie dla niego najlepszy? - ale pod kątem czasu inwestowania. I tak możemy wybrać ING Perspektywa 2020, czyli fundusz, z którego powinniśmy wycofać pieniądze już za osiem lat. Albo ING Paerpsktywa 2045, czyli fundusz obliczony na to, że zostaniemy w nim przez kolejne 33 lata lub dłużej. A po drodze jeszcze cztery inne rozwiązania, z perspektywą inwestowania od 2025 do 2040 r.

      ING Perspektywa life-cycle

      W środku każdego z tych sześciu funduszy jest pewna liczba najróżniejszych subfunduszy, posortowanych w cztery grupy. Mamy więc fundusze polskikch akcji (cztery: dużych spółek, małych spółek, selektywny, czyli spółek perspektywicznych oraz środkowoeuropejski fundusz sektorów wzrostowych gospodarki), subfundusze akcji zagranicznych (z różnych stron świata, naliczyłem chyba osiem), subfundusze polskich i zagranicznych obligacji (po kilka z każdego rodzaju) oraz subfundusz gotówkowy  Oczywiście udział każdej z czterech grup subfunduszy w ramach każdej z sześciu strategii - od ING Perspektywa 2020 do ING Perpspektywa 2045 - jest inny. A w dodatku - będzie się zmieniał w czasie.

      To brzmi skomplikowanie, ale tak naprawdę jest banalne. Jeśli mamy przed sobą jeszcze nieco ponad 20 lat inwestowania - czyli wybraliśmy pakiet ING Perspektywa 2035 - to na starcie nasze pieniądze będą zainwestowane w 33% w polskie fundusze akcji, w 13% w fundusze zagraniczne (z różnych stron świata), kolejne 42% pójdzie na fundusze krajowych obligacji, a 12% w obligacje zagraniczne. Na tym etapie ani grosz nie pójdzie do funduszu gotówkowego. Dostrzegacie już fajność tego rozwiązania? ING Perspektywa automatycznie dzieli pieniądze w rozsądny sposób na różne strategie inwestycyjne, a w ramach poszczególnych grup inwestycji kasa jest dodatkowo rozkładana na kilka subfunduszy. A klient ma tylko pokazać paluchem, ze chce inwestować przez 20 lat. I nic więcej o meandrach funduszy wiedzieć nie musi.

      Ale i to nie jest jeszcze najbardziej fajną rzeczą w funduszach typu Life Cycle. Otóż co kwartał podział pieniędzy między różne rodzaje subfunduszy będzie się zmieniał - minimalnie będzie spadał udział funduszy akcji, minimalnie rósł - funduszy obligacji. Kiedy do końca zostanie mniej niż 13 lat inwestowania, część pieniędzy będzie powoli przesuwana do funduszu gotówkowego, najbezpieczniejszego ze wszystkich. W ostatnim roku w funduszu gotówkowym będzie już 40% pieniędzy, a w akcyjnych - krajowych i zagranicznych łącznie - zaledwie 10%. Dzięki temu inwestor ma gwarancję, że im mniej czasu pozostało mu do końca inwestycji, w tym większym stopniu będą zabezpieczone jego pieniądze, a więc i dotychczasowe zyski.

      Oczywiście można mieć zastrzeżenia do całego modelu: np. zadać pytanie dlaczego udział funduszy akcji krajowych niemal przez cały czas działania ING Perspektywa jest większy, niż funduszy akcji zagranicznych. Bo to na świecie jest najwięcej przyszłościowych regionów, jak Azja, Brazylia, Chiny... ING Perspektywa zakopuje sporo pieniędzy w naszym polskim grajdołku. Można się czepiać, że w każdej ING Perpektywie są tylko fundusze ING, choć przecież mogłyby być inne. Można mieć za złe, że w modelu nie zaszyto w ogóle inwestycji alternatywnych: złota, srebra, ropy naftowej, czy nawet wina. Z tym winem to może byłaby lekka przesada, ale w złoto może przydałoby się włożyć parę groszy. A tu mamy portfel zbudowany wyłącznie z klocków tradycyjnych, czyli akcji i obligacji oraz instrumentów rynku pieniężnego.

      To oczywiście są słabe punkty tego projektu, jak również innych, podobnych pomysłów, wprowadzonych na polski rynek przez kilku powierników - poza ING TFI oraz Pioneer Pekao TFI ma je również PZU TFI, Legg Mason TFI, a także powiernicy z rodzin BPH i Skarbca (w każdym z TFI rozwinięte w różnym stopniu, w sensie liczby dostępnych funduszy i skali zmian strategii w trakcie inwestycji). Ale po drugiej stronie jest olbrzymia zaleta, której nie da się przecenić: opakowanie dynamicznej, dostosowanej do potrzeb inwestora strategii w przyjazną paczkę, która wymaga od klienta jedynie określenia czasu inwestycji. Nie trzeba samemu wybierać rodzaju funduszy, nie trzeba szukać konkretnego funduszu w ramach wybranej strategii i - co chyba najważniejsze - nie trzeba samemu troszczyć się o zmiany składu portfela funduszy. To maksymalnie przyjazne spojrzenie na inwestycje w fundusze, zwłaszcza patrząc z perspektywy osób, które o świecie finansów mają jedynie blade pojęcie. No i jeszcze jedna ważna rzecz - w odróznieniu od programów systematycznego oszczędzania, takich jak Aegon, Axa, czy Skandia - tu nie ma pistoletu przystawianego inwestorom do skroni (czyli wpłacania określonych kwot w określonym momencie)! Ani kar za wcześniejsze wycofanie się z programu.

      Podobny charakter, choć może nieco mniej wysublimowany, ma najnowsza oferta Deutsche Banku, czyli DB Funds. Są to trzy pakiety funduszy inwestycyjnych - DB Fund Dynamiczny, DB Fund Zrównoważony Globalny oraz DB Fund Instrumentów Dłużnych. Tu wartość dodana dla klientów ma być inna, niż przypadku pakietów life-cycle. W każdej paczce znajdzie się bowiem sześć-osiem funduszy z przeróżnych TFI, dobranych pod kątem jakości. Zarządzający pakietem DB Funds co jakiś czas będzie dobierał z rynku jakiś bardzo dobry fundusz, a wyrzucał inny, który się nie sprawdzi. Będzie to więc paczka innego rodzaju - bonusem nie jest automatyczna zmiana polityki inwestycyjnej, ale automatyczny wybór najlepszych na rynku funduszy. Oczywiście ryzyko pomyłki jest tu większe, niż w przypadku strategii life-cycle, opisanej dość dokładnie i nie wymagającej bieżącego korygowania. Tu zarządzający DB Funds będzie wyrocznią, która chcąc zredukować ryzyko inwestycyjne klienta (nie musi sam sobie szukać funduszu o określonym profilu), może kreować nowe ryzyko - błędnego doboru funduszy. Ale oczywiście jest to ryzyko mniejsze, bo trudno wybrać do paczki same złe fundusze, zwłaszcza mają know-how jak wybierać głównie te najlepsze. Ojcu nie wierzysz? :-).

      Oczywiście zarówno ING Perspektywa i pakiety jej podobne, jak i DB Funds oraz analogiczne strategie upraszczania życia ludziom, nie muszą być przedsięwzięciami udanymi. Żaden fundusz, ani żadna strategia oparta na różnych subfunduszach jednocześnie, nie daje gwarancji sukcesu. W strategii mogą być zaszyte jakieś błędy, które spowodują, że nie będzie ona przynosiła takich zysków, jak samodzielna inwestycja. Ale nie o to chodzi. Można przecież kupić np. dwa różne produkty life-cycle i w ten sposób zróżnicować sobie portfel, ograniczając ryzyko podróżowania na jednym koniu. Jeśli się czegoś obawiam, to nie tyle błędów w strategiach "zaszytych" w ramach poszczególnych pakietów, lecz tego, że wszystko popsują sprzedawcy, narzucając wysokie, zniechęcające prowizje. Bo przecież oba rodzaje portfeli funduszy - zarówno ten zawarty w modelu life-cycle, jak i DB Funds - powoduje dwukrotne obciążenie klienta opłatą za zarządzanie. Osobną pobierze fundusz, osobną twórcy parasola.

