Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 31 maja 2013
    • Będzie pierwsze konto bankowe dla małych dzieci? Te banki poważnie myślą o... bobo

      Założyć swojemu dziecku - w dowolnym wieku! - konto bankowe i pozwolić mu zarządzać przez internet jego oszczędnościami. To pomysł, który chodzi pewnie po głowie niejednemu rodzicowi dziecka. Oczywiście, po części można go w każdej chwili zrealizować, kupując oseskowi na Dzień Dziecka kartę przedpłaconą i zasilać jej konto co miesiąc jakimś drobnym kieszonkowym. Karta nie jest związana z żadnym ROR-em, więc jest relatywnie bezpieczna, a dziecko może pójść sobie do sklepu i kupić raz na jakiś czas większy prezent (to przewaga karty nad kieszonkowym w gotówce, które natychmiast jest przetwarzane na lizaki i czipsy w szkolnym sklepiku). Ale prawdziwy full-wypas do byłoby specjalne konto osobiste dziecka, na którym nie tylko pojawiałoby się kieszonkowe od rodziców, ale też różne opcje pomnażania tych pieniędzy. Czyli jakieś wirtualne skarbonki, bonusy za systematyczność, za dobre oceny itp. To wszystko oczywiście podane w przyjaznym, obrazkowym sosie, żeby od małego uczyć dzieciaka, że bankowość nie musi być nudna. A rodzic miałby możliwość wglądu na to konto i ewentualnej działalności "dywersyjnej", gdyby wsród skarbonek pojawił się jakiś złowrogi cel, np. "na zakup broni długiej".

      Don Kiszot i karta kredytowa, czyli nauki o oszczędzaniu na Dzień Dziecka

      Trzy banki są relatywnie najbliżej zabawowo-edukacyjnego podejścia do dziecięcych finansów. W PKO BP mają od jakiegoś czasu nową odsłonę Szkolnych Kas Oszczędności (SKO). Są tam indywidualne, internetowe konta uczniów w specjalnym, dziecięcym serwisie PKO BP. Wszystkie jego elementy mają charakter obrazkowych ikon (kilka wersji graficznych do wyboru), zaś wykonywanie poszczególnych komend sygnalizują odgłosy zwierząt, instrumentów muzycznych, bądź brzęczących monet. Przewodnikiem po koncie jest żyrafa, która podpowiada użytkownikowi co może zrobić w danym miejscu. Serwis jest ponoć tak przygotowany, by mógł z niego korzystać już sześciolatek.  Serwis pokazuje po każdym zalogowaniu ile pieniędzy jest na koncie, a przede wszystkim - ile z tego to wpłacone pieniądze, a ile odsetki. Dla kwot odpowiadających dwuletniemu kieszonkowemu jest preferencyjne oprocentowanie, Najciekawszą opcją internetowego SKO jest możliwość zakładania wirtualnych skarbonek i systematycznego oszczędzania. Każda skarbonka może mieć oddzielną ikonkę i nazwę, a jej docelową wartość określamy przemieszczając po ekranie suwak.

      Nowa odsłona SKO

      Można też określić do kiedy określona kwota ma być zebrana (co ciekawe - zamiast dat można wybrać bardziej przemawiające do dzieci określenia czasu: wakacje letnie, urodziny, Boże Narodzenie, czy Wielkanoc). System sam podpowie ile miesięcznie trzeba oszczędzać, by zebrać określoną kwotę. Rodzic może zaproponować dodatkowy plan motywacyjny, deklarując dołożenie określonej kwoty po tym, jak jego dziecko samodzielnie osiągnie określony poziom własnych oszczędności. Jest kalkulator (pokazuje ile zyskamy na oszczędzaniu określonych kwot do określonej daty) oraz plan oszczędzania (suwakami regulujemy ile procent każdej wpłaty ma wędrować do poszczególnych skarbonek). Dla najbardziej spontanicznych uczniów - losowanie do której skarbonki trafi określona wpłata. Jeśli rodzic ma konto w PKO BP, to może je zintegrować z dziecięcym SKO i widzieć jego saldo jako jeszcze jedno subkonto w serwisie. Bardzo porządna robota. Jest tylko jedno "ale": konta SKO nie można zakładać dziecku na własną rękę, swoich uczniów musi zgłosić do programu szkoła.

      Czytaj też: Dzieciaki mają w bankach lepiej, niż dorośli. Oto przykłady

      Wygląda na to, że tę słabość wkrótce PKO BP wyeliminuje. Co prawda bank jeszcze o tym oficjalnie nie poinformował, ale w najbliższym czasie wprowadzi do użytku PKO Konto Dziecka, które - jak wszystko wskazuje - będzie indywidualną odmianą SKO. Konto jest już uwzględnione w tabeli opłat i prowizji PKO BP, razem z PKO Kontem Rodzica, które będzie zakładane w pakiecie opiekunowi malucha. Ale szczegółów na jego temat na stronie internetowej brak, w banku też niechętnie mówią o projekcie, mówiąc coś o groźbie urwania części ciała osobom, które będą paplały o rzeczach, które są dopiero w pilotażu. Nie wiadomo więc jeszcze jak to cudo będzie działać, ale według nieoficjalnych informacji - i to już byłaby nie lada rewolwolucja - PKO Konto Dziecka będzie można założyć nawet oseskowi, który nie skończył jeszcze 13 lat! Tak samo, jak w SKO, mają być preferencyjne warunki oprocentowania niskich kwot - 4,5% dla wkładu poniżej 2500 zł, a dla pozostałych - 2% w skali roku. Z tabeli prowizji wynika, że prowadzenie konta i przelewy będą gratis, że do PKO Konta Dziecka nie będzie karty płatniczej i że trzeba będzie zapłacić 100 zł za zintegrowanie swojego "dorosłego" konta w PKO BP z nowym PKO Kontem Dziecka. Czekamy na więcej szczegółów.

      Kto chciałby porządnie zmotywować swojego oseska - niestety tylko w wieku powyżej 13 lat - do oszczędzania, ma też do wyboru ciekawy pomysł Toyota Banku. Pisałem już o tym kilkakrotnie: w ramach Konta Click ten japoński bank  proponuje ekstra-oprocentowanie pieniędzy każdemu uczniowi, który przyniesie dobre świadectwo ze szkoły. Za średnią od 4,75 do 4,99 Toyota Bank podwoi odsetki, a za wyższą - nawet je potroi. A jak uczeń dodatkowo weźmie kartę debetową do "swojego" konta i płaci nią w sklepach (dolny limit to 150 zł miesięcznie, więc dość sporo), to dostanie jeszcze e-bon prezentowy do Empiku i Smyka. Oczywiście zabawa jest tak skalibrowana, żeby bank nie poszedł z torbami (do wyjęcia są maksymalnie dwie stówy), ale mimo wszystko uważam, że to ciekawy pomysł, który powoduje u uczniów pewien rodzaj pozytywnego sprzężenia zwrotnego między dobrymi wynikami w nauce, a własnymi finansami. Może powiecie, że nie powinno się płacić dzieciom za to, co i tak należy do ich obowiązków, ale ja się z tym nie zgadzam. Niech dziecko od początku wie, że za dobrą robotę jest dobra wypłata, a za cienką można co najwyżej oberwać po uszach.

      Konto Click w Toyota Bank

      Ważne! Za 50 zł stwórz milionera, czyli najlepszy prezent na Dzień Dziecka

      Wśród banków, które trzymają rękę na pulsie biznesu i przyciągają do siebie młodzież, jest też BZ WBK. Był to jeden z pierwszych banków, który już dawno temu wprowadził do oferty specjalną kartę młodzieżową, ale teraz jego głównym atutem jest Karta Szkolna. To kawałek plastiku, który jest jednocześnie wejściówką do szkoły (karta - o zgrozo - może być zintegrowana z elektronicznym dziennikiem i sygnalizować rodzicowi, że uczeń nie dotarł na lekcje, gdyż udał się na wagary ;-)) i do szkolnej biblioteki, a dodatkowo jest przedpłaconą kartą płatniczą, na którą rodzice mogą przelewać dziecku kieszonkowe. A w niektórych miejscach Karta Szkolna BZ WBK jest dodatkowo spersonalizowaną, elektroniczną legitymacją szkolną oraz kartą miejską, na którą są "nabite" bilety autobusowe i ulgi na korzystanie z różnych atrakcji, typu kina, teatry i muzea. Niestety, tu problem jest ten sam, co w SKO, a więc projekt jest zarezerwowany dla szkół, nie można takiej karty założyć dziecku indywidualnie. Ale pomysł jest ciekawy i wart mszy. Kibicuję wszystkim liderom w walce o najmłodszych Polaków - PKO BP, Toyota Bankowi i BZ WBK - niech Wam się uda, bo nie ma co liczyć, że dzieci nauczą się liczyć w szkole.

      Niektórym bankom udało się aż za bardzo. Napisała do mnie mama jednego z posiadaczy konta IzzyKonta w mBanku. Mama się sfrustrowała, gdyż okazało się, że dla mBanku nie jest żadnym partnerem do rozmowy o 15-latku, któremu sama założyła IzzyKonto. Posłuchajcie: "Jestem matką 15-letniego chłopca, któremu zaraz po trzynastych urodzinach otworzyłam konto Izzy w mBanku. Wpływają tam pieniądze z tzw. kieszonkowego, syn ma kartę bankomatową, którą często dokonuje płatności, ułatwia to sprawę jemu i mi, a chłopak do tego uczy gospodarowania pieniążkami. Jestem w tym koncie pełnomocnikiem rodzajowym (czyli: jak się zaraz okaże, nikim), ale też - a może przede wszystkim - ustawowym przedstawicielem prawnym małoletniego. Ponieważ w kwietniu upływa termin ważności karty do konta, skontaktowałam się z mBankiem - za pośrednictwem infolinii - aby zastrzec, że nie chcę, aby kolejna karta syna była kartą zbliżeniową. Okazało się, że dla mBanku nie jestem partnerem do rozmowy. Powiedziano mi w banku, że po otrzymaniu nowej karty syn powinien do nich sam zadzwonić i prowadzić z nimi rozmowy na ten temat" - pisze mama 15-letniego klienta mBanku.

      Jak demokracja, to demokracja ;-). Wszyscy mamy równe prawa, więc dlaczego mamusia ma się wtrącać w to jaką kartę będzie miał jej syn? "Na nic się zdały moje tłumaczenia, że syn  jest niepełnoletni i w jego imieniu w świetle prawa ja podejmuję decyzje finansowe. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której bank prowadzi rozmowy z dzieckiem i traktuje go jako partnera do tych rozmów, pomijając całkowicie opiekuna prawnego!" - pisze czytelniczka, która chyba nie zauważyła, że czasy się zmieniają, dzieci uzyskały podmiotowość i dlaczego niby bank miał je olewać? "Podjęłam decyzję o natychmiastowym zamknięciu konta syna, bo jestem przerażona tym, że jakikolwiek pracownik banku może za moimi plecami prowadzić z moim małoletnim dzieckiem rozmowy i ustalenia odnośnie jego konta. Dorosły często gubi się w tym całym galimatiasie bankowym, a co dopiero dziecko" - pisze czytelniczka, która widać uważa, że 15-latek nie będzie umiał prawidłowo ocenić, czy jej pieniądze chce wydawać zbliżeniowo, czy w XIX-wiecznej technologii z wkładaniem karty do terminala ;-). Podobno moja czytelniczka usłyszała od pracownika banku, że "syn może jej cofnąć pełnomocnictwo rodzajowe" (a wtedy nie miałaby nawet wglądu w to, co się dzieje na koncie). Pracownik banku musiał być mocno wkurzony, skoro tak postraszył czytelniczkę ;-).

      Niestety, są też dzieciaki, które nie doceniają nic a nic starań bankowców i w skrytości ducha na nich bluzgają. Z cyklu "mój pamiętniku" chciałbym zacytować Wam fragment wyznań sfrustrowanej 13-latki, która chciała założyć sobie w banku konto. Okazało się, że banki nie dorosły do jej potrzeb. A jest to córka znajomego finansisty, więc odróżnia kredyt od lokaty ;-): "Miałam konto w SKO, teraz podobno mogę już mieć więcej. Tata powiedział, że jak skończę 13 lat, to będę mogła otworzyć konto w dowolnym banku, ale pod jednym warunkiem: że zanim złożymy nasze podpisy pod wnioskiem o otwarcie ROR-u, to przeczytam dokumenty i spróbuję mu opowiedzieć w co się pakuję. Nie znam się na bankach, oglądam trochę reklam, więc to one decydowały o moim wyborze banków. Wybrałam mBank, bo mi się podobała reklama- i to, że jak wydaję pieniądze, to dostaję premie - a także PKO BP - bo miałam już SKO - oraz bank Chucka Norrisa (nie wiem jak się nazywa, tata znajdzie), bo kto by nie lubił Chucka!" - czytam z wypiekami pamiętnik 13-latki. W sumie niezły wybór, sam bym lepiej nie wymyślił, choć bankowe reklamy oglądam tylko z służbowego obowiązku ;-).

