Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 30 czerwca 2014
    • Wydruk e-księgi wieczystej będzie miał teraz e-pieczęć! Banki wreszcie przestaną grymasić?

      Kilka dni temu opisywałem Wam nowe możliwości, jakie od zeszłego tygodnia oferuje internautom Centralna Ewidencja Pojazdów, w skrócie zwana CEP-em. Znając numer rejestracyjny dowolnego samochodu i numer nadwozia oraz datę pierwszej rejestracji pojazdu można sprawdzić przez internet jego historię. Jakkolwiek system ma kilka poważnych słabości (m.in. nie bierze pod uwagę wydarzeń sprzed pierwszej rejestracji auta w Polsce, a każdą wymianę dowodu rejestracyjnego traktuje jak zmianę właściciela pojazdu) oraz nie grzeszy kompletnością i aktualnością danych, mimo wszystko się ucieszyłem, że jest. Zawsze lepiej mieć dodatkowe i łatwo dostępne źródło wiedzy do dyspozycji. Dziś o innowacji, która być może ułatwi życie kredytobiorcom. Mianowicie - co warto przeczytać w serwisie Wyborcza.biz - od jutra będzie można sobie samemu wydrukować z internetu odpis z księgi wieczystej nieruchomości. A więc pobrać w ciągu kilku sekund dokument, po który jeszcze kilka lat temu trzeba było iść do sądu i specjalnie zamawiać.

      Na pierwszy rzut oka nie ma tu żadnej rewolucji, bo internetowy dostęp do ksiąg wieczystych (tzw. e-ksiąg) mamy już od dość dawna, a możliwość obejrzenia lub wydrukowania zawartości księgi wieczystej dowolnej nieruchomości wykorzystują już nawet niektóre banki, by ułatwić klientom życie (można płakać ;-)). Sęk w tym, że ten wydruk to... tylko wydruk. Niektóre banki nie chcą go honorować i każą klientom przynosić i tak wersję papierową (co ciekawe, banki internetowe też tak mają). Kiedyś mnie to strasznie zdenerwowało i popełniłem nawet wpis poświęcony temu niecnemu zjawisku, lecz niektórzy z Was zwrócili mi uwagę, że bankowcy mogą mieć trochę racji obawiając się, że w sytuacjach spornych wydruk może się okazać niewystarczająco solidnym dokumentem. Teraz jednak banki stracą powód, by wysyłać klientów do sądów po papierowy wypis z księgi wieczystej. A to dlatego, że dokument zamawiany przez klienta w nowej procedurze będzie specjalnie oznaczony i będzie miał taką samą moc, jak ten odebrany z sądu, z pieczęcią i podpisem. Nowy system będzie działał pod tym samym adresem, pod którym był "stary" - www.ekw.ms.gov.pl

      Z nowego systemu warto skorzystać nawet wtedy, jeśli jesteście wyznawcami tradycyjnych dokumentów, drukowanych na czerpanym papierze i opieczętowanych krwią własną urzędnika. Teraz będzie można sobie zamówić online odpis z księgi wieczystej w formie tradycyjnej (czyli podpisany krwią urzędnika ;-)), ale z dostawą na adres domowy, za pośrednictwem poczty. Ile będzie kosztowało wydrukowanie elektronicznego odpisu z księgi wieczystej? Inaczej, niż w starym systemie będą za to pobierane dutki ;-). Standardowy dokument ma kosztować 20 zł. Zwykły odpis odbierany w sądzie jest droższy i kosztuje 30 zł. Taki z historią zmian w księdze - nawet 60 zł. Najistotniejsze nie jest to ile będzie kosztował "wjazd" do e-ksiąg, ale to w jaki sposób będzie można płacić za taki wydruk (nawet najbardziej funkcjonalna płatna baza bez przyjaznego systemu płatności musi okazać się niewypałem).

      Na nową formułę pobierania odpisów powinni zwrócić uwagę kredytobiorcy hipoteczni - większość banków do czasu wpisania hipoteki do księgi wieczystej pobiera od kredytobiorcy podwyższoną marżę i dopiero po dostarczeniu odpisu ją obniża. Czasem - o zgrozo - bank nie ma ochoty zrezygnować z ekstra-zarobku, wymyślając w tym celu różne zabawne fortele, z których najzabawniejszy jest numer z gubieniem dokumentów. Wracając do nowych e-ksiąg wieczystych: otóż wybrańcy będą mogli przeszukiwać księgi wieczyste nie tylko na podstawie numeru. Notariusze, czy komornicy sądowi dostaną opcję znajdowania nieruchomości i jej księgi wieczystej na podstawie np. adresu, nazwiska właściciela, czy jego PESEL-u. Ma im to ułatwić ściganie złych ludzi, oszustów i przekręciarzy. Pozdrowienia dla komorników, którzy czytają "Subiektywnie o finansach" ;-).

      Nota bene od 1 lipca przez internet będzie można wziąć sobie również zaświadczenie o niekaralności, bo przez internet będzie można dostać się do Krajowego Rejestru Karnego. Jeśli macie zamiar zająć się jakąś robotą, która wymaga zaświadczenia o tym, że nie siedzieliście za kratami (bądź też fakt ten został już zatarty ;-)), to teraz nie będzie trzeba iść do urzędu i tracić z tego powodu pół dnia. Wystarczy wejść do internetu, zapłacić 20 zł i wydrukować sobie potrzebny dokument. A gdybyście byli np. Marcinem P. i trzy lata temu chcielibyście założyć Amber Gold i nie bylibyście pewni, czy wszyscy pamiętają, że niedawno zostaliście skazani za oszustwa finansowe i ten system by wtedy działał, to pewnie byście tam weszli, sprawdzili i odpuścili sobie zakładanie Amber Gold w przekonaniu, że i tak Wam nie zarejestrują firmy ;-). Mam nadzieję, że tym argumentem przekonałem Was do namiętnego korzystania nie tylko z internetowych ksiąg wieczystych, ale i z Krajowego Rejestru Karnego ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Wydruk e-księgi wieczystej będzie miał teraz e-pieczęć! Banki wreszcie przestaną grymasić?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 czerwca 2014 17:05
    • Spór o wycenę mieszkania. Klienci banku skarżą się, że rzeczoznawcy gwałcą ich prywatność

      Kredyt hipoteczny czasem może przypominać nowoczesną formę niewolnictwa, ale generalnie większość z tych, którzy spłacają do banku raty, czuje się w swoim mieszkaniu względnie bezpiecznie. Nie mamy poczucia, że to mieszkanie do nas nie należy, że bank mógłby nam je w każdej chwili zabrać. Niestety, czasem dzieją się rzeczy, które ten spokój zaburzają. Niedawno do niektórych swoich klientów odezwał się mBank. W piśmie, które przyszło pocztą, zostali poinformowani, że wkrótce ich kredyt zostanie być może przeniesiony do mBanku Hipotecznego. Zmiana z punktu widzenia klienta ma być czysto techniczna. Bank zaś chce na podstawie przeniesionych do mBanku Hipotecznego kredytów wyemitować listy zastawne (instrument podobny do obligacji), żeby mieć więcej długoterminowych pieniędzy w kasie (i z ich użyciem prowadzić akcję kredytową). Klienci z pisma dowiedzieli się, że decyzja o tym, które kredyty zostaną przeniesione do mBanku Hipotecznego, zostanie podjęta na podstawie "aktualnych wycen zabezpieczeń kredytów". Klienci nie mają wiele do gadania, bowiem w piśmie z mBanku nie pozostawia się im złudzeń, że na wszystko już wyrazili zgodę w umowie kredytowej.

      Jak przebiega cała operacja? Ano: dość kontrowersyjnie przebiega, jak niemała część operacji na linii mBank-klienci. Bo klienci mBanku są wyjątkowo wrażliwi na zakusy bankowców. mBank poinformował kredytobiorców, że przedstawiciel jednej z dwóch firm wynajętych do wykonania wycen nieruchomości umówi się z nimi na dokonanie inspekcji, czyli oględzin mieszkania będącego zabezpieczeniem kredytu. A potem na tej podstawie wykona jego wycenę. Do tego momentu wszystko jest OK. Co prawda dostałem kilka listów od zaniepokojonych klientów mBanku, którzy pytali czy mogą się nie zgodzić na potencjalne przeniesienie do banku hipotecznego, ale sądzę, że większości klientów jest wszystko jedno. Problem pojawia się wtedy, gdy rzeczoznawca przychodzi obejrzeć nieruchomość i zaczyna się szarogęsić. Pisze jedna z czytelniczek.

      "Znajomi, którzy również mają kredyt hipoteczny w mBanku i już mieli wizytę rzeczoznawcy, uprzedzili mnie, że rzeczoznawca w trakcie oględzin robi aparatem cyfrowym zdjęcia mieszkania. Próbowali powstrzymać rzeczoznawcę od robienia zdjęć, ale - m.in. przez zaskoczenie sytuacją - nie udało im się niczego wskórać".

      Moja czytelniczka też postanowiła powalczyć o swoje. Albowiem nie chce, aby jej prywatne rzeczy i meble były fotografowane, a zdjęcia przechowywane później w nieznanym miejscu przez nieznany okres i udostępniane nieznanym osobom, być może spoza banku. Cóż, można taką postawę zrozumieć, w końcu "my home is my castle". Moja bohaterka postanowiła się sprzeciwić się procedurze, która - jak twierdzi - wchodzi zbyt głęboko w jej sferę prywatną. Kiedy więc zadzwonił rzeczoznawca w celu wiadomym, moja czytelniczka powiedziała, że wejść, owszem, może, ale przecz z brudnymi łapami od jej sfery prywatnej.

      "Zastrzegłam w rozmowie z rzeczoznawcą, że nie chcę, żeby robił zdjęcia moich przedmiotów osobistych. Oburzył się twierdząc, że bank nie przyjmie od niego wyceny, która nie będzie zawierała co najmniej dwóch zdjęć każdego pomieszczenia. Zaproponowałam, żeby zdjęcia wykonał polaroidem albo aparatem na kliszę, żebym mogła później - kiedy decyzja w sprawie przeniesienia kredytu już zapadnie - poprosić bank o protokół zniszczenia tych zdjęć, bo nie życzę sobie, żeby były one przechowywane po tym jak spełnią swoją funkcję. A pliku cyfrowego nie da się usunąć ze 100% pewnością (zawsze może istnieć gdzieś jego kopia)".

