Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 31 sierpnia 2012
    • Niektóre pomysły na uniknięcie Amber Gold-bis porażają. Bez ładu i składu

      Jestem coraz bardziej przerażony kreatywnością ministrów i urzędników państwowych, którzy licytują się koncepcjami i pomysłami mającymi sprawić, by nie spotkał nas drugi Amber Gold. To naprawdę powinna być niezbyt skomplikowana operacja (zresztą pisałem już w blogu, że oczekuję od państwa tylko prostych rzeczy :-)). Po pierwsze: określenia czy intencją państwa jest, by działalność podobna do tej, którą reklamował Amber Gold, Finroyal - i którą wciąż reklamują inne tego typu firmy - była pod pewnymi warunkami dozwolona, czy też powinna być zawsze zakazana. Po drugie: przeprowadzenia audytu prawnego i ustalenia czy obowiązujące przepisy są zgodne z intencją władz, czy też nie. Po trzecie: doprecyzowania przepisów prawa lub też określenia które mechanizmy kontrolujące jego stosowanie trzeba poprawić, by wyeliminować z życia gospodarczego przedsięwzięcia, przed którymi państwo chce chronić obywateli, którzy m.in. dla tej przyczyny płacą na państwo podatki.

      Odpowiedź na pierwszy dylemat zapewne brzmi: ściąganie od ludzi pieniędzy w celu ich inwestowania lub odpożyczania powinno być zastrzeżone dla instytucji nadzorowanych przez państwo i koncesjonowanych przez Komisję Nadzoru Finansowego. Odpowiedź na drugi wciąż jest dla mnie niejasna (nie słyszałem zaś, by zamówiono w  tej kwestii ekspertyzy u najlepszych polskich prawników od prawa finansowego) . Zaś w sprawie trzeciej intuicyjnie czuję, że najpilniejsze jest kontrolowanie prawdziwości wpisów czynionych przez przedsiębiorców w rejestrze spółek, monitorowanie rynku finansowego przez wyspecjalizowaną instytucję (może to być KNF, jeśli zapewni wysoką jakość prowadzonej przez siebie listy ostrzeżeń) oraz udrożnienie wymiaru sprawiedliwości. Chodzi o to, by doniesienie KNF obowiązkowo było rozpatrzone przez specjalizującego się w sprawach finansowych prokuratora, by owo rozpatrzenie odbyło się w ciągu kilku tygodni, by prokurator mógł zatrudnić biegłego-fachurę, który rozstrzygnie ewentualne wątpliwości, a także by na koniec punkt widzenia bez zbędnej zwłoki ocenił sąd, posiłkując się opinią innego biegłego-fachury od finansów.

      Aktywność ministrów, urzędników i polityków niestety nie ogranicza się do wyżej wspomnianych aspektów, lecz przybiera formę chocholego tańca, festiwalu pomysłów, nie mających ze sobą wiele wspólnego, których efektem może być chaos lub - jeśli będziemy mieli pecha - stworzenie potwora. Zadałem sobie trud i prześledziłem propozycje zmian dotyczących Komisji Nadzoru Finansowego, która - jak dziś wie już każde dziecko - prowadzi listę ostrzeżeń publicznych. Lista jest zbiorem firm "podejrzanych" o prowadzenie działalności parabankowej i obecność na niej - jak przyznaje sam nadzór - jeszcze nie przesądza o "winie" oskarżonego, a jedynie jest ostrzeżeniem dla klientów, że dana instytucja może prowadzić działalność bankową bez zezwolenia. Na liście KNF można znaleźć się dziś np. wskutek anonimowego doniesienia via e-mail, bo nadzór nie ma określonych procedur wpisywania na listę ostrzeżeń i usuwania z niej. Nie ma też obowiązku dyskutowania z wpisywanymi firmami, ani tłumaczenia im czegokolwiek.

      No i czegóż ja się dowiedziałem od pana ministra Jacka Rostowskiego w czwartkowej debacie? Że wpis na listę ostrzeżeń publicznych KNF powinien oznaczać nie tylko doniesienie do prokuratury, że dana firma, w opinii KNF łamie prawo. Nadzór miałby też poinformować o podejrzeniu popełnienia przestępstwa od razu prokuratora generalnego, Centralne Biuro Antykorupcyjne i Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Informacja ma pójść też do Generalnego Inspektora Kontroli Skarbowej, a minister Jacek Rostowski deklaruje, że podejrzewane przez KNF o brzydkie rzeczy firmy będą automatycznie poddawane szczególnie wnikliwej kontroli służb skarbowych. Komitet Stabilności Finansowej chce też ograniczenia możliwości reklamowania się przez firmę, która zostanie wpisana na listę KNF (miałoby to być wpisane w kodeksy etyczne mediów). 

      No to teraz puśćmy wodzę fantazji i wyobraźmy sobie, że KNF, na podstawie anonimowego donosu wpisuje na listę ostrzeżeń firmę X. Firma wygląda na podejrzaną, ale być może... jest jednak niewinna? Może znalazła lukę w prawie albo np. KNF nie do końca celnie określił jej działalność? Prawdopodobieństwo pomyłki KNF jest wprawdzie minimalne, ale jakieś-tam jest. Nic to: firma jest wpisana na listę, więc rzucają się na nią prokuratura, CBA i ABW, główny inspektor od podatków spuszcza ze smyczy psy gończe i zarządza "wnikliwą kontrolę" skarbową, Generalny Inspektor Informacji Finansowej ogląda pod lupą wszystkie jej przelewy, a media odmawiają gromadnie przyjmowania reklam. A wszystko to - przypominam - na podstawie umieszczenia firmy na liście jedynie "podejrzanych" o prowadzenie działalności parabankowej. Skoro sama tylko skarbówka była w stanie zniszczyć przed laty komputerową firmę Romana Kluski, to połączone siły CBA, ABW, skarbówki i GIIF każdemu przedsiębiorcy, choćby krystalicznie czystemu, byłyby w stanie zrobić z d... jesień średniowiecza.

      Być może lista KNF będzie w przyszłości prowadzona w bardziej uregulowany sposób, ale wciąż będzie tylko listą "podejrzanych". A nie ściganych, czy prześladowanych. Jeśli tak ma wyglądać precyzyjna i chirurgiczna operacja uleczania nas spod wpływów parabanków, to obawiam się, że lekarstwo może być gorsze od choroby. Akurat ten pomysł wygląda na kompletnie nieprzemyślany, sklecony na kolanie. A są i inne przykłady ryzykownych pomysłów na walkę z parabankami. Np. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nie tylko miałby prowadzić swoją listę ostrzeżeń publicznych (na wzór tej, która już "wisi" na internetowej stronie Komisji Nadzoru Finansowego - tylko po co dublować listy?). Mógłby też... nakładać kary z klauzulą natychmiastowej wykonalności. Dziś UOKiK może nakładać kary do wartości 10% rocznych przychodów firm, które posądza o łamanie praw konsumentów lub zasady konkurencji. Ale firmy te mogą się odwołać i płacą karę dopiero po zatwierdzeniu wyroku przez sąd. Ale kara od UOKiK, od której nie ma odwołania i którą trzeba zapłacić natychmiast?

      A chocholi taniec dopiero się rozkręca... Minister Rostowski zapowiedział w Sejmie m.in. rozszerzenie uprawnień kontroli skarbowej i powiększenie zakresu zadań Generalnego Inspektora Kontroli Skarbowej w zakresie przestępstw finansowych (nie wiadomo przy tym jakie dodatkowe uprawnienia miałaby dostać "skarbówka" i czy wykorzystuje w pełni te, które już posiada). Choć oczywiście są też pomysły dobre: giną w tłumie sensowne rozwiązania, takie jak połączenie rejestru skazanych i bazy przedsiębiorców, wprowadzenie kar (nawet z wykreśleniem firmy z rejestru włącznie) za niezłożenie w terminie sprawozdania finansowego, umożliwienie Komisji Nadzoru Finansowego żądania informacji od firm finansowych albo obowiązek umieszczania przez takie firmy klauzul ostrzegawczych w reklamach. Odnoszę jednak wrażenie, że rządzi chaos. Im więcej będzie pomysłów na uchronienie nas przed parabankami, tym bardziej będę się obawiał, że nad tymi naszymi chochołami nie panuje już żaden wodzirej. Czas chyba wyłączyć muzykę, by chochoły nie dały się zwariować. Państwo nie potrzebuje więcej władzy, by walczyć z parabankami. Państwo musi się zastanowić jak  bezbłędnie wykorzystać te instrumenty, którymi dysponuje. Ku przestrodze:

      SUBIEKTYWNIE O PARABANKACH. Blog "Subiektywnie o finansach" od dawna przygląda się tematyce parabanków. Już we wrześniu 2009 r. w blogu pisałem o firmie Finroyal, działającej podobnie do Amber Gold. W styczniu 2010 r. w blogu pojawił się pierwszy tekst o Amber Gold i produktach lokatopodobnych. I o tym, że ktoś mąci spokój prokuratorom. W kwietniu 2010 r. wołałem, że pośrednikiem finansowym nie może dowodzić człowiek z wyrokiem. Do tematu wróciłem w styczniu 2012 r., kiedy Amber Gold otworzył placówkę pod nosem Komisji Nadzoru Bankowego i Narodowego Banku Polskiego. W marcu alarmowałem, że ludziom wydaje się, iż prywatne pożyczki, zdaniem połowy ciułaczy, są równie bezpieczne co depozyty w bankach. W kwietniu ujawniłem działalność firmy Mizar Profit, która płaciła 16% w skali roku i... ostrzegała przed bankami. Opisywałem też jak pryska czar Finroyala. Na początku lipca opisywałem medialny kontratak Amber Gold. I oskarżenia firmy pod adresem KNF. W połowie lipca zająłem się dziwnymi umowami, które Amber Gold spisuje ze swoimi klientami, a z których wynika, że lokata w złoto nie ma nