Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • niedziela, 30 czerwca 2013
    • Prezes Pekao chce 400.000 klientów. A przejęcia? "Skorzystam z każdej okazji"

      Samcik-lovaglio wywiadW weekendowej "Gazecie Wyborczej" znajdziecie mój duży wywiad z włoskim prezesem Banku Pekao, Luigim Lovaglio. To najlepiej wynagradzany bankowiec w Polsce i jeden z bardziej kontrowersyjnych - zarzucano mu w zeszłym roku, że nie chce pomagać firmom mającym kłopoty finansowe. Jedni mówili wtedy, że to bezwzględny gracz, wykonujący polecenia z Mediolanu, a inni - że wzór bankowca z zasadami, który nie zamierza ryzykować pieniędzy deponentów i akcjonariuszy Pekao, by finansować nieodpowiedzialnych albo nieudolnych prezesów firm, traktujących banki jak bogatych wujków pożyczających wagony kasy na piękne oczy. Lovaglio już od 10 lat jest w zarządzie Pekao, tyle że przez poprzednich osiem rządził z tylnego fotela, a od dwóch - rozdaje karty już oficjalnie. Moment na randez-vous z Lovagliem jest nie lada:: jeden jego wielki rywal, prezes Jagiełło z PKO BP, właśnie przejął dziesiąty największy bank w Polsce (Nordeę), zaś drugi - prezes BZ WBK Mateusz Morawiecki, namiestnik Santandera - ogłosił, że chce zająć drugą pozycję na rynku i zrzucić z niej Bank Pekao. Tymczasem niegdysiejszy żubr, mimo ogromnej inwestycji w sponsorowanie Euro 2012, nie pozyskał w zeszłym roku zbyt wielu nowych klientów, nie przeprowadził też ani jednej spektakularnej kampanii. Czas więc wziąć tego "Żubra" za rogi.

      LOVAGLIO O PRZEJĘCIACH: JEŚLI NADARZY SIĘ OKAZJA... Jedną z najciekawszych deklaracji prezesa Pekao, którą usłyszałem, była ta, która dotyczy możliwości przejęć konkurentów w Polsce. Do tej pory prezes Pekao stawiał głównie na wzrost organiczny, doskonale pamiętając koszmar połączenia z częścią BPH, który nie tylko nie pomógł "Żubrowi" w osiągnięciu pierwszego miejsca na rynku (takie było jedno z uzasadnień tej operacji), ale wręcz spowodował, że dogonienie PKO BP stało się nierealne. Ale wygląda na to, że poczynania PKO BP i buńczuczne zapowiedzi BZ WBK nieco rozdrażniły "Żubra". Teraz mówi Lovaglio tak: "Przyglądamy się rynkowi z dużą uwagą. Jeśli pojawi się jakaś okazja, która pozwoli nam na wzrost i na zwiększenie wartości, zrobimy wszystko, aby z niej skorzystać". Lovaglio zasygnalizował też, że nie będzie nadmiernie hamował swoich zapędów po ostatnich komunikatach KNF, z których wynika, że poziom koncentracji w sektorze bankowym jest już odpowiedni. "Zważywszy na potencjalne okazje, które mogłyby się pojawić, sądzę, że w naszym przypadku nie wystąpi problem z koncentracją" - mówi Lovaglio. A to oznacza, że być może spróbuje pokusić się o jakieś przejęcie, by nie dać się dogonić BZ WBK.

      Jagiełło i Lovaglio

      LOVAGLIO O ZYSKACH PEKAO 2013:  SPADNĄ JEDNOCYFROWO. Po pierwszym kwartale Bank Pekao zanotował spadek zysku netto o 6% w stosunku do podobnego okresu sprzed roku. Jego największy rywal PKO BP pod względem zyskowności zjechał aż o 22%. Poziom kredytów nieregularnych Pekao ma znacznie mniejszy, niż PKO BP, zyski odsetkowe też "Żubr" bardziej podkręcił, niż większy rywal (spadły tylko o 5%, gdy w PKO BP - o 18%). Lovaglio spodziewa się, że w drugim kwartale zyski banków będą jeszcze gorsze, niż w pierwszym: "W pierwszym kwartale banki w swoich wynikach nie uwzględniały jeszcze w pełni spadku stóp procentowych i skurczenia się marż". Lovaglio powiedział też ważną z punktu widzenia akcjonariuszy rzecz dotyczącą zysku "Żubra" na koniec roku. "Jeśli chodzi o Bank Pekao, to jestem optymistą - naszym celem jest ograniczyć na koniec roku spadek zysku netto do wartości jednocyfrowej". A tu prognozy całej branży bankowej na 2013 r., zebrane w zgrabne słupki przez KNF.

      prognozy wyników banków

      LOVAGLIO I OBLIGACYJNY AS W RĘKAWIE. W nieopublikowanej, ale autoryzowanej przez prezesa części wywiadu Lovaglio mówi też o finansowym asie, którego zamierza wyjąć z rękawa: "Jeszcze w dobrych czasach, kiedy nikt nie spodziewał się takiego rozwoju sytuacji gospodarczej, jaką mamy dziś, zainwestowaliśmy część pieniędzy w obligacje skarbowe. Gdy marże osiągane na działalności bankowej były wysokie, to finansowo cierpliśmy na tym. Dziś stopy procentowe są bardzo nisko, a posiadane przez nas obligacje gwarantują nam zysk rzędu 5 proc. Gdybym dziś sprzedał cały portfel obligacji, jednym ruchem wygenerowałbym dla banku 500 mln zł zysku. Oczywiście nie zamierzam tego zrobić, bo to inwestycja średnio lub długoterminowa. Niektóre banki już wykorzystały takie rezerwy w większym stopniu niż my i były bardziej aktywne w sprzedaży posiadanych obligacji. My wciąż mamy rezerwę, którą wykorzystamy jak najlepiej by zapewnić trwałość naszych wyników".

      LOVAGLIO CHCE 400.000 NOWYCH KLIENTÓW. Lovaglio przyznaje w rozmowie ze mną, że w przeszłości Pekao nie było mistrzem w przyciaganiu klientów. W zeszłym roku liczba prowadzonych ROR-ów wzrosła tylko o 30.000, wielokrotnie mniej, niż u największych konkurentów. Nie ma nowych pakietów usług, a jedyną ostatnio nowością jest system płatności PeoPay, który ma być odpowiedzią na PKO-wskie IKO.  "W zeszłym roku zaczęliśmy, a w tym kontynuujemy program pozyskiwania nowych klientów. Naszym celem jest 400.000 nowych klientów. To wynika z prostej kalkulacji. Przychody na klienta będą spadały. Aby uzyskać te same przychody, musimy obsługiwać więcej klientów. I rozpędzamy się - dziś pozyskujemy ponad 1500 nowych klientów każdego dnia. To dwukrotnie więcej, niż np. dwa lata temu. Uwolniliśmy część pracowników od innych obowiązków i skierowaliśmy wyłącznie do pracy nad pozyskiwaniem klientów. Jednocześnie wprowadziliśmy ten cel do systemu wynagradzania menedżerów jako czynnik solidarnościowy. Dziś tempo pozyskania nowych klientów ma wpływ na bonusy wszystkich, bez wyjątku". Dziś Bank Pekao prowadzi 3,4 mln ROR-ów, a wszystkich klientów, łącznie z firmowymi, ma 5 mln. Cel w postaci 400.000 nowych klientów nie wygląda zbyt ambitnie w porównaniu z np. milionem, który chce w ciągu dwóch lat pozyskać mBank (dziś obsługuje 4 mln klientów), ale dla Pekao, który nigdy nie błyszczał w dziedzinie akwizycji, nawet te 400.000 będzie sukcesem.

      Luigi Lovaglio

      Czytaj też: 250.000 hipotecznych bankrutów. KNF ostrzega bankowców

      LOVAGLIO O BYCIU FAIR WOBEC KLIENTÓW. Zapytałem prezesa Pekao o to czy w walce o tych 400.000 nowych klientów zamierza stosować chwyty podobne do tych, które są domeną BZ WBK (płacił 700 zł za założenie konta i wykonywanie transakcji na koncie, ale tylko nowym klientom), czy np. mBank (niedawno była promocja z Buddą, a teraz jest nowy program zachęt związany z rebrandingiem). Większość banków tak ma: bonusy są tylko dla nowych klientów, a ci wierni od wielu lat niech się cieszą, że w ogóle ktoś ich chce obsługiwać. W zasadzie jedynym bankiem, który komunikując promocje "na wejście" dla nowych klientów, a jednocześnie uruchamia podobne akcje (choć siłą rzeczy mniej rajcowne) dla "starych" jest ING. Polityka Luigiego Lovaglio jest w tym kontekście nietypowa i - moim zdaniem - bardzo słuszna. Prezes Pekao deklaruje, że nie będzie płacił nowym klientom za założenie konta, bo jest to sprzeczne z jego filozofią biznesową. "Nasza filozofia zakłada dbanie o wszystkich klientów w równym stopniu. Płacenie za założenie konta nowym klientom oznaczałoby, że powinniśmy płacić też obecnym. Czym innym jest oferta specjalna, zmniejszenie prowizji, a czym innym wypłacanie nowym klientom dużych pieniędzy z pieniędzy, które zostawiają u nas pozyskani wcześniej klienci".  To jest fair, chociaż pewnie z tego powodu Pekao będzie miał pod górkę. Koniec końców bycie fair ma się jednak opłacić, bo... "w Polsce tylko 12 proc. klientów ma konto w więcej niż jednym banku i w porównaniu z innymi krajami regionu jest to bardzo niski odsetek. Z drugiej strony badania pokazują, że polscy konsumenci są generalnie mniej zadowoleni z usług bankowych niż mieszkańcy innych krajów. Wymagania klientów wobec banków się zwiększą".

      LOVAGLIO O KRYZYSIE KREDYTOWYM. Na koniec ciekawe spostrzeżenie prezesa Pekao: jeśli konsumenci nie uwierzą, że polityka rządu prowadzi do poprawy sytuacji gospodarczej, to będą trzymali się za portfele i nie będą ani inwestowali, ani zaciągali kredytów. I nie pomogą tu ani niskie stopy procentowe, ani rozluźnianie polityki kredytowej przez banki, ani liberalizacja podejścia KNF. "Na poziomie rządzących krajem potrzeba impulsu, odświeżenia polityki dotyczącej przemysłu, ograniczenia biurokracji, reformy rynku pracy. Trzeba wzniecić ducha przedsiębiorczości, aby zwiększyć znaczenie sektora prywatnego i sprawić, że stanie się on motorem gospodarki. Kluczowym czynnikiem, mogącym dać wzrost gospodarce, jest eksport. Polska gospodarka jest w sposób oczywisty uzależniona od niemieckiej. I dlatego przydałaby się intensyfikacja dyplomacji gospodarczej i wsparcie operacyjne, by nasz kraj skorzystał w jak największym stopniu z ożywienia w gospodarce niemieckiej. (...) Gwarancje de minimis to bardzo dobry pomysł, ale potrzebujemy czegoś znacznie większego. Liberalizacji gospodarki i modernizacji rynku pracy" A złagodzenie rekomendacji KNF? "To pozytywny krok, ale nie sądzę, żeby wpłynął na popyt na kredyty. Na przeszkodzie stoi brak zaufania konsumentów, które wróci, gdy ożywi się gospodarka. Dziś ludzie nie chcą wydawać pieniędzy, bo są w niepewności, nie wiedzą, czy zachowają miejsce pracy i czy ich dochody nie spadną".

      Wywiad z prezesem Lovaglio czytaj w "Gazecie" lub na Wyborcza.biz

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Prezes Pekao chce 400.000 klientów. A przejęcia? "Skorzystam z każdej okazji"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 czerwca 2013 09:07
  • piątek, 28 czerwca 2013
    • Jak żyć po zamachu na OFE, czyli plan C dla tych, którym nie po drodze z ZUS-em

      Jak wiadomo minister finansów ogłosił, że ma trzy pomysły na nasze emerytury. Każdy z nich oznacza, że OFE albo w ogóle znikają z naszej "emerytalnej listy płac", albo udział tej części emerytury będzie żałośnie niski i w dodatku na koniec "przepuszczony" przez magiel ZUS-u. Nie jest to niespodzianką, bo podejście urzędników do sprawy emerytur od dawna już jest takie, by z obecnych podatków opłacać tylko bieżące emerytury, nie budując jednocześnie kapitału dla przyszłych emerytów. Jednak fakt, że propozycje na razie są aż trzy, budzi wśród wielu z Was niezdrowe emocje  Pan Jerzy obejrzał konferencję ministra Rostowskiego i zapytał mnie "jak żyć"? "Z zaciekawieniem obserwuję dyskusję na temat OFE i zmian proponowanych przez rząd. I szczerze mówiąc nie wiem ja do tego podejść. Rozumiem, że emerytury oparte na solidarności pokoleń i ciągłym przyroście liczby obywateli muszą upaść w związku z mniejszą liczbą rodzących się dzieci, dłuższą średnią życia oraz różnymi przywilejami emerytalnymi. Ale z drugiej strony oparcie się na giełdzie (bo w sumie tym są OFE) też nie jest dobrym rozwiązaniem. I szczerze mówiąc nie wiem co zrobić, mam 33 lata nienajgorszą pensję i nie wiem czy jednak w związku z propozycjami rządu wracać do ZUS, zostać w OFE, tym bardziej, że nikt nie zagwarantuje mi, że za trzy lata nie będzie znowu jakiejś zmiany" - pisze pan Jerzy.

      Nie podzielam sceptycyzmu pana Jerzego co do giełdy jako miejsca, w którym część pieniędzy może "pracować" na emeryturę. Bo tam one "pracują" naprawdę, podczas gdy waloryzacja ZUS to tylko obietnica. Albo "aż" obietnica, zważywszy, że składają ją ludzie mający pewien wpływ na drukowanie pieniędzy ;-). "Pracuję od 2004 r. i zdążyłem zapisać się do OFE, zaliczyć obniżenie prowizji pobieranych przez OFE, zmniejszenie składki na OFE oraz dyskusję o sensie istnienia OFE. A czekają mnie jeszcze 34 lata pracy. Jak mam planować własną przyszłość?" - pyta pan Jerzy. Cóż, na jego miejscu mimo wszystko próbowałbym jechać na trzech koniach. Czyli siedzieć pod pistoletem na koniu z napisem "ZUS", bo zsiąść się nie da - minister broń ma niestety nabitą. Jednocześnie trzeba próbować utrzymać się na koniu z napisem "OFE", choć minister będzie robił wszystko, żeby pana Jerzego z tego konia zrzucić. Będzie straszył, że koń jest narowisty i niewychowany i potrzebuje dużo siana ;-). A trzecia noga, niewykluczone, że to ona na koniec będzie najbardziej "umięśniona", to prywatne oszczędności gromadzone przez całe życie na dodatkową emeryturę. Choćby sztabka złota zakopana w ogródku, choćby beczka starej whisky, która kiedyś będzie warta fortunę, a najlepiej 300 zł miesięcznie wrzucane na jakąś lokatę lub konto IKE, albo do funduszu inwestycyjnego... Cokolwiek.

