Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • wtorek, 29 czerwca 2010
    • Ostatnie 20 lat na rynkach: średni zysk z akcji: 8,4% rocznie, z obligacji: 7,4%.

      Jedną z podstaw inwestowania jest to, że w długim terminie na akcjach można zarobić więcej, niż na obligacjach, zaś na obligacjach lepiej niż w banku. To podwaliny całej nauki o finansach mówiącej, że im wyższe ryzyko inwestycji, tym większy jest potencjalny zysk. W długim okresie zaś - po wyeliminowaniu wpływu zdarzeń jednorazowych, kryzysów, przejściowych zaburzeń cyklu koniunktury - mimo teoretycznie wyższego ryzyka ceny akcji zawsze rosną szybciej, niż odsetki od lokat, zjadane w dodatku przez inflację.

      Co prawda można w to zwątpić, oglądając choćby wykres indeksu giełdy w Tokio, na którym nie widać tego długoterminowego wzrostu wartości akcji (spójrzcie na obrazek poniżej), ale większość wykresów indeksów giełd jednak potwierdza tę ogólną prawdę, że w długim terminie zysk z akcji, potencjalnie bardziej ryzykownych, jest jednak wyższy, niż z obligacji i lokat.

      Indeks Nikkei

      Tym niemniej jeśli przyjrzeć się z bliska temu „więcej”, które można osiągnąć dzięki inwestycji w akcje, to okaże się, że owo „więcej” nie jest wcale takie duże. Wpadła mi w ręce analiza firmy doradczej Dalbar, która policzyła o ile różniły się stopy zwrotu z akcji i obligacji na przestrzeni ostatnich 20 lat. Okazało się, że średnia roczna stopa zwrotu amerykańskiego indeksu akcji S&P 500 wyniosła w latach 1988-2008 dokładnie 8,35% rocznie. W tym samym czasie indeks Barclays Aggregate, oddający rentowność papierów dłużnych, wyniósł 7,43%.

      Okazuje się więc, że ryzyko, które bierzemy na siebie inwestując w akcje, nie owocuje wcale tak dużo wyższymi długoterminowymi zyskami, jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Różnica, na przykładzie amerykańskiego rynku akcji i obligacji, wynosi raptem 0,9 punktu procentowego.

      Te wnioski potwierdzają też badania internetowego serwisu „Opiekun Inwestora”, który raz w roku sprawdza długoterminowe stopy zwrotu z różnego rodzaju funduszy na naszym, krajowym podwórku. Analizy „Opiekuna inwestora” są o tyle ciekawe, że nie ograniczają się do wyznaczenia jednej stopy zwrotu dla inwestycji zaczynającej się np. 1 stycznia danego roku i kończącej się po 10 latach. Średnie stopy zwrotu obliczane przez serwis powstają po uwzględnieniu wszystkich możliwych początków i końców inwestycji w różne fundusze w zadanym okresie.

      „Opiekun Inwestora” obliczył, że w ostatnich dziesięciu latach średni wynik inwestycji w fundusz pieniężny wyniósł 7,3%, tyle samo średnio zarobili inwestorzy wkładający pieniądze do funduszu obligacji, zaś ci, którzy wybrali fundusze akcji średnio osiągnęli wynik 8% zysku rocznie. A więc również o niecały punkt procentowy wyższy, niż inwestorzy lokujący w fundusze obligacji! Okazuje się więc, że niewiele wyższy zysk z akcji, niż z dużo bezpieczniejszych obligacji jest faktem także u nas, w horyzoncie dziesięcioletnim.

      No dobra, może trochę przesadzam. W wieloletniej perspektywie, z uwzględnieniem procentu składanego, ten niecały punkt procentowy w różnicy opłacalności inwestowania w obligacje i akcje przekłada się na niemałe różnice w finalnej wartości skumulowanego kapitału. Przykładowo inwestując dziś 100.000 zł na 20 lat przy stopie zwrotu 7% rocznie na koniec odbierzemy 196.000 zł, a przy stopie 8% będzie to już 216.000 zł. Różnica sięga 20.000 zł, a więc 20% początkowej sumy. Ale i tak przyznam, że spodziewałem się korzystniejszej długoterminowej relacji zyskowności akcji obligacji.

      Inna sprawa, że te 8% zysku z polskich funduszy akcji to tylko średnia. Wybierając najlepszy na rynku fundusz można było zarobić, jak dowodzi „Opiekun Inwestora”, aż 11,4% w skali roku. Zaś najgorszy fundusz dał zaledwie 2,7% zysku rocznego! To mniej, niż wskaźnik inflacji i zapewne znacznie mniej, niż można było zarobić bez żadnego ryzyka - trzymając pieniądze w banku, na lokacie. Przy okazji wyszło więc na jaw jak gigantyczne znaczenie ma wybór właściwego funduszu i jak dramatyczne mogą być konsekwencje trwania przy funduszu, który przed dwa-trzy lata z rzędu nie pokazuje nic nadzwyczajnego w porównaniu z konkurencją.

      I jeszcze jedno spostrzeżenie. Ten sam „Opiekun Inwestora” wyliczył również średnią stopę zysku rocznego dla funduszy mieszanych, czyli takich, które mają część obligacyjną i akcyjną pod jednym dachem. Ta średnia dla dziesięcioletniego okresu inwestowania wyniosła... zaledwie 6,9%. Okazuje się, że fundusze to nie Head&Sholuders, nie można mieć salonu, szamponu i odżywki w jednym. Fundusz mieszany lepiej zrobić sobie samemu, kupując po trochu bezpiecznego funduszu obligacji lub pieniężnego i agresywnego funduszu akcji. Gotowe rozwiązania, dostarczane przez towarzystwa funduszy, są mało efektywne.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Ostatnie 20 lat na rynkach: średni zysk z akcji: 8,4% rocznie, z obligacji: 7,4%.”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 czerwca 2010 21:33
    • Między kartą z klawiaturką, a taką bez PIN-u, czyli o plastikowym bezpieczeństwie

      Odkąd w kartach płatniczych obok paska magnetycznego (a docelowo - zamiast niego) zainstalowano czip i w ogóle okazało się, że czip może występować bez karty, przed plastikiem otworzyły się świetlane perspektywy. Ale dopiero ostatnie wieści z plastikowego frontu zaczynają zbliżać nas do stanu, w ktorym karta płatnicza stanie się naprawdę bezpiecznym środkiem płatniczym w internecie. Do tej pory chyba nim nie jest. Owszem, często płacę kartą w sieci i jeszcze nigdy nie padłem ofiarą kradzieży danych mojej karty. Ale zawsze, podając dane mojej karty na bezpiecznej stronie firmy rozliczającej płatności internetowe, czuję się nieswojo.

