Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • środa, 31 lipca 2013
    • Zmusili bank do "odwrócenia" kredytu walutowego. Co z tego dla nas wynika?

      Coraz więcej czarnych chmur zbiera się nad bankami, które udzielały w przeszłości - lub nadal udzielają, choć na pewno nie w Polsce, bo u nas ten biznes już "zdechł" - kredytów hipotecznych w walutach obcych. Jak donosi Wyborcza.biz, bankom, które "ubrały" klientów w kredyty w euro, frankach lub jenach, pogroził znów palcem Victor Orban, szef rządu na Węgrzech. "Ludzie zostali oszukani. Banki wprowadziły ludzi w błąd i zwabiły ich. Dlatego musimy pozbyć się źródła tego problemu" - mówi Victor Orban. Szczegółów planowanych rozwiązań nie podał, ale i tak to brzmi groźnie, bo Orban już raz pokazał, że nie żartuje. W 2011 r. wprowadził ustawę gwarantującą każdemu obywatelowi zadłużonemu we frankach, możliwość spłacenia całości kredytu po kursie urzędowym, o 30% niższym od rynkowego. Różnicę miały wziąć na klatę banki-winowajcy wpuszczenia klientów w całe to g.... Tamta oferta nie cieszyła się wielkim powodzeniem, bo żeby spłacić kredyt, niezależnie od lepszego lub gorszego kursu, warto mieć jeszcze przy duszy jakąś kasę albo przynajmniej zdolność kredytową, żeby zrefinansować się innym kredytem. Kolejne pomysły Orbana na "załatwienie" problemu kredytów frankowych będą pewnie bardziej radykalne.

      Niedawno w blogu było o sensacyjnym wyroku sądu w Barcelonie, który uznał kredyt hipoteczny w walucie obcej za "produkt wysoko złożony, o charakterze spekulacyjnym, niedostosowany do profilu ryzyka osoby, która ten kredyt zaciągnęła". Sąd rozwiązał umowę kredytową, co oznacza de facto umorzenie wszystkich odsetek i odwrócenie różnic kursowych - klient ma oddać wyłącznie pierwotną kwotę kredytu. Orzeczenie hiszpańskiego sądu jest nieprawomocne, ale... nie jest to jedyny wyrok sądowy w Europie, który kwalifikuje kredyt hipoteczny jako rozbój w biały dzień. Podobne doniesienia napływają z Chorwacji. Niektórzy z 75.000 kredytobiorców, "ubranych" w kredyty frankowe, walczą z tamtejszymi bankami o uznanie, że zostali wprowadzeni w błąd. Pozew zbiorowy przeciwko bankom złożyły tam dwie organizacje: Potrosac (fundacja prokonsumencka) i Franak (stowarzyszenie kredytobiorców frankowych). W lipcu bieżącego roku - jak przeczytałem w depeszy AFP oraz w blogu dziennikarza Wall Street Journal - sąd pierwszej instancji przyznał im rację. I orzekł, że osiem chorwackich banków jest winnych "niepoinformowania swoich klientów o zakresie ryzyka związanego z kredytami indeksowanymi we frankach szwajcarskich". Sąd - uwaga! - uznał, że kredyty powinny być ponownie przeliczone na w walutę lokalną, czyli na kuny.

      Sentencja orzeczenia sądu gospodarczego w Zagrzebiu jest miażdżąca. Jest tam napisane, że banki pogwałciły prawa kredytobiorców biorących pożyczki we frankach szwajcarskich nie informując ich, że fluktuacje kursu szwajcarskiej waluty mogłyby doprowadzić do podwyższenia ich miesięcznych rat. Według sądu banki dały ciała, nie informując klientów wystarczająco wyraźnie, że frank szwajcarski nie jest walutą stabilną, ani oazą spokoju. Jest też w tym wyroku passus, że banki miały obowiązek wyjaśnić klientom zakres podejmowanego przez nich ryzyka. I że "nie działały w dobrej wierze". Cóż, w Chorwacji, podobnie jak w Polsce, kredyty frankowe nie są już w modzie, banki same wycofały je z oferty (u nas dopiero w 2011 r., a tam już od 2009 r.), ale wygląda na to, że klienci wpuszczeni we franka nie zostaną ze swoim problemem sami. Bo - to najważniejsze - sąd orzekł, że banki powinny w ciągu 60 dni przedstawić swoim klientom aneksy do ich umów. Zaś w ramach tych aneksów przeliczyć kredyty na kuny w oparciu o kurs z dnia podpisania umowy i ustalić stałe oprocentowanie tych "nowych" kredytów. Bo kredyty frankowe w dotychczasowej formule są oparte o zmienną stawkę LIBOR i marżę banku (tak samo, jak w Polsce).

      W "chorwackiej" sprawie są dla mnie dwie niejasności. Po pierwsze wyrok sądu gospodarczego w Zagrzebiu jest nieprawomocny, więc z natury rzeczy nie można go uznać za coś, co ma wielkie szanse wejść w życie. Po drugie zaś nie jestem w stanie ogarnąć umysłem jakie skutki może mieć przewalutowanie kredytów, którego zażądał chorwacki sąd, dla osób, które je spłacają. Przecież oprocentowanie tych kredytów od początku było uzależnione od stawki LI BOR i marży narzucanej przez bank. Samo przeliczenie długu na kuny po niskim kursie franka (z dnia zawarcia umowy) jeszcze nic nie oznacza. Otrzymujemy w takim przypadku kredyt w lokalnej walucie, ale... pytanie brzmi: w jaki sposób ustalić wstecz jego oprocentowanie? Bo chyba nie może być to oprocentowanie takie samo, jak to oparte na wskaźniku LIBOR. To zupełnie nieadekwatna w takiej sytuacji cena pieniądza. Jak rozliczyć zapłacone wstecz raty (przez pewien czas kredyty walutowe były znacznie tańsze, niż w walutach lokalnych, na tym zresztą polegała ich popularność)? Jak przy takim rozliczeniu uwzględnić wartość pieniądza w czasie?

      Czy chorwacki wyrok może oznaczać, że i dla nas jest światełko w tunelu, zaś 700.000 frankowych kredytobiorców w Polsce mogłoby liczyć na ulgę? Na przykład na przymusowe przewalutowanie kredytów na złote po kursie z dnia zawarcia umowy? To mocno dyskusyjna hipoteza. My na razie mamy "tylko" nieprawomocny wyrok anulujący frankowym kredytobiorcom BRE podwyżki oprocentowania. Sąd w Łodzi nie orzekł przewalutowania kredytów frankowych, lecz jedynie zmienił wstecz oprocentowanie ze zmiennego na stałe. Sądowe orzeczenia na korzyść frankowych kredytobiorców są wciąż nielicznymi wyjątkami. Ostatnio sąd drugiej instancji w Budapeszcie odrzucił apelację klienta banku OTP, który domagał się do banku anulowania kredytu w walucie zagranicznej, powołując się na to, że bank nie włączył do umowy niektórych kosztów kredytu (z relacji, którą znam, nie wynika o jakie koszty chodziło, ale prawdopodobnie o spread walutowy). Po tym wyroku, który zapadł, zdaje się, jeszcze w czerwcu, kilkuset kredytobiorców demonstrowało pod siedzibą węgierskiego rządu, domagając się, by Victor Orban zrobił porządek z tymi cholernymi sądami, które nie umieją orzec tak, żeby było dobrze. ;-)

      To mnie prowadzi do konkluzji, że Victor Orban niedługo coś w związku z kredytami we frankach wymyśli. Bo Węgrzy są kredytowo "ugotowani" - kredytów frankowych jest tam 1,3 mln (dwa razy więcej niż u nas, a Polska jest trochę większym krajem), zaś rat nie płaci w terminie 30% klientów (u nas 2-3%). Inna sprawa, że Węgrom banki wciskały jeszcze gorsze kredyty, niż nam, bo o stałej stopie procentowej. Klientów zabił więc wzrost kursu franka, a nie odczuli pozytywnych obniżek stawek LIBOR CHF. O ile więc polscy kredytobiorcy we frankach płacą dziś raty o połowę wyższe, niż w dobrych czasach (kto kiedyś miał 2.000 zł raty, teraz ma prawie 3.000 zł, nie licząc zafiksowanego wyższego zadłużenia), to Węgrzy płacą co najmniej dwa razy wyższe raty. Ciekaw jestem jak się skończy sprawa w Chorwacji, bo pewnie gdyby to było takie proste, to na Węgrzech już dawno by "poszli" w przymusowe przewalutowanie....

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (50) Pokaż komentarze do wpisu „Zmusili bank do "odwrócenia" kredytu walutowego. Co z tego dla nas wynika?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 31 lipca 2013 23:13
    • Kredyt mieszkaniowy bez wkładu własnego to zło? Brutalna szczerość prezesa

      Niedawno referowałem Wam w blogu wywiad, którego udzielił mi Luigi Lovaglio, najlepiej wynagradzany bankowiec w Polsce. Prezes Banku Pekao zapowiedział, że nie przegapi żadnej szansy na ekspansję (także poprzez przejęcia rywali), mówił o kryzysie kredytowym, o nowym podejściu do pozyskiwania klientów oraz o premiowania pracowników, które ma ich zachęcić do zdobycia 400.000 nowych klientów. Dziś relacja z mojej rozmowy z jego największym rywalem na rynku - prezesem PKO BP Zbigniewem Jagiełłą. To z kolei człowiek, który ma chyba największy wpływ na sektor bankowy w Polsce - rządzi już trzeci rok największym bankiem w Polsce i ma ambicje, by wyznaczać trendy na rynku (by wspomnieć tylko o projekcie IKO, który ma być alternatywą dla Visy i MasterCarda nad Wisłą). Prawdopodobnie PKO BP będzie też pierwszym bankiem w Polsce, który będzie w stanie podjąć próbę zbudowania instytucji rozdającej karty nie tylko na lokalnym rynku, ale w całej Europie Środkowej. Pod względem aktywów PKO BP już dziś jest największym bankiem w regionie, ale pod względem ekspansji zagranicznej ustępuje nawet BRE Bankowi, który ma banki zależne w Czechach i na Słowacji. PKO BP próbował jakiś czas temu (jeszcze przed Jagiełłą) podbić rynek ukraiński, ale efekty są żałosne. Mówi się o tym, że PKO BP  spróbuje przejąć największy bank w Czechach. Warto więc go posłuchać.

      JAGIEŁŁO O PRZEJĘCIACH W POLSCE. Komisja Nadzoru Finansowego ostatnio zasugerowała, że będzie niechętna dalszym fuzjom i przejęciom wśród największych banków. Ogłosiła to nazajutrz po ogłoszeniu przez PKO BP zakupu aktywów Nordei, dziesiątego największego banku w Polsce. Dzięki tej transakcji PKO BP będzie kontrolował blisko 20% aktywów polskiej branży bankowej. Jak należy interpretować ten komunikat? Czy KNF chce „zabetonować” dominację PKO BP w branży? "Nadzór może nie chcieć, by w krótkim czasie następowały gwałtowne zmiany własnościowe, bo to powoduje wzrost ryzyka niestabilności" - twierdzi Jagiełło. "Od pewnego czasu zapowiadałem, że chcemy przejąć bank, który ma sieć placówek w aglomeracjach oraz utworzyć alians strategiczny z Pocztą Polską,  aby rozwijać usługi finansowe  w małych miastach. Pierwszy z tych celów zrealizujemy po przejęciu polskich aktywów banku Nordea, co da nam około 18% udziału w aktywach sektora. Nie myślimy jednak o większych udziałach w rynku, niż 20%. Przekraczając ten poziom musielibyśmy zbyt wiele energii poświęcać na utrzymanie efektywności tak ogromnej struktury".
       
      JAGIEŁŁO O BANKU POCZTOWYM. Jak pewnie pamiętacie, od wielu miesięcy PKO BP myśli o przejęciu Banku Pocztowego, w którym ma dziś mniejszościowe udziały. Sęk w tym, że strategia Poczty Polskiej, która ma w Banku Pocztowym pakiet kontrolny udziałów, zakłada rozbudowę usług finansowych. Poczta ma się rozwijać głównie dzięki paczkom, ale i ubezpieczeniom, kredytom, ROR-om i usługom związanym z obsługą finansową ludzi. Spór trwa o to, czy Poczta Polska ma pieniądze na rozwijanie własnego banku. Jagiełło zapowiada, że nie rezygnuje z planów przejęcia Banku Pocztowego "Straciliśmy już rok na bezowocne dyskusje. Jeśli Bank Pocztowy chce się rozwijać, to potrzebuje kapitału. Poczta Polska go nie zapewni, bo sama musi inwestować w swoją restrukturyzację. Czy Skarbowi Państwa potrzebne są udziały w kolejnym banku, który w dodatku będzie przypominał pocztę? Wierzę w mądrość Polaków, którzy będą potrafili się porozumieć.  Nie wykluczam, że gorsza sytuacja gospodarcza zmieni spojrzenie naszego pocztowego partnera na ten spór" - mówi Jagiełło. Prawdę pisząc, chyba ma rację grając na czas. Jeśli Poczta Polska chce finansować dalej Bank Pocztowy, to niewykluczone, że prędzej czy później będzie musiała zacząć pożyczać na to pieniądze. A wtedy rozlegnie się słyszalny na całą Polskę złośliwy rechot prezesa Jagiełły. Ten rechot mogą usłyszeć decydenci rządowi, od których pośrednio zależy prezes poczty.
       
