Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • wtorek, 31 maja 2016
    • Drugie dno bankowej oferty dla frankowiczów: uratują tych, których wcześniej "załatwili"?

      No i znamy już szczegóły bankowej propozycji dla frankowiczów. Na dzisiejszym spotkaniu z dziennikarzami szef Związku Banków Polskich przypomniał jak wiele branża bankowa już zrobiła dla ludzi spłacających kredyty denominowane w walutach obcych (uwzględnienie ujemnego LIBOR-u, ścięcie spreadu, odmiejscowienie hipoteki, udział w programie wsparcia dla kredytobiorców w tarapatach, który sprowadza się do nieoprocentowanej i rozłożonej na długie lata pożyczki...) i jak wiele jeszcze zrobić zamierza. Łatwo się wzruszam, więc nie byłem na tym spotkaniu, ale mam prezentację, która w zasadzie potwierdza to, co przeczytaliście o bankowej ofercie w blogu dwa tygodnie temu oraz wczoraj, po wycieku kolejnych szczegółów. Dla osób, których raty dziś przekraczają 70% dochodów będzie możliwość przewalutowania kredytu (niestety po bieżącym kursie), wydłużenia jego spłaty o 5 lat oraz dopłaty do rat kredytowych. Wysokość dopłat zależeć ma od tego jak bardzo wzrośnie miesięczna płatność po przewalutowaniu kredytu (bo przewalutowanie oznacza przejście z LIBOR-u, który jest mocno ujemny, na WIBOR). Więcej szczegółów macie w tekście Ani Popiołek, która tak łatwo jak ja się nie wzrusza, więc poszła na ogłoszenie oferty przez Związek Banków

      Na przykładzie z prezentacji Związku Banków Polskich operacja ratowania klienta przed frankiem wygląda tak: W 2008 r. wziąłem kredyt we frankach wart 300.000 zł. Od tego czasu moja rata - głównie z powodu wzrostu notowań franka - wzrosła z 1400 zł do 1603 zł (w tym czasie posiadacz analogicznego kredytu w złotych zjechał z raty 2000 zł do 1375 zł). Jeśli wzrost raty spowodował przekroczenie 70%-owego progu moich miesięcznych dochodów (tu przyjęto, że ów poziom to 1525 zł), mam prawo do przewalutowania kredytu i do dopłat. Po przewalutowaniu kredytu po bieżącym kursie 3,95 zł moja rata idzie w górę do 1825 zł. Autorzy prezentacji nie pokazują o ile skacze jednocześnie wartość długu, ale trzeba liczyć, że mniej więcej do 400.000 zł (przy wartości startowej 300.000 zł i po spłacie 144.000 zł w ratach). Jako że 1825 zł jeszcze bardziej, niż 1603 zł przekracza mój 70-procentowy próg bólu, to bank będzie już do końca życia kredytu dopłacał mi do rat. Ile? Ano różnicę między 1525 zł (czyli progiem 70% w relacji raty do dochodu) a 1825 zł (czyli ratą kredytu po przewalutowaniu).

      ZBPsimulatio

      Gdyby wysokości kluczowych parametrów kredytu się nie zmieniły już do końca spłaty, to bank w sumie zredukuje mój dług o 78.400 zł (czyli mniej więcej o jedną czwartą licząc od obecnej bazy). Płacę więc trochę mniejsze raty, niż miałbym we franku i mam gwarancję, że z powodu wzrostu kursu franka nie pójdą już one w górę. A bank dopłaca resztę. W sumie banki są gotowe wyłożyć na taki interes do 2,6 mld zł. Oczywiście obejmie on stosunkowo nieliczną grupę kredytobiorców, co przyznają sami bankowcy. Moim zdaniem głównie tych, którzy... padli ofiarą bankowego missellingu. Zostali ubrani w kredyt, którego nigdy nie powinni dostać. Zostali usmażeni na grillu bez znieczulenia. Dali się "zrobić" jak dzieci, bo wierzyli, że człowiek po drugiej stronie biurka ma w głowie coś więcej, niż tylko prowizję od sprzedaży. Byli naiwni, bo mieli klapki na oczach, dolary w oczach (albo jakieś franki) i myśleli, że bank to "instytucja zaufania publicznego". Dlaczego tak uważam? Już tłumaczę.

      Załóżmy, że wziąłem w 2006 r. kredyt frankowy o wartości 300.000 zl (wówczas "szwajcar" kosztował jakieś 2,5 zł, co oznacza, że pożyczyłem równowartość 120.000 franków). Załóżmy również, że marża tego kredytu wynosiła 1,3% (taka wtedy była średnia marża kredytów walutowych, więc nic nadzwyczajnego). Wskaźnik LIBOR 3M wynosił niecałe 1,7%, co oznacza, że mój kredyt na samym początku był oprocentowany na 3% w skali roku, czyli całkiem miło (prawie dwa razy niżej od kredytu złotowego). A miesięcznej raty płaciłem jakieś 1290 zł. Potem bywało różnie i momentami wysokość raty przekraczała nawet 1550 zł. Teraz, gdy LIBOR 3M jest 0,75% na minusie, zaś frank szwajcarski kosztuje niecałe 4 zł, moja rata to jakieś 1490 zł. Jest więc o 200 zł wyższa, niż na początku. Propozycja Związku Banków Polskich mogłaby mnie objąć, gdybym dziś (sam albo z współkredytobiorcą, w zależności od tego czy umowę kredytową podpisałem sam, czy z partnerem) miał dochody w okolicach 2100 zł lub mniejsze oraz spełnił kilka innych warunków (wielkość mieszkania, brak opóźnień w spłacie, cel kredytu nieinwestycyjny).

      Oznaczałoby to - przy założeniu, że w moim życiu w tzw. międzyczasie nie zdarzyło się nic dramatycznego - że Związek Banków Polskich może mnie objąć swoim wspaniałym programem dopłat pod warunkiem, że bank, w którym wziąłem kredyt, świadomie i z premedytacją wciągnął mnie w pętlę długów. Na czym opieram tę tezę? Ano jeśli dziś rata w wysokości 1490 zł przekracza 70%, to znaczy, że w momencie, gdy bank pożyczał mi pieniądze, to wysokość tamtej raty (przypominam: 1290 zł) przekraczała 60% mojego budżetu domowego. A więc każdy bankowy agent powinien mi odradzić kredyt lub przyjąć oświadczenie, że świadomie i z pełną odpowiedzialnością kręcę sobie pętlę na szyję, zaciągając kredyt walutowy z ratą przekraczającą 60% moich miesięcznych dochodów. A i to nie wszystko. Jakiś czas temu Komisja Nadzoru Finansowego wypuściła raport, w którym opisała jaki był wzrost dochodów osób spłacających kredyty frankowe. Podobne obliczenia publikował wcześniej Narodowy Bank Polski. Co z nich wynika? Ano to, że od 2006 r. przeciętne wynagrodzenie w gospodarce (nie uwzględniając inflacji) poszło w górę o 55%. I że w ostatnich 10 latach szło w górę dwa razy szybciej, niż rata kredytu frankowego.

      Co to oznacza? Ano, że jeśli dziś mam 2100 zł miesięcznego dochodu i płacę 1490 zł raty kredytu frankowego (czyli rata przekracza 70% mojego domowego budżetu, co kwalifikuje mnie do skorzystania z pomocy banków), to w 2006 r. zarabiałem w nominale znacznie mniej, jakieś 1600 zł. Jak to się stało, że bank dał mi przy takich dochodach kredyt z ratą, która już wtedy sięgała niemal 1300 zł? :-). Nawet jeśli statystyki NBP i KNF są przesadzone, to prawdopodobnie zarabiam dziś więcej, niż zarabiałem 10 lat temu, co oznacza, że jeśli dziś - po wzroście o 20% - rata mojego kredytu frankowego przekracza racjonalny pułap (w tym przypadku 70%), to przekraczała go również wtedy, kiedy po ten kredyt sięgałem. Ergo: na wspaniałomyślną pomoc Związku Banków Polskich mogą się zakwalifikować tylko ci klienci, którzy padli ofiarą missellingu - dostali w banku kredyt, którego przy rzetelnej sprzedaży nie wolno im było w ogóle zaoferować!

      Weźmy inny kredyt, taki z prezentacji Związku Banków Polskich. Punkt startowy to 2008 r. i kredyt wart 300.000 zł z marżą 1%. Jego wartość po kursie początkowym wynosiła 135.000 franków, ale dla naszych obliczeń nie jest to istotne. Do dziś klient spłacił 145.000 zł i nadal jest zadłużony po uszy, ale to też w tym momencie jest nieważne. Liczy się to, że startowa wartość raty tego kredytu przekraczała 1400 zł. Dziś wynosi mniej więcej 1600 zł, czyli o jakieś kilkanaście procent więcej. Jeśli dziś rata 1600 zł oznacza przekroczenie przez klienta wskaźnika bezpieczeństwa w domowym budżecie, to czy w momencie udzielenia kredytu nie przekraczała go również rata 1400 zł? Jeśli przyjmiemy - znów posługuję się przykładem zaprezentowanym przez samych bankowców - że linia bezpieczeństwa mieści się w okolicach 1525 zł, to jaka była relacja dochodów klienta do jego raty kredytowej w momencie udzielania kredytu? Podpowiem - ponad 60%. Ktoś, kto udzielił kredytu walutowego o wartości 300.000 zł, denominowanego lub indeksowanego w walucie obcej i nie przyjął od klienta oświadczenia - pisanego najlepiej krwią własną tego klienta - że to jest finansowe samobójstwo, powinien podlegać rozstrzelaniu przez powieszenie.

      Owszem, takim klientom tym bardziej banki powinny ulżyć, ale - do ciężkiej cholery - nie nazywajmy tego rozwiązaniem problemu frankowiczów! To może być co najwyżej rozwiązanie problemu konsekwencji missellingu w bankach. A jeszcze bankowi łaskawcy wymyślili, że z ich wspaniałomyślnej oferty będzie można skorzystać tylko wtedy, kiedy oni ewentualnie się z nią zgłoszą. Czyli jest tak: ubrałem klienta w produkt dla niego nieodpowiedni i zamiast grzecznie przeprosić oraz współuczestniczyć w stratach, łaskawie przychodzę i wystawiam ofertę nie do odrzucenia. Masz przyjąć ją od razu albo spadać na drzewo. To nie powinno tak wyglądać, kochani bankowcy. To dobrze, że wykazujecie chęć pomoc klientom, których poprzednio wpędziliście w pętlę długów, ale nie nazywajcie tego jakąś propozycją rozwiązania systemowego. Macie rację, w pewnym stopniu przesadzam, bo wśród frankowiczów są też i tacy, którzy wpadli w tarapaty ze względu na spadek własnych dochodów. W ich przypadku to nie banki zawiniły, bo w momencie udzielania kredytu wskaźnik raty do dochodu mógł nie przekraczać nawet 40%. Potem jednak w życiu frankowicza stało się coś, co sprawiło, że jego dochody spadły. I w przypadku tej kategorii klientów oferta banków rzeczywiście jest krokiem godnym pochwały i słów uznania oraz podziękowania. I kwiatów dla prezesa banku.

      Ale - jeśli wierzymy w statystyki NBP i KNF o wzroście naszych dochodów - to chyba trzeba stwierdzić, że takich klientów, którzy w momencie zaciągania kredytu mieli bezpieczny wskaźnik dochodu do raty, a teraz się on radykalnie zmienił na ich niekorzyść, jest niewielu. Jest i druga okoliczność zaburzająca klarowność wyliczeń. Otóż fakt, że dziś raty kredytów frankowych są tylko trochę wyższe od startowych, wynika z faktu, że banki ścięły spread i uwzględniły w ratach kredytów ujemny LIBOR. Gdyby tego nie uczyniły, to raty byłby jeszcze wyższe i w przypadku większej liczby klientów miesięczne obciążenie przekraczałoby 70% ich dochodów. Ale to też piszę już tylko na marginesie. Moja uwaga generalna jest następująca. Szanowni bankowcy, nie wciskajcie nam farmazonów jak to z wielką łaską wymyśliliście kompromisowe rozwiązanie, gdyż dniami i nocami myślicie jak by tu uratować biednych klientów. Wymyśliliście rozwiązanie, które ma "posprzątać" - i to nie w całości, częściowo rękami klientów - skutki Waszego własnego missellingu. I tyle w temacie.

      JAK OSZCZĘDZAĆ PIENIĄDZE I PŁACIĆ NIŻSZE PODATKI? Zapraszam na webinar o tym na czym polegają konta IKE, IKZE, jak inwestować pieniądze i oszczędzać na podatku, jak założyć sobie III filar emerytalny, jak można ze spółek dywidendowych uszyć sobie dodatkową emeryturę. Spotkanie odbędzie się we wtorek 31 maja o godz. 20.00 . Możecie się zarejestrować na to spotkanie klikając niniejszy link. Spieszcie się, bo liczba miejsc ograniczona.