      O ile bowiem do płatności kartą w sklepie jest potrzebny kod PIN lub podpis pasujący do tego na karcie, o tyle do płatności w internecie wystarczy imię i nazwisko wydrukowane na karcie, data ważności karty i jej numer oraz kod CVC zapisany na odwrocie karty. Ten zestaw danych może zdobyć każdy, kto na pół minuty wejdzie w posiadanie mojej karty. A chyba żaden sklep internetowy nie sprawdza zgodności ani firma autoryzująca płatność nie sprawdza adresu zameldowania posiadacza karty z adresem dostawy (bo właśnie niezgodność tych danych może być pierwszą przesłanką, że transakcję mógł zlecić ktoś inny, niż właściciel karty płatniczej.

      Visa CodeSecure 2Teraz jednak w bezpieczeństwie kart w internecie szykuje się przełom. Najpierw Visa poinformowała o wprowadzeniu do obrotu karty Visa Code, a kilka dni później MasterCard wydał komunikat dotyczący debiutu karty z wyświetlaczem, którą wprowadza dla swoich klientów turecki bank TEB. Obie karty oparte są na tym samym patencie. posiadają małe okienko z wyświetlaczem i klawiaturę dotykową. Posiadacz karty może na tym małym wyświetlaczu odczytywać informacje – w formie cyfr lub tekstu – takie jak kod dostępu, saldo rachunku i limit wydatków. A na klawiaturze samodzielnie wklepywaćkody dostępu, np. PIN zatwierdzający transakcje internetowe.

      W przypadku karty Visa CodeSecure wygląda to tak, że przy każdej transakcji online użytkownik musi wprowadzić jednorazowy kod, który zobaczy na wyświetlaczu karty. Tyle, że aby wyświetlacz podał kod, użytkownik karty najpierw musi wylegitymować się kodem PIN.  Wszystkim zarządza czip zamontowany na karcie, a wyświetlacz jest napędzany przez miniaturową baterię wtopioną w plastiku. Brzmi pięknie. Największy problem to koszt karty. Należy przypuszczać, że takie plastikowe cudeńka są znacznie droższe, niż tradycyjne karty. A powszechnie wiadomo, że na koniec dnia za wprowadzenie tego typu innowacji zapłaci klient, w prowizjach za kupowane w bankach usługi.

      Ciekawa sprawa: te same banki, które tak inwestują w bezpieczeństwo kart w internecie, promują technologię transakcji zbliżeniowych (PayPass w przypadku MasterCarda i PayWave w przypadku Visy). Przypomnę, że chodzi o możliwość płacenia małych kwot - do 50 zł w przypadku kart wydawanych w Polsce, za granicą bodaj do 20 euro - bez konieczności wklepywania PIN-u. Kartę po prostu zbliża się do czytnika i transakcja jest zatwierdzona. Wszystko trwa dwie sekundy i nie trzeba mieć przy sobie drobnych. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że co do bezpieczeństwa tej technologii wielu ma wątpliwości.

      Chodzi o to, że skoro komunikacja między kartą a czytnikiem odbywa się drogą radiową (karta ma zamontowane miniaturowe urządzenie nadawczo-odbiorcze), to wystarczy przechwycić sygnał, podstawiając po drodze fałszywy czytnik. I „produkować” fałszywe transakcje o wartości do 50 zł każdą. W internecie jest mnóstwo opisów złamania technologii zbliżeniowej. Czyżby więc organizacje płatnicze i banki oszalały, wyposażając karty w technologię, która jest może i wygodna, ale jednocześnie bardzo niebezpieczna i podatna na kradzież pieniędzy?

      Tak mnie to zaintrygowało, że aż zadzwoniłem do Wojciecha Drzyzgi z Mastercarda, który jest odpowiedzialny za rozwój technologii bezstykowej na polskim rynku. Z tej rozmowy wynika, że technologia PayPass jest jednak bezpieczna. Gwarantuje to ponoć zestaw zabezpieczeń potrzebnych do autoryzacji każdej transakcji. Przepraszam jeśli uproszczę, ale sam miałem kłopoty ze zrozumieniem tego strumienia wiedzy.

      Otóż jeśli zbliżam kartę bezstykową do czytnika zainstalowanego w sklepie, to terminal podpięty do czytenika automatycznie generuje, a czytnik wysyła do karty, pewien numeryczny kod. Czip na karcie przyjmuje kod i na podstawie zdefiniowanego wcześniej algorytmu wykonuje kilka obliczeń (wykorzystuje do nich kod przesłany z czytnika, numer karty i licznik transakcji). Trzy ostatnie cyfry otrzymanej liczby czip karty odsyła do czytnika sklepowego. Jeśli wszystko się zgadza, transakcja jest zatwierdzana.

      A co z przechwytywaniem sygnału? Tu Drzyzga też jest spokojny. Każdy terminal i czytnik musi być autoryzowany, gdyby ktoś chciał się „podpiąć” do transakcji z pirackim urządzeniem, w centrum rozliczeniowym od razu byłoby to widoczne. Poza tym takie pirackie urządzenie mogłoby przechwycić tylko mało znaczace rzędy cyfr - między czipem karty, a czytnikiem nie transmituje się ani nazwiska posiadacza karty, ani numeru karty, ani żadnych danych transakcji. No i wreszcie ostatnia rzecz: w polskim prawie każda transakcja, która nie została zautoryzowana PIN-em lub podpisem, zostaje przeprowadzona na odpowiedzialność banku. Czyli gdyby ktoś po drodze jakimś cudem przejął dane transakcji lub pieniądze, to i tak odpowiedzialność spoczywa na banku, a nie kliencie.

      Oczywiście nie jestem w stanie zweryfikować tych informacji, ale jeśli wśród Was są eksperci od transakcji kartowych, to zapewne chętnie podyskutujecie na temat bezpieczeństwa transakcji zbliżeniowych. Zapraszam, może i ja przy okazji się czegoś nauczę. A żeby jeszcze dodać temperatury dyskusji, przeczytajcie sobie o złamaniu przez brytyjskich naukowców technologii czipowej :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Między kartą z klawiaturką, a taką bez PIN-u, czyli o plastikowym bezpieczeństwie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 czerwca 2010 07:51
  • poniedziałek, 28 czerwca 2010
    • Kredyt dwuwalutowy? Świetna rzecz, ale nie oferujcie jej każdemu chętnemu

      Coraz głośniej robi się o wchodzącej od lipca w życie Rekomendacji T, która ma ograniczyć możliwość udzielania kredytów bankowych osobom już mocno zadłużonym. A ja przyznaję, że z coraz większym zaciekawieniem obserwuję inną próbę sił, do której zmierzają bankowcy i Komisja Nadzoru Finansowego. Chodzi o walutowe kredyty hipoteczne. Wiadomo, że KNF zastanawia się, czy nie ograniczyć lub całkiem nie zamknąć rynku kredytów walutowych. „To nie może być produkt masowy” – mówił niedawno w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Andrzej Stopczyński, szef pionu nadzoru bankowego w KNF.

