Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • środa, 31 sierpnia 2011
    • Bank bawi się z klientami w cichociemnych? Tajemnicze telefony z infolinii

      Jakość działania infolinii to w przypadku każdego banku rzecz strategiczna. Dziś z pracownikami infolinii klienci stykają się częściej, niż z tym w oddziale. Jeśli zostaną obsłużeni źle, poczują się sfrustrowani i... napiszą do mnie. Pan Bartek się sfrustrował, bo w infolinii mBanku zetknął się ze zbyt daleko posuniętą tajemniczością: „Pisał pan niegdyś na swoim blogu o praktyce jednego z banku, którego pracownicy dzwonią do klientów i żądają weryfikacji ich tożsamości, podczas gdy klient tak naprawdę nie wie lub nie ma pewności, z kim rozmawia” - zaczyna mój czytelnik. Owszem, pisałem o takich przypadkach i to nie raz. Część bankowców potrafi nawet wydzwaniać do klientów z numeru zastrzeżonego!.

      Ostatnio byłem regularnie nękany telefonami z mBanku, którego jestem klientem. Odebrawszy telefon od nieznajomego mężczyzny usłyszałem pytanie o moje nazwisko, po czym odparłem, że skoro ów jegomość do mnie dzwoni, to wypada, by najpierw sam się przedstawił. Tu padło stwierdzenie, że dzwoni z instytucji finansowej, zaś nazwisko poda jak tylko się upewni, że rozmawia z osobą, z którą zamierzał się skontaktować. Wobec takiego stwierdzenia, podziękowałem za rozmowę i się rozłączyłem. "Instytucja finansowa" mi nic nie mówi, zaś sytuacji, gdy ktoś do mnie dzwoni i żąda przedstawienia się samemu tego nie czyniąc, nie toleruję. Sytuacja powtórzyła się dwa (!) razy. Jednak dopiero za trzecim udało mi się od mniej asertywnej osoby uzyskać wypowiedzianą cichym głosem informację, iż dzwonią z mBanku i takie mają procedury, by się nie przedstawiać” - pisze pan Bartek.

      Mój czytelnik się zagotował. „Panie Macieju, czy ma Pan pomysł, dlaczego firma, której jestem klientem, i która nie raz już dzwoniła do mnie z przeróżnymi ofertami, za każdym razem jednak informując kto i w jakiej sprawie dzwoni, bawi się z klientami w cichociemnych? Czy może Pan za pośrednictwem swojego bloga nagłośnić nieco sprawę, by mBank nie traktował swoich klientów jak idiotów (bo tak się poczułem)?. Uważam wszak, że klienci zasługują na nieco zaufania, by im jasno i bez wykrętów komunikować, że dzwoni taki a taki bank ("Instytucja finansowa"? Wstydzą się samych siebie?). Czy mBank nie zdaje sobie sprawy z tego, że żądają przedstawienia się osobie nieznanej, dzwoniącej z zastrzeżonego numeru, o nieznanych zamiarach?” - ma za złe pan Bartek.

      Poprosiłem o wyjaśnienie Krzysztofa Olszewskiego z mBanku, który przyznał, że jeśli rozmowy z infolinią wyglądały tak, jak przedstawia to klient, to bank popełnił błąd; „Rozmowy telefoniczne pracowników banku z klientami odbywają się według wcześniej ustalonych wytycznych. Wszystko po to, aby mieć pewność, że w trakcie rozmów informacje przekazywane są prawidłowo i z poszanowaniem obowiązujących przepisów prawa (w rozmowie mogą być podane wrażliwe informacje). Zgodnie z obowiązującymi zasadami - operator, który nawiązuje połączenie z klientem, na początek ma obowiązek podania swojego imienia i nazwiska. Następnie, w celu identyfikacji, powinien poprosić rozmówcę o podanie nazwiska. Po upewnieniu się, że rozmowa prowadzona będzie z klientem banku, pracownik powinien podać nazwę banku, w imieniu którego telefonuje” - tłumaczy Olszewski.

      Jeśli przed identyfikacją rozmówca zapyta o jaką firmę chodzi, operator poinformuje, że dzwoni w imieniu instytucji finansowej. Wątpliwości klienta są dla nas ważnym sygnałem dotyczącym funkcjonowania telefonicznego kanału kontaktu. Zwracam jednak uwagę, że nasze zasady zostały stworzone w taki sposób, aby maksymalnie ochronić klienta przed ewentualnym ryzykiem ujawnienia osobom trzecim poufnych informacji. Nietrudno bowiem wyobrazić sobie sytuację, w której telefon zamiast przez klienta, zostanie odebrany przez inną osobę (której klient nie chciał ujawniać informacji o korzystaniu z usług danego banku). Dzięki stosowanym obecnie zasadom, informacja o współpracy z mBankiem pozostaje do wyłącznej wiadomości klienta, a informacje z nim związane są odpowiednio zabezpieczone” - dodaje rzecznik mBanku.

      Zacząłem się zastanawiać. Może Olszewski ma trochę racji? Gdy załóżmy, że klient, jako mąż i nie mąż i sprawca wielu ciąż, ma na boku... dodatkowy rachunek bankowy, na którym - jakżeby inaczej - inwestuje pieniądze dla żony, żeby w przyszłości kupić jej brylanty oraz futro z norek. Jest ryzyko, że telefon z banku przypadkowo odbierze żona i wtedy dowie się, że ktoś dzwoni do męża z konkretnego banku, o którym ona nic nie wie. Życie... Sam nie tak dawno pisałem w blogu o kliencie, który miał kredyt gotówkowy na koncie i bardzo nie chciał, by o tym fakcie dowiedziała się małżonka. A bank, jak na złość, właśnie do niej zadzwonił. No i żonę coś tknęło. Ale czy naprawdę mBank musi dzwonić z numeru zastrzeżonego, a telefoniści nie mogą się nawet przedstawić?

      „Warto dodać, że telefony do klientów inicjowane są na podstawie wyrażonej przez nich zgody na otrzymywanie informacji handlowych. Jest ona dobrowolna, zatem jeśli Klient nie czuje się komfortowo z telefoniczną formą kontaktu z bankiem, może w prosty i przyjazny sposób odwołać wcześniej wyrażoną zgodę. Wystarczy zalogować się do serwisu transakcyjnego lub zatelefonować na mLinię” - kończy Krzysztof Olszewski. A ja mam coraz większy problem z rozsądzeniem - czy to mBank zachowuje się słabo, chcąc klientów odpytywać incognito, czy też klient nie rozumie, że ochrona jego danych jest ważniejsza, niż to czy pracownik banku się przedstawił czy nie i z jakiego numeru dzwoni.  Pomożecie? Czekam na Wasze opinie!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (31) Pokaż komentarze do wpisu „Bank bawi się z klientami w cichociemnych? Tajemnicze telefony z infolinii”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 31 sierpnia 2011 08:16
  • wtorek, 30 sierpnia 2011
    • Pomylił się wpisując kwotę przelewu. A potem? Wyścig z czasem i... bankiem

      Nie jest dobrze wstawić do przelewu o jedno zero za dużo. Nie jest dobrze zatwierdzić taki przelew. Nie jest dobrze wpaść w panikę. Nie jest dobrze trafić na system bankowości internetowej, który nie pozwala odkręcić takiej transakcji. Lub na pracownika infolinii, który nie potrafi znaleźć dziury w systemie, by pomóc klientowi, który zrobił sobie kuku. A takie przygody zdarzyły się niedawno jednemu z moich czytelników. Posłuchajcie. Historia trochę zabawna, ale jednak mrożąca krew w żyłach: „Popełniłem pewną pomyłkę, która w normalnych warunkach nie powinna przysporzyć mi tyle nerwów. Wystawiłem przelew na następny dzień, tyle tylko, że pomyliłem się w kwocie dokładnie o jedno zero, zlecając przelew dziesięciokrotnie wyższy od zamierzonego” - zaczyna opowieść pan Marek, czytelnik blogu.

      Od razu wykonaliśmy z żoną (konto jest wspólne) telefon do teleserwisu (oddziały juz pozamykane), w celu wycofania tego przelewu. Pani która odebrała naszą rozmowę była bardzo konkretna. Wyrecytowała formułkę, że w Deutsche Banku nie można anulować żadnego przelewu. Powinniśmy to wiedzieć, bo podpisaliśmy regulamin. Powiedziała też rezolutnie, że bank nie ponosi odpowiedzialności za błędy klientów. Na pytanie czy jest coś co można z tym przelewem zrobić powiedziała, że nie. Przelew zostanie zrealizowany. Na wszelkie próby uzyskania jakiejkolwiek pomocy powtarzała tylko w kółko tę samą formułkę. Zapewne trenerzy nauczyli ich metody zdartej płyty. Na prośbę o kontakt z przełożonym, odpowiedziała, że jest niedostępny. Dodam, że według wspomnianego regulaminu, odwołaniu nie podlegają wyłącznie przelewy wystawione z datą bieżącą, co nie miało miejsca w tym przypadku” - pisze pan Marek.