      JAGIEŁŁO O EKSPANSJI ZAGRANICZNEJ. Jagiełło bez ogródek przyznaje, że rozgląda się za jakimś zakupem za granicą. Ale na pytanie czy warto obstawić u bukmachera zakup banku w Czechach odpowiada dość stanowczo, że nie. "Wciąż myślimy o rynkach sąsiednich, ale ekspansja zagraniczna to nie coś co "musimy zrobić". Szanujemy kapitał, bo to cenne aktywo, które trudno wypracować w czasie spowolnienia gospodarki. Jeśli pojawi się bardzo dobra okazja, to trzeba z niej skorzystać - nawet stając na palcach". Jagiełło nie chce powiedzieć ile pieniędzy byłby w stanie zmobilizować. "Są cztery źródła finansowania takiej ekspansji - zatrzymanie generowanego zysku (jesteśmy dochodowym bankiem), emisja długu podporządkowanego (mamy tu jeszcze rezerwy), podwyższanie kapitału (tu jesteśmy ograniczeni deklaracjami o zachowaniu 25% udziału Skarbu Państwa w akcjonariacie). Czwarta możliwość to alians z podmiotem krajowym lub międzynarodowym (jak np. Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju) i wspólne budowanie pozycji na rynku zagranicznym". A ukraiński Kredobank? Wygląda na to, że Jagiełło nie ma ochoty na to, by odpuścić tę inwestycję i zaksięgować potężne straty. "W dalszym ciągu aktualne jest zarówno kontynuowanie naszej inwestycji, połączenie jej z innym bankiem, jak i sprzedaż, ale ta ostatnia opcja to ostateczność".
       
      JAGIEŁŁO O NOWYM STANDARDZIE PŁATNOŚCI. Niedawno prezes PKO BP ogłosił sojusz z pięcioma innymi bankami w sprawie budowy nowego standardu płatności mobilnych. Rzecz prawdopodobnie będzie oparta na pomyśle IKO, którym PKO BP zaskoczył wszystkich kilka miesięcy temu. Wśród inicjatorów, których PKO BP zaprosił do budowy nowego standardu płatności mobilnych są wszystkie największe banki w Polsce, poza Bankiem Pekao. Czy Jagiełło wyobraża sobie budowanie nowego standardu bez drugiego największego banku w Polsce? "Pekao jest mile widziane jako uczestnik tego sojuszu. Nieważne czy będziemy budowali nowy standard płatności mobilnych w oparciu o PKO BP, czy też rozszerzony o elementy wymyślone przez naszego konkurenta. Ważne by osiągnąć efekt skali. Jeśli spotkamy się za rok i w sojuszu będzie nadal sześć banków, to powiem, że to porażka. Ale widzę szansę, żeby do końca 2014 r. co najmniej milion klientów banków korzystał z nowego standardu. Jeśli się  uda - masa krytyczna tego projektu zostanie przekroczona. Jeśli myślimy o dalszych krokach, to np. widzę możliwości  wykorzystania tego systemu do wnoszenia np. opłat publicznych (podatki, mandaty, itp.) bez dodatkowych prowizji. Byłoby to z korzyścią dla obywateli jak i ministra finansów". Trudno mi oprzeć się wrażeniu, ze prezes Jagiełło nie marzy wcale o dopuszczeniu do interesu Banku Pekao. Raczej chciałby zbudować na budowaniu nowego standardu płatności przewagę konkurencyjną nad bankiem, którym zarządza Luigi Lovaglio.
       
      JAGIEŁŁO O HIPOTEKACH. Komisja Nadzoru Finansowego przyjęła niedawno rekomendację, z której wynika, że w przyszłym roku banki nie będą mogły już udzielać kredytów hipotecznych bez wkładu własnego. Co o tym myśli prezes największego banku? "Kredyt hipoteczny to zobowiązanie na całe życie. Rozumiem potrzebę każdego do posiadania własnego mieszkania, ale jeśli kogoś na to nie stać, to taki kredyt zamiast być przyczyną radości z posiadania własnego M, może się stać udręką. (...) Zbyt łatwy dostęp do kredytów sprawił w przeszłości, że branża deweloperska rozrosła się do przesadnie dużych rozmiarów, pojawiły się nienormalne zwroty z kapitału. Wolę mniejszy, ale zdrowy, przewidywalny biznes. Jeśli jednocześnie uda się wykreować możliwość najmu mieszkań w dużych miastach, to zmniejszenie popytu na kredyt hipoteczny nie będzie dolegliwe dla Polaków. I to jest najważniejsze". A pomysł inwestowania przez Bank Gospodarstwa Krajowego w mieszkania na wynajem? Czy spowoduje, że deweloperzy się ucieszą, iż za pieniądze podatników państwowy bank odkupi od nich chłam, którego nikt nie chciał kupić? "Każdy pomysł, który może przyczynić się do wzrostu gospodarczego jest dobry. Zwiększenie dostępności mieszkań na wynajem to szansa dla osób, które mogłyby znaleźć pracę w aglomeracji, ale nie stać ich na własne lokum, więc nie są mobilne".

      JAGIEŁŁO O KREDYTOWEJ AWANTURZE Z LOVAGLIO. W zeszłym roku prezes PKO BP poróżnił się z prezesem Luigim Lovaglio w sprawie kredytowania polskich firm. Lovaglio uważał, że nie można bez końca iść na rękę przedsiębiorcy, który wciąż nie dotrzymuje słowa, a Jagiełło był gotów dalej dosypywać pieniędzy, zwiększając jedynie swoje zabezpieczenia. Co z perspektywy roku mówi o tym prezes Jagiełło? Cóż, uważa, że to on miał rację, choć płaci za tę rację dużo wyższymi odpisami na złe kredyty i przekraczającym 9% poziomem kredytów przeterminowanych. "Zgadzam się z prezesem Lovaglio, że nasz wpływ na tempo wzrostu gospodarczego jest ograniczony. Ale możemy wiele zrobić działając razem z przemysłem i z politykami. Niewykluczone, że każdy z nas z osobna trochę straci, żebyśmy wszyscy mogli zyskać. Z punktu widzenia kredytobiorcy ważne jest by firma wróciła na ścieżkę wzrostu, co oznacza czasem, że warto razem przetrwać burzę. Przesuwając spłatę kredytu, czy umarzając część odsetek utrzymujemy przedsiębiorcę przy życiu. Nadal będzie płacił podatki, z których można finansować różne przedsięwzięcia np. infrastrukturalne, nadal będzie dawał pracę ludziom, którzy spłacają kredyty. Interes akcjonariusza to przede wszystkim stabilne zyski, a nie zyski jak największe w krótkim terminie". 

      JAGIEŁŁO PROGNOZACH WYNIKÓW PKO BP. Analitycy spodziewają się dość solidnego spadku zysku netto PKO BP w tym i kolejnych latach. Z jednej strony kończą się rezerwy proste (pierwsze dwa lata swoich rządów w PKO prezes Jagiełło spędził na "sprzątaniu" i zwiększaniu efektywności działania poszczególnych części banku), z drugiej - bank cierpi z powodu swojej "miękkości" kredytowej w rozmowach z dużymi polskimi firmami. A z trzeciej - uderzają w jego wyniki, tak samo, jak w wyniki konkurentów, niskie stopy procentowe. To z tego powodu prawdopodobnie powstał w PKO BP pomysł ofensywy, która ma sprawić, że pracownicy będą aktywniej sprzedawać klientowm nowe produkty. Osobiście jestem sceptyczny co do hipotezy, że da się zwiększyć "uproduktowienie" klientów przy zachowaniu wzrostu ich liczby (bo na razie PKO BP udaje się netto pozyskiwać klientów). "W ostatnich latach pokazaliśmy, że potrafimy wypracować zwrot z kapitału na poziomie 16%. W latach 2013-2015 chcielibyśmy wypracować 13-15% zwrotu z kapitału. Celu zwrotu z kapitału  nie rewidujemy. Spadek zyskowności  banków jest problemem całego sektora. Nadal jednak zwrot z kapitału prezentowany przez PKO jest lepszy niż w wielu innych bankach" - pręży muskuły Jagiełło. Czy nie przesadza z optymizmem? Oceńcie sami.

      JAGIEŁŁO O OFE. Zapytałem prezesa PKO BP także o sprawy najwyższej wagi: "Po której stronie staje pan w sporze o OFE? Czy rację ma minister Rostowski, który twierdzi, że OFE są szkodliwe do Polski, bo powodują wzrost zadłużenia kraju, czy też Leszek Balcerowicz, który przestrzega przed skokiem rządu na oszczędności przyszłych emerytów?". Prezes zafrasował się, zmarszczył brew, potem drugą i... powiedział: "Im więcej będzie w OFE naszych pieniędzy, tym lepiej, bo to nasza polisa na przyszłość. Okupujemy to jednak zaciąganiem długu, który zaczyna coraz bardziej boleć. Z drugiej strony nie ma społecznej akceptacji dla obniżenia aktualnych świadczeń emerytalnych,  cięcia wydatków socjalnych, czy zmniejszenia zatrudnienia w administracji publicznej.  A przecież nie można jednocześnie zaciągać zobowiązań, aby oszczędzać na przyszłość i utrzymywać znaczne bieżące wydatki socjalne. Na to nas zwyczajnie nie stać. (...) Nie jestem zwolennikiem rozwiązań zero-jedynkowych. Potrzeba kompromisu po obu stronach. Jeśli nie stać nas na wysokie składki do OFE,  to nie stać nas też na nadmierne wydatki socjalne. Ten problem nie jest czarno-biały. Przyszłe świadczenia z  OFE czy też z ZUS-u zależą od bieżącego i przyszłego stanu polskiej gospodarki i od tego jak wyglądają finanse publiczne. To nie są dwa rozłączne zagadnienia, jak niektórzy próbują to przedstawić".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Kredyt mieszkaniowy bez wkładu własnego to zło? Brutalna szczerość prezesa”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 31 lipca 2013 14:31
    • Nowy pomysł polityków na walkę z lichwą. Firmy chwilówkowe w drgawkach?

      Pojawia się coraz więcej pomysłów na walkę z lichwą. Najnowszy ogłosiło we wtorek Prawo i Sprawiedliwość. Koncept największej partii opozycyjnej, która zresztą ma spore szanse przejąć w ciągu kilku lat władzę w Polsce, jest następujący: trzeba napisać ustawę, że okołoodsetkowe koszty pożyczki pozabankowej nie mogą przekroczyć 44% w skali roku. Ponieważ kosztów odsetkowych, zarówno w bankach, jak i w instytucjach pożyczkowych, dotyczy istniejący już próg antylichwiarski w postaci czterokrotności stopy lombardowej NBP - obecnie owa czterokrotność wynosi 16% - to w sumie mielibyśmy próg ceny pożyczki na poziomie 60% w skali roku. PiS dodatkowo chce, by wysokość progu lichwy była uzależniona od okresu pożyczki. Bazowy limit kosztów okołoodsetkowych wynosiłby 5%, a do niego doliczano by 0,75% za każdy kolejny tydzień. Tygodni w roku jest 52, więc jeśli dobrze rozumiem ten pomysł, to np. dla miesięcznej chwilówki oprocentowanie mogłoby wynosić 1,33%, a do tego 8% opłat - w sumie lekko ponad 9% kosztów łącznych. Pożyczam 500 zł, oddaję za miesiąc 545 zł. No i jak Wam się podoba taka walka z lichwą?

      Od kilku miesięcy krąży po ministerstwach nieco podobny pomysł, zarekomendowany rządowi przez Komitet Stabilności Finansowej. Idzie w nim o to,  żeby wprowadzić limit na RRSO, czyli Roczną Rzeczywistą Stopę Oprocentowania. Koncept ten wziął się stąd, że RRSO uwzględnia nie tylko oprocentowanie, ale i wszystkie koszty okołokredytowe, a nawet wartość pieniądza w czasie! Mówi się, że w ramach nowej ustawy antylichwiarskiej RRSO żadnej pożyczki nie mogłoby przekraczać 10-krotności stawki lombardowej NBP, czyli obecnie 40%. To dość drakońskie ograniczenie, bo w przypadku rocznej pożyczki na 1000 zł już przy oprocentowaniu nominalnym wynoszącym 15% i prowizji 100 zł, RRSO wychodzi na poziomie 41%. Takie ograniczenie z definicji wyrzuciłoby z rynku wszystkie firmy chwilówkowe, typu Wonga, czy Vivus, bo u nich RRSO wynosi nawet 3000% w skali roku. Pożyczając w takiej firmie 100 zł za miesiąc trzeba oddać już 130 zł. Uzależniania progu lichwy od RRSO nie popiera jednak nawet Komisja Nadzoru Finansowego, a pomysł PiS na jego tle wygląda niemal na liberalny ;-).

