Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • wtorek, 31 sierpnia 2010
    • Wojna o ROR-y: górą mBank i BZ WBK, Eurobank i ING. Tracą oba PKO

      Kilka dni temu portal Bankier.pl podliczył bankową wojnę o konta osobiste. Podsumowanie wypadło nad wyraz okazale: w pierwszym półroczu 2010 r. banki otworzyły 730.000 nowych ROR-ów. W sumie bankowcy prowadzą już dla nas 23 miliony kont osobistych. Ogromna liczba otwartych kont nie powinna nas mylić, bowiem bankowcy w nieoficjalnych rozmowach przyznają, że nawet 40% wszystkich nowych kont to rachunki martwe (takie, na które nigdy nie trafią żadne wpływy). Ludzie otwierają je pod wpływem chwili, a potem o nich zapominają.

      Zaś te konta, które jako-tako rokują, też nie stają się złotymi strzałami od razu. „Rozpędzenie” rachunku do takiego poziomu, by generował on przyzwoite z punktu widzenia banku obroty, trwa średnio od sześciu do dziewięciu miesięcy. Póki co więc banki otworzyły dużo nowych kont, ale czy na nich zarobią - okaże się w przyszłości. Większość z nowo otwieranych kont zakładają osoby, które już mają w jakimś banku rachunek i ten nowy jest ich drugim, pomocniczym. To oznacza, że nowy bank nie jest dla klienta automatycznym bankiem pierwszego wyboru. Musi przeciągnąć tego klienta na swoją stronę, a to może potrwać dłużej, niż sześć-dziewięć miesięcy. I wcale nie musi się udać.

      Przy tych wszystkich zastrzeżeniach możemy jednak przyjrzeć się wygranym i przegranym tego półrocza. „Najwięcej rachunków pozyskały instytucje, które postawiły na tanie konta osobiste lub przeprowadziły głośne akcje marketingowe. Od grudnia 2009 r. do końca czerwca mBank pozyskał 137.000 rachunków osobistych, BZWBK zwiększył stan posiadania o 124.000 kont, Eurobank - o 105.000, a ING Śląski - o 101.000 ROR-ów. Dobrym wynikiem mogą pochwalić się także Alior Bank, który odnotował wzrost o 80.000 kont osobistych i Polbank EFG z liczbą blisko 70.000 nowych rachunków” - pisze Bankier.pl.

      Który bank prowadzi najwięcej kont? Odpowiedź znajdziesz w tabelce

      Konta dane I półrocze 2010

      Wśród banków, króre dotąd były dostarczycielami klientów dla konkurencji przestał bić po oczach Bank Millennium, który wprowadził do oferty tanie konto internetowe.„W ten sposób udało mu się przełamać trwający od kilkunastu miesięcy trend spadkowy. Bank zaczął w końcu zwiększać liczbę prowadzonych kont osobistych. Do niedawna bank pozostawał w czołówce instytucji notujących największy spadek liczby prowadzonych ROR-ów. Do bezpłatnego konta internetowego bank dodał kartę umożliwiającą dokonywanie płatności zbliżeniowych, wyposażoną w usługę moneyback, czyli gwarantującą zwrot 1%. wykonanych kartą transakcji” - zauważa Bankier.pl.

      Przegranymi wojny na ROR-y są natomiast dwa największe banki. O ile straty stanu posiadania banku PKO BP były do przewidzenia, bo jego prezes Zbigniew Jagiełło od samego początku swojego panowania zapowiedział, że interesuje go zwiększanie dochodów z obecnych klientów, a nie pozyskiwanie nowych, o tyle kryzys Banku Pekao jest pewnym zaskoczeniem. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2010 r. bank PKO BP zmniejszył stan posiadania ROR-ów o 111.000 sztuk, a Pekao z żubrem w logo - tylko niewiele mniej, bo o 76 tys.

      Jest to o tyle dziwne, że Bank Pekao kilkanaście miesięcy temu wprowadził nowe pakiety kont osobistych, dużo tańszych od poprzednich. Przez pewien czas ich urok na klientów działał, ale ostatnio chyba przestał. W obliczu wszystkich nowinek fundowanych klientom przez banki w ostatnich miesiącach ten kto nie proponuje nic nowego, automatycznie się cofa. To chyba właśnie jest przypadek Pekao, ktory w pewnym momencie spoczął na laurach. A może to tylko cisza przed burzą?

      Czytaj też: Załóż konto, a dostaniesz debet. Tak banki podbierają sobie klientów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Wojna o ROR-y: górą mBank i BZ WBK, Eurobank i ING. Tracą oba PKO”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 sierpnia 2010 13:41
    • Zapłacisz mandat za szybką jazdę i... prowizję za to, że bank pomógł policji

      Jedziesz zbyt szybko i policja pstryka Ci fotkę. Do domu przychodzi pamiątkowa fotografia i informacja że nabroiłeś i trzeba się zgłosić na policję, żeby przyjąć mandat. Standard, nie ma się czemu dziwić. Ale, jeśli prowadzisz firmę i auto, którym jechałeś, nabyłeś w leasingu, możesz dostać nie tylko mandat, ale i... rachunek od firmy leasingowej. Nawet 100-150 zł. Jak to mozliwe?

      Napisał do mnie pan Jacek, właściciel firmy M. „Spółka Millennium Leasing obciążyła naszą firmę opłatą za usługę, której nie zamawialiśmy. Z otrzymanej przez nas faktury wynika, że jest to opłata za udzielenie informacji policji” - pisze pan Jacek. Zagadkowe, prawda? Należąca do banku spółka leasingowa udziela policji informacji o właścicielu firmy i za tę czynność obciąża prowizją klienta. Prowizją niemałą, bo 50 zł piechotą nie chodzi.
      Poszło właśnie o zdjęcie z policyjnego fotoradaru. Firma M. używa samochodów zakupionych w leasingu od Millennium Leasing. Samochody beztrosko jeżdżą sobie po Polsce. Któregoś pięknego dnia fotoradar zrobił zdjęcie, policjanci po numerze rejestracyjnym dotarli do firmy leasingowej, która jest formalnie właścicielem samochodu, zaś ta bez szemrania ujawniła policji, że pojazd użytkuje firma M. Oraz że autem kierowali Jarosław, Mirosław lub Zbigniew lub inne debeściaki. :-)

      Nic w tym złego, firma leasingowa nie ma obowiązku brać na siebie mandatów „zarobionych” przez firmy, którym użycza leasingowanych pojazdów. Ale czy ta informacja była aż tak cenna, a jej udzielenie tak kłopotliwe, by przerzucać ją na swego klienta w kwocie aż 50zł?  

      Wojciech Kaczorowski, rzecznik Banku Millennium, który jest właścicielem Millennium Leasing, nie uważa, by firma leasingowa przesadziła. Bo, rzeczywiście, w umowie jest czytelny zapis, że leasingodawca - np. za informowanie policji - może żądać zapłaty. „Wszystkie czynności jakie obciążają firmę leasingową, a wykraczają poza podstawowy zakres umowy (czyli poza finansowanie zakupu i użytkowania przedmiotu leasingu) są przenoszone na Korzystającego z leasingu” - to zapis z regulaminu leasingu.

      Problem oczywiście nie dotyczy klientów jednej tylko firmy leasingowej. Słyszałem, że przeciętna firma leasingowa wysyła do policji po kilkaset (a czasem i do kilku tysięcy) odpowiedzi na pytania policji miesięcznie. Dlaczego klient firmy leasingowej finansuje pośrednio policję tylko po to, by ta mogła  wręczyć mu mandat? I czy opłaty bankowe za wystawienie zaświadczenia rzeczywiście muszą być tak wysokie? Wiem, że w niektórych firmach leasingowych opłata za poinformowanie policji o właścicielu samochodu wynosi nawet 150 zł! W ten sposób z kieszeni kierowców do kas firm leasingowych trafia kilkanaście milionów złotych rocznie!

      Czytaj też o innych dziwnych prowizjach narzucanych właścicielom firm. Nie używasz swego konta firmowego wystarczająco często? W tym banku za karę zapłacisz więcej za kredyt odnawialny. Akcja Farmer, czyli jak wydoić klienta-rolnika?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Zapłacisz mandat za szybką jazdę i... prowizję za to, że bank pomógł policji”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 sierpnia 2010 07:18
  • poniedziałek, 30 sierpnia 2010
    • W Anglii nie lubią polskich czipów? Sprawdź kartę zanim ruszysz do Londynu

      Dostałem jakiś czas temu ciekawego e-maila od jednego z czytelników blogu wizytującego akurat kraj dumnych synów Albionu. Otóż po użyciu karty czipowej z Polski w brytyjskim terminalu (sklep, restauracja, hotel itp.) na jego ekranie pojawia się napis PIN LOCKED. „Obsługa patrzy jak na złodzieja i nie zawsze wie, co robić. Efekt – kilkukrotnie odmówiono mi płatności kartą żądając gotówki. Raz kartę próbowano zatrzymać. Dwa razy kartę obciążono choć potem uznano, że do transakcji nie doszło i zażądano gotówki. Generalnie skuteczność płatności kartą na poziomie 50%, tj. w połowie przypadków odmówiono mi akceptacji karty” - opowiada jeden z polskich turystów.

      Nie jest to jedyny problem z kartami czipowymi, o którym mi doniesiono. Miałem też problem z płaceniem kartą chipową we Włoszech i w Hiszpanii, ale stare zadziałały bez problemu”. Podobno kłopoty z akceptowaniem polskich kart czipowych w Europie wynikają z innego trybu działania terminali występujących w części sklepów na Zachodzie. Np. niektóre brytyjskie terminale są domyślnie ustawione w tryb off-line, czyli nie łączą się z bankiem-wydawcą karty, by zweryfikować czy klient wklepał właściwy kod PIN. Jeśli bank zapisał PIN na karcie, to wszystko jest w porządku, terminal odczyta PIN z czipa umieszczonego na karcie. W przeciwnym razie pojawi się komunikat PIN LOCKED.

      Jeden z czytelników, pan Marcin, sprawę tłumaczy tak: „Karty z czipami mogą nie działać w sklepach typu "off-licence" bo tam używają jeszcze czytników bardzo starej daty. Na pewno nie będzie można ich użyć brytyjskich sklepach Lidl. Tam akceptują tylko angielskie karty debetowe, a resztę traktują jako kredytowe”. O możliwości, że niektóre karty czipowe - te ustawione przez banki-wydawców w taki sposób, by PIN sprawdzały w banku - nie będą chciały działać, pisali też pracownicy mBanku, największego w Polsce banku internetowego.

      Pan Marek, inny czytelnik blogu donosi: „Kontakt z konsultantem Citi przynosi złe wieści, karty wydane przez ten bank nie mają możliwości zapisu kodu PIN w trybie offline, a więc pozostaje płatność z wykorzystaniem standardowej metody (pasek magnetyczny plus podpis), jeżeli oczywiście się da...”. Przed wyjazdem w świat upewnijcie się w banku, czy karta wydana przez Wasz bank ma mozliwość odczytania PIN-u z czipa, a nie online z systemu banku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „W Anglii nie lubią polskich czipów? Sprawdź kartę zanim ruszysz do Londynu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 sierpnia 2010 07:17
  • piątek, 27 sierpnia 2010
    • Gdy bank chodzi spać z kurami

      Odkąd wynaleziono bankowość internetową większość z nas ma poczucie, że pieniądze mogą wędrować po świecie online. Jest to w dużej części złudzenie optyczne, bo przecież większość obrotów na naszych - prywatnych - kontach jest realizowana za pomocą systemu Elixir, który bynajmniej nie działa przez całą dobę. Nie zmienia to faktu, że część banków poprawia klientom samopoczucie i tak ustawia salda kont, by wszystko wyglądało pięknie i nowocześnie. Zlecasz przelew o 23.30 i pieniądze są uwzględniane w saldzie konta o 23.30. A nie o 8.00 rano dnia następnego, kiedy faktycznie zostaną wyksięgowane w konta.

      Tak samo sprawy się mają z przelewami wewnątrz tego samego banku. Czasem z nieporozumień między klientami a bankami co do tego kiedy przelew lub jakaś płatność rzeczywiście dociera do celu, biorą się niemałe kłopoty i koszty. Pan Robert spłacił kilka miesięcy temu kartę kredytową. Chodziło o  2.114.zł. Niestety, spóźnił się o kilka godzin i bank naliczył mu dodatkowe kary: 49 zł plus odsetki - 41,5 zł. Przelew wewnętrzny - z konta osobistego w Banku BPH na konto karty kredytowej w tym samym bank - wyszedł w ostatnim dniu cyklu rozliczeniowego karty po godz. 22.00. „Największą ciekawostką jest to, że bank uważający się za internetowy wieczorem idzie spać i nie pozwala na przelew spłacający kartę pomiędzy własnymi kontami” - pisze pan Robert.

      Klient otrzymał od banku wyjaśnienie nie budzące wątpliwości: „Szanowny Panie, uprzejmie informuję, iż wpłata w wysokości 2,114 zł została rozliczona na rachunku karty kredytowej dnia 06.10.2009. Termin spłaty przypadał na dzień 05.10.2009 z tego też tytułu została naliczona opłata za nieterminową spłatę zgodnie z Tabelą Opłat i Prowizji Banku BPH. Dodatkowo pragnę poinformować, iż dokonał Pan spłaty o godzinie 21:58 dnia 05.10.2009, zgodnie z regulaminem, aby przelew w Banku BPH . został rozliczony tego samego dnia powinien być wykonany do godziny 20:00”. I dalej podpis pracownika banku. Tak, ten bank chodzi spać z kurami :-)

      Rzeczywiście, regulamin jest nieubłagany: "Dyspozycje przelewu środków oraz zakładania lokat wewnątrz banku złożone w dniu roboczym do godziny 20:00 są księgowane na rachunku klienta w tym samym dniu roboczym, natomiast złożone po godzinie 20:00 oraz w dni wolne od pracy są księgowane na rachunku w następnym dniu roboczym". Głupie? Może. W dobie rzeczywistości online, blipów i facebooków, działających przecież przez całą dobę, bez przerwy, bank internetowy też mógłby być otwarty bez przerwy. Ale też trudno mieć do BPH pretensje, bo zasady księgowania przelewów wewnętrznych są w regulaminie jasno wyłożone. Czas banków działających naprawdę online dopiero nadejdzie.