      Czytelnik podjął więc akcję ratunkową. Moja żona - jako nadzwyczaj przytomna osoba - wpadła na znakomity pomysł. Trzeba spowodować, żeby na koncie nie było wystarczających środków. Pobiegliśmy do bankomatu, niestety okazało się, że limit wypłat na naszych kartach jest zbyt niski. Potem na pomysł wpadłem ja. W innych bankach np. PKO BP, przy przelewie w obrębie banku, pieniądze schodzą z konta od razu, nawet w nocy czy w dzień świąteczny. Zalogowałem się do systemu i wystawiłem przelew pomiędzy własnymi kontami (na subkonto w CHF). Niestety okazało się, że pieniądze ani nie zeszły z konta, ani nie zostały zablokowane. Na szczęście po północy udało się ponownie wykorzystać karty co spowodowało brak wystarczającej kwoty na koncie” - pisze pan Marek. Ale to jeszcze nie koniec.

      Moja żona postanowiła się upewnić, że na pewno przelew nie pójdzie jeśli nie będzie odpowiednich środków. Można przecież założyć, że bank i tak je przeleje, i obciąży nas karnymi odsetkami za przekroczenie salda. Zadzwoniła do teleserwisu. Telefonista powiedział jej, że przelew będzie można anulować następnego dnia przez bankowość internetową. Tyle, że trzeba to zrobić ok. godz. 7.00 rano, zanim ruszy pierwsza sesja Elixiru. Mamy więc jedną infolinię, dwóch jej pracowników i każdy mówi co innego. No nic. Zapewniliśmy już brak odpowiednich środków, na wszelki wypadek postanowiliśmy jednak następnego dnia w czwartek anulować ten przelew. Faktycznie system na to pozwolił. Jednak kiedy moja żona zadzwoniła po godzinie 8.00 na numer teleserwisu, jego pracownik poinformował ją, że przelew został odrzucony, lecz tylko z powodu braku środków, a nie z powodu jego anulowania.

      Pojawił się problem co zrobić z prawie 10.000 zł, które wypłaciliśmy z bankomatów. W ciągu dnia pojechałem do oddziału Deutsche Banku wpłacić je z powrotem na konto. Ale chciałem uzyskać pewność, że po zasileniu konta nie uruchomi się ten nieszczęsny omyłkowy przelew. Jeśli nie wyszedł on z powodu braku środków, możliwe jest, że po ich pojawieniu się na koncie system będzie ponownie próbował przelać pieniądze. Rozmawiałem z trzema osobami, uzyskałem trzy różne odpowiedzi. Pierwszy rozmówca powiedział mi, że system będzie próbował ponowić przelew przez kolejne 30 dni. Drugi jedynie tyle, że nie mogłem anulować przelewu, bo przelewy nie mogą być anulowane. Trzeci zaś, że przelewu w systemie nie widzi i na pewno on nie pójdzie. Rezultat jest taki, że odwiedziliśmy konkurencję i zleciliśmy przeniesienie konta” - kończy pan Marek.

      Pan Marek zagłosował nogami, choć sam jest winny całej sytuacji. Zgodnie z wyjaśnieniem departamentu odpowiadającego za jakość obsługi klienta w Deutsche Banku PBC, procedura w takich wypadkach wygląda tak, że w zasadzie przelewu, który ma być zrealizowany następnego dnia rano, anulować nie można, ale... Zobaczmy co napisał mojemu czytelnikowi ów departament: „Napisali mi, że przelewu złożonego po godzinie 18:15, z datą realizacji zaplanowaną na następny dzień nie można anulować. Ale w następnym akapicie napisali, że przelew taki można anulować, lecz bank nie informuje o tym klientów (bo jest to możliwe przez bardzo krótki czas, w dniu następnym po złożeniu zlecenia). Potwierdzili, że mój omyłkowy przelew został przeze mnie anulowany. A bank nie ponosi odpowiedzialności za błędy swoich klientów”. Wniosek z tej historii jest prosty: zanim klikniecie „zatwierdź przelew”, dokładnie sprawdźcie kwotę, którą chcecie przelać. Zwłaszcza jeśli chodzi o przelewy natychmiastowe, bo te z datą przyszłą zwykle da się jakość odkręcić.

      I jeszcze pomysł pana Piotra Kowalskiego, zainspirowany niniejszą notką: „Po przeczytaniu postu przypomniałem sobie, że jakiś rok temu wpadłem na prosty pomysł, którym chciałem podzielić się z moim "macierzystym" mBankiem. Otóż po wpisaniu danych do przelewu system bankowy z reguły wyświetla stronę z podsumowaniem oraz czeka na jakąś metodę autoryzacji tudzież ostateczne przyciśnięcie guzika "OK". Mój pomysł polegał na tym, żeby na tejże stronie wyświetlać grubą czcionką i kolorowo kwotę przelewu *słownie*. Na przykład: Kwota: 1200,00 zł, Słownie: Tysiąc dwieście złotych zero groszy. Dla przeciętnie sprawnego programisty napisanie skryptu który przetłumaczy cyferki na słówka to parę godzin pracy. A dla użytkownika będzie to dodatkowe zabezpieczenie. Mógłby Pan napisać na blogu update z tymże pomysłem, bankowcy czytują Pana bloga i mogliby się zainspirować. Nie zamierzam patentować pomysłu :-)”. Mógłbym :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (30) Pokaż komentarze do wpisu „Pomylił się wpisując kwotę przelewu. A potem? Wyścig z czasem i... bankiem”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 sierpnia 2011 05:52
  • poniedziałek, 29 sierpnia 2011
    • Kiedyś był tani, ale... Ile teraz kosztuje tanio-wyglądający kredyt na 9,9%?

      Kredyt gotówkowy na dowolny cel z oprocentowaniem tylko 9,9% bez prowizji oraz kredyt samochodowy z oprocentowaniem 7,9% - to nowe propozycje banku BNP Paribas. W obu przypadkach oprocentowanie należy do najniższych na rynku, bo np. kredyty gotówkowe w konkurencyjnych bankach zwykle mają stawkę 14-20% w skali roku. To wygląda naprawdę nieźle. Ale - jak to zwykle bywa - diabeł tkwi w szczegółach. Dlatego postanowiłem prześwietlić tę ofertę. W zamian za niskie oprocentowanie klient musi przejść przez sito badania zdolności kredytowej i spełnić dodatkowe warunki. A samo oprocentowanie... cóż, nie jest tak do końca bardzo niskie...

      Czytaj też jak BNP Paribas wchodził na rynek z naprawdę tanią pożyczką

      Po pierwsze trzeba się spieszyć. Klienci, którzy zamierzają skorzystać z promocyjnego oprocentowania kredytu gotówkowego będą musieli spłacić pożyczkę najdalej w ciągu trzech lat (dla kredytu spłacanego np. przez pięć lat stawka oprocentowania rośnie do 12,9%). Po drugie - mimo obietnic banku, że kredyt jest bez opłaty wstępnej - trzeba się jedak liczyć z dodatkową prowizją za przyznanie pożyczki. Wynosi ona standardowo 3% wartości kredytu, ale można zejść do 2% zakładając w BNP Paribas konto osobiste. Dopiero jeśli klient zdecyduje się na jeden z najbogatszych pakietów L lub XL (opłata za konto co najmniej 15 zł miesięcznie) prowizji za przyznanie kredytu gotówkowego rzeczywiście się nie płaci. Dodatkowy koszt stanowi obowiązkowe ubezpieczenie. Klienci, którzy zechcą otrzymać oprocentowanie w ramach specjalnej oferty muszą wykupić polisę ze składką 2,99% wartości kredytu, której koszty systematycznie będą doliczane do miesięcznej raty.

      BNP Paribas - kredyt taniowyglądający

      Również promocyjne oprocentowanie kredytu samochodowego związane jest z koniecznością wykupienia konta osobistego za co najmniej 15 zł miesięcznie oraz zapłacenia składki ubezpieczeniowej w wysokości 2,99% wartości pożyczki. Promocyjny kredyt trzeba też szybko spłacić - w ciągu czterech lat (typowy okres spłaty kredytu samochodowego w Polsce wynosi pięć-sześć lat, więc jest to pewnego rodzaju pułapka). No i bank nie zrezygnuje z prowizji, która wyniesie 2-3% wartości kredytu.

      Czytaj też: Pożyczka witalna w BNP Paribas. Dadzą pensję bez odsetek!