      Niestety, moja czytelniczka nie znalazła zrozumienia u rzeczoznawcy. Twierdzi, że została przez niego wyśmiana. Facet powiedział, że aparat na kliszę dawno już oddał dziecko do zabawy i że teraz zdjęcia robi się aparatem cyfrowym, a następnie uploaduje je do chmury albo kopiuje na dysk. Zagroził, że naskarży do banku "że pani się nie zgadza na wykonanie wyceny i zobaczymy co oni na to powiedzą!". Moja bohaterka nie miała co prawda ochoty iść na udry z bankiem, ale zaproponowała, żeby rzeczoznawca, zamiast robić zdjęcia, poprosił przedstawiciela banku odpowiedzialnego za te wyceny o kontakt w celu przedstawiania podstawy prawnej dla fotografowania aparatem cyfrowym łóżka, szczoteczki do zębów oraz bielizny klientów. Moja czytelniczka słusznie zauważyła, iż przedmioty te nie są zabezpieczeniem kredytu (co do bielizny miałbym wątpliwości, bo zapewne moja czytelniczka czasem w niej paraduje, a zapewne dodatkowym zabezpieczeniem kredytu jest jej polisa na życie). 

      "Rzeczoznawca zasugerował, żebym na czas jego wizyty spakowała swoje rzeczy do pudełek lub czymś je zasłoniła. Ja powiedziałam, że nie mam czasu i ochoty wyprowadzać się na czas jego wizyty i że skoro jest rzeczoznawcą - fachowcem od wyceny nieruchomości - to czy jego raport z oględzin nie wystarczy. Stanęło na tym, że jesteśmy umówieni. Ja nie wiem czy on będzie nalegał na zrobienie zdjęć, on nie wie czy ja będę się upierała, że nie może ich zrobić. Czekam z nadzieją, że może jakiś przedstawiciel banku jednak zadzwoni i sprawę rozwiążemy - zostanie mi przedstawiona podstawa prawna do naruszania nietykalności mieszkania, albo np. oględziny odbędą się przy udziale rzeczoznawcy i świadka, który potwierdzi jego wycenę, albo - jednak uda się zdobyć aparat na kliszę, spisać protokół dot. wykonanych zdjęć, żebym mogła dopilnować ich zniszczenia po fakcie".

      Nikt z banku jednak. Mam wrażenie, że nie tylko ta jedna klientka mBanku ma problem z naruszeniem, jak to się mówi, miru domowego. Wiem, że wycena przez rzeczoznawcę jest standardowym postępowaniem banku przy udzielaniu kredytu hipotecznego i że każdy klient musi zgodzić się na wycenę (jest taki zapis w umowie kredytowej), jednak zazwyczaj wycenione zostaje mieszkanie właśnie zmieniające właścicieli, wystawione na sprzedaż, a więc i na ogląd wszystkich zainteresowanych. Dokonywanie takiej wyceny w trakcie spłaty kredytu wiąże się z wkroczeniem rzeczoznawcy do czyjegoś domu. Klient może uznać, że nie podoba mu się, iż bank uzyskuje wiedzę o tym czy klient np. ma w domu bałagan, jakiego koloru jest jego pościel (a przecież wiadomo, że jeśli jest to bordowa, satynowa pościel, to kredytobiorca zapewne nie był ostatnio u spowiedzi), jakie ma książki i czy na ścianie wisi, dajmy na to, obsceniczny obraz z nagą kobietą, albo - co gorsza - nagim mężczyzną. Brrrr!!! Rzeczoznawca może zrobić temu obscenicznemu nagiemu mężczyźnie zdjęcia, które nie wiadomo w jaki sposób będą przechowywane. Jak taki obraz wpływa na wiarygodność finansową klienta, hę? ;-)

      "Czy nie dość, że muszę wpuścić do domu obcego człowieka i jemu pokazać gdzie śpię i jem i się relaksuję? Wiem od osób pracujących w bankowości, że inne banki również rozważały przeprowadzenie wycen zabezpieczeń kredytów hipotecznych i wycofały się z tego pomysłu, żeby nie antagonizować klientów. Widać mBank nie martwi się o takie rzeczy. Może jeśli sprawa zostanie nagłośniona, inni posiadacze kredytów hipotecznych w mBanku również będą mogli zaprotestować i procedura tych wycen zostanie zmieniona?"

      Cóż, sprawa dotyczy głównie sposobu pracy zewnętrznego rzeczoznawcy, a nie pracowników mBanku. Ale w banku mogliby przewidzieć ten problem i dokładnie poinstruować rzeczoznawców, by ci nie molestowali zdjęciami klientów, którzy sobie tego nie życzą (ja osobiście nie miałbym problemu, gdyby rzeczoznawca chciał zrobić fotografię mojej wyuzdanej sypialni, ale rozumiem, że nie każdy klient może to lubić). Ta konkretna historia, dzięki uporowi klientki, zakończyła się happy endem. Zadzwoniła mianowicie do rzeczoznawcy i zapowiedziała mu, że żadnych zdjęć zrobić nie pozwoli. Rzeczoznawca podobno najpierw miał focha, a potem powiedział, że naskarży do banku. W banku zorientowali się, że nie warto kruszyć kopii, więc rzeczoznawca dostał odpowiedź, że "nic na siłę" oraz że powinien w takiej sytuacji "spisać szczegółowy protokół wyceny zamiast zdjęć". Ciekawe jak bardzo szczegółowy będzie ten protokół i czy nie będzie opowiadał o życiu kredytobiorczyni więcej, niż zdjęcia. Bo wiecie, jeśli rzeczoznawca ma talent literacki... ;-)

      ZRÓB ZE MNĄ PIERWSZY KROK W OSZCZĘDZANIU! Jak zabrać się za oszczędzanie na przyszłość dzieci? Wybrać polisę, fundusz inwestycyjny, czy lokatę? Czym różnią się między sobą oferty banków? Jak zrobić sobie pierwszy, prosty plan systematycznego oszczędzania? Jakie błędy w oszczędzaniu i inwestowaniu pieniędzy popełniłem, a których Ty po lekturze tej książki nie popełnisz? Kliknij ten link i zamów - w wersji papierowej lub jako e-book - książkę, która stała się już jednym z największych książkowych bestsellerów o oszczędzaniu i inwestowaniu i doczekała się już drugiego wydania.

      baner_640x250

      RUSZYŁA SPECJALNA OFERTA DLA CZYTELNIKÓW BLOGU! Każdy, kto kupi "100 potwornych opowieści o pieniądzach", moją najnowszą książkę, zawierającą masę trików na bezbolesne oszczędzanie, sensowne zarządzanie domowym budżetem, bezpieczne używanie banku w internecie i... pieniędzy za granicą, a także na wyjście z tarapatów z kredytem i trefną polisą inwestycyjną, w pakiecie może dostać drugą książkę - sensacyjną powieść "K.I.S.S" Tomka Pruska o kulisach rynku kapitałowego i brudnej grze o wielkie pieniądze. Idealna lektura na wakacje. Kliknijcie ten link i wpiszcie kod promocyjny "samcikprusek", a dostaniecie specjalną cenę, którą wynegocjowałem z wydawcą - tylko dla czytelników mojego blogu.

      baneryinternetoweksiazki_640x25002

      W tej ofercie specjalnej możesz również kupić "100 potwornych opowieści o pieniądzach" solo. Też w specjalnej cenie. Kliknij ten link i wpisz kod promocyjny "samcik", a dostaniesz specjalny rabat. To idealny pomysł na prezent dla twojego dziecka, chrześniaka, rodzeństwa, przyjaciela. O pieniądzach lekko i dowcipnie, ale i pouczająco.

      baneryinternetoweksiazki_640x250013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (28) Pokaż komentarze do wpisu „Spór o wycenę mieszkania. Klienci banku skarżą się, że rzeczoznawcy gwałcą ich prywatność”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 czerwca 2014 08:45
  • sobota, 28 czerwca 2014
    • Wysyłali klientom monity podpisane przez... wymyśloną kancelarię prawniczą. Słono zapłacą

      Firmy pożyczkowe nie mają ostatnio dobrej prasy, co po części wynika z faktu, że nie przepadają za nimi banki (oficjalnie pożyczkodawcy nie są konkurencją dla banków, ale jeśli porozmawiać z bankowcami specjalizującymi się w consumer finance...), a po części z tego, że same wyrzynają się nawzajem. Pożyczkodawcy udzielający pożyczek na dłużej najchętniej zamknęliby w getcie tych od chwilówek, których uważają za szkodników. A ci ostatni - jak Vivus, czy Wonga - odgryzają się agresywnym marketingiem, doskonale zdając sobie sprawę, że jeśli uzależnią od siebie klientów, to ci nie pójdą po dłuższą pożyczkę np. do Providenta. Kto jest większym szkodnikiem - nie podejmuję się rozsądzić, ale wiem, że największą miarą stopnia szkodnictwa na tym rynku nie jest to, czy pożyczki pozabankowe będą kosztowały 10% w skali miesiąca, czy 30%, ani to, czy będzie nałożony na ich koszty administracyjnie jakiś limit, czy też nie.

      Najważniejszym czynnikiem, który zdecyduje o tym, czy firmy pożyczkowe będą postrzegane jako stado szkodników i gangsterów, czy też "tylko" jako lichwiarze, będzie ich podejście do klientów spóźniających się ze spłatami. A więc: odsetek klientów, którzy podlegają procesom windykacyjnym (bo to świadczy o tym, czy firmy dbają, żeby nie "ubierać" w pożyczki ludzi, dla których będzie to ostatnim gwoździem do trumny) oraz podejście do tych, którzy już w procesie windykacji się znaleźli. Przy odrobinie złej woli można z windykacji uczynić sobie interes lepszy, niż z udzielania pożyczek. Najpierw klienta ciśnie się prowizjami za monity, potem wysyła się windykatora i ściąga tyle pieniędzy, ile się da, dbając oczywiście o to, żeby dług cały czas rósł (odsetki karne i odsetki od odsetek). Na koniec - kiedy ani prośbą, ani groźbą z klienta nie da się już nic wycisnąć - sprzedaje się go windykatorom z prawdziwego zdarzenia.

      W ostatnich dniach w Wielkiej Brytanii głośno było o znanej także w Polsce firmie pożyczkowej Wonga, która zgodziła się wypłacić 44.000 swoich klientów zadośćuczynienia w łącznej kwocie 2,6 mln funtów (jakieś 13 mln zł) za to, że wysyłała do nich niemiłe pisma podpisane przez... fikcyjną kancelarię prawną. A nawet dwie: Chainey, D'Amato & Shannon oraz Barker and Lowe Legal Recoveries. Chodziło oczywiście o to, żeby zwiększyć skuteczność windykacji. Wiadomo, że ludzie bardziej dadzą się nastraszyć prawnikom, niż finansistom. Lecz po co było płacić za przygotowanie i wysłanie pism jakiejś kancelarii, skoro można ją... wymyślić? Skandal dział się w latach 2008-2010, ale dopiero teraz wyszedł na jaw, a firma - zmolestowana przez regulatora FCA - poczuła się w obowiązku, żeby ładnie przeprosić.

