Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 30 lipca 2010
    • Porażka: dzwonisz do banku i... czekasz 128 sekund na połączenie z infolinią

      Jakość kontaktu telefonicznego z bankiem bardzo często rzutuje na jego ocenę. Kiedyś bankowcy najbardziej wkurzali nas namolnym telemarketingiem i wydzwanianiem codziennie z jakimiś nowymi promocjami. Mój rekord sprzed kilku lat to trzy telefony z Banku Millennium w sprawie kredytu hipotecznego. Dwa z placówek i jeden z centrali. Teraz telemarketing wkurza nas nieco rzadziej, ale za to na pierwszy plan wysuwa się jakość zdalnego kontaktu z bankiem inicjowanego przez klientów.

      Sprawa jest ważna, bo odkąd banki żyłują prowizje za każdą niemal czynność wykonaną w placówce, klienci siłą rzeczy są „wypychani” do zdalnych kanałów kontaktu z bankiem. A więc do serwisu transakcyjnego w internecie, infolinii telefonicznej oraz serwisu e-mailowego bądź czatu z pracownikami.

      Ostatnio wpadło mi w ręce opracowanie instytutu ARC Rynek i Opinia, w którym znajdują się wyniki rankingu na najlepszą infolinię telefoniczną i internetową. W przeprowadzonym w maju i czerwcu tego roku badaniu wzięło udział 11 banków. Do każdego z nich ankieterzy ARC Rynek i Opinia zadzwonili po 110 razy z różnymi sprawami do załatwienia. Poza tym po 50 razy kontaktowali się z bankami przez internet, za pośrednictwem e-mailowych formularzy zgłoszeniowych. Pytali o konta, karty kredytowe, pożyczki gotówkowe, kredyty hipoteczne oraz o lokaty.

      Co się okazało? Otóż najlepszą infolinię ma, według tego badania, Alior Bank. Na 100 możliwych punktów zdobył w rankingu 71,4 pkt. Na drugim miejscu, z minimalną stratą, znalazł się ING Bank Śląski (70,5 pkt.), zaś na trzecim i czwartym miejscu uplasowały się Raiffeisen Bank (68,8 pkt.) oraz BZ WBK (67,8 pkt.). Na przeciwnym biegunie, czyli z najniższą oceną infolinii telefonicznych i internetowych, znalazły się Bank Millennum, BNP Paribas Fortis oraz mBank (51,7-47,9 pkt.).

      Zwycięstwo Aliora mnie nie dziwi i to z kilku względów. Po pierwsze dlatego, że jest to bank młody, więc musi wyróżniać się wysoką jakością obsługi (slogan: „wyższa kultura bankowości” zobowiązuje, choć nie zawsze się sprawdzał, przynajmniej w przeszłości). Po drugie Alior od początku ma jedną z najbardziej nowoczesnych platform informatycznych w kraju i wiele procesów zdołał przenieść z papieru do świata dokumentów elektronicznych.

      Alior Bank zawdzięcza zwycięstwo w rankingu przede wszystkim nowoczesnemu i sprawnemu kontaktowi przez e-mail. Pracownicy odpowiadali na pytania zadane przez tajemniczych klientów (tzw. mystery shopperów) szybko i kompetentnie. W części internetowej rankingu Alior pokonał największych rywali - ING, Raiffeisena oraz Bank Pekao - o całą długość.

      Jego przewaga była tak duża, że pozwoliła wygrać cały ranking, choć tylko 20 proc. punktów przypadało w nim na jakość kontaktu internetowego, zaś aż 80 proc. na ocenę infolinii telefonicznej. A w tej dziedzinie Alior zajął dopiero czwarte miejsce, choć z minimalną stratą do lidera - BZ WBK. Bo to telefoniści tego banku, który - nota bene - wkrótce zapewne przestanie istnieć w dotychczasowej postaci, są najmocniejsi merytorycznie, najbardziej życzliwi, pomocni i nie każą długo czekać na to, by klient mógł usłyszeć ich aksamitne głosy.

      Wśród banków znajdujących się na ostatnich miejscach zaskakująca jest przede wszystkim obecność mBanku. Bank Millennium pod względem jakości obsługi klientów odstaje od czołówki już od kilku dobrych lat, a BNP Paribas Fortis, powstały ze zlepku trzech banków (począwszy od fuzji z wrocławskim Dominetem) wciąż jest w fazie restrukturyzacji. mBank zaś to instytucja finansowa najczęściej polecana przez Polaków rodzinie i znajomym. Czyżby mBank stał się ofiarą własnego sukcesu i nie był w stanie poradzić sobie z obsługą coraz to nowych rzesz klientów?

      Być może jest coś na rzeczy, bo - według ARC Rynek i Opinia - klienci mBanku mają np. największy problem, by dodzwonić się na infolinię. Osoby korzystające z usług najlepszych banków czekają na połączenie z infolinią średnio tylko pół minuty. Najkrótszy czas uzyskały Raiffeisen Bank, Citibank, BZ WBK i ING Bank (32-36 sek.). Najdłużej na połączenie czekają klienci mBanku (128 sek.) i BNP Paribas Fortis (112 sek.)

      Dla Was, czytelników tego blogu i, jak sądzę, zapalonych użytkowników e-maila, mam też inną ciekawą informację. Zaledwie 70 proc. pytań wysyłanych do bankowców przez internet - za pośrednictwem adresu e-mail zamieszczonego na stronie internetowej banku  - doczekało się odpowiedzi! Wynik w granicach 90-100 proc. odpowiedzi nadesłanych w terminie ośmiu dni uzyskały: Alior Bank, Raiffeisen Bank, Pekao, Polbank i ING. Z kolei Citibank, Millennium i BNP Paribas Fortis odpowiedziały tylko na co piąte wysłane zapytanie!

      Czasy są takie, że jakość obsługi będzie miała coraz większe znaczenie dla wyboru przez nas banku. Banki nie będą mogły bez końca walczyć o nasze względy wyłącznie ceną. Ergonomia serwisu internetowego, wartość dodana w ofercie - np. usługi concierge lub assistance - oraz łatwość załatwienia spraw w kontakcie zdalnym będą decydowały o tym które banki będą w stanie rozwijać się szybciej, niż cały rynek. Ci, którzy to zrozumieją, wygrają.



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Porażka: dzwonisz do banku i... czekasz 128 sekund na połączenie z infolinią”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 30 lipca 2010 17:46
    • Albo rybki albo Aquarius: karty popłyną do VIP-ów pocztą kurierską!

      Ponad tydzień temu na łamach tego blogu pojawiła się notka, w której opowiadałem wstrząsającą historię z życia Samcika, który został przez swój bank skłoniony, by zostać VIP-em. Motyw jest oczywisty: jako VIP Samcik nadal będzie miał konto i karty bez prowizji, a jako nie-VIP będzie musiał płacić od jesieni kilkanaście złotych miesięcznie. Niestety, teleportacja ze świata zwykłych klientów do akwarium dla VIP-ów nie była bezbolesna:

      Niestety, żeby zmienić konto na prestiżową odmianę Aquarius muszą wymienić mi kartę debetową. W XXI wieku nie powinien być to żaden problem: produkuje się nową kartę, przysyła ją klientowi, ten ją aktywuje i w tym momencie stara karta przestaje działać. Ale nie w Multibanku. Tutaj zanim zlecą wytworzenie nowej karty debetowej, muszą zdeaktywować starą. Średniowiecze? Może, ale jak chcesz być VIP-em to cierp. Pracownik zdeaktywował mi kartę i w swej dobroduszności poinformował, że zanim otrzymam nową debetówkę, która będzie wysłana za kilka dni pocztą zwykłą, będę mógł bezpłatnie wypłacać gotówkę w oddziałach” - pisałem w blogu.

