Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 30 czerwca 2011
  • środa, 29 czerwca 2011
    • Nowy BIK chce kolekcjonować nasze dane kredytowe. Czy ma do tego prawo?

      Zaczęła się kolejna ostra bitwa o dusze kredytobiorców. Tym razem jednak nie walczą o nich banki, ale biura informacji zbierające dane o naszych kredytach. Do tej pory monopol miało Biuro Informacji Kredytowej (BIK), blisko związane ze Związkiem Banków Polskich. Tylko tam można znaleźć precyzyjne informacje o wszystkich naszych kredytach - tych, które spłacamy obecnie, a także tych, które mieliśmy na koncie kiedyś. Jak cenny jest to zasób niech świadczy fakt, że BIK jest właściwie jedynym miejscem, z którego możemy się dowiedzieć jak naprawdę wygląda rynek złych kredytów w Polsce.

      Na rynku są też inne bazy danych, ale mają one inny charakter. To biura informacji gospodarczej, które zbierają informacje tylko o nie spłacanych w terminie długach. Na dodatek każdy, kto spłaci zadłużenie, natychmiast z tej bazy znika. Pod tym względem BIK jest niezawodny i nieoceniony dla banków jako źródło wiedzy o historii kredytowej klienta lub - co ważniejsze - potencjalnego klienta. Gdyby jeszcze w bankach pracowały same Dziewice Orleańskie. Ale tak niestety nie jest. A to ktoś mi doniesie, że za często o niego pytano, a to komuś się obije o uszy, że bank pytał o niego w BIK za jego plecami, a to ktoś spiera się z bankiem o parę złotych i też ma zapaskudzoną historię w BIK...

      Czytaj też: Czy bank może o ciebie pytać bez twojej zgody?

      Apetyt na umowy z bankami i zbieranie danych o historii kredytowej klientów mają nie tylko w Związku Banków Polskich. Oprócz BIK zaczęła działać także druga baza danych - współtworzona przez Krajowy Rejestr Długów. No i zaczęła się krwawa jatka, bo nowe biuro wybrało sobie nazwę łudząco podobną do istniejącego już BIK - nazywa się Krajowym Biurem Informacji Kredytowej, czyli... KBIK. Poza tym KBIK nie kryje, że chciałby podkraść banki-klientów BIK-owi. I zrobić tak, by to do KBIK, a nie tylko do BIK trafiały historie kredytowe klientów. KBIK obiecuje niższe koszty współpracy, lepszy system informatyczny, większą rzetelność i elastyczność. Nic dziwnego, że w BIK się wściekli.

      Wojna idzie na całego. Na ostatniej konferencji Związku Banków Polskich rozdano dziennikarzom informację, z której wynikało, że KBIK nie ma prawa zbierać informacji objętych tajemnicą bankową. Czyli np. brać od banków i wkładać do swojej bazy wiadomości o tym kto jaki kredyt wziął i czy spłacił w terminie. „Zgodnie z ustawą Prawo bankowe instytucją, która jest uprawniona do przetwarzania informacji stanowiących tajemnicę bankową mogą utworzyć wyłącznie banki wspólnie z bankowymi izbami gospodarczymi. Wymogi tego przepisu spełnia Biuro Informacji Kredytowej (BIK), a nie podmiot o łudząco podobnej nazwie Krajowe Biuro Informacji Kredytowej” - pisze Związek Banków. I dalej: „Instytucja, która posiada podmiot niebankowy w składzie swojego akcjonariatu w żadnym wypadku nie spełnia restrykcyjnych wymogów Prawa bankowego w zakresie wyłącznego katalogu podmiotów, które mogą tworzyć taką instytucję” .

      Czytaj też: Czarne listy to walka ze złymi dłużnikami, czy złoty interes?

      Ciekawość pierwszy stopień do piekła, ale sprawdź czy bank o ciebie pytał

      Widać wyraźnie, że BIK, broniąc dominującej, by nie rzecz monopolistycznej pozycji na polskim rynku, ostrzega banki przed podejmowaniem współpracy z KBIK. Krajowy Rejestr Długów odbija piłeczkę równie ostro. Dostałem od KRD informację, która już tytułem zapowiada, że będzie się działo: „Związek Banków Polskich dyskredytuje konkurencję, bo się boi?”. A dalej idzie tak: „Krajowe Biuro Informacji Kredytowej ma prawo do przetwarzania informacji stanowiących tajemnicę bankową. Zaprzeczanie temu jest nieetyczne i w moim przekonaniu ma na celu wprowadzenie opinii publicznej w błąd – mówi Mirosław Sędłak, prezes Zarządu Krajowego Biura Informacji Kredytowej. Rozpoczęcie na początku czerwca 2011 r. działalności operacyjnej przez Krajowe Biuro Informacji Kredytowej naruszyło istniejący od lat układ na tym rynku, gdzie dominującym graczem było Biuro Informacji Kredytowej, utworzone m.in. przez Związek Banków Polskich. Konkurencja ze strony nowego podmiotu wymusi w konsekwencji podniesienie standardu usług, co przyniesie korzyści zarówno bankom, jak i ich klientom” - klaruje prezes Sędłak.

      To tylko prztyczek w nos, a dalej jest już całkiem sensowna argumentacja. „Stanowisko ZBP jest całkowicie niezrozumiałe. KBIK został utworzony przez 30 banków spółdzielczych i Krajowy Związek Banków Spółdzielczych, a więc drugą, obok ZBP, bankową izbę gospodarczą. Zatem wszystko się odbyło zgodnie z przepisami. Krajowy Rejestr Długów objął udziały w istniejącej już spółce. Gdyby przyjąć interpretację ZBP należałoby, ze względu na zagrożenie ujawnienia tajemnicy bankowej, zakazać działalności szeregu banków, których akcjonariuszami są polskie bądź zagraniczne instytucje nie będące bankami, czy wręcz osoby fizyczne. Takie oświadczenie, to próba zdyskredytowania nowopowstałej konkurencji. Świadczy tylko o jednym – nasz konkurent bardzo się nas boi, skoro stosuje takie metody” - pisze KRD.

      Czytaj też: Ile tak naprawdę mamy złych długów? Ktoś tu ściemnia...

      Kto ma rację? Jeśli Związek Banków ma przekonanie co do siły swoich argumentów, a nie tylko straszy i mąci w głowach bankowcom, sprawa pewnie znajdzie finał w sądzie. W jednym ZBP ma chyba rację - nazwa KBIK może mniej zorientowanych wprowadzać w błąd. Nie rozumiem jak to możliwe, że polskie prawo pozwala prywatnym firmom używać w nazwie słowa „krajowy”. Wiem, że np. na Węgrzech jest ustawa, która tego zabrania. To, że ktoś nazywa się „Krajowy Rejestr Długów”, albo „Krajowe Biuro Informacji Kredytowej”, dla wielu oznaczać może skojarzenie z tym, iż mówimy o urzędzie państwowym. A tak oczywiście nie jest. Z drugiej strony trudno mieć do KRD pretensję, że wykorzystuje tę lukę w prawie. I chyba nie ma się co martwić, że BIK przestanie mieć de facto monopol na wiedzę o naszej historii kredytowej. BIK powinien się bronić poprawiając jakość obsługi lub obniżając ceny dla banków korzystających z jego usług. 