      Skąd się biorą kolejne pomysły na walkę z lichwą? Ano z tego, że niby mamy przepisy, które administracyjnie ograniczają koszty kredytów i pożyczek, ale są one dziurawe, jak szwajcarski ser. Owszem, oprocentowanie nominalne kredytu lub pożyczki nie może przekroczyć czterokrotności NBP-owskiego lombardu, a przez jakiś czas obowiązywał też 5%-owy limit na prowizje i inne koszty, lecz go zniesiono, bo wszyscy omijali go, dorzucając do kredytów i pożyczek obowiązkowe ubezpieczenia (te do limitu 5% się nie liczyły). Z lichwą ewidentnie coś trzeba zrobić, ale ograniczanie administracyjne oprocentowania nic nie da, bo cały przemysł pożyczkowy zejdzie po prostu do szarej strefy. Ludzie nie przestaną potrzebować pieniędzy i znajdą sposób, żeby je dostać. Koncepcja PiS, żeby ograniczyć "pozaodsetkowe koszty kredytu" zabija wręcz naiwnością. Przecież wiadomo, że firmy natychmiast wprowadzą np. opłatę za dostarczenie razem z pożyczką kwiatka dla pani domu. Nie będzie to pozaodsetkowy koszt kredytu, tylko opłata za kwiatek. 

      Trzy dziewice orleańskie i zły Samcik. Rzecz o odpowiedzialnym pożyczaniu

      Uważam, że najlepszym patentem na walkę z lichwą byłaby... dobra ustawa o upadłości konsumenckiej. Dobra to nie znaczy taka jak w USA, gdzie upadłość ogłasza każdy, komu nie chce się już spłacać pożyczki. Ale też nie taka, jak w Polsce, która po pierwsze ogranicza dostęp do upadłości do tych, którzy nic-a-nic w życiu nie zawinili, a po drugie puszcza ludzi w skarpetkach. Tylko samobójca będzie brnął w ogłaszanie upadłości konsumenckiej, skoro i tak wierzyciele mogą mu wszystko zabrać. Trzeba wprowadzić taką ustawę, która ułatwi dostęp do prywatnego bankructwa, a także - pod pewnymi warunkami - umożliwi upadającej osobie ubieganie się o redukcję zadłużenia. To, czego nam brakuje w Polsce, to odpowiedzialne pożyczanie. Odpowiedzialne nie tylko od strony klienta, ale i instytucji finansowej. Dopóki bank lub firma pożyczkowa wiedzą, że mogą ściągać długi do skutku, jak nie z dłużnika to z jego spadkobierców, będą chętnie "hodowały" sobie dłużników. Ale jeśli będą wiedziały, że dłużnik może ogłosić niewypłacalność, a sąd - zgodzić się na redukcję długu - trzy razy zastanowią się zanim pożyczą komuś pieniądze. I o to chodzi.

      Bo problem nadmiernego zadłużenia, owszem, wynika często z bezmyślności ludzi, ale wynika też zawsze - bez wyjątku - z wyrachowanej chciwości finansisów, wzmocnionej poczuciem "bezkarności". Bezwzględne - jeśli trzeba - odzyskiwanie długów z odsetkami i odsetkami od odsetek, do ostatniego grosza, nie może być gwarantowanym prawem banku, który nie dołożył staranności przy pożyczaniu pieniędzy. Chciałbym, żeby politycy - ci z lewa i z prawa - zajęli się upadłością konsumencką. Jak napiszą dobrą ustawę, to problem lichwy będzie nam dolegał znacznie mniej, niż dziś.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (28) Pokaż komentarze do wpisu „Nowy pomysł polityków na walkę z lichwą. Firmy chwilówkowe w drgawkach?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 31 lipca 2013 00:04
  • wtorek, 30 lipca 2013
    • Karta kredytowa to zło? Nie, jeśli przerobić ją na... tanią pożyczkę gotówkową

      Rekordowo niskie stopy procentowe powodują, że banki muszą coraz bardziej się spinać w ofertach kredytów gotówkowych, by nie przebić z oprocentowaniem magicznego poziomu 16%. Zgodnie z ustawą antylichwiarską bankowe odsetki od kredytów nie mogą bowiem przekroczyć czterech stawek NBP-owskiej stopy lombardowej, a ta wynosi obecnie 4%. Oczywiście nie ma najmniejszych szans, by kredyt na 16% w skali roku okazał się dla banku rentowny przy kosztach pozyskiwania pieniądza na poziomie 3-3,5% (średnie oprocentowanie depozytów tudzież WIBOR) oraz po uwzględnieniu faktu, iż średnio 18% kredytów ma opóźnienie w spłacie rat (i przygniatająca większość z nich, po wstępnych, nieudanych próbach windykacji, zostanie sprzedana do funduszy sekurytyzacyjnych za 5-10% wartości nominalnej). Przy stawce oprocentowania rzędu 16% w skali roku bank może sobie pozwolić na pożyczenie pieniędzy co najwyżej stałemu klientowi, mającemu z tym bankiem relację: ROR, dochody, kartę, transakcje. A więc mało ryzykownemu i przewidywalnemu. Jak się chce pożyczyć klientowi z ulicy. to... trzeba kombinować. Dlatego, jeśli dziś poszlibyście po pożyczkę gotówkową do oddziału jakiegokolwiek banku, to na pewno nie wyjdziecie tylko z gotówką. Nie ma opcji, albo Was "ubiorą" w dodatkowe produkty, albo wyrzucą przez okno. Ewentualnie wyrzucą przez okno pracownika, który zapomniał Was grubo "ubrać".

      Można powiedzieć, że jest to pewien efekt uboczny ustawy antylichwiarskiej (bo banki nie mogą zarabiać "oficjalnie"), ale też nie sądzę, by - nawet z braku ustawy antylichwiarskiej - jakaś instytucja finansowa chciała tak otwarcie komunikować stawki oprocentowania pożyczek dla zewnętrznych klientów na poziomie 25-30% w skali roku (bo tak jest ostatecznie skalkulowana "wyciskarka", która ma powodować, że zyski z każdego kredytu gotówkowego są znacznie wyższe, niż oficjalne oprocentowanie). Testowałem ostatnio serwis Proferto.pl, w którym można wystawiać swoje potrzeby finansowe na licytację. Recenzję tej nowinki czytaliście już w blogu, ale postanowiłem zobaczyć jak to "chodzi" w praktyce. Choć podałem dość wysokie dane o dochodach, niskie o zadłużeniu i nie wyraziłem zbyt podkręconych potrzeb finansowych (raptem 10.000 zł na rok) dostałem ledwie... trzy oferty. O moje względy postanowiły zawalczyć Alior Bank, Multibank i Deutsche Bank. Trzy z jedenastu biorących udział w systemie! Żaden, powtarzam, żaden z banków nie zdecydował się na "gołą" pożyczkę, chociaż o taką właśnie wnioskowałem. Alior pożyczy razem z kartą kredytową i ubezpieczeniem na życie, a Multibank i Deutsche Bank chciały, żebym założył u nich ROR (płatny jeśli bez dochodów) i po jednym produkcie dodatkowym (ubezpieczenie spłaty, karta kredytowa).

      Rozczarowujące? A jakże. Jeśli licytacja pożyczki dla naprawdę dobrego klienta wśród 11 banków doprowadza do sytuacji, w której zostają złożone tylko trzy oferty i żadna z nich nie jest satysfakcjonująca (przynajmniej w sensie braku cross-sellu), to nie jest dobrze. Gwoli kronikarskiej dokładności ujawnię, że wygrał Alior Bank, oferując - jako jedyny - kredyt bez prowizji. Oprocentowanie 12% (czyli WIBOR plus 9,3% marży), rata 922 zł. W Multibanku proponowali 13%, czyli ratę 958 zł, a do tego 500 zł prowizji, a w Deutsche Banku - 15% z prowizją 250 zł. Ta sytuacja nie wróży najlepiej przyszłości Proferto.pl, bo widać, że koncepcja, by banki biły się na śmierć i życie o względy dobrego klienta, nie wytrzymuje konfrontacji z realiami rynkowymi, w których banki ochoty na bijatykę raczej nie mają. Być może sytuacja byłaby nieco lepsza, gdybym wystartował w "konkursie" o kredyt hipoteczny. Tu do ugrania jest wieloletnia relacja i nieco większe dochody dla banku w skali całego okresu trwania umowy, więc może dałoby się wciągnąć do gry więcej, niż trzy instytucje finansowe. Choć nie łudzę się, że jakakolwiek wystawiłaby ofertę w której byłaby tylko "goła" prowizja za udzielenie kredytu oraz marża ponad stawkę WIBOR.

      No, ale wracając do naszych baranów, czyli kredytów gotówkowych: Skoro nie da się w banku wziąć kredytu gotówkowego, który nie byłby boleśnie "obstawiony" innymi produktami finansowymi, to może... przerobić na kredyt gotówkowy zwykłą kartę kredytową? Jeden z moich czytelników, pan Paweł, podrzucił mi taką właśnie koncepcję. Otóż bierzemy z banku kartę kredytową. Oprocentowanie takiej karty nie ma prawa przekraczać limitu wynikającego z ustawy antylichwiarskiej, czyli 16%. Ale jeśli dobrze poszukamy, znajdziemy kartę w promocji, z oprocentowaniem 11-12% (wystarczy, że zgodzimy się na przeniesienie zadłużenia z innej karty). Ponieważ karty nie będziemy używać, więc trzeba od razu uwzględnić jakieś 40 zł rocznej opłaty za posiadanie plastiku (gdybyśmy robili kartą zakupy w sklepie, tej prowizji by zapewne nie było). Ponieważ chcemy "przerobić" naszą "kredytówkę" na pożyczkę gotówkową, to idziemy do bankomatu i wypłacamy cały limit karty w gotówce. Prowizja wynosi kilkadziesiąt złotych, ale też wliczamy ją w koszty zabawy. A potem co miesiąc spłacamy po 10% wartości "pożyczki", wpłacając pieniądze na rachunek karty. Po roku (lub nawet wcześniej) kartę mamy spłaconą. Pan Paweł wylicza, że przy limicie 6000 zł, promocyjnym oprocentowaniu karty (np. rzeczone 11-12% w pierwszym roku), po uwzględnieniu opłaty za kartę i za transakcję w bankomacie - wyjdzie 15-16% kosztów w skali roku (RRSO). Dość tania pożyczka gotówkowa i to bez żadnych produktów dodatkowych. ;-).  Co o tym myślicie?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Karta kredytowa to zło? Nie, jeśli przerobić ją na... tanią pożyczkę gotówkową”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 lipca 2013 14:09
  • poniedziałek, 29 lipca 2013
    • To nie żart: można stracić na lokacie bankowej połowę pieniędzy. Jakie wnioski?

      Lokata bankowa bardziej ryzykowna, niż fundusz inwestycyjny? Cóż, w zasadzie to herezja, ale patrząc na to, co dzieje się właśnie na Cyprze, można się zastanawiać: czy aby na pewno herezja? Cypryjski rząd wraz z unijną Troiką uzgodnili właśnie, że posiadacze depozytów w dwóch cypryjskich bankach - Laiki i Bank of Cyprus - zostaną "opodatkowani" stawką 47,5%. Tyle wyniesie redukcja wartości ich depozytów przekraczających 100.000 euro. Uzyskane w ten sposób pieniądze pójdą na dokapitalizowanie cypryjskich banków. Czyli pieniądze dużych klientów po prostu zostaną w księgach rachunkowych banku przesunięte do pozycji "kapitał własny". Te 47,5% to znacznie więcej, niż się spodziewano do tej pory. Początkowe plany mówiły o konfiskacie najwyżej 10% depozytów (choć ten pomysł dotyczył, zdaje się, wszystkich depozytów). Banki na Cyprze zawsze płaciły za depozyty lepiej, niż te w Europie Zachodniej, ale chyba ci, którzy się skusili, nie sądzili, że aż tak ryzykują. Sprawdziłem co trzeba było zrobić, żeby stracić takie pieniądze w funduszach inwestycyjnych. Wbrew pozorom utopić połowę kasy nie było łatwo, oj nie było. Fatalny fundusz Arka Nieruchomości "zdołał" skasować nędzne 25% pieniędzy klientów i to w ciągu dwóch lat. Skarbiec Nieruchomości też nie dał rady - tylko 32% w dół. Black Rock inwestujący w dolarach w indyjskie spółki? Jedynie 25% strat. Szukamy dalej.

      HSBC Indian Equity w dolarach nawet nie umywa się do cypryjskiego banku - żałosne 35% strat w dwa lata. Fundusz HSBC akcji rosyjskich - też minus 35%. Noble Fund Arfica - nudy,  35% "w plecy". Fundusze hedgingowe Superfund mimo najlepszych chęci nie doskoczyły - minus 30-35% w dwa lata, w zależności od mutacji funduszu. Szukając równie złych inwestycji, jak cypryjska lokata bankowa zawędrowałem aż na rynek złota. Black Rock World Gold, fundusz inwestujący w kopalnie złota, może się pochwalić w ciągu ostatnich dwóch lat stratami podobnymi do tych z banku na słonecznej wyspie - 48,9% "w plecy" (mutacja rozliczana w dolarach - nawet 53,5%). Radę dali nieudacznicy zarządzający funduszami Idea - fundusz akcji utopił 65%, a surowcowy - 62% w dwa lata. Fundusz zamknięty Investor FiZ, inwestujący we wszystko co się da, "przekręcił" 64% pieniędzy i jemu też udało się pobić cypryjskie banki. Chłopaki zarządzający funduszem KBC Dolar się spięli i w ciągu roku skasowali 71% pieniędzy swoich klientów. Jak się mówi po cypryjsku "gratulujemy"? Opera Universa Plus rzutem na taśmę pokazał cypryjskim bankom jak zrobić klientów na szaro - minus 48% w ciągu roku. Szacuneczek. Wniosek jest niewesoły: wśród Was tylko absolutni pechowcy, niemoty lub nieudacznicy mogli stracić w funduszach więcej, niż klienci cypryjskich banków.