      Niestety, moja rezolutna 13-latka potraktowała poważnie deal ze swoim tatą, finansistą pracującym w jednej z największej instytucji finansowej w kraju. I postanowiła przeczytać zasady korzystania ze swojego konta młodzieżowego, a co gorsza - postanowiła je również zrozumieć. I to już, proszę państwa, była masakra. "Zaczęłam od PKO BP - bardzo łatwo znalazłam zakładkę z kontami dla młodzieży, ucieszyłam się też, że są do wyboru różne wyglądy kart (słodka kicia dla mnie!). Ale regulamin mnie powalił - 10 stron, małe literki. Nie przebrnęłam przez spis treści nawet. I PKO BP odpadł. mBank - niskie oprocentowanie mnie trochę przeraziło (0,7% - więcej miałam w SKO). Przeszłam do opłat. Pojawiło się trudnie słowo IVR, które nie jest nigdzie wyjaśnione. Regulaminy znalazłam w zakladce "Pomoc i Informacja". Na początku regulamin wyglądał na łatwiejszy, ale jak zobaczyłam, że jest w nim 100 definicji, zaś dokument liczy 44 strony, to się poddałam. BZ WBK (tata powiedzial, że to bank Chucka) chyba nie ma dla mnie żadnej oferty. Znalazłam konto młodzieżowe ". I to by było na tyle. Zróbcie coś, do jasnej cholery, drodzy bankowcy, bo się nastolatki frustrują, jak patrzą w Wasze regulaminy ;-). A wszystkim oseskom, które wpadają poczytać ten blog życzę, żeby im się dobro mnożyło! 

      "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH" NA FACEBOOKU I TWITTERZE. Teksty, które czytacie w blogu to tylko część spostrzeżeń o finansach osobistych, które każdego dnia powstają pod marką "Subiektywnie o finansach". Na stronie blogu w Facebooku codziennie znajdziecie liczne ciekawostki i zapiski na marginesie blogonotek. Od niedawna blog ma także swoją stronę na Twitterze. Jeśli chcecie ze mną podyskutować, pokłócić się, bądź tylko delikatnie się nie zgodzić, to za pomocą Facebooka i Twittera będzie to zdecydowanie najłatwiejsze. Tych, którzy wolą kłócić się przez tradycyjny e-mail zapraszam na maciej.samcik (at) gazeta.pl

       Subiektywnie Facebook

      MASZ PROBLEM Z BANKIEM? ROZWIĄZANIA POSZUKAJ W BLOGU! Strona "Subiektywnie o finansach" jest jednym z najpopularniejszych w internecie miejsc spotkań ludzi zainteresowanych finansami osobistymi. Jeśli masz problem z bankiem, firmą ubezpieczeniową, albo inną instytucją finansową, to jest spora szansa, że była już o tym dyskusja w blogu. Sprawdź listę spraw, które udało nam się wspólnie załatwić, dowiedz się jak napisać reklamację do banku, przeczytaj jak inni czytelnicy skutecznie walczą o swoje prawa. I sprawdź jakie prowizje pobiera autor blogu za swoje usługi ;-)  

      SUBIEKTYWNOŚĆ O EMERYTURACH W "TERAZ SOLSKA". Autor blogu gościł w wieczornej audycji Radia TOK FM, prowadzonej przez dziennikarkę "Polityki", Joannę Solską. Było bardzo subiektywnie o tym jak zabrać się za oszczędzanie na emeryturę i jak nie dać się nabrać na jeden z tych "cudownych" pakietów, na których zarabia głównie ten, który nam je wciśnie. Zapraszam do posłuchania! 

      SUBIEKTYWNY "CZŁOWIEK 2.0". W magazynie Jana Stradowskiego "Człowiek 2.0" autor blogu rozmawiał z Michałem Nazarewiczem na temat Bitcoina i wirtualnych walut. Czy zawsze będą tylko nowinką i hobby dla nielicznych, czy też kiedyś mogą wyprzeć klasyczne waluty, też oparte przecież już "tylko" na zaufaniu. Zapraszam do posłuchania przy wieczornej herbatce!

      SUBIEKTYWNIE O INWESTOWANIU W "RADIOWEJ TRÓJCE". Autor blogu gościł w "Klubie Trójki", gdzie rozmawiał z red. Dariuszem Bugalskim oraz z słuchaczami na temat inwestowania. Wcześniej w "Klubie Trójki" subiektywnie było również w audycji o tym jak oszczędzać, nie rezygnując jednocześnie z życia pełną piersią oraz o tym jak edukować dzieciaki od najmłodszych lat, żeby potrafiły oszczędzać i inwestować pieniądze. Z kolei o sposobach na lokowanie oszczędności w czasach, gdy spada oprocentowanie lokat, autor blogu opowiadał w programie red. Wiktora Legowicza "Bardzo Ważny Projekt". W "Radiowej Trójce" autor blogu gościł też przy okazji dyskusji o tym czy karty płatnicze - przede wszystkim te zbliżeniowe, pozwalające płacić bardzo szybko nawet małe rachunki - wyprą z naszych portfeli gotówkę.   

      A jeśli już słuchacie o plastikowym pieniądzu, to przeczytajcie też blogowy tekst o tym jak płacimy, za co płacimy i jak często płacimy. Z raportu wynika, że pogłoski o śmierci gotówki są mocno przesadzone. Aż 93% płatności w małych sklepach osiedlowych przeprowadzamy w gotówce! Co trzeci Polak nie ma w ogóle żadnej karty, ani debetowej, ani kredytowej. Połowa z tych, którzy kartę mają (czyli kolejne 30%) nie używa jej, bo uważa, że to nie wygodne, a w ogóle to... kartom nie ufa. A zresztą... aż połowę naszych wszystkich płatności przeprowadzamy tam, gdzie w ogóle nie ma terminali.

      SUBIEKTYWNOŚĆ SPRAWDZA KTO MA RACJĘ. W środę subiektywność zagościła ponownie w Polsat News w programie "Kto ma rację". Tym razem w starciu z ekspertem Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych było o tym, czy należy ograniczyć ustawą oprocentowanie pożyczek firm takich jak Provident, Wonga, czy Kredito24. W jednym z wcześniejszych wydań programu na temat kontrowersji związanych z kartami zbliżeniowymi autor blogu dyskutował z Jakubem Grzechnikiem z banku PKO BP. W innym "Kto ma rację" subiektywność unosiła się nad tematem reklam produktów finansowych

      Samcik-Grzechnik kto ma rację?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Będzie pierwsze konto bankowe dla małych dzieci? Te banki poważnie myślą o... bobo”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 31 maja 2013 20:52
    • Obligacje Orlenu zamiast bankowej lokaty: hit sezonu, czy zawracanie głowy?

      W czasie, kiedy oprocentowanie depozytów bankowych rzadko przekracza 3% w skali roku, każda w miarę bezpieczna alternatywa jest niemal na wagę złota. O tym, że zbiorowe poszukiwanie takiej alternatywy już się zaczęło, świadczy choćby ogromny odpływ pieniędzy z banków, jaki NBP zanotował w swoich kwietniowych statystykach - aż 6,7 mld zł. Co prawda niska inflacja sprawia, że nawet 3% na depozycie daje przyzwoity realny dochód, ale dusza ciułacza nie znosi niskich cyferek i dlatego pieniądze z banków odpływają i odpływać będą. Częściowo do funduszy inwestycyjnych, do których miesięcznie dochodzi 1-2 mld zł świeżych złotówek (przy okazji: sprawdź czego nie powinieneś dać sobie wcisnąć). Niektórzy stawiają nawet hipotezę, że to zamożni ciułacze, kupujący mieszkania pod wynajem (dziś duuużo bardziej rentowny, niż depozyt bankowy) stoją za zaskakującym zatrzymaniem zjadu cen nieruchomości. I w ten krajobraz idealnie wpisuje się PKN Orlen, który od wtorku oferuje Polakom swoje obligacje o wartości 200 mln zł. Mówiąc wprost: to opcja, żeby pożyczyć pieniądze prywatnej firmie paliwowej, którą zna chyba każdy, zamiast bankowi lub ministrowi Rostowskiemu (kupując obligacje skarbowe).

      Czytaj też: Gdzie ulokować pieniądze, gdy w lokatach rzeźnia? Poradnik

      Pomysł jest dla dużych i dla małych (żeby się zapisać wystarczy już 100 zł w portfelu), a jedynym wymogiem jest konieczność założenia konta maklerskiego przy zapisie, a potem zablokowania pieniędzy na cztery lata, bo taki termin wykupu mają obligacje (aczkolwiek odsetki będą wypłacane co pół roku). Papiery będzie można sprzedać na giełdzie Catalyst, ale kurs i płynność są wielką zagadką, więc lepiej nastawić się na długoterminową inwestycję, z której kasę dostaniemy z powrotem dopiero za cztery lata. Ile zysku jest do wyjęcia? W odróżnieniu od lokaty bankowej, czy np. dwuletniej obligacji skarbowej, oprocentowanie nie jest stałe i gwarantowane. Będzie zależało od tego, jak będzie się zmieniała cena pieniądza na rynku finansowym, mierzona stawką WIBOR 6M. Zysk inwestora wyniesie tyle, ile wynosi WIBOR (czyli po ile pożyczają sobie pieniądze banki) plus 1,5% (w sensie: punktu procentowego). Oprocentowanie będzie przeliczane względem stawki WIBOR co pół roku. Wiadomo, że w pierwszym okresie wyniesie 4,2% w skali roku. Czy to dużo? Porównując to oprocentowanie z ofertą banków nie można narzekać.

      Oprocentowanie lokat - marzec 2013

      Najwyżej oprocentowana lokata bankowa na rok, uzależniona od stawki WIBOR 1M, daje dziś 4,25% (tyle płaci Getin Bank w ramach Lokaty Prezesa - WIBOR plus 1%). Ale generalnie trudno dziś trafić lokatę gwarantującą bez żadnych warunków (i nie bardzo krótką, np. miesięczną) więcej, niż 4%. Przejrzałem najlepsze propozycje: w BGŻ Optima jest 3,3%, w Volkswagen Banku - 3,7%, Santander płaci 3,1%. Średnia dla całego rynku 3,3%. Na tym tle 4,2% płacone przez PKN Orlen robi niezłe wrażenie. Zresztą również na tle obligacji skarbowych orlenowskie obligacje detaliczne wyróżniają się na plus - dwuletnie płacą według stałej stawki 3%, a czteroletnie (według stawki zmiennej) - 3,5%. W dodatku minister ostatnio "wykastrował" marże obligacji dziesięcioletnich... Wreszcie jeśli spojrzeć na duże emisje obligacji PKN Orlen, przeprowadzane niedawno dla instytucji finansowych, czyli "hurtowników", też nie widać krzywdy inwestorów indywidualnych. Wtedy Orlen płacił WIBOR 6M plus 1,6% marży, teraz w detalu płaci WIBOR plus 1,5%, choć często emisje detaliczne oferują mniejszą marżę, niż hurtowe.

      Czytaj też: Czerwona Torebka rozpala obietnicami. Gwarantowane 8%?

      Jeśli jednak porównać rentowność oferowaną przez orlenowskie papiery z innymi obligacjami korporacyjnymi, to szału nie ma. Ostatnio dostałem od Getin Noble Banku ofertę objęcia obligacji przy oprocentowaniu WIBOR 6M plus 3% marży, co daje dziś 5,79%. Brzmi lepiej, niż 4,2% z PKN Orlen, prawda? A czy Getin Noble Bank, piąty największy w Polsce, należący zresztą do najbogatszego Polaka, to firma dużo mniej wiarygodna, niż Orlen?

      Obligacje Getin Noble 579

      Oczywiście, można znaleźć w historii dużych emisji detalicznych te oprocentowane marniej, niż orlenowskie. Np. taka Giełda Papierów Wartościowych, emitując w zeszłym roku obligacje, dawała tylko WIBOR 6M plus 1,17%. Mimo wszystko jednak przeciętna marża obligacji notowanych na rynku Catalyst wynosi mniej więcej 6% ponad WIBOR, zaś dla dużych, wiarygodnych firm - 2-3%. PKN Orlen to najwięcej warta polska marka, oferuje relatywnie mało ryzykowne papiery, więc i  oprocentowanie jest niższe od innych obligacji korporacyjnych. Anti, Budostal-5, Fojud, Religa Development, Gant, Miraculum, Widok Energia, Ideon, czy Timberone - to przykłady firm, które ostatnio nie wykupują swoich obligacji, często sprzedawanych z oprocentowaniem zbliżonym do 10% rocznie. W pułapkę "lewych" korpo-obligacji wpadały nawet renomowane fundusze inwestycyjne... Nawet tak duża firma jak Redan musiała zaproponować wierzycielom nowy harmonogram spłaty. Nie mówiąc już o artystach, którzy płacili nawet ponad 12%... i już nie płacą.

      Czytaj też: Bolesna lekcja z korpo-obligacjami. Pół roku zysków wyparowało...