      I jeszcze gorący komentarz Krzysztofa Markowskiego, szefa zarządu BIK, po lekturze wpisu w blogu i tekstu w serwisie Wyborcza.biz: „Nie wiem skąd Pan czerpie informacje na temat tego co dzieje się w BIK (tym prawdziwym), ale ja nie zauważyłem, aby "w BIK się wściekli". Szkoda, że pozostawił Pan bez komentarza fakt "przywłaszczenia" przez nowy podmiot nazwy BIK, która od wielu lat funkcjonuje jako rozpoznawalna marka w obrocie gospodarczym. Listek figowy w postaci słowa "Krajowe" nie zmienia tego faktu. Brak rzetelności i naruszenie dobrych obyczajów są tutaj ewidentne”. Cóż, w BIK twierdzą, że się nie wściekli, ale z moich informacji wynika coś zgoła innego. Tym niemniej przyjmuję ten oficjalny komentarz BIK i dodaję do wpisu, byście sami mogli wyciągnąć ze wszystkiego wnioski.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Nowy BIK chce kolekcjonować nasze dane kredytowe. Czy ma do tego prawo?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 czerwca 2011 19:24
    • W tym banku doba kończy się o godz. 17.00. Spóźnisz się, to zapłacisz prowizję

      Pamiętacie jak zżymałem się na banki, które nie przyjmują spłat kart kredytowych w ostatniej chwili? Jakiś zapominalski - albo po prostu nie lubiący rozstawać się z pieniędzmi szybciej, niż to konieczne - klient wpłacał pieniądze np. późnym wieczorem ostatniego dnia, ale bank księgował je dopiero dnia następnego. I naliczał klientowi opłatę za nieterminowe uregulowanie długu (a najczęściej - kwoty minimalnej). Jakiś czas temu publikowałem nawet w blogu dane, z których wynika, że z tytułu takich opłat czeszą w skali kraju grube dziesiątki milionów. Przy okazji tego tematu miałem nie lada zgryz: z jednej strony jak ktoś spłaca kredyt w ostatniej chwili, to powinien się liczyć z możliwością jakiegoś spóźnienia. A z drugiej - co klienta obchodzi kiedy jest ostatnia sesja Elixiru i jak banki załatwią sprawę przelewu? Klient wysłał na czas i już.

      Czytaj też: Co ma zrobić klient, gdy bank chodzi spać z kurami?

      Zerknij również: Plastikowe bezprawie, czyli jak banki rąbią nas na kartach

      Samcik blox

      Problem miałem chyba nie tylko ja, ale i bankowcy. Bo właśnie się dowiedziałem, że doprecyzowują zapisy w regulaminach kart kredytowych, by nie musieli już użerać się z krnąbrnymi klientami, awanturującymi się co miesiąc o naliczone prowizje. Pani X. (tak się przedstawiła, nie wiedzieć czemu obawiając się podawania nawet pierwszej literki imienia - ciekawe czym bank aż tak ją zastraszył?), doniosła mi o najnowszych poczynaniach Banku Millennium: „Pojawił się ciekawy zapis w regulaminie kart kredytowych Banku Millennium. Otóż wg nowego regulaminu dzień spłaty karty kredytowej kończy się o godz.17.00, gdyż tylko do tej godziny można zasilić konto, aby karta została spłacona i aby nie naliczyły się odsetki. Jak dla mnie jest to kuriozalny zapis, który będzie kosztował klientów banku wiele pieniędzy z odsetek, czego zresztą komu jak komu, ale Panu tłumaczyć nie trzeba :-)” - pisze do mnie czytelniczka. Pani X dodaje: „Millennium reguluje jak widać długość doby Polakom”.

      A oto fragment nowego regulaminu, przepisany z pisma wysłanego klientom przez bank. „Dodatkowo Bank wprowadza w Cenniku następujące zmiany: (...) Dookreślenie godziny rozpoczęcia przetwarzania, przed którą powinna nastąpić spłata karty, jako godzinę 17.00 (pkt. 11)”.  Co ciekawe, wiele oddziałów Banku Millennium czynna jest do godziny 18.00, niektóre nawet dłużej. Kolejka w banku się przeciągnie i klops-osoba spłacająca u pani z okienka ma na karku odsetki, bo spłaciła po terminie. A taki internauta nie może sobie spłacać karty wieczorkiem, tylko musi się sprężać, żeby zdążyć przed fajrantem.

      Czytaj też: Prowizja za nieterminową spłatę nielegalna? Gigantyczna kara!

      Troszkę to smutne, że bank w nowym regulaminie przyjmuje interpretację niekorzystną dla klientów. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie 17.00 t jeszcze środek dnia i nie widzę powodu, żeby już o tej godzinie zamykać interes. No, chyba że szefowie Banku Millennium akurat o tej godzinie mają herbatkę u królowej. Ale to portugalski bank, więc idea przerwy w pracy kiedy nadejdzie five o’clock, wydaje mi się nieco naciągana. Chociaż z drugiej strony to może dobrze, że bank zamyka wątpliwości i klarownie przedstawia sytuację?

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „W tym banku doba kończy się o godz. 17.00. Spóźnisz się, to zapłacisz prowizję”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 czerwca 2011 07:00
  • wtorek, 28 czerwca 2011
    • Oni postanowili przebić mBank, płacą klientom po 1000 zł za jedno polecenie!

      Co by nie mówić o ostatnich posunięciach mBanku - myślę m.in. o kontrowersyjnym ruchu w postaci wprowadzenia opłaty a podstawową kartę do konta - nie da się chyba polemizować z tezą, że jest to wciąż najczęściej polecany bank w internecie. I - niezależnie od sporego elektoratu negatywnego - wciąż pozostaje w czołówce banków pozyskujących najwięcej nowych klientów. Choć oczywiście konkurencja się podśmiewa, że są to głównie puste rachunki, otwierane jako dodatkowe, rezerwowe, trzeciorzędne. Bo też i mBank wśród dość szerokich rzesz klientów jest traktowany jako „ten drugi”. Co oczywiście nie umniejsza jego zasług w pozyskiwaniu nowych klientów. 

      Pewne zasługi ma w tym sukcesie program rekomendacyjny, który kilka miesięcy temu został dodatkowo podkręcony przez mBank - można zarobić nawet 1200 zł polecając jego usługi. Podobne programy mieli i inni, przykładowo Allianz Bank, który za chwilę będzie częścią grupy Getin. Miałem poważne wątpliwości co do skuteczności tej metody przyciągania klientów, zwłaszcza w allianzowym wykonaniu. Ale najwyraźniej to działa, bo mBank, Allianz i inni mają naśladowców. I to działających z ogromnym rozmachem. Jak się dowiedziałem, swój program rekomendacyjny odpalił właśnie Alior Bank. I to z jakim hukiem!

      Polecając znajomym lub rodzinie konta i kredyty Alior Banku (nie wiedzieć czemu z programu wyłączone są karty kredytowe) można otrzymywać premie pieniężne. Za jedną skuteczną rekomendację Alior zapłaci nawet 1000 złotych i jest to z pewnością rekomendacyjny rekord na polskim rynku. Aliorowcy sądzą, że klienci będą polecać aż miło, bo w badaniach przeprowadzonych przez bank wyszło im, że 94% klientów jest zadowolonych i poleciłoby Alior Bank rodzinie czy znajomym. Z jakichś przyczyn nie polecali jednak w realu tak często, jak deklarowali i bank postanowił im pomóc. Sam jestem ciekaw co z tego wyniknie. Czy Alior stanie się częściej polecanym bankiem, niż mBank? Rusza internetowa wojna o tych, którzy wszystko robią sami :-)

      Internetowi wszystko robią sami

      Program Aliora dotyczy tylko osób posiadających już konto w Alior Banku, bo rekomendacje odbywają się poprzez jego system bankowości internetowej (wcześniej trzeba się zarejestrować w programie, szczegóły uczestnictwam są pod adresem www.polecam.aliorbank.pl). Aby polecenie zostało zarejestrowane, klient musi nakłonić swojego znajomego, by złożył wniosek o konto lub kredyt, korzystając z podesłanego przez e-mail linku. Jeśli wniosek zostanie złożony inną drogą - z kasy za rekomendację nici. Oczywiście wniosek musi być zaakceptowany przez Aliora i musi dojść do podpiania umowy o konto i kredyt, ale to akurat normalne.

      Alior zapłaci po 1000 zł za każde skuteczne polecenie swojego kredytu hipotecznego, po 50 zł za nakłonienie innej osoby do założenia ROR-u oraz po 0,8% wartości rekomendowanej pożyczki gotówkowej lub konsolidacyjnej. Jeśli np. nakłonisz kolegę, by właśnie w Aliorze wziął kredyt gotówkowy o wartości 5000 zł, zarobisz na rekomendacji 40 zł. A jeśli ów kredyt wyniesie 20.000 zł, ty jesteś do przodu o 160 zł. A najbardziej smakowite jest to, że łączna kwota premii, jaką można zdobyć w programie rekomendacyjnym jest nieograniczona. Na stronie www.polecam.aliorbank.pl jest nawet symulacja dotycząca hipotetycznej pani Kasi, która poleciła dwóm osobom kredyt hipoteczny, jednej kredyt konsolidacyjny o wartości 100.000 zł i dziesięciu konto osobiste, a dzięki temu wszystkiemu zarobiła na prowizji od Aliora 3.300 zł. Piechotą taka kwota nie chodzi.