      Policzyli ile pieniędzy trzeba skonfiskować, żeby Europa wyszła z długów

      Trzeba więc powiedzieć sobie szczerze i otwarcie - posiadaczy lokat na Cyprze, nawet jeśli mówimy tylko o "grubych rybach" z Rosji, cwaniakach, przekręciarzach i praczach brudnych pieniędzy, do których każdy przyzwoity człowiek musi czuć wyłącznie obrzydzenie, spotkała wyjątkowo surowa kara. Kara za chciwość. Pragnę wszakże sformułować wniosek bardziej ogólny. Losy cypryjskich oszczędności - przynajmniej tych powyżej 100.000 euro - pokazują, że czasy, kiedy lokatę bankową bezwarunkowo można było zaliczyć do bezpiecznych form oszczędzania, przeszły do historii. Dziś nie ma już miejsca, w którym oszczędności są absolutnie bezpieczne. Padły ostatnie bastiony: złoto potrafi być żałośnie tanie, dolar przestał być "twardą" walutą, a w banku można stracić połowę pieniędzy, trzymając je na zwykłej lokacie. O obligacjach rządowych, nawet tych mających rating rzędu AAA, już nawet nie wspominam, bo ratingi już przestały mieć jakikolwiek związek z gwarancją bezpieczeństwa pieniędzy. Pytanie brzmi: jak to wszystko wpłynie na skłonność ludzi do oszczędzania, gromadzenia pieniędzy?  To, co dzieje się na Cyprze, to jest kradzież w majestacie prawa, więc wpływ nie może być dobry.

      Choć trzeba pamiętać o dwóch "okolicznościach łagodzących". Po pierwsze, na razie grabież dotyczy tylko tych, którzy lokują w bankach bardzo wysokie kwoty (choć kto zagwarantuje, że kiedyś jakaś Troika nie sięgnie po pieniądze wszystkich deponentów bankrutującego banku?). Po drugie na szali jest "standardowa" akcja ratunkowa, czyli pokrycie strat banków pieniędzmi podatników. Może bardziej sprawiedliwie jest, że za kłopoty banków płacą deponenci, niż gdyby mieli płacić wszyscy podatnicy? Choć grabież nigdy nie jest dobra, to z tej akurat grabieży wynika jedna pozytywna rzecz. Otóż będziemy musieli bardziej myśleć przy lokowaniu pieniędzy. To, że jakiś bank świetnie płaci za lokaty, nie oznacza, że trzeba tak od razu włożyć pieniądze. Nauczyliśmy się już tego - boleśnie - w odniesieniu do parabanków (na przykładzie Finroyal, Amber Gold i kilku innych firm), a teraz czas te same zasady przystosować do lokowania w bankach.  Nie ma banku, w którym pieniądze są w 100% bezpieczne. Nawet jeśli dziś politycy obiecują, że gwarancje depozytów poniżej 100.000 euro są święte. Jeszcze kilka lat temu to samo mówili o wszystkich depozytach. To my, posiadacze oszczędności, musimy oszacować w którym bankzu ryzyko tego, że naszymi pieniędzmi będzie trzeba ratować bankruta jest mniejsze, a w którym większe. 

      "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH" NA FACEBOOKU I TWITTERZE. Teksty, które czytacie w blogu to tylko część spostrzeżeń o finansach osobistych, które każdego dnia powstają pod marką "Subiektywnie o finansach". Na stronie blogu w Facebooku (prawie 18.000 fanów) codziennie znajdziecie liczne ciekawostki i zapiski na marginesie blogonotek. Od niedawna blog ma także swoją stronę na Twitterze (ok. 900 followersów). Jeśli chcecie ze mną podyskutować, pokłócić się, bądź tylko delikatnie się nie zgodzić, to za pomocą Facebooka i Twittera będzie to zdecydowanie najłatwiejsze. Tych, którzy wolą kłócić się przez tradycyjny e-mail zapraszam na maciej.samcik (at) gazeta.pl 

      Subiektywnie Facebook

      CO KWARTAŁ MILION WASZYCH KLIKNIĘĆ! W ostatnim dniu marca 2013 r. blog "Subiektywnie o finansach" obchodził czterolecie swojego istnienia. W tym czasie (1459 dni, licząc soboty, niedziele i święta) w blogu ukazało się 1615 wpisów - czyli średnio więcej, niż jeden dziennie. Kliknęliście je 15.481.000 razy. Ale blog nie zwalnia tempa. I czytelnicy też nie zwalniają. W drugim kwartale 2013 r. liczba odsłon blogu przekroczyła 1.118.000, zaś liczba unikalnych użytkowników - 365.000. Blog ma też prawie 18.000 fanów w Facebooku, prawie 1000 osób śledzi go na Twitterze. Dziękuję Wam, drodzy Czytelnicy, serdecznie i proszę o jeszcze! 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (29) Pokaż komentarze do wpisu „To nie żart: można stracić na lokacie bankowej połowę pieniędzy. Jakie wnioski?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 lipca 2013 23:01
    • Kolekcjonowanie monet trafi pod strzechy? NBP ma rewolucyjny pomysł. Za 5 zł

      Zbieraliście kiedyś namiętnie znaczki pocztowe, kapsle, pocztówki? W NBP mają nowy pomysł na to, żebyście zaczęli zbierać też monety. Niekoniecznie złote, niekoniecznie srebrne, ale koniecznie nasze, polskie, biało-czerwone! Pewnie wśród czytelników blogu jest kilku kolekcjonerów (nawet nie "pewnie", lecz "na pewno", bo regularnie do mnie piszą), lecz mimo wszystko jest to rozrywka niszowa, zarezerwowana dla najwyżej 30.000 zapaleńców. Cóż to za pomysł, by kolekcjonowanie monet trafiło pod strzechy?  Nie, nie chodzi o zrównanie z ziemią systemu aukcyjnego "Kolekcjoner", na który narzeka wielu zbieraczy monet (o tym za chwilę). Pomysł jest dużo prostszy. Otóż w przyszłym roku NBP przestanie bić okolicznościowe 2-złotówki, które do tej pory można było kupić tylko w oddziałach banku lub w sklepach. Bite są one w stopie nordic gold w kilkunastu odmianach tematycznych rocznie, w ogromnych nakładach - każdy nowy temat to 800.000 monet. Sęk w tym, że 2-złotówki, choć są prawnym środkiem płatniczym, nie mają tzw. standardu obiegowego - inna waga, stop i wielkość, niż w przypadku "zwykłych" monet sprawia, że nie wszędzie można nimi zapłacić, nie przyjmie ich też żaden wpłatomat, ani parkonetr.

      2zł okolicznościowe NBP

      Więc jak ktoś nie zbiera monet, to miał małe szanse, by się z taką "dziwną" 2-złotówką zetknąć. Teraz będzie inaczej. ma się zetknąć i zachwycić. Jak to zrobić? Zamiast 2-złotówek będą 5-złotówki wybite w tzw. standardzie obiegowym. Standard obiegowy oznacza, że będą to bardzo podobne monety do klasycznych 5-złotówek. Jedyna różnica polega na tym, że zarówno napis "5 zł" jak i orzełek będą wybite na jednej stronie - druga będzie zarezerwowana na okolicznościowy temat. Standard obiegowy oznacza, że nowe okolicznościowe 5-złotówki będzie można otrzymać w parkometrach, bankach, na poczcie. Choć z drugiej strony będą swego rodzaju "dobrem luksusowym" - będzie ich znacznie mniej, niż bije się obecnie okolicznościowych 2-złotówek. Emisje będą tylko dwa razy w roku i będą liczyły po 1,2 mln sztuk. Cała seria będzie liczyła 16 różnych monet, co oznacza, że uzbieranie całej kolekcji zajmie osiem lat. Temat całej serii brzmi "Odkryj Polskę", co oznacza, że na kolejnych monetach będą przedstawione różne rejony Polski.

      Czytaj też: Nieuczciwi sprzedawcy monet kontra NBP. Bolesna kontra

      No i jak Wam się podoba? Według NBP ta zmiana daje szansę, że w Polsce przybędzie mnóstwo kolekcjonerów monet. Bo dziś, aby kupić monetę kolekcjonerską - czy to srebrną lub złotą, czy też np. 2-złotówkę okolicznościową - trzeba iść do fachowego sklepu albo do oddziału NBP. A okolicznościowe 5-złotówki będą wpadały nam do portfeli mimochodem. Jak wiadomo, okazja czyni... kolekcjonera. Więc jak ktoś już będzie miał w ręku jedną piękną 5-złotówkę, to może zachowa ją i za pół roku spróbuje znaleźć kolejną. I zacznie interesować się innymi "wyrobami" NBP. W banku doszli zresztą do wniosku, że tak, jak za dużo jest "udziwnionych" okolicznościowych 2-złotówek, tak też w przeszłości przesadzano z emisjami innych monet, srebrnych i złotych. Od tego roku emisji będzie mniej, tematów też, zamiast 12.700 złotych monet NBP wybije tylko 9.500, srebrnych będzie nie 390.000, jak w zeszłym roku, a tylko 345.000. Będzie więcej akcentów "narodowych", jak np. zaczynająca się już w tym roku 24-monetowa seria "Historia monety polskiej". Pierwsza moneta - denar Bolesława Chrobrego - już się ukazała. Wkrótce będzie wybita kolejna, na przyszły rok planowane są trzy następne.  Po raz pierwszy w historii zostanie wyemitowany, w nakładzie 30.000 egzemplarzy, banknot polimerowy. I komplet dwóch monet z okazji 600-lecia stosunków polsko-tureckich (jedną monetę wybije NBP, a drugą mennica turecka). Będzie też moneta z Janem Karskim, okraszona... mikrodrukiem

      To, że NBP stawia na jakość i chce zachęcić do kolekcjonowania monet tych Polaków, którzy nigdy nawet nie widzieli okolicznościowej monety, to świetnie. Pytanie brzmi: czy ci zachęceni Polacy za chwilę się nie zniechęcą, kiedy - chcąc kupić kolejne monety do kolekcji - będą musieli skorzystać z aukcyjnego systemu "Kolekcjoner". Polega on na tym, że na każdą monetę trzeba się "zapisać" przez internet, a ostateczna cena zależy od zainteresowania. Zapisując się nigdy nie wiesz po ile daną monetę kupisz i czy się w ogóle załapiesz. Wygląda to na pierwszy rzut oka tak, jak powinno wyglądać w gospodarce rynkowej, kłopot w tym, że kolekcjonerzy oskarżają NBP o to, że za pomocą "Kolekcjonera" winduje ceny monet do niebotycznych granic i żeruje na kieszeniach miłośników numizmatyki.  A kiedy popytu brakuje - po prostu ustala cenę tak wysoko, że... sam ma problemy ze sprzedaniem wybitych przez siebie monet. Przykłady? Niedawno (w maju) NBP wyemitował drugą monetę z serii "Skarby Stanisława Augusta" pt. Wacław II Czeski. NBP podał w komunikacie, że złota moneta osiągnęła cenę 12.600 zł., a srebrna 515 zł. O ile w przypadku monety srebrnej rzeczywiście nastąpiło podbicie ceny (bo wywoławcza wynosiła 400 zł), o tyle cena wyjściowa złotej monety była dokładnie taka, jak emisyjna. Zdaniem moich czytelników: zawyżona. Wacław II Czeski zawyżony wygląda tak: 

      Wacław II Czeski NBP

      Skandal numizmatyczny? Wielka awantura o kangura. "NBP jak sepkulant"

      "Cena za dwie uncje złota zawarte w tej monecie to 12.600 zł.,gdy cena  jednej uncji złota wynosiła wtedy 1.372 dol., co dawało przy ówczesnym kursie "zielonego" wartość złota w tej monecie na poziomie ok. 8.870 zł. Bank zastosował cenę zaporową, w której ustalił wartość jednej uncji złota na ponad 2.000 dol. Kto kupi monetę, w której wartość kruszcu jest wyższa o ponad 42% od ceny rynkowej? W okienkach numizmatycznych w oddziałach NBP zalega coraz więcej monet srebrnych jak i złotych" - pisał do mnie niedawno rozgoryczony kolekcjoner, pan Andrzej. I podaje przykład pazerności banku centralnego. "W kwietniu 2011 r. NBP wypuścił trzyuncjową monetę pt. Jan Paweł II o nominale 1.000 zł., którą wybito w nakładzie 500 sztuk. Cena wyjściowa tej monety była o 15% wyższa, niż wartość złota w niej zawartego. Dodatkowo warto zauważyć, że moneta pt. Wacław II Czeski, której cena wyjściowa przekraczała wartość zawartego w monecie złota o 42%, była bita stemplem zwykłym, a Jan Paweł II -  lustrzanym, o wiele bardziej technologiczne skomplikowanym i ok. o 30 % droższym)". Zdaniem mojego czytelnika, to wygląda na politykę "dojenia" kolekcjonerów.

