Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 31 sierpnia 2009
    • Nowa jakość Link4? Nikt nic nie wie

      Rozpędza się budowa nowego wizerunku firmy ubezpieczeniowej Link 4. Dotychczasowy wilk, zjadający na śniadanie agentów konkurencji, postanowił złagodzić swój image i teraz pokazuje swoje logo już tylko na tle łagodnej muzyczki (utwór „Beep beep song”) i kojącego głosu lektora. Nie jest już tak ciekawie, jak bywało w przeszłości („tu kokoszka warzyła”), ale za to teraz nie można posądzić Link 4 o wprowadzanie ludzi w błąd gadaniem, że bez agenta zawsze jest taniej.

      Już kilka dni temu prezentowałem w moim blogu spoty radiowe. Od dziś w telewizji można zobaczyć reklamówkę w wersji wideo. Kto jeszcze nie widział, niech sobie kliknie poniżej:


      Skoro w spocie tak mnie zachęcają, żebym sprawdził „nową jakość Link 4”, to postanowiłem sprawdzić. Zadzwoniłem do Link 4 aż dwa razy, żeby mi coś powiedzieli o tej nowej jakości. Ale się okazało, że nic nie wiedzą :-). W sobotę wieczorem w ogóle nie było nikogo, kto by mógł ze mną merytorycznie porozmawiać (chyba w call center zostawili tylko jakiegoś dyżurnego). Dziś po południu mogłem już porozmawiać z doradcą, ale też ciężko się zdziwił (a właściwie zdziwiła, bo to była ona) na wieść o „nowej jakości Link 4”.

      - Proszę się nie martwić, nic pana nie ominęło - uspokoiła mnie anielskim głosem pani urzędująca pod siedmioma czwórkami, kiedy zwierzyłem jej się, że kupiłem polisę w Link 4 ze „starą jakością” i chciał bym ją upgrade'ować do „nowej jakości”. Skoro nowa jakość jest taka sama jak stara jakość, to po co mówią o nowej jakości, hę? A może jest nowa, tylko menedżment zapomniał o tym powiedzieć tzw. pracownikom liniowym?


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Nowa jakość Link4? Nikt nic nie wie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 sierpnia 2009 19:56
    • Jak private banker z Aegona uczył mnie inwestowania w fundusze

      Gdy zadzwonił do mnie człowiek z firmy Aegon, w zasadzie chciałem mu od razu powiedzieć, że nie jestem zainteresowany jego ofertą. Główny produkt firmy - plany inwestycyjne opakowane w polisę parasolową - nigdy nie budził mojego entuzjazmu. Wysokie prowizje i ograniczenia przy wychodzeniu z inwestycji powodują, że wolę trzymać pieniądze z zwykłych funduszach inwestycyjnych, bez ubezpieczeniowej nakładki.

      Ale człowiek z Aegona mnie zaintrygował: - Mamy coś, czego nie dostanie pan w żadnym banku ani funduszu - powiedział. I za żadne skarby świata nie chciał powiedzieć o co chodzi.

      Okazało się, że to był tylko asystent właściwego doradcy z Aegona. Sam doradca nie zniża się do wykonywania tak prostych czynności, jak poszukiwanie nowych klientów. Może rzeczywiście jest to tak wysokiej klasy fachowiec, że jego czas jest na wagę złota? - pomyślałem. I dałem się umówić asystentowi na wizytę w warszawskim oddziale Aegona przy ul. Jana Pawła II.

      Stawiłem się punktualnie, ale musiałem poczekać kilka minut. Jakiś doradca (potem okazało się, że to ten „mój”) co prawda kilka razy przeszedł mi przed oczami, ale na audiencję jednak musiałem poczekać. W końcu jak by to wyglądało, gdyby doradcy Aegona musieli czekać na klientów.

      Kiedy już wszedłem do pokoju, okazało się, że doradca nie jest zwykłym doradcą, tylko... private bankerem. Przynajmniej tak miał napisane na wizytówce. Cóż, facet wyglądał na młodszego ode mnie, ale jeśli jest geniuszem finansów, to rzeczywiście nazywanie go zwykłym doradcą finansowym mogłoby być uwłaczające.

      Niestety, niepowtarzalne „coś, czego nie dostanę w żadnym banku czy funduszu” okazało się zwykłą polisą parasolową (czyli zbiorem funduszy inwestycyjnych, skupionych w jednym miejscu). Za to mój rozmówca roztoczył wizję, która - gdybym się nie znał na finansach - musiałaby na mnie zrobić wrażenie. Mniej więcej takie:


      Nie, nie zbadał wszechstronnie moich predyspozycji do inwestowania w akcje. Nie pytał o dochody, o kredyty, o to jaką mam sytuację rodzinną. I czy w ogóle powinienem wkładać pieniądze w ryzykowne fundusze. To mojego private bankera kompletnie nie interesowało. Za to starał się przekonać mnie, że nie ma sensu budować portfela inwestycyjnego na lata. Odwrotnie - trzeba cały czas patrzeć co się dzieje na giełdzie, zmieniać fundusze jak rękawiczki, korygować strategię, raz wchodzić w polskie, raz w zagraniczne fundusze, innym razem czekać.