      Alior usiłuje się zabezpieczyć przed niepożądanymi efektami ubocznymi programu rekomendacyjnego. Czyli przed sytuacją, w której niektórzy klienci, zaślepieni chciwością, zaczną wysyłać linki hurtowo i działać jak słaby pośrednik finansowy. W regulaminie jest zapis, że nie wolno wysyłać rekomendacji niechcianych i bank będzie za to wyrzucał z programu. Nie wiem co prawda jak Alior zamierza weryfikować która rekomendacja jest niepożądana, ale podejrzewam, że jeśli ktoś wyśle do banku informację, że dostał e-mail z rekomendacją, a nie zamierza skorzystać z oferty - ten kto wysłał polecenie może stracić możliwość dalszego zarabiania. Jest to jakiś sposób, by pozbyć się ludzi wysyłających e-maile na oślep i robiących bankowi tylko złą reklamę. Pytanie tylko, czy będzie to sposób skuteczny.

      Samcik blox

      Wczytując się w regulamin programu można też znaleźć przeróżne ograniczenia. Np. żeby zarekomendować komuś kredyt hipoteczny sam musisz mieć odpowiedni „staż” - korzystać z jakiejkolwiek usługi Aliora od co najmniej trzech miesięcy. W przypadku pożyczek i kredytów premia dla polecającego przysługuje dopiero po wypłaceniu pieniędzy (umowa musi być zawarta w ciągu 40 dni od daty wysłania wniosku internetowego). A jeśli chodzi o polecenia konta osobistego, to po pierwsze nie można go rekomendować osobie, która jest już klientem Aliora (np. ma w tym banku kredyt hipoteczny), a po drugie delikwent musi nie tylko założyć konto, ale zacząć z niego aktywnie korzystać. Premia zostanie wypłacona tylko wtedy, jeśli „w ciągu 60 dni od daty zawarcia umowy o konto osobiste odbiorca rekomendacji:otrzyma na nie wpłaty w łącznej wysokości minimum 1000 zł lub wpływ z tytułu wynagrodzenia, renty, emerytury lub stypendium (o dowolnej wartości) oraz wykona minimum jedną transakcję bezgotówkową kartą debetową”. Tako rzecze regulamin. Oj, ciekaw jestem co z tego wyniknie. :-)

      MASZ PROBLEM Z BANKIEM? ZŁAP MNIE NA FACEBOOKU! Wiem, wiem, na stronie blogu nie ma formularza kontaktowego. Wiem, trudno mnie dopaść. Wiem, rzadko odpowiadam na komentarze pod notkami. Jeśli masz ważny problem, to możesz mnie o nim poinformować na dwa sposoby. Jeśli masz konto w Facebooku, to wejdź na stronę blogu i kliknij „lubię to”, a potem napisz do mnie. Jeśli wolisz kontakt e-mailowy, to napisz na adres: maciej.samcik (małpka) gazeta.pl. 

      ZAMÓW KSIĄŻKĘ AUTORA BLOGU. Podane przystępnym językiem porady finansowe i zgrupowane w jednym miejscu.znajdziecie w mojej książce „Przewodnik po domowych finansach”. To dzieło oparte na cyklu 37 poradników, które napisałem w 2010 r. i które ukazały się w poniedziałkowych wydaniach „Gazety Wyborczej”. Jeśli chcesz zdobyć tę książkę w wersji pliku pdf, skontaktuj się ze mną - napisz na adres maciek.samcik (małpka) gazeta.pl.

      Przewodnik po domowych fnansach

      PONAD 235.000 MIŁOŚNIKÓW SUBIEKTYWNOŚCI. W pierwszym kwartale 2011 r. blog „Subiektywnie o finansach” odwiedzało miesięcznie średnio 235.000 osób. To jedno z najpopularniejszych tych miejsc z sieci, w których pisze się i mówi o finansach. Nie zapominaj kliknąć codziennie www.samcik.blox.pl!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Oni postanowili przebić mBank, płacą klientom po 1000 zł za jedno polecenie!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 czerwca 2011 08:25
  • poniedziałek, 27 czerwca 2011
    • Euronet nadal będzie nam płacił za wypłaty niskich kwot. Bojkotuję ten konkurs

      Michał Stangret, mój kolega z newsroomu dziennika „Metro”, odkrył ostatnio, że bankomatowa sieć Euronet przedłużyła swój kontrowersyjny konkurs dla klientów, rozpoczęty pod koniec maja. Teraz podobno firma chce go zakończyć dopiero w sierpniu. Celem konkursu jest to, by klienci mający do wypłacenia większą kwotę, rozbijali transakcję na kilka mniejszych, każda o wartości 50-100 zł. Każda wypłata 50-złotowa lub 100-złotowa bierze udział w konkursie z nagrodami - co trzytysięczna jest nagradzana dodatkową stówką dla klienta, wyrzucaną przez bankomat.

      Czytaj też: Z bankomatu razem z pieniędzmi wyskakują... ulotki reklamowe

      Loteria oczywiście jest skierowana przeciwko bankom, które płacą Euronetowi prowizję od każdej wypłaty pieniędzy przez klienta. Jeśli klient wypłaci 500 zł w pięciu transakcjach zamiast w jednej, Euronet zarobi na prowizjach pięć razy więcej (podobno opłata pobierana od banków za każdą transakcję waha się od 1,2 zł do 1,6 zł). Rozbijanie transakcji na mniejsze ma sens tylko wtedy, jeśli ów klient ma konto, w którym bank daje wypłaty z bankomatów za darmo. Jeśli za każdą transakcję klient płaci bankowi prowizję (np. 5 zł za każdą wypłatę z obcej maszyny), sam klient nie będzie zainteresowany żadnymi loteriami Euronetu. Zwłaszcza jeśli bankomat będzie na drugim końcu miasta :-)

      Konkurs jest, rzecz jasna, efektem wojny prowizyjnej, jaką toczą banki i organizacje wydające karty (Visa i MasterCard) z prywatnymi sieciami bankomatów. W zeszłym roku Visa i MasterCard obniżyły bankomatowcom prowizje za wypłaty gotówki z ich bankomatów. Właściciele sieci bankomatowych najpierw zagrozili, że zwiną część urządzeń, ale potem złapały się na sposób. Zauważyły, że część banków daje swoim klientom wypłaty bankomatowe gratis. A skoro tak, to dlaczego nie skłonić klientów do tego, by wypłacali pieniądze w jak największej liczbie transakcji? Klientowi i tak wszystko jedno, a bank - niech sobie cierpi.

      Inni blogerzy o loterii Euronetu: Znikające bankomaty i zabawa Euronetu

      Michał Stangret policzył ile mniej więcej osób nabija kasę Euronetowi i zabiera ją bankom. „Euronet nie chwali się zyskami, ale można je oszacować, biorąc pod uwagę szybko rosnącą liczbę zwycięzców. Sieć co kilka godzin publikuje dane na stronie www.wyplacajiwygrywaj.pl. W oparciu o te dane przeprowadziliśmy kilka kalkulacji: 25 maja o godz. 14.30 (czyli dwa dni po rozpoczęciu loterii) już 42 osoby wygrały 100 zł. Czyli dziennie wygrywało ok. 17 osób. Biorąc pod uwagę, że wygrywa, co trzytysięczna wypłata, można założyć, że z euronetowych bankomatów gotówkę podejmowano ok. 51.000 razy dziennie. Zakładając, że za każdą wypłatę Euronet dostaje 1,4 zł, w sumie w ciągu jednego dnia zarabiał ok. 70.000 zł.