      Nota bene z kurami chodzą spać nie tylko serwisy internetowe banków. Pisze pan Dariusz: „Jestem posiadaczem karty kredytowej, której spłata przypada na piąty dzień każdego miesiąca. Ponieważ nie posiadam konta w banku Millennium, który wydał mi kartę, spłaty dokonuję wpłacając gotówkę do banku ostatniego dnia. Każdorazowo naliczane mam odsetki karne obejmujące cały okres kredytowania, czyli 52 dni. A posiadam dowód wpłaty z dnia piątego danego miesiąca!

      Po  napisaniu reklamacji  dostałem odpowiedź w postaci wyciągu z regulaminu karty kredytowej, z którego wynika, że jeśli się nie płaci w terminie, to bank ma prawo naliczyć odsetki. Cały problem polega na tym, że bank księguje wpłacone pieniądze następnego dnia tak więc wg banku wpłata nastąpiła z opóźnieniem. W regulaminie karty kredytowej nie ma jednego słowa w tej sprawie. Dla klienta powinno być obojętne kiedy bank zaksięguje pieniądze. Gdyby przykładowo system księgował pieniądze tydzień później to klienci byliby obciążani odsetkami karnymi za tygodniowe opóźnienie w spłacie?” - oburza się pan Dariusz. Nie pisze co prawda o której godzinie ostatniego dnia spłaca kartę, ale pewnie robi to późnym popołudniem lub wieczorem. A wtedy systemy rozliczeniowe banku śpią już sobie w najlepsze... :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy bank chodzi spać z kurami”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 sierpnia 2010 18:29
    • Wziąłeś kredyt hipoteczny w pakiecie z ROR-em? Płać prowizje bez końca!

      O tym, że każdy bank, udzielając klientowi kredytu hipotecznego, najchętniej przywiązałby tegoż klienta na najbliższe trzydzieści lat do jakiegoś kaloryfera, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Najlepszym kaloryferem jest konto osobiste, najlepiej sprzężone z debetem i kartą kredytową. „Ubrany” w taki pakiet klient rocznie płaci bankowi kilkaset złotych w formie różnych opłat i prowizji niezależnych od rat kredytu hipotecznego.

      Determinacja bankowców w wymyślaniu klientom odpowiednio solidnych kaloryferów niekiedy budzi podziw. Czasem zdarza się, że bank dopiero po pewnym czasie orientuje się, iż kaloryfer, do którego przytwierdzil klienta, jest tylko tanią podróbką, bo przecież wynaleziono już lepsze, nowocześniejsze modele, z większą liczbą grubych żeberek. Wtedy bankowcy wyłażą ze skóry, by podmienić klientowi kaloryfer na droższy model. Najlepiej tak, by klient się nie zorientował. Przykładem może być przygoda klienta Banku Millennium, który usiłował odczepić się od kosztownych żeberek. Bezskutecznie, w zamian bank dostarczył mu jeszcze pokaźniejszy kaloryfer.

      A było tak: „W 2006 r. otrzymałem w Millennium kredyt mieszkaniowy. Do kredytu darmowe konto. Zgodziłem się na nie, bo szybciej i łatwiej mogę dzięki niemu spłacać kredyt. Bank sam ściąga odpowiednią kwotę z rachunku. Po kilku tygodniach otrzymałem propozycję przeniesieniach do Banku Millennium linii kredytowej z innego banku. Limit był większy, oprocentowanie atrakcyjniejsze, więc się zgodziłem. Poza tym do kredytu mieszkaniowego doszło ubezpieczenie na życie oraz ubezpieczenie mieszkania zakupione również w tym samym banku. Jeśli obecnie chciałbym je zmienić, to musiałbym podpisać aneks do umowy” - pisze klient, Mr X. Zauważacie jak solidny, wielożeberkowy kaloryfer został dostarczony klientowi, by można było go do niego przytwierdzić na 25 lat?

      Ale w tzw. międzyczasie wynaleziono jeszcze lepszy model kaloryfera: „Rok temu Bank Millennium zrezygnował z prowadzenia bezpłatnego konta i zaczął pobierać miesięcznie 15 zł abonamentu. Zostałem o tym poinformowany wcześniej, jednak rezygnacja z konta nie wchodziła w grę, ponieważ aneks do umowy oznaczałaby koszt 200 zł. Jedyne co mogłem zrobić to zamienić rachunek na tańszy, kosztujący obecnie 7 zł. Najbardziej jednak poczułem się dotknięty, gdy bank wprowadził na rynek nowe konto zwane internetowym. Poprosiłem w banku o zmianę konta za 7 zł na konto internetowe, jednak bank odmówił, twierdząc że nie ma takiej możliwości. Zaoferowano mi jedynie otwarcie tego konta jako drugiego. Nie wiem tylko po co, bo z konta za 7 zł też mogę korzystac przez internet” - pisze Mr X.

      Nie znam dokładnie zapisów umowy kredytowej, ale podejrzewam, że bank klienta naciąga na niepotrzebne opłaty. O ile konieczność posiadania konta o danych parametrach nie jest wpisana do umowy kredytowej - a być nie powinna, bo to byłaby zakazana w Polsce sprzedaż wiązana - klient może zażądać od banku wymiany pełnowartościowego ROR-u na rachunek techniczny, służący tylko do rozliczania rat kredytu. Być może prawcownik oddziału lub call-center nie powiedział klientrowi o takiej mozliwości?

      Czytelnik próbuje bezskutecznie zerwać kajdany, bo krępuje go konieczność płacenia 50 gr. za każdy przelew z konta prowadzonego za 7 zł. „Otworzyłem konto w innym banku, które jest bezpłatne, mam tam darmową kartę i bezpłatne przelewy. I tego konta używam do dokonywania wszelkich opłat. Za kilka lat, gdy zmienię mieszkanie i będę szukał nowego kredytu mieszkaniowego, na pewno nie dam się wciągnąć w konto dodawane do kredytu” - kończy czytelnik. A tak wygląda zbuntowany kaloryfer:

      UWAGA, AKTUALIZACJA: Po publikacji tego wpisu otrzymałem ciekawę informację od czytelnika, najwyraźniej dobrze zorientowanego w ofercie Banku Millennium. Czytelnik ostrzega, że konto podpięte pod spłacany kredyt można zmienić na darmowe, ale jeszcze tylko przez kilka dni, do 1 września! Oto list czytelnika z informacją dla klientów Banku Millennium:

      Bank rzeczywiście odmawia realizacji takiej dyspozycji. Ale czyni to wbrew regulaminowi. Par. 8. pkt 5. ”Regulaminu prowadzenia rachunków w Banku Millennium” mówi, że "Posiadacz rachunku może zmienić rodzaj ROR prowadzonego na jego rzecz przez Bank, jeżeli w dniu złożenia dyspozycji zmiany spełnia warunki posiadania danego ROR określone w Cenniku Usług". A cennik nie zawiera (ale tylko do 1 września!) żadnych szczególnych warunków dla Konta Internetowego.