      Ile więc w sumie zapłacimy za tanio wyglądający kredyt w BNP Paribas? Przy pożyczce gotówkowej o wartości 5000 zł, spłacanej przez dwa lata, rata miesięczna wyniesie 230 zł, a więc sumę odsetek od pożyczki, pobranych przez 24 miesiące, trzeba szacować na 532 zł. Do tego trzeba dodać prowizję 150 zł jeśli nie założymy konta, 100 zł jeśli założymy konto nie wiążące się z koniecznością płacenia abonamentu. Można prowizji nie płacić w ogóle, ale wtedy trzeba się liczyć z kosztem konta osobistego - 180 zł rocznie.  Na koniec jeszcze ubezpieczenie, czyli kolejne 150 zł rozbite na raty. Łącznie więc musimy oddać bankowi o 830 zł więcej, niż pożyczone na starcie 5000 zł. Nasz kredycik na 9,9% w skali roku kosztuje w rzeczywistości jakieś 15% w skali roku. To już nie jest tak różowo, jak wyglądało na pierwszy rzut oka. Choć przecież wciąż nie jest to bardzo drogi kredyt - w większości banków, jak zresztą zauważyłem w pierwszych zdaniach tego wpisu, od tych 15% dopiero zaczynają rozmowę o dodatkowych prowizjach i opłatach :-).

      Samcik blox

      JUŻ PRAWIE 300.000 MIŁOŚNIKÓW SUBIEKTYWNOŚCI. W pierwszym półroczu 2011 r. blog „Subiektywnie o finansach” odwiedzało miesięcznie średnio 295.300 osób. Z tego co najmniej 50.000 osób wchodzi tu bezpośrednio, wpisując do przeglądarki adres www.samcik.blox.pl. Blog ma też 6.500 fanów w Facebooku. Nie zapominaj sprawdzać codziennie co nowego na www.samcik.blox.pl

      MÓJ TYSIĄC PREMIER I WASZ PIATY MILION.Papier musi być baaardzo cierpliwy, skoro znosi moje pisanie o finansach osobistych już od ponad 11 lat. Teraz czas przetestować cierpliwość internetu. Czas start! Niniejszym otwieram blog pt. Subiektywnie o finansach”. - taki wpis ukazał się 31 marca 2009 r., niemal dokładnie dwa i pół roku temu. Okazało się, że internet też daje radę :-). Bowiem od tego czasu blog „Subiektywnie o finansach” miał tysiąc premier. Więcej o jubileuszu - czytaj w świątecznej notce  

      MASZ PROBLEM Z BANKIEM? ZŁAP SUBIEKTYWNOŚĆ NA FACEBOOKU! Wiem, wiem, na stronie blogu nie ma formularza kontaktowego. Wiem, trudno mnie dopaść. Wiem, rzadko odpowiadam na komentarze pod notkami. Jeśli masz ważny problem, to możesz mnie o nim poinformować na dwa sposoby. Jeśli masz konto w Facebooku, to wejdź na stronę blogu napisz do mnie. Jeśli wolisz kontakt e-mailowy, to napisz na adres: maciej.samcik (małpka) gazeta.pl. Nie odpowiem od razu, ale odpowiem na pewno.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Kiedyś był tani, ale... Ile teraz kosztuje tanio-wyglądający kredyt na 9,9%?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 sierpnia 2011 09:45
  • niedziela, 28 sierpnia 2011
    • Mój tysiąc premier i... Wasz piąty milion, czyli jubileusz subiektywności!

      Papier musi być baaardzo cierpliwy, skoro znosi moje pisanie o finansach osobistych już od ponad 11 lat. Teraz czas przetestować cierpliwość internetu. Czas start! Niniejszym otwieram blog pt. Subiektywnie o finansach”. - taki wpis ukazał się 31 marca 2009 r., niemal dokładnie dwa i pół roku temu. Okazało się, że internet też daje radę :-). Bowiem od tego czasu blog „Subiektywnie o finansach” miał tysiąc premier. A w zasadzie 999., bo notkę numer 1000. macie właśnie przed oczami. W czasie tych 28 miesięcy trwania blogu średnio na jego stronie pojawiała się ponad jedna notka dziennie (dokładniej: 1,099 notki, bo blog ukazuje się od 910 dni). Kliknęliście je 4.725.000 razy.

      Samcik blox

      W pierwszych siedmiu miesiącach 2011 r. stronę „Subiektywnie o finansach” odwiedzało miesięcznie średnio 300.412 osób. Z tego średnio 50.260 osób miesięcznie to najbardziej zagorzali czytelnicy, którzy wchodzli tu bezpośrednio, wpisując do przeglądarki adres www.samcik.blox.pl. W pierwszym tygodniu sierpnia 2011 r. padł rekord - przez siedem dni kliknęliście stronę blogu ponad 167.402 razy. Od początku marca 2011 r. subiektywność nieprzerwanie utrzymuje się w pierwszej piątce najpopularniejszych blogów na platformie Blox.pl. Kilka tysięcy z Was to osoby chętnie dyskutujące ze mną na temat finansów. Pod notkami przeczytałem już 8616 Waszych komentarzy. Blog ma też ponad 7.040 fanów w Facebooku (stan na 28 sierpnia).

      Subiektywność w finansach występuje nie tylko w formie pisanej. Jest multimedialna. Przez kilkanaście miesięcy mogliście też oglądać ją w cyklu wideofelietonów „Prześwietlamy reklamy”. Mam nadzieję, że od jesieni uda się wznowić ten serial, bo wiem, że się Wam podobał.

      Od niedawna subiektywności możecie słuchać w radiu TOK FM, w audycji Tadeusza Mosza pt „EKG”. Wiele pytań czytelników blogu znalazło odpowiedź na stronach „Przewodnika po domowych finansach”, czyli książki autora blogu, którą można było kupić wiosną 2011 r. razem z „Gazetą Wyborczą”. Subiektywność w finansach została doceniona przez fachowców z branży finansowej. Podczas VI Kongresu Gospodarki Elektronicznej, zorganizowanego w czerwcu 2011 r. pod egidą Związku Banków Polskich, bankowcy wybrali autora „Subiektywnie o finansach” dziennikarzem roku. A miesięcznik „Press”, najbardziej prestiżowe pismo o mediach, w wyborach na najlepszy blog prowadzony przez dziennikarza, umieścił „Subiektywnie o finansach” na drugim miejscu, tuż za świetnym blogiem mojego redakcyjnego kolegi Wojtka Orlińskiego.

      Oczywiście tak dużej popularności blogu nie byłbym w stanie osiągnąć samodzielnie. Gdyby nie wsparcie portalu Gazeta.pl oraz serwisu Wyborcza.biz, gospodarczej części „Gazety Wyborczej” w  internecie, wielu z Was pewnie nie dowiedziałoby się o istnieniu blogu. „Subiektywnie o finansach”. Swoją cegiełkę dołożył też pod tym względem portal Wyborcza.pl. Marka „Gazety” i kilkaset tysięcy czytelników to miks, który powoduje, że choć to „tylko blog”, jego istnienie w wymierny sposób wpływa na działalność banków i ich relacje z klientami. Wiele wpisów w blogu odbiło się szerokim echem i przynosiło zmiany praktyk stosowanych przez banki. Czasem macie mi za złe, że chwalę się zbyt często, ale uważam, że powinienem to robić właśnie na dowód naszej wspólnej skuteczności.

      Samcik blox

      Dzięki Pana blogowi udało mi się odzyskać podwójnie naliczone ubezpieczenie niskiego wkładu własnego. Było to 784 zł. Reklamację złożyłem po publikacji wpisu w blogu na ten temat”. „Przynajmniej raz uchronił mnie pan przed bezsensownymi wydatkami. Myślę prowizji za niewykorzystany limit do firmowego konta”. „Zwrócono mi opłatę za czteromiesięczny abonament. W idealnym świecie skłonny bym był uwierzyć, że to moje starania przyniosły w końcu skutek. Ale domyślam się, że pana w tym rozwiązaniu jest zasługa”. „Fakt, że napisałem do pana e-maila, wysyłając go do wiadomości rzecznika banku sprawił, że moja reklamacja w końcu została rozpatrzona. Dziękuję!”. To tylko nieliczne przykłady. Więcej znajdziecie tutaj oraz tutaj

      Kiedy pochwaliłem się w Facebooku, że kolejna notka będzie już wpisem numer 1000. pytaliście czy będzie szampan albo jakaś imprezka. „Coś powinno być!. Mało kiedy czytam o finansach z takim zaciekawieniem jak owe notki właśnie” - wpraszaliście się w jednym z sympatycznych wpisów. Tym razem szampan będzie tylko wirtualny, ale obiecuję, że przy jednej z najbliższych okazji - może już na trzylecie blogu? - zaproszę Was na zlot miłośników subiektywności. A potem stworzymy partię - mam już nawet nazwę, Ruch Poparcia Subiektywności - i wystartujemy w wyborach. Skoro Palikot może... A zresztą dostałem już taką niezobowiązującą propozycję od red. Tadeusza Mosza z TVP Info :-). Co prawda dopiero w dziewiątej minucie programu, ale jednak :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Mój tysiąc premier i... Wasz piąty milion, czyli jubileusz subiektywności!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 sierpnia 2011 14:25
  • sobota, 27 sierpnia 2011
    • Dobre auto za dwa mecze i 160.000 zł miesięcznie. Pensja człowieka sukcesu?