      Podobno te 70.000 zł dziennie to tylko preludium. „22 czerwca o godz. 13.00, czyli po ponad 30 dniach trwania loterii, było już 764 zwycięzców. Przeciętnie wygrywają 24 osoby dziennie. Znów biorąc pod uwagę, że wygrywa, co trzytysięczna osoba można dojść do wniosku, że z euronetowych bankomatów gotówka jest podejmowana 72.000 razy dziennie. Przy założeniu, że za każdą wypłatę sieć bankomatów zarabia ok. 1,4 zł, w ciągu jednego dnia zarobek może już wynosić ok. 100.000 zł” - pisze Michał. Na nagrody w tym czasie sieć wydała ok. 76.000 zł. Ale to wciąż i tak sporo mniej niż jej jednodniowy zarobek. Złoty interes, prawda?

      Czytaj też: Pieniądze wyślij z Anglii i wypłać w... bankomacie Euronetu!

      Nie dziwi, że Euronet przedłużył promocję, choć i banki nie zasypiają gruszek w popiele. Część z nich jest zabezpieczona przed chytrymi bankomatami i... klientami. Raiffeisen Bank ma dla swoich klientów limit maksymalnie czterech wypłat dziennie. Chcąc więc przechytrzyć bank i wypłacić kilka razy po 50 zł możemy się więc nieźle zdziwić. I jak niepyszni wyjmować pieniądze z kasy banku (oczywiście wówczas już płacąc wysoką prowizję). Michał pisze, że podobny limit wprowadził Bank Millennium. „Powodem wprowadzenia limitów jest ochrona klientów przed nieuprawnionymi transakcjami. Liczne następujące po sobie transakcje mogą być próbą oszustwa. Aby zwiększyć bezpieczeństwo klientów bank zablokował opcję możliwości dużej ilości następujących po sobie wypłat na małe kwoty” - tłumaczy dziennikowi „Metro” Maciej Mężyński z Banku Millennium.

      Jeśli my, klienci banków, będziemy zbyt chytrzy, możemy spotykać się coraz częściej z takimi retorsjami. Ja osobiście z pełną premedytacją bojkotuję konkurs Euronetu, choć mam bankomat tej sieci na osiedlu i mogę wypłacać pieniądze idąc do niego praktycznie w kapciach. Zawsze wypłacam co najmniej 150 zł i to nie dlatego, że muszę, a dlatego, że w kwestii tych transakcji chcę być fair względem moich banków. Skoro nie płacę za konto, nie płacę za kartę, mam darmowe przelewy i bankomaty za free (choć oczywiście nie jestem naiwny i wiem, że bank tarmosi mnie raz w roku opłatą za linię debetową i w paru innych miejscach, poza tym tarmosi mnie na bieżąco zarabiając na moim osadzie na koncie), to nie mam ochoty nadwerężać tej współpracy i wyjmować pięć razy po 100 zł po to, żeby mieć cień szansy na wygranie stówki.

      Czytaj też o kantorze w ścianie: Tak Euronet naciąga zagranicznych turystów

      Cenię sobie to, że mój bank jest lepszy od konkurencji i nie każe mi płacić za wszystkie bankomaty w Polsce. Czyli de facto dopłaca 1,5 zł do każdej mojej transakcji przy bankomacie. U konkurencji musiałbym za to płacić 5 zł miesięcznie. Gdyby wszyscy klienci mojego banku bawili się z Euronetem w takie gry i zabawy, jakie proponuje ten operator, to najdalej za pół roku ów bank pewnie przestałby oferować konto z darmowymi bankomatami. A to nie jest w moim interesie. Ja wolę, żeby bank jak najdłużej dopłacał te 1,5 zł do każdej mojej transakcji.  

      ZOBACZ TEŻ CYKL KLIPÓW WIDEO „PRZEŚWIETLAMY REKLAMY”. W ciągu ostatnich dwóch lat powstało kilkadziesiąt odcinków prześwietlania reklam w wersji wideo. Początkowo kręciłem je wspólnie z Andrzejem Chećko, a później z Anią Skurczyńską i Kasią Łuką. Zostań fanem prześwietlania reklam w wersji wideo i obejrzyj wszystkie odcinki na platformie Gazeta.tv

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji.

      ZAMÓW KSIĄŻKĘ AUTORA BLOGU. Podane przystępnym językiem porady finansowe i zgrupowane w jednym miejscu.znajdziecie w mojej książce „Przewodnik po domowych finansach”. To dzieło oparte na cyklu 37 poradników, które napisałem w 2010 r. i które ukazały się w poniedziałkowych wydaniach „Gazety Wyborczej”. Jeśli chcesz zdobyć tę książkę w wersji pliku pdf, skontaktuj się ze mną - napisz na adres maciek.samcik (małpka) gazeta.pl.

      Przewodnik po domowych fnansach

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „Euronet nadal będzie nam płacił za wypłaty niskich kwot. Bojkotuję ten konkurs”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 czerwca 2011 14:30
    • To nie wungiel gołąbeczko, ino akcje JSW, czyli... ile zarobimy na kopalni?

      Pamiętacie taką kultową reklamę z lat 90-tych z hasłem: „To nie wungiel gołąbeczko, ino elektroniczno waga sklepowo”? Powinni ją wykorzystać w reklamach trwającej właśnie oferty publicznej akcji. Zamiast tego są denne reklamy radiowe. Tak denne, że aż nie sposób ich wysłuchać, z pytaniami lektora dłuższymi niż makaron. Brrr... Ale do rzeczy. Dziś ostatni dzień, by wziąć udział w jednej z większych tegorocznych sprzedaży akcji należących do Skarbu Państwa. Do kupienia w biurach maklerskich są akcje Jastrzębskiej Spółki Węglowej (JSW). Czy warto wyjąć z konta 10.000 zł, by złożyć zamówienie na węglowe papiery? Wygląda na to, że w ciągu kilku tygodni będzie można przysporzyć sobie może i kilkanaście procent zysku. Wiadomo, że pewności nie ma, zaś ryzyko porażki zawsze istnieje. Zwłaszcza jeśli debiut giełdowy JSW przypadnie w momencie jakiejś większej korekty na parkiecie (a ta zdaje się właśnie rozpędzać). Jednak pomijając kwestie koniunktury na giełdzie, ryzyko strat na akcjach JSW jest chyba mniejsze, niż w przypadku poprzedniego dużego debiutu - wejścia na giełdę banku BGŻ.

      Minister Skarbu wyciągnął wnioski z tamtej porażki - przypomnę tylko, że papiery BGŻ zostały początkowo wycenione tak wysoko, że instytucje w ogóle nie chciały ich kupować - i tym razem nie przeszacował ceny emisyjnej JSW. Jeden z największych w naszym regionie sprzedawców węgla i koksu został wyceniony na maksymalnie 146 zł za każdy papier przypadający do  sprzedaży inwestorom detalicznym (instytucje być może zapłacą więcej, choć tu licytacja zacznie się od nędznych 114 zł). Biorąc pod uwagę, że firma miała w ostatnich czterech kwartałach 1,9 mld zł zysku netto, za każdą złotówkę zysku przypadającego na akcję trzeba obecnie płacić 8,8 zł (cytuję „Rzeczpospolitą”). To znacznie mniej, niż trzeba obecnie płacić za złotówkę zysku przypadającego na akcję innych, już notowanych na giełdzie kopalni. W przypadku czeskiej spółki NWR jest to 10,5 zł za złotówkę zysku. Ukraińska Sadovaya jest notowana przy cenie powodującej, że za każdą złotówkę jej zysku trzeba zapłacić aż 16,7 zł, zaś kopalnia Bogdanka - przy cenie dającej cenę 18,9 zł za złotówkę zysku netto.

      JSW wycena

      Czytaj też: Co radzi inwestorom w sprawie JSW blog APP Funds?