      Banki zaś przeciągają tę linę w zupełnie innym kierunku. Związek Banków Polskich prognozuje, że na koniec roku udział walutowych kredytów hipotecznych w sprzedaży takich kredytów w Polsce może dojść nawet do 40%. W pierwszym kwartale 2010 r. w walutach obcych udzielono 22,6% z kwoty 9,8 mld zł wypłaconych kredytów. Z bardziej aktualnych danych NBP z końca kwietnia wynika, że 29% wzrostu wartości zadłużenia gospodarstw domowych z tytułu kredytów na nieruchomości przypadła na kredyty walutowe.

      Zdaniem Haliny Kochalskiej z sieci brokerów Gold Finance „odcięcie od kredytów walutowych najbardziej dotknęłoby osoby poszukujące wysokich kredytów, czyli kupujące mieszkania większe i w droższych lokalizacjach”. Tyle, że żadne odcięcie klientom nie grozi, bo banki już wymyśliły sposób, jak ewentualne regulacje nadzoru  Drogę wskazał bankowcom BNP Paribas Fortis, który jako pierwszy wprowadził na rynek dwuwalutowy kredyt hipoteczny.

      Założenia kredytu są proste: 50% potrzebnej kwoty kredytobiorca pożycza w złotych, zaś pozostałą część w euro. Marża jest w obu przypadkach taka sama i zaczyna się od 1,99%. Jak piszą analitycy Home Broker „kredytobiorca ponosi mniejsze ryzyko niż w przypadku, gdyby zadłużył się wyłącznie w euro. Jednocześnie płaci niższą ratę niż gdyby zadłużył się wyłącznie w złotych, ale jest ona wyższa niż w przypadku, gdyby wziął kredyt tylko w euro”.

      Home Broker liczy: „Przy założeniu, że kredytobiorca zaciągnąłby kredyt w złotych na 300.000 zł (na 30 lat) z marżą 1,99% i oprocentowaniem 5,85%), jego rata wyniosłaby 1770 zł. Gdyby wziął kredyt w euro na 300.000 zł z taką marżą, oprocentowaniem 2,7%, rata wyniosłaby 1312 zł. Gdyby natomiast wziął kredyt dwuwalutowy rata wynosiłaby 1541 zł. Byłaby więc o 13% niższa od raty kredytu w złotych i o 17% wyższa od raty kredytu w euro”.

      Ograniczeniem kredytu BNP Paribas Fortis jest stosunkowo niski poziom maksymalnego LTV (stosunek kwoty kredytu do wartości nieruchomości), który wynosi 85%. W przypadku zwykłego kredytu w złotych w BNP Paribas ten sam parametr wynosi 90% (bank nie oferuje kredytów tylko w walucie). Mimo wszystko idea kredytu dwuwalutowego bardzo mi się podoba - jeśli klient będzie ponosił mniejsze ryzyko walutowe, a jednocześnie dostanie szansę na kredyt o nieco niższej racie, to świetnie. Ale pod warunkiem, że bank nie będzie pożyczał pieniędzy osobom zbytnio zadłużonym, bo ryzyko wiążące się z kredytem choćby częściowo walutowym, jest oczywiste.

      Z informacji Home Broker wynika, że kolejne banki myślą o wprowadzeniu kredytu dwuwalutowego. „Otwarcie o takich planach mówi Allianz Bank, który podobnie jak BNP Paribas, nie oferuje obecnie kredytów walutowych. Sytuację na rynku analizuje też Kredyt Bank, który w tej chwili udziela kredytów w euro, chociaż w ich przypadku wymaga, aby dochód netto gospodarstwa domowego wynosił przynajmniej 5 tys. zł (w Warszawie 7 tys. zł)”.

      Home Broker pisze, że w niektórych bankach istnieje możliwość zaciągnięcia dwóch kredytów: jednego w złotych, drugiego np. w euro, pod zastaw jednej kupowanej nieruchomości. „Taką możliwość dopuszczają obecnie dwa banki – Getin Noble Bank i Kredyt Bank. W pierwszym z nich warunkiem jest, aby nieruchomość była kupowana na rynku wtórnym. W Kredyt Bank maksymalne LTV dla złotych wynosi 100%, a dla euro 85%. Przy założeniu jednakowego udziału obu kredytów łączne LTV wynosi 92,5%”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Kredyt dwuwalutowy? Świetna rzecz, ale nie oferujcie jej każdemu chętnemu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 czerwca 2010 15:51
  • niedziela, 27 czerwca 2010
    • Open Finance: nie zapłacimy doradcy, jeśli jego klient nie będzie zadowolony!

      O zastrzeżeniach wobec doradców Open Finance napisano już chyba wszystko. Największa sieć doradców finansowych na rynku (kontroluje grubo ponad połowę sprzedaży tej części kredytów hipotecznych, które przechodzą przez ręce pośredników i ponad 70-80 proc. inwestycji, głównie planów systematycznego oszczędzania) od dawna ma problem wizerunkowy.W odróżnieniu od głównych konkurentów, takich sieci jak Expander, czy Gold Finance, Open Finance należy do grupy bankowej Getin Noble Bank. Co i rusz pojawiały się więc zarzuty klientów, że doradcy na siłę wciskają im produkty tego właśnie holdingu.

      Szefowie Open Finance wymyślili genialną rzecz, żeby z tym skończyć. Otóż w najbliższych dniach firma ogłosi wprowadzenie... gwarancji wysokiej jakości obsługi dla klientów. Każdy klient, który będzie wchodził do oddziału Open Finance, zostanie poinformowany, że wynagrodzenie doradcy finansowego będzie zależało od poziomu jego satysfakcji. Jeśli klient będzie niezadowolony, to doradca nie dostanie premii. Chodzi o to, żeby doradca stanął na uszach w celu dogodzenia klientowi. Adrian Jarosz, prezes Open Finance, nie ukrywa, że na wprowadzenie nowych regulacji miały wpływ krytyczne publikacje na temat jakości obsługi klientów firmy, które publikowałem na łamach „Gazety”, na stronach serwisu Wyborcza.biz oraz w gazetowym blogu „Subiektywnie o finansach”.

      Jak gwarancja wysokiej jakości obsługi ma wyglądać w praktyce? Każdy klient, po wizycie w placówce Open Finance, otrzyma telefon z call centre sieci doradców z pytaniem o to, czy jest zadowolony z obsługi przez doradcę. Jeśli klient uzna, że nie jest zadowolony z obsługi, zostanie dokładnie wypytany o przyczyny takiego stanu rzeczy, a jego informacje skonfrontowane z wyjaśnieniami doradcy. Jeśli zarzuty klienta co do jakości obsługi będą uzasadnione - doradca nie otrzyma premii związanej ze sprzedanymi danemu klientowi produktami finansowymi. W Open Finance, tak jak na całym rynku, na premiach od sprzedaży doradcy osiągają 70-80 proc. swoich przychodów.