      Ten przypadek dużo mówi o tym, do czego może być zdolna firma pożyczkowa, żeby zarobić więcej pieniędzy. Wonga ma dużą część brytyjskiego rynku chwilówek (wartego 2 mld funtów), obsługuje milion klientów i od kilku miesięcy walczy, żeby poprawić swój zrujnowany wizerunek. Ostatnio ogłosiła, że wykryła, iż w przeszłości naliczyła 200.000 klientów zbyt wysokie opłaty i teraz będzie się z nimi kontaktować celem zwrotu tych nadpłat. Polskiej Wongi co prawda nie dotyczą te "grzechy przeszłości", bo firma od początku nałożyła sobie kaganiec ograniczający jej możliwości zarabiania na klientach przedłużających pożyczki oraz nie spłacających pożyczki w terminie. Ale inni pożyczkodawcy czerpią z doświadczeń brytyjskiej Wongi. Słyszałem, że pewna firma z tej branży wymyśliła stanowisko  "specjalista ds. potrąceń z wynagrodzenia". Ładnie ;-). Dzwoni taki gość po ludziach i opowiada o potrącaniu. Założę się, że wydzwania nie tylko do dłużników, ale i ich pracodawców, co jest już nielegalne.

      Pewnie z wymyślonych firm prawniczych też niedługo zaczną dzwonić. Mam nadzieję, że u nas będzie o tyle lepiej, że przynajmniej największe firmy, pozycjonujące się jako dziewice orleańskie -  będą trzymać jako-takie standardy - inaczej, niż w Wielkiej Brytanii, gdzie wytrwale je psuły. Polskę i Wielką Brytanię łączy to, że w obu krajach ma być wprowadzony w 2015 r. kaganiec na koszty pożyczek-chwilówek. Nasz projekt ustawy przewiduje takie sprofilowanie ograniczeń, żeby były najbardziej dokuczliwe właśnie dla firm chwilówkowych, a stosunkowo mniej - dla tych pożyczających na dłuższy termin, np. Providenta. Wonga już się do tego przygotowuje, wydłużając okres pożyczek z 30 dni do dwóch miesięcy i przygotowując pakiet zachęt cenowych dla najlepszych klientów. Zapewne tak właśnie będą walczyły o nasze dusze firmy chwilówkowe - bardziej upodobniając się do banków.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Wysyłali klientom monity podpisane przez... wymyśloną kancelarię prawniczą. Słono zapłacą”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 28 czerwca 2014 20:11
  • piątek, 27 czerwca 2014
    • Zarobić na pożyczaniu ludziom pieniędzy i mieć gwarancję kapitału? Oni kuszą taką opcją

      Internetowe platformy, które pośredniczą pomiędzy osobami potrzebującymi pieniędzy, a tymi, którzy chcieliby komuś pożyczyć parę groszy i zarobić na tym więcej, niż w banku, wciąż robią w Polsce wrażenie nie wykorzystanej szansy na wielki biznes. Allegro jest dziś najpotężniejszym quasi-sklepem internetowym, internetowe kantory przyjęły się do tego stopnia, że zaczęły je tworzyć nawet banki, a w pożyczkach społecznościowych wciąż szału nie ma. Od dwóch lat mamy erę ekstremalnie niskich stóp procentowych, oprocentowanie lokat w banku szoruje po dnie, ale nie widać, by dzięki temu ludzie przenosili swoje oszczędności z banków do internetu, by pożyczać je ludziom. Po drugiej stronie rynku ruchu też jest mniej, niż można byłoby się spodziewać. Mimo coraz wyższych cen kredytów gotówkowych w bankach (niskie procenty podawane w reklamach to ściema, realnie marża banków na pożyczkach gotówkowych jest coraz większa) nie pojawiła się moda na przychodzenie po pieniądze do platform łączących prywatnych pożyczkobiorców z pożyczkodawcami.  

      Wszystkie działające na rynku platformy mają, zdaje się, podobne zdanie na temat przyczyn tego stanu: posiadacze kapitału nie traktują pożyczek społecznościowych jako realnej alternatywy dla lokaty w banku, obligacjach korporacyjnych, czy funduszach inwestycyjnych. Dlaczego? Bo uważają, że ryzyko straty jest zbyt duże, zaś metody jego ograniczenia (poprzez wnikliwą analizę ofert i podział pieniędzy między wiele aukcji - upierdliwe. Sposoby na ograniczenie tych mankamentów, proponowane przez platformy, są coraz bardziej interesujące. Kilka miesięcy temu weszła na rynek firma Lendico, która zaproponowała model zakładający, że to ona szacuje ryzyko konkretnej pożyczki i ustala oprocentowanie pożyczki oraz oprocentowanie "lokaty inwestycyjnej" osoby, która włoży w nią pieniądze. W tę samą stronę zmierza Kokos.pl, lider tego niedużego rynku (100 mln zł udzielonych pożyczek, 90% spłaconych w terminie). Najpierw Kokos.pl wprowadził instytucję gwaranta, czyli trzeciej strony umowy, która w zamian za część odsetek gwarantuje zwrot kapitału pożyczkodawcy niezależnie od tego, czy pożyczkobiorca odda pieniądze. I pośredniczy w windykacji przeterminowanych należności (oczywiście za dodatkową opłatą).

      Teraz Kokos.pl poszedł jeszcze krok dalej - sam zaczął gwarantować spłatę pożyczek. Rzecz działa tylko w ramach tzw. automatu inwestycyjnego, czyli procedury, w której posiadacz kapitału ustala parametry interesujących go pożyczek i pozawala, by inwestowanie "działo się samo". Może np. wybrać, że interesują go tylko klienci co najmniej czterogwiazdkowi, potrzebujący pieniądze na 24 miesiące, oferujący dochód 16% i pragnący pożyczyć od 1000 do 2000 zł. Można też zdefiniować inne szczegóły (np. nie interesuje mnie aukcja, której wystawca nie dał się zweryfikować przez BIK). Po zdefiniowaniu takiego automatu wpłacam na konto w Kokosie.pl pieniądze i platforma sama "wypełni" mój portfel pożyczkami pasującymi do automatu. Odpada więc robota ręczna w postaci analizowania każdej pożyczki z osobna, co jest czasochłonne i koszmarnie nudne. A gwarancja? Polega na tym, że do automatu inwestycyjnego dorzucono jeszcze jeden parametr - pytanie o to, jaką część oprocentowania klient jest skłonny oddać Kokosowi w zamian za zagwarantowanie zwrotu kapitału. Ta prowizja wynosi od 1% do 2,5% potrąconego z oprocentowania pożyczki. Kokos.pl z jednej strony "wycenia" ryzyko każdej pożyczki i te, które wyceni jako na tyle "pewne", że jest w stanie je zagwarantować, wrzuca inwestorowi do portfela na podstawie automatu.

      Czytaj też: I ty możesz zostać kantorem wymiany walut! Ale czy warto?

      W warstwie teoretycznej wygląda to nie najgorzej, zwłaszcza w porównaniu ze "starą" gwarancją, która działa ręcznie (dla każdej pożyczki z osobna) i jest oparta na współpracy z trzecią stroną - gwarantem, dyktującym dość dramatyczne (pisząc bez ogródek) warunki. W przypadku większości aukcji zawarcie dealu z takim zewnętrznym gwarantem oznacza konieczność oddania dwóch trzecich zysku z pożyczki (z 16% rocznie zostaje 5,5%). Średni interes, prawda? Stąd zapewne pomysł Kokosa, żeby zrobić automatyczną gwarancję udzielaną bezpośrednio przez ten serwis. Nie bez znaczenia było tu wejście na rynek platformy Lendico, która bierze na siebie "wycenę" ryzyka pożyczki, ograniczając tym samym to, które występuje po stronie inwestora. Budowanie automatycznych rozwiązań, które pozwolą inwestować w sposób rozproszony, a jednocześnie ograniczać ryzyko w zamian za niemiażdżącą prowizję oddawaną operatorowi serwisu (bo - powiedzmy sobie szczerze - tylko wtedy może być ona niska, zewnętrzny gwarant zawsze będzie chciał z inwestora zedrzeć skórę) może zmienić postrzeganie pożyczek społecznościowych i wyprowadzić je z niszy. 

      Oczywiście, są też ryzyka. Może się okazać, że inwestorzy nie będą chcieli oddawać Kokosowi zbyt dużej części swoich zarobków w zamian za gwarancję, a z drugiej strony - Kokos nie będzie chciał gwarantować zbyt wielu pożyczek. Wtedy interes okaże się niewypałem. No i trzeba też pamiętać o tym, że jeśli jakaś pożyczka nie zostanie spłacona, to widoki na odzyskanie przez inwestora większych pieniędzy, niż tylko włożonego kapitału, są marne. Choćby dlatego, że windykacja nigdy nie jest w 100% skuteczna, zaś częścią interesu jest oddawanie Kokosowi  połowy odzyskanych w ramach windykacji odsetek. Jak sądzicie, czy w nowym modelu, promowanym przez Lendico i Kokosa, pożyczki społecznościowe przestaną być zabawką dla stosunkowo nielicznej grupy fanów-inwestorów z jednej strony i pożyczkobiorców o ratingu w dużej mierze "śmieciowym" z drugiej strony? A może ten biznes z natury rzeczy jest skazany na niszowość?

      ZRÓB ZE MNĄ PIERWSZY KROK W OSZCZĘDZANIU! Jak zabrać się za oszczędzanie na przyszłość dzieci? Wybrać polisę, fundusz inwestycyjny, czy lokatę? Czym różnią się między sobą oferty banków? Jak zrobić sobie pierwszy, prosty plan systematycznego oszczędzania? Jakie błędy w oszczędzaniu i inwestowaniu pieniędzy popełniłem, a których Ty po lekturze tej książki nie popełnisz? Kliknij ten link i zamów - w wersji papierowej lub jako e-book - książkę, która stała się już jednym z największych książkowych bestsellerów o oszczędzaniu i inwestowaniu i doczekała się już drugiego wydania.

      baner_640x250

      RUSZYŁA SPECJALNA OFERTA DLA CZYTELNIKÓW BLOGU! Każdy, kto kupi "100 potwornych opowieści o pieniądzach", moją najnowszą książkę, zawierającą masę trików na bezbolesne oszczędzanie, sensowne zarządzanie domowym budżetem, bezpieczne używanie banku w internecie i... pieniędzy za granicą, a także na wyjście z tarapatów z kredytem i trefną polisą inwestycyjną, w pakiecie może dostać drugą książkę - sensacyjną powieść "K.I.S.S" Tomka Pruska o kulisach rynku kapitałowego i brudnej grze o wielkie pieniądze. Idealna lektura na wakacje. Kliknijcie ten link i wpiszcie kod promocyjny "samcikprusek", a dostaniecie specjalną cenę, którą wynegocjowałem z wydawcą - tylko dla czytelników mojego blogu.

      baneryinternetoweksiazki_640x25002

      W tej ofercie specjalnej możesz również kupić "100 potwornych opowieści o pieniądzach" solo. Też w specjalnej cenie. Kliknij ten link i wpisz kod promocyjny "samcik", a dostaniesz specjalny rabat. To idealny pomysł na prezent dla twojego dziecka, chrześniaka, rodzeństwa, przyjaciela. O pieniądzach lekko i dowcipnie, ale i pouczająco.

      baneryinternetoweksiazki_640x250013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Zarobić na pożyczaniu ludziom pieniędzy i mieć gwarancję kapitału? Oni kuszą taką opcją”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 czerwca 2014 16:20
    • Bank nie chce z tobą gadać o pomocy w spłacie kredytu? Teraz nabierze na to ochoty!