      Niestety w Multibanku nie widzą nic złego w tym, że nowo upieczony super-hiper-mega-VIP zostanie bez dostępu do bankomatów. (...) Już sam fakt, że bank nie jest w stanie wydać nowej karty przed zdeaktywowaniem starej, jest z lekka kompromitujący. A wysyłanie tej nowej karty pocztą zwykłą...  Wstyd po prostu. Jeśli Multibank nie jest w stanie zainwestować w relację z prestiżowym klientem, swoim super-hiper-mega-VIP-em, kilkunastu złotych (tyle kosztowałaby wysyłka karty kurierem), to nie powinien oczekiwać od niego jakiejkolwiek lojalności” - konkludowałem.

      I rzuciłem nawet pomysł, by bank - w ramach rekompensaty za swoją niegramotność - zwracał klientom będącym w fazie przejściowej (tym jeszcze bez nowych kart) prowizje pobierane za wypłatę gotówki np. kartą kredytową.  W końcu to z winy banku klienci VIP mogą zostać na tydzień bez dostępu do gotówki! Minęło długich dziewięć dni (nawet moja nowa debetówka zdołała dotrzeć z łódzkiej centrali Multibanku) i - ni stąd ni zowąd - odezwał się do mnie Mateusz Żelechowski, rzecznik Multibanku. Odezwał się z radosną nowiną, iż zarząd banku postanowił spełnić mój postulat!

      „Pracujemy nad poprawą procesu związanego z wymianą karty przy przekształceniu rachunku. Jest to modyfikacja wymagająca istotnego wdrożenia informatycznego poprzedzonego testami, dlatego nie możemy tego zrobić „od ręki". Chciałbym przeprosić wszystkich Klientów za  utrudnienia. Jako propozycję tymczasową, dla klientów zmieniających konto standardowe na konto Aquarius i oczekujących przyspieszonej wysyłki, wprowadzimy możliwość dostarczenia karty przez firmę kurierską na koszt banku. Funkcja ta będzie dostępna zarówno dla osób wybierających taryfę Aquarius Intensive jak i Classic” - napisał mi Żelechowski.

      Bingo! Że też sami na to nie wpadli... Od zawsze uważałem, że mam na tyle dobre pomysły, iż powinienem być prezesem jakiegoś banku :-)). Jaja sobie robię, ale prawdą jest, że od początku istnienia tego blogu sporo zamieszczonych tu pomysłów zostało w różnych bankach wdrożonych. Chwilowo jednak przerywam rozkoszowanie się własnym geniuszem :-)), gdyż Mateusz Żelechowski jeszcze nie skończył przemawiać: „Wysyłkę kurierską pozostawiamy jako opcję dodatkową bowiem ta forma dostarczania plastiku wiąże się z koniecznością obecności Klienta pod wskazanym adresem w chwili gdy kurier pojawia się z przesyłką. Nie dla wszystkich jest to wygodne rozwiązanie, dlatego w naszym przekonaniu pozostawienie decyzji klientowi jest optymalną propozycją”.

      Zgadza się, są w tym kraju tacy klienci, którzy wolą, gdy ich karty wędrują pocztą zwykłą, bo nie lubią pośpiechu. Poważnie! Troszkę się naigrywam, ale - pisząc już całkiem poważnie - cieszę się ze zmian w Multibanku. Szkoda, że stały się one możliwe dopiero po publikacji w blogu. W sumie... od tego jest ten blog, żeby był nie tylko opiniotwórczy, ale też miał moc sprawczą. Szefowie Multibanku zapewne zaśpiewali sobie po załatweniu sprawy tak, jak Bonnie Tyler: „We need a hero!”. Że niby taki samcikowy heros, który by wskazał drogę, czasem się przyda :-))

      Czas na pożegnanie z rzecznikiem.  „Jestem przekonany, że po zmianie konta na Aquarius i otrzymaniu dostępu między innymi do kart debetowych Visa oraz MasterCard z technologią PayPass, gwarantujących bezpłatne wypłaty ze wszystkich bankomatów w Polsce i na świecie, szerszej oferty inwestycyjnej i wsparcia dedykowanego doradcy, zmiana jakościowa w korzystaniu z produktów finansowych pozwoli zapomnieć o incydencie związanym z wymianą karty” - kończy Mateusz Żelechowski.  Jak sądzicie, pozwoli?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Albo rybki albo Aquarius: karty popłyną do VIP-ów pocztą kurierską!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 30 lipca 2010 09:34
  • czwartek, 29 lipca 2010
    • Nadzór kosi równo z trawą, czyli przyszła kryska na kredyty w euro

      W środę na stronach internetowych Komisji Nadzoru Finansowego pojawił się projekt nowej wersji tzw. Rekomendacji S, czyli zbioru zaleceń dla banków, mówiącego jak należy udzielać kredytów, by było bezpiecznie (także dla klientów, ale głównie dla banków). To na razie tylko projekt, który KNF chce poddać publicznym konsultacjom (mają potrwać do połowy sierpnia). Ale już teraz widać, że szykuje się zła wiadomość dla kredytobiorców. Bo tak, jak się można było spodziewać, nowelizacja zawiera kolejne zapisy utrudniające bankom udzielanie kredytów walutowych. I to jakie! KNF chce dosłownie urżnąć walutowe kredyty siekierą!

      Jeden z punktów proponowanej nowej Rekomendacji S (dokładniej: punkt 2.3.7) mówi bez ogródek: „Niezależnie od ograniczania ekspozycji kredytobiorcy na ryzyko walutowe bank powinien wprowadzić wewnętrzny limit udziału detalicznych ekspozycji kredytowych finansujących nieruchomości otwartych na ryzyko walutowe. Limit ten nie może być wyższy niż 50% portfela detalicznych ekspozycji kredytowych finansujących nieruchomości. W przypadku kredytów wielowalutowych limit obejmuje odpowiednią część ekspozycji dla której występuje ryzyko walutowe kredytobiorcy”.

      Nie jestem wybitnym znawcą języka urzędniczego, ale jeśli się nie mylę, KNF chce nakazać bankom limitowanie portfeli kredytowych w walutach obcych do najwyżej połowy łącznego portfela ich kredytów hipotecznych! Od znajomego bankowca wiem, że jak w środę po południu przeczytał ten zapis, o mało z krzesła nie spadł. Bankowcy przewidywali, że KNF wywinie im jakiś numer, ale spodziewali się czegoś w rodzaju dodatkowych wymogów kapitałowych (czyli konieczności posiadania większych rezerw kapitału pod kredyty walutowe, niż pod złotowe). A tu regulator chce po prostu wprowadzić twardy limit - walutowe hipoteki nie mogą stanowić więcej, niż 50% portfela.