      Czy to tylko marketingowy chwyt, czy rzeczywiście Open Finance stawia na jakość obsługi? Życie pokaże. Z jednej strony już sam fakt, że do klienta zadzwoni ktoś w rodzaju nadzorcy i będzie pytał o poziom zadowolenia, powinien sprawić, że doradca stanie się bardziej pomocny. Może nie zapomni wypełnić żadnego kwitka, odpuści sobie spojrzenia spode łba, powstrzyma się od opryskliwych uwag. Będzie jak na tym filmie reklamowym:

      Z drugiej strony nawet największa kontrola satysfakcji klienta nie gwarantuje, że doradca nie spróbuje wcisnąć mu kredytu lub lokaty grupy Getin Noble Banku. Wykluczy co prawda proste tricki typu „zapominanie” przez doradcę o tym, że wypełnione wnioski kredytowe trzeba wysłać do wszystkich banków wytypowanych wspólnie z klientem, a nie tylko do Getin Noble. Ale jeśli, dziwnym trafem, to z Noble Banku zatwierdzone wnioski kredytowe będą wracały najszybciej, to klient nadal będzie kupował to, co doradcy i jego grupie finansowej się opłaci...

      Nie chcę jednak z góry krytykować zasad Open Finance, bo uważam, że trzeba dać firmie szansę. Z całą pewnością jest to krok we właściwym kierunku. Nawet jeśli pojawią się zarzuty, iż mamy do czynienia ze zwykłym manewrem wizerunkowym, to z pewnością niektórzy doradcy Open Finance będą się teraz bardziej pilnowali. Jeśli nawet tylko kilka procent klientów z tego powodu poczuje większą satysfakcję, to zawsze jakiś plus.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Open Finance: nie zapłacimy doradcy, jeśli jego klient nie będzie zadowolony!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 czerwca 2010 21:27
  • sobota, 26 czerwca 2010
    • Leasing i weksel in blanco, czyli co będzie jak BMW spadnie z lawety?

      Weksel in blanco, takie niewinne zabezpieczenie spłaty wielu kredytów, czasem potrafi wzbudzić sporo emocji. Choć prawo bankowe dokładnie określa w jakim przypadku i do jakiej kwoty bank może dochodzić od klienta roszczeń z użyciem weksla, wiele osób źle się czuje składając na takim dokumencie podpis. Zwłaszcza, że w umowie między bankiem, a klientem często bywają zapisywane dziwne warunki, które - przynajmniej na oko laika, mogą być dla instytucji finansowej furtką, by wydoić klienta.

      Od jednego z czytelników dostałem list nawiązujący właśnie do tego typu wątpliwości.
      Mój majętny znajomy zapragnął nabyć BMW, a że jest przedsiębiorcą, to pomyślał o leasingu. Oprócz umowy leasingowej podsunięto mu do podpisu weksel in blanco, w którym znajomy brał na siebie odpowiedzialność nie tylko za niepłacenie rat ale też za dodatkowe potencjalne koszty” - pisze czytelnik.

      Zapis wygląda tak: „Suma wekslowa obejmuje również kary umowne, należności i koszty banku finansującego, powstałe na skutek wygaśnięcia lub odstąpienia od Umowy Leasingu, w związku z niezawarciem umowy dostawy, brakiem dostawy lub opóźnieniem dostawy powyżej trzydziestu dni, w tym opóźnieniem w uruchomieniu przedmiotu leasingu powyżej trzydziestu dni z powodu przyczyn, za które odpowiedzialność ponosi Dostawca i/lub Korzystający”.

      Czytelnik podejrzewa, że może to być jakaś mina. „Czy to znaczy, ze jeśli przy transporcie samochód spadnie z lawety albo BMW Polska się spóźni z jego dostawą, to należąca do banku spółka leasingowa, która finansuje zakup auta, wypełni weksel?” - pyta. Na pierwszy rzut oka można mieć takie wątpliwości. Aby jednak udzielić czytelnikowi kompetentnej porady, udałem się do prawników. A konkretnie do p. Tomasza Waszczyńskiego z kancelarii Grabiński i Wspólnicy.

      Pan Tomasz od razu dokonał ważnego zastrzeżenia: „Ocena fragmentarycznego zapisu umowy zawsze jest obarczona znacznym ryzykiem błędu. Brak jest w związku z tym zwykle możliwości kategorycznej oceny skutków wywoływanych przez taki zapis. Umowy – szczególnie te bardziej skomplikowane, do których należy umowa leasingu – powinny być analizowane w całości, gdyż tylko to gwarantuje prawidłowe zrozumienie zawartych w niej zapisów”.

      Ale potem prawnik przystąpił do konkretnej oceny: „Z przedstawionego fragmentu wysnuć można przypuszczenie, że spóźnienie się BMW Polska lub upadek samochodu z lawety nie muszą stanowić powodu wypełnienia weksla. W zapisie tym wskazano bowiem jedynie, jakie składniki mogą wchodzić w skład sumy wekslowej. W umowie powinna zostać ponadto wskazana procedura prowadząca do wypełnienia weksla. Przedstawione zdarzenia niekoniecznie muszą spowodować powstanie po stronie Finansującego kar umownych, kosztów i innych należności, które dodatkowo wynikać będą z wygaśnięcia lub odstąpienia od umowy leasingu. Podsumowując – przedstawione zdarzenia nie powinny co do zasady skutkować wypełnieniem weksla” - pisze Tomasz Waszczyński.

      To brzmi uspokajająco, choć dodatkowe zastrzeżenia, które spółka leasingowa zawarła w umowie, są zastanawiające. Dlaczego klient miałby ponosić w całości koszty opóźnienia dostawy samochodu przez producenta lub dealera samochodów? Fakt, że nie ma powodu, by te koszty ponosił leasingodawca, ale chęć wpisaywania do umowy różnych rzeczy, za które ma płacić klient, jest mimo wszystko deprymująca

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Leasing i weksel in blanco, czyli co będzie jak BMW spadnie z lawety?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 26 czerwca 2010 07:24
  • czwartek, 24 czerwca 2010
    • Jak tu uproduktowić klienta, czyli... nie każdy lubi kredyt z bankomatu

      O tym, że banki skorzystają z każdego sposobu, żeby bardziej klienta zkrosselować i uproduktowić :-), nie muszę Was chyba przekonywać. Ale niekiedy bankowcy w tym swoim dziele zbliżają się niebezpiecznie blisko do granicy, która powoduje, że klient nie tylko nie zostaje zkrosselowany, ale przeciwnie - wkurzony i planujący na banku srogą zemstę. Tak zareagowała na próbę swego uproduktowienia jedna z klientek mBanku, pani Edyta. Została ona zaatakowana przez bank propozycją wzięcia szybkiej pożyczki... bezpośrednio przy bankomacie, poidczas wypłacania z konta gotówki.

      A było tak. „Od jakiegoś czasu w bankomatach sieci Cash4You, z którą mBank ma podpisaną umowę na bezprowizyjne wypłaty gotówki, po dokonaniu autoryzacji karty PIN-em - w momencie oczekiwania na gotówkę - na ekranach pojawia się pewen komunikat: 'Drogi (tu imię i nazwisko klienta). mBank przygotował dla Ciebie ofertę kredytową. Przyznano Ci limit w wysokości (tu kwota) złotych. Czy chcesz skorzystać z oferty?'. I dalej dwie opcje: tak i nie. Oraz obietnica banku, że w razie zainteresowania oddzwoni do klienta” - pisze pani Edyta.