      Według NBP tu nie chodzi o żadną spekulację: "Cena złota jest tylko jednym z elementów kosztów produkcji monet, oprócz nich kalkulując cenę wywoławczą NBP uwzględnia koszty produkcji krążków oraz bicia monet, a także koszty własne sprzedaży. Są one w przypadku tak rekordowo niskiego nakładu, przypomnę że wyniósł on 750 szt. oraz tak wymagającej technologicznie monety jak Wacław II Czeski znacznie wyższe od przeciętnych kosztów emisji monet. W przypadku tej monety wyniki sprzedaży są zadowalające. Na popyt miała wpływ ogólna sytuacja na rynku złota -  spadek ceny kruszcu schłodził zapewne zapały drobnych i średnich inwestorów. Z naszego punktu widzenia jest to raczej inwestycja typu art banking i tak należy do niej podchodzić" - tłumaczą w NBP. Nie da się jednak ukryć, że drożyzna "monetowa" może nie przysporzyć narodowemu bankowi fanów i jeśli nic w sferze polityki sprzedażowej się nie zmieni, to będzie trudno sprawić, by numizmatyka trafiła pod strzechy. Tym bardziej, że takich wpadek było w ostatnim czasie więcej - w blogu opisywałem wielką awanturę o NBP-owskiego kangura, który w Polsce był znacznie droższy, niż w Australii, a przez jakiś czas bardziej opłacało się tę monetę sprowadzać z drugiego końca świata, niż kupować w NBP.

      Być może do wymiany jest nie tylko polityka cenowa NBP na rynku numizmatycznym, ale i sam system aukcyjny "Kolekcjoner". Nie dość, że chodzi to-to jak traktor i bynajmniej nie jest user-friendly, to jeszcze NBP, sprzedając monety na aukcjach, naraża się na zarzuty, że ma za duży wpływ na ceny. Gdyby "wypuścił" dystrybucję do innych sieci, to pewnie ceny najbardziej atrakcyjnych monet nie byłyby niższe, ale przynajmniej nie byłoby monopolu na rynku pierwotnym. Jakiś czas temu w sprawie "Kolekcjonera" napisał do mnie pan Marcin. "Skuszony ofertą NBP, który inaugurował nową serię srebrnych monet "Historia Polskiej Monety" założyłem konto w serwisie. Zrobiłem to na dzień przed rozpoczęciem sprzedaży. I już od rana czekałem niecierpliwie na rozpoczęcie sprzedaży. Dokładnie o godzinie 8:00 rzeczona moneta - Denar Bolesława Chrobrego - pojawiła się jako dostępna. Dodałem ją do koszyka, przeszedłem dalej do finalizowania transakcji i od tego momentu się zaczęło. Otóż najpierw system wyświetlił błąd, który skutkował tym, że musiałem rozpocząć operacje od nowa. O godzinie 8:03 znalazłem się znów w sklepie (strona działała, ale wolno) i znów  spróbowałem dodać wymarzoną monetę do koszyka. Tym razem błąd nastąpił już na etapie koszyka.

      Do godziny 8:28 próbowałem dodać monetę do koszyka jeszcze cztery razy - za każdym razem kończyło się to błędem, po którym musiałem logować się do systemu ponownie. Po każdorazowym kolejnym zalogowaniu widziałem zmniejszający się poziom dostępności mojej monety. O godzinie 8:33 moneta nie była już dostępna. Z ciekawości o godzinie 8:41 wszedłem na znany polski portal aukcyjny, w którym rzeczona moneta oczywiście była dostępna, tyle że... dwa razy drożej. Dlaczego strona bądź co bądź poważnej publicznej instytucji jest kompletnie nieprzygotowana do zwiększonego ruchu użytkowników? Dlaczego po otrzymaniu błędu systemu za pierwszym razem przedmiot został usunięty z koszyka? Szczerze mówiąc robiłem już zakupy w kilku sklepach internetowych w swoim życiu i opróżnienie koszyka przy błędzie systemu widziałem pierwszy raz. Podejrzewam, że skoro u mnie system wyświetlał błąd to działo się tak też u innych użytkowników - jeśli tak to kto kupował monety (no bo ktoś kupować musiał skoro cały zapas skończył się po pół godziny)? Jaki jest sens reklamowania przez NBP serwisu Kolekcjoner jako remedium na kolejki pod oddziałami w sytuacji, kiedy ten serwis jest kompletnie bezużyteczny dokładnie wtedy kiedy powinien być najbardziej użyteczny?" - pyta pan Marcin.

      Apeluję do NBP - zróbcie coś z tym "Kolekcjonerem", bo to nie wygląda dobrze. I zróbcie to zanim jeszcze piękne 5-złotówki trafią pod strzechy, bo inaczej będziecie mieli na sumieniu wielu Polaków zniechęconych do kolekcjonowania monet. Pan Marcin już się zniechęcił. "Po powyższych perypetiach jestem całkowicie zniechęcony do korzystania w "cudownego serwisu" zaoferowanego przez NBP. Zastanawiam się też za co informatycy (bądź jakaś zewnętrzna firma) w tej firmie biorą pieniądze (podejrzewam, że niemałe)? Sam jestem informatykiem zajmującym się systemami sprzedażowymi i za taką historię zostałbym najzwyczajniej w świecie zwolniony z pracy. No chyba, że ta cała sytuacja jest celowa - w co też jestem skłonny uwierzyć. Jestem w stanie uwierzyć choćby po porównaniu ilości sztuk tej monety oferowanych na aukcjach (tak przez gabinety numizmatyczne jak i osoby prywatne). Około godziny 9:30 na wspomnianym wcześniej serwisie aukcyjnym było dostępnych 200 sztuk tej monety. W 99,9% były to aukcje rozpoczęte jeszcze przed godziną, w której NBP wypuściło monetę na sprzedaż. Oferowanie dużych ilości monety przez osoby prywatne przed rozpoczęciem jej faktycznej sprzedaży jest co najmniej zastanawiające. Może więc tak naprawdę tej monety w serwisie "Kolekcjoner" po prostu miał nikt (bądź prawie nikt) nie kupić?" - pisze pan Marcin.

      Czytaj też: Najdroższa polska moneta w historii okazją inwestycyjną

      I jeszcze pan Andrzej, który przypomina jak to drzewiej bywało: "W PRL kupno monety kolekcjonerskiej bezpośrednio z NBP było niemożliwe jeżeli nie „należało się” do przeróżnych organizacji. W sklepie, który otwarto w Mennicy Polskiej można było kupić niektóre, raczej mało chodliwe egzemplarze i to po cenie rynkowej, a nie po cenie, którą stosował NBP. W latach osiemdziesiątych za średnią krajową pensję w sklepie Mennicy można było kupić 2-3 monety. Były więc drogie dla człowieka z ulicy. W latach dziewięćdziesiątych w wojewódzkich oddziałach NBP zaczęto otwierać okienka numizmatyczne, gdzie można było kupić monety nowo emitowane, jak i część monet starych, zalegających w skarbcu NBP. W końcu lat dziewięćdziesiątych NBP wprowadził plan emisji monet z konkretnym dniem wprowadzenia do obiegu. Każdy więc mógł w konkretnym dniu udać się do banku i bez problemu kupić monety.  Pierwsze monety 10-złotowe kosztowały 22 zł., a monety  20-złotowe - 33 zł.  W 2005 r. zaczął się run na monety i przed bankami zaczęły się tworzyć kolejki. NBP zaczął emitować wariackie nakłady monet, czym rozregulował rynek numizmatyczny. Znacznie wzrosły ceny emisyjne jak i nakłady. Jakieś 5-6 lat temu wprowadzono system "Kolekcjoner", nazywając to w dodatku aukcją.

      Niejeden z nas wolałby stać w kolejce całą noc i kupić np. Monetę Bolesław Chrobry za 400 zł.,(taka była cena wyjściowa ustalona przez NBP), a nie za 1.100 zł., tj. cenę jakoby ustaloną w wyniku aukcji. Co to za aukcja, gdzie nie można znać ceny na konkretny moment i podjąć decyzję o zmianie ceny. Cena ustalana jest w ciemno, nie wiadomo przez kogo, o cenie dowiadujesz się po zakończeniu tej zabawy co NBP nazywa aukcją. Oczywiście NBP nikogo do tego nie zmusza, można więc zmienić swoje zainteresowania i zbierać znaczki. Kupno monet kolekcjonerskich w sytuacji, gdy po kilku latach okazuje się, ich ceny emisyjne były wyższe od bieżącej ceny rynkowej jest bezsensowne. Klasycznym przegrzaniem ceny jest sprzedaż jednogramowej złotej monety o nominale 25 zł - Polska droga do wolności - wyemitowanej w czerwcu 2009 r. Czy  NBP może w racjonalny sposób wyjaśnić, jakie czynniki uzasadniały ustalenie ceny monety na kwotę 220 zł  przy emisji 40.000 szt?  Przeliczając taką cenę na wartość uncji złota, wyjdzie jej wartość  2.323 dolary. Cena rynkowa uncji złota w czerwcu 2009 r. wynosiła 975 dol. Opierając się na katalogu monet Fischera za 2013 r., należy stwierdzić, że 22 monety 10-złotowe wyceniane są poniżej ceny emisyjnej. Jest to 13% wszystkich monet 10-złotowych wyemitowanych po 1995 r. 

      Rekord bije moneta pt. 400 lat Osadnictwa w Ameryce Północnej, której wartość katalogowa to 60 zł., przy cenie emisyjnej 106 zł. z 2008 r. Pozostałe monety niewiele przekraczają cenę emisyjną, szczególnie te wybite po 2005 r." - kończy pan Andrzej.  Ludzi, którzy w NBP odpowiadają za politykę emisyjną i system "Kolekcjoner" bardzo proszę o wyciągnięcie wniosków z uwag moich czytelników. A Was zapraszam do dyskusji - czy nowy pomysł NBP z okolicznościowymi 5-złotówkami wypadającymi z parkomatów, może sprawić, że numizmatyka trafi pod strzechy?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Kolekcjonowanie monet trafi pod strzechy? NBP ma rewolucyjny pomysł. Za 5 zł ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 lipca 2013 15:39
    • Sensacja w mBanku? Ubezpieczą ci laptopa, tablet, smartfona. Prześwietliłem i...

      Banki coraz odważniej próbują nam sprzedawać ubezpieczenia. Zapewne chodzi o to, że konta, karty, kredyty są już "zgranymi" tematami, a oferta ubezpieczeniowa to dodatkowa atrakcja, którą wielu klientów może potraktować jako nowość. Poza tym pomysłów na to, co można ubezpieczyć, są miliony i bynajmniej nie trzeba się ograniczać do polis na życie, ubezpieczeń samochodowych, mieszkaniowych, czy podróżnych. Na bardzo innowacyjną wygląda najnowsza oferta mBanku, który posiadaczom swoich kont osobistych proponuje dodatkową polisę dotyczącą sprzętu elektronicznego oraz urządzeń RTV i AGD. Oferta dotycząca sprzętów RTV i AGD nie jest jakąś rocket science (przeważnie sprzęt mamy ubezpieczony w ramach ubezpieczenia ruchomości domowych), choć jeśli ktoś do tej pory skąpił na polisę mieszkaniową, to ubezpieczenie samego sprzętu RTV i AGD może być dobrym pomysłem - to bywają najdroższe sprzęty w niejednym domu.  Na dużo większy hit wygląda proponowane przez mBank ubezpieczenie sprzętu elektronicznego - zarówno stacjonarnego, jak i przenośnego. Komputery, drukarki, skanery, tablety, laptopy, smartfony - od zepsucia lub utraty tych wszystkich supercennych gadżetów można się w mBanku ubezpieczyć. Blog "Subiektywnie o finansach" oczywiście nie odmówiłby Czytelnikom przyjemności prześwietlenia tej nowinki. Zaczynamy od plusów.

      POLISA PROSTA JAK DRUT: ZERO PAPIEROLOGII. W ramach jednego ubezpieczenia, dostarczanego przez firmę ubezpieczeniową Allianz, można ubezpieczyć kilka, kilkanaście najróżniejszych urządzeń. Najbardziej mnie cieszy prosta procedura zawierania umowy. Nie trzeba opisywać sprzętu, podawać marki, numerów fabrycznych. Wybierając odpowiedni pakiet ubezpieczeniowy od razu oddajemy pod opiekę Allianza wszystkie sprzęty, które posiadamy, a które firma zalicza do danego wariantu. Wszystko jest zautomatyzowane do bólu. Ubezpieczenie można kupić online, albo przez telefon, składki będą zaś automatycznie pobierane z konta bankowego klienta. W mBanku nie wymagają też aktualizacji danych laptopa, czy telefonu po jego wymianie na nowszy model.  Jedyne, co warto sprawdzić i zabezpieczyć przed zawarciem umowy, to faktury dotyczące zakupu posiadanego sprzętu. Bo w przypadku, gdybyśmy chcieli zgłosić szkodę, bank oraz Allianz mogą zażądać potwierdzenia, że dany sprzęt rzeczywiście posiadaliśmy i że spełniał warunki ubezpieczenia (o nich dalej). Jedyne co mnie zdziwiło, że ubezpieczenie nie było w weekend dostępne w systemie transakcyjnym mBanku, trzeba było ich szukać w serwisie informacyjnym i kupić po osobnym zalogowaniu.

