Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • sobota, 30 maja 2015
    • Alior Bank trafi w ręce PZU. Czy to początek trzęsienia ziemi w polskich bankach?

      Kolejny polski bank zmieni właściciela. Pakiet 25% akcji Alior Banku trafi najpewniej w ręce krajowego giganta ubezpieczeniowego PZU. W sobotę ubezpieczyciel podpisał wstępną umowę z luksemburską spółką, za pośrednictwem której włoski holding przemysłowy Carlo Tassara kontroluje ćwiartkę własności Aliora. Wartość transakcji wyniesie 1,6 mld zł, co oznacza, że za każdą akcję PZU zapłaci mniej więcej 88 zł. Wywalczył więc tylko niewielkie dyskonto w stosunku do obecnej ceny giełdowej akcji Aliora (93 zł), którą przecież trudno uznać za niską. Przypomnę, że kiedy wiosną 2014 r. pakiet 6% akcji Aliora kupowały od Tassary polskie fundusze inwestycyjne, płaciły zaledwie po 79 zł za papier (czyli ponad 10% taniej, niż wynosi cena zaakceptowana przez PZU). Ale trzeba pamiętać, że był to pakiet mniejszościowy, zaś teraz Carlo Tassara inkasuje premię za oddanie kontroli nad bankiem. Nota bene pamiętam jak przez mgłę, że w 2012 r. papiery Aliora można było kupować w ofercie publicznej po 57 zł za akcję, zaś prezes Wojciech Sobieraj musiał obniżyć cenę, by znaleźć chętnych na kawałek udziałów w banku. Oto potęga giełdy: trzy lata później Alior wart jest już 90 zł za akcję, co oznacza 50% zysku dla tych, którzy wówczas uwierzyli w ekipę Sobieraja.

      CO OZNACZA DLA KLIENTÓW PRZEJĘCIE ALIORA? Na razie jesteśmy na etapie umowy przedwstępnej, choć nie przewiduję, by przejęciu banku przez PZU sprzeciwił się UOKiK lub Komisja Nadzoru Finansowego. Jego przewodniczący Andrzej Jakubiak ciepło wyrażał się o koncepcji zwiększania udziału polskiego kapitału w branży bankowej. Co przejęcie Aliora przez PZU może oznaczać dla klientów banku? Niewiele, bo jest niemal pewne, że nie zmieni się ani team zarządzający bankiem, ani jego strategia, zaś rola nowego inwestora strategicznego będzie się sprowadzała do pilnowania, by biznes przynosił coraz większe kokosy. No, może będziemy mieli w Aliorze więcej ubezpieczeniowych ofert ze stajni PZU oraz należącego do niego Link 4. Prawie 3 mln klientów Aliora to dobry cel dla dosprzedawania im najróżniejszych polis ubezpieczeniowych ;-). Zmiany klientów Aliora mogą czekać dopiero wtedy, gdyby PZU przejął też jakieś inne banki i zechciał je łączyć z Aliorem. Ale to na razie melodia przyszłości.

      CZY PZU NIE PRZEPŁACA? Cóż, według ceny uzgodnionej z Włochami cały bank jest wyceniany na 6,5 mld zł. Kiedy w 2014 r. BNP Paribas kupował BGŻ, bank o porównywalnych aktywach, płacił za 100% papierów 4,2 mld zł, a więc gruuubo taniej. Oczywiście, Alior jest zdecydowanie lepiej poukładanym bankiem, ma 1,8 tys. punktów sprzedaży (BGŻ raptem 440), obsługuje 3 mln klientów (BGŻ niespełna 1,5 mln) i legitymuje się zdecydowanie wyższą rentownością. Ale nie ma dwóch zdań, że cena za Aliora nie jest niska. Średni wskaźnik C/WK dla polskich banków giełdowych to 1,6 (a więc za złotówkę majątku inwestorzy płacą 1,6 zł). Tymczasem za złotówkę majątku Aliora PZU gotowe jest zapłacić 1,9 zł, mimo że mówimy o banku, który jest bardzo rentowny, ale nie mieści się nawet w pierwszej dziesiątce największych na rynku (2,2% w aktywach sektora bankowego w Polsce). A za złotówkę zysku Alior Banku (o czym mówi wskaźnik C/Z) polski ubezpieczyciel jest gotów płacić aż 19 zł, co jest akceptowalną ceną wyłącznie w przypadku biznesów bardzo szybko rosnących. Czy Alior, w coraz mniej sprzyjających warunkach rynkowych, będzie w stanie "róść" szybko?

      PZU to firma ubezpieczeniowa, więc przepłacać może tylko przy tych inwestycjach, w których ma gwarantowany efekt synergii z własną działalnością. Niedawno PZU kupił za 1,5 mld zł grupę firm ubezpieczeniowych z Link 4 na czele (dzięki temu zdobył dominującą pozycję na Litwie i Łotwie). W inne branże - nawet te, w których chce się rozwijać - inwestuje ostrożniej i liczy każdy grosz. PZU odpuścił np. zakup największej w Polsce sieci przychodni Lux Med, choć dzięki temu bardzo by sobie ułatwił ekspansję na rynku usług medycznych. PZU nie chciał zapłacić nawet miliarda złotych, choć potem międzynarodowy koncern Bupa, działający w ochronie zdrowia, zgodził się zapłacić za Lux Med nawet 1,6 mld zł. W przypadku Alior Banku takich skrupułów prezes Andrzej Klesyk nie miał i gotów był zapłacić słono. Pewnie z jednej strony dlatego, że czuł na plecach oddech innych chętnych - na Aliora ostrzył sobie zęby Societe Generale (właściciel Eurobanku) i podobno też Leszek Czarnecki (właściciel grupy Getin) - a z drugiej strony czując presję polityków, którzy chcieliby, żeby polskie banki wróciły w polskie ręce.

      DO CZEGO PZU POTRZEBNY JEST BANK? Szefowie PZU w ubiegłych latach dość sceptycznie odnosili się do koncepcji inwestowania w banki w celu zbudowania grupy bankowo-ubezpieczeniowej. Nie bez racji, bo choć na pierwszy rzut oka łączenie działalności bankowej i ubezpieczeniowej wydaje się logiczne, to jednak na świecie nie ma przykładów, by to się komuś udało. Znacznie lepiej sprawdzają się sojusze strategiczne, jak Avivy z PZU, czy mBanku z Axą, opierające się na wpuszczeniu partnera do swojej sieci sprzedaży na wyłączność lub na preferencyjnych warunkach. Ale prezes PZU Andrzej Klesyk nie wykluczał nigdy zakupu banku w celu czysto inwestycyjnym: kupić, dofinansować, sprzedać. Dokładnie tak działają fundusze inwestycyjne i w sumie nie ma przeciwwskazań, by "leżące na pieniądzach" PZU też kupiło bank nie po to, by się z nim łączyć, lecz po to, by na nim zarobić. Alior nie jest złym pomysłem - ten bank szybko rośnie (ma ok. 100 mln zł zysków kwartalnie). Z drugiej strony niewykluczone, że etap szybkiego rozwoju polskich banków się właśnie kończy - banki ściskają regulacje (wyższa składka na BFG, wyższy wkład własny do kredytów hipotecznych, niższe opłaty interchange, w przyszłości pewnie podatek bankowy), a firmy analityczne obawiają się, że w ciągu 4-5 lat rentowność banków w Polsce spadnie o połowę. W tej sytuacji bank warto byłoby kupić, ale tylko tanio. A w Aliorze taniości jest niewiele ;-).

      POCZĄTEK TRZĘSIENIA ZIEMI W BRANŻY BANKOWEJ? Kupić bank w przededniu coraz trudniejszych czasów dla tej branży i po wysokiej cenie to dobry pomysł przede wszystkim dla kogoś, kto w Polsce już ma bank i mógłby dzięki temu skokowo zwiększyć skalę działalności. Albo dla kogoś, kto zaczyna budować grupę bankową i dzięki połączeniu kilku banków w jedną instytucję będzie w stanie wykręcić efekt synergii. Wygląda na to, że PZU realizuje właśnie ten pomysł, przy okazji realizując polityczny postulat repolonizacji banków. Dziś 40% sektora bankowego jest w rękach polskich inwestorów (m.in. PKO BP, który przejął aktywa Nordea Banku, cała grupa Getin, Bank Pocztowy (część grupy Poczty Polskiej), Bank Ochrony Środowiska, SKOK-i...), zaś 60% kontroluje kapitał zagraniczny. Większość polityków i część ekonomistów uważa, że nie będzie krzywdy jeśli te proporcje się odwrócą i 60% bankowych aktywów będzie w polskich rękach. A okazje się pojawią, bo niektórzy zagraniczni inwestorzy strategiczni planują sprzedaż swoich polskich banków.

      "Dzisiejsza akwizycja jest pierwszym krokiem do konsolidacji polskiego sektora bankowego z udziałem Grupy PZU. W dalszym ciągu jesteśmy zainteresowani inwestycjami w tym obszarze. Nabycie znaczącego udziału w Alior Banku pozwoli nam stworzyć platformę do konsolidacji rodzimego sektora bankowego. W efekcie umożliwi nam uzyskanie premii wynikającej z faktu bycia liderem tych procesów. Będzie to istotnym elementem wzrostu wartości Grupy PZU w kolejnych latach"

      – ten cytat z komunikatu PZU nie pozostawia wątpliwości, że ubezpieczyciel zamierza kupić jeszcze co najmniej jeden bank i w oparciu o team Wojciecha Sobieraja połączyć go z Aliorem, tworząc instytucję finansową która zmieściłaby się w pierwszej szóstce na rynku. Do kupienia są dziś Bank BPH (32 mld zł aktywów) oraz Raiffeisen Polbank (55 mld zł aktywów). Razem z Aliorem (35 mld zł aktywów) być może udałoby się z tej trójki urzeźbić bank mający 110-120 mld zł aktywów, a więc porównywalny wielkością do mBanku, czy BZ WBK (choć do liderów, jak Bank Pekao z 160 mld zł aktywów, czy PKO BP z 250 mld zł aktywów jeszcze by trochę brakowało). To mogłoby zwiastować nową jakość na rynku, bo z sześciu największych banków, rozdających karty na rynku, już trzy byłyby kontrolowane przez krajowy kapitał: PKO BP (rząd), Wielki Alior (grupa PZU), Getin Bank (Leszek Czarnecki). Ich rywalami byłyby niemiecki mBank, hiszoański BZ WBK i włoskie Pekao. To byłby ciekawy układ, zwłaszcza jeśli chodzi o finansowanie gospodarki w trudnych czasach. Zła wiadomość byłaby taka, iż ta "wielka szóstka" zabetonowałaby branżę bankową na długie lata, co na pewno zmniejszyłoby konkurencję i odbiłoby się niekorzystnie na cenach usług bankowych dla klientów indywidualnych. Dziś żaden z największych banków nie należy do najtańszych. Im bardziej rządzić będą wielcy, tym drożej będziemy płacili za przelewy i bankomaty. Pozostaje też pytanie o to, czy kontrolowane przez państwo banki nie staną się "zabawkami" w rękach polityków.