      Już za kilka miesięcy będzie można w łatwiejszy sposób ogłosić bankructwo konsumenckie. Sejm przegłosował - praktycznie bez głosów sprzeciwu - nowelizację prawa, które co prawda działa już od pięciu lat, ale jest do chrzanu. Bo zostało tak fajnie skrojone, że przez tę pięciolatkę skorzystało z niego mniej, niż 100 Polaków, choć w pętli długów tkwi najmarniej kilkaset tysięcy (a jakiekolwiek solidnie przeterminowane długi na 2,3 mln osób). Teraz ustawa musi przejść przez Senat i biurko prezydenta, a potem będzie już z górki, bo vacatio legis jest krótkie - tylko trzy miesiące. Może więc jeszcze późną jesienią tego roku ci, którzy tkwią w pętli długów, będą wreszcie mogli spróbować się z niej, prosząc sąd o ogłoszenie bankructwa. I warto będzie to rozważyć, bo upadłość konsumencka w nowym wydaniu oznaczać może redukcję zadłużenia oraz szansę na podpisanie pozasądowego porozumienia z wierzycielami, np. z firmami pożyczkowymi, czy bankami. Dotyczy to również tych, którzy są ofiarami kredytów frankowych, choć część z nich pewnie zagra nie o możliwość cywilizowanego zbankrutowania, a o pełną stawkę, czyli o sądowe uznanie "frankowości" za nielegalną. W krótkich słowach opowiem Wam jak to ma działać.

      Po pierwsze: sąd nie będzie mógł łatwo odrzucić wniosku o upadłość. Dziś jest tak, że sąd może odesłać potencjalnego bankruta z kwitkiem, gdy dojdzie do wniosku, że ten zadłużył się z własnej winy. A - powiedzmy sobie szczerze - rzadko zdarza się tak, żeby całe kłopoty wynikały wyłącznie z przyczyn losowych, jak zwolnienie z pracy, choroba, czy śmierć w rodzinie. W nowej ustawie jest napisane, że sąd odrzuci wniosek tylko wtedy, gdy dojdzie do wniosku, że obywatel w swoim życiu dopuścił się rażącego niedbalstwa w zarządzaniu finansami. Albo wtedy, gdy dług powstał z umyślnego działania. Tu oczywiście otwiera się furtka do interpretacji co oznacza "umyślne działanie" i jak sądy będą interpretowały np. kwestię przekredytowania. Czy ktoś, kto postanowił kupić sobie hacjendę w centrum miasta na kredyt we frankach, zadłużył się umyślnie, czy po prostu naiwnie uwierzył doradcy bankowemu, że rata zawsze będzie dwa razy niższa, niż przy kredycie złotowym? A jak ktoś poszedł do firmy pożyczkowej, żeby zrefinansować pożyczkę gotówkową i utopiły go pożyczki na 30% w skali miesiąca to zadłużył się umyślnie, czy przez nieostrożność? Nie ma dwóch zdań, że upaść będzie łatwiej, ale dopiero praktyka sądów pokaże o ile łatwiej.

      Po drugie: procedura będzie tańsza. Do tej pory sam wniosek o upadłość kosztował 200 zł, trzeba było mieć pieniądze na ogłoszenia w prasie (wzywające wierzycieli, żeby się zgłosili) i kilka tysięcy na komornika, który na licytacji sprzeda majątek. Po nowemu ogłoszenia będą publikowane w internecie, wniosek będzie kosztował 30 zł, a na komornika będzie mógł pożyczyć klientowi kasę Skarb Państwa. To dobra zmiana, bo likwiduje dużą barierę techniczną, która dziś powoduje, że upaść może tylko ten, kto ma na koncie kilkanaście tysięcy złotych wolnej gotówki ;-). W nowych warunkach będzie można koszty upadania sfinansować de facto na kredyt, choć i tutaj nie ma pewności czy sądy będą się zgadzały na udzielanie z budżetu państwa pożyczek za każdym razem, czy też będą przy tym grymasiły. 

      Po trzecie: będzie możliwa redukcja długu! W mocy pozostaje założenie, że celem całej procedury jest spłata wszystkich długów przez bankruta i zabranie mu całego majątku. Ale ta filozofia dziś powstrzymuje ludzi przed składaniem wniosków o upadłość, bo jeśli i tak banki mają człowieka puścić w skarpetkach... Przy nowych przepisach warto się będzie zastanowić nad bankructwem. Bo choć sąd zapewne zarządzi sprzedaż mieszkania i zajmie np. pół wynagrodzenia, to w nowej ustawie jest kilka bezpieczników: a) po sprzedaży mieszkania komornik musi ci oddać pieniądze, które wystarczą na wynajęcie mieszkania przez dwa lata; b) plan spłacania reszty długów w ratach ma być obliczony maksymalnie na trzy lata. Jeśli w tym czasie nie uda się spłacić całego długu, sąd może go umorzyć; c) sąd może w ogóle zredukować zadłużenie, nawet nie wyznaczając planu spłaty. Zapewne jest to bezpiecznik, który nie będzie często używany, ale jest.

      Po czwarte i najważniejsze: wreszcie będą chcieli z nami negocjować! Nowe przepisy sprawią, że bankom, firmom pożyczkowym, czy innym wierzycielom przestanie się opłacać wpędzanie klientów w jeszcze większe długi, odrzucanie ich wniosków o restrukturyzację kredytu, narzucanie drakońskich warunków takiej restrukturyzacji (np. "przynieś za tydzień 240.000 zł, to umorzymy ci kolejne 40.000 zł". Teraz wierzyciel będzie miał nad sobą poważny bat - jeśli klient złoży wniosek o upadłość, to jest poważne ryzyko, iż uda się odzyskać tylko niewielką część długu. Wystarczy, że po sprzedaży nieruchomości, pokryciu kosztów komornika i zwrocie dwuletnich kosztów wynajmu oraz po trzech latach spłacania długów z pensji nie uda się odzyskać pieniędzy, a reszta może po prostu przepaść. Ba, sąd może już od razu umorzyć część długu, nie ustalając nawet planu spłaty. Dziś instytucjom finansowym nie opłaca się umarzać klientom części zadłużenia. Za kilka miesięcy może się im to zmienić. I to jest, moim zdaniem, najważniejszy "urobek" nowej ustawy. Nawet jeśli jest - jak twierdzi branża finansowa - nadmiernie liberalna.

      Po piąte i też ważne: zaczną nam pożyczać bardziej odpowiedzialnie. Firmy pożyczkowe dzisiaj wmawiają nam, że są oazą odpowiedzialnego pożyczania, że finansują tylko najlepszych klientów, że udzielając pożyczki według zasady "pierwsza działka gratis" nie wpędzają nikogo w pętlę długów. Banki też deklarują, że kredyty, w których większość kosztów jest schowanych w dołączonym obowiązkowym ubezpieczeniu, są dla klientów samym dobrem. Pod rządami nowej ustawy upadłościowej skończy się rumakowanie. Każdy bank i firma pożyczkowa będzie musiała wziąć pod uwagę nie tylko to, że klient nie spłaci pieniędzy w terminie, ale i to, że złoży wniosek o upadłość. A wtedy długu nikt nie odkupi, nie będzie można nasłać windykatorów itp. A więc: trzeba będzie się dwa razy zastanowić, zanim pożyczy się pieniądze osobie, która jest "ryzykowna". Nie tak, jak dziś: "jak nie spłaci, to sprzedamy gościa firmom windykacyjnym". Zaraz po uchwaleniu ustawy rozpaczliwy jęk wydała Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych, skupiająca m.in. firmy chwilówkowe. Że to "zbyt liberalne" i że "pokrzywdzi wierzycieli". To ja Wam, chłopaki, coś powiem. Pożyczajcie odpowiedzialnie, to nikt Was nie pokrzywdzi.

      RUSZYŁA SPECJALNA OFERTA DLA CZYTELNIKÓW BLOGU! Każdy, kto kupi "100 potwornych opowieści o pieniądzach", moją najnowszą książkę z masą trików na bezbolesne oszczędzanie, budowanie poduszki finansowej i skrojenie pierwszego planu systematycznego oszczędzania (idealny prezent dla kogoś, kto np. wkracza w dorosłe życie), w pakiecie może dostać drugą książkę - sensacyjną powieść "K.I.S.S" Tomka Pruska o kulisach rynku kapitałowego i brudnej grze o wielkie pieniądze. Idealna lektura na wakacje. Kliknijcie ten link i wpiszcie kod promocyjny "samcikprusek", a dostaniecie specjalną cenę, którą wynegocjowałem z wydawcą - tylko dla czytelników mojego blogu.

      baneryinternetoweksiazki_640x25002

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Bank nie chce z tobą gadać o pomocy w spłacie kredytu? Teraz nabierze na to ochoty!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 czerwca 2014 07:30
  • czwartek, 26 czerwca 2014
    • Bank sprzedał 77-latkowi "obligację", na której klient stracił setki tysięcy. Kto winny?

      Duża część tzw. missellingu w świecie finansów, czyli oferowania klientom produktów kompletnie nie dopasowanych do ich potrzeb, przypadała w ostatnich latach na osoby w wieku emerytalnym lub okołoemerytalnym. Tacy klienci, wychowani w czasach, kiedy bank był rzeczywiście instytucją zaufania publicznego, traktują bankowego doradcę klienta tak, jakby rzeczywiście nim był. I nie biorą pod uwagę scenariusza, że ów doradca może chcieć wprowadzić ich w błąd, nie powiedzieć całej prawdy, albo zwyczajnie oszukać. Kilka lat temu opisywałem dziwaczne pomysły pracowników PKO BP, którzy oferowali staruszkom zamiast przedłużania lokaty w obligacje skarbowe fundusz inwestujący w... małe spółki japońskie. Fundusz w ciągu kilkunastu miesięcy stracił połowę swojej wartości, a pechowi emeryci potracili dużą część oszczędności życia.