      SAMCIK_640x300POLECAM MĄDRY PREZENT NA DZIEŃ DZIECKA.  Oto fajny prezent - lub dodatek do prezentu - na Dzień Dziecka. Najnowsza samcikowa książka "Moje pierwsze kieszonkowe", w której opowiadam dlaczego Wasze dzieci powinny mieć już swoje pieniądze, jak zabrać się za wypłacanie kieszonkowego, żeby miało to sens i jakie patenty stosować, żeby dziecko mądrze zarządzało swoimi pierwszymi pieniędzmi. Opowiadam też o tym jak zaznajomić dziecko z zasadami bezpieczeństwa w korzystaniu z telefonu komórkowego, jak nie dać się nabrać przez internet, a nawet o cyfrowym pieniądzu, którego dzieci za chwilę będą używały. Książka do kupienia w dobrych księgarniach i w internecie. Po-le-cam! Więcej na jej temat przeczytacie w poświęconym jej okolicznościowym wpisie w blogu. Książkę kupicie w dobrych księgarniach, w internecie (np. na stronie kulturalnysklep.pl), a jeśli wolicie czytać na tablecie, to jest teżwersja elektroniczna, dostępna np. w Publio.pl. Miałem przyjemność opowiadać o niej w audycji Tomasza Kwaśniewskiego w Radiu RDC. Recenzja ukazała się w poczytnym blogu finansowym Marcina Iwucia. W TOK FM mówiłem o tej książce w audycjach Oli Dziadykiewiczoraz Hanny Zielińskiej

      dywidendalogo1JAK W MIARĘ BEZPIECZNIE INWESTOWAĆ PIENIĄDZE? Wspólnie z Giełdą Papierów Wartościowych, Stowarzyszeniem Inwestorów Indywidualnych oraz blogiem o długoterminowym inwestowaniu Longterm.pl zachęcam Was do sprawdzenia jak można sobie zmontować plan systematycznego inwestowania z dywidend wypłacanych przez największe, najstabilniejsze i najbardziej wiarygodne koncerny - polskie i zagraniczne. W ramach tej akcji pisałem już: "W poszukiwaniu dywidendy pewnej jak w banku, czyli wielka koalicja rusza do akcji" - o tym dlaczego lokuję swoje pieniądze nie tylko w banku. "Na jak długo trzeba kupić akcje, żeby mieć (prawie) pewność, że się zarobi?"- o tym, że w długim terminie ryzyko utraty zainwestowanego w akcje kapitału jest niewielkie. A przynajmniej tak było do tej pory. "Oprocentowanie lokat sięga dna. Wyższe zyski tylko dla pięknych i bogatych?" - o tym jakie warunki trzeba spełnić, żeby wychylić nos z banku. "Buty, ciuchy, cukierki... Kto dobrze przewidział, z 10.000 zł wycisnął milion. Inwestycje 25-lecia" - o tym, że jeśli jesteś fanem jakiejś marki, namiętnie używasz jej produktów, wierzysz w jej przyszłość, to... czasem warto stać się jej udziałowcem. "Pięć cytatów Warrena Buffeta, które musisz poznać".  Proponuję, żebyście zapisali się na newsletter akcji. Uwaga, są prezenty! Każdy kto się zapisze, dostanie w prezencie nasz e-book, w którym tłumaczymy krok po kroku o co chodzi w inwestowaniu w spółki dywidendowe. Jak się za to zabrać, jakie spółki wybrać i jak monitorować wyniki. Newsletter dostępny jest pod tym linkiem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Drugie dno bankowej oferty dla frankowiczów: uratują tych, których wcześniej "załatwili"?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 maja 2016 15:24
    • Szatański pomysł PKO BP? Wprowadzają bankową aplikację mobilną przeznaczoną dla... dzieci

      O tym, że bankowcy marzą, byśmy przesiedli się z płacenia gotówką na karty, zaś z kart płatniczych na smartfony, pisałem w blogu nie raz. Klient płacący zbliżeniowo smartfonem jest znacznie bardziej podatny na marketingowe zabiegi - bank może wiedzieć gdzie się znajduje, może mu wyświetlić na ekranie ofertę rabatu, a klient z kolei może przez smartfona np. otrzymać kredyt online. Przerobienie telefonu na instrument do płacenia może drastycznie zmienić sposoby zarabiania pieniędzy przez banki - umożliwi im czerpanie pieniędzy z sojuszy marketingowych zamiast z prowizji za pośrednictwo przy przelewach. Możemy się na to wszystko zżymać, ale to chyba musi się tak skończyć: smartfon jest największym przyjacielem człowieka i w sytuacji, gdy już prawie wszystkie terminale płatnicze w Polsce obsługują funkcję zbliżeniową, przy sklepowej kasie muszą zacząć wypierać karty. Trend ten zapewne w pierwszej kolejności obejmie najmłodszych klientów banków, dla których już nawet pilot do telewizora jest przeżytkiem.

      Banki ścigają się na aplikacje mobilne, dodając do nich najróżniejsze gadżety (np. wirtualną półkę do kart lojalnościowych, albo możliwość logowania się głosem), ale jeszcze żaden nie zdecydował się na przygotowanie aplikacji do bankowania przez smartfona dla... dzieci. Takie cudo - niewykluczone, że pierwsza tego typu apka na świecie -rusza właśnie w PKO BP, największym polskim banku. I jedynym, który ma ofertę rachunków bankowych i kart dla najmłodszych klientów - nawet takich, którzy nie mają jeszcze 13 lat. Przerażeni? Ja też w pierwszym momencie wyobraziłem sobie syna, który ze smartfonem w ręku wpada do sklepu z elektroniką, klika szybki kredycik i czyni pożogę w budżecie domowym. Niejeden dorosły nie mógłby się powstrzymać, a co dopiero dziecko :-). Na szczęście nie jest tak źle, a piszę to z całą powagą, po przeprowadzeniu wnikliwych, przedpremierowych testów tej smarfonowej nowinki dla osesków. Jest nawet przeciwnie - możliwość kontaktu z bankiem przez smartfona może zwiększyć u dziecka motywację do... oszczędzania pieniędzy.

      Czytaj też: Bank pomoże ci zmotywować dziecko do nauki za pomocą.... kasy

      Czytaj też: Masz dziecko? Dostaniesz lokatę z prorodzinną premią. Sporą!

      Aplikacja mobilna jest nakładką na "dziecięce" konto PKO Junior, które PKO BP ma w ofercie już od kilku lat. Na początku był to sam ROR, potem bank dołączył możliwość posiadania przez dziecko własnej karty płatniczej (której osesek może używać w bankomacie lub w sklepie, tak samo jak dorosły). Teraz do tego pakietu dołącza aplikację mobilną pozwalającą zarządzać pieniędzmi na koncie dziecka z poziomu smartfona. Serwis mobilny PKO Junior jest bardzo podobny do "dużego" systemu bankowości internetowej. A więc mały klient po zalogowaniu może zobaczyć ile ma pieniędzy do dyspozycji, jaka część z nich jest przekierowana do wirtualnej skarbonki z przeznaczeniem na jakiś cel, może też zerknąć w historię wydarzeń na koncie, żeby sprawdzić kiedy rodzice ostatnio wpłacili mu kieszonkowe, a kiedy bank doliczył odsetki od osadu na koncie (dla małych kwot są całkiem wysokie i to doliczane co tydzień). Z poziomu smartfona można nawet zadysponować przelew i doładować konto prepaid w telefonie (zanim przelew zostanie wykonany musi zostać zatwierdzony przez rodzica). W smartfonie widać też nowe wyzwania "oszczędnościowe", które rodzice stawiają swojemu dziecku.

      Aplikacja nie ma funkcji płatniczej, więc zły sen o dziecku, które wpada do sklepu i kupuje wszystko jak leci, na szczęście się nie ziści. Tutaj głównie sprawdza się stan konta i zarządza małymi oszczędnościami. Żeby się zalogować wystarczy ten sam login i hasło, co do "dużego" serwisu internetowego. Dla bezpieczeństwa - wiadomo, że telefon jest mniej "sterylnym" jeśli chodzi o zabezpieczenie przed wirusami urządzeniem, niż komputer - po pierwszym zalogowaniu do aplikacji można sobie zmienić login (na wygodniejszy do zapamiętania) i hasło, żeby nie było takie samo, jak to używane do logowania z "dużego" komputera. Poza "podstawowymi" funkcjami jest też w mobilnej aplikacji PKO Junior kilka przyjemnych gadżetów, jak np. kalkulator, w którym osesek może sprawdzić, ile potencjalnie mógłby zyskać oszczędzając daną kwotę przez wskazany czas, zakładając bieżące oprocentowanie oszczędności. Można też ustawić sobie plan oszczędzania, czyli ustalić jaka część określenie jaka część (procentowo) wpłaconych na PKO Konto Dziecka oszczędności będzie automatycznie przekazywana do poszczególnych skarbonek (zdefiniowanych wcześniej), a jaka ma pozostać na koncie jako wolne oszczędności.

      Czytaj też: Dziecko, smartfon i pieniądze, czyli... mieszanka wybuchowa. Sześć rad

      Generalnie aplikacja mobilna PKO Junior jest prosta jak drut i każde dziecko dość szybko załapie o co w niej chodzi. Warto tylko od razu podpowiedzieć oseskowi, żeby zmienił login i hasło, bo każdorazowe odkopywanie w papierach tego "podstawowego", używanego do logowania do konta z komputera, może skutecznie zniechęcić do korzystania z PKO Junior przez smartfona. Innych problemów być nie powinno, a główną zaletą apki - przynajmniej z punktu widzenia banku - jest to, że każdy jej posiadacz niemal z automatu zwiększy częstotliwość kontaktu ze swoim kontem. Jeśli konto z oszczędnościami będzie na tym samym ekranie co Skype, gry smartfonowe i skrzynka pocztowa, to wchodzenie do banku, żeby sprawdzić czy wpłynęła już kasa z kieszonkowego od rodziców będzie codzienną czynnością higieniczną, taką samą, jak mycie zębów. A jeśli tak, to bank już za młodu wychowa sobie klientów, dla których smartfon i bank to to samo. Wtedy wystarczy tylko dołożyć do aplikacji funkcję płatniczą i... wtedy zacznie być niebezpiecznie. Na razie apka PKO Junior jest przyjemnym gadżetem, dzięki któremu nasze małolaty będą częściej myślały o pieniądzach i ich oszczędzaniu. A w tym naprawdę nie ma nic złego.

       JAK OSZCZĘDZAĆ PIENIĄDZE I PŁACIĆ NIŻSZE PODATKI? Zapraszam na webinar o tym na czym polegają konta IKE, IKZE, jak inwestować pieniądze i oszczędzać na podatku, jak założyć sobie III filar emerytalny, jak można ze spółek dywidendowych uszyć sobie dodatkową emeryturę. Spotkanie odbędzie się we wtorek 31 maja o godz. 20.00 . Możecie się zarejestrować na to spotkanie klikając niniejszy link. Spieszcie się, bo liczba miejsc ograniczona.

      SAMCIK_640x300POLECAM MĄDRY PREZENT NA DZIEŃ DZIECKA.  Oto fajny prezent - lub dodatek do prezentu - na Dzień Dziecka. Najnowsza samcikowa książka "Moje pierwsze kieszonkowe", w której opowiadam dlaczego Wasze dzieci powinny mieć już swoje pieniądze, jak zabrać się za wypłacanie kieszonkowego, żeby miało to sens i jakie patenty stosować, żeby dziecko mądrze zarządzało swoimi pierwszymi pieniędzmi. Opowiadam też o tym jak zaznajomić dziecko z zasadami bezpieczeństwa w korzystaniu z telefonu komórkowego, jak nie dać się nabrać przez internet, a nawet o cyfrowym pieniądzu, którego dzieci za chwilę będą używały. Książka do kupienia w dobrych księgarniach i w internecie. Po-le-cam! Więcej na jej temat przeczytacie w poświęconym jej okolicznościowym wpisie w blogu. Książkę kupicie w dobrych księgarniach, w internecie (np. na stronie kulturalnysklep.pl), a jeśli wolicie czytać na tablecie, to jest teżwersja elektroniczna, dostępna np. w Publio.pl. Miałem przyjemność opowiadać o niej w audycji Tomasza Kwaśniewskiego w Radiu RDC. Recenzja ukazała się w poczytnym blogu finansowym Marcina Iwucia. W TOK FM mówiłem o tej książce w audycjach Oli Dziadykiewiczoraz Hanny Zielińskiej

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Szatański pomysł PKO BP? Wprowadzają bankową aplikację mobilną przeznaczoną dla... dzieci”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 maja 2016 12:21
    • Masz dziecko? W tym banku dostaniesz lokatę "prorodzinną" ze specjalną premią. I to sporą!

      rodzina500pluslogoWraz ze startem programu "Rodzina 500+" banki i firmy ubezpieczeniowe zaczęły wystawiać specjalne oferty systematycznego oszczędzania pieniędzy z myślą o dzieciach. Są one adresowane oczywiście do tej części beneficjentów rządowego programu, która w domowych budżetach ma "luzy" pozwalające na wydanie 500-złotowej zapomogi na coś innego, niż "bieżączka",czyli jedzenie, ciuchy, zajęcia dodatkowe dla dzieci. Z badań, które cytowałem w blogu wynika, że grupa osób, które mogłyby przeznaczyć 500 zł miesięcznie na oszczędzanie dla dzieci, nie jest wcale taka wąska. A na pewno warto o nią powalczyć, bo to ludzie zamożni i mający nawyk oszczędzania.

      Czy banki rzeczywiście walczą do upadłego? Cóż, dotychczas wystawione oferty oszczędnościowe nie powalają. Bank Pocztowy daje uczestnikom rządowego programu 4% na koncie oszczędnościowym, ale... tylko do kwoty 5000 zł. Z kolei bank BOŚ oferuje oprocentowanie 3,25% bez tak niskiego limitu, ale... tylko przez pięć miesięcy. Jest jeszcze PKO BP, który pieniądze z "Rodziny 500+" rekomenduje położyć na specjalnej lokacie, która daje co prawda tylko tyle odsetek, ile wynosi międzybankowa stawka WIBOR (obecnie niecałe 1,7%), ale są premie za systematyczność, wynoszące dodatkowe 0,2% (punktu procentowego) odsetek. To przekłada się na 10 zł dodatkowych odsetek w pierwszym roku (w kolejnych więcej, bo działa procent składany).

      kieszonkowe_zajawka

      Chyba najlepszą z dotychczasowych ofert systematycznego oszczędzania, związanych z programem "Rodzina 500+" wystawi 1 czerwca - data, jak sądzę, nieprzypadkowa - Deutsche Bank, na co dzień kierujący swoje usługi do stosunkowo zamożnych klientów detalicznych. W Deutsche Banku wymyślili specjalną, 10-letnią lokatę (a właściwie konto oszczędnościowe, bo wpłaty mogą być systematyczne), w której na koniec każdego roku będą wypłacali premię - "trzynastkę". Wysokość premii będzie równa jednej miesięcznej wpłacie w poprzednim roku. A więc jeśli przez rok na koncie pojawiło się 3000 zł (bo wpłacaliśmy po 250 zł miesięcznie), to na koniec tego roku bank nagrodzi nas 250-złotową premią. Jeśli na systematyczne oszczędzanie przeznaczaliśmy po 500 zł miesięcznie, czyli całą kwotę otrzymywaną od gminy na drugie dziecko, to do zebranych 6000 zł bank dorzuci nam jeszcze kolejne 500 zł. Maksymalny poziom premii to właśnie 500 zł rocznie. Jeśli nawet wpłacimy w ciągu roku więcej kasy, bank za ekstra-osad już premii nie zapłaci.

      Oferta nazywa się "db Plan 500+ Premia" i jest dostępna tylko dla "dzieciatych" klientów. Ale - to miła różnica w stosunku do "prawdziwego" programu rządowego - nie obowiązuje dopiero od drugiego dziecka, ale na każde :-). Jedynym, czego bank wymaga, jest przyjście do oddziału i potwierdzenie, że się ma dziecko (można przynieść akt urodzenia, albo paszport). Na jedno dziecko można otworzyć tylko jedno preferencyjne konto. I jak Wam się podoba? Kilka dni temu opisywałem nieco podobny koncept, który do końca maja promuje ubezpieczeniowa firma Nationale Nederlanden. Tyle, że tam ową "trzynastką" jest dodatkowa, darmowa z punktu widzenia klienta-rodzica, składka na ubezpieczenie dziecka. No i Nationale Nederlanden tę ekstra-składkę zapłaci za klienta tylko raz, podczas gdy Deutsche Bank będzie nagradzał go za systematyczne oszczędzanie przez 10 lat, raz w roku przekazując bonusową "trzynastkę".

      eutschebanklokatadzieckoTrochę to przypomina "emerytalny" program oszczędzania wprowadzony dwa lata temu przez PKO BP - tam w zależności od kwoty i czasu oszczędzania wypłacają premie w bonusowym oprocentowaniu. Ale wróćmy do naszych baranów, czyli do pomysłu Deutsche Banku, żeby skłonić nas do zaoszczędzenia otrzymanych od ogółu podatników 500 zł. Czy są jakieś słabe strony pomysłu niemieckiego banku? No, kilka by się znalazło :-). To przede wszystkim bazowe oprocentowanie pieniędzy, które nie należy do wysokich. To eufemizm. Brutalna prawda jest taka, że Deutsche Bank ustalił stawkę na poziomie najniższym z możliwych - równowartość międzybankowej stopy WIBID ON. Jest ona znacznie niższa od standardowo stosowanej jako benchmark dla kredytów i depozytów stawki WIBOR 3M. Obecnie wynosi 1,35%, co oznacza, że pieniądze umieszczone na "rodzinnej" lokacie pracują w nieprzesadnie szybkim tempie. Gdybym chciał założyć dziś lokatę w moim banku, to dostałbym za nią 2% w skali roku, co oznacza, że wpłacając 6000 zł rocznie miałbym z odsetek 120 zł, a w Deutsche Banku - tylko 80 zł (nie licząc "belkowego").