      Gdyby ta regulacja weszła w życie, najbardziej po uszach dostałyby banki, w których już dziś przewagę w portfelach mają kredyty hipoteczne. One będą musiały po prostu wycofać takie kredyty z oferty!  „My już szykujemy kartki na drzwi: decyzją administracyjną KNF od jutra do odwołania kredytów walutowych w ofercie brak" - napisała mi koleżanka z jednego z banków. Te banki, które całkiem nie odetną kredytów we frankach lub w euro, będą stosowały drakońską selekcję klientów. Pamiętacie jak Deutsche Bank wprowadził w zeszłym roku zasadę, że po kredyt we frankach można startować tylko z dochodami gospodarstwa domowego w wysokości 12.000 zł lub więcej? Teraz w wielu bankach to może być standard i to nie tylko dla kredytów we frankach, ale i w euro.

      To dobrze, że KNF patrzy na rękę bankom udzielającym kredytów walutowych. Takie kredyty powinny być dostępne dla ograniczonej liczby osób. Ale chyba tym razem nadzór zapędził się za daleko. KNF zachowuje się jak nadgorliwy tatuś, który zabrania dziecku wychodzić na podwórko, bo przecież może się ono przeziębić. Dobry rodzic powinien wymagać od dziecka, żeby było prawidłowo ubrane i wróciło na czas na obiad, ale zabraniać mu całkiem zabawy z rówieśnikami nie ma sensu. Restrykcyjne wymogi kapitałowe dla banków chcących udzielać klientom kredytów w walutach obcych byłyby znacznie bardziej elastycznym rozwiązaniem, niż bieganie po lesie z siekierą i ścinanie równo co drugiego drzewa.

      Jeśli dany bank ma kapitał, który pozwoli mu się czuć bezpiecznie z kredytami walutowymi w portfelu i jego strategia zakłada obsługiwanie głównie zamożnych klientów, dla których kredyty w walucie obcej nie są tak dużym zagrożeniem, jak dla uboższych kredytobiorców, zadłużających się ”pod korek”, to dlaczego takiemu bankowi tego całkiem zabronić?

      Nadzór w ostatnich latach zrobił wiele dobrego w walce z nierozsądnymi bankowcami i ich krótkowzrocznymi klientami. Doprowadził do tego, że dziś w większości banków nie ma mowy o kredycie walutowym bez wkładu własnego (owszem, w ofertach są takie kredyty, ale trzeba przejść solidną selekcję). To dzięki nadzorowi i jego pierwszej Rekomendacji S banki mogą udzielić kredytu w walucie obcej tylko temu klientowi, który miałby jednocześnie zdolność kredytową do wzięcia pożyczki złotowej aż o 20% wyższej. To zasługą nadzoru jest wchodząca wkrótce w życie Rekomendacja T, która zabrania udzielania kredytów osobom, które już dziś spłacają raty kredytów przekraczające połowę ich dochodów.

      Zgoda: dotychczasowe ruchy nie przyniosły oczekiwanego skutku, banki wciąż sporo pożyczają w euro i we frankach. W niektórych instytucjach dwie trzecie i więcej nowych kredytów to te walutowe! Ale z drugiej strony: są to kredyty tańsze od złotowych, spłacane znacznie lepiej mimo olbrzymich wahań kursów walut (odsetek złych kredytów jest mniejszy, niż przy złotowych), a przede wszystkim - również dzięki mądrym posunięciom nadzoru - niedostępne dla najbiedniejszych klientów banków.

      Poza tym jeśli Polska ma w perspektywie wejście do strefy euro, to ryzyko walutowe kredytów udzielanych w unijnej walucie (a w niej banki przyznają dziś gros kredytów walutowych) jest czasowo ograniczone. Dlatego, choć dalsze patrzenie bankom na ręce, a może i przykręcanie bankowcom śruby, pewnie by nie zaszkodziło, to jednak planowana regulacja 2.3.7 oznacza mało wysublimowane koszenie kredytów walutowych równo z trawą. Uważam, że nadzór stać na zaproponowanie nieco bardziej elastycznych rozwiązań.

      Czytaj też o propozycjach KNF, by umowy kredytowe obowiązkowo były zakończone puentą. A więcej o kredytach hipotecznych (także tych walutowych) znajdziesz w sekcji „Kredyty hipoteczne” blogu „Subiektywnie o Finansach”. Tam np. przeczytasz historię klienta, któremu bank obiecał kredyt bez wkładu własnego, ale jak zobaczył, że ów klient ma spore oszczędności...

      A jeśli masz jeszcze niedosyt, to polecam mądrą analizę Komisji Nadzoru Finansowego dotyczącą szkodliwego wpływu kredytów walutowych na gospodarkę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Nadzór kosi równo z trawą, czyli przyszła kryska na kredyty w euro”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 lipca 2010 07:45
  • środa, 28 lipca 2010
    • Du ju spik inglisz, Mr Euronet?

      Wypłacanie pieniędzy z bankomatów jest czynnością dość prostą i w zasadzie nie wymaga znajomosci języka, w którym przemawia do nas urządzenie. W każdym kraju procedura wypłaty wygląda mniej więcej tak samo, a PIN w każdym języku jest PIN-em. Oczywiście zdarzają się różne dodatkowe możliwości i gadżety, takie jak np. możliwość wypłacania pieniędzy w różnych walutach - taka przyjemność spotkała mnie np. w Turcji, gdzie co prawda walutą oficjalną jest lira, ale z niektórych bankomatów można wypłacać również euro i dolary - ale podstawa jest zawsze taka sama: włóż kartę, wpisz PIN, wybierz kwotę i powiedz czy chcesz potwierdzenie.

      Czasem jednak bankomat potrafi człowieka wprowadzić w zakłopotanie. Niby już zaczyna przemawiać w Twoim języku, a potem nagle znowu zaczyna świergolić po swojemu. Takie zdziwienie może spotkać zagranicznych turystów, którym przydarzy się skorzystać z bankomatów sieci Euronet. Napisał do mnie pan Tomasz: „Śledzę Pana blog od roku , zajmuje w moim czytniku RSS pierwsze miejsce (no dobra, nie będę kłamał, jedno z pierwszych :-)), za wysoką wartość merytoryczno - detektywistyczno - edukacyjną. Mój list będzie krótki i treściwy, może Pana zainteresuje”. Panie Tomaszu, lubię treściwe listy, o ile oczywiście zaczynają się odpowiednią liczbą pochlebstw bez nadmiernej dawki wazeliny. Idźmy więc dalej.

      Otóż jak wiadomo większość bankomatów ma to udogodnienie dla obcokrajowców iż można na początku wybrać język, w którym bankomat będzie się z nami komunikował. Jakież było moje zdziwienie, gdy po wybraniu wersji angielskiej w bankomacie Euronet pojawiła się reklama... po polsku! Reklama o tyle wredna, że oczekująca na reakcję użytkownika. [„Potrzebujesz szybkiej gotówki? Tak? Nie?. Citibank Handlowy” - dopisek samcikowy]. Sprawa jest o tyle śmieszna że bankomat Euronet na stronie powitalnej z dumą prezentuje zagranicznemu turyście logo "Euronet Worldwide", by potem zaserwować niezrozumiały dla nie mówiącego/piszącego po polsku turyście komunikat reklamowy i wymuszanie naciśnięcia TAK/NIE (What the hell is "TAK/NIE?")”. Zabawne, prawda? Ale co tam, niech się obcy wykażą inteligencją :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Du ju spik inglisz, Mr Euronet?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 28 lipca 2010 19:03
  • wtorek, 27 lipca 2010
    • Forsa wysłana, ale nie dotarła na konto, więc bank naliczył karę. Kto winien?