      Niestety, ochota na zrobienie tego "cokolwiek: w narodzie jest niewielka. Kilka dni temu widziałem nawiązujący do tego tematu raport firmy doradczej PwC. Wynika z niego, że ani trzymanie się konia "ministerialnego", ani jazda na tym, z którego minister chce Was zrzucić, nie wystarczy. "Niekorzystne prognozy demograficzne (niezmiennie szybkie zwiększanie się długowieczności społeczeństwa, znacznie niższy wskaźnik płodności w porównaniu do innych krajów Unii Europejskiej oraz poziom emigracji wyższy od poziomu imigracji), powodują iż zrównoważenie konstrukcji całego systemu emerytalnego najprawdopodobniej odbędzie się kosztem znaczącego pogorszenia wypłacalności świadczeń emerytalnych. To z kolei stawia pod znakiem zapytania, czy system zrównoważony tylko na papierze będzie w stanie przetrwać zawirowania socjoekonomiczne" - pisze PwC w swoim raporcie. Rząd niby coś robi, żeby nasze przyszłe emerytury zgadzały się nie tylko na papierze, ale... "Niezależnie od korzyści wynikających z opóźnienia wieku przejścia na emeryturę, (...) stopniowego zwiększania wieku emerytalnego o jeden kwartał miesięcznie aż do poziomu 67. roku życia, (...) należy pamiętać o długim horyzoncie materializacji efektów wdrażanych reform". No, to teraz czas na kilka obrazków. Wynika z nich, że ZUS może nie okazać się instytucją, która - bez zasilania coraz większą kasą od podatników - będzie w stanie zapewnić nam jakąkolwiek waloryzację czegokolwiek.

      PWC oszczędzanie

      PWC oszczędzanie

      Co z tego wynika? Ano, że trzeba sobie zapewnić miękkie lądowanie samemu, bo dobrzy wujkowie z rządu myślą tylko o tym jak mieć kasę w budżecie dziś, rozdać ją potrzebującym i wygrać wybory. Z badań Homo Homini dla OnBoard, innych badań tej firmy dla Deutsche Banku oraz z sondażu CBOS dla IZFiA wynika, że o emeryturze czasem myślimy, ale własnoręczne odkładanie na nią pieniędzy mamy w głębokim poważaniu, gdyż uważamy, że drinki z palemką po 70-tce zafunduje nam ZUS, który ma w naszych oczach autorytet większy, niż ksiądz proboszcz. Powodzenia ;-).

      PWC oszczędzanie

      PWC oszczędzanie

      Dla tych, którzy należą do mniejszości ściskanej w dołku przez niepewność dotyczącą swoich przyszłych emerytur PwC przygotowało ciekawe wyliczenia. Otóż wzięli chłopaki trzech przykładowych konsumentów i policzyli ile kasy na emeryturę ci konsumenci mogliby uzyskać odkładając co miesiąc określoną kwotę i osiągając określoną stopę zysku. Pierwszy scenariusz obejmuje dziewczynę, 25-latkę, która pracuje na umowę-zlecenie, zarabia 5000 zł miesięcznie i inwestuje z myślą o emeryturze po 200 zł miesięcznie. Drugi scenariusz życie pisze dla 35-latka, który zarabia miesięcznie 2500 zł brutto i odkłada na emeryturę po 50 zł. Jest i trzeci scenariusz: też facet, 40-latek prowadzący działalność gospodarczą. Zarabia 10.000 zł i oszczędza na jesień życia po 500 zł miesięcznie. Każdy z naszych bohaterów przejdzie na emeryturę w wieku 67 lat - kobieta przeżyje po zakończeniu pracy zawodowej 14 lat, a faceci 7 lat. Miesięczna wpłata na oszczędności jest stała bez względu na inflację, a wypłata kapitału - jednorazowa. W wyliczeniach nie ma też kosztów "obsługi" poszczególnych instrumentów finansowych - prowizji, opłat i takich tam. Do porównań PwC bierze inwestycje emerytalne w trzech "opakowaniach" - IKE (czyli nie płacimy podatku Belki na koniec), IKZE (mamy ulgę podatkową co roku, ale na koniec płacimy podatek dochodowy od wypłat) oraz PPE (Pracowniczy Program Emerytalny - mało popularna rzecz, ale w niektórych zakładach pracy można takie dziwo spotkać).

      PWC oszczędzanie

      W modelu przyjęto też, że przez 12 lat pieniądze naszych przykładowych klientów będą zarabiały w tempie 5%, przez 15 lat zyski będą wynosiły 7% rocznie, a w przypadku pierwszych dwóch scenariuszy (czyli osób relatywnie młodych) jeszcze przez 5-10 lat uda się "wykręcić" 9% średniorocznego zysku w ramach agresywnej strategii. Zaraz zobaczycie w tabelkach co z tego wszystkiego wyszło, ale najpierw jeszcze jedno spostrzeżenie analityków PwC, mówiące o tym, że wynik kalkulacji w przypadku IKZE nie uwzględnia podatku dochodowego, który będzie trzeba płacić od każdej wypłaty: "Kwota miesięcznej emerytury w IKZE jest wprawdzie niższa niż w IKE, ale należy pamiętać, że podatek od zgromadzonego kapitału pobierany w IKZE podczas jego wypłaty i zmniejszający dodatkową miesięczną emeryturę, w przypadku IKE pobierany jest wcześniej. Podczas całego okresu oszczędzania efekt ekonomiczny IKE i IKZE jest w rezultacie zbliżony".

      Z tabelek wynika, że nasza 25-latka inwestująca po 200 zł miesięcznie uzbierałaby do 67. roku życia 717.000 zł i przez 14 lat pobierania dodatkowej emerytury mogłaby dodatkowo mieć prawie 4300 zł miesięcznie w dzisiejszych cenach (realna wartość tych pieniędzy to będzie jedna trzecia, jedna czwarta obecnej wartości). Z kolei 35-latek odkładający po 50 zł miesięcznie uzbierałby 58.500 zł, co wystarczyłoby na pobieranie 500-700 zł dodatkowej emerytury przez siedem lat życia po zakończeniu pracy. Trzeci przykładowy konsument, czyli 40-latek odkładający miesięcznie po 500 zł miałby albo 4600 zł miesięcznie dodatkowej emerytury z IKE albo 2100 zł z IKZE, ale w tym drugim przypadku po drodze zainkasowałby jeszcze 36.500 zł ulgi podatkowej.

      PWC oszczędzanie

      PWC oszczędzanie

      PWC oszczędzanie

      Wnioski? PwC pisze tak: "Najbardziej widoczne efekty oszczędzania widoczne są dopiero przy systematycznym oszczędzaniu kwot powyżej 100 zł miesięcznie. (...) Sam wybór produktu emerytalnego ma drugorzędne znaczenie, gdyż najbardziej istotnymi elementami strategii inwestycyjnej są: regularne wpłacanie składek i odpowiedni dobór profilu inwestycyjnego do wieku inwestora.. Przy wyborze produktu emerytalnego należy zwrócić szczególną uwagę na kwestię wysokości stałych opłat i dodatkowych kosztów". A więcej na temat oszczędzania na emeryturę i zbudowania najprostszego i bezpiecznego planu systematycznego oszczędzania znajdziecie w książce "Jak pomnażać oszczędności", do której lektury niezmiennie Was namawiam.

      Jak pomnażać oszczędności

      JAK ZABRAĆ SIĘ DO OSZCZĘDZANIA? Pytacie mnie często w listach jak zabrać się do systematycznego oszczędzania. Niektórym z Was urodziło się dziecko, niektórzy dostali podwyżki, a inni zorientowali się właśnie, że na ich koncie w ZUS widać dno. Pytacie w którym banku założyć konto oszczędnościowe, jakie kupić obligacje i czy fundusze inwestycyjne to dla Was nie jest aby zbyt ryzykowna "zabawa". O tym jak zrobić sobie pierwszy, najprostszy plan systematycznego oszczędzania, a także jak go potem rozwijać o nowe elementy, napisałem obszernie w książce "Jak pomnażać oszczędności". Zapraszam Was do zakupu i przeczytania, bo wiem od tych, którzy już to zrobili, że na wiele rzeczy dotyczących oszczędzania otworzyły im się oczy. Poradnik jest wśród sześciu książek, które musisz przeczytać według blogu "Jak oszczędzać pieniądze". W konkursie "Economicus" zdobył wyróżnienie jako jeden z trzech najlepszych poradników roku. Książkę życzliwie oceniło też Stowarzyszenie Inwestorów IndywidualnychPoradnik stał się czwartym największym ekonomicznym bestsellerem w sieci salonów Empik w pierwszym półroczu po debiucie. Jeśli nie masz czasu iść do księgarni, ściągnij "Jak pomnażać oszczędności" w formie e-booka. W niektórych księgarniach internetowych ostatnio widziałem naprawdę zacne promocje cenowe, dotyczące m.in. tej książki.

      OGŁOSZENIE. Fundacja "Centrum Edukacji Obywatelskiej" rozpoczęła pracę nad nowym projektem w którego ramach przygotowuje kilka krótkometrażowych filmów dokumentalnych prezentujących historie osób, których prawa podstawowe zostały naruszone. Jednym z tematów jest ochrona praw konsumenta. Fundacja poszukuje osób, które zechciałyby wziąć udział w tych filmach i podzielić się swoimi historiami. "Chcielibyśmy, aby film o prawach konsumenta dotyczył sytuacji, które zdarzają się na tyle często, że wiele osób nawet nie wie, że ich prawa są wtedy naruszane. Zależy nam na historiach w których na przykład konsument pozbawiony został rzetelnej informacji na temat nabywanego produktu (albo została ona przekazana w sposób niezrozumiały), odmówiono mu prawa do uznania uzasadnionej reklamacji albo też w podpisywanej umowie znalazły się zapisy niezgodne z obowiązującym prawem" - pisze Fundacja w liście do autora blogu "Subiektywnie o finansach". Więcej informacji o projekcie jest stronie www.wieczorzrzecznikiem.pl. Chętni do wzięcia udziału w projekcie mogą zadzwonić na numer (22) 658 14 68 (wew. 107) lub wysłać e-mail na adres kacper.nowacki@ceo.org.pl.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Jak żyć po zamachu na OFE, czyli plan C dla tych, którym nie po drodze z ZUS-em”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 28 czerwca 2013 15:57
    • I ty zostaniesz agentem, czyli porównywarka zapłaci za... korzystanie z jej usług

      Nie dalej jak przedwczoraj po zakończeniu jakiegoś panelu dyskusyjnego, w którym brałem udział, podszedł do mnie człowiek, który przedstawił się jako czytelnik blogu i zapytał w którym banku powinien dziś założyć lokatę. Odpowiedziałem mu wykrętnie, że niestety nie mam w głowie komputera, ale jeśli chodzi o depozyty to akurat sprawa jest prosta, bo wszystkie banki mają identyczne gwarancje rządowe. Wystarczy więc dopaść jakąkolwiek wyszukiwarkę, wrzucić do niej zapotrzebowanie na depozyt i będzie wiadomo który bank daje najlepsze warunki na depozyt półroczny na 5000 zł, a który bank płaci najwięcej za lokatę na 20.000 zł na rok. Oddaliłem się niepostrzeżenie, ale wychodzi na to, że przeszła mi kasa koło nosa. Jedna z internetowych porównywarek, Comperia.pl, wpadła bowiem na szatański pomysł, żeby dzielić się prowizją z każdym, kto udzieli swojemu kumplowi, koleżance, znajomemu, kochance, wujkowi lub np. pani spotkanej w tramwaju wiążącej porady w oparciu o dane Comperii. Wiążącej, czyli takiej, która zakończy się zakupem danego produktu finansowego - lokaty, kredytu, funduszu inwestycyjnego. Czyli: chodzę po mieście, czekam aż mnie ktoś zaczepi i zapyta gdzie najtańszy kredyt. Wtedy ja wyciągam komputer, znajduję, polecam, idę do kasy. Wesoło, prawda?

      ComperiaLeadPrzyznam, że o takim programie partnerskim jeszcze nie słyszałem. Oczywiście, instytucji, które płacą za polecenia nigdy nie brakowało. Patenty są różne - w niektórych bankach można zgarnąć żywą gotówkę jeśli ktoś we wniosku o kredyt wpisze kod polecającej mu ten kredyt osoby, w innych zarówno polecający, jak i jego "obiekt" mogą liczyć na lepsze od standardowych warunki lokaty. Zresztą są w bankach nawet specjalne lokaty rekomendacyjne. Jakiś czas temu pisałem o firmie Gold Finance, która postanowiła dzielić się swoją prowizją i płacić za polecenia. Był też pomysł jednej z firm brokerskich, by dzielić się z klientem prowizją, którą bank zapłaci brokerowi za "przyniesienie" tegoż klienta. No, słowem, każdy dziś może być sprzedawcą. Aż strach wyjść na ulicę ;-). Pomysł Comperii jest o tyle perwersyjny, że wykorzystuje technologię mobilną - kto ma ochotę pobawić się w dealera tego pośrednika finansowego, po prostu rejestruje się w programie partnerskim Comperii i ściąga na swojego smartfona specjalną aplikację. To oznacza, że robota naganiacza staje się lekka, łatwa i przyjemna. Wyciągam telefon, porównuję znajomemu oferty, on się decyduje na zakup, a ja mam 50% prowizji za pośrednictwo.

      Podobno nie ma żadnych limitów. Nie wiem ile taki człowiek biegający po mieście z komórką i porównujący ludziom różne rzeczy może zarobić, ale o ile się orientuję średnia prowizja dla pośrednika finansowego w Polsce to 20- 200 zł przy produktach "niskokwotowych" i 1000-3000 zł za kredyt hipoteczny (w zależności od jego wartości). Jeśli wziąć 50% od tej kwoty to parę złotych jest do wyjęcia. Oczywiście w dalszym ciągu - podobnie jak przy innych tego typu dealach - jest ryzyko, że paru kolegów już nie będzie chciało z Tobą pić piwa ;-), ale biorąc pod uwagę, że mówimy tu o porównywarce, a nie o naganianiu do usług konkretnej firmy... jest szansa, że to, co polecimy będzie przy okazji najtańsze na rynku, więc da się to polecić z w miarę czystym sumieniem. Inna sprawa, że może się okazać, że np. najlepsza oferta akurat jest w banku, czy funduszu, który nie ma umową z w Comperią. No i wtedy klops: będzie trzeba wybić kumplowi z głowy samodzielną wycieczkę do tego "najtańszego". Niech kupi coś ciut droższego, ale swojskiego, żeby prowizja wpadła... No i trzeba jeszcze przytrzymać delikwenta za gardło, żeby od razu, na miejscu, zainicjować proces zakupu danego produktu. Bo jak gość się urwie ze smyczy i sam sobie kupi...  Cóż, być sprzedawcą nie jest łatwo, ptaszyna zawsze może w ostatniej chwili uciec do innego karmnika. Tym niemniej pomysł Comperii jest ciekawy, zwłaszcza jeśli nie będą z niego korzystać rasowi naganiacze, tylko osoby, które po prostu będą miały okazję, żeby komuś od czasu do czasu coś podpowiedzieć w sprawach domowych finansów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „I ty zostaniesz agentem, czyli porównywarka zapłaci za... korzystanie z jej usług”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 28 czerwca 2013 00:01
  • czwartek, 27 czerwca 2013
    • To koniec ery złota? Jest najtańsze od trzech lat, a wyprzedaży nie ma końca...

      Jak bardzo może jeszcze stanieć złoto? Zastanawiają się nad tym zapewne ci z Was, którzy zainwestowali pieniądze w sztabki bądź monety (mówi się o miliardzie złotych rocznie), a także ci, którzy włożyli pieniądze w "złote" fundusze inwestycyjne (dziś ich aktywa nie przekraczają 300 mln zł, choć niecałe dwa lata temu były dwa razy większe). Pewnie też zdarza się głębiej westchnąć posiadaczom większych ilości złotej biżuterii, której ceny - choć nie bezpośrednio - zależą przecież od wyceny zawartego w nich kruszcu. Na tacę w intencji zatrzymania fatalnego trendu dają też mennice, czyli firmy, które w Polsce handlują złotem pod postacią sztabek i monet. Złoto tanieje już od trzech kwartałów. Do tej pory najgłębszy zjazd nastąpił po kryzysie cypryjskim, ale ostatnia reakcja inwestorów na zapowiedź ograniczenia druku nowych dolarów przez amerykański bank centralny była wręcz histeryczna. Wydawało się, że cena uncji złota utrzyma się przynajmniej w okolicach 1400 dol., a tymczasem ta tama pękła jak złamana zapałka i dziś widzimy złoto spadające niemal bez przerwy, w aktualnej cenie 1220-1230 dol. za uncję.

      Cena złota 2013

      O ile ubiegły rok "tylko" po raz pierwszy od ośmiu lat nie dał inwestującym w złoto zysków, to ten rok przyniesie im gigantyczne straty. Co prawda mamy dopiero koniec półrocza, ale chyba nikt nie wierzy już w powrót ceny uncji choćby w okolice 1780 dol., czyli do poziomu z października 2012 r. Ani tym bardziej w okolice 1900 dol. za uncję, który to poziom złoto osiągnęło jesienią 2011 r.

      Mój lekki sceptycyzm w stosunku do złota jako antidotum na wszelkie kłopoty gospodarki znacie. Krytykowałem wielokrotnie oszustów i naganiaczy, którzy przedstawiali tylko jedną stronę medalu: że w Indiach i Chinach będą potrzebowali coraz więcej złota, że jego wydobycie nie rośnie, że papierowych pieniędzy w obiegu będzie coraz więcej, że banki centralne będą skupować złoto. I co? I kicha. Gospodarka w Chinach coraz bardziej słabuje, a popyt wywołany spadkami cen został zaspokojony dość szybko. Inflacji na horyzoncie nie widać (ona zwykle pomaga surowcom), a rynkiem cen złota rządzą spekulacyjne fundusze inwestycyjne, których menedżerowie myślą tylko o tym, co będzie jutro. Ci sami, którzy rządzą rynkami akcji - a więc nic dziwnego, że rynek złota zachowuje się tak samo emocjonalnie, jak rynek akcji. Ciekawy wykres, obrazujący powiązania pomiędzy działaniami spekulantów, a zmianami cen złota, podrzucili mi analitycy SaxoBanku.  Niebieski obszar to długie pozycje otwarte na rynku terminowym, różowy obszar to pozycje krótkie (ich posiadacze zamierzają zarobić na spadku cen), czarna linia to saldo między pozycjami długimi (optymiści), a krótkimi (pesymiści), zaś różowa linia to cena złota. Widać doskonale, że spadająca relacja między pozycjami długimi i krótkimi wyprzedziła spadek cen złota.

      SaxoBank o spadkach cen złota

      Lecz problem ze złotem mają też ci, którzy myślą nie w kategoriach następnego dnia, ale strategicznie. Z ich punktu widzenia z kolei załamuje się całe myślenie o surowcach jako o dobrach rzadkich, które będą coraz bardziej potrzebne i coraz... bardziej rzadkie. Teraz w modzie jest hipoteza mówiąca, że wzrost gospodarki będzie coraz bardziej energooszczędny. Tanieje więc ropa, miedź i inne popularne surowce.

      Czytaj też: Jak mainstreamowe media niszczą rynek złota. Marianna wie!

      Eksperci Citigroup ostatnio ogłosili, że kończy się „Supercykl”, czyli okres wzrostów na rynku surowcowym, który był możliwy dzięki industrializacji krajów azjatyckich. „Ceny surowców nie będą już mocno rosły. Spodziewamy się, że realny wzrost gospodarczy w Chinach będzie konsekwentnie spadał z 9,2% notowanych w 2011 r. do 5,5% w 2020 r. Spowolnienie tempa wzrostu, jak również przeprowadzane w gospodarce chińskiej zmiany strukturalne stanowią kluczowe czynniki w przypadku rynków surowcowych. Popyt z Chin odgrywał decydująca rolę na tych rynkach przez ostatnią dekadę. W przypadku wielu metali przemysłowych, po roku 1995, popyt ze strony Chin był odpowiedzialny za cały światowy popyt” – pisze Citi. Maciej Bittner z Wealth Solutions dorzuca, że "spadki na surowcach związane są z ich rosnącą podażą, będącą odpowiedzią na wcześniejsze zwyżki cen. Wydobycie ropy wyraźnie ostatnio wzrosło w całej Ameryce Północnej, w Iraku i w Libii. Po śmierci prezydenta Wenezueli wskazuje się na możliwość liberalizacji i wpuszczenia do kraju zachodnich koncernów wydobywczych, co pozwoliłoby uruchomić wielkie rezerwy, jakimi dysponuje ten kraj. Z kolei na rynku miedzi mamy do czynienia z rosnącymi oczekiwaniami dotyczącymi nadwyżek, które zaczną pojawiać się na rynku jeszcze w tym roku w związku z otwarciem nowych kopalń w Mongolii (w czerwcu) oraz w USA i w Chile".

      No i oczywiście wraca temat napompowanych cen. Sam pisałem o tym, że w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat ceny złota wzrosły 36-krotnie, gdy wartość nabywcza  dolarów spadła najwyżej 7-krotnie. Złoto było po prostu "napompowane" (może zresztą jest nadal?). To wszystko prawda, a naganiacze, którzy do złota nawoływali najgłośniej, powinni trafić do lochu. Jednak nie zgadzam się z modnymi ostatnio przewidywaniami, że złoto będzie taniało jeszcze przez multum najbliższych lat. Nie przekonuje mnie wyliczanka człowieka o pseudonimie "Dr Doom", czyli Nouriela Roubiniego, który niedawno napisał, że "bańka spekulacyjna na rynku złota wcale do końca jeszcze nie pękła". I że "kto myśli, że ceny złota nie będą już spadać - ten się myli". Według Roubiniego złoto w ciągu najbliższych dwóch lat stanieje do poziomu znacznie poniżej tysiąca dolarów za uncję. Zdaniem Roubiniego: a) wcale nie jest najbezpieczniejszym aktywem, które rośnie wtedy, kiedy wszystko inne spada; b) świata nie opanuje wysoka inflacja,; c) złoto jest niefajne, bo nie przynosi dochodu - ani z dywidendy, ani z odsetek, ani z czynszu od nieruchomości; d) banki centralne będą spłacały długi pozbywając się rezerw złota. W jednym Roubini na pewno ma rację: złoto nie jest żadnym "cudownym" aktywem, które zabezpiecza portfele przed skutkami spadku cen akcji.

      Spójrzcie na wykres obrazujący korelację cen surowców i akcji (zassałem go z prezentacji Towarowej Giełdy Energii, która powołuje się na www.obserwatorfinansowy.pl). W ostatnich kilku latach powiązanie cen surowców i akcji było niezrozumiale duże i w dodatku takie, że akcje i surowce razem rosły i razem spadały (wskaźnik korelacji blisko +1). Ale wcześniej nie zawsze było odwrotnie. Nie można powiedzieć, że złoto drożało wtedy, kiedy taniały akcje. Złoto zachowywało się raz tak, raz śmak.

      Ceny surowców a ceny akcji

      Czy złoto, po zjeździe o 600 dol na każdej uncji, a więc o jedną trzecią, może tonąć dalej? Oczywiście może, bo rynek często popada w skrajności. Ale są dwa argumenty, które powodują, że nie chce mi się wierzyć w to, że ceny złota trwale spadną poniżej 1000 dol. za uncję. Zobaczcie na wykresie poniżej jak wyglądał i jak wygląda dziś popyt na złoto ze strony różnych grup inwestorów. Popyt na fizyczne złoto (jasna zieleń) jest mniej więcej taki sam, jak zawsze, zakupy biżuteryjne (jasny fiolet) też bez większych zmian, przemysł bierze surowiec jak zwykle (ciemna zieleń), banki centralne (ciemny fiolet) wciąż po tej samej stronie rynku. Jedyne co się zmienia, to popyt i podaż ze strony funduszy inwestycyjnych. To jest element destabilizujący rynek złota. Pisali o tym ostatnio ludzie z Investor TFI (niestety, to właśnie jedni z niedawnych naganiaczy). "Do negatywnych czynników należy ciągła likwidacja pozycji przez inwestorów w funduszach typu ETF. W ciągu ostatnich czterech miesięcy ich zasoby spadły o około 450 ton, co stanowi spadek o 18% względem poziomu z początku roku. Trudno ocenić, kiedy inwestorzy zakończą redukcję pozycji – to pierwsza tak duża wyprzedaż z funduszy typu ETF od ich powstania 10 lat temu".

      Zmiany popytu na złoto 2013

      Popyt fundamentalny na złoto więc jest i nie zniknie. Doświadczenie mnie uczy, żeby zmianami cen aktywów, wywoływanymi wyłącznie przez spekulantów, się zanadto nie przejmować. Pod ich wpływem aktywa stają się skrajnie niedowartościowane, bądź skrajnie przewartościowane. Oczywiście nie można się na rynek obrażać, że tak działa - w końcu to spekulanci zapewniają mu płynność - ale nie można zakładać, że jakiekolwiek aktywa będą taniały bez końca w oderwaniu od fundamentów. W przypadku cen złota można powiedzieć, że jednym takim fundamentem jest względnie stabilny popyt na sztabki, monety i biżuterię. A drugim - koszty wydobycia złota. W pewnym angielskojęzycznym portalu znalazłem informację, że spadek ceny złota do 1200 dol. za uncję czyni nieopłacalną produkcję złota w jednej trzeciej kopalń, zaś przy cenie poniżej 1000 dol. za uncję poniżej progu rentowności znajdzie się połowa kopalń. Oczywiście wcale nie jest powiedziane, że ceny nie spadną do takiego poziomu (a nawet niżej - spekulanci mają swoje prawa), a co więcej część akcjonariuszy kopalń złota wręcz taki wariant obstawia: zobaczcie jak drastycznie tanieją akcje kopalń (a konkretnie koncernu Barrick Gold) - znacznie szybciej, niż samego złota.

      Złoto a ceny kopalń

      Jeśli kopalnie zaczną mieć kłopoty z rentownością, pewnie za jakiś czas spadnie wydobycie, a firmy obecne na tym rynku zaczną się wycofywać z nowych inwestycji i znów zadziała rynek - złoto zacznie być znów stosunkowo słabo dostępne i będzie drożeć. A ponieważ spekulanci znają ten mechanizm, więc użyją swoich metod, by go przyspieszyć. Owszem, to się może stać za lata trzy lub pięć, ale taki mechanizm samoregulacyjny zadziałać po prostu musi. Każdy, kto ma część pieniędzy (ale nie więcej, niż 10-15%) długoterminowych oszczędności w złocie, powinien więc spokojnie ten udział utrzymywać i nie wpadać w panikę. Daleki jestem od snucia katastroficznych wizji i zakładania, że "czas złota się skończył". Nawet jeśli dziś sprawy zdają się dziś wyglądać niewesoło, to uważam, że trzeba mieć kruszec w portfelu, bo w perspektywie wielu lat jest to fajne urozmaicenie inwestycji. Choć w perspektywie najbliższych miesięcy może być bardzo różnie. Spadająca inflacja rzadko pomaga cenom surowców i złota. Ale z drugiej strony - jak widać na poniższym wykresie - równie rzadko pomagała akcjom niska prognoza inflacji w horyzoncie pięciu lat. Jeśli z kolei cofniecie się kilka wykresów wyżej, to zobaczycie, że ostatnio rośnie ujemna korelacja cen akcji i surowców. Coś nie pasuje w tej układance. Ciekawe co? ;-)

      Inflacja a ceny akcji

      W złoto wciąż wierzy - stając w opozycji do tych, którzy idą po linii małego oporu i wieszczą koniec "złotej ery" - austriacki bank Erste, który w swoim dorocznym opracowaniu na temat rynku złota pisze tak: "Mimo obserwowanych niedawno negatywnych sygnałów z analizy technicznej ceny złota, ekspansyjna polityka banków centralnych może przyczynić się do wzrostu cen kruszcu – cena docelowa w horyzoncie roku to 1.480 dol. za uncję. Długoterminowa prognoza dla złota bez zmian – według modelu cena złota w długim terminie wyniesie 2.230 dol." - idzie w zaparte Erste ;-). "Złoto powinno pozostać w portfelu – jego główne zalety, czyli wysoka płynność, funkcja globalnej waluty, długoterminowe dane historyczne i brak ryzyka kredytowego, przesądzają o atrakcyjności w bieżących warunkach. (...) Nigdy wcześniej eksperymenty z polityką monetarną nie były prowadzone na taką skalę na całym świecie – dziś bardziej niż kiedykolwiek zabezpieczenia w postaci inwestycji w złoto wydają się niezbędne. Spodziewamy się utrzymania ekspansyjnej polityki przez banki centralne, która z pewnością spowoduje wzrost ceny złota. Uważamy, że korzystna sytuacja fundamentalna złota zostanie dostrzeżona w nadchodzących kwartałach oraz że cena złota wzrośnie, choć na odbicie trzeba będzie trochę poczekać" – pisze Hans Engel, analityk globalnych rynków akcji w Erste Group. Cóż, trzymam pana Hansa za słowo ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „To koniec ery złota? Jest najtańsze od trzech lat, a wyprzedaży nie ma końca...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 czerwca 2013 00:00
  • środa, 26 czerwca 2013
    • Rząd ma trzy pomysły na moją emeryturę. A właściwie dwa: ZUS i... modlitwę