      Na stole pojawiły się wykresy i wyliczenia, z których wynikało, że tylko najwięksi frajerzy trzymają fundusze całymi latami. Fakt, ostatnia bessa przyniosła ciężkie straty, które trudno będzie odrobić w krótkim czasie. Mój private banker przedstawił wyliczenia ile w czasie spadków można  było zarobić na funduszach timingowych lub surowcowych. Sporo, do kilkunastu procent.

      Przed nami na stole leżała lista najlepszych funduszy w pierwszym półroczu tego roku. - A ten, co to za jeden? - pytam, pokazując palcem fundusz BGF World Gold. To fundusz z rodziny BlackRock, inwestujący w firmy związane z rynkiem złota (m.in. w akcje kopalni). Mam go w swoim prywatnym portfelu inwestycyjnym, byłem ciekaw co mi o nim opowie mój aegonowy private banker.

      - Ten? To fundusz światowych akcji. - Ale jakich? Z jakiejś konkretnej branży? - dopytuję. - Chyba nie, to po prostu światowe akcje. Ale jeszcze to sprawdzę - kończy i na wszelki wypadek zmienia temat. A mnie ciarki przechodzą po plecach na samą myśl, że gość nie rozróżniający funduszy inwestycyjnych mógłby choć przez sekundę zajmować się moimi pieniędzmi. I jeszcze każe się nazywać private bankerem.

      - To jak, przekonałem pana z tym aktywnym inwestowaniem? - wracamy na stare tory rozmowy. - Nooo, chyba tak - mówię - ale po fakcie łatwo sobie liczyć stopy zwrotu od dołka do szczytu. Trudniej kupić i sprzedać fundusze w najlepszym momencie, nie znając przyszłości - usiłuję być sceptyczny. Moja wątpliwość powoduje tylko szeroki uśmiech na twarzy pracownika Aegona.  - To już moja broszka. - zapewnia. I wykłada swoją teorię, która powoduje, że w myślach pokładam się ze śmiechu. Otóż, według mojego rozmówcy, w każdym roku są dwie-trzy fale wzrostów i spadków, dość łatwe do przewidzenia, jeśli ma się za sobą sztab ekspertów od inwestowania.

      W Aegonie oczywiście wszystko potrafią przewidzieć i w odpowiednim momencie zawiadomić klientów. - Teraz na przykład wycofuję pieniądze ludzi z Polski i przerzucam do funduszy zagranicznych. Zawsze tak jest, że w wakacje pieniądze uciekają z naszego rynku. Wrócą we wrześniu. Wtedy przerzucam wszystko z powrotem do Polski - słyszę. Ale dlaczego nasi inwestorzy mają wakacje, a na zagranicznych giełdach ich nie ma? - Tak już jest - wzrusza ramionami mój private banker, uznając najwyraźniej pytanie za niedorzeczne.

      Nasza rozmowa miała miejsce kilka tygodni temu, więc wystarczy rzut oka na wykresy indeksów giełdowych w Warszawie, żeby zobaczyć ile jest prawdy było w teoriach, którymi karmił mnie private banker z Aegona. Od połowy lipca WIG20 wzrósł z 1800 do 2200 pkt.

      W sumie to nawet nieźle się ubawiłem. Kiedy kilka dni później znów zadzwonił do mnie asystent private bankera, żeby umówić mnie na kolejną wizytę, tylko szyderczo zarechotałem. Z facetami, którzy usiłują mi wmówić, że inwestowanie jest dla nich łatwe i proste, wolę nie mieć zbyt wiele wspólnego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Jak private banker z Aegona uczył mnie inwestowania w fundusze”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 sierpnia 2009 07:55
  • niedziela, 30 sierpnia 2009
    • Chcesz założyć lokatę w moim banku? To zapłać mi odsetki!

      Zwykle za lokatę odsetki dostaje ten, kto ją załozył. To logiczne. Jak długo żyję - a są to raptem 34 latka - nie spotkałem się jeszcze z sytuacją, by to klient płacił bankowi odsetki za to, że bank łaskawie przyjął od niego pieniądze i przechowuje je w bezpiecznym skarbcu. A jednak.. stało się.