      AKCJA REPOLONIZACJA, CZYLI RISKY BIZNES. Widzę dwa problemy. Pierwszy to pieniądze. PZU wydał już 1,5 mld zł na zalup Link 4 i drugie tyle na Aliora, więc jego "poduszka finansowa" skurczyła się do jakichś 3 mld zł. Za te pieniądze może być trudno kupić polskiego Raiffeisena, wycenianego na 10 mld zł oraz Bank BPH, wyceniany na 5-6 mld zł. Oczywiście PZU może bez większego problemu wyemitować obligacje na kilka miliardów złotych, ale... Gdybym był akcjonariuszem PZU i nie byłbym Skarbem Państwa, to bym się zastanawiał czy przypadkiem nie wolałbym wziąć kasy, z którą firma najwyraźniej nie ma co zrobić, do kieszeni - np. w formie ekstra-dywidendy. Drugi problem to kwestia łączenia dwóch-trzech zupełnie różnych banków w jedną organizację. Zwykle jest to bardzo skomplikowane, nie zawsze przynosi sukces. Przykłady? Raiffeisen za przejęcie zupełnie nie pasującego do niego Polbanku zapłacił znacznym obniżeniem rentowności. Bank Pekao przejmując część BPH zakrztusił się na kilka lat, przy okazji kończąc też sny o potędze drugiej części BPH, mającej do tej pory samodzielność. Oczywiście, są i przykłady pozytywne: Santander na razie dobrze radzi sobie z konsolidowaniem swojej działalności w Polsce (BZ WBK plus Kredyt Bank plus Santander Consumer).

      Nie można więc odbierać teamowi Wojciecha Sobieraja szans na sukces, zwłaszcza, że - o ile pamiętam - był on członkiem słynnego dream teamu Józefa Wancera, który przed laty z przeciętnego banczku wyprowadził BPH na trzecie miejsce w Polsce. Jednak ktoś, kto wymyślił repolonizację z udziałem Aliora, BPH i Raiffeisena, być może nie zdaje sobie sprawy ze złożoności i stopnia ryzyka takiego projektu. To naprawdę da się spieprzyć, a ewentualna porażka może oznaczać wpuszczenie przez PZU w kanał kilku miliardów złotych. Słowem: prezes PZU, zarządzając dziś maszynką do zarabiania pieniędzy (PZU przynosi niecały miliard złotych zysku netto kwartalnie) w uniesieniu patriotycznym bierze na siebie dość risky biznes. Abstrahuję od innego problemu: kto miałby za kilka lat kupić taki "zrepolonizowany" wielki bank od PZU, czyli klasycznego inwestora finansowego? Jedynym sensownym pomysłem wydaje się giełda i krajowi drobni ciułacze, ale o tym trzeba byłoby myśleć już teraz, aktywizując posiadaczy oszczędności i budując zachęty do inwestowania przez drobny kapitał na giełdzie - bezpośrednio bądź za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych.

      Jak inwestować i pomnażać

      CHCESZ ZACZĄĆ OSZCZĘDZAĆ I INWESTOWAĆ? ZRÓB TO ZE MNĄ! Jeśli chcielibyście posiąść lub rozszerzyć wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń - przeczytajcie poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku. 

      SUBIEKTYWNOŚĆ NA DYSKUSJI BANKOWCÓW I STUDENTÓW. Kilka dni temu miałem przyjemność spotkać się ze znakomitymi polskimi bankowcami - Zbigniewem Burligą, Sławomirem Lachowskim, Przemysławem Gdańskim, Piotrem Olendskim - oraz studentami Szkoły Głównej Handlowej na dyskusji poświęconej konsolidacji polskiego sektora bankowego. Szukaliśmy wspólnie odpowiedzi na pytanie czy jest ona nieunikniona i co może dla nas w najbliższym czasie oznaczać. To było bardzo inspirujące spotkanie, bardzo dziękuję członkom Studenckiego Koła Naukowego "Negocjator" za zaproszenie!

      11225744_665842186882694_2619100657400554885_n

      SUBIEKTYWNIE NA FORUM WIERZYTELNOŚCI. Oddech subiektywności czuli ostatnio na plecach przedstawiciele sektora windykacyjnego i bankowego podczas Bankowego Forum Wierzytelności. Przekonywałem tam branżę finansową, by otarła łzy, bo przecież wcale nie jest tak, jak branża myśli, że dziś większe prawa w banku ma dłużnik, niż wierzyciel.  

      vibankforwierz

      SUBIEKTYWNOŚĆ DYSKUTUJE Z FIRMAMI POŻYCZKOWYMI. W ostatnich dniach miałem okazję uczestniczyć w Kongresie Firm Pożyczkowych zorganizowanym w Warszawie przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych, skupiającą m.in. pożyczkodawców i firmy handlujące wierzytelnościami. To nie były łatwe rozmowy, bo dotyczyły tego czy taka działalność, jaką prowadzą firmy pożyczkowe, może być etyczna. Byłem zmuszony rzucić uczestnikom subiektywną prawdę między oczy. Bolało ;-)

      KPF3

      SPOTKANIE LIDERÓW BANKOWOŚCI I... SUBIEKTYWNOŚCI. Jaka jest przyszłość branży bankowej i jaką rolę odegra w niej sprzedaż produktów ubezpieczeniowych dołączanych do kont, kart i kredytów? O tym dyskutowałem z bankowcami i szefami firm ubezpieczeniowych podczas Spotkania Liderów Bankowości. Wniosek, jaki wyniosłem z tej dyskusji, ogranicza się do konkluzji, że czas na powrót do prostoty, oferowania klientom nieskomplikowanych, niezachachmęconych produktów o charakterze ochronnym, nie łączących ochrony i inwestycji.

      gallidbank5

      SUBIEKTYWNOŚĆ JEST MULTIMEDIALNA! Blog "Subiektywnie o finansach" ma grubo ponad 200.000 czytelników na www.samcik.blox.pl oraz dziesiątki tysięcy w serwisach społecznościowych. Dołącz do 28.000 fanów blogu na Facebooku, podyskutuj ze mną i z 5.000 followersów na Twitterze, znajdź mnie na Google+, zobacz co wrzuciłem na Instagram). Subiektywność znajdziesz też w YouTube. Tam możesz zobaczyć i polubić wideofelietony i komentarze o twoich pieniądzach oraz zasubskrybować mój kanał. W tym kinie siedzi już ponad 1.000 osób, dołącz do nich! Najnowsza moja superprodukcja ;-) jest o kosztach posiadania własnego "M". Być może kupowanie mieszkania... w ogóle się nie opłaca?

      Zobacz też inne filmy z cyklu "Samcik prześwietla". Ostatnio mówiłem m.in. o tym jak wycisnąć najwięcej z lokaty i jak do niej nie dopłacać, a także o najpopularniejszych haczykach w umowach pożyczek gotówkowych. Zapraszam do oglądania i subskrybowania mojego kanału na YouTube!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Alior Bank trafi w ręce PZU. Czy to początek trzęsienia ziemi w polskich bankach?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 30 maja 2015 17:54
  • piątek, 29 maja 2015
    • To kolejny gwóźdź do trumny frankowiczów. Dlaczego sąd obalił największy pozew zbiorowy?

      Sąd wbił kolejny gwóźdź do trumny frankowiczów. Po niedawnym odrzuceniu przez Sąd Okręgowy pozwu grupowego kilkudziesięciu klientów Getin Banku oraz zwróceniu do ponownego rozpatrzenia przez Sąd Najwyższy sprawy słynnych "Nabitych w mBank" padł największy pozew zbiorowy - przeciwko Bankowi Millennium. Tym razem z kwitkiem zostało odesłanych 3500 klientów, którzy do zbiorowej batalii przeciwko bankowi szykowali się przez dwa lata. Sąd odrzucił ich roszczenia uznając, że nie ma sensu prowadzić w ramach postępowania zbiorowego tzw. kontroli incydentalnej (czyli analizy konkretnych umów), żeby dowiedzieć się czy bank wpisał klientom nielegalne klauzule. Chodziło w tym wypadku o klauzule dotyczące tego po jakim kursie bank ma prawo przeliczać klientom franki na złote, ustalając wysokość comiesięcznych rat. Klienci twierdzą, że ten zapis był nieprecyzyjny (bank napisał, że będzie przeliczał waluty po kursie z bieżącej tabeli, ale nie napisał jakimi zasadami będzie się kierował konstruując tę tabelę). Gdyby klientom udało się doprowadzić do anulowania klauzuli przeliczeniowej, konsekwencje mogłyby być nieobliczalne, z automatycznym przewalutowaniem umów na złotowe włącznie. Zresztą nie jest to jedyny pozew zbiorowy w sprawie spreadów.

      Sprawa wydawała się dość prosta. O ile bowiem pozew zbiorowy przeciwko Getin Bankowi padł ze względu na niechlujny dobór grupy klientów (znaleźli się w niej np. ludzie, którzy zaciągnęli kredyt na działalność gospodarczą), o tyle w przypadku Banku Millennium klienci mają w umowach identyczne zapisy i to takie, które już zostały uznane za niewiążące przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Już kilka lat temu sąd uznał, że klauzula przeliczeniowa jest nieprecyzyjna i nie wiąże stron. Bank jednak się tym wcale nie przejął - doszedł do wniosku, że wyrok SOKiK dotyczy tzw. kontroli abstrakcyjnej (badana jest klauzula, abstrahując od tego do jakiej umowy została wsadzona), zaś bank może uznać swoją winę tylko wtedy, jeśli sąd zakwestionuje konkretny zapis w konkretnej umowie. Bezradni klienci, choć część prawników jest zdania, że aby "wygumkować" nielegalny zapis z umów wystarczy kontrola abstrakcyjna, zebrali się więc w grupę i poszli do sądu, by ten "przyklepał" wyrok SOKiK-u w ramach kontroli incydentalnej, czyli dotyczącej już konkretnych umów. Umów - dodajmy - niemal identycznych, bo pisanych przez bankowych prawników i podsuwanych klientom pod nos do podpisu.

      Nie do wiary? Bank prawomocnie przegrał proces z klientami. Ale zamiast oddać im kasę...

      Sąd uznał jednak, że jeśli ma przybić "incydentalną" pieczątkę pod "abstrakcyjnym" wyrokiem SOKiK, to musiałby po kolei przesłuchiwać każdego klienta, potem przedstawiciela banku na okoliczność danej umowy i rzecz trwałaby bez końca. Nie mamy jeszcze uzasadnienia na piśmie, ale można się domyślać, że sąd nie chce wziąć do ręki wszystkich umów naraz i po prostu przyjrzeć się klauzuli, która jest w nich wszystkich identyczna. Dlaczego tego nie chce zrobić? Gdyż obawia się, że np. w niektórych z tych umów klienci negocjowali jakieś poprawki i potem prawnicy banku powiedzą, że w kontekście niektórych klientów odebrano im prawo do obrony i przedstawienia swojego stanowiska. Coś w tym jest, aczkolwiek takie podejście oznacza, że całą instytucję pozwów grupowych możemy wyrzucić do kosza. Przecież pozwy grupowe wymyślono właśnie po to, żeby większa grupa ludzi, będąca w identycznej sytuacji, mogła za jednym razem załatwić swoją sprawę w sądzie i żeby każda z tych osób nie musiała osobno wytaczać procesu, wynajmować prawnika itp.

      Właśnie po to w ustawie o pozwach zbiorowych jest wypasiony katalog wymogów formalnych, które trzeba spełnić, żeby sąd miał gwarancję, że wszyscy uczestnicy grupy są w identycznej sytuacji. Tu mamy jeszcze prostszą sytuację, bo klauzula, o którą idzie spór, już została uznana za niewiążącą przez SOKiK. Jeśli w takim stanie prawnym sąd bał się wziąć umowy "hurtem" pod lupę i uznał, iż pozew grupowy nie ma sensu, to pytanie w jakiej sytuacji miałby mieć sens. Orzeczenie sądu w sprawie klientów Banku Millennium jest jeszcze nieprawomocne i nie ma doń pisemnego uzasadnienia, więc klienci wciąż mogą mieć nadzieję, że sędziowie zanadto się zapędzili w zapewnianiu bankowi możliwości obrony swych praw w odniesieniu do każdej, pojedynczej umowy. Na korzyść klientów Banku Millennium przemawia fakt, iż Sąd Najwyższy, rozpatrując sprawę "Nabitych w mBank", oświadczył, że nie ma przeszkód, by tego typu sprawa mogła być rozpatrywana w postępowaniu grupowym. Zapewne pełnomocnicy klientów Banku Millennium powołają się na te argumenty pisząc odwołanie. A że je napiszą jest pewne. I chyba nie są bez szans.