      No, ale jeśli doliczymy premie na koniec roku, to okaże się, że to całkiem niezły pomysł na oszczędzanie pieniędzy bez ryzyka. Przy założeniu, że od 1 czerwca 2016 r. przez kolejnych 10 lat będę wpłacał na program "db Plan 500+ Premia" (swoją drogą nie wiem co trzeba wąchać, żeby wymyślić tak drewnianą nazwę - chyba jakiś klej do drewna lub paneli :-)) jakieś 500 zł miesięcznie, a stawka oprocentowania przez cały czas będzie taka, jak teraz, to przez tę dekadę uskładam - już po potrąceniu podatku Belki - 63.430 zł. Z tego 60.000 zł będą stanowiły wpłaty, a resztę - odsetki i... odsetki od odsetek. Jeśli jednak uwzględnimy 500 zł rocznej premii, to do bilansu całej zabawy dojdzie jeszcze aż 5000 zł ekstra-odsetek. Ostatecznie więc kwota oszczędności, którą będzie można przekazać dziecku, wyniesie 67.430 zł (po potrąceniu podatku Belki). A więc mniej więcej tyle, ile na lokacie z oprocentowaniem 3% w skali roku. Ujdzie :-).

      Z deutschebankowym programem oszczędzania dla dzieci związane jest jeszcze jedno ograniczenie. Pieniądze można wypłacić najwcześniej po pięciu latach, a jeśli się to zrobi wcześniej - traci się przyznane do tej pory premie (bank po prostu potrąci je przy wypłacie). Ale to akurat zrozumiałe - bank potężnie dotuje swojego klienta i jednocześnie mocno podbija własny koszt pozyskiwania pieniądza "pod kredyty", więc chce mieć pewność, że osad na koncie będzie długoterminowy. Trzeba się też liczyć, że w pakiecie z wizytą w oddziale (niestety, tej lokaty nie da się otworzyć zdalnie) trzeba będzie wyrazić multum zgód marketingowych, a potem przełknąć liczne zaproszenia do skorzystania z produktów dodatkowych. Nie ma się co oszukiwać - jeśli bank płaci za lokatę 3%, to częścią tego biznesplanu musi być przekonanie przynajmniej części klientów do zacieśnienia relacji z bankiem. W ciągu kilku dni pojawię się w jednym z warszawskich oddziałów Deutsche Banku (najpewniej będę miał przyklejoną brodę i wąsy) i przetestuję skalę klientowskich poświęceń związanych z "db Plan 500+ Premia" (a przy okazji sprawdzę, czy rzeczywiście wąchają tam jakiś butapren :-))).

      JAK OSZCZĘDZAĆ PIENIĄDZE I PŁACIĆ NIŻSZE PODATKI? Zapraszam na webinar o tym na czym polegają konta IKE, IKZE, jak inwestować pieniądze i oszczędzać na podatku, jak założyć sobie III filar emerytalny, jak można ze spółek dywidendowych uszyć sobie dodatkową emeryturę. Spotkanie odbędzie się we wtorek 31 maja o godz. 20.00 . Możecie się zarejestrować na to spotkanie klikając niniejszy link. Spieszcie się, bo liczba miejsc ograniczona!

      autopromo4CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK, JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy dotyczącą Waszych pieniędzy. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w sprawach czytelników. Zaglądajcie na samcik.blox.pl codziennie, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcecie wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostańcie fanami blogu na Facebooku (jest nas już ponad 33.000!), na Twitterze (ponad 8000 followersów).Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:maciej.samcik@gazeta.pl

      autopromo2ZOBACZ SUBIEKTYWNOŚĆ W EKSTREMALNYCH AKCJACH. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Wam się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. Zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już prawie 2000 fanów i jest ponad 60 filmów, które obejrzeliście ćwierć miliona razy). 

      autopromo11SUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej".Co czwartek na stronach gospodarczych ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym grupa moich kolegów, zwana Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy.Jeśli potrzebujecie rady albo pomocy w sprawie niekoniecznie związanej z produktami finansowymi - piszcie na ekipasamcika@wyborcza.biz. Moi ludzie nie zostawią Was bez pomocy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możecie kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiecie się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Masz dziecko? W tym banku dostaniesz lokatę "prorodzinną" ze specjalną premią. I to sporą!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 maja 2016 09:04
  • poniedziałek, 30 maja 2016
    • Banki chcą umarzać frankowiczom długi? Prawie się zdziwiłem. Ale "prawie" robi różnicę :-)

      Bankowcy we wtorek oficjalnie przedstawią swoją nową propozycję pomocy dla frankowiczów. Anonsowałem ją kilkanaście dni temu w blogu jako jeden z dowodów na to, że konflikt wokół kredytów frankowych zbliża się do przesilenia. Wtedy ta oferta istniała tylko w zarysie - wiadomo było, że szykowana jest jakaś forma redukcji długu dla osób, których rata kredytu jest najbardziej dolegliwa - ale teraz została opatrzona konkretnymi parametrami. Możliwość przewalutowania kredytu ma dotyczyć osób, które mają mieszkanie nie większe, niż 70 m (lub dom najwyżej 150-metrowy), kupiły je na własne potrzeby, spłacają kredyt rzetelnie, ale z wielkim trudem - raty pożerają więcej, niż 70% ich dochodów (mierzonych zeszłorocznym PIT-em). Kto spełni te warunki (i jeszcze kilka pomniejszych) będzie mógł przewalutować kredyt po kursie bieżącym (widzę, że majtki spadają Wam z wrażenia :-)) oraz otrzymać redukcję zadłużenia. Jak dużą? Ano taką, żeby rata kredytu po przewalutowaniu nie była większa, niż 70% aktualnych dochodów kredytobiorcy.

      CZY TO REWOLUCJA CZY LIFTING? Po raz pierwszy od początku frankowego sporu bankowcy są gotowi umarzać klientom część frankowych długów w ramach systemowego rozwiązania. To nowość. Owszem, zdarza się, że już dziś pojedynczy klient uzyskuje od banku redukcję długu, o ile pogrozi mu upadłością konsumencką, a bank ma przekonanie, że i tak nie odzyska wszystkich pożyczonych pieniędzy. Ale systemowo banki do tej pory stały na stanowisku, że umowa kredytowa jest święta, a ewentualna restrukturyzacja długu jest możliwa tylko w indywidualnych, wyjątkowych przypadkach. Rok temu bankowcy ogłosili co prawda swój pomysł na ulżenie kredytobiorcom, ale był dość żałosny - przejęcie przez banki odpowiedzialności za ewentualny wzrost kursu franka w zakresie 5.00-5,30 zł. W zamian za to klient miałby się zdeklarować, że obowiązkowo przewalutuje kredyt, gdy kurs spadnie poniżej określonego poziomu. Na tym tle obecnie zgłaszana propozycja wygląda nieco poważniej. Z naciskiem na "nieco".

      FEERIA POMYSŁÓW NA FRANKA: >>>  PO proponowała podział "nawisu". >>> Szef KNF: rozliczenie saldami. >>> Frankowicze: przewalutowanie z wyrównaniem. >>> Prezydent: cztery stopnie rozmiękczania, a potem >>> kurs sprawiedliwy

      ILE OD BANKU "W PREZENCIE"? Osoby, które dostąpią "zaszczytu" przewalutowania swojego kredytu frankowego, otrzymają kilka bonusów. Pierwszy to możliwość wydłużenia spłaty o pięć lat (lub 20% okresu kredytowania), drugi to zachowanie marży z kredytu frankowego (jak ktoś ma kredyt z niską marżą, to nadal będzie się nią cieszył), a trzeci to redukcja zadłużenia. Nie znam dokładnego algorytmu jej wyliczania, więc trudno mi ocenić czy to się będzie opłacało, ale dziś różnica w racie między dwoma identycznymi kredytami o wartości 300.000 zł w złotym i franku wynosi jakieś 350 zł (ponad 30%). Gdyby po przewalutowaniu rata miała być taka sama lub nawet niższa (bo inaczej nadal będzie pożerała ponad 70% miesięczych dochodów kredytobiorcy), to bank musiałby umorzyć prawie jedną trzecią długu. Dużo, choć pewnie banki zmniejszałyby skalę umorzenia rozkładając spłaty rat na dłuższy okres. Oczywiście na koniec klient zostałby z kredytem o wyższym oprocentowaniu, niż miał do tej pory i z widokami na dalszy wzrost tego oprocentowania (bo WIBOR nie zawsze będzie tak niski). Ale i bez ryzyka wzrostu rat z powodu franka.

      ILU SKORZYSTA? Tu jest największy mankament nowej propozycji banków. Z punktu widzenia branży jedyną grupą frankowiczów, na którą warto zwracać uwagę są ci, którzy nie mają z czego spłacać rat. Nie wiem ile jest rodzin, które przeznaczają na raty więcej, niż 70% swoich miesięcznych dochodów, ale coś mi mówi, że nie jest to zbyt liczna grupa (być może Związek Banków Polskich ma na ten temat jakieś wyliczenia lub szacunki). Myślę, że będzie to oferta dla nie więcej, niż 10-15% kredytobiorców. Spośród 550.000 czynnych kredytów frankowych w terminie nie jest spłacanych nieco ponad 30.000, czyli jakieś 5-6%. I są to głównie osoby, którym raty "zjadają" właśnie 70% miesięcznych dochodów lub więcej. Być może uzbierałoby się drugie kilka procent osób, które również żyją głównie po to, by zapłacić raty, ale jeszcze nie pokazują ich statystyki "defaultów". Jedno jest pewne: próg wsparcia bankowcy ustawiają bardzo wysoko.

      CZY TO MA SENS? Bankowcy wciąż patrzą na rozwiązanie problemu franków jako na "pomoc", która powinna być dostępna tylko dla najbardziej potrzebujących. A tymczasem to w ogóle nie chodzi o jakąkolwiek "pomoc", tylko o wzięcie przez branżę bankową współodpowiedzialności za nadmierne ryzyko, w które został opakowany produkt pod nazwą "kredyt hipoteczny". Uważam, że docelowa propozycja - jakkolwiek by nie wyglądała i czy zakładałaby przewalutowanie, czy nie - powinna obejmować wszystkich kredytobiorców. Tych, którzy mają lepszą i gorszą sytuację finansową. Grubych i chudych. Łysych i owłosionych. Z każdym banki się powinny rozliczyć w kwestii współodpowiedzialności za "toksyczność" kredytu, która okazała się większa, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Nie podejmuję się policzyć na jak dużą partycypację w ryzyku walutowym bankowców byłoby stać (na pewno na większą jeśli finansowaliby ewentualny wzrost rat bez przewalutowania samych kredytów), ale sądzę, że tylko takie rozwiązanie byłoby uczciwe i sprawiedliwe. Ale do takiego spojrzenia na problem bankowcy wciąż nie dojrzeli.

      JAK OSZCZĘDZAĆ PIENIĄDZE I PŁACIĆ NIŻSZE PODATKI? Zapraszam na webinar o tym na czym polegają konta IKE, IKZE, jak inwestować pieniądze i oszczędzać na podatku, jak założyć sobie III filar emerytalny, jak można ze spółek dywidendowych uszyć sobie dodatkową emeryturę. Spotkanie odbędzie się we wtorek 31 maja o godz. 20.00 . Możecie się zarejestrować na to spotkanie klikając niniejszy link. Spieszcie się, bo liczba miejsc ograniczona.

      SAMCIK_640x300POLECAM MĄDRY PREZENT NA DZIEŃ DZIECKA.  Dziś polecam Wam świetny prezent - lub dodatek do prezentu - na Dzień Dziecka.  To najnowsza samcikowa książka "Moje pierwsze kieszonkowe", w której opowiadam dlaczego Wasze dzieci powinny mieć już swoje pieniądze, jak zabrać się za wypłacanie kieszonkowego, żeby miało to sens i jakie patenty stosować, żeby dziecko mądrze zarządzało swoimi pierwszymi pieniędzmi. Opowiadam też o tym jak zaznajomić dziecko z zasadami bezpieczeństwa w korzystaniu z telefonu komórkowego, jak nie dać się nabrać przez internet, a nawet o cyfrowym pieniądzu, którego dzieci za chwilę będą używały. Książka do kupienia w dobrych księgarniach i w internecie. Po-le-cam! Więcej na jej temat przeczytacie w poświęconym jej okolicznościowym wpisie w blogu. Książkę kupicie w dobrych księgarniach, w internecie (np. na stronie kulturalnysklep.pl), a jeśli wolicie czytać na tablecie, to jest też wersja elektroniczna, dostępna np. w Publio.pl. Miałem przyjemność opowiadać o niej w audycji Tomasza Kwaśniewskiego w Radiu RDC. Recenzja ukazała się w poczytnym blogu finansowym Marcina Iwucia. W TOK FM mówiłem o tej książce w audycjach Oli Dziadykiewicz oraz Hanny Zielińskiej

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Banki chcą umarzać frankowiczom długi? Prawie się zdziwiłem. Ale "prawie" robi różnicę :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 maja 2016 20:56
    • Jeden z najtańszych banków przykręca klientom śrubę. I obiecuje... telefakturę za dychę!

      Tak, jak się spodziewałem, nowe obciążenia dla banków - w tym głównie ekstra-podatek nałożony przez rząd na tę branżę - skłania bankowców do przeglądu tabel opłat i prowizji w poszukiwaniu dodatkowych pieniędzy, które dałoby się wycisnąć z klientów. Niedawno opisywałem poczynania banku BZ WBK, który postanowił skończyć z darmowym internetem dla swoich klientów ;-), a dziś o przykręceniu klientom śruby poinformował T-Mobile Usługi Bankowe, czyli największy i najstarszy z "telekomowych" banków, obsługujący ponad 530.000 klientów (pozostałe tego typu instytucje finansowe to Orange Finanse mający 230.000 klientów i Plus Bank z bazą 160.000 klientów). Konta w bankach telekomowych zakłada się zwykle przy okazji przedłużania umowy telekomunikacyjnej, czasem też przy okazji zaciąga się tam kredyt na droższy telefon niż ten, który za darmo przysługuje w ramach promocyjnej umowy. Ale przeważnie na tym aktywność klientów się kończy, bo podstawowe konta mają gdzie indziej - najczęściej w "normalnych" bankach. Stąd telekomowe banki - choć mają bardzo dużo klientów - mają też bardzo duży odsetek "martwych" kont. I wyłażą ze skóry, żeby coś z tym fantem zrobić.