      Kibice piłki nożnej - do których zalicza się także autor tego blogu, choć równą estymą darzy również tenisa - puchną właśnie z dumy. Po raz pierwszy od lat będziemy mieli aż dwie drużyny w fazie grupowej Ligi Europy, czyli mniej prestiżowej wersji Ligi Mistrzów. Dobiły się do niej Legia Warszawa i Wisła Kraków. Do fazy grupowej obu klubowych lig wiodą dwie lub trzy rundy eliminacji i w ostatnich latach tylko Lech Poznań przeszedł przez to sito. A w fazie grupowej Ligi Europy zagrał świetne mecze z Juventusem, Manchesterem City i Red Bullem Salzburg, a potem jeszcze z portugalską Bragą (późniejszym finalistą rozgrywek).

      Teraz do fazy grupowej Ligi Europy udało się dojść Wiśle (po dwóch wygranych rundach eliminacji Ligi Mistrzów ze Skonto Ryga i Liteksem Łowecz z Bułgarii) i trzeciej przegranej z Apoelem Nikozja) oraz Legii Warszawa, która pokonała w eliminacjach silnych Turków z Gaziantepspor i jeszcze silniejszy Spartak Moskwa, zatrudniający piłkarzy kosztujących po 7-8 mln euro i celujący w zdobycie pucharu Ligi Europy (w poprzedniej edycji doszli do ćwierćfinału). Dla porównania: najdroższy piłkarz w Legii został kupiony za milion euro. I wcale nie jest to ten, który wpadł pod kosiarkę, czyli Danijel Ljuboja. Ale o nim też będzie, za chwilę.

      Danijel Ljuboja

      Przed piłkarzami Legii i Wisły otwierają się bramy mniejszego z dwóch piłkarskich rajów. Wprawdzie premie za udział w Lidze Europy są nieporównanie niższe od tych inkasowanych w Lidze Mistrzów, ale i tak Lech Poznań w zeszłym sezonie zainkasował 12 mln zł. Piłkarze Legii za przejście Spartaka dostaną do podziału 330.000 euro premii. Wychodzi jakieś 15.000 euro na głowę kopacza. Czyli dobre auto, na które zarobili w ciągu dwóch meczów trwających po 90 minut. Ładnie. Ale i to jest pikuś. 15.000 euro za dwumecz z Rosjanami kropla w morzu zarobków piłkarza, jeśli jego menedżer umie się dobrze zakręcić. Niedawno zmiażdżyła mnie Informacja o rekordzie zarobków, który został podobno pobity w polskiej lidze. 500.000 euro rocznie zarabia w Legii Warszawa serbski napastnik Danijel Ljuboja. W poprzednim sezonie najlepiej zarabiającym piłkarzem Ekstraklasy był Euzebiusz Smolarek, który za rok gry w Polonii Warszawa inkasował 400.000 euro. Potem o 20.000 euro przebił go Manuel Arboleda z Lecha Poznań. Tak, ten sam, który ponoć w czasie meczu wsadził Smolarkowi palca tam, gdzie Smolarkowi się nie podobało. Pewnie do ucha. 

      Czytaj też: Czy dobrze płacą ci za nerwową robotę? Stresujące zawody

      Co trzeba zrobić, żeby zarabiać w Polsce 500.000 euro, czyli - przypominam - jakieś 2 miliony złotych rocznie, czyli 160.000 zł miesięcznie? Tyle, mniej więcej, ile prezes średniego banku i znacznie więcej, niż Szymon Majewski, najlepiej opłacany gwiazdor reklamowy w branży bankowej? „Ljuboja to zawodnik, który występował w kilku renomowanych europejskich klubach, m.in. PSG, VFB Stuttgart czy HSV Hamburg. W ostatnim sezonie reprezentował barwy Nice, z którym zajął siedemnaste miejsce we francuskiej Ligue 1, ostatnie nad strefą spadkową. Serb w rozgrywkach ligowych zdobył sześć bramek” - pisał „Przegląd Sportowy”. Podobno Serb przedstawił jeszcze bardziej wygórowane żądania finansowe, ale prezesi Legii ubłagali go, żeby ich nie ograbiał :-).

      Rosną pensje, rosną także kwoty, jakie zagraniczne kluby płacą za piłkarzy Ekstraklasy. Ostatnio padł więc inny rekord, poza tym dotyczącym zarobków piłkarzy nad Wisłą. Rekord kwoty transferu polskiego piłkarza za granicę. Pobił go turecki Trabzonspor, który wykupił Adriana Mierzejewskiego z warszawskiej Polonii. Reprezentant Polski kosztował 5,25 miliona euro, czyli jakieś 21 baniek w przeliczeniu na złote. Po 250.000 zł za każdy kilogram piłkarza, he, he. Wychodzi na to, że kilogram sadełka kopiącego piłeczkę jest wart tyle, co nieduża kawalerka poza centrum wielkiego miasta. Nie ma to jak piłkarska moda.

      Czytaj też: Niby pieniądze nie grają, a jednak...mają w sporcie znaczenie

      Świat stanął na głowie nie tylko u nas. Szef Manchesteru United, drugiego po Barcelonie najlepszego klubu w Europie, Alex Ferguson niedawno przedstawił wyliczenia, z których wynika, że w FC Barcelona przeciętne tygodniowe wynagrodzenie piłkarza wynosi 152.000 dolarów. Wynika z tego, że taki David Villa, Iniesta, Xavi, czy Puyol za każdy dzień pracy przyjmują 20.000 dolarów, czyli jakieś 60.000 zł. Dziennie. No, ale oni kopią jakieś dziesięć razy lepiej od tych, którzy podają się za piłkarzy w Legii, Lechu, czy Wiśle Kraków. Może to odszczekam jak Wisła przejdzie przez eliminacje Ligi Mistrzów, a Legia, Jagiellonia i Śląsk przebrną przez fazę grupową Ligi Europy, tak jak Lech w zeszłym roku.

      Te kwoty są trudne do wyobrażenia” – przyznał Alex Ferguson w rozmowie z radiem Sirius XM. „Jeśli cofniemy się do początków mojej kariery w Manchesterze United w 1986 r., to najwyższe wynagrodzenie wynosiło wówczas 115.000 funtów rocznie”. Czyli z grubsza 500.000 złotych, aczkolwiek wówczas te pieniądze były warte realnie więcej (inflacja!), może coś koło obecnego miliona złotych. Teraz piłkarzom płaci się sto razy więcej. Najlepiej opłacanym piłkarzem na świecie był w sezonie 2010-2011 niejaki Lionel Messi z FC Barcelony, który w ubiegłym sezonie zarobił 43,8 mln dolarów. Argentyńczyk wyprzedził Cristiano Ronaldo (38,5 mln dolarów) i Wayne’a Rooneya (29,2 mln dolarów). Potem jest Kaka, David Beckham, Ronaldinho (25-25 mln dolarów).

      Czytaj też: Kibicu, zasiądź w klubowych stringach na trybunie honorowej

      W cenie są też trenerzy. Jak swego czasu doniósł Rafał Stec, publicysta „Wyborczej”, Sport.pl i autor blogu „A jednak się kręci”, za wykupienie Anresa Villasa Boasa z FC Porto londyńska Chelsea zapłaciła Portugalczykom 15 mln euro odstępnego. Nie jest też tajemnicą, że Jose Mourinho, który ostatnio w wolnych chwilach reklamuje Bank Millennium, na ławce trenerskiej Realu Madryt zarabia 11 mln euro rocznie. Czyli więcej, niż jego piłkarze. :-)

      Wróćmy na krajowe podwórko. Jak zmotywować gości zarabiających tyle ile prezes banku, by wypruwali sobie flaki dla drużyny? Dobre pytanie. Odpowiedzi na nie ostatnio szukał szef Polonii Warszawa - ten sam, który sprzedał Adriana Mierzejewskiego za rekordowe 5,25 mln euro. Prezes Wojciechowski wprowadził następujący system motywacyjny. 20% pensji podstawowej będzie piłkarzom zabrane i oddane jeśli osiągną co najmniej drugie miejsce w lidze. Jak zdobędą mistrzostwo - dostaną trzy razy tyle, ile im zabrano. Wygląda nieźle, ale czy dla piłkarza nad Wisłą ma znaczenie, czy zarobi za sezon 200.000 euro czy 260.000 euro? Ile można mieć mercedesów w garażu?