      ING Perspektywa, choć obciążona stosunkowo niskimi opłatami za zarządzanie - od 1,3% do 2,1% wartości portfela rocznie - dodatkowo może nieść za sobą konieczność zapłacenia nawet do 4-5% opłaty od każdej wpłaty, o ile takiej prowizji zażyczy sobie któryś z dystrybutorów.I to już byłby dla inwestora spory uszczerbek. Opłata za zarządzanie w DB Funds naprawdę niska jest tylko w przypadku portfela DB Fund Instrumentów Dłużnych (0,5% rocznie). W przypadku pakietu DB Fund Dynamiczny jest to aż 3% dorzucane do kosztów zarządzania samymi funduszami! Sporo, naprawdę sporo. Można powiedzieć, że to cena, którą warto zapłacić za to, że ktoś wybierze za ciebie najlepsze fundusze. Ale z drugiej strony: czy po wzięciu takiej podwójnej opłaty za zarządzanie najlepsze fundusze będą nadal najlepsze?

      Namawiam ING, Deutsche Bank, jak również innych powierników, oferujących pakiety funduszy w ładnych opakowaniach, elastycznych, dostosowujących się do potrzeb klientów, by oferowali je także przez internet, bez opłat manipulacyjnych. I by pomyśleli o obniżeniu opłat za zarządzanie. Pamiętając, że zbliża się era ETF-ów, które mogą zrobić porządek z najbardziej pazernymi funduszowcami. Obniżając opłaty zrobicie lepszy wynik i tym samym wielką przysługę wszystkim, którzy w fundusze nie inwestują tylko dlatego, że nie lubią być ograbiani przez bandę pasibrzuchów z firm zarządzających i dystrybucyjnych.

      Samcik blox

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam

      O POMNAŻANIU OSZCZĘDNOŚCI W RADIOWEJ CZWÓRCE! Autor blogu "Subiektywnie o finansach" gościł we wtorek w radiowej "Czwórce". Audycji możecie posłuchać oraz ją obejrzeć tutaj. Było trochę o tym jak nie popłynąć w deficyt domowego budżetu, gdy idą trudniejsze czasy, jak zabrać się do gromadzenia kapitaliku na przyszłość i co zrobić żeby doradca finansowy pomógł, ale na tym nie zarobił (przyszywani doradcy finansowi: proszę nie słuchać, bo się tylko niepotrzebnie zestresujecie :-))   No i było też zaproszenie do przeczytania książki "Jak pomnażać oszczędności". To mógł być nie najgorszy prezent na Dzień Matki. I wciąż może być niezły na Dzień Dziecka.

      Samcik Radiowa Czwórka

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Nowy pomysł funduszy, czyli twoja strategia zrobi się sama. Rewolucja czy... chała?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 maja 2012 11:55
  • poniedziałek, 28 maja 2012
    • Konkurs Pepsi i Lays: 15 mln nagród, ale większość po... 4 gr. I tajemnicza lista

      Koncern PepsiCo zrobi chyba niezły interes na zakupieniu praw do nazwania stadionu warszawskiej Legii jako Pepsi Arena. Rzecz kosztuje wagon kasy, ale tzw. grupa docelowa jest pod wrażeniem. Odkąd na Łazienkowskiej mieści się Pepsi Arena, a nie zwykły stadion klubu, któremu od lat koło nosa przechodzi tytuł mistrza Polski, poznałem już kilku ośmio-dziesięciolatków, stanowczo odmawiających spożywania Coca-Coli z przyczyn ideologicznych :-). Płyny antykorozyjne tego typu oczywiście warto dawkować z dużym umiarem, ale jeśli już odrdzewiać nimi organizm, to nie zaszkodzi dorobić do tego ideologię. Tymczasem PepsiCo mi właśnie podpadł. Tym konkursem:

      Konkurs Pepsi

      Loteria "Zgarnij kasę Lay's i Pepsi" firmowana jest przez samego bramkarza reprezentacji Polski Wojciecha Szczęsnego. Tego samego, który - jak powszechnie wiadomo - tylko dlatego świetnie broni w lidze angielskiej, że przed i po każdym treningu wpierdziela duszkiem TV-pakę czipsów i zapija litrem Pepsi :-)). W reklamach oczywiście kuszą: 15 milionów nagród, w tym kasa. Na każdej paczce czipsów Lay's i na każdej butelce Pepsi oczywiście kuszą doklejone wstęgi zachęcające do udziału w konkursie. Jest też specjalna strona internetowa  www.15milionownagrod.pl.

      Pewnego dnia pewien dobrze mi znany ośmiolatek dumą w głosie wyznał, że właśnie wygrał 0,5 litra Pepsi. Fajnie. Nie pamiętam skąd pochodził szczęśliwy zakup, ale grunt, że nakrętka przyniosła zwycięstwo. Ośmiolatek wziął mnie pod pachę i poszedł do najbliższego sklepu spożywczego wymienić nakrętkę na życiodajny płyn do płukania żołądka. Wparował do Piotra i Pawła, gdzie dowiedział się, że o promocji nic nie wiedzą. Potem zawinął do Tesco - tam też nic. Potem jeszcze jeden sklep osiedlowy i... też kiszka. Mały był niepocieszony, a ja wkurzony, bo nie przepadam biegać jak palant od sklepu do sklepu z nakrętką po butelce w zębach. No, ale - pomyślałem - sam jestem sobie winny. Trzeba było najpierw sprawdzić, a potem biegać. Wszedłem na stronę konkursu, żeby ustalić przyczyny porażki. Niestety, zamiast listy sieci handlowych, w których można wymienić nakrętki na płyn do odrdzewiania żołądka, w regulaminie konkursu znalazłem jedynie informację, że... aby się dowiedzieć gdzie odebrać nagrodę, trzeba zadzwonić pod wskazany numer telefonu.

      Czytaj też: Płacą do 12% na niby-lokacie, a siedzibę mają w ruderze

      I to jest gruby obciach (o ile oczywiście wielkość obciachu da się wyrazić objętościowo :-)). Czy naprawdę nie dało się wywiesić w internecie listy partnerów konkursu? Czy naprawdę jest ich tak mało, że firma musi tę informację ukrywać? Znacie jakiś konkurs z 15 milionami nagród, w którym trzeba zadzwonić, żeby dowiedzieć się gdzie odebrać swój bonus? Po lekturze załącznika do regulaminu konkursu też nie poczułem sympatii do koncernu PepsiCo. Otóż w części konkursu dotyczącej napojów Pepsi mamy łącznie jakieś 8,5 miliona nagród, z czego ponad połowa to... pliki z muzyką mp3 czy jakieś-tam dzwonki na telefon, o wartości 0,04 zł każdy. Kolejne 1,6 miliona nagród to butelki Pepsi (wartość 2,95 zł), a następne 2,4 miliona bonusów to mikroskopijne paczki czipsów (wartość 1,1 zł każda). Zaraz zaraz, ale w reklamach telewizyjnych i na opakowaniach wszędzie tylko "kasa, kasa, kasa do zgarnięcia!". A Wojtek Szczęsny prezentuje się z wachlarzem banknotów - dwie stówki, dwie pięćdziesiątki, do tego dychacz. Więc co z tą kasą, do jasnej cholery?

      Konkurs Pepsi

      Owszem, w regulaminie jest i kasa. Na 20.000 nakrętek (przypomnijmy, że wszystkich nagród jest 8,5 miliona) jest obietnica wypłaty 10 zł. Na dwudziestu (tak, dwudziestu sztukach) nakrętkach można znaleźć 20 zł. Na dziesięciu nakrętkach - 50 zł. Zaś banknoty o nominałach 100 zł można znaleźć tylko w dwóch butelkach Pepsi (raz 100 zł i raz 200 zł). Konkurs dotyczący Lay's wygląda podobnie. Niecały milion nagród to małe butelki pepsi (po 2,95 zł), prawie 5,5 miliona to mikroczipsy (po 1,1 zł). Z kasą jest podobnie, jak opisałem powyżej, ale stówki do wygrania są aż trzy. 

      Nie wiem ile butelek Pepsi i paczek czipsów Lays bierze udział w loterii, ale jest ich na pewno dużo więcej, niż 8,5 miliona tych, na których jest "nalepiona" jakaś nagroda. Prawdopodobieństwo zgarnięcia jednej z czterech nagród o wartości 100 zł i jednej z dwóch o wartości 200 zł w konkursie nie jest dużo większe, niż 1:14 milionów, czyli prawdopodobieństwo wytypowania prawidłowej szóstki w Lotto. To tak dla jasności, bo niektórym ośmiolatkom wydaje się, że czeka na nich 15 milionów torebek czipsów i butelek Pepsi z kasą w środku :-). Zestawienie marketingowego przekazu pt. "15 milionów nagród" i sloganu "Kasa Lay's i Pepsi" z faktyczną rozpiską nagród pokazuje, że kasa jest tylko wabikiem. Jak w życiu, drogie oseski, jak w życiu :-). Ale sytuacja, w której jakiś uczestnik zabawy wygra nagrodę za 2,95 zł i nie może jej otrzymać, bo nie wie do którego sklepu ma w tym celu pójść (a np. nie pamięta gdzie kupił "wygraną" butelkę), jest sporą wtopą. Chyba, że o to właśnie chodzi - by duża część nagród nie została przez nikogo odebrana... :-).