      JAK BANK T-MOBILE KOŃCZYŁ Z DARMOSZKĄ.  Alior Bank, który jest partnerem w bankowym przedsięwzięciu T-Mobile, to spec od takich sytuacji. Najpierw przyciąga klientów darmowymi usługami, potem dorzuca prowizje dla najmniej aktywnych klientów, a potem dobiera się do wszystkich poza najbardziej aktywnymi. Nie inaczej jest w przypadku banku T-Mobile. Przez pierwszy rok był to jeden z nielicznych w Polsce banków dających absolutnie wszystko za darmo - konto, karta, bankomaty w kraju i za granicą, przelewy ekspresowe.. Cuda, wianki. W kwietniu zeszłego roku bezwarunkowa darmoszka się skończyła - weszła 6-złotowa opłata za kartę, której można uniknąć wykręcając plastikiem 200 zł obrotów miesięcznie. Ponieważ klienci najwyraźniej zaczęli zwracać karty płatnicze, zamiast ich częściej używać, T-Mobile zapodał im "kocie opowieści". A dziś T-Mobile Usługi Bankowe ogłasza kolejny etap przykręcania klientom śruby. Posiadacze dotychczasowych rachunków zostaną przeniesieni do Konta Freemium, wiążącego się z pewnymi obostrzeniami, a oprócz tego bank wprowadzi też Konto Premium, które zaoferuje najaktywniejszym klientom w gratisie to, co kiedyś w banku T-Mobile było darmowe dla wszystkich.

      W długi weekend w blogu: o ubezpieczycielu, który też płaci 500 zł na dziecko oraz o tym czy Mateusz Borek słusznie się dziwi w reklamie pożyczki gotówkowej BZ WBK

      KONTO FREEMIUM, CZYLI UWAŻAJ PRZY BANKOMACIE. W szczegółach zmiany wyglądają następująco: Konto Freemium, które zastąpi dotychczasowe T-Mobile Konto, nadal będzie za darmo. Karta do konta zaś nadal będzie bezpłatna dla klientów, którzy zapłacą nią 200 zł miesięcznie. Zmiana in plus jest taka, że do tego 200-złotowego limitu będą się zaliczały obroty kartą kredytową wydaną przez bank, jeśli klient taką zamówi. Ta karta kredytowa to nowość w ofercie T-Mobile, ma być wydawana za darmo. Przelewy przez internet wciąż będą bezpłatne (a telefoniczne i w oddziałach - nadal horrendalnie drogie - 5-10 zł). Gdzie więc tkwią nowe obciążenia dla klientów? Przede wszystkim we wpłatach i wypłatach gotówki. Od sierpnia tylko trzy wypłaty z krajowych i zagranicznych bankomatów będą za free - każda kolejna będzie kosztowała 6 zł. I tylko raz w miesiącu za darmo będzie można wpłacić pieniądze do wpłatomatu - każda kolejna wpłata będzie kosztowała 0,5% jej wartości, ale co najmniej 1 zł (do tej pory bank oferował trzy gratisowe wpłaty w miesiącu).

      Nie są to drastyczne podwyżki, raczej mają na celu skłonić klientów do bardziej racjonalnego korzystania z usług, do których T-Mobile najwięcej dopłaca. A propos kart: w taryfie opłat T-Mobile Usługi Bankowe znajduje się niebezpieczny zapis, który pozwala bankowi zarabiać nawet za karty, które są nieaktywne lub zablokowane. Jestem dziwnie pewny, że za kilka miesięcy dostanę dziesiątki listów od osób, które w konta T-Mobile zostały "ubrane" mimochodem przy przedłużaniu abonamentów telekomunikacyjnych i żyją w przekonaniu, że jeśli nie odbiorą i nie aktywują wysłanych im kart, to one nie będą nic kosztowały:

      "Opłata (abonamentowa) jest pobierana od Kart ze statusem „Do Aktywacji”, „Aktywna” lub „Zablokowana” – z wykluczeniem miesiąca w którym karta została wysłana, przy czym w przypadku kart ze statusem „Do Aktywacji” opłata jest pobierana od momentu, w którym Klient miał możliwość aktywowania karty"

      DROŻSZE PRZELEWY NATYCHMIASTOWE, MNIEJSZY MONEY-BACK. Od sierpnia skończą się też darmowe przelewy natychmiastowe, czyli te, które trafiają na konto docelowe najdalej w ciągu 15 minut. Do tej pory klienci banku T-Mobile mieli do dyspozycji 10 takich superprzelewów w miesiącu za free i był to ewenement wśród polskich banków. Teraz już za ekspresową dostawę gotówki zlecaną przez internet będą musieli płacić po 6 zł za każdy przelew. T-Mobile Usługi Bankowe ogranicza też benefity w ramach swojego programu money-back. Dziś klienci mogli dostać 5% zwrotu za zakupy opłacane kartą wydaną do konta w "smartfonowym" banku, a limit zwrotu wynosił 25 zł miesięcznie (warunek: klient musiał w danym miesiącu mieć wpływ na konto z tytułu umowy o pracę, emerytury albo stypendium w dowolnej wysokości lub wpływ na ROR z dowolnego źródła w wysokości 2000 zł lub więcej). Teraz posiadacze podstawowego Konta Freemium nadal będą dostawali 5% zwrotu, ale... maksymalny limit money-backu wynosić będzie już tylko 15 zł miesięcznie.

      tmobilenowaofertaKONTO PREMIUM, CZYLI PO STAREMU DLA AKTYWNYCH. Kto chce mieć wszystko "po staremu", czyli konto i kartę za darmo, nieograniczoną liczbę wypłat bankomatowych za free (za granicą też), nielimitowane wpłaty we wpłatomatach oraz dotychczasową wersję programu money-back (z możliwością odzyskania 25 zł za zakupy, a nie tylko 15 zł), może zamienić Konto Freemium na wyższy pakiet - Konto Premium. Co prawda jego bazowa cena zabija - aż 18,90 zł miesięcznie - ale jest możliwość, żeby i ta wersja ROR-u była za darmo. Wystarczy, że klient miesięcznie zapłaci kartą przypiętą do Konta Premium za zakupy o wartości 500 zł (liczą się też obroty wykonane kartą kredytową w T-Mobile, jeśli klient się na nią zdecyduje). Jednak nawet mając Konto Premium nie da się uniknąć prowizji za przelewy natychmiastowe i zagraniczne. W sumie więc dla kogoś, kto ma np. 2500 zł miesięcznych dochodów (bo przy niższych trudno jest wykręcić 500 zł miesięcznie na zakupach kartowych) oferta T-Mobile w dalszym ciągu może być bardzo opłacalna - konto, karta, bankomaty i przelewy są za darmo, a z money-backu odzyskuje się 25 zł miesięcznie.

      UŻYWASZ BANKU? TELE-ABONAMENT MASZ ZA DYCHĘ. Wraz z nową taryfą opłat i prowizji T-Mobile wprowadzi też pakiet usług, które pozwolą aktywnym klientom telekomowego banku płacić bardzo mało za usługi telekomunikacyjne. Będzie się to nazywało Konto Premium z Usługą Telekomunikacyjną. Posiadacze tego konta, będą mogli otrzymać abonament telefoniczny albo internet mobilny w T-Mobile z dużym rabatem. Jak to będzie działało? Jeśli wyrazisz chęć przeniesienia dużej części swoich domowych finansów do banku T-Mobile - bo do tego sprowadza się założenie Konta Premium, wymuszającego intensywne używanie karty - to dostaniesz jedną z dwóch usług telekomunikacyjnych za 10 zł. Pierwsza to abonament telekomunikacyjny na nielimitowane połączenia na telefony komórkowe, stacjonarne, do tego darmowe SMS-y oraz MMS-y oraz 1 GB transferu danych miesięcznie. Ów 1 GB raczej nie wystarczy na cały miesiąc ściągania poczty i przeglądania internetu w telefonie, więc trzeba się liczyć z dodatkowymi kosztami (dokupywaniem dodatkowego transferu), ale abonament telekomunikacyjny typu "unlimited" z kontem bankowym za 10 zł mimo wszystko nie jest złą ofertą.

      Drugą preferencyjną usługą, którą będzie można dostać w zamian za wzięcie Konta Premium w banku T-Mobile będzie bardzo duży pakiet internetu - 35 GB transferu danych za 10 zł. A więc jeśli mam już jakieś usługi w T-Mobile (np. telefon na kartę pre-paid), to deklarując intensywne korzystanie z usług finansowych T-Mobile mogę dostać za dychę tyle internetu, że starczy go na granie online, ściąganie filmów i używanie dowolnej liczby aplikacji. Za 9 zł będzie też można dokupić do tego internetu router mobilny, który "rozszczepi" to całe dobro w taki sposób, żeby można było z niego korzystać także z innych urządzeń, niż smartfon, do którego jest przypisana usługa. Ta promocja ma też wersję deluxe: będąc już abonentem T-Mobile, kupując Konto Premium i dokupując drugi abonament - otrzymasz go już całkiem za darmo. Obie promocyjne oferty T-Mobile mają być wprowadzone w pierwszych dniach czerwca. Oznaczają, że klient korzystający intensywnie z banku T-Mobile może zbić koszty telekomunikacyjne do jakieś 15 zł (10 zł w promocyjnej ofercie plus jakieś bonusy, które trzeba będzie do niej dokupić, żeby być "zaspokojonym" kompleksowo).

      usbankrachNOWY PAKIET USŁUG T-MOBILE NA TLE KONKURENCJI. W konkurencyjnym Orange korzystając z usług banku Orange Finanse można dostać nędzne 5-10 zł rabatu na faktury telekomunikacyjne (ten wyższy dotyczy jednak tylko usług stacjonarnych, a niższy - przypiętych do smartfona), o ile robi się zakupy kartą płatniczą wydaną przez ten bank w wysokości 300 zł miesięcznie. W Plusie system bonusów za jednoczesne korzystanie z usług Plus Banku jest nieco bardziej rozwinięty. Przy płaceniu kartą wydaną do konta więcej, niż 500 zł miesięcznie, dostaje się rabat na fakturze telekomunikacyjnej w wysokości 10 zł. Jeśli przekazuje się do Plus Banku dochody, można dostać jeszcze 5 zł miesięcznego rabatu. Poza tym przy przedłużeniu umowy można wycisnąć kolejne 10 zł obniżki rachunku telekomunikacyjnego (przez pierwsze miesiące nawet więcej - do 30-40 zł), a jeśli weźmiemy w Plus Banku kredyt konsumpcyjny - 10 zł rabatu za każde 5000 zł pożyczonych pieniędzy.

      Stały klient Plusa (z co najmniej rocznym stażem), który traktuje jego bank jako podstawowy (ale nie korzysta z kredytu), może więc orangefinbankdostać 25 zł zniżki od faktury telekomunikacyjnej. Biorąc pod uwagę, że najtańszy abonament bez telefonu kosztuje w Plusie 39,99 zł, daje to zniżkę o jakieś 70% od ceny bazowej - do 15 zł miesięcznie. Ale w najtańszym abonamencie Plusa nie ma darmowych połączeń na telefony stacjonarne, ani SMS-ów (kosztują po 20 gr.). T-Mobile proponuje - w zamian za płacenie kartą wydaną przez jego bank - pełniejszy pakiet usług (bez opłat także za połączenia na numery stacjonarne i za SMS-y i MMS-y) za 10 zł miesięcznie. W promocyjnym abonamencie T-Mobile mniejszy, niż w łączonej ofercie Plusa, jest jedynie pakiet internetu - Plus oferuje "w cenie" transfer do 2 GB, a T-Mobile - 1 GB. Wyłączywszy ten mankament wygląda na to, że T-Mobile zaoferuje od czerwca dość wypasioną opcję rabatów na fakturze telekomunikacyjnej w zamian za korzystanie z usług bankowych.

      JAK OSZCZĘDZAĆ PIENIĄDZE I PŁACIĆ NIŻSZE PODATKI? Zapraszam na webinar o tym na czym polegają konta IKE, IKZE, jak inwestować pieniądze i oszczędzać na podatku, jak założyć sobie III filar emerytalny, jak można ze spółek dywidendowych uszyć sobie dodatkową emeryturę. Spotkanie odbędzie się we wtorek 31 maja o godz. 20.00 . Możecie się zarejestrować na to spotkanie klikając niniejszy link. Spieszcie się, bo liczba miejsc ograniczona.

      dywidendalogo1JAK W MIARĘ BEZPIECZNIE INWESTOWAĆ PIENIĄDZE? Wspólnie z Giełdą Papierów Wartościowych, Stowarzyszeniem Inwestorów Indywidualnych oraz blogiem o długoterminowym inwestowaniu Longterm.pl zachęcam Was do sprawdzenia jak można sobie zmontować plan systematycznego inwestowania z dywidend wypłacanych przez największe, najstabilniejsze i najbardziej wiarygodne koncerny - polskie i zagraniczne. W ramach tej akcji pisałem już: "W poszukiwaniu dywidendy pewnej jak w banku, czyli wielka koalicja rusza do akcji" - o tym dlaczego lokuję swoje pieniądze nie tylko w banku. "Na jak długo trzeba kupić akcje, żeby mieć (prawie) pewność, że się zarobi?" - o tym, że w długim terminie ryzyko utraty zainwestowanego w akcje kapitału jest niewielkie. A przynajmniej tak było do tej pory. "Oprocentowanie lokat sięga dna. Wyższe zyski tylko dla pięknych i bogatych?" - o tym jakie warunki trzeba spełnić, żeby wychylić nos z banku. "Buty, ciuchy, cukierki... Kto dobrze przewidział, z 10.000 zł wycisnął milion. Inwestycje 25-lecia" - o tym, że jeśli jesteś fanem jakiejś marki, namiętnie używasz jej produktów, wierzysz w jej przyszłość, to... czasem warto stać się jej udziałowcem. "Pięć cytatów Warrena Buffeta, które musisz poznać".  Proponuję, żebyście zapisali się na newsletter akcji. Uwaga, są prezenty! Każdy kto się zapisze, dostanie w prezencie nasz e-book, w którym tłumaczymy krok po kroku o co chodzi w inwestowaniu w spółki dywidendowe. Jak się za to zabrać, jakie spółki wybrać i jak monitorować wyniki. Newsletter dostępny jest pod tym linkiem.

      POLECAM MĄDRY PREZENT NA DZIEŃ DZIECKA.  Dziś polecam Wam świetny prezent - lub dodatek do prezentu - na Dzień Dziecka.  To najnowsza samcikowa książka "Moje pierwsze kieszonkowe", w której opowiadam dlaczego Wasze dzieci powinny mieć już swoje pieniądze, jak zabrać się za wypłacanie kieszonkowego, żeby miało to sens i jakie patenty stosować, żeby dziecko mądrze zarządzało swoimi pierwszymi pieniędzmi. Opowiadam też o tym jak zaznajomić dziecko z zasadami bezpieczeństwa w korzystaniu z telefonu komórkowego, jak nie dać się nabrać przez internet, a nawet o cyfrowym pieniądzu, którego dzieci za chwilę będą używały. Książka do kupienia w dobrych księgarniach i w internecie. Po-le-cam!