      Czytaj też: Frankowicz pod ścianą, czyli gdy bank szantażuje zamiast pomóc 

      Oczywiście, nawet gdyby udało się przekonać sąd, że sprawa nadaje się do rozpatrywania w pozwie grupowym - a więc że nie musimy wyrzucać do kosza na śmieci instytucji pozwu zbiorowego - to będzie dopiero początek drogi do uzyskania od Banku Millennium jakichkolwiek pieniędzy. Kłód sądy położyły przed klientami jeszcze kilka. Przede wszystkim wspomniany Sąd Najwyższy, przy okazji sprawy "Nabitych", zażądał, by powołać biegłego i sprawdzić czy nieuczciwa klauzula spowodowała straty po stronie klientów, w jakiej wysokości oraz wyliczyć "uczciwy zysk banku". A dopiero potem, odbijając się od tego wyliczenia, stwierdzić ile kasy bank powinien oddać klientom. Nie bardzo rozumiem co te wszystkie wyliczenia mają do rzeczy, ale z tego toku myślenia wynika, iż nie wystarczy wykazać wpisania przez bank nielegalnego zapisu do umowy, trzeba też wykazać stopień jej "nieuczciwości". Po pokonaniu tej kłody klienci Banku Millennium będą musieli jeszcze zmierzyć się z hipotezą postawioną w innym orzeczeniu Sądu Najwyższego, z której wynika, iż od pewnego momentu klienci stracili prawo do domagania się odszkodowań z tytułu nieprecyzyjnego spreadu, bo weszło w życie prawo pozwalające im spłacać raty bezpośrednio we frankach. Nawet jeśli klientom Banku Millennium uda się obalić dziwną decyzję sądu, z której de facto wynika, iż pozwy zbiorowe w ogóle nie mają racji bytu, to do ostatecznego zwycięstwa będzie jeszcze wciąż baaaardzo daleko.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (51) Pokaż komentarze do wpisu „To kolejny gwóźdź do trumny frankowiczów. Dlaczego sąd obalił największy pozew zbiorowy?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 29 maja 2015 15:20
    • Baby są jakieś inne? Ten kredyt ponoć też. Czy warto płacić 16 zł raty? Prześwietlam ;-)

      Czy pożyczka gotówkowa może być produktem przyjaznym klientowi? W większości banków już słysząc to pytanie popukaliby się w czoło, bo doskonale zdają sobie sprawę, że pożyczka gotówkowa nie ma mieć nic wspólnego z przyjaznością. Ten produkt w ofercie banku służy do tego, żeby wykręcić na nim jak najwyższą marżę. Na tyle wysoką, by pokryć straty spowodowane m.in. darmowymi ROR-ami, oferowaniem money-backów, bezpłatnymi bankomatami, proponowaniem stawek za depozyty wyższych, niż wynosi WIBOR. Banki do wielu rzeczy dopłacają, a na to wszystko muszą wyjąć pieniądze z klientów szybkich pożyczek gotówkowych. Taka jest niestety smutna prawda o polskiej bankowości. Gdyby chociaż banki nie ściemniały w reklamach, że "kredyt zero procent", albo że tylko 5% odsetek i do tego gwarancja najniższej raty. A na boku 30% opłaty przygotowawczej, albo składka ubezpieczeniowa stanowiąca większość kosztów kredytu. Klientom - jeśli już mają płacić słono za gorący pieniądz - należy się od bankowców odrobina uczciwości. A więc: pokazanie ile kredyt kosztuje naprawdę

      Widzieliście zapewne w telewizji reklamy banku ING z aktorem Adamem Woronowiczem (twarz znana m.in. z filmu "Baby są jakieś inne"), który na spółkę z Markiem Kondratem przekonuje, że czasem warto się zapożyczyć, bo pieniądze oddasz, a to, co dzięki nim kupisz lub nabędziesz - zostanie. W jednym ze spotów tym "czymś" jest znajomość języka francuskiego, dzięki której bohater reklamy lepiej sobie radzi w swoim małym biznesie. W innym komputer, a w jeszcze innym - rower dzięki któremu łatwiej budować tężyznę fizyczną ;-). To oczywiście mocno wyidealizowany obraz szybkiej pożyczki, bo częściej jednak bierzemy z banku gorący pieniądz, żeby sfinansować wycieczkę zagraniczną, albo zakup nowego telewizora. To nie są wydatki, które mogą być rodzajem "inwestycji w siebie" i kiedyś się zwrócić. Taki kredyt jest "zły", z punktu widzenia konsumenta, choć oczywiście PKB dzięki wyuzdanej konsumpcji rośnie najszybciej ;-). 

      ing_woronowicz

      Reklama reklamą, ale na samą pożyczkę w ING warto zwrócić uwagę, choćby ze względu na nietypową komunikację z klientem. ING reklamuje, że rata pożyczki może wynieść tylko 16 zł od każdego pożyczonego tysiąca. Do tej pory banki licytowały się raczej o to ile wyniesie miesięczny lub dzienny koszt samych odsetek, a to informacja, która nic nie mówi o cenie kredytu. ING podaje minimalną wartość raty, która też nie mówi o cenie kredytu wszystkiego, ale jest nieco uczciwszym postawieniem sprawy. Można przynajmniej przykleić ją do domowego budżetu i sprawdzić czy sam budżet też się wtedy sklei ;-).

      W ofercie ING nie ma większej ściemy jeśli chodzi o oprocentowanie - pożyczka kosztuje 10% plus prowizja uzależniona od zasysanej przez klienta kwoty. W przypadku, gdy klient składa wniosek przez internet płaci jakieś 4% prowizji, a im więcej pożycza, tym jest ona niższa. Można wziąć też ubezpieczenie, ale nie jest ono obowiązkowe i rzutuje tylko na wysokość prowizji, nie ma wpływu na oprocentowanie kredytu. Wartość prowizji jest określona kwotowo już na etapie symulacji. Jeśli więc pożyczam 1000 zł na rok, to płacę 88 zł raty miesięcznej, a łączny koszt odsetek wynosi 54 zł. Do tego dochodzi prowizja w wysokości 40 zł, co oczywiście powoduje, że jest do dość droga pożyczka - jej koszt w skali roku wynosi 94 zł przy pożyczonym 1000 zł (czyli tak, jakbym wziął kredyt z oprocentowaniem 20% bez prowizji). Choć oczywiście w porównaniu z ceną przeciętnej chwilówki jest wielokrotnie taniej. W ofercie ING wszystko jest wyłożone na stół, bez żadnego kombinowania. Co najwyżej informacja o prowizji w internetowym formularzu do wyliczania kosztów pożyczki mogłaby być napisana większą czcionką - bo to ona tak naprawdę podbija koszt kredytu. Klipy reklamujące tę ofertę są uroczo bałamutne ;-), zresztą zobaczcie sami:

      Pożyczka reklamowana przez ING ma pewną nietypową cechę - można spłacać raty w różnych kwotach. Bank narzuca tylko tę minimalną, a jeśli klient chce obniżyć koszty pożyczki i spłacić ją wcześniej, może nadpłacać bez żadnych ograniczeń. Bank po każdej nadpłacie automatycznie przeliczy dług, odsetki pozostałe do zapłaty i ewentualnie skróci okres kredytowania (nadpłata "obcina" raty od końca). W ING zachęcają wręcz, by każdą pożyczkę z automatu rozłożyć sobie na najdłuższy możliwy okres, czyli 96 miesięcy, dzięki czemu każdy tysiąc będzie oznaczał jedynie 16 zł raty. W zasadzie to głupia rada, bo im dłuższy okres kredytowania, tym wyższe są łączne odsetki (nawet jeśli pojedyncza rata nie boli). Ale w przypadku tego kredytu, gdy w każdej chwili można spłacić większą część pożyczki i bank nie będzie z tego powodu czynił fochów, nie jest to taki najgorszy pomysł. Oczywiście, bankowcy doskonale wiedzą, że to oni wygrają w tej grze, bo większość klientów będzie spłacać i tak minimalną ratę. Dzięki swej łaskawości bank ostatecznie więc zarobi więcej. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Baby są jakieś inne? Ten kredyt ponoć też. Czy warto płacić 16 zł raty? Prześwietlam ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 29 maja 2015 09:06
  • czwartek, 28 maja 2015
    • Nadchodzą sprytne programy lojalnościowe. Wystarczy płacić kartą, a ona pomyśli za ciebie

      Bankowcy od kilku lat starają się wejść w możliwie jak najbliższą symbiozę z sieciami handlowymi. Chodzi o to, by zaoferować swoim klientom zniżki na atrakcyjne zakupy, przy okazji zarabiając na dostarczanych klientom pożyczkach na te zakupy oraz na prowizjach od obrotu przynoszonego właścicielom sieci. Handlowcy w zasadzie nie palą się do współpracy, bo uważają, że sami potrafią skutecznie zanęcić klientów do zakupów. I nie muszą się w tym celu dzielić z nikim marżą (z reguły i tak niezbyt wysoką). Jedynym typem współpracy z bankami, która jest atrakcyjna dla handlowców - i za którą byliby w stanie zapłacić sute prowizje - jest dostęp do bardzo dokładnie sprofilowanych grup klientów. Takich, których - ze względu na ich miejsce zamieszkania, zainteresowania, albo korzystanie z określonych usług - dana sieć chciałaby przekabacić na swoją stronę. Np. stacja paliw chętnie weszłaby w deal z kimś, kto potrafiłby zaoferować tańsze tankowanie osobom mieszkającym blisko tej stacji, tankującym często, za duże kwoty, ale... u konkurencji. Pierwszemu lepszemu klientowi taka stacja paliw niechętnie będzie oferowała duże rabaty, ale na sporo wydających na paliwo klientów konkurencji chętnie by zakłusowała.

      Kto może mieć dostęp do danych o tym gdzie takich klientów szukać? Oczywiście: bank, który ich obsługuje. Oczywiście pod warunkiem, że ci klienci płacą za paliwo kartą, a nie gotówką. Dlatego właśnie banki wciąż chętnie dotują konta osobiste klientom używającym w sklepach kart płatniczych. W takiego klienta - w odróżnieniu od "gotówkowca", który tylko wyjmuje pieniądze z bankomatu - warto inwestować, by móc potem skorzystać z informacji o jego profilu zakupowym. Bank nie może takimi informacjami handlować, bo są objęte tajemnicą bankową, ale może sam oferować rabaty w sklepach określonym grupom klientów. Tak właśnie działają mOkazje, czyli program rabatowy mBanku. Część klientów uwielbia podrzucane im spersonalizowane rabaty, część ich nienawidzi, ale mBank na pewno jest w czołówce banków korzystających z rodzącej się symbiozy między bankowością i handlem. A powodów do rozwijania tej symbiozy będzie więcej, bo klienci coraz częściej korzystają z karty zainstalowanej w smartfonie - wtedy oferty rabatów bank, korzystając z geolokalizacji, może podrzucać wtedy, kiedy akurat klient jest w okolicy określonego punktu handlowego, albo właśnie jest przy kasie, bo dostał przelew pensji. Stąd banki mają takiego hopla na punkcie promowania bankowości mobilnej i płacenia telefonem.