      Czytaj: Ubezpieczenie telefonu Orange. Za opcję full-wypas słono zapłacisz

      ZA CO ODDADZĄ? UTRATA, USZKODZENIE SPRZĘTU, "LEWE" ROZMOWY. W warunkach ubezpieczenia jako przedmiot umowy określono "każdą nieprzewidzianą, nagłą utratę lub uszkodzenie" sprzętu, "powodująca konieczność jego naprawy lub wymiany". W przypadku telefonów i smartfonów dodatkowo Allianz zwróci koszty wynikające z nieuprawnionego użycia telefonu (o ile złodziej korzysta z naszej karty SIM), ale tylko przez sześć godzin po kradzieży. No i niestety w tym przypadku obowiązuje limit - za rozmowy ze skradzionego telefonu ubezpieczyciel zwróci nie więcej, niż 10% sumy ubezpieczenia (choć wydaje się, że nie jest to zbyt bolesne ograniczenie, bo minimalna suma ubezpieczenia wynosi 1000 zł). Zarówno w ramach ubezpieczenia sprzętu RTV AGD, jak i elektroniki, mamy do wyboru trzy warianty: Standard, Komfort i Premium. Różnią się od siebie w zasadzie tylko limitem odpowiedzialności ubezpieczyciela. W przypadku sprzętu RTV i AGD najtańsze ubezpieczenie jest na kwotę 4000 zł (niewiele, to już dobry telewizor jest więcej wart), zaś najbardziej wypasiony wariant daje ochronę do 20.000 zł. Jeśli chodzi o elektronikę, to niestety maksymalna odpowiedzialność Allianzu wynosi 5000 zł, zaś najtańsza polisa daje ochronę tylko do 1000 zł. Większość tabletów, smartfonów i laptopów, które nosimy przy sobie, jest warta więcej.

      mBank mobile ubezpieczenie

      WYŁĄCZENIA I OGRANICZENIA. Niestety, jest tego sporo. Np. nie dostaniemy odszkodowania jeśli stracimy telefon albo tablet w wyniku zbyt stanowczej interwencji policji lub innych organów władz. Nie ma mowy o zwrocie pieniędzy jeśli np. pies wskoczy na stół i zrzuci z niego nasz tablet, bo szkody uczynione przez zwierzęta są wyłączone z polisy. Zostawienie telefonu na deszczu też odpada - wśród wyłączeń jest z jednej strony "rażące niedbalstwo ubezpieczonego", a z drugiej "wpływ warunków atmosferycznych oraz powolne działanie czynników termicznych, chemicznych i biologicznych, wilgoci, pleśni i grzyba". Pamiętajcie, że aby ubezpieczenie działało, musicie być w 100% trzeźwi, bo ubezpieczenie nie obejmuje działania "po spożyciu alkoholu". Najlepiej kupując laptopa przejść na abstynencję (przynajmniej jak chodzi o alkohol i narkotyki, bo o papierosach, seksie i innych nałogach w OWU nie piszą). Nie ma mowy, by Allianz oddał pieniądze w przypadku zagubienia sprzętu (prawdopodobnie musimy mieć zaświadczenie z policji, że padliśmy ofiarą napadu lub włamania). Ba, wśród wyłączeń jest nawet... zwykła kradzież bez włamania. Wychodzi na to, że jeśli zostawimy telefon na stole w restauracji i przebiegający wymoczek nam go zwinie sprzed nosa, to nie odzyskamy pieniędzy. Jeśli sprzęt się popsuje z powodu nagłego spadku lub wzrostu napięcia - niestety nici z odszkodowania. No i wreszcie Allianz nie odpowiada za szkody "spowodowane przez wady materiałowe czy defekty konstrukcyjne lub wadliwe wykonanie". Widzę tu niestety potencjał do wykręcania się przez ubezpieczyciela sianem w różnych spornych sytuacjach.

      Czytaj: Orange i PZU ubezpieczyły przez telefon Japonkę. Ponoć się zgodziła

      LAPTOP, SMARTFON, TABLET UBEZPIECZĄ TYLKO... NA GWARANCJI. Wychodzi na to, że polisa oferowana przez mBank to przede wszystkim ubezpieczenie od pechowej awarii (badziewie po prostu przestaje działać), od włamania lub rozboju, a także od kradzieży sprzętu z samochodu (duży plus!). No i od sytuacji typu: idę ulicą, a tu nagle przejeżdża obok mnie czołg i rozwala laptopa. Niestety, w przypadku sprzętu przenośnego jest jedno bolesne ograniczenie odpowiedzialności ubezpieczyciela - w przypadku rozboju ulicznego Allianz odda najwyżej 1000 zł i jest to limit identyczny dla wszystkich pakietów: zarówno tych drogich, jak i tych tanich. Bolesne... Teraz kilka słów o warunkach, które musi spełnić sprzęt, by podlegał ubezpieczeniu. Nie musi to być sprzęt nówka-sztuka, ale musiał być przez nas kupiony jako nowy (czyli musimy mieć w domu dowód zakupu). mBank i Allianz ubezpieczą nam nawet sprzęt, który ma już dobrych kilka lat i dawno stracił gwarancję - to plus. Maksymalny wiek sprzętu w momencie ubezpieczenia to 5 lat. Jedynie w przypadku elektroniki przenośnej (bo stacjonarny komputer podlega standardowym zasadom) warunki są ostrzejsze: laptopy, telefony, tablety mogą być ubezpieczone tylko wtedy, jeśli zostały kupione jako nowe, a poza tym nie mają więcej, niż osiem miesięcy. I jeszcze jedna przykrość: w przypadku przenośnej elektroniki ubezpieczenie mBanku i Allianza działa tylko do osiągnięcia przez sprzęcik wieku dwóch lat. Czyli w sumie mówimy o ubezpieczeniu wyłącznie sprzętu, który i tak ma gwarancję producenta. Słabo, choć oczywiście trzeba pamiętać, że Allianz obejmuje ochroną nie tylko awarię, ale też kradzież z domu lub auta, rozbój (do 1000 zł) i nieprzewidzianą, niezawinioną "rozwałkę" sprzętu.

      ILE TO KOSZTUJE I DLACZEGO TAK... TANIO? Czas zapoznać się z cenami. Najpierw wariant dotyczący sprzętu stacjonarnego: opiekaczy, lodówek, zmywarek, telewizorów, czy pecetów. Najtańszy wariant, z sumą ubezpieczenia do 4000 zł, kosztuje 11,99 zł miesięcznie. Pośredni, z sumą odpowiedzialności ubezpieczyciela do 10.000 zł - 19,99 zł miesięcznie. Wersja full-wypas (Allianz zapłaci nawet 20.000 zł) to cena 29,99 zł miesięcznie. Dużo? Mało? Cóż, mówimy o dość fajnym, prostym ubezpieczeniu, które nie wymaga żadnej papierologii, a pozwala ubezpieczyć nienowy już sprzęt, nawet wtedy, kiedy nie jest już objęty gwarancją producenta. Sklepy za przedłużenie gwarancji o jeden rok żądają nawet 30% wartości sprzętu. Oferta mBanku i Allianza daje znacznie więcej, niż ubezpieczenie jednej lodówki, czy pralki - pozwala ubezpieczyć sprzęt "hurtowo". Prawie 30 zł za taką polisę może bym nie dał, ale niecałe 12 zł miesięcznie... Zwykła naprawa komputera, któremu trzasnęła karta graficzna kosztowała mnie niedawno 250 zł, w tym kontekście 12 zł miesięcznie nie jest sumą zniechęcającą. A ubezpieczenie przenośnej elektroniki: tabletów, telefonów, laptopów? Z tym gorzej. Po pierwsze obejmuje tylko sprzęt mający do dwóch lat, czyli taki, który i tak jest na gwarancji. Po drugie odpowiedzialność Allianza w przypadku napadu ulicznego to tylko 1000 zł. Po trzecie sumy ubezpieczenia generalnie są niższe - od 1000 zł w pakiecie kosztującym 11,99 zł do 5000 zł w pakiecie za 29,99 zł. Do tego są wyłączenia i franszyza.

      FRANSZYZA, CZYLI SAM SOBIE ZAPŁAĆ ZA SZKODĘ. W ubezpieczeniach przeważnie jest wkład własny ubezpieczonego w szkodę. Chodzi o to, żeby jemu też zależało na chronieniu majątku przed działaniem pecha lub złych ludzi. Franszyza jest i w ubezpieczeniu mBanku i Allianza. Cytuję ogólne warunki ubezpieczenia: "W przypadku szkód spowodowanych kradzieżą z włamaniem i upadkiem ubezpieczonego sprzętu elektronicznego przenośnego) wynosi ona 10% wartości danego przedmiotu ubezpieczenia". Czyli jeśli ktoś zwinie nam laptopa z zamkniętego samochodu, a mamy go ubezpieczonego za 12 zł miesięcznie, to nie dość, że dostalibyśmy najwyżej 1000 zł (to maksymalna suma ubezpieczenia), to jeszcze firma odejmie 200-300 zł franszyzy (przy założeniu, że wartość laptopa zostanie oszacowana na 2000-3000 zł. "Do szkód spowodowanych przez pożar, uderzenie pioruna, eksplozję, uderzenie lub upadek statku powietrznego franszyza redukcyjna nie ma zastosowania". Z kolei w przypadku napadu ulicznego Allianz z mBankiem robią sobie z klientów regularne jaja. Może znów - tak jak się im zdarzyło w przeszłości - mają ludzi za kosmitów? ;-) Nie dość, że ograniczają odpowiedzialność do 1000 zł, to jeszcze... "franszyza redukcyjna dla szkód w sprzęcie elektronicznym przenośnym powstałych w następstwie napadu ulicznego wynosi 50% wartości danego przedmiotu ubezpieczenia". To już mogli sobie odpuścić ubezpieczenie sprzętów elektronicznych, skoro i tak prawie za nic nie odpowiadają ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Sensacja w mBanku? Ubezpieczą ci laptopa, tablet, smartfona. Prześwietliłem i...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 lipca 2013 00:57
  • piątek, 26 lipca 2013
    • Z archiwum X, czyli wypadek, którego nie było. Kto tu z kogo robi... jelenia?

      Widzenie świata ze strony tych, którzy wypłacają nam odszkodowania, często bywa dziwne lub wręcz absurdalne. Było o tym w blogu nie raz. Ale dziś przypadek szczególny. Napisał do mnie pan Urban, który wykupił polisę komunikacyjną w PZU. Są ludzie, którzy mają dylemat - gdzie ubezpieczyć auto. A blog "Subiektywnie o finansach" cytował nawet ranking jakości obsługi klientów. Ale pan Urban wątpliwości nie miał. Porządna, duża, renomowana firma, w której co prawda straszy duch molocha, ale jak ktoś nie wierzy w duchy, to nie musi się przejmować. Pan Urban czasem jeździ służbowo po kraju, a kilka miesięcy temu eksplorował drogę z Warszawy w stronę Modlina. Była noc, lał deszcz, pod koła wpadła mojemu czytelnikowi niewielka sarna. A ponieważ bardziej do koncepcji pasuje mi jeleń,  to umówmy się, że ta sarna jest jeleniem. Uszkodzenia na pierwszy rzut oka nie były wielkie, ale jak auto obejrzeli w warsztacie, to okazało się, że zwierzę rozwaliło cały osprzęt silnika: chłodnicę, pompę wody, klimatyzację, wspomaganie, alternator itp. Pan Urban zadzwonił do PZU, zgłosił szkodę, dostał samochód zastępczy. Sprawy trwały kilka dni, po których mój czytelnik dostał z PZU informację, iż firma stwierdza szkodę całkowitą. Naprawę PZU wyceniło na 15 000 zł netto, zaś wartość pojazdu (Audi z 2005 r. ) na 21.900 zł.

      Czytaj też: wielki pojedynek imperatorów, czyli... ile zarabia prezes PZU?

      To nie była dobra informacja. Jak wiadomo, przy szkodzie całkowitej (gdy wartość uszkodzeń i koszty naprawy przekraczają 70% wartości auta) nie naprawia się samochodu. Firma ubezpieczeniowa wypłaca gotówkę w wysokości odpowiadającej wartości szkody i ewentualnie ułatwia sprzedaż wraku. Ale w warsztacie ze zdumieniem stwierdzili, że... PZU przesłał im zatwierdzony przez siebie kosztorys naprawy. A taką rzecz robi się, gdy szkoda nie jest całkowita, zaś firma ubezpieczeniowa jest gotowa ponieść koszty reperacji auta. "Aby to wyjaśnić wykonałem telefon do call center, skąd po czterech dniach przyszła informacja, że oni jednak uważają, iż szkoda jest całkowita". Klient się odwołał, bo procenty mu się nie sumowały - 15.000 zł to tylko 68,5% z 21.900 zł. Gdyby czytał ten blog, to by się pewnie zastanowił, bo odwołania nie zawsze się opłacają. Co prawda to odwołanie słabo rokowało, ale firma ubezpieczeniowa o dziwo je uwzględniła, uznając szkodę za częściową, a więc "naprawialną". To dobra wiadomość. A zła? Likwidator stwierdził, że wartość szkody nie wynosi już 15.000 zł, a tylko... 1500 zł. Powód? "Wszystkie uszkodzenia osprzętu silnika są niezwiązane ze szkodą. Uszkodzeniu w wyniku kolizji z sarną uległ: reflektor, zderzak oraz chromowana ramka grilla". Widać likwidator postanowił puścić klienta w skarpetkach, tak samo jak ten, który badał palącą sprawę pewnego pieca.