      Stereotyp przełamał szwedzki bank centralny Riksbank. Jako pierwszy bank centralny na świecie Riksbank zdecydował się na ujemne oprocentowanie depozytów, które składają w nim banki komercyjne! Tak zwana stopa depozytowa Riksbanku wynosi... minus 25 pkt. bazowych. Na stronach Riksbanku znalazłem informację, że ujemne stopy bank trzyma już od drugiego tygodnia lipca! Zresztą zobaczcie sami pod tym linkiem (trzeba zaznaczyć „obserwacje dzienne”, okres od lipca do sierpnia i ściągnąć plik .xls)

      To oznacza, że jeśli bank komercyjny chce trzymać swoje pieniądze w banku centralnym, to nie tylko nie dostanie za to żadnych odsetek, ale jeszcze sam będzie musiał płacić. No, w końcu taki bank centralny ponosi pewne koszty, np. przed skarbcem w Sztokholmie trzeba postawić dodatkowego strażnika :-))

      Zamysł szwedzkich bankierów centralnych jest prosty i klarowny - zmusić banki do udzielania kredytów. Problem z obiegiem pieniądza występuje na całym świecie, a jego apogeum mieliśmy jesienią i zimą 2008 r., kiedy banki komercyjne przestały ufać komukolwiek. Wszystkie wolne pieniądze lokowały w papierach dłużnych emitowanych przez rządy albo banki crentralne, niezależnie od ich oprocentowania.

      Jednak do tej pory żaden bank centralny - ani amerykański Fed, ani Bank of England, ani nawet „nasz” europejski EBC nie zdecydowały się na obniżenie stóp poniżej zera. Dlaczego Riksbank zdecydował się na to akurat teraz, kiedy największy kryzys płynności sektor bankowy ma już za sobą?

      Jak pisze Financial Times, cytowany przez serwis internetowy naszego „Pulsu Biznesu”, Riksbank ma nadzieję, że banki komercyjne, odstraszone ujemną stopą depozytową, zaczną kupować np. obligacje skarbowe i obligacje spółek, co obniży ich rentowność. A niższe oprocentowanie obligacji z kolei pomoże gospodarce.

      Według FT wicegubernator Riksbanku Lars Svensson w lipcu stwierdzić, że „nie ma nic dziwnego w ujemnej stopie procentowej”. Nic dziwnego? Skończyłem studia ekonomiczne i nie przypominam sobie, by na zajęciach z bankowości mi o tym mówiono. Chyba, że przespałem jakiś wykład :-)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Chcesz założyć lokatę w moim banku? To zapłać mi odsetki! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 sierpnia 2009 09:53
  • sobota, 29 sierpnia 2009
    • Koniec ery polisolokat wolnych od podatku?

      Krótkoterminowe depozyty bankowe mogą wkrótce wyprzeć z rynku najpopularniejszy dotąd sposób na unikanie podatku Belki - tzw. polisolokaty. Jak doniósł kilka dni temu „Dziennik Ubezpieczeniowy”, kolejni ubezpieczyciele wycofują się z oferowaniu polis antybelkowych. Po firmie Benefia taką decyzję podjęła Aviva (to nowa nazwa Commercial Union). Szefowie Avivy mówią, że polisolokaty im się po prostu nie opłacają.

      Nie opłacają się, bo przecież polisolokaty (zwane też polisami lokacyjnymi), z ubezpieczeniami nie mają nic wspólnego. Towarzystwo ubezpieczeń dostarcza tylko opakowanie polisy do zwykłego depozytu. Lokata sprzedawana jako ubezpieczenie na życie, z odsetkami nazywanymi dla niepoznaki sumą ubezpieczenia, daje zwolnienie z 19-proc. podatku Belki, na czym zyskuje głównie bank, bo przyciąga pieniądze klientów. Firma ubezpieczeniowa dostaje tylko niewielką prowizję.

      Pogłoski o śmierci polisolokat są pewnie jeszcze przesadzone, zwłaszcza że przecież ostatnio wprowadził taki produkt do oferty największy polski bank - PKO BP. Ale nie zmienia to faktu, że era tej formy omijania podatku Belki chyba jednak dobiega końca. I chyba mnie to nie martwi. Zastanawiałem się już nie raz, czy oferowanie przez banki czegoś, co udaje zupełnie inny produkt jest etyczne.

      Może więc rynek obyłby się jakoś bez tego cudacznego miksu, który w dodatku jest reklamowany jeszcze dziwaczniej, bo poprzez sprowadzenie oprocentowania do wspólnego mianownika ze zwykłymi,opodatkowanymi lokatami? O polisolokacie, która po roku da „sumę ubezpieczenia” w wysokości ok. 5,1 proc., marketingowcy piszą: „zyskasz jak na lokacie 6,25 proc.”. Po prostu kołomyja.

      Podatek Belki będziemy nadal omijali. Jeśli nie za pomocą polisolokat, to dzięki zwykłym, krótkim lokatom. Jeśli odsetki z jednodniowej - na przykład - lokaty są na tyle niskie, że podatek wyniósłby poniżej 50 gr., to wypłata jest wolna od haraczu do urzędu skarbowego. Banki wprowadzają jeden po drugim takie jednodniówki, chociaż część z nich wpadła już na pomysł, żeby limitować ich liczbę przypadającą na jednego klienta.