      Ale większość z wymienionych firm traktowała sprzedaż obligacji korporacyjnych jako ostatnią deskę ratunku. Kiedy żaden bank nie chciał udzielić im finansowania i żadna instytucja finansowa nie była gotowa kupić emitowanych obligacji, spółki szły na rynek detaliczny, oferując bardzo dobry procent. Orlen to nie ten przypadek - firma ma możliwości pozyskiwania kapitału w najróżniejszy sposób, a sprzedaż obligacji inwestorom indywidualnym to po prostu sposób na zróżnicowanie źródeł finansowania, żeby "nie wisieć" tylko na inwestorach finansowych. Oczywiście, mimo tego obligacje PKN Orlen wciąż nie są lokatą bankową. Firma jest duża, stabilna, ma 1700 stacji w całym kraju, w zeszłym roku pokazała 2,2 mld zł zysku netto. Najnowsza emisja ma też wysoki rating wiarygodności od agencji Fitch: BBB+. Ale te papiery nie mają gwarancji rządowych, jak depozyty oraz obligacje skarbowe (wiem, powiecie, że greckie obligacje też miały gwarancje rządowe...). Orlen do 2016 r. musi zdobyć pieniądze na spłatę 3 mld zł bankowych kredytów. Dług netto firmy sięga prawie 5,8 mld zł. Z powodu konieczności pozyskiwania pieniędzy Orlen jakiś czas temu pozbył się za 3,7 mld zł udziałów w Polkomtelu. Trzeba jednak docenić, że firma w ciągu pięciu lat zmniejszyła zadłużenie o połowę, a ratingi jej wiarygodności idą w górę. Więcej o kondycji Orlenu znajdziecie w portalu CorporateBonds.pl. I w reklamach ;-) 

      Sądzę, że sprzedaż orlenowskich obligacji będzie sukcesem. Byłaby jeszcze większym, gdyby można je było kupić przy okazji tankowania. Albo gdyby za odpowiednią liczbę zatankowanych litrów można było uzyskać wyższe oprocentowanie. Niestety, cena będzie ta sama dla wszystkich, a papiery da się kupić tylko w wybranych biurach maklerskich. Jednak firma jest tak rozpoznawalna i ma tak dużo klientów, że promocja na stacjach benzynowych, udział gwiazd w reklamach - obligacje reklamuje m.in. Adam Małysz, na plakatach mamy kojący slogan "Spójrz w bezpieczną przyszłość" - a także sytuacja na rynku bankowych depozytów nagonią firmie klientów. A papiery za 200 mln zł powinny się rozejść bez większego bólu. [UPDATE: w piątek Orlen podał, że już pozamiatane: sprzedali wszystkie papiery w dwa dni ;-)]. Biorąc pod uwagę, że miesięczna sprzedaż obligacji skarbowych wynosi 60-80 mln zł, byłby to ogromny sukces i darmowa kampania reklamowa dla obligacji korporacyjnych. W ślady Orlenu mogę wtedy pójść inne korporacje, które dziś finansują się głównie kredytami bankowymi i obligacjami hurtowymi. Dziś wartość naszych depozytów w bankach - ponad 500 mld zł - jest drastycznie większa, niż wartość pieniędzy ulokowanych w obligacjach (10 mld zł), czy w funduszach inwestycyjnych (80-90 mld zł jeśli mówimy o pieniądzach detalicznych). I chyba czas w tej strukturze zamieszać, choćby po to, żeby banki musiały wrócić do konkurencji o nasze pieniądze.

      Czytaj też: 42% zysku z obligacji rządowych w trzy lata. Cud czy fata...?

      Gdybym miał szukać czynników ryzyka i słabości oferty obligacji Orlenu, to - poza dość teoretyczną z dzisiejszego punktu widzenia możliwością, że firma nie wykupi papierów oraz faktem, że w tym samym czasie można kupić np. obligacje Getinu dające dużo lepszy kupon - wziąłbym pod uwagę to, że nie wiadomo jak za cztery lata będzie wyglądała sytuacja na rynku bankowych depozytów. W ostatnich latach średnie oprocentowanie depozytów było zwykle wyższe, niż stawka WIBOR (więcej na jej temat tutaj). Jeśli np. za dwa lata na depozycie w banku będzie można dostać powiedzmy 2% (w sensie: punkty procentowe) więcej, niż wynosi WIBOR, to trzymanie pieniędzy w obligacjach Orlenu nie będzie najbardziej opłacalnym pomysłem. Pytanie do wróżki jest więc takie: czy w przyszłości oprocentowanie lokat może być wyższe od WIBOR-u o więcej, niż 1,5%, czyli od poziomu zyskowności gwarantowanego przez obligacje Orlenu?  Dziś WIBOR 6M wynosi 2,66%, zaś średnie oprocentowanie depozytów to 3,2%. Różnica wynosi jedynie 0,5%, a więc ów "spread" przemawia za obligacjami Orlenu. W przeszłości bywał on większy, ale nigdy nie przekraczał 1,5%. To oznacza, że stawka WIBOR 6M plus 1,5% z reguły powinna przebijać średnie oprocentowanie depozytu - nie tylko dziś, ale i za rok, dwa lub trzy. Zerknijcie na to minizestawienie:

        data      lokata   WIBOR   spread
      XII 2009    5,1%    4,4%       0,7 p.p.
      XII.2010    4,9%    4,15%     0,75 p.p.
      XII.2011    5,2%    5,0%       0,2 p.p.
      XII.2012    5,1%    4,06%     1,05 p.p.
      IV.2013    3,5%    2,99%      0,5 p.p.

      Tyle, że zwykle najlepszy bank daje na lokacie mniej więcej o 1% (w sensie: punkt procentowy) większe oprocentowanie, niż średnia rynkowa. Im wyższe stopy procentowe w gospodarce, tym większa jest różnica między najwyżej oprocentowaną lokatą, a średnią rynkową. Jeśli więc stopy procentowe za dwa lata pójdą w górę, to może się zdarzyć, że najlepsze lokaty będą dawały grubo ponad 1% większe oprocentowanie, niż średnia, która - jak widać w powyższej tabelce - i tak jest wyższa, niż WIBOR 6M. I dość łatwo jestem sobie w stanie wyobrazić sytuację, w której dobra lokata w banku daje dużo więcej, niż WIBOR plus 1,5%. I to jest właśnie największe ryzyko z punktu widzenia tej czteroletniej inwestycji. Oczywiście, obligacje można sprzedać w każdej chwili na giełdzie Catalyst, ale rynek nie jest głupi i jeśli "sprzedawane odsetki" będą słabe na tle bieżących stóp procentowych, to obligacje będziemy musieli oddawać za półdarmo. 

      Czytaj też: Historia pokazuje, że obligacje przebiją zyski z lokat bankowych

      Pierwszą emisję obligacji Orlenu można kupić do 14 czerwca. Cena pierwszego dnia wynosiła 100 zł za obligację, ale każdego dnia rośnie o jeden grosz (14 czerwca wyniesie 100,2 zł). Minimalna wartość zakupu to jedna obligacja, maksymalnego limitu nie ma. Więcej na ten temat pisali moi koledzy w Wyborczej.biz. Aby kupić obligacje Orlenu trzeba przyjść do jednego z trzech biur maklerskich: PKO BP, Banku Pekao lub Xeliona. Jeśli ktoś nie ma w żadnym z tych biur rachunku maklerskiego, to musi go otworzyć, ale z tego, co wiem, w ramach promocji maklerzy przynajmniej do końca roku nie pobiorą opłat. Za sam zakup obligacji też nie będzie prowizji. Odsetki będą wypłacane każdego 28 maja i każdego 28 listopada, czyli co pół roku, bezpośrednio na rachunek maklerski. Obligacje będą notowane na rynku Catalyst, ale ich cena na giełdzie jest wielką zagadką i może mieć się bardzo różnie w stosunku do wartości nominalnej powiększonej o odsetki naliczone do danej chwili. Po czterech latach Orlen wypłaci ostatnie odsetki i odda nasze 100 zł za każdą obligację. Oczywiście, nie jest to ostatnia szansa, by pożyczyć pieniądze Orlenowi. Ale jeśli ta oferta się powiedzie (a szanse, jak uzasadniłem powyżej, są na to spore), to następne oferty mogą mieć już niższą marżę ponad WIBOR 6M.  I co Wy na to? Wchodzimy czy wychodzimy? ;-). Ale nawet jeśli jesteście spragnieni, to unikajcie kupowania obligacji na głodzie, jak on ;-)

      "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH" NA FACEBOOKU I TWITTERZE. Teksty, które czytacie w blogu to tylko część spostrzeżeń o finansach osobistych, które każdego dnia powstają pod marką "Subiektywnie o finansach". Na stronie blogu w Facebooku codziennie znajdziecie liczne ciekawostki i zapiski na marginesie blogonotek. Od niedawna blog ma także swoją stronę na Twitterze. Jeśli chcecie ze mną podyskutować, pokłócić się, bądź tylko delikatnie się nie zgodzić, to za pomocą Facebooka i Twittera będzie to zdecydowanie najłatwiejsze. Tych, którzy wolą kłócić się przez tradycyjny e-mail zapraszam na maciej.samcik (at) gazeta.pl

       Subiektywnie Facebook

      MASZ PROBLEM Z BANKIEM? ROZWIĄZANIA POSZUKAJ W BLOGU! Strona "Subiektywnie o finansach" jest jednym z najpopularniejszych w internecie miejsc spotkań ludzi zainteresowanych finansami osobistymi. Jeśli masz problem z bankiem, firmą ubezpieczeniową, albo inną instytucją finansową, to jest spora szansa, że była już o tym dyskusja w blogu. Sprawdź listę spraw, które udało nam się wspólnie załatwić, dowiedz się jak napisać reklamację do banku, przeczytaj jak inni czytelnicy skutecznie walczą o swoje prawa. I sprawdź jakie prowizje pobiera autor blogu za swoje usługi ;-)  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Obligacje Orlenu zamiast bankowej lokaty: hit sezonu, czy zawracanie głowy? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 31 maja 2013 12:17
  • czwartek, 30 maja 2013
    • Nowa era w mBanku! Po raz pierwszy w historii będzie miał ofertę dla... zamożnych

      No i mamy zapowiadany już od ubiegłego roku początek końca Multibanku. Jeszcze nie oficjalny, ale skoro mBank wprowadza nowy pakiet usług dla prestiżowych klientów, w dodatku będący dość wierną kopią tego, co było do tej pory w Multibanku... to musi coś znaczyć. Mówiąc wprost: trzeba się przygotowywać do pogrzebu. Jedni pożegnają Multibank bez większego żalu (archaiczny system transakcyjny, nieprzesadnie atrakcyjna oferta depozytów, brak ciekawego programu lojalnościowego, nie licząc Miles&More, totalne...), a inni z łezką w oku - bo w 2001 r., czyli w chwili powstania, był to bodaj pierwszy internetowy bank z porządnymi funkcjonalnościami, przeznaczony dla nieco bardziej wymagającego klienta, niż ten mBankowy.  Formalnie wprowadzenie nowej oferty dla prestiżowych klientów w mBanku nie oznacza konieczności przenoszenia się klientów Multibanku, ale zakładam, że w niedalekiej przyszłości to przeniesienie nastąpi. Zapewne właśnie dla zmniejszenia "szoku" tych przenoszonych oferta premium mBanku jest tak wiernym odzwierciedleniem tej obecnej w Multibanku.

      Prestiżowa oferta mBanku debiutuje dopiero od początku czerwca, nie znamy więc jeszcze zbyt wielu szczegółów (na stronie mBanku nie znalazłem tabeli opłat i prowizji dla nowych pakietów). O ile dziś w mBanku wszystko opiera się na formalnie darmowym eKoncie (występującym w kilku wariantach, z opłatą za kartę 4 zł miesięcznie, ale łatwą do zniesienia), do którego można sobie przyłączyć jedną z kilku kart płatniczych, o tyle od czerwca do użytku wejdą aż trzy nowe ROR-y. Pierwszy to mKonto Multi, który ma kosztować 5 zł miesięcznie (jak ktoś nie przeleje na nie 2000 zł miesięcznie - to aż 9 zł miesięcznie). Bank nie chwali się darmową kartą płatniczą do tego konta, więc nie można wykluczyć, że za nią trzeba będzie zapłacić kilka złotych dodatkowo. Co w zamian? Darmowe bankomaty w całej Polsce, przelewy internetowe za zero i - to plus w porównaniu z eKontem - możliwość wpłat i wypłat gotówki w oddziałach bez prowizji. Taka kombinacja nie powala na kolana, choć podobno mają być jakieś rabaty na inne transakcje wykonywane w placówkach. Czyli będzie to takie konto dla klienta stojącego w rozkroku: potrzebującego od czasu do czasu placówki i gotowego zapłacić za to minimum 5 zł. Sądzę, że wielu takich klientów będzie jednak wolało "stare" eKonto bez konieczności płacenia 5 zł.

      Ale idźmy dalej: druga nowinka mBanku to konto mKonto Aquarius, które kosztuje standardowo 19,5 zł miesięcznie, ale jest gratis przy wpływach 5000 zł (albo jeśli trzymamy w banku aktywa w wysokości najmarniej 100.000 zł) staje się darmowe. Jest to bardzo zbliżony pakiet do MultiKonta Aquarius. Poza mBankowym standardem, czyli przelewami internetowymi za free i darmowymi bankomatami w kraju klient dostaje w mKoncie Aquarius także gratisowe bankomaty na świecie, możliwość wpłacania i wypłacania gotówki w oddziale bez prowizji oraz dostęp do VIP-owskiej obsługi w pokoikach Aquarius. Poza tym nieco tańsze debety i nieco lepiej oprocentowane lokaty, niż te oferowane szaremu zjadaczowi ziemniaków. No i karta do tego konta - debetówka MasterCard Aquarius lub Visa Aquarius - będzie za zero. W Multibanku odpowiednik mKonta Aquarius wiąże się z 3-złotową opłatą za kartę, z której w dodatku (to obciach) nie da się nijak ominąć, więc mBank w prestiżowej ofercie poszedł o krok dalej, niż Multibank.