      Czytaj też: Ubezpieczają i obiecują... zwrot składki na koniec umowy. Cud?

      Czyli w PZU kombinują tak: sarna, czyli jeleń uderzył w zderzak i reflektor, a silnik rozsypał się tylko dlatego, że był zmurszały. Żelazna logika. Być może nawet wciągną ten przypadek na listę dziesięciu najbardziej bezczelnych prób wyłudzenia odszkodowania, zaraz za nielegalnym indykiem ;-). Pan Urban, na mocy tej żelaznej logiki, znalazł się w kleszczach - nie ma ani samochodu, ani kasy na jego naprawę. Firma składkę wzięła, ale jak doszło co do czego, to zachowała się tak, jakby klient był niemal nieubezpieczony. "Raty za samochód płacę, nie mam środków na naprawę z własnej kieszeni". Pan Urban nie zamierzał jednak odpuścić. "Powołałem biegłego rzeczoznawcę - zrobił oględziny (fachowe, dokładne, merytorycznie spójne) i przedstawił mi swoją opinię. Przesłałem ją do PZU wraz z odwołaniem. Po prawie dwóch miesiącach dostałem pismo, że firma powoła własnego rzeczoznawcę, który zrobi jeszcze jedną opinię". Gdy mijał czwarty miesiąc od pechowego spotkania z jeleniem, klient dostał odpowiedź z PZU, że zgodnie z opinią ich rzeczoznawcy... opisywane przez pana Urbana zdarzenie nie miało miejsca i uszkodzenia samochodu nie zgadzają się z opisem przebiegu zdarzenia.

      Czytaj też: Stłuczka i zderzak do wymiany. Ale PZU zwróci tylko za...

      Co ciekawe, rzeczoznawca ocenił szkodę nie oglądając samochodu - tylko na podstawie wybiórczo przesłanych przez PZU dokumentów (pan Urban zrobił śledztwo i okazało się, że jest to kilka zdjęć z pierwszych oględzin samochodu z końca sierpnia plus opis zdarzenia). Jednocześnie PZU nie odniósł się do opinii biegłego, który został powołany przez mojego czytelnika. Bo i po co? W PZU uważają, że pan Urban nie spotkał się z żadnym jeleniem, ani nawet z sarenką, tylko najzwyczajniej w świecie walnął w znak drogowy. A że silnik był już i tak do remontu, to po tym spotkaniu ze znakiem pan Urban "dokończył" osprzęt, a potem wymyślił historyjkę z jeleniem, żeby było jakieś uzasadnienie dla faktu, że auto z zewnątrz jest całe, a w środku dokumentnie rozwalone. "Mam opinię uzupełniającą od rzeczoznawcy która w każdym punkcie obala opinię ich "rzeczoznawcy" i dalej walczę" - mówi pan Urban, który obawia się, że w sądzie sprawa potrwa kilka lat. I pluje sobie w brodę, że po zderzeniu z sarną nie wezwał policji, która spisałaby protokół, zebrała zeznania, zrobiła obławę...

      Czytaj też: Ułańska fantazja, czyli rozwalić auto, wytrzeźwieć i żądać...

      A tak? Sprawa pewnie skończy się w sądzie, a rzeczoznawcy powołani przez sąd będą musieli stwierdzić czy zderzenie z jeleniem, nawet jeśli przyjmiemy, że ów jeleń to sarna, mogło rozwalić cały silnik, czy też tylko zderzak i reflektor. Pan Urban uznał, że w tak oczywistej sprawie nie warto kłopotać organów państwa, bo policja powinna łapać przestępców, a nie pisać dupokrytki, które potem można byłoby pokazać firmie ubezpieczeniowej. Ale niestety, mój czytelnik był w błędzie. Czy PZU chce z niego zrobić jelenia? A może to pan Urban robi jelenia z PZU. Jedno jest pewne - największym jeleniem w tej historii jest... sarna.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Z archiwum X, czyli wypadek, którego nie było. Kto tu z kogo robi... jelenia?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 26 lipca 2013 16:05
  • czwartek, 25 lipca 2013
    • Rządowy raport o OFE to ściema? Ciekawe argumenty obrońców "trzeciej nogi"

      Czy Ministerstwo Finansów wpuściło w maliny miliony Polaków (lub wpuściło w miliony maliny Polaków ;-)), pisząc w swoim "Przeglądzie funkcjonowania systemu emerytalnego", że OFE w przeszłości pomnażały pieniądze gorzej, niż giełdowe indeksy, a - po uwzględnieniu wszystkich opłat - pieniądze zgromadzone w OFE rosły nawet gorzej, niż waloryzacja ZUS? O taki kant zbiorowy oskarżył w czwartek rządowych urzędników KOBE, czyli Komitet Obywatelski do spraw Bezpieczeństwa Emerytalnego. Według ekonomistów działających pod egidą KOBE (Bitner, Chłopecki, Gomułka, Otto, Stępień, Wiśniewski) nieprawdą jest, że średni zysk z inwestycji w OFE wyniósł w latach 2000-2012, po uwzględnieniu prowizji, tylko 6,6%. Według KOBE było to 7,99% (w tym samym czasie waloryzacja pieniędzy w ZUS wyniosła 6,8%). Mocne. Pogląd KOBE zyskał już poparcie Forum Obywatelskiego Rozwoju firmowanej przez Leszka Balcerowicza, a także Business Centre Club. Czuję, że będzie z tego afera. To, czy OFE pomnażały pieniądze w przeszłości źle czy dobrze jest przecież podstawowym parametrem, który powinien zdecydować o tym kogo my, przyszli emeryci, powinniśmy poprzeć. W czerwonym narożniku jest rząd chcący OFE wykastrować, w niebieskim "liberałowie", którzy chcieliby je chronić przed zakusami ministra Jacka Rostowskiego.

      Samcik vs Żakowski: Krytyk OFE przegina, czyli kto odurzony, kto osaczony    

      Ja uważam się za zwolennika systemu emerytalnego opartego na trzech nogach, a nie tylko na jednej, ZUS-owskiej. Choć rozumiem też niektóre argumenty rządu. Zwłaszcza te mówiące o tym, że może nas po prostu nie stać na finansowanie z bieżących składek świadczeń dla obecnych i przyszłych emerytów. Ten argument uznałbym wręcz za kończący, gdyby rząd zgłosił go po rozprawieniu się z przywilejami emerytalnymi, na których budżet mógłby zaoszczędzić co roku grube miliardy oraz po zmniejszeniu szarej strefy ponoć same wyłudzenia VAT to 20 mld zł rocznie). Niestety, rząd mówi, że nas nie stać na OFE, ale reformować budżetu nie chce. Wyciąga za to drugi argument: że efektywność OFE jest niska, spece od inwestowania naszych pieniędzy robią to nieudolnie, dbając głównie o własne tłuste tyłki. Do tej pory krytycy ministra odpowiadali, że to nie OFE ustaliły takie reguły gry: to uśrednianie wyników, te 60-70% inwestycji w polskie obligacje rządowe, ten zakaz wystawiania nosa za granicę, te horrendalne prowizje (17 mld zł w dwanaście lat)... To władza ustaliła chore zasady i teraz ma za złe prywatnym firmom, że z nich korzystały..W czwartek KOBE przedstawił argument o niebo mocniejszy, że rząd, w swoim dokumencie na temat OFE... sfałszował ich wyniki. Wszyscy się zgadzają, że roczny zysk z inwestycji w OFE (liczony jako średnia geometryczna z lat 2000-2012, czyli po prostu dochód z jednorazowo zainwestowanej kwoty w 2000 r.) wynosi 8,8% brutto (czyli bez uwzględnienia opłat). Potem zgadzać się przestają. Punktem wyjścia jest ta oto "rządowa" tabelka.

      OFE vs ZUS

      7,99% CZY 6,6%? ILE WYNIÓSŁ ZYSK NETTO Z INWESTYCJI OFE?  Ekonomiści z KOBE uważają, że o ile w tabelce "rządowej" wszędzie występuje średnia geometryczna za okres 2000-2012 r., w rubryce "stopa zwrotu netto OFE" (czyli po uwzględnieniu prowizji), autorzy rządowego raportu wzięli do wyliczeń jakiś inny wskaźnik (o ile dobrze ogarniam: różnicę między stopą zwrotu brutto, a tzw. wewnętrzną stopą zwrotu). Według KOBE gdyby w to miejsce wstawić zwykłą średnią geometryczną (wpłacam raz 1000 zł, odejmuję prowizję na wejściu, czyli 9,1% i liczę stopy zwrotu w kolejnych latach aż do dziś), to wyszłoby 7,99%. Zysk liczony średnią geometryczną ma ten feler, że zakładamy "warunki laboratoryjne", czyli tylko jedną wpłatę i tylko jedną wysokość prowizji (początkową). Ale w inne metody proponowane przez KOBE wolę nie brnąć, bo z matematyki ekonomicznej na studiach orłem nie byłem. Problem z obliczeniami KOBE mam taki, że nie tylko rządowi wychodzi zysk netto z inwestycji OFE w wysokości 6,6%. Dwóch łebskich ludzi z NBP wzięło i wyliczyło średnią geometryczną z corocznych wewnętrznych stóp zwrotu OFE, otrzymując... 6,52%. KOBE uważa, że ekonomiści NBP "pomijają zarówno tempo napływu składek, jak i dynamikę stóp zwrotu wewnątrz okresów jednorocznych". Ale przyznają, że to też jest  średnia geometryczna, tyle, że liczona - ich zdaniem - w zbyt dużym uproszczeniu. W każdym razie według KOBE sprawy z tabelkami wyglądają tak:

      OFE vs ZUS

      BRUTTO JEST NAJWAŻNIEJSZE. Jak to możliwe, że różnym dobrym ekonomistom wychodzą różne wyniki OFE? Widać matematyka jest nauką humanistyczną ;-) i w zależności od założeń dotyczących pobieranych prowizji da się uzasadnić zarówno tezę, że OFE są świetne, jak i tę, że są do niczego. Proponuję Wam przejść nad tym do porządku dziennego. A skupić się na tym, z czym wszyscy mniej więcej się zgadzają - wyniku OFE przed potrąceniem prowizji. Ten wyniósł 8,8% w skali roku i był wyższy nie tylko od waloryzacji ZUS-owskiej.  Zyski osiągnięte dla przyszłych emerytów przez OFE przed potrąceniem prowizji przebijają też indeks WIG (7,7%). Oczywiście, można się kłócić,czy te stopy zwrotu powyżej WIG-u fundusze "wykręcały" głównie dzięki wysoko oprocentowanym obligacjom, czy dzięki akcjom, ale nie ma wątpliwości - gdyby nie było żadnych opłat, to OFE przebiłyby indeks giełdowy i to solidnie (według KOBE - i tak przebiły, nawet po potrąceniu prowizji). Dlaczego mnie te wniosek tak podnieca, skoro wiemy, że w rzeczywistości opłaty były i to bardzo wysokie? Ano dlatego, że... mogłoby ich nie być. To rząd pozwolił OFE pobierać bandyckie prowizje i ograbić podatników z 17 mld zł naszych składek. Wystarczy zlikwidować ustawą wszystkie opłaty od składki, a 8,8% brutto w magiczny zamieni się w 8,8% netto. Można też kazać OFE inwestować pasywnie, kupić ETF-y na indeks i wówczas będą dawały tyle, co indeks. I to wystarczy, by przyszli emeryci nie byli stratni.

      WALORYZACJA ZUS JEST "NAPOMPOWANA". Autorzy kontrraportu KOBE mają kilka celnych myśli, które - jak sądzę - warto, byście poznali. Piszą, że sam pomysł porównywania waloryzacji ZUS z jakimiś rynkowymi stopami zwrotu jest do chrzanu. Bo waloryzacja to zwykłe zobowiązanie poczynione na koszt przyszłych podatników, a stopa zwrotu to realna wartość. Ekonomiści KOBE podają, że waloryzację (tę która wyniosła w latach 2000-2012 r. dokładnie 6,8% w skali roku) w przeszłości "pompowano". I podają przykład "szampańskiej waloryzacji kont" w trzyleciu 2007-2009 "szampańskiej", czyli oderwanej od realiów ekonomicznych. Podniosła ona wartość naszych kont w ZUS o 40,7%, podczas gdy nominalny wzrost PKB wyniósł w tym czasie „tylko” o 26,7%, zaś fundusz płac w gospodarce - o 35%. "W połowie tego trzyletniego okresu wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że nadchodzi czas zaciskania pasa, a mimo to waloryzacja w roku 2009 jeszcze przekroczyła o 2 punkty procentowe tempo wzrostu nominalnego PKB, a o 3,7 punktu procentowego tempo wzrostu funduszu płac. Można mieć podejrzenie, że do trwałego efektu waloryzacji kont emerytalnych doszło wówczas na skutek nietrwałego wzrostu przypisu składki" - pisze KOBE w swoim "kontrraporcie". Cóż, przekonali mnie, że porównywanie waloryzacji ZUS i rentowności OFE, to tak, jakby wysłać na Tour de France gościa, który ma w rowerze zainstalowany silniczek. I sobie ten silniczek uruchamia jak ma za bardzo pod górkę.