      Po co? Pewnie z jednej strony po to, żeby uniknąć delikwentów zakładających po 100 lokat o niskiej wartości (by z każdej po jednym dniu mieć mniej, niż 50 gr. odsetek). Bo to obciąża systemy informatyczne. Z drugiej strony bankowcy wiedzą, że jeśli zbyt dużo pieniędzy ucieknie z długoterminowych lokat na jednodniówki, to dla ich płynności finansowej też może się to dobrze nie skończyć. Co by nie mówić o polisolokatach, z nimi takich ceregieli nie ma. Można włozyć dowolnie dużą kwotę i wszystko będzie „antybelkowe”.


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Koniec ery polisolokat wolnych od podatku? ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 29 sierpnia 2009 22:26
    • Uwaga: nadchodzi wyższa kultura!

      Hasło „Wyższa kultura bankowości”, które jest głównym przesłaniem Alior Banku, niedawnego debiutanta na rynku bankowym, jest prowokujące. Człowiek, wchodząc do oddziału Aliora spodziewa się czegoś, co będzie zapierać mu dech w piersiach. To tak jak z hotelem: jeśli ma pięć gwiazdek, oczekiwania klientów są znacznie wyższe. To, co w czterogwiazdkowcu uchodziłoby za luksus, w pięciu gwiazdkach jest „tylko” standardem, nad którym nie warto się zachwycać.

      Sprowokowany aliorowską „wyższą kulturą”, ostatnio trochę wyżywałem się trochę na banku kierowanym przez Wojciecha Sobieraja. Bo odwiedzając placówki nie zauważyłem wyższej kultury, ale tylko taką zwyczajną. Nie było kolejek - to fakt. Zero bałaganu, ulotki nie plątały się pod nogami... ale pracownicy do stóp nie padali irączek nie całowali, więc byłem lekko zawiedziony.

      Inna sprawa, że pewnie jestem bardziej wymagający, niż zwykły klient, przywykły do standardu obsługi rodem ze starego PKO BP (starego, bo teraz już przynajmniej w niektórych oddziałach sprawy wyglądają poprawnie). Swoje wrażenia niedopieszczonego prawie-klienta Alior Banku spisałem tutaj, zaś tutaj znajdziesz wersję pisaną i wideo prześwietlania reklamy Alior Banku. Z kolei relacja z Waszego prześwietlania Samcika znajduje się tutaj.

      Za oba teksty trochę mi się dostało od klientów, którzy nie mają tak wysublimowanych oczekiwań i których zdaniem obsługa Alior Banku w zupełności wyczerpuje znamiona hasła „wyższa kultura bankowości”. Cóż, każdy ma prawo do subiektywnej oceny.

      Ale jedna rzecz mi w Alior Banku autentycznie zaimponowała. To elektroniczne ekrany dotykowe, które w placówkach zastąpiły część formularzy i papierków. Ekrany, które fachowo nazywają się tabletami, wyglądają mniej więcej tak, jak poniżej. Na zdjęciu widać takie cudo w dolnym prawym narożniku, stojące na blacie przy stoisku klientowskim.

      oddział Alior Banku

      Dzięki tabletom w Aliorze wyeliminowano dużą część formularzy i domumentów, które pracownicy muszą drukować, a klienci pracowicie podpisywać. W centrali Aliora twierdzą, że za pomocą tabletów można przeglądać i podpisywać w formie elektronicznej wszystkie potrzebne umowy na linii klient-bank. Wszystkie z wyjątkiem umów kredytowych, bo w ich przypadku obowiązuje forma pisemna pod rygorem nieważności.

      W przypadku wszystkich innych dokumentów wystarczy, że klient podpisze je elektronicznie, na tablecie. Nie trzeba nic drukować. Trzeba tylko na samym początku kontaktów z bankiem podpisać - w tradycyjny sposób, a więc na papierze - umowę ramową. I tym samym zgodzić się na „tabletową rewolucję”. Nie sprawdzałem jak to działa w praktyce, ale kiedy odwiedzałem oddziały Aliora, rzeczywiście na biurkach pracowników nie zauważyłem bałaganu. Zwykle było prawie pusto, nie walały się segregatory ani spinacze.

      Chociaż od dawna mam skłonność do szukania dziury w całym, instytucję tabletów w Alior Banku muszę pochwalić. Nie wiem ile takie ekrany dotykowe kosztują i czy dla takiego np. PKO BP albo Banku Pekao byłaby to bariera nie do przejścia. Jeśli chodzi o techniczne aspekty komunikacji pracownika z klientem w oddziale, to Alior Bank znalazł się rzeczywiście w innej erze, w wyższej kulturze bankowości. Zdjęcie tabletu firmy Lenovo, które znalazłem w internecie, znajdziecie poniżej.

      tablet Lenovo

      I prędzej czy później Alior na tym zyska. Dla klienta, który przyzwyczai się do tego, że prawie wszystkie sprawy z bankiem załatwia na ekranie monitora dotykowego, powrót do tradycyjnych stosów papierków, którymi był zasypywany w innych bankach, będzie już chyba niemożliwy. Kto chciałby znowu znaleźć się w epoce kamienia łupanego? Nagrodą dla Aliora będzie więc lojalność klientów, którym - przynajmniej w tym jednym elemencie obsługi - żaden bank nie może zapewnić porównywalnych warunków. Chapeau-bas.




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Uwaga: nadchodzi wyższa kultura!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 29 sierpnia 2009 10:53
  • czwartek, 27 sierpnia 2009
    • Podwyżki prowizji w PKO BP zadziałały. Zobacz jak pomogłeś swojemu bankowi!

      PKO BP był bodaj pierwszym dużym bankiem, który wiosną tego roku zdecydował się znacznie podwyższyć opłaty za prowadzenie kont osobistych. Abonament za podstawowy rachunek Superkonto wzrósł z 5,4 do 6,9 zł. Później w ślady PKO BP poszli inni, np. największy konkurent państwowego giganta  - Bank Pekao. Nie wiem, czy któregoś z klientów PKO BP to pocieszy, ale... Kochani klienci, chcę Wam powiedzieć, że pieniądze, wyciągnięte z Waszych kieszeni przez szefów PKO BP, doskonale widać w kasie banku. Ba, to właśnie pieniądze z podwyżek prowizji w dużej części poratowały wynik państwowego banku w pierwszym półroczu!

      PKO BP podał w czwartek, że od stycznia do czerwca zarobił na czysto 1,15 mld zł. Pomijając różne koszty (pracowników, utrzymania oddziałów, rezerw na złe kredyty itp.) bank ze skarbonką w logo zarobił na podstawowej działalności - czyli różnicy między odsetkami od lokat i kredytów - tylko 2,3 mld zł. To o jedną piątą mniej, niż rok temu o tej samej porze. Teraz zaczynam rozumieć dlaczego PKO BP zaczyna wykręcać klientom takie numery, jak ten. Spadająca różnica na odsetkach to problem, który trzeba jakoś rozwiązać.

      Aż strach pomyśleć co by się stało z wynikiem banku, gdyby nie poratowały go dochody z Waszych, drodzy klienci, prowizji. W sumie klienci z różnych opłat zapłacili bankowi w pierwszym półroczu prawie 1,4 mld zł. Z samej tylko obsługi ROR-ów bank zgarnął 410 mln zł (o 20 mln zł więcej, niż rok temu), a kolejne 445 mln zł klienci dorzucili w prowizjach z tytułu obsługi kart płatniczych (to o 45 mln zł więcej, niż przed rokiem). Dla porównania: z tytułu prowizji od udzielonych kredytów PKO BP zarobił ledwie 160 mln zł (choć i tak o 13 mln zł więcej, niż rok temu).

      Jeśli więc szukać w wynikach PKO BP gejzerów nowych zysków, to jesteście nimi Wy: posiadacze Superkont. Nie chcę rozgrzeszać szefów innych banków, którzy w tym samym miejscu szukają nowych pieniędzy, ale chyba już wiem dlaczego nic nie mogło powstrzymać ani szefów Banku Millennium, ani ludzi od ustalania prowizji w DnB Nord. Oni też od czasu do czasu muszą publikować swoje wyniki finansowe. I też szukają jakiegoś nowego gejzera zysków.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Podwyżki prowizji w PKO BP zadziałały. Zobacz jak pomogłeś swojemu bankowi!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 sierpnia 2009 18:00
    • Karta płatnicza? To jest diabelskie!

      Podczas urlopowych wojaży po Grecji testowałem odporność psychiczną właścicieli tamtejszych kafejek, tawern, restauracji oraz hoteli. Są to ludzie wyluzowani (też byście tacy byli, gdybyście przez trzy czwarte roku mieli nad sobą ciepłe słoneczko, szum morza i palemki), więc naprawdę nie jest łatwo zepsuć im humor.

      W sumie podczas ponad tygodniowego greckiego urlopu udało mi się znaleźć tylko jeden jedyny niezawodny sposób, by restauratora albo hotelarza naprawdę i szczerze zasmucić. Tak zasmucić, żeby jeszcze przez najbliższe pół godziny uśmiech nie pojawił się na jego twarzy (mimo słoneczka, szumu morza i palemek). Ten sposób to wyciągnięcie z portfela karty płatniczej.

      Widok karty działa na tych ludzi już nawet nie jak płachta na byka, ale jak gilotyna nad głową. Zaczynają prosić, błagać, przepraszać i przekonywać, że lepiej będzie jeśli zapłacę gotówką, że karta jest źle wypolerowana, że terminal popsuty, że prądu zabrakło, że baterie wysiadły. Rekord pobił restaurator w dobrej knajpie na wyspie Kos, który powiedział wprost. - Nie lubię plastiku. To nie jest prawdziwe życie. To jest diabelskie!

      Hmmm... A nam tu w Polsce Visa i Mastercard, przy akompaniamencie chóru wszystkich bez wyjątku bankowców, tłuką od lat do głów, że płatności bezgotówkowe są tańsze, bardziej efektywne i wygodniejsze. A tymczasem taka Grecja - zdaje się, że mimo wszystko znacznie bogatszy od Polski kraj - pod względem stosunku do plastikowego pieniądza jest konserwatywna.

      Cash is the king. Gotówka rządzi. Dochodzę do wniosku, że Polacy wcale nie są dziwni, skoro dwie trzecie wszystkich transakcji karcianych wykonują przy bankomatach, zamieniając wirtualny pieniądz na żywą gotówkę. Bo - parafrazując poniższą reklamę - lepiej się żyje z gotówką.


      Jest chyba tylko jeden sposób, żeby przekonać ludzi - i to niezależnie od nacji - że w płaceniu kartami w sklepach nie ma nic diabelskiego. To konkursy. Nie bez powodu największym w tym roku sukcesem na rynku depozytów była słynna lokata reklamowana przez Danny'ego DeVito. Ani Danny nie jest taki wspaniały, ani oprocentowanie nie było wysokie. Wystarczyło, że przy okazji zapisów na lokaty ogłoszono konkurs z wysoką nagrodą.

      Tego samego patentu chwytają się Visa i Mastercard, czołowe systemy skupiające banki-wydawców kart. Ostatnio Visa zorganizowała loterię, w której do wygrania były karty „załadowane” kwotą 50 tys. zł. Zdobywcami kart z takim saldem zostali: pani Ewa, która w bydgoskiej księgarni zapłaciła kartą 81 zł za książki, pan Kamil, który zapłacił kartą Visa 40 zł w sklepie odzieżowym Reserved w Gdyni oraz pan Marek, który kupił paliwo na stacji Lotos za 174 zł. Jak widać nie trzeba być finansowym kresuzem z platynową kartą w portfelu, żeby płacenie kartą mogło się opłacić.

      Co ciekawe, dwóch z trzech zwycięzców miało w portfelach karty mBanku. Widać klienci tego banku (niepotrzebne skreślić): a) najchętniej używają kart płatniczych zamiast gotówki, b) najbardziej lubią konkursy, c) uważają, tak jak ten „czeski” ksiądz, że płacenie gotówką to grzech. :-)


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „Karta płatnicza? To jest diabelskie!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 sierpnia 2009 08:06
  • środa, 26 sierpnia 2009
    • Nowym prezesem PKO BP będzie...

      We wtorek PKO BP ujawnił, że o stanowisko nowego prezesa banku rywalizuje 14 kandydatów. Oczywiście nie ujawniono ich nazwisk. Stąd wszystko, co napiszę poniżej, ma status czystej spekulacji, plotki, pomówienia lub insynuacji (niepotrzebne skreślić). Otóż z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy się domyślać, że swoich aplikacji nie złozyli ani poprzedni prezes Jerzy Pruski (podobno ma zostać szefem Bankowego Funduszu Gwarancyjnego), ani Sławomir Lachowski, o którym jeszcze niedawno się mówiło, że jest pewniakiem.

      Lachowski miał dogadać się z Pruskim i ministrem skarbu Aleksandrem Gradem, że to on stanie za sterami banku. Niestety, usunięcie Pruskiego odbyło się w złej atmosferze, co pogrążyło szanse Lachowskiego.Niektóre źródła mówią, że wcześniej Pruski i Lachowski poróżnili się.

      Jeśli nie Lachowski to kto? Na liście kandydatów, którzy złożyli swoje aplikacje, zapewne nie ma nazwisk prezesów, którzy zarządzają dziś bankami. Ponoć nie zgłosił się ani Mariusz Klimczak, dziś współzarządzający bankiem BOŚ, ani Piotr Kamiński, prezes Banku Pocztowego. Słyszałem też, że poważnych kandydatów - poważnych, czyli takich, którzy mają realny potencjał do zarządzania największym bankiem w kraju - jest nie więcej, niż pięciu-sześciu. Malutko. Niewykluczone, że są wśród nich menedżerowie zarządzający obecnie bankiem PKO BP.

      I to właśnie któregoś z nich upatrywałbym jako potencjalnego zwycięzcę konkursu na szefa PKO BP. Myślę zwłaszcza o Wojciechu Papieraku, który z jednej strony już zdążył się oswoić z funkcją p.o. prezesa, na którą wyniosła go rada nadzorcza, z drugiej zaś byłby to dla niego realny awans zawodowy.