      No i na koniec mam mKonto Aquarius Intensive, czyli coś dla wymagających. Miesięczna opłata 49,5 zł, ale zniesiona przy wpływach 10.000 zł miesięcznie lub aktywach 200.000 zł (w Multibanku jego odpowiednik jest za free przy wpływach rzędu 11.000 zł). Co w cenie? Poza tym wszystkim co we wcześniejszych wersjach mBank dorzuci jedno z ubezpieczeń, za które klienci eKonta muszą dodatkowo płacić, dorzuci też serwis concierge, automatycznego "asystenta" inwestycyjnego, indywidualnego doradcę call center, do którego będzie można w każdej chwili zadzwonić, lepszą infolinię i generalnie darmową obsługę w oddziałach oraz przez telefon (darmową kompleksowo i we wszystkich kanałach dostępu, a nie tylko wpłaty i wypłaty w placówkach!). No i tu na pewno nie płaci się też za karty do konta. W obu pakietach deluxe jest też program mOkazje, czyli nowoczesny program rabatowy, wykorzystujący potencjał analizy danych o klientach (Big Data), który z tego powodu jednych klientów będzie drażnił, a dla drugich może się stać główną zaletą mBanku. Bo Polak jest w stanie stanąć na uszach, żeby dostać 10% zniżki.

      mBank mOkazje Facebook screen

      mBank skopiuje więc z Multibanku bardzo sensowną, darmową przy wymaganiach znacznie niższych, niż np. CitiGold,  bankowość dla osób z wpływami na konto w wysokości dwóch-trzech średnich krajowych i więcej. To segment klientów, o który będą w najbliższym czasie walczyć wszystkie banki: z jednej strony taki klient ma większe potrzeby finansowe (a więc bardziej można go uproduktowić), a z drugiej strony jest bardziej transakcyjny (nie płaci kartą pięć razy w miesiącu, tylko trzydzieści). Ma też przeważnie jakieś oszczędności do zainwestowania, a na pośrednictwie przy inwestycjach banki będą zarabiały teraz najwięcej. No i jeszcze - jako wisienka na torcie - będzie w mBanku deluxe coś, czego w Multibanku nie ma: karta kredytowa World Elite MasterCard. Aby jej obsługa nie kosztowała fortuny (900 zł rocznie) trzeba nią miesięcznie wydać jakieś 8000 zł. W zamian mBank oferuje 5% money-backu na zakup biletów lotniczych, kartę Priority Pass, czyli wstęp do saloników VIP-owskich na lotnisku, concierge, assistance, wypasione ubezpieczenie podróżne. To wszystko przygrywka przed startem Nowego mBanku, który ma nastąpić już w przyszłym tygodniu. A więc ultranowoczesna bankowość dla masowego klienta plus oferta dla bardziej wymagających - to podstawowe założenia ofensywy mBanku, trzeciego największego banku w Polsce (2,2 mln ROR-ów)

      Wprowadzenie przez mBank trzech nowych kont i kilku kart (w tym jednej - jak widać - bardzo ą, ę) to zapewne przygrywka do dwóch ruchów: po pierwsze przeflancowania do mBanku obecnych klientów Multibanku (większość pewnie trafi do mKonta Multi, a tych lepszych przesunie się do mKonta Aquarius lub jego odmiany Intensive). Po druge zaś - nie mniej ważne - idzie o wyhaczenie spośród obecnych posiadaczy eKonta w mBanku ludzi o ponadprzeciętnym potencjale, czyli tzw. affluentów. Do tej pory mBank ich programowo olewał, bo skupiał się na byciu bankiem low-costowym. I nie miał w ofercie nic poza taniochą o dość przeciętnej jakości obsługi  - bo masowej i zdalnej. W komunikacie BRE przeczytałem, że ok. 10% z obecnych klientów mBanku to ludzie z dochodami miesięcznymi rzędu 5000 zł lub większymi. Nie jestem w stanie ogarnąć umysłem jak to możliwe, że osoby o dochodach rzędu dwie średnie krajowe - a więc przedmiot pożądania każdego bankowca w tym kraju - w tak dużej liczbie zasilają masowy mBank, który nie jest w stanie ich rozpieszczać (no, chyba że oszczędności trzymają gdzieś indziej), ale... nie ma lepszego sposobu na sprawdzenie tego, niż wprowadzenie dla nich oferty deluxe. 

      "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH" NA FACEBOOKU I TWITTERZE. Teksty, które czytacie w blogu to tylko część spostrzeżeń o finansach osobistych, które każdego dnia powstają pod marką "Subiektywnie o finansach". Na stronie blogu w Facebooku codziennie znajdziecie liczne ciekawostki i zapiski na marginesie blogonotek. Od niedawna blog ma także swoją stronę na Twitterze. Jeśli chcecie ze mną podyskutować, pokłócić się, bądź tylko delikatnie się nie zgodzić, to za pomocą Facebooka i Twittera będzie to zdecydowanie najłatwiejsze. Tych, którzy wolą kłócić się przez tradycyjny e-mail zapraszam na maciej.samcik (at) gazeta.pl

       Subiektywnie Facebook

      MASZ PROBLEM Z BANKIEM? ROZWIĄZANIA POSZUKAJ W BLOGU! Strona "Subiektywnie o finansach" jest jednym z najpopularniejszych w internecie miejsc spotkań ludzi zainteresowanych finansami osobistymi. Jeśli masz problem z bankiem, firmą ubezpieczeniową, albo inną instytucją finansową, to jest spora szansa, że była już o tym dyskusja w blogu. Sprawdź listę spraw, które udało nam się wspólnie załatwić, dowiedz się jak napisać reklamację do banku, przeczytaj jak inni czytelnicy skutecznie walczą o swoje prawa. I sprawdź jakie prowizje pobiera autor blogu za swoje usługi ;-)  

      SUBIEKTYWNOŚĆ O EMERYTURACH W "TERAZ SOLSKA". Autor blogu gościł w wieczornej audycji Radia TOK FM, prowadzonej przez dziennikarkę "Polityki", Joannę Solską. Było bardzo subiektywnie o tym jak zabrać się za oszczędzanie na emeryturę i jak nie dać się nabrać na jeden z tych "cudownych" pakietów, na których zarabia głównie ten, który nam je wciśnie. Zapraszam do posłuchania! 

      SUBIEKTYWNY "CZŁOWIEK 2.0". W magazynie Jana Stradowskiego "Człowiek 2.0" autor blogu rozmawiał z Michałem Nazarewiczem na temat Bitcoina i wirtualnych walut. Czy zawsze będą tylko nowinką i hobby dla nielicznych, czy też kiedyś mogą wyprzeć klasyczne waluty, też oparte przecież już "tylko" na zaufaniu. Zapraszam do posłuchania przy wieczornej herbatce!

      SUBIEKTYWNIE O INWESTOWANIU W "RADIOWEJ TRÓJCE". Autor blogu gościł w "Klubie Trójki", gdzie rozmawiał z red. Dariuszem Bugalskim oraz z słuchaczami na temat inwestowania. Wcześniej w "Klubie Trójki" subiektywnie było również w audycji o tym jak oszczędzać, nie rezygnując jednocześnie z życia pełną piersią oraz o tym jak edukować dzieciaki od najmłodszych lat, żeby potrafiły oszczędzać i inwestować pieniądze. Z kolei o sposobach na lokowanie oszczędności w czasach, gdy spada oprocentowanie lokat, autor blogu opowiadał w programie red. Wiktora Legowicza "Bardzo Ważny Projekt". W "Radiowej Trójce" autor blogu gościł też przy okazji dyskusji o tym czy karty płatnicze - przede wszystkim te zbliżeniowe, pozwalające płacić bardzo szybko nawet małe rachunki - wyprą z naszych portfeli gotówkę.   

      A jeśli już słuchacie o plastikowym pieniądzu, to przeczytajcie też blogowy tekst o tym jak płacimy, za co płacimy i jak często płacimy. Z raportu wynika, że pogłoski o śmierci gotówki są mocno przesadzone. Aż 93% płatności w małych sklepach osiedlowych przeprowadzamy w gotówce! Co trzeci Polak nie ma w ogóle żadnej karty, ani debetowej, ani kredytowej. Połowa z tych, którzy kartę mają (czyli kolejne 30%) nie używa jej, bo uważa, że to nie wygodne, a w ogóle to... kartom nie ufa. A zresztą... aż połowę naszych wszystkich płatności przeprowadzamy tam, gdzie w ogóle nie ma terminali.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (23) Pokaż komentarze do wpisu „Nowa era w mBanku! Po raz pierwszy w historii będzie miał ofertę dla... zamożnych”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 maja 2013 10:52
  • środa, 29 maja 2013
    • Katastrofa w kredytach hipotecznych! Tylko dlaczego ceny mieszkań nie spadają?

      Przyznam szczerze, że mocno zmroziły mnie ostatnie raporty dotyczące sytuacji na rynku nieruchomości i kredytów hipotecznych w pierwszym kwartale 2013 r. O ile w cenach nieruchomości widać początek stabilizacji (w Warszawie, która jest największym rynkiem lokalnym w kraju, a więc i swego rodzaju benchmarkiem, średnia cena transakcyjna już nie spada i wyniosła niecałe 7200 zł ze metr), o tyle w kredytach hipotecznych trwa rzeź, której końca nie widać. Z opublikowanych we wtorek danych Amron-Sarfin wynika, że banki zawarły w pierwszym kwartale 41.599 umów kredytowych o wartości 8,01 mld zł. To oznacza, że kredytów zaciągamy aż o jedną piątą mniej, niż przed rokiem o tej samej porze i aż o jedną trzecią mniej, niż w szczycie nieruchomościowego boomu (w latach 2007-2008 kwartalnie banki "produkowały" po 60.000 kredytów kwartalnie). Fatalnie wygląda też porównanie z końcówką 2012 r., kiedy banki raportowały jeszcze względnie wysoką liczbę zawartych kredytów - 47.000. Teraz to już niestety marzenie ściętej głowy.

      Amron 01.2013Dramatyczny spadek liczby kredytów hipotecznych świadczy o złym stanie nastrojów konsumentów, którzy nie chcą iść do banku po kredyt, obawiając się o swoje miejsce pracy i stabilność dochodów. Ten brak optymizmu zapewne przekłada się też na wydatki w sklepach (choć słyszałem też, że ostatnio "ruszyło się" w sprzedaży np. samochodów), a zatem popycha naszą gospodarkę w stronę recesji. Potencjalnych kupujących mieszkania nie zachęcają ani obniżki marż przez banki - średnia marża kredytu złotowego wyniosła na początku 2013 r. 1,36%, gdy latem zeszłego roku wynosiła 1,6% - ani spadek oprocentowania kredytów (wskutek redukcji wskaźnika WIBOR po obniżkach stóp banku centralnego). Średnie oprocentowanie kredytu hipotecznego w złotych to dziś 4,37%, gdy latem zeszłego roku było to 6,7%. Skoro tylko połowę (50,7%) udzielanych przez banki kredytów stanowią te z wkładem własnym poniżej 20%, to znaczy, że mieszkania kupują dziś przede wszystkim osoby naprawdę nieźle usytuowane, które lewarują się pieniędzmi bankowymi tylko w ograniczonym stopniu. Koniec "Rodziny na swoim" oraz wykasowanie kredytów walutowych zrobiły swoje po stronie popytu na kredyty.

      Czytaj też: Oddaj prawo do mieszkania, a dostaniesz dożywotnią rentę. Kant?

      Amron 01.2013Kredytowe załamanie oznacza, że ceny mieszkań, które już dziś są zbliżone do tych sprzed głównej fali boomu 2007-2008, teoretycznie powinny nadal spadać. Ale z raportu Amron-Sarfin wynika, że... nie spadają (w niektórych miastach idą w dół, ale tylko minimalnie). Autorzy raportu stawiają hipotezę, że popyt ratują inwestorzy przerzucający na rynek nieruchomości pieniądze z lokat bankowych. Nie da się ukryć, że dochód z wynajmu jest dziś wyższy, niż 3% na lokacie i niewiele wskazuje na to, by oprocentowanie pieniędzy w banku miało się szybko zwiększyć. Ale - szczerze pisząc - nie wydaje mi się, by duża liczba inwestorów traktowała rynek wynajmu nieruchomości jako alternatywę dla trzymania pieniędzy w banku. Zatrzymanie spadku cen raczej kojarzyłbym z ograniczeniem liczby nowych mieszkań w ofertach deweloperów (oni też wstrzymują oddech). Swoje robi zapewne też zapewne to, że połowa - lekko licząc - z 1,7 mln rodzin mających kredyt hipoteczny jest w tym kredycie "uwięziona". Nie może swoich mieszkań sprzedać, wymienić na inne, zmienić banku na lepszy. Wysoki kurs franka i LTV wystrzelone powyżej 100% powodują, że ci, którzy w normalnych warunkach co 5-10 lat wymienialiby mieszkanie lub bank - nie mogą zrobić nic. Ich mieszkania nigdy nie będą wystawiane na sprzedaż, co naturalnie ogranicza podaż i "niechcący" pomaga cenom mieszkań. A tu sytuacja (jeśli mówimy o cenach transakcyjnych) wygląda następująco:

      Ceny mieszkań 01.2013

      Malutki popyt na mieszkania i jeszcze mniejszy na kredyty hipoteczne stawia w bardzo trudnej sytuacji banki, które tracą dużą część ze swojego biznesu. I - postawione pod ścianą - będą musiały poszukać zysków gdzie indziej. A bank głodny, nie zarabiający na kredytach, staje się zły i może ugryźć. Stąd te wszystkie nerwowe ruchy, jak podwyżki prowizji w wielu bankach, czy wprowadzenie ultrawysokich opłat za różne jednorazowe czynności. A najgorsze - przynajmniej z punktu widzenia bankowców - jest to, że sytuacja tak naprawdę jest dużo gorsza, niż pokazują oficjalne dane. Analitycy Open Finance obliczyli, że aż 25% popytu na kredyty dotyczyło w pierwszym kwartale 2013 r. umów z "Rodziny na swoim", w przypadku których procedury po prostu się przeciągnęły z ostatniego kwartału zeszłego roku na pierwszy kwartał tego. Co to oznacza? Ano, że w drugim  i trzecim kwartale, kiedy ten efekt wygaśnie, możemy mieć rzeź kredytową jeszcze większą. Nie będzie dziwne jeśli letem liczba udzielonych kredytów spadnie nawet do 30.000 kwartalnie. A to zmusiłoby banki do wojny na marże i jeszcze większego zaciskania pasa - łącznie ze zwalnianiem ludzi i zamykaniem placówek. W końcu ile biznesu można wycisnąć z pożyczek gotówkowych (które nota bene spadają jeszcze bardziej, niż hipoteczne)?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Katastrofa w kredytach hipotecznych! Tylko dlaczego ceny mieszkań nie spadają?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 maja 2013 15:38
  • wtorek, 28 maja 2013
    • Plastikowa masakra: 82% naszych płatności to gotówka. W małych sklepach - 93%!

