Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • wtorek, 31 lipca 2012
    • Wymuszenie rozbójnicze? Sprawdź LTV kredytu i czekaj na telefon z banku

      Pisałem niedawno w Poradniku Wstydliwego Bankowca o przeróżnych sposobach wymuszania na klientach renegocjacji poziomu marż kredytowych. Dotyczy to w szczególności marż kredytów we frankach szwajcarskich, które to marże często mają to do siebie, że są skandalicznie wręcz niskie, nie pokrywając ryzyka banku wynikającego z kredytowania danej osoby. Na szczęście są też w kraju bankowcy mniej wstydliwi i mówiący prosto z mostu o co im chodzi. Przekaz jest mniej więcej taki: kliencie, spłać część kredytu, zapłać dodatkowe ubezpieczenie albo... wypad z baru ;-). Cóż, komunikacja wprost ma to do siebie, że przynajmniej klient wie na czym stoi. Przykład takiej komunikacji banku z klientem podrzuciła mi ostatnio pani Małgosia, która ma przyjemność zamieszkiwać domek na prerii, sfinansowany za pieniądze banku PKO BP. Sfinansowany oczywiście kredytem we frankach szwajcarskich. Taki mniej więcej ;-)

      Rezydencja Lazurowe Wybrzeże

      "Kredyt duży, bo dom był w całości budowany za kredyt. Kredyt spłacam regularnie. Nigdy nie było nawet jednego dnia opóźnienia w spłacie kredytu. Tydzień temu, ok. godziny 20.00 odebrałam telefonik od pani z banku. Z telefoniku wynikało, że w wyniku weryfikacji wartości nieruchomości stanowiącej zabezpieczenie kredytu mieszkaniowego stwierdzono, że jej wartość jest nieadekwatna do aktualnego zadłużenia. W związku z tym bank proponuje: a)dodatkowe zabezpieczenie kredytu, b) nadpłatę kredytu, c) dostarczenie dokumentów umożliwiających ponowną ocenę zdolności kredytowej. Zapytałam o wartość mojej nieruchomości wg banku i o to na jakiej podstawie bank wyliczył ową wartość? Pani nie może mi powiedzieć, bo to tajemnica. Wycenę zamówił bank, sam ją sobie sporządził, więc mi nic do tego". Z bankowymi rzeczoznawcami warto uważać, bo podobno potrafią chwycić za gardło i człowieka poddusić

      "Mam dwa tygodnie na deklarację co wybieram. Nie podano mi wartości nieruchomości wg banku, nie podano kwoty do nadpłaty, ani brakującej wysokości zabezpieczenia. Nie wiem na co mam się zdeklarować, bo nie mam wyceny rzeczoznawcy. Postępowanie banku mnie zadziwiło. Szukam porady mądrego człowieka, ale nie mogę takiego znaleźć. Mam wrażenie, że bank próbuje wyszarpać ode  mnie trochę pieniędzy, bo doszli do wniosku, że może mnie stać na więcej, skoro spłacam raty bez problemu. Jeśli może mi Pan coś poradzić, będę wdzięczna" - pisze pani Małgosia. .Przede wszystkim miło mi, iż uzyskałem w oczach pani Małgosi status "mądrego człowieka", którego nie potrafiła znaleźć. Chyba, że nadinterpretuję tę kwestię i  jestem tylko kolejny "zwykłym" człowiekiem na drodze do poszukiwania człowieka "mądrego". Na wszelki wypadek wolę się nad tym zbyt głęboko nie zastanawiać.

      Kredytowy FAQ: Co zrobić jeśli masz wysokie LTV i zadzwonią z banku? 

      Cóż, pani Małgosiu. Mówiąc całkiem żartobliwie (choć pewnie nie jest pani do śmiechu) jest to próba swego rodzaju "wymuszenia rozbójniczego", ale dokonywana oczywiście w majestacie prawa oraz umowy kredytowej. Bank nie tyle chce pani Małgosi zrobić kuku, bo widzi, że stać ją na spłatę wyższych rat, co po prostu zabezpiecza się na wypadek jakiejś kontroli KNF. Nadzór ciosa bankom kołki na głowie, jeśli jakiś kredyt ma LTV grubo powyżej 100%. Jak dowiedziałem się w PKO BP, jego klienci mogą spodziewać się telefonu wtedy, jeśli bank sobie wyliczył, iż LTV kredytu przekracza 130%, a jednocześnie jest to bardzo duży kredyt, przekraczający grubo 300.000 zł. Sądzę, że w innych bankach zaczynają się niepokoić, gdy LTV przekracza 150-170%. Ostatnio rozmawiałem ze szczęśliwym posiadaczem kredytu w Polbanku z LTV na poziomie... właśnie 170%! A według KNF w przypadku kredytów frankowych jakieś 250.000 kredytobiorców ma LTV powyżej 100%, zaś niecałe 150.000 kredytów to te z LTV ponad 120%. Posiadaczom takich kredytów grozi los Ciasnego Wieśka ;-)

      Co robić kiedy zadzwoni telefon z banku? Nadpłacać kredytu nie radzę, bo istota kredytów frankowych polega na tym, żeby spłacać je systematycznie, w podobnych częściach. Kurs franka jest wysoki, więc jeśli już nadpłacać, to wtedy, gdy ta waluta będzie po 2 zł ;-). A najlepiej w ogóle nie bawić się w takie imprezy tylko spłacać sobie kredycik po malutku, zamiast bawić się w walutowego spekulancika. Opcja weryfikacji zdolności kredytowej ma panią Małgosię nastraszyć. W tle jest zawoalowana pogróżka, że bank wypowie kredyt ze względu na brak owej zdolności. Jeśli pani Małgosia jest gotowa na zwarcie z bankiem, to ta opcja jest najlepsza. Albo wypowiedzą kredyt, albo zrobią weryfikację i się okaże, że ma zdolność kredytową do spłaty rat nawet dla kursu franka wynoszącego 4 zł. A wówczas bank po prostu sobie pójdzie.

      Gazeta Wyborcza, 31.07Ale w tej grze chodzi o coś innego - żeby pani Małgosia wybrała opcję: "dodatkowe zabezpieczenie kredytu". Prawdopodobnie PKO BP ma w zanadrzu jakiegoś ubezpieczyciela (najpewniej jest to PZU), który za 5000 zł rocznej składki ubezpieczy brakujące LTV i wszyscy będą szczęśliwi (poza panią Małgosią oczywiście, chyba że za szczęście uznać, że bank nie wypowie jej kredytu). Żeby było jasne: nie krytykuję banku za samą akcję ze zwiększaniem zabezpieczenia (choć dawanie klientowi wyboru tak iluzorycznego jest trochę bez sensu). Bank ma obowiązek zabezpieczyć pieniądze deponentów, więc ma psi obowiązek udzielać kredytów z właściwym zabezpieczeniem. Dość skandaliczne jest natomiast to, że bank nie udostępnia wyceny nieruchomości. Dlaczego to jest, do diabła, jakaś tajemnica? To na szczęście chyba jest jakieś nieporozumienie. Elżbieta Anders, rzeczniczka PKO BP, wyjaśniła mi: "Nie sporządzamy operatów szacunkowych. Aktualizujemy wycenę nieruchomości metodami statystycznymi na bazie wartości historycznych i odnosząc je do aktualnych danych rynkowych. Jeśli klient się zwraca o informacje dotyczące wyceny, to je otrzymuje. W każdej chwili może dostarczyć też swój operat wskazujący, że od udzielenia kredytu wartość nieruchomości wzrosła np. na skutek jego inwestycji np. wykończenia domu czy mieszkania".

      Więcej na temat tego typu spraw na pierwszej stronie "Gazety Wyborczej" z wtorku 31 lipca oraz na pierwszej stronie "Wyborczej" z 1 sierpnia. A także oczywiście na stronach "Gospodarka" gazety oraz w portalu Wyborcza.biz. Zapraszam też do działu "kredyty hipoteczne" w blogu "Subiektywnie o finansach". Jeśli macie podobne problemy z bankiem, piszcie na maciej.samcik (at) agora.pl. Zapraszam też do Facebooka, gdzie możecie polubić stronę blogu i przyłączyć się do hipotecznych dyskusji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (51) Pokaż komentarze do wpisu „Wymuszenie rozbójnicze? Sprawdź LTV kredytu i czekaj na telefon z banku”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 lipca 2012 12:13
  • poniedziałek, 30 lipca 2012
    • Koniec z tanim lataniem? Nie do końca: nawet LOT przewiezie cię za 90-120 zł

      Marcin PirógMarcin Piróg - tak nazywa się człowiek, który zabrał nam zabawki. Wiadomości o tym, że LOT podwyższył ceny - i to już nazajutrz po końcu kariery OLT Express na polskim niebie - rozjuszyły wielu z Was. Niektórzy wylewali swoje żale bezpośrednio pod adresem dziennikarzy, twierdząc że to właśnie media zaszczuły dobrze zapowiadający się interes lotniczy, jakim były tanie linie lotnicze OLT. Inni jedynie ograniczyli się do wieszania psów na wspomnianym powyżej Marcinie Pirogu, prezesie LOT-u, który nie wytrzymał nawet 24 godzin, by nie dać aroganckiego pokazu siły. Dodajmy, że pokazu jak najbardziej pasującego do zatwardziałego monopolisty, którym de facto LOT znów został na polskim niebie. Ceny wzrosły bardzo wyraźnie, chyba nawet mocniej, niż 48,6 zł opłaty za wystawienie biletu, którą błyskawicznie wprowadził LOT. Być może po prostu tanie bilety zostały wykupione na pniu przez tych, których wystawił do wiatru OLT, ale coś mi podpowiada, że być może LOT nieco im "pomógł", ograniczając ich kontyngent.