      Promocja_Visa_plakatAle prawdziwa zabawa zaczyna się wtedy, kiedy możliwość oferowania wspólnie z siecią handlową sprofilowanych rabatów dotyczy nie klientów jednego banku, lecz... wszystkich posiadaczy kart płatniczych, którzy wyrażą na to zgodę. Taki właśnie program rabatowy, a właściwie platformę ofert kontekstowych, tuż po wakacjach planuje uruchomić organizacja płatnicza Visa. Rzecz będzie wyglądała tak, że każdy posiadacz karty z logo tej organizacji, niezależnie od tego który bank wydał jego kartę, będzie mógł zarejestrować kartę na specjalnej stronie internetowej, a potem zacznie korzystać ze spersonalizowanych rabatów, dostępnych w punktach handlowych, które będą partnerami systemu. Zniżki będą naliczane automatycznie, nie będzie żadnych kuponów, ani kart. Po prostu płacisz w sklepie kartą tak, jak zwykle, a kasjer nalicza rabat przyznany ci przez program po analizie twojego profilu zakupowego. Visa nie podaje w jaki sposób będzie informowała klientów o dostępnych dla nich rabatach, prawdopodobnie elementem rejestracji będzie podanie numeru telefonu, więc w grę wchodzą powiadomienia push i SMS-y.

      Na razie Visa, za pomocą różnych akcji, przyzwyczaja posiadaczy kart płatniczych, że wachlowanie plastikiem może oznaczać rabaty i bonusy, więc warto wachlować. A z drugiej strony przyzwyczaja największe sieci handlowe do tego, żeby dały kasę na nagrody przyznawane za to, że klienci wachlują tam, gdzie im się każe. Visa pokazuje też, że za pomocą tego mechanizmu może spróbować przekierować do "zaprzyjaźnionych" sieci klientów konkurencji :-). Od niedawna trwa chyba najbardziej spektakularna z takich akcji - nagrody i rabaty może dostać każdy, kto zrobi zakupy w Biedronce lub kupi paliwo na stacji Orlen, oczywiście płacąc za to kartą z wiadomym znaczkiem. Wcześniej podobne akcje Visa prowadziła z Carrefourem i z BP. Nagrody są przyznawane każdemu, kto pojawi się ze swoją kartą Visa na Orlenie lub w Biedronce, niezależnie od wartości zakupów. Nie da się ukryć, że to znacznie podnosi atrakcyjność całego przedsięwzięcia. Nagrody też są zacne. Co ciekawe, "wygrana" nie oznacza tańszych zakupów na stacji paliw lub w "kropkowanych" marketach (bo wtedy żaden klient konkurencji - a to oni są tu głównym celem - by nie uznał tego za atrakcję), lecz rabaty w zupełnie innych miejscach.

      Klient w dodatku sam może sobie wybrać z którego bonusu chce skorzystać. Wybór nie jest zły. Np. 20% zniżki na odzież i buty w sklepach Intersport, 25% rabatu w C&A (w obu przypadkach zniżka nie dotyczy rzeczy przecenionych), bilet do kin Cinema City za 15 zł, albo 10 gr. zniżki na paliwo Verva (oraz druga kawa za złotówkę w kawiarniach należących do Orlenu), czy też trzy pizze w cenie jednej w sieci Telepizza. Są też zniżki na zakupy w Praktikerze i na Allegro, ale tu wymagana jest minimalna wartość zakupu. W sumie więc, skoro to nic nie kosztuje, dlaczego by nie zatankować na Orlenie, zamiast na BP i nie zapłacić kartą Visa zamiast gotówką, skoro można dzięki temu dostać prezent wart kilkanaście złotych? Tu zyskują wszyscy: Orlen i Biedronka przyciągają klientów konkurencji, a oferenci nagród - zwiększają sobie obroty (rabaty są tak zrobione, że mieszczą się w skali promocji, które te sieci same by mogły zorganizować). Lubię brać udział w przedsięwzięciach, w których mogę tylko wygrać, więc wybrałem się do Biedronki (choć zwykle robię zakupy w Lidlu, Kauflandzie albo w Piotrze i Pawle), a potem na stację Orlen (chociaż pod domem mam BP i Statoil).

      I wiecie co Wam powiem? Akcja Visy jest ciekawym przedsięwzięciem i rzeczywiście daje solidne bonusy, ale jest oparta na nieco średniowiecznych mechanizmach. Podobnie cierpiałem tylko wtedy, gdy musiałem zajmować się programem punktowym Payback, który też zatrzymał się w rozwoju na etapie kuponów, wydruków i innych pomysłów testowanych już jakiś czas temu przez niejakiego Guttenberga. Żeby zasłużyć na rabaty w prezencie od Visy trzeba bowiem pobrać z kasy paragon, a wpisany na nim kod zarejestrować na stronie www.nagrody.Visa.pl lub drogą SMS-ową. W odpowiedzi dostaje się drugi kod, który podaje się przy odbiorze wybranej nagrody. Wszystko to wygląda dość upokarzająco :-) jak na XXI wiek i naprawdę nie wiem jak wielkim miłośnikiem rabatów trzeba być, żeby się poddawać tej procedurze kodowo-kuponowej. Zwłaszcza, że wiemy już, iż program lojalnościowy może być takim samym księgowym zapisem, jak pieniądz przechowywany na bankowych rachunkach. Patrząc na to jak wygląda od strony technologiczno-operacyjnej obecna akcja promocyjna Visy aż trudno uwierzyć, że wkrótce ma to wyglądać zupełnie inaczej.

      Visa nie jest pierwszą organizacją płatniczą, która chce mieć swój program lojalnościowy, bo od kilku lat działa już program punktowy MasterCard Reward. On jednak dostępny jest tylko dla niektórych posiadaczy kart MasterCard, tych najbardziej prestiżowych. No i nie jest oparty na rabatach, tylko na punktach wymienianych na nagrody, a przede wszystkim - nie jest spersonalizowany. Po prostu robisz zakupy za tyle-a-tyle, w zamian otrzymując tyle-a-tyle punktów. Skądinąd wiem, że handlowcy szczerze nie cierpią MasterCard Reward, bo organizacja płatnicza w ramach "składek" na nagrody pobierała od nich do niedawna znacznie podwyższone opłaty interchange. Program Visy może być rzeczywiście nową jakością, bo wyeliminowanie kart i kuponów będzie wygodne dla klientów, zaś dostęp do wielomilionowej rzeszy posiadaczy kart czyni program z definicji atrakcyjnym dla sieci handlowych. Zagrożony może się poczuć przede wszystkim Payback oparty na punktach i na osobnej karcie, którą trzeba okazywać przy każdym zakupie u partnerów programu.

      Opisywałem niedawno w blogu bardzo podobny do pomysłu Visy projekt ZenCard. To platforma, do której może się podpiąć każdy sklep i oferować rabaty stałym klientom. Przystąpienie do programu odbywa się przy płaceniu - po prostu wkładając kartę do terminala klient widzi na ekranie pytanie czy chce być członkiem programu (a dokładniej - czy dana karta "chce", bo to karta, a nie klient, jest tu identyfikowana). Od tego momentu za każdym razem, kiedy karta zagości w terminalu tego lub innego partnera programu ZenCard, jej posiadacza będą spotykały miłe niespodzianki: rabaty, nagrody, promocje. ZenCard celuje głównie w małe firmy, które chcą przyciągnąć klientów i zwiększyć ich lojalność. Rabaty mają być personalizowane i tak sprytnie pomyślane, że jak klient znajdzie się w okolicy, w której jest kilku partnerów programu, będzie otrzymywał SMS-owe zaproszenia do skorzystania z tańszych zakupów, przygotowane według takiego algorytmu, żeby każdy kolejny zakup zwiększał nagrodę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Nadchodzą sprytne programy lojalnościowe. Wystarczy płacić kartą, a ona pomyśli za ciebie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 maja 2015 13:19
    • Nadchodzi era ujemnych stóp procentowych? Sprawdźcie co banki wpisują Wam do umów!

      Bankowcy - nie bez oporów, ale jednak - postanowili uwzględniać w ratach kredytów frankowych ujemne stawki LIBOR. Niestety, wciąż nie uważają, by ta "ujemność" mogła mieć nieograniczoną skalę, bo jeśli marża nie pokryje ujemnego spreadu, to nie zamierzają naliczać ujemnych odsetek (czyli płacić klientowi za to, że wziął kredyt). Jeśli ktoś ma więc kredyt z marżą 1%, zaś LIBOR wyniesie np. minus 2%, to nie będzie cieszył się kredytem z ujemną stopą procentową, lecz co najwyżej takim ze stopą zerową. To oczywiście bankowa interpretacja tego zagadnienia, bo klienci oraz Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów mają nieco inne spojrzenie na tę sprawę - jeśli bank nie zaznaczył w umowie inaczej, to powinien uwzględniać ujemny LIBOR bez żadnych ograniczeń. UOKiK toczy już dwa postępowania wyjaśniające w sprawie banków (BNP Paribas oraz BPH), które nie chcą zejść z oprocentowaniem poniżej zera. Zobaczymy jak to się skończy.

      Kłopot w tym, że w Polsce nie tylko frankowicze mają kredyty walutowe. Są też kredyty w euro i w dolarach, zdarzają się też w jenach. Europejski Bank Centralny drukuje pieniądze bez opamiętania, co już dziś sprowadziło EURIBOR 3M do poziomu lekko ujemnego (minus 0,01%). Zaś szef działu dłużnych instrumentów finansowych w JP Morgan wypalił ostatnio, że jego zdaniem EBC wkrótce sprowadzi stopy procentowe do poziomu... minus 3%. Dziś wydaje się to mało prawdopodobna prognoza, ale jeśli w banku centralnym Europy oprocentowanie gotówki będzie wynosiło minus 3%, to EURIBOR, do którego indeksowane jest oprocentowanie kilkudziesięciu tysięcy kredytów udzielonych Polakom w walucie euro, też stanie się mocno ujemny. Niektórzy moi czytelnicy, a przy okazji posiadacze takich kredytów, nie tylko uważnie patrzą na zachowanie EURIBOR-u, ale też zastanawiają się czy zostaną potraktowani tak samo, jak frankowicze. A więc: czy banki będą uwzględniać ujemny EURIBOR przy ustalaniu oprocentowania ich kredytów.

      "Co prawda problem kredytów w euro nie jest tak istotny społecznie, jak kredytów we frankach, niemniej nie zauważyłem, by którakolwiek z instytucji regulujących rynek bankowy w Polsce (ZBP, KNF, UOKIK) wypowiedziały się w zakresie stosowania ujemnej stawki EURIBOR przez banki w analogiczny sposób jak zrobiły to w odniesieniu do ujemnego LIBOR-u"

      - napisał do mnie pan Daniel. I wyraził obawę, że w konsekwencji może się zdarzyć, że banki zajmą stanowisko korzystne dla siebie, czyli będą przyjmowały minimalną stawkę jako "zero", nawet jeśli tak naprawdę będzie ona ujemna. Jest to tym bardziej prawdopodobne, iż przy umowach frankowych stosowanie ujemnego LIBOR-u wynika głównie z dobrej woli banku i presji mediów oraz regulatorów, bo czytając umowy kredytowe w większości z nich można znaleźć zastrzeżenia, że stopa referencyjna nie może być ujemna. Część z Was namawia mnie, żebym w przerwach między użalaniem się nad frankowiczami poruszył też problem ujemnego EURIBOR-u i jego stosowania w obliczaniu rat kredytów. Jest to jak najbardziej uzasadnione roszczenie, bo sądząc po tym, czego dowiaduję się na temat podejścia do "europejskich" kredytów, zanosi się na kolejną awanturę.