      W oddziale powołałem się na ww. zapis regulaminu, jednak odmówiono mi realizacji dyspozycji. Złożyłem reklamację, którą odrzucono. Złożyłem więc skargę do KNF, po której otrzymałem pismo z Millennium, że rzeczywiście regulamin pozwala na zmianę rodzaju rachunku, a cennik nie zawiera przeciwwskazań i zapraszają mnie do dowolnego oddziału celem ponownego złożenia dyspozycji. I tym sposobem moje konto zostało przekształcone w Konto Internetowe. Ale Bank Millennium, nauczony moim przypadkiem, od 1 września wprowadza drobną zmianę do cennika - dodanie zastrzeżenia, że Konto Internetowe można otworzyć tylko poprzez internet”.

      Jeśli mój czytelnik prawidłowo interpretuje tę zmianę regulaminu, to ostatecznie zamknie ona klientom hipotecznym Millennium drogę do przekształcenia płatnego konta, podpiętego do kredytu, na konto bezpłatne.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Wziąłeś kredyt hipoteczny w pakiecie z ROR-em? Płać prowizje bez końca!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 sierpnia 2010 07:58
    • Moje (sądowe) przeboje z Kasą Krajową. Top10 tekstów z lat 2004-2010.

      W środę ostatecznie zakończył się pięcioletnia batalia sądowa, jaką przeciwko „Gazecie Wyborczej”, jej naczelnemu oraz przeciwko mnie jako dziennikarzowi, autorowi artykułów,   toczyła Kasa Krajowa SKOK, zarządzająca systemem kas oszczędnościowych, popularnymi SKOK-ami. Po korzystnych dla „Gazety” wyrokach ogłoszonych przez sądy dwóch instancji, Sąd Najwyższy odrzucił złożony przez „krajówkę” wniosek o kasację.

      Centrala SKOK-ów w pozwie o ochronę dóbr osobistych żądała kilkunastu stron przeprosin na łamach "Wyborczej" i na jej stronach internetowych oraz w "Rzeczpospolitej". Domagała się też zakazu dalszych publikacji na temat SKOK-ów, usunięcia artykułów z internetowego archiwum, zawiadomiła wreszcie prokuraturę o rzekomym zniesławieniu. Złożyła też pozew o publikację ogromnych sprostowań i odpowiedzi prasowych.

      We wrześniu zeszłego roku w uzasadnieniu wyroku oddalającego kolejną apelację Kasy Krajowej SKOK warszawski sąd okręgowy ogłosił, że "Gazeta" napisała prawdę o SKOK-ach, działała w interesie publicznym, zgodnie z misją wolnej prasy. Że nie pisałem przeciwko SKOK-om, tylko w interesie ich członków i klientów. Że teksty były rzetelne i dobrze udokumentowane. Kasa Krajowa SKOK do końca nie zgadzała się z niekorzystnymi dla siebie wyrokami. Ostatnią szansą na ich zmianę było złożenie kasacji do Sądu Najwyższego. Sąd nie przyjął jej jednak w ogóle do rozpatrzenia.  Cały tekst podsumowujący ten sądowy spór przeczytacie w serwisie Wyborcza.pl.

      W związku z zakończeniem tej historii, którą będę wspominał z rozrzewnieniem - choćby dlatego, że za cykl artykułów o SKOK-ach otrzymałem, wspólnie z Bianką Mikołajewską z tygodnika „Polityka”, prestiżową nagrodę „Grand Press” chciałbym przypomnieć Wam fragmenty niektórych moich artykułów o SKOK-ach z ostatnich 6 lat. 

      1. „Czy SKOK-i powinny stracić wpływy?” „Ustawy na zamówienie?”

      Jesienią 2004 r. i w styczniu 2005 r. opisywałem imponujący katalog ekonomicznych "zdobyczy" SKOK-ów. „System został "obdarowany" trzyletnim zwolnieniem z podatku dochodowego. Wcześniej Sejm zastrzegał, że wprowadzona kilka lat temu ulga dla raczkujących wówczas spółdzielni wygaśnie w 2004 r.,ale niespodziewanie została utrzymana, co resort finansów tłumaczył społeczną rolą spółdzielni. Nic nie dały protesty banków spółdzielczych, które działają na podobnej zasadzie, co SKOK-i, a podatki muszą płacić.

      Z kolei z projektu ustawy limitującej maksymalny poziom odsetek od kredytów posłowie wyłączyli sztandarowy produkt SKOK-ów - tzw. chwilówki (krótkoterminowe, ale bardzo wysoko oprocentowane kredyty o wartości do 500 zł). Zaś w projekcie ustawy o upadłości konsumenckiej (ma ułatwiać wyjście z pętli zadłużenia osobom mającym kłopoty finansowe), współtworzonym zresztą przez SKOK-i, pojawiły się zapisy, które pośrednio wskazywały na kasy jako instytucje mogące prowadzić specjalne rachunki dla oddłużanych konsumentów”. Cały tekst ze stycznia 2005 r.: tutaj.

      2. „Gdzie misja, gdzie SKOK?”; „Rodzinny interes, czy społeczna misja?”

      W czerwcu 2005 r. pisałem: „SKOK-i, kasy pożyczkowe cieszące się przywilejami podatkowymi, z coraz większym rozmachem wydają pieniądze - inwestują w turystykę, wydają dziesiątki milionów na reklamę, choć powołano je do innej, społecznej, misji. Od początku tego roku działa spółka SKOK Family Tours specjalizująca się w organizowaniu krajowych i zagranicznych wycieczek. W myśl ustawy Kasa Krajowa nie może też tworzyć nowych spółek niebędących kasami. Udziałowcem Family Tours zostało więc... Towarzystwo Finansowe SKOK należące do Kasy Krajowej”. Cały tekst: tutaj.

      W październiku 2005 r. zaś alarmowałem: „Gazeta Wyborcza przyjrzała się powiązaniom między najważniejszymi instytucjami w grupie SKOK. Co się okazało? Pieniądze szerokim strumieniem płyną z Kasy Krajowej zarządzanej przez Grzegorza Biereckiego do Fundacji PZK, której prezesem jest... Grzegorz Bierecki, a zastępcą jego brat. Z fundacji Biereccy są praktycznie nieodwoływalni”. Cały tekst: tutaj

      3. „SKOK do prokuratora”, „Bunt w SKOK-ach”

      W styczniu 2005 r. opublikowałem artykuły o rodzącej się w SKOK-ach opozycji - w Gdańsku i Szczecinie odsunięci z regionalnych SKOK-ów ich byli członkowie stworzyli stowarzyszenie SOS, by działać na rzecz powrotu SKOK-ów do ich samopomocowych idei. Stowarzyszenie doniosło do prokuratora o nieprawidłowościach w SKOK-ach

      W tekstach na ten temat pisałem: „Inicjatorzy stowarzyszenia wytaczają przeciwko Kasie Krajowej najcięższe armaty. - Zbieramy dokumenty, które pozwolą nam złożyć doniesienie do prokuratury przeciwko kierownictwu Kasy Krajowej o działanie na szkodę SKOK-ów i wyprowadzanie z nich pieniędzy - mówi Zenon B., jeden z liderów buntu (prosi o anonimowość). Stowarzyszenie chce też zaskarżyć w Trybunale Konstytucyjnym ustawę, która nakazuje SKOK-om przynależność do Kasy Krajowej”. Stowarzyszenie opisało także proceder wynajmowania lokali SKOK-om przez spółki należące do szefów Kasy Krajowej. Cały tekst: tutaj.