      Czytaj też: Polacy kochają OLT Express, ale za bilet zapłacą góra 149 zł

      Krajobraz po bitwie wygląda tak, że prezes Piróg nie zamierza wozić ludzi poniżej kosztów. W praktyce oznacza to, że aby w sierpniu dostać się samolotem do Wrocławia, Gdańska, Krakowa, czy Szczecina, trzeba zapłacić aż 250-270 zł za osobę. W drugą stronę - ciut taniej, bo 240-250 zł. Taniej jest dopiero w przedsprzedaży. Kupując dziś bilet w jedną stronę na wrzesień mamy szansę polecieć do Gdańska, Szczecina, Wrocławia lub Krakowa za jakieś 180-190 zł (z powrotem mniej więcej za tyle samo). Na październik dziś można bukować bilety w jedną stronę po 145 zł. I to jest obecnie wszystko, na co stać prezesa LOT. W sumie więc można powiedzieć, że upadek OLT Express sprawił, iż bilety lotnicze kupowane bez wyprzedzenia bądź na dwa-trzy tygodnie przed wylotem podrożały dwukrotnie (ze 149 zł do prawie 300 zł). A jedynie te bukowane z bardzo dużym wyprzedzeniem - podrożały w nieco mniejszym stopniu. Lecz marna to pociecha.

      Trochę mniej serce boli jak kupujemy lot w dwie strony, korzystając z zakładki "Najniższa cena" na stronie www.lot.com. Za lot z Warszawy do Wrocławia w tej opcji trzeba zapłacić za bilet ponad 250 zł. Do Gdańska jest jeszcze trochę biletów po 170 zł, ale generalnie też rządzą już te po ponad 250 zł. Podobnie z lotami do Szczecina.  Kraków tylko minimalnie tańszy, po 230 zł. Jeśli ostały się ceny zbliżone do tych, którymi kusił OLT Express, to tylko w samolotach powrotnych, które lądują w stolicy. Z Wrocławia można wrócić za nieco ponad 200 zł, z Gdańska da się jeszcze trafić okazję za 120 zł, ale generalnie też trzeba dać za bilet już 200 zł. Ze Szczecina bilet kosztuje 130 zł, a z Krakowa jest jeszcze trochę okazji po 140 zł. W sumie więc loty w obie strony, bukowane z kilkunastodniowym wyprzedzeniem, zwykle kosztują po 230-250 zł od osoby za kurs z Warszawy, zaś za ten do Warszawy - po 120-140 zł (choć z Wrocławia niestety więcej).

      Eurolot, ATR

      Choć, powiedzmy sobie szczerze, jeśli powrócić do starych zwyczajów, czyli polowania na tanie bilety z naprawdę dużym wyprzedzeniem, to da się zamówić bilet na wrzesień-październik do Wrocławia, Szczecina i Gdańska za 125-130 zł, zaś powrotny za 90-100 zł. To nie są ceny tak odległe do tych, które serwował OLT Express. Tyle, że tam można było taki tani bilet zamówić nawet na tydzień przed odlotem, a teraz trzeba to zrobić z dwumiesięcznym wyprzedzeniem. I to od razu na lot w obie strony. Wiem, że będziecie rzewnie wspominać te OLT-owskie 99 zł za bilet, ale pamiętajcie, że to był tylko cukierek, który miał przyzwyczaić klienta do nowej linii lotniczej. OLT i tak planował podwyżki, zresztą nawet próbował je wprowadzić tuż przed utratą płynności finansowej. Głowę dam, że gdyby ta linia przetrwała jeszcze kilkanaście tygodni, nie wspominalibyście jej z taką łezką w oku, bo zostałyby Wam w pamięci tylko okruchy biletów po 99 zł, zaś generalnie pamiętalibyście te po 149 zł oraz najczęściej spotykane po 199 zł.

      LOT, zakup biletów

      Człowiek, który zabrał nam zabawki, Marcin Piróg, twierdzi, że nie da się zarabiać pieniędzy wożąc ludzi po kraju przy średniej cenie biletu poniżej 200 zł. Sęk w tym, że podyktował właśnie taryfy ocierające się już prawie o 300 zł za bilet... Niefajnie. Swoją drogą ciekaw jestem jakie obłożenie miałyby samoloty OLT Express po radykalnym ograniczeniu biletów po 99 zł i wejściu na poziom 149-199 zł. Mój kolega-dziennikarz ekonomiczny opowiedział mi niedawno dlaczego pewien miliarder z zagranicy wolał zainwestować w sieć autokarów PolskiBus, a nie w linię lotniczą, choć też pewnie byłoby go stać. Otóż pojeździł on po Polsce i uznał, że przeciętnego obywatela jeszcze długo nie będzie stać na latanie samolotem po 200 zł (bo przy niższej cenie samolotowi nie będzie się opłacało), natomiast na jeżdżenie po Polsce autokarem z klimatyzacją, internetem i skórzanymi fotelami po 40 zł - i owszem ;-).

      PolskiBus, zdjęcie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Koniec z tanim lataniem? Nie do końca: nawet LOT przewiezie cię za 90-120 zł”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 lipca 2012 23:59
  • niedziela, 29 lipca 2012
    • Sensacyjna odpowiedź mBanku na cashback Synca! Przebijają Aliora, ale...

      Choć głośny debiut Alior Sync trudno uznać za jakoś szczególnie udany - zbyt wiele było niedoróbek i to wszystko momentami wyglądało jak udostępniona klientom przez pomyłkę wersja testowa banku - to jednak, jak by nie patrzeć, w kilka tygodni do Synca zapisało się 40.000 osób, których nie wystraszyły reklamy sugerujące im, że są gołodupcami typu Ninja :-). Nawet jeśli część z nich zapisała się do Synca tylko z ciekawości i bez intencji trzymania tam jakichkolwiek pieniędzy, to nie ma mowy, by kłopoty na starcie stały się przyczyną jakiejś biznesowej katastrofy Synca. Tam jednak zastosowano kilka bardzo ciekawych pomysłów, które sprawiły, że bank należy do najtańszych na rynku. I parę osób to zauważyło. Jednym z tych pomysłów, który miał zakasować konkurencję - w szczególności chodzi oczywiście o zakasowanie mBanku, który zaspał ze swoim projektem Nowego mBanku - było 5% zwrotu pieniędzy z tytułu zakupów internetowych dokonywanych kartą wydaną do konta.

      Koncepcja to była bardzo ciekawa, ale przy okazji okazało się, że kontrowersyjna, bo w internecie pojawiły się informacje o fikcyjnych transakcjach internetowych, które mają na celu wyłącznie wyciągnięcie od Aliora zwrotu 5%. Sync poczuł się na tyle zagrożony nieuczciwością klientów, że zaczął ich straszyć... prokuratorem. A jego marketingowcy poobrażali się na tych dziennikarzy, którzy ośmielili się opisać całe zjawisko. Bo, jak wiadomo, wszystkiemu winni są dziennikarze ;-). Do naczelnych "Wyborczej" trafił nawet uroczy liścik z Aliora, sugerujący, żeby wreszcie zamknęli dziób Samcikowi, bo jest denerwujący (obyło się bez straszenia "Gazety" prokuratorem, ale wszystko przed nami, bo przecież wciąż piszę ;-)). Co ważniejsze jednak, zagrożony poczuł się także główny konkurent Synca - mBank. Jak donieśli mi czytelnicy blogu, mBank postanowił skopiować akcję Synca i... też zaoferować klientom zwrot 5% za transakcje internetowe! Jak wyczytałem z regulaminu najnowszej promocji mBanku, oferta ruszyła w czwartek 26 lipca i potrwa do odwołania, zaś objęte są nią wszystkie karty do eKonta i IzzyKonta oraz karty kredytowe. Co na to Ninja?

      mBank w pewnych aspektach nawet przebił Synca, bo przy wybranych transakcjach oferuje... aż 20% zniżki! Ten duży rabat dotyczy zakupów w AppStore, PlayStation Store oraz xBox Live. mBank postanowił przy okazji uniknąć pułapki, w którą wpakował się nieostrożnie Alior Sync i wykluczył ze swojej promocji trudne do zweryfikowania transakcje dokonane za pomocą Allegro.pl (inna sprawa, że to nie jest jedyna platforma e-commerce, za pośrednictwem której można prowadzić sklepy internetowe, więc chyba mBank jednak w jakimś sensie ryzykuje). Jest i drugie ograniczenie - w mBanku miesięczny zwrot nie może przekroczyć 50 zł, co pewnie ostudzi zapędy tych, którzy chcieliby fikcyjnie handlować, narażając się na spotkanie z prokuratorem (niekoniecznie tym samym, którym straszy klientów Sync). W ramach cash-backu Synca zwrot może wynieść 1250 zł i to jest ewidentny problem Aliora. Przecież te 1250 zł brzmi niemal jak zaproszenie do próby jakichś nieuczciwych zagrań... mBank jest bardziej przewidujący i tej rafy unika.

