Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 30 maja 2014
    • "Nabici" przy nich to pikuś? Wielki pozew przeciw bankowi z Trybunałem Sprawiedliwości w tle

      Zrobiła się ostatnio moda na konsumenckie pozwy zbiorowe. Pozywane są banki, ubezpieczyciele, a ostatnio nawet polskie państwo (odszkodowań od Skarbu Państwa chce m.in. 18 klientów Amber Gold). Co myślę o pozywaniu państwa o nie trafione inwestycje, napisałem w sobotnim komentarzu w "Gazecie Wyborczej". Co do pozwów zbiorowych wycelowanych w instytucje finansowe, to też mam mieszane uczucia, bo w wielu przypadkach chodzi głównie o robienie szumu i naciąganie ludzi, żeby płacili prawnikom sute prowizje. Po sukcesie "Nabitych" w sporze z mBankiem (co prawda jest to na razie zwycięstwo pyrrusowe, ale wynik poszedł w świat) teraz klienci będą się sądzić ze wszystkimi i o wszystko. Sądzę, że największa fala pozwów o potencjalnie największych konsekwencjach finansowych będzie dotyczyła spreadów walutowych w kredytach hipotecznych. Spoglądając na imponującą listę klientów Banku Millennium, przygotowujących się do pozwania Banku Millennium - zapisało się już po nad 1800 osób! - można w ciemno obstawić, że za chwilę objawią się inne grupy "spreadożerców".

      Determinacja ludzi będzie duża, bo stawka w przypadku pozwów o spread jest wysoka - anulowanie spreadu może oznaczać automatyczne przewalutowanie umów na złotowe. Do ugrania może być kilkadziesiąt, a w przypadku niektórych klientów nawet kilkaset tysięcy złotych. Prawnicy będą zapewne roztaczali wizje świetlanej przyszłości, rozgrzewając dodatkowo nastroje po stronie klientów. Scenariusz zakładający masowe pisanie pozwów grupowych w sprawie spreadu uważam za pewny, jak w banku, dlatego dość uważnie nasłuchuję doniesień z innych krajów oraz z unijnego Trybunału Sprawiedliwości. Bo orzecznictwo europejskie może mieć niemały wpływ na to w jaki sposób polskie sądy będą patrzyły na te sprawy. Jakiś czas temu relacjonowałem Wam przemyślenia jednego z ekspertów Trybunału Sprawiedliwości, którego zdaniem klienci banków mogli nie być świadomi jak wysokimi kosztami przez cały okres obowiązywania umowy kredytowej zostaną obciążeni z tytułu spreadu. Kilka tygodni temu z kolei Trybunał wydał orzeczenie, z którego wynika, że postanowień dotyczących spreadu sądy krajowe nie powinny wyłączać z analizy dotyczącej uczciwości umów. To dobra wiadomość dla konsumentów.

      Otóż z unijnej dyrektywy (numer 93/13) wynika, że wszystkie nieuczciwe warunki w umowach nie wiążą konsumenta. Ale nie wiążą go pod warunkiem, że nie określają głównego przedmiotu umowy, ani relacji ceny do dostarczonych w zamian towarów lub usług. Tych dwóch kategorii zapisów nie można sprawdzić pod kątem uczciwości, jeśli są wyrażone prostym i zrozumiałym językiem. Gdyby potraktować paragrafy umów dotyczące spreadu jako określające główny przedmiot umowy, określające relację cenową oraz za napisane zrozumiale - nie dałoby się ich podważyć. Jednak Trybunał orzekł, że co najmniej jeden z tych warunków da się podważyć. A konkretnie - ten mówiący, iż zapisy o spreadzie określają relację ceny do dostarczonych w zamian usług. Wszystko dlatego, że przy spłacie raty obciążonej spreadem bank nie świadczy klientowi usługi wymiany waluty. "Rozpatrywany warunek ogranicza się do określenia, w celu obliczenia rat kredytu, kursu wymiany między forintem a frankiem szwajcarskim, nie przewidując świadczenia przez kredytodawcę usługi wymiany waluty. W braku takiej usługi ciężar finansowy wynikający z różnicy pomiędzy kursem sprzedaży i kursem kupna, który musi ponieść kredytobiorca, nie może zostać uznany za wynagrodzenie należne w zamian za usługę".

      Oczywiście nie oznacza to, że cała "walutowość" kredytu jest jednym wielkim przekrętem (jak chcieliby to widzieć niektórzy kredytobiorcy). Bank, ponieważ określa wierzytelność w walucie obcej, musi posiadać określony kapitał "pod kredyt", też w tej walucie. Ale Trybunał dał wyraźny sygnał, żeby sądy w krajach Unii nie szły drogą "upupiania" pozwów klientów, które dotyczą spreadu. I żeby nie honorowały argumentu, iż zapisy te nie "podpadają" pod ocenę, czy są uczciwe, czy nie. Niestety dla banków - podpadają. W orzeczeniu Trybunału Sprawiedliwości wyczytałem też jeszcze jedną ciekawostkę. Otóż doprecyzował on znaczenie słów "jednoznaczny i zrozumiały" - tych samych, które powodują że sąd nie może nawet zastanawiać się nad uczciwością bądź nieuczciwością zapisu o spreadzie, tylko musi go uznać za obowiązujący (nawet jeśli krzywdzi klienta). Otóż zapis jest "jednoznaczny i zrozumiały" nie tylko wtedy, kiedy jest napisany poprawnie od strony gramatycznej i formalnej (czyli zawiera wszystkie potrzebne informacje). Według unijnego trybunału "umowa kredytu musi w sposób przejrzysty ukazywać powody i specyfikę mechanizmu przeliczania waluty obcej".

      Taka wykładnia Trybunału oznacza, że sąd krajowy, rozpatrując kwestię legalności zapisów o spreadzie w kredytach hipotecznych, powinien rozkminić "czy właściwie poinformowany oraz dostatecznie uważny konsument może nie tylko dowiedzieć się o istnieniu różnicy między kursem sprzedaży a kursem kupna waluty obcej, ale również oszacować skutki zastosowania kursu sprzedaży przy obliczaniu rat kredytu, a w rezultacie także całkowity koszt zaciągniętego przez siebie kredytu". Dam sobie uciąć rękę w łokciu, że w latach 2006-2008, kiedy polskie banki udzielały najwięcej kredytów we frankach, definicji podyktowanej przez Trybunał Sprawiedliwości nie spełniała żadna umowa kredytowa. Mamy więc już dwa powody, które mogą odciąć bankowcom ostatnią drogę ucieczki w sytuacji, gdyby sądy zaczęły ostro przyczepiać się do spreadu. Jedyną dobrą wiadomością dla finansistów jest ta, że według Trybunału "w sytuacji, gdy wykreślenie nieuczciwego warunku prowadziłoby do niemożności wykonania umowy, nic nie stoi na przeszkodzie, by sąd krajowy zastąpił ów warunek przepisem prawa krajowego o charakterze dyspozytywnym". A więc: w miarę możliwości sądy nie powinny dopuszczać do sytuacji, w której wykreślają paragrafy dotyczące spreadu jako nieuczciwe, a potem idą do domu, pozostawiając po sobie pustkę. Wykreślony zapis powinny - jeśli tylko się da - zastąpić innym, zgodnym z prawem. To ogranicza z kolei szanse konsumentów na to, że uda im się poprzez wykreślenie spreadu z umów kredytowych de facto przewalutować kredyty na złotowe.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „"Nabici" przy nich to pikuś? Wielki pozew przeciw bankowi z Trybunałem Sprawiedliwości w tle”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 30 maja 2014 15:29
  • czwartek, 29 maja 2014
    • LOT chce być jak Ryanair: wprowadza bilety tańsze o jedną trzecią. Jakie są restrykcje?