      Czas to pieniądz i wie o tym każdy, kto ma jakiś kredyt, debet albo kartę kredytową z wykorzystanym do dna limitem. Banki uwielbiają zarabiać w przypadku takich klientach nie tylko na odsetkach od udzielonego kredytu, ale często i na opłatach za jakiekolwiek spóźnienie w regulowaniu rat. Niektóre banki zachowują się o tyle fair wobec klientów, że ostatniego dnia przysyłają im SMS-a przypominającego, że wielkopomna chwila spłaty kolejnej raty nadeszła.

      Wiem, że tak postępuje np. bank BPH, potwierdzając niejako w tym przypadku zasadę ze swojego sloganu, że „inwestuje w relacje”. Ale pewnie podobne SMS-y dostają i klienci innych banków. Są też zapewne i banki, które o niczym klientowi nie przypominają, a w skrytości ducha liczą na jakieś małe opóźnionko, za które będą mogły naliczyć prowizję.

      Czasem o wszystkim decydują minuty i godziny. Już kilka razy pisałem w blogu o tym, że przelew wypuszczony z banku A o godz. 15.00 niekoniecznie musi dojść do banku B o tej samej godzinie. Krajowa Izba Rozliczeniowa, która zarządza systemem przelewów międzybankowych Elixir, nie jest ciałem, które lubi pracować po godzinach, dlatego w XXI wieku przelewów z banku A do banku B nie da się zrobić ani w nocy, ani w weekend.

      Kłopot z terminową spłatą kredytu z powodu zbyt późnego nadania przelewu miała niedawno jedna z czytelniczek blogu, pani Magda. „Mam konto i kartę kredytową w mBanku. Ustanowiłam automatyczną spłatę całego zadłużenia z konta osobistego. Bank mimo tego naliczył mi odsetki, twierdząc, że konkretnego dnia nie miałam wystarczających środków na koncie, a więc bank nie mógł automatycznie spłacić kredytu. Tyle tylko, że tego samego dnia, gdy pieniądze miały zostać automatycznie ściągnięte z konta, wieczorem przelałam tam odpowiednią sumę z innego banku. Ale mBank uznał, że za późno. Złożyłam reklamację, ale bank odpowiedział, że powinnam przelać pieniądze 2 lub 3 godziny wcześniej” - pisze pani Magda.

      Sprawa wydaje się prosta i oczywista: pieniądze z banku A wyszły ostatnią tzw. sesją wychodzącą systemu Elixir, ale nie zdążyły „załapać” się na ostatnią sesję przelewów przychodzących do banku B tego samego dnia. Fizycznie więc pieniądze dotarły na konto w mBanku dopiero następnego dnia rano. mBank nie należy do banków tolerujących bałagan, więc od razu naliczył prowizję, do czego zapewne - zgodnie z tabelą opłat i prowizji - miał prawo.

      Osoby mające rozeznanie w tym jak działają banki zapewne w tym miejscu wzruszą ramionami i stwierdzą, że „ten Samcik to musi się naprawdę nudzić, skoro wyciąga do blogu takie bzdety”. Ale, zanim tak właśnie postąpicie, wczujcie się w rolę klienta banku, który nie ma pojęcia o istnieniu jakiegoś-tam systemu Elixir i wydaje mu się, że w XXI wieku systemy bankowe „dogadują się” ze sobą online, na bieżąco. Zaś przelewy wędrują mniej więcej tak samo, jak e-maile, w czasie rzeczywistym.

      Taką klientką jest pani Magda, która pisze tak: „Informacji o godzinie ściągania należności oczekiwałabym w regulaminie, umowie itp. Przyjęłam, że jeśli bank uprzedza, że ściąga spłatę karty np. 20. dnia miesiąca, to 20. dnia miesiąca mają tam być pieniądze - ale nie muszę wertować całego internetu w poszukiwaniu informacji o której godzinie. Czy bank ma rację, czy ja?” - pyta pani Magda.

      No i mam zgryz. Oczywiście rację ma bank, który zapewne ściąga pieniądze o północy w dniu wyznaczonym w umowie, ale przecież nie odpowiada za to, że klientka wysłała je z innego banku już po zamknięciu na cztery spusty systemu Elixir. Czy bank ma obowiązek uprzedzać klientów o takich kwestiach jak konieczność wysyłania pieniędzy wcześniej? Oczywiście nie. Czy klientka ma obowiązek wiedzieć że Elixir pracuje tylko do godz. 16.00-17.00? Też nie. Czy bank, z którego klientka wysyła pieniądze powinien, przy zatwierdzeniu przelewu, poinformować klientkę kiedy pieniądze wyjdą z jej konta i trafią do celu? Też nie, bo bank nie ma obowiązku znać listy godzin sesji przychodzących systemu Elixir w różnych innych bankach.

      Wiem, wiem, za niegramotność i brak elementarnej - zdawałoby się - wiedzy finansowej trzeba płacić. Ale jednak coś mi tu nie gra. Klienci są różni i dopóki w szkołach nie uczą o finansach osobistych, to z wyrozumiałością muszę przyjmować to, że nie każdy wie czym jest Elixir i jak działa. I jakoś mi smutno, że niektóre banki od razu takich klientów uderzają kijem prowizji. Ale pewnie po prostu mam zbyt miękkie serce. Nie mógłbym pracować w banku, bo wtedy nie zarabiałby on nic na prowizjach :-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (28) Pokaż komentarze do wpisu „Forsa wysłana, ale nie dotarła na konto, więc bank naliczył karę. Kto winien?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 lipca 2010 23:25
    • Obiecują kredyt na 100% wartości mieszkania, a potem... żądają 30.000 zł

      Nie raz i nie dwa pisałem na stronach blogu o tym, że choć banki werbalnie wracają do udzielania kredytów na 100% wartości nieruchomości, zaś szara rzeczywistość jest nieco bardziej złożona. Takie kredyty są w ofercie, ale dostać takie cacko na pewno nie jest łatwo. Dlatego, jako Wasz Wujek Dobra Rada, niezmiennie namawiam do tego, byście nie liczyli na kredyt, który pokryje cały koszt zakupu mieszkania lub domu, ale zawsze mieli na boku te kilkanaście, a może i kilkadziesiąt tysięcy oszczędności. Jak nie będzie trzeba, to ich nie ruszycie, ale jak bank zacznie kaprysić, to przynajkmniej nie zostaniecie na lodzie.

      Do powtórzenia tej refleksji skłonił mnie list, który otrzymałem od Ani i Adama, czytelników blogu, którzy opisali mi swoje przygody z jednym z banków. W tym konkretnym przypadku chodzi o Multibank z grupy BRE Banku, ale proszę o nie rzucanie jajkami akurat w oddziały tego banku, bo mam głębokie przekonanie, że tego rodzaju historie - choć pewnie nie w skali masowej - dzieją się teraz w większości instytucji finansowych.  

      Ania i Adam piszą tak: „Jako młode małżeństwo, chcące stanąć jakoś na własne nogi, postanowiliśmy kupić mieszkanie. Mamy stałe źródła dochodów, umowy na czas nieokreślony, dość dobre zarobki oraz perspetywiczne zawody. W bankach zapewniano nas, że bez problemu dostaniemy kredyt na nieruchomość z rynku wtórnego, o powierzchni 3-pokojewego mieszkania. Złożyliśmy w banku wniosek i wszystkie niezbędne dokumenty, w tym umowę przedwstępną. W ramach superatrakcyjnej oferty banku mogliśmy się starać o kredyt  na 100% wartości nieruchomości, bez wkładu własnego, z prowizją 0% oraz tylko 2,5%-ową marżą.