      Dziś teoretycznie klienci są chronieni unijną dyrektywą MIFiD. Każdy, kto oferuje produkt inwestycyjny, wiążący się z ryzykiem, ma obowiązek przeprowadzić klienta przez ankietę, która pokaże, czy dane rozwiązanie nie jest zbyt ryzykowne dla danej osoby. Jeśli okaże się, że produkt jest niedopasowany do profilu klienta, ten musi odpisać oświadczenie, iż jest świadom podejmowanego ryzyka. Ale nie ratuje ludzi, którzy nieostrożnie zaufali doradcy i nie spojrzeli co podpisują - a wśród podpisywanych bezwiednie dokumentów było MIFID-owskie oświadczenie. Zgłosił się do mnie pan Stanisław, 83-latek, który przez długie lata był "złotym" klientem banku Citi. Pan Stanisław trzymał w tym banku niemałą sumkę 300.000 euro. W 2008 r. - jak twierdzi - zaproponowano mu "dobrą lokatę". Tą "lokatą" okazała się obligacja strukturyzowana wystawiona przez amerykańską spółkę-matkę polskiego Citi, z której zysk miał zależeć od zmian giełdowego indeksu DJ EuroStoxx. Produkt w dodatku nie miał - jak wiele innych tego typu - żadnej gwarancji kapitału.

      Niestety, ten zakład pan Stanisław przegrał. W zeszłym roku bank wypłacił mu 222.000 euro. Resztę - jak powiedział jego doradca - trzeba spisać na straty. Pan Stanisław twierdzi, że został oszukany przez doradcę, bo nigdy świadomie nie zgodziłby się na ryzykowną inwestycję.

      "Wielokrotnie powtarzałem i podkreślałem w rozmowach z moim doradcą, że najważniejsza jest dla mnie gwarancja bezpieczeństwa pieniędzy. I doradca zapewniał, że to jest bezpieczna lokata. Co kilka miesięcy otrzymywałem zestawienia i analizy, z których nic nie rozumiałem. Dopiero po zakończeniu inwestycji okazało się, że to nie była żadna lokata".

      Spotkałem się z panem Stanisławem i widziałem dokumentację tej "lokaty". Nie było mi łatwo połapać się o co w niej chodzi, a przecież mam z takimi produktami do czynienia na co dzień. Jak można było zaproponować wiekowemu już klientowi długoterminową inwestycję, będącą w istocie zakładem o wartość indeksu giełdowego? Jest dla mnie oczywiste, że to doradca namówił klienta na tę obligację strukturyzowaną. Dlaczego to zrobił? To też jest oczywiste - bo bank nałożył na niego taki właśnie plan sprzedażowy. Czy w związku z tym bank powinien odpowiadać za to, że wcisnął klientowi inwestycję, choć nie miał prawa zbliżyć się do niego z taką propozycją nawet na kilometr? Na pierwszy rzut oka - powinien. Zapytałem o to przedstawicieli Citi. W banku jednak dowiedziałem się, że sprawa jest bardziej skomplikowana, bo w papierach wszystko się zgadza.

      "Klient stracił na swojej inwestycji 25,9%. Informacja o wynikach produktu była klientowi przekazywana systematycznie co kwartał – to umożliwiało klientowi śledzenie bieżącej wyceny i podejmowanie ewentualnych decyzji o wcześniejszej sprzedaży obligacji (...). Klient był bardzo aktywnym inwestorem , który w latach 2003–2012 nabywał obligacje strukturyzowane, korporacyjne i rządowe. W tym samym czasie, w 2008 r. zainwestował w obligację strukturyzowaną opartą na indeksie WIG20 i odnotował ponad 40% zysku w ciągu trzech lat".

      - tłumaczy bank. W zasadzie w tym momencie powinienem powiedzieć "aha", przeprosić za zawracanie głowy, wsiąść na koń i jak niepyszny wrócić do świątyni dumania. Ale coś mi nie dawało spokoju. Czy te okoliczności, które podniósł bank, automatycznie wykluczają możliwość wprowadzenia klienta w błąd? Rozmawiałem z panem Stanisławem oko w oko i nie zrobił na mnie wrażenia, że jest wytrawnym inwestorem. Wręcz przeciwnie. Być może jego poprzednie inwestycje też były "dobrymi lokatami", proponowanymi przez doradcę żyjącego z prowizji od sprzedaży? Bank ma jednak też drugi, mocniejszy argument.

      "Klient dokonał zakupu obligacji w wieku 77 lat. Posiadał wówczas profil inwestora na poziomie tzw. P3. Profil ryzyka produktu był wyższy od profilu inwestycyjnego klienta – Klient został ostrzeżony przez Bank o zwiększonym poziomie ryzyka, niedopasowanym do jego profilu inwestora. Bank poprosił klienta o podpisanie stosowanego oświadczenia. (...) Dokumentacja produktu, przekazana Klientowi opisywała mechanizm działania produktu, ryzyka związane z inwestycją, a także zawierała liczbowe przedstawienie możliwych scenariuszy zakończenia inwestycji, wśród których był scenariusz negatywny przedstawiający potencjalną stratę".

      Bank twierdzi, że dochował należytej staranności, że po drugiej stronie był "aktywny inwestor podejmujący świadome decyzje i informowany należycie o ryzyku". Tak wynika z papierów. Produkty strukturyzowane nie są może papierami ekstremalnie ryzykownymi, ale - zwłaszcza jeśli mówimy o tych bez ochrony kapitału - trudno uznać je też za oazę bezpieczeństwa. A co na to klient?

      "Być może podpisałem jakieś oświadczenie, doradca podsuwał mi mnóstwo dokumentów do parafowania. Powiedział, że mam podpisać, więc podpisałem. Ale nie przypominam sobie, żeby rozmawiał ze mną o jakimś ryzyku, bo ja chciałem bezpiecznej lokaty".

      Choć z papierów wynika, że bank jest "kryty", to jego argumenty mnie nie do końca przekonują. Jeśli bank proponuje 77-latkowi pięcioletnią inwestycję w produkt strukturyzowany, to musi mieć nie tylko 100%, ale 1000% gwarancji, że klient rozumie, w co się ładuje. Nawet to, że na ankiecie MIFiD-owskiej jest podpis klienta, nie pozbawia mnie wątpliwości, bo rozmawiałem dość długo z klientem i nie zobaczyłem w nim kogoś, kto mógłby chcieć bawić się kwotą ponad miliona złotych w inwestycje w produkty strukturyzowane bez gwarancji kapitału. Czy podpis na MIFiD-owskiej ankiecie, z której wynika, że bank odradza mu inwestycję, lecz klient się ciężko na nią uparł, mógł zostać "wyłudzony" przez sprzedawcę? Mam za sobą dziesiątki rozmów ze sprzedawcami w bankach i innych instytucjach, więc jestem w stanie to sobie wyobrazić. Zwłaszcza jeśli sprzedawca wie, że ma przed sobą starszego, ufnego klienta, a w perspektywie np. kilkanaście tysięcy złotych prowizji do zarobienia.

      Co innego, gdyby pan Stanisław napisał własnoręcznie oświadczenie, że zdaje sobie sprawę z ryzyka (dziś niektóre banki to praktykują). Ale takiego dokumentu nie ma, a pan Stanisław twierdzi, że po prostu podpisał to, co mu podsunięto. Można powiedzieć: podpisał, niech spada. Ale uważam, że w przypadku skomplikowanego produktu, którego nazwa wprowadza w błąd ("obligacja"), który ewidentnie został zaproponowany przez sprzedawcę 77-letniej osobie (i już sam ten fakt świadczy o braku etyki tego sprzedawcy), bank przy rozstrzyganiu reklamacji powinien kierować się nie tylko tym, czy w papierach jest wszystko w porządku. Choćby w trosce o swoją reputację. Czy podzielacie moje spojrzenie? A może sądzicie, że pan Stanisław mnie nabiera i po prostu chce przerzucić na bank koszty swojej chciwości? Tak, jak koszty swojej chciwości chcą przerzucić na państwo klienci Amber Gold? |chętnie przeczytam Wasze opinie. 

      DZIŚ RUSZA SPECJALNA OFERTA DLA CZYTELNIKÓW BLOGU! Mam dziś dla Was coś fajnego. Każdy, kto kupi "100 potwornych opowieści o pieniądzach", moją najnowszą książkę z masą trików na bezbolesne oszczędzanie, budowanie poduszki finansowej i skrojenie pierwszego planu systematycznego oszczędzania (idealny prezent dla kogoś, kto np. wkracza w dorosłe życie), w pakiecie może dostać drugą książkę - sensacyjną powieść "K.I.S.S" Tomka Pruska o kulisach rynku kapitałowego i brudnej grze o wielkie pieniądze. Idealna lektura na wakacje. Kliknijcie ten link i wpiszcie kod promocyjny "samcikprusek", a dostaniecie specjalną cenę, którą wynegocjowałem z wydawcą - tylko dla czytelników mojego blogu.

      baneryinternetoweksiazki_640x25002

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „Bank sprzedał 77-latkowi "obligację", na której klient stracił setki tysięcy. Kto winny?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 czerwca 2014 11:13
    • Ksero karty płatniczej jako potwierdzenie tożsamości? Ja wysiadam

      Pisałem jakiś czas temu w blogu o tym, jak bardzo ryzykownym pomysłem jest skanowanie naszych dowodów osobistych w urzędach i firmach, z którymi podpisujemy umowy na dostawę jakichś usług, także usług finansowych. Niektórzy urzędnicy i sprzedawcy z lubością kserują, skanują i dołączają do dokumentacji spraw obie strony z plastikowego dowodu. Najpewniej po to, żeby potwierdzić jak to wnikliwie zgłębili sprawę naszej tożsamości. Dlaczego taka praktyka powinna nas niepokoić? Odkąd mamy XXI wiek i erę internetu, coraz więcej spraw da się załatwić zdalnie. Mając dane z dowodu (imię, nazwisko, imiona rodziców, datę urodzenia, adres zameldowania...) plus numer PESEL (też widnieje w dowodzie) danej osoby można pokusić się o założenie na czyjeś konto ROR-u, a nawet wzięcie kredytu online. Nawet więc jeśli komuś pokazujemy dowód, to lepiej nie pozwolić mu na jego skopiowanie, tak na wszelki wypadek. Zwykle urzędnikowi lub sprzedawcy do pełni szczęścia potrzeba znacznie mniej danych, niż cały komplet widniejący w naszym dowodzie.