      "Mam kredyt indeksowany w euro w Raiffeissenie, przejęty z Polbanku. Jakież było moje zdziwienie, gdy kierownik oddziału tegoż banku powiedział mi, że bank nie będzie stosował ujemnego EURIBOR-u w przypadku mojego kredytu, pomimo prawdopodobnie analogicznych zapisów umów jakie są w kredytach frankowiczów. To jak to jest do cholery? Gdzie zasada równego traktowania klientów? Gdy dzwonię na infolinię, to żaden z konsultantów nie jest w stanie potwierdzić informacji, którą dostałem od dyrektora, ale i żaden jej nie zaprzecza"

      - pisze zaniepokojony pan Daniel. Na razie problem jest nieco teoretyczny, bo "ujemność" EURIBOR-u nadaje się do oglądania pod lupą, ale ta sytuacja w każdej chwili może się zmienić. I co wtedy? Bankowcy, z którymi rozmawiałem, zasłaniają się tym, że w kazdym przypadku decydują postanowienia umowy. Jeśli jest w niej zapis, iż minimalna stawka stopy referencyjnej wynosi zero, to bank raczej nie zgodzi się na stosowanie ujemnego EURIBOR-u. Jeśli zaś takiego zastrzeżenia nie ma, to klient może liczyć na to, że od marży będzie odejmowany ujemny "kawałek" EURIBOR-u. Niestety, w przypadku kredytów eurowych nie ma co liczyć na to, że nastąpi "wzmożenie regulacyjne", bo raczej nie będziemy mieli do czynienia z tak ogromnym umocnieniem europejskiej waluty, jakie nastąpiło w przypadku franka. Banki postanowiły frankowiczom pomóc, bo ich raty w innym przypadku poszłyby w górę o 20-25%. W przypadku euro takiej okoliczności nie będzie. A w przypadku... kredytów złotowych? Choć dziś trudno w to uwierzyć, nie można przecież wykluczyć, że za jakiś czas któryś z posiadaczy kredytu w złotych zobaczy, iż WIBOR jest niższy od marży jego kredytu.

      "Na początku sierpnia zeszłego roku wziąłem kredyt hipoteczny w wysokości ponad 100.000 zł na dziewięć lat. Wówczas WIBOR 3M był na poziomie ok. 2,6%. Marża kredytu to 1,34%, co na starcie dwało niezłe oprocentowanie 3,91%. Potem oprocentowanie jeszcze spadło, razem z WIBOR-em. Ale w umowie mam zapis, w sumie niewiele różniący się od tych, który mają frankowicze, że sumaryczne oprocentowanie, bez względu na wysokość WIBOR 3M, nie może być mniejsze, niż 3%. Tak się zastanawiam, czy jeżeli WIBOR 3M spadnie w moim przypadku poniżej 1,66%, a zatem oprocentowanie razem z marżą - poniżej 3%, to czy KNF też zasugeruje bankowi, żeby stosował oprocentowanie niższe od minimalnego? W końcu ludzie, którzy podpisywali umowy frankowe też zgadzali się na marżę dodawaną do LIBOR-u wynoszącego nie mniej, niż 0%, a nie do wartości ujemnych"

      - pisze pan Jacek. Powiem szczerze, że sytuację widzę w ciemnych kolorach. W tym konkretnym przypadku bank zagwarantował sobie określone podejście do wyliczania oprocentowania kredytu. Można próbować je zakwestionować jako krzywdzące dla klienta, ale to będzie trudniejsze, niż wykazanie - jak robią to właściciele kredytów frankowych - że bank po prostu nie zastrzegł, iż najmniejszym LIBOR-em uwzględnianym w wyliczaniu oprocentowania jest LIBOR zerowy.  Nauczka dla wszystkich przyszłych kredytobiorców jest następująca - sprawdzajcie czy banki nie zabezpieczają się przed spadkiem WIBOR-u w przyszłości. I nalegajcie na takie zapisy w umowach, które nakazują bankowi wyliczanie oprocentowania według rzeczywistego poziomu WIBOR-u, a nie z jakimiś limitami. A jeśli chodzi o "stare" kredyty w euro i franku? Na pewno można żądać uwzględniania ujemnych wskaźników LIBOR i EURIBOR tam, gdzie w umowach nie znajdują się zastrzeżenia, że "stopa referencyjna ustalana na potrzeby obliczania oprocentowania kredytu nie może być niższa niż (...)". A także tam, gdzie bank wprowadził takie ograniczenie boczną furtką, czyli zmieniając np. regulamin kredytu. Tego rodzaju zapisy muszą być w umowie, zaakceptowanej przez obie strony, a nie w regulaminie, który bank może sobie jednostronnie zmienić.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Nadchodzi era ujemnych stóp procentowych? Sprawdźcie co banki wpisują Wam do umów!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 maja 2015 09:01
  • środa, 27 maja 2015
    • Są szczegóły bankowego programu dopłat do kredytów frankowych! Wynaleźli ogień?

      Dużo dzieje się ostatnio wokół frankowiczów. Ostatnio rozgrzały ich wybory prezydenckie, w których lepiej licytował kandydat PiS Andrzej Duda, a dziś frankowicze znów wstrzymali oddech, bowiem w siedzibie Związku Banków Polskich miało zostać zaprezentowane kolejne rozwinięcie propozycji sektora bankowego dla osób mających kredyt w szwajcarskiej walucie. Przypomnę pokrótce tym, którzy ostatnie miesiące spędzili na Marsie, bądź nic ich nie obchodzi, gdyż mają kredyt w jenach ;-): jakiś czas temu Związek Banków Polskich przedstawił - w dwóch ratach - swoje pomysły na pomoc frankowiczom, dotkniętym katastrofalnym wzrostem kursu tej waluty (naprawdę katastrofalnym, w normalnych okolicznościach musiałby się on przełożyć na skokowy wzrost rat o 20-25%). Pierwsza "rata" rozwiązań obejmowała raczej oczywiste oczywistości: uwzględnianie przez banki ujemnego LIBOR-u przy wyliczaniu oprocentowania (wcześniej bankowcy, wbrew elementarnej logice, upierali się, że LIBOR wyliczany na użytek umowy nie ma prawa być ujemny), ścięcie spreadu walutowego mniej więcej o połowę (tak naprawdę spread nie powinien nigdy istnieć) i rezygnację z żądania dodatkowych zabezpieczeń od klientów, którym wartość nieruchomości "rozjechała się" z wartością kredytu,

      Potem, w ramach drugiej "raty" zobowiązań bankowcy zadeklarowali, że stworzą fundusz, z którego mają być finansowane roczne wakacje kredytowe dla osób, które nie radzą sobie ze spłatą rat (maksymalnie 18.000 zł i byłaby to pomoc zwrotna z opcją częściowego umorzenia) i że będą pozwalali klientom na przenoszenie kredytu na inne mieszkanie (by można było sprzedać lokal obciążony kredytem bez konieczności spłaty tegoż po niekorzystnym kursie). Padła też propozycja udziału banków w prezydenckim pomyśle powołania funduszu, który przejmowałby mieszkania od klientów w tarapatach i pozwalałby im w nich mieszkać (coś a la najem) z opcją odkupu mieszkania "w lepszych czasach". Ale prezydent się zmienia, więc ten pomysł chyba już też idzie ad acta. W tej "drugiej turze" propozycji padła też taka, że zaproponują klientom "oddanie" ryzyka wynikającego ze wzrostu kursu franka powyżej jakiegoś poziomu w zamian za zobowiązanie, że klient przewalutuje kredyt na złotowy, kiedy kurs spadnie do określonego poziomu. Ten ostatni pomysł nie został przez bankowców rozwinięty, a szczegóły miały być ogłoszone do końca maja. No i właśnie mamy koniec maja ;-).

      Co nowego dziś usłyszeliśmy? Niewiele. Przede wszystkim padła kwota 800 mln zł, którą do końca roku banki chcą przeznaczyć na fundusze pomocowe dla frankoiwczów. Banki potwierdziły, że propozycja przejęcia od klientów ryzyka wzrostu kursu franka będzie obowiązywała od poziomu 5 zł za franka. A więc dopóki kurs franka nie wzrośnie powyżej 5 zł (do tej pory zdarzyło mu się to tylko na kilka godzin po "uwolnieniu" notowań przez szwajcarski bank centralny), ryzyko wzrostu rat ponosi tylko klient. Co więcej, maksymalna dopłata miałaby wynieść 33 gr., co oznacza, że przy mocnym wzroście franka ryzyko znów może wrócić do klienta po przekroczeniu kursu 5,33 zł. Czy ktoś przy zdrowych zmysłach przyjąłby taką propozycję? Jeśli już mówimy o przejęciu przez bank ryzyka wzrostu kursu franka, to przecież - pomijając kwestię poziomu "startowego", który jest tu ustawiony dość wysoko - nie może być tak, że bank przejmuje to ryzyko tylko "na chwilę", a jeśli ryzyko jest coraz większe, to z powrotem "oddaje" je klientowi, jak zgniłe jajo. To się nie trzyma kupy i żaden klient czegoś takiego nie zaakceptuje. Chyba, że o to bankowcom chodzi.

      Nie padła z kolei żadna konkretna liczba, która mówiłaby o "cenie", którą klient musiałby zapłacić za gwarancję, że jego rata nie wzrośnie powyżej poziomu odpowiadającego kursowi 5 zł za franka (do poziomu 5,33 zł). Bankowcy chcą, żeby ten poziom był ustalany indywidualnie dla każdego klienta i że mniej więcej będzie to 3 zł. To "mniej więcej" mi się bardzo nie podoba, bo oznacza, że jeden bank zaproponuje klientowi, że będzie musiał przewalutować kredyt na złotowy przy kursie 3 zł, a drugi bank powie klientowi, że przy kursie 2,7 zł. Banki będą mogły uzależniać parametry umowy z klientem od jego zamożności, wielkości kredytu (a więc potencjalnych strat własnych), relacji klienta z bankiem. A przede wszystkim będą mogły proponować klientom warunki, które będą gwarantowały, że klient się na nie... nie zgodzi. Wtedy bank będzie miał czyste ręce ("przecież próbowaliśmy, naprawdę chcieliśmy przejąć część ryzyka"), a jednocześnie wszystko zostanie po staremu.

      Do tego wszystkiego bankowcy dorzucają jeszcze kilka innych ograniczeń: jakąkolwiek ofertę wzięcia części ryzyka za wzrost kursu wystawią tylko klientom, którzy wzięli kredyty na nieduże mieszkania (do 75 m2) lub domy *do 100 m2), mają dochody nie przekraczające średniej krajowej i do tej pory sumiennie spłacali raty. W zasadzie wykluczamy w tym momencie większość kredytobiorców i przyprawiamy o palpitację serca szefa KNF, który nie śpi po nocach żeby znaleźć pomysł na systemowe rozwiązanie problemu franka.  To, co pokazały dziś banki, nie wygląda na poważną ofertę rozwiązania systemowego. Wysoki poziom od którego zaczyna się odpowiedzialność banku, nieznana i zupełnie dowolna z punktu widzenia banku "cena", którą musiałby zapłacić klient oraz dodatkowe warunki udziału w "transakcji" to wady, które w zasadzie nie pozwalają ocenić tej propozycji jako sensownej. Oczekiwałem - i wciąż oczekuję - od banków przedstawienia klarownej, dostępnej dla wszystkich kredytobiorców i bezwarunkowej oferty. Jeśli już ma to być pakiet wiązany, do powinien wyglądać np. tak: "klient nie odpowiada za wzrost kursu franka od poziomu X, w zamian za to umawia się z bankiem na przewalutowanie przy kursie Y".