      SAMCIK_640x300

      Więcej na jej temat przeczytacie w poświęconym jej okolicznościowym wpisie w blogu. Książkę kupicie w dobrych księgarniach, w internecie (np. na stronie kulturalnysklep.pl), a jeśli wolicie czytać na tablecie, to jest też wersja elektroniczna, dostępna np. w Publio.pl. Miałem przyjemność opowiadać o niej w audycji Tomasza Kwaśniewskiego w Radiu RDC. Recenzja ukazała się w poczytnym blogu finansowym Marcina Iwucia. W TOK FM mówiłem o tej książce w audycjach Oli Dziadykiewicz oraz Hanny Zielińskiej. Zapraszam Was też do zakupu pozostałych moich książek spośród tych, które są jeszcze w sprzedaży - "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą" (o tym jak rozwiązać większość finansowych problemów, które mogą cię spotkać w życiu) oraz "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" (o tym jak zabrać się za budowanie swojej finansowej niezależności).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Jeden z najtańszych banków przykręca klientom śrubę. I obiecuje... telefakturę za dychę! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 maja 2016 08:19
  • sobota, 28 maja 2016
    • Firma ubezpieczeniowa też zapłaci ci 500 zł na dziecko. Co trzeba zrobić, żeby zasłużyć?

      5555Widziałem niedawno reklamę Nationale Nederlanden, jednej z firm oferujących ubezpieczenia na życie. Firma ta chce mi zaoferować... 500 zł w ramach oferty "500+". Bardzo lubię dostawać prezenty, więc zadzwoniłem na infolinię i umówiłem się na spotkanie z agentem. Ów agent nie wiedział o co chodzi z premią 500 zł - zresztą może to i lepiej, bo sprzedawanie ubezpieczeń poprzez kuszenie klientów kilkoma stówkami jednorazowego bonusu to zbrodnia - ale po konsultacjach telefonicznych z kolegami ustalił co następuje: jeśli ubezpieczę w Nationale Nederlanden siebie i dzieci oraz przez rok będę opłacał sumiennie comiesięczne składki, to jedną taką składkę w kolejnym miesiącu firma opłaci za mnie. Czyli więcej kasy w tym konkretnym miesiącu zostanie mi w portfelu.

       nn500plus1

      Aby to było 500 zł, musiałbym się ubezpieczyć na tak wysoką kwotę, by comiesięczna kwota składki wynosiła właśnie 500 zł. Jeśli jest niższa - mniej kasy dostanę w prezencie od Nationale Nederlanden. Ale - jak wyżej wspomniałem - w ubezpieczeniach jednorazowy bonus nie powinien mieć większego znaczenia, liczy się sens samej umowy. Bonus "do 500 zł" ma mnie skłonić do tego, żeby część z kasy otrzymywanej od państwa (czyli od ogółu podatników, bo to ani premier, ani nawet sam Jarosław nic z własnej kieszeni nie wyjmuje, tylko goli nas akonto tych wypłat podatkami) przekazać na ubezpieczenie moich dzieci. Ile takie coś kosztuje? W Nationale Nederlanden mają taki pakiet "rodzinny" o nazwie "Ochrona jutra". Jest tam ubezpieczenie na życie dla dorosłego (w przypadku śmierci ubezpieczonego kasę dostaje wskazana przez niego osoba pełnoletnia, np. żona), ubezpieczenie na życie dla dzieci (kasę w przypadku śmierci dziecka dostaje rodzic, ale chyba nie widzę sensu kupowania tego typu ubezpieczenia) oraz ubezpieczenia na wypadek chorób, operacji, nieszczęśliwych wypadków.

      Ubezpieczenie na życie dla takiego 40-latka jak ja kosztuje mniej więcej 1,5 zł za każdy tysiąc złotych sumy ubezpieczenia miesięcznie. Jeśli chciałbym ubezpieczyć się aż do wieku emerytalnego na 20.000 zł, to zapłaciłbym 28 zł składki miesięcznie, czyli 340 zł rocznie. Teraz czas na dodatkowe opcje. Jeśli chodzi o mnie, to mogę dokupić np. ubezpieczenie, które zaowocuje wypłatą świadczenia gdyby zdiagnozowano u mnie nowotwór (pani w infolinii Nationale Nederlanden z troską w głosie mówiła, że mam jakieś 30% szans, że umrę właśnie na nowotwór) - kosztuje to-to mniej więcej 1.2 zł miesięcznie za każdy tysiąc złotych ubezpieczenia. Na wypadek innego poważnego zachorowania mogę się ubezpieczyć płacąc 1 zł miesięcznie za każdy tysiąc złotych ochrony. No i prawie 4 zł miesięcznie za każdy tysiąc złotych maksymalnej wypłaty, gdybym na długo wylądował w szpitalu (ubezpieczenie jest wypłacane za każdy dzień pobytu na łożu boleści, nie można dostać od razu całej sumy ubezpieczenia). W każdym z tych przypadków ochrona jest tylko na pięć najbliższych lat (potem też mnie ubezpieczą, ale już przy innym poziomie składek).

      Teraz dzieci. Ubezpieczenie na życie dla dziecka jest tańsze, niż dla mnie: jakieś 15 gr. za każdy tysiąc złotych sumy ubezpieczenia (co oznacza, że firma "wycenia" ryzyko mojej śmierci 10-krotnie wyżej, niż dziecka). Ale ono i tak nie miałoby dla mnie sensu, więc je pomijam w rachubach. Ubezpieczenie dziecka od skutków poważnego zachorowania na najbliższych pięć lat kosztuje 50 gr. za każdy tysiąc złotych ewentualnego świadczenia (warto sprawdzić jakie choroby firma ubezpieczeniowa ocenia jako "poważne". Od pobytu w szpitalu lub operacji po wypadku - mniej więcej tyle samo. Jeśli chciałbym dostać pieniądze za pobyt w szpitalu lub operację w wyniku nie tylko wypadku, ale i choroby - koszt wynosi już 1,5 zł miesięcznie za każdy tysiąc złotych. Za refundację skutków trwałego inwalidztwa dziecka zapłacę 10 gr. za każdy tysiąc złotych, który firma ewentualnie mi wypłaci. A za sytuację, w której moje dziecko nie tylko zostaje inwalidą, ale wręcz traci zdolność do samodzielnej egzystencji - mniej więcej półtora grosza za każdy tysiąc złotych odszkodowania.

      Gdybym pominął wszystkie opcje dodatkowe dla siebie i poprzestał na podstawowym ubezpieczeniu na życie wartym 20.000 zł, to płaciłbym za siebie 28 zł miesięcznie. Ale dziś chodzi mi głównie o ochronę dla dzieci. Żeby w przypadku poważnej choroby dziecka, operacji, trwałego inwalidztwa albo niezdolności do samodzielnej egzystencji ubezpieczyciel wypłacił 50.000 zł. Na każde dziecko - w przypadku ochrony na pięć lat - wypada jakieś 2,2 zł składki miesięcznej za każdy tysiąc złotych ubezpieczenia. Przy sumie 50.000 zł wychodzi, jak łatwo obliczyć, jakieś 110 zł miesięcznie za ubezpieczenie full-wypas dla jednego dziecka na pięć lat. Dużo? Mało? Każdy, kto miesięcznie otrzymuje 500 zł na dziecko z podatkowej zrzutki musi to ocenić sam. Jeśli - daj Boże - dziecko będzie rosło szczęśliwie, to przez pięć lat na ubezpieczenie go od największych nieszczęść pochłonie łącznie 6.000 zł i tych pieniędzy nigdy nie odzyskamy. Ale gdyby zdarzyło się nieszczęście - a firma nie będzie próbowała wywinąć się od wypłaty, o co NN nie posądzam - na leczenie, rehabilitację i opiekę nad dzieckiem dostaniemy dziesięć razy więcej.

      Tyle o ofercie "500+" w prezencie od ubezpieczyciela. Z promocji w postaci opłacenia przez firmę jednej składki - w tym konkretnym przypadku bonus wyniesie oszałamiające 110 zł na każde dziecko - można skorzystać tylko do końca maja. Ale sporo innych firm finansowych też chce wykorzystać program "Rodzina 500+" do sprzedaży swoich usług. Przeważnie - tak jest w PKO BP i BOŚ Banku, których oferty opisywałem - promocje polegają na tym, że beneficjenci rządowego programu mogą mieć tańszy ROR i wyższe oprocentowanie oszczędności. Podobne bonusy zaproponował Bank Pocztowy (tu można wycisnąć 4% na koncie oszczędnościowym), zaś w BZ WBK i Aliorze za przelewanie 500 zł na dziecko na ich ROR, używanie tego konta i wydawanie pieniędzy z "Rodzina 500+" z pomocą karty płacą po kilka stówek "nagrody" w skali roku. Te pomysły podobają mi się znacznie mniej - wolę takie, które dają dodatkowy procent od oszczędności. O tym jak mądrze wydać 500 zł na dziecko, opowiadam w tym krótkim klipie na przykładzie... królików ;-)

      Powód zabiegów bankowców jest oczywisty: nawet jeśli klienci-beneficjenci rządowego programu natychmiast wydadzą wszystkie pieniądze, to robiąc zakupy kartą dadzą bankom zarobić. Jeśli wydadzą kasę z poślizgiem - bank zarobi na osadzie. Jeśli nie wydadzą - bank jest do przodu na marży odsetkowej (bo zdeponowane pieniądze pozwolą mu udzielić dodatkowych kredytów). Słyszałem, że niektóre banki nawet uwzględniają 500 zł na dziecko w badaniu zdolności kredytowej klientów, a więc wpłacając do banku kasę z rządowego programu mogą dzięki niej dostać więcej kasy od banku - już zwrotnej i przeważnie wysoko oprocentowanej. Choć np. w mBanku widziałem ostatnio dość tani, promocyjny kredyt dla beneficjentów "Rodziny 500+" - z oprocentowaniem 10% w skali roku i prowizją nie przekraczającą 3%. Nie przyglądałem się bliżej tej ofercie, ale jeśli nie ma tam żadnych obowiązkowych produktów dodatkowych (np. karta), ani ubezpieczeń, to jest to jedna z tańszych ofert pożyczkowych na rynku.

      500plus_mbank1

      POLECAM MĄDRY PREZENT NA DZIEŃ DZIECKA.  Dziś polecam Wam świetny prezent - lub dodatek do prezentu - na Dzień Dziecka.  To najnowsza samcikowa książka "Moje pierwsze kieszonkowe", w której opowiadam dlaczego Wasze dzieci powinny mieć już swoje pieniądze, jak zabrać się za wypłacanie kieszonkowego, żeby miało to sens i jakie patenty stosować, żeby dziecko mądrze zarządzało swoimi pierwszymi pieniędzmi. Opowiadam też o tym jak zaznajomić dziecko z zasadami bezpieczeństwa w korzystaniu z telefonu komórkowego, jak nie dać się nabrać przez internet, a nawet o cyfrowym pieniądzu, którego dzieci za chwilę będą używały. Książka do kupienia w dobrych księgarniach i w internecie. Po-le-cam! Więcej na jej temat przeczytacie w poświęconym jej okolicznościowym wpisie w blogu. Książkę kupicie w dobrych księgarniach, w internecie (np. na stronie kulturalnysklep.pl), a jeśli wolicie czytać na tablecie, to jest też wersja elektroniczna, dostępna np. w Publio.pl. Miałem przyjemność opowiadać o niej w audycji Tomasza Kwaśniewskiego w Radiu RDC. Recenzja ukazała się w poczytnym blogu finansowym Marcina Iwucia. W TOK FM mówiłem o tej książce w audycjach Oli Dziadykiewicz oraz Hanny Zielińskiej. Zapraszam Was też do zakupu pozostałych moich książek spośród tych, które są jeszcze w sprzedaży - "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą" (o tym jak rozwiązać większość finansowych problemów, które mogą cię spotkać w życiu) oraz "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" (o tym jak zabrać się za budowanie swojej finansowej niezależności).

      SAMCIK_640x300

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Firma ubezpieczeniowa też zapłaci ci 500 zł na dziecko. Co trzeba zrobić, żeby zasłużyć?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 28 maja 2016 09:18
  • piątek, 27 maja 2016
    • Mateusz Borek przed mistrzostwami obiecuje, że druga połowa będzie dla nas. No to sprawdzam!

      Zaczyna się marketingowe szaleństwo związane ze zbliżającymi się Mistrzostwami Europy w połkę kopaną. Wśród polskich instytucji finansowych jako pierwszy postanowił wziąć w nim udział BZ WBK. Nie jestem zdziwiony, bo ten bank od wielu lat ma futbol na sztandarach. I niekoniecznie chodzi o kopanie klientów po kostkach :-)), choć ostatnie podwyżki prowizji zdają się sugerować coś zupełnie innego :-). Od kilku dni BZ WBK reklamuje pożyczkę gotówkową pod hasłem "Druga połowa dla ciebie!".To, że wszystko dzieje się na boisku, a jedną z twarzy oferty jest komentator piłkarski Mateusz Borek, nie pozostawia złudzeń: to ma być flagowy produkt BZ WBK podczas futbolowego szaleństwa. Będziemy oglądali reklamy tej pożyczki przed meczem, po meczu, w przerwie meczu, przed karnymi i po karnych. Przy piwie i czipsach też ;-). We wspomnianym sloganie owa "druga połowa" dotyczy odsetek, które bank zamierza zwracać rzetelnym klientom. Na stronie internetowej banku jest nawet specjalny kalkulator, który pozwala policzyć kwotę oszczędności wynikających z faktu, że "druga połowa jest dla ciebie".

      bz_wbk_druga_poowa

      I tak: pożyczając 15.000 zł na rok mogę zaoszczędzić dzięki piłkarskiej promocji 451,41 zł (cóż za aptekarka dokładność, nasz sędzia międzynarodowy, który będzie sędziował na mistrzostwach we Francji, nie byłby tak dokładny!). Przy kwocie 25.000 zł kwota oszczędności rośnie do 752,35 zł, a zaciągając kredyt w wysokości 50.000 zł mogę ugrać 1504,71 zł oszczędności. Brzmi wspaniale. Prawie zaniemówiłem jak Mateusz Borek w tej reklamie, która od dwóch dni kusi w telewizji:

      Niestety, przy bliższym zapoznaniu się z tą ofertą stwierdzam, że zaciągając tę pożyczkę można sobie strzelić finansowego samobója. Na jakiej podstawie czynię tak odważny wniosek? Przeczytałem bardzo uważnie drobny druczek. Można z niego wyczytać znacznie więcej, niż tylko kwotę oszczędności wynikających z tego, że oprocentowanie kredytu wyniesie 5% zamiast podstawowych 10% (no bo przecież "druga połowa gratis"). Ja przyjrzałem się głównie kosztom pozaodsetkowym, bo odkąd wprowadzono w Polsce ustawę antylichwiarską jakoś tak się porobiło, że to właśnie w nich kryje się główna część obciążeń związanych ze spłatą rat.