      Czytaj też: mSaver, czyli idealny sposób na oszczędzanie albo... irytację

      Jest jeszcze jedna cecha szczególna cash-backu mBanku. Otóż, jak czytam w regulaminie, program dotyczy jedynie tych klientów, którzy "zostali wyłonieni spośród najbardziej aktywnych". Nie mam zielonego pojęcia co to oznacza, o kryteriach doboru tych klientów nie ma też ani słowa w regulaminie. Po co mBank dzieli klientów na "lepszych", którzy mogą kupować, np. w AppStore z 20%-owym rabatem, oraz na "gorszych", dla których cash-back jest w ogóle niedostępny? Zapewne to sposób na zaoferowanie ekstra-usług tej grupie klientów, którzy są dla mBanku segmentem strategicznym. Takim, o którego przeciągnięciu na swoją stronę najbardziej marzy Alior Sync. mBank niekoniecznie ma ochotę robić dobrze wszystkim klientom, bo to najzwyczajniej w świecie kosztuje pieniądze. Dopłacać do interesu muszą nowicjusze tacy, jak Sync, zaś mBank może sobie pozwolić na strategię nieco bezpieczniejszą - dorzucać atrakcyjne usługi dla części klientów, na których i tak już nieźle zarabia.A pozostałych traktować nieco po macoszemu.

      Oczywiście mBank, stosując takie podejście, musi się liczyć z dużym rozgoryczeniem tej części klientów, którzy się nie załapią na nowość w ofercie. Oni już do mnie piszą rzewne mejle i w sumie to nawet rozumiem ich ból. Zwłaszcza jeśli swoje listy do mnie zaczynają tak: "Jestem wiernym czytelnikiem Pana bloga. Bardzo podoba mi się jak Pan staje w obronie klientów w ich nierównej walce z bezdusznymi instytucjami finansowymi, które tylko czyhają, aby nam skoczyć do gardeł i wydusić ostatni grosz". Nie jestem pewien czy instytucje finansowe na pewno nie mają duszy, nie wiem też czy chodzi im o to, by skoczyć nam do gardeł, ale bardzo się cieszę kiedy wyrażacie sympatię, gdy staję w Waszej obronie, nadstawiając własną pierś i narażając się na furię ludzi w dobrze skrojonych garniturach ;-). "Od ośmiu lat jestem klientem mBanku. Od ośmiu lat! Do tej pory byłem w miarę zadowolony z banku. Jestem aktywnym klientem, mam konto, kartę oraz rachunek maklerski. Nie mam kredytu hipotecznego, nie znalazłem się w gronie nabitych!  Ale to co ostatnio zrobił mBank przelało czarę mej goryczy.

      Dowiedziałem się właśnie, że mBank dzieli klientów na „lepszych” i „gorszych”, w nomenklaturze banku: aktywnych i nieaktywnych. Otóż tym „lepszym” zapewnia 5% zwrotu wydatków w Internecie, czyli coś, co reklamuje też internetowy Alior Sync (pewnie to odpowiedź na wejście nowego banku). Niestety ja – mimo tak długiego stażu w mBanku – nie znalazłem się wśród „wybrańców” (o ofercie wiem od kolegi). Co prawda zwrot wydatków w miesiącu może wynieść co najwyżej 50 zł, ale nie zmienia to faktu, że mBank wprowadza niezdrową segregację klientów, na cenniejszych i tych mniej ważnych. Moim zdaniem taka sama oferta powinna być dostępna dla wszystkich, albo wcale" - napisał do mnie pan Edward. Bo chciałby móc zaśpiewać swojemu mBankowi tak:

      Pan Edward ma niewątpliwie rację, ze mBank odpowiada swoją ofensywą na to, co wyczynia Alior Sync. Widać to gołym okiem: Sync wchodzi na rynek z 5%-owym cash-backiem, to mBank też z nim wchodzi, choć selektywnie (mniejsza nagroda, wyłączenie Allegro, wyłączenie z oferty części klientów). Alior Sync wchodzi z programem „Zrób Dobry Deal” (czyli strefą zakupów z rabatami i ratami zero procent), to mBank kontratakuje 20%-owymi rabatami w sklepach Apple, Sony i Microsoftu. Na marginesie: "Zrób Dobry Deal" naprawdę imponuje. Można kupić na raty bez procentów najnowszy notebook Samsung Serii 9 (za 5597 zł, co daje 6% zniżki od ceny w detalu), smartfon Galaxy SIII, laptopy Samsung, vouchery Neckermanna... Naród kocha takie okazje. Ponoć pierwszego dnia Syncowi "zeszło" z magazynu 49 sztuk Samsunga Galaxy. Pod względem oferty "Zrób dobry deal" mBankowi trudno będzie się równać z ofertą Synca.

      Bardzo jestem ciekaw Waszych opinii o projekcie mBanku. Niestety jego szefowie nie chcą mówić jaka część z 3 milionów klientów została objęta cash-backiem. Sądząc po Waszych reakcjach - pilotaż musi być nieduży. A to, że nie zostaliście nim objęci, nie musi oznaczać, że bank ma Was w głębokim poważaniu, może po prostu zrobili losowanie i wybrali tylko część z najbardziej aktywnych klientów. Krzysztof Olszewski z mBanku powiedział mi tylko tyle: "Promocja polegająca na zwrocie części wydatków dokonanych podczas zakupów w internecie jest pilotażowym programem, który został przedstawiony wybranym klientom banku w ramach indywidualnej oferty w serwisie transakcyjnym. Celem rozpoczęcia pilotażu było oszacowanie popularności tej usługi. W zależności od wyniku pilotażu, bank nie wyklucza wprowadzenia promocji dla szerszego grona odbiorców".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (34) Pokaż komentarze do wpisu „Sensacyjna odpowiedź mBanku na cashback Synca! Przebijają Aliora, ale...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 lipca 2012 23:48
  • piątek, 27 lipca 2012
    • Klienci OLT Express idą po charge-back, a Amber Gold... znów po naszą kasę!

      Stewardessy OLTW czwartek późnym wieczorem stało się jasne, ze OLT Express, największy od kilku miesięcy gracz na rynku krajowych przewozów lotniczych, jest niewypłacalny. Wystarczyła tygodniowa przerwa w dostawie świeżej gotówki od właściciela linii, znanej i lubianej firmy Amber Gold, i samoloty OLT Express zostały na dobre uziemione. W piątek nie poleciało 6.500 pasażerów, o zwrot pieniędzy będzie musiało też walczyć 130.000 osób, które miały wykupione bilety na loty mające się odbyć w późniejszych terminach. Jest jeszcze 20.000 biletów sprzedanych na rejsy zagraniczne. Szefowie OLT Express zapewniają, że wszystkie pieniądze oddadzą w taki sam sposób, w który klienci finalizowali transakcje zakupu biletów, czyli albo w formie przelewów na konto, albo w formie uznania salda karty, którą klient płacił za lot.

      Trzeba trzymać kciuki za to, żeby pieniędzy dla wszystkich starczyło, ale ci pasażerowie, którzy płacili za lot kartami płatniczymi, są w nieco lepszej sytuacji, niż ci, którzy wybrali płatność przelewem. "Kartowcy" mogą bowiem nie czekać na to, aż OLT Express zwróci im pieniądze z własnej inicjatywy (bądź aż zrobi to pośrednik, u którego kupili bilet lotniczy). Do dyspozycji mają procedurę charge-back, czyli obciążenia zwrotnego. Może ją zastosować każdy klient, który zapłacił za coś kartą i nie otrzymał tego, za co zapłacił. Wystarczy w takim przypadku zwrócić się do banku, który wydał kartę płatniczą i wypełnić stosowny formularz (określając w nim powagę sytuacji). Jest tylko jeden warunek - trzeba przedtem podjąć próbę odzyskania pieniędzy bezpośrednio od sprzedawcy. Dopiero jeśli to się nie uda, zaczynamy procedurę charge-back. Bank, po otrzymaniu zgłoszenia od klienta, ma obowiązek napisać do centrum rozliczeniowego, które prowadziło transakcję (np. Polcard, eCard lub inna firma obsługująca płatności kartowe), by zwróciło pobrane od klienta pieniądze.