      Czyżby zanosiło się na wzrost konkurencji na polskim niebie? Wygląda na to, ze nasz narodowy przewoźnik LOT spróbuje tego lata zagrozić tanim liniom, takim jak Ryanair, czy Wizzair. LOT ogłosił właśnie, że z początkiem czerwca uruchamia nową taryfę, z okrojonymi usługami, ale za to ze znacznie niższą ceną biletów. To może być bardzo ciekawe posunięcie. Niedawno pisałem o tym, jak z przytupem na rynek lotów krajowych wszedł Ryanair. Z Warszawy do Gdańska i Wrocławia można już podróżować jego samolotami już od 19 zł (najpierw było 39 zł, ale potem jeszcze obniżyli). Nawet jeśli trafi się bilet nieco droższy - jeden z członków mojej rodziny bez problemu nabył z dwutygodniowym wyprzedzeniem bilet na trasie Warszawa-Wrocław za 39 zł - to i tak cena jest atrakcyjna w porównaniu z pociągami. Wprawdzie PKP Intercity też mile zaskoczyło swoją Weekendową Biletomanią z biletami za 29 zł, a autobusem sieci PolskiBus i pociągami Przewozów Regionalnych można jeździć jeszcze taniej (na tydzień przez odjazdem można bez problemu kupić bilety za 20-25 zł), ale... Każda cena poniżej 100 zł za przemieszczenie się w ciągu dwóch godzin samolotem na drugi koniec Polski musi się spotkać z dużym popytem. Tak samo, jak każda cena, pozwalająca przemieszczać się po Europie w cenie w okolicy 300-400 zł za osobę w obie strony.

      I chyba także w tę stronę będzie teraz coraz odważniej spoglądał LOT. Od 1 czerwca będzie można kupować bilety LOT na trasach krótko- i średniodystansowych (a więc głównie na loty po Europie) w nowej taryfie Economy Simple. Czym będzie się różniła od zwykłej klasy ekonomicznej? Przede wszystkim możliwością zabrania na pokład w cenie biletu tylko bagażu podręcznego. Za każdą torbę nadawaną do luku bagażowego trzeba będzie dopłacić 60 zł. Pasażerowie Economy Simple dostaną też na pokładzie mniej wysublimowany katering (tylko ciasteczko i napój zamiast normalnego posiłku) i nie będą mogli wybierać sobie miejsca w samolocie (nawet jeśli będą na lotnisku wcześniej, raczej nie ma szans na przydzielenie miejsca przy oknie). No i podróżując tą niższą klasą nie będzie też można dostać zniżki dla podróżującego z nami dziecka - będzie musiało mieć taki sam, jak my, "dorosły" bilet (w wyższych klasach dziecko do 11. roku życia ma 25% rabatu, a niemowlę płaci tylko 10% ceny biletu).  A co w zamian za te wszystkie "szykany"? Ma być taniej. 

      Co prawda w systemie rezerwacyjnym LOT nie widnieją jeszcze ceny według nowych taryf, ale podobno bilet Economy Simple ma być o 25-30% tańszy od "normalnego" biletu klasy ekonomicznej. To by oznaczało, że gdybym chciał np. za miesiąc polecieć do Londynu, to miałbym szansę zapłacić za bilet w obie strony jakieś 500 zł zamiast 710 zł, które podyktował mi system rezerwacyjny. Mniej więcej w tym samym terminie mógłbym polecieć do Barcelony klasą ekonomiczną za 840 zł. Jeśli założyć, że Economy Simple będzie o 30% tańsza, mogę liczyć na to, że zapłacę za bilet jakieś 600 zł. Oszczędność może więc wynieść jakieś 200-250 zł na bilecie. W zamian: przypomnijmy: zero bagażu do luku, zero wyżerki na pokładzie i zero miejsca przy oknie lub z przodu samolotu. No i - niestety - zero polityki prorodzinnej u naszego lotniczego przewoźnika, bo w taryfie Economy Simple nie opłaca się podróżować z rodziną. Wybierając "zwykłą" klasę ekonomiczną za dzieci zapłacimy o 25% mniej, a w cenie mamy możliwość nadania bagażu. Całe szczęście, że w LOT nie wpadli na pomysł, żeby np. w Economy Simple wyłączyć możliwość odprawy na lotnisku (kto zapomniał wydrukować karty pokładowej od Ryanaira - na lotnisku płaci za taką, jak za zboże). Nie mówiąc już o innych "ryanairowych" usługach dodatkowych. Brrr...

      CZYTAJ TEŻ: W którym banku przeżyjesz największy odlot? Przegląd kart, z milami

      Czy LOT chce przerobić się na tanią linię? Gdybym chciał się przelecieć za miesiąc do Barcelony samolotem Ryanair, to zapłaciłbym za bilet jakieś 500 zł w obie strony, a więc jednak  mniej, niż 600-650 zł w nowej, hipertaniej taryfie LOT-u (i też musiałbym dopłacić za bagaż nadawany do luku, za wybór miejsca, a poza tym leciałbym z lotniska w Modlinie). Tak czy siak: fajnie, że LOT więcej myśli o klientach, dla których najważniejsza jest cena. Acz nie tylko, bo wraz z taryfą Economy Simple nasz narodowy przewoźnik wprowadzi coś dla "aspirujących" - taryfę będącą czymś pośrednim między klasą ekonomiczną, a biznes. Nazywa się to-to Economy Plus i zawiera większość usług dostępnych do tej pory tylko w klasie biznesowej - odprawa przy osobnych stanowiskach (tych samych, które są zarezerwowane dla pasażerów klasy biznes), lepsze posiłki na pokładzie i dostawa świeżej prasy, możliwość wyboru miejsca w samolocie, "zakwaterowanie" z przodu samolotu (tam gdzie pasażerowie z klasy biznes) i priorytet przy wyładunku bagażu. Jedyną niedostępną dla Economy Plus usługą są VIP-owskie saloniki na lotnisku (trzeba dopłacić 120 zł, co jest ceną zaporową). O, to, to:

      W przypadku tej nowej taryfy sukces zależy wyłącznie od tego, jak LOT skonfiguruje relację cen między klasą biznes, a Economy Plus. Sam pomysł, by próbować zejść z cenami przelotów w warunkach premium jest bardzo dobry, bo może skłonić przynajmniej niektórych przedstawicieli polskiej klasy średniej do skorzystania z lepszego poziomu usług, do tej pory dla nich niedostępnego ze względu na kosmiczny poziom cen. Wiadomo, że klasą biznesową podróżuje się głównie służbowo, za pieniądze korporacji, nie własne, stąd linie lotnicze żyłują ceny. Gdybym chciał za miesiąc przelecieć się do Barcelony i z powrotem, to rezerwując teraz bilet klasy biznes zapłaciłbym 2400 zł, czyli trzy razy więcej, niż za podróż klasą ekonomiczną (i pięć razy drożej od szacowanej ceny w Economy Simple). Podobna pordóż do Londynu to 2200 zł (ekonomiczna - 710 zł). Sorry, ale to są zaporowe warunki dla każdego zdrowo myślącego indywidualnego konsumenta - nawet takiego, który zarabia kilka średnich krajowych. Jeśli Economy Plus będzie "luksusową" klasą, ale z cenami nie bijącymi tak po oczach, jak obecne ceny w klasie biznes, lecz np. z taryfą o 50% wyższą, to operacja zwiększenia stopnia zapełnienia samolotów "dużopłacącymi" klientami może się udać. I tego życzę LOT-owi, bo, jak powszechnie wiadomo, podróżować jest cudnie ;-). A podróżować tanio...

      PRZECZYTAJ BESTSELLER O INWESTOWANIU! Jak skutecznie zarządzać oszczędnościami w czasie niskich stóp procentowych? Czy opłaca się kupić mieszkanie na wynajem? Jakie są nowe możliwości oszczędzania z myślą o spełnianiu marzeń nie tylko na emeryturze? Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o tym jak zabrać się do oszczędzania, jak zbudować swój pierwszy portfel inwestycji, jak wybrać fundusz inwestycyjny albo jak nie naciąć się przy wyborze lokaty - zapraszam do zakupu i przeczytania książki "Jak inwestować i pomnażać oszczędności"! To książka dla tych, którzy chcieliby mieć jakieś finansowe zabezpieczenie na czarną godzinę, albo chcieliby ułatwić dzieciom lub wnukom start w życie. Więcej na temat książki oraz jej recenzje znajdziecie na stronie serii "Samo Sedno", której częścią jest ta książka.