      We wtorek Narodowy Bank Polski opublikował raport o tym w jaki sposób płacimy za towary i usługi. To chyba największe tego typu badanie ever, dlatego w blogu "Subiektywnie o finansach" powinno znaleźć się dla niego miejsce. Novum w tym badaniu polega na tym, że składało się ono nie tylko z klasycznego sondażu, przeprowadzonego tzw. metodą CAPI (osobiste wywiady wspomagane komputerowo). Uczestnicy badania prowadzili też szczegółowe dzienniczki płatności, w których pracowicie notowali przez trzy dni z rzędu (każdy w inne dni) co kupowali, gdzie i w jaki sposób płacili. Co z tego badania wynika? Przede wszystkim to, że w wielu naszych portfelach wciąż rządzi gotówka. Aż 82% ze wszystkich transakcji płatniczych badani przeprowadzili tradycyjnie do bólu - za pomocą banknotów i monet. Pozostałą część płatności finansowali głównie kartami płatniczymi (16,5%) transakcji) oraz przelewami bankowymi (1,6%).

      Tak duży udział transakcji gotówkowych może dziwić w kraju, który jest prekursorem kart zbliżeniowych i w którym wprowadzono na masową skalę nawet takie cuda, jak przelewy ekspresowe. Skąd tak duży udział gotówki? Pierwsza hipoteza: może wielu Polaków po prostu nie ma konta bankowego, a tym samym nie ma też możliwości płacenia kartą? Tezę o wciąż niskim tzw. ubankowieniu stawia wielu bankowców, uzasadniając budowanie nowych placówek bankowych, zwłaszcza poza dużymi miastami. Jednak badanie NBP stawiają znak zapytania na hipotezie o niskim ubankowieniu Polaków. Wynika z niego bowiem, ze 77% dorosłych osób posiada konto osobiste w co najmniej jednym banku. Z tych 77% więcej, niż dziewięciu na dziesięciu ma tylko jeden ROR, zaś 8% spośród ubankowionych ma dwa konta. (2% - więcej, niż dwa). Czy w sytuacji, kiedy konta bankowego nie ma 23% dorosłych Polaków, można odczuwać niedosyt? Pewnie w Skandynawii ubankowienie obywateli sięga 95%, ale nasze 77% chyba nie jest złym wynikiem.

      Trudno znaleźć kogoś bez ROR-u wśród osób najbardziej aktywnych zawodowo (25-44 lata), a więc najczęściej chodzących do sklepów i punktów usługowych i jednocześnie mających relatywnie wysokie dochody. W tej grupie 92% ludzi ma ROR. Konto ma też 99% Polaków z wyższym wykształceniem, 93% przedsiębiorców, a także dziewięć na dziesięć "głów rodziny", czyli osób współzarządzających 3-4 osobową rodziną. Dość powiedzieć, że 87% z nas otrzymuje na konto comiesięczną wypłatę! Wśród tych, którzy nie mają ROR-u stosunkowo duży odsetek to osoby w wieku 18-24 lata - 30% z nich nie założyła sobie konta (ci jeszcze nie pracują, więc nie muszą mieć konta, więc nie ma co ich traktować jako "trwale nieubankowionych"). Mniej więcej tyle samo ludzi bez konta (32%) jest w wieku 55-64 lata oraz wśród starszych (57%). Banków unikają osoby z wykształceniem podstawowym (68%) i zasadniczym zawodowym (32%) oraz ci, którzy mają rodzinny dochód netto poniżej 2400 zł (28-41% ludzi bez konta, w zależności od progu dochodów).

      NBP szacuje, że o ile konta nie ma 23% Polaków, to kolejne 11%, choć dysponuje ROR-em, to nie ma żadnej karty płatniczej. Można więc powiedzieć, że z możliwości płacenia bezgotówkowo wyłączony jest co trzeci Polak. A pozostali? 

      NBP jak płacimy

      Co prawda karty ma w portfelu 66% z nas, ale nie każdy jej używa. Aż 52% osób posiadających ROR przyznaje, że posiadany plastik wykorzystuje rzadko albo wręcz wcale! Dlaczego tak się dzieje? Aby rozwiązać "plastikową zagadkę" badacze wynajęci przez NBP sprawdzili gdzie płacimy kartą, a gdzie gotówką. Może nie płacimy plastikiem, bo tam, gdzie robimy zakupy, nie ma takiej możliwości? Niekoniecznie. W badaniach okazało się, że nawet w punktach akceptujących karty aż 66% transakcji jest przeprowadzanych gotówką. Pisząc wprost: za dwie trzecie zakupów płacimy gotówką, choć w sklepie jest terminal. Skąd się bierze te 66% transakcji gotówkowych? Zaglądając głębiej w statystyki można zauważyć, że wśród posiadaczy ROR-ów jest 23% osób używających kart dość rzadko (od jednej do pięciu transakcji miesięcznie), 25% nie używających kart praktycznie w ogóle  oraz 26% fanów płacenia bezgotówkowego (takich, co najmarniej sześć razy w miesiącu zapłacili za coś kartą). A ponad 25% posiadaczy kart nie używa ich prawie wcale...

      NBP jak płacimy

      Jeśli tylko co czwarty Polak posiadający ROR jest gotów używać karty tam, gdzie tylko się da, to mamy pierwszą część odpowiedzi na pytanie: dlaczego cztery na pięć transakcji finansujemy gotówką? Druga część odpowiedzi tkwi w strukturze naszych zakupów. Z badania NBP wynika, że połowę naszych zakupów dokonujemy w małych sklepach spożywczych, sklepach osiedlowych, kioskach i targowiskach. Tylko 18% płatności Polacy wykonują w supermarketach i hipermarketach spożywczych, a np. 6% - stacje benzynowe. Tyle, że w tych małych sklepach, do których gromadnie się udajemy - czy to mając w kieszeni kartę, czy też nie - dość często są problemy z przyjmowaniem kart. W małych sklepach spożywczych i osiedlowych tylko co trzecią płatność dałoby się zrobić kartą, aż w dwóch trzecich przypadków nawet największy fan płacenia bezgotówkowego musi ze skwaszoną miną przyjąć do wiadomości komunikat: płatność tylko gotówką.  W przypadku supermarketów i hipermarketów spożywczych aż 87% zakupów można przeprowadzić kartą (właściwie z dużych sieci tylko Biedronka nie honoruje kart).

      Patrząc na NBP-owskie wykresy trudno nie dojść do wniosku, że mała gęstość punktów akceptacji kart ma niemały wpływ na to, że niezbyt często ich używamy. A mała gęstość wynika przede wszystkim z wysokich opłat interchange, które pobierają od sklepikarzy banki i organizacje płatnicze. Np. w supermarketach i hipermarketach, gdzie kartami zwykle płacić można, 47% transakcji to te realizowane "plastikowo". I tak niewiele, ale w małym sklepie spożywczym tylko 7% to płatności kartami! Stosunkowo często płacimy też kartami na stacjach benzynowych - 56% wszystkich transakcji to te kartowe. A MasterCard ostatnio wychodzi ze skóry, by zbudować koalicję na rzecz płacenia kartami ;-).

      NBP jak płacimy

      A poniżej macie rozpisaną w sposób detaliczny sprawę płacenia w sklepach spożywczych, tych małych, osiedlowych. Widać jak na dłoni, że jest to obszar kompletnie ominięty przez przemysł kart płatniczych. Choć są próby przełamania tego impasu, jak choćby ta podjęta przez firmę Payleven, oferującą sklepikarzom terminale płatnicze na zupełnie innej zasadzie, niż wszystkie tego typu firmy.  A przypominam: w takich punktach wykonujemy połowę wszystkich naszych transakcji płatniczych!

      NBP jak płacimy

      W sumie aż 47% wszystkich płatności dokonujemy w miejscach, w których i tak nie da się zapłacić kartą. W drugiej połowie punktów handlowych możliwość płacenia kartą jest, ale fanów kart jest wśród Polaków tylko 25-30%, więc kiszka. Wśród tych, którzy posiadają konto bankowe i tak 55% płaci gotówką co najmniej sześć razy w tygodniu. I w zasadzie, jak spojrzeć na wykres, to częstotliwość używania gotówki nie różni się aż tak bardzo w zależności od tego czy ktoś ma ROR i kartę, czy ich nie ma.

      NBP jak płacimy

      Co ciekawe, częstotliwość płacenia gotówką nie różni się też u mieszkańców miast i wsi. A przecież w wielkich miastach zdecydowanie więcej jest miejsc, w których można płacić kartą! Albo więc Polacy mają w nosie liczbę terminali w sklepach i niezależnie czy się o nie potykają, czy też nie, wolą szeleszczące banknoty, albo... niezależnie od tego, czy mieszkają na wsi, czy w metropolii, dużą część zakupów robią w małych sklepikach, w których i tu i tu terminali brak.

      NBP jak płacimy

      Wśród tych, którzy częściej lub rzadziej (jednak) używają kart, zależności są nieco inne. Kto ma więcej pieniędzy do wydania, częściej płaci kartą. Wygląda mi na to, że do "bazy" w postaci standardowej liczby transakcji gotówkowych, którą każdy statystycznie wykonuje, dochodzą transakcje bezgotówkowe, które zaczynają dochodzić do głosu przy tylko u części Polaków. Proporcjonalnie częściej dochodzą do głosu u klientów przy wyższych dochodach.

      NBP jak płacimy

      Jeszcze trzy słowa o tym jaka jest średnia kwota rachunków opłacanych gotówką, a jaka kartą. Zresztą tu trend widać już na liczbie ogólnej. O ile liczbowo 82% naszych płatności to gotówka,, jeśli policzyć wartościowo, wychodzi już 73% na rzecz gotówki. W szczegółach rzecz ta wynika z prostego faktu, że kartą płacimy często wyższe rachunki, a gotówką - te niższe. Przeciętna wartość płatności: kartą debetową - 89 zł, kartą kredytową - 132 zł, płatność zbliżeniowa - 25 zł, płatność gotówką - 38 zł, przelew bankowy - 164 zł. Używalność kart wynika też z tak pozornie odczapiastej kwestii, jak... posiadanie komputera. Ci, którzy używają komputera, może i nie używają rzadziej gotówki, ale znacznie częściej od pozostałych używają plastiku. Zobaczcie ten wykres.

      NBP jak płacimy

      NBP zapytał tych "gotówkowców" dlaczego nie chcą nosić w portfelu plastiku. Najważniejsze odpowiedzi: przekonanie respondentów, że gotówką płaci się znacznie szybciej (17%), oraz brak potrzeby posiadania karty (tyle samo odpowiedzi). Z kolei ci, którzy mają karty, ale ich nie uważają, podkreślają, że płatność gotówką jest po prostu dla nich wygodniejsza (38 proc.) lub pozwala lepiej kontrolować wydatki (20 proc.). Zastanawia mnie zwłaszcza to, że dość duża część posiadaczy kart uważa, że płatności kartowe są wolniejsze i mniej wygodne, niż operowanie gotówką. Wygląda na to, że ludzie kompletnie nie doceniają wygody płatności zbliżeniowych, które - przynajmniej dla mnie - są znacznie mniej upierdliwe, niż wyjmowanie banknotów, szukanie drobnych, czekanie na resztę. Ale jak spojrzałem na wyniki badań NBP, to chyba zrozumiałem w czym rzecz. Otóż Polacy po prostu o zbliżeniach mało wiedzą. Niby każda nowa karta jest wyposażona w tę technologię, ale tylko 8% Polaków (i nieco ponad 10% posiadaczy kart) twierdzi, że ma kartę zbliżeniową. Reszta twierdzi, że jej nie ma, z czego większość zapewne jest w błędzie, bo nikt im o zbliżeniowości nie raczył w banku powiedzieć.