      Co się dzieje dalej? Kasa pozostaje na rachunku banku (ten nie zwraca ich od razu klientowi). Jednocześnie centrum rozliczeniowe obciąża kwotą kwestionowanej transakcji konto sprzedawcy usługi, który nie wywiązał się z umowy (w tym przypadku - konto OLT Express). Sprzedawca ma kilka dni na to, by udowodnić, że wykonał usługę i zablokować charge-back. Jeśli tego nie zrobi,  bank zwraca pieniądze klientowi, a centrum rozliczeniowe zatrzymuje pieniądze pobrane od sprzedawcy. W przypadku OLT Express centrum rozliczeniowym jest niemiecka firma Wirecard, o której potencjale finansowym wiem niewiele (nie ma nawet biura w Polsce), ale ponoć miała w zeszłym roku 325 mln euro przychodów i ma 700 mln euro aktywów. Jest więc szansa, że w ramach procedury charge-back obsłuży ona wszystkich klientów, którzy zgłoszą się do swoich banków z takim żądaniem. Podobno wcześniej partnerem OLT Express było jedno z polskich centrów rozliczeniowych, ale w porę się ewakuowało ;-). Inna sprawa czy OLT Express będzie w stanie zaspokoić roszczenia niemieckiej firmy kartowej. Jedno jest pewne: to może być największy charge-back w historii polskiego rynku bankowego... Tylko przygotujcie się na marudzących bankowców, bo oni charge-backu baaardzo nie lubią, gdyż dużo kosztuje (czasu, fatygi, pieniędzy). Mogą więc wmawiać Wam, że nie ma czegoś takiego, jak charge-back. Albo odwrócić się do Was tyłem, jak OLT ;-).

      Stewardessy OLT

      Gdy niedoszli pasażerowie OLT Express zastanawiają się jak odzyskać kasę, którą "umoczyli" w biletach kupionych awansem - swoją drogą trochę im się dziwię, ja czasem latałem OLT Express, ale nigdy nie kupowałem biletów z wyprzedzeniem większym, niż dwa dni, bo to jednak nie LOT, literki są w innej kolejności ;-) - sam Amber Gold wciąż walczy. Ogłosił, że wycofuje się z inwestycji w OLT Express, a w czwartek firma powiesiła na swojej stronie internetowej ofertę nowej lokaty. Tym razem rzecz nazywa się "Twoja Lokata w Złoto" i tym różni się od poprzednich produktów firmy, że... pozwala zerwać depozyt wcześniej. I, co zastanawiające, tym razem pozwala go zerwać bez straty części pieniędzy. Od 10% obiecywanego dochodu dla inwestora Amber Gold odcina tylko 50% osiągniętego zarobku, gdy do tej pory Amber Gold w takim wypadku nie tylko nie płacił żadnych odsetek, ale i wpisywał do umów z klientami wysokie kary umowne za wycofanie pieniędzy przed terminem. A i termin niektórych depozytów był znacznie dłuższy, sięgający czasem i 36 miesięcy.

      Oferta oczywiście ma wszystkie felery, o których pisałem w blogu niedawno, ale... wygląda na to, że Amber Gold mięknie, bo na gwałt potrzebuje pieniędzy. Potrzebuje ich tak bardzo, że zapewnia klientom możliwość wyjścia z inwestycji z zachowaniem części zysków. Oj, nie jest to najlepszy sygnał dotyczący kondycji firmy. Tym bardziej, że na stronie internetowej Amber Gold pojawił się i drugi komunikat - o powołaniu "specjalnego zespołu do rozwiązywania wszelkich kwestii związanych z wypłatami środków". Oficjalnym powodem powołania nowej komórki ma być zmiana rachunków bankowych Amber Gold (firma twierdzi, że banki nie chcą z nią współpracować, bo są zastraszane przez KNF), która spowodowała opóźnienia w wypłatach pieniędzy. Choć firma zapewnia, że od 18 lipca wszystkie płatności są regulowane na bieżąco, to podobno otrzymała "sygnały o komplikacjach z zaksięgowaniem wysyłanych środków na kontach klientów". Cóż, chciałbym się mylić, ale wygląda to trochę na sprytny ruch wyprzedzający na wypadek, gdyby firma znów nie była w stanie regulować swoich zobowiązań na bieżąco. I gdyby klienci musieli zaśpiewać tak:

      "Każde otrzymane informacje będą natychmiast sprawdzane i indywidualnie rozpatrywane w trybie przyspieszonym. Dodatkowo w momencie zgłoszenia będzie przyporządkowywana dedykowana osoba kontaktowa w ramach nowego zespołu, która przez cały czas będzie do dyspozycji zgłaszającego Klienta" - pisze Amber Gold na swojej stronie internetowej. Cóż, dla firmy będzie zdecydowanie lepiej, jeśli ludzie, którzy będą się zgłaszali po pieniądze, znajdą się pod czułą opieką "specjalisty od komplikacji", niż mieliby zgłaszać się ze swoimi niepokojami np. do mediów. A zresztą... już się zgłaszają (niestety, na razie anonimowo, więc nie da się zweryfikować sygnałów). "Ludzie nie ma co się kontaktować z Amber Gold, bo od kilku dni tylko nas zbywają. Nie ma co wydawać kasy na prawników i tracić czas na telefony. Jedyny ratunek w mediach i politykach". Oj, robi się gorąco...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „Klienci OLT Express idą po charge-back, a Amber Gold... znów po naszą kasę!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 lipca 2012 14:40
    • Igrzyska w Londynie: złoty medal olimpijski tańszy od... kompromitacji piłkarzy

      Dziś oficjalnie ruszają Igrzyska Olimpijskie w Londynie. Nieoficjalnie ruszyły już dwa dni temu, bo zawody w niektórych dyscyplinach trwają w najlepsze. Z tej okazji oczywiście w blogu nie może zabraknąć kilku zdań o finansowym aspekcie udziału w tym wydarzeniu dla polskich sportowców. Reprezentacja naszych olimpijczyków liczy 218 osób (z tym, że część występuje w sportach drużynowych) i - jak mówią eksperci - ma szansę na jakieś 12-15 medali. Największe emocje wzbudzać będą siatkarze, którzy ostatnio zrównali z ziemią wszystkie światowe potęgi, nie wyłączając Brazylii, a także Agnieszka Radwańska, rakieta numer 2. w światowym rankingu. Oba sporty należą u nas do najbardziej popularnych i zapewne przed ekranami telewizorów zgromadzą miliony kibiców. Ja będę bacznie obserwował amazonkę Beatę Stremler, która z miłości do swojego konia i z chęci spróbowania sił na igrzyskach w Londynie odrzuciła ofertę sprzedaży swojego konia Martini za milion dolarów.

      Londyn 2012

      Zasiądź przed telewizorem, otwórz piwo i... sprawdź ile ono kosztowało

      Co - poza sławą - mają do ugrania zawodnicy? Od strony finansowej premie za medale nie należą do najbardziej wygórowanych, ale też nie można powiedzieć, że są glodowe. W konkurencjach indywidualnych złoty medalista może liczyć na 120.000 zł nagrody od Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Za srebrny medal komitet płaci 80.000 zł, zaś za brąz nagroda wynosi 50.000 zł. W konkurencjach drużynowych każdy z uczestników drużyny dostanie 75% standardowej wypłaty indywidualnej, czyli np. za złoto będzie się należało 90.000 zł. Oddzielną stawkę mają siatkarze, jedyna nasza drużyna w sportach zespołowych. Oni do ugryzienia mają 720.000 zł do podziału za złoty medal i np. 480.000 zł za srebrny. No i chyba trzeba powiedzieć, że są lekko pokrzywdzeni, bo im wychodzi najwyżej 28.000 zł na zawodnika (nie licząc trenerów, lekarzy, masażystów). Jak za olimpijskie złoto nie jest to nagroda przesadnie bogata. No i w ogóle letnie igrzyska w Londynie nie dopieszczają zawodników - premie są niższe, niż cztery lata wcześniej w Pekinie (wtedy dochodziły do 240.000 zł) oraz dwa lata temu w Vancouver (tam za złoto płacono 250.000 zł).

      Ciekawe wyliczenie: Ile seksu można mieć za przeciętną pensję?

      Inna sprawa, że na premiach od Polskiego Komitetu Olimpijskiego kasa za medale olimpijskie się nie kończy. Dodatkowe premie przyznają niektóre związki. Np. ten lekkoatletyczny zapłaci za każde złoto jeszcze 60.000 zł, za drugie miejsce 40.000 zł, a za trzecie 30.000 zł. Lekkoatleci walczą więc o złoto olimpijskie i... aż 180.000 zł. Ci ze sportowców, którzy mają swoich sponsorów, mają też w kontraktach zapisane specjalne premie za sukcesy na miarę światową. A krążek zdobyty na Igrzyskach z pewnością do takowych się zalicza. Ciekaw jestem czy taki np. Lexus, sponsorujący Agnieszkę Radwańską, podstawi jej pod dom nowiutki samochód, jeśli nasza tenisistka przywiezie z Londynu złoto?  Medal olimpijski otwiera też drogę do udziału w intratnych kampaniach reklamowych, z których sportowiec ze znaną twarzą może wynegocjować nawet milion złotych za to, że pokaże ją przy jakiejś kawie lub proszku do prania (pozdrowienia dla Zygmunta Chajzera). No i wreszcie medal olimpijski to gwarancja otrzymywania przez zawodnika do końca życia specjalnego świadczenia z kasy Ministerstwa Sportu - 2483 zł miesięcznie, a więc prawie 30.000 zł w skali roku. Przy założeniu, że przeciętny olimpijczyk-medalista ma 25 lat i dożyje z medalem na piersi do 80-tki, a świadczenie miałoby stałą wysokość, do wzięcia jest ni mniej ni więcej, niż 1.639.000 zł. No, a do tego wszystkiego jest jeszcze wizja dodatkowych pieniędzy za pobicie rekordu świata. Mam nadzieję, że rekord świata, poza naszymi asami, będą biły także sportowe misski, takie jak wieloboistka Jessica Ennis ;-)