      SUBIEKTYWNOŚĆ NA KONFERENCJI "WALL STREET". Jeśli na początku czerwca będziecie przypadkiem w okolicach Karpacza, to zapraszam Was serdecznie do odwiedzenia konferencji "Wall Street", największego w Polsce spotkania fachowców od rynku kapitałowego i inwestorów indywidualnych. Będzie tam też mocna ekipa dziennikarzy "Wyborczej". Zapraszam!

      wallstreet_3x21

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „LOT chce być jak Ryanair: wprowadza bilety tańsze o jedną trzecią. Jakie są restrykcje? ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 maja 2014 20:32
    • Mija miesiąc od wyroku w sprawie "Nabitych" i... nic. Czy do akcji powinien wkroczyć UOKiK?

      Jutro upłynie dokładnie miesiąc od ogłoszenia wyroku w sprawie "Nabitych", czyli 1247 klientów mBanku, którzy pozwali bank za stosowanie niezgodnych z prawem regulacji dotyczących zmian oprocentowania kredytów. Mam tę gorzką satysfakcję, że na razie sprawdza się co do joty wszystko, co napisałem w soim pierwszym, gorącym komentarzu. A najbardziej sprawdza się teza, którą postawiłem, że największa "zabawa" dopiero przed nami. Okazało się bowiem, że bank zastosował strategię, której część "Nabitych" najwyraźniej się nie spodziewała (wnoszę to po ich oburzeniu), a którą ja obstawiłem jako pewnik - czyli strategię "na przeczekanie". Argumentacja mBanku jest taka: skoro wyrok sądu uznaje klauzulę zmiany oprocentowania za niedozwoloną, ale jednocześnie nie mówi w jaki sposób należy dostosować umowy klientów do nowego stanu prawnego (czyli takiego, w którym mamy kredyt ze zmiennym oprocentowaniem i żaden punkt nie określa okoliczności, w których ma się ono zmieniać), to czekamy na ruch klientów. Zwłaszcza, że sąd nie nakazuje nic nikomu wypłacić (bo pozew nie był o zapłatę, lecz o ustalenie bezprawności zapisu umowy). Gdyby nakazał wypłacić, to byłaby pewnie finansowa katastrofa dla banku, bo - jak niedawno policzyłem w blogu - stawką jest tu może i 140 mln zł.

      Jeśli mBank nie zmieni taktyki, to nietrudno przewidzieć, co to dla klientów będzie oznaczało - każdy z nich będzie musiał indywidualnie złożyć jeszcze jeden pozew, tym razem o zapłatę, którego prawomocne rozstrzygnięcie zabierze kolejny rok-półtora. Byłbym w stanie próbować zrozumieć, że bank nie chce sam przeliczyć - w oparciu o wyrok - ile klienci nadpłacili w przeszłości z powodu podwyżek oprocentowania, które okazały się nielegalne. I że wolałby przerzucić ten przykry obowiązek na klienta, albo na sąd rozpatrujący pozew klienta o zapłatę. Choć przecież - przy całej mojej wyrozumiałości dla bankowców, za którą mnie pewnie za chwilę srogo i bezlitośnie zbesztasz, Drogi Czytelniku - dałbym sobie głowę uciąć, iż gdyby było odwrotnie i nielegalne okazałyby się obniżki oprocentowania, to bank natychmiast by wszystko  policzył i wystawił klientom rachunek. I nie przeszkadzałoby mu, że wyrok nie nakazuje nic przeliczać. Bank wyszedłby wtedy z założenia, że skoro umowa "od zawsze" była inna, niż się wszystkim wydawało, to wzajemne zobowiązania i należności stron trzeba automatycznie policzyć z mocą wsteczną.

      Jest jednak gorzej: bank nie tylko nie chce sprawdzić ile klienci do tej pory nadpłacili - do tej pory nie ma żadnych sygnałów, by zamierzał skorygować także wartość przyszłych rat! A wyrok sądu mówi jasno: z umów klientów wypadł pewien zapis. To oznacza, że bank nie powinien naliczać rat według "starej" umowy, tylko według jej nowej wersji (bez "wypadniętego" zapisu, czyli z oprocentowaniem takim, jak w chwili podpisania umowy kredytowej). Zapytałem przedstawicieli mBanku czy zamierzają zastosować się do wyroku w kwestii przyszłych rat. W odpowiedzi usłyszałem: "Wyrok przesądził kwestię odpowiedzialności banku. Nie dotyczył zaś sposobu ustalania oprocentowania, wysokości rat czy wypłaty kwot w określonej wysokości dla poszczególnych klientów. mBank korzysta z przewidzianych prawem możliwości do obrony swoich argumentów. Dlatego, biorąc pod uwagę charakter rozstrzygnięcia – w tym fakt, że sąd pierwszej instancji nie przeprowadził pełnego postępowania dowodowego w sprawie i nie wziął pod uwagę racji obu stron – bank wniesie skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego". Ja czytam ten komunikat tak: sąd nie zakwestionował, że kredyty "Nabitych" mają zmienną stopę procentową, ale wyrzucił z umów parametry określającą tę zmienność. Nie powiedział przy tym w oparciu o jakie inne parametry owa zmienność ma być odzwierciedlona w umowach. Bank więc nie wie jak ma liczyć. A skoro nie wie, to będzie liczył po staremu.

      Pokrętne to rozumowanie - nawet przyjmując taką linię "procesową", w tej spornej sprawie bank mógłby pójść klientom na rękę i liczyć przyszłe raty tak, jak wynika z wyroku (nawet uznając to rozwiązanie za "prowizoryczne", bo według banku wyrok jest "niepełny"). Pytanie: czy obecne postępowanie banku trzeba uznać za obstrukcję i łamanie praw konsumentów, czy też tylko za minimalistyczną interpretację wyroku sądu? "Nabici" coraz głośniej domagają się, żeby po ich stronie stanął Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. I żeby wszczął przeciwko bankowi postępowanie. Podobno jednak idzie to jak po grudzie, bo nikomu nie chce się wziąć do roboty. Inercję tę opisał mi w liście jeden z czytelników blogu: "Jak wiadomo, mBank nie respektuje wyroku - z informacji jakich udzieliła mi pracownica kancelarii Wierzbowski Eversheds wynika, że nadal nie obniżono bezprawnie zawyżonego oprocentowania kredytów hipotecznych. Kancelaria i klienci mają ograniczone możliwości, by to zmienić. Wyjściem jest UOKiK, który może uznać, iż mBank rażąco narusza zbiorowe interesy konsumentów i karą finansową zmusić bank do respektowania prawomocnego wyroku sądu. Zadzwoniłem więc do UOKiK-u, gdzie dowiedziałem się, że prowadzą działania w tej sprawie, że otrzymali wiele zgłoszeń od konsumentów, ale że nie mają ani jednej kompletnej dokumentacji sprawy (umowa kredytowa, daty i wysokości zmian oprocentowania, cała korespondencja z mBankiem w tej sprawie) dla 3-5 takich przypadków" - pisze czytelnik.

      Najśmieszniejsze jest to, że całą dokumentację posiada zapewne sąd w Łodzi, który wydał wyrok (o ile nie spalił jeszcze akt w kominku), posiada je również miejski rzecznik konsumentów, a także kancelaria Wierzbowski Eversheds która prowadziła tę sprawę. Siedzibę UOKiK-u (Plac Powstańców Waszawy) i owej kancelarii  (ul. Jasna) dzieli.... 200 metrów. Słyszeliście zapewne o programie telewizyjnym "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie". Tu by się przydał. ktokolwiek widział papiery "Nabitych", niechaj cwałuje na Plac Powstańców Warszawy. Albo niech pocwałuje do skanera i wyśle komplet dokumentów na adres ddk@uokik.gov.pl. Prosi o to mój czytelnik: "Liczę na poruszenie tego wątku, bo trudno mi przejść obojętnie obok podejścia mBanku dla prawomocnych wyroków sądów Rzeczpospolitej Polskiej". Cóż, sprawa nie jest prosta, a bank z całą pewnością - niezależnie od przyjętej linii procesowej - mógłby zachować się lepiej. A opinię UOKIK-u, wyspecjalizowanego w badaniu takich spraw, chętnie bym poznał. Jak to jest z tym mBankiem i wyrokiem w sprawie "Nabitych"? Obstrukcja, ignorowanie wyroków sądu przez cynicznych bankowców, czy po prostu minimalistyczna, ale wciąż mieszcząca się w granicach prawa interpretacja wyroku sądu?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (31) Pokaż komentarze do wpisu „Mija miesiąc od wyroku w sprawie "Nabitych" i... nic. Czy do akcji powinien wkroczyć UOKiK?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 maja 2014 14:38
    • Szczyt oszczędności: dać dziecku w prezencie prywatną emeryturę, kiedy ma... dwa lata?

