Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • sobota, 30 czerwca 2012
    • Wakacje, czyli... okazja, by wpaść w pętlę długów. Oto sześć rad, by się nie dać

      Dla dzieciaków w sobotę zaczęły się letnie wakacje, dla pracujących - okres urlopowy. Zresztą również autora blogu od kilku dni nie można już spotkać na warszawskich ulicach, czającego się przy oddziałach banków, z przyklejoną brodą i wąsami (by oszukać ochroniarzy, którzy mają w domach plakaty z tą zakazaną mordą i przykazaniem: strzelać bez ostrzeżenia).  Dziś subiektywność objawia się w niedostępnych, dzikich lasach, w puszczy, w której o oddziałach bankowych nie słyszano, a bankowość mobilną okoliczni leśnicy zapewne zamówiliby przez telefon, gdyby w okolicy znaleźli... mityczny zasięg. Ten stan nie oznacza bynajmniej, że subiektywność Was osierociła, ale nie da się ukryć, że w najbliższych tygodniach nowe notki będą pojawiały się na tej stronie ciut rzadziej, niż zwykle.

      Szczyt pecha? Nie pojechać na wakacje z powodu zepsutego bankomatu!

      Czas wakacji w blogu chciałbym zainaugurować kilkoma akapitami z cyklu "Upierdliwe zrzędzenia Wujka Dobra Rada", czyli wziąć na warsztat Wasze letnie finanse. Niestety bowiem jest tak, że wyjazdy na wakacje bardzo często stają się zaczątkiem finansowego kryzysu w budżecie domowym. Kryzysu, który w niektórych przypadkach - i przy niesprzyjających okolicznościach - może przekształcić się w regularny krach. Koszty rodzinnych eskapad nad morze, w góry, na egzotyczną wyspę lub mniej egzotyczne odludzie przeważnie nie są błahe, a często też spontaniczne, nie zaplanowane wcześniej w domowym budżecie. Tak samo obozy i kolonie dla dzieciaków. Kilka tysięcy, a czasem i kilkanaście, to wyrwa trudna do zasypania. Dziś więc w blogu kubeł wody na Wasze rozpalone głowy. Co zrobić, by po wakacjach nie zbankrutować?

      Po pierwsze: Najpierw kasa, potem wakacje. Najlepiej byłoby - wiem, to marzenie ściętej głowy - byście już od jesieni poprzedniego roku odkładali na specjalnym koncie oszczędnościowym po stówce lub kilku miesięcznie akonto przyszłych wakacji. Mając taką rezerwę uniknęlibyście spontanicznego wpadania w długi przy okazji każdych kolejnych wakacji. Jeśli udało się Wam postąpić w ten sposób, to po pierwsze muszę Wam powiedzieć, że jesteście niezwykle rzadkim przypadkiem zoologicznym i powinniście być trzymani pod ochroną ;-), a po drugie możecie dalej nie czytać - no, może poza ostatnim punktem, bo nawet systematycznie oszczędzając na wakacje, możecie wpaść w długi... na wakacjach ;-)

      Czytaj też: Sześć pomysłów na pomyślność domowego budżetu w 2012 r.

      Po drugie: Biznesplan to podstawa. W każdym wypadku - a szczególnie wtedy, jeśli musicie skorzystać z pożyczki, by móc pozwolić sobie na wyjazd wakacyjny - ustalcie ile tak naprawdę te wakacje będą kosztowały. A więc zróbcie najzwyczajniejszy w świecie biznesplan tego przedsięwzięcia. Uwzględnijcie w nim nie tylko koszty zakwaterowania i wyżywienia, ale też - o ile nie lecicie na zorganizowaną wycieczkę z biurem podróży - koszty transportu. Paliwo i bilety PKP są dziś naprawdę drogie, a przeważnie nie traktujemy ich jako koszty wyjazdu. Zaplanujcie z góry ile pieniędzy zamierzacie wydać na miejscu na tzw. przyjemności, czyli wyuzdaną konsumpcję. Zsumujcie wszystko i... jeśli trzeba to poszukajcie finansowania. Ale z głową.

      Po trzecie: Kredyt najwyżej na rok. Jeśli znacie już rozmiary dziury w budżecie urlopowym, to sprawdźcie czy stać Was na to, by zalepić ją kredytem bankowym. Dobra rada wujka: kredyt bierzcie najwyżej na rok. Wiem, bank z radością pożyczy Wam kasę na lat pięć albo i siedem, a przy tym rata będzie bardzo przyjemna, ale to pułapka. Po pierwsze długi kredyt w ostatecznym rozrachunku jest droższy, niż krótki. Po drugie dla bezpieczeństwa finansowego jest ważne, by nie spłacać kredytów dłużej, niż do czasu, kiedy będzie duże ryzyko konieczności wzięcia kolejnego, na to samo. Jeśli więc kupujecie nowe auto na kredyt - niech to będzie kredyt góra trzy-czteroletni, bo potem niechybnie auto sprzedacie i kupicie nowe, też na kredyt. Jeśli potrzebujecie kasy na wakacje, to pożyczcie ją na rok, bo za rok też będziecie chcieli wziąć kredyt na to samo. A nie ma nic gorszego, niż wzięcie kolejnego kredytu, nie spłaciwszy poprzedniego. Banki uwielbiają konsolidować stare długi z nowymi, ale mnożenie kredytów po to, by je konsolidować, to droga to finansowego krachu.

      Po czwarte: Srata tata, ale jaka miesięczna rata? Dla banków początek lata to żniwa. Oferty kredytów na wakacje pewnie Was zasypują. Jeśli macie spłacać raty za te wakacje jeszcze przez kilka, kilkanaście miesięcy po powrocie z urlopu, to musicie mieć absolutną pewność, że nie zdestabilizują one Waszego budżetu.  Z każdego pożyczonego tysiąca będziecie musieli po roku oddać przeciętnie 1150 zł (może trochę mniej lub więcej, w zależności od oferty banku). Policzcie czy jesteście w stanie spełnić ten warunek bez ryzyka,  że wpadniecie w kłopoty z płynnością finansową. Zasada jest prosta: rata kredytu na wakacje, zsumowana z ratami innych Waszych kredytów, nie może przekraczać 30-35% standardowych dochodów miesięcznych, bez wliczania w to premii i ekstrasów. Z kolei rata wakacyjnego kredytu wraz z ratami pozostałych spłacanych kredytów i stałych wydatków (rachunki, czynsze itp.) nie powinna przekraczać 50-60% wpływów.  Jeśli jest inaczej, bierzcie tańsze wakacje albo niższy kredyt, bo ryzykujecie wpadnięciem w pętlę zadłużenia. A w Polsce mało kto z niej wychodzi.

      Po piąte: Karta kredytowa? Tylko z opcją ratalną. Jeśli kupujecie wakacje korzystając z awaryjnego finansowania kartą kredytową, sprawdźcie czy możecie ją później spłacić w ratach. Jest mało prawdopodobne, że zmieścicie się ze spłatą wykorzystanego limitu w karcie w dwóch miesiącach. A jeśli się nie zmieścicie, bank zacznie naliczać odsetki od długu w karcie, a Wy prędzej czy później utoniecie, bo zabraknie Wam konsekwencji, by tę kartę spłacić. Aby to zrobić, weźmiecie z banku następną, a potem kolejną...  Znam to, uwierzcie. Lepiej od razu po powrocie z wakacji poprosić bank o zamianę wykorzystanego limitu w karcie na zwykły kredyt ratalny. Może to kosztować 2% prowizji, ale to mniej, niż odsetki od karty, płacone przez kolejne dziesiątki miesięcy. Brrr... Zanim dobierzecie się do kredytówki, by sfinansować wakacje, sprawdźcie czy ma ona opcję zamiany długu na kredyt ratalny. I nie zapomnijcie po powrocie z tej opcji skorzystać!

      Czytaj: Najgłupsze rzeczy, które możesz zrobić z kartą na wakacjach

      Po szóste: Wakacyjne wydatki pod żelazną kontrolą. Niezależnie od tego jak sfinansowaliście wyjazd na wakacje i czy zadłużyliście się rozsądnie, macie ogromną szansę, by wpaść w strukturalne długi, jeśli nie będziecie pilnowali wydatków już podczas samego wypoczynku. Znam mnóstwo przypadków osób, które nie dość, że kupowały wycieczkę na kredyt, to jeszcze na miejscu wyczyściły wszystkie karty kredytowe - nota bene za granicę warto zabrać dwie karty działające w różnych systemach: Visa i MasterCard.  To było kilka lat temu, a ci pechowcy w długach toną do dziś. Sposób na to jest tylko jeden: ustalić dzienny limit wydatków podczas urlopu i nie przekraczać go pod żadnym pozorem (lub po przekroczeniu od razu następnego dnia wyrównać). Wydatki powinny być zgodne z biznesplanem (patrz punkt drugi).

      Wiem, nikt nie lubi się ograniczać podczas urlopu, ale uwierzcie: brak takiej elementarnej kontroli kasy na wakacjach to drugi-trzeci najczęściej spotykany przeze mnie powód wpadania ludzi w długi. Życzę Wam udanych wakacji i zregenerowania akumulatorów, ale proszę: niech te wakacje nie skończą się tak, że będziecie je spłacać przez następnych pięć, czy dziesięć lat. A jak źle pójdzie i przypląta się jakaś choroba czy przejściowa utrata pracy, to i do końca życia. Nie warto. Cóż, najlepsze co możecie zrobić to kupić i zabrać na urlop mój poradnik o oszczędzaniu i inwestowaniu. Na tych wakacjach ta wiedza już Wam się nie przyda, ale za to na kolejne... będzie jak znalazł ;-). No to jeszcze raz: wspaniałych wakacji! Życzy Wasz ulubiony redaktor Samcik. ;-)

      Jak pomnażać oszczędnościKUP PORADNIK AUTORA BLOGU "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI"! Książka jest na półkach sieci salonów Empik, na stronie www.samosedno.com.pl oraz w sklepach internetowych www.empik.pl oraz www.merlin.pl. ”Dziennik Gazeta Prawna” zrecenzowała ją tak: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Autorka blogu www.Kreatywa.blogspot.pl pisze tak: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami. Pozwala sobie czasem na luźniejszą, bardziej przyjazną formę. Szary obywatel sporo wyniesie z takiej lektury, nie będzie czuł się przytłoczony fachową terminologią, a jednocześnie jego wiedza się wzbogaci". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika. Jeśli ktoś pragnie poznać podstawy działania rynku, zyskać szybko potrzebny zestaw informacji, które ułatwią mu poruszanie się po tej płaszczyźnie życia, to polecam mu właśnie tę pozycję. Nie powinien czuć się zawiedziony". Czytelniczy serwis internetowy Radia Zet napisał: "Dowiemy się z tej książki dlaczego warto mieć oszczędności, kiedy warto ryzykować, jak przygotować się do inwestowania i jak inwestować w złoto i inne kruszce. Wszystko podane w czytelnym układzie i napisane prostym językiem. Do tego ciekawostki i przykłady opisanych mechanizmów"  

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      SUBIEKTYWNOŚĆ BYWA POMOCNA. Napisał do mnie jeden z czytelników, którego sprawa została opisana w tym blogu. "Piszę do Pana w sprawie sporu z BPH i Genworth Financial, w którym bank ubezpieczył kredyt mojego taty. Po jakimś czasie od publikacji Pańskiego artykułu firma Genworth Financial przyznała nam wstrzymane odszkodowanie i wpłaciła pieniądze bankowi BPH, a ten przelał je na nasze konto. Chciałem Panu bardzo serdecznie podziękować za pomoc. Wcześniej nic nie działało: ani prośby ani groźby. Nie pomagał Rzecznik Ubezpieczonych, ani nawet sprawa sądowa. Dopiero po publikacji Pańskiego  artykułu ni z tego ni z owego ubezpieczyciel przeanalizowali jeszcze raz słuszność odmowy. Wiem, że to Pańska zasługa i za to ja i moja rodzina jesteśmy Panu bardzo wdzięczni. Bardzo bym chciał, żeby  pomagał Pan  innym osobom w takich i podobnych sprawach bo firmy ubezpieczeniowe i banki boją się mediów. Proszę doradzać wszystkim walkę o swoje pieniądze do samego końca, bo to daje rezultaty". Dzięki za ciepłe słowa i obiecuję, że nie odpuszczę :-)

      SUBIEKTYWNOŚĆ KIBICUJE PIŁKARZOM NA EURO 2012! To największa sportowa impreza organizowana w Polsce od wielu lat. Z tej okazji w blogu wiele piłkarskich wpisów. Miłośnicy emocji sportowo-finansowych chętnie poczytają o zakładach bukmacherskich, w których za obstawienie samych porażek Polaków można było zarobić 20 zł od każdej postawionej złotówki, a za zdobycie przez naszych pucharu - nawet 40 zł. Pisałem o okolicznościowych monetach z okazji Euro 2012, które NBP sprzedawał m.in. po 16.000 zł za sztukę, a dziś na Allegro kosztują już 20.000 zł. Możecie poczytać o lokatach, których oprocentowanie jest oparte o wyniki meczów polskiej drużyny oraz o tym dlaczego zabrania ich Minister Finansów. Zachęcam do sprawdzenia który bank z okazji Euro 2012 postanowił zmienić logo i stać się biało-czerwony. Nie zapomnijcie też sprawdzić ile mogli zarobić na turnieju polscy piłkarze. No i tego ile naprawdę zarobili oraz ile... stracił PZPN. No i jeszcze ciekawy kawałek o tym, że Euro 2012 to również Strefa Kobica bez gotówki! Dla tych, którzy zawiedli się drogim, niskoprocentowym piwem w Strefie Kibica mam tekst o tym, że jest parę gatunków piw droższych, niż te, które można kupić na Euro 2012. ;-). Dla tych, którzy zawiedli się wynikami Polaków tłumaczyłem, że przegrać musieliśmy, bo na Euro 2012 wygrywa tylko... Balcerowicz. A o tym co nam pozostanie po Euro 2012 rozmawiałem w dniu rozpoczęcia turnieju w programie Dzień Dobry TVN.