      Jessica Ennis

      Kasa za medale nie jest w przypadku naszych olimpijczyków powalająca, biorąc pod uwagę, że taki np. Malezyjczyk za złoty medal zgarnie poważną sztabę złota, wartą 500.000 euro (czyli jakieś... 10 kilogramów). Rosjanie za złoty medal płacą swoim sportowcom po 100.000 euro, ale już Niemcy - tylko 25.000 euro, a więc mniej niż nasz PKOl. Dość zabawne jest natomiast porównanie "gołych" nagród olimpijskich z zarobkami, które zgarnęli polscy piłkarze podczas niedawnego polsko-ukraińskiego turnieju Euro 2012. Nie wiem czy pamiętacie, ale wyliczyłem w blogu, że każdy z naszych niewydarzonych piłkarzy, z tytułu nie osiągnięcia na Euro 2012 niczego - bo umówmy się, że dwa remisy i porażka w najłatwiejszej z grup to było jednak poniżej oczekiwań każdego w kraju kibica - wzbogacił się o 67.000 euro, czyli 285.000 zł. Wychodzi na to, że wielcy przegrani najważniejszego w Europie (ale przecież nie na świecie) turnieju, rozgrywanego w najpopularniejszej na globie zespołowej dyscyplinie sportu, zarobili ponad dwa razy więcej, niż może osiągnąć zdobywca złotego medalu olimpijskiego, czyli najważniejszego lauru sportowego na świecie. Albo więc piłkarzom zapłacono za dużo, albo olimpijczykom płaci się za mało. Albo jedno i drugie ;-). Ale i tak życzę komitetowi olimpijskiego, żeby musiał po igrzyskach zgłosić się po kredyt bankowy, by sfinansować nagrody.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 lipca 2012 07:52
  • czwartek, 26 lipca 2012
    • Jak tanio przesłać kasę z zagranicy. Tylko 10 zł za przekaz pieniężny z Anglii?

      W ciągu ostatnich 17 lat Polacy mieszkający za granicą przekazali do kraju łącznie 160 mld zł – tak ostatnio podała firma Western Union, powołując się na raport przygotowany przez Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych CASE. No, jest to kawałek grosza... Ponieważ tylko część tych pieniędzy popłynęła w kopertach lub kieszeniach, to przy okazji pożywił się niejeden pośrednik finansowy. Jeszcze kilka lat temu prowizje za przesyłanie pieniędzy z zagranicy były słone. Teraz ceny poszły w dół (a do tego w ramach Unii Europejskiej można robić przelewy bankowe za 5 zł, jeśli wybierze się opcję transferu pieniędzy tanim systemem SEPA). Poza tym pojawiły się karty przedpłacone, które są świetnym i bezpiecznym nośnikiem pieniędzy przesyłanych najzwyklejszą pocztą, w kopercie. Kupujesz np. w Anglii kartę przedpłaconą, wysyłasz ją pustą do Polski i jak już zostanie odebrana przez adresata, napełniasz ją gotówką. Pozostaje tylko problem prowizji za wypłacenie pieniędzy w polskim bankomacie i ewentualnie bankowego spreadu (chyba, że z karty da się wypłacić walutę obcą).

      Co na to pośrednicy tacy jak Western Union, czy MoneyGram? Ostatni ruch Western Union, jednego z największych graczy na rynku międzynarodowych transferów, pokazuje, że firma szuka dla siebie nowej niszy. Western Union podpisał spektakularną umowę z PKO BP - na witrynach oddziału banku na moim osiedlu wiszą ogromne plakaty z Szymonem Majewskim zachęcającym do przekazywania pieniędzy. W PKO można nadać i odebrać nie tylko przekaz międzynarodowy, ale i krajowy. Np. jeśli ktoś straci kartę i jest bez grosza przy duszy, można mu w 10 minut dostarczyć banknot ratunkowy - do odbioru w oddziale PKO BP. Western Union dogadał się też z bankiem BZ WBK w sprawie odbierania przekazów pieniężnych za pośrednictwem bankomatów. W tym ostatnim przypadku kasy nie odbiera się w gotówce, a tylko zleca się w bankomacie jej przekazanie na wskazane konto. Ile to kosztuje?

      Odbiorca nie płaci nic, a nadawca w przypadku przekazów krajowych od 10 zł (dla kwot nie przekraczających 150 zł) do kilkudziesięciu złotych przy większych kwotach (np. dla 1000 zł będzie to 40 zł prowizji). A analogiczne przekazy międzynarodowe wciąż są dość drogie - ceny zaczynają się od 30 zł dla transferu niskich kwot do 120 zł. Ale za przekazanie 1000 zł trzeba płacić już 100 zł. W Western Union jest kilka opcji wysyłania pieniędzy - na telefon komórkowy odbiorcy, do bankomatu w kraju odbiorcy i klasyczny - w placówce. Można też wysłać kasę przez internet, z karty płatniczej wydanej przez polski bank. No i firma ma też nietypowe usługi - np. można za 47 zł przekazać pieniądze do Chin (w tej cenie da się przesłać do dowolnej placówki firmy w Chinach do 1600 zł). W konkurencyjnej sieci MoneyGram przekaz pieniężny z Wielkiej Brytanii do Polski kosztuje dla przykładowych 100 funciaków (nieco ponad 500 zł) równowartość 6 funtów, czyli 33 zł. Do tego niestety dochodzi jakieś 10 groszy straty klienta na każdym funcie z powodu przewalutowania pieniędzy po drodze.

      PKO BP Western Union plakat

      Jeśli klienci największych banków weszli w orbitę zainteresowań firm świadczących tego typu usługi - ruch w interesie musi być coraz większy. Walczą o ten tort nie tylko firmy takie jak Western Union, ale i internetowe platformy wymiany walut. Ostatnio bodaj najtańszą ofertę tego typu na rynku wprowadził - na razie tylko dla przelewów z Wielkiej Brytanii - serwis Trejdoo, który łączy wymianę walut, usługi typu escrow i przekazy międzynarodowe właśnie. Zarejestrowany użytkownik Trejdoo za każdy przelew z Wielkiej Brytanii zapłaci tylko 2 funty prowizji. Jak to możliwe? Trejdoo dogadał się z Commerzbankiem w Wielkiej Brytanii i pieniądze wpłaca się na konto firmy (czyli zasila się swój "portfel") w dowolnym brytyjskim oddziale Commerzbanku właśnie (co kosztuje rzeczone 2 funty). Potem kasę wymienia się przez internet po kursie Trejdoo na złote i wypłaca w Polsce. Spread dla funta - niecałe trzy grosze, więc na pewno lepszy, niż w banku. Trzeba mieć tylko pod ręką oddział Commerzbanku w Anglii i założyć zawczasu elektroniczną portmonetkę w Trejdoo.

      Trejdoo, transfer gotówki

      Zresztą pomysłów na internetowe przekazy pieniężne z Wielkiej Brytanii jest więcej. Słyszałem np. o spółce CurrencyFair z Irlandii, która dwa lata temu stworzyła system do wymiany walut działający na zasadzie peer to peer, w którym można anonimowo wymieniać waluty z innymi użytkownikami. Ten sam system pozwala też dokonywać przelewów międzynarodowych, co kosztuje 3 euro. Albo Sami Swoi – firma oferująca przekazy pieniężne z Wielkiej Brytanii do Polski wraz z jednoczesną wymianą waluty. Ceny usług są uzależnione od terminów realizacji przelewów i wahają się między 2,99 funtów (wersja standard z nieśpieszną dostawą banknotów), a 9,9 funtów (wtedy przelew dojdzie znacznie szybciej) plus spread walutowy. Jest też serwis Skrill.com (dotąd MoneyBookers), który ma w ofercie nie tylko przekazy  pieniężne, ale też np. wysyłanie paczek i karty pre-paid. Tu prowizja za przekaz gotówkowy wynosi, zdaje się, 1% transferowanej kasy. Jeśli znajdziecie jeszcze jakieś ciekawe miejsce do transferowania walut, to dajcie znać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (31) Pokaż komentarze do wpisu „Jak tanio przesłać kasę z zagranicy. Tylko 10 zł za przekaz pieniężny z Anglii?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 lipca 2012 09:47
  • środa, 25 lipca 2012
    • Zła wiadomość: kochamy OLT Express, ale... za bilet damy najwyżej 149 zł

      Im więcej podróżuję po kraju w związku z różnymi przedsięwzięciami, który efekty za jakiś czas będziecie mogli podziwiać lub krytykować, tym bardziej jestem przekonany, że zagadkowa kariera linii lotniczej OLT Express przejdzie do historii polskiego biznesu. Przejdzie tam niezależnie od tego, czy OLT Express jest tylko zjawiskiem sezonowym, czy też jakimś cudem utrzyma się na rynku dłużej. Ogromne airbusy wypełnione zwykle dość przyzwoicie, do niektórych miast nawet po pięć, sześć lotów dziennie (np. do Gdańska rano trzy samoloty odlatują co godzinę, gdy pociąg jest jeden), a przy tym dumpingowe ceny biletów – kupując je z tygodniowym, dwutygodniowym wyprzedzeniem płaci się 99 zł. W tej cenie w każdym samolocie do tej pory była aż połowa biletów. Są też bilety ulgowe dla dzieci za pół ceny i bilety rodzinne. Odlot, dosłownie i w przenośni ;-). Odlot niezrozumiały z biznesowego punktu widzenia, bo przecież same tylko opłaty lotniskowe na Okęciu wynoszą jakieś 60 zł od osoby...