      Od dłuższego czasu odwiedzam firmy ubezpieczeniowe i eksploruję różne rozwiązania emerytalne, które pozwalają zapewnić sobie prywatną emeryturę w gwarantowanej wusokości. Dziś zrelacjonuję Wam moje spotkanie z produktem firmy Pramerica, do której zgłosiłem się z prośbą o wyliczenie ceny ubezpieczenia dla dziecka. Zgłosiłem się akurat do niej, bo słyszałem gdzieś, że to jedna z nielicznych firm mających w ofercie prywatne emerytury bez inwestowania pieniędzy na ryzyko klienta. Założenie było takie: chcę ubezpieczenia na dłuższy termin, które byłoby gwarancją, że dziecko nie będzie uzależnione od wypłat z ZUS-u, lecz będzie się cieszyło porządną, prywatną emeryturą. Zażądałem, by rozwiązanie nie opierało się na żadnych funduszach, ani nie zawierało komponentu ryzyka - chciałem gwarantowanych świadczeń. Postanowiłem też, że suma ubezpieczenia powinna wynosić 100.000 zł, zaś minimalna wypłata miesięcznej dodatkowej emerytury - 1000 zł. Dla ułatwienia obliczeń zniosłem indeksację składki (czyli utrzymywanie realnej wartości wpłacanych, ale i wypłacanych pieniędzy).

      Dla dziecka w wieku dwóch lat wyliczono mi, że powinienem płacić do jej pełnoletniości po ok. 1600 zł rocznie (czyli po jakieś 130 zł miesięcznie). Później ona sama będzie mogła przejąć opłacanie składek aż do emerytury, albo poprosić o wypłatę pieniędzy jako "stypendium". W tym ostatnim wariancie w wieku 20 lat wyjmie mniej więcej tyle, ile ja dla niej wpłacę - czyli 30.000 zł (lub 36.000 zł jeśli doliczymy prawdopodobny udział w zysku firmy ubezpieczeniowej). Jeśli potraktować ten deal jak czystą inwestycję, to oczywiście nie jest to najlepsze rozwiązanie, bo przez te 20 lat uskładałbym - wpłacając po 130 zł miesięcznie na lokatę oprocentowaną na 3,5% -  ponad 44.000 zł już po opodatkowaniu podatkiem Belki. Okazuje się więc, że ponad 8.000 zł potencjalnych zysków poszło na ubezpieczenie. Układ jest więc taki: firma ubezpieczeniowa bierze ode mnie składki i po 20 latach wypłaca mi mniej więcej tyle, ile wpłaciłem, pozbawiając odsetek, ale w zamian oferując ubezpieczenie na życie.

      Dziecko w wieku 22 lat może zdecydować - wziąć te pieniądze, albo oszczędzać dalej po 130 zł miesięcznie aż do 65. roku życia. I wciąż mieć ubezpieczenie na życie w wysokości 100.000 zł. Załóżmy, że 22-latek nie chce wziąć 36.000 zł, tylko oszczędzać dalej na przyszłą emeryturę. W ciągu 43 kolejnych lat łączne saldo wpłat do firmy ubezpieczeniowej urośnie do ok. 100.000 zł. Firma obiecuje, że po ukończeniu 65. lat dzisiejszy 2-latek dostanie do ręki 210.000 zł. Jeśli doliczymy do tego udział w zyskach firmy ubezpieczeniowej (dość prawdopodobny, wyliczony dla stopy zwrotu 5% rocznie), będzie to 410.000 zł. Wciąż nie jest to najlepszy sposób na ulokowanie 100.000 zł. Porównując gwarantowaną kwotę 210.000 zł z możliwościami oszczędzania na własną rękę, wyjdzie nam, że jakieś 20-25 lat oszczędzania w Pramerice jest "za darmo" (czyli firma "zakosi" odsetki za ten okres). To cena ubezpieczenia na życie, dodawanego w pakiecie.

      Na koniec jeszcze nasz 65-latek będzie miał do wyboru - wybrać te 210.000-410.000 zł (zależy ile wyjdzie) i na coś wydać, czy też... zagwarantować sobie wypłatę dodatkowej emerytury. Wypłacana przez kolejnych 10 lat wynosiłaby 1975 zł (przy gwarantowanej wysokości kapitału) lub 3850 zł (przy uwzględnieniu niegwarantowanych zysków z inwestycji Prameriki), gdyby firma miała wypłacać ją przez 20 lat - stawka wyniesie 1110 zł lub 2160 zł, zaś przy wariancie dożywotnim (tu niestety odpada opcja przejęcia nie wypłaconych pieniędzy przez spadkobierców) - będzie to 1000 zł lub 1945 zł. Oczywiście wszystkie kwoty są w wartościach nominalnych i nie uwzględniają inflacji (bo nie ma indeksacji). Rozwiązanie Prameriki nie wygląda źle na tle propozycji innych firm ubezpieczeniowych, choć samodzielnie oszczędzając można wycisnąć z oszczędności znacznie więcej (rezygnując z ubezpieczenia na życie). "Stratą" wynikającą z powierzania pieniędzy firmie ubezpieczeniowej jest część odsetek, które można byłoby zarobić na lokacie. 

      JAK ODRÓŻNIĆ DOBRĄ POLISĘ OD ZŁEJ? Piszę o tym w mojej najnowszej książce "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z głową". Jeśli  naciąłeś się kiedyś na trefną polisę, albo przyszedł do ciebie ostatnio agent ubezpieczeniowy i nie wiesz co myśleć o jego propozycjach - powinieneś przeczytać tę książkę. Już w dobrych księgarniach!

      DZIŚ "PIENIĄDZE EKSTRA"! Poza czytaniem blogu dziś - jak co czwartek - powinniście również poczytać dział "Pieniądze Ekstra" w "Gazecie Wyborczej". Tam, jak zwykle, multum porad i Ekipa Samcika w akcji, czyli walczymy o Wasze prawa. Dziś na koń wsiadła Ania Popiołek i pognała w kierunku wiatraka o nazwie Link4.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (49) Pokaż komentarze do wpisu „Szczyt oszczędności: dać dziecku w prezencie prywatną emeryturę, kiedy ma... dwa lata?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 maja 2014 08:13
  • środa, 28 maja 2014
    • Wyłączenie funkcji zbliżeniowej: czy karta może potem nie działać w niektórych sklepach?

      Od wiosny tego roku banki mają obowiązek dawać klientom możliwość wyłączenia transakcji zbliżeniowych oraz ograniczyć wkład własny klienta w szkodę, gdyby karta zbliżeniowa dostała się w niepowołane ręce. W różnych bankach różnie to jest rozwiązywane - albo banki dają wybór klientom i pozwalają im wziąć kartę z opcją zbliżeniową lub bez, albo umożliwiają klientowi manewrowanie limitami dziennymi transakcji autoryzowanych zbliżeniowo (można np. sprowadzić je do zera i tym samym de facto "wyłączyć" funkcję zbliżeniową), albo oferują opcję oficjalnego wyłączenia funkcji zbliżeniowej. Czasem jednak sposób wyłączenia zbliżania budzi kontrowersje wśród klientów. "Nie czuję się komfortowo z opcją płatności bezstykowych i chciałam ją wyłączyć" - pisze do mnie jedna z klientek mBanku. "Otrzymałam na wiosnę dwie karty z funkcją płatności zbliżeniowych, którą to funkcją nie jestem zainteresowana. Rozmowy z konsultantami i korespondencja e-mailowa z pracownikami banku doprowadziły mnie do konkluzji, że wraz z wyłączeniem opcji płatności stykowych wyłącza się możliwość transakcji offline" - donosi czytelniczka. I niepokoi się, że wraz z wyłączeniem opcji zbliżeniowej, będzie też musiała zrezygnować z zakupów np. w połowie sklepów.