      DD TVN - co nam zostanie po euro

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Wakacje, czyli... okazja, by wpaść w pętlę długów. Oto sześć rad, by się nie dać”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 30 czerwca 2012 10:34
  • piątek, 29 czerwca 2012
    • Zamiast czekać na kuriera z umową, poszedł po nią do placówki i... ma kłopoty

      Zaczęło się pięknie. Mój czytelnik zakupił 1 lutego kupon w Grouponie, dzięki któremu przy zamówieniu karty WizzAir Citibank miał otrzymać 200 zł. Regulamin promocji przewidywał, że trzeba dokonać tą kartą minimum trzech transakcji bezgotówkowych na kwotę w sumie 300 zł.  Czas na spełnienie warunku: trzy miesiące kalendarzowe od daty wydania karty. "Już kilka godzin po zakupie kuponu zadzwoniła do mnie pani z banku z gratulacjami wyboru karty i rozpoczęła zbieranie informacji czy spełniam warunki aby taką kartę otrzymać. Przeszedłem wstępną weryfikację, a pracownica banku ustaliła limit na karcie - 10.000 zł. Pani zaproponowała standardową procedurę, zakładającą, że przyjedzie do mnie kurier, podpiszę umowę i już. Tutaj zachowałem się nietypowo ponieważ pracuję w terenie i nie chciałem uzależniać się od kuriera. Zaproponowałem podpisanie dokumentów w oddziale banku. Wybrałem oddział, umówiłem się na konkretną datę" - opowiada czytelnik.

      I to był błąd. Duży błąd. Jak mówią, że przyjadą to się nie dyskutuje, tylko czeka aż przyjadą. "Niestety, w wyznaczonym dniu dojechałem pod oddział za późno, pojawiłem się w placówce dwa dni później. W banku rozpoczęło się poszukiwanie dokumentów i ustalanie czego w ogóle od nich chcę. Po kilkunastu minutach udało się odnaleźć e-maila z centrali i dokumenty dostałem do podpisu. Podpisałem, ale godzina w plecy. Pani z banku z przekąsem stwierdziła, że jakbym załatwiał wszystko przez kuriera,  to byłoby wygodniej i szybciej" - opowiada czytelnik. Trudno, procedura to procedura. Jak klient chce robi jej wbrew, to nie powinien liczyć na zrozumienie, prawda? Mój czytelnik liczył, że na tym sprawa się zakończy, dostanie kartę, zacznie jej używać, zainkasuje dwie stówki i życie stanie się piękne. Nic z tego.

      "Po czterech dniach znów zadzwoniła pani z banku z informacją, że dokumenty, które otrzymała z placówki są niekompletne i ona wyśle do mnie kuriera. Przypomniałem, że pracuję w terenie i wolę ponownie się zjawić w oddziale. Tym razem pani już wiedziała o co chodzi, podpisałem i miałem nadzieję, że już jest po sprawie. Ale karta nie przyszła. Napisałem zapytanie w formularzu na stronie internetowej Citi, ale odpowiedzi nie dostałem. O całym zamieszaniu zapomniałem. Aż tu 24 kwietnia zadzwonił telefon z Citibanku. Pani poinformowała, że znalazła moją niezakończoną sprawę, a koleżanka, która się mną zajmowała, już w banku nie pracuje. Okazało się, że bank chciałby zmniejszyć limit z poprzedniej umowy do 8.000 zł i musi mi wysłać kurierem nową umowę. Delikatnie spytałem panią czy sobie żartuje. Powiedziała, że nie żartuje. Był wtorek, umówiliśmy się na kuriera w piątek. Ale w piątek kurier się nie zjawił. Kilka dni później zaskoczył mnie telefon, że kurier szuka mnie w biurze. Umówiłem się z nim na poniedziałek. Przyjechał, podpisałem umowy. Kartę otrzymałem. 17 maja. Pani na infolinii nie była mnie w stanie poinformować czy dostanę pieniądze z Groupona" - kończy opowiadanie klient. Cóż, signum temporis. Kiedyś karty kredytowe wpadały nam do portfeli bez powodu i bez wysiłku. Dziś trzeba grzecznie czekać na kuriera. Mój czytelnik nie chciał czekać i dlatego czekał na kartę od 1 lutego do 17 maja. Wniosek? Jak się za dużo kombinuje, to na kartę czeka się trzy i pół miesiąca.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Zamiast czekać na kuriera z umową, poszedł po nią do placówki i... ma kłopoty”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 29 czerwca 2012 08:34
  • środa, 27 czerwca 2012
    • 80 zł prowizji za zwykły przelew internetowy, czyli bank zarabia na nieuwadze. Bo lubi

      Niedawno firma doradcza Deloitte zaprezentowała wyniki badań dotyczących m.in. lojalności klientów polskich banków. Z badań tych wynika, że Polacy są, na tle innych narodów z naszej części Europy, najbardziej nielojalni wobec banków. Aż 31% osób mających konto lub kredyt stwierdza, że do swojego banku nie jest przywiązana. I gdyby tylko pojawiła się okazja, czmychnięcie do konkurencji nie byłoby żadnych problemem. Taką postawę deklaruje też 29% Czechów, ale już tylko 24% Węgrów i 20% Słowaków. Inna sprawa, że ów brak lojalności klientów polskich banków jest póki co jedynie deklaratywny. Bo jeśli zbadać jaka część klientów rzeczywiście zmieniła bank, to okaże się, że było to tylko 12% Polaków, 17% Czechów oraz aż 28% Węgrów i więcej, niż co drugi Słowak.

      Deloitte o lojalności klientów banków

      Wniosek? Albo lubisz swój bank i czujesz się z nim mentalnie związany, bo odbyłeś wędrówkę w poszukiwaniu najlepszego miejsca dla siebie, albo narzekasz, marudzisz i zrzędzisz, ale głównie dlatego, że boisz się sprawdzić co by było gdybyś ośmielił się zmienić bank. Niedawno pisałem o badaniach firmy AT Kearney, której wyszło, że najlepszego banku dla siebie poszukuje wciąż kilkanaście milionów Polaków. W zasadzie mogłoby się wydawać, że dla banków to sytuacja dość bezpieczna. Nawet jeśli robią złą robotę i wkurzają ludzi, to ci ludzie - choć narzekając - nic nie zrobią. Sęk w tym, iż nie wiadomo, czy ta bezczynność nie jest tylko bezczynnością do czasu. Z badań Deloitte wychodzi, ze Polak najbardziej polubiłby bank, który zapewni mu edukację ekonomiczną, długo czynne oddziały, indywidualną obsługę i dopasowane do jego potrzeb portfolio produktów. A brak mobilności niezadowolonych wynika li tylko z przekonania, że nikt im tego wszystkiego nie da, bo "wszystkie banki są takie same". Jeśli ktoś zapewni spersonalizowaną obsługę o wysokiej jakości to przyjdzie czas zemsty na znielubianym banku.

      Tylko jak to zrobić? Deloitte twierdzi, że banki powinny inaczej segmentować klientów - zamiast wrzucać ich do różnych worków w zależności od osiąganych dochodów, powinni nałożyć na to filtr miejsca zamieszkania klienta - inną pozycję i potrzeby ma osoba zarabiająca 2000 zł w dużym mieście i taka w małym lub na wsi. Pewnie coś w tym jest (w małych miastach inaczej się oszczędza, inaczej konsumuje, inaczej wydaje pieniądze), ale niezależnie od różnic w potrzebach, wszyscy prędzej czy później docenią bank uczciwy, który nie myśli wyłącznie o własnych dochodach, ale i o perspektywie zadowolonego klienta, a także bank myślący o jak najszerszym zaspokojeniu potrzeb klienta (być może nie tylko potrzeb finansowych?).

      Deloitte o lojalności klientów banków

      Czytaj też: Wysyp czarnowidzów. Połowa banków pójdzie do piachu?

      Oczywiście nic nie stanie się z dnia na dzień. Bank, który postawi na rzeczywistą jakość poprawy relacji z klientami, będzie zbierał punkty powoli i bynajmniej nie zdobędzie milionów serc dzięki wydawaniu kasy na reklamy. Liczyć się będą innowacyjne produkty, wyróżniające bank wśród konkurentów ("nigdzie indziej tego nie dostanę") oraz opinia o banku, przekazywana z ust do ust. Przykład? Podam taki drobny, z własnego doświadczenia. Otóż kilka tygodni chciałem zlecić przelew w systemie transakcyjnym jednego z moich banków, a konkretnie w Multibanku. Przelew był spory, kilkutysięczny. Byłem zmęczony, przez niedopatrzenie nie sprawdziłem z którego rachunku pójdą pieniądze. Chciałem, by poszły z ROR-u, ale że wcześniej sprawdzałem co dzieje się na rachunku karty kredytowej, niechcący złożyłem dyspozycję przelewu właśnie z karty kredytowej.

      Zorientowałem się po kilku minutach, kiedy nie zauważyłem mojego przelewu ani w transakcjach wykonanych z ROR, ani w zaplanowanych, ani w transakcjach w toku. Początkowo myślałem, że w banku jest awaria, ale zajrzałem dla pewności na rachunki kart i tajemnica się wyjaśniła. Od razu też mogłem przyjąć karę za mój błąd - Multibank policzył za mój przelew z karty kredytowej opłatę w wysokości ponad 80 zł (kilka procent wartości przelewu). Czy mogę mieć pretensje do banku? W zasadzie nie. Za nieuwagę czasem się płaci i to słono. Ale kiedy tego samego dnia zwierzyłem się koleżance z mojej przygody, zdziwiła się i oświadczyła, że niedawno popełniła podobny błąd, ale jej bank - a jest to, o ile pamiętam, Citi Handlowy - w takiej sytuacji wyświetla ostrzeżenie: "przelewasz pieniądze z karty kredytowej, pobierzemy za tę operację taką a taką prowizję. Potwierdź, że naprawdę tego chcesz".