      Widać więc, że JSW jest wyceniana znacznie niżej od innych kopalni. Nie wierzę wszakże, by na debiucie dało się zarobić więcej, niż 15-18%. Owszem, akcjom JSW sprzyja obecnie dobra koniunktura na węgiel (m.in. większe zapotrzebowanie z Azji). Sprzyjają jej kłopoty kopalni w Australii, gdzie doszło do serii klęsk żywiołowych. Sprzyja jej wreszcie katastrofa elektrowni atomowej w Japonii, która sprawia, że część krajów wycofa się zapewne z ekspansji elektrowni jądrowych na rzecz eksploatacji węgla. A to może sprawić, że cena tego surowca będzie rosła i rosła. Jednak to wszystko nie oznacza, że przed akcjami JSW są dlugoterminowo dobre perspektywy.

      Na drugiej stronie szali są liczne wątpliwości. Po pierwsze: związki zawodowe z 10-letnimi gwarancjami zatrudnienia, które związkowcy w JSW niedawno wywalczyli. Czuję ideologiczny sprzeciw przed inwestowaniem swoich pieniędzy w firmę, w której obowiązują zasady pracy niczym w gospodarce centralnie sterowanej. Drugi problem to struktura akcjonariatu. Ponad 50% akcji JSW pozostanie pod kontrolą państwa. Historia pokazuje, że rynek wycenia takie spółki relatywnie taniej, niż te z gruntu prywatne. Nie chodzi tylko o wpływy polityków, ale i o groźbę sprzedaży kolejnych pakietów akcji przez rząd. Rzecz trzecia to wisząca nad spółką podaż akcji pracowniczych, które za dwa lata trafią na rynek i zapewne zadołują kurs. 

      Czytaj też: Dziennikarz TVN CNBC Rafał Hirsch o akcjach JSW

      Kolejna sprawa to duża cykliczność spółki i jej uzależnienie od światowych cen węgla. Biznes, w którym działa JSW, jest bardzo podatny na zmiany trendów na rynku węgla i koksu. W 2010 r. średnia cena sprzedaży tony koksu uzyskana przez spółkę wynosiła 1029 zł, podczas gdy rok wcześniej było to 555 zł. Znacie dużo rynków, w których ceny zbytu tak gwałtownie by się zmieniały? Dość powiedzieć, że akcje NWR w czasie kryzysu finansowego w latach 2007-2009 straciły na wartości... prawie 90%. Jeśli dodamy do tego sztywność pokaźnej części kosztów (zarządowi JSW nie wolno zwolnić nawet pół pracownika przez najbliższe 10 lat), robi się ryzykownie. Zyski firmy będą zmieniały się jak w kalejdoskopie. Raz grube miliardy, a raz małe miliony. W podobnej skali może się wahać dywidenda z zysków, wypłacana udziałowcom JSW.

      Kalkulacja jest więc prosta: w krótkim terminie na korzyść papierów JSW przemawia bez wątpienia atrakcyjna cena, niższa o 20-30% od wycen rynkowych innych konkurentów, a także dobra koniunktura na jej produkty. Wielkim znakiem zapytania - większym, niż przy poprzednich ofertach publicznych - jest koniunktura na giełdowym parkiecie, która będzie decydowała o cenie w momencie debiutu. A patrząc na JSW z długiej perspektywy widać, że jest to papier dla inwestorów o mocnych nerwach. Tak samo, jak KGHM, węglowe papiery będą bardzo szybko szły w górę, ale i bardzo szybko spadały. Niestety nie tylko w rytmie trendów na rynku węgla :-).

      „SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” POLECA! W papierowej „Gazecie Wyborczej” oraz w serwisie Wyborcza.biz trwa akcja edukacyjna „Akcjonariat Obywatelski”. Jeśli chcielibyście inwestować swoje oszczędności na parkiecie, a nie wiecie od czego zacząć - warto tam zerknąć. 

      MASZ PROBLEM Z BANKIEM? ZŁAP MNIE NA FACEBOOKU! Wiem, wiem, na stronie blogu nie ma formularza kontaktowego. Wiem, trudno mnie dopaść. Wiem, rzadko odpowiadam na komentarze pod notkami. Jeśli masz ważny problem, to możesz mnie o nim poinformować na dwa sposoby. Jeśli masz konto w Facebooku, to wejdź na stronę blogu i kliknij „lubię to”, a potem napisz do mnie. Jeśli wolisz kontakt e-mailowy, to napisz na adres: maciej.samcik (małpka) gazeta.pl. 

      „SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” ZAPRASZA DO GRY! A jeśli chcecie sprawdzić się w inwestowaniu w grze „na sucho”, to zajrzyjcie na stronę www.wielkakasa.com. To gra finansowa, w której inwestujecie wirtualne pieniądze nie tylko na giełdzie, ale też na rynku walutowym i surowcowym. Byłem, widziałem, zagrałem i wygląda mi na to, że to jedna z najbardziej rozwiniętych gier giełdowych. Zapraszam! W części edukacyjnej znejdziecie m.in. porady Waszego ulubionego blogera o tym jak zacząć przygodę z akcjami. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „To nie wungiel gołąbeczko, ino akcje JSW, czyli... ile zarobimy na kopalni?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 czerwca 2011 08:37
  • niedziela, 26 czerwca 2011
    • Lato czeka! Oto najgłupsze rzeczy, które możesz zrobić z kartą na wakacjach

      Kilka dni temu skończył się rok szkolny, cieszymy się końcówką długiego, letniego weekendu, duża część z nas lada dzień wyrusza w wakacyjne wojaże. Tym, którzy będą wypoczywali za granicą życzę, żeby biura podróży nie nawaliły, wulkany nie wybuchały, hotele okazały się takie, jak na zdjęciach, a woda w basenach była ciepła, jak nie na Bałtykiem. Tym, którzy patriotycznie wybrali polskie góry, morze, jeziora lub wieś sielską, anielską, życzę słońca, czyli pogody jak nie w Polsce :-), bo nad Wisłą lato bywa towarem deficytowym. Sam też od tygodnia jestem na urlopie, a jeśli znajdę się w głuszy, w której nie będzie internetu - wybaczcie mniejszą niż zwykle liczbę artykułów. Choć tak całkiem odłogiem Was nie zostawię - zbyt wiele spraw mi podrzuciliście do załatwienia w ostatnich dniach :-).

      O nasz beztroski i bezpieczny wypoczynek postanowili ostatnio zadbać również bankowcy. Zwołali specjalną konferencję, na której opowiedzieli jakie najczęściej błędy finansowe popełniamy na wakacjach. Nie, nie chodzi o nadmierną rozrzutność i zaciąganie zbyt dużych kredytów wakacyjnych. To akurat bankowcom nie przeszkadza :-). Ale posługując się kartami płatniczymi często zapominamy o podstawowych zasadach bezpieczeństwa. A jak będziemy mieli je w nosie, a na dodatek spotka nas wyjątkowy pech, to zostaniemy na wakacjach bez kasy. Miałem kiedyś taki przypadek, w afrykańskim kraju. Jedną kartę zeżarł bankomat, druga okazała się już przeterminowana, a do trzeciej nie pamiętałem PIN-u. Brrr... Od tamtej pory uważam na mój plastik, pieszczę go i szanuję, a czipa na karcie całuję w dzióbek dwa razy dziennie :-). Oto cztery najgłupsze rzeczy, które możecie zrobić w związku ze swoją kartą:

      Błąd 1: Nosić przy sobie PIN. Pewnie większość z Was puka się teraz w czółko i zapytuje samych siebie o czym ten Samcik opowiada. Nie, słoneczko mi jeszcze nic nie przygrzało. Z badań Związku Banków Polskich wynika, że aż 16% użytkowników kart nosi PIN przy sobie. To genialny pomysł: mieć go w portfelu, razem z kartami, albo w torebce, po czym tę torebkę zgubić bądź dać sobie ukraść. Złodziej ma otwartą drogę do naszego domowego skarbca, a żaden bank nie uzna reklamacji jeśli przy bankomacie został podany właściwy PIN. W większości banków PIN do karty można redefiniować i ustalić swój własny. Błagam, niech to nie będzie miesiąc i końcówka roku, w którym się urodziliście :-). Każdy złodziej, który dorwie Wasz portfel i dowód, od tej kombinacji zaczyna próby dobrania się do Waszej karty przy bankomacie. Jak już musicie zapisywać PIN, to go zaszyfrujcie i nie opatrujcie komentarzem „to jest PIN do mojej karty”. I nie zapomnijcie szyfru :-)).