      Sprawdź: Ile zarobił na skoczniach Adam Małysz, a ile Justyna Kowalczyk?

      Żeby nie było, że zaglądam komuś do kieszeni i zazdroszczę sukcesu. O nie. Niech sobie piłkarze zarabiają dowolnie duże pieniądze, w sumie to dzięki nam, kibicom, je zarabiają, bo gdybyśmy się na nich wypięli, telewizja przestałaby płacić miliony za transmisje i zapewniać klubom budżety na wysokie pensje zawodników. Ale na stadiony chodzimy, transmisje oglądamy, więc pozostaje nam się dziwić tak samo, jak Sir Alex Ferguson. Fajnie, że piłkarze polskich drużyn - jak w czwartek Legia - potrafią pokazać, że mają jaja i przegrywając 0:2 na boisku lepszego przeciwnika strzelają trzy gole (każdy piękny) i wyrywają awans w doliczonym czasie gry. Mniam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Dobre auto za dwa mecze i 160.000 zł miesięcznie. Pensja człowieka sukcesu?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 27 sierpnia 2011 10:42
  • piątek, 26 sierpnia 2011
    • Ustawa sobie, a życie sobie? Banki niechętnie dopuszczają klientów do franka

      Pierwszy dzień ustawy antyspreadowej - przynajmniej do tej pory, a piszę te słowa w porze obiadowej - nie przyniósł na szczęście kolejek przed kantorami, nie zapchały się też serwery internetowych platform wymiany walut. Franków nigdzie nie zabrakło, zaś spragnieni taniej waluty Polacy nie okupowali siedziby żadnego banku. I bardzo dobrze - niech banki mają chwilkę, by przyzwyczaić się do nowego prawa i opracować plan obsługi klientów - być może nie takich znowu licznych, jak by się mogło wydawać przed wejściem ustawy w życie - chcących spłacać kredyty bezpośrednio w walucie obcej. Bo przecież...

      Niestety jest i zła wiadomość. Niektóre banki nie były pierwszego dnia przygotowane do udostępnienia klientom możliwości spłacania kredytów walutowych we frankach lub euro. W odpowiedzi na „Samcikowe Pogotowie Antyspreadowe” nadesłaliście wiele sygnałów, że bankowcy chcą grać na czas i z przestrzeganiem nowych przepisów jest w niektórych placówkach na bakier. Oto sygnał z Facebooka: „Mój bank się tak łatwo nie poddaje. Doradca nie potrafi powiedzieć ile potrwa spisywanie aneksu. Tydzień, miesiąc? Nie wiedział też, jak będą zorganizowane te wpłaty: czy mogę przynieść dowolną sumę i wpłacić na raz kilka rat? Za dużo wątpliwości. Gdybym jednak wiedziała, że to tylko formalna jedna wizyta w oddziale, jeden podpis na miejscu u doradcy, to na pewno bym się zdecydowała. Pod warunkiem, że w kantorze byłyby franki ;-)

      Inna historia. Jeden z moich redakcyjnych kolegów odwiedził w piątek oddział Getin Banku, w którym ma kredyt. Jak wiadomo bank ten miał do niedawna najwyższy na rynku spread, kilkunastoprocentowy. Teraz z niego nieco zszedł, ale tylko dzięki temu, że zastosował niemiły fortel - podwyższył kurs kupna franka, pozostawiając na rekordowo wysokim poziomie kurs sprzedaży. Kolega poprosił o spisanie aneksu, by za kilka dni mógł przynieść do banku gotówkę. Okazało się, że na miejscu można spisać tylko wniosek o aneks, zaś na jego przygotowanie bank może potrzebować nawet kilku tygodni. Potem przyśle pocztą nową umowę, a dopiero po podpisaniu jej przez klienta druk powędruje do zatwierdzenia, do centrali. Nie ma wątpliwości, że mimo obowiązywania nowego prawa, mój kolega nie będzie mógł skorzystać ze spłaty kredytu bezpośrednio we frankach. Dobrze, że przynajmniej nie zapłaci za aneks np. 2000 zł, bo takie prowizje narzucał za to w przeszłości Getin Bank..

      Mam też sygnały, że bankowcy starają się zniechęcić klientów do wnioskowania o aneksy do umów kredytowych. „Pan w banku powiedział mi, że możliwe jest  prześwietlenie historii mojego kredytu i zweryfikowanie np zabezpieczenia. I wtedy może wyjść np. za niski wkład własny. Pan uspokoił mnie, że raczej nie powinno to nastąpić, ale - jak mówi - wszystko jest możliwe. Bo jak nic z kredytem się nie dzieje i przelewy lecą z automatu, to bank się nie czepia. A każdy aneks jest powodem szczególnego zainteresowania banku” - zeznaje inny czytelnik blogu na Facebooku. Oj, niby niewinna ta sugestia, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że 250.000 kupionych na kredyt nieruchomości jest wartych mniej, niż kredyty z nimi związane, okaże się, że mnóstwo osób może być podatnych na kierowaną do klientów sugestię typu: „możemy spisać ten aneks, ale przy okazji, he, he, dokładnie ci się przyjrzymy, spryciarzu

      Rafał Łyczek z serwisu KupFranki.pl spodziewa się, że na początku bankowcy będą mieli też zwykłe kłopoty organizacyjne: „Nie będzie łatwo, szczególnie na początku. Wiele banków nie ma jeszcze procedur, Związek Banków Polskich jeszcze pracuje nad rekomendacją dla banków w tym zakresie. Z jednej strony prawo, z drugiej życie - bo co ma zrobić np. pracownik banku w oddziale w supermarkecie, kiedy klienci przyjdą z walutą - przecież mają prawo. A tu: nie zdefiniowany numer rachunku walutowego, brak obiegu kasowego, nie wspomnę że nielichym problemem będzie zapewne głupie wydawanie reszty. Ważne aby pamiętać, że prawo jest po stronie klientów i w przypadku nieuzasadnionego przedłużenia sprawy ze strony banków, opieszałości lub problemów stwarzanych przez banki, można domagać się rekompensaty" - napisał do mnie Łyczek.

      I cytuje wypowiedź rzeczniczki Komisji Nadzoru Finansowego: „Banki powinny być przygotowane systemowo do wdrożenia nowych przepisów. Jeśli doszło do ich naruszenia lub złamania, a klient poniósł z tego powodu szkodę, może dochodzić swoich praw przed sądem”. Wypowiedź Marty Chmielewskiej-Racławskiej daje nadzieję m.in. mojemu koledze, który odwiedził oddział Getin Banku. Jeśli spisywanie aneksu potrwa zbyt długo, będzie miał on prawo domagać się od banku rekompensaty finansowej z tytułu konieczności kupowania franków po wyższym kursie, niż mógłby je kupować gdyby bank się pospieszył z aneksem. Tych wszystkich pytań i komplikacji by nie było, gdyby bankowcy po prostu obniżyli nieco spread. Nawet nie do poziomów kantorowych. Wystarczy, że widełki byłyby niedużo szersze od kantorowych, a klientom już odechciałoby się tej całej zabawy z przynoszeniem franków.

      Niestety, bankowcy unoszą się honorem. I obniżać spreadów nie chcą, żeby „nie dać satysfakcji populistom”. Na złość mamie odmrożę sobie uszy. Część bankowców twierdzi, że spread musi być wysoki - przynajmniej jeśli chodzi o szwajcarską walutę - bo franków jest mało i sporo kosztują na rynku. Tyle, że ja rozmawiałem ostatnio z prezesem dużego banku, który powiedział mi, że mógłby w ciągu pięciu sekund podpisać z zagranicznymi bankami umowę na dostawę dowolnej ilości franków. Więc wcale nie jest tak źle z tymi frankami i spready naprawdę nie muszą przekraczać 20 groszy. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Ustawa sobie, a życie sobie? Banki niechętnie dopuszczają klientów do franka”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 26 sierpnia 2011 17:03
    • Samcikowe Pogotowie Antyspreadowe: czy nowe prawo działa?

      Od piątku nieco łatwiejszy jest los 700.000 osób spłacających raty kredytów hipotecznych we frankach, euro lub dolarach. To pierwszy dzień obowiązywania ustawy antyspreadowej, która zobowiązuje banki do przyjmowania rat zarówno w złotych, jak i w walutach. Możecie więc przynieść do banku franki kupione w kantorze i wpłacić je na rachunek gotówką. Możecie też zlecić przelew walutowy z innego banku, w którym kurs jest atrakcyjniejszy, niż w banku, który udzielił Wam kredytu. Główne udogodnienie polega na tym, że teraz bank nie będzie mógł pobierać opłaty ani za przyjęcie gotówki, ani za przyjęcie przelewu, ani za spisanie aneksu do umowy, który całą operację umożliwia. Do tej pory prowizje były przeokrutne.