      Minęły trzy tygodnie, odzewu nie było. W szóstym tygodniu czekania, po przeterminowaniu umowy przedwstępnej oraz po dość burzliwej wymianie zdań między nami, a dyrektorką oddziału, w którym jesteśmy klientami VIP, dyrektorka wystąpiła do centrali o przyspieszenie wydania decyzji kredytowej. Po kilku dniach otrzymaliśmy e-mail, że decyzja już jest. Niestety, jak pisał pracownik banku, nieruchomość została wyceniona na kwotę o 18 000 zł mniejszą, niż wartość kredytu.

      Trudno. Pozmienialiśmy plany w związku z koniecznością uiszczenia przez nas wkładu własnego oraz umówiliśmy notariusza, a potem podreptaliśmy do banku, by otrzymać umowę kredytową. Proszę sobie wyobrazić nasze zaskoczenie, kiedy okazało się, że bank udzielił nam kredytu na nieruchomość o kolejne 10 000 zł mniejszego, niż wycenił wartość nieruchomości! A wszystko to przy obliczonej oficjalnej naszej zdolności kredytowej opiewającej na dwukrotnie większą kwotę, niż się wyjściowo staraliśmy!

      Mało tego: w umowie widniał zapis, iż kredyt zostanie uruchomiony dopiero po wyrównaniu brakującej kwoty pomiędzy udzieloną przez bank, a tą którą od nas żądają właściciele mieszkania. Nie umknęło naszej uwadze również to, że ta brakująca kwota to dokładnie tyle (co do grosika!) ile znajdowało się na naszym subkoncie oszczędnościowym, założonym w banku. Zabraliśmy przedstawioną nam i nie podpisaną przez nas umowę do domu i  zaczęliśmy się wczytywać w każde zdanie bardzo dokładnie, Na 12 stronicach napisanych drobnym maczkiem doczytaliśmy się, że starając się o kredyt bez wkładu własnego (przynajmniej tak zakładaliśmy na początku, choć przecież bank zażądał łącznie wpłaty ok. 28 000 zł), konieczne jest wykupienie ubezpieczenia od niskiego wkładu własnego.

      Szczegóły tegoż ubezpieczenia wzbudziły w nas kolejne niezbyt przyjemne emocje. Otóż bank ustalił, że pierwszy okres rozliczeniowy, po którym to oceni czy już spłaciliśmy 30% wartości mieszkania, nastąpi już za 36 miesięcy. Nawet gdybyśmy wpłacali 2-krotną ratę kredytową co miesiąc to nie byłoby to możliwe, żeby w ciągu 36 miesięcy spłacić te 30% wartości nieruchomości i nie wpaść w konieczność opłacenia kolejnej składki ubezpieczenia wkładu własnego!.

      W innych bankach w większości okresy rozliczeniowe tego ubezpieczenia to okresy 5-letnie. Wróciliśmy do banku i zażądaliśmy spotkania z panią dyrektor oddziału, licząc na jakieś wyjaśnienia. Pani dyrektor nas oczywiście przyjęła, natomiast nie potrafiła nam wytłumaczyć zapisów umowy, zasłaniając się tym, że tak sformułował ją zespół prawników a oddział banku ją nam tylko ma przekazać. Zapytaliśmy też jak mamy rozumieć okres rozliczeniowy ubezpieczenia niskiego wkładu własnego, który z założenia został tak dobrany, by przedłużyć okres trwania tego ubezpieczenia i wyciągnąć od nas kolejne 4500 zł składki. Odpowiedź dyrektor oddziału była taka sama.

      Swoją drogą umowa, jak to zwykle bywa, napisana była w sposób wybitnie niezrozumiały dla przeciętnego Kowalskiego. Zadaliśmy sobie wiele trudu by pewne zapisy rozszyfrować i proszę nam wierzyć, że pracownicy - zapytani o wyjaśnienie niektórych zapisów - nie potrafili dokładnie wytłumaczyć z czego wynikają i co dokładnie oznaczają.

      Z umowy tej w końcu się wycofaliśmy, tracąc na tym wszystkim 10 tygodni i wiele nerwów, pomijając kilka nieprzyjemnych sytuacji i rozmów z potencjalnym sprzedającym, który wciąż czekał na zakończenie transakcji. Zaczynamy wszystko od początku i zastanawiamy się do ilu banków jednocześnie powinniśmy złożyć wnioski następnym razem, by mieć szanse (o ile to jest w ogóle możliwe) na to, że umowa będzie miała takie same parametry, jak wstępna oferta banku?” - kończą swą opowieść Ania i Adam.

      Daleki jestem od krytykowania Multibanku, bo nie znam szczegółów sprawy, nie uzyskałem stanowiska banku (bo klienci odmówili ujawnienia personaliów jego przedstawicielowi), a przede wszystkim nie mam pewności, czy nie jest to jednostkowy tylko przypadek konfliktu w masie kredytów, do których klienci nie mają zastrzeżeń.

      Publikuję w subiektywnym blogu tę historię tylko po to, by osoby ubiegające się o kredyt hipoteczny w tych trudnych czasach miały świadomość, że kredyt bez wkładu własnego może być dla nich tylko nieosiągalnym ideałem i może zawczasu przygotować się mentalnie do planu B. Takiego, który zakłada, że trzeba będzie jednak mieć jakieś własne pieniądze, np. 10-15% wartości kupowanego mieszkania.

      Sam zresztą nie jestem zwolennikiem udzielania kredytów hipoteczych osobom bez grosza przy duszy.  Tak wielkie, długoterminowe zobowiązanie powinno być zarezerwowane dla osób, które już udowodniły, że potrafią tak gospodarować pieniędzmi, by zostawały im jakieś nadwyżki. W innym przypadku pierwszy kryzys finansowy w rodzinie może pogrążyć kredytobiorców w chaosie i nie spłaconych długach na wiele kolejnych lat.

      OGŁOSZENIE:

      Masz problem z bankiem? Chcesz ostrzec innych czytelników blogu o jakiejś pułapce zastawnionej przez finansistów? A może chcesz pochwalić bank za to, że zachował się więcej, niż fair? Pisz na adres maciej.samcik (małpka) agora.pl oraz na adres maciej.samcik (małpka) gazeta.pl. Na każdy list odpowiem, ale nie na każdy od razu, bo dostaję ich po kilka dziennie. Zapraszam też, byś zapisał się do grupy osób, które lubią stronę blogu w serwisie Facebook. Zamieszczam tam wiadomości, które nie zmieściły się w blogu, od czasu do czasu można tam też ze mną poczatować. Jeśli chcesz przystąpić do członków grupy miłującej subiektywność i finanse, kliknij baner w bocznej szpalcie. Zapraszam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Obiecują kredyt na 100% wartości mieszkania, a potem... żądają 30.000 zł”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 lipca 2010 08:03
  • poniedziałek, 26 lipca 2010
    • Skarbówka żąda kwitka. Bank go wyda, ale za 200 zł. Kto ma płacić?