      „Ponieważ nie miałam ochoty, żeby wszyscy przechodnie, którzy za mną stoją, widzieli, jaką mam zdolność kredytową, zadzwoniłam do mBanku i spytałam, na jakiej podstawie dostaję propozycje handlowe za pośrednictwem bankomatu. Pani z infolinii wyjaśniła mi, że po autoryzacji PIN-em bankomat automatycznie łączy się z moim kontem i przedstawia mi ofertę reklamową przygotowaną przez mBank. Poinformowałam, że w takim przypadku wycofuję swoją zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych przez mBank w celach marketingowych. Pani wprowadziła zmiany w systemie i na tym rozmowa się skończyła” - donosi mi czytelniczka.

      Okazało się jednak, że okiełznać bankomat nie jest tak łatwo: „Kilka dni temu ponownie korzystałam z bankomatu Cash4You i pojawił się dokładnie ten sam komunikat. Zatem ponownie zadzwoniłam na infolinię mBanku i zapytałam ile czasu trwa wycofanie mojej zgody na otrzymywanie informacji handlowych. Dowiedziałam się, że zgodnie z informacją systemu nie będę otrzymywała już informacji handlowych od mBanku drogą elektroniczną, telefoniczną oraz innymi kanałami komunikacji, jednak brak zgody nie dotyczy informacji handlowych dostarczanych za pośrednictwem bankomatu Cash4You, zatem nie ma możliwości, aby wyłączyć mi taką opcję przekazywania reklam” - dowiedziała się pani Edyta. Zatem: przerąbane. Bankomat ma sprzedawać kredyty i już. A jak się klientowi nie podoba, to niech idzie do innej maszyny.

      Klientka nie odpuściła: „Kiedy poprosiłam o przesłanie mi regulaminu, na podstawie którego moje dane osobowe są przetwarzane bez mojej zgody i otrzymuję niezamówione informacje handlowe, Pani poinformowała mnie, że złożyła dyspozycję udzielenia takiej informacji, która jest rozpatrywana w ciągu 30 dni od daty wpłynięcia. I do tego czasu moje dane nadal będą przetwarzane w bankomatach Cash4You. To bardzo mnie zniechęciło do mBanku, z którego usług jestem do tej pory bardzo zadowolona. Przetwarzanie moich danych osobowych w bankomatach jest według mnie nadużyciem i naruszeniem mojej prywatności” - piekli się pani Edyta. Tak sobie myślę, że może ma trochę racji?.

      Czytelniczka ma także uwagi natury... hmmm... filozoficznej. Też niegłupie: „Dyskusyjny jest też sam kanał komunikacji. Nie każdy ma ochotę, żeby przypadkowe osoby widziały, jaką mają zdolność kredytową. Wystarczyłoby przecież napisać: 'Mamy dla Ciebie ofertę kredytową'. Bez podawania szczegółów, takich jak nazwisko czy limit. Kod PIN chyba służy do akceptacji transakcji kartą, a nie do dostępu do bankowości internetowej i ofert handlowych. Od tego jest login i hasło. Chyba nie można zakładać, że klient będzie szczęśliwy tylko z tego powodu, że docieramy do niego wszędzie. Chyba powinny być jakieś granice prywatności i poufności, zwłaszcza w przypadku informacji finansowych?”. Z tymi pytaniami Was pozostawiam, licząc na żarliwą dyskusję.

      A jeśli będzie Wam trudno wyrobić sobie zdanie w tej kwestii, to posłuchajcie jeszcze co ma na ten temat do powiedzenia Krzysztof Olszewski z mBanku: „Rzeczywiście od 28 maja br. osoby aktywnie korzystające z usług i produktów mBanku mogą otrzymywać propozycję skorzystania z kredytu gotówkowego lub karty kredytowej podczas wypłaty gotówki z bankomatów sieci cash4you. Informacja prezentowana jest wyłącznie tym Klientom mBanku, którzy wcześniej wyrazili zgodę na przetwarzanie danych osobowych w celach marketingowych”.

      Zgodnie z prawem, każdy może odwołać udzieloną zgodę lub zmodyfikować jej zakres - w tym celu wystarczy zalogować się do systemu transakcyjnego lub zadzwonić na mLinię. Co dzieje się dalej? Po przekazaniu dyspozycji Klienta, informacja natychmiast zapisywana jest w systemach banku. Przesyłana jest również do partnerów, w tym wypadku operatora sieci cash4you. Wysyłka danych do tego partnera odbywa się raz w tygodniu. Rozumiemy, że niektórzy Klienci mogą być zaskoczeni taką formą promocji produktów, dlatego przed rozpoczęciem akcji zdecydowaliśmy się poinformować o niej za pośrednictwem bloga oraz strony biura prasowego. Proszę pamiętać, że niezależnie od formy reklamy i sposobu jej przekazywania, Klienci zawsze mają prawo nie wyrazić na nią zgody”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Jak tu uproduktowić klienta, czyli... nie każdy lubi kredyt z bankomatu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 czerwca 2010 21:43
    • Ten bank nie lubi nocnych Marków

      Nie wiem jak Wy, ale ja przyzwyczaiłem się już do tego, że w XXI wieku mój bank jest otwarty 24 godziny na dobę. Jak mam kaprys to wchodzę do serwisu internetowego i sobie bankuję do woli. I dopiero list od czytelnika blogu, pana Arka, uświadomił mi, że nie wszyscy żyją w tak pięknym świecie, w którym bank działa zawsze. Nie myślę tu o delikwentach, którzy po prostu nie mają dostępu do banku przez internet (ci rzeczywiście są ograniczeni godzinami działania placówek). Myślę tu o pechowcach, mających swoje konta internetowe w bankach, w których nie jest to priorytetowy kanał dostępu. Zresztą Lukas nie jest jedynym bankiem, który dotąd nie stawiał na internet. Tak było do niedawna np. w Getin Banku, który też wyrósł na szybkich pożyczkach i lokatach.

      Wygląda na to, że takim bankiem jest Lukas, należący do francuskiego Credit Agricole. Od pewnego czasu Lukas pozuje na bank uniwersalny, ale nie ma co kryć, że wyrósł na szybkich pożyczkach gotówkowych i ratalnych. Próbował też zaistnieć w hipotecznych, ale skończyło się to polityką hakową. Ale oczywiście ma od dość dawna konta osobiste, ma też ich wersje internetowe. Ba, swego czasu liderowały one nawet w rankingach na najtańsze konta dostępne w sieci. Jednak żeby to był strategiczny z punktu widzenia Lukasa kanał dostępu do jego usług? Tego bym nie powiedział. Przynajmniej po lekturze wspomnianego już wyżej listu od pana Arka.