      Mamy więc kredyt wart 15.000 zł i 12-miesięczny okres jego spłaty. W normalnych okolicznościach - przy maksymalnym dozwolonym prawem oprocentowaniu (10%) i przy założeniu braku prowizji oraz innych kosztów - taki kredyt kosztowałby nas 820 zł odsetek. Jeśli BZ WBK potraktuje nas jak rzetelnego klienta, to odsetkowy koszt tego kredytu powinien spaść do 410 zł. I drugie tyle wyniosłyby oszczędności (co prawda bank w swojej symulacji podaje kwotę oszczędności 451 zł, ale może to wynikać ze skredytowania dodatkowych kosztów, o których za chwilę). Kredyt na 5% to już rzeczywiście taniocha, ale... w przykładzie podawanym drobnym druczkiem bank wspomina też o prowizji wrzucanej w kredyt (aż 1611 zł, czyli 11% wnioskowanej kwoty). O tę prowizję wypłacana klientowi do ręki kwota jest pomniejszana (ale odsetki płaci oczywiście od całości). I już robi się niewesoło. A w symulacji bank zakłada też, że klient płaci również składki dwóch ubezpieczeń - na życie oraz ubezpieczenia spłaty kredytu - w sumie kolejne 1128 zł.

      Mamy więc kredyt, na którym dzięki wspaniałomyślnemu obniżeniu oprocentowania o połowę klient zyskuje 451 zł, ale jednocześnie w pozaodsetkowych kosztach kredytu (których przecież wcale nie musiałoby być, bo bank i tak nieźle zarobiłby na odsetkach od 10%-owego kredytu) klient dopłaca 2739 zł. Powtórzę jeszcze raz: odsetki - 451 zł, koszty pozaodsetkowe - 2739 zł. A kredyt nazywa się "druga połowa dla ciebie". Policzyłem sobie ile powinno wynieść oprocentowanie kredytu o takich kosztach. Wyszło 39%. Tylko kto kupiłby kredyt z takim oprocentowaniem? 5% brzmi znacznie lepiej, nieprawdaż? ;-). Nawet przy założeniu, że klient nie dałby się "ubrać" w dodatkowe ubezpieczenia, które od strony formalnej zapewne są dobrowolne, a jedynie "silnie rekomendowane" przez sprzedawców, to i tak wyszłoby, że "prawdziwe" oprocentowanie kredytu wynosi jakieś 25% w skali roku.

      No i trzeba też pamiętać, że nie każdy klient załapie się na "drugą połówkę gratis". Żeby nie zapłacić dodatkowych 451 zł odsetek (w ramach podwyżki oprocentowania z 5% do 10%) trzeba uzyskać status Rzetelnego Klienta. Jakie warunki należy spełnić, żeby dostąpić tego zaszczytu? No, trudna sprawa, bo bank tłumaczy to w drobnym druczku dość enigmatycznie: "Rzetelny klient – na potrzeby tej oferty rozumiany jako wnioskodawca, który na podstawie analizy zdolności kredytowej oraz oceny ryzyka kredytowego banku będzie mógł skorzystać z oferty obniżonego oprocentowania do maksymalnie 50% podstawowej wysokości oprocentowania, które wynosi 10% w skali roku. Decyzja kredytowa i wysokość oprocentowania uzależnione są od wyniku indywidualnego badania zdolności kredytowej oraz oceny ryzyka kredytowego". Czyli: będziesz rzetelnym klientem jeśli nam wyjdzie, że nim jesteś. Mam nadzieję, że wyznacznikiem rzetelności w tym przypadku nie jest chęć skorzystania z dwóch potwornie drogich ubezpieczeń (choć być może ich jakość uzasadnia cenę, tego nie sprawdzałem). A na koniec mam dla Was niespodziankę: pamiętacie tę świetną reklamę z Kevinem Spaceyem i loterię pożyczkową BZ WBK? Łezka się w oku kręci ;-))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Mateusz Borek przed mistrzostwami obiecuje, że druga połowa będzie dla nas. No to sprawdzam!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 maja 2016 09:06
  • środa, 25 maja 2016
    • Oszczędności ulokowane w tym banku przez pięć ostatnich lat dawały po 5% rocznie. Jak?

      dywidendalogo1Od dobrych kilku tygodni wspólnie z Albertem Rokickim, człowiekiem prowadzącym najstarszy w Polsce blog o długoterminowym inwestowaniu, zachęcam Was do wystawienia nosa z banku (gdzie zarabiacie średnio 1-1,5% rocznie) i przyjrzenia się innym formom lokowania oszczędności. Wybór jest duży - obligacje firm (wbrew pozorom ryzykowne), produkty strukturyzowane (rzadko zarabiają), polisy inwestycyjne (prowizja zjadają zyski), fundusze inwestycyjne, nieruchomości, złoto, wierzytelności... - ale relatywnie najbezpieczniejszą alternatywą dla bankowych depozytów - a przy okazji bardziej dochodową - mogą być akcje spółek dywidendowych. A więc udziały w dużych, stabilnych firmach, mających rozpoznawalne produkty i miliony klientów, które rok w rok zarabiają pieniądze i dzielą się tą kasą z udziałowcami. Żeby stać się takim udziałowcem nie trzeba być milionerem - wystarczy kupić jedną akcję wartą czasem 10 zł, a czasem 300 zł (w zależności od tego jakim majątkiem dysponuje spółka i na ile akcji ów majątek podzieliła).

      Dlaczego uważam, że to może być bezpieczna lokata kapitału? Jeśli taka spółka wypłaca dywidendę, to mając ileś-tam akcji i nie zamierzając nimi spekulować (czyli sprzedawać i kupować) mamy taką jakby "lokatę", w której coroczna dywidenda jest "oprocentowaniem". Bardzo często wyższym, niż odsetki od depozytu. Jak to działa? Pokażę za chwilę na konkretnych przykładach. Rozkład jazdy na dzisiejszy odcinek poradnika wygląda następująco: >>> co to jest spółka dywidendowa i czym się różni od "zwykłej", >>> kto i kiedy uchwala wysokość dywidendy i od czego ona zależy?, >>> w jakich okolicznościach spółka dywidendowa może być prawie tak bezpieczną lokata kapitału, jak depozyt bankowy?, >>> czy jeśli inwestuję w akcje poprzez fundusz inwestycyjny, to też korzystam z dywidendy?

      DO TEJ PORY W RAMACH AKCJI „DYWIDENDA JAK W BANKU":

      >>> 13 kwietnia: "W poszukiwaniu dywidendy pewnej jak w banku, czyli wielka koalicja rusza do akcji" - o tym dlaczego lokuję swoje pieniądze nie tylko w banku i dlaczego biorę udział w największej edukacyjnej akcji blogerów, jaką kiedykolwiek widział nasz kraj. 

      >>> 21 kwietnia: "Na jak długo trzeba kupić akcje, żeby mieć (prawie) pewność, że się zarobi?" - o tym, że inwestowanie pieniędzy wcale nie musi być bardzo ryzykowne, gdyż statystyki z ostatnich 100 lat pokazują, że w długim terminie ryzyko utraty zainwestowanego w akcje kapitału jest niewielkie. A przynajmniej tak było do tej pory

      >>> 11 maja: "Oprocentowanie lokat sięga dna. Wyższe zyski tylko dla pięknych i bogatych?" - o tym jakie warunki trzeba spełnić, żeby wychylić nos z banku i zacząć lokować oszczędności w spółki wypłacające regularnie dywidendy.Oprócz tego polecam wpisy nawiązujące do akcji:

      >>> "Buty, ciuchy, cukierki... Kto dobrze przewidział, z 10.000 zł wycisnął milion. Inwestycje 25-lecia". O tym, że jeśli jesteś fanem jakiejś marki, namiętnie używasz jej produktów, wierzysz w jej przyszłość, to... czasem warto stać się jej udziałowcem. Bo "niechcący" możesz w ten sposób zostać milionerem 

      >>> "Pięć cytatów Warrena Buffeta, które musisz poznać". Warto czasem posłuchać ludzi, którzy wiedzą jak się zarabia pieniądze. A tu macie pięć cytatów z gościa, który zarobił fortunę długoterminowo inwestując w firmy, w które wierzy. Ja w lokowaniu swoich prywatnych oszczędności kieruję się tymi zasadami od ponad 20 lat i na razie wychodzi mi to na zdrowie.

      Obejrzyj też krótkie klipy, w których opowiadamy o tym jak lokujemy nasze oszczędności. Longterm opowiada o tym dlaczego ma w nosie depozyty bankowe, a ja  o tym dlaczego nie mam tak, jak Longterm ;-).Filmów będzie więcej! W najbliższym z nich żeby przekonać Was do długoterminowego lokowania oszczędności o mało nie dałem sobie zrobić... nie, nie mogę o tym mówić, to zbyt bolesne doświadczenie:-). Poczekajcie jeszcze kilka dni na premierę.

      Mieliśmy też z Wami jeden webinar, w którym opowiadaliśmy o podstawach inwestowania w spółki dywidendowe i odpowiadaliśmy na Wasze pytania. Zapis tego spotkania jest tutaj. Poradniki o tym jak lokować w spółki dywidendowe pisze dla was też wspomniany wyżej Longterm. Do tej pory w ramach naszego cyklu ukazały się takie teksty >>> 13 kwietnia: "Dywidenda jak w banku" - o tym co będzie się działo w ramach naszej kilkumiesięcznej akcji, >>> 24 kwietnia: "Co to jest dywidenda i jak jest wypłacana?" - o tym na co komu pieniądze z zysków giełdowych spółek, 17 maja: "Spółki dywidendowe jako alternatywa dla lokat bankowych" - jak inwestować, żeby mieć "odsetki" z akcji giełdowej spółki  Muszę też nadmienić, że strategicznymi partnerami naszej akcji są Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Wszystkie teksty ukazujące się na naszych blogach - Longterma i moim - są promowane w specjalnej sekcji na głównej stronie GPW. 

      dywidendagpwlongterm

      Po tym przydługim intro czas przejść do właściwego tematu dzisiejszego poradnika, czyli do tego czym różnią się spółki dywidendowe od innych i czy można traktować je jako odpowiednik bankowego depozytu.

      CZYM SPÓŁKA DYWIDENDOWA RÓŻNI SIĘ OD "ZWYKŁEJ"? Wypłacana raz w roku dywidenda to w zasadzie istota posiadania akcji giełdowej spółki. Masz "swój" kawałek firmy, na który przypada analogiczna część zysku tej firmy, która w większej lub mniejszej części jest wypłacana jako "nagroda" za zakup akcji, zaś w pozostałej części - idzie na inwestycje firmy. Są dwie okoliczności, które powodują, że firma nie wypłaca dywidendy. Pierwsza to szybki wzrost firmy. Jeśli mamy do czynienia ze spółką, która jest młoda i szybko zwiększa swoje moce produkcyjne i sprzedażowe, to taka firma cierpi na chroniczny brak pieniędzy na rozwój. Zaciąga kredyty, emituje obligacje, podnosi kapitał wypuszczając kolejne akcje.  Akcjonariusze nie zabierają jej pieniędzy, bo liczą, że jak firma urośnie, to jej akcje będą warte więcej, niż obecnie. Drugi powód niewypłacania dywidendy to fakt, że... nie ma co dzielić.

      Jeśli firma radzi sobie nie najlepiej i nie zarabia pieniędzy lub zarabia ich mało, to też nie wypłaca dywidendy. Oczywiście: akcjonariusze mogą zażądać dywidendy nawet w sytuacji, kiedy firma nie ma zysków (wówczas jest ona wypłacana z "zapasów", pomniejszając kapitał firmy, czyli powodując "skurczenie" jej majątku). Udziałowcy mogą też zażądać wypłaty dywidendy zaliczkowej, na poczet przyszłych zysków. Mogą też wynagrodzić się w inny sposób, alternatywny dla dywidendy, czyli poprosić spółkę, żeby skupiła na rynku trochę własnych akcji i je umorzyła. Po takiej operacji majątek firmy dzieli się na mniej akcji, a więc na każdą z nich przypada więcej złotówek majątku i prawo do większej dywidendy. Teoretycznie powinno się to przełożyć się na wyższe notowania akcji spółki na giełdzie.

      Które spółki są "lepsze" - wypłacające dywidendy, czy przeznaczające cały zysk na inwestycje? To zależy jakim jesteś inwestorem. Spółki przeznaczające zyski na inwestycje są bardziej ryzykowną lokatą kapitału, bo nie ma pewności czy realizacja ich planów przyniesie oczekiwany efekt i czy przełoży się na wzrost ceny akcji. Jeśli nie, to akcjonariusze będą podwójnie stratni - nie dostali dywidendy z zysków, a ten został "przepalony". Z drugiej strony udane inwestycje we wzrost firmy zwykle bardzo mocno przekładają się na wzrost ich akcji. Dobrym przykładem jest CD Projekt, firma, która wyrosła na produkcji gier komputerowych i jest już marką znaną na całym świecie. Pięć lat temu za jedną akcję płacono 5 zł, a dziś - ponad 26,5 zł. W 2011 r. firma miała 136 mln zł przychodów, w zeszłym - prawie 800 mln zł. W tym czasie wszystkie zyski reinwestowała (a miała od 10 do 30 mln zł rocznie), bo produkcja gier jest potwornie kosztownym przedsięwzięciem. Budżet gry Wiedźmin III miał wynieść 100 mln zł, a okazało się, że projekt kosztował... 306 mln zł (razem z nakładami na marketing).