      TRZY LATA SUBIEKTYWNOŚCI. 8.000.000 WASZYCH KLIKÓW. Pod koniec marca 2012 r. blog "Subiektywnie o Finansach" skończył trzy lata. W tym czasie ukazało się na jego stronach 1240 tekstów, które kliknęliście 7.956.000 razy (licząc do 31 marca). Miesięcznie wpadacie tu 341.500 razy, często czytając więcej, niż jeden tekst. Te liczby nie obejmują czytelników, którzy do blogu sięgają za pomocą czytników RSS. 

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Jak pomnażać oszczędnościKUP PORADNIK AUTORA BLOGU "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI"! Książka jest na półkach sieci salonów Empik, na stronie www.samosedno.com.pl oraz w sklepach internetowych www.empik.pl oraz www.merlin.pl. ”Dziennik Gazeta Prawna” zrecenzowała ją tak: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Autorka blogu www.Kreatywa.blogspot.pl pisze tak: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami. Pozwala sobie czasem na luźniejszą, bardziej przyjazną formę. Szary obywatel sporo wyniesie z takiej lektury, nie będzie czuł się przytłoczony fachową terminologią, a jednocześnie jego wiedza się wzbogaci". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika. Jeśli ktoś pragnie poznać podstawy działania rynku, zyskać szybko potrzebny zestaw informacji, które ułatwią mu poruszanie się po tej płaszczyźnie życia, to polecam mu właśnie tę pozycję. Nie powinien czuć się zawiedziony"  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Konkurs Pepsi i Lays: 15 mln nagród, ale większość po... 4 gr. I tajemnicza lista”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 maja 2012 09:58
  • sobota, 26 maja 2012
    • Lokata, której oprocentowanie zależy od zwycięstw piłkarzy na Euro. Można zarobić...

      Za chwilę zaczyna się najważniejsza sportowa impreza tego roku, a może i dekady.  Nieprędko będziemy organizatorem sportowych zawodów o randze porównywalnej do Euro 2012. Patrzę na rodzący się szał piłkarski i nie mogę wyjść ze zdziwienia, że banki postanowiły gromadnie zbojkotować serca i portfele milionów kibiców piłkarskich. Nie ma ani wysypu specjalnych ofert, które nawiązywałyby do piłkarskich emocji, ani produktów, które łączyłyby sport z zarabianiem pieniędzy. Przysnął nawet Bank Pekao, który jest oficjalnym bankiem Euro 2012, a ograniczył się raptem do sztampowego pakietu działań: wydaje karty płatnicze z logo Euro 2012 (są to karty pre-paid, całkiem ładne nawet, ale posiadają tę skandaliczną cechę, że ich wydanie kosztuje 20 zł) oraz prowadzi konkurs, w którym można wygrać 2012 biletów na mecze turnieju (im więcej operacji bankowych się przeprowadza, tym większa szansa na wygraną w loterii).

      Karta prepaid Pekao Euro 2012No, są też lokaty, które łączą się z możliwością otrzymania albumu poświęconego turniejowi Euro 2012, ale ich oprocentowanie jest raczej żałosne, niecałe 5% i to brutto. Rozumiem, że Żubr nie potrzebuje kapitału i skoro do tej pory oferował depozyty na 2,5%, a teraz daje 4,9%, to jego szefowie i tak uważają się za bardzo hojnych. Ale niestety jezt to wrażenie mylne. Moim zdaniem Bank Pekao kompletnie nie wykorzystuje wielkiej szansy, jaką daje mu partnerstwo w tak wielkiej imprezie, jak Euro 2012. Nie chodzi o zarobienie szybkich pieniędzy, bank mógłby zmiażdżyć konkurencję pod względem liczby pozyskiwanych klientów. Ale do tego niezbędna byłaby dobra, albo przynajmniej pomysłowa, wyróżniająca się na rynku oferta. A Pekao przedstawił tylko taką "na odczepnego". Niestety.

      Może jeszcze coś się wydarzy, ale jak dla mnie to na razie bankowcy wykazują się masakrycznym brakiem kreatywności. Nie rozumiem dlaczego ludzie od wymyślania produktów nie spróbowali, w czasach wyczerpującej walki o depozyty klientów, zachęcić ludzi np. do zakładania lokat, których oprocentowanie byłoby uzależnione od wyników naszej drużyny narodowej, innych drużyn albo w ogóle od wyników turnieju. Czy to nie byłaby fajna zabawa: włożenie pieniędzy na lokatę z jednoczesnym obstawieniem np. składu czterech półfinalistów? Jeśli nie trafisz żadnego, dostajesz 4-5% w skali roku, jeśli trafisz jednego - już 5,5%. A jak wszystkich - zgarniasz 7% w skali roku. Albo i 10%. Znając skłonność do hazadru wielu kibiców, mógłby to być całkiem niezły pomysł marketingowy. A bank tak wiele by znów nie ryzykował. Zwłaszcza, że San Marino odpadło w eliminacjach. 

      Czytaj też: W przeszłości banki potrafiły bawić się z kibicami, nie tylko futbolu

      Albo lokata, której oprocentowanie będzie tym wyższe, im lepszy wynik na mistrzostwach osiągnie reprezentacja Polski - np. jeśli awansuje do ćwierćfinału to oprocentowanie rośnie z 5% do 6,5%. Jak do półfinału - niech będzie 10%, a jak do finału... well, nikt nie będzie stratny, nawet jeśli bank zaoferowałby i 20%. Albo rodzaj quasi-zakładu, czyli lokaty, których oprocentowanie jest uzależnione od wyników drużyny, na jaką zdecyduje się postawić pieniądze klient (w sensie: postawić na tę drużynę swoją lokatę). Tu trzeba byłoby być już ostrożniejszym jeśli chodzi o oprocentowanie, ale sądzę, że to byłby hit sezonu. Może trochę bujam w obłokach, bo pewnie część z moich pomysłów Minister Finansów mógłby potraktować jako zakłady hazardowe, ale wierzę, że udałoby się znaleźć pomysł na lokatę powiązaną z wynikami Euro 2012, która nie wywołałby kontrowersji prawnych.

      Jak donieśli mi nieocenieni czytelnicy blogu, o ile giganci bankowości na razie mają w nosie kibicowskie serca, to w mniejszych bankach można znaleźć ciekawe pomysły przygotowane specjalnie z okazji Euro 2012. Sportową lokatę związaną z turniejem ma w ofercie np. Bank Spółdzielczy w Księżpolu. Jej oprocentowanie bazowe to nędzne 4%, ale dusza kibica ucieszy się tak samo, jak jego kieszeń, gdy Polacy cokolwiek na Mistrzostwach Europy ugrają. Bo za każde zwycięstwo oprocentowanie rośnie o 0,75%. Meczów - łącznie z ćwierćfinałem, półfinałem i finałem - można wygrać sześć, co prowadzi nas do wniosku, że maksymalne oprocentowanie może wynieść nawet 8,5%. Ale to wersja dla megaoptymisty, realista pewnie założy jedno-dwa zwycięstwa, a więc oprocentowanie pieniędzy w Księżpolu może sięgnąć 5,5%, a jak pójdzie bardzo dobrze, to może 6,25%, ale raczej nie więcej. Kasę trzeba zablokować na rok.