      Sprawdź: Jak banki promują zakupy tanich franków?

      Zakup franków (lub euro, bo rzecz dotyczy wszystkich walut „kredytowych”) poza swoim bankiem opłaca się zwłaszcza tym klientom, którzy dziś najbardziej cierpią z powodu zawyżonych kursów. W Polbanku, Deutsche Banku, czy w Getin Banku frank kosztował w czwartek aż 3,8-3,85 zł, choć w kantorach można było kupić tę walutę po 3,7 zł. Skorzystanie z tańszego źródła oznacza w takim wypadku oszczędność 20-30 zł na każdej racie (w zależności od wysokości kredytu). W grę wchodzą inne banki (tanią walutę ma np. Citi Handlowy lub Alior), kantory oraz internetowe platformy wymiany walut. Jak ktoś ma kredyt w banku „niskospreadowym”, zabawa z kupowaniem franków na zewnątrz mu się nie opłaci.

      Bankowcy narzekają, że mieli tylko dwa tygodnie na przygotowanie się do zmian w prawie (ustawa miała rekordowo krótkie tzw. vacatio legis). „Ciekaw jestem co będzie, jak do oddziałów przyjdzie mi w piątek 2000 klientów i będą chcieli spisać aneksy” - obawiał się w czwartek jeden z menedżerów, którego wziąłem na spytki. W bankach spodziewają się kłopotów np. z wydawaniem reszty z frankowych wpłat w gotówce. Nie wiedzą też co mają zrobić z pieniędzmi, które ktoś wpłaci przelewem w euro na konto kredytu i okaże się, że powstała nadpłata. „Jako klient Getin Banku udałem się do oddziału, żeby zapytać w jaki sposób następną ratę (należną 31 sierpnia) mogę zapłacić przelewem we frankach. Pani w okienku nie wiedziała. Odpowiedziała, że „jeszcze nie mają na to procedury. Ciekawe czy zdążą?” - zastanawia się czytelnik blogu pan Rafał. No właśnie: dajcie znać! Zdążyli? Nie zdążyli? Mają kłopoty, czy się przygotowali? Jaka sytuacja w kantorach? Uruchamiam dziś Samcikowe Pogotowie Antyspreadowe. Piszcie, raportujcie, informujcie jak jest w Waszych bankach. Tutaj bądź na stronie blogu w Facebooku.

      Problemów z obsługą klientów można byłoby łatwo uniknąć, gdyby banki prewencyjnie obniżyły spready do takich poziomów, które pozbawiałyby sensu zabawę z kupowaniem franków w kantorze i noszeniem ich do banku. Niestety, pozytywnych przykładów do czwartku było niewiele. Pisałem już o sztuczkach Getin Banku, który obniżył spread o połowę - z 50 groszy do 25 groszy - poprzez podwyższenie... kursu kupna. Dużo istotniejszy dla kredytobiorców kurs sprzedaży pozostał na kosmicznym poziomie. W czwartek wynosił 3,85 zł, czyli 5 groszy więcej, niż w drugim najdroższym banku na rynku. Kant genialny w swej prostocie. Podobny uczynili w BOŚ Banku. Tam spread jest taki sam, jak kiedyś - 23 grosze, ale... przesunięty w górę jeśli chodzi o kursy. Tak gdzieś o 10 groszy. Tydzień temu kurs sprzedaży był odchylony od tego NBP-owskiego o kilka groszy, teraz jest to już kilkanaście.

      Czytaj też: Sejm ściął spready, ale... popyt na franki od tego nie spadnie

      Z drugiej strony mała pochwała należy się Idea Bankowi (ta sama grupa kapitałowa co Getin). Tam w czwartek spread był znacznie niższy, niż jeszcze przed tygodniem, kiedy wynosił 37 groszy. Teraz to tylko 21 groszy. W Idea Banku frank jest tylko o 5 groszy droższy, niż w NBP. Powiedziałbym, że to piękny gest, ale... Idea Bank to nowy twór na rynku i jeszcze nie ma zbyt dużego portfela kredytów walutowych, więc na spreadach i tak nie zarabia. Ale powiedzmy, że dał przykład innym. Generalnie jednak - wbrew oczekiwaniom, że banki obniżą spready - mamy sytuację bez większych zmian. „Nie obniżymy spreadu, żeby nie dać satysfakcji tym populistom w Sejmie” - usłyszałem w jednym z banków. Smutne: lepiej golić klientów, niż wywołać uśmiech na spracowanym licu jednego czy drugiego posła...

      JUŻ PRAWIE 300.000 MIŁOŚNIKÓW SUBIEKTYWNOŚCI. W pierwszym półroczu 2011 r. blog „Subiektywnie o finansach” odwiedzało miesięcznie średnio 295.300 osób. Z tego co najmniej 50.000 osób wchodzi tu bezpośrednio, wpisując do przeglądarki adres www.samcik.blox.pl. Blog ma też 6.500 fanów w Facebooku. Nie zapominaj sprawdzać codziennie co nowego na www.samcik.blox.pl

      MASZ PROBLEM Z BANKIEM? ZŁAP SUBIEKTYWNOŚĆ NA FACEBOOKU! Wiem, wiem, na stronie blogu nie ma formularza kontaktowego. Wiem, trudno mnie dopaść. Wiem, rzadko odpowiadam na komentarze pod notkami. Jeśli masz ważny problem, to możesz mnie o nim poinformować na dwa sposoby. Jeśli masz konto w Facebooku, to wejdź na stronę blogu napisz do mnie. Jeśli wolisz kontakt e-mailowy, to napisz na adres: maciej.samcik (małpka) gazeta.pl. Nie odpowiem od razu, ale odpowiem na pewno.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (23) Pokaż komentarze do wpisu „Samcikowe Pogotowie Antyspreadowe: czy nowe prawo działa?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 26 sierpnia 2011 07:04
  • czwartek, 25 sierpnia 2011
    • Pośrednik kusi: 'Bank odesłał cię z kwitkiem? Pomożemy!'. A naprawdę?

      Czy widzieliście telewizyjną reklamę Powszechnego Domu Kredytowego? Ten pośrednik finansowy wykorzystał w spocie nadchodzące wybory i zaprezentował obleśnego polityka z „partii popierającej Rekomendację T”, który to polityk nie pozostawia złudzeń bez czego chciałby pozostawić Polaków. No właśnie: bez tanich kredytów. Sądzę, że żaden bank nie odważyłby się na taki koncept reklamowy, bo owego obleśnego polityka łatwo byłoby skojarzyć sobie z niejakim Stanisławem Kluzą, supernadzorcą rynku bankowego. Nie tyle ze względu na wygląd, ile na funkcję społeczną. To on firmuje rzeczoną Rekomendację T, która zobowiązuje banki, by odprawiały z kwitkiem klientów mających już na koncie zbyt wielkie obciążenia kredytami.

      To wyjątkowo pomysłowa, ale i bałamutna reklama. Przede wszystkim dlatego, że sugeruje, iż ktoś chce zabrać ludziom kredyty, które się tym ludziom należą jak psu miska. A to przecież nie tak: nadzorca wprowadził ograniczenia, by z jednej strony ludzie, pchani pędem do konsumpcji, a z drugiej banki, napędzane pragnieniem coraz wyższych zysków, nie wpadali w pętlę zadłużenia. Jeśli ktoś przeznacza już ponad 50% swoich dochodów na spłatę rat kredytowych, to naprawdę nie powinien się już zadłużać dalej. Zwłaszcza w kraju, w którym nie ma porządnej ustawy o upadłości konsumenckiej i jak ktoś raz wpadnie w spiralę kredytową, to zwykle tkwi w niej już do końca życia.W pętlę wpada też bank, bo im więcej ma nie spłaconych kredytów, tym wyżej musi oprocentować kolejne i tym większe jest prawodopodobieństwo, ze „wyprodukuje” kolejnych niewypłacalnych.

      Czytaj też: Szkoda, że nadzorca nie ukróci dojenia nas ubezpieczeniami

      Reklamy PDK niestety są również zbyt podkręcone, a przez to sprzedają ludziom nieprawdę. Spojrzałem na stronę internetową firmy - przeczytałem na niej nie tylko to, że z dziką rozkoszą pożyczy pieniądze każdemu, kto już dziś ma na głowie za dużo kredytów. „Dla osób, których miesięczne zobowiązania przekraczają 50% dochodów, bez ograniczeń wynikających z Rekomendacji T” - czytam. Ale dalej jest jeszcze ciekawiej: otóż firma pisze, że pomoże w otrzymaniu kredytu osobom, którym bank odmówił pożyczki. Zadzwoniłem do PDK jako zwykły klient i zapytałem ich co mają mi do zaoferowania. Oświadczyłem, że prawdopodobnie mam nieco zapaskudzoną historię w BIK, nie spłaciłem jednej czy drugiej raty i dochrapałem się zaległości rzędu trzech miesięcy, a bank odmówił mi kredytu.