      Pan Arek zaczął swój list od obowiązkowego hołdu lennego, za co mu bardzo dziękuję. I cytuję ów wstęp, jako wzorzec tego w jaki sposób warto zaczynać listy, bym czytał je w pierwszej kolejności. „Bardzo dobrze mi się czyta Pańskiego bloga, traktuję go właściwie jako jedno z głównych, a na pewno najprzystępniejsze źródło wiadomości ze świata finansów tych dużych i mniejszych”.

      Potem już pan Arek przechodzi do rzeczy: „Zwracam się o pomoc, gdyż z tego, co zauważyłem, Lukas Bank nie lubi "nocnych Marków". Jeszcze nigdy nie zdołałem się zalogować do systemu transakcyjnego po godzinie 22.00. Za każdym razem wyskakuje ”Błąd działania systemu, EMCI:40001". Mam też konto w mBanku i tam nie mam takich problemów problemu. Czyżby Lukas nie lubił klientów, którzy nie śpią po nocach? A może wpłaca pieniądze swoich klientów na nocną lokatę Aliora?” - kończy branżowym żartem swój list. No, nieźle. Bank, który wyłącza na noc swój serwis internetowy, żeby serwery się nie przegrzewały? Zadzwoniłem do Lukasa i zapytałem czy nie można byłoby zainstalować jakichś większych wiatraczków, żeby nie trzeba było wyłączać systemów.

      Ale Izabela Mościcka, rzeczniczka Lukasa, zapewniła mnie, że z wiatraczkami wszystko jest OK. „Oczywiście, że lubimy „nocnych Marków”, tak jak wszystkich pozostałych klientów. Choć rzeczywiście system transakcyjny może być niedostępny w godzinach 23.30. - 1.00. i 3.00 - 4.00. System przetwarza i aktualizuje wtedy dane. Żeby nie sprawiać klientom, którzy chcą zrobić jakieś transakcje w nocy, niemiłych niespodzianek, taki komunikat umieściliśmy na naszej stronie internetowej. Uruchomiliśmy już proces, który ma sytuację zmienić, tak żeby nasz serwis był dostępny całą dobę”.

      To mnie uspokaja. Pana Arka - jak sądzę - także. To oczywiste, że każdy system musi od czasu do czasu „odpocząć” od klientów. Choć czasami dzieje się to w dziwnych godzinach. Swego czasu pisał do mnie klient Alior Banku, który nie mógł zrozumieć dlaczego jego bank zaczął „nocne przetwarzanie danych” już o... godz. 17.00. A z kolei  w jedną z ostatnich niedziel wyłączyli na amen system Multibanku. Tu prace konserwacyjne systemu trwały nie tylko przez całą noc z soboty na niedzielę, ale też w samą niedzielę... do 11.30. Jeśli ktoś miał inny pomysł na niedzielny poranek, niż łóżko lub msza święta, to miał przerąbane, bo nie działał dostęp przez internet, karty, bankomaty. No, ale pół biedy gdy bank „pada” o dziwnej porze raz na jakiś czas. Gorzej jeśli dzieje się to każdego wieczora...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Ten bank nie lubi nocnych Marków”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 czerwca 2010 08:00
  • środa, 23 czerwca 2010
    • Era kasy, czyli o tym jak wydoić klienta, a potem sprawić, żeby cię znienawidził

      Znęcałem się już kiedyś na stronach tego blogu nad idiotycznymi, przeraźliwie głupimi i bałamutnymi telewizyjnymi loteriami. Niestety nie powstrzymało to ich zawrotnej kariery i plaga się wciąż rozszerza. Zdarza się, że w jednym tygodniu źli ludzie atakują nas kilkoma tego rodzaju „zabawami”, w których szansa na wygraną jest iluzoryczna, a pieniądze już włożone przez klienta w cały interes po kilku dniach okazują się nic nie warte.

      Wyjątkowo szkodliwa wydaje mi się pod tym względem loteria „Era kasy”, stworzona - jak sama nazwa wskazuje - dla klientów sieci telefonii komórkowej Era i innych marek z tej grupy (np. Heyah). Podstawowa zasada jest taka, jak w innych tego typu turniejach. Wysyłasz SMS-y pod wskazany numer, kupując tym samym losy w loterii.

      Era Kasy

      Niestety liczba losów jest nieskończona, więc szybko okazuje się, że te, które kupiłeś kilka dni temu, już są mało ważne, bo dziś za identyczną kwotę można kupić już tych losów sto, tysiąc albo i milion razy więcej. Szanse na wygraną można utrzymać tylko wtedy, jeśli się cały czas inwestuje w grę nowe pieniądze. I tak bez przerwy. Strasznie to głupie, bo nawet w toto-lotku, choć szansa na wygraną jest minimalna, to jednak można ją choćby w przybliżeniu oszacować. A w zabawie Ery jest to absolutnie niemożliwe.

      Kłopot z loterią Ery mam taki, że jest w niej zaszyty wyjątkowo niebezpieczny punkt, który sprawia, że gracz przestaje kontrolować związane z grą wydatki. O ile w klasycznej loterii tego typu występuje prosty mechanizm, że firma prowadząca przedsięwzięcie przesyła głupawe SMS-y, które mają mnie namówić, żebym wysłał płatnego SMS-a pod wskazany numer (w tym przypadku 7400, ale błagam - nie próbujcie), zwiększającego szansę na zwycięstwo, o tyle w Erze posunęli się dalej - każą sobie płacić także za te SMS-y, które sami do uczestnika gry wysyłają.

      Chodzi mi o instytucję tzw. Klubu Gracza, do którego może przystąpić każdy uczestnik, żeby dostawać więcej punktów, niż inni. Żeby znaleźć się w tym elitarnym gronie, trzeba wysłać SMS pod inny już numer telefonu: 60400. A kiedy już jesteś w Klubie Gracza, twój rachunek telefoniczny jest w nie lada tarapatach. Otóż - jak mówi regulamin konkursu - „Uczestnik, który przystąpi do Klubu Gracza, będzie otrzymywał codziennie, od dnia przystąpienia do Klubu Gracza do dnia 28 sierpnia 2010 roku, jedną wiadomość w formie SMS-a, której koszt, w kwocie 4 zł netto + 22% podatku VAT, poniesie Uczestnik”.

      Jakież to elitarne SMS-y przychodzą w tak zacnej cenie? Oto kilka z nich, które otrzymałem dzięki uprzejmości jednego z klubowiczów, do dziś żałujących przystąpienia do tegoż fatalnego przedsięwzięcia. „Komunikat specjalny! Ten numer został wyznaczony do gry o nagrodę główną! Należy wysłać SMS o treści TAK na 7400! Inaczej 50.000 zł przepada!”. „Nie uwierzysz, dziś jest Twój dzień! Wyślij SMS o treści TAK na 7400, żeby wygrać 50.000 zł”. „Pilne wezwanie do wysłania SMS o treści TAK na 7400! Odczytasz oficjalne zawiadomienie! Czekamy 13 minut! Pozdrawiam, Menedżer Działu Finansowego”, „Masz nową wiadomość od prezesa loterii! Proszę o SMS o treści TAK na 7400, by ją odczytać!”, „Proszę odpowiedzieć na ten SMS. To bardzo ważne, bo codzi o możliwość przekazania kwoty 50.000 zł. Proszę wysłać SMS o treści TAK na 7400”.

      Jeśli ktoś da się złapać w pułapkę „Klubu”, to do końca sierpnia zobaczy na swoim rachunku kwotę ok. 350 zł jako opłatę za głupawe SMS-y, przesyłane na jego telefon. No dobra, jest też inny „bonus”: „Wraz z otrzymaniem tej wiadomości SMS Uczestnik otrzymuje podwojenie Losów uzyskanych w związku z wysłaniem swojego Zgłoszenia na odpłatny numer 7400 pomiędzy godziną 0:00:00, a godziną 23:59:59 w dniu, w którym otrzymał wiadomość SMS z Klubu Gracza. W przypadku, gdy Uczestnik nie prześle swojego Zgłoszenia w dniu, w którym otrzymał od Organizatora wiadomości SMS w ramach Klubu Gracza, zostanie mu przyznanych 200 Losów”. Łzy wzruszenia zalewają mi oczy.

      Tak samo zresztą, jak uczestnikom wielu forów telekomunikacyjnych - klientom Ery - którzy o loterii operatora wypowiadają się, oględnie rzecz ujmując, niezbyt sympatycznie. Jeśli Era postanowiła dzięki tej grze poprawić swój wizerunek, to obawiam się, że ten chytry plan może jej się nie udać. Na forum Telepolis.pl znalazłem takie oto opinie klientów sieci: „Era to ściema, nigdy więcej nie będę w Erze”, „Dziwię się, że niby poważny operator Era stosuje tak oszukańcze i złodziejskie metody nabierania swoich klientów. Dla mnie Era straciła wiarygodność”. „Nie mam słów do sieci Era. Banda naciągaczy. Szkoda, że tak okradają własnych klijentów (pisownia oryginalna - dopisek SoF). Mam dwa telefony w abonamecie na firmę, na 200 zł miesięcznie. I jeszcze im mało, muszą naciągać na te głupie gierki esemesowe. Szkoda, wkrótce się pożegnamy. Mało tego, zadbam o to, żeby zniechęcać wszystkich innych”.

      I dalej: „Wysłałam sporo swoich losów, bo co chwilę mi piszą, że to konieczne, jak nie, to moje szanse przepadają. A co z wysłanymi do tej pory losami!!! W porządnej loterii możesz wysłać choćby jeden los i juz masz szansę wygrać. Tuż po wysłaniu wielu SMS-ów dowiaduję się, że muszę wysłać teraz i to szybko SMS, bo wszystko przepada  Żałuję, że wysłałam choć jednego SMS-a. Od tej pory każdą loterię Ery wpisuję do blokowanych żródeł SMS-ów. Palanci i naciągacze!”. I na koniec najsłodszy wpis: „A już myślałam, że się zlitują i dadzą jakąś nagrodę. O Boże, ale jestem naiwna...”. Ej, panie i panowie z Ery, może jednak się zlitujecie? :-)

      Aha, a jeśli ktoś z Was dostąpił „zaszczytu” uczestnictwa w loterii i wstąpił w poczet Klubu Gracza, to za drobną opłatą 4 zł plus VAT mogę zdradzić sposób, jak się z tego interesu wypisać. No dobra, powiem za darmo: trzeba wysłać SMS o treści „STOP KASA” na numer 60400. Zróbcie to szybko, zanim Wasza kasa znajdzie się na koncie Ery :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Era kasy, czyli o tym jak wydoić klienta, a potem sprawić, żeby cię znienawidził”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 23 czerwca 2010 07:36
  • wtorek, 22 czerwca 2010
    • PKO-wskie mambo-dżambo, czyli co powiedzieć, żeby nic nie powiedzieć?

      Dziś, przy okazji ogłaszania ceny emisyjnej akcji Tauronu, minister skarbu Aleksander Grad po raz kolejny poruszył sprawę ewentualnego przejęcia banku BZ WBK przez polski kapitał. O tym, że jest taki projekt pisałem już w blogu jakiś czas temu, zaś na łamach „Gazety Wyborczej” starałem się nakreślić możliwe scenariusze. Dziś minister Grad poszedł krok dalej - otwarcie oświadczył, że jego resort będzie wspierać starania PKO BP o zakup BZ WBK od irlandzkiej grupy AIB.

      Jak będzie je wspierał? Otóż Ministerstwo Skarbu m.in. zamierza zwrócić się o miesięczną przerwę w walnym zgromadzeniu akcjonariuszy banku, by ewentualnie zmienić decyzję w sprawie wypłaty dywidendy.„Jeżeli będziemy widzieli, że PKO BP ma poważne szanse na zakup BZ WBK, to nie zawahamy się przyjąć taką uchwałę w sprawie dywidendy, aby PKO BP samodzielnie mógł zrealizować tę transakcję" - powiedział na konferencji prasowej Grad. Wcześniej planowano, że na dywidendę PKO BP przeznaczy miliard złotych.

      Jesteśmy w stanie, przez odpowiednią decyzję o dywidendzie sprawić, że bank bez uszczerbku będzie mógł tę transakcję sfinansować" - dodał Grad. Uważam, że ów miliard bynajmniej sprawy nie rozwiązuje, bo aby kupić BZ WBK potrzeba tych miliardów dziesięć. Będzie trzeba wyemitować akcje, być może wydrenować bank z rezerw finansowych i bieżących zysków. Akcjonariusze PKO BP zapewne chcieliby wiedzieć jak bank planuje sfinansować ewentualną transakcję, czy wpłynie ona na płynność finansową, na tempo akcji kredytowej, na wskaźniki wypłacalności.

      Niestety, akcjonariusze muszą pozostać w magmie domysłów, bo Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP, wciąż nie uznaje za stosowne podzielić się swoimi przemyśleniami. Wysłał za to coś, co jeden z moich redakcyjnych kolegów nazwał zgrabnie PR-owskim mambo-dżambo. Poniżej cytat z oświadczenia banku. Jest genialne. Chętnie przeczytam w komentarzach do blogu jego interpretacje. Dajcie mi trochę radości, przecież od poniedziałku jestem na urlopie!