      Rozumiem, że bankowcy nie chcą pomagać wszystkim kredytobiorcom, lecz tylko tym, którzy mają niskie dochody i z powodu wzrostu rat mogą wpaść w tarapaty (lub już w nie wpadli). Ale uważam, że w tym rozumowaniu tkwi poważny błąd. Banki powinny wspomóc frankowych kredytobiorców nie dlatego, że ci nie radzą sobie oni ze spłatą rat, lecz dlatego, że sprzedały im kredyt, który okazał się do normalnego kredytu trochę niepodobny - wartość długu zmienia się jak w kalejdoskopie, zaś wzrost rat okazał się znacznie większy, niż można było tego oczekiwać. Oczywiście - okazał się też większy od tego, czego mogliby się spodziewać bankowcy, ale to są profesjonaliści, którzy przed ryzykiem kursowym zabezpieczać się potrafią. Jasne, większość frankowiczów mniej więcej wiedziała na co się pisze (bankowcy przedstawili na to różne dowody i badania, o których napiszę w logu niedługo). Ale nie zmienia to istoty rzeczy. Klient detaliczny nie potrafi oceniać i zabezpieczać ryzyka kursowego i dlatego od pewnego poziomu to bank powinien tę odpowiedzialność przejmować, po części lub w całości. Bankowcy najwyraźniej jeszcze do końca tego nie pojmują. I tym samym proszą się o interwencję regulatora.

      Bo nie można zapominać, że propozycje bankowców powstały jako odpowiedź na pomysł szefa Komisji Nadzoru Finansowego, który zaproponował przewalutowanie kredytów i podział "strat" z tego tytułu (nadwyżki między obecną wartością kredytu, a wartością nieruchomości) między bank i klientów. To i tak była umiarkowana propozycja w stosunku do tej, którą zgłosili politycy PiS, czyli przewalutowanie kredytów po kursie z dnia ich zaciągnięcia (nota bene po prawej stronie powstały też dużo mniej radykalne, godne poważnego rozważenia pomysły). Ja też zgłosiłem swój pomysł, który jest trochę podobny do tych mniej radykalnych nadchodzących z "prawej" strony. Pod tym względem wiatry wieją z kierunków niekorzystnych dla branży finansowej. Bankowcy, gdyby mieli trochę instynktu samozachowawczego, powinni wystawić ofertę, która byłaby realną propozycją, godną przynajmniej przedyskutowania, nie zaś "zaślepką", która ma udawać pomysł na systemowe rozwiązanie problemu kredytów frankowych.. I jeszcze jedno: to wszystko, o czym mówią bankowcy, nie jest jeszcze gotowe. Będzie. Za pół roku.  Shame on you, Związek Banków Polskich, shame on you!

      Czy w tym dziele powinien bankowców wspomagać finansowo budżet państwa? Związek Banków Polskich przedstawił dziś kilka przykładów krajów, w których państwo w mniejszym lub większym stopniu "sponsoruje" lub składa się na rozwiązania problemów powstałych z powodu udzielania przez banki kredytów walutowych. Rzeczywiście, banki nie są jedynym winnym, w Polsce również kolejne rządy wspierały rozdawnictwo kredytów frankowych, wywierały presję na nadzór, by ich nie ograniczał i walnie przyczyniły się do tego, że dziś kilkadziesiąt tysięcy rodzin nie radzi sobie ze spłatą rat, zaś kilkaset tysięcy jest uwięzionych w swoich nieruchomościach. Ale czy to powód, by wszyscy podatnicy teraz zrzucali się na "zamiatanie" tego problemu? Bankowcy swój rozum mają.To oni, z chęci zysków i wykonując "zamówienie" od zagranicznych matek, odpowiadają za "pchanie franka" za wszelką cenę. Jest tylko jeden argument, którzy przemawia za tym, by jednak użyć publicznego grosza do współuczestnictwa w bankowych pomysłach na rozwiązanie frank-problemu.

      Tym argumentem jest przerzucenie przez publiczny nadzór finansowy na banki (a pośrednio na ich klientów) kosztów pomocy dla SKOK-ów. Na razie wypłaty depozytów dla klientów upadłych SKOK-ów kosztowały 3,2 mld zł i poniósł je Bankowy Fundusz Gwarancyjny, na który w 95% składają się banki. A przecież to nie banki, lecz politycy i kolejne rządy roztaczały nad SKOK-ami parasol ochronny. To z winy polityków, a nie banków (a już na pewno nie ich klientów) SKOK-i tak długo pozostawały poza opieką Komisji Nadzoru Finansowego. Można więc powiedzieć, że państwo, które w normalnych okolicznościach musiałoby ponieść koszty złego nadzoru nad SKOK-ami, przerzuciło koszty własnego błędu na sektor bankowy (pośrednio na klientów). I że ma wobec banków kilkumiliardowy "dług wdzięczności", Gdyby banki wystawiły sensowną ofertę rozwiązania problemu franków, państwo mogłoby się do niego dorzucić, spłacając ów "dług". Niestety, na razie bankowcy nie przedstawili oferty, która byłaby warta tych pieniędzy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (47) Pokaż komentarze do wpisu „Są szczegóły bankowego programu dopłat do kredytów frankowych! Wynaleźli ogień?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 27 maja 2015 16:03
    • Gwarantują 4,5% odsetek w skali roku przez najbliższych pięć lat. Gdzie tkwi haczyk?

      Nikczemnie niskie oprocentowanie lokat bankowych sprawia, że częściej niż zwykle zerkam na możliwości inwestowania pieniędzy w inne instrumenty - różnego rodzaju fundusze inwestycyjne (oraz ich "pasywne" odmiany, czyli ETF-y), produkty strukturyzowane (choć do nich podchodzę jak do jeża, bo nie lubię "czarnych skrzynek"), czy obligacje emitowane przez firmy. Czasem nawet kręcę się wokół akcji największych koncernów, mających stabilną pozycję na rynku i wypłacających systematycznie dywidendę. Każda z tych opcji lokowania oszczędności niesie za sobą pewne ryzyko i na pewno nie przeniósłbym tam wszystkich moich oszczędności, ale w erze niskich stóp niewielkie przestawienie zwrotnicy na rzecz inwestycji pozabankowych wydaje mi się niezbędne. Oczywiście z naciskiem na słowo "niewielkie". Obok mnóstwa najróżniejszych inwestycji mniej więcej 20-30% pieniędzy trzymam jednak na bankowych depozytach oraz w obligacjach rządowych.

      Jeśli chodzi o alternatywę wobec loka bankowych ostatnio najwięcej zainteresowania towarzyszy obligacjom korporacyjnym. Są one postrzegane jako relatywnie bezpieczna, a jednocześnie dochodowa forma lokowania oszczędności. Z tą definicją zgadzam się tylko częściowo, bo pieniądze nieostrożnie zainwestowane w obligacje mogą przynieść większe straty, niż zakup akcji. Niewypłacalna spółka po prostu nie oddaje obligatariuszom ani grosza, zaś wartość akcji rzadko spada do zera bezwzględnego. Kiedy widzę propozycje ulokowania pieniędzy w obligacje korporacyjne dające 8-9% w skali roku, gdy na dobrej lokacie można wycisnąć 2,5%, od razu zapala mi się żółta lampka w głowie. Ryzyko takiej inwestycji jest bardzo wysokie, zaś spółki emitujące obligacje z takim oprocentowaniem to "młode wilczki", nie mające jeszcze wiarygodności kredytowej w bankach, bądź firmy "po przejściach", które... już jej nie posiadają (lub - pisząc precyzyjnie - musiałyby z banku pożyczać pieniądze, ale drogo).

      Z nadzieją patrzę natomiast na obligacje emitowane przez solidne firmy, które już wypracowały pozycję rynkową i trudno sobie wyobrazić, że coś nagle zmiecie je z rynku. Choć oczywiście i to nie jest niemożliwe, by przypomnieć choćby bankructwo dużego dewelopera Ganta, który zostawił swoich obligatariuszy na lodzie. Generalnie jednak obligacje emitowane przez duże firmy, liderów lub wiceliderów w swoich branżach, są godne rozważenia. Zwykle takie firmy płacą oprocentowanie uzależnione od stawki WIBOR, powiększonej o 3-4% (vide Murapol, który niedawno sprzedawał nam obligacje po stawce WIBOR plus 4,6% na budowę osiedli mieszkaniowych, albo Ghelamco, która za chwilę po raz drugi zaoferuje obligacje płacąc WIBOR plus 3,5%). W przypadku branży deweloperskiej obietnice zysków są stosunkowo wysokie, bo to branża bardzo podatna na wahania koniunktury w gospodarce. Ale to właśnie takie branże z dużą ochotą "atakują" nasze portfele - obligacje do klientów detalicznych emitują m.in. firmy pożyczkowe, czy windykacyjne, żyjące z "odzysku" kupionych od banków starych długów. Nie jest to najspokojniejsza branża, niedawno niewypłacalność ogłosiła np. spółka E-Kancelaria, która wyemitowała multum obligacji, kusząc oprocentowaniem w okolicach 10%. 

      Dziś słów kilka o innej spółce windykacyjnej, która chce od nas pożyczyć kasę, a konkretnie 20 mln zł. Firma Kruk, największy w Polsce windykator, sprzedaje od poniedziałku obligacje, które zostaną wykupione dopiero za pięć lat, oferując oprocentowanie na poziomie 4,5% w skali roku. I - co ciekawe - jest to stała stopa, nie uzależniona w żaden sposób od wskaźnika WIBOR. Klient od razu wie jakie odsetki zainkasuje - w ciągu pięciu lat powiększy swój kapitał o 22,5% (nie uwzględniając dodatkowych zysków z inwestowania otrzymanych w trakcie inwestycji odsetek). Nieczęsto zdarza się, by duża, wiarygodna firma - a taką jest Kruk, który wyemitował już obligacji za 900 mln zł i ponad 400 mln zł oddał inwestorom - proponowała stałe oprocentowanie, raczej czynią to małe firmy, chcące zwiększyć przewidywalność i atrakcyjność inwestycji dla potencjalnych klientów. Dlaczego Kruk zdecydował się na sprzedawanie obligacji o stałym procencie? Pewnie dlatego, że... chce sprawdzić "granicę bólu" potencjalnych nabywców ;-). W Kruku wiedzą, że przy niskim oprocentowaniu lokat obligacje korporacyjne "idą jak woda", zaś inwestorzy wykupują na pniu dużo gorsze w sensie reputacyjnym papiery. Postanowiono więc zagrać va banque i pożyczyć od inwestorów pieniądze tak tanio, jak nigdy dotąd.

      Oczywiście: oferowane przez Kruka 4,5% to na pierwszy rzut oka dobry interes dla klientów - prawie dwa razy tyle, ile wynosi oprocentowanie lokat bankowych, nie mówiąc już o zysku z obligacji skarbowych (2% w skali roku dla papierów dwuletnich). Ale z drugiej strony nie tak dawno ten sam Kruk płacił nam za obligacje 4% powyżej stawki WIBOR (czyli na dzisiejsze warunki 5,6%), zaś inna duża firma windykacyjna Best oferowała WIBOR plus 3,8%. Teraz Kruk oferuje 4,5%, de facto przerzucając na nabywców obligacji ryzyko, że stopy procentowe pójdą w górę, zanim firma wykupi obligacje. Przyznaję: stała stawka 4,5% od dużej, wiarygodnej firmy (choć działającej w trudnej, niestabilnej branży), to byłaby bardzo interesująca propozycja, ale na krótszy czas - dwa, trzy lata. Zakładam bowiem, że koniunktura w gospodarce się poprawi i inflacja ruszy w końcu górę (powodując konieczność podwyżek stóp procentowych i wzrost oprocentowania depozytów). I że raczej nastąpi to wcześniej, niż za pięć lat. Inwestycja w papiery Kruka to więc de facto zakład o stan polskiej gospodarki przez najbliższych pięć lat. Jeśli przez te pięć lat stopy procentowe pozostaną na niskim poziomie - albo wręcz jeszcze spadną - to nabywcy papierów Kruka będą "wygrani". Jeśli jednak nastąpi ożywienie, zostaną "uwięzieni" w niskorentownej inwestycji. Więcej o inwestowaniu w obligacje korporacyjne znajdziesz w zaprzyjaźnionym blogu "obligacyjnym".