      Deloitte o lojalności klientów banków

      No i cóż, jeśli głębiej zastanowić się nad tą sprawą, to jednak mogę mieć do Multibanku pretensję o to, że mnie nie ostrzegł. Nie musiał, ale mógł. Citi ostrzega i dlatego już co najmniej dwie osoby w Polsce - ja i moja koleżanka - fakt ten doceniają, bo wiedzą, że jest to ponadstandardowa życzliwość. Takie drobiazgi powodują, że o jednym banku zaczyna się dobrze mówić, a o innym źle. Bo jeden ma placówki czynne do 20.00, a inny tylko do 17.00. Bo w jednym na połączenie z infolinią czeka się kilka minut, a  w innym - góra kilkanaście sekund. Bo jeden tylko czeka na błąd klienta, by zabrać od niego jakąś prowizję, a inny najpierw mu o tym przypomni.  Kłopot polega na tym, że poprawianie jakości obsługi i relacji z klientami nie przynosi bieżących korzyści, a sporo kosztuje. I tylko najbardziej zdeterminowanych prezesów banków stać na to, by konsekwentnie robić swoje i liczyć, że klienci to kiedyś docenią.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      SUBIEKTYWNOŚĆ BYWA POMOCNA. Napisał do mnie jeden z czytelników, którego sprawa została opisana w tym blogu. "Piszę do Pana w sprawie sporu z BPH i Genworth Financial, w którym bank ubezpieczył kredyt mojego taty. Po jakimś czasie od publikacji Pańskiego artykułu firma Genworth Financial przyznała nam wstrzymane odszkodowanie i wpłaciła pieniądze bankowi BPH, a ten przelał je na nasze konto. Chciałem Panu bardzo serdecznie podziękować za pomoc. Wcześniej nic nie działało: ani prośby ani groźby. Nie pomagał Rzecznik Ubezpieczonych, ani nawet sprawa sądowa. Dopiero po publikacji Pańskiego  artykułu ni z tego ni z owego ubezpieczyciel przeanalizowali jeszcze raz słuszność odmowy. Wiem, że to Pańska zasługa i za to ja i moja rodzina jesteśmy Panu bardzo wdzięczni. Bardzo bym chciał, żeby  pomagał Pan  innym osobom w takich i podobnych sprawach bo firmy ubezpieczeniowe i banki boją się mediów. Proszę doradzać wszystkim walkę o swoje pieniądze do samego końca, bo to daje rezultaty". Dzięki za ciepłe słowa i obiecuję, że nie odpuszczę :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „80 zł prowizji za zwykły przelew internetowy, czyli bank zarabia na nieuwadze. Bo lubi”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 27 czerwca 2012 09:04
  • wtorek, 26 czerwca 2012
    • Przestroga dla ubezpieczonych. Klient zażądał podwyżki odszkodowania i... stracił

      Każdy, kto kiedykolwiek likwidował szkodę z polisy komunikacyjnego AC wie, że proces ten przypomina spacer po polu minowym. Parametrów, od których zależy wysokość wypłacanego odszkodowania, jest tak wiele, że nie sposób wszystkiego ogarnąć. I nawet jeśli towarzystwo ubezpieczeniowe "leci z nami w kulki", to szalenie trudno wykazać to czarno na białym. W ostateczności machną ci przed nosem kwitkiem, w którym pokażą wycenę z uwzględnieniem "współczynnika eksperckiego" i pozamiatane. Ryzyko bycia zrobionym na szaro można nieco zredukować wybierając opcję likwidacji szkody za pośrednictwem autoryzowanego serwisu. Przynajmniej nie trzeba się aż tak denerwować, bo to serwis użera się z ubezpieczycielem o każdą złotówkę i każdą śrubkę.

      Czasem użerając się z ubezpieczycielem łatwo przefajnować. Taki przypadek spotkał mojego czytelnika, pana Jarosława z Wrocławia. Pan Jarek w kwietniu 2011 r. ubezpieczył auto w sopockiej Ergo Hestii. Niedługo przed zakończeniem życia polisy, w marcu 2012 r., jego auto - Suzuki SX4 - zderzyło się z innym samochodem. Zderzyło się tak skutecznie, że Hestia szkodę zakwalifikowała jako całkowitą. Do tego momentu sprawa była typowa i niewarta naszego zainteresowania. "W piśmie z dnia 03.04.2012 określono wysokość należnego mi odszkodowania na 11.000 zł. Wyliczenie wartości pojazdu podaje wartość 13.165 zł. W ramach wyceny pojazdu przez rzeczoznawcę zastosowano współczynnik ekspercki zwiększający wartość pojazdu po kolizji do 17.000 zł, zmniejszając jednocześnie kwotę przyznanego odszkodowania. Nie podano dlaczego zastosowano współczynnik w takiej wysokości" - pisze pan Jarek. I tu zaczyna robić się ciekawie. Podwyższenie wartości pozostałości po samochodzie oznacza bowiem, że przy określonej wartości auta przed szkodą klientowi przysługuje mniej żywej gotówki w formie odszkodowania.

      "Ponieważ uważałem, że odszkodowanie jest zbyt niskie z powodu zawyżenia wartości pozostałości  napisałem do Ergo Hestia odwołanie datowane na 04.04.2012. W odwołaniu odniosłem się do nieuzasadnionego zastosowania współczynnika eksperckiego. Pisząc to odwołanie założyłem, że otrzymam odszkodowanie w wysokości co najmniej 11.000 zł, czyli, że najwyżej nic nie zyskam. Opierając się na tej przesłance sprzedałem pozostałości po Suzuki SX4" - napisał mi pan Jarek, któremu w tamtym czasie wydawało się, że został mocno poszkodowany przez ubezpieczyciela - dostał prawie 8.000 zł za sprzedany przez siebie wrak (ten sam, który firma ubezpieczeniowa wyceniała na 17.000 zł) i miał w ręku szansę na 11.000 zł z ubezpieczenia. Auto warte przed wypadkiem 28.000 zł i ubezpieczone na taką kwotę po wypadku przybrało postać banknotów sumujących się do 19.000 zł

      Czy można się dziwić, że pan Jarek złożył odwołanie? Tyle, że Ergo Hestia boleśnie mojego czytelnika skontrowała. "W dniu 13.04.2012 wpłynęło na moje konto odszkodowanie w wysokości 7.709 zł. Zadzwoniłem na infolinię Ergo Hestia, ale nie otrzymałem informacji o treści decyzji w sprawie przyznanego odszkodowania. Decyzję otrzymałem listownie w dniu 23.04.2012 (data stempla pocztowego na kopercie 18.04.2012). W otrzymanym piśmie Ergo Hestia obniżyła kwotę należnego mi odszkodowania, proponując - już po fakcie sprzedaży - pośrednictwo w sprzedaży pozostałości po pojeździe. Poczułem się, jakby mnie ukarano za złożenie odwołania od pierwotnej wyceny" - napisał mi pan Jarosław, który w tym momencie zrozumiał jak gruby popełnił błąd sprzedając auto na własną rękę.

      Hestia wyjaśniła mi tę sprawę następująco: "Pierwotnie wartość pozostałości pojazdu po wypadku została ustalona wg systemu na kwotę 17.100 zł netto. Po wpływie odwołania, w którym poszkodowany nie zgadza się z tą kwotą, wystawiliśmy pojazd na giełdę internetową AutoOnline. Uzyskaną na platformie wartość 20.395 zł netto przekazaliśmy poszkodowanemu wraz z danymi oferenta gotowego zakupić pozostałości. Jest to kwota przedstawiająca realną rynkową wartość pojazdu w stanie uszkodzonym. Wykazaliśmy przez to, że pierwotna kwota nie została zawyżona, wręcz przeciwnie" była wyższa od faktycznej rynkowej. Po sprzedaży pojazdu  wskazanemu oferentowi i przedstawieniu przez klienta dokumentu potwierdzającego ten fakt, gotowi byliśmy dopłacić kwotę 1.853 zł netto. Była to kwota obejmująca koszty obsługi sprzedaży i marży pośrednika". Gdyby pan Jarek tak się nie spieszył, miałby szansę zamiast 19.000 zł zainkasować 28.000 zł.

      "Sprzedając pojazd oferentowi klient otrzymałby od niego kwotę 18.536 zł netto, należne odszkodowanie to kwota 7.709 zł netto, po przedstawieniu dowodu sprzedaży dopłacilibyśmy kwotę 1.853 zł netto. Po zsumowaniu tych wartości daje nam to kwotę 28.100 zł netto - klient otrzymuje pełną wartość pojazdu (tyle że z dwóch źródeł)" - pisze Hestia. Abstrahując od kwestii realności wypłaty od tego potencjalnego kupca (znam z własnego doświadczenia tych gości, specjalizują się w wyszukiwaniu rozbieżności między protokołem rzeczoznawcy ubezpieczyciela i stanem faktycznym, wyłudzając potem od właściciela wraku "rabaty" od ustalonej ceny) ta sprawa nasuwa dwa wnioski. Po pierwsze: warto się odwoływać od decyzji ubezpieczycieli. W tym wypadku pojawiła się szansa na realne powiększenie wypłaty. Po drugie: zanim ostatecznie nie będzie znana wartość wypłaconego odszkodowania, nie wolno nic z rozbitym samochodem robić. Może się bowiem okazać, że w wyniku reklamacji łączna suma należna klientowi ubezpieczyciela rośnie, ale... samo odszkodowanie - maleje.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Przestroga dla ubezpieczonych. Klient zażądał podwyżki odszkodowania i... stracił”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 czerwca 2012 08:54
  • poniedziałek, 25 czerwca 2012
    • (Bez)konkurencyjna subiektywność nagrodzona przez prezesa UOKiK!

      Subiektywność w finansach zaznacza swoją obecność w blogosferze już od ponad trzech lat. I stale przybywa jej czytelników oraz fanów. W maju kliknęliście strony tego blogu ponad 550.000 razy. W każdym tygodniu otrzymuję od Was kilkadziesiąt listów, e-maili i kontaktów za pośrednictwem Facebooka. Do wielu z nadawców jeszcze nie zdołałem się odezwać, ale wielu doczekało się wsparcia duchowego, zaś niektórzy nawet rzeczywistego. Życie toczy się coraz szybciej, a dla bankowców idą trudne czasy (bo gospodarka zwalnia i trzeba będzie częściej odsyłać klientów z kwitkiem), więc blog "Subiektywnie o finansach" będzie coraz częściej w kręgu Waszego zainteresowania. Cóż, jest to wyzwanie, na które jestem gotów, ale które wymaga od czasu do czasu pozytywnego kopa.

      Takiego energetycznego kopa autor blogu otrzymał właśnie od kapituły konkursu "Libertas et Auxilium", organizowanego przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, wspólnie z Centrum im. Adama Smitha, Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich, Instytutem Dziennikarstwa UW oraz ze Stowarzyszeniem Prawa Konkurencji. Wyjątkowo zacne to grono i tym przyjemniej było autorowi blogu usłyszeć, że został w tym roku wyróżniony Nagrodą Specjalną Prezesa UOKiK za promowanie tematyki konsumenckiej. A także za "konsekwencję w prześwietlaniu branży finansowej i stałe rozwijanie dziennikarskiego talentu". Jako, że wielu z Was nazywa mnie zamiejscowym oddziałem UOKiK, niniejszym ogłaszam, iż stwierdzenie takie nabrało właśnie mocy ;-). To niezwykle cenne, że takie urzędy, jak UOKiK, również zauważają, że subiektywność w finansach warto wspierać i napędzać. Gramy z UOKiK w jednej drużynie i choć to Wasze - czytelników blogu - uznanie jest dla mnie najważniejsze, to jednak nagrody przyznawane przez ekspertów są dowodem na to, że "Subiektywnie o finansach" to robota nie tylko pełna żaru i pasji, ale także profesjonalizmu. I za to wielkie dzięki dla kapituły "Libertas et Auxilium".

      Z niejaką satysfakcją muszę też zwrócić Waszą uwagę, że w tym roku ponownie konkurs UOKiK zdominowali dziennikarze mojej macierzystej redakcji - "Gazety Wyborczej". W kategorii "Ochrona Konkurencji" dwie z trzech nominacji otrzymali moi redakcyjni koledzy (Leszek Baj i Rafał Zasuń), zaś w kategorii "Ochrona Konsumentów" na cztery nominacje dwie pochodziły z redakcji "Wyborczej" (otrzymali je Marek Wielgo i autor niniejszego wpisu). Laureatami nagród w tych dwóch kategoriach zostali Rafał Zasuń (za tekst "Zmowa elektryczna") oraz Kasia Bosacka (za program z cyklu "Czy wiesz co jesz", emitowany w TVN Style), która też zresztą wywodzi się z "Wyborczej". No! :-). Gdybyście więc mieli wątpliwości z odpowiedzią na pytanie która gazeta w Polsce z największym uporem i konsekwencją broni Waszych praw konsumenckich, to myślę, że już dłużej mieć tych wątpliwości nie powinniście. Głosujcie na "Gazetę" codziennie w kioskach, to będzie jeszcze lepsza. Rok temu dziennikarze "Gazety" zgarnęli nagrody w obu kategoriach, zaś dwa lata temu Konrad Niklewicz, dziś wiceminister w rządzie Donalda Tuska (wcześniej rzecznik polskiej prezydencji) odebrał z rąk prezesa UOKiK nagrodę specjalną.