      W tym miejscu muszę wytłumaczyć o co chodzi z tymi transakcjami offline - otóż terminal w sklepie może domyślnie być tak ustawiony, że nie łączy się z bankiem przy transakcji. Przy transakcjach poniżej 50 zł, czyli bez konieczności wklepywania PIN-u, terminal nie musi weryfikować tego hasła, więc część sklepów ustawia terminale domyślnie na opcję offline, żeby transakcje "przechodziły" szybciej. Nota bene ta praktyka spowodowała, że w systemie zrobiła się niemała dziura, bo z kolei banki nie zawsze ustawiały na czipie liczniki transakcji zbliżeniowych. W efekcie można było "trzaskać" mnóstwo transakcji offline bez połączenia z bankiem i z opcji tej ochoczo korzystali złodzieje naszych kart. Teraz już liczniki transakcji zbliżeniowych, umieszczone na czipie, dopuszczają tylko kilka transakcji tego typu dziennie, więc karty stały się bezpieczniejsze. A jaka część terminali działa offline? "Kiedy zaczęłam dopytywać jaka część transakcji przypada na terminale działające offline, to konsultant w banku nie potrafił odpowiedzieć, zasłaniając się brakiem statystyk. Powiedział, że to zależy do terminala i że to nie ich działka" - relacjonuje klientka.

      Czytelniczka ma więc nie lada dylemat: wyłączyć funkcję zbliżeniową i liczyć się z ryzykiem, że w niektórych sklepach odeślą ją (a ściślej pisząc: jej kartę) z kwitkiem, czy też nie wyłączać zbliżeniowości i ryzykować brak spokojnego snu i zabezpieczać budżet na relanium? Zapytałem o to Krzysztofa Olszewskiego z mBanku. "Rzeczywiście, w przypadku blokowania karty zbliżeniowej blokowane są wszystkie możliwości dokonywania transakcji offline na karcie, o czym klienci są wyraźnie informowani. W teorii może to oznaczać, że transakcja będą odrzucane w terminalach działających tylko w trybie offline. W praktyce jednak takiego ryzyka nie ma, ponieważ w Polsce nie ma terminali wyłącznie offline'owych. W sytuacji, gdy karta ma wyłączoną obsługę transakcji offline, terminal POS przełącza się na tryb online, a autoryzacja dokonuje się prawidłowo. Wyłączenie funkcji zbliżeniowej nie upośledza więc karty w stopniu, o którym pisze czytelniczka" - uspokaja Olszewski. Kto więc ma ochotę, żeby wyłączyć w swojej karcie możliwość zbliżania, nie musi się obawiać, że w niektórych sklepach karta może nie zadziałać w ogóle.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Wyłączenie funkcji zbliżeniowej: czy karta może potem nie działać w niektórych sklepach?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 28 maja 2014 08:03
  • wtorek, 27 maja 2014
    • Subiektywność rządzi w konkursie Money.pl! Najbardziej społecznościowy blog ekonomiczny!

      Jak pewnie część z Was zauważyła, blog "Subiektywnie o finansach" brał udział w konkursie na najlepszy ekonomiczny blog roku 2014, organizowanym przez portal Money.pl. Zgłoszonych zostało kilkadziesiąt blogów (kto by pomyślał, że tyle osób w Polsce zajmuje się blogowaniem o ekonomii?), a zawody przebiegały trzytorowo. Najlepszy blog roku wybierali menedżerowie, prezydenci miast, prezesi firm (m.in. bankowcy, którzy nie mają ze mną lekko: Leszek Czarnecki,  Sławomir Żygowski i Leszek Niemycki), ale równolegle swoich ulubieńców nominowali sami internauci (poprzez głosowanie internetowe), a także eksperci od analizowania społeczności w internecie (oceniający opiniotwórczość poszczególnych blogów w sieci, czyli polubienia, komentarze, udostępnienia, liczbę fanów w portalach społecznościowych). I właśnie dziś dostałem wiadomość, że w dwóch z trzech kategorii subiektywność znalazła się w ścisłej czołówce.

      Blog "Subiektywnie o finansach" zajął trzecie miejsce w głosowaniu menedżerów i prezesów oraz pierwsze miejsce w kategorii "Najbardziej społecznościowy blog roku" (czyli w analizie ekspertów od analizy internetowej opiniotwórczości blogów). Zanim przejdę do szczegółów tego niezmiernie miłego dla mnie rozstrzygnięcia, chcę pogratulować zwycięzcom w głosowaniu menedżerów i prezesów firm (oni za najlepszy blog uznali DNA Rynków Pawła Cymcyka) oraz w głosowaniu internautów (tu wygrał autor blogu ZbycieSpadku.pl). Osobne ciepłe słowo chcę też przekazać Michałowi Szafrańskiemu, który prowadzi blog "Jak oszczędzać pieniądze" (drugie miejsce w głosowaniu menedżerów, czwarte w głosowaniu internautów), a także Piotrkowi Miączyńskiemu, autorowi blogu "Towar niezgodny z umową" oraz członkowi Ekipy Samcika, współtwórcy czwartkowych stron "Pieniądze Ekstra" w "Gazecie Wyborczej" (drugi najbardziej społecznościowy blog roku). Panowie, szacunek! Nikt nie wie lepiej, niż ja - mutant, od pięciu lat dzień w dzień piszący blog finansowy - ile trzeba włożyć potu i pracy, żeby stworzyć miejsce w internecie, cenione przez czytelników i ekspertów.

      Teraz pozwólcie, że przez chwilę zajmę się sobą :-). Dziękuję Kapitule za trzecie miejsce na liście najlepszych blogów ekonomicznych, ale przede wszystkim dziękuję Wam, Drodzy Czytelnicy, za to, że przyczyniliście się walnie do tego, iż "Subiektywnie o finansach" został oficjalnie "zatwierdzony" najbardziej społecznościowym blogiem ekonomicznym w Polsce. W opublikowanych wynikach konkursu czytam, że "subiektywność" ma zdecydowanie najwyższe oba wskaźniki "społecznościowości", na podstawie których były oceniane wszystkie startujące w konkursie blogi. Tzw. social footprint, czyli znak, który pozostawia po sobie w serwisach społecznościowych (komentarze, polubienia, udostępnienia treści, retweety) wynosi w przypadku "Subiektywnie o finansach" 4431 (drugi w klasyfikacji blog ma 2493, a tylko cztery blogi mają ów wskaźnik powyżej 1000). Z kolei liczbę tzw. followersów, czyli osób śledzących blog w różnych serwisach społecznościowych, podsumowano w przypadku "Subiektywnie o finansach" na 26.344 osób (tylko jeden blog, "Towar niezgodny z umową", miał powyżej 10.000 followersów).

       

      money.plwyniki

       

      Wyniki konkursu Money.pl instalują w sercu mym radość i dumę (niewykluczone, że uronię nawet jakąś łezkę ;-)), bo przecież to dla Was powstaje to miejsce w internecie. To, że lubicie tu wpadać, że cytujecie, dzielicie się swoją sympatią do "Subiektywnie o finansach" z innymi użytkownikami portali społecznościowych, jest dla mnie największym wyróżnieniem. To Waszych interesów bronię, Wasze sprawy staram się pozytywnie "popchnąć" w bankach i innych firmach finansowych. A jak wiele udało nam się już wspólnie załatwić, przypomnicie sobie, klikając ten link. Ostatnio policzyłem, że w ciągu ostatniego roku wpadło tu ponad półtora miliona osób (tzw. unikalnych użytkowników), z których zauważalna część została na dłużej. Blog ma swoją emanację na Facebooku, Twitterze, YouTube, Google+, jest co czwartek w "Gazecie Wyborczej", przybrał nawet formę książkową (na podstawie Waszych historii opisywanych w blogu powstała książka "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z głową"). i pewnie na tym się nie skończy :-). 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Subiektywność rządzi w konkursie Money.pl! Najbardziej społecznościowy blog ekonomiczny!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 maja 2014 18:12
    • Bezsensowny pomysł na dojenie klienta: zmieniasz w bankomacie PIN do karty, to płać!