      Nie można wykluczyć, że piękny sen o tanim lataniu powoli się kończy, bo OLT Express ogłosiła właśnie, że jest zmuszona zmniejszyć flotę samolotów oraz ograniczyć część połączeń krajowych (jeden z leasingodawców wycofał się z umowy i trzeba oddać sześć samolotów). Głównym poszkodowanym jest poznańskie lotnisko Ławica, skąd już nie odlecą samoloty OLT Express m.in. do Warszawy, Krakowa, Katowic i Gdańska. Dodatkowo firma kasuje poczęstunek na lotach krajowych. No i jest podwyżka cen biletów. Kontyngent tych najtańszych, po 99 zł, zostaje ograniczony do 35% wszystkich miejsc w samolotach (choć niektóre źródła twierdzą, że tanich biletów będzie tylko 30-40 w każdym samolocie, ponad 200-miejscowym). Dodatkowo właściciel, OLT Express firma Amber Gold jest na wojnie z połową instytucji państwowych: z Komisją Nadzoru Finansowego, Ministerstwem Finansów, a ostatnio jej działalnością interesuje się też Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz Urząd Lotnictwa Cywilnego (firma nie złożyła w terminie sprawozdań finansowych).

      Ofensywa Ministerstwa Finansów, które ostrzegło w piątek przed korzystaniem z usług firm typu Amber Gold, mogłaby wręcz uchodzić za próbę obrony państwowego przewoźnika LOT przed prywatną konkurencją w powietrzu. Zwłaszcza odkąd rangę jednego z niusów dnia nadały jej Wiadomości TVP ;-). Póki co OLT Express ogłosił, że przez pierwsze trzy miesiące od startu jego samoloty były wypełnione przeciętnie w 70% (w kwietniu było 60%, w czerwcu 75%). To oznacza, że Polacy chcą latać i chętnie wsiadają do samolotów OLT Express, zaś firma zgarnia 75% rynku przelotów krajowych. Jest jedno ale: co do joty sprzedaje się pula biletów po 99 zł (połowa miejsc w samolocie), często na maksa "schodzą" też te po 149 zł, ale jak trzeba płacić po 199 zł za bilet krajowy, to nasz polski pęd do latania zdecydowanie się osłabia. Kłopot dla OLT Express tkwi w tym, że te 199 zł za bilet to mniej więcej próg rentowności przedsięwzięcia polegającego na przewożeniu ludzi samolotami po kraju (choć nie wykluczam, iż próg ten jest wyższy i sięga nawet 250 zł). Być może właśnie dlatego OLT Express właśnie ogłosił, że szuka inwestora, który wspólnie z Amber Gold pociągnąłby ten wózek? I być może dlatego koryguje politykę cenową, zmniejszając pulę najtańszych biletów?

      Jakkolwiek sam Amber Gold zasłużył sobie na wiele nieprzyjemności, bo zwyczajnie wprowadza klientów w błąd swoimi reklamami, to gdyby powiązany z nim OLT Express nie był efemerydą i wytrzymał kilka lat to kto wie... mógłby zrobić kuku zarówno LOT-owi, jak i PKP Intercity. Ale nawet jeśli OLT za jakiś czas zniknie, to i tak z każdym dniem wyrządza niepoliczalne szkody obu państwowym firmom. Czasowe odciągnięcie pewnej części klientów od LOT do samolotów OLT może pogrążyć tę firmę na lata w kryzysie finansowym. Dla PKP jest jeszcze gorzej - jeśli ktoś już raz poleciał samolotem za 99 zł, to może na dłużej "zarazić się" lataniem. I jako środek transportu pierwszego wyboru będzie wybierał samolot, szukając najtańszych lotów i bukując miejsca z wyprzedzeniem. Nawet jeśli linie OLT już dawno nie będą istniały, to zza grobu będą straszyły ludzi odpowiadających za rozwój biznesu w sieci Intercity. Straszyć ich będą ludzie odpowiadający za marketing w OLT Express, produkujący takie spoty, jak ten ;-)

      Za pierwszym razem wybrałem OLT Express z przyczyn czysto poznawczych i z duszą na ramieniu. Że w ogóle nie odleci, gdyż zdąży już zbankrutować (bo wiadomo kto jest właścicielem OLT Express). Że poleci, ale jakaś rozklekotana, powypadkowa maszyna pożyczona na wyprzedaży od afrykańskiej linii. Że doleci, ale sprzeda tyle biletów, że pasażerowie będą upychani nawet w schowkach bagażowych lub na stojaka, jak w tramwaju (taki pomysł miał swego czasu człowiek, który stworzył Ryanair). I że może będę musiał dopłacać za każdy kilogram bagażu, bo np. bezpłatne jest tylko pierwszych pięć kilogramów. Ale nie: to poleciało, doleciało i nie było rozklekotanym gratem tylko airbusem prawie nówka-sztuka (bodaj z 2007 r.). A jeszcze na Okęciu dossali do samolotu rękaw (w LOT przeważnie do samolotu jeździ się autobusami), a przed lotniskiem podstawili samochody do wynajęcia za 60 zł dziennie (mniej, niż kosztuje taksówka do centrum).  

      Czytaj też: Sezon na turystycznych bankrutów. Sprawdź swoje biuro!

      Normalny bilet na pociąg Intercity z Wrocławia do Warszawy, który jedzie sześć godzin, kosztuje 133 zł (choć są i mniej wymuskane pociągi po 60 zł, jadące też sześć godzin ;-)). Najtańsza taryfa OLT Express to 99 zł. Dlatego do samolotów OLT - jako tańszych i trzymających niskie ceny dłużej - wsiadają ludzie, którzy do tej pory podróżowali przede wszystkim samochodami lub pociągami. Ale chyba nie tylko tacy. Ostatnio - mając do wyboru stary, dobry LOT, w którego samolotach doznałem już wielu miłych chwil oraz linie OLT Express - wybrałem "prywaciarzy". I to nawet nie ze względu na cenę biletu do Wrocławia – kupowałem go właściwie w ostatniej chwili i cena w obu firmach była porównywalna, prawie 200 zł (LOT był o 25 zł droższy). Przeważyło to, że OLT miał samolot o lepszej godzinie (7.00 i 8.55, a LOT tylko o 7.30), że system kupowania  biletów w OLT jest szybszy i chyba nieco bardziej przyjazny dla użytkownika, że miałem w perspektywie lot większym, a więc wygodniejszym samolotem, że prawdopodobnie nie będę musiał jechać do samolotu autobusem, bo przyssają mi rękaw... Sporo ważyło też to, że LOT nigdy nie próbował mnie dopieścić. Więc nie mam wystarczająco dużej lojalności, by pozwalała mi ona znosić wyższą cenę biletu, mniejszy samolot, dłuższy lot i jeżdżenie po lotnisku autobusem w imię wspomagania narodowego przewoźnika. 

      Swego czasu zebrałem przeróżne plotki i domysły, z których uplotłem kilka hipotez dotyczących fenomenu OLT Express. Jedne są mniej, inne bardziej bajkowe, ale nie zaszkodzi pobujać w obłokach. Hipoteza pierwsza: OLT Express jest finansowana wprost pieniędzmi klientów wkładających pieniądze do powiązanej z tymi liniami firmy Amber Gold, (oferującej produkty lokatopodobne). Jak skończy się dopływ świeżych pieniędzy z Amber Gold - bankructwo obu firm będzie tylko kwestią czasu. Marcin Plichta, prezes Amber Gold, zaprzecza takim pogłoskom i hipotezom. Hipoteza druga (spiskowa):  być może za OLT Express stoi zagraniczny kapitał, któremu zależy na osłabieniu pozycji PKP lub LOT. Może to być ktoś, kto chce wejść na polski rynek bądź np. kupić akcje LOT-u od Skarbu Państwa po możliwie jak najniższej cenie? A Marcin Plichta jest tylko figurantem? Tylko dlaczego ktoś miałby wybrać do tego planu tak nieatrakcyjnego figuranta z wyrokiem? Hipoteza trzecia: może biznes jest zaplanowany w taki sposób, że sama linia lotnicza ma być centrum strat, a zarabiać ma cały łańcuszek pośredników związanych z tym samym właścicielem (np. firmy zapewniające w samolotach katering)? Hipoteza czwarta: OLT Express jest finansowana przynajmniej częściowo pieniędzmi klientów Amber Gold, ale... ma szybko nabrać masy i zostać sprzedana zagranicznemu kontrahentowi, w ten sposób finansując Amber Gold. Cóż, po konferencji prasowej OLT Express ten ostatni scenariusz nabiera mocy.