      NBP jak płacimy

      I jeszcze jeden problem. Aż co piąty posiadacz karty płatniczej nie płaci nią, bo... nie ma zaufania do tej formy płatności. I to też jest coś, o czym ludzie z branży kartowej i bankowej powinni mocno pomyśleć. Bo odsetek tych, którzy nie ufają kartom w gronie ich posiadaczy jest zaskakująco wysoki. A jak zapytać Polaków o bezpieczeństwo transakcji zbliżeniowych, to wychodzi totalna masakra - 20%  z nas uważa, że płatności zbliżeniowe są niebezpieczne, zaś kolejne 42% "raczej" się z tym zgadza. Oczywiście można na to machnąć ręką, bo skoro większość użytkowników kart nawet nie wie, że mają w portfelu karty zbliżeniowe...

      NBP jak płacimy

      I na koniec jeszcze, choć widzę, że czaszki dymią, dwa slajdy z zupełnie innego badania, przeprowadzonego przez spółkę Billbird na temat tego w jaki sposób opłacamy faktury. Korespondują one z wnioskami z raportu NBP, bo pokazuje jak duży udział płatności stanowią te gotówkowe, realizowane na poczcie: 

      Billbird faktury

      A tutaj macie udział faktur, które otrzymujemy w formie elektronicznej. Tylko 18% i to głównie dzięki tym za internet, bo za prąd i gaz lubimy otrzymać fakturkę tradycyjnie, pocztą ;-)

      NBP jak płacimy

      CZTERY LATA SUBIEKTYWNOŚCI. W ostatnim dniu marca 2013 r. blog "Subiektywnie o finansach" obchodził czterolecie swojego istnienia. W ciągu tych czterech lat (1459 dni, licząc soboty, niedziele i święta) w blogu ukazało się 1615 wpisów - czyli średnio więcej, niż jeden dziennie. Kliknęliście je 15.481.000 razy. To oznacza, że każdą notkę obejrzeliście przeciętnie 9585 razy. Średnia liczba Waszych odwiedzin przekroczyła 270.000 miesięcznie. Blog cieszy się uznaniem czytelników, ale i fachowców z branży mediowej - ostatnio znalazł się na trzecim miejscu w rankingu najlepszych blogów dziennikarskich miesięcznika "Press". Najważniejsze jest jednak to, że "Subiektywnie o finansach" to nie tylko luźne pogadanki o pieniądzach, ale realna pomoc dla czytelników. Jeśli macie jakiś problem z bankiem, firmą ubezpieczeniową, albo inną instytucją finansową, to jest spora szansa, że była już o tym dyskusja w blogu. Oto lista spraw, które udało nam się wspólnie załatwić oraz lista wpisów opisujących jak inni czytelnicy skutecznie walczą o swoje prawa. A tu informacja o tym jakie prowizje pobiera autor blogu za swoje usługi ;-).

      "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH" NA FACEBOOKU I TWITTERZE. Teksty, które czytacie w blogu to tylko część spostrzeżeń o finansach osobistych, które każdego dnia powstają pod marką "Subiektywnie o finansach". Na stronie blogu w Facebooku codziennie znajdziecie liczne ciekawostki i zapiski na marginesie blogonotek. Od niedawna blog ma także swoją stronę na Twitterze. Jeśli chcecie ze mną podyskutować, pokłócić się, bądź tylko delikatnie się nie zgodzić, to za pomocą Facebooka i Twittera będzie to zdecydowanie najłatwiejsze. Tych, którzy wolą kłócić się przez tradycyjny e-mail zapraszam na maciej.samcik (at) gazeta.pl

       Subiektywnie Facebook

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (34) Pokaż komentarze do wpisu „Plastikowa masakra: 82% naszych płatności to gotówka. W małych sklepach - 93%!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 maja 2013 23:23
    • Prezes Morawiecki trąbi na polowanie. Jagiełło wyjął już flintę, a Lovaglio...

      Mateusz Morawiecki - prezes BZ WBK i zarazem "namiestnik" hiszpańskiego Santandera w Polsce - powiedział w wywiadzie dla Wall Street Journal, że zaraz po "strawieniu" przejętego w zeszłym roku Kredyt Banku (chwilę to jeszcze zajmie, bo przecież Kredyt Bank jest dopiero przed rebrandingiem), BZ WBK zacznie się znów rozglądać po rynku w poszukiwaniu fuzji lub przejęcia. Morawiecki powtarza jak mantrę, że celem hiszpańskiego Santandera jest - i to w przewidywalnej perspektywie, a nie np. za 20 lat - osiągnięcie pozycji drugiego największego banku w Polsce. I powtarza też, że osiągnięcie tego celu nie jest możliwe za pomocą wzrostu organicznego. Spójrzmy zresztą na liczby: aby stać się drugim największym bankiem w Polsce BZ WBK musiałby urosnąć jeszcze o 50 mld zł. Jego aktywa, już uwzględniając majątek Kredyt Banku, wynoszą dziś 102 mld zł, gdy drugi największy bank na rynku - Bank Pekao - zarządza aktywami wartymi 147 mld zł.

      O ile do "połknięcia" (w sensie: wyprzedzenia w rankingu) ING Banku Śląskiego i BRE Banku wystarczyło Hiszpanom przejęcie BZ WBK i Kredyt Banku, o tyle dogonienie Banku Pekao wymaga jeszcze jednego i to wielkiego przejęcia. Musiałby to być bank wielkości Banku Millennium, czy Citi Handlowego. Lub też dwóch banków średnich gabarytów, takich jak Nordea, czy BGŻ, o których też mówi się, że są wystawione na sprzedaż. Tu nie wystarczy zwykła hiszpańska corrida i płacenie ludziom po 700 zł za przeniesienie konta od konkurencji. Morawiecki sygnalizuje, że BZ WBK (a w praktyce: stojący za nim Santander) w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy się o to pokusi. Ta deklaracja nie bierze się z powietrza: ilekroć w ostatnich tygodniach rozmawiam z tuzami bankowego top-menedżmentu, pojawia się ten sam wątek - że nadchodzą tak trudne dla banków czasy, iż globalni gracze, mający w Polsce swoje oddziały, lecz nie święcące triumfów (bo tak należy czytać miejsca w drugiej dziesiątce rankingów), w końcu zagryzą zęby i sprzedadzą.

      Do tej pory banki w Polsce świetnie zarabiały (w ostatnich dwóch latach łączny zysk branży to 30 mld zł), prezesi też świetnie zarabiali, więc każdy potencjalny sprzedający chciał złotych gór. Z tego właśnie powodu kilka lat temu nie doszło do sprzedaży Banku Millennium - po prostu portugalski BCP żądał za niego za dużo. Santander też nie kupiłby BZ WBK, gdyby nie był zdesperowany i nie zapłacił koszmarnie wysokiej, jak na dzisiejsze warunki ceny prawie 15,9 mld zł. Raiffeisen nie kupiłby Polbanku, gdyby nie to, że grecki właściciel znalazł się pod ścianą i miał do wyboru: pozbyć się zagranicznych aktywów, albo ogłosić niewypłacalność. Getin Bank nie kupiłby Allianz Banku, części DnB Nord i jeszcze kilku innych banków, gdyby sprzedający nie pozbywali się ich po cenie złomu. Tak naprawdę jednak to były tylko przedbiegi. Dopiero w najbliższych miesiącach i latach otworzy się w polskiej branży bankowej "sezon polowań" - zyski banków i ich rentowności będą spadały na tyle szybko, że akcjonariusze średniej wielkości banków nie będą już trzymali się polskiego rynku rękami i nogami. Nie będą też dyktowali cen zaporowych.

      Prezes Morawiecki mówi między wierszami - i ma absolutną rację - że w tym polowaniu myśliwymi będą tylko największe banki. Mocarstwowe ambicje ogłosił już prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło, który - jak wynika z nieoficjalnych informacji prasy finansowej - postanowił wsiąść na koń i zasadza się na Bank Millennium, Nordeę, albo czeskie CSOB, czyli bank mający w Czechach porównywalne znaczenie, jak u nas PKO BP właśnie. Na stole jest już deklaracja prezesa Morawieckiego, wyrażającego wolę Santandera, jednego z trzech największych banków w Europie. Spodziewam się, że gotowość do ewentualnego kupowania ogłosi też - prędzej czy później - Luigi Lovaglio, prezes Banku Pekao. Dlaczego tylko najwięksi drapieżnicy mają szansę? Powód jest prosty: kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich. Mniejsze banki mają kilkumiliardową górę, a te większe - nawet kilkunastomiliardową. Do rozliczania rat klientów potrzeba stałych zakupów franków, a to kosztuje dziś ogromne pieniądze.

      Marże tych kredytów są często "śmieciowe", co oznacza, że ten, kto kupuje polski bank - przejmując furę klientów z ROR-ami i kartami, przychody odsetkowe i prowizyjne - musi się liczyć z dodatkowymi kosztami. Kredyty hipoteczne we frankach mogą być "strawne" tylko dla banków, które mają dostęp do względnie tanich franków. A ten jest dziś domeną tylko wielkich, globalnych graczy. Takich jak Santander, takich jak UniCredit, być może na zorganizowanie takiego finansowania stać byłoby austriackiego Raiffeisena (szóste miejsce na polskim rynku), czy PKO BP (ze względu na swoją wielkość może przynajmniej próbować dyktować ceny franków). Przejmowanie bankowego średniaka przez innego średniaka może być już misją impossible. Dlatego właśnie prezesi Jagiełło, Morawiecki, być może Lovaglio (jeśli się zdecyduje pójść drogą przejęć), być może Stypułkowski (jeśli Commerzbank będzie w stanie udźwignąć inwestycje zagraniczne) zadecydują o tym jak będzie wyglądał rynek bankowy w Polsce za trzy-cztery lata.

      Być może do imprezy dołączą się na doczepkę Piotr Czarnecki do spółki z Herbertem Stepiciem z Raiffeisena (jeśli wystarczy im pieniędzy), być może na polowanie zabierze się też Leszek Czarnecki i jego Getin Noble Bank (piąte miejsce na rynku). Pewnie z łagodnością łani imprezie będzie się przyglądała z loży honorowej pani prezes Małgorzata Kołakowska (rządzi w polskiej części koncernu bankowo-ubezpieczeniowego ING, jego bank to numer cztery na rynku). Nie wiadomo jak z zaproszeniami dla szefów Banku Millennium i Citi Handlowego (pozycja w okolicach siódmej-ósmej - nie wykluczam, że staną się raczej zwierzyną łowną...). Pozostałe banki już raczej na pewno powinny się szykować do roli przestawek w uczcie po polowaniu, bądź w najlepszym razie udźców cielęcych (patrzących cielęcymi oczami na nową rzeczywistość) ;-). Na koniec dnia oczywiście rachunek za polowanie zapłacimy my, klienci banków. Bo zwycięzcy nie po to zainwestowali w nowoczesne flinty, by nie zwróciło im się to w rubryce ROE. A w rubryce ROE ma być wartość dwucyfrowa.

      Tak sobie myślę, że zawiadomienie o tej imprezie, które ukazałoby się w leśnej prasie, mogłoby brzmieć tak oto: "Prezes Mateusz Morawiecki wziął dziś hiszpańską trąbkę i zatrąbił na polowanie. Prezes Zbigniew Jagiełło i tak siedział już na koniu, więc tylko wyjął flintę i gotów. Luigi Lovaglio niechybnie szykuje mu dwa nagie miecze. W związku z tym mieczy zabraknie chyba dla prezesa Cezarego Stypułkowskiego, ale może pożyczą mu Krzyżacy z Commerzbanku. Albo weźmie od Herberta. Nie od poety Herberta, moje kochane intelektualne łosie, od Stepicia Herberta! Oj, będzie się działo! Informacja organizacyjna: udział w imprezie jest obowiązkowy, a rachunek za to polowanie płacimy my - w zamach imprezy składkowej ;-). Tytuł imprezy: składka za używanie konta i karty"

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Prezes Morawiecki trąbi na polowanie. Jagiełło wyjął już flintę, a Lovaglio... ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 maja 2013 14:55
    • Przelew nie doszedł na czas, klient stracił bilet. Bank: "człowieku, nie marudź"

      Niedawno było w blogu o kłopotach klienta autobusowej firmy Polski Bus, który miał spory problem z zakupem biletów przez internet. Problem polega na tym, że na stronie PolskiBus.com inaczej, niż przez internet, biletu po prostu kupić się nie da. Transakcja mojego czytelnika się zawiesiła w połowie, pieniądze zeszły z konta, ale do operatora autobusowego nie dotarły. Efekt? Mój czytelnik musiał kupić bilety jeszcze raz, a pieniądze wydane na te kupione poprzednio - najpewniej wpisał w straty. Dziś nieco podobna historia, też wołająca o pomstę do nieba. Napisał do mnie czytelnik, który za pośrednictwem swojego banku, Kredyt Banku vel BZ WBK - codziennie kupuje bilety na przejazdy koleją (bo w ten sposób dojeżdża do pracy). Niestety, nadszedł dzień, kiedy w procesie zakupu biletu coś poszło nie tak. "Problem, jaki mnie spotkał, ze względu na wartość spornej kwoty jest śmieszny, ale nie o kwotę tu chodzi, tylko o zasadę uczciwości ze strony banku" - napisał do mnie pan Marek.