      Tak czy owak w ciągu ostatnich pięciu lat firma - m.in. mądrze reinwestując wypracowane zyski - zwiększyła swoje aktywa, czyli wartość majątku ze 195 mln zł do 675 mln zł i mniej więcej w tej samej skali - a nawet nieco bardziej, zapewne akonto przyszłych sukcesów - wzrosła cena jej akcji. Czy firma mogłaby rosnąć tak szybko, gdyby dzieliła się z udziałowcami dywidendą? Pewnie nie, albo musiałaby iść po kredyty do banków. A z pożyczaniem to wiecie jak jest ;-)

      Spółki systematycznie wypłacające dywidendy to inna para kaloszy. One już mają ustabilizowaną pozycję i nie są w stanie zwiększać przychodów w takim tempie, jak CD Projekt. Ich akcje nie rosną tak szybko lub nie rosną w ogóle, bo jeśli firma nie ma widoków na szybki rozwój, to nie ma też powodu kupować drożej jej akcji, akonto przyszłych sukcesów. Akcjonariusze takiej spółki żyją z dywidendy. Przykładem takiej firmy jest Bank Pekao, w którym połowę udziałów ma włoski UniCredit, a resztę - inwestorzy na polskiej giełdzie. Pięć lat temu za akcje Pekao płacono 150-160 zł, teraz - 130-150 zł. W tym czasie aktywa banku zwiększyły się raptem o 15%, a zysk praktycznie się nie zmienił - 2,9 mld zł. Można byłoby umrzeć z nudów, gdyby nie fakt, że Pekao rok w rok wypłaca dywidendy - w ciągu ostatnich pięciu lat było to od 5,4 zł na akcję do 10 zł na akcję. Łącznie w tym okresie na każdą akcję przypadło mniej więcej 42,5 zł. Z dywidendy inwestorzy "wycisnęli" więc 25% zysku, choć cena akcji jest więcej taka, jak była. 

       dywidpeo10lat1

      O tym, że dywidenda robi różnicę, przekonuje ten wykres: porównanie dochodu inwestora lokującego w indeks WIG20 z uwzględnieniem dywidendy i bez. Ostatnie pięć lat nie było jakoś specjalnie udanym okresem dla cen akcji, ale różnica pomiędzy "gołą" zmianą cen (to ta różowa linia), a zmianą wartości indeksu uwzględniającą wypłaty dywidend - jest uderzająca.

      dywidstooq1

      OD CZEGO ZALEŻY WYSOKOŚĆ DYWIDENDY? Decyzję o tym czy spółka podzieli się z akcjonariuszami zyskiem, czy też zatrzyma go i przeznaczy na inwestycje, podejmują sami akcjonariusze, którzy raz w roku zbierają się na obowiązkowym walnym zgromadzeniu. Spółka informuje publicznie o jego zwołaniu i każdy udziałowiec może się zarejestrować oraz zagłosować. W Polsce mało który inwestor z tego prawa korzysta, ale zawsze można skorzystać z pośrednictwa Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych i przekazać mu pełnomocnictwo do "występu" na walnym zgromadzeniu. Mając akcje spółki warto dbać o swoje interesy, żeby potem nie narzekać, że idzie źle. Akcjonariusze, decydując w sprawie dywidendy, posiłkują się rekomendacją zarządu, który stwierdza czy spółkę stać, czy też nie stać na wypłacenie dywidendy. Oczywiście: akcjonariusze mogą nie posłuchać zarządu, ale wtedy ten zarząd często "rzuca papierami" i podaje się do dymisji. I trzeba szukać nowego ;-). Stosunkowo częściej sutą dywidendę wypłacają firmy, w których silną pozycję mają tzw. akcjonariusze finansowi (czyli banki, fundusze inwestycyjne, firmy ubezpieczeniowe, fundusze private equity...), a w polskich warunkach także te, w których rządzi Skarb Państwa, którego apetyt na dywidendy jest nieograniczony.

      ----------------------------------------------------------------------------------------------

      ZAPROSZENIA DLA WAS, CZYLI ROZDAJEMY BONUSY: 

      dywidendalogotypy3>>> Jeśli ten tekst Was zaciekawił, zainspirował lub zachęcił, to już dziś zapraszam na kolejny webinar w ramach akcji "Dywidenda jak w banku". Odbędzie się we wtorek 31 maja o godz. 20.00 i będziemy na nim opowiadać o tym jak można ze spółek dywidendowych uszyć sobie dodatkową emeryturę. Możecie się zarejestrować na to spotkanie klikając niniejszy link. Spieszcie się, bo liczba miejsc ograniczona,a temat bardzo "chodliwy".

      >>> Proponuję, żebyście zapisali się na newsletter akcji. Formularz zapisu znajduje się tutaj (LINK). Uwaga, są prezenty! Każdy kto się zapisze, dostanie w prezencie nasz e-book, w którym tłumaczymy krok po kroku o co chodzi w inwestowaniu w spółki dywidendowe. Jak się za to zabrać, jakie spółki wybrać i jak monitorować wyniki. Newsletter dostępny jest pod tym linkiem.

      >>> Jeśli macie ochotę spróbować przygody z inwestowaniem oszczędności - choćby małej ich części - to pamiętajcie, że biuro maklerskie występujące pod marką Bossa.pl zadeklarowało, iż naszych - Longterma i moich - czytelników będzie obsługiwać niemal za darmo - rachunek dostaniecie za free, a prowizję od zakupu akcji DM BOŚ ściął do symbolicznych 0,18% od wartości zakupu. Warunek: trzeba zarejestrować się przez specjalny link (regulamin jest tutaj). Promocja jest wyłącznie dla Was, nigdzie indziej w przyrodzie nie występuje, ale ma ograniczenie - dotyczy obrotów akcjami nie przekraczających 100.000 zł. Nie mam żadnej prowizji od założonych kont, więc żeby zagwarantować sobie bardzo niskie prowizje możecie również korzystać z identycznego linku w blogu Longterma, o ile tak będzie dla Was wygodniej.

      >>> Zarządzająca funduszami inwestycyjnymi (m.in. funduszem wypłacającym raz w roku dywidendę) TFI BPH od czerwca uruchomi konkurs dla Was, w którym gwarantowaną nagrodą będą moje książki z imienną dedykacją. Szczegóły podam już za kilka dni

      >>> Na początku czerwca (3-5.VI) w ramach akcji "Dywidenda jak w banku" Longterm i ja będziemy na konferencji "Wall Street" w Karpaczu, gdzie będzie można z nami pogadać face to face i zapytać o wszystko, co Wam w duszy gra. Jeśli macie chęć - zapiszcie się pod tym linkiem: Dwudziesta już konferencja drobnych inwestorów -  "Wall Street". Podając kod promocyjny "SubiektywnieWS20" dostaniecie zniżkę dla czytelników "subiektywności", wynoszącą 50-100 zł (w zależności od pakietu). A wracając do głównego tematu tego poradnika... 

      ---------------------------------------------------------------------------------

      CZY DYWIDENDA MOŻE ZASTĄPIĆ ODSETKI OD DEPOZYTU? Patrząc literalnie nie może, bo kupując akcje spółki nie mamy ani pewności utrzymania wartości zainwestowanego kapitału, ani wypłaty dywidendy (akcjonariusze nie muszą jej uchwalić, a spółka może nie mieć czego dzielić). Oczywiście: każda szanująca się firma ma tzw. politykę dywidendową, czyli swego rodzaju "drogowskaz", z którego wynika jak będzie podchodziła do wypracowywanego zysku (np. "zarząd będzie dążył do przeznaczania co najmniej 50% zysku na dywidendę").  Ale czasem jest tak, że polityka dywidendowa sobie, a życie sobie. W praktyce jednak znalezienie solidnej, stabilnej, dobrze zarządzanej firmy, wypłacającej stałą dywidendę, której cena akcji co najmniej się nie zmienia, oznacza zagwarantowanie sobie czegoś podobnego do bankowego depozytu. Tylko wyżej oprocentowanego. Jeszcze raz przypomnę przykład Banku Pekao - cena akcji w zasadzie się nie zmieniła przez pięć lat, a firma wypłaciła inwestorom dywidendę równoważącą 25% ceny akcji. Co to oznacza? Ano to, że jak ktoś pięć lat temu kupił za 150 zł jedną akcję Banku Pekao, to średnio dostawał z tej akcji 5% rocznie "odsetek" i nadal ma te 150 zł. Przypomina to trochę depozyt bankowy, nieprawdaż? Tylko znajdźcie mi jeszcze depozyt, który w ostatnich pięciu latach zarabiał po 5% odsetek rocznie.

      Oczywiście: spółki, które wypłacają dywidendę rok w rok bez żadnej przerwy są dość nieliczne. Longterm jakiś czas temu policzył, że w ciągu ostatnich 15 lat bez przerwy dywidendę wypłacały tylko cztery spółkiNa amerykańskiej giełdzie nie brakuje firm, które rok w rok wypłacają dywidendę od 100 lat! Taką firmą jest np. Coca-Cola. Ale w USA stopy dywidend są mniejsze, niż u nas. W polskich warunkach jeśli mamy taki Bank Pekao, to nawet brak dywidendy w jednym roku nie powoduje spadku opłacalności takiego "depozytu", bo różnica między stopą dywidendy (czyli tym jaki procent ceny akcji stanowi dywidenda), a oprocentowaniem depozytu jest bardzo duża. Średnie oprocentowanie depozytu w ostatnich kilku latach spadło z 3% do 1,5%, a średnia stopa dywidendy to ostatnio 4%. To oznacza, że "odsetki" od posiadania akcji spółek dywidendowych są dziś ponad dwa razy większe, niż odsetki od bankowego depozytu.

      dywidyield_wykres

      Jedną ze spółek wypłacających dywidendy od 15 lat jest toruński Apator. Firma to zacna i dobrze sobie radząca - w ciągu 10 lat cena jej akcji zwiększyła się dwukrotnie. I już sam ten fakt mógłby inwestorom wystarczyć. Ale poza tym, że spółka jest dobrze zarządzana i jej majątek się zwiększa w stopniu uzasadniającym wzrost ceny akcji, to jeszcze Apator wypłaca dywidendy. W ciągu ostatnich pięciu lat było to między 30 gr. a 50 gr. na akcję rocznie (czyli mniej więcej 1-2% wartości tych akcji). Ale w latach 2004-2005 dywidendy sięgały nawet 7 zł za akcję, a w 2012 r. spółka też się szarpnęła i wypłaciła po złotówce na akcję. Widać, że zarząd Apatora stara się w każdym roku dawać inwestorom choćby niewielką dywidendę, żeby nie czuli się poszkodowani w stosunku do tych, którzy trzymają pieniądze w banku na depozycie. I chyba szkody nie ma: z dywidendy jest "procent", a ze wzrostu ceny akcji - nagroda. 

      dywidapator10lat1

      CZY INWESTUJĄC POPRZEZ FUNDUSZE DOSTANĘ DYWIDENDĘ? Najwygodniejszą formą lokowania pieniędzy w akcje spółek - także tych dywidendowych - jest dla początkujących inwestorów zakup udziałów nie w konkretnej spółce, ale w funduszu inwestycyjnym, który zbierze pieniądze od wielu takich inwestorów i wspólnie kupi im udziały w kilkunastu, albo kilkudziesięciu spółkach. Dzięki temu inwestorzy nie muszą samodzielnie dokonywać wyboru, a ich pieniądze są rozłożone pomiędzy wiele spółek (czyli bezpieczniejsze, bo nie siedzimy na jednym koniu, ani nie wkładamy wszystkich jajek do jednego koszyka ;-)). Fundusz codziennie sprawdza ile są warte akcje posiadanych przez niego spółek i przekłada te wyceny na wartość jednostek uczestnictwa, czyli "cegiełek", które inwestorzy wykupili w funduszu. Co się dzieje z pieniędzmi inwestorów, gdy firma, w którą zainwestował fundusz, wypłaca sutą dywidendę? Przeważnie jest ona dopisywana do wyniku funduszu (po prostu "cegiełki" należące do inwestorów przyrastają trochę szybciej). Ale na szczęście są już w Polsce fundusze, które, tak samo jak spółki giełdowe, wypłacają klientom dywidendy, które otrzymują od firm. Taki fundusz widziałem w TFI BPH, było o nim już w blogu. O tym jak takie fundusze działają i dlaczego mogą być fajną inwestycją opowiem w jednym z kolejnych poradników z cyklu "Dywidenda jak w banku". Już dzisiaj zapraszam! 

      ZAPRASZAM NA JESZCZE WIĘCEJ SUBIEKTYWNOŚCI: 

      autopromo4CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK, JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy dotyczącą Waszych pieniędzy. Rocznie klikacie notki blogu ponad 6.000.000 razy! Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w sprawach czytelników - to wszystko znajdziecie na "Subiektywnie o finansach".Zaglądajcie na samcik.blox.pl codziennie, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcecie wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostańcie fanami blogu na Facebooku (jest nas już ponad 33.000!), na Twitterze (ponad 8000 followersów).Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego: maciej.samcik@gazeta.pl. Nie mogę obiecać, że na każdy list otworzę, ale gwarantuję, że każdy odczytam i jeśli tylko będzie to w mojej mocy - spróbuję pomóc. Dziennie dostaję kilkadziesiąt mejli od czytelników, więc z góry proszę o wyrozumiałość.

      autopromo2ZOBACZ SUBIEKTYWNOŚĆ, CZYLI O FINANSACH NA WESOŁO. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Wam się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. >>> W cyklu "Samcik prześwietla" zdradzam sposoby na to jak nie dać się zrobić w konia, jak oszczędzać pieniądze i mniej wydawać oraz jak rozsądnie zarządzać domowym budżetem. >>> W filmach z cyklu "Finansowe absurdy" obśmiewam głupie pomysły bankowców i staję w Waszej obronie jako klientów instytucji finansowych. >>> W serii  "Od oszczędzania do inwestowania", w którym krok po kroku wyjaśniam co zrobić, żeby mieć zaskórniaki i jak sprawić, żeby się bezpiecznie mnożyły. >>> W cyklu "Dywidenda jak w banku" radzę jak uszyć sobie plan systematycznego oszczędzania lub dodatkową emeryturę z dywidend wypłacanych przez największe, najbardziej wiarygodne koncerny. Koniecznie zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już prawie 2000 subskrybentów i jest ponad 60 filmów, które obejrzeliście ćwierć miliona razy). 

      autopromo11SUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA SZELEŚCI W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował moimi autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej".Co czwartek na stronach gospodarczych ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym grupa moich współpracowników, zwanych Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy. Co tydzień w "Pieniądzach Ekstra" jest też rubryka interwencyjna "Interwencje Ekipy Samcika", w której walczymy o Wasze konsumenckie prawa. Jeśli potrzebujecie rady albo pomocy w sprawie niekoniecznie związanej z produktami finansowymi - piszcie na ekipasamcika@wyborcza.biz. Moi ludzie nie zostawią Was bez pomocy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ EKSKLUZWNIE: DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możecie kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiecie się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „Oszczędności ulokowane w tym banku przez pięć ostatnich lat dawały po 5% rocznie. Jak?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 maja 2016 12:33
    • W urzędzie podatek lub opłatę uregulujesz już... jednym klikiem! Technopłatności w okienku! :-)

      Urzędy nigdy nie były miejscami, w których wygodnie się płaciło. Kursowanie od okienka "merytorycznego" do kasy i z powrotem, brak możliwości zapłacenia kartą lub - o zgrozo - płatność kartowa z doliczaną przez kasjera prowizją (bo urząd, w odróżnieniu od sklepu, nie może obniżyć wartości rachunku klienta o opłatę interchange). Genralnie żałość i średniowiecze. W niektórych urzędach testuje się różnego rodzaju urzędomaty i opłatomaty, które potrafią same przyjąć płatność (nie trzeba stać w kolejce do kasy). Ale czy podbiją one serca petentów? To raczej zabawka dla 5% tych najbardziej nowoczesnych i lubiących testować różne nowinki techniczne, a nie sposób na rozładowanie kolejek i przyspieszenie obsługi wszystkich klientów. Ale wygląda na to, że do polskich urzędów idzie nowe. Opłaty urzędowe będziemy płacili... smartfonem. I wcale nie będziemy musieli iść do żadnej kasy. Zanim o nowym patencie proponuję, żebyście sprawdzili czy jesteście w 5% early-adopterów do płacenia podatków via maszyna :-)

      O szykowanych właśnie w urzędach przełomowych zmianach poinformowała Krajowa Izba Rozliczeniowa, czyli organizacja rozliczająca nasze przelewy międzybankowe (jeśli zlecasz przelew z banku A do banku B, to prawdopodobnie "przeleci" on przez system rozliczeniowy KIR). Tenże KIR zamierza uruchomić w urzędach aplikację, która pozwoli petentom płacić - a urzędnikom przyjmować płatności - za pomocą płatności mobilnych BLIK, a więc przy użyciu smartfona. Czym jest BLIK zapewne wiedzą doskonale klienci PKO BP, BZ WBK, mBanku, ING, Banku Millennium, Aliora i Getinu, którzy mają podpiętą tę opcję płacenia do aplikacji pozwalającej bankować przez telefon komórkowy. Płacenie BLIK-iem polega na tym, że stojąc przy kasie odpalamy aplikację bankową na smartfona, generujemy sobie kilkucyfrowy kod i pokazujemy go sprzedawcy w sklepie. A on tym kodem autoryzuje transakcję. Tak samo to działa przy bankomacie oraz przy zakupach internetowych - generujemy kod i wpisujemy go na ekranie komputera lub bankomatu.