      OLT Express jeszcze przed tym jak zabrał pasażerom kawę i ciacho i jeszcze przed tym jak ograniczył siatkę połączeń, miał słabe strony. Pogadałem z ludźmi pracującymi na lotniskach, z obsługą w samolotach i trochę się nasłuchałem: "z nimi się nie da pracować, są tylko w internecie, nie ma z nimi żadnego kontaktu". W ofercie też jest trochę słabości: nawet w najwyższej taryfie nie ma opcji zwrotu biletów, za każdą zmianę na bilecie trzeba płacić (nawet jeśli jest się klientem najwyższej klasy cenowej) a nadbagaż zaczyna się już przy 16 kilogramach (w LOT bodaj za darmo są 23 kilogramy). Na warszawskim lotnisku Chopina osobiście widziałem, jak klienci odprawieni w systemie online  (nie nadający bagażu) nie mogli przejść od razu do kontroli bezpieczeństwa, bo odprawa online nie jest w ogóle honorowana. Na "Chopinie" nie ma żadnego stanowiska informacji OLT Express, przez co panie prowadzące check-in na pokład nienawidzą swego pracodawcy, gdyż połowę czasu tracą na udzielanie informacji ludziom w kolejce...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Zła wiadomość: kochamy OLT Express, ale... za bilet damy najwyżej 149 zł”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 lipca 2012 16:36
    • Bank otwiera internetowy kantor. Nowa furtka do niższych rat kredytów frankowych?

      Alior Bank jest pierwszym wśród poważnych graczy bankowych śmiałkiem, który postanowił nie zarabiać na wymianie walut. No, może drugim, bo cięciem spreadu walutowego jakiś czas temu chciał też klientom ulżyć Citi Handlowy, acz robił to nieśmiało, jakby wstydliwie. Ale dopiero Alior regularnie wypiął się na dochód z handlowania walutami. Jest mu o tyle łatwo, że... i tak by na tym spreadzie nie zarabiał, bo nie ma portfela kredytów hipotecznych we frankach lub euro. A przecież - poza walutowymi kredytobiorcami - nikt będący przy zdrowych zmysłach i tak nie wymienia walut w banku. Alior może więc machnąć ręką na coś, czego i tak nie ma i... pozbyć się nieistniejących dochodów ze spreadu, zakładając kantor internetowy. I handlować frankami, dolarami i euro przy spreadach nie przekraczających kilku groszy, zamiast zdzierać z klientów po kilkanaście groszy, jak każdy szanujący się bank.

      To już druga tego typu inicjatywa instytucji zarządzanej przez prezesa Wojciecha Sobieraja, która ma na celu przejęcie części rynku wymiany walut w Polsce. Kilkanaście tygodni temu tradycyjne minikantory wymiany walut powstały przy oddziałach Alior Banku. To było oczywiście uderzenie w konkurencyjne banki, gdzie wymiana walut przeważnie jest traktowana jako usługa wysokomarżowa, obarczona wysokimi kosztami spreadu. W Aliorze nie chcą na wymianie walut zarabiać (a w każdym razie - nie chcą zarabiać krocia), ale wykorzystują możliwość taniego nabycia waluty, by ściągać klientów do oddziałów i zakładać im konta - tak samo, jak robią to udostępniając inne usługi:opłacanie comiesięcznych faktur, usługi prawników, czy pośrednictwo na rynku nieruchomości. A ostatnio gwarancję obniżenia rachunków o 10%. Prezes Sobieraj zakłada, że klient, otoczony usługami dodanymi, prędzej czy później da bankowi zarobić na koncie, karcie, kredycie, debecie, zakupach internetowych, oglądaniu reklam...

      Kantor w Alior Banku

      Czytaj też: Jak dwoma szybkimi przelewami ominąć spread walutowy

      Aliorowy atak na rynek wymiany walut w internecie może mieć spore konsekwencje. Jedną z nich powinno być przekonanie Polaków, że warto oszczędzać na ratach kredytów hipotecznych, kupując waluty obce poza własnym bankiem. Co prawda liczba miejsc w internecie, w których wymienia się waluty, jest już trudna do ogarnięcia: Walutomat, InternetowyKantor, InKantor, Pomarańczarnia, Kantor Online, Cinkciarz, Trejdoo... To tylko najbardziej znane marki, a jest tego coraz więcej.  Modele działania tych kantorów są przeróżne (niektóre z nich to nie tyle kantory, a po prostu społecznościowe platformy wymiany walut), spready we wszystkich podobne - kilkugroszowe. Ale wciąż z zewnętrznego nabywania walut korzysta wciąż nie więcej, niż 10-15% osób spłacających raty kredytów denominowanych w walutach obcych (w sumie jest ich 700.000). Pozostali tego nie robią, bo... internetowym kantorom nie ufają, a do tych występujących w realu nie chce im się chodzić. To bolesna decyzja, bo z punktu widzenia klienta, który chciałby spłacać bezpośrednio w walucie obcej swój kredyt hipoteczny, do ugrania jest od 20-30 zł do nawet 100 zł na każdej racie (w zależności od tego jak duży jest kredyt).

      Kantor internetowy Alior Banku pod tym względem będzie przełomem. Nie jest to prywatna firma, ale licencjonowany bank, w którym pieniądze są przez cały czas pod pieczą Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Za tego typu instytucjami stoi dużo większa wiarygodność i zapewne tej broni będzie aliorowy kantor obficie używał, starając się przyciągnąć klientów. Wśród osób, którym czasami opowiadam o internetowych kantorach to jest najczęściej spotykane pytanie: "czy taki kantor jest bezpieczny?", "a co jeśli zniknie z pieniędzmi?".W przypadku kantoru prowadzonego przez bank takich pytań nasuwać się będzie klientom znacznie mniej. I to może przekonać kredytobiorców, otwierając nowy rynek bezpieczniejszej niż do tej pory wymiany walut. Bankowy kantor online to także możliwość dorzucenia do zwykłego handlu walutami typowo bankowych udogodnień.

      Czytaj też: Oto banki, które promują zakup tanich franków szwajcarskich!

      Alior dodaje opcję odebrania kasy bezpośrednio w gotówce, w placówce banku, darmowe przelewy krajowe i zagraniczne zakupionych walut (co prawda te przelewy są gratis tylko w ramach indywidualnie przydzielanego klientowi limitu), karty płatnicze, pozwalające wypłacić walutę w bankomacie lub po prostu kupować bezgotówkowo (za granicą lub w internecie) za dolary, funty lub euro bez żadnego przewalutowania. Poza tym jest kilka gadżetów, m.in. możliwość zakupu waluty po zadanym kursie  (o ile taki zostanie osiągnięty na rynku). Ale nie w bajerach rzecz, tylko w tym, że internetowy kantor pod marką znanego banku może łatwiej zdobyć zaufanie klientów, niż spółka cywilna no-name, wymieniająca waluty na zasadzie "przelej nam złote, a my odeślemy ci franki, obiecujemy!". Te kilkadziesiąt tysięcy osób, które już dziś robi interesy w internetowych kantorach prywatnych spółek będzie to robić nadal. A ci, którzy oczekują większej gwarancji bezpieczeństwa, dostali do ręki nowy pomysł na ograniczenie kosztów spreadu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Bank otwiera internetowy kantor. Nowa furtka do niższych rat kredytów frankowych?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 lipca 2012 09:54
  • wtorek, 24 lipca 2012
    • W banku awaria, klient nie miał dostępu do kasy. Walczy o zadośćuczynienie

      Czy klientowi banku, który z powodu awarii poniósł szkodę, np. nie mógł w terminie zapłacić raty kredytu, albo nie zdołał zrobić potrzebnych zakupów, bo nie działała mu karta do bankomatu, może przysługiwać zadośćuczynienie? Większości z nas domaganie się od banku pokrycia strat nawet nie przyszłoby do głowy. Ale są klienci, którzy cierpią katusze kiedy nie mają dostępu do pieniędzy albo np. nie mogą sprawdzić salda na koncie, bo strona banku się zawiesiła. Jeden z moich czytelników, pan Piotr, postanowił nie odpuścić bankowi ING Śląskiemu, w którym ma konto i który uraził go serią awarii.

      "W ostatnią sobotę była kolejna awaria systemu w ING. Po wcześniejszych awariach nic nie robiłem, ale teraz mnie nerwy wzięły i złożyłem reklamację żądając zadośćuczynienia w kwocie 50 zł, motywując to tym, że nie mogłem dokonać zakupów, musiałem jechać do bankomatu, który też nie zadziałał, w związku z czym musiałem pożyczyć pieniądze żeby zrobić zakupy" - pisze do mnie pan Piotr. Przyznam szczerze, że po przeczytaniu tego wstępu miałem ochotę już dalej nie czytać, bo sprawa wyglądała na z góry przegraną. Nie słyszałem, by jakiś bank wypłacił klientowi zadośćuczynienie za to, że bankomat nie zadziałał i ów klient musiał zrobić zakupy za pożyczone od kogoś pieniądze. Straty moralne może i są spore, ale raczej trudno wymierne...

      Czytaj też: Bank nie wykonał prostej dyspozycji. Zapłaci 5900 zł kary?