      Co prawda jeszcze nie tak dawno Papierak krygował się, że zarządzanie PKO BP nie jest jego marzeniem i nie zamierza się za to brać. A jednak, jak wskazują nieoficjalne informacje, podobno złożył swoją aplikację w konkursie... Poza tym nie po to człowiek wypruwa sobie flaki, by przeprowadzić bank przez ultratrudną operację nowej emisji akcji (w dodatku przyspieszoną w stosunku do wcześniejszych planów), by ktoś inny przyszedł na gotowe i zmierał laury.

      Gdybym więc dziś, mając taki stan wiedzy, jakim obecnie dysponuję, miał jednym słowem dokończyć tytułowe zdanie tego postu, dokończyłbym je słowem... Papierak. Sam jestem ciekaw, czy intuicja mnie nie zawodzi. To się okaże już wkrótce. A mój typ na prezesa wygląda tak:

      p.o. prezesa PKO BP, Wojciech Papierak

      (zdjęcie zaczerpnąłem z internetowych zasobów Gazety Prawnej, mam nadzieję, że koledzy z nowej gazety gospodarczej nie mają nic przeciwko temu)





      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Nowym prezesem PKO BP będzie...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 26 sierpnia 2009 19:24
    • Lokaty progresywne: marketingowy bełkot

      Za sprawą nowej kampanii reklamowej Banku Millennium na tapetę wróciły lokaty progresywne, czyli takie z rosnącym co miesiąc oprocentowaniem pieniędzy. Dla mnie to marketingowe dziwo, którego jedynym celem jest włożenie narzędzia do ręki specom od reklamy. Zamiast umieszczać na plakatach „zwykłe” oprocentowanie normalnych lokat, np. 6%, dzięki uzupełnieniu oferty o lokaty progresywne można sobie wpisać np. 8%, albo 12%. Daje po oczach? Daje. I o to chodzi. Klient może wejdzie, zapyta. A jak już wejdzie, to pracownicy go zatrzymają i coś-tam sprzedadzą.

      Kiedyś lokaty progresywne były chyba normalniejsze. W pierwszym miesiącu dawały 3,5%, w czwartym 4%, a w dwunastym 5%. I to jest OK - stabilny, niewielki bonus za lojalność klienta. Dziś duża część lokat tego typu istnieje tylko po to, by zaskoczyć oprocentowaniem w ostatnim miesiącu. AIG Bank płaci na finiszu nawet 12% w skali roku! Oczywiście w poprzednich miesiącach jest to odpowiednio mniej, żeby średnia za bardzo nie zbliżyła się do oprocentowania z ostatniego miesiąca, bo bank niechybnie poszedłby z torbami.

      Albo lokata w Banku Millennium - przez jedenaście miesięcy procentowa nędza - od 4% w pierwszym miesiącu do 4,5% w jedenastym, a potem - ni z gruszki ni z pietruszki nagle 8%. Średnia wychodzi raptem 5,5%, ale tę informację bank już podaje dużo mniejszą czcionką. Choć muszę przyznać, że zarówno w reklamie, jak i na plakatach informacja o średnim oprocentowaniu w skali roku jest i da się ją zauważyć bez lupy. Pod tym względem Bank Millennium odrobił lekcję.

      Czy lokaty progresywne powinno się wycofać z oferty? Oczywiście nie. Czy zasady oprocentowania mogłyby być konstruowane uczciwiej, bardziej przewidywalnie? Czy takich lokat powinno się używać jako głónego drivera, oferty która przyciąga do banku klientów? Gdybym był bankierem chcącym uczciwie, jasno i bez niedomówień komunikować się z klientami, na takie pytanie odpowiedziałbym: na pewno nie. I wtedy miałbym więcej tak fajnych klientek, jak ta pani:






       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Lokaty progresywne: marketingowy bełkot”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 26 sierpnia 2009 12:56
  • wtorek, 25 sierpnia 2009
    • Czy warto teraz wchodzić w fundusze akcji?

      Ostatnio w światku zawodowych inwestorów i zwykłych ciułaczy rozgorzała gorąca dyskusja na temat przełomu w funduszach inwestycyjnych. Przez niemal dwa lata Polacy wypłacali z nich pieniądze i przenosili do banków. Od kilku miesięcy jest odwrotnie - saldo wpłat i umorzeń. We wtorek portal finansowy Money.pl zwrócił uwagę na to, że w ciągu ostatnich trzech miesięcy do funduszy wpłynęło o 1,35 mld zł więcej pieniędzy, niż wyniosły umorzenia.