      "Kupuję codziennie w serwisie www.biletyregionalne.pl ticket na przejazd pociągiem z miejsca pracy do mojego miejsca zamieszkania (wartość biletu 7,60 zł). Płatność za bilet reguluję on-line za pomocą serwisu KB24, z mojego konta bankowego. Forma płatności za bilet, to "przelew natychmiastowy" (taką nazwę nosi w KB24 przelew, którym płacę za bilet)" - pisze czytelnik. Chodzi o ten rodzaj transferu pieniężnego, który polega na przeniesieniu klienta ze strony sklepu internetowego na stronę jego banku, gdzie po zalogowaniu klient widzi już wypełnioną formatkę przelewu. Zatwierdza transakcję tak, jak każdą inną (np. SMS-em) i jest już zapłacone. W moim "rodzimym" Multibanku rzecz nazywa się Multitransfer, ale każdy bank ma na to cudo swoją nazwę. Transakcja jest prosta, jak drut. Zaraz po zatwierdzeniu przelewu transakcja jest uznawana przez wszystkie strony za dokonaną (niezależnie od tego kiedy fizycznie pieniądze trafią do sklepu). Co tu się może nie udać? Pan Marek zaraz naświetli nam i tę kwestię.

      "Transfer  jest realizowany przez mój bank dość szybko. Z reguły w czasie do 30 minut po wykonaniu przelewu dostaję e-mailem bilet na pociąg. Jednak 8 maja było inaczej. O godzinie 11.00 dokonałem zakupu biletu (bilet  był jednorazowy, ważny tylko w dniu 8 maja) i dokonałem przelewu, jak co dzień. Jednak z niewiadomych przyczyn mój bank nie zrealizował przelewu ani w ciągu pół godziny, ani w ogóle tego dnia. Aż do później nocy status przelewu był określany jako "w drodze". Skutkiem tego ważność biletu wygasła. Moja strata polega na tym, że musiałem dokonać ponownego zakupienia biletu, tym razem w kasie biletowej i płacąc gotówką" - pisze pan Marek. Sytuacja jest dziwaczna: mój czytelnik zapłacił w internecie za towar o "krótkiej przydatności do spożycia", ale otrzymał go już po wygaśnięciu tej ważności. Dodajmy: nie ze swojej winy. Zaszwankował zapewne system informatyczny Kredyt Banku. Wprawdzie kwota stracona przez pana Marka była niewielka, ale nie zamierzał on podarować jej bankowi.

      "Następnego dnia zadzwoniłem na numer telefonu pomocy technicznej Kredyt Banku i zgłosiłem problem z "zawieszonym" przelewem, żądając jego wycofania, gdyż ważność biletu i tak już wygasła i tym samym wygasła też potrzeba zapłaty za ten bilet" - pisze czytelnik. Rzecz nie jest banalna, bo generalnie serwis KB24 nie daje klientom możliwości wycofania przelewu, który nie został jeszcze zrealizowany przez bank. Nie jest to nic nadzwyczajnego, opisywałem już kiedyś w blogu wyścig z czasem klientów Deutsche Banku, którzy zlecili przelew, a potem zorientowali się, że pomylili kontrahenta. A z transferami natychmiastowymi to już w ogóle jest trudna sprawa, bo - jak pisałem na początku tej notki - w momencie jego zlecenia transfer jest uznawany za dokonany (na tej podstawie usługa lub rzecz kupowana przez internet może być dostarczona od razu, a nie dopiero po fizycznym wpłynięciu pieniędzy na konto sprzedającego). "Podczas rozmowy z konsultantem poinformowałem, że jeśli bank nie ma możliwości technicznej wycofania niezrealizowanego jeszcze przelewu, to po jego realizacji będę się domagał od banku zwrotu kwoty 7.60 zł" - lojalnie uprzedził bankowców pan Marek. Jego zgłoszenie zostało przyjęte, ale niestety nie spowodowało to anulowania przelewu będącego zapłatą za nieaktualny już bilet.

      Ten został ostatecznie zrealizowany 9 maja. Bank przyznał, że to jego wina, ale... i tu szczęka opadła mi na podłogę - w sprawie zwrotu pieniędzy wysłał klienta na przysłowiowy szczaw. Czyli zachował się jak szatniarz, który zgubił klientowi jesionkę, po czym mówi: "Nie mam pańskiego płaszcza i co mi pan zrobisz?". W konkretnych słowach odpowiedź banku opisuje pan Marek: "Otrzymałem z Kredyt Banku przeprosiny za zaistniałą sytuację i - co dla mnie ważne - odmowę zwrotu 7,60 zł gdyż, cytuję: "przelew na kwotę 7,60 zł został zrealizowany w dniu dzisiejszym o godzinie 8:52, w związku z powyższym środki nie zostaną zwrócone na rachunek". W moim odczuciu bank ewidentnie zawalił sprawę, nie realizując przelewu natychmiastowego przez cały dzień" - zeznaje mój czytelnik. "Czy w takiej sytuacji mam podstawę prawną do żądania zwrotu od banku wartości wykonanego przelewu, który z winy banku został przetrzymany a ja tym samym poniosłem stratę w postaci zapłacenia za nieważny (już) bilet?". Aby odpowiedzieć na to pytanie należałoby przeczytać regulamin usługi przelewów ekspresowych w KB24,  ale intuicja podpowiada mi, że jeśli usługa nie została wykonana terminowo, to zwrot pieniędzy powinien nastąpić z automatu, od razu i bez żadnej dyskusji.

      W tym kontekście warto wspomnieć o ciekawej usłudze wprowadzonej przez firmę Blue Media, która zabezpiecza interes klienta w sytuacji, w której towar zamówiony przez internet nie został dostarczony w terminie. Chodzi o tzw. e-pobranie. Działa ono w taki sposób, że klient, który złoży zamówienie w sklepie internetowym i wybierze e-pobranie jako metodę płatności, wpłaca pieniądze nie na konto dostawcy usługi, lecz na rachunek powierniczy, prowadzony przez Blue Media. Dopiero po doręczeniu przesyłki w terminie i nienagannym stanie przez kuriera, pieniądze trafiają na konto e-sklepu. Jeżeli paczka nie dotrze do klienta w wyznaczonym terminie zamówienie zostaje automatycznie anulowane, a pieniądze wracają na konto klienta. I nie trzeba o nic prosić ani banku, ani pośredników w płatności kartowej. Blue Media kusi, że pieniądze trafiają na konto sprzedawcy znacznie szybciej niż w przypadku standardowego pobrania. W większości przypadków odbywa się to w ciągu kilkunastu sekund od chwili doręczenia przesyłki przez kuriera. Nie wiem czy takie "konto powiernicze" zawojuje rynek handlu internetowego, ale z pewnością jest jakąś dodatkową polisą na wypadek, gdyby klient otrzymał towar wadliwy, bądź już znieświeżony, jak bilet pana Marka.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Przelew nie doszedł na czas, klient stracił bilet. Bank: "człowieku, nie marudź"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 maja 2013 08:43
  • poniedziałek, 27 maja 2013
    • Wyjątkowo kosztowny błąd. Trzy literki w umowie bank wycenił na... 590 zł

      Pisałem niedawno o pewnym generale, który okazał się winnym tego, iż przelew, który miał dotrzeć na lokatę, wrócił do nadawcy. Ręce mi wówczas opadły, ale myślałem, że mam do czynienia z przypadkiem jednym na milion. Choć przecież wiem, że czasem banki nie potrafią się dogadać w sprawie standardu opisywania przelewów. Tym razem napisał do mnie czytelnik, który ma kredyt hipoteczny w Deutsche Banku PBC (to detaliczne ramię niemieckiej grupy finansowej w Polsce). Poza kredytem ma też w banku karty płatnicze, konto, korzysta też z funduszy inwestycyjnych. Słowem - klient marzenie. Jakiś czas temu mój czytelnik otrzymał telefon od pracownika infolinii banku z informacją, że nie spełnił warunków umowy kredytowej. A mianowicie - nie ustanowił wymaganego zabezpieczenia w postaci cesji praw z polisy ubezpieczeniowej na rzecz banku. "Faktycznie, ubezpieczenie miałem wykupione. natomiast nie dostarczyłem do banku polisy z pieczątką ubezpieczyciela o dokonaniu cesji. Niezwłocznie udałem się do ubezpieczyciela, aby przystawił pieczątkę o dokonaniu cesji". Z polisą z naniesioną cesją jeszcze tego samego dnia czytelnik podreptał do swojego oddziału banku.

      Okazało się, ze sprawa jest poważna, bo i niedopatrzenie klienta znaczące. "Pani sprawdziła dokumenty, skserowała je, podziękowała, a ja sprawę uznałem za załatwioną. Jakież było moje zdziwienie. kiedy miesiąc później otrzymałem z Deutsche Banku PBC wiadomość SMS następującej treści: "W związku z ustanowieniem przez DB PBC brakującego zabezpieczenia kredytu, prosimy o zapewnienie środków w wysokości 587,60 zł na pokrycie opłaty za ubezpieczenie". Zacząłem kojarzyć fakty: latem 2012 r. bank zmienił regulaminy kredytowe w taki sposób, że może "przymusowo" mnie ubezpieczyć i obciążyć składką za koszty tej polisy. Tym samym pojawiła się możliwość nie tylko dyscyplinowania klientów, którzy faktycznie nie spełniają warunków kredytu, ale i takich, którzy żyją w nieświadomości pewnych swych niedociągnięć. Nie ukrywam się ze zagotowałem się, bo przecież dostarczyłem i polisę i cesję do banku. Zadzwoniłem do swojego doradcy i zażądałem wyjaśnień" - opowiada czytelnik. Odpowiedź, jaką otrzymał od pracownika banku, spowodowała, że sprawa stała się warta popołudniowej notki w blogu, którą przeczytacie pijąc kawę i jedząc makowca ;-).

      Okazało się, że przyczyną wykupienia przez bank "przymusowego" ubezpieczenia było to, że na dostarczonej przez klienta polisie w rubryce "nazwa cesjonariusza" wpisano zamiast "Deutsche Bank PBC", pokrewną nazwę "Deutsche Bank". Bzdecik? Może, ale znaczący.  "Z powodu brakujących literek PBC bank postanowił ubezpieczyć mnie po raz kolejny, na mój koszt, oczywiście" - oburza się czytelnik. Od strony formalnej niestety nie ma racji, bo Deutsche Bank i Deutsche Bank PBC to dwie różne firmy, a więc literki PBC na cesji obowiązkowo powinny się pojawić. Ale z drugiej strony w banku mogliby też zrozumieć, że osoby postronne mogą nie ogarniać dlaczego w kraju nad Wisłą działają dwa różne Deutsche Banki i przynajmniej czasami nie wykorzystywać takich pomyłek do bicia klienta po głowie. "W tym wszystkim bulwersujący jest fakt, że bank nie raczył mnie poinformować o nieścisłościach, wyznaczając np. termin na uzupełnienie braków,  tylko ordynarnie postanowił mnie skasować. Rozumiem, że każdy chce podnosić sprzedaż swoich produktów, ale myślę ze nie tędy droga". Nie tędy, ale w ten właśnie sposób poznaliście prawdziwe przyczyny trwającego właśnie łączenia się dwóch Deutsche Banków działających w Polsce. Po to, żeby nie trzeba było wyceniać trzech literek PBC aż tak drogo ;-).

      "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH" NA FACEBOOKU I TWITTERZE. Teksty, które czytacie w blogu to tylko część spostrzeżeń o finansach osobistych, które każdego dnia powstają pod marką "Subiektywnie o finansach". Na stronie blogu w Facebooku codziennie znajdziecie liczne ciekawostki i zapiski na marginesie blogonotek. Od niedawna blog ma także swoją stronę na Twitterze. Jeśli chcecie ze mną podyskutować, pokłócić się, bądź tylko delikatnie się nie zgodzić, to za pomocą Facebooka i Twittera będzie to zdecydowanie najłatwiejsze. Tych, którzy wolą kłócić się przez tradycyjny e-mail zapraszam na maciej.samcik (at) gazeta.pl

       Subiektywnie Facebook

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Wyjątkowo kosztowny błąd. Trzy literki w umowie bank wycenił na... 590 zł”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 maja 2013 15:58
    • Majstersztyk czy skandal? Przerobili money-back na widmo i fatamorganę

      Bank BGŻ to od jakiegoś czasu lider w klasyfikacji najbardziej szczodrych banków. Ostatnio wygrał ranking Open Finance na instytucję finansową, która najwięcej dopłaca klientom do ROR-ów. Prezesi największych banków pewnie pukają się w czoło albo klną na czym świat stoi słysząc opowiadania o swych konkurentach, którzy płacą klientom za to, że ci łaskawie mają w nich ROR. Ale w co czwartym banku tak właśnie jest - klient nie tylko nie płaci za konto, ale też dostaje kasę od banku. A BGŻ w tym gronie przewodzi, bo zwraca 1% najwyższego jednorazowego wpływu na ROR (z reguły mówimy o przelewie pensji od pracodawcy). Zwrot nie może przekroczyć 50 zł miesięcznie, ale to i tak są Himalaje, bo o ile u konkurencji aby tyle zarobić trzeba się przynajmniej namachać kartą (zwrot jest naliczany w zależności od liczby i wartości zakupów opłaconych kartą banku), o tyle w BGŻ wystarczy dostawać pensję i miesięcznie machnąć kartowe transakcje za 300 zł, a bank w skali roku odda 600 zł. Nie wiem jak przy takim dopłacaniu do klientów - także tych nietransakcyjnych - da się zarabiać pieniądze. Ale kto bogatemu zabroni? W końcu BGŻ promuje slogan: "dobrze służy ludziom". Służy dobrze, więc na bogato.