      Ale jest praktyka, która wprawia mnie w bezbrzeżne zdziwienie jeszcze bardziej, niż kserowanie dowodu osobistego. W niektórych punktach obsługi - celują w tym zwłaszcza firmy telekomunikacyjne. Jako drugi dokument tożsamości jest traktowana... karta płatnicza. Od kilku czytelników ostatnio dowiedziałem się, że przy podpisywaniu umów na abonament telefoniczny, jeśli nie masz przy sobie prawa jazdy (posiadającego status dokumentu tożsamości), sprzedawcy proponują skserowanie karty płatniczej. Czasem wystarczy im jedna strona, ale czasem kopiują obie, a więc także tę, na której znajduje się kod bezpieczeństwa CVC. Czasem wrażliwe dane są zasłaniane, ale znam kilka przypadków, w których pracownik najwyraźniej o tym "zapomniał". Tak czy owak - oddajemy kartę pracownikowi punktu sprzedaży, on sobie nią zarządza, kopiuje, skanuje. Może zakrywa wrażliwe dane, może nie. Może robi jedną kopię, może dwie. To jest, proszę Państwa, masakra. To tak, jakby dać komuś portfel pełen pieniędzy jako zabezpieczenie umowy. Mając imię, nazwisko posiadacza, numer karty, datę jej ważności i kod CVC z odwrotu karty da się już bez problemu zrobić na czyjeś konto zakupy w internecie.

      Czytaj i oglądaj: Bankowiec, który tak integruje klientów, że aż łamie prawo

      Nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, ale e-sklepy nie sprawdzają, czy adres dostawy towaru zgadza się z tym zarejestrowanym w banku jako adres posiadacza karty (zresztą to byłoby głupie - dlaczego nie można byłoby kupić czegoś i poprosić o dostawę w inne miejsce?). Część sklepów nie stosuje też procedury 3D Secure. Przewiduje ona, że na telefon komórkowy posiadacza karty wysyłany jest jednorazowy kod SMS, którym trzeba potwierdzić transakcję (nie wystarcza więc posiadanie czyjejś karty, trzeba mieć też jego komórkę, żeby sfinalizować złodziejski zakup). Są też, o zgrozo, sklepy internetowe, w których do zapłacenia kartą wystarczy imię i nazwisko, numer karty i datę ważności (a więc dane z jednej strony plastiku). Owszem, w przypadku tak słabych zabezpieczeń transakcji e-sklep ponosi odpowiedzialność za ewentualne fraudy. Ale nie zmienia to faktu, że skanowanie karty płatniczej jest potencjalnie niebezpieczną praktyką, Nawet jeśli przyjmiemy, że dane wrażliwe są zakrywane. Po to wprowadzono standard płatności zbliżeniowych (mający nota bene też swoje słabości), byśmy nie musieli swoich kart wypuszczać z ręki ani na moment i aby nikt nie miał okazji jej sfotografować, ani zeskanować. 

      Czytaj też: Podpisujesz umowę z telekomem? Uważaj, bo przy okazji być może sprzedajesz swoje dane... bankom

      Nie dalej jak kilka dni temu byłem świadkiem, jak kelnerka w restauracji, po nieudanej transakcji, chciała sfotografować obie strony karty płatniczej klientki "w celach dowodowych". Włosy stają dęba. O luźnym podejściu firm telekomunikacyjnych do naszych danych donosicie mi w listach. I chodzi nie tylko o skanowanie i kserowanie dokumentów, ale też o wysyłanie umów z danymi osobowymi w takiej postaci, że każdy może je przeczytać. Napisała do mnie pani Anna.

      "Tyle czytam i słucham o tym, jak ważna jest ochrona moich danych osobowych, o tym jak nie podawać wrażliwych danych i co może się stać, jeśli wpadną one w niepowołane ręce. Przekonałam się, że nawet jeśli ja bardzo o nie dbam, to instytucje, którym je udostępniam, czasami bardzo bezmyślnie podchodzą do kwestii ich ochrony"

      - pisze pani Anna. Zawarła ona telefonicznie umowę dotyczącą przeniesienia numeru telefonu do sieci Play. W takim przypadku firmy telekomunikacyjne przysyłają do klientów kuriera z dokumentami. Jeden egzemplarz zostaje u klienta, a drugi trzeba podpisać, zaś kurier odwozi go do firmy. O tym, że kurier bywa powiernikiem danych osobowych było już w blogu na przykładzie zakładania konta w banku Inteligo. Okazuje się, że dotyczy to nie tylko spraw bankowych: 

      "Odebrałam dokumenty od kuriera. Byłam w ciężkim szoku, gdy zobaczyłam jak wygląda przesyłka: w tekturowej kopercie, mocno zaklejonej, dostałam komplet regulaminów. Natomiast na wierzchu, w przezroczystej folii, kurier trzymał moją nową umowę. Nie trzeba było nawet tej foli rozrywać, bo i przez nią bardzo wyraźnie było widać wszystkie moje dane: imię i nazwisko, adres zameldowania, PESEL, numer i serię dowodu osobistego...".

      - pisze pani Anna. Lekko skołowana podpisała umowę i oddała kurierowi. A ten nie poczuł potrzeby, by w jakikolwiek sposób zabezpieczyć dane, zanim znów trafią do Play. Włożył stos kartek z powrotem do koszulki i poszedł. Nawet pewnie nie wiedział jakim skarbem dysponuje.

      "Rozumiem, że podpisując umowę na odległość muszę podpisać ją w obecności kuriera i po potwierdzeniu swojej tożsamości. Ale czy nie można by przesyłać takiej umowy w zapieczętowanej, nieprzezroczystej kopercie, która byłaby otwierana w obecności adresata? I po podpisaniu również umieszczana w zamkniętej kopercie, aby nikt nie miał dostępu do tak bardzo wrażliwych informacji?"

      - pisze czytelniczka, zbulwersowana sposobem przesyłania umów do klientów przez sieć Play. I tym, jak łatwo operator (a raczej firma z nim kooperująca) wystawia na widok publiczny informacje, które klient próbuje za wszelką cenę chronić. Co można zrobić w takiej sytuacji? Cóż, można zgłosić sprawę do - Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych - można też złożyć reklamację do usługodawcy, z żądaniem wypłaty jakiegoś zadośćuczynienia i dostać np. 5000 zł. Można wreszcie napisać skargę do urzędu regulującego działalność danego usługodawcy - Urzędu Komunikacji Elektronicznej, Komisji Nadzoru Finansowego itp. Bo chyba w inny sposób nie da się wymusić na sprzedawcach usług lepszej ochrony naszych danych.

      SPECJALNA OFERTA DLA CZYTELNIKÓW BLOGU! Kup "100 potwornych opowieści o pieniądzach" Macieja Samcika i dowiedz się o trikach na bezbolesne oszczędzanie, które pozwolą ci szybko zbudować poduszkę finansową lub pierwszy plan systematycznego oszczędzania. A w pakiecie weź idealną jako wakacyjna lektura, sensacyjną powieść "K.I.S.S" Tomka Pruska o kulisach rynku kapitałowego i brudnej gry o wielkie pieniądze. Kliknij ten link i wpisz kod promocyjny "samcikprusek", a dostaniesz specjalną cenę, którą wynegocjowałem z wydawcą dla czytelników blogu.

      baneryinternetoweksiazki_640x25002

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Ksero karty płatniczej jako potwierdzenie tożsamości? Ja wysiadam”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 czerwca 2014 07:54
  • środa, 25 czerwca 2014
    • Dlaczego tak wolno się bogacimy? Oni policzyli: przez bezrobocie, wyuzdaną konsumpcję i...

      Raz na kwartał Narodowy Bank Polski publikuje sążnisty raport dotyczący naszych dochodów, wydatków i ogólnie tego, jak nam się powodzi. Nie są to z reguły zbyt świeże dane, bo analityczne młyny wolno mielą, ale mimo wszystko można z nich wycisnąć sporo ciekawostek. Teraz NBP opublikował raport opisujący nasze portfele na koniec zeszłego roku. Podstawowy wniosek jest taki, że... dobrze, że tamten rok już się skończył i że od sześciu miesięcy mamy nowy, lepszy. Z analiz NBP wynika bowiem, że w 2013 r. wiodło nam się umiarkowanie. Mimo niskiej inflacji nasze realne dochody do dyspozycji były na koniec grudnia o 0,5% niższe od tych z końca 2012 r. Wynikało to w głównej mierze ze spadku realnych dochodów Polaków z pracy etatowej (minus 2,5%). W ich zamortyzowaniu nie pomógł duży wzrost dochodów tych z nas, którzy czerpią dochody z własności (np. wynajmują mieszkania, mają lokaty w bankach, akcje spółek płacących dywidendę - plus 14,5%) oraz mniejszy tych, którzy prowadzą własne firmy (ich dochody w 2013 r. wzrosły realnie o 1,3%). Lepiej było tym, którzy dostają kasę ze świadczeń społecznych (plus 4,5% realnego dochodu). W wykresach zamieszczonych w raporcie widać jak w ostatnich latach spadał trend dotyczący naszych realnych dochodów - czyli tego, co moglibyśmy wydać albo zaoszczędzić.

      nbp_stats1  Najważniejsza jest ta najgrubsza linia, oznaczająca trend (te pokropkowane linie oznaczają dane kwartalne, które, jak widać, potrafią się zmieniać od Sasa do lasa). Generalnie od 2006 r. nasz realny wzrost dochodów jest coraz mniejszy, a od 2010 r. zbliża się prawie do zera. Nie ma tragedii, bo przynajmniej nam się ostatnio nie pogarszało, ale trudno się bogacić, skoro dochody realnie prawie nie rosną.  Spadek dochodów z pracy - co głównie hamuje wzrost naszego bogactwa - nie wynika z tego, że płacą nam coraz mniej. Realnie w budżetówce wynagrodzenia wzrosły w zeszłym roku o 2%, a w prywatnych firmach o 3%. Zmniejszyło się natomiast zatrudnienie. Ci, którzy pracę stracili, ciągną na dno swój domowy budżet i średnią "narodową". Porównując wzrost dochodów Polaków prowadzących firmy (plus 1,3%) oraz tych, którzy pracują w budżetówce lub na etacie w prywatnej firmie (plus 2-3%), a także pobierających świadczenia społeczne (plus 4,5%) widać, że najlepiej mieli ci ostatni (choć z drugiej strony ich dochody rosną z niskiego poziomu). Praca najemna daje wyższy realny wzrost dochodów, niż prowadzenie firmy (bo w firmę trzeba inwestować), ale jest dobrem coraz bardziej luksusowym - w skali gospodarki liczba etatów maleje, a liczba prywatnych firm rośnie. A w ogóle to najlepiej mają ci, którzy żyją z odsetek, czynszów i dywidend. Ich dochody realne dochody rosły w zeszłym roku o ponad 14%, siedem razy szybciej, niż etatowców.