      Nagroda specjalna Prezesa UOKiK zajmie poczesne miejsce w mojej wirtualnej gablocie z trofeami. Przechowuję w niej rzecz jasna, oprócz statuetek, medali pamiątkowych oraz dyplomów, również skalpy zdjęte z głów bankowców :-). A między tymi skalpami błyszczą: statuetka nagrody im. Eugeniusza Kwiatkowskiego przyznana mi w 2011 r. na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie, nagroda im. Mariana Krzaka, którą przyjąłem z rąk prezesa Związku Banków Polskich w 2004 r., statuetka „Grand Press” zdobyta w konkursie miesięcznika „Press” w 2005 r., III nagroda w konkursie „Tylko Ryba nie bierze?”, organizowanym przez Fundację Batorego (z 2006 r.), nagroda dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego przyznana w ramach konkursu Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami (w 2007 r.), wyróżnienie w konkursie dziennikarskim im. Władysława Grabskiego, organizowanym przez Narodowy Bank Polski (z 2009 r.), nagroda „Złote skrzydła”, przyznana mi przez Krajowy Rejestr Długów w 2010 r. oraz nagroda dziennikarz roku VI Kongresu Gospodarki Elektronicznej (z 2011 r.). A to wszystko dzięki temu, że ze mną jesteście...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „(Bez)konkurencyjna subiektywność nagrodzona przez prezesa UOKiK!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 czerwca 2012 23:30
  • niedziela, 24 czerwca 2012
    • W futbolu pieniądze nie grają? Może i nie, ale na Euro 2012 wygrywa... Balcerowicz

      Kilka dni temu podsumowywałem finansowe osiągnięcia naszych piłkarzy na Euro 2012. Osiągnięcia te okazały się dużo cenniejsze, niż osiągnięcia sportowe (nie wytykając - dwa remisy i porażka w najsłabszej z grup, której liderzy zgodnie odpadli z Euro 2012 w ćwierćfinałach, niczego nadzwyczajnego nie pokazując). Każdy zawodnik przeciętnie zarobił na turnieju niecałe 70.000 euro, co oznacza jedną drugą-jedną trzecią miesięcznego kontraktu w klubie w przypadku najlepszych zawodników i całą miesięczną klubową wypłatę w przypadku tych mniej eksponowanych. Niemało, biorąc pod uwagę, że gdyby nasi wyszli z grupy, zarobiliby dwa razy więcej oraz zauważając, że inne reprezentacje za brak awansu do ćwierćfinału nie dostały premii w ogóle. No i jeszcze dodając, że PZPN stracił z powodu słabego występu Polaków jakieś 13 mln zł. Stracił też trenera Smudę i Adamiakową...

      Czytaj też: Niezłę pensje ligowych piłkarzy. Prezes banku się chowa

      Jak już minęło mi zdziwienie z powodu słabego występu naszych Orłów i obejrzałem trzy z czterech ćwierćfinałów Euro 2012, to zdałem sobie sprawę, że wartość sportowa poszczególnych drużyn jest zbyt ściśle skorelowana z wynikami sportowymi, byśmy mogli marzyć o sukcesach typu awans do czegokolwiek. Już sam fakt, że byliśmy w Euro 2012 - zaproszeni jako gospodarze turnieju - musi być dla nas wystarczającą satysfakcją. O wybitnie silnej zależności pomiędzy wynikami sportowymi, a wartością rynkową zawodników z poszczególnych drużyn świadczy po pierwsze skład ćwierćfinałów, a po drugie - ich wyniki. Wystarczy porównać potencjał finansowy tych, którzy wyszli z poszczególnych grup i tych, którzy z nich nie wyszli, by coś nam zaczęło świtać w głowie. A zanim nam zacznie świtać, rozważmy jeszcze karierę trenera. Można wyciągnąć do 10 mln euro rocznie. Chyba, że jest się trenerem Smudą, to wtedy tylko 140.000 zł miesięcznie :-).

      Jeden z portali sportowych jeszcze przed mistrzostwami wyliczył (powołując się na niemiecki serwis wyceniający wartość piłkarzy), że wartość rynkowa polskiej, 23-osobowej kadry wynosi jakieś 103 mln euro. Z tego dokładnie 15 mln przypada na Roberta Lewandowskiego, 12 mln euro na Wojtka Szczęsnego, 9 mln na Łukasza Piszczka, a 7 mln euro na Kubę Błaszczykowskiego. Ta czwórka załatwia prawie połowę wartości polskiej drużyny, pozostali piłkarze warci są na rynku tylko po 1-4 mln euro. Te 103 mln euro wartości Biało-Czerwonych to niestety czwarty wynik od końca na Euro 2012. Mniej warta była tylko reprezentacja Grecji - 101 mln euro - oraz Irlandii i Danii - 95 mln euro i 81 mln euro. W naszej grupie więcej ważyli i Czesi i Rosjanie (ci ostatni 175 mln euro). No i gdyby ci ostatni nie mieli wielkiego pecha w meczu z Grekami, kiedy ostrzeliwali przeciwnika wyjątkowo bezskutecznie, mielibyśmy jednoznaczny dowód, że w piłce o wyniku decyduje wartość rynkowa piłkarzy. A tak mamy tylko pół dowodu - w postaci wyniku Czech.

      Czytaj też: Mogłeś sporo zarobić, obstawiając klęskę Polaków na Euro

      No to poszukajmy dowodów w innych grupach. Z grupy B wyszła Portugalia (drużyna warta na rynku 373 mln euro, z czego 80 mln to Ronaldo) oraz Niemcy (525 mln euro). Odpadła Holandia (343 mln euro wartości rynkowej, co finansowo daje trzecie miejsce w grupie, choć sportowo Holendrzy zajęli czwarte) oraz Dania, warta mniej nawet od naszych Orłów. Grupa C? Wychodzą Hiszpanie (785 mln euro, najcenniejsza drużyna finałów) oraz Włochy (426 mln euro). Odpadają mniej warci Chorwaci i Irlandczycy. Grupa D? Górą Anglia (507 mln euro) oraz Francja (445 mln euro). Odpadają Szwedzi i Ukraińcy, warci 128-140 mln euro. Biorąc pod uwagę wyniki rozgrywek grupowych był tylko jeden przypadek, w którym do ćwierćfinału awansowała drużyna nie będąc jedną z dwóch najwięcej wartych na rynku - Grecja.

      Wartość ekip piłkarskich na Euro 2012Kto oglądał trzy zakończone już ćwierćfinały, tylko upewnił się w tym, że pieniądze w piłce nie tylko grają, ale wręcz decydują i wygrywają. Dotychczas do półfinałów weszli Hiszpanie, Niemcy i Portugalczycy, a dziś walczą Anglicy i Włosi. W tym momencie przypomnę Wam interesującą infografikę, którą - z kolei w oparciu o wartość podstawowych jedenastek - opublikował niedawno magazyn gospodarczy "Gazety Wyborczej". Co z niego wynika? Ano mamy wymienionych tych pięć najcenniejszych pod względem wartości rynkowej ekip. Z tej tabelki wynika, że jeżeli w półfinale Hiszpania wygra z Ronaldo (wspieranym duchowo przez wiadomego złotoustego trenera), zaś Niemcy pokonają Anglię lub Włochy, to będziemy mieli finał złożony z rywalizacji dwóch najdroższych pod względem wartości rynkowej ekip. Zresztą podobnie było na Mundialu 2010, wtedy jednak wygrywali ci, którzy mieli obiecane najwyższe premie :-). Mam w związku z tym wnioskiem - pewnie dość oczywistym dla dziennikarzy na co dzień zajmujących się sportem - dwa przemyślenia.

      Po pierwsze: po co w ogóle rozgrywać mistrzostwa Europy, skoro wyniki rywalizacji pokazuje awansem rynek transferowy, tworzony przez wolny rynek na podstawie gier klubowych (żartuję: wiem po co, żeby UEFA zarobiła pieniądze, w tym celu musimy kupować jak najwięcej piłkarskich stringów ;-)). Po drugie: tyle się ostatnio nasłuchałem, że kapitalizm się skończył, że się nie sprawdza, że trzeba go korygować, wzmacniać, osłabiać lub zastępować interwencjonizmem. Tymczasem w piłce nożnej kapitalizm sprawdza się doskonale. Rynek wycenia piłkarzy z doskonałą niezawodnością i bardzo rzadko się przy tym myli. A piłkarze grają w drużynach narodowych tak, jak wycenia ich rynek. Czyli nasz Lewandowski kopie jakieś sześć razy gorzej, niż Ronaldo ;-). Proszę mi tu nie mówić, że kapitalizm się skończył, albo że Balcerowicz musi odejść :-). Jesteśmy piłkarsko biedni, więc przegrywamy w nogę i trzeba się oswoić z tym bólem. Balcerowicz z piłki nie odejdzie, a ból szybko nie przeminie ;-)

      SUBIEKTYWNOŚĆ KIBICUJE PIŁKARZOM NA EURO 2012! To największa sportowa impreza organizowana w Polsce od wielu lat. Z tej okazji w blogu wiele piłkarskich wpisów. Miłośnicy emocji sportowo-finansowych chętnie poczytają o zakładach bukmacherskich, w których za obstawienie samych porażek Polaków można było zarobić 20 zł od każdej postawionej złotówki, a za zdobycie przez naszych pucharu - nawet 40 zł. Pisałem o okolicznościowych monetach z okazji Euro 2012, które NBP sprzedawał m.in. po 16.000 zł za sztukę, a dziś na Allegro kosztują już 20.000 zł. Możecie poczytać o lokatach, których oprocentowanie jest oparte o wyniki meczów polskiej drużyny oraz o tym dlaczego zabrania ich Minister Finansów. Zachęcam do sprawdzenia który bank z okazji Euro 2012 postanowił zmienić logo i stać się biało-czerwony. Nie zapomnijcie też sprawdzić ile mogli zarobić na turnieju polscy piłkarze. No i tego ile naprawdę zarobili oraz ile... stracił PZPN. No i jeszcze ciekawy kawałek o tym, że Euro 2012 to również Strefa Kobica bez gotówki! Dla tych, którzy zawiedli się drogim, niskoprocentowym piwem w Strefie Kibica mam tekst o tym, że jest parę gatunków piw droższych, niż te, które można kupić na Euro 2012. ;-). A o tym co nam pozostanie po Euro 2012 rozmawiałem w dniu rozpoczęcia turnieju w programie Dzień Dobry TVN.

      DD TVN - co nam zostanie po euro

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      SUBIEKTYWNOŚĆ BYWA POMOCNA. Napisał do mnie jeden z czytelników, którego sprawa została opisana w tym blogu. "Piszę do Pana w sprawie sporu z BPH i Genworth Financial, w którym bank ubezpieczył kredyt mojego taty. Po jakimś czasie od publikacji Pańskiego artykułu firma Genworth Financial przyznała nam wstrzymane odszkodowanie i wpłaciła pieniądze bankowi BPH, a ten przelał je na nasze konto. Chciałem Panu bardzo serdecznie podziękować za pomoc. Wcześniej nic nie działało: ani prośby ani groźby. Nie pomagał Rzecznik Ubezpieczonych, ani nawet sprawa sądowa. Dopiero po publikacji Pańskiego  artykułu ni z tego ni z owego ubezpieczyciel przeanalizowali jeszcze raz słuszność odmowy. Wiem, że to Pańska zasługa i za to ja i moja rodzina jesteśmy Panu bardzo wdzięczni. Bardzo bym chciał, żeby  pomagał Pan  innym osobom w takich i podobnych sprawach bo firmy ubezpieczeniowe i banki boją się mediów. Proszę doradzać wszystkim walkę o swoje pieniądze do samego końca, bo to daje rezultaty". Dzięki za ciepłe słowa i obiecuję, że nie odpuszczę :-)