      Zwyczaje karciane wg ZBP

      Błąd 2: Nie znać numeru do zastrzegania karty. Kiedy karta zniknie i podejrzewamy, że mogła wpaść w niepowołane ręce, najlepiej od razu ją zastrzec. Służy do tego numer telefonu, który jest nadrukowany na karcie. Fajnie, tylko skąd go wziąć kiedy karta zniknie? :-). Można zadzwonić na infolinię banku, albo spróbować się podpiąć do internetu. Ale to zajmuje czas, który jest to kluczowy. Dlatego numer do zastrzegania karty dobrze mieć wpisany do telefonu komórkowego. To ważne, bo - jak przypomina Związek Banków - „W przypadku przestępstwa odpowiedzialność użytkownika karty jest ustawowo ograniczona do 150 euro. Po zastrzeżeniu karty cała odpowiedzialność spoczywa na banku – wydawcy karty”.  Ilu złodziei używa skutecznie naszych skradzionych kart? Według danych przekazywanych przez banki, w drugim półroczu 2010 r. liczba operacji oszukańczych dokonanych kartami płatniczymi wyniosła 14.600, a ich wartość to 9 mln zł.

      Związek Bankow radzi: pod jakim numerem telefonu zastrzeżesz swoją kartę

      Błąd 3: Dać kartę sprzedawcy i pozwolić mu iść na zaplecze. Poza ordynarną kradzieżą karty lub jej zgubieniem są jeszcze trzy przyczyny, które mogą zwiększyć ryzyko korzystania z karty. Najpopularniejszy błąd, który sami prowokujemy, to pozwalanie nieuczciwemu sprzedawcy na skopiowanie karty. Większość kart posiada paski magnetyczne (nawet jeśli ma też czipy, trudniejsze do skopiowania), a zestawy do klonowania tych pasków kosztują kilkaset dolarów i są dość łatwo dostępne. Poza tym bystry sprzedawca, mając kartę przez minutę w ręku, może spisać wszystkie jej dane, które pozwalają na dokonanie transakcji internetowych na konto jej właściciela (te dane to numer karty, nazwisko właściciela, data ważności karty i kod CVC z jej odwrotu). Karty płatniczej nigdy nie spuszczajmy z oka. Jeśli coś się stanie, bank oczywiście pokryje nasze straty (bo to on jest formalnie właścicielem karty), ale to potrwa, a przez pewien czas możemy być bez gotówki.

      Czytaj też: Sprzedawca i kwit z numerem twojej karty. Dobre połączenie?

      Błąd 4: Pochwalić się PIN-em do karty. Zarówno przy bankomacie, jak i przy sklepowaj kasie trzeba dbać o to, by nikt nie zauważył jaki PIN wpisujemy do terminala akceptującego płatność. Zbyt lekkie traktowanie PIN-u może doprowadzić do zjawiska pt. „okazja czyni złodzieja”. Ktoś zobaczy nasz PIN i zechce wejść w posiadanie naszej karty, a potem użyć jej w bankomacie. Zresztą przy bankomatach też czyhają cwaniaki - czasem ktoś spróbuje podpatrzyć wklepywany PIN albo zainstaluje kamerę, która nagrywa co tam majstrujemy przy klawiaturze. Uwaga na PIN - jeśli ktoś użyje naszej karty i poda prawidłowy kod - bank nie odda ani grosza! 

      Samcik blox

      ZOBACZ TEŻ CYKL KLIPÓW WIDEO „PRZEŚWIETLAMY REKLAMY”. W ciągu ostatnich dwóch lat powstało kilkadziesiąt odcinków prześwietlania reklam w wersji wideo. Początkowo kręciłem je wspólnie z Andrzejem Chećko, a później z Anią Skurczyńską i Kasią Łuką. Zostań fanem prześwietlania reklam w wersji wideo i obejrzyj wszystkie odcinki na platformie Gazeta.tv

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji.

      ZAMÓW KSIĄŻKĘ AUTORA BLOGU. Podane przystępnym językiem porady finansowe i zgrupowane w jednym miejscu.znajdziecie w mojej książce „Przewodnik po domowych finansach”. To dzieło oparte na cyklu 37 poradników, które napisałem w 2010 r. i które ukazały się w poniedziałkowych wydaniach „Gazety Wyborczej”. Jeśli chcesz zdobyć tę książkę w wersji pliku pdf, skontaktuj się ze mną - napisz na adres maciek.samcik (małpka) gazeta.pl.

      Przewodnik po domowych fnansach

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 czerwca 2011 08:49
  • piątek, 24 czerwca 2011
    • Oto sposób na tańszego franka, czyli jak dwoma przelewami ominąć spread

      Macie kredyty we frankach i nadzieję na niższe raty? W czwartek na światowych rynkach znów szwajcarska waluta biła rekordy. Doszła nawet do 3,39 zł. Pewnie posłowie coś-tam w końcu upichcą. Póki co proponuję jednak zająć się tym, co dziś można zrobić, żeby ominąć horrendalne spready. Napisał do mnie w tej sprawie mój znajomy Andrzej, który wypróbował na własnej skórze manewr ze spłacaniem kredytu bezpośrednio we frankach. Tak jak pisałem wcześniej: jest to możliwe, ale trzeba się zdecydować raz a dobrze i zapłacić za aneks do umowy. A także ponosić koszty przelewów walutowych lub wpłat gotówki (we frankach) w oddziale banku.

      Czytaj też: Pawlak walczy ze spreadami. Nie miał sojuszników, ale...

      Andrzej zakombinował tak: „Nie wyobrażam sobie żadnego rozwiązania ustawowego, które może narzucić bankom ograniczenia w ustalaniu spreadów dla starych umów (no, ale może nie mam takiej wyobraźni jak premier Pawlak J). Takie ograniczenie może spowodować tylko rynek, czyli działanie konkurencji. Dlatego właśnie postanowiłem napisać tego maila, abyś zachęcił czytelników do zainteresowania się ciekawą ofertą Citibanku i ewentualnego rozpropagowania tego pomysłu wśród osób, które wzięły kredyty hipoteczne we frankach. Nie myśl, że chcę zrobić Citi jakąś reklamę, ale jest to chyba najlepszy sposób, aby zmusić inne banki do obniżenia spreadu. Swoją drogą, to trochę jestem zdziwiony, że Citi samo się tą ofertą  głośno nie chwali..

      Dowiedziałem się jakiś czas temu, że Citi oferuje specjalne warunki na zakup franków na spłatę kredytu w innym banku – spread tylko 1,5% i darmowy przelew kupionych franków na konto w innym banku. Początkowo zignorowałem tę informację, ale po ostatnim wzroście kursu franka postanowiłem działać i spróbować choć trochę obniżyć swoją  ratę. W zeszłym tygodniu podpisałem w PKO BP aneks do umowy kredytu na spłatę bezpośrednio we frankach i otworzyłem w Citi konto we frankach. Na próbę kupiłem 3 franki w Citi i przesłałem je do PKO BP. Kurs faktycznie był dużo niższy, bo tylko 3,2881 w porównaniu z 3,3394 w tabeli PKO BP, czyli 5 gr. taniej za franka.

      Ponieważ mam ratę ok. 1500 franków, to powinienem zaoszczędzić ok. 75 zł miesięcznie. Niby niewiele, ale przez rok uzbiera się prawie tysiąc złotych. Czekam teraz, kiedy te pieniądze dotrą do PKO BP, aby wiedzieć ile dni wcześniej muszę zrobić przelew. Mam też nadzieję, że PKO BP nie wytnie mi jakiegoś numeru i nie weźmie prowizji za otrzymany przelew walutowy (przyznam szczerze, że zapomniałem się o to zapytać przed podpisaniem aneksu – chyba mnie zaślepiła chciwość)” - kończy Andrzej.

      Sprawdź też: Jak banki chachmęcą przy spreadach. Naciągają nas!