      Ci w Was, którzy w miarę na bieżąco śledzą stronę blogu w Facebooku, zapewne doskonale pamiętają gorącą dyskusję na temat wątku „skarbowego” sprzed kilku dni. Zapytałem Was czy w sytuacji, kiedy urząd skarbowy zażąda od klienta potwierdzenia legalności jakiegoś dochodu, dochód pochodzi z kredytu, a bank za wystawienie dokumentu potwierdzającego ten fakt zażąda ciężkich pieniędzy, to powinien płacić klient, tenże urząd skarbowy, a może bank?

      Genezą tych rozważań był list, który dostałem od pana Adama, czytelnika blogu. Pan Adam wszedł na wokandę, bo zaczął swój list od miłych mym uszom pochlebstw: „Uważam Pański blog za bardzo ciekawy i pożyteczny w sferze uświadamiania konsumentom jakie niebezpieczeństwa i pułapki czekają na konsumenta w obecnym świecie finansów”. Panie Adamie, ładnie powiedziane, przeszedł Pan do drugiej rundy.

      W drugiej rundzie pan Adam opowiada: „Kupiłem na kredyt w Polbanku działkę budowlaną.  Kredyt spłaciłem. Pojawił się chętny na tę działkę, a że proponował świetną cenę, sprzedałem ziemię. Od Urzędu Skarbowego dowiedziałem się, że zostanę wezwany na kontrolę. Typową, rutynową kontrolę sprawdzającą moje dochody. Powiedziano mi, że takiej kontroli poddawany jest każdy, kto dokona większej transakcji finansowej. I jeżeli działkę kupiłem na kredyt to sprawa jest prosta - wystarczy zaświadczenie od banku.

      Zadzwoniłem do Polbank EFG, bo w tym banku zaciągnąłem i spłaciłem kredyt. Na infolinii poinformowano mnie, że takie zaświadczenie dla Urzędu Skarbowego kosztuje... 200 zł. I to jest istota problemu. Urząd Skarbowy wymaga zaświadczenia, które może mi wystawić tylko bank. Uważam, że jego cena jest bardzo wysoka i mnie na to nie stać. Ale nie mam wyboru i muszę zapłacić za zaświadczenie jak za zboże. Gdyby bank zażądał 1000 zł to też musiałbym zapłacić. Jakie mam wyjście - czy mogę nie zgodzić się na taką opłatę i nie dostarczyć Skarbowemu wymaganego zaświadczenia? Według mnie jest to stawianie mnie w nierównej sytuacji wobec banku i urzędu”.

      Dyskutując na Facebooku podzieliliście się na kilka frakcji. Tomasz uważa, że płacić powinien klient, choć bank też się nie popisał: „Trudno tu upatrywać złej woli Urzędu Skarbowego, choć daleko mi do bronienia tej instytucji. Urzędnicy mają prawo zażądać wykazania, że pieniądze pochodzą z legalnego źródła, a nie np. handlu narkotykami. A my musimy wykazać, że tak jest. Bank jest zdziercą i tyle”. Michał też mściłby się na banku, nie na Skarbówce: „Bez wahania zamknąłbym konto w takim banku. A na dodatek złożył skargę”.

      Głosu rozsądku w tej dyskusji dodaje Kamil: „Wszystkim nam, jako społeczeństwu, zależy na tym, byśmy przestrzegali prawa. Z tego samego powodu finansujemy z podatków policję i inne służby kontroli i przymusu. Czy za kontrolę NIK płaci kontrolowana instytucja? Nie. Bo to nam, czyli społeczeństwu, zależy na porządku. I dlatego powołujemy służby kontrolne”.

      Ale liczna jest też frakcja tych, którzy uważają, że skoro urząd zażyczył sobie dokumentów, to urząd powinien całą zabawę z bankiem sfinansować. Marcin: „Urząd żąda, urząd płaci! Jak klient chce zaświadczenia urzędowego, to też za nie płaci”. As En ma inny pomysł: „Niech klient napisze dla Urzędu pismo, w którym upoważnia skarbówkę do wglądu w jego historię bankową za okres taki a taki. I Skarbówka niech sobie załatwia z bankiem. Jawność to jawność”. Michał pyta: „Dlaczego klient ma płacić za kontrole? Jak go będą co miesiąc kontrolować to co miesiąc ma płacić po 200 zł za jakieś kwitki? Z drugiej strony bank chyba troszkę się zapędził w cenach usług?”. Kamil jest żądny krwi urzędników skarbowych : „Chyba mamy jakieś domniemanie niewinności? Niech sami wykażą, że coś jest źle po stronie obywatela”.

      Michał: „Przypominam, że ściąganie podatków wiąże się z kosztami. Nie może być tak, że tymi kosztami obciąża się podatników, bo to już podwójne opodatkowanie. Poza tym jak już powyżej napisano, urząd nie wierzy, to niech urząd sprawdza. Nie przypominam sobie, żeby prokuratura zbierając dowody przeciw oskarżonemu, kazała mu jeszcze płacić za ich zdobycie. Tylko koszty sądowe, jeśli sprawę przegra. Dopiero jeśli sprawę przegra. Urząd sobie robi kontrole, jakie wymyśli, a ludzie mają płacić? Niech siebie nawzajem kontrolują urzędnicy!”.

      Jest i - stosunkowo nieliczna - trzecia frakcja. Marek: broni z kolei bankowców: „To nie jest wina Banku, że klient ma jakieś "zatargi" z Urzędem Skarbowym - więc dlaczego Bank ma poświęcać czas swoich pracowników za darmo?”. Rafał woła: „Ludzie! Banki są po to, żeby zarabiać. To są prywatne instytucje! Jak będę miał ochotę, to będę sprzedawać litr wody mineralnej za 100 złotych! Przecież nikt nie musi jej ode mnie kupować. Konsument idzie tam gdzie jest taniej”. Tutaj Rafał się nieco zapędził, bo w tym wypadku akurat klient nie ma wyboru i musi kupić zaświadczenie od banku, za każdą cenę. Karol jest jednak mniej wyrozumiały dla Polbanku: „‎200 zł to 10% średniej krajowej netto. Czy jeden papierek i koszt jego wytworzenia (a nie jest to produkt bankowy, jak sądzę) jest aż tak cenny?” - pyta retorycznie.

      To tylko niektóre z kilkudziesięciu głosów. Jeśli nie zdążyliście przedyskutować tej sprawy na Facebooku, to zapraszam do skomentowania notki. A jeśli jeszcze nie zapisaliście się jako obserwatorzy strony blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, to też o tym nie zapomnijcie. Przynajmniej w przyszłości nie ominą Was ciekawe, facebookowe dyskusje.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Skarbówka żąda kwitka. Bank go wyda, ale za 200 zł. Kto ma płacić?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 lipca 2010 09:44
  • niedziela, 25 lipca 2010
    • Kupujesz auto? Nie zapomnij wypowiedzieć ubezpieczenia, bo zapłacisz dwa razy!

      Kwestia ubezpieczenia wykupionego przez poprzedniego właściciela pojazdu jest zwykle jedną z największych pułapek dla osoby, którakupuje używane auto. Jeśli stara umowa nie zostanie odpowiednio wcześnie wypowiedziana, mogą być kłopoty. W najgorszym razie poprzedni zakład ubezpieczeń zgłosi się po kolejną składkę, przedłużając ubezpieczenie z automatu mimo, że nabywca samochodu wykupił już nową polisę w swojej ubezpieczalni.