      Jak pomnażać oszczędnościKUP PORADNIK AUTORA BLOGU "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI"! Książka jest na półkach sieci salonów Empik, na stronie www.samosedno.com.pl oraz w sklepach internetowych www.empik.pl oraz www.merlin.pl. ”Dziennik Gazeta Prawna” zrecenzowała ją tak: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Autorka blogu www.Kreatywa.blogspot.pl pisze tak: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami. Pozwala sobie czasem na luźniejszą, bardziej przyjazną formę. Szary obywatel sporo wyniesie z takiej lektury, nie będzie czuł się przytłoczony fachową terminologią, a jednocześnie jego wiedza się wzbogaci". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika. Jeśli ktoś pragnie poznać podstawy działania rynku, zyskać szybko potrzebny zestaw informacji, które ułatwią mu poruszanie się po tej płaszczyźnie życia, to polecam mu właśnie tę pozycję. Nie powinien czuć się zawiedziony"  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „W futbolu pieniądze nie grają? Może i nie, ale na Euro 2012 wygrywa... Balcerowicz”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 czerwca 2012 13:30
  • piątek, 22 czerwca 2012
    • Alior Sync: miało być wejście smoka, a wyszedł... bank under construction

      Kilka dni temu odtrąbiłem w blogu start pierwszego banku internetowego nowej generacji - Alior Sync. Liczba innowacji przedstawionych przez twórców Synca na konferencji prasowej rzeczywiście powalała na kolana: wirtualny oddział umożliwiający wideorozmowę z konsultantem nawet w środku nocy, możliwość wybierania metody logowania, przelewy przez Facebooka, inteligentne planowanie domowego budżetu (obejmujące integrację danych z innych banków klienta), negocjowanie lokat, świnki-skarbonki z premiami wypłacanymi przez bank w nagrodę za systematyczne oszczędzanie, sekcja z multimediami - gry, filmy, muzyka - możliwość kupowania w banku na raty m.in. wycieczek z biura turystycznego... Aż trudno było uwierzyć, że to wszystko rzeczywiście działa. Obejrzałem więc reklamę, założyłem konto w Alior Sync i... zamieniłem się w Ninja ;-)


      Wnioski? Kilka rzeczy mnie autentycznie ujęło, ale generalnie bank wygląda niestety trochę tak, jakby był zbity pośpiesznie z desek i wisiał na czterech gwoździach. Oczywiście przejaskrawiam, ale coś w tym na pewno jest. Sporo luk, niedoróbek, niedomówień w opisach, nieprecyzyjności. Być może klienci typu Ninja (taki rodzaj gołodupca: no income, no job i tak dalej), dla których liczy się przede wszystkim tzw. usability serwisu (przepraszam polonistów :-)), takie drobiazgi twórcom Synca wybaczą. Ja nie wybaczam, bo gdzie jak gdzie, ale w banku proste niedoróbki mnie najzwyczajniej w świecie denerwują. Któryś z internautów złośliwie spuentował, że bank postanowił zaoszczędzić na beta-testerach i wystawił niedorobiony serwis, żebyśmy wszyscy się mogli pobawić i zgłosić poprawki. No to zgłaszam ich kilka. Proszę o cierpliwość, zgłoszenie będzie dość długie.

      Zakładanie konta: bezpiecznie, ale z (małym) nieporozumieniem. Najpierw jest bardzo przejrzysty, nieskomplikowany formularz na stronie internetowej Synca. Podaję swoje dane, wybieram obrazek bezpieczeństwa, który bank będzie zawsze załączał do swojej korespondencji pod moim adresem. Potem prośba, bym wysłał groszowy przelew weryfikacyjny z konta w innym banku, by Sync mógł potwierdzić moje dane. Tu potrzebowałem drugiego podejścia, bo adres zgłoszony w tym drugim banku nie zgadzał się z podanym przeze mnie w formularzu aliorowskim. Ale bank wołami pisał o tym w opisie procesu zakładania konta, więc nie mam powodu, by się awanturować. W odpowiedzi na przelew weryfikacyjny bank nie przysłał mi danych do pierwszego logowania SMS-em, ale... przelewem zwrotnym na moje konto w innym banku (w tytule przelewu).

      Ciekawy pomysł i bardzo bezpieczny. Podoba mi się. Mam tylko jedno "ale": opis przelewu był tak nieczytelny, że nie byłem w stanie ustalić który numer jest moim CIR, czyli numerem klienta. Wyglądał tak: "Maciej Samcik, (tu mój adres) 09249010440000420031811212 59159537 to Twój identyfikator w Alior Sync. Potwierdzamy zawarcie umowy rachunku z Alior Sync. Szczegóły w wiadomości e-mail". Sporo czasu straciłem, wiele logowań zakończyłem błędem, nim ustaliłem, które cyfry są numerem klienta, a które nie. I z korespondencji z moimi czytelnikami wiem, że nie tylko ja miałem ten problem. Choć niektórzy czytelnicy donoszą, że to niekoniecznie wina Alior Sync, a mojego drugiego banku, który dołożył do opisu przelewu numer konta, powodując totalny misz-masz. "Identyfikator znajduje się w polu 'Tytuł przelewu'. Pozostałe dane, jak imię i nazwisko, adres czy numer rachunku, nie znajdują się w polu 'Tytuł'. Zrealizowaliśmy kilkanaście tysięcy wniosków i nie odnotowaliśmy podobnego przypadku" - twierdzi Alior Sync. Cóż, musiałem mieć pecha...

      Jak już w końcu mi się udało wpisać właściwy numer i dostałem SMS-em pierwsze hasło do logowania, to się znowu zdziwiłem, bo... nie zgadzał się obrazek bezpieczeństwa na ekranie. Wybrałem inny, wyświetlał się inny. "Podczas wypełniania wniosku wybrał Pan obrazek do korespondencji z Bankiem. Natomiast przy logowaniu na stronie logowania został Panu wyświetlony obrazek bezpieczeństwa, który służy do potwierdzenia autentyczności strony do logowania. Jest on inny niż obrazek do korespondencji" - tłumaczy bank. A mnie już głowa boli od tych różnych obrazków bezpieczeństwa. Nie mógłby być jeden, zawsze ten, który wybrałem? Dezorientowanie klienta jest w tym wypadku zupełnie niepotrzebne. Cóż, grunt, że w końcu udało mi się wejść do banku. Nie do końca tak:

      Serwis prosty i przejrzysty, ale... Pierwsze wrażenie bardzo pozytywne. Ładny serwis internetowy, przejrzysty, nie przeciążony gadżetami, wiadomo gdzie szukać najczęściej spotykanych funkcji. Jednak im więcej klikałem, tym bardziej czar pryskał. Co jakiś czas "Please wait" zamiast "Proszę czekać", kilka razy "Fatal error" zamiast "Błąd". Niektóre ekrany niemal całe puste, tylko z małymi napisami lub instrukcjami na górze. Niektóre napisy nachodzące na siebie, zlewające się w jedną masę, a więc nieczytelne. Czasem jedną operację trzeba zatwierdzić aż dwa razy... - odniosłem wrażenie, że wszystko było dopychane kolanem na ostatni moment, skoro nie udało się spolszczyć lub dopracować niektórych elementów serwisu. Bank obiecał mi, że już w sobotę wprowadzi poważny upgrade systemu, który usunie część niedoróbek. Trzymam za słowo. Ale jeszcze przed tym upgrade'm przelałem do Synca parę groszy i zacząłem się bawić. Szło różnie.

      Przelew przez Facebooka tylko z kontem. Ale jakim? Najpierw odpaliłem przelewy przez Facebook. Niestety bez powodzenia: na początku wszystko było pięknie: zarejestrowałem aplikację bankową na Facebooku, odnalazłem ikonkę ze zdjęciem znajomego, któremu chcę przelać pieniądze, podałem kwotę, zatwierdziłem jednorazowym hasłem SMS, a tu.... napis: "nie podano numeru rachunku". Jakiego numeru? Przecież to miało działać właśnie bez numeru rachunku! Znajomy miał dostać powiadomienie, że przelew w drodze i sam podać numer konta, na którym mają być zaksięgowane pieniądze. Przez Facebook pieniędzy więc nie przelałem, mimo najszczerszych chęci. A bank nie wytłumaczył mi na ekranie dlaczego  się nie udało. Dopiero po publikacji tego wpisu otrzymałem od Synca wyjaśnienie powodów moich cierpień. "Warunkiem dokonania przelewu na Facebooka jest założenie osobnego konta dedykowanego do obsługi tego typu przelewów oraz pobranie specjalnej aplikacji. System zapytał o numer Pana rachunku, z którego mają być pobrane środki, a nie o numer rachunku odbiorcy. Tak jak informujemy w materiałach instruktażowych dotyczących tej funkcjonalności, do realizacji przelewu na Facebooku nie potrzeba rachunku odbiorcy".? O ja, biedny. Nie widziałem żadnych materiałów instruktażowych przypiętych do tej usługi. Przydałaby się czytelna instrukcja prowadząca niegramotnego klienta, takiego jak ja, za rąsię. 

      Wirtualny oddział tylko z wtyczką. Próbowałem wejść do wirtualnego oddziału i zapytać o co kaman, ale niestety również mi nie wyszło. Pierwszego dnia Sync miał jakiś problem z programem Flash i w ogóle nie dało się uruchomić wideorozmów. Potem - zero wolnych konsultantów (choć próbowałem się "wbić" do oddziału grubo po 22.00). Potem z kolei komunikat, ze brakuje mi odpowiedniej wersji wtyczki Flash. Trudno, ściągnę ją przy okazji. Póki co nie dla mnie rozmowa z atrakcyjnymi telefonistkami w wirtualnym oddziale. Ale - tu zgodzę się z częścią z Was - to mój problem, a nie banku, że nie posiadam wymaganych wtyczek. Problemem banku jest tylko to, że wymaga najnowszych istniejących wtyczek, a na tych nieco starszych wideokonferencje nie działają. Tymczasem postanowiłem przetestować przelewy ekspresowe. Pieniądze z Sync na moje drugie konto w Multibanku powinny dojść w 15 sekund. Wpisałem wszystko, puściłem przelew błyskawiczny i... działa! Bardzo fajny gadżet! A przede wszystkim - za darmo. Czas założyć lokatę. Na początek chciałem "zainwestować" 50 zł. Jako Ninja mógłbym nie mieć więcej przy duszy. Niestety, w Aliorze tak małych lokat nie przyjmują. Kiszka. Dla większych pieniędzy można wziąć lokatę negocjowaną, ale lokata negocjowana negocjowaną jest chyba tylko z nazwy - w zależności od kwoty i liczby dni bank składa propozycję i można ją co najwyżej odrzucić. No i oprocentowanie takie sobie - do 5,5%. Sztandarowa lokata nienegocjowana w Alior Sync ma co prawda oprocentowanie 6,5%, ale... obowiązuje ono tylko do 5000 zł. To taka mała pułapka. Skoro omówiliśmy lokaty, to zajrzyjmy na stronę kredytową. Pożyczki w Sync są oprocentowanie od 10 do 24%. Oj, Ninja nie będzie miał tu tanio...

      Świnka-skarbonka daje radę, ale... co z tą premią? Można wybrać sobie cel systematycznego oszczędzania, bank pokaże wykres z warunkami, które trzeba spełnić, by udało się zebrać wyznaczoną kwotę, a potem zaproponuje premię za systematyczne oszczędzanie. Wybrałem, że chcę oszczędzać na samochód - 20.000 zł. I że chcę zebrać te pieniądze do końca 2013 r. System podpowiedział ile powinienem wkładać i zaproponował premię kwartalną w wysokości 0,25-0,4%. Niestety nie wyjaśniono - lub w opisie usługi po prostu nie umiałem tego znaleźć - od czego te 0,4% będzie naliczone - od wpłaty w danym kwartale, od całkowitego salda? Ale OK, najważniejsze, że jest premia. Później bank doprecyzował mi w e-mailowym oświadczeniu, że "premia kwartalna naliczana jest od średniego salda w danym kwartale. Ta i inne szczegółowe informacje są dostępne w Regulaminie obsługi produktów Alior Sync, który klient akceptuje przed zawarciem umowy". Jeszcze ciekawszą od świnki opcją jest zarządzanie domowym budżetem. Można sobie nałożyć limity na poszczególne kategorie wydatków, a bank monitoruje czy nie są one przekraczane. Fajne, przydatne narzędzie, choć w kilku innych bankach można już znaleźć podobne.