      PDK strona internetowa

      Pani po drugiej stronie kabla - a raczej stacji przekaźnikowej, bo rozmawiałem przez komórkę - powiedziała mi od razu i bez ogródek, że PDK ma w ofercie kredyty bankowe, więc z moimi negatywnymi wpisami w BIK muszę niestety pożegnać się z pożyczką. Nie mają mi nic do zaoferowania, choć na stronie internetowej sami piszą, że mogą się do nich zgłosić ludzie, którym bank odmówił kredytu. Pani z PDK nie dała się przekonać, że czarne jest czarne i się rozłączyła. Wygląda więc na to, że firma w reklamie solidnie naciąga rzeczywistość. Jakieś 90% ludzi, którym bank odmówił kredytu, znalazła się w tej sytuacji właśnie z powodu negatywnych wpisów w BIK. I w takiej sytuacji kredytu odmówi im także PDK. Choć przecież w swojej reklamie tak potępia tych obrzydliwych, złych ludzi, którzy odmawiają nam prawa do pożyczek.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Pośrednik kusi: 'Bank odesłał cię z kwitkiem? Pomożemy!'. A naprawdę?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 sierpnia 2011 14:19
    • Alior przedłuża kampanię. Płacenie rachunków w oddziałach hitem roku!

      Przez lata polskie banki robiły wszystko, żeby zniechęcić do wizyt w placówkach klientów z gotówką w kieszeni. Chcesz wpłacić lub wypłacić pieniądze w kasie? Płać prowizję! Chcesz wykonać przelew w oddziale banku? Policzymy ci za to nawet 10 zł. Korzystaj z bankomatów, wpłatomatów, serwisów bankowości elektronicznej. Do oddziałów przychodź tylko jeśli masz sprawę, której nie da się załatwić zdalnie - np. myślisz o kredycie hipotecznym albo o zakupie funduszu inwestycyjnego. No, możesz ewentualnie wpaść po szybką gotówkę lub założyć lokatę. Ale sprawy proste i nieskomplikowane załatwiaj zdalnie. 

      Czytaj też: Listonosz-bankomat przyniesie ci kasę do domu. Będzie cierpiał

      Alior Bank jako pierwszy zaprosił klientów do swoich placówek, by opłacali gotówką rachunki za prąd, czynsz, gaz i telefon. Nie tylko zaprosił, ale zaczął reklamować tę usługę w telewizji! Pisałem niedawno jak to wygląda od kuchni, ale niezależnie od wszystkich kontrowersji nie ma wątpliwości, że akcja okazała się megasukcesem. Spotkałem się z Wojciechem Sobierajem, prezesem Alior Banku, który pokazał mi dane świadczące o tym, że dziennie nowe konta otwiera w tym banku 3000-4000 klientów. Bank uruchomił więcej stoisk do obsługi płatności rachunków, żeby nie powstawały kolejki utrudniające życie „normalnym” klientom, ale i tak dostałem kilka listów od klientów Aliora, że „rachunkowicze” zapychają placówki. Może i zapychają, ale dzięki klientom „gotówkowym” Alior uruchamia dziennie po ok. 10 milionów złotych w szybkich pożyczkach. To budzi szacunek.

      Machina kręci się tak dobrze, że aż żal ją zatrzymywać. Kampania reklamowa informująca o możliwości płacenia rachunków w oddziałach Aliora miała się skończyć z ostatnim dniem wakacji, ale prezes Sobieraj ujawnił mi, że ją przedłuży, nawet kosztem innych, planowanych kampanii. Pewnie wielu bankowców pukało się w czoło, widząc w telewizji reklamy z bijącym aliorowym dzwonem, zapraszające do oddziałów osoby, które dotąd płaciły rachunki na poczcie bądź w okienkach agencji finansowych. Bo to rzeczywiście wygląda na zawracanie Wisły kijem. Tacy klienci to przecież tylko kłopot. Ale... Alior ma już naśladowców - comiesięczne rachunki można też od kilku tygodni za darmo opłacać w oddziałach Banku BGŻ (choć jego akcja potrwa tylko do października, a aliorowa jest na stałe). Dlaczego pomysł Aliora okazał się strzałem w dziesiątkę?. 

      Klient z rachunkiem w dłoni to - wbrew pozorom - dobry klient. Widziałem badania, z których wynika, że osoby, które przychodzą do banków płacić rachunki, to wcale nie najgorsi klienci. Przede wszystkim są niezamożni, więc z definicji to łakomy kąsek, by „ubrać” ich w debety, kredyty, karty. Podobno z grubsza połowa z nich spłaca właśnie lub spłacała w przeszłości jakiś kredyt gotówkowy, a więc mają już rozbudzoną potrzebę pożyczania pieniędzy. Każdy, kto liznął bankowości wie, że taki klient to prawdziwy skarb. Skoro przychodzą płacić rachunek do banku, a nie na pocztę, to znaczy, że po pierwsze myślą ekonomicznie (płacą tam, gdzie taniej), a po drugie - mają potrzebę spłacenia swoich zobowiązań. Czy dla banku może być lepsza wiadomość, niż klient w potrzebie, rzetelnie regulujący swoje rachunki?

      Każdy fortel dobry, by podkupić klienta. W Alior Banku ponad 80% klientów płacących rachunki to tacy, którzy już posiadają ROR w innym banku. Skoro już przyszli, kusząc się na skorzystanie z usługi, której nie oferuje ich własny bank, to zapewne wystarczy pokazać im wysoką jakość obsługi, zachęcić gadżetem, zaoferować różne usługi za darmo i... niejeden z nich już jest podkupiony. Każdy sposób jest dobry, by zwabić klienta do placówki. Alior wymyślił sposób bardzo niestandardowy i wyróżnił się w tłumie, co przyniosło mu sukces. Dzięki temu wkrótce - w trzy lata po starcie - będzie miał milion klientów.

      Czytaj też: W XXI wieku rachunki płacimy na poczcie i w okienkach!

      Płatności rachunków trafiają w potrzeby „nie ubankowionych” Bankowcy karmili się przez lata mitami wierząc, że nie będą musieli odbierać klientów konkurencji, bo zawsze będzie napływ „świeżej krwi”, czyli klientów, którzy do tej pory nigdy z usług banków nie korzystali. Nie mieli konta, karty, pensję lub emeryturę odbierali gotówką, chowali pod poduchą, a jak chcieli pożyczyć pieniądze, to szli do znajomych, a nie do banku. Dziś już wiadomo, że ta grupa raczej pozostanie poza obiegiem świata finansów, bo po prostu nie ma potrzeby współpracy z bankami. Ale... jeśli w okolicy są jacyś „nie ubankowieni” klienci, którzy widzieliby korzyść w przyjściu do instytucji finansowej, to trzeba rozmawiać z nimi językiem ich potrzeb. Komunikat „zapłać u nas rachunek za telefon” daje większą szansę na sukces, niż „załóż konto i płać faktury przez internet”. Klient-tradycjonalista nie założy sobie konta internetowego, nadal będzie płacił comiesięczne rachunki zanosząc faktury do pośrednika. Dlaczego tym pośrednikiem miałby nie być bank?