      Tyle o naszych dochodach. Zła wiadomość jest taka, że państwo coraz bardziej ostrzy sobie na nie kły - realne obciążenie naszych dochodów składkami i podatkami wzrosło w 2013 r. - w porównaniu do 2012 r. - o 4,1%. Z tego, co zarobiliśmy w najróżniejszy sposób, w formie danin publicznych oddawaliśmy statystycznie 21,5% (w NBP liczą to jako stosunek obciążeń do dochodów powiększonych o te obciążenia, podejrzewam, że w to nie wchodzi VAT, ani koszty płacowe leżące po stronie pracodawców). O ile nasze dochody realne wzrosły tylko o 0,5%, o tyle konsumpcja prywatna realnie poszła w górę na koniec zeszłego roku o 2%. Kupowało się samochodziki, lodóweczki, telewizory plazmowe, co? Od 2010 r. nasze wydatki konsumpcyjne realnie rosły coraz wolniej, ale od połowy 2013 r. znów ich wzrost przyspieszył. I to na tyle, że był wyższy, niż realny wzrost dochodów. Efekt? Wzrost zadłużenia. Jak nie starcza kasy ze wzrostu dochodów, to się pożycza. Udział kredytów w konsumpcji wzrósł o 0,6%. Niedużo, ale zawsze - jeszcze kilka kwartałów wcześniej spadał.

      No to jeszcze na koniec o naszych oszczędnościach. Po odcięciu wahań sezonowych NBP policzył, że stopa oszczędzania, czyli wzrost zaskórniaków w relacji do dochodów, wyniosła na koniec zeszłego roku 2,7%. Patrząc na dłuższy trend można dojść do wniosku, że przeznaczamy na oszczędności średnio 4% naszych dochodów - raz więcej, raz mniej. Dla porównania: na inwestycje w środki trwałe - m.in. remonty, zakup i budowę mieszkań i zakup składników majątku do naszych firm - idzie 8% naszych dochodów. W sumie nasze aktywa finansowe wynosiły na koniec zeszłego roku 1,52 biliona złotych, w skali roku wzrosły o 109 mld zł. Ich struktura wygląda tak:

      NBP_stats3

      Z drugiej strony nasze długi wynoszą 58,6% "urocznionych" dochodów (wykres po lewej, niższy słupek). Nowe długi kwartalnie rosły pod koniec 2013 r. dwa razy szybciej, niż rok wcześniej (o 6,6 mld zł), co wynikało - jak sądzę - z szybszej konsumpcji, niż wynosił realny wzrost naszych dochodów. A konsumpcja rosła zapewne z powodu naszego rosnącego optymizmu na temat przyszłych dochodów ;-).

      Ale o tym nie mówimy, bo przyjemniej mi jest nawijać o aktywach ;-). W zeszłym roku stan naszych depozytów w bankach wzrósł o 32 mld zł (trochę nowej kasy zanieśliśmy do banków i ulokowaliśmy, a trochę zarobiliśmy na odsetkach). I wcale to nie jest dużo - NBP twierdzi, że to najmniejszy wzrost naszych oszczędności w bankach od 2007 r. W sumie w bankach na koniec 2013 r. trzymaliśmy 560 mld zł, w akcjach i udziałach w firmach (nie tylko giełdowych, ale i w tych utworzonych przez siebie) oraz (chyba ten element też tu wchodzi) w OFE trzymaliśmy 404 mld zł, w najróżniejszych polisach (nie tylko inwestycyjnych!) ubezpieczyciele mają 413 mld zł naszych pieniędzy (oczywiście część będzie dostępna tylko w sytuacji, kiedy "zasłużymy" na wypłatę odszkodowań), w funduszach inwestycyjnych trzymamy 107 mld zł, w gotówce 109 mld zł (ale trudno to chyba uznać za oszczędności, bo przynajmniej część z tej kasy wydajemy "na życie")

      NIE WIESZ JAK ZABRAĆ SIĘ ZA OSZCZĘDZANIE I INWESTOWANIE? Przeczytaj
      bestsellerowy poradnik Samcika, bez stresu zaplanuj swój pierwszy,
      bezpieczny plan oszczędzania: na wakacje, budowę domu lub przyszłość dzieci.

      Kup dziś, a dostaniesz specjalny rabat i dedykację od autora!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Dlaczego tak wolno się bogacimy? Oni policzyli: przez bezrobocie, wyuzdaną konsumpcję i... ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 czerwca 2014 13:10
    • Piękniejsza twarz pożyczki? Prześwietlam ofertę, którą poleca sama Agnieszka Radwańska

      Ponad rok temu przedstawiałem Wam w blogu Vanquis Bank, brytyjskiego pożyczkodawcę, który wszedł do Polski, by zrobić konkurencję Providentowi (nota bene to on właśnie, Vanquis, jest tym "prawdziwym" Providentem ;-)) oraz w mniejszym stopniu firmom oferującym szybkie pożyczki-chwilówki według zasady, znanej doskonale z zupełnie innej gałęzi gospodarki, "pierwsza działka gratis". Clue jego oferty stanowi elastyczna karta kredytowa oraz kredyt odnawialny. Oba produkty do tanich nie należą, a ich wyróżnikiem ma być udostępniona przez bank opcja odroczenia spłat w przypadku wystąpienia takiego właśnie widzimisię klienta (na krótko) bądź w przypadkach losowych (na dłużej). Vanquis przez ponad rok wyglądał jak totalnie nieogarnięty nowicjusz, który chciałby podbić polski rynek, ale się boi. Sporo było w internecie jego programów afiliacyjnych, ale to konkurenci pokazali Vanquisowi jak się zdobywa udziały w rynku - liczą się wagony kasy na kampanie reklamowe w telewizji i dopracowany przekaz marketingowy. Teraz wreszcie coś się w Vanquisie ruszyło. Od tygodnia w telewizji i internecie możecie zobaczyć kampanię reklamową, w której twarzą brytyjskiego pożyczkodawcy jest nie kto inny, a sama Agnieszka Radwańska, jedna z najbardziej rozchwytywanych twarzy sportu i show-biznesu.

      Sprawa jest ciekawa nie tylko ze względu na to, że bank "zainwestował" w znaną twarz, ale też dlatego, że spot ma spersonalizowany charakter. Na stronie banku można wpisać własne imię i obejrzeć reklamę, w której Radwańska gra z tobą w tenisa. Nie chcę być przemądrzały, ale ja też jakiś czas temu grałem w tenisa z nie byle kim. I miałem burzę włosów, niczym Bjorn Borg ;-)

      Dziś jednak skupimy się na reklamie Vanquis Banku z Agnieszką Radwańską, której hasło mnie po prostu rozczuliło. "Ile ci brakuje do szczęścia?" zapytują marketingowcy najęci przez brytyjskiego pożyczkodawcę, zachęcając do wzięcia szybkiej gotówki. Nie lubię, kiedy nas tak zachodzą, bo wiem, że chodzi im o to, żeby wmówić nam, iż potrzebujemy natychmiast czegoś, bez czego tak naprawdę bylibyśmy w stanie się obyć. Trudno mieć do marketingowców pretensje, że chcą nam zrobić wodę z mózgów, a jedynym antidotum dla nas jest ustalenie ile kosztuje pożyczka reklamowana przez Agnieszkę Radwańską. Chętnie zadzwoniłbym do niej i zapytał, czy wzięłaby taką, gdyby brakowało jej na wpisowe w Wimbledonie ;-)). "Pożyczka w Vanquis Bank jest jak as serwisowy: Czysto, prosto i bez żadnych formalności. To dobry sposób na wygraną!" - czytam na reklamowym banerze.

      Co tak naprawdę reklamuje Agnieszka Radwańska? Podstawową ofertą Vanquis Banku jest pożyczka odnawialna. Na początek można wziąć od 1100 zł do 5500 zł na okres od roku do czterech lat (przy kwocie do 3300 zł - maksymalnie na dwa lata, ale za to bank pożycza wtedy bez formalności, wystarczy oświadczenie o dochodach i dowód tożsamości).  Po czterech miesiącach wzorowego spłacania bank zapewne zaproponuje podwyższenie limitu (obiecują, że nawet do 15.000 zł). Ile to kosztuje? Pożyczając 1100 zł na dwa lata płacisz 80,7 zł miesięcznej raty. Czyli w sumie: 1937 zł W tym odsetki w wysokości 16% rocznie, dodatkowo 3% prowizji za wypłacenie pieniędzy z konta w Vanquis Banku (tak, za to też każą sobie płacić) oraz co najmniej 9,95 zł miesięcznej opłaty za udostępnienie limitu. Mniej wiarygodni finansowo klienci płacą aż 19,95 zł tej opłaty. Widać więc, że z każdego pożyczonego 1000 zł Vanquis życzy sobie 500-600 zł wynagrodzenia rocznie, nie licząc spłaty kapitału. Co najmniej trzy razy drożej, niż w dobrym banku uniwersalnym.

      radwaska_vanquis2

      Nieco tańsza może być w Vanquis Banku karta kredytowa. W wariancie wyjściowym kosztuje tyle, co kredyt odnawialny. Oprocentowanie wynosi 16% (na więcej nie pozwala prawo), zaś opłata za używanie karty - aż 9,95 zł (lub 19,95 zł dla mniej wiarygodnych klientów) miesięcznie. Jest też 3-procentowa opłata za wypłacenie kasy z karty do portfela, czyli za zamianę kredytu z bezgotówkowego na gotówkowy. Mając kartę z limitem 1100 zł płacimy więc - nie licząc odsetek - prawie 120 zł za samo używanie karty i 36 zł za dostęp do gotówki. Ale - inaczej, niż w przypadku limitu odnawialnego - można tych 9,95 zł nie płacić, tak samo, jak odsetek i 3-procentowej prowizji. Wystarczy spłacić dług kartowy w ciągu 56 dni i używać karty na zakupach (co najmniej pięć transakcji o łącznej wartości 250 zł miesięcznie). Rzecz jasna to czysto teoretyczny wariant, bo jeśli ktoś ma pieniądze, żeby spłacić kartę w okresie bezodsetkowym, to nie będzie szedł do Vanquis Banku ;-). Ale formalnie karta tu może być nawet darmowa.

      Przyjrzyjmy się na koniec temu, co wyróżnia kredyty Vanquis Banku in plus, czyli opcji odroczenia spłaty. Do wyboru są trzy warianty, z których najbardziej rozbudowany to zamrożenie rachunku na rok (aby skorzystać, trzeba udokumentować ciężką chorobę, niepełnosprawność, śmierć w rodzinie, zwolnienie z pracy). Bank przez rok nie nalicza ani odsetek, ani nie każe spłacać kapitału (ale nie można też korzystać z limitu kredytowego). Druga opcja to zamrożenie płatności na dwa miesiące (można skorzystać w przypadku narodzin dziecka, małżeństwa, rozwodu, zakupu mieszkania). Nie spłacasz zadłużenia, ale bank nalicza ci odsetki. Trzecia opcja to zwykłe jednomiesięczne wakacje kredytowe, których możesz sobie zażyczyć raz na pół roku bez żadnego powodu. Wtedy też bank nalicza ci odsetki, które później będziesz musiał spłacić, ale w danym miesiącu masz "odpust".