      Menedżer Finansów i kontrowersyjny import. Troszkę się napociłem walcząc z Menedżerem Finansów, który umożliwia import historii rachunków z innych banków. Z duszą na ramieniu wklepałem login i hasło do mojego konta w innym banku i zleciłem import danych. Poszło zgrabnie, ale zaimportowane cyferki okazały się mało przydatne. System nie umie ich na wejściu skategoryzować, więc po imporcie miałem w Menedżerze Finansów tylko wartość miesięcznego budżetu w danym czasie i to wszystko. Nie znalazłem żadnego miejsca, w którym mógłbym nadać kategorie wydatkom, które zaimportowałem. Choć bank twierdzi, że to raczej ze mną jest coś nie tak, a nie z Menedżerem Finansów. I może oczywiście mieć rację :-). "Cały proces jest w pełni bezpieczny. Podawane przez klienta login i hasło są przekazywane on-line, w bezpiecznym szyfrowanym połączeniu do banku prowadzącego rachunek, z którego importowane są dane. Nie są one dostępne dla żadnego pracownika Alior Sync, nie są też nigdzie zapisywane ani przechowywane w systemach Alior Sync. Po imporcie danych z innych banków klient, może je pokategoryzować według własnego uznania. Z czasem system, który uczy się na podstawie danych wprowadzanych przez klienta, przy kolejnej transakcji w danym sklepie bądź numerze rachunku dla odbiorcy, sam zasugeruje przyporządkowanie wydatku do odpowiedniej kategorii".

      "Wyciskane" hasło, czyli strzał w dziesiątkę. Menedżer Finansów to z pewnością ciekawa rzecz, ale głównie dla kogoś, kto prowadzi cały domowy budżet pod kontrolą Synca. Funkcje serwisu, które sprawiają, że jest to mimo wszystko przedsięwzięcie innowacyjne, to z całą pewnością 5% zwrotu za zakupy w internecie opłacane kartą wydaną do konta (nie testowałem, nie przysłali jeszcze karty), możliwość doładowania komórki z poziomu serwisu bankowego. Pomysł z możliwością zmiany sposobu logowania też świetny - hasło maskowane to fajna i wygodna rzecz, ale... hasło "wyciskane" na guzikach widocznych na ekranie to rzecz jeszcze fajniejsza. Duuuże plusy dla Synca za podrzucenie klientowi możliwości wyboru w tak strategicznym obszarze jak sposób logowania. Pamiętam, że właśnie z powodu bardzo niewygodnych tokenów, które kiedyś obowiązywały w ING Banku Śląskim, uciekałem z tego banku gdzie pieprz rośnie. I na dobrych kilka lat się do niego zraziłem. Z powodu takiego właśnie drobiazgu!

      Oczywiście trzeba docenić fakt, że Alior Sync jest za darmo. No, prawie. W tabeli opłat znalazłem dwie pozycje lekko niepokojące.  Pierwsza to prowizja za wpłatę we wpłatomacie - wynosi 0,5% wartości pieniędzy, min. 3 zł. Przelew zlecany przez telefon jteż nie jest tani - kosztuje aż 5 zł. Ale tu - uwaga - możliwe są zmiany in plus! Zobaczcie co dostałem od Synca: "Z uwagi na fakt, że kwestia bezpłatnego dokonywania wpłat we wpłatomatach budzi ogromne zainteresowanie klientów, rozważamy zmiany wychodzące naprzeciw tym oczekiwaniom. Szczegóły podamy już wkrótce. Przelewy realizowane przez Call Center wymagają więcej pracy po stronie banku, w tym również udziału konsultanta. Opłata za tę czynność jest standardem na rynku usług bankowym. Zachęcamy klientów Alior Sync do korzystania z możliwości dokonywania w prosty sposób bezpłatnych przelewów za pośrednictwem systemu bankowości internetowej bądź bankowości mobilnej".

      Na koniec zajrzałem do Strefy Rozrywki, która też ma wyróżniać bank i spowodować, że ludzie będą otwierać tę stronę w internecie nie tylko po to, by sprawdzić saldo lub zlecić przelew. Jednak odnoszę wrażenie, że Strefa Rozrywki to standardowa wersja czegoś, co każdy internauta ma już na pulpicie swojego komputera - internetowe radio, filmy do obejrzenia online, telewizja jak ta np. z portalu Ipla plus trochę gier komputerowych do kupienia. Te ostatnie podobno w okazyjnych cenach. Do wyboru m.in. Dirt 2 i Auta,  "Tym co wyróżnia Alior Sync jest całkowicie bezpłatny dostęp do materiałów oraz brak jakichkolwiek reklam bądź innych komunikatów promocyjnych. Dodatkowo każdego miesiąca w Strefie Rozrywki rozdajemy 1000 biletów do kina. Wystarczy jedynie zaprosić pięciu znajomych do korzystania ze strefy. Wszystkie filmy na DVD i gry dostępne w ramach Strefy Rozrywki pochodzą od ich oficjalnego dystrybutora firmy CD Projekt i zawierają 40% rabat od jego cen. Korzystając ze Strefy Rozrywki klienci banku mają pewność, że wszystkie zakupione w niej produkty są oryginalne". No dobra, powiedzmy, że dałem się przekonać.

      W sumie więc mamy na stole kilka ciekawych nowości, ale i dużo luk, dziur, niedoróbek, niejasności, które powodują, ze Sync z jednej strony cieszy, a z drugiej - potwornie denerwuje. Zresztą nie tylko mnie. Posłuchajcie jednego z moich czytelników, który zapragnął mieć w Sync nie tylko konto, ale i kartę kredytową. "Proces wyglądał sympatycznie - na początku wybór parametrów karty kredytowej (wysokość limitu, okres rozliczeniowy), potem podałem szczegółowe dane osobowe i adresowe oraz dane o dochodach, zatrudnieniu, pracodawcy i gospodarstwie domowym. Następnie akceptacja różnych oświadczeń (zgoda na przetwarzanie danych w celu zawarcia umowy, przekazywanie danych do BIK...) i na końcu był wybór jednego z trzech sposobów zawarcia umowy: A) kurierem B) telefonicznie oraz C) umowa on-line (przy umowie on-line był dopisek że to najszybszy z tych sposobów). Oczywiście wybrałem opcję on-line, wówczas zostałem poproszony o podanie loginu i hasła do banku do którego otrzymuję wynagrodzenie w celu jego weryfikacji. Nie powiem żeby wzbudziło to moje zaufanie, ale zaryzykowałem.

      Następnym krokiem było dokonanie przelewu na rachunek Alioru w wysokości 1 zł w celu potwierdzenia moich danych. Wydawało mi się że to już koniec procesu, ale jednak nie. W międzyczasie otrzymałem maila potwierdzającego pozytywną wstępną weryfikację oraz informację że następny etap to kontakt telefoniczny ze strony pracownika banku, podczas którego przekazane będą szczegółowe informacje odnośnie wnioskowanego produktu oraz dalszej ścieżki procesowania. To już mnie trochę zdziwiło, przecież miało być on-line? Następnego dnia dzwoni do mnie pracownica banku i przez ponad 20 minut weryfikuje dane, które wcześniej przez kilka(naście) minut wpisywałem sam w internetowym wniosku. Telefonistka spisuje kolejne dane, po raz kolejny przedstawia mi informacje o produkcie, z którymi zapoznałem się wcześniej na stronie www, na koniec oznajmia że mam się spodziewać... kolejnego telefonu w celu zawarcia umowy. Kolejnego dnia dzwoni do mnie inna pani z banku i znowu jestem proszony o weryfikację danych, co trwa kolejne 10 minut i co gorsza jak się okazało to dalej nie koniec, kolejny raz poinformowano mnie, że skontaktuje się ze mną bankier w celu zawarcia umowy. Czy Alior Sync to bank przyszłości? Chyba jeszcze nie" - napisał mi jeden z czytelników.

      Na co jeszcze zwracają uwagę czytelnicy? "Za dużo tych zakładek, w których trzeba klikać "dalej" by  przejść do następnego pola edycji. Jakby nie można było tego zrobić w jednym oknie". Albo inny denerwujący problem: "Podczas robienia przelewu wybieram jego kategorię (np. paliwo). Po  wykonaniu przelewu kategoria nie jest widoczna i trzeba ją znów ustawiać ręcznie z poziomu Menedżera Finansów. Kiedy ją ustawię ręcznie to już zostaje". I jeszcze: "Pytałem się na czacie o Managera Finansowego, bo u mnie przy importowaniu historii operacji z banku matki, tj. Aliora, nie ściągnęła się historia karty kredytowej. W odpowiedzi usłyszałem, że należy się uzbroić w cierpliwość, ponieważ są w trakcie finalizowania wdrażania i na chwilę obecną nie wszystko działa. Kiedy bank zacznie na 100% działać sprawnie pani na czacie nie umiała odpowiedzieć". Cóż, wygląda na to, że Alior Sync powinien sobie powiesić na stronie głównej taką dużą wywieszkę "Uwaga, bank under construction!". A szkoda, bo kilka usług Synca to innowacje pierwsza klasa, niestety przykrywają je denerwujące niedoróbki bądź brak łopatologicznych wyjaśnień, które naprowadziłyby mniej wyrobionego klienta, zwanego dla niepoznaki beta-testerem na to, co w danym momencie robi źle.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (85) Pokaż komentarze do wpisu „Alior Sync: miało być wejście smoka, a wyszedł... bank under construction”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 22 czerwca 2012 09:46
  • czwartek, 21 czerwca 2012
    • Znak czasów: w sklepie spożywczym rozdają kupony na... tańsze tankowanie

      Pisałem kilka razy w blogu o tym jak można z pomocą banku mieć nieco tańsze paliwo. Oczywiście chodzi o to, że niektóre banki chętnie podzielą się z klientem prowizją, którą dostaną od stacji benzynowej, gdy zapłacisz za paliwo kartą, zamiast gotówką. Rabaty mają najróżniejszą wartość, Toyota Bank da nawet 4%, ale tylko najlepszym klientom. Zwykły zjadacz słonych paluszków kupi paliwo 1% taniej. W Meritum Banku też można wytarmosić 4%, ale pod warunkiem posiadania w tym banku konta i przelewania na nie wynagrodzenia. W Banku Millennium na "Dobrym Koncie" zwrócą 3% wydatków paliwowych. W mBanku i Multibanku swego czasu była promocja dająca aż 5% zwrotu, ale pod warunkiem, że się jednocześnie kupiło samochodowe OC w ich supermarkecie ubezpieczeniowym.  Ja na pewno nie wybierałbym polisy ubezpieczeniowej pod kątem zniżek na paliwo.

      Czytaj też: Jak dwoma prostymi ruchami zaoszczędzić 10% na paliwie

      Przypomniałem sobie o tych wszystkich ofertach w sklepie Lidl, w którym niespodziewanie obdarowano mnie kuponem zniżkowym. Zniżka opiewała na paliwo - mogę zaoszczędzić nawet do 30 groszy na litrze. Pod warunkiem, że zatankuję paliwo premium :-). Początkowo się przeraziłem, bo kupon dotyczył zakupów paliwa na stacjach sieci Shell, a one uchodziły zawsze za drogie, ale poszperałem w necie i ustaliłem, że dziś już Shell przestał być synonimem luksusu, jakim był dawniej i chce być stacją dla zwykłych ludzi. Takich jak ja. Oraz dla takich, jak Jacek Gmoch, który sepleni do mnie co rano w radiu, jako głos reklamowy Lidla. Trenerowi Gmochowi chętnie włożyłbym jabłko do buzi, by już przestał, ale sam pomysł na to, by łączyć zakupy w sklepie osiedlowym ze zniżkami na paliwo jest... przyznam, dość fajny. Zwłaszcza w dzisiejszych, kryzysowych czasach. A jeśli połączyć kupon zniżkowy z Lidla z rabatem, który dają za zakup paliwa niektóre banki.... Co na to nieszczęsny pan Jacek?

      Sprawdź też gdzie jest najtańsze paliwo na świecie. Do pełna za 3 dolary.

      Ale po kolei. W Lidlu oczywiście mamy tylko okresową promocję, do której nie warto się nadto przyzwyczajać. Kupony będą rozdawane tylko do 1 lipca. Aby się na nie załapać, trzeba zrobić zakupy za minimum 100 zł, a potem zatankować na Shellu co najmniej 20 litrów paliwa. Jeśli do baku trafi FuelSave 95 lub zwykły Diesel, zniżka wyniesie 15 groszy za każdy litr, a jak zatankujemy droższe paliwo V-Power - oszczędzimy 30 groszy. W sumie więc na tankowaniu do pełna zwykłą E-95 można zaoszczędzić - przy przeciętnym baku o pojemności 40 litrów - jakieś 6 zł przy rachunku za tankowanie na poziomie 240 zł. Niecałe 3% całości wydatku. A jeśli za to paliwo kupowane na Shellu zapłacimy kartą dającą kolejne np. 3% zwrotu ceny paliwa, to do zaoszczędzenia jest następnych 6 zł na jednym tankowaniu do pełna. Przy dwóch tankowaniach w miesiącu oszczędności z połączenia premii ze sklepu i z banku sięgają już 24 zł. Taki pieniądz piechotą nie chodzi.