      Lata mijają, świat się zmienia, a sporo banków wciąż oferuje za darmo wszystkie bankomaty krajowe, a czasem i zagraniczne. Niekiedy jest to bonus bezwarunkowy, częściej związany jest z koniecznością używania karty nie tylko w bankomacie, ale i na zakupach w sklepie (wtedy bank zarabia na prowizjach od sprzedawców). Nie jestem w stanie pojąć po co banki zachęcają nas do korzystania z bankomatów, do których zwykle dopłacają, ale kto bogatemu zabroni? Pewnie chodzi o to, że darmowe wypłaty gotówki wciąż są dla klientów polskich banków jednym z najważniejszych parametrów dobrego konta, więc banki boją się z tego bonusu zrezygnować. O ile jednak bankomaty w wielu bankach są darmowe, o tyle prowizje pobierane czasem za inne operacje bankomatowe wołają o pomstę do nieba. Pisze do mnie na Facebooku jedna z czytelniczek: "Eurobank pobiera 2-złotową opłatę za samodzielną zmianę PIN-u do karty w bankomacie własnym banku. Głupota podobna do pobierania przez banki opłat za przelewy wykonywane w bankowości elektronicznej" - pisze pani Ewa. Dodałbym jeszcze do tej listy opłatę za prowadzenie konta oszczędnościowego (taką głupotę wprowadził jakiś czas temu PKO BP).

      Sprawdziłem w eurobankowych tabelach opłat i prowizji - rzeczywiście, taka pozycja się tam mieści: "Zmiana PIN w bankomacie Eurobanku - 1,95 zł". Oczywiście, jak zauważyli inni fejsbukowicze, Eurobank bynajmniej nie jest żadnym wyjątkiem, bo tego typu opłaty zdarzają się i to dość często. Przykładowo w tabelach prowizji mBanku można bez trudu ustalić, że opłata za zmianę PIN do karty wynosi 2 zł. Są też podobno banki, które w ogóle nie dopuszczają możliwości zmiany PIN przez klienta, można sobie co najwyżej wygenerować nowy, co kosztuje między 5 zł a 20 zł (w zależności od banku). Uważam, że tego typu prowizje są głupim pomysłem. Rozumiem motywację banku, który nie chce obciążać swoich systemów IT operacjami zmiany PIN, zlecanymi co drugi dzień przez upierdliwców, którzy uważają, że śledzi ich UFO. Ale, powiedzmy sobie szczerze, dla większości "normalnych" klientów zmiana PIN jest raczej rzadką czynnością "higieniczną", której dokonujemy w sytuacji, gdy mocno podejrzewamy, że ktoś mógł podpatrzyć kod, gdy zatwierdzaliśmy transakcję w sklepie. Lepszy jest klient, który w takiej sytuacji zmieni PIN i będzie używał bezpiecznie karty, niż ten, który machnie ręką, a potem ktoś mu ukradnie kartę i wyczyści konto.

      Dlaczego banki karzą klientów za rozsądek? Dlaczego zniechęcają ich do zachowań, które zwiększają bezpieczeństwo operowania kartami? Na szczęście nie we wszystkich panuje takie podejście do tematu. W takim np. Banku BPH mamy zróżnicowany poziom prowizji za zmianę numeru PIN w bankomacie. Jeśli zmieniamy kod w bankomacie własnym BPH, jest to operacja bezpłatna. Jeśli w bankomacie obcym - cena wynosi już 1 zł. Są i banki, które nie pobierają pieniędzy za to, że klient zmienia PIN do swojej karty. I czynią z tego faktu element budujący przewagę nad konkurencją. Takim bankiem jest np. Credit Agricole, w którym za zmianę PIN-u w bankomacie się nie płaci i bank bardzo mocno podkreśla ten bonus w przekazie reklamowym. Chciałbym, żeby inne banki poszły w jego ślady.

      credit_agricole_bankomat1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Bezsensowny pomysł na dojenie klienta: zmieniasz w bankomacie PIN do karty, to płać!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 maja 2014 08:21
  • poniedziałek, 26 maja 2014
    • BIK-lipa za 79 zł, czyli jak kupiłem sobie "laurkę"

      Postanowiłem zrobić wreszcie coś dla siebie. Zainwestować w swoją wiarygodność. Przeczytałem gdzieś, że aby zostać finansowym maczo wystarczy dziś wyrobić sobie BIK-pass, czyli specjalny dokument Biura Informacji Kredytowej, który potwierdza standing finansowy osoby, która się nim legitymuje. W bankach będą kłaniać się takiemu maczo w pas, rozwijać przed nim czerwony dywan, otwierać skarbiec z pieniędzmi nie zadając zbędnych pytań. Piękna wizja, prawda? Ów BIK-pass to nic innego, jak rodzaj laurki z wypisaną oceną punktową i przyznanymi gwiazdkami - tymi samymi, które wyświetlają się przy naszym nazwisku pracownikowi banku za każdym razem, gdy przychodzimy po kredyt gotówkowy. Mówiąc wprost: to najzwyklejsze w świecie potwierdzenie scoringu BIK, tyle, że podane w nieco ładniejszej formie graficznej. Biuro zapewnia, że BIK-pass będzie dawał specjalne prawa w instytucjach partnerskich, biorących udział w programie. Powinien także ułatwiać aplikowanie o kredyt w pozostałych bankach, pomagać w wynajęciu mieszkania, dawać zniżki lub ułatwienia w wielu mpunktach usługowych (np. w hotelach, czy wypożyczalniach samochodów i wszędzie tam, gdzie wiarygodność klienta ma znaczenie). Słowem: cud, miód i orzeszki.

      Postanowiłem załatwić sobie taki "list żelazny". I wziąć udział w "rewolucji w budowaniu wiarygodności", bo tak BIK mówi o swojej nowince. Wyrabianie BIK-passa polega na tym, że trzeba się zarejestrować w portalu Biura Informacji Kredytowej, zapisać się na jeden z dwóch pakietów - podstawowy lub Premium i poprosić o wygenerowanie BIK-passa. Pakiet podstawowy jest za darmo, ale w ramach darmoszki zawiera jedynie możliwość wydrukowania tzw. informacji ustawowej (czyli mało przyjaznego zestawienia wszystkich informacji, które są na nasz temat w BIK-u). Za wszelkie dodatkowe usługi trzeba płacić dodatkowo, np. za wygenerowanie BIK-passa - 23 zł. Jest też pakiet premium, który kosztuje aż 79 zł i w tej cenie można otrzymać bardziej przyjazną wersję informacji ustawowej (czyli profil kredytobiorcy), dowiedzieć się na ile punktów i gwiazdek BIK ocenia naszą bieżącą wiarygodność, a także korzystać z Alertów (czyli dostawać SMS-y za każdym razem, kiedy jakiś bank o nas zapyta, zmieni coś w danych na nasz temat lub zawiadomi BIK, że nie zapłaciliśmy jakiejś raty). No i oczywiście jest też BIK-pass - trzy w ciągu roku można mieć za darmo, a każdy następny można dostać po taniości, za 4,99 zł. Za pakiet Premium zapłaciłem przelewem pay-by-link, ale i tak na wygenerowanie BIK-passa musiałem poczekać dobrych kilku godzin.