      I jeszcze dodaje: „Jeżeli okaże się, że wszystko przebiegnie bez problemu (i dodatkowych opłat ze strony PKO BP), to jest to dobry patent na łatwe zmniejszenie spreadu od kredytu walutowego. Dużo taniej, prościej i łatwiej, niż biegać po mieście i szukać franków w kantorach. Według mnie, właśnie ta konieczność biegania po kantorach zniechęca większość ludzi do skorzystania z możliwości spłaty kredytu w walucie, gdyż te potencjalne kilkadziesiąt złotych oszczędności (lub może nawet tylko kilkanaście, w przypadku kredytów na mniejsze kwoty) nie jest warte poświęcenia czasu na chodzenie po kantorach i bankach. Ale jeśli można to zrobić w dwie minuty przez internet, to jest to już zupełnie inna bajka”.

      Czytaj też: Frank drogi? Bank namawia klientów do rezygnacji ze spreadu!

      Okazało się, że euforia Andrzeja była nieco przedwczesna. Po dwóch dniach dostałem takiego e-maila: „Właśnie sprawdziłem rachunek w PKO BP. Przelew franków kupionych w Citi doszedł w dwa dni, ale - tak jak się obawiałem - PKO pobiera 15 zł prowizji za zaksięgowanie przychodzącego przelewu walutowego. Szkoda trochę tych 15 zł., ale i tak mi się to opłaca, biorąc pod uwagę kwotę kredytu i spread. Swoją drogą, jest to draństwo, żeby pobierać taką prowizję za tak niewiele pracy, gdyż ten przelew jest przecież księgowany automatycznie. No cóż, jak widać banki mają wiele sposobów, aby zniechęcić klientów do korzystania z usług konkurencji :-)”. Święte słowa, Andrzeju. A pomysł z wykorzystaniem Citi - zacny. Lecz przecież niejedyny, bo są też różne platformy zakupów grupowych, które spełniają podobne funkcje. Podzielcie się swoimi pomysłami na omijanie spreadu, zapraszam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Oto sposób na tańszego franka, czyli jak dwoma przelewami ominąć spread”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 24 czerwca 2011 17:12
  • środa, 22 czerwca 2011
    • Bank tak ustalił zasady spłat karty kredytowej, by klient cierpiał jak najdłużej?

      Karta kredytowa to ustrojstwo, które może być niebezpieczne. Wie o tym każdy, kto choć raz w życiu przekroczył limit wydatków przyznany przez bank, nie spłacił na czas minimalnej części długu albo... nieopatrznie wypłacił pieniądze z takiej karty w bankomacie. Ale zdarzają się i bardziej skomplikowane historie z plastikiem w tle. Pan Piotr, czytelnik blogu, a przy okazji klient banku BPH (lub odwrotnie :-)) twierdzi, że w taki sposób ustalił on zasady spłaty limitu kredytowego w karcie, by... nie dało się go spłacić przez wiele miesięcy. Czy to prawda? Posłuchajcie jego historii.

      Jestem posiadaczem karty kredytowej MasterCard „Złotówka”. Spłacam co miesiąc całe zadłużenie z poprzedniego miesiąca. Nie korzystam z opcji „minimalne spłaty miesięczne”, ponieważ udaje mi się wszystko spłacić w 54-dniowym okresie bezodsetkowym. Z tego powodu nie powinienem płacić jakichkolwiek odsetek. Tymczasem od grudnia 2010 r. na papierowych rozliczeniach, które otrzymuję z banku, pojawiają się odsetki w wysokości każdorazowo kilku złotych. Po rozmowie z konsultantem z infolinii okazało się, że odsetki są naliczane od mojego zadłużenia w pierwotnej wysokości 183 zł, które powstało w listopadzie 2010 r. z tytułu przelewu dokonanego z rachunku karty na konto osobiste.

      Taki przelew jest traktowany jak operacja gotówkowa. Operacje gotówkowe są oprocentowane od pierwszego dnia (w odróżnieniu od operacji bezgotówkowych, dla których okres bezodsetkowy wynosi 54 dni). Z tego powodu - jak powiedział mi konsultant - odsetki zostały naliczone za listopad, grudzień, styczeń (odpowiednio płatne w grudniu, styczniu i lutym) i będą naliczane aż do całkowitej spłaty zadłużenia z tytułu tej operacji.

      Poinformowałem konsultanta z którym rozmawiałem, że co miesiąc spłacam pełne moje zadłużenie, dlatego po 25. dniu każdego miesiąca (stały termin spłaty mojego zadłużenia za poprzedni miesiąc) nie mam żadnych zaległości z poprzedniego miesiąca. Dowiedziałem się wtedy, że jestem w dużym błędzie. Otóż zgodnie z art. 28. i 29. regulaminu wydawania i używania kart kredytowych banku BPH, spłata zadłużenia z tytułu operacji gotówkowych występuje dopiero po spłacie zadłużenia z tytułu operacji bezgotówkowych. Wniosek jest taki, że kwotę 183 zł z listopada 2010 r. będę spłacać w drugiej kolejności tj. po operacjach bezgotówkowych” - pisze pan Piotr.

      Sytuacja jest więc taka, że z całej spłaty, dokonywanej przez klienta, tylko kilka złotych idzie na spłatę raty wykorzystanego limitu transakcji gotówkowych (dokładnie jest to 4% długu). Od pozostałej do spłaty kwoty bank nalicza odsetki. Dla klienta oczywiście byłoby korzystniej spłacić najpierw „stary” dług z transakcji gotówkowej, ale bank jest sprytny i każe najpierw spłacać nowe długi bezgotówkowe.

      „W ten sposób, nieświadomie zaciągnąłem w BPH kredyt długoterminowy” - skarży się klient. „Na moje pytanie: co mam zrobić, żeby spłacić to zadłużenie usłyszałem (to jest informacja od konsultanta, nie ma jej w regulaminie, ani nigdzie indziej np. na stronie internetowej banku), że nie powinienem dokonywać transakcji kartą od momentu zakończenia starego miesiąca do terminu spłaty zadłużenia tj. do 25. dnia  kolejnego miesiąca” - pisze czytelnik. Wtedy spłata będzie zaliczona na poczet transakcji gotówkowej z listopada 2010 r., bo nie będzie do rozliczenia żadnych transakcji bezgotówkowych.

      Klient ma bankowi za złe. „Moim zdaniem BPH powinien wyraźnie w regulaminie napisać w jaki sposób rozlicza operacje gotówkowe i że sposób ich spłaty różni się od spłaty operacji bezgotówkowych. BPH powinien mnie poinformować w rozliczeniach papierowych za kolejne miesiące, że istnieje zadłużenie z tytułu operacji gotówkowej (i to już kilkumiesięczne), gdyż byłem przekonany, że nie mam żadnego zadłużenia poza zadłużeniem z bieżącego miesiąca. BPH powinien mi przedstawić sposób obliczania miesięcznej kwoty raty spłaty, która wynosi niewiele ponad 2 zł miesięcznie od kwoty zadłużenia 183 zł.

      BPH powinien mnie poinformować o możliwościach spłaty zadłużenia z tytułu operacji gotówkowych, tym bardziej, że jak się dowiedziałem będę musiał zaprzestać używania karty przez większą część miesiąca. Widać z tego, że jest to raczej sposób „partyzancki” ze szkodą dla klienta (wymyślony być może na poczekaniu przez konsultanta), a nie rozwiązanie przemyślane. Sposób spłaty zadłużenia z tytułu operacji gotówkowych jest tym bardziej nie do zaakceptowania ponieważ BPH pobiera miesięczną opłatę za kartę w wysokości 6 zł, chyba, że miesięczne obroty na karcie przekroczą kwotę 600 zł. Jeżeli mam powstrzymać się od używania karty, żeby szybko spłacić zadłużenie z listopada, to kiedy mam zrobić obrót w wymaganej kwocie?

      Zaciągając jakikolwiek kredyt w banku, w umowie jest określony okres jej trwania, jest przedstawiony sposób spłat rat i odsetek, informacja o możliwości wcześniejszej spłaty, informacja o całkowitych kosztach kredytu itd. W przypadku opisywanego kredytu nie mam żadnej informacji, nawet nie wiem, że w ogóle go mam, nie mówiąc już o tym jak go spłacić. Myślę, że osoby, które nie spłacają regularnie zadłużenia na karcie – z założenia - spodziewają się, że będą płacić odsetki w ogóle. Widząc na miesięcznym rozliczeniu kwotę naliczonych odsetek, nie wnikają w szczegóły np. z jakiego są one tytułu” - kończy pan Piotr.