      Bank zwróci aż 1 zł za każdy kupiony litr paliwa. Czego chce w zamian?

      Oczywiście w Lidlu wkrótce już kuponów nie będzie, a w bankach też są limity, z których wynika, że maksymalny miesięczny bonus z tytułu tankowania nie może przekroczyć np. 30 zł. Więc perpetum mobile to to nie jest. Lecz nie w tym rzecz. Uważam, że sieci sklepów spożywczych i supermarketów coraz częściej będą wchodziły w przedsięwzięcia dotyczące zniżek na tankowanie, bo to dziś bardzo nośny bonus, budujący lojalność do sklepu i do stacji benzynowej. Rzecz jest do przeprowadzenia zarówno w skali ogólnopolskiej, jak i w lokalnej - właściciel sklepu w Koziej Wólce może przecież dogadać się z miejscowym ajentem na stacji i wydawać co lepszym klientom kupony rabatowe. Mam świadomość, że to wszystko jest w dużej części czysty marketing, bo Shell - nawet jeśli chce być stacją dla zwykłych ludzi - ma ceny paliw jednak najmarniej o te 5-10 gr. wyższe, niż np. na stacjach Bliska. I zapewne na to samo wyjdzie jeśli zamiast połakomić się na kupon z LIdla zatankujemy na Neste albo w innej automatycznej stacji i po prostu zapłacimy o te kilkanaście groszy mniej za każdy litr paliwa.

      Ale mimo wszystko cieszę się, że nie tylko banki zauważyły potencjał paliwowych promocji. Nie jestem stałym klientem Lidla, ale mam kilka innych ulubionych marketów w najbliższej okolicy i gdyby któryś z nich wszedł w porozumienie z moją ulubioną, okoliczną stacją paliw, to myślę, że przejąłby większość moich obrotów. Nagroda jest szybka, wymierna i - gdyby nie była tylko okazjonalną promocją - mimo wszystko zauważalna w portfelu. Zwłaszcza jeśli ktoś robi zakupy dużo i często. I nie lubi szukać na drugim końcu miasta taniej stacji.

      SUBIEKTYWNE WYBORY NAJCIEKAWSZEGO LOGO. Autor blogu "Subiektywnie o finansach" jest jurorem w konkursie "Banking Magazine", w którym eksperci z rynku PR, marketingu oraz mediów, także społecznościowych, wybierają najciekawsze logo banku działającego w Polsce. W plebiscycie bierze udział 36 logotypów. Jakie są Wasze typy? Czekam na zgłoszenia!

      Logo banków

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Znak czasów: w sklepie spożywczym rozdają kupony na... tańsze tankowanie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 czerwca 2012 00:04
  • wtorek, 19 czerwca 2012
    • Wzrośnie bezrobocie wśród kanarów? Do tych autobusów wsiądą niechętnie

      Jak wiecie - i wiem, że wielu z Was to drażni - jestem zwolennikiem płatności bezgotówkowych. Nie lubię chodzić z pieniędzmi w portfelu, wolę płacić kartami, tam gdzie się da. I chciałbym kiedyś znaleźć się w sytuacji, w której mógłbym w ogóle przestać posługiwać się gotówką. Odbiło mi do tego stopnia, że ostatnio zrobiłem  karczemną awanturę restauratorowi, który nie chciał przyjąć ode mnie płatności kartą (a chodziło o rachunek "imprezowy", na 2500 zł). On się uparł, że doliczy mi za płatność kartą 5% prowizji, a ja zagroziłem mu końcem świata. Wiem, że ów restaurator zapłaci bandycką prowizję interchange. Ale po pierwsze nie widzę powodu, bym to ja miał biegać po bankomatach i organizować gotówkę tylko dlatego, iż ktoś nie przyjmuje do wiadomości, że mamy XXI wiek. Po drugie zaś zaproponowałem restauratorowi, że przeleję mu pieniądze przez internet następnego dnia. Po trzecie zaś wydaję tyle pieniędzy u niego właśnie dlatego, że ma nalepioną na drzwiach informację, że akceptuje karty. Powiedział, że mi nie ufa i mam zapłacić zaraz. Więc musiał przyjąć kartę i płacić interchange, nie chciał bowiem końca świata.

      Powiecie, żem głupi i mając fioła na punkcie kart usługuję lobby bankowców, którzy chcą mnie inwigilować, zaś wiedzę o mnie wykorzystać w niecnych celach. A w dodatku wymyślili technologię zbliżeniową, która nie jest ani fajna, ani bezpieczna. Pogodziłem się już z tym, że jestem inwigilowany przez liczne instytucje, a wystarczy, że mam przy sobie telefon komórkowy, a każde dziecko w CBA wie w jakim miejscu się aktualnie znajduję. Pogodziłem się z tym, że Visa, MasterCard, prezes Polcardu i jego koledzy z innych firm rozliczeniowych, prezesi BRE Banku, Banku Millennium, Inteligo, ING Banku oraz kilku innych instytucji wiedzą, że wczoraj kupiłem komplet seksownej bielizny damskiej w sklepie na rogu. Oczekuję, że dostanę na mój telefon komórkowy propozycję rabatu na kolejny komplet bielizny, a może i na gadżety erotyczne ze sklepu na drugim rogu. 

      Chwila, w której będę mógł spełnić moje marzenie i wyrzucić do kosza portfel z drobnymi, jest chyba coraz bliżej. Podobno pierwszym miastem, w którym będzie można funkcjonować wykorzystując wyłącznie płatności kartą i to w technologii zbliżeniowej, będzie Londyn podczas zbliżających się Igrzysk Olimpijskich. Tak przynajmniej utrzymuje Visa, która jest technologicznym partnerem tego wielkiego przedsięwzięcia. Zbliżeniowość jest tu kluczowa, bowiem tylko ta technologia może skutecznie wyeliminować gotówkę przy małych transakcjach, w kioskach z gazetami, kawiarniach, a przede wszystkim w automatach płatnego parkowania, w metrze, komunikacji miejskiej i innych tego typu miejscach. Wszędzie tam, gdzie liczy się szybkość transakcji i nikt nie lubi szukać drobnych lub wydawać resztę. Organizacje płatnicze od kilku lat pokazują jak ten ideał osiągnąć, ale w praktyce jeszcze się to nigdzie nie udało.

      W tym temacie kilka dobrych wiadomości z Polski, czyli kraju, o którym kibice piłkarscy z Grecji mówią, że są w nim piękne kobiety (pełna zgoda) i drogi jak w Afganistanie (przesadzili, chłopaki, przesadzili). Kartami zbliżeniowym można już nad Wisłą płacić w największych marketach - w tym w Auchan i Carrefour. Ostatnio zaczęło się instalowanie specjalnych parkomatów zbliżeniowych na krakowskim Kazimierzu. Szkoda, że tylko w jednej dzielnicy - podobno głównym problemem jest to, że w pozostałych dzielnicach są inni operatorzy parkomatów, z którymi trzeba by się osobno dogadywać. A do tego ciepły jeszcze news z Warszawy, gdzie Visa zaczęła instalować zbliżeniowe biletomaty w autobusach miejskich. Do tej pory takie automaty były umieszczane tylko na wybranych przystankach, teraz mają być po prostu w autobusach, przy kasownikach. Visa obiecuje, że do końca roku mobilne automaty biletowe zostaną zamontowane w 600 autobusach MZA.

      I właśnie ta liczba jest główną słabością całej koncepcji. Dopóki wsiadając do autobusu nie będę miał absolutnej pewności, że w kasowniku będę mógł zapłacić kartą zbliżeniową, i tak nie mogę zrezygnować z tradycyjnego kupowania biletów, w kioskach albo u kierowców. Albo z płacenia za przejazd telefonem komórkowym (w Warszawie prowadzi takie ustrojstwo m.in. firma mPay). Z tej ostatniej opcji korzystałem ostatnio kilka razy i przyznam, że jest wygodna, ale pod względem szybkości dokonywania transakcji nie ma porównania z dwu-trzysekundowym płaceniem kartą zbliżeniową. Trzeba trochę się napocić, by przejść przez całą procedurę, choć oczywiście jest to i tak przyjemniejsze, niż kupowanie biletów tradycyjnie. Nie mówiąc już o tym, że możliwość zakupu biletu i zapłacenia kartą od razu w autobusie może oznaczać bezrobocie dla wielu "kanarów". Nie wiem ilu jest nałogowych gapowiczów, ale odnoszę wrażenie, że większość z tych, którzy nie skasowali biletu, czyni tak, bo nie zdążyli namierzyć kiosku, nie mają drobnych itp.

      Czytaj też: Bezmyślni urzędnicy zniechęcają nas do płacenia komórką...

      Biletomat w autobusie w WarszawiePalmę pierwszeństwa jeśli chodzi o płatności zbliżeniowe wciąż dzierży Wrocław, gdzie już dziś wszystkie autobusy miejskie (w sumie 700) wyposażone są w biletomaty dające możliwość zapłacenia kartami zbliżeniowymi. Podobno również w Łodzi i Bydgoszczy można w ten sposób płacić za bilety. Warszawę dzieli od tego momentu jeszcze przynajmniej kilkanaście miesięcy, bo skoro pierwszych 600 autobusów zostanie wyposażonych w tę technologię do końca tego roku, to nim będzie dostępna w każdym busie, minie trochę cennego czasu - wszystkich pojazdów jest 1400 i podobno będą wyposażone w możliwość płatności zbliżeniowych w pierwszej połowie 2014 r. Teraz chyba głównym problemem, ograniczającym możliwość porzucenia gotówki, są saloniki i kioski z prasą, gdzie rzadko można płacić kartą, a już kartą zbliżeniową - tylko w kilku sieciach - z Kolporterem na czele. I tu problem jest identyczny, jak z warszawskimi "zbliżeniowymi" autobusami. Dopóki wchodząc do kiosku po gazetę nie będę miał absolutnej pewności, że zapłacę tam kartą zbliżeniową, i tak muszę nosić ze sobą gotówkę. 

      Póki co karty zbliżeniowe - mamy ich w kieszeniach 6 milionów, a po Euro 2012 będzie z pewnością jeszcze trochę więcej - są akceptowane w prawie 70.000 terminali zainstalowanych w takich miejscach jak McDonald’s, coffeeheaven, Empik, Rossmann, Douglas, Sephora, Shell, IKEA, Żabka, Carrefour, Auchan. W duchu nowoczesności płacenie poprzez terminale zbliżeniowe wprowadziła ostatnio sieć pociągów Przewozy Regionalne. No i mamy jeszcze stadiony piłkarskie, np. na Pepsi Arena, gdzie na co dzień gra Legia Warszawa, oraz na Stadionie Narodowym, można bez problemu zapłacić za hot-doga kartą zbliżeniową. Zresztą karty płatnicze z powodzeniem mogą jednocześnie pełnić funkcję karty miejskiej, karty kibica itp. Ale powtarzam - by wyeliminować gotówkę z portfeli fanów kart potrzeba jeszcze jednego - pewności, że w systemie nie będzie żadnych luk.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (23) Pokaż komentarze do wpisu „Wzrośnie bezrobocie wśród kanarów? Do tych autobusów wsiądą niechętnie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 czerwca 2012 19:23
  • poniedziałek, 18 czerwca 2012
    • Szczyt frustracji? Gdy bank blokuje konto i... nawet nie tłumaczy z jakiego powodu

      Długi, jak wiadomo, trzeba spłacać. Jak ktoś zapomni lub celowo się uchyla, może się nadziać na niemiłą kontrę. Niektóre instytucje finansowe lubują się w błyskawicznym reagowaniu na kłopoty klienta i wysyłają monity, upomnienia, pogróżki. Nie można im tego zabronić, choć pewnie rozsądniej byłoby chwilę zaczekać bądź awanturować się o pół tonu ciszej. Zwłaszcza jeśli dług jest malutki, kilkuzłotowy, a klient dobry, wymagający raczej dopieszczenia, a nie karczemnej awantury z małego relatywnie powodu (choć kwestią oceny pozostaje to, czy nie spłacenie długu, nawet groszowego, można rozpatrywać w kategorii błahej sprawy).