      Napisał do mnie niejaki John Smith, który pod pseudonimem kryje swoją prawdziwą tożsamość agenta ubezpieczeniowego firmy PZU. Pan John zwrócił uwagę, że niektóre firmy ubezpieczeniowe wprowadzają swoich klientów w błąd, stosując taką interpretację przepisów, która może oznaczać później konieczność płacenia składek za OC komunikacyjne w dwóch zakładach ubezpieczeń jednocześnie.

      Otóż, według obywatela Johna ubezpieczyciele cytują klientom art 31 pkt.1 ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych, który mówi, że: „W razie zbycia pojazdu mechanicznego, którego posiadacz zawarł umowę ubezpieczenia OC posiadaczy pojazdów mechanicznych, na nabywcę pojazdu przechodzą prawa i obowiązki zbywcy wynikające z tej umowy. Umowa ubezpieczenia ulega rozwiązaniu z upływem okresu, na który została zawarta, chyba że nabywca wypowie ją przed upływem 30 dni od dnia nabycia pojazdu mechanicznego”.

      Przepis na pierwszy rzut oka jest korzystny dla kupującego samochód. Wystarczy poczekać do wygaśnięcia starej umowy, a ona sama przestanie obowiązywać. O jej przedłużaniu na kolejny okres nie ma w tym przepisie mowy. Gdzie więc jest pułapka? Według Johna tkwi ona w art. 28 tej samej ustawy, który mówi, że: „Jeżeli posiadacz pojazdu mechanicznego nie później niż na jeden dzień przed upływem okresu 12 miesięcy, na który umowa ubezpieczenia OC posiadaczy pojazdów mechanicznych została zawarta, nie powiadomi na piśmie zakładu ubezpieczeń o jej wypowiedzeniu, uważa się, że została zawarta następna umowa na kolejne 12 miesięcy”.

      Rozumiecie coś z tego? Bo ja nie. Jedna ustawa i dwa zupełnie sprzeczne ze sobą przepisy. „Z art. 31. jasno wynika, że jeśli ktoś zakupi pojazd i nie wypowie tego ubezpieczenia a polisa straci ważność, to nie przedłuża się ona automatycznie. Art. 28 mówi o tym, że mimo wszystko polisa się przedłuża pod warunkiem opłacenia składki za rok poprzedni. Zastanawiam się ilu klientów mogło się "nadziać" na taką minę i źle zinterpretować przepisy?” - pyta John. „Jest to dość istotne bo często zdarza się, że klient kupując samochód z polisą, która kończy się np za 3-4 dni, nie wypowiada jej bo jest przekonany, że nie musi. Zawiera sobie ubezpieczenie w innej firmie a tu po kilku miesiącach przychodzi windykacja (zgodnie z prawem oczywiście)” - dodaje czytelnik.

      Wygląda na to, że sprawą rozbieżnych przepisów interesowali się już posłowie, bo w internecie natrafiłem na interpelację nr 7475, na którą odpowiedział jeden z wiceministrów finansów. Według niego żadnej rozbieżności w przepisach nie ma. „Umowa ubezpieczenia OC posiadaczy pojazdów mechanicznych zawierana jest, co do zasady, na okres 12 miesięcy. W myśl art. 28 ust. 1 ustawy, jeżeli posiadacz pojazdu mechanicznego nie później niż na jeden dzień przed upływem okresu 12 miesięcy, na który umowa ubezpieczenia OC komunikacyjnego została zawarta, nie powiadomi na piśmie zakładu ubezpieczeń o jej wypowiedzeniu, uważa się (przy uregulowanej sytuacji w zakresie składek za poprzedni okres), że została zawarta następna umowa na kolejne 12 miesięcy.

      Tym samym ustawa wprowadza tzw. automatyzm odnowienia się umowy 12-miesięcznej w przypadku niewypowiedzenia tej umowy w ustawowym terminie. W gestii posiadacza pojazdu leży, czy chce on z owego automatyzmu skorzystać i wiązać się z zakładem ubezpieczeń na kolejne 12 miesięcy, czy też wypowiedzieć dotychczasową umowę i zawrzeć ją z innym ubezpieczycielem. Regulacja powyższa gwarantuje ciągłość zawartej wcześniej umowy ubezpieczenia, a co za tym idzie - ciągłość ochrony ubezpieczeniowej.

      (...) Zasadą określoną przepisami ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych (...) jest także przechodzenie uprawnień i obowiązków z umowy ubezpieczenia OC komunikacyjnego zawartej przez zbywcę pojazdu mechanicznego na nabywcę takiego pojazdu. Zgodnie z art. 31 ust. 1 umowa ubezpieczenia OC zbywcy w odniesieniu do nabywcy pojazdu mechanicznego obowiązuje do końca okresu ubezpieczenia, o ile nabywca nie skorzysta z możliwości jej wypowiedzenia w terminie 30 dni od dnia nabycia pojazdu. Również w tym przypadku - w odniesieniu do umowy ubezpieczenia OC zawartej na okres 12 miesięcy - ustawa przewiduje ˝automatyczne˝ odnowienie się takiej umowy”. I bądź tu mądry.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Kupujesz auto? Nie zapomnij wypowiedzieć ubezpieczenia, bo zapłacisz dwa razy!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 lipca 2010 10:03
  • sobota, 24 lipca 2010
    • Dlaczego internetowy bank nie lubi dokumentów wziętych z... internetu?

      Do e-administracji z prawdziwego zdarzenia jeszcze nam daleko, choć przyznam się Wam, że w tym roku po raz pierwszy wypełniłem PIT-a i wysłałem do Urzędu Skarbowego przez internet. Było to lekkie, łatwe i przyjemne, choć trochę stresujące, bo jednak czułem się nieswojo komunikując się ze skarbówką kanałem zupełnie nietradycyjnym. Z zadowoleniem zauważam, że wśród czytelników blogu są też inni miłośnicy nowinek z dziedziny e-administracji. Napisał do mnie pan Sergiusz, który błyskawicznie zauważył wprowadzenie do użytku elektronicznych ksiąg wieczystych i zapragnął z tej nowinki skorzystać w kontaktach z jakże elektronicznym mBankiem.

      Witam Panie Macieju, jestem fanem Pana tekstów ekonomicznych w Gazecie, choć uczciwie muszę przyznać, że czytam je raczej w Internecie, niż na papierze. A najchętniej klikam na Pana pofil z Facebooka” - zaczyna pan Sergiusz, otwierając sobie tym samym wrota do sławy w blogu „Subiektywnie o finansach”. Bo, jak najwierniejsi moi czytelnicy zapewne już doskonale wiedzą, listy zaczynające się umiarkowanym i odpowiednio uzasadnionym pochlebstwem lub ewentualnie hołdem lennym (może być też delikatna wazelinka), są czytane przeze mnie w pierwszej kolejności.

      Od 1999 roku mam konto w mBanku i jestem generalnie zadowolony. Ale jakoś nie mogę przejść do porządku dziennego nad tym, że lider bankowości internetowej z takim trudem korzysta z dobrodziejstw... internetu. Mam w mBanku kredyt hipoteczny i kilka dni temu dostałem z tegoż banku papierowy monit, abym dostarczył oryginał odpisu z księgi wieczystej. Chodzi o to, by bank miał pewność, że wpisałem tam w IV dziale BRE Bank jako właściciela hipoteki. W piśmie przypomniano mi też, że na ten dokument będą czekali jedynie 14 dni, a potem grozi mi wypowiedzenie umowy kredytowej.