      Osobnym tematem, którego z niezrozumiałych dla mnie przyczyn instytucje finansowe nie ruszyły, są produkty strukturyzowane będące zakładami o wyniki Euro 2012. Nie mam bladego pojęcia czy istnieją w przyrodzie opcje, które mogłyby być podstawą produktu strukturyzowanego tego typu, ale właściwie dlaczego by do wypuszczenia takowych nie przekonać któregoś z dużych producentów opcji? W końcu nie takie rzeczy się robiło, ci goście tworzą nawet opcje będące zakładami o pogodę! Wyobraźcie sobie strukturę, której zysk dla klienta byłby uzależniony od wyników trzech meczów grupowych polskiej reprezentacji piłkarskiej. Sądzę, że przy dobrej promocji parę osób by taką paczkę mogło kupić. W końcu to jest, do jasnej ciasnej, piłka nożna - najbardziej popularna dyscyplina w Europie i na świecie! Niestety, nasi bankowcy postanowili mieć na Euro ofertę w jakości koko-koko-euro-spoko.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FEJSIE! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Jak pomnażać oszczędnościKONKURS! WYGRAJ KSIĄŻKĘ "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI" Z AUTOGRAFEM AUTORA! W Facebooku, na stronie serii wydawniczej "Samo Sedno" jeszcze do wtorku potrwa konkurs, w którym nagrodami są książki "Jak pomnażać oszczędności" z autografem i dedykacją od autora blogu. Zapraszam do udziału, zabawa potrwa tylko kilka dni, do przyszłego wtorku. Książka jest też na półkach sieci salonów Empik, na stronie www.samosedno.com.pl oraz w sklepach internetowych www.empik.pl oraz www.merlin.pl. ”Dziennik Gazeta Prawna” zrecenzowała ją tak: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Autorka blogu www.Kreatywa.blogspot.pl pisze tak: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami. Pozwala sobie czasem na luźniejszą, bardziej przyjazną formę. Szary obywatel sporo wyniesie z takiej lektury, nie będzie czuł się przytłoczony fachową terminologią, a jednocześnie jego wiedza się wzbogaci". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika. Jeśli ktoś pragnie poznać podstawy działania rynku, zyskać szybko potrzebny zestaw informacji, które ułatwią mu poruszanie się po tej płaszczyźnie życia, to polecam mu właśnie tę pozycję. Nie powinien czuć się zawiedziony"  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Lokata, której oprocentowanie zależy od zwycięstw piłkarzy na Euro. Można zarobić...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 26 maja 2012 09:40
  • piątek, 25 maja 2012
    • Alior Sync już łowi klientów i odkrywa pierwsze karty. Czy nie przefajnowali?

      Najmłodszy Synec zaczyna już na dobre kopać w brzuszek tatusia Wojtusia, szykując się do rychłych narodzin. Mowa oczywiście o brzuszku Wojciecha Sobieraja, prezesa Alior Banku, który zapowiedział na połowę roku coś spektakularnego. Skoro w czwartek ruszyła akcja, która ma podgrzać atmosferę przed startem banku internetowego nowej generacji, to znaczy, że do narodzin pozostało już niewiele czasu. Ta nowa akcja to strona www.Ty.i.Sync.pl, która ma przygotować naród na nadejście Nowego. Alior Sync, zgodnie z nazwą, ma być bankiem inteligentnym, który potrafi się synchronizować z potrzebami klienta. I przy okazji być emanacją przyjaznego wymiaru finansów, czyli koncepcji zaspokajania klientowskich pragnień wykraczających poza bankowość.

      Akcja "Ty.i.Sync" to kopia pomysłu sprzed czterech lat, kiedy debiutował "stary" Alior Bank. Jeszcze na długo przed swoim oficjalnym startem Alior prowadził konkurs, w którym można było wygrać kasę, o ile oczywiście później założyło się też konto w nowym banku. I tym razem do zainkasowania też jest żywa gotówka, w konkretnej kwocie 100 zł. Trzeba tylko zarejestrować się na stronie i odpowiedzieć na pięć prostych pytań o bankowe preferencje (np. "Gdyby bank miał dawać ci prezenty za korzystanie z jego usług, to co byś wybrał: bilety do kina, zwrot części pieniędzy wydawanych w internecie, premie pieniężne za systematyczne oszczędzanie), a potem poczekać na debiut i założyć konto w Alior Sync.

      Czytaj też: Bankowa wojna dwóch prędkości, czyli Facebook vs poczta

      Chętnych na stówkę tylko za założenie darmowego konta zapewne nie zabraknie. A dla tych, którzy nie tylko się zabawią w odpowiadanie na pytania o bank idealny, ale też będą na Facebooku polecać znajomym akcję "Ty.i.Sync", przewidziano nagrody dodatkowe. Ta główna to zestaw multimedialny: komputer MacBook Air, smartfon iPhone 4S, tablet Samsung Galaxy i konsola Playstation 3. Poza tym m.in. 45 nagród zawierających jeden z elementów wyżej wspomnianego zestawu. Konkurs wygra ten, kto poleci akcję największej liczbie swoich znajomych, którzy w dodatku założą konta w Alior Sync. Czyli po prostu: ten, kto przyprowadzi do banku najwięcej nowych klientów. Kolejni laureaci będą wyłaniani w analogiczny sposób. Im więcej poleconych przez ciebie klientów pozyska Alior Sync, tym lepszą dostaniesz nagrodę.

      Akcja Ty i Sync

      Głównym celem akcji jest oczywiście pozyskanie bazy potencjalnych klientów, którzy natychmiast po wystartowaniu banku założą w nim konta. Alior Sync chce w miarę dokładnie przeczesać rynek, bo osób, które są gotowe do korzystania z banku opierającego się na nowoczesnych technologiach jest pewnie góra milion-dwa. Im więcej z nich zostanie złowionych, tym trudniej będzie o sukces największemu konkurentowi Aliora - Nowemu mBankowi. To ma być "Facebook finansów", a więc bank podobny do Alior Sync, choć zapewne lepszy, przynajmniej w zamierzeniu jego twórców. Dziś wszystkie atuty w ręku ma jednak Sync, bo będzie pierwszy. I jeśli zdoła zebrać śmietankę klientowską, już palmy pierwszeństwa nie odda. 

      Ale jest i drugie dno akcji Aliora. Otóż konkurs z pytaniami odsłania najważniejsze nowinki, którymi mają cieszyć się klienci Synca. Czego się więc dowiadujemy o pierwszym banku nowej ery? Klientów mają przyciągać prezenty i bonusy. Bank będzie m.in. rozdawał bilety do kina za dzielenie się ze znajomymi z Facebooka nowinkami z jego oferty (czyli za bycie żywą tablicą reklamową). Będzie też płacił premie za zakupy dokonywane kartą w internecie i za to, że klient systematycznie odkłada w banku pieniądze (np. wpłaca co miesiąc po 100-200 zł). W planach jest też podwyższanie oprocentowania lokat  Jeśli klient będzie grał w mobilne gry na komórce - a więc i pozwalał bankowi zarabiać na reklamach. Rewolucyjną usługą - ale i bardzo kontrowersyjną, przynajmniej dopóki nie znamy szczegółów dotyczących zabezpieczeń transakcji - ma być możliwość robienia przelewów przez Facebook. Sync obiecuje, że wystarczy mieć danego delikwenta wśród znajomych w Facebooku (nie musi mieć nawet konta w Alior Sync) albo znać jego adres e-mail.

      Rzecz być może będzie działała na zasadzie przekazów pieniężnych, które można dziś odbierać nawet z pomocą telefonu komórkowego. Opisywałem niedawno tę metodę na przykładzie firmy Blue Media, która coś takiego oferuje. Jeśli chcę komuś wysłać pieniądze, to wykonuję przelew na konto prowadzone przez Blue Media (bądź zawczasu mam je doładowane jakąś kwotą i wtedy nie ma problemu). Potem podaję numer telefonu komórkowego odbiorcy. Ten otrzymuje wiadomość SMS, że czeka na niego kasa. Wiadomość zawiera też kod, który trzeba podać na stronie Blue Cash, by odebrać przelew. Poza kodem podajemy też numer konta, na które ma wpaść kasa.

      Wśród rzeczy, którymi Alior Sync chce zachęcić do korzystania z jego usług, jest też Strefa Rozrywki. A w niej bezpłatna wypożyczalnia filmów wideo (działająca oczywiście w trybie online), możliwość słuchania muzyki oraz zakupu gier komputerowych za 60% ich sklepowej ceny. Będzie też możliwość synchronizowania informacji o finansach klienta w różnych bankach. Sęk w tym, że tej rzeczy chyba nie da się zrobić bez wpuszczania bankowego automatu Aliora do systemów transakcyjnych innych banków - klient będzie musiał zdradzić login i hasło do swoich innych kont. Jeśli Alior tak to rozwiąże, to znaczy, że w imię gromadzenia wartości dodanej pojedzie po bandzie jeśli chodzi o bezpieczeństwo (lub raczej jego brak). Jak będzie - zobaczymy.