      Jakkolwiek ściganie niesumiennego klienta jestem w stanie zrozumieć - a nawet powiem dziarsko, że bezwarunkowo rozumiem - to jednak drażni mnie sytuacja, w której bank, na żądanie jakiegoś wierzyciela zabiera lub blokuje klientowi pieniądze, ale zapomina mu powiedzieć z jakiego powodu to robi i kto się o pieniądze klienta upomniał. To już jest niestety jazda po bandzie. Napisał do mnie czytelnik, którego spotkała taka właśnie niemiła przygoda. "Jestem wiernym czytelnikiem Pańskiego bloga, który z przyjemnością polecam znajomym i rodzinie" - napisał do mnie jeden z czytelników, czym ujął mnie za serce i spowodował przesunięcie swej sprawy w kolejce do publikacji o jakieś 250 pozycji.  To tak jakby wsiąść na bardzo szybki ciągnik :-)

      Czytaj też: Kupił dom od komornika, ale... nie może do niego wejść, bo...

      "Sprawa dotyczy mBanku, w którym posiadam od dość dawna konto osobiste. Któregoś dnia wszedłem do banku sprawdzić środki na moim koncie i widzę brak dość istotnej sumy pieniędzy. Szukam, sprawdzam, myślę: ukradli" - pisze czytelnik. Nie zazdroszczę, bo rzeczywiście taka wizja może człowieka zestresować. "Sprawdzam historię, sprawdzam zablokowane środki i znalazłem zgubę. Okazało się, że dostałem jak z “liścia” egzekucję komorniczą. Ciekawe, bo nie wiem za co. Zaczynam wyjaśniać. Piszę do mBanku na czacie. Bank nie może mi udzielić informacji bezpośrednio tą drogą, proponują że złożą w tej sprawie zapytanie do działu zajmującego się egzekucją i po tygodniu otrzymam informację. Po tygodniu!!!

      Sprawa się przeciąga i rzeczywiście trwa bite, regulaminowe siedem dni. Otrzymuję wreszcie e-mailem od mBanku informację o tym który komornik sądowy wystąpił o egzekucję. Dzwonię do komornika, ten wyjaśnił mi, że lepiej będzie jeśli spłacę dług, co pozwoli na zatrzymacie dalszego narastania odsetek. Godzę się, spłacam zasądzoną sumę i po kilku dniach otrzymuję od komornika informację o zakończeniu sprawy". Koniec? Nie, proszę państwa. "Wchodzę na konto osobiste i widzę, że ubyło mi nie tylko środków, które sam przelałem na konto komornika, ale dokładnie drugie tyle plus jeszcze 30 zł! Znowu na czacie w mBanku wyjaśniam sprawę. Okazało się, że to ja powinienem poinformować mBank o spłaceniu komornika, a ponieważ bank takiej informacji nie otrzymał, to wykonał egzekucję i policzył sobie za tą “usługę” 30 zł. Po raz kolejny musiałem interweniować. Pieniądze komornik odesłał, ale czuję się w tej sprawie, tak bezradny jak turysta nad morzem bez kąpielówek". A tego turystę bez kąpielówek pewnie parę kobiet by obejrzało :-)

      Nie rozumiem dlaczego w pierwszej kolejności mBank nie poinformował mnie mailem o zaistniałej sprawie, przecież mają wszystkie dane personalne i zweryfikowany adres mailowy" - dziwi się klient. "Bank powinien stać na straży moich środków. Wiem, że jako instytucja zaufania publicznego są zobligowani do udostępniania informacji o moich pieniądzach komornikowi, bo takie jest prawo. Ale tego, że ja o tym nic nie wiem, nigdy nie zrozumiem. To jest chyba grube przegięcie" - pisze mój czytelnik. I niewątpliwie ma trochę racji. Bank potrzebował tygodnia, by powiedzieć jakim prawem zabrał pieniądze swojego klienta, których powinien pilnować jak oka w głowie. Komornik też nie lepszy. Po spłaceniu wierzytelności powinien biegusiem poinformować bank, że to uczynił, żeby nie dublować czynności. "Nadmienię tylko, że jeśli mam do spłaty jakieś pieniądze na karcie kredytowej to potrafią  nawet SMS-em pisać i przypominać". I wcale nie potrzebują na to siedmiu dni? Niemożliwe :-). Nadgorliwość jest gorsza, niż faszyzm!

      Zajęcia komornicze w ogóle bywają gwoździem do trumny. Moja czytelniczka, pani Małgosia z Krakowa, klientka BZ WBK, poskarżyła mi się właśnie, że bank, w ramach zajęcia komorniczego wskutek jakichś długów dotyczących prowadzonej przez nią firmy, zablokował jej nie tylko konto firmowe, ale i osobiste. A następnie wypowiedział umowę o linię kredytu odnawialnego w tymże koncie osobistym (w kwocie 7000 zł). Pani Małgosia błyskawicznie straciła płynność finansową, więc przestała spłacać raty kredytu gotówkowego. Kilka tygodni zajęło jej zorganizowanie swoich finansów na nowo, ale zaległość w wysokości jednej lub dwóch miesięcznych rat spowodowała negatywny wpis w BIK. A następnie bank... wypowiedział czytelniczce kartę kredytową. I tak to z powodu długu, który spokojnie można było zwindykować z konta firmowego, powstał problem, który może spowodować trwałe założenie klientce BZ WBK pętli długów na szyję. Głupie to? Głupie. Ale takie głupie mamy w Polsce prawo.

      Dużo mniej zrozumienia mam dla znajomych innej czytelniczki blogu, pani Janiny, którzy narobili długów, po czym wyjechali sobie na wakacje. Zaiste, zaskakująca beztroska. To, co ich na tych wakacjach spotkało, może i nie jest szczytem elegancji ze strony banku, ale powodów do oburzenia znajduję nieco mniej, niż w poprzedniej opisywanej sytuacji, w której pieniądze zniknęły, a bank zapomniał powiedzieć klientowi o co kaman. "Ostatnio spotkałam się z horrendalną sytuacją. Wydaje się tak nieprawdopodobna, że postanowiłam napisać do Pana. Dodatkowo sądzę, że byłby to temat do wyjaśnienia przez Pana na łamach – jako wybitnego znawcy stosunków banki – konsumenci". Wybitny znawca stosunków? Brzmi cool, a nawet jazzy. Tak, to też powoduje przesunięcie w kolejce do publikacji o jakieś 200 pozycji w górę. Przyznam, że głównie za te "stosunki".

      Czytaj: Małżonek narobił długów za Twoimi plecami i nie spłaca. Co robić?

      "Znajomi mieli długi. Wydano wyroki w postępowaniu uproszczonym (nakazowym), czyli dowiedzieli o wszystkim po fakcie.  Mieli dwie karty kredytowe oraz kredyt w rachunku – razem na 39.000 zł. Wszystkie trzy produkty w jednym i tym samym banku. Korzystając z niskich przedsezonowych cen wyjechali na dwa tygodnie do Egiptu. Po kilku dniach okazało się, że obie karty są zablokowane oraz nie działa kredyt w rachunku. Warto dodać, że na koncie nie mieli własnych pieniędzy – tylko ten kredyt w rachunku, w wysokości 12.000 zł. Bank poinformował, że jest egzekucja komornicza o wartości 11.000 zł. Znajomi zostali więc bez grosza w obcym kraju, musieli ich ratować znajomi i rodzina. Po powrocie sprawdzili to w kilku bankach. We wszystkich powiedziano, że to normalna i zgodna z prawem procedura". Ech, ci turyści...

      Bo i jest. Jak się uprą to będą Cię ścigać do trzeciego pokolenia wstecz :-). Po otrzymaniu tytułu wykonawczego bank ma prawo zablokowania wszystkich kont klienta – bez względu na to, że kwota faktycznie egzekwowana leży na jednym tylko z rachunków. Blokada siłą rzeczy może dotyczyć również kredytu w koncie (bo jak konto jest zablokowane, to linia debetowa z nim związana - tym bardziej). To ostatnie brzmi nawet zabawnie, bo bank - jak rozumiem "prewencyjnie" - blokuje swoje własne pieniądze udostępniane klientowi, których ten klient wcale nie musi chcieć wykorzystać. Zdjęcie blokady następuje dopiero po przekazaniu egzekwowanej sumy komornikowi. Banki w dodatku - i to już jest ewidentny kant - nie mają obowiązku informowania klienta o blokadzie "Czy można się bronić przed tym procederem?" - pyta pani Janina. Komentatorzy blogu zwrócili mi uwagę, że to komornik informuje klienta, więc bank już nie musi - uważam, że mimo wszystko jednak powinien. Bo inaczej klient może się obudzić bez dostępu do konta i swoje żale wylać właśnie na bank. A ja odrobinkę uśmiecham się pod wąsem, którego właśnie kilka dni temu zgoliłem razem z brodą, by nie wyjść na Taliba w studio Dzień Dobry TVN..

      Gdybym był złośliwy, to powiedziałbym, że tak: wystarczy spłacać długi, zamiast szwendać się po obcych landach. Ale pani Janina podpisała się jako  "wielbicielka moich tekstów, talentu  i...odwagi (np. w sprawie SKOK-ów)", co powoduje, że ugryzę się w język i nic już nie powiem. Sprawa pewnie byłaby mniej bolesna, gdyby znajomi pani Janiny nie włożyli wszystkich jajek do jednego koszyka, czyli nie korzystali z konta, karty, kredytu jednego banku. Owszem, zawsze jest ryzyko, że komornik zaatakuje wszystkie banki, ale jeśli jest odrobinkę leniwy, to poprzestanie na pierwszym, w którym znajdzie pieniądze. A wtedy można  sobie spokojnie wypoczywać w Egipcie i nie pożyczać pieniędzy na wycieczkę po Nilu z powodu jakichś-tam upierdliwców, którzy przyszli po pieniądze w momencie, w którym był to najzwyklejszy w świecie nietakt :-). Przecież nie zadłużamy się dla przyjemności. Robimy to z powodu... To tak a propos Euro 2012 :-)

      SUBIEKTYWNOŚĆ JEST NA EURO 2012! To największa sportowa impreza od wielu lat. Z tej okazji w blogu wiele piłkarskich wpisów. Miłośnicy emocji sportowo-finansowych chętnie poczytają o zakładach bukmacherskich, w których za obstawienie samych porażek Polaków można było zarobić 20 zł od każdej postawionej złotówki, a za zdobycie przez naszych pucharu - nawet 40 zł. Pisałem o okolicznościowych monetach z okazji Euro 2012, które NBP sprzedawał m.in. po 16.000 zł za sztukę, a dziś na Allegro kosztują już 20.000 zł. Możecie poczytać o lokatach, których oprocentowanie jest oparte o wyniki meczów polskiej drużyny oraz o tym dlaczego zabrania ich Minister Finansów. Zachęcam do sprawdzenia który bank z okazji Euro 2012 postanowił zmienić logo i stać się biało-czerwony. Nie zapomnijcie też sprawdzić ile zarabiają za każdy mecz polscy piłkarze. A może to być nawet ponad 150.000 zł dla każdego za jeden mecz! No i jeszcze ciekawy kawałek o tym, że Euro 2012 to w trzech z czterech Strefach Kibica... strefa bez gotówki! A o tym co nam pozostanie po Euro 2012 rozmawiałem w dniu rozpoczęcia turnieju w programie Dzień Dobry TVN.

      DD TVN - co nam zostanie po euro

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FEJSIE! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      O POMNAŻANIU OSZCZĘDNOŚCI W RADIOWEJ CZWÓRCE! Autor blogu "Subiektywnie o finansach" gościł w radiowej "Czwórce". Audycji możecie posłuchać oraz ją obejrzeć tutaj. Było trochę o tym jak nie zarżnąć domowego budżetu, gdy idą trudniejsze czasy, jak zabrać się do gromadzenia kapitaliku na przyszłość i co zrobić żeby doradca finansowy pomógł, ale na tym nie zarobił (przyszywani doradcy finansowi: proszę nie słuchać, bo się tylko niepotrzebnie zestresujecie :-))   No i było też zaproszenie do przeczytania książki "Jak pomnażać oszczędności". To mógł być nie najgorszy prezent na Dzień Matki. Mógł być też niezły na Dzień Dziecka. A wciąż może być niezły bez okazji ;-)

      Samcik Radiowa Czwórka

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (29) Pokaż komentarze do wpisu „Szczyt frustracji? Gdy bank blokuje konto i... nawet nie tłumaczy z jakiego powodu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 18 czerwca 2012 23:14

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line