      Samcik blox

      Co na to bank? Odpowiedział mi pokrętnie: „Wydaje się, że u podstaw wątpliwości Klienta leży niepełna wiedza o tym, że możliwość skorzystania z tzw. okresu bezodsetkowego dotyczy wyłącznie transakcji bezgotówkowych. Regulamin używania i wydawania kart kredytowych Banku jednoznacznie precyzuje, iż przelewy środków z rachunku karty są transakcjami gotówkowymi, co oznacza, iż zadłużenie z tego tytułu nie podlega okresowi bezodsetkowemu. Oznacza to, że na przygotowywanych dla Klientów zestawieniach transakcji wykazane zostaną odsetki od tego typu transakcji.

      W przypadku, kiedy Klient dokonuje transakcji bezgotówkowych i transakcji gotówkowych  w danym okresie rozliczeniowym i jednocześnie chce skorzystać z okresu bezodsetkowego, to dokonując spłaty całości zadłużenia, powinien zwrócić uwagę na zapisy „Regulaminu wydawania i używania kart kredytowych” dotyczące zasad alokacji wpłat na rachunek karty kredytowej. Każda dokonana  wpłata odnawia dostępny limit kredytu i w pierwszej kolejności jest zaliczana na pokrycie zadłużenia z tytułu wykorzystanego limitu kredytu na: opłacenie opłat i prowizji, odsetek, a następnie zadłużenia z tytułu transakcji bezgotówkowych, w dalszej kolejności transakcji gotówkowych, w wysokości miesięcznej spłaty – tj. 4% salda zadłużenia z tytułu tych transakcji.

      Zatem w myśl powyższych zasad alokacji, w przypadku występowania zarówno transakcji bezgotówkowych jak i gotówkowych, z całej dokonanej wpłaty, równej kwocie zadłużenia całkowitego, tylko kwota stanowiąca 4% zadłużenia, księgowana jest tytułem uregulowania zobowiązania z tytułu transakcji gotówkowych” - napisano mi w biurze prasowym Banku BPH. Spostrzeżenia klienta są więc słuszne - za transakcje gotówkowe z karty kredytowej będzie płacił długo, bo bank woli pobierać od nich odsetki.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji.

      PONAD 235.000 MIŁOŚNIKÓW SUBIEKTYWNOŚCI. W pierwszym kwartale 2011 r. blog „Subiektywnie o finansach” odwiedzało miesięcznie średnio 235.000 osób. To jedno z najpopularniejszych tych miejsc z sieci, w których pisze się i mówi o finansach. Nie zapominaj kliknąć codziennie www.samcik.blox.pl!

      ZOBACZ CYKL KLIPÓW WIDEO „PRZEŚWIETLAMY REKLAMY”. W ciągu ostatnich dwóch lat powstało kilkadziesiąt odcinków prześwietlania reklam w wersji wideo. Początkowo kręciłem je wspólnie z Andrzejem Chećko, a później z Anią Skurczyńską i Kasią Łuką. Zostań fanem prześwietlania reklam w wersji wideo i obejrzyj wszystkie odcinki na platformie Gazeta.tv

      USŁYSZ SUBIEKTYWNOŚĆ W TOK FM. Autora blogu „Subiektywnie o finansach” możecie usłyszeć również w Radiu TOK FM, w porannej audycji ekonomicznej „EKG”, prowadzonej przez red. Tadeusza Mosza. Słuchajcie i podglądajcie poprzez stronę internetową TOK FM od poniedziałku do piątku po godz. 9.00. Subiektywność w finansach gości w tej audycji w niektóre piątki. Ostatnio było np. o Samciku - obywatelu nieistniejącym :-). 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (48) Pokaż komentarze do wpisu „Bank tak ustalił zasady spłat karty kredytowej, by klient cierpiał jak najdłużej?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 czerwca 2011 10:02
  • wtorek, 21 czerwca 2011
    • Wojna cenowa w szybkich przelewach? Alior rzucił wyzwanie mBankowi

      Jakiś czas temu podniecałem się wprowadzeniem przez mBank usługi pt. przelewy ekspresowe. Ich ekspresowość polega na tym, że trafiają do celu w ciągu kwadransa, niezależnie od pory dnia, nawet pomiędzy sesjami systemu Elixir, który - jak wiadomo - wypuszcza przelewy tylko trzy razy na dobę. Patent na ominięcie Elixiru jest chałupniczy i dostarcza do sopocka spółka Blue Media. Ma ona konta z wsadem założone we wszystkich największych bankach działających przez internet i bardzo szybko może przetransportować ów wsad na wskazany rachunek w danym banku - na zasadzie przelewu wewnętrznego.

      Jeśli więc chcę przelać 500 zł z mBanku na konto kolegi w ING Śląskim, to zlecam w mBanku przelew ekspresowy, a mBank informuje o tym fakcie Blue Media. Zaś ta spółka przelewa wskazaną kwotę ze swojego konta w ING Śląskim na konto mojego kolegi w tym samym banku. Ponieważ jest to przelew wewnętrzny, ING Śląski księguje go niemal natychmiast. Oczywiście rozliczenie finalne następuje już między bankami w normalnej sesji Elixir, ale z punktu widzenia klienta liczy się fakt, że pieniądze dotarły do celu niemal natychmiast.

      Kiedy przelewy ekspresowe wprowadził mBank, wydawało się, że jest to gadżet dla nielicznych. Ale niedługo później okazało się, że usługa ma dość dużą popularność - tą drogą wędruje po kilka tysięcy przelewów miesięcznie - przeciętnie o wartości 1000-1500 zł. Być może to właśnie sukces przelewów ekspresowych w mBanku skłonił jego konkurentów do podjęcia rzuconej rękawicy. W poniedziałek Alior Bank poinformował, że też uruchamia identyczną usługę - również dostarczaną przez Blue Media.

      Więcej o szybkich przelewach: W tekście Maćka Bednarka w Wyborcza.biz

      Różnica między przelewem ekspresowym w mBanku i Alior Banku jest taka, że ten aliorowski jest... znacznie tańszy. O ile w mBanku każdy tego typu przelew kosztuje aż 5 zł (sporo jak na standardy przelewów internetowych, które przeważnie są darmowe lub najwyżej za 50 gr.), to w Aliorze można go zlecić już za 1 zł. Tabela prowizji jest tu uzależniona od wartości pieniędzy, które przewędrowują pomiędzy kontami Blue Media. Przelew do 1000 zł kosztuje 1 zł, a każdy kolejny tysiąc to dodatkowa złotówka. Np. za przelanie 2500 zł klient zapłaci 3 zł. Usługa nazywa się w Aliorze przelewem natychmiastowym i można przelać w jej ramach jednorazowo do 5.000 zł.

      Bardzo jestem ciekaw czy to początek wojny cenowej pomiędzy bankami oferującymi przelewy ekspresowe. Na tle oferty Aliora przelewy mBankowe, obciążone prowizją 5 zł, nie wyglądają już tak atrakcyjnie, jak kiedyś. Może czas na korektę w tabeli opłat i prowizji? No i ciekaw jestem czy przelewy ekspresowe, natychmiastowe, chwilowe, błyskawiczne i inne mknące niczym wiatr, zechcą wprowadzić do oferty kolejne banki. Ponoć w jednym ze swoich najnowszych kont oferuje coś takiego bank BPH (klienci indywidualni mogą korzystać z systemu natychmiastowych systemów wysokokwotowych Sorbnet), ale nie słyszałem, by jakiś klient BPH przesłał 1000 zł BPH-owskim Sorbnetem. Może, drodzy czytelnicy blogu, pochwalicie się, że to naprawdę działa?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Wojna cenowa w szybkich przelewach? Alior rzucił wyzwanie mBankowi”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 czerwca 2011 16:51

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line