      Wady? BLIK działa w mniejszej liczbie sklepów, e-sklepów i bankomatów, niż tradycyjne płatności kartą. Nie wszystkim też odpowiada sposób autoryzowania transakcji - generowanie i podawanie sprzedawcy kodu jest bardziej kłopotliwe, niż zbliżenie karty do czytnika (aczkolwiek w niektórych miejscach BLIK działa już też w wersji NFC, czyli tak jak karty zbliżeniowe). Ale w urzędzie, w którym do tej pory trzeba było biegać od okienka urzędniczego do kasy i z powrotem, a często wcześniej jeszcze zaliczyć wizytę w bankomacie (żeby pobrać gotówkę), opcja z płaceniem poprzez wygenerowanie kodu BLIK będzie i tak megaluksusem. Będzie to możliwe dzięki specjalnej aplikacji WebPos PayByNet, którą KIR zainstaluje na urzędniczych stanowiskach. Będzie ona "udawała" zwykły terminal płatniczy. O ile żaden urząd nie zainwestowałby pieniędzy w wyposażenie wszystkich swoich stanowisk w terminale (a tylko to pozwala ominąć wycieczki klientów do wyznaczonych okienek kasowych), o tyle instalacja oprogramowania do autoryzacji transakcji opartych na kodach jednorazowych jest już do zaakceptowania. 

      Czytaj też: Nie pokochałeś jeszcze płacenia telefonem? Oni tak zrobią, że pokochasz

      KIR nie podaje kiedy będziemy mogli w urzędzie zapłacić jednym kliknięciem na ekranie smartfona. Wiadomo, że nie nastąpi to od razu we wszystkich urzędach. Ale w bliskim czasie mają ruszyć testy nowego rozwiązania w jednej z warszawskich dzielnic. W kolejce do drugiego etapu pilotażu stoi już 20 kolejnych urzędów. Zła wiadomość jest taka, że nie we wszystkich będzie można smartfonem zapłacić za wszystko (prawdopodobnie jako pierwsze zostaną "włączone" do systemu najpopularniejsze procedury, np. wydanie prawa jazdy, czy dowodu osobistego). Zapewne w pierwszym etapie nie wszystkie okienka urzędnicze zostaną wyposażone w "wirtualne terminale", a tylko te, które najwięcej petentów do tej pory odsyłały do kas. Ale niezależnie od tych ograniczeń pomysł wygląda na trafiony. Spodziewam się, że z jednej strony jest szansa na lepszą jakość obsługi klientów w urzędach, a z drugiej - na popularyzację polskiego standardu płatności.

      Bo przecież to nie tylko walka o to, żebyśmy płacili jak najłatwiej. BLIK to flagowy produkt spółki Polski Standard Płatności, który powstał, by stać się alternatywą dla globalnych firm rozliczających transakcje - Visy i MasterCarda. Klient, który płaci BLIK-iem, nie używa do tego katy płatniczej, tylko salda swojego konta osobistego. Pieniądze są przelewane bezpośrednio z rachunku bankowego klienta na rachunek odbiorcy, bez pośrednictwa operatora kartowego. Jeśli ten sposób płatności się upowszechni, to być może kolejnym krokiem będzie wydanie przez nasze banki "polskiej karty płatniczej", działającej tylko w kraju i niezależnej od Visy oraz MasterCarda. Oczywiście: ci giganci też nie składają broni. W kilku bankach ruszyły już płatności mobilne HCE, które pozwalają płacić telefonem przez zbliżenie go do terminala płatniczego (a więc tak samo jak kartą). Oczywiście w tym modelu do smartfona "włożona" zostaje zdematerializowana karta Visy lub MasterCarda. Wejście polskiego standardu płatności BLIK do urzędów może rzeczywiście spopularyzować ten sposób płacenia i sprawić, że kilku Polaków dojdzie do wniosku, że nie potrzebuje już karty płatniczej, bo wystarczy im smartfon z BLIK-iem. Oj, ciekawa to będzie wojenka.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „W urzędzie podatek lub opłatę uregulujesz już... jednym klikiem! Technopłatności w okienku! :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 maja 2016 08:40
  • wtorek, 24 maja 2016
    • Ile będziemy w wakacje płacili za euro? Czy warto już dziś kupić walutę na wyjazd? Moja rada

      Jest przynajmniej kilka powodów, które sprawiają, że coraz częściej będziemy spoglądali na tabele z kursami walut obcych. Pierwszym i najważniejszym są oczywiście zbliżające się wakacje. Kto zamierza choć część z nich spędzić za granicą, jest żywo zainteresowany, żeby w lipcu lub sierpniu (wtedy przypadnie gros naszych wakacyjnych eskapad) euro nie było zbyt drogie. Piszę o euro, bo w Grecji, Włoszech, Hiszpanii, Portugalii, czy na francuskim Lazurowym Wybrzeżu będziemy wydawali właśnie tę walutę. Kto wybierze bardziej egzotyczne destynacje, najpewniej znajdzie się w "strefie dolara" i też trzyma kciuki za to, żeby "zielony" był jak najtańszy. Poza urlopowiczami drogie waluty obce już od pewnego czasu utrudniają życie tym, którzy planują zakup droższej elektroniki oraz oczywiście spłacającym kredyty frankowe.

      Pytacie mnie coraz częściej: co będzie dalej. Czy euro lub dolary z myślą o wakacyjnych wojażach - wiadomo, że zawsze kilka stówek trzeba mieć pod ręką, nawet jeśli na wakacjach będziemy używać karty płatniczej - kupować już teraz, awansem, czy w ostatniej chwili, licząc że latem w kantorach drożyzna trochę odpuści? Czy mając do wyboru zapłacenie za pokój w hotelu w wakacyjnym kurorcie już dziś, z góry całą kwotę albo np. dopiero przyjeżdżając na miejsce (choćby trochę drożej), wybrać ryzyko niewiadomej, czy finalizować płatność po obecnym, niezbyt atrakcyjnym  kursie? Tanio nie jest, ale przecież zawsze może być gorzej. Kiedy jak kiedy, ale w tym roku wakacyjne dylematy z euro i dolarem w tle są wyjątkowo dojmujące, bo ceny obcych walut są najwyższe od dawna i na pewno nie można powiedzieć, że tę część naszej rzeczywistości dotknęła "dobra zmiana". Poniżej macie notowania euro z ostatniego roku.

      eurochart1year

      Nie jestem wróżką, więc nie odpowiadam na takie pytania podając konkretne kursy walut, które będziemy oglądali w kantorach i bankach w czerwcu, lipcu i sierpniu. Sytuacja wyjściowa jest niewesoła. Przypomnę tym, którzy nie zaczynają dnia od sprawdzenia cen na foreksie, że dziś euro kosztuje ponad 4,44 zł i jest droższe o ponad 8%, niż rok temu (w poprzednie wakacje za tę walutę płaciliśmy między 4,10 zł a 4,20 zł). Ale na pocieszenie powiem, że w tym roku było już gorzej - w styczniu euro kosztowało... prawie 4,50 zł. Jeśli chodzi o "zielonego", to też taniej już było :-). Obecny kurs to 3,96 zł, podczas gdy rok temu dolar był o 7% tańszy. Ale w tym roku dolara widzieliśmy już po 4,15 zł, więc w przypadku tej waluty obecny kurs nie jest jeszcze wcale taki najgorszy. Co nas czeka za dwa, trzy miesiące, gdy będziecie potrzebowali włożyć euro i dolary do portfeli? Notowania "zielonego": 

      eurochart1yearusd

      Jeszcze rok temu mało kto spodziewał się, że euro może przebić 4,50 zł. Dziś już nie jest to takie nieprawdopodobne. Jakie argumenty za tym przemawiają? >>> W lipcu trzecia z wielkich agencji ratingowych Fitch będzie ogłaszać swoją ocenę wiarygodności polskich obligacji. Trudno spodziewać się fajerwerków, będzie dobrze jeśli rating zostanie utrzymany z negatywną perspektywą (tak ostatnio uczynił Moody's, a S&P nas "zdegradował" o jeden stopień). >>> Nie widać końca sporu o Trybunał Konstytucyjny. Upłynął ultimatum, jakie Bruksela ogłosiła pod adresem polskich polityków, żądając porozumienia. Rząd robi wszystko, żeby spór zaostrzyć. Taka eskalacja nie służy dobrze sile złotego. >>> Niska inflacja (a właściwie jej brak) może wkrótce rozsadzić budżet państwa - był budowany przy założeniach, że ceny pójdą w górę, co rzutuje na wpływy z podatków - i kto wie czy pierwszych objawów tego rozsadzania nie będziemy widzieli już niedługo. I nie można też wykluczyć dymisji lub mocnej rekonstrukcji rządu. Do tego dochodzi >>> ryzyko (niewielkie, ale jednak) Brexitu, co na pewno nie uspokoiłoby rynków finansowych. Głosowanie Brytyjczyków za miesiąc, czyli tuż przed wakacjami. Wtedy nerwy spekulantów na rynku walutowym będą napięte jak postronki, a zmienność kursów, jak sądzę, się zwiększy.

      Co jest po przeciwnej szali i świadczy na korzyść hipotezy, że w wakacje euro i dolar na pewno nie będą droższe, a może nawet potanieją? >>> Polska wciąż jest krajem, który ma przyznane przez agencje ratingi tzw. inwestycyjne, a nie śmieciowe lub spekulacyjne, a więc "poważny" kapitał zagraniczny będzie do nas płynął.  >>> Mamy relatywnie wysokie stopy procentowe, co oznacza, że jeśli w inwestycyjnym świecie nie wzrośnie za bardzo awersja do ryzyka, to chętnych na inwestowanie u nas nie powinno zabraknąć. >>> Ostatnio rząd nie ma problemów ze sprzedażą obligacji, a CDS, czyli ubezpieczenie od niewypłacalności kraju, w przypadku Polski jest dość tani, co oznacza, że mimo zawirowań politycznych jeszcze nie jesteśmy zaliczani do krajów bardzo ryzykownych. Wicepremierem w rządzie jest człowiek, który twardo stąpa po ziemi i wygląda na to, że będzie potrafił twardo powiedzieć "stop" realizacji obietnic wyborczych jeśli będzie to groziło wzrostem dziury w budżecie (i tak planowanej na ponad 40 mld zł). Poniżej macie ilustrację prawdopodobieństwa bankructwa Polski - cena "ubezpieczenia" spłaty polskich obligacji (w tym wypadku "polisa" obejmuje 40% ubezpieczanych papierów) jest nawet nieco niższa, niż w przypadku Hiszpanii, choć oczywiście znacznie wyższa od "ubezpieczenia" obligacji szwedzkich. 

      euroCDS_recovery_40proc

      Każdy z Was musi sam sobie odpowiedzieć na pytanie które argumenty mają dla niego większą siłę. Ja am nadzieję, że rządzący Polską politycy nie wysadzą całkiem w powietrze wiarygodności Polski w oczach inwestorów. Owszem, część moich oszczędności jest denominowana w euro, ale nie zwiększałem tej ekspozycji w ostatnim czasie - czy rządzi prawica czy lewica, to uważam, że nie mogę być zdany tylko na inwestycje wyrażone w złotych. Gdybym miał dziś decydować o ewentualnym zakupie waluty akonto wakacyjnych wyjazdów, to zastosowałbym jedyną sensowną metodę w tak niepewnym świecie: podzielił całą kwotę wymiany na trzy lub cztery transze i wymieniał złote na euro oraz dolary stopniowo, uśredniając cenę zakupu na wypadek, gdyby latem było drożej. Nie wierzę, że ktoś jest w stanie przewidzieć ruchy walut w kilkumiesięcznym horyzoncie czasu dokładniej, niż pogodę. 

      autopromo4CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK, JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy dotyczącą Waszych pieniędzy. Rocznie klikacie notki blogu ponad 6.000.000 razy! Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w sprawach czytelników - to wszystko znajdziecie na "Subiektywnie o finansach".Zaglądajcie na samcik.blox.pl codziennie, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcecie wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostańcie fanami blogu na Facebooku (jest nas już ponad 33.000!), na Twitterze (ponad 8000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego: maciej.samcik@gazeta.pl. Nie mogę obiecać, że na każdy list otworzę, ale gwarantuję, że każdy odczytam i jeśli tylko będzie to w mojej mocy - spróbuję pomóc. Dziennie dostaję kilkadziesiąt mejli od czytelników, więc z góry proszę o wyrozumiałość.

      autopromo2ZOBACZ SUBIEKTYWNOŚĆ, CZYLI O FINANSACH NA WESOŁO. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Wam się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. >>> W cyklu "Samcik prześwietla" zdradzam sposoby na to jak nie dać się zrobić w konia, jak oszczędzać pieniądze i mniej wydawać oraz jak rozsądnie zarządzać domowym budżetem. >>> W filmach z cyklu "Finansowe absurdy" obśmiewam głupie pomysły bankowców i staję w Waszej obronie jako klientów instytucji finansowych. >>> W serii  "Od oszczędzania do inwestowania", w którym krok po kroku wyjaśniam co zrobić, żeby mieć zaskórniaki i jak sprawić, żeby się bezpiecznie mnożyły. >>> W cyklu "Dywidenda jak w banku" radzę jak uszyć sobie plan systematycznego oszczędzania lub dodatkową emeryturę z dywidend wypłacanych przez największe, najbardziej wiarygodne koncerny. Koniecznie zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już prawie 2000 subskrybentów i jest ponad 60 filmów, które obejrzeliście ćwierć miliona razy). 

      autopromo11SUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA SZELEŚCI W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował moimi autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej".Co czwartek na stronach gospodarczych ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym grupa moich współpracowników, zwanych Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy. Co tydzień w "Pieniądzach Ekstra" jest też rubryka interwencyjna "Interwencje Ekipy Samcika", w której walczymy o Wasze konsumenckie prawa. Jeśli potrzebujecie rady albo pomocy w sprawie niekoniecznie związanej z produktami finansowymi - piszcie na ekipasamcika@wyborcza.biz. Moi ludzie nie zostawią Was bez pomocy. 

      SUBIEKTYWNOŚĆ EKSKLUZWNIE: DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możecie kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiecie się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      kieszonkowe_zajawka

      baner_640x2501

      Samcik_620x2003

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Ile będziemy w wakacje płacili za euro? Czy warto już dziś kupić walutę na wyjazd? Moja rada”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 maja 2016 08:48

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line