      W tym szaleństwie jest metoda. Zwłaszcza w trudnych dla banków czasach, które być może nadejdą jeśli gospodarka zwolni i warto będzie się schylić po każdy pieniądz, nawet ten papierowy. Dlatego ciekaw jestem jak nowa usługa sprawdzi się w oddziałach BGŻ i czy kolejne banki pójdą śladem tej dwójki, która postanowiła sięgnąć po niestandardowe metody, by dotrzeć do klientów konkurencji. Oczywiście czas pokaże, czy pozyskiwani dziś przez Aliora tak obiecujący klienci rzeczywiście okażą się tak atrakcyjni na dłuższą metę. Ale już dziś widać, że dziwne pomysły ludzi prezesa Sobieraja dają lepsze wyniki, niż wyścigi na reklamy z celebrytami. Zresztą jeśli miałbym dziś umieścić w blogu cytat dnia, to byłby to następujący cytat z Wojciecha Sobieraja: „Dzień, w którym zatrudniłbym do reklamy celebrytę, byłby tym dniem, w którym przyznałbym, że nie mam żadnych pomysłów na przyciągnięcie klienta”. Coś w tym jest. Klient, który przyjdzie do banku skuszony znaną twarzą w reklamie, nie będzie tak lojalny jak ten, który przyjdzie skuszony najlepszą na rynku jakością obsługi i ofertą. Tyle tylko, że jakoś trzeba tego delikwenta ściągnąć do placówki, żeby mu tę jakość pokazać :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Alior przedłuża kampanię. Płacenie rachunków w oddziałach hitem roku! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 sierpnia 2011 07:41
  • środa, 24 sierpnia 2011
    • Uwaga, bankowi spryciarze! Obniżyli spread, ale... tylko z jednej strony

      Sieć brokerów finansowych Expander pochyliła się nad losem powracających z urlopów Polaków, którzy mają do sprzedania trochę obcej waluty, nie wykorzystanej na miejscu. I napiętnowała jeden z prostych sposobów, stosowanych przez kantorowców, by naciągnąć klienta:  „Częstym błędem jest kierowanie się kursem sprzedaży w momencie, gdy chcemy sprzedać pozostałą po wakacjach walutę. Tą niewiedzę czasami wykorzystują kantory. Przed wejściem wywieszają atrakcyjny kurs sprzedaży. Wymiana waluty na złote odbywa się jednak po kursie kupna, który u nieuczciwego sprzedawcy może być o kilkadziesiąt groszy niższy. Te kantory są prowadzone przez ludzi tego pokroju:

      Aby klient się nie zorientował stosowane bywają też wizualne sztuczki. Dla przykładu jeśli kurs sprzedaży dolara wynosi 2,91 zł, to kantor ustala kurs kupna na poziomie 2,19 zł. Sztuczka polega więc na przestawieniu cyfr tak, aby klient nie zauważył, że kurs jest niekorzystny. Taka zamiana cyfr powoduje, że procentowa różnica między kursem sprzedaży i kupna wynosi aż 32%. Tymczasem standardowo wynosi ok. 3,5%, czyli kurs kupna powinien wynosić ok. 2,81 zł. Wymieniając 500 dolarów w takim kantorze stracimy więc ok. 300 zł” - pisze Expander. I oczywiście ma rację. Atrakcyjne widełki kursowe, ale tylko z jednej strony, to dość często spotykany manewr u nieuczciwych kantorowców. Uważajcie!

      Nie wiem czy zauważyliście, ale podobny chwyt, na ciut niższą skalę, zastosował właśnie Getin Bank w stosunku do franka szwajcarskiego, w którym klienci spłacają getinowe kredyty. Odkąd krytykujemy w mediach bankowe spready walutowe, które są dla wielu banków dodatkową prowizją (bo nikt mi nie wmówi, że którykolwiek bank kupuje walutę z 10%-owym spreadem i musi ten koszt przerzucać na klientów), Getin Bank zawsze był „tym złym”. Spread był tu rekordowy, przekraczał 10%, a momentami sięgał i 12%. Aż tu od kilkunastu dni okazuje się, że widełki kursowe w Getinie wcale nie są takie straszne! Niecałe 7%, czyli ledwie ciut więcej, niż wynosi średnia rynkowa, oscylująca wokół 5-6%. Przy obecnych notowaniach franka rozpiętość kursowa między ceną kupna i sprzedaży franka nie przekracza 25 groszy, gdy w ciemnych czasach przed kilkoma tygodni było to ponad 50 groszy.

      Czytaj też: Kredyt we franku boli? A co powiesz na złotowy na 8% rocznie?

      Co się stało? Czy w Getinie przejrzeli na oczy i postanowili posypać głowy popiołem? Czy poczuli, że naciągając klientów czynili zło i postanowili je naprawić, by od teraz postępować fair wobec klientów? Czy pragną zrehabilitować się na nędzne uczynki z przeszłości i czynić dla klientów samo dobro? No nie, bez jaj. Spread w Getin Banku spadł, ale... tylko z jednej strony, czyli po stronie kursu kupna. Jest on teraz najkorzystniejszy spośród wszystkich banków i niemal nie odbiega od kursu kupna w Narodowym Banku Polskim. Za to kurs sprzedaży pozostaje na rekordowo wysokim poziomie - w środę rano sięgał 3,89 zł, czyli prawie 20 groszy więcej, niż kurs w banku centralnym. Nawet w Polbanku, w którym spread jest najwyższy na rynku (10%), cena sprzedaży franka jest niższa i nie przekracza 3,82 zł.

      Spread w Getinie 2508201

      No i wszystko jasne - wystarczyła prosta zagrywka taktyczna, by w tabelach obrazujących największych spreadowych ludożerców zepchnąć Getin Bank z piedestału, a jednocześnie nadal trzepać klientów jak dawniej. Z punktu widzenia banku, który nie udziela już kredytów hipotecznych we frankach, kurs kupna nie ma żadnego znaczenia, nie jest do niczego używany. Ot, czasem przyjdzie jakiś pacjent i trzeba od niego odkupić parę franków po cenie wyższej, niż u konkurencji, ale przecież jeśli bank nie wypłaca we frankach kredytów, to może sobie pozwolić na trzymanie wysokiego kursu kupna. Kurs sprzedaży zaś to źródło konfitur. Ale nie ze mną te numery, Brunner. Dla mnie Getin nadal będzie „tym złym”, przynajmniej jeśli chodzi o spready. Chyba, że pokuszą się o realną ulgę dla klientów, a nie tylko udawaną. Zresztą nie tylko ja nie daję się nabrać na te sztuczki. Screenshoty z „dowodami rzeczowymi” dostałem też od nieocenionych Was, czytelników blogu :-)

      Spread w Getinie 2508201

      Spread w Getinie 2508201

      CZYTELNICY DO SAMCIKA, CZYLI ILE MOŻNA ZAROBIĆ CZYTAJĄC BLOG. Subiektywność w finansach naprawdę działa! Napisał do mnie pan Paweł: „Dzięki Pana blogowi udało mi się odzyskać podwójnie naliczone ubezpieczenie niskiego wkładu w banku Millennium. Była to dość spora kwota, ponad 784 zł (z całej kwoty ubezpieczenia 5662 zł). Reklamację złożyłem po publikacji wpisu w blogu na ten temat”. Mam też list od pana Patryka „Dziękuję za doskonałego bloga. Przynajmniej raz uchronił mnie Pan przed bezsensownymi wydatkami. Myślę o mBanku i prowizji za niewykorzystany limit do firmowego konta”. I jeszcze pan Łukasz. Zwrócono mi opłatę za czteromiesięczny abonament. W idealnym świecie skłonny bym był uwierzyć, że to moje starania przyniosły w końcu skutek. Ale domyślam się, że Pana w tym rozwiązaniu jest zasługa. Zatem dziękuję bardzo!”. Kochani, zawsze do usług! Zobacz też jak po publikacji w blogu bank przestał patroszyć klienta drogim ubezpieczeniem. I jak po notce w blogu przestał nasyłać na klientkę windykatorów. Obejrzyj również pełną listę spraw, które udało nam się wspólnie załatwić w latach 2009-2010. Sprawdź co Open Finance po krytyce w blogu zmienił w swoich reklamach. A na koniec... Samcik w roli czarnego luda, którym straszy się dzieci bankowców: „Fakt, że napisałem do Pana e-maila, wysyłając go do wiadomości rzecznika banku sprawił, że moja reklamacja w końcu została rozpatrzona. Dziękuję!”. Nie ma za co, ale dlaczego straszycie mną ludzi? :-)

      JUŻ PRAWIE 300.000 MIŁOŚNIKÓW SUBIEKTYWNOŚCI. W pierwszym półroczu 2011 r. blog „Subiektywnie o finansach” odwiedzało miesięcznie średnio 295.300 osób. Z tego co najmniej 50.000 osób wchodzi tu bezpośrednio, wpisując do przeglądarki adres www.samcik.blox.pl. Blog ma też 6.500 fanów w Facebooku. Nie zapominaj sprawdzać codziennie co nowego na www.samcik.blox.pl

      MASZ PROBLEM Z BANKIEM? ZŁAP SUBIEKTYWNOŚĆ NA FACEBOOKU! Wiem, wiem, na stronie blogu nie ma formularza kontaktowego. Wiem, trudno mnie dopaść. Wiem, rzadko odpowiadam na komentarze pod notkami. Jeśli masz ważny problem, to możesz mnie o nim poinformować na dwa sposoby. Jeśli masz konto w Facebooku, to wejdź na stronę blogu napisz do mnie. Jeśli wolisz kontakt e-mailowy, to napisz na adres: maciej.samcik (małpka) gazeta.pl. Nie odpowiem od razu, ale odpowiem na pewno.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Uwaga, bankowi spryciarze! Obniżyli spread, ale... tylko z jednej strony”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 24 sierpnia 2011 08:29

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line