      No i już wiemy co kombinuje rząd w sprawie naszych emerytur. Minister Jacek Rostowski klarował to dziennikarzom dziś rano przez prawie dwie godziny, ale tak naprawdę z jego wypowiedzi wyłania się dość prosta do ogarnięcia perspektywa. Dobry Pan Minister Jacek Vincent nie odwrócił palucha w dół i nie kazał zabić OFE (czym ocalił giełdę), ale... wszystko zmierza do wprowadzenia dobrowolności OFE. A więc kto będzie chciał, to będzie sobie ciułał jakieś małe składki w OFE, licząc po frajersku na wzrost cen akcji (co i tak nie będzie miało na koniec żadnego znaczenia), a kto będzie Prawdziwym Polakiem - w uniesieniu patriotycznym przeniesie swoje konto do ZUS i będzie się modlił o waloryzację. Rząd oczywiście delikatnie będzie ludziom sugerował, sącząc stosowny przekaz marketingowo-propagandowy, że jego życzeniem jest, by Naród zaufał ZUS-owi, mającemu gwarancje państwa, niż "prywaciarzom". Choć więc OFE jako prywatna część systemu emerytalnego zostaną, to będą jeszcze mniej znaczącym kwiatkiem do kożucha, niż dziś.  Chyba, że stanie się ZUS... tfu, cud i bonzowie z OFE po raz pierwszy w życiu postanowią zrobić coś wykraczającego poza patrzenie na czubek własnego nosa  i wyjdą z jakąś kontrofensywą: obniżą opłaty dystrybucyjne, jeszcze przytną opłaty za zarządzanie, zrobią atrakcyjną politykę inwestycyjną (kupowanie indeksu, coś a la ETF). Sorry, sam nie wierzę w to, co piszę ;-). No, ale po kolei: teraz w blogu krótki przegląd przeglądu emerytalnego wraz z subiektywną recenzją. A tytułem wstępu zapraszam do lektury tekstu sprzed kilkunastu tygodni: "Emerytalna dżuma i cholera, czyli obiecanki polityków kontra głupota bonzów z OFE".

      OPCJA I. KASTRUJEMY OFE Z OBLIGACJI. I ZE SKŁADKI. Pierwszy pomysł jest taki, żeby zabronić OFE inwestować w obligacje. I żeby nie było już mechanizmu polegającego na tym, że rząd emituje obligacje po to, żeby zdobyć kasę na składki do OFE. A fundusze za uzyskane pieniądze kupują od rządu obligacje emitowane po to, żeby zdobyć kasę na składki do OFE ;-). Mechanizm rzeczywiście lekko głupawy, ale wymyślili go politycy, a nie OFE. A to, co proponuje rząd, ma trzy felery. Po pierwsze mam nadzieję, że cała nasza kasa, która już jest w OFE, tam zostanie, że rząd nie skonfiskuje już zbudowanej na naszych kontach części obligacyjnej, tylko pozwoli ją funduszom "wygasić" (czyli rząd wykupi obligacje, a pieniądze zostaną przez OFE zainwestowane inaczej). Po drugie to rozwiązanie oznacza de facto zadekretowanie dużo niższej składki do OFE (na poziomie 2,9% pensji). A więc de facto nacjonalizację ogromnej części naszych emerytur. Po trzecie nie ma chyba na  świecie funduszy emerytalnych, które miałyby politykę taką, jak fundusz akcji, nie mogłyby inwestować w obligacje kolejowe, autostradowe, budowlane. Niby rząd zostawia fundusze emerytalne, ale przerabia na fundusze akcyjne, które z emerytalnymi nie miałyby nic wspólnego poza nazwą. A drugą ręką zagarnia większość składki, która wcześniej była "prywatna" (jeszcze niedawno do OFE trafiało 7,3% naszych pensji). No, ale trudno płacić wysoką składkę komuś, kto ukradł emerytalną palmę. Jej poszukiwania wciąż trwają, może pomożecie? ;-)

      OPCJA II. WYSYSAMY Z OFE LUDZI. RAZEM Z KASĄ. Drugi pomysł rządu (uważam, że najbardziej prawdopodobny jako w przyszłości ostateczna decyzja) to danie każdemu z nas wyboru: chcesz zostać w OFE z nieco wyższą składką, niż dziś (3,5%), czy przenosisz się do ZUS z całym dobrodziejstwem inwentarza? Jeśli zostajesz w OFE, to wszystko jest prawie "po staremu", do funduszy ZUS co miesiąc przelewa połowę niegdysiejszej składki, ale więcej, niż wynosi składka obecna (2,8%). Tyle, że jeśli chcesz, żeby było "po staremu", to musisz złożyć stosowną deklarację. Jeśli nie wykonasz tego kroku, to przechodzisz do ZUS-u i to raz na zawsze. Cóż, jeśli przenosisz się do ZUS, to jest cud, miód i orzeszki. Co prawda ZUS natychmiast wydaje wszystkie pieniądze, które mu "sprezentowałeś" w części obligacyjnej, ale w zamian zapisuje na twoim subkoncie, że kiedyś ci je wypłaci i to z wysoką waloryzacją. A część akcyjna? Tę ZUS przekaże w zarządzanie, pewnie z powrotem do OFE albo do funduszy inwestycyjnych. Ta sytuacja wygląda dość "podejrzanie", bo w ten sposób paru gości w ZUS uzyskuje gigantyczną władzę i wcale nie jest powiedziane, że przekażą pieniądze w zarządzanie funduszom, które są najlepsze. Choć z drugiej strony będą mogli (teoretycznie) wywalczyć w przetargu niższe prowizje. Ale tam gdzie jest państwo, urzędnicy, przetarg i wielka kasa... przeważnie śmierdzi.

      OPCJA III. UPARŁEŚ SIĘ NA OFE? DOPŁACAJ Z WŁASNEJ KIESZENI. Trzecia opcja proponowana do dyskusji przez ministra Jacka Rostowskiego to de facto rozwinięcie opcji drugiej. Czyli: masz człowieku wybór, ale jeśli wybierzesz niewłaściwie - czyli zaufasz "prywaciarzowi" - to niestety dostaniesz po kieszeni. Bo składka do OFE będzie wynosiła 4%, z czego tylko 2% odda "prywaciarzom" ZUS z tego, co dostaje od twojego pracodawcy. Drugie 2% będziesz musiał sobie dopłacić sam, z własnej kieszeni. Z punktu widzenia rządu, w którego interesie jest, by jak najwięcej Polaków grzecznie powiedziało funduszom OFE "adios" i zasiliło kasą budżet państwa, ten wariant jest po prostu re-we-la-cyj-ny. Chcesz zostać w OFE? Dopłacaj. Chcesz wrócić do ZUS? Cud, miód i orzeszki. Jeśli dać Polakom wybór i lekko ich zindoktrynować (a rząd ma po temu instrumenty), to nawet bez dodatkowego walenia po kieszeni większość ludzi przyjdzie ze swoją kasą do ZUS (ratując budżet państwa zastrzykiem pieniędzy, które będzie można natychmiast wydać). Wystarczy zrobić jakąś akcję edukacyjną, na której bez przerwy będzie się pokazywało trzy liczby: waloryzacja w ZUS w latach 2000-2012: jakieś 6,8%, przyrost pieniędzy na subkoncie w ZUS: 8,5% rocznie, zyski OFE w latach 2000-2012: średnio 6,6% po odliczeniu 17 mld zł prowizji, które OFE zachachmęciły. Jakieś pytania? Tyle, że trzecia opcja jest zbyt "przegięta" i pewnie podniósłby się krzyk, że państwo dyskryminuje tych, którzy nie chcą być synami marnotrawnymi. Zapewne więc stanie na opcji drugiej.

      A NA KONIEC... TAK CZY OWAK ZUS. Są więc trzy pomysły, z których każdy oznacza marginalizację roli OFE dla wysokości naszych emerytur. W pierwszym wariancie składka do OFE wyniosłaby 2,9%, w drugim 3,5%, a w trzecim 2% plus drugie tyle z naszych kieszeni. Niezależnie od tego na czym ostatecznie stanie, utrzymywanie składki w OFE będzie jakimś zawracaniem głowy, bo pieniędzy będzie z tego tyle, co kot Jarosława napłakał. W sumie jednak mam nieodparte wrażenie, że wybór, który zamierza z nami konsultować minister Jacek Rostowski, jest pozorny. Bo w każdym z "oferowanych" nam wariantów, na koniec inwestowania pieniądze będą i tak trafiały do ZUS. Bo w każdym wariancie to ZUS ma wypłacać emerytury. Przesuwanie zacznie się już na dziesięć lat przed przejściem danej osoby na emeryturę i od tego momentu każdy oszczędzający i tak stanie się "zakładnikiem" ZUS-u. Bo, jeśli dobrze rozumiem pomysł Ministerstwa Finansów, pieniądze przesyłane z OFE do ZUS nie będą spokojnie leżały i czekały na naszą emeryturę, ale zostaną od razu wydane. A w ich miejsce na naszym koncie emerytalnym w ZUS zostanie zaksięgowany "wirtualny" pieniądz w wysokości zebranych do tej pory składek i osiągniętych zysków. Niezależnie od tego ile zarobimy na nasze przyszłe emeryury i czy będzie to "prawdziwy" zysk z OFE, czy "wirtualna" waloryzacja pochodząca z lat oszczędzania w ZUS, na koniec ta kasa - większa lub mniejsza - będzie i tak musiała znaleźć się w kieszeni podatników, którzy za kilkanaście, kilkadziesiąt lat będą finansowali interes pt. nasze emerytury.

      CZEGO RZĄD MI NIE ZAPROPONOWAŁ? To wszystko niestety oznacza, że rząd chce ostatecznie zaorać pomysł na dwie "emerytalne nogi", państwową i prywatną, które miałyby zapewnić nam zrównoważoną emeryturę, nie w pełni zależną od ZUS-u. Być może rzeczywiście na dwie nogi nas nie stać, ale mimo wszystko za taką właśnie emeryturą "dwunożną" bardzo tęsknię. Tymczasem będzie tylko noga państwowa i być może jakaś mała, iluzoryczna, prywatna nóżka, a w zasadzie (uwzględniając transfer kasy do ZUS przed emeryturą) - "nibynóżka". Szkoda. Wolałbym, żeby rząd, "naprawiając" OFE, pozwolił im zachować większą część mojej składki, natomiast nakazał im w części akcyjnej inwestowanie takie, jakie prowadzą fundusze typu ETF - kupowanie indeksów, co jest bardzo tanie w zarządzaniu i nie niesie za sobą ryzyka błędów w polityce inwestycyjnej - zaś w części obligacyjnej inwestowanie wyłącznie w obligacje infrastrukturalne. Niestety, takiej opcji rząd mi nie zaproponował. Każdy z wariantów łączy się z pobożnym życzeniem, że za kilkadziesiąt lat znajdzie się jakiś frajer, który będzie płacił składki, z których ja dostanę emeryturę. Sęk w tym, że demografia nie wskazuje, żeby ta matematyka się "domknęła". Chyba, że kiedyś wprowadzimy coś, co już kiedyś postulowałem, czyli... podatek od bezdzietności ;-). Tyle, że to już nie problem ministra Rostowskiego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Rząd ma trzy pomysły na moją emeryturę. A właściwie dwa: ZUS i... modlitwę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 26 czerwca 2013 13:19
    • KNF o zbliżeniówkach: wyłączyć offline, dać klientom wybór, ułatwić reklamacje!

      Jakiś czas temu informowałem Was, że Narodowy Bank Polski pochylił się nad bezpieczeństwem kart zbliżeniowych. Tych, które pozwalają na płacenie bez PIN rachunków do 50 zł. Powstał w tym celu specjalny zespół ekspercki przy Radzie Ryzyka Systemowego działającej w łonie NBP. To był m.in. wynik cyklu artykułów, które - na podstawie Waszych doniesień, relacjonowanych na bieżąco w blogu - napisałem w "Gazecie Wyborczej". Było w nich - przypomnę tym, którzy zaglądają tu rzadko - o przypadkach kradzieży dużych sum pieniędzy z kart zbliżeniowych. Po kilkudniowym "śledztwie" udało mi się ustalić, że część transakcji zbliżeniowych jest wykonywana bez połączenia z bankiem, zaś liczniki transakcji zainstalowane na kartach nie zawsze blokują możliwość płacenia bez PIN-u po kilku z rzędu takich transakcjach (choć blokować powinny). Przy okazji uwydatniły się inne felery kart zbliżeniowych: że większość banków nie pozwala klientom wyłączyć funkcji zbliżeniowej, część nie posiada w ofercie kart bez tej technologii, a część nie ubezpiecza tzw. "wkładu własnego" klienta, który w przypadku złodziejskich transakcji wynosi 150 euro.

      Czytaj komentarz w "Gazecie Wyborczej": Sąd nad "zbliżeniówkami"

      Ujawnienie tych wszystkich nieprawidłowości spowodowało, że bezpieczeństwem kart zbliżeniowych zainteresował się nie tylko bank centralny, ale też Główny Inspektor Ochrony Danych Osobowych, a niektóre banki wprowadziły lub zapowiedziały wprowadzenie możliwości blokady funkcji płatności przez zbliżenie. Rekomendacje zespołu ekspertów przy NBP nie są jeszcze gotowe, ale we wtorek swoje stanowisko w sprawie bezpieczeństwa kart zbliżeniowych ogłosiła Komisja Nadzoru Finansowego. Główny wniosek jest mało odkrywczy: że gdyby banki prawidłowo zabezpieczały karty zbliżeniowe, nie byłoby o czym pisać: "Zakładając powszechność i skuteczność wbudowanych w karty mechanizmów ograniczających liczbę transakcji dokonywanych off-line bez konieczności podawania PIN (których jednak na dzień dzisiejszy banki nie stosują powszechnie), posługiwanie się tego typu kartami nie powinno generować w skali pojedynczego klienta ryzyka dokonywania oszukańczych transakcji zbliżeniowych na kwotę przekraczającą z góry określoną przez dany bank (zwykle od 50 do 300 zł)".