      Jak inwestować i pomnażać

      CHCESZ ZACZĄĆ OSZCZĘDZAĆ I INWESTOWAĆ? ZRÓB TO ZE MNĄ! Jeśli chcielibyście posiąść lub rozszerzyć wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń - przeczytajcie poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Gwarantują 4,5% odsetek w skali roku przez najbliższych pięć lat. Gdzie tkwi haczyk?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 27 maja 2015 08:38
  • wtorek, 26 maja 2015
  • poniedziałek, 25 maja 2015
    • Co oznacza zmiana prezydenta dla naszych portfeli? Co z kredytami i oszczędnościami?

      Po niedzielnych wyborach już wiadomo, że będziemy mieli zmianę w Pałacu Prezydenckim. Związanego z partią rządzącą Bronisława Komorowskiego zastąpi Andrzej Duda, kandydat PiS. Pierwsze sondaże mówią o tym, że "walkę stulecia" Duda wygrał jednogłośnie na punkty stosunkiem 53-47. Trudno nie uznać takiego wyniku za niespodziankę, bo kilka miesięcy temu ten bliżej nieznany dżentelmen startował z poziomu 12-14% poparcia społecznego. Przypomnę, że urzędujący prezydent miał jeszcze jesienią zeszłego roku ponad 70% i żadna partia nie chciała wystawiać przeciwko niemu swojego lidera, sądząc, że musiałby iść na ścięcie. A tu proszę - będzie zmiana.

      andrzejdudazzona

      Czas zastanowić się co może oznaczać nowy lokator w Pałacu Prezydenckim dla naszych portfeli. W zasadzie należałoby spodziewać się, że będzie to samo dobro, bo wielu z nas kandydat PiS obiecał więcej pieniędzy. W sumie wartość jego obietnic wyborczych - fundowanych z zapowiedzi ściągnięcia na to podatków, chyba także od nas ;-) - ekonomiści szacują na 175-300 mld zł. W tym wyższa kwota dochodów wolnych od opodatkowania PIT-em, obniżenie wieku emerytalnego, 500 zł dodatku na każde dziecko. Gdyby to wszystko jakimś cudem nowy prezydent zrealizował, to zadłużyłby państwo (czyli nas) na najbliższe 300 lat ;-). Ale my tu się zajmiemy sprawami dotyczącymi tych pieniędzy i długów, które już macie. Co z nimi? 

      FRANKOWICZE Z NADZIEJAMI. Największe nadzieje wiązać mogą z nowym prezydentem ruchy konsumenckie walczące o "odfrankowienie" swoich kredytów hipotecznych. Andrzej Duda spotkał się z nimi i obiecał, że w ciągu trzech miesięcy od wejścia do Pałacu Prezydenckiego napisze projekt ustawy, która uwolni kredytobiorców od problemu franka. Z tego, co kandydat PiS mówił podczas debaty zorganizowanej przez TVN wynika, że w grę wchodzi "wariant węgierski", tylko w jeszcze ostrzejszej formie, czyli przewalutowanie kredytów frankowych na złote po kursie z dnia ich zaciągnięcia. Kłopot w tym, że koszt takiego przedsięwzięcia Komisja Nadzoru Finansowego szacowała na 30-40 mld zł (w zależności od bieżącego kursu franka) , co mogłoby mieć potężne skutki uboczne dla banków i być może podatników (gdyby jakiś bank nie wytrzymał, a kandydatów do "niewytrzymania" ponoć byłoby trzech). Zobaczymy co upichci dla frankowiczów świeżo upieczony prezydent, a przede wszystkim czy uda mu się przeforsować ten pomysł w Sejmie, który jest wciąż (co najmniej do jesieni) "pod kontrolą" Platformy Obywatelskiej. Inna sprawa, że partii rządzącej w okresie wyborczym trudno będzie odesłać frankowiczów z kwitkiem. Klimat dla najbardziej radykalnie nastawionych frankowiczów - tych, którzy żądają nie tyle współodpowiedzialności banków za wzrost franka, lecz wręcz "odfrankowienia" - bardzo się więc poprawił.

      Czytaj też: Czy posiadacze oszczędności przyłączyli się do wyborczej gimbazy? 

      REPOLONIZACJA I WYCISKANIE BANKÓW? Andrzej Duda zapowiedział w debacie TVN-owskiej, że będzie dążył do repolonizacji polskiego sektora bankowego. Prezydent nie ma na to żadnego wpływu, powołuje jednego członka siedmioosobowej Komisji Nadzoru Finansowego, która "zarządza" rynkiem bankowym w Polsce. W tej dziedzinie zmiany mogą zajść dopiero jesienią, gdyby zmienił się rząd. Dziś bowiem tylko państwowe spółki (a głównie PZU) dysponują kapitałem i możliwościami finansowania się długiem, które mogłyby wystarczyć do przejmowania banków z rąk zagranicznych inwestorów (jest już zresztą pomysł, żeby PZU zajął się "odzyskiwaniem" Alior Banku z rąk Włochów, Banku BPH od Amerykanów oraz Raiffeisen Polbanku od Austriaków). A żeby mieć kontrolę nad polskimi spółkami nie wystarczy mieć głównego lokatora w Pałacu Prezydenckim, lecz trzymać w ręki rząd. Wynik wyborów może zbliżyć bankowców do widma nowego podatku, który chce zaordynować bankom Andrzej Duda (podobnie zresztą jak supermarketom). To mogłoby oznaczać, że albo banki będą zarabiać mniej, albo tyle samo, bo pieniądze wyjmą z naszych kieszeni. Oczywiście w tej dziedzinie prezydent sam niewiele może i bankowcy raczej będą mieli kłopoty dopiero wtedy, jeśli stronnictwo, które wystawiło Dudę na prezydenta, przejmie również rządy w Parlamencie.

      CO Z WARTOŚCIĄ NASZYCH OSZCZĘDNOŚCI? W tej dziedzinie nowy prezydent może mieć do powiedzenia nieco więcej. Przede wszystkim to on proponuje Sejmowi kandydaturę na prezesa Narodowego Banku Polskiego. Dziś jest niemal pewne, że drugiej kadencji na tym stanowisku nie dostanie w czerwcu przyszłego roku Marek Belka. Jednym z najważniejszych pytań do nowego prezydenta jest to, kogo przewiduje na nowego szefa banku centralnego. Poza tym prezydent obsadza też trzy stołki w dziewięcioosobowej Radzie Polityki Pieniężnej, której nastroje decydują o tym czy stopy procentowe są wysokie, czy niskie. Dziś mamy najniższe w historii, ale i tak o niebo wyższe, niż w Europie Zachodniej. Po prezydencie Dudzie nie spodziewam się raczej skłonności do polityki pieniężnej typu "balcerowiczowskiego". Niewykluczone, że kredyty więc nieprędko podrożeją. Warto pamiętać, że nieostrożne zabawy z "drukowaniem" pieniędzy - broń Boże nie posądzam o to nowego prezydenta, to czysto teoretyczne rozważania - mogłyby skończyć się "wyprodukowaniem" wysokiej inflacji, która zawsze najbardziej uderza w tych, którzy mają w bankach oszczędności (ich pieniądze realnie tracą na wartości). W tym kontekście posiadacze bankowych depozytów powinni patrzeć prezydentowi Dudzie na ręce i na to kogo powoła do NBP i RPP.

      KONSUMENCI Z WIATREM W ŻAGLACH? Podobnie rzecz ma się z innym postulatem nowo wybranego prezydenta: żeby odważniej walczyć z zakazanymi klauzulami w umowach bankowych i ubezpieczeniowych. Podczas telewizyjnej debaty Duda oburzał się, że w 60% umów zawieranych z klientami przez instytucje finansowe są zabronione klauzule (powoływał się przy tym na dane NIK, ja niestety takich raportów Izby Kontroli nie pamiętam). Założenia do ustawy, która daje większe uprawnienia UOKiK-owi są już gotowe i być może rząd w tej sprawie uprzedzi nowego prezydenta, który być może będzie chciał napisać swoją ustawę. Ale poprawienie ochrony konsumenta to skomplikowana misja, bo polskie prawo jest w tej dziedzinie strasznie zapuszczone. Żeby ogarnąć ten ugór nie wystarczą uprawnienia prezydenta. Czy Andrzej Duda może zrobić coś dla konsumentów walczących w sądach z bankami i firmami ubezpieczeniowymi? W jego rękach jest prawo do powołania szefa Sądu Najwyższego. A to właśnie ta instytucja ostatnio napsuła mnóstwo krwi m.in. frankowiczom, przedstawiając niespecjalnie prokonsumencką interpretację prawa w sprawie ewentualnego anulowania spreadów i ulżenia słynnym "Nabitym". Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego sam nie rządzi na tym osiedlu, ale gdyby została nim osoba o poglądach wybitnie prokonsumenckich to kto wie, czy nie miałoby to wpływu na orzecznictwo Sądu Najwyższego w sporach bankowców z klientami. Jednak - jak słusznie zauważacie w komentarzach - Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego prezydent powołuje z grona sędziów Sądu Najwyższego na wniosek zgromadzenia ogólnego sędziów Sądu Najwyższego. Kadencja obecnej prezes upływa w 2020 r., więc nowy prezydent może tu niewiele

      JAK INWESTORZY "WYCENIĄ" PREZYDENTA? Jaki jeszcze wpływ na nasze portfele może mieć wybór nowego prezydenta? Zobaczymy jak zachowa się rynek długów, warszawska giełda (ile nowy prezydent będzie "kosztował" lub ile da zarobić naszym oszczędnościom ulokowanym w funduszach i akcjach) oraz kurs złotego. Z porannych notowań wynika, że kurs złotego się osłabia, co oznacza, że część inwestorów zagranicznych obawia się zmiany władzy w Polsce. Euro rano jest najdroższe od dobrych kilku tygodni - trzeba zapłacić 4,13 zł. 

      eurodudaelections

      Inna sprawa, że trend już od kilku tygodni sprzyjał wzrostowi kursu euro i osłabianiu złotego, więc trudno mówić o tym, że inwestorzy w odpowiedzi na wynik wyborów wpadli w panikę.Natomiast można mówić o pewnym przyspieszeniu. Od razu dodam, że niespecjalnie groźnym, o ile ktoś nie wybiera się na wakacje za granicę :-). Czy i ile wybór przy urnie będzie nas "kosztował" w cenie franka? Na razie "szwajcar" jest prawie po 4 zł, co też nie zdarzyło mu się od dłuższego czasu. Kilka osób może zostać "ukaranych", o ile dziś przypada im płatność raty.