      Pan Piotr jednak się uparł i złożył w banku stosowną, formalną reklamację. Bank odpisał mu tak: "W odpowiedzi na Pana zgłoszenie reklamacyjne informuję, że przeprowadzona analiza wykazała, iż miała miejsce awaria, która była przyczyną trudności w realizacji płatności w punktach usługowo-handlowych oraz w korzystaniu z systemu ING BankOnLine. Jednocześnie pragnę Pana przeprosić za powstałe niedogodności i zapewnić, że nie są one wynikiem niestaranności czy lekceważenia Klienta. (...). Z uwagi na losowy charakter zaistniałych okoliczności liczę na wyrozumiałość. Mam też nadzieję, że to niefortunne zdarzenie pozostanie bez wpływu na naszą dalszą współpracę". No, nie wiem, nie wiem, pan Piotr wygląda na wkurzonego. Nosi spodnie, więc walczy! 

      "Ustosunkowując się do Pana roszczenia pragnę poinformować, że zgodnie z § 69 pkt 3 Regulaminu Świadczenia przez ING Bank Śląski usług w ramach prowadzenia Rachunków Oszczędnościowo-Rozliczeniowych, Bank odpowiada wyłącznie za rzeczywiste i udowodnione straty posiadacza rachunku, spowodowane przez nieprawidłowe lub nieterminowe realizowanie przez Bank dyspozycji (...). Wobec powyższego uprzejmie informuję, że w przypadku udokumentowania poniesionej straty, która powstała na skutek w/w zdarzenia, Bank gotowy jest zadośćuczynić faktycznie poniesionym stratom. Za wszelkie niedogodności, które stały się Pana udziałem w związku z zaistniałą sytuacją, w imieniu Banku przepraszam" - czytam w piśmie z ING.

      Czytaj też: Klient chce 5000 zł za to, że bank ujawnił komuś dane

      Cóż, wygląda na to, że jeśli pan Piotr poniósłby jakieś realne straty, nie będące wyłącznie moralnymi - np. gdyby z powodu błędu systemu nie wyszło z banku jakieś ważne zlecenie - bank byłby gotów wypłacić zadośćuczynienie. To miłe, aczkolwiek trudno wyobrazić sobie sytuację, w której takie roszczenie dałoby się logicznie uzasadnić. Pan Piotr uważa, że awaria nie do końca jest czystym przypadkiem. "Bank pisze o losowym charakterze, nie wspominając że w ciągu miesiąca były trzy awarie, które uniemożliwiły mi dostęp do konta. Zastanawiam się jak udowodnić straty gdybym np. zatankował paliwo i nie był w stanie zapłacić i właściciel wezwałby policję. Albo gdybym zaprosił gości do restauracji i nie mógłbym zapłacić rachunku. Generalnie uważam, że to jest kpina z klienta" - uważa pan Piotr. Nie ma to jak potrzeba konsumenta, żeby dokopać bankowi.

      Jego zdaniem wystarczającym powodem, by bank wypłacił symboliczne odszkodowanie powinien być fakt, że awaria rzeczywiście miała miejsce, a klient rzeczywiście się zestresował. "Staram się obecnie spełnić wymagania banku w zakresie dostarczenia dowodów na to, że straciłem czas i pieniądze. Na razie dostałem w ramach przeprosin długopis. Mi nie chodzi o te 50 zł, których się od banku domagam, tylko o zasadę, bo może jakby tak 10.000 osób wystąpiło o 50 zł, to awarii byłoby mniej, a nie kilka w miesiącu".
      Cóż, ta awaria w rzeczy samej błaha nie była. Jak wynika z odpowiedzi banku utrata komunikacji z centralnym systemem informatycznym banku nastąpiła o godz. 11.45, a dopiero ok. 14.30 bankowi udało się przywrócić dostępność bankomatów i wpłatomatów oraz możliwość wykonywania transakcji kartami płatniczymi.

      Dostęp do bankowości elektronicznej został przywrócony wszystkim klientom dopiero o godz. 16.25. Sądzę, że w tę sobotę na zakupach bez pieniędzy zostało znacznie więcej, niż 10.000 osób. Pan Piotr sugeruje, że bank powinien przynajmniej wysłać do klientów SMS-a z informacją, że ma awarię, by nie zostali zaskoczeni tym faktem np. przy kasie w supermarkecie bądź na stacji benzynowej. "W odniesieniu do kwestii powiadamiania Klientów SMS-em o trwającej awarii, informuję , że z uwagi na dużą ilość klientów naszego Banku, wysłanie  w krótkim czasie komunikatów nie jest możliwe. Ograniczeniem nie jest w tym przypadku system banku" - odpowiada ING. I jednocześnie precyzuje w jaki sposób klient będzie musiał udokumentować szkodę. "Ponieważ podstawą do zwrotu poniesionych kosztów jest udokumentowanie poniesionej straty finansowej, proszę o przesłanie dokumentów potwierdzających brak możliwości dokonania płatności na stacji benzynowej (kopia faktury z opóźnionym terminem płatności, wydruk z terminala itp.) lub w restauracji (kopia rachunku, wydruk z terminala itp.). Po otrzymaniu dokumentów, Bank podejmie decyzję o ewentualnym  zwrocie kosztów". Bardzo jestem ciekaw, czy pan Piotr coś wywalczy. Bo przecież nawet dostarczenie tych papierów, o których pisze bank, nie pokazuje wymiernych strat klienta, a tylko to, że coś nie działało, zaś klient sam sobie poradził. Jeśli dowiem się o finale tej sprawy, nie omieszkam Was o tym poinformować.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „W banku awaria, klient nie miał dostępu do kasy. Walczy o zadośćuczynienie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 lipca 2012 13:52
    • Uwaga! Minister może zabrać 100% twojego zysku z lokaty. Zgodnie z prawem!

      Kilka miesięcy temu w blogu pojawił się temat zmiany zasad zaokrąglenia podatku od lokat bankowych. Było to pokłosie skasowania przez Ministerstwo Finansów furtki, dzięki której przez lata banki pomagały klientom w ogóle unikać podatku. Wcześniej - to tak tytułem przypomnienia dla tych, którzy już nie pamiętają tych pięknych czasów - podatek poniżej 50 gr. był zaokrąglany w dół do zera. Każde jednorazowe naliczenie odsetek poniżej 2,5 zł powodowało więc de facto zwolnienie z podatku. To se ne vrati. Teraz nie tylko podatek liczy się nawet od groszowych odsetek, to jeszcze zaokrągla się go w górę, a nie zgodnie z zasadami matematyki.

      Jak to wygląda w praktyce pisałem już wiosną tego roku. Np. podatek od 27 groszy będzie wynosił 19% od tej kwoty, a więc 0,0513 zł. Według zasady matematycznej powinno się zatem odciągnąć 5 gr., ale minister ma własną matematykę, więc bank ma obowiązek zabrać 6 gr. Zdanie z przepisów regulujących sposób naliczania odsetek - a konkretnie § 1a Ordynacji podatkowej - brzmi następująco: "Podstawy opodatkowania, o których mowa w art. 30a ust. 1 ustawy z dnia 26 lipca 1991 r. o podatku dochodowym od osób fizycznych, oraz kwoty podatków od nich pobierane zaokrągla się do pełnych groszy w górę". Przepis ewidentnie jest skonstruowany tak, by w sytuacjach granicznych powiększać dochody fiskusa, a pomniejszać zyski klienta. Być może chodziło o to, by nie prowokować pomysłowości bankowców i nie otwierać kolejnych furtek do obniżania podatku Belki.

      Nie będę tego teraz rozkminiał, odeślę Was w tym celu do wpisu z wiosny. Wówczas jednak rozgorzała mocno teoretyczna dyskusja na temat najmniejszego możliwego zaokrąglenia, czyli podatku w wysokości jednego grosza. Podałem przykład odsetek w wysokości 0,004 zł (czyli cztery dziesiąte części grosza). Choć zgodnie z matematyką takie odsetki powinno się zaokrąglić do zera, podstawa opodatkowania, na podstawie zaokrąglenia w górę, wynosiłaby... 1 grosz. A podatek od jednego grosza wynosiłby... nie, nie 0,0019 zł (czyli dziewiętnaście setnych grosza), ale... też jeden grosz. Mamy zatem podatkową maszynkę do robienia pieniędzy - fiskus może zabrać nawet cały zysk wypracowany na lokacie przez klienta banku.

      Czytaj też: Kto zarabia na trzecim miejscu po przecinku. O zaokrąglaniu

      Można machnąć ręką i powiedzieć "pal licho, to przecież tylko jeden grosz". Ale czytelnicy blogu są bardzo wrażliwi na krzywdę, a w tym przypadku krzywda jest dojmująca i widoczna gołym okiem. W ostatnim czasie dostałem kilka skanów dokumentujących pazerność ministra Jacka Rostowskiego, który zamiast zabierać bogatym i rozdawać biednym zajmuje się łupieniem biednych - bo przecież od dużych oszczędności nikt  nie nalicza jednogroszowych odsetek. Faktyczna stopa podatkowa na poziomie 100% to dość smutne doświadczenie dla każdego ciułacza i na pewno nie powoduje ono wzrostu sympatii do państwa, wzrostu skłonności do płacenia podatków i wzrostu poczucia sprawiedliwości społecznej. Dlatego wklejam tu, niczym milczący wyrzut sumienia, wyciąg z bankowego konta jednego z moich czytelników.

      Podatek od grosza

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (57) Pokaż komentarze do wpisu „Uwaga! Minister może zabrać 100% twojego zysku z lokaty. Zgodnie z prawem!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 lipca 2012 08:44

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line