      Długo dumałem nad urodą sformułowania "oryginał odpisu". Zrozumiałem, że muszę biec do sądu, odstać w kolejce, zapłacić zapewne jakąś sumę, a potem znów biegiem do placówki mBanku (nie ma ich w Polsce byt wiele, bo przecież mBank z definicji jest internetowy). Ale traf chciał, że w porannej porcji wiadomości w TOK FM usłyszałem, że Ministerstwo Sprawiedliwości uruchomiło specjalną stronę internetową, na której można sobie obejrzeć dokładnie zeskanowaną swoją księgę wieczystą. W założeniu służyć to ma właśnie bankom i notariuszom. Zadowolony skontaktowałem się - a jakże - przez internet ze specjalną linią chatu mBanku. Oto zapis tego chatu:

      Sergiusz: Mam u Państwa od blisko 5 lat kredyt hipoteczny. Dostałem kilka dni temu monit w sprawie dostarczenia odpisu księgi wieczystej z prawomocnie wpisaną hipoteką na rzecz BRE Banku. Tak się składa, że od 16 czerwca te informacje są jawne i dostępne na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości. Sprawdziłem, znajduje się tam też moja księga wieczysta z wpisaną hipoteką na mBank. Czy można będzie, zgodnie z Państwa internetową ideologią, skorzystać z tego udogodnienia i nie wędrować po sądach za świstkiem papieru? Chciałbym, choćby przy konsultancie, w siedzibie banku, wydrukować dane z mojej księgi wieczystej korzystając z oficjalnego serwisu ministerstwa.

      Pani Małgosia z mBanku: Przykro mi, jednak na ten moment procedury wymagają dostarczenia standardowej wersji papierowej. --- Sergiusz: Może warto byłoby zmienić procedury? Na tym polega postęp. Ktoś musi być pierwszy. Jak można w najlepszym polskim banku internetowym zmienić uciążliwą papierkową procedurę na „internetową”? --- Pani Małgosia: Może Pan złozyć sugestię telefonicznie, mailowo lub korespondencyjnie --- Sergiusz: Składam więc tę sugestię na Pani ręce i wierzę, że się uda --- Pani Małgosia: Poprzez chat nie mam mozliwości przyjęcia dyspozycji. Tylko telefonicznie, mailowo lub korespondencyjnie...

      „Szkoda, że wyższość oryginałów odpisów nad skanami ze stron Ministerstwa Sprawiedliwości jest dla mBanku oczywistą oczywistością. A amazońskie lasy jęczą pod piłami koncernów produkujących tony niezbędnego bankom papieru. Czym zasmucony pozdrawiam serdecznie” - kończy pan Sergiusz.

      Nie mam zamiaru znęcać się nad mBankiem, że jeszcze nie udoskonalił procedur, skoro nowa forma dostępu do ksiąg wieczystych istnieje raptem od miesiąca. Założę się, że jeśli banki wprowadzą możliwość weryfikowania zapisów w tych księgach via internet, to mBank będzie stał w pierwszym ich szeregu. Wymuszą to właśnie tacy klienci, jak pan Sergiusz, świadomi i chcący korzystać z najnowszych wynalazków. Tego życzę mBankowi oraz innym instytucjom finansowym w Polsce, którym los lasów Amazonii też nie powinien być obojętny.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Dlaczego internetowy bank nie lubi dokumentów wziętych z... internetu?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 24 lipca 2010 08:00
  • piątek, 23 lipca 2010
    • Z troski o klientów bank sprzedał im ubezpieczenia mieszkań. Na 5 lat

      Nic tak mnie nie rozczula jak sytuacja, w której bank, dla mojego dobra, z troski o moje bezpieczeństwo albo z innych szlachetnych pobudek nakłada na mnie dodatkowe opłaty lub do czegoś mnie przymusza. Wiem, że banki nie są instytucjami charytatywnymi, więc jak muszą wziąć ode mnie jakieś pieniądze, to niech biorą i nie ściemniają, że to dla mojego dobra. A jeśli pobierają prowizje, bo czegoś zaniedbałem - np. nie dosłałem jakiegoś zaświadczenia, zapomniałem zrobić cesji polisy ubezpieczeniowej - to tym bardziej bank nie musi udawać, że uderza mnie kijem, by żyło mi się lepiej. 

      Napisał do mnie pan Tomasz, którego popieścił kijem Getin Noble Bank (czytelnik wziął w nim jakiś czas temu kredyt hipoteczny). „W trosce o dobro i dla mojej wygody bank obciążył mnie kosztami ubezpieczenia od ognia i innych zdażeń losowych mimo, iż takie ubezpieczenie już posiadam. Okazało się, że polisa, którą przesłałem na adres banku, nie dotarła do adresata. Przypuszczam, ze powodem może być zmiana siedziby banku. Zaznaczę, że wysłałem cesję polisy na adres podany dzień wcześniej przez konsultanta. Bank skrupulatnie skorzystał z zaistniałej sytuacji i, bez żadnych ostrzeżeń, podpisał w moim imieniu polisę ubepieczeniową, ze składką w wysokości 50 zł miesięcznie.

      Ta narzucona opłata z tytułu ubezpieczenia kilkukrotnie przewyższa całkowity roczny koszt posiadanego już przeze mnie ubezpieczenia. Roczne ubezpieczenie w Warta kosztowało mnie 200 zl. Bank odmawia zwrotu zapłaty pierwszej raty narzuconego ubezpieczenia (dla mojej wygody została ona doliczona do raty kredytu). Bank napisał też, że „celem zagwarantowania korzystnego poziomu składki” oraz ograniczenia wymaganych ode mnie formalności, ubezpieczenie zostało zawarte na okres, uwaga, pięciu lat!!! Zastanawiam się, dlaczego nie na dziesięć albo od razu do końca okresu spłacania kredytu?”.

      Cóż, klient nie dopełnił formalności - gdyby wysłał cesję polisy listem poleconym, mógłby skutecznie składać w banku reklamację - ale bank od razu wykorzystał jego niedopatrzenie i chwycił za gardło. Wysoką składką i długim terminem. Czy tak powinien postępować drugi największy sprzedawca nowych kredytów hipotecznych w Polsce (pierwsze miejsce zajmuje PKO BP)? I czy klienci powinni zawsze kierować swe kroki do banku, w którym dostaną kredyt najszybciej?

      Otwieram dyskusję, a na koniec jeszcze cytat z fantastycznego listu, który Getin Noble Bank wysłał do klienta. Jego lektura mnie naprawdę ubawiła. Może dlatego, że nie muszę płacić zaprzyjaźnionej z Getinem firmie ubezpieczeniowej 600 zł rocznie za podwójne ubezpieczenie. „W odpowiedzi na liczne pytania klientów, zaniepokojonych sytuacją powodziową w kraju oraz ich obawami przed podnoszeniem składek ubezpieczeń od ognia (...) Getin Bank wynegocjował specjalną ofertę w zakresie (...)”. Niezła ściemka, prawda? Taka bankowa mowa-trawa, ale marketingowcy Getin Banku zawsze byli w niej nieźli. Można o tym przeczytać na licznych forach internetowych, a także na łamach tabloidowej prasy. Chcecie więcej? To zapraszam do lektury :-)


      List Getin Banku do klienta

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Z troski o klientów bank sprzedał im ubezpieczenia mieszkań. Na 5 lat”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 23 lipca 2010 08:24

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line