      CHFdudaelections

       Wpływ prezydenta na gospodarkę jest taki sobie, zaś on sam w pierwszych przemówieniach nie wygłosił żadnych kontrowersyjnych dla inwestorów tez. Inna sprawa, że sukces PiS w tych wyborach na pewno przybliża tę partię do przejęcia władzy w Polsce po wyborach parlamentarnych. A to już może oznaczać zmiany jeśli chodzi o politykę pieniężną, podatkową i podejście do sposobów na stymulowanie gospodarki. Jak już powyborcza sytuacja na rynkach się "ustoi" nie zapomnę skrobnąć na ten temat.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (80) Pokaż komentarze do wpisu „Co oznacza zmiana prezydenta dla naszych portfeli? Co z kredytami i oszczędnościami?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 maja 2015 00:46
  • piątek, 22 maja 2015
    • Taka Zośka, czyli dopłać co miesiąc do konta oszczędnościowego, a dostaniesz...

      Są banki, na które radzę uważać po stronie kredytowej, bo pożycza się w nich pieniądze drogo i ryzykownie. Często w pakiecie z żywą gotówką dostaje sę jakąś kosztowną "wrzutkę" w postaci ubezpieczenia lub planu inwestycyjnego obarczonego wysoką prowizją. Ale ten sam bank może dość dobrze nadawać się do oszczędzania pieniędzy. Przynajmniej dla takich klientów, którzy mają grubą skórę i są odporni na grillowanie. Bo przecież lokata jest zawsze tylko wabikiem, który ma przyciągnąć klienta, zaś "docelowym" produktem, w który bankowcy chcą "ubrać" klienta, jest jednak kredyt. Taką właśnie instytucją finansową jest Idea Bank, który kieruje swoje usługi głównie do drobnych przedsiębiorców. Nie można powiedzieć, by oferował kredyty tanio i bez "wrzutek". Pisałem w blogu o kredytach z Nordeą i pistolecikiem w pakiecie, o przedsiębiorcach, którzy chcieliby być happy, ale mieli ideę, żeby iść do Jeremiego, a także o słynnej "pożyczce bezzwrotnej", ofercie tak bałamutnej, że najchętniej bym za nią kogoś w Idea Banku oskubał (możliwie jak najwyżej postawionego :-)) 

      Ale pomysły na oszczędzanie Idea Bank miewa naprawdę nieźle, a do tego pomysłowe, że hej ;-). Od wczoraj w ofercie Idea Banku jest ciekawe konto oszczędnościowe o nazwie "Zośka", która nawiązuje do popularnej niegdyś wśród młodzieży gry w podbijanie piłki. W ramach tego nowego konta też jest podbijanie, ale dotyczy nie piłki, tylko oszczędności. Jeśli dokładasz do niego systematycznie pieniądze, dostajesz wyższy procent. Próg, który upoważnia do premiowego oprocentowania wynosi 10% oszczędności z poprzedniego miesiąca. Jeśli więc mam na koncie "Zośka" kwotę np. 10.000 zł, to w kolejnym miesiącu powinienem dopłacić jeszcze 1000 zł, żeby cieszyć się lepszym oprocentowaniem całego salda. Lepszym, czyli 3% w skali roku, podczas gdy standardowe wynosi jedynie 1,5%. Oczywiście, można dopłacać więcej, niż te 10%, ale wówczas ta nadwyżka nie będzie już oprocentowana według stawki premiowej. Jeśli w jakimś miesiącu klientowi nie uda się powiększyć salda konta oszczędnościowego o 10%, to całe trzymane pieniądze są oprocentowane według "normalnej" stawki. Ale oczywiście w kolejnym miesiącu klient znów otrzymuje możliwość zagrania w "Zośkę".

      Przyznam, że jest to ciekawy mechanizm, który zresztą często podaję jako jeden z przykładów na to, by systematyczne oszczędzanie nie bolało. Ustaw sobie zleceni stałe i co miesiąc dokładaj do oszczędności określoną kwotę, a po jakimś czasie zapomnisz, że w ogóle oszczędzasz. W tym konkretnym przypadku działanie całego mechanizmu podkręca jeszcze bank, dosypując wyższe odsetki. A reklamuje to-to jakiś mistrz grania z "Zośkę":

      Minusy? Nieduże, ale są. Przede wszystkim konto oszczędnościowe jest sprzęgnięte na stałe z kontem osobistym w Idea Banku. Przelewy upoważniające do premiowego oprocentowania mogą przychodzić tylko z ROR-u. Zresztą jest to dość wygodne, bo co miesiąc system transakcyjny sam podpowie klientowi, że warto zrobić przelew na "oszczędnościówkę" oraz wyliczy ile ów przelew powinien wynosić, by klient załapał się na wyższe oprocentowanie. Z tym obowiązkiem posiadania ROR-u chodzi oczywiście o to, żeby klient, który korzysta z preferencyjnych odsetek od oszczędności, przeniósł się do Idea Banku również z całą resztą swoich domowych finansów.

      Czytaj też: Test innowacji, która jest tak przełomowa, że... w ogóle nie wejdzie w życie

      Konto Idealne, bo to ten rachunek jest wymagany przez Idea Bank do konta "Zośka", nie jest na szczęście obłożone żadną miesięczną opłatą. Darmowe są przelewy przez internet (także do ZUS). Karta debetowa do konta może kosztować 5 zł miesięcznie (chyba, że zapłacimy nią w sklepie za zakupy o wartości 100 zł miesięcznie, wtedy jest darmowa). Trzeba też dopłacić 5 zł do usługi darmowych wypłat z bankomatów w całym kraju. Jest kilka wodotrysków technologicznych, jak możliwość korzystania z systemu Idea Cloud, z mobilnego wpłatomatu, przypominającego taksówkę, a także z "klubokawiarni" bankowej, w której oczywiście oprócz kawy i internetu na hasło (hasłem jest login do konta w Idea Banku ;-)) są też kredyty. Niektóre z tych bonusów możecie obejrzeć na moim kanale w YouTube:

      W sumie więc warunki dotyczące udziału w możliwości oszczędzania pieniędzy w tempie 3% rocznie nie są zabójcze. Niepokoi mnie tylko zapis w regulaminie promocji, że trwa ona do sierpnia tego roku (choć może być przedłużona). Trzeba też powiedzieć bez ogródek, że ceną za "Zośkę" jest też zgoda na grillowanie, bo - jak powiedziałem na samym początku - tanie konto i dotowane oszczędzanie mają być jedynie wabikiem - celem ostatecznym zaś jest "ukredytowanie" klienta. Tym niemniej wspieram i pochwalam takie pomysły bankowców, jak "Zośka", bo uważam, że przy naszej niskiej skłonności do oszczędzania każda dodatkowa motywacja, by nie wydawać wszystkich pieniędzy "na życie" lub na przyjemności, jest potrzebna. Większość Polaków nie ma nawet podstawowej poduszki finansowej, nie mówiąc już o większych oszczędnościach i portfelu długoterminowych inwestycji. W budowaniu inwestycji bank za bardzo nie pomoże, ale przy poduszce finansowej, i owszem, pomóc może.

      Czytaj też: Nowy pomysł na przyciąganie małych firm. Weź kredyt i go... potestuj

      Dlatego ostatnio pochwaliłem w "Pieniądzach Ekstra" pomysł banku Credit Agricole, polegający na dopłacaniu klientom do tego, co sami zaoszczędzą na resztówkach. Niegłupi jest też pomysł banku Raiffeisen, który w ramach konta z karuzelą, która trwa i trwa (chyba, że ktoś ma chorobę lokomocyjną ;-)) daje klientom fajną rzecz w postaci wyższego oprocentowania na ROR w sytuacji, gdy saldo przekracza 10.000 zł. Jest to fajny pomysł na mobilizowanie klientów do posiadania dodatniego salda ;-). Jeśli widzicie w swoich bankach ciekawe pomysły, które mobilizują Was do oszczędzania pieniędzy, to dajcie znać w komentarzach, żebyśmy wszyscy mogli skorzystać.

      DZIĘKUJĘ ZA SPOTKANIE NA TARGACH KSIĄŻKI! Chciałbym Wam bardzo podziękować za liczne przybycie na niedzielne spotkanie podczas Warszawskich Targów Książki. Wspólnie z Marcinem Iwuciem, autorem świetnego poradnika o zarządzaniu domowym budżetem, opowiadaliśmy o tym jak mieć pieniądze, jak nimi zarządzać i jak je rozsądnie inwestować, a przy tym nadmiernie się nie stresować. Do zobaczenia na kolejnych spotkaniach! Pamiętajcie, że moja książka "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" powinna być pierwszym krokiem do budowania Waszej finansowej zamożności! To bestseller, który doczekał się już drugiego wydania.

      10527380_1074185985943898_7618081644872948863_n

      11248078_1074191255943371_4375298523006360525_n

      11295728_1074186832610480_6799669747803578934_n

      SUBIEKTYWNOŚĆ NA DYSKUSJI BANKOWCÓW I STUDENTÓW. Kilka dni temu miałem przyjemność spotkać się ze znakomitymi polskimi bankowcami - Zbigniewem Burligą, Sławomirem Lachowskim, Przemysławem Gdańskim, Piotrem Olendskim - oraz studentami Szkoły Głównej Handlowej na dyskusji poświęconej konsolidacji polskiego sektora bankowego. Szukaliśmy wspólnie odpowiedzi na pytanie czy jest ona nieunikniona i co może dla nas w najbliższym czasie oznaczać. To było bardzo inspirujące spotkanie, bardzo dziękuję członkom Studenckiego Koła Naukowego "Negocjator" za zaproszenie!

      11225744_665842186882694_2619100657400554885_n

      SUBIEKTYWNIE NA FORUM WIERZYTELNOŚCI. Oddech subiektywności czuli ostatnio na plecach przedstawiciele sektora windykacyjnego i bankowego podczas Bankowego Forum Wierzytelności. Przekonywałem tam branżę finansową, by otarła łzy, bo przecież wcale nie jest tak, jak branża myśli, że dziś większe prawa w banku ma dłużnik, niż wierzyciel.  

      vibankforwierz

      vibankforwierz1

      SPOTKANIE LIDERÓW BANKOWOŚCI I... SUBIEKTYWNOŚCI. Jaka jest przyszłość branży bankowej i jaką rolę odegra w niej sprzedaż produktów ubezpieczeniowych dołączanych do kont, kart i kredytów? O tym dyskutowałem z bankowcami i szefami firm ubezpieczeniowych podczas Spotkania Liderów Bankowości. Wniosek, jaki wyniosłem z tej dyskusji, ogranicza się do konkluzji, że czas na powrót do prostoty, oferowania klientom nieskomplikowanych, niezachachmęconych produktów o charakterze ochronnym, nie łączących ochrony i inwestycji.

      gallidbank5

      SUBIEKTYWNOŚĆ JEST MULTIMEDIALNA! Blog "Subiektywnie o finansach" ma grubo ponad 200.000 czytelników na www.samcik.blox.pl oraz dziesiątki tysięcy w serwisach społecznościowych. Dołącz do 28.000 fanów blogu na Facebooku, podyskutuj ze mną i z 5.000 followersów na Twitterze, znajdź mnie na Google+, zobacz co wrzuciłem na Instagram). Subiektywność znajdziesz też w YouTube. Tam możesz zobaczyć i polubić wideofelietony i komentarze o twoich pieniądzach oraz zasubskrybować mój kanał. W tym kinie siedzi już ponad 1.000 osób, dołącz do nich! Najnowsza moja superprodukcja ;-) jest o kosztach posiadania własnego "M". Być może kupowanie mieszkania... w ogóle się nie opłaca?

      Jak inwestować i pomnażać

      CHCESZ ZACZĄĆ OSZCZĘDZAĆ I INWESTOWAĆ? ZRÓB TO ZE MNĄ! Jeśli chcielibyście posiąść lub rozszerzyć wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń - przeczytajcie poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Taka Zośka, czyli dopłać co miesiąc do konta oszczędnościowego, a dostaniesz...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 22 maja 2015 18:03

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line