      ZBLIŻENIOWE RYZYKO TO CENA... BEZPIECZEŃSTWA. Ten wniosek KNF oczywiście nie oznacza, że używając takich kart nie można stracić pieniędzy. "Wydaje się, że poziom ryzyka związanego z korzystaniem z tego typu kart jest zbliżony do poziomu ryzyka związanego z korzystaniem z kart nie wyposażonych w tę funkcjonalność. Przyjęty sposób autoryzacji transakcji zbliżeniowych powoduje jednak, iż w wielu przypadkach nie istnieją żadne zabezpieczenia uniemożliwiające postronnej osobie, która weszła w posiadanie karty zbliżeniowej, dokonanie niskokwotowej transakcji płatniczej. Natomiast przy użyciu karty z funkcją płatności zbliżeniowej niwelowane jest ryzyko związane ze skopiowaniem karty związane z utratą fizycznego kontaktu z kartą". A więc: z kartami zbliżeniowymi jest związane ryzyko strat, ale niewielkich kwotowo. Po drugiej stronie szali jest natomiast korzyść wynikająca z tego, że aby zapłacić nie trzeba wypuszczać karty z rąk. Nikt jej więc nie skopiuje, ani nie przeczyta danych, które umożliwiłyby płacenie przez internet bez posiadania karty.

      TRANSAKCJE OFFLINE POWINNY BYĆ TYLKO DLA CHĘTNYCH. Nadzór bankowy potwierdza, że niektóre banki pozwalają na płacenie zbliżeniem w wersji offline, czyli bez sprawdzenia salda. Ryzyka są dwa: klient może nie zorientować się, że przekroczył saldo, a jeśli na karcie źle działa licznik transakcji, złodziej może płacić kartą bez końca. "Z przekazanych wyjaśnień wynika, iż banki z zasady dopuszczają możliwość dokonania transakcji, która nie ma pokrycia w saldzie rachunku lub przekracza limit kredytowy. W takiej sytuacji banki naliczają klientom stosowne opłaty. (...) Tylko jeden bank poinformował, iż z uwagi na autoryzację wszystkich transakcji on-line, nie jest możliwe dokonanie transakcji przekraczającej saldo rachunku lub przyznany limit kredytowy. (...) Z wyjaśnień niektórych banków można wysnuć wniosek, iż organizacja Visa (w przeciwieństwie do MasterCard) nie dopuszcza dokonywania wszystkich transakcji zbliżeniowych wyłącznie w trybie online". KNF domaga się od banków, by z offline'm zrobiły porządek. "Wątpliwości budzi dopuszczalność praktyki, polegającej na narzucaniu wbrew woli posiadaczy kart (...) postanowień przewidujących możliwość dokonania transakcji płatniczej, która nie ma pokrycia w saldzie rachunku lub przekracza uzgodniony limit kredytowy".

      REKLAMACJA? BANK MA OD RAZU ODDAĆ PIENIĄDZE. "Przyjęty sposób autoryzacji transakcji zbliżeniowych powoduje, iż w wielu przypadkach nie istnieją żadne zabezpieczenia uniemożliwiające postronnej osobie, która weszła w posiadanie karty zbliżeniowej dokonanie niskokwotowej transakcji płatniczej. (...) W przekazanych wyjaśnieniach banki zwykle nie informują precyzyjnie, w jaki sposób dowodzą, że transakcja zbliżeniowa została autoryzowana, jeżeli fakt ten kwestionowany jest przez posiadacza karty. (...) Jeden z banków wskazał wprost, iż z uwagi na specyfikę transakcji nie istnieje możliwość udowodnienia, kto faktycznie dokonał transakcji zbliżeniowej do 50 zł, jeżeli klient ją kwestionuje" - pisze KNF. W związku z tym nadzór uważa, że bank w każdym przypadku, zaraz po złożeniu przez klienta reklamacji, ma obowiązek zwrócić pieniądze, a dopiero potem rozpocząć wyjaśnianie sprawy. "W przypadku wystąpienia nieautoryzowanej transakcji płatniczej dostawca usług płatniczych jest obowiązany niezwłocznie zwrócić płatnikowi kwotę nieautoryzowanej transakcji płatniczej". KNF pisze, że bank nie ma prawa żądać od klientów kopii złożonego na policji zaświadczenia o kradzieży karty. "W żadnym przypadku dostawca nie może uzależniać uznania roszczenia w przypadku zgłoszonej przez klienta nieautoryzowanej transakcji od wymogu powiadomienia policji o podejrzeniu popełnienia przestępstwa"

      WYCZYŚCILI CI KONTO? PŁAĆ 150 EURO. Jakkolwiek nie ma żadnych sposobów, by bank mógł udowodnić kto dokonał transakcji bez PIN, jeśli ją zakwestionowałeś i jakkolwiek "wykazanie użycia instrumentu płatniczego nie jest wystarczające do udowodnienia, że transakcja płatnicza została przez użytkownika autoryzowana", to jednak - zdaniem KNF - kto zgubi kartę zbliżeniową, musi ponieść karę z tytułu nieautoryzowanych transakcji. . "Dostawca jest obowiązany udowodnić inne okoliczności wskazujące na autoryzację transakcji przez płatnika albo okoliczności wskazujące na fakt, że płatnik umyślnie doprowadził do nieautoryzowanej transakcji płatniczej (...), jednakże także płatnik odpowiada za nieautoryzowane transakcje płatnicze do wysokości równowartości w walucie polskiej 150 euro (...)". To oznacza, że jeśli bank chciałby odrzucić reklamację klienta w całości,  musi mu udowodnić, że to on dokonał transakcji lub celowo doprowadził do kradzieży pieniędzy. Jeśli bank tego nie jest w stanie udowodnić, to nie musi przejąć odpowiedzialności w pełni, ale tylko powyżej 150 euro. Według KNF nie ma znaczenia to, że niektóre banki nie wydają kart innych, niż zbliżeniowe.

      CZY KARTĘ ZBLIŻENIOWĄ MOŻNA OKRAŚĆ ZDALNIE? Nadzór bankowy zbadał sześć scenariuszy przestępstw związanych z kartami zbliżeniowymi. Z jego ekspertyzy wynika, że teoretycznie można zdalnie karcie zaszkodzić.  1. Zdalne wyczytanie danych karty. "Wydawane obecnie w Polsce karty zbliżeniowe nie udostępniają w trybie zbliżeniowym danych dotyczących imienia i nazwiska posiadacza karty ani kodu CVC2/CVV2, a jedynie numer karty i datę jej ważności. W związku z tym, jedyną możliwością wykorzystania danych pozyskanych z takiej karty wydaje się być dokonanie płatności u sprzedawcy, który nie wymaga podania poprawnych danych posiadacza karty i kodu CVC2/CVV2 – brak takich wymogów nie jest jednak zgodny ze standardami organizacji kartowych". A więc nawet jeśli ktoś ukradnie nam w ten sposób pieniądze - bank powinien wziąć koszty na klatę i ściągnąć ją od sklepu. 2. Klonowanie karty: "Przestępca może na odległość pozyskać z karty zbliżeniowej dane, które następnie umożliwią mu dokonywanie transakcji w trybie zbliżeniowym przy użyciu urządzenia wykorzystującego technologię NFC (...) w przypadku niestosowania przez kartę połączonego uwierzytelnienia danych dynamicznych i wygenerowania kryptogramu aplikacji". Czyli teoretycznie może się zdarzyć, że słabo zabezpieczoną kartę można sklonować. Ale w bankach mówią, że wszystkie "zbliżeniówki" są szyfrowane "dynamicznie".

      3. Atak typu przekaźnikowego. Taki fraud opisywałem w blogu jakiś czas temu. "Ponieważ każde urządzenie pośredniczące przekazuje do terminala lub karty dokładnie te dane, które otrzymało od drugiego urządzenia pośredniczącego, taki scenariusz jest teoretycznie wykonalny. Należy jednak zwrócić uwagę na trudności logistyczne związane z przeprowadzeniem tego rodzaju działania: przestępca przy terminalu płatniczym musiałby podjąć próbę dokonania płatności – tj. przyłożyć swoje urządzenie pośredniczące do terminala – w chwili, w której drugie urządzenie pośredniczące znajdowałoby się akurat w odpowiednio bliskiej odległości karty ofiary". Jest też kwestia czasu: "Zgodnie ze standardami MasterCard całość komunikacji pomiędzy terminalem, a kartą powinna zakończyć się – w zależności od trybu dokonywania transakcji – w ciągu 250 milisekund w przypadku transakcji zbliżeniowych realizowanych w trybie paska magnetycznego i 500 milisekund w przypadku transakcji zbliżeniowych realizowanych w trybie chipowym". KNF przywołuje przy tym wieści z Norwegii, której nadzór przesłał raport z 2009 r., w którym napisano, że "bezpieczeństwo transakcji dokonywanych przy użyciu kart bezstykowych nie może opierać się tylko i wyłącznie na ograniczeniu odległości, z której może być ona „odczytana”, bowiem - jak wynika z przeprowadzonych badań - karty te mogą być „odczytywane” z odległości znacznie większej niż ustalona 5-10 cm"

      CO KNF REKOMENDUJE BANKOM? Nadzór bankowy domaga się, by klienci mieli możliwość wyboru w sprawie korzystania lub niekorzystania z funkcji płacenia bez PIN w swoich kartach. KNF sugeruje wręcz, że ograniczanie klientom możliwości wyboru jest "niedozwoloną praktyką rynkową". I domaga się, by klient mógł zdefiniować sobie, by każda transakcja zbliżeniowa była autoryzowana PIN-em, całkowicie zdeaktywować tę funkcjonalność lub samodzielne wprowadzić bardziej rygorystyczne od standardowych limity ilościowe i kwotowe na realizację płatności zbliżeniowych. KNF chce też, by banki wykorzystały wszystkie zabezpieczenia wbudowane w technologię płatności zbliżeniowych - używanie limitów liczby i kwot transakcji, definiowanych na czipach kart oraz stosowanie tzw. dynamicznego uwierzytelniania transakcji. Nadzór domaga się wreszcie, by banki przejrzały procedury reklamacyjne pod kątem "identyfikacji takich ich elementów, które w niewielkim stopniu zwiększają poziom bezpieczeństwa banku, a znacznie utrudniają dochodzenie swoich racji klientom". Chodzi m.in. o to, by nie trzeba było osobno reklamować każdej transakcji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „KNF o zbliżeniówkach: wyłączyć offline, dać klientom wybór, ułatwić reklamacje!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 26 czerwca 2013 08:24
  • wtorek, 25 czerwca 2013
    • Big Data w akcji. Bank informuje klientów: "będziemy handlowali waszymi danymi"

      Ilekroć spotykam się z bankowcami, to spieramy się o ich oraz moje podejście do tematyki Big Data, czyli idei gromadzenia, analizowania i wyciągania wniosków z ogromnych ilości danych na temat klientów. Bankowcy zwykle przekonują mnie, że nie powinienem straszyć ludzi ich planami dotyczącymi wykorzystania Big Data, bo wszyscy dookoła i tak już robią dużo gorsze rzeczy. Michał Panowicz (człowiek, który pewnie popija właśnie drinki z palemką, odpoczywając w jakimś miłym miejscu po pracowitych miesiącach rzeźbienia przy  debiucie Nowego mBanku:-)) z lubością podaje przykład Google'a, ostatnich pomysłów dotyczących Google Glass i w ogóle firm internetowych, które każdą informację wyciśniętą z nas - czy to dotyczącą danych o nas, czy to wynikającą z tego co np. robimy na swoim komputerze - natychmiast zamieniają na brzęczącą mamonę. "Banki są chyba najściślej regulowaną branżą na świecie i jeśli trzeba się bać inwigilowania klientów, to na pewno nie przez nas" - tłucze mi przy każdej okazji pan Michał, a także inni przedstawiciele branży bankowej, bo nie jest to, rzecz jasna, opinia odosobniona. I już prawie dałem się im przekonać, ale... zobaczyłem ten slajd.

      BCG prezentacja Big Data

      Jakiś czas temu miałem przyjemność uczestniczyć w spotkaniu, które firma doradcza The Boston Consulting Group urządziła w Warszawie dla prezesów banków. Powiedziałem tam kilka zdań m.in. o tym jakie moim zdaniem zagrożenia - głównie reputacyjne - wiążą się dla nich z ideą Big Data. Moim zdaniem większość klientów zapewne zaakceptuje to, że bank wykorzystuje lub nawet handluje ich danymi (oczywiście agregowanymi z danymi innych klientów i anonimowymi), ale pod warunkiem, że będą o tym porządnie poinformowani: że bank jasno i wyraźnie powie jakie dane, w jakiej formie i po uzyskaniu jakich zgód klienta udostępni. To podstawa. Druga rzecz to możliwość wycofania przez klienta w każdej chwili zgody na przetwarzanie danych. I niechże te zgody nie będą przez bankowców "wyłudzane" poprzez jakieś ptaszki, domyślnie zaznaczone w umowach. Bank powinien wystąpić z otwartą przyłbicą: "prosimy ciebie, drogi kliencie, o zgodę na takie a takie użycie twoich danych. W zamian będziesz miał takie a takie korzyści. My będziemy mieli takie a takie korzyści. Jeśli zmienisz zdanie, możesz w ciągu pięciu sekund zrezygnować i nie będziemy ci z tego powodu czynić żadnych fochów". Po trzecie wreszcie klient powinien mieć zawsze możliwość zerknięcia na swój profil konsumencki, stworzony przez bank. Bo to chyba żadna tajemnica, prawda?

      Czytaj też: Big Data w praktyce, czyli oni wiedzą piersi, że jesteś w ciąży

      Banki, chcąc korzystać z danych o klientach, powinny być bardzo ostrożne. Nie ma żadnego znaczenia, że jest to sektor gospodarki bardzo mocno pilnowany i nadzorowany. W bankach są wyjątkowo wrażliwe dane na nasz temat - można na ich podstawie powiedzieć nie tylko gdzie i co kupujemy, ale też wiadomości o tym ile zarabiamy, od kogo dostajemy pieniądze, jaka jest nasza kondycja zdrowotna, czy w życiu prywatnym nam się powodzi, czy też nie bardzo... Dlatego będziemy bankom handlującym naszymi danymi patrzeć na ręce szczególnie uważnie, a banki powinny to zrozumieć i zaakceptować. Zresztą z prezentacji, którą przedstawił podczas spotkania w BCG szef londyńskiego zespołu ds. Big Data, wynika, że banki mają najwięcej danych, które mogą zagospodarować. A pisząc dokładniej: największe ich zagęszczenie. Więc proszę mi tu nie mówić, żebym lepiej zajął się Google'm ;-). Przyzwyczajanie klientów do Big Data już się zaczęło. Brytyjski Barclays kilka dni temu wysłał do klientów listy z informacją, że od października będzie sprzedawał dane dotyczące ich zwyczajów zakupowych. A Barclays to dość duży bank, ma 13 mln klientów, czyli dwa razy więcej, niż PKO BP. Co jest w liście? Przede wszystkim informacje o tym jakie dane bank zbiera o każdym kliencie. Brytyjski bank bez ogródek podaje, że poza danymi dotyczącymi transakcji - takich jak przelewy, czy zakupy opłacone kartami - profile stworzone o poszczególnych klientach mogą zawierać ich zdjęcia oraz nagrania rozmów telefonicznych z infolinią, jak również wykaz wszystkich interakcji danego klienta na stronach banku w portalach społecznościowych takich, jak Twitter, czy Facebook. A propos Facebooka, czy wiecie, że dzięki niemu możecie dostać tańszą pożyczkę gotówkową? To też Big Data.

      Mocne, prawda? Barclays zapewnia przy tym, że nie zamierza ujawniać żadnej zewnętrznej firmie danych osobowych o kliencie, zdjęć, ani nagrań.  Do zewnętrznych kontrahentów będą trafiały jedynie zagregowane dane, pokazujące trendy dotyczące zachowań klientów Barclays'a. Partner banku będzie mógł więc kupić od niego informacje o zachowaniach klientów Barclaysa dotyczących zakupów np. majtek. I dowie się, że klienci Barclaysa np. statystycznie częściej kupują majtki w piątki, niż w poniedziałki. "Możemy łączyć informacje o Tobie z informacjami o innych klientach Barclays do tworzenia raportów, którymi możemy podzielić się z firmami spoza Barclays. Te informacje nie będą zawierały danych osobowych  i nigdy nie będzie można na ich podstawie Ciebie zidentyfikować" - pisze bank do klientów. "Dane w tych raportach mogą obejmować informacje na temat zwyczajów dotyczących kupowania różnych produktów i usług". Bank zapewnił wreszcie, że jego strategia jest zgodna z prawem i że klienci będą mogli w każdym momencie wycofać zgodę na wykorzystywanie danych do celów marketingowych. Barclays informuje też klientów, że w sposób ograniczony będzie wykorzystywał dane dotyczące miejsca ich pobytu. "Dane odnoszące się do miejsca, gdzie telefon był w danym momencie używany, będą wykorzystywane do celów zapobiegania nadużyciom finansowym i tylko wtedy, gdy transakcja została zauważona przez bankowe systemy wykrywania oszustw".

      Smutna prognoza: im lepiej banki będą nas inwigilowały, tym więcej...

      To chyba jeden z pierwszych przykładów banku w Europie, który jasno komunikuje klientom, że ma ich dane, że ich używa i że zamierza się nimi dzielić w określony sposób z zewnętrznymi partnerami. I że klient może w każdej chwili wycofać swoją zgodę na takie praktyki banku. W prezentacji szefa zespołu ds. Big Data w londyńskim biurze BCG znalazłem kilka bardzo ciekawych informacji o tym jak firmy z branży finansowej używają danych o klientach. Okazuje się, że takich przykładów jest już całkiem sporo. I tak Visa analizuje transakcje posiadaczy kart i wychwytuje wszystkie transakcje nie pasujące do dotychczasowych zwyczajów klienta (nie chodzi tylko o dziwne miejsce, w którym klient nagle rzekomo się znalazł, ale też o rodzaj zakupów, którego nigdy wcześniej nie dokonywał). Citigroup i Bank of America w USA na podstawie analizy danych o transakcjach kartami kredytowymi przyznają klientom natychmiastowe rabaty w sklepach blisko których się znaleźli. Firma pożyczkowa Zest Finance na podstawie danych zebranych o potencjalnych klientach analizuje prawdopodobieństwo oszustwa lub niespłacenia pożyczki w terminie. Firma Cardlytics we współpracy z bankami proponuje posiadaczom określonych "profili zakupowych" spersonalizowane kupony. O tym jak banki, firmy ubezpieczeniowe, energetyczne i telekomunikacyjne z całego świata korzystają z Big Data zobaczcie na poniższych slajdach.

      BCG prezentacja Big Data

      BCG prezentacja Big Data

      BCG prezentacja Big Data

      Nie ulega wątpliwości, że polskie banki w tym wyścigu chcą brać udział. Alior Bank już oficjalnie zapowiedział, że chce zarabiać na Big Data, choć do wysyłania klientom listu takiego, jak Barclays, jeszcze daleko ;-). Pisałem też o programie rabatowym mOkazje, który de facto oparty jest na mechanizmie Big Data. Było w blogu o polskich firmach, które już zbierają dane o aktywności ludzi w internecie i są gotowe te dane bankom sprzedawać. Pytanie brzmi: czy banki będą w stanie przedstawić swoje zamiary klientom na tyle uczciwie i klarownie, by ci klienci im zaufali. Żeby to był interes fair, w którym bank gra czysto, a korzyści osiągają obie strony. I żeby klient mógł łatwo się z tego interesu wypisać lub mieć wgląd do swoich danych z konsumenckiego profilu stworzonego przez bank. Tak jak ma wgląd do własnej historii kredytowej w BIK. Bo z Big Data źle, ale bez Big Data też bywa często. Zresztą zobaczcie sami: "Od roku mam "Dobre Konto" w Banku Millennium. Wszystko jest OK ale ostatnio pojawiła się bardzo irytująca mnie rzecz: na głównym ekranie w bankowości elektronicznej wyświetla mi się banner "Środki dostępne w 5 minut". Albo jakaś oferta dotycząca karty kredytowej, limitu na koncie i kredytu" - pisze do mnie czytelnik.

      "Oferta ma ograniczenie czasowe ważności - niby taki luksus, który zaraz zniknie jak czekolada za Stanu Wojennego. I nie można tego wyłączyć! Pisałem i dzwoniłem w tej sprawie do banku, bez efektu. Zasłaniają się, że system tak działa, po czym zaczyna się cały monolog dotyczący zalet tej oferty. Starałem się to ignorować, ale jak tylko zniknęła oferta ważna do 3 czerwca, to pojawiła się następna - ważna do 3 lipca... Pewnie potem będzie taka do 3 sierpnia, 3 grudnia itd. Rozumiem chęć zapoznania mnie z ofertą banku, ale męczenie mnie przez cały czas tym widokiem to już przesada. Jest takie powiedzenie: "jak się będziesz kręcił przez cały dzień koło fryzjera, to wieczorem wyjdziesz ostrzyżony" i myślę, że tak to ma działać. Prosiłem o możliwość zamieszczania zamiast ofert kredytów ofert mnie interesujących, czyli oszczędnościowych. Lokata specjalnie dla mnie itp. Oferta karty kredytowej to nie jest to, o czym marzę" - skarży się klient Banku Millennium. Cóż, na jego przykładzie widać doskonale, że Big Data może mieć też dobrze strony (dlatego pewnie chciałby się za to wziąć nawet PKO BP ;-)). Gdyby bank umiał wykorzystać całą wiedzę o kliencie, nie atakowałby go reklamą, która i tak nigdy nie będzie skuteczna. 

      SUBIEKTYWNIE O BIG DATA. Autor blogu "Subiektywnie o finansach" będzie na organizowanym przez Fundację Panoptykon spotkaniu pt. "Anonimowi, wolni użytkownicy sieci czy sprofilowani odbiorcy usług internetowych?". To dyskusja o tym czy firmy oferujące nam swoje usługi lepiej od nas wiedzą czego potrzebujemy; a jeśli tak, czy jest to problem (dla nich lub dla nas ;-))? Ideał jest taki, że dzięki profilowaniu klientów każdy dostanie to, czego chce: klient - produkt, którego potrzebował, firma - klienta, który chce płacić za jej usługi. A co z tymi, którzy nie chcą być “idealnymi klientami” i dzielić się informacjami o swoim stylu życia z agencją reklamową? Co z sytuacją, w której nasz profil konsumencki okaże się niezbyt atrakcyjny i np. bank nie zaproponuje nam kredytu; albo na tyle atrakcyjny, że linie lotnicze zaproponują nam droższy bilet? Spotkanie odbędzie się w środę 26 czerwca o godz. 18:00. Wystąpią Piotr Prajsnar (prezes Cloud Technologies), Jacek Wójcik (badacz zastosowania nowych technologii w marketingu, wykładowca Szkoły Głównej Handlowej), Michał „rysiek” Woźniak (prezes Fundacji Wolnego i Otwartego Oprogramowania, członek-założyciel Warszawskiego Hackerspace’a) oraz Wasz ulubiony blogger. Spotkanie poprowadzi Katarzyna Szymielewicz, szefowa Fundacji Panoptykon. Zapraszam: "PaństwoMiasto" (ul. Andersa 29, Warszawa).

      Panoptykon zaproszenie

      OMINĄŁ CIĘ WEEKEND W BLOGU? NIC STRACONEGO! Jeśli ostatnią sobotę i niedzielę spędziłeś na zielonej trawce i nie sprawdzałeś co się w tym czasie działo w blogu, to zapraszamb do nadrobienia zaległości. W sobotę pisałem w blogu o banku, który sprzedał klientowi polisę wraz z cesją, a potem poprosił go o potwierdzenie, że... sprzedał mu tę polisę. Sprawa jak z Archiwum X. W niedzielę zaś relacjonowałem w blogu najnowsze rewelacje dotyczące SKOK-ów. Prezes Krajowej SKOK spotkał się w weekend z dziennikarzami i zdradził najnowsze pomysły na zasilenie ich kas dodatkową kasą.

      "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH" NA FACEBOOKU I TWITTERZE. Teksty, które czytacie w blogu to tylko część spostrzeżeń o finansach osobistych, które każdego dnia powstają pod marką "Subiektywnie o finansach". Na stronie blogu w Facebooku codziennie znajdziecie liczne ciekawostki i zapiski na marginesie blogonotek. Od niedawna blog ma także swoją stronę na Twitterze. Jeśli chcecie ze mną podyskutować, pokłócić się, bądź tylko delikatnie się nie zgodzić, to za pomocą Facebooka i Twittera będzie to zdecydowanie najłatwiejsze. Tych, którzy wolą kłócić się przez tradycyjny e-mail zapraszam na maciej.samcik (at) gazeta.pl 

      Subiektywnie Facebook

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Big Data w akcji. Bank informuje klientów: "będziemy handlowali waszymi danymi"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 czerwca 2013 16:56
    • Ależ wyrok! Bank zapłaci klientowi fortunę, bo... "niewłaściwie informował o ryzyku"!

      Niedawno opisywałem w blogu dość sensacyjny - przynajmniej z "polskiego" punktu widzenia - wyrok hiszpańskiego sądu, który zasądził rozwiązanie umowy o hipoteczny kredyt walutowy w taki sposób, żeby klient nie poniósł z tego tytułu żadnych strat. Choć wyrok nie jest jeszcze prawomocny, to już jest mocny ;-), bo sędzia uznał, że klient został wmanewrowany w wysoko-złożony produkt, który łączy kredyt i inwestycję. A ponieważ klient nie miał pełnej świadomości w co się pakuje, zaś bank nie przeprowadził badania jego profilu inwestycyjnego, sąd uznał, że klient nie musi płacić. Wiem, że ten tekst z drżeniem serca czytali "szczęśliwcy" zaliczający się do grona 250.000 osób, które mają kredyty we frankach wyższe, niż wartość ich nieruchomości. No, ale to na razie tylko bardzo wątłe światełko w tunelu. Dziś trochę podobna sprawa, ale dotycząca... produktów strukturyzowanych. Nie jest ona bardzo świeża, bo media zamorskie pisały o niej już dobrych kilka tygodni temu, ale wydaje mi się, że warto się jej przyjrzeć. Sąd w Norwegii uznał bowiem, że bank DNB ma oddać klientowi pieniądze i pokryć jego straty w związku z nieudaną inwestycją w produkt strukturyzowany. Przypuszczam, że podobny do tych, które u nas są sprzedawane hurtowo przez bankowców. Większość ze "struktur" nie przynosi klientom zysków, ale ponieważ są oferowane pod hasłem "zysk bez ryzyka", to chętnych nie brakuje.

      Wróćmy jednak do sprawy przeciwko DNB. W odróżnieniu od "sprawy hiszpańskiej" tu mamy do czynienia z sądem nie pierwszej instancji, lecz Sądem Najwyższym. Człowiek, który wygrał z bankiem DNB - to ci drwale, którzy ostatnio sprzedali większość swojego polskiego biznesu, w tym cały detal - nazywa się Ivar Peter Roeggen, zaś wartość roszczenia to 235.000 koron norweskich, co przekłada się na 115.000 zł. Na taką kwotę sam Roeggen oszacował własne straty. DNB ma zresztą podobne spory z 2000 innych klientów, więc po wyroku w sprawie Roeggena postanowił sam zwrócić się do wszystkich, którzy kupili produkty strukturyzowane z propozycją zwrotu kasy. Miły gest, wielu naszym bankowcom coś takiego nawet nie przyszłoby do głowy. Pewnie dziwi Was jak to jest możliwe, że bank musiał pokrywać straty klienta z tytułu inwestycji w produkt strukturyzowany. U nas działa to w ten sposób, że klient ma ochronę kapitału i może co najwyżej nie zarobić ani grosza (co się całkiem często zdarza). Jakieś 80-90% pieniędzy inwestowanych w "strukturę" idzie bowiem na zakup obligacji, zaś pozostałe 10% na opcję, która albo pomnaża tę część kapitału wielokrotnie, albo kończy się stratą całej kwoty. W takim przypadku z 90% ulokowanych w obligacje robi się 100% i klient dostaje swoją kasę z powrotem. Dla banku interes jest tym lepszy, im więcej po cichu zabierze - w ramach ukrytej prowizji - z tej części kasy, która ma iść na zakup opcji dla klienta. A im tańszą i bardziej "śmieciową" opcję kupuje klientowi, tym mniejszą ma szansę na zysk.