      Nie dziwię się, że w BGŻ wreszcie doszli do wniosku, że program premiowy, który proponują, to regularne frajerstwo. Bank ogłosił więc zmiany w premiach, które zaczną obowiązywać od końca maja. W czym problem? Otóż te zmiany sprawiają, że rozdawana do tej pory lekką ręką kasa stanie się nagle dostępna tylko dla nielicznych. Klienci są rozżaleni tym, że bank rzuca się od ściany do ściany, najpierw płacąc szczodrze, a teraz zamieniając prezent realny na taki, który da się przede wszystkim lizać przez szybę. I tym, że zmiany, które zaproponował BGŻ, nijak nie pasują do sloganu, że to bank, który "dobrze służy ludziom". No dobrze, a jakie to zmiany? Pierwszą, najmniej dotkliwą, jest zwiększenie limitu płatności kartowych - od czerwca trzeba będzie machnąć transakcje za 500 zł miesięcznie. Drugą zmianą, dużo groźniejszą, jest uzależnienie wypłaty premii także od drugiego parametru: posiadania w banku drugiego - poza kontem z kartą debetową - produktu finansowego.  Może to być konto oszczędnościowe lub lokata z saldem 5000 zł i więcej, a także kredyt odnawialny lub kredyt gotówkowy na co najmniej 5000 zł. Ten warunek wchodzi w życie od końca sierpnia.

      Czytaj też: BGŻ i stały procent w kredycie hipotecznym. Rewolucja?

      Co tu może być nie fair? Zdaniem klientów dwie rzeczy: po pierwsze nie zauważyli oni, by na liście produktów uprawniających do nagrody był kredyt hipoteczny. Sprytne. Prawdopodobnie każdemu kredytobiorcy mieszkaniowemu BGŻ wciskał w pakiecie konto. Teraz to konto przestanie być sexy, bo bez zaciągnięcia kolejnego kredytu lub złożenia w banku oszczędności nie będzie już pozwalało na zwrot 1% najwyższego przelewu w miesiącu. Klient się nie może obrazić, bo do konta jest przywiązany, jak chłop pańszczyźniany do ziemi. Ale czy skoro nie może się obrazić, to wolno go traktować jak klienta drugiej kategorii? Drugi kłopot to fakt, że BGŻ nie uwzględnia w kwocie 5000 zł oszczędności uprawniających do money-backu pieniędzy złożonych w... swoim własnym internetowym oddziale, czyli banku BGŻ Optima. Dlaczego pieniądze tam złożone nie liczą się jako parametr pozwalający otrzymywać money-back? To zagadka zarówno dla moich czytelników, jak i dla mnie. Chodzi chyba tylko o to, żeby jak najmniej klientów "łapało się" na nowy money-back.

      Jednym z rozczarowanych klientów jest pan Roman. "Jako klient BGŻ  otrzymałem niedawno e-maila, z którego wynika, że program "Premia +" od dnia wskazanego w korespondencji będzie...dla nikogo. Takie odnoszę wrażenie. Bank chełpi się tym, że wypłacili klientom już ponad 20 mln zł premii. Czyżby się na tym przejechali? Całkiem prawdopodobne. Jako były klient tego banku pytam: którym ludziom dobrze służy Bank BGŻ?". Napisał do mnie również pan Maciej: "Od kilkunastu miesięcy jestem zadowolonym posiadaczem „Konta z premią” w BGŻ. Niestety niedługo zostanę tylko klientem BGŻ już bez zadowolenia, ale za to z kontem bez premii. Bank - w zamian za kontynuację program - zażądał nie tylko zgody na przesyłanie informacji drogą elektroniczną (takiego warunku nie było gdy  podpisywałem umowę o prowadzenie ROR-u), ale i obowiązku posiadania dodatkowego produktu w banku. Ze względu na kwotę 5000 zł jest to dla wielu klientów, a na pewno dla mnie, niemożliwe do spełnienia. Co ciekawe, ewentualne lokaty i konto  oszczędnościowe nie mogą być zdeponowane w BGŻ Optima, który - w odróżnieniu od BGŻ - płaci dobre odsetki. Konkludując przyszły „trudne czasy” i BGŻ musi maksymalizować zyski" - gorzko podsumowuje pan Maciej.

      Czytaj też: Żonę coś tknęło, będą kłopoty, czyli bankowy kryminał

      Kolejny oburzony pan Maciej. Oj, Macieje dziś w bojowym nastroju... "W grudniu zmieniłem bank i konto z BZ WBK na BGŻ, założyłem "Konto z Premią", która wypłacana jest na zasadzie: wydasz 300 zł kartą, a damy ci 1% od największego wpływu na konto. Koszt obsługi konta to 5 zł..Założyłem więc to konto, licząc że zapłacę te 5 zł, a po wpływie pensji wyjdę jakieś 20 zł na plus. Ostatnio dostałem wiadomość od banku o zmianie naliczeń premii: teraz trzeba zapłacić 500 zł bezgotówkowo (to już dla mnie za dużo!), ale to nie wszystko: jeszcze trzeba posiadać inny produkt w banku i aktywnie go używać. Ogólnie czuję się oszukany, tym bardziej, że pan na infolinii próbował mi wmówić, że to tylko zabiegi kosmetyczne, ale może nie wiedział, że ja umiem czytać. Denerwuje mnie naciąganie klientów, tym bardziej że pewnie z czasem dołożą kolejne obowiązki. Prosiłbym o przyglądniecie się sprawie i ostrzeżenie publicznie klientów, by nie zakładali super reklamowanego konta, które chwali się nagrodami za najlepsze konto w różnych rankingach" - zdradza pragnienie zemsty pan Maciej, wyjadacz wisienek, który żyje w przekonaniu, że bank jest po to, żeby płacił, a nie po to, żeby jemu płacono za usługi ;-).

      Niestety, zmiana zasad naliczania premii to nie wszystkie "niespodzianki" banku, który dobrze służy ludziom. A może należałoby powiedzieć, że "dobrze służył"? Kto ma w BGŻ "Konto Plus" zapłaci za kartę od sierpnia 6 zł zamiast dotychczasowych 5 zł (jeśli obroty na karcie nie przekroczą 500 zł - to karta pochłonie nawet 9 zł). Kto ma ROR "Plan standardowy" - zapłaci 8 zł za konto. "Plan internetowy" podrożeje z 3 zł do 5 zł miesięcznie. "Konto Agro" zdrożeje z 5 zł do 8 zł, a żeby nie płacić trzeba będzie utrzymywać saldo na poziomie... 7000 zł. W BGŻ trwa więc ostre przykręcanie śruby. Ale nie tylko "duży" BGŻ jakby mniej ochoczo służy ludziom. Także w BGŻ Optima mają jakiś problem z "posługą". Napisał do mnie pan Jarosław: "Chcę się podzielić zaskakującą informacją o tym, jak Świnka Skarbonka nie chciała moich pieniędzy :-). Mam w BGŻ Optima konto oszczędnościowe. Wspólnie z żoną. Zauważyłem ostatnio wśród ich produktów ofertę "Lokaty z funduszem": Oferta godna uwagi, bo w odróżnieniu od innych podobnych nie przymusza to trzymania udziałów w funduszach przez cały czas trwania lokaty. Mogę kupić fundusz, założyć lokatę i w tym samym tygodniu wycofać środki z funduszy".

      Czytaj: Farsa małżeńska, czyli żona cofa pełnomocnictwo. A mąż robi długi

      Ale nie na tym klient chciałby się skupić. "Prawdziwą bombą jest to, że: "Warunkiem skorzystania z oferty jest aktywne Konto BGŻ Optima Indywidualne lub konto BGŻ Optima Biznes". Nie założę lokaty, bo mam... żonę. Mam doświadczenia z wieloma bankami, nie tylko w Polsce, i absolutnie nigdy nie spotkałem się z różnicowaniem oferty produktów inwestycyjnych przez wzgląd na to, czy konto ma jednego posiadacza, czyli większą ilość współposiadaczy" - pisze pan Jarosław. Mój czytelnik zapytał Świnkę, czy tak właśnie należy rozumieć zapis w opisie produktu, co też Świnka mu potwierdziła. Przyznam szczerze, że BGŻ - czy to duży, czy "mała" Optima, działająca w jego grupie - kojarzył mi się właśnie jako bank konserwatywny, sprzyjający rodzinie, wielopokoleniowa instytucja finansowa na lata. A tu taka kiszka... Taka "polityka prorodzinna" Świnki mi się ewidentnie nie podoba. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „Majstersztyk czy skandal? Przerobili money-back na widmo i fatamorganę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 maja 2013 08:19
  • sobota, 25 maja 2013
    • Poczta chce być nowoczesna, ale... ciągle wkurza przy płatnościach w okienku

      Dla wielu konsumentów Poczta Polska to wciąż miejsce, w którym dobrze opłaca się comiesięczne faktury. Chcą mieć w ręku potwierdzenie zapłacenia rachunku z pieczątką Ważnej Pani z Poczty (w skrócie WPP). Niedawno firma Billbird publikowała badania, z których wynika, że 40-43% Polaków na poczcie lubi opłacić rachunki za prąd i gaz, 56% w ten sposób płaci abonament RTV, a 39% - rachunek za telefon stacjonarny. Poczta walczy z wizerunkiem siedliska ludzi z pieczątkami i chce uchodzić za nowoczesny punkt wszechstronnej obsługi finansowej, w którym "przy okazji" nadawania listu albo odbierania paczki można bez problemu wyjąć pieniądze z bankomatu, skorzystać z szybkiego kredytu, ubezpieczyć dom albo samochód. To dlatego w części urzędów pocztowych są już stoiska należącego do poczty Banku Pocztowego i 24-godzinne strefy samoobsługowe dla klientów chcących skorzystać z usług finansowych.

      Czytaj też: Tajemnica alter ego pani z okienka pocztowego

      Wszystko pięknie, gdyby nie to, że jak już na pocztę zapędzi się klient, który chciałby coś załatwić w okienku pocztowym (nie w samoobsługowym bankomacie) i nie zapłacić gotówką, lecz - jak to się zdarza w XXI wieku - kartą płatniczą, to dostanie pałką w głowę. Pisałem już o tym kiedyś, ale wciąż dostaję od klientów poczty listy z protestami, więc do tej sprawy wracam. Otóż klient, który chciałby za nadanie paczki albo listu zapłacić bezgotówkowo, powinien tę myśl jak najszybciej porzucić. "Kilka dni temu poszedłem na pocztę, by nadać listy. Gdy urzędniczka nakleiła na nie znaczki i podstemplowała okazało się, że nie mam w portfelu ani złotówki. Zmartwiony zaproponowałem, że pójdę do pobliskiego bankomatu i wypłacę pieniądze. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że mogę na poczcie zapłacić kartą" - zeznaje jeden z czytelników. Wyjął więc kartę kredytową, zapłacił i odszedł w poczuciu szczęścia i spełnienia. Niestety, po kilku dniach przejrzał historię rachunku i doszedł do wniosku, że coś tu nie gra. Okazało się, że na poczcie nie zapłacił kartą, a dokonał... wypłaty z bankomatu.  Z opłatą w wysokości 3% wartości operacji, nie mniej niż 8 zł. Zapłata za znaczki w wysokości 12,5 zł spowodowało obciążenie konta prowizją wynoszącą właśnie 8 zł. Gdyby klient podał pracownicy poczty kartę debetową, zamiast kredytowej, zostałaby naliczona opłata jak za skorzystanie z obcego bankomatu.

      Czytaj też: Jak zapłacić na poczcie plastikiem za kopertę lub znaczek?

      Oczywiście, pracownik poczty zobowiązany był poinformować mojego czytelnika o opłatach za transakcję bezgotówkową dokonywaną w terminalu pocztowym. "Skąd ja, jako klient posiadający kartę Visa, mam wiedzieć, który terminal działa jak bankomat, a który pozwala na płatności bezgotówkowe? Czy oznakowanie różnie działających punktów akceptacji jest różne? A może po prostu ja jako klient muszę posiadać bardzo rozległą wiedzę, bo punkt pocztowy wcale nie musi chcieć mi pomóc w uniknięciu potencjalnych kłopotów?" - zapytuje czytelnik. Cóż, mam wrażenie, że poczta przesadza z "monetyzacją" akurat tej grupy klientów, którzy przychodzą do okienka z kartą w ręku. Ci akurat są w miarę nowocześni, mają dobre nawyki (nie lubią gotówki), bardziej róznorodne potrzeby finansowe i mogliby stać się ambasadorami poczty. Ale nie będą nimi, bo jak tylko zobaczą, że płatność kartą jest traktowana na poczcie jak wypłata z obcego bankomatu, to przed ich oczami stanie wizerunek poczty jako miejsca, w którym czas zatrzymał się kilkanaście lat temu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Poczta chce być nowoczesna, ale... ciągle wkurza przy płatnościach w okienku”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 maja 2013 14:45

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line