      BIKstrefa

      Okazało się, że jestem klientem prawie idealnym, mam pięć gwiazdek (556 pkt. na 631 pkt. możliwych do uzyskania). Na drugiej stronie znalazłem zestawienie wszystkich moich obecnych i już spłaconych kredytów, wraz z informacją jak wygląda bieżąca jakość ich spłacania i jak wyglądała w najgorszym momencie spłacania każdego z kredytów. System od razu przekierował mnie do Strefy Korzyści, w której zamieszono listę ofert specjalnych od partnerów BIK. Co tam znalazłem? Możliwość zassania kredytu gotówkowego w BGŻ na 9%, kredyt gotówkowy bez prowizji (lub z obniżoną marżą, czyli z oprocentowaniem ok. 13%) od Getin Banku, bądź kartę kredytową bez opłaty miesięcznej i z minimalnie obniżonym oprocentowaniem kredytu - też od Getinu. Słowem: Strefa Korzyści wygląda na razie dość kabaretowo. Ale może BIK zadbał chociaż o dobry marketing "na mieście"? Wydrukowałem sobie BIK-pass i ruszyłem na łowy. W oddziale banku ING nieopodal popatrzyli na dokument, pokiwali ze zrozumieniem głowami i powiedzieli, że i tak muszą mnie sprawdzić w BIK-u, a ten świstek ich nie interesuje. Może więc w hotelu zostanę uznany za VIP-a, który nie musi wyciągać karty kredytowej do preautoryzacji? W jednym z warszawskich hoteli sieci Accor popukali się tylko w głowę. W wypożyczalni aut też nie chcieli słyszeć o żadnych ulgowych procedurach.

      BIKpasspartnerzy

      Wygląda na to, że BIK-pass na razie jest tylko bardzo drogą laurką. Można to-to sobie oprawić w ramkę i powiesić na ścianie, ale korzyści żadnych nie przyniesie. W BIK-u zapomnieli wypromować BIK-pass na tyle, by w bankach i punktach usługowych nie patrzyli na ten papier jak na UFO, zapomnieli też przyprowadzić do programu partnerów, którzy mogliby zaoferować naprawdę korzystne oferty. Kredyt gotówkowy w BGŻ na 9% można od biedy potraktować jako ofertę premium, ale tylko o ile nie byłoby przy nim prowizji, ani dodatkowych kosztów (a co do tego pewności nie mam). Oferty z Getinu nie są niczym nadzwyczajnym, mogę mieć kartę na lepszych warunkach bez BIK-passa. A wiecie co mnie najbardziej wkurzyło? Ano to, że jako klient, który miał już wcześniej konto w BIK i wykupiony pakiet Monitoring (za 99 zł), nie zasłużyłem na to, by dołożyli mi za darmo BIK-pass! Ponieważ jest to usługa nowa, to kazali mi zapłacić jeszcze 79 zł za pakiet Premium, w którym mam to samo, co w pakiecie Monitoring, a jedyną nowością jest BIK-pass. .

      W podobnej sprawie napisała do mnie jedna z czytelniczek. "Mam założone konto w BIK. Aktywowałam je jeszcze za czasów, gdy "full opcja" nazwana była pakietem Monitoring. Wchodzę więc na mój profil w BIK i rzeczywiście pojawiła się kategoria BIK-pass. Jednak mimo tego, że wyłożyłam za swoje konto 99 zł, nie jest ona dla mnie dostępna. Czytam więc: jak mogę ją uzyskać? I doczytuję, że mogę to uczynić... wykupując po raz drugi tą samą usługę (w trakcie trwania pierwszej). Owszem, jest możliwe darmowe uzyskanie BIK-passa na próbę, ale tylko przez tych, którzy teraz założą konto. Hmmm.... Chyba podziękuję za takie naciąganie". Ja też dziękuję. Rozumiem, że BIK chciałby zbudować sobie drugą nogę przychodów - żeby nie tylko banki, ale i zwykli ludzie płacili za raporty. Ale nie rozumiem wpuszczania na rynek produktu, który w programie partnerskim ma dwóch (słownie: dwóch) partnerów, nikt nie wie o istnieniu tegoż produktu, a dotychczasowi klienci (najcenniejsi, którzy już dali się przekonać do płacenia!), żeby uzyskać do niego dostęp, muszą zapłacić drugi raz. Spektakularny strzał w kolano.

      A skoro już jesteśmy przy wiarygodności kredytowej: Jest prosty sposób, by nierzetelnych płatników zmusić do uregulowania długów. I żeby już zawsze grzecznie płacili w terminie. Ów sposób - jak niedawno dowiedziałem się przypadkiem - stosuje się na skalę masową w Rosji. Polega on na obejmowaniu nierzetelnych płatników zakazem wyjeżdżania za granicę.  Zakazem objęto już 700.000 osób i może go orzec tylko sąd. Co ciekawe, możliwość nałożenia takiej kary nie jest uzależniona ani od tego jaka jest zaległość w spłacie, ani od tego jak wysoka jest sama zaległość. Jeśli ktoś dopiero na granicy dowie się, że z powodu nie zapłaconych długów nie może przekroczyć granicy, może spłacić zadłużenie w kasie punktu granicznego - i droga wolna. Średni dług osoby, która ma z powodu niefajnej historii płatniczej zakaz opuszczania kraju to 20.000 zł, 60% z tych gnomów to mężczyźni, zaś przeciętna zaległość płatnicza - 2,5 roku. Wpadła mi w ręce również statystyka dotycząca źródła pochodzenia długu: 33% dłużników nie spłaciła na czas kredytu gotówkowego, co czwarty zalega z kredytem samochodowym (jak to jest, że nie zabierają w takim przypadku również auta?), 19% zakazów opuszczania kraju jest nakładanych z tytułu kredytów ratalnych, zaciąganych bezpośrednio w sklepach. W statystykach nie ma nic o kredytach hipotecznych, których w Rosji zapewne jest stosunkowo niewiele (wysokie stopy procentowe), więc i pewnie dłużników hipotecznych nie zdążyło się zgromadzić.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „BIK-lipa za 79 zł, czyli jak kupiłem sobie "laurkę"”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 maja 2014 17:14
    • Chwilówka nie tylko na chwilę, za to z programem lojalnościowym. Nowe oblicze dużego gracza!

      Jak wiadomo, firmy chwilówkowe nie mają w życiu łatwo. Niby znalazły u nas eldorado, czyli kraj, w którym banki pożyczają drogo i niechętnie, ustawa o upadłości konsumenckiej nie działa, a ustawa antylichwiarska nie działa jeszcze bardziej. Niby żyją w kraju, w którym ludzie mają za mało pieniędzy, żeby zaspokoić podstawowe potrzeby konsumpcyjne, ale zarazem wystarczająco dużo, żeby móc sobie pozwolić na drogą pożyczkę. Niby znalazły tu miejsce na ziemi, w którym ludzie nie boją się internetu, urządzeń mobilnych, w którym działają przelewy natychmiastowe i jest wszelka infrastruktura, żeby móc pożyczać niemal w czasie rzeczywistym. A jednak wisi nad nimi miecz Demoklesa w postaci szykującej się nowej antylichwy. Czyli ustawy, która do ograniczenia odsetek od pożyczek dołoży też bolesne ograniczenie opłat pozaodsetkowych. I to tak zrobione ograniczenia, że w ciągu 120 dni będzie się opłacało udzielenie tylko jednej pożyczki oprocentowanej na 30% (nie w skali roku, lecz w skali miesiąca). Każda następna będzie musiała być znacznie tańsza. Rząd chce w ten sposób utrącić bałamutne oferty typu "pierwsza pożyczka gratis", żywcem wyjęte z podręcznika handlarza narkotykami. Firmy chwilówkowe będą musiały się dostosować do zmian prawa, albo zginą.