      W sumie wygląda na to, że pomysł Aliora na bank nowej generacji jest oparty na bardzo prostym rozwinięciu strategii dzielenia się z klientem prowizją, co znamy już dzięki usługom money-back. Przez internet można podsuwać klientowi mnóstwo różnych atrakcji, a przy okazji wyświetlać mu na ekranie reklamy i na tym zarabiać. Mobilne gry, filmy, muzyka - to wszystko może być źródłem zarobku dla banku, który je udostępnia klientom. Drugi filar nowego Aliora to oczywiście wykorzystanie klientów jako tablic reklamowych - dzielisz się ze swoimi znajomymi niusem z banku - dostajesz nagrodę. To dużo tańsze (nie wymaga np. reklamy w TV) oraz bardziej efektywne (bo potencjalni odbiorcy chętniej słuchają własnych znajomych z Facebooka, niż przemądrzałych marketingowców).

      Gdzie mogą tkwić rafy? Cóż, tworząc bank, który ma być rewolucją od strony technologicznej i podejścia do klienta - przyjaznego, bez tworzenia barier, nastawionego na zaspokajanie jego potrzeb także niefinansowych - łatwo przefajnować i zrobić bank wyłącznie dla nastolatków, którzy mają gdzieś bezpieczeństwo pieniędzy, bo żadnych pieniędzy i tak nie posiadają. Muza, gry za friko i bilety do kina to fajne dodatki do banku, który mimo wszystko powinien pozwalać w sposób wygodny zarządzać finansami (a tu dogodzić gustom wielu nie będzie łatwo i zbudowanie kolorowego, skaczącego i tętniącego interfejsu może nie każdemu odpowiadać) oraz bezpiecznie przeprowadzać operacje finansowe. A wystarczy, że tylko jedna z innowacji Synca będzie jedną wielką dziurą w bezpieczeństwie i bank odetnie sobie drogę do pozyskania jakichś 90% klientów, dla których bezpieczeństwo pieniędzy jest równie ważne, jak fajność banku.

      O czym myślę? Kiedyś aliorowcy wspominali o tym, że Sync będzie bankiem bez papierów, z doradcą będziemy rozmawiali za pośrednictwem wideokonferencji. A jeśli będzie trzeba potwierdzić tożsamość, to będzie się pokazywało dowód osobisty do kamerki w komputerze, albo przesyłało skan czy zdjęcie. Miałbym obawy, czy w takim trybie bank nie stanie się producentem fałszywych tożsamości, bo kopię dowodu osobistego przecież można doskonale sfałszować. Choć przecież Sync może, jak robi to choćby BGŻ Optima, dorzucić wymóg tzw. przelewów weryfikujących z innego banku, które wcześniej w tradycyjny sposób potwierdził tożsamość klienta. Tylko co wówczas mają zrobić nieubankowieni nastolatkowie, którzy żadnego konta w banku jeszcze nie mają?

      Teraz pojawia się wieść o tym, że nowy bank będzie wyposażony w możliwość synchronizacji informacji o domowych finansach klientów, nawet jeśli posiadają konta, karty, kredyty także w innych bankach. Jeśli zrobią to na wzór systemu Sofort, który nie niepokoi klientów za granicą, ale w Polsce ma już opinię urągającego podstawowym zasadom bezpieczeństwa, to z wizerunkiem Alior Sync - jako banku, który ma zapewniać bezpieczeństwo domowym finansom - będzie krucho. Nie wiadomo też wciąż jak będą rozwiązane słynne przelewy przez Facebooka i nawet jeśli będą opierały się na sprawdzonych już procedurach, wykorzystywanych przy przekazach pieniężnych, to już sam fakt udostępniania przez bank takich "kombinacji" dla wielu będzie podejrzany. Jaki będzie Synec - zobaczymy. Mam nadzieję, że jednak nie przefajnują. Choć być może chodzi im o to, by właśnie przefajnować i zainteresować zupełnie inną grupę klientów, niż ta, której schlebiają wszystkie istniejące banki, z klasycznym Alior Bankiem na czele? Kto wie co siedzi w głowie prezesa Sobieraja?

      O POMNAŻANIU OSZCZĘDNOŚCI W RADIOWEJ CZWÓRCE! Autor blogu "Subiektywnie o finansach" gościł we wtorek w radiowej "Czwórce". Audycji możecie posłuchać oraz ją obejrzeć tutaj. Było trochę o tym jak nie popłynąć w deficyt domowego budżetu, gdy idą trudniejsze czasy, jak zabrać się do gromadzenia kapitaliku na przyszłość i co zrobić żeby doradca finansowy pomógł, ale na tym nie zarobił (przyszywani doradcy finansowi: proszę nie słuchać, bo się tylko niepotrzebnie zestresujecie :-))   No i było też zaproszenie do przeczytania książki "Jak pomnażać oszczędności". To może być nie najgorszy prezent na Dzień Matki. Bo jak słucham tych wszystkich reklam: "Kup mamusi witaminki, pokażesz jak bardzo ją kochasz"... to już robi mi się niedobrze. Bleeeee...

      Samcik Radiowa Czwórka

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Alior Sync już łowi klientów i odkrywa pierwsze karty. Czy nie przefajnowali?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 25 maja 2012 09:03
  • środa, 23 maja 2012
    • Finroyal zdemaskowany: właścicielem człowiek podejrzany o oszustwa

      To może być ostateczny koniec kariery firmy Finroyal, rozbudowującego się z rozmachem pośrednika finansowego, oferującego możliwość lokowania pieniędzy na procent znacznie wyższy, niż w bankach. We wtorek wieczorem telewizja TVN wyemitowała reportaż śledczy, który nie pozostawia złudzeń, że firma, o której kilka razy pisałem w blogu i przed którą ostrzega Polaków m.in. Komisja Nadzoru Finansowego, nie mówi nam prawdy o sobie. Z materiału wynika, że właściciel Finroyal ma problemy z prawem, firma nie płaci w Wielkiej Brytanii podatków, a jej siedziba w Londynie... nie istnieje! A skoro Finroyal wprowadza w błąd swoich klientów, to czy może wiarygodnie gwarantować im wypłatę jakichkolwiek odsetek? Na to pytanie powinien odpowiedzieć sobie każdy z jej klientów. Czy można wierzyć bezgranicznie, że nie jest to jeszcze jedna piramida finansowa, która rozpadnie się z wielkim hukiem jak tylko przestaną płynąć do niej nowe pieniądze? Na to pytanie może próbować odpowiedzieć każdy z nas :-)

      Czytaj też: Amber Gold i produkty lokatopodobne, czyli zysk bez ryzyka

      Do tej pory Finroyal rósł jak na drożdżach, jej urobek szacuję na kilkadziesiąt albo i kilkaset milionów złotych zebranych od klientów wierzących, że jak kogoś stać na wielkie billboardy i reklamy w telewizji, to nie może oszukiwać. Ostatnio Finroyal szeroko reklamował swoje najnowsze dziecko: 12% na quasi lokacie, zwanej kontraktem lokacyjnym. Kilkakrotnie pisałem już w blogu o tym, że nie każdy pośrednik, który wykłada duże pieniądze na reklamę, powinien budzić zaufanie. Przestrzegałem, że takie firmy nie należą do systemu gwarantowania depozytów, którym cieszą się banki. Że to zwykłe prywatne pożyczki, a wyegzekwowanie pieniędzy zależy od dobrej woli pożyczkobiorcy. Kilka tygodni temu przyglądałem się siedzibie właściciela Finroyal, która mieści się w jakichś londyńskich barakach. A firma reklamuje się w Polsce jako... międzynarodowy koncern inwestycyjny.

      Finroyal TVN Uwaga

      To wszystko gołym okiem wyglądało na żenadę, ale Szymon Jadczak z "TVN Uwaga" pokazał ją czarno na białym. Przyznam, że również byłem na tropie, ale kolega z telewizji mnie uprzedził i sam wykonał egzekucję. Szymon dokopał się do dokumentów rejestrowych firmy FRL Capital, która jest właścicielem Finroyal oraz rozmawiał z tamtejszymi prawnikami. Co ustalił? Ano kilka ciekawych rzeczy. Przede wszystkim to, że za FRL Capital stoi Polak, niejaki Andrzej K. Jest on właścicielem  wszystkich akcji FRL Capital, wartych ponoć 800 milionów funtów. Prawnicy brytyjscy, z którymi rozmawiał reporter TVN mają wątpliwości, czy ten kapitał w ogóle został opłacony (bo w Wielkiej Brytanii wiarygodność takich cyferek weryfikuje się dopiero w przypadku sporu prawnego, a nie w momencie rejestracji firmy). Nie mają za to wątpliwości, że firma nie płaci podatków i nie podaje wyników finansowych, choć ma taki obowiązek. Ale to jeszcze nic.