      DLACZEGO II FILAR ZADŁUŻYŁ POLSKĘ. Mają też rację ekonomiści KOBE, że gdyby kolejne rządy realizowały założenia dotyczące finansowania OFE, nie byłoby dziś mowy o tym, że budowanie kapitału "pod" przyszłe emerytury powoduje nadmierne zadłużanie Polski. Choć pewnie jakieś zadłużenie z tego powodu by powstało, bo to naturalne - dziś płacimy podwójnie, by później płacić na wypłaty emerytur znacznie mniej. "Plan spójnego finansowania był, tyle że kolejne rządy nie zrealizowały go w pełni. W pierwszych latach reforma miała być finansowana w dużej części, może nawet całkowicie, wpływami z prywatyzacji. Przewidywano, że w kolejnych 8–10 latach dochody z tego źródła będą na wystarczającym poziomie, i te prognozy się sprawdziły. Był to też dostatecznie długi czas, by zaczęły przynosić efekty inne reformy emerytalne, których niestety zaniechano (likwidacja przywilejów emerytalnych), z których się wycofano (włączenie do powszechnego systemu służb mundurowych i górników) lub które zbyt późno i zbyt wolno wprowadzono (likwidacja przedwczesnych emerytur i zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn)" - pisze KOBE. I dorzuca złośliwie: "wyjściowy plan, który zadowoliłby autorów "Przeglądu" byłby następujący: gdy wchodzi w życie reforma, rząd dysponuje trwałą nadwyżką budżetową w wysokości ok. 25 mld zł rocznie".

      CZY BEZ WYDATKÓW NA OFE KRAJ MIODEM PŁYNĄŁBY. Z powyższych przyczyn nie podoba mi się opowiadanie ministra finansów o tych 280 mld zł zadłużenia Polski, które spowodowały OFE. KOBE wyciąga ciekawy argument: "Zarówno po reformie emerytalnej w 1999 r., jak i przed nią, deficyt był właściwie taki sam, kształtował się na poziomie ok. 4% PKB. Wyjątkiem są lata 2009–2010, kiedy deficyt wzrósł do wysokiego poziomu. (...) Średni deficyt budżetowy w Polsce według Eurostatu w latach 1995-1998 oraz w latach 1999-2012 wyniósł 4,6% PKB. Bieżący rok, w związku z planowana nowelizacją budżetową, prawdopodobnie znowu niemal dokładnie wpisze się w tę tendencję" - pisze KOBE. To dość mocno podważa tezy Ministerstwa Finansów, że to przez OFE jest źle i niefajnie. Gdy OFE nie było też wydawaliśmy więcej, niż mieliśmy. KOBE przypomina, że sektor finansów publicznych to 600 mld zł rocznie, a "refundacje składek do OFE (obecnie 11 mld zł, wcześniej 20–25 mld zł) są tylko częścią problemu i, co ważniejsze, będą ustępować wraz z dojrzewaniem systemu". Pisze KOBE, że "na wymiar sprawiedliwości, policję i straż pożarną państwo polskie wydało w ciągu minionych 13 lat ok. 200 mld zł. Czy w związku z tym można powiedzieć, że wydatki na bezpieczeństwo wewnętrzne zadłużyły kraj na tę sumę?". Ciekawy argument, choć populistyczny, że aż zęby bolą.

      DLACZEGO RZĄD NIE SZUKA SKŁADEK DO ZUS. Nie wiem czy pamiętacie, ale ostatnio w "Gazecie Wyborczej" był mrożący krew w żyłach tekst o tym jak to będzie się pogarszała kondycja ZUS. Tekst ma tytuł "Szokujące pustki w kasie ZUS. Przyczyny? Demografia, górnicy...". A w środku m.in. wykres pokazujący, że w przyszłym roku ZUS wyda na emerytury 48-55 mld zł więcej, niż zbierze składek (i nawet gdyby zrabować 11 mld zł, które płyną do OFE, niewiele by to pomogło). "W najbardziej optymistycznym wariancie na wypłaty w 2060 r. zabraknie 43 mld zł. W drugim wariancie deficyt sięgnie 124 mld zł, w najczarniejszej zaś prognozie będzie brakować aż 166 mld zł! To wszystko kwoty nominalne. Po uwzględnieniu inflacji (czyli na dzisiejsze pieniądze) ZUS-owi za 47 lat będzie brakować 15-60 mld zł" - napisali moi redakcyjni koledzy. Wnioski? Trzeba rozwijać politykę prorodzinną, ale nie tylko KOBE punktuje i moim zdaniem punktuje wcale niegłupio: "2 mln Polaków przebywa za granicą, a milion wnosi składki do innych systemów ubezpieczeń społecznych. 1,5 mln Polaków z przymusu uczestniczy w krajowym systemie emerytalnym w zredukowanej skali ze względu na brak pracy lub ograniczony do niej dostęp. Inni — około 1 mln — dobrowolnie lub z przymusu zamienili pozycję pracownika na status samodzielnego przedsiębiorcy, co również ogranicza skalę uczestnictwa w systemie emerytalnym".

      Wolałbym, żeby minister Jacek Rostowski, zamiast szukać uzasadnień na rozmontowanie II filara emerytalnego, zajął się pomysłami na rozbujanie tzw. III filara, czyli naszych dobrowolnych oszczędności emerytalnych. O tym, że wprowadzone jakiś czas temu IKZE jest jakąś kompletną katastrofą, pisałem już w blogu. Czas na nowe pomysły, może większe ulgi, zachęty... cokolwiek, co sprawiłoby, że nasze emerytury nie musiałyby zależeć w przyszłości tylko od ZUS-u i troszeczkę od OFE. Bo jak będą zależały wyłącznie od waloryzacji ZUS, to na wiceprezesa od tej całej waloryzacji trzeba będzie mianować tego gościa. W te klocki jest może i lepszy, niż minister Rostowski ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (37) Pokaż komentarze do wpisu „Rządowy raport o OFE to ściema? Ciekawe argumenty obrońców "trzeciej nogi"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 lipca 2013 22:19
  • środa, 24 lipca 2013
    • Ufff! Chyba przestaniemy odpowiadać za złodziejskie transakcje kartą poniżej 150€

      Jeśli bankowcy nie polubili polskich posłów za to, że ci postanowili skokowo obniżyć próg opłaty interchange do 0,5% - i to już od połowy przyszłego roku - to ciekawe co sobie pomyślą o Komisji Europejskiej? Ta przelicytowała naszych parlamentarzystów i w środę przyjęła projekt obniżenia opłat intechange do... 0,2% w przypadku kart debetowych oraz 0,3% w przypadku kredytówek. Co do tego pomysłu - mam pewne obiekcje. Ale zanim je przedstawię, chcę pochwalić Komisję Europejską za drugą część pakietu zmian "kartowych", który ujrzał właśnie światło dzienne - to obniżenie ze 150 euro do 50 euro wkładu własnego klienta w nieautoryzowane transakcje dokonane przed zastrzeżeniem utraconej przez niego  karty płatniczej. To bardzo dobra zmiana, która spowoduje, że bankowcy zaczną lepiej zabezpieczać karty i transakcje przed fraudami. W dobie kart zbliżeniowych, które przy małych transakcjach w ogóle nie wymagają podawania PIN-u, a same transakcje bywają autoryzowane offline, bez połączenia z bankiem, bardzo trudno zdążyć z zastrzeżeniem karty, którą ktoś nam ukradł (bądź którą po prostu zgubiliśmy), nim nieuczciwy znalazca lub złodziej zaczną jej używać.

      To oczywiste, że wkład własny w takich przypadkach musi być, chociażby po to, by każdemu użytkownikowi karty "opłacało się" jej pilnować. Gdyby bank odpowiadał za wszystkie nieautoryzowane transakcje zawsze i wszędzie, klient nie miałby żadnej motywacji, by pilnować plastiku - bo na koniec za wszystkie straty i tak zapłaciłby bank. Jednak obecnie obowiązujący próg 150 euro jest zbyt wysoki. Oznacza on de facto, że jeśli stracimy kartę i w porę jej nie zastrzeżemy, to bank odpowiada za złodziejskie transakcje dopiero od równowartości 700 zł (wyjąwszy sytuację, w której ów wkład własny dodatkowo ubezpieczamy). Powiedzmy sobie szczerze: przy obecnych systemach antyfraudowych, stosowanych przez Visę, MasterCarda i banki (opierających się na wykrywaniu nietypowych prób użycia karty) rzadko się zdarza, by złodziej zdążył wyczyścić komuś konto do dna. Zwykle, zanim karta zostanie zablokowana jest w stanie zrobić kilka, kilkanaście transakcji za kilkaset złotych, góra kilka tysięcy. Najbardziej drastyczny przypadek, jaki znam, to 78 transakcji zbliżeniowych na kwotę 3000 zł. Zmniejszenie wkładu własnego do 50 euro sprawi, że podział strat między bankiem i klientem będzie bardziej sprawiedliwy.

      Teraz o obniżce interchange, czyli opłaty, którą sklepy płacą bankom za pośrednictwo w rozliczaniu transakcji kartowych. W zeszłym roku średnio wynosiła ona w Polsce 1,7% (banki zarobiły na niej 1,5 mld zł), teraz chyba nie przekracza 1,2%. Wśród bankowców i kartowców zapanowała panika, bo już mają pół miliarda złotych "w plecy", a jak posłowie przegłosują cięcie do 0,5%, to będą mieli "w plecy" kolejne pół miliarda. A jak wejdą limity forsowane przez Komisję Europejską... branży finansowej zostanie 10-15% wpływów z interchange sprzed reform. Oczywiście zgadzam się, że dobrze tak tym zdziercom i zgredom, ale z drugiej strony obawiam się, że mogą zacząć gryźć. Dawałem już wyraz tej obawie w blogu jakiś czas temu, teraz wypada mi to powtórzyć. „Opłaty interchange ponoszone przez detalistów przerzucane są na konsumentów. Zwykle konsumenci nie są tego świadomi, co więcej – za pośrednictwem systemów motywacyjnych zachęca się ich do korzystania z kart, które zapewniają ich bankom najwyższe dochody. (...) Detaliści uzyskają znaczne oszczędności, płacąc swoim bankom niższe opłaty, a konsumenci skorzystają z niższych cen” - czytam w komunikacie komisarza Almunii. Lecz moim zdaniem wiara w to, że obniżka kosztów transakcyjnych pozwoli sieciom handlowym obniżyć ceny, może okazać się naiwna.

      Mam nadzieję, że po wprowadzeniu pomysłów na cięcie interchange ktoś w Brukseli sprawdzi jaką część z grubych miliardów, które zostaną w kieszeniach właścicieli sieci handlowych, czeka transfer do kieszeni konsumentów. Banki do tej pory dzieliły się miliardami niechętnie, ale jednak coś-tam konsumentom odpalały, choćby w postaci różnych programów rabatowych i money-backu za używanie kart. Bilans planowanego w Brukseli przedsięwzięcia z punktu widzenia nas wszystkich, czyli konsumentów, jest dla mnie wysoce niepewny. Pytanie brzmi: czy korzyści z potencjalnie niższych cen w sklepach zrównoważą koszty użytkowania kart, które banki na nas narzucą. Bo to, że karty bankowe podrożeją, jest jasne jak słońce. Narodowy Bank Polski policzył, że przy cięciu interchange do 0,5% ubytek przychodów banków wynosić będzie 50 zł rocznie na każdą wydaną kartę. W przypadku spadku interchange do 0,2-0,3% będzie to pewnie 70-80 zł rocznie na kartę. Być może banki część tych pieniędzy wezmą "na klatę", ale wątpię, że wezmą je w całości. Pytanie brzmi: czy to, co będziemy musieli wziąć my, zostanie zrównoważone przez niższe ceny w sklepach. I czy w Brukseli ktoś chociaż spróbował oszacować koszty tej zabawy.

      Na koniec jeszcze dobra wiadomość. Projekt rozporządzenia w sprawie opłat interchange, w połączeniu ze zmienioną dyrektywą w sprawie usług płatniczych, wprowadzi też zakaz pobierania dodatkowych opłat za korzystanie z najpopularniejszych kart debetowych i kredytowych. Czyli: sprzedawcy (a mam nadzieję, że również właściciele bankomatów) nie będą mogli stosować tzw. opłat surcharge. To dobra wiadomość, bo jeśli płatności kartowe mają być coraz bardziej popularne, to potrzebne są nie tylko niskie prowizje (żeby handlowcy nie uciekali na drzewo widząc na horyzoncie handlarza terminalami do obsługi kart), ale i gwarancja dla posiadaczy kart, że nie spotkają się z tabliczką "płatność kartą od 15 zł" albo "przy transakcji kartą MasterCard doliczamy 0,5%). No i na koniec ważna informacja techniczna: wszystkie te plany na razie mają charakter nieco mglisty, bo uchwaloną przez Komisję Europejską dyrektywę musi zatwierdzić jeszcze Parlament Europejski oraz skupiająca ministrów rządów krajów członkowskich Rada UE. Realnie można się spodziewać, że obniżka wkładu własnego w przestępcze transakcje do równowartości 50 euro oraz obniżka interchange do 0,2% nastąpi najwcześniej za dwa lata. O ile lobbyści branży bankowej i kartowej nie storpedują jej argumentami, że jest zbytnio przegięta w kierunku wyświadczania przysług właścicielom sieci handlowych.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Ufff! Chyba przestaniemy odpowiadać za złodziejskie transakcje kartą poniżej 150€”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 24 lipca 2013 23:53

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line