      4. „Grupa zawładnęła SKOK-ami”

      W sierpniu 2006 r. ukazał się głośny wywiad z Markiem Rosińskim, prezesem SKOK-u z Wrześni. Jednym z nielicznych odważnych, którzy skutecznie przeciwstawili się dyktatowi Kasy Krajowej SKOK. „Kasa Krajowa nie zapewnia SKOK-om odpowiedniego wsparcia. Zamiast tego narzuca mnóstwo obciążeń, kosztów związanych z koniecznością korzystania z usług jej spółek. Ustanawiając wiele regulacji, Kasa Krajowa złamała prawo. W jednym przypadku udowodniliśmy to, uzyskując prawomocny korzystny wyrok.

      Niezrozumiałe i bezprawne regulacje Kasy Krajowej doprowadziły do tego, że dziś nawet prof. Leszek Balcerowicz bez ukończenia tzw. Studium Finansowo-Administracyjnego - prowadzonego przez Fundację na rzecz Polskich Związków Kredytowych - nie mógłby sprawować funkcji we władzach najmniejszego nawet SKOK-u! Kwalifikacje trzeba potwierdzać co dwa lata. To może być użyteczny sposób nacisku na myślących inaczej niż zarząd Kasy Krajowej” - mówił mi Rosiński. Po tym wywiadzie zarówno on, jak i ja, zostaliśmy pozwani przez Kasę Krajową. Po dwóch latach procesu „Krajówka” sama wycofała z sądu pozew. Cały wywiad: tutaj

      5. „Kasa lewych kredytów”, „Złoty interes SKOK-ów na komendach policji”

      W sierpniu 2006 r., wspólnie z Bogdanem Wróblewskim opisaliśmy proceder wyprowadzania pieniędzy z jednego ze SKOK-ów. „Przez ponad dwa lata wyciekały pieniądze ze SKOK-u Warszawa. Kilkadziesiąt sfałszowanych umów kredytowych bada prokuratura, 22 osobom postawiono zarzuty. "Gazeta" dotarła do dokumentów, które mogą świadczyć o nieprawidłowościach w zarządzaniu SKOK-iem. Mamy m.in. kopie dwóch różnych umów pożyczkowych o tym samym numerze i formularz poręczenia, na którym widnieją podpisy trzech osób kreślone tym samym charakterem pisma”. Cały tekst: tutaj

      Listopad 2005, znów wspólna robota z Bogdanem: „Złoty interes. Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe działające w komendzie głównej i kilkunastu komendach w Polsce za lokale płacą policji grosze lub wcale. Kredyty nie są tanie, a policja rzesza 100 tys. klientów. Cały tekst: tutaj.

      6. „SKOK na Wielkopolski Bank Rolniczy”

      Wrzesień 2006 r. Wspólnie z Marcinem Kowalskim i Marcinem Kąckim przewietlam tajemnicze interesy Kasy krajowej SKOK i zbankrutowanego Wielkopolskiego Banku Rolniczego. „Władze Kasy Krajowej SKOK podpisały poufną umowę z ING, która może im pomóc uniknąć odpowiedzialności za aferę Wielkopolskiego Banku Rolniczego. Inwestycja w kaliski Wielkopolski Bank Rolniczy (WBR) to wstydliwy epizod w dziejach Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych i rządzącej nimi ekipy Grzegorza Biereckiego”. Cały tekst: tutaj

      7. „SKOK-ów skok do Luksemburga”

      Maj 2008 r. Ujawniam, że Kasa Krajowa SKOK założyła w Luksemburgu spółkę SKOK Holding. I zaraz przeniosła do niej udziały w kilku spółkach należących do systemu SKOK. „Z informacji "Gazety" wynika, że w październiku ub.r., tuż przed wygranymi przez PO wyborami, Kasa Krajowa założyła w Luksemburgu spółkę SKOK Holding. Początkowo miała niski kapitał (12,5 tys. euro), ale już w grudniu został on podniesiony do ponad 6,7 mln euro. Dlaczego Kasa Krajowa, która szczyci się narodowym charakterem systemu SKOK, przekazała posiadane udziały w kilku spółkach do holdingu zarejestrowanego w Luksemburgu?” Cały tekst: tutaj

      8. „SKOK-i chciałby przejąć bank w Niemczech za 9,5 mln euro”

      Kolejna zagadkowa transakcja Kasy krajowej SKOK. Październik 2009. „Z kopii dokumentów, które widzieliśmy, wynika, że na początku kwietnia tego roku zarejestrowana w Luksemburgu spółka SKOK Holding, w której udziały ma Krajowa SKOK, podpisała umowę o doradztwo z berlińską firmą konsultingową Bernatzky & Kuleta. Przedmiotem umowy miała być pomoc w doprowadzeniu do zakupu małego niemieckiego banku Bankhaus Oswald Kruber (BOK) o aktywach niecałe 12 mln euro. Z umowy wynikało, że SKOK Holding miałby wyłożyć za BOK do 9,5 mln euro”. Cały tekst: tutaj.

      9.  „CBA łowi w SKOK-ach”

      Marzec 2010 r. Wspólnie z Bogdanem Wróblewskim donosimy: „We wrześniu 2008 r. szef CBA Mariusz Kamiński pofatygował się do centrali Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych w Sopocie. Tam z prezesem Kasy Krajowej SKOK Grzegorzem Biereckim i jego zastępcą Lechem Lamentą zawarł porozumienie o "współdziałaniu". Treść utajniono. Informację o porozumieniu znaleźliśmy jednak w Dzienniku Urzędowym Centralnego Biura Antykorupcyjnego z 12 grudnia 2008 r. Kasa Krajowa zobowiązuje się przekazywać CBA "informacje i dane" o saldach, przepływach na kontach klientów kas i historii ich rachunków.” Cały tekst: tutaj.