      Czytaj też: Mizar-denstanding, czyli dają 16% rocznie i ostrzegają przed...

      Gorzej, że Andrzej K. nie tylko nie jest żadnym "międzynarodowym koncernem inwestycyjnym", ale nawet są wątpliwości co do jego zwyczajniej, ludzkiej uczciwości. Zanim zajął się kreowaniem potęgi Finroyal, był właścicielem firmy Finance Group Polska. „Spółka założona została z zamiarem wyłudzenia od klientów firmy opłat wstępnych w postaci zaliczek oraz wpłat z tytułu zawarcia umowy (…)” – napisał w akcie oskarżenia prokurator, który oskarżył Andrzeja K. i jego wspólników o oszustwa (dlatego zarówno TVN, jak i ja nie mogę podać jego nazwiska, choć mnie korci). "Poszkodowanych jest ponad tysiąc osób, na łączną kwotę ok. pół miliona złotych. Proces w tej sprawie powoli zmierza do końca" - powiada prokurator. I to już nie jest śmieszne. Pisałem już kiedyś, że pośrednikiem finansowym nie powinien zarządzać człowiek z wyrokiem, ale to  było w kontekście Amber Gold, innej firmy oferującej niby-lokaty. To samo dotyczy chyba kogoś, kto jest podejrzany o wyłudzanie pieniędzy od ludzi. A tu mamy właśnie taki przypadek.

      Finroyal TVN Uwaga

      Piraci z Karaibów: oferują konta i lokaty, a nadzór na... Grenadynach

      Trzecią rzeczą, która demaskuje firmę Finroyal, jest kwestia jego siedziby. Andrzej K. przyznał w rozmowie z reporterem TVN, że nawet ta rudera w Londynie, którą mogliście podziwiać na zdjęciach w jednym z moich wcześniejszych wpisów, nie jest już żadną siedzibą właściciela tej firmy, zaś pracownicy FRL Capital pracują "z domu". Mamy więc fikcję na fikcji: firmę, która nie jest ani tym, za kogo się podaje, nie ma siedziby tam, gdzie podaje, że ją ma, nie wykazała, że dysponuje kapitałem, którym się chwali wszem i wobec, nie płaci podatków... A w dodatku kieruje nią człowiek podejrzany o wyłudzanie pieniędzy. Serdecznie gratuluję klientom firmy Finroyal udziału w ruletce. Bardzo proszę o kontakt wszystkich, którzy mają lub mieli do czynienia z tą firmą. Dajcie znać czy wywiązuje się ze swoich zobowiązań. No i ciekaw jestem czy jakiś urząd państwowy pokusi się o sprawdzanie tego typu przedsiębiorstw, czy też wychodzimy z założenia, że jest wolny rynek, a jeśli ktoś jest na tyle naiwny (nie nie użyć mocniejszego słowa), że wierzy w procenty mnożące się jak norki, to jest to wyłącznie jego problem. Jak sądzicie, kto jest winien temu, że firmy tego typu panoszą się po rynku nie niepokojone przez nikogo? Być może w wyrobieniu sobie opinii o sprawie pomoże Wam oświadczenie Andrzeja K., który broni się, moim zdaniem niezbyt przekonująco. Ale w porządku: nikt mu przekrętu nie udowodnił, więc w świetle prawa jest czysty. Tylko niestety to nie wyjaśnia okłamywania klientów w sprawie siedziby firmy, niepłacenia podatków i jeszcze paru innych dziwnych rzeczy...

      O POMNAŻANIU OSZCZĘDNOŚCI W RADIOWEJ CZWÓRCE! Autor blogu "Subiektywnie o finansach" gościł we wtorek w radiowej "Czwórce". Audycji możecie posłuchać oraz ją obejrzeć tutaj. Było trochę o tym jak nie popłynąć w deficyt domowego budżetu, gdy idą trudniejsze czasy, jak zabrać się do gromadzenia kapitaliku na przyszłość i co zrobić żeby doradca finansowy pomógł, ale na tym nie zarobił (przyszywani doradcy finansowi: proszę nie słuchać, bo się tylko niepotrzebnie zestresujecie :-))   No i było też zaproszenie do przeczytania książki "Jak pomnażać oszczędności". To może być nie najgorszy prezent na Dzień Matki. Bo jak słucham tych wszystkich reklam: "Kup mamusi witaminki, pokażesz jak bardzo ją kochasz"... to już robi mi się niedobrze. Bleeeee...

      Samcik Radiowa Czwórka

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      SUBIEKTYWNOŚĆ BYWA ZABAWNA. Jeśli świat finansów można pokazywać dowcipnie i z humorem, to jednym z najlepszych na to przykładów jest cykl "Prześwietlamy reklamy", w którym autor blogu przyglądał się przez trzy sezony bankowym i ubezpieczeniowym reklamom. A że trzeba było w tym celu czasem trochę się powydurniać... Cóż, mam nadzieję, że mi to wybaczycie :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (49) Pokaż komentarze do wpisu „Finroyal zdemaskowany: właścicielem człowiek podejrzany o oszustwa”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 23 maja 2012 22:01
    • To był naprawdę tani bank. Ale teraz... rusza machina podwyżek prowizji!

      Nie tak dawno informowałem Was o tym, że austriacki Raiffeisen ma już zgodę polskiego nadzoru bankowego na przejęcie greckiego Polbanku. Na początku maja Austriacy poinformowali oficjalnie, że transakcja jest zamknięta, zaś Polbank przeszedł właśnie w ich ręce. Pisałem przy tej okazji o moich przewidywaniach dotyczących zmian w ofercie i w ogóle w podejściu nowego właściciela Polbanku do klientów. Pisałem, że choć nowy bank będzie się nazywał Raiffeisen Polbank, to prawdopodobnie więcej będzie miał z austriackiego zamiłowania do porządku i chęci obsługiwania klientów z nieco wyższej półki, niż z poczciwej polbankowej familiarności i spontaniczności. Dzieliłem się też z Wami obawą, że klienci Polbanku za jakiś czas będą musieli się pogodzić z wyższymi opłatami i prowizjami, bo Raiffeisen Polbank nie będzie miał potrzeby, by walczyć o klientów dumpingową ceną. Tak, narodziny nowego banku nie zawsze są tak miłe, jak na tej porodówce :-)

      I proszę. To ostatnie już zaczęło się ziszczać. Przyznam, że nie spodziewałem się aż tak szybko przejawów "optymalizacji kosztowej". Jak donoszą mi czytelnicy blogu, którzy są jednocześnie klientami Polbanku, do ich skrzynek pocztowych trafił właśnie list z zapowiedzią zmian w taryfie dotyczącej kart płatniczych. Zmiany wejdą w życie od 7 lipca 2012 r. i są kosmetyczne, ale ich kierunek - dokładnie taki, jaki nakreśliłem w niedawnym tekście. A oto kilka przykładów. Pierwszy dotyczy warunków pozwalających uniknąć opłaty rocznej za kartę. Wysokość opłaty i wartość kwotowa koniecznych do wykonania przez klienta transakcji się nie zmienia, ale... dwukrotnie rośnie liczba transakcji, które trzeba wykonać, by nie płacić za kartę. To bat na tych klientów, którzy do tej pory mieli kartę gratis raczej z powodu spełnienia warunku dotyczącego liczby transakcji, niż ich wartości. Sprawdźmy jak zmieni się sytuacja posiadacza Komfortowej Karty Kredytowej w Polbanku. Do tej pory, by nie płacić za nią, trzeba było w ciągu roku wykonać 36 transakcji o dowolnej łącznej wartości lub dowolną liczbę transakcji o łącznej wartości 10.800 zł. Teraz minimum dla osób, które nie "wykręcą" owych 10.800 zł wyniesie aż 72 transakcje. Analogicznie rosną wymogi dotyczące innych kart kredytowych.

      Ale to jeszcze pikuś. Karty dodatkowe wydane do rachunku karty głównej będą teraz kosztowały 30 zł (do tej pory było to od zera do 75 zł, ale przeciętnie jakieś 20 zł). Przekroczenie limitu kredytowego przez klienta, które Polbank do tej pory wyceniał na 5% wartości "przestępstwa", ale nie mniej, niż 39 zł, teraz adrożeje. Co prawda zostanie próg 5%, ale minimalna wartość opłaty rośnie do 49 zł.  Wypłata gotówki kartą kredytową - np. w bankomacie - do tej pory kosztowała 1,5%-3% wartości wypłaty (w zależności od wariantu karty), ale nie mniej niż 7 zł. Teraz będzie to 4% z tym samym progiem minimalnym 7 zł. Wypłata gotówki za granicą też drożeje z 3% do 4% z tym samym progiem kwotowym - minimum 10 zł za transakcję. Opłata za wydanie duplikatu karty rośnie dwukrotnie - z 15 do 30 zł.