      A oto obiecane mambo-dżambo: „Dbanie o jak najwyższe wyniki finansowe oraz zapewnienie najlepszej pozycji konkurencyjnej PKO Banku Polskiego w sektorze bankowym jest obowiązkiem Zarządu. Chcemy, aby nasz Bank był niekwestionowanym liderem polskiej bankowości, w związku z tym z uwagą przyglądamy się otoczeniu bankowemu i wyciągamy wnioski. Nasze działania ukierunkowane są na wzrost Banku, w sensie ilościowym i jakościowym. Z aprobatą przyjmujemy wszelkie działania akcjonariuszy, które wspierają nas na tej drodze”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „PKO-wskie mambo-dżambo, czyli co powiedzieć, żeby nic nie powiedzieć?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 czerwca 2010 20:57
    • 90 zł za ubezpieczenie od kradzieży? Coś drgnęło w cenach polis samochodowych

      Wiecie nie od dziś jak bardzo drażni mnie większość reklam telewizyjnych, w których firmy ubezpieczeniowe zachęcają do zakupu polis komunikacyjnych. Większość tych spotów jest oparta na prostej, lecz bałamutnej zasadzie: u konkurencji jest drogo, u nas tanio. Pokazuje się więc jakieś duże liczby, a na ich tle nasza, malutka składka OC i AC. Oczywiście nasza składka jest tak malutka tylko dlatego, że odpowiednio dobraliśmy przykładowe ubezpieczenie: wzięliśmy do wyliczeń kierowcę, który od 20 lat nie miał stłuczki, auto przechowuje w garażu, ma 40 lat, jest przykładnym mężem i ojcem. Czyli: wariant idealny. Na szczęście niektóre firmy ubezpieczeniowe zrezygnowały już z tej wątpiwej praktyki.

      Wkurza mnie to, bo ile razy, opierając się na przekazie reklamowym, dzwonię do ubezpieczycieli, by porównać stawki, okazuje się, że to, co miało być tanie jest drogie, a to co wyglądało na drogie wcale takie drogie nie jest. Już pomijam ten drobny fakt, że w ubezpieczeniach komunikacyjnych (a przynajmniej w AC) cena nie powinna być najważniejszym argumentem. Wiadomo, że bardziej liczy się szybkość, sprawność i bezproblemowość likwidacji szkody. Miałem kiedyś tanią polisę, ale kiedy zdarzył się wypadek... zaniżyli mi odszkodowanie o dobrych kilka tysięcy złotych i wypłacali pieniądze przez pół roku. Dlatego prywatnie korzystam dziś z usług firmy droższej, ale zapewniającej mi wysokiej jakości serwis.

      W wolnej chwili: przeczytaj też o tym jak daleko znajdują się granice manipulacji w reklamie ubezpieczeń, zerknij na notkę o drwalach mBanku, którzy łamią przepisy drogowe, a także wniknij w pomysły PZU, które lubi powiedzieć dziennikarzowi pół prawdy, a potem zrobić z tego reklamę. A jeśli Ci mało, przeczytaj też o tym, że w ubezpieczeniach sączy się jad, czy reklamowana nowa jakość obsługi na pewno jest taka nowa oraz poznaj ftopę bes dwuch zdań. A jeśli wciąż chcesz więcej, to po prostu zajrzyj do sekcji UBEZPIECZENIA w blogu „Subiektywnie o finansach”

      Czy ceny polis komunikacyjnych muszą być zawsze tak trudne do oszacowania? Wydaje się, że tak, skoro ryzyko firmy ubezpieczeniowej uzależnione jest od bardzo wielu czynników. Ostatnio tę cechę ubezpieczeń wykorzystała nawet w ciekawej reklamie firma Warta:

      Ale w powodzi trudnych do porównania, mało zrozumiałych i zależnych od milionów czynników polis, zdarzają się wyjątki. Jednym z nich jest ostatnia oferta firmy Link4, która reklamuje w telewizji ubezpieczenie od kradzieży samochodu (taki dodatek do OC, dużo bardziej ubogi, niż popularne auto casco). Ubezpieczenie jest proste jak drut: niezależnie od posiadanego auta i parametrów jego kierowcy płaci się stałą składkę - 90 zł rocznie.

      To rzeczywiście niewiele, bo przecież cena pełnego ubezpieczenia AC, chroniącego jej posiadacza nie tylko przed kradzieżą auta, ale i przed skutkami wszelkich uszkodzeń samochodu z winy kierującego, rzadko kosztuje mniej, niż kilkaset złotych. Pomysłowi Link4 trzeba głośno przyklasnąć, bo firma wychodzi naprzeciw potrzebom pokaźnej grupy kierowców, którzy nie kupują pakietów OC+AC, bo zwyczajnie ich na to nie stać.

      Oferta ma niestety kilka istotnych obostrzeń, które powodują, że podpisując umowę trzeba oddać Link4 znacznie więcej, niż tylko te obiecane 90 zł rocznie. Przede wszystkim promocja ubezpieczenia antykradzieżowego obowiązuje tylko wtedy, jeśli klient jednocześnie kupi w Link4 polisę OC. Taniej polisy chroniącej przed złodziejami nie można kupić solo. A wydatek na OC dla średniej klasy samochodu o wartości 20 tys. zł może przekroczyć w Link4 kwotę 1500 zł. Nie twierdzę, że to dużo, ale przed skorzystaniem z oferty Link4 warto porównać ceny OC w róznych firmach, żeby mieć pewność, że w zamian za ubezpieczenie od kradzieży nie przepłacamy mocno za OC.

      Nie to jest jednak najważniejsze - czasem opłaca się dać nieco więcej niż u konkurencji za OC, by dostać za niewielką dopłatą ubezpieczenie od kradzieży. Niestety, z pomysłu Link4 mogą skorzystać tylko posiadacze aut w wieku od 6 do 15 lat. Firma nie ubezpieczy za tak małe pieniądze auta nowego, ani nawet takiego, które ma 3-4 lata. Kierowca musi się też zgodzić na to, że w przypadku kradzieży auta będzie musiał sam pokryć 10% kosztów w ramach tzw. wkładu własnego.

      Nie mogłem się powstrzymać i wspólnie z Kasią Łuką oraz Anią Skurczyńską z działu wideo nakręciliśmy krótki filmik na temat tej reklamy. Ciekaw jestem Waszej opinii..

      Wszystkie te warunki są dość dobrze wyjaśniane w reklamie. Widać je przez kilka sekund, gdy pojawiają się na pasku w dolnej części ekranu. Reklama jest więc uczciwa. Gdybym miał się czepiać, to miałbym do Link4 pretensje o to, że niewystarczająco wyraźnie zaznaczono, że oferta dotyczy wyłącznie aut mocno używanych. W sumie jednak oferta Link4 jest chyba krokiem we właściwym kierunku: jasna, prosta, przewidywalna składka chroniąca przed jednym, konkretnie wybranym ryzykiem.

      O tym, że mamy początek nowego trendu w ubezpieczeniach komunikacyjnych, świadczy też dzisiajesyz komunikat firmy Aviva, która też wprowadza AC w wersji „mini”. Polisa o nazwie AC Economic obejmuje kradzież samochodu i pożar w czasie postoju auta. Nie badałem jeszcze różnicy cenowej między tą wersją, a pełnym AC, ale z pewnością przyjrzę się i tej nowince.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „90 zł za ubezpieczenie od kradzieży? Coś drgnęło w cenach polis samochodowych”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 czerwca 2010 08:28

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line