      10. SKOK bez trzymanki. Niepokojące wyniki kontroli skarbowej

      Czerwiec 2010 r. W tekście pisanym wspólnie z Wojtkiem Czuchnowskim ujawniamy wyniki kontroli skarbówki w SKOK-ach. „Może istnieć ryzyko, że zgromadzone środki nie zapewniają w wystarczającym stopniu bezpieczeństwa zgromadzonych w SKOK-ach oszczędności członków"; "sprawozdania finansowe SKOK-ów nie prezentują ich faktycznej sytuacji majątkowej i finansowej"; "nie spełniono norm ustalonych przez Zarząd Kasy Krajowej, co może nie zapewniać stabilnej działalności" - to zarzuty służb skarbowych z protokołu po kontroli SKOK-ów w 2009 r. Cały tekst: tutaj

      Epilog: prawdopodobnie prezydent Bronisław Komorowski wycofa z Trybunału Konstytucyjnego nową ustawę o SKOK (skierował ją tam Lech Kaczyński), a potem ją podpisze. Kasa Krajowa SKOK zostanie pozbawiona większości kompetencji, zaś SKOK-i przejdą pod kuratelę nadzoru bankowego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Moje (sądowe) przeboje z Kasą Krajową. Top10 tekstów z lat 2004-2010. ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 sierpnia 2010 07:54
  • czwartek, 26 sierpnia 2010
    • Ślub z kobietą, rozwód z bankiem?

      Długoterminowa relacja klientów z bankiem, najlepiej taka do grobowej deski - to marzenie każdego nowoczesnego bankiera. Mieć klientów, których do wyprowadzki do konkurencji nie przekona żaden Depardieu, żadna „łapówka” od innego banku. Takich, którzy nie dadzą się przekonać własnym matkom, zaprzęgniętym do kaperowania klientów do konkurencji w ramach programów rekomendacyjnych. Takich, którzy logo banku rozpoznają od przedszkola i traktują jak własne. Takich, którzy prędzej zmienią męża lub żonę, niż konto bankowe.

      Niektóre banki długoterminową relację z klientami mają wypisaną na plakatach, jak np. Bank BPH. Ale gdyby przepytać prezesów - wszyscy jak jeden mąż przyznaliby, że „inwestujemy w relacje” to także ich hasło. To słowa. A jakie są fakty? Oddam teraz głos panu Sławomirowi, czytelnikowi blogu, który musiał dokonać bolesnego wyboru: albo ślub z ukochaną kobietą i zamknięcie konta bankowego albo to samo konto, lecz bez kobiety. Ciekawe czy domyślacie się który bank okazał się tak zazdrosny. To zresztą nie jest najistotniejsze, bo problem - zdaje mi się - może dotyczyć także innych banków.

      Pan Sławomir zaczyna tak: „Panie Maćku, pozwolę sobie napisać zdrobnienie, ponieważ dzięki czytaniu Pańskiego bloga przez ostatni czuję się, jakbyśmy byli niemal znajomymi :-). Internet skraca dystans”. Panie Sławku, proszę bardzo. Powiem Panu na uszko, że mój przydomek redakcyjny w „Gazecie Wyborczej” brzmi „Mać”, co sprawia, że jestem na ustach wszystkich. Bo to taka robota, w której często się przeklina. :-)

      Ale do rzeczy: „Od ładnych kilku lat jestem (dosyć zadowolonym) klientem mBanku. Mam tam konto ROR o nazwie eKonto. Jako, że związek mój z kobietą przeszedł ostatnio na nowy etap, postanowiliśmy założyć sobie wspólne konto ROR, żeby razem wydawać naszą krwawicę i dzielić trudy dnia powszedniego. Konto możliwie tanie i, oczywiście, z pełną i wygodną obsługą przez Internet”. Panie Sławku, gratuluję w imieniu swoim oraz - jak sądzę - w imieniu całej, niemal stutysięcznej społeczności czytelników tego blogu.

      Jakie było moje zdziwienie - pisze pan Sławomir - gdy okazało się, że w mBanku mogę być właścicielem (tudzież współwłaścicielem) jednego jeno eKonta. Pozwolę sobie zacytować to, co powiedział mi pracownik mBanku na moją prośbę o założenie drugiego, wspólnego eKonta z moją partnerką. „Kolejny rachunek można założyć składając nowy wniosek. Jest natomaist ograniczenie. Jedna osoba może być posiadaczem jednego rachunku eKonto. Jeśli ma Pan rachunek indywidualny eKonto, nie będzie możliwości otwarcia rachunku eKonto wspólnego. Jest możliwość otwarcia rachunku wspólnego eMax lub eMax Plus. Ale to jest rachunek oszczędnościowy”.

      Pan Sławek oddalił się jak niepyszny. Niestety pozostawił nas w niewiedzy co do swoich dalszych kroków.  Czy postanowił mieć kobietę i nie mieć eKonta, czy też przeciwnie: oddalić kobietę i zachować to samo, ukochane od lat, kontuńcio...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Ślub z kobietą, rozwód z bankiem?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 sierpnia 2010 07:58
  • środa, 25 sierpnia 2010
    • BPH: Bank Położony z Hukiem. Historia zarżnięcia kury znoszącej złote jaja

      Był kiedyś taki bank, który działał bardziej agresywnie niż konkurencja, bił się o nowych klientów, podbierał ich innym, najszybciej ze wszystkich zwiększał udziały rynkowe. W kilka lat z pozycji numer 6-7 wskoczył na podium. W 2006 r. stał się trzecim największym bankiem w Polsce, z zyskiem netto 1,27 mld zł, portfelem kredytów przekraczającym 35 mld zł i depozytami przekraczającymi 41,4 mld zł.

      Pamiętacie? To bank BPH, należący wówczas do niemieckiej grupy HVB. Nawet dziś z dawnym Bankiem BPH przegrywałyby pod względem wielkości oraz generowanych zysków  takie tuzy, jak BZ WBK (484 mln zł zysku po półroczu 2010 r.), czy ING (369 mln zł zarobku), czy BRE (255 mln zł na plusie). Jedynymi bankami, których nie udało się zdetronizować ekipie prezesa Józefa Wancera, byly PKO BP i Pekao. Aczkolwiek do żubra agresywny BPH zaczął się już nawet zbliżać. Między innymi dzięki dużej aktywności na rynku reklamowym :-)

      Dziś z dawnego BPH nie zostało prawie nic. Zamiast wschodzącej potęgi jest obraz nędzy i rozpaczy. Gdy niemal wszystkie banki w Polsce poprawiają swoje wyniki finansowe, bank BPH znów zawiódł swoich akcjonariuszy. W środę podał, że w drugim kwartale miał 170 mln zł straty. W całym pierwszym półroczu bank BPH jest już 224 mln zł pod kreską. To jedyny w Polsce wśród dużych i średnich banków, który przynosi straty. Jak to się stało, że w ciągu ledwie czterech lat potencjał giganta zostal rozbity w pył? Jak można w tak krótkim czasie zarżnąć kurę znoszącą złote jajka? Rozwalić do szczętu najbardziej wydajną maszynkę bankową na rynku?

      Dlaczego bank BPH tonie w stratach, kiedy jego konkurenci zwiększyli zyski w porównaniu z ubiegłym rokiem średnio o 30%? Praprzyczyną tego stanu jest podział banku BPH dokonany przed trzema laty. Wówczas większość jego majątku wcielono do Banku Pekao (był to efekt fuzji właściciela Pekao, włoskiej grupy UniCredit, i głównego akcjonariusza BPH, niemieckiej grupy HVB). Oto historia choroby BPH. Rozcięcie na dwie części było najgorszym co mogło się przydarzyć krakowskimu bankowi.

      Włosi nie mogli przejąć całego BPH, bo nie zgodził się na to ówczesny polski rząd PiS z Kazimierzem Marcinkiewiczem na czele. Zastrzeżenia miał także urząd antymonopolowy, bo wedug niektórych analiz połączenie drugiego (Pekao) i trzeciego (BPH) banku w Polsce mogłoby doprowadzić do rynkowego duopolu, podzielenia rynku między PKO BP i połączonego giganta. Alessandro Profumo, prezes UniCredit, pielgrzymował kilka razy do Polski i ostatecznie uzyskał zgodę polskich władz, by Pekao przejęło choćby większą część BPH. Rząd najchętniej w ogóle zablokowałby transakcję, ale Profumo miał poparcie Komisji Europejskiej.

      Włosi wchłonęli więc najlepsze aktywa BPH, a resztę sprzedali amerykańskiemu GE Money. BPH z dnia na dzień został bez większości rentownych oddziałów i bez bankowości korporacyjnej (przejął ją w całości Pekao). A wszystko to stało się w najgorszym możliwym momencie, kiedy nadszedł światowy kryzys finansowy. Banki zatrzymały akcję kredytową i płaciły krocie za odsetki od lokat, więc BPH - bez zbudowanego portfela kredytowego - został pozbawiony przychodów.

      Teraz, po połączeniu z GE Money i zmianie na stanowisku prezesa - Józefa Wancera zastąpił Richard Gaskin - nowy BPH próbuje się jakoś pozbierać. Na razie bez skutku. Bank ma niższe od tych sprzed roku przychody z odsetek (677 mln zł) oraz z prowizji (377 mln zł). Portfel kredytów (30 mld zł, pochodzący głównie ze „stajni” GE Money) nie jest zdrowy. W pierwszym półroczu bank spisał na straty 512 mln zł kredytów, gdy rok temu było to tylko 260 mln zł. Bank kładą na łopatki kredyty samochodowe i ratalne - to przez nie odsetek złych kredytów sięga w BPH ponad 9 proc.

      Jak uratować BPH? Nowy prezes chce ograniczyć udzielanie tych kredytów, których „szkodowość” jest największa (po nóż ma iść finansowanie sprzedaży ratalnej oraz udzielanie kredytów samochodowych z pomocą pośredników finansowych, którym zależy głównie na szybkiej prowizji za udzielenie kredytu). Zaostrzył już kryteria przyznawania kredytów hipotecznych i firmowych. Bank zamyka też pokrywające się placówki BPH i dawnego GE Money. Stara się też skuteczniej zbierać lokaty, by zalepić wielką dziurę w stosunku do udzielonych kredytów (lokat jest tylko 15 mld zł). W pierwszym półroczu BPH zwiększył wartość portfela depozytowego o prawie jedną piątą, czyli o 4,2 mld zł. Bank promował m.in. depozyt z jednodniową kapitalizacją: „Lokatę Pracowitą”.

      Nawet jeśli BPH nie pójdzie ostatecznie na dno, tylko z sukcesami będzie „inwestował w relacje” (z klientami), to trudno przewidywać kiedy będzie miał szansę wejść znów do elity największych banków w Polsce. Odpowiedzialność za to, że dobry bank został zniszczony, ponoszą wszyscy, którzy zgadzali się na jego podział. Dziś już wiadomo, że był to gruby błąd. Pekao o mało się nie udławił większością majątku przejętego po BPH („Żubr” po tej transakcji miał być największym polskim bankiem, a mimo przejęcia trzeciego gracza na rynku odstaje od PKO BP). A tak a propos inwestowania w relacje:

      Nad tym, czy podział BPH i zniszczenie potencjału trzeciego największego banku w Polsce było konieczne, zastanawiają się nie tylko finansiści, ale nawet Komisja Nadzoru Finansowego. Jej przewodniczący Stanisław Kluza, rozważając różne możliwości zmiany właściciela banku BZ WBK (Alejandro, czy Fernando?), niedawno oświadczył, że nie dopuści do powtórzenia casusu BPH i do przejęcia BZ WBK przez takiego inwestora, który musiałby podzielić bank.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „BPH: Bank Położony z Hukiem. Historia zarżnięcia kury znoszącej złote jaja”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 sierpnia 2010 18:03
    • Czy się stoi czy się leży, kilka stówek się należy (bankowi)

      Niedawno razem z czytelnikami blogu toczyłem wyczerwpującą batalię z Bankiem Millennium, który ostro czesał klientów na składkach za przedłużenie polisy ubezpieczenia niskiego wkładu własnego. Było o co walczyć, bo dwukrotnie naliczając spread walutowy bank uzyskiwał znacznie zawyżoną składkę. Klienci - m.in. za radą tego blogu - zbuntowali się i masowo składali reklamacje. Bank w końcu zaczął je uwzględniać i zrezygnował z naliczania dwukrotnego spreadu przy wyliczaniu składki. Okazuje się, że to niejedyny sposób na to, by dodatkowo zarobić na kliencie kredytu hipotecznego.

      Napisał do mnie pan Krzysztof, który ma kredyt w Banku BPH. On też swego czasu płacił ubezpieczenie niskiego wkładu własnego, jednak teraz, kiedy przyszedł czas opłacenia kolejnej składki, postanowił postawić się bankowi i przedyskutować zasadność naliczenia mu ubezpieczenia na kolejny okres. Dyskusja była na tyle owocna, że pan Krzysztof szybko się rozmyślił i jednak przyznał rację bankowi. Co go przekonało?

      Mamy od 2005 r. kredyt hipoteczny w BPH. W związku z niskim wkładem własnym bank oczekiwał ubezpieczenia od niskiego wkładu własnego . Ówczesna wartość mieszkania wynosiła 100.000 zł. Opłata z tytułu ubezpieczenia została pobrana jednorazowo za okres pięciu lat. Ostatnio bank poinformował nas, że mamy zapłacić 500 zł tytułem ubezpieczenia niskiego wkładu w kolejnych pięć latach trwania kredytu. Odpisaliśmy, że mieszkania zdrożały przez ten czas i rynkowa cena naszego lokum jest teraz znacznie wyższa, niż w chwili przyznawania kredytu, poza tym zostało ono gruntownie wyremontowane. Tak więc całość nie spłaconej jeszcze kwoty kredytu dzisiaj stanowi ok. 30% wartości mieszkania” - pisze pan Krzysztof.