      Czytaj też: Przerobili konto mocno zarabiające na mocno kantujące

      Ubezpieczenie podróżne, dołączane do kart kredytowych, które do tej pory było darmowe, teraz będzie też darmowe, ale... tylko dla posiadaczy Pakietu Assistance i Concierge (to ma być nowość w ofercie, do tej pory przy kartach był stosowany skromniejszy pakiet Assistance). Kłopot w tym, że ów wzbogacony Pakiet Concierge i Assistance kosztuje 6,5 zł miesięcznie. Opłata za tzw. serwis SMS, czyli potwierdzenie transakcji dostarczane na telefon komórkowy (bardzo dobre z punktu widzenia bezpieczeństwa posiadacza karty) wyniesie już nie 6,5 zł, ale 7,5 zł (pozostając za darmo przez pierwsze trzy miesiące korzystania z usługi, tak samo, jak w poprzedniej taryfie). A jak ktoś będzie miał życzenie pobrać z banku kopię wyciągu z rachunku karty za ostatnie trzy miesiące, to zapłaci nie 5 zł, jak dotychczas, a 10 zł. Tylko bez nerwów proszę. Coś na uspokojenie:

      Prawdopodobnie to nie wszystkie zmiany, a tylko te, które zauważyłem na pierwszy rzut oka. Dowodzą one prawdziwości mojej intuicyjnej diagnozy. Nowy Raiffeisen Polbank będzie bardziej podobny do Raiffeisena, niż do starego Polbanku, oferującego podstawową paletę usług - w kilku miejscach bardzo innowacyjną, by przypomnieć elastyczny kredyt hipoteczny) w niskiej cenie. W Raiffeisenie Polbanku będzie na bogato, ale za wszystko trzeba będzie płacić dodatkowo. Ciekawe ilu klientów-posiadaczy polbankowych kart kredytowych nie wytrzyma nerwowo i powie "pas"? W Raiffeisenie chyba obstawiają, że niewielu, bo aby rzucić kartę kredytową w twarz chciwemu bankierowi trzeba ją najpierw, ten tego, spłacić. A jak nie ma kasy, żeby spłacić dług, to zapłaci wyższą prowizją za to i owo. Zakładam zresztą, że to tylko pierwszy lifting, bo jeśli austriacka miotła przeleci po wszystkich produktach polbankowej części Raiffeiseno-Polbanku to pewnie wymiecie znacznie więcej zer z tabel opłat i prowizji... :-)

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „To był naprawdę tani bank. Ale teraz... rusza machina podwyżek prowizji! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 23 maja 2012 00:36
  • poniedziałek, 21 maja 2012
    • Prezes Jarosław Kaczyński i lokowanie produktu, czyli komu szkodzi system?

      Na głównej stronie portalu Gazeta.pl zobaczyłem dziś mrożący krew w żyłach nagłówek, którym okazał się być cytat z prezesa Prawa i Sprawiedliwości, Jarosława Kaczyńskiego: "Atakują SKOK-i., czyli polski, autentyczny kapitał. Przerwać to!".  Jak część z Was pewnie wie, jestem od wielu lat wnikliwym obserwatorem SKOK-ów i kibicem w walce o ich przywrócenie spółdzielcom. Natychmiast więc wsiadłem na wierzchowca, spuściłem przyłbicę i zacząłem się nerwowo rozglądać: komu trzeba spuścić łomot? I gdzie są ci źli ludzie, którzy niszczą polski, autentyczny kapitał? Ponieważ nikogo takiego nie znalazłem, w poszukiwaniu wskazówek wniknąłem w tekst źródłowy, czyli w wywiad, którego udzielił portalowi internetowemu Stefczyk.info prezes największej partii opozycyjnej.

      Cóż, wywiad z pewnością powinien być poprzedzony przypisem, że "zawiera lokowanie produktu". I to nie tylko dlatego, że zaraz obok niego na stronie Stefczyk.info lokuje się Artur Żmijewski z reklamą nowych SKOK-owych ubezpieczeń (to akurat nic nadzwyczajnego). Ważniejsze, że w samym wywiadzie następuje lokowanie ducha Grzegorza Biereckiego, szefa SKOK-ów, w zeszłym roku wybranego do Senatu z listy PiS właśnie. Warto, by czytelnicy wywiadu znali związki finansowe i polityczne łączące prezesa partii, która umieściła Grzegorza Biereckiego na liście wyborczej, z portalem informacyjnym, który drukuje wywiad z prezesem partii. Bo ów portal, tak się składa, jest związany z grupą kapitałową zarządzaną przez Grzegorza Biereckiego. To taki smaczek, ale ja nie o tym chciałem dziś pisać. 

      Stefczyk info - SKOK - Kaczyński

      Mój problem polega na tym, że po lekturze tego fragmentu wywiadu, który dotyczy SKOK-ów, dochodzę do wniosku, iż Panu Prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu musiało się coś pomylić, albo ktoś go wprowadził w błąd. Mówi bowiem Pan Prezes: "W Polsce powstał taki bardzo niedobry i szkodliwy społecznie system panowania, który kontroluje wszystkie większe - tak to nazwijmy - skarbonki. Ta pod nazwą SKOK jest całkiem spora i w zasadzie stanowi mający bardzo dobre perspektywy ruch społeczny. Tak się składa, że pozostaje poza systemem kontroli. Stąd polityczna decyzja żeby to zmienić. (...) Decydenci stawiają sobie pytanie - dlaczego ma być tak, że nie kontrolujemy wszystkiego? I atakują SKOK-i, czyli w istocie polski, autentyczny kapitał. (...) Należy to przerwać. Kiedy my dojdziemy do władzy zrobimy to. Także działanie rozmaitych zagranicznych instytucji finansowych i kredytowych, które dziś w sposób krzywdzący traktują Polaków, będzie po prostu niemożliwe".

      Panie Prezesie. Nie wiem czy dobrze Pana zrozumiałem, ale obawiam się, że ów "szkodliwy system panowania, który kontroluje wszystkie większe skarbonki" nazywa się nadzorem bankowym (lub szerzej: nadzorem finansowym). To, że instytucje finansowe (zwane przez Pana Prezesa pieszczotliwie "skarbonkami") są poddane nadzorowi państwowemu, nie jest wymysłem jakichś ciemnych sił, tylko cechą każdego mądrego i bezpiecznego państwa. W instytucjach finansowych są zgromadzone nasze oszczędności (w bankach depozyty, w firmach ubezpieczeniowych - składki, w funduszach inwestycyjnych - jednostki udziałowe itd.), dlatego instytucje, które prowadzą taką działalność, muszą posiadać specjalne licencje, dysponować wymaganym kapitałem, ich zarządy muszą zapewniać "bezpieczne i stabilne zarządzanie" daną instytucją. Tak jest w całym cywilizowanym świecie. Ostatnio specjalistą od nadzoru bankowego okazał się również Janusz Palikot, który z kolei chciałby poszerzyć jego uprawnienia, podobno zbyt wątłe :-). Rzecz skomentowali już eksperci dla Wyborczej.biz, więc nie będę powtarzał za nimi. Wróćmy do myśli Pana Prezesa Kaczyńskiego.

      Otóż dzięki temu, że w Polsce system kontroli finansowej działa dobrze, banki, firmy ubezpieczeniowe, fundusze inwestycyjne, giełda, biura maklerskie cieszą się dużym zaufaniem ludzi. To w Grecji i Hiszpanii ludzie masowo wycofują z banków oszczędności, nie w Polsce. To właśnie dlatego, że jest nadzór, który "kontroluje" i są "decydenci", którzy mówią zarządom banków np.: "kredytów walutowych nie udzielajcie, bo to ryzykowne". Albo: "ty wypłacisz dywidendę, a ty nie, bo masz za mało kapitału". Czy to jest "szkodliwy system panowania"? Moim zdaniem nie. Czy chciałby go Pan, Panie Prezesie, zlikwidować? Jeśli tak to proszę mnie uprzedzić, zawczasu zabiorę z banku moje pieniądze, zamienię na sztabkę złota i zakopię w ogródku. Aż mnie kusi, żeby zapytać co o tym myśli twarz reklamowa SKOK-ów Artur Żmijewski. Póki co bardzo sobie chwali obsługę w placówkach SKOK-ów. :-).