      Jaką drogą pójdą? Wiele wskazuje na to, że wytycza ją właśnie jeden z największych prywatnych pożyczkodawców na rynku (obok Vivusa i Providenta) - brytyjska Wonga.com. Ostatnio w ofercie Wongi sporo się zmieniło - z jednej strony firma wydłużyła maksymalny okres pożyczki z 30 do 60 dni, a z drugiej strony ruszyła z programem lojalnościowym, który pozwala dobremu klientowi uzyskać dużą zniżkę na kolejne pożyczki. Dzięki tym dwóm posunięciom firma najpewniej próbuje wykroić dla siebie nowy rynek, działający na takich zasadach, by udało się zmieścić - przynajmniej z częścią klientów - w nowych limitach antylichwy. W szczegółach ów program rabatów (zwanym "Programem Korzyści") wygląda tak, że Wonga przyznaje każdemu klientowi coś w rodzaju punktów wiarygodności. I w zależności od punktów (wynikających z jego własnej oceny oraz ze scoringu BIK) kwalifikuje klienta do jednej z pięciu grup - standardowej, albo jednej z "promocyjnych": Wonga Start daje 20% zniżki od standardowej ceny (co oznacza, że pożyczka 500 zł kosztuje 115 zł w prowizjach i opłatach (zamiast 145 zł). Potem jest Wonga Plus (41% zniżki), Wonga Premium (51% rabatu od standardowych warunków) oraz Wonga Max (57% zniżki, czyli 12,6% zamiast 29% - 60 zł odsetek zamiast 145 zł przy pożyczce 500 zł).

      wonga10zl1

      Wygląda na to, że w Wonga.com klient z dobrym scoringiem będzie miał teraz dostęp do pieniędzy w znacznie niższej cenie, niż u większości konkurentów (choć nadal znacznie drożej, niż w bankach). Jeśli dorzucić do tego wydłużenie okresu pożyczki do 60 dni, robi się interesująco. Ciekawe jak na ten ruch zareagują inni duzi pożyczkodawcy i czy stoimy u progu wojny cenowej dotyczącej najbardziej wiarygodnych finansowo klientów. "Słuchamy tego, co mówią nasi użytkownicy, z drugiej zaś cały czas doskonalimy algorytm, żeby przyciągać jak najlepszy profil klienta. W efekcie, wydłużamy okresu spłaty zobowiązania do 60 dni, co daje tańszą pożyczkę i oddala pokusę przedłużenia okresu spłaty pożyczki, co zresztą limitujemy do trzech razy. Z kolei Program Korzyści jest działaniem mającym na celu promowanie odpowiedzialnie spłacających klientów. Zabieg ten ma na celu z jednej strony nagrodzenie tych użytkowników Wonga, którzy poważnie podchodzą do spłaty zobowiązań, z drugiej strony zachęcenie tych, którzy mogą mieć z tym problemy do bardziej odpowiedzialnego pożyczania" - napisał mi Marcin Borowiecki z Wongi, kiedy go zapytałem o co kaman.

      Niestety, oprócz tych wszystkich ciekawych zmian, Wonga.com nie chce zejść z drogi występku i - podobnie jak konkurenci - oferuje preferencyjną cenę pierwszej pożyczki. Choć na szczęście nie jest to ten sam pomysł, który stosuje np. Vivus, czyli "pierwsza działka gratis", lecz jego wersja "light", czyli ograniczenie kosztów do 10 zł - niezależnie od kwoty pożyczki (maksymalnie 750 zł) oraz okresu pożyczki (maksymalnie 60 dni). Provident też znalazł swój pomysł na życie, oddając dobrym klientom część zapłaconych rat. Obawiam się, że tutaj nie ma co liczyć na samoograniczenie jest firm pożyczkowych, do ostatnich chwil przed wprowadzeniem nowej antylichwy będą na pewno walczyły o klientów w ten, moim zdaniem niespecjalnie etyczny, sposób. Co by nie mówić, metoda "pierwsza działka gratis" musi być porównywalnie skuteczna w każdej "branży", nie wyłączając pożyczkowej.

      SUBIEKTYWNIE W RADIU O LICHWIE. O planach rządu, dotyczących walki z lichwą, mówiłem niedawno w Polskim Radiu 24. Zapraszam do odsłuchania całej audycji na stronie internetowej Polskiego Radia.  Wcześniej o smutnym losie osób tkwiących w pętli kredytowej i spowiedzi lichwiarza mówiłem w Programie I Polskiego Radia

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Chwilówka nie tylko na chwilę, za to z programem lojalnościowym. Nowe oblicze dużego gracza!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 maja 2014 09:04
  • sobota, 24 maja 2014
    • Zwykły bankomat udzieli ci pożyczki. Pod warunkiem, że byłeś grzeczny i masz konto w...

      Niedawno pisałem o Commerzbanku, który uruchomił pierwsze w Europie placówki bezosobowe - nie ma w nich pracowników, a i tak wszystko można załatwić. Wyrobić kartę, złożyć wniosek o pożyczkę, założyć lokatę, wydrukować saldo konta... Oczywiście można też porozmawiać z żywym pracownikiem. Tyle, że nie face to face za pomocą telekonferencji. Kto chciałby coś takiego pomacać, powinien udać się warszawskich bunkrów dystrybutora takich cacek chińskiej produkcji, albo do... warszawskiej galerii handlowej Złote Tarasy, czy łódzkiej manufaktury - tam działają już dwie takie placówki Getin Banku. Nie jest to tania zabawka, ale pewnie tak będzie wyglądała przyszłość bankowości. Po co utrzymywać setki placówek i zatrudniać tysiące pracowników, skoro można tę samą sieć dystrybucji ogarnąć za pomocą automatów, przypominających nieco te, w których samodzielnie można sobie zrobić odbitki zdjęć? Automatyzację testują też polskie banki. Kilka banków wprowadza do polskich urzędów swoje opłatomaty, a np. Bank Millennium - ponoć jako pierwszy bank w Europie - uruchomił jakiś czas temu pożyczkę gotówkową udzielaną przez bankomat.

      Procedurę tę przetestowałem ostatnio na własne oczy, towarzysząc w czasie intymnej chwili face-to-face z bankomatem pewnemu klientowi Banku Millennium. Rzecz wyglądała tak, że bankomat "zaatakował" klienta, gdy wkładał kartę do maszyny w celu pobrania gotówki. Na ekranie, poza innymi niezbędnymi komunikatami, wyświetliło się zaproszenie do zaciągnięcia pożyczki. Pokazały się parametry tego gorącego dealu - oprocentowanie i dostępna kwota - a klient mógł propozycję przyjąć, bądź odrzucić. Za pośrednictwem bankomatu Bank Millennium oferuje wystandaryzowane pożyczki: 2000 zł na 24 miesiące. Nie można zmienić ani kwoty, ani terminu. Nie każdemu bankomat wyświetli ofertę pożyczki. Zaszczyceni zostaną tylko ci klienci, którzy mają konto w banku i to co najmniej od pół roku, wpłacają na nie pensję, a także często korzystają z bankomatów i bankowości internetowej. Pewnie też - o czym bank głośno nie mówi - taki klient wytypowany do "bankomatowej pożyczki" będzie zawczasu pozytywnie prześwietlony przez BIK.

      To ciekawy pomysł: możliwość uzyskania pożyczki - i to w gotówce - w ciągu zaledwie kilku minut, bez konieczności odwiedzania oddziału banku. Składasz wniosek i nie musisz wypełniać żadnych papierów. Czekasz chwilkę, a potem, w kolejnej transakcji, wyciągasz kasę z bankomatu. Szkoda, że trzeba wysiąść z samochodu ;-). To łatwość porównywalna z zaciąganiem pożyczki w firmie chwilówkowej, typu Wonga, czy Vivus. A koszt jest wielokrotnie mniejszy, niż w firmie pożyczkowej. I tu tkwi największa zaleta pomysłu Banku Millennium. Ci z klientów, którzy "załapią się" na możliwość uzyskania bankomatowej pożyczki, będą impregnowani na każdą alternatywę: nie pójdą nie tylko do firmy pożyczkowej, ale i do żadnego innego banku. W ING też zaczęli proponować klientom spersonalizowane oferty przez bankomat. Na razie tylko pilotażowo i tylko w niektórych bankomatach. A z kolei Euronet już teraz masowo przerabia swoje bankomaty na kantory. Niestety, londyńskie.

      Z tego miksu informacji wysnuwam taki wniosek, że bankomaty - niezależnie od tego, czy banki korzystają z własnych sieci, czy też usługi bankomatowe outsourcują - mogą niespodziewanie stać się dość strategiczną częścią nowoczesnej sieci dystrybucji ofert bankowych. Da się w nich wymieniać waluty, udzielać szybkich pożyczek, a jeśli wprowadzić w bankomacie funkcję recyklingową i dostawić moduł wpłatomatowy - będzie też można w ten sposób zakładać lokaty. Nie każdy bank będzie chciał inwestować w pełnowymiarowe automatyczne placówki, ale wielofunkcyjne bankomaty mogą być pierwszym krokiem w transformacji, której finałem będzie zastąpienie oddziałów bankowych.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Zwykły bankomat udzieli ci pożyczki. Pod warunkiem, że byłeś grzeczny i masz konto w...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 24 maja 2014 10:44

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line