      Myślicie, że bank nie zgodził się z tą argumentacją? Że doradca klienta zaczął mówić mu o kryzysie na rynku nieruchomościowym, pokazywać spadające na łeb i szyję wykresy cen? Nieeee... Wręcz przeciwnie! Ustawił się frontem do klienta! Z sercem na dłoni :-). „Bank uznał nasze tłumaczenie ale i... oczekuje zapłacenia 200 zł za wycenę nieruchomości przez rzeczoznawcę i 200 zł za aneks do umowy. Rzeczoznawca był u nas pięć lat temu, nowy nie jest potrzebny aby stwierdzić, że mieszkanie zyskało na wartości w ostatnich latach. Nie ma podstaw do podpisywania aneksu do umowy, ponieważ nie ma problemu niskiego wkładu własnego. Generalnie oceniamy, że jak nie w ten, to w inny sposób jesteśmy stawiani przed koniecznością zasilenia banku kilkoma stówami” - podsumował czytelnik. Na to wychodzi. Czy się stoi, czy się leży te kilka stówek bankowi raz na pięć lat się należy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Czy się stoi czy się leży, kilka stówek się należy (bankowi)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 sierpnia 2010 09:25
  • wtorek, 24 sierpnia 2010
    • Lady Gaga i wyścig o BZ WBK: Alejandro czy Fernando? Klienci już wybrali!

      Z opublikowanych we wtorkowym „Parkiecie” badań instytutu Pentor wynika, że tylko 41% obecnych klientów BZ WBK jest przekonanych, że po ewentualnej fuzji z PKO BP nie zmieni banku. Z drugiej strony co dziesiąty klient ocenia, że może ucieknie do konkurencji, a 5% już dziś, w ciemno deklaruje, że zmieni bank, bo na samo skojarzenie z PKO BP dostaje drgawek.  „Parkiet” na podstawie tego sondażu szacuje, że BZ WBK może stracić około 100.000 klientów jeśli zostanie przejęty przez PKO BP. To byłoby sporo, biorąc pod uwagę dużą inercję klientów banków w Polsce. Nie mam aktualnych danych, ale np. w pierwszym kwartale tego roku konto bankowe z jednego banku do drugiego przeniosło tylko kilka tysięcy osób.

      Oferta PKO BP ma coraz większe szanse na wygraną. Wykruszają się kolejni kandydaci, a na ostatniej prostej irlandzki właściciel BZ WBK najpewniej będzie miał na stole tylko dwie lub trzy oferty: nieoficjalnie wiadomo, że poza PKO BP liczy się jeszcze hiszpański Santander i prawdopodobnie francuski BNP Paribas Fortis (choć są też źródła według których Francuzi, choć bardzo im zależało, w ostatniej chwili się wycofali).

      Im bliżej końca przetargu, tym bardziej państwowy PKO-wski moloch robi za czarnego luda, który przyjdzie do BZ WBK tylko po to, żeby wszystko rozwalić. Pracowników banku jak najbardziej rozumiem. Jeśli BZ WBK stanie się częścią „stajni” BZ WBK, to wielkopolsko-dolnośląski bank nie tylko zmieni logo. PKO BP zapewne skasuje dublujące się placówki, zwolni część pracowników i zmieni strukturę banku, by łatwiej było go wchłonąć. Inwestycja warta 10 mld zł to dla PKO BP nie przelewki i bank szybko będzie chciał pokazać, że potrafi osiągnąć tzw. efekt synergii, czyli wyjąć z naddatkiem zainwestowane w zakup BZ WBK pieniądze. Na tym muszą ucierpieć pracownicy.

      O ile jednak ich doskonale rozumiem, o tyle obawy części klientów BZ WBK są przedwczesne. Owszem, PKO BP nie ma najlepszego wizerunku. Gdy w oddziałach państwowego molocha wciąż tłoczno od klientów zlecających przelewy w okienkach, BZ WBK ma twarz Gerarda Depardieu i Danny’ego DeVito. W nowoczesnym BZ WBK wszyscy klienci już od dwóch lat cieszą się kartami z czipem. W PKO BP dopiero zaczęli je wydawać. To klienci BZ WBK, a nie PKO BP, korzystają z nowoczesnych pakietów kont osobistych, dających zwrot 1 proc. wydatków dokonywanych kartą. To BZ WBK jako pierwszy z banków zaoferował klientom wszystkie bankomaty w Polsce za darmo. To dzięki BZ WBK zapłaciłem za kawę... zegarkiem.

      To wszystko prawda. Niedawno pisałem w blogu, że PKO BP ma problemy sam ze sobą, stale się restrukturyzuje, ma mnóstwo zbędnych kosztów, a na koncie z gruntu nieudaną inwestycję kapitałową za granicą - Kredobank. I że jeśli popatrzyć jak wielkie problemy ze „strawieniem” BPH miał Pekao, którego właściciel - UniCredit - ma przecież największe w Europie doświadczenie w łączeniu banków, to nie jestem sobie w stanie wyobrazić udanej próby łączenia PKO BP z BZ WBK.

      Czytaj cały wpis: Dlaczego nie mogę kibicować ofercie PKO BP?

      Ale przecież PKO BP to nie tylko XX-wieczna skarbonka znana z logo tego banku, ale i 700 tys. nowoczesnych klientów bankowości elektronicznej Inteligo, którzy korzystają m.in. SMS-owych powiadomień o każdej transakcji (co pozwala uniknąć nieautoryzowanych transakcji, gdy np. zgubimy kartę) i testują ultranowoczesne dokonywanie płatności zbliżeniowych przez telefon komórkowy (czyli w ogóle bez użycia karty płatniczej). To PKO BP udziela co trzeciego kredytu hipotecznego w Polsce. Duży może więcej i nie wykluczam, że klienci BZ WBK nie byliby aż tak bardzo stratni, przynależąc do stajni rynkowego lidera.

      Fuzje banków zawsze powodują odejścia klientów, bo wiążą się z pewnymi niedogodnościami, chwilowymi kłopotami technicznymi, zmianami numerów rachunków itp. Ale wzajemne straszenie się przez klientów BZ WBK wielkim PKO-wskim walcem, który przyjedzie i wszystko zgniecie, jest grubo przedwczesne. Tym bardziej, że wcale nie jest przesądzone, że BZ WBK - nawet gdyby to PKO BP wygrał wyścig po jego akcje - zostanie od razu wcielony w struktury giganta, a klienci zmuszeni, by korzystać z siermiężnego Superkonta, zamiast np. z nowoczesnego rachunku „Wydajesz&Zarabiasz”. Może być też tak, że BZ WBK - przynajmniej przez pewien czas - pozostanie odrębnym bytem w ramach grupy PKO, tak samo jak Inteligo lub Bank Pocztowy.

      A tak poza tym, drodzy klienci BZ WBK: odejść zawsze zdążycie. Ktokolwiek nie zostanie nowym właścicielem BZ WBK, dajcie mu szansę. Nawet jeśli będzie to ten nie budzący wielkiego zaufania u najbardziej nowoczesnych klientów  PKO BP. Zamiast się stresować puśćcie sobie ostatni kawałek Lady Gaga. Ona też, tak samo jak pracownicy i klienci BZ WBK, ma gruby dylemat: Alejandro, czy Fernando? Na razie Alejandro Grad ma niższe notowania, niż Fernando Santander :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Lady Gaga i wyścig o BZ WBK: Alejandro czy Fernando? Klienci już wybrali!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 sierpnia 2010 20:11

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line