      To dopiero pierwsza kropla w morzu potrzeb, bo w szczycie hossy w funduszach było prawie 150 mld zł, a dziś jest raptem 82 mld zł. Ale z miesiąca na miesiąc kupujący fundusze osiągają coraz większą przewagę. W maju saldo wpłat i umorzeń wyniosło plus 130 mln zł, w czerwcu - 520 mln zł, a w lipcu - 630 mln zł. Sierpień pod tym względem będzie prawdopodobnie jeszcze lepszy. A jeszcze pół roku temu Polacy mówili o funduszach, że to diabelskie nasienie...

      Można się dziwić, że kupujący fundusze obudzili się dopiero teraz, kiedy WIG20 jest już po kilku dobrych miesiącach wzrostów, a ceny akcji odbiły się od dna średnio o 60 proc. Ale dokładnie to przepowiadali w rozmowach ze mną przed kilkoma miesiącami szefowie TFI, choćby Zbigniew Jagiełło z TFI Pioneer, czy Krzysztof Stupnicki z TFI AIG. Mówili, że potrzeba co najmniej pół roku wzrostów, by Polacy przełamali strach przed spadkami i zaczęli wracać do funduszy.


      Tylko czy warto wracać? W moich rozmowach z inwestorami bardzo często pojawia się opinia, że tzw. leszcze (czyli drobni inwestorzy-amatorzy) zawsze kupują na górce. A skoro teraz drobni ciułacze zaczynają powrót do funduszy, to nieomylny znak, że czeka nas koniec wzrostów.

      Po drugiej stronie są opnie zarządzających funduszami, którzy mówią (no bo co niby mają mówić?), że mimo bardzo dużych wzrostów cen dziś moment do inwestycji w fundusz akcji jest równie dobry, jak wczesną wiosną. Co prawda do zainkasowania są już mniejsze zyski, ale niższe jest też ryzyko, bo przynajmniej wiadomo, że bessa jest skończona. Kto zainwestował w fundusz wiosną wygrał, ale ryzykował znacznie więcej, bo dno nie było jeszcze „ubite”.

      A co ja radzę osobon, które pytają mnie czy warto dziś inwestować w fundusze akcji? Cóż, przyznam, że czekam na solidną, spadkową korektę. Brakuje do niej jeszcze jednej fali euforii i może właśnie przed nią stoimy. Ale później powinno nastąpić załamanie dobrego trendu.

      Po pierwsze dlatego, że mamy przed sobą mocną strefę oporu (2300-2600 pkt. dla indeksu WIG20. Po drugie dlatego, że rynek zbyt długo rośnie bez przerwy. Po trzecie dlatego, że 60-procentowe odbicie od dna było nieco na kredyt. Dane z gospodarek nie uzasadniają aż tak dużego wzrostu wyceny akcji. Wyniki spółek giełdowych - obecne i te prognozowane też go nie uzasadniają. Po czwarte czeka nas jeszcze jedna odsłona kryzysu, wynikająca ze wzrostu wartości nie spłaconych kredytów w Europie Zachodniej. Po piąte wreszcie przemawiają mi do wyobraźni wnioski z ostatniej analizy giełdowego eksperta Wojciecha Białka, który na podstawie historycznej analizy prognozuje mini-załamanie indeksów jeszcze we wrześniu.

      Czy to wszystko oznacza, że teraz nie jest dobry moment do inwestycji w fundusze akcji? Jeśli myśleć o niej w kategoriach krótkiego czasu, pół roku lub roku (a tak krótki horyzont przyjmuje niestety duża część inwestorów-amatorów), to pewnie warto poczekać na nieuchronne - jak mi się wydaje - spadki.

      Patrząc w długiej, kilkuletniej perspektywie, moment wejścia na rynek nie ma już tak wielkiego znaczenia. Zwłaszcza jeśli celujemy w karierę rentiera za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat. Jeśli mamy mieć kolejną hossę, to już za pięć-siedem lat giełdowe indeksy powinny być duuużo wyżej, niż teraz. A to, czy dziś kupimy akcje 20 proc. taniej, czy drożej - będzie miało niewielkie znaczenie dla ostatecznego zysku.

      Jedyne, czego się można obawiać, to ryzyko przedłużenia konsolidacji. Jeśli będziemy mieli kolejną falę kryzysu, to WIG20 jeszcze przez dwa lata może się bujać między 1700 a 2300 pkt. Dla funduszy akcji, a przede wszystkim pieniędzy klientów tych funduszy, byłaby to bardzo męcząca huśtawka, w której zysk zależałby właśnie od momentu wejścia na rynek. Obawiam się takiego scenariusza i dlatego w swoim prywatnym portfelu ani nie zmniejszam udziału funduszy akcji, ani go nie zwiększam. Zapiąłem pasy i czekam. Co o tym myślicie?

      PS. Zanim zainwestujesz w fundusze - wypełnij ankietę - czytaj o tym tutaj




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Czy warto teraz wchodzić w fundusze akcji?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 sierpnia 2009 23:39

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line