      SKOK-i, jak słusznie zauważa Pan Prezes, są poza systemem kontroli. "Decydenci stawiają sobie pytanie - dlaczego ma być tak, że nie kontrolujemy wszystkiego? I atakują SKOK-i, czyli w istocie polski, autentyczny kapitał" - mówi Jarosław Kaczyński. I tu również się z prezesem PiS nie mogę zgodzić. Wydaje mi się, że decydenci zadają sobie inne pytanie: czym Kasa Stefczyka różni się od, powiedzmy, Banku Polskiej Spółdzielczości?. Ta sama forma działalności (spółdzielcza), skala ogólnopolska, setki oddziałów i miliardy złotych powierzone przez klientów. Czy Pan Prezes byłby łaskaw znaleźć jakąś istotną różnicę między tymi dwoma podmiotami? Jeśli nie, to mam też drugie pytanie: czy dwie bardzo podobne instytucje zaufania publicznego, którym ufają miliony Polaków, powinny podlegać temu samemu systemowi gwarantowania depozytów i kontroli jakości działania? Sądzę, że Pan Prezes zgodzi się ze mną, że tak być powinno. Skąd więc ta niechęć do objęcia SKOK-ów tymi samymi zasadami, którym od lat podlegają wszystkie inne instytucje finansowe?

      Czytaj też: Brudna wojna obrońców SKOK-ów z Samcikiem. Przegrana.

      Domyślam się, że przy różnych okazjach Pan Prezes Grzegorz Bierecki opowiadał Panu Prezesowi Kaczyńskiemu o tym, że SKOK-i to nie żaden parabank, a szlachetna instytucja walcząca z wykluczeniem społecznym i finansowym, która z tego tytułu powinna cieszyć się specjalnymi względami. Niestety, tak nie jest. Niedawno opisywałem w blogu przypadek pokazujący, że SKOK potrafi "wydoić" człowieka jeszcze sprawniej, niż niejeden bank - i to do trzeciego pokolenia wstecz. I bywa, że SKOK - tak samo jak bank - nie lubi rozstawać się z pieniędzmi swoich członków. Odkąd SKOK-i - a stało się to w wyniku strategicznej decyzji Grzegorza Biereckiego - przestały być przyzakładowymi, przyparafialnymi, osiedlowymi kasami pożyczkowymi, znającymi z imienia i nazwiska każdego członka, straciły społeczną misję i zarazem legitymację do specjalnego traktowania. Bo - powtórzę pytanie - czy dostrzega ktoś istotną różnicę między Kasą Stefczyka, a Bankiem Polskiej Spółdzielczości?

      Chciałbym powiedzieć Panu Prezesowi Kaczyńskiemu jeszcze jedno. Otóż sprzeciwiając się objęciem SKOK-ów nadzorem państwowym działa Pan na niekorzyść ponad dwóch milionów członków SKOK-ów. Oszczędzający w SKOK-ach powinni uwielbiać każdego, kto walczy o ich poddanie pod nadzór bankowy. Bo tylko dzięki temu zwiększy się bezpieczeństwo pieniędzy zgromadzonych w systemie SKOK. Gwarancje depozytów oparte na wewnętrznym systemie ubezpieczeń zostaną zastąpione gwarancjami państwowymi, takimi jakimi cieszą się posiadacze lokat w bankach. Same SKOK-i też staną się bezpieczniejsze, bo jakość zarządzania będzie kontrolował już nie pan prezes Bierecki, tylko państwowy nadzór bankowy. Pewnie Pan Prezes Kaczyński będzie kręcił nosem, że ten nadzór to za bardzo uzależniony jest od rządu, bo to rząd wyłania większość członków Komisji Nadzoru Finansowego. Ale... czy to nie aby PiS tak swego czasu majstrował przy nadzorze nad  bankami, że został on wyłączony ze struktur niezależnego Narodowego Banku Polskiego? Tego argumentu wysuwać Panu, Panie Prezesie, nie wypada.

      Czytaj też: Lista naszych wątpliwości w sprawie SKOK-ów z lat 2004-2010

      Jedynym, który na całej operacji objęcia SKOK-ów nadzorem państwa na pewno straci, będzie... Grzegorz Bierecki, którego wpływy w systemie SKOK radykalnie zmaleją. Nie dziwię się więc, że szef SKOK-ów walczy jak lew o utrzymanie swojego imperium, buntując przeciwko reformom polityków, którzy być może mają wobec niego - możnego donatora - jakieś długi wdzięczności.  I pewnie licząc na to, że te żale dojdą do uszu Pana Prezydenta i parlamentarzystów. Tych ostatnich dlatego, że na rozpoczynającym się w środę 23 maja posiedzeniu Sejmu przewidziane jest sprawozdanie Komisji Finansów Publicznych w sprawie uchwały usuwającej niezgodności z konstytucją nowej ustawy o SKOK. Po przyjęciu uchwały przez Sejm i zatwierdzeniu jej przez Senat prezydent będzie miał otwartą drogę do podpisania ustawy, która jeszcze przed jesienią tego roku mogłaby wejść w życie. 

      Po wejściu ustawy w życie do gry wkroczą audytorzy, którzy będą musieli sporządzić "bilans otwarcia" systemu przed jego objęciem przez nadzór bankowy. Od wyników tego raportu zależy, czy SKOK-i będą mogły funkcjonować w dotychczasowej formie, czy będą musiały się zrestrukturyzować. Ciekawe jakie będą wnioski z tego badania i czy SKOK-i są w rzeczywiście tak kwitnącej sytuacji finansowej, jak zapewniają o tym szefowie Krajowej SKOK. Ot, spryciiula z Pana Prezesa Biereckiego, nie powiem. Zresztą pisałem już w blogu, że to nie tylko spryciula, ale i zdolniacha, bo umie pracować w czternastu miejscach na raz :-).

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Samcik blox

      SUBIEKTYWNOŚĆ CZARNO NA BIAŁYM. Wygląda na to, że idzie załamanie w kredytach hipotecznych Nawet Open Finance, który jeszcze do niedawna podstawiał wagony z gotówką każdemu, kto się napatoczył, w ostatnim kwartale zmniejszył skalę załatwianych kredytów o 25%. Banki w tym roku spodziewają się tylko symbolicznego wzrostu swoich portfeli kredytów, co oznacza, że smuta potrwa co najmniej do zimy. Co to oznacza dla tych z Was, którzy chcą wziąć kredyt hipoteczny?

      Banki nie będą dawały kredytów lekką ręką, bo skończyły się im pieniądze od bogatych wujków, albo raczej mamuś z Europy Zachodniej. Strasząca w bilansach banków dziura ponad 100 mld zł różnicy między zebranymi depozytami, a udzielonymi kredytami, skutecznie będzie bankowców odstraszała od podstawiania wagonów z pieniędzmi każdemu, kto się zgłosi. W cenie będą najlepsi, najbardziej wiarygodni klienci. Jeśli więc myślisz o kredycie hipotecznym, to zawczasu zaciśnij pasa i zgromadź przynajmniej 20% wkładu własnego. Z marszu staniesz się klientem kochanym i docenianym. Naprawdę!

      SUBIEKTYWNOŚĆ WE WTOREK W RADIOWEJ CZWÓRCE! Na stronach Polskiego Radia znalazłem taki oto komunikat: masz nadmiar gotówki i chcesz dodatkowo na niej zarobić? A może chcesz finansowo zabezpieczyć przyszłość swoich bliskich? Gościem w audycji "Pod Lupą"we wtorek 22 maja o godz.13.00 będzie znany bloger i autor książki "Jak pomnażać oszczędności". Zapraszam więc do posłuchania. I od razu przypomnę, że w lutym rozmawiałem - subiektywnie, rzecz jasna - o zaletach i wadach płatności bezgotówkowych w porannym programie Radiowej Trójki. Zapraszam Was do odsłuchania tej rozmowy i podzielenia się spostrzeżeniami. Czy gotówka powinna zniknąć z naszych portfeli?

      SUBIEKTYWNOŚĆ BYWA ZABAWNA. Jeśli świat finansów można pokazywać dowcipnie i z humorem, to jednym z najlepszych na to przykładów jest cykl "Prześwietlamy reklamy", w którym autor blogu przyglądał się przez trzy sezony bankowym i ubezpieczeniowym reklamom. A że trzeba było w tym celu czasem trochę się powydurniać... Cóż, mam nadzieję, że mi to wybaczycie :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Prezes Jarosław Kaczyński i lokowanie produktu, czyli komu szkodzi system?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 maja 2012 21:46

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line