      Niestety, opcja odroczenia płatności - niezależnie od wariantu - nie jest tania. W czasie, kiedy korzystasz z tej usługi, musisz płacić po 2,99% prowizji miesięcznie (albo 3,99% jeśli bank uzna cię za niezbyt wiarygodnego klienta), liczonej od salda zadłużenia. Nie mówiąc już o tym, że bank uruchomi opcję odroczenia płatności tylko wtedy, gdy nie masz na koncie żadnych zaległości. Innymi słowy: jest to potwornie droga (w większości przypadków bank i tak dolicza odsetki, a dodatkowo - opłatę 2,99% miesięcznie) możliwość odłożenia w czasie płatności, nadająca się tylko dla zdyscyplinowanych klientów, którzy najpierw zorientują się, że mają problem, a potem dopiero wpadną w Vanquis Banku w długi ;-). Marketingowo wygląda może i nieźle, ale korzyści dla klienta są wymierne tylko w przypadku jakiejś potężnej katastrofy życiowej. No i jeszcze raz powtarzam: jest potwornie drogo. Jeśli mam 1100 zł kredytu odnawialnego, wykorzystałem go "pod korek", wypłaciłem pieniądze w bankomacie i wykorzystałem raz w roku wakacje kredytowe, to 1100 zł pożyczki będzie mnie w skali roku kosztowało 495 zł. RRSO na poziomie ponad 100%. Nie nazwałbym tego asem serwisowym. No, chyba, że spojrzymy na tę grę od strony banku ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Piękniejsza twarz pożyczki? Prześwietlam ofertę, którą poleca sama Agnieszka Radwańska”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 czerwca 2014 08:57
  • wtorek, 24 czerwca 2014
    • Nadzór chwyta za gardło banki sprzedające ubezpieczenia. Będziemy mieli nowe prawa!

      No i wreszcie mamy już oficjalnie zatwierdzone przez Komisję Nadzoru Finansowego wytyczne dla banków i firm ubezpieczeniowych w sprawie tzw. działalności bancassurance. Czyli sprzedawania nam polis ubezpieczeniowych dołączanych do produktów bankowych. Oj, jest tego trochę - ubezpieczenia spłaty kredytów gotówkowych, grupowe polisy na życie przywiązane do kredytów, ubezpieczenia niskiego wkładu własnego w kredytach hipotecznych, zapakowane jako polisy plany systematycznego oszczędzania... Na ucywilizowanie tego rynku najwyższa pora, bo sprzedawanie nam ubezpieczeń w "zgrzewkach" z produktami bankowymi od dobrych kilku lat jest dla banków okazją do ostrego strzelania w naszą stronę. Nie da się dużo zarabiać na kontach i kartach, więc banki za punkt honoru stawiają sobie zgarnianie jak największych pieniędzy z kredytów i ubezpieczeń.

      Nie wszystkie polisy związane z produktami bankowymi to bullshit, ale niestety duża ich część jest de facto zawoalowaną prowizją, nie dającą klientowi żadnej realnej ochrony. Proponuje się klientowi polisę grupową zawierającą same wyłączenia, wycenia się ją tak, jakby była "pełnowartościową" polisą, ściąga się z klienta pieniądze ze składki, a większość z uzyskanej kasy od razu idzie do podziału jako zysk banku i ubezpieczyciela. Jeśli stanie się nieszczęście i klient będzie chciał skorzystać z polisy, bank mu to skutecznie próbuje wyperswadować, bo ma od ubezpieczyciela procent liczony od odsetka "bezszkodowych" klientów. Jeśli jednak klient jakimś cudem wymusi "uruchomienie" polisy, to kasa i tak idzie do banku. A ubezpieczyciel przychodzi do klienta z roszczeniem regresowym. Tak często działa ten proceder i aż dziw bierze, że nikt z decydentów nie wziął tego całego skorumpowanego towarzystwa - bo trudno inaczej nazwać niektóre poczynania producentów i sprzedawców "nibypolis" - za twarz już kilka lat temu.

      Czytaj też: Czwarty największy bank nie wypłaca klientom pieniędzy. Nadzór zawalił?

      Rekomendacja U, uchwalona właśnie przez KNF, zakazuje bankom i ubezpieczycielom "krojenie" nas w biały dzień i w majestacie prawa. Niestety, zacznie obowiązywać dopiero w marcu 2015 r., ale można mieć nadzieję, że bankowcy zaczną ją wdrażać jak najszybciej. Czego zabrania bankowcom nadzór? Przede wszystkim - zabrania występowania jednocześnie w roli brokera i ubezpieczającego. Czyli: bank będzie mógł oferować polisy do kredytów, ale tylko jako pośrednik - umowę będziemy podpisywali bezpośrednio z firmą ubezpieczeniową. To dobra zmiana, bo w sytuacji, gdy bank ubezpiecza swoich klientów (czyli to bank, a nie ja, jako klient, jestem stroną umowy), owi klienci nie mają żadnych praw. Mogą co najwyżej poprosić bank, żeby skorzystał z polisy. A bank ma konflikt interesów, bo wziął pieniądze od ubezpieczyciela. Teraz to klient będzie stroną umowy.

      Bank będzie musiał też zadbać o to, żeby polityka wynagrodzeń sprzedawców nie promowała missellingu. KNF rekomenduje "brak zależności wysokości wynagrodzeń (...) jedynie od liczby sprzedanych produktów ubezpieczeniowych (bez uwzględniania ich dopasowania do indywidualnych potrzeb i możliwości klientów)". Na nowo mają być też ustawione relacje między bankiem, który nadal może być uposażonym do otrzymania odszkodowania (acz będzie musiał wyraźnie klienta o tym poinformować), a klientem, który kupił polisę od firmy ubezpieczeniowej. Jeśli bank zrezygnuje z dochodzenia świadczeń, będzie musiał niezwłocznie scedować to prawo na klienta. Ma to utrącić "zabawy", jakie opisywałem w blogu, w ramach których np. klient przez dwa lata musiał prosić bank, żeby ten łaskawie scedował na niego możliwość dochodzenia odszkodowania od firmy ubezpieczeniowej. Pod rządami Rekomendacji U ma się to dziać automatycznie i bez strojenia przez bank fochów.

      Z punktu widzenia konkurencji ubezpieczycieli w walce o nasze względy w rekomendacji jest jeden znacznie ważniejszy zapis. Bank nie będzie mógł nakazać klientom korzystania z usług konkretnych firm ubezpieczeniowych. A więc klient będzie mógł przynieść swoje, indywidualne ubezpieczenie jako np. zabezpieczenie kredytu.

      "Bank powinien przedstawić klientowi, przed zawarciem lub przystąpieniem przez klienta do umowy ubezpieczenia (...) akceptowany przez bank minimalny zakres ochrony ubezpieczeniowej, który uzna za wystarczający dla zabezpieczenia swoich roszczeń. (...) Bank powinien akceptować ochronę ubezpieczeniową, ustanowioną przez klienta bez udziału banku".

      A więc koniec z opowieściami bankowców, że albo bierzemy dołączoną do kredytu polisę na życie, albo "wypad z baru". Bank może oferować możliwość zawarcia umowy z ubezpieczeniową firmą, z którą współpracuje, ale musi też być przygotowany na to, że klient przyjdzie ze swoją polisą. Jeśli będzie spełniała minimalne określone przez bank warunki (miejmy nadzieję, że banki nie będą ich ustawiały na "niespełnialnym" poziomie), to bank nie może grymasić. Jest wreszcie w rekomendacji kawałek poświęcony polisom inwestycyjnym i opłatom likwidacyjnym.

      "Bank powinien posiadać procedury postępowania w odniesieniu do pobierania opłat likwidacyjnych w przypadku wcześniejszego wygaśnięcia umowy ubezpieczenia o charakterze inwestycyjnym. (...) Bank powinien dokonywać analizy umowy pod kątem zgodności postanowień umownych z przepisami prawa i orzecznictwem w zakresie stosowania opłat likwidacyjnych".

      A więc bank, który wciska klientowi polisę inwestycyjną, będzie miał obowiązek zrobić audyt wzorca umowy i ogólnych warunków ubezpieczenia i wyhaczyć zapisy potencjalnie ryzykowne z prawem i orzecznictwem sądów. Jeśli tego nie zrobi - klient będzie mógł, jak rozumem, uczynić bankowców współodpowiedzialnymi za wciśnięcie mu badziewia. Z rekomendacji wypadły natomiast zapisy, które zobowiązywały banki do ujawniania klientom wysokości prowizji, jaką otrzyma bank za "przyniesienie" firmie ubezpieczeniowej klienta. KNF słusznie uznał, że skoro np. brokerzy takiego obowiązku nie mają, to dlaczego tylko banki miałyby się obnażać.

      Ujawnianie wynagrodzeń przez wszystkich pośredników sprzedających ubezpieczenia (w tym banki i brokerów) narzuci zapewne niedługo prawo unijne. Na razie mamy Rekomendację U. Wszystkie jej zasady formalnie będzie można egzekwować od bankowców i ubezpieczycieli dopiero od wiosny przyszłego roku. Dobrze, że wreszcie ktoś pomyślał, żeby ukrócić cały ten "przemysł pogardy" dla naszych portfeli, ale dlaczego tak późno? Dlaczego dziesiątki albo i setki tysięcy ludzi musiało zostać wpuszczonych w badziewne polisy, zanim ktoś się zorientował, że coś tu nie gra? Co z nimi?

      Oczywiście: będą też skutki uboczne nowej regulacji. Może się okazać, że ceny produktów ubezpieczeniowych oferowanych w bankach wzrosną. Mniej będzie "hurtowych" polis zakładanych klientom przez banki, a więcej indywidualnych, które są droższe w sprzedaży, ocenie ryzyka itp. Ale za to cały biznes stanie się bardziej przejrzysty. Dziś klient płaci za polisy dołączane do np. kredytów mało, ale tak naprawdę nie wie za co płaci i w dużej części przypadków płaci za coś, do czego nie ma żadnych praw i co jest jedną wielką fikcją. Według nowych zasad będzie płacił być może więcej, ale za to będzie miał wybór między wieloma ofertami, nie będzie uzależniony od bankowego dictum i uzyska realną ochronę, z której będzie mógł skorzystać niezależnie od tego, czy bankowi się to podoba, czy nie. Dlatego uważam, że KNF wykonała w tym przypadku naprawdę dobrą robotę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Nadzór chwyta za gardło banki sprzedające ubezpieczenia. Będziemy mieli nowe prawa!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 czerwca 2014 20:47

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line