      Polacy nie lubią ryzykować, więc produkty strukturyzowane zebrały kilkanaście miliardów złotych naszych oszczędności. Większość z inwestorów pogodziła się z tym, że nie był to interes życia, ale nie słyszałem o żadnych ulicznych demonstracjach w tej sprawie. W Norwegii pan Roeggen się z tą sytuacją nie pogodził, ale nie dlatego, że nie zarobił, lecz dlatego, że stracił. A stracił dlatego, że sfinansował swoją inwestycję z kredytu, do którego namówili go bankowcy z DNB. Przyznam szczerze, że jak przeczytałem tę historię, to doznałem opadu szczęki. I to dość spektakularnego, bo przy całej krwiożerczości polskich bankowców, przy całej tej hucpie z polisami inwestycyjnymi, przy tym całym naciąganiu klientów na kredyty walutowe z LTV dochodzącym do 120% nie spotkałem się z sytuacją, by bank lewarował kredytem... produkt strukturyzowany. A tu proszę, Norwegowie potrafią. Facet zainwestował w 2000 r. nieco ponad pół miliona koron (czyli 280.000 zł) i w stu procentach zlewarował się kredytem. Produkt - jak większość takich "cudeniek" - okazał się do niczego, a do tego był aż sześcioletni i klient nie zarobił ani grosza, tracąc do tego na inflacji. Tak się składa, że kredyt darmowy nie był, więc bank zarobił podwójnie: na zachachmęceniu części kasy, która miała pójść na zakup opcji oraz na finansowaniu, które dostarczył klientowi. Tym sposobem nasz miły pan Roeggen znalazł się na małym debecie - 260.000 koron. Nie wiem co to był za kredyt "pod strukturę", ale wygląda mi na jakąś szybką gotówkę ;-)

      Roeggen poprosił bank, żeby rozwiązać sprawę bez strat dla niego, ale został odesłany na drzewo lub raczej na jakiś szpiczasty fiord ;-). Poszedł więc do sądu i wygrał sprawę przeciwko DNB w Bankowej Komisji Odwoławczej (to chyba jakiś arbiter bankowy) oraz przed sądem rejonowym w Oslo, przegrał natomiast w drugiej instancji - w sądzie okręgowym. Jesienią 2012 r. sprawa została przyjęta do rozpoznania przez norweski Sąd Najwyższy, który podszedł do sprawy z pełną powagą, bo w poszerzonym składzie 11 sędziów. Chłopaki nie pokpili sprawy, bo wiedzieli, że w latach 1997–2008 Norwegowie, którzy przecież do biedaków nie należą, włożyli w badziewne produkty strukturyzowane ponad 90 mld koron, czyli równowartość niecałych 50 mld zł. Sąd uznał, że indywidualni klienci mogli nie mieć świadomości ryzyka inwestycyjnego związanego z zakupem tych produktów (zwłaszcza w ramach lewaru bankowego), a informacje udzielane klientom przez doradców nie były wystarczające. Wyszło na to, że takie "struktury" to jeden z bardziej skomplikowanych instrumentów finansowych, adresowany głównie do klientów profesjonalnych i funduszy emerytalnych. I nie powinien być w ogóle dostępny dla szarego obywatela.

      "W uzasadnieniu wyroku Sąd Najwyższy podkreślił m.in., iż ocena dowodów przemawia jednoznacznie za tym, ża Roeggen otrzymał mylną i niepełną informację ze strony banku i najprawdopodobniej nie zawarłby umowy z bankiem DNB, gdyby został dostatecznie poinformowany  o istniejącym ryzyku, tudzież, gdyby informacje ze strony banku zamieszczone były w załączniku do umowy wyraźnie, nie zaś małą czcionką i w niejasny sposób sformułowane" - napisała w liście opisującym sprawę, który trafił na moje biurko i jakimś cudem nie został przysypany kolejnymi listami, Anna Śmiałek–Grzyb, mieszkająca w Norwegii polska pani adwokat. I teraz uważajcie, bo będzie ważne zdanie: "Bank, jako profesjonalna strona umowy, winien był dochować należytej staranności w zakresie informacji udzielonej klientowi zarówno co do istotnych postanowień umowy, jak i co do kosztów jej zawarcia, natomiast niektóre sformułowania umowy i prospektu nosiły znamiona wyraźnie wprowadzających w błąd. Element ryzyka nie został dostatecznie wykazany, zaś – co Sąd Najwyższy podkreślił – klient nie był inwestorem branżowym. Oczywistym jest, iż nie wszystkie sytuacje można było przewidzieć i opisać, jednakże – zdaniem Sądu – klient powinien był otrzymać rzetelną, przejrzystą informację ze strony banku, który - zawierając umowę z klientem - winien dostarczyć pełnych informacji, zapewniających klientowi należyte zrozumienie istoty tej umowy i ewentualnego ryzyka".

      No to teraz się zastanówmy, czy przypadkiem - hipotetycznie - podobnym zdaniem nie dałoby się uzasadnić unieważnienia umowy kredytu hipotecznego we frankach, udzielonego w 2008 r. przy LTV rzędu 120%? Czy aby na pewno przy tych kredytach bankowcy z należną starannością przekazywali klientom informacje dotyczące ryzyka, możliwych konsekwencji zmian na rynku walutowym, a także ryzyka wynikającego z wcześniejszej spłaty kredytu przy określonym kursie? Tu oczywiście sytuacja jest zupełnie inna, bo mamy do czynienia nie z produktem strukturyzowanym (czyli inwestycją) finansowanym z kredytu, lecz z kredytem "spakietowanym" de facto z inwestycją na rynku walutowym. Oczywiście jestem przekonany, że większość osób zaciągających kredyty we frankach zdawała sobie sprawę, że to ryzykowna zabawa, ale mimo wszystko postanowiły one zagrać w tym kasynie. Daleki jestem od budowania nastroju buntu wśród osób, które mają kredyt we frankach i ledwie dyszą. Ale dostrzegam pewne podobieństwa w sytuacji 250.000 Polaków mających wyższe kredyty, niż wynosi wartość ich mieszkań oraz pana Roeggena z kraju drwali, fiordów i ropy naftowej. W obu przypadkach bank budował taki, a nie inny produkt w merkantylnych celach - żeby sprzedać więcej i zarobić więcej. Sądzę, że prędzej czy później będziemy mieli w Polsce sprawy o rozwiązanie umów o kredyty hipoteczne we frankach. A w pozwach będzie argumentacja dokładnie taka sama, jak w sprawie Roeggena.

      W ŚRODĘ BĘDZIE SUBIEKTYWNIE O BIG DATA. Autor blogu "Subiektywnie o finansach" odwiedzi organizowane przez Fundację Panoptykon spotkanie pt. "Anonimowi, wolni użytkownicy sieci czy sprofilowani odbiorcy usług internetowych?". To dyskusja o tym czy firmy oferujące nam swoje usługi lepiej od nas wiedzą czego potrzebujemy; a jeśli tak, czy jest to problem (dla nich lub dla nas ;-))? Ideał jest taki, że dzięki profilowaniu klientów każdy dostanie to, czego chce: klient - produkt, którego potrzebował, firma - klienta, który chce płacić za jej usługi. A co z tymi, którzy nie chcą być “idealnymi klientami” i dzielić się informacjami o swoim stylu życia z agencją reklamową? Co z sytuacją, w której nasz profil konsumencki okaże się niezbyt atrakcyjny i np. bank nie zaproponuje nam kredytu; albo na tyle atrakcyjny, że linie lotnicze zaproponują nam droższy bilet? Spotkanie odbędzie się w środę 26 czerwca o godz. 18:00. Wystąpią Piotr Prajsnar (prezes Cloud Technologies), Jacek Wójcik (badacz zastosowania nowych technologii w marketingu, wykładowca Szkoły Głównej Handlowej), Michał „rysiek” Woźniak (prezes Fundacji Wolnego i Otwartego Oprogramowania, członek-założyciel Warszawskiego Hackerspace’a) oraz Wasz ulubiony blogger. Spotkanie poprowadzi Katarzyna Szymielewicz, szefowa Fundacji Panoptykon. Zapraszam: "PaństwoMiasto" (ul. Andersa 29, Warszawa).

      Panoptykon zaproszenie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Ależ wyrok! Bank zapłaci klientowi fortunę, bo... "niewłaściwie informował o ryzyku"!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 czerwca 2013 00:02
  • poniedziałek, 24 czerwca 2013
    • Ostra jazda: wprowadzają prowizję za prowadzenie... konta oszczędnościowego

      O tym, że największy polski bank przygotowuje się do operacji "wyciśnięcia" ze swoich klientów jeszcze większych zysków, było już w blogu kilkanaście tygodni temu. Konieczność sięgnięcia do kieszeni klientów wynika zresztą wprost z pogarszających się wyników finansowych PKO BP - w pierwszym kwartale największy polski bank zanotował zysk netto aż o 22% niższy od tego sprzed roku. Bank mniej zarabia na odsetkach, ma też coraz więcej nie spłacanych na czas kredytów, lecz na razie nie odważył się na obłożenie prowizjami sztandarowego Konta za Zero (które za zero jest tak naprawdę dopiero przy wpływach rzędu 1500 zł miesięcznie). Natomiast od sierpnia dobierze się do klientów, którzy mają w PKO BP konto starszego typu - Superkonto. Prowizja miesięczna za jego prowadzenie wzrośnie dla wszystkich klientów, którzy nie będą w stanie co miesiąc zapłacić kartą za zakupy co najmniej 250 zł (a dla wielu klientów taka suma może być problemem). W takim wypadku trzeba będzie zapłacić 8,90 zł za ROR (dziś prowizja wynosi 6,90 zł) oraz 2,90 zł za kartę debetową (niezależnie od opłaty rocznej 26 zł).

      W skali roku takie konto pochłonie więc 168 zł. A jak ktoś wykonuje z ROR-u przelewy, to jeszcze więcej, bo każdy zewnętrzny będzie kosztował 0,7 zł  Dla "starych" klientów PKO BP wybór jest prosty - jeśli nie chcą być "wyciskani" jak cytryny, to powinni za 50 zł zmienić sobie jeden z pakietów Superkonto na któreś z nowych kont, np. Konto za Zero. "Wprowadzane od sierpnia br. zmiany w taryfie opłat i prowizji związane są ze zwiększeniem kosztów obsługi usług bankowych oraz wprowadzeniem nowych usług rozszerzających zakres korzystania z produktów bankowych" - tłumaczą w biurze prasowym PKO BP. Cóż, na ich miejscu też bym tak pewnie napisał. Objęcie podwyżkami "starych" klientów i pominięcie tych, którzy przyszli w ciągu ostatnich dwóch lat, zapewne nie jest przypadkowe. Cóż, życie nie jest sprawiedliwe i kto sprawdził się już doskonale w roli dojnej krowy raczej nie będzie już nigdy dla swojego banku pieszczochem. To zresztą nie jest wyłącznie domena PKO BP, niedawno opisywałem podobne zagranie Credit Agricole. Banki wciąż krygują się z podwyżkami i niewielu jest twardzieli takich, jak Citi Handlowy, którzy odważą się po prostu wyrzucać najbiedniejszych klientów przez okno ;-).

      Ale nie to najbardziej mnie dziwi w PKO-wskich nowinkach prowizyjnych. Niezrozumiałym dla mnie posunięciem jest obłożenie 1-złotową prowizją... kont oszczędnościowych. Od sierpnia każdy, kto przerzuca z ROR-u (oprocentowanego na zero) pieniędzy na konto oszczędnościowe, będzie musiał za to ostatnie płacić. Złotówka miesięcznie to może nie jest jakoś dojmująco bolesna kwota, ale sam fakt, że PKO BP każe sobie płacić za dostarczenie klientowi usługi oszczędnościowej wygląda na zaproszenie dla klientów, by wytransferowali z PKO BP wszystkie swoje oszczędności. Nawet z ciekawości zerknąłem jakie karesy oferuje PKO BP na swoim koncie oszczędnościowym i szczerze pisząc nie dostrzegłem tam szczególnych wartości, za które warto byłoby płacić. Do kwoty 10.000 zł bank oferuje 1,45% w skali roku, co przekłada się np. na 58 zł odsetek netto rocznie przy saldzie 5000 zł. Teraz od tej sumy trzeba będzie odjąć 12 zł opłaty za konto. Owszem, przy bardzo wysokich kwotach konto oszczędnościowe daje przyzwoite oprocentowanie nawet do 2,45%, ale przeciętny klient będzie w formie opłat za konto oszczędnościowe oddawał bankowi 20-25% naliczonych odsetek.

      OMINĄŁ CIĘ WEEKEND W BLOGU? NIC STRACONEGO! Jeśli sobotę i niedzielę spędziłeś na zielonej trawce i nie sprawdzałeś co się w tym czasie działo w blogu, to zapraszam do nadrobienia zaległości. W sobotę pisałem w blogu o banku, który sprzedał klientowi polisę wraz z cesją, a potem poprosił go o potwierdzenie, że... sprzedał mu tę polisę. Sprawa jak z Archiwum X. W niedzielę zaś relacjonowałem w blogu najnowsze rewelacje dotyczące SKOK-ów. Prezes Krajowej SKOK spotkał się z dziennikarzami i zdradził najnowsze pomysły na zasilenie ich kas dodatkową kasą ;-). Nie wierzę, że to mówię, ale... nowy prezes SKOK-ów naprawdę daje radę ;-)

      AGENCI INIEMAMOCNI. To jeden z najlepszych pomysłów na "grywalizację" nudnych usług finansowych, jaki widziałem w ostatnim czasie. Kto chce przekonać się, że agent ubezpieczeniowy potrafi czytać w myślach - niech wejdzie na stronę www.mocnopomocni.pl. Kilka razy testowałem pana agenta i zaręczam, że jest deczko lepszy w te klocki, niż agent Tomek ;-). Ciekawe ile osób publicznych mają w bazie? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Ostra jazda: wprowadzają prowizję za prowadzenie... konta oszczędnościowego”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 czerwca 2013 07:19
  • niedziela, 23 czerwca 2013
    • Sensacyjna deklaracja: SKOK-i dostaną pomoc z zagranicy! Przyda się, bo KNF...

      Jest taka instytucja finansowa, która swoje konferencje prasowe organizuje wtedy, kiedy wszyscy odpoczywają. Na sobotę, i to w porze obiadowej, zaprosił dziennikarzy na spotkanie prezes Krajowej SKOK, Rafał Matusiak. Nie mogłem nie skorzystać, bo wcześniej pan prezes z dziennikarzami się nie spotykał, nie odpowiadał też na e-maile (przynajmniej nie odpowiadał na te od Samcika ;-)). Nawet po 6 czerwca, kiedy Komisja Nadzoru Finansowego ogłosiła swój słynny, miażdżący raport o sytuacji finansowej SKOK-ów, zarząd Krajowej SKOK ograniczył się jedynie do wysłania dwóch propagandowych przemówień swojego rzecznika, które obficie zrecenzowałem w blogu (odzierając pana rzecznika z argumentów) i w komentarzu na drugiej stronie "Gazety Wyborczej". Dopiero teraz - w sobotę w porze obiadowej, w dniu dorocznej konferencji SKOK-ów - prezes Rafał Matusiak postanowił odpowiedzieć na pytania dziennikarzy. To dobra okazja, żeby odpuścić obiad, zejść z zielonej trawki i udać się do warszawskiego Sofitelu Victoria. Więc i ja tam byłem, miód i wino piłem, ale głównie spijałem z ust prezesa oraz WIktora Kamińskiego, kiedyś wiceprezesa, a dziś dyrektora w "Krajówce" (to ten z "Wielkiej Piątki").

      NIE MA (?) EKSODUSU KLIENTÓW. Prezes Matusiak zapewniał: "nie zanotowaliśmy w ostatnim czasie spadku zaufania naszych członków". Jego zdaniem wciąż działa magia zeszłorocznych badań KNF, z których wynika, że "wyznawcy" SKOK-ów ufają im bardziej, niż klienci jakiejkolwiek innej instytucji finansowej. Niestety, nie wiadomo jak to zaufanie przekłada się na złotówki, bo Matusiak nie podał żadnych liczb. A prezentowane na konferencji dane o wartości depozytów złożonych w SKOK-ach dotyczyły kwietnia 2013 r., a więc okresu jeszcze sprzed publikacji niepokojącego raportu KNF. W kwietniu tego roku aktywa wszystkich SKOK-ów wynosiły 18,3 mld zł, portfel depozytów - 17,1 mld zł (ich przyrost od początku roku do kwietnia jest taki, jak w całym zeszłym roku), zaś kredytów - 11,5 mld zł (już po operacji przeniesienia części pożyczek do Luksemburga). SKOK-i obsługują 2,63 mln członków (wzrost od początku roku - 1,7%, w zeszłym roku wynosił 11,9%). Nowych danych dotyczących złych kredytów nie podano, więc należy założyć, że aktualne są te opublikowane przez KNF, czyli 3,7 mld zł nie spłacanych w terminie (ok. 30%, po uwzględnieniu długów zamienionych na obligacje - 37%). W prezentacji SKOK-ów znalazło się natomiast saldo odpisów na złe kredyty, które stale rośnie: 1,65 mld zł w 2011 r., 1,98 mld zł w 2012 r. oraz 2,30 mld zł w kwietniu 2013 r.

      PREZYDENT NA ODSIECZ SKOK-om. Prezes Matusiak wyliczał dziennikarzom wszystkie zmiany prawa, do których SKOK-i muszą się dostosować. Rzeczywiście, sporo tego, zwłaszcza jeśli wcześniej nie trzeba było się trzymać prawie żadnych zasad - SKOK-i jeszcze kilka lat temu w ogóle nie tworzyły rezerw na złe kredyty, bo i po co ;-). Ale - co mi się podoba - Matusiak unikał oskarżeń, że to wszystko jest polityczna nagonka prowadzona po to, żeby "zniszczyć ostatnią polską instytucję finansową". Podkreślał natomiast, że musi działać "w wyjątkowo dynamicznie zmieniającym się otoczeniu prawnym" i przekonywał, że to "nie pomaga w prowadzeniu biznesu, ani w budowaniu planów restrukturyzacji". Rzeczywiście - nie ułatwia. Decyzję o publikacji raportu o SKOK-ach przez KNF bez uprzedzenia "krajówki" Matusiak nazwał "niefortunną". Też plus za dyplomację. Na tej niwie SKOK-i mają też inny sukces. W piątek prezydent Bronisław Komorowski opublikował decyzję o skierowaniu do Trybunału Konstytucyjnego niektórych przepisów dotyczących SKOK-ów. Bronisław Komorowski chce, by Trybunał Konstytucyjny sprawdził czy zgodny z prawem jest np. przepis pozwalający przejąć część majątku SKOK-u przez bank poza kontrolą sądu. Mają więc SKOK-i poważny argument potwierdzający, że nie tylko im się wydaje, że przykręcanie śruby - wynikające ze zmiany sposobu nadzorowania SKOK-ów - idzie zbyt szybko.

      KNF W AKCJI, WYPŁACALNOŚĆ SKOK W DÓŁ. Matusiak ujawnił, że KNF pod koniec marca zażądał od SKOK-ów kolejnych korekt w sprawozdaniach finansowych. Dotyczą one m.in. rozliczania w czasie niektórych prowizji pobieranych od członków, dodatkowych odpisów aktualizacyjnych oraz zmiany sposobu wyceny papierów wartościowych nabywanych w zamian za wierzytelności (tu chodzi zapewne o obligacje z Luksemburga). Niwe wytyczne znacząco odbijają się na wynikach finansowych SKOK-ów. Do tej pory Krajowa SKOK podawała, że w zeszłym roku system miał w 2012 r. ponad 250 mln zł zysku netto. Z danych, które pokazano dziennikarozm podczas konferencji wynika, że po wprowadzeniu zalecanych przez KNF korekt kasy  znajdą się 107,3 mln zł pod kreską. A to uderzy w wypłacalność systemu. Tzw. wskaźnik kapitału instytucjonalnego w SKOK-ach obniży się z 3,2% do 1,6%.  Ów kapitał instytucjonalny to wprawdzie nie to samo, co współczynnik wypłacalności systemu kas, który był dotąd podliczany przez KNF i Krajową SKOK na 4,4%, ale SKOK-owcy przyznają, że spadek dotyczy obu wskaźników. Gdyby wypłacalność SKOK-ów spadła o połowę (czyli tak samo, jak kapitał instytucjonalny), mielibyśmy sytuację, w której wynosi ona 2,2%. Zrobiło mi się gorąco.

      BĘDZIE POMOC DLA SKOK OD WOCCU. Prezes Matusiak na spółkę z dyrektorem Kamińskim zdradził pomysł, który może dać kasom finansowy oddech. Polskim SKOK-om na pomoc może przyjść WOCCU, czyli Światowa Rada Unii Kredytowych (to stowarzyszenie skupiające odpowiedniki SKOK-ów z całego globu). Matusiak ogłosił, że prowadzi rozmowy dotyczące możliwości "pozyskania inwestycji WOCCU, która posłuży jako wsparcie dla polskiego systemu kas". Podobno chodzi o rodzaj pożyczki, której pierwsza transza ma wynieść 100 mln dol., a która będzie pochodziła z pieniędzy WOCCU i będzie gwarantowana przez amerykańskie władze. WOCCU ma już wstępną zgodę na ten plan ze strony urzędu, który nadzoruje amerykańskie SKOK-i. Jeśli zgodzi się KNF, ta kasa posłuży jako zobowiązania podporządkowane i poprawi poziom kapitału w SKOK-ach. Pieniądze zza Oceanu w razie konieczności mogłyby też posłużyć jako rezerwa płynności. Szefowie SKOK nie ujawnili warunków finansowych pomocy od WOCCU. Nie wiadomo czy będzie ona oprocentowana, ale jeśli mówimy o "inwestycji", to chyba tak. I członkowie SKOK-ów prędzej czy później będą musieli za tę "pomoc" zapłacić. Jednak w obecnej sytuacji SKOK-ów możliwość "pociągnięcia" setek milionów dolarów pożyczek na tymczasowe załatanie dziur w kapitale to atut nie do przecenienia.

      DEPOZYTY BEZ GWARANCJI, ALE Z PŁYNNOŚCIĄ. Dziś najważniejsze pytanie brzmi: czy systemowi SKOK uda się przejść suchą stopą przez granicę, która oddziela wolną amerykankę z czasów nadzoru koleżeńskiego (firmowanego przez Grzegorza Biereckiego) od przejrzystej działalności, prowadzonej według jasnych zasad i solidnie nadzorowanej przez państwowy urząd? To w dużej części zależy od skuteczności programów naprawczych oraz od tego, czy kasy nie utracą zaufania członków, a przede wszystkim ich depozytów. Prezes Matusiak przyznał w odpowiedzi na moje pytanie, że dziś SKOK-i nie mają już gwarancji depozytów firmowanych przez Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych SKOK. Taką informację od kilku tygodni podawali mi "dobrze zorientowani" SKOK-owicze. Jednocześnie dopiero od listopada zaczną działać nowe gwarancje - zapewniane przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. "W okresie przejściowym bezpieczeństwo wkładów gwarantują trzy mechanizmy: fundusz stabilizacyjny zgromadzony w Krajowej SKOK, możliwość ingerencji przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny w sytuacji awaryjnej oraz możliwość wsparcia płynnościowego ze strony Narodowego Banku Polskiego" - mówi prezes "krajówki". Fundusz stabilizacyjny Krajowej SKOK przekracza 410 mln zł, zaś płynność SKOK-ów jest stosunkowo wysoka - relacja pożyczek (ponad 11 mld zł) do depozytów (ponad 17 mld zł) to tylko 67%, a więc znacznie mniej, niż w większości banków. W kasach SKOK-ów jest zatem dużo gotówki, która powinna wystarczyć, by  mogły obsługiwać wypłaty depozytów nawet, gdyby chętnych do wycofania pieniędzy pojawiło się więcej, niż zwykle.   

      WRESZCIE LEPSZA TWARZ SKOK-ów. Na konferencji prasowej poświęconej sytuacji finansowej SKOK-ów nie powinno zabraknąć Grzegorza Biereckiego, do niedawna twarzy systemu spółdzielczych kas. To jego ekipa ustalała reguły działania SKOK-ów, a więc odpowiada za doprowadzenie ich  w pobliże finansowej przepaści. Bierecki jednak zrejterował. Nie chce, żeby przypominać mu "karierę", która uczyniła go multimilionerem, ale na pewno nie przyniosła chluby jego nazwisku? "Starą gwardię" reprezentował Wiktor Kamiński, który doskonale nadaje się do roli "niewinnego misia" i po raz kolejny się z niej wywiązał bez zarzutu. Nowego prezesa Krajowej SKOK, Rafała Matusiaka, do tej pory znałem tylko z opowiadań. I zrobił na mnie dobre wrażenie. Odpowiadał rzeczowo, nie unikał trudnych tematów, jeśli nie musiał, to nie wchodził w dyskusje "ideologiczne". A jak musiał, to przedstawiał zaangażowanie SKOK-ów w prawicowe projekty bez politycznego żaru. Mówił głównie o biznesie, otoczeniu prawnym, nie zauważyłem u niego arogancji, która cechowała jego poprzednika. Matusiak zupełnie nie pasuje do wizerunku menedżerów SKOK-ów jako gromadki "leśnych dziadków" radośnie robiących biznes na pielgrzymkach. Prezes Krajowej SKOK może być oczywiście jedynie maskotką w rękach "starej gwardii" rządzącej z tylnego fotela. W czasie konferencji był maskotką w rękach... rzecznika Andrzeja Dunajskiego, który wyznaczał nowe standardy pracy oficera prasowego: chyba z dziesięć razy przerwał wypowiedź swojemu prezesowi, by "dodać coś od siebie". Rzecznika, któremu tak bardzo się wydaje, że jest na konferencji najważniejszy, jeszcze nie widziałem. Lepsza twarz SKOK-ów (nawet jeśli to "tylko" twarz) wymaga profesjonalnej komunikacji.

      CZTERY LATA SUBIEKTYWNOŚCI. W ostatnim dniu marca 2013 r. blog "Subiektywnie o finansach" obchodził czterolecie swojego istnienia. W ciągu tych czterech lat (1459 dni, licząc soboty, niedziele i święta) w blogu ukazało się 1615 wpisów - czyli średnio więcej, niż jeden dziennie. Kliknęliście je 15.481.000 razy. To oznacza, że każdą notkę obejrzeliście przeciętnie 9585 razy. Średnia liczba Waszych odwiedzin przekroczyła 270.000 miesięcznie. Blog cieszy się uznaniem czytelników, ale i fachowców z branży mediowej - ostatnio znalazł się na trzecim miejscu w rankingu najlepszych blogów dziennikarskich miesięcznika "Press".

      "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH" NA FACEBOOKU I TWITTERZE. Teksty, które czytacie w blogu to tylko część spostrzeżeń o finansach osobistych, które każdego dnia powstają pod marką "Subiektywnie o finansach". Na stronie blogu w Facebooku codziennie znajdziecie liczne ciekawostki i zapiski na marginesie blogonotek. Od niedawna blog ma także swoją stronę na Twitterze. Jeśli chcecie ze mną podyskutować, pokłócić się, bądź tylko delikatnie się nie zgodzić, to za pomocą Facebooka i Twittera będzie to zdecydowanie najłatwiejsze. Tych, którzy wolą kłócić się przez tradycyjny e-mail zapraszam na maciej.samcik (at) gazeta.pl

       Subiektywnie Facebook

      MASZ PROBLEM Z BANKIEM? ROZWIĄZANIA POSZUKAJ W BLOGU! Strona "Subiektywnie o finansach" jest jednym z najpopularniejszych w internecie miejsc spotkań ludzi zainteresowanych finansami osobistymi. Jeśli masz problem z bankiem, firmą ubezpieczeniową, albo inną instytucją finansową, to jest spora szansa, że była już o tym dyskusja w blogu. Sprawdź listę spraw, które udało nam się wspólnie załatwić, dowiedz się jak napisać reklamację do banku, przeczytaj jak inni czytelnicy skutecznie walczą o swoje prawa. I sprawdź jakie prowizje pobiera autor blogu za swoje usługi ;-)

      Jak pomnażać oszczędności

       JAK ZABRAĆ SIĘ DO OSZCZĘDZANIA? Pytacie mnie często w listach jak zabrać się do systematycznego oszczędzania. Niektórym z Was urodziło się dziecko, niektórzy dostali podwyżki, a inni zorientowali się właśnie, że na ich koncie w ZUS widać dno. Pytacie w którym banku założyć konto oszczędnościowe, jakie kupić obligacje i czy fundusze inwestycyjne to dla Was nie jest aby zbyt ryzykowna "zabawa". O tym jak zrobić sobie pierwszy, najprostszy plan systematycznego oszczędzania, a także jak go potem rozwijać o nowe elementy, napisałem obszernie w książce "Jak pomnażać oszczędności". Zapraszam Was do zakupu i przeczytania, bo wiem od tych, którzy już to zrobili, że na wiele rzeczy dotyczących oszczędzania otworzyły im się oczy. Poradnik jest wśród sześciu książek, które musisz przeczytać według blogu "Jak oszczędzać pieniądze". W konkursie "Economicus" zdobył wyróżnienie jako jeden z trzech najlepszych poradników roku. Książkę życzliwie oceniło też Stowarzyszenie Inwestorów IndywidualnychPoradnik stał się czwartym największym ekonomicznym bestsellerem w sieci salonów Empik w pierwszym półroczu po debiucie. Jeśli nie masz czasu iść do księgarni, ściągnij "Jak pomnażać oszczędności" w formie e-booka. W niektórych księgarniach internetowych ostatnio widziałem naprawdę zacne promocje cenowe, dotyczące m.in. tej książki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Sensacyjna deklaracja: SKOK-i dostaną pomoc z zagranicy! Przyda się, bo KNF... ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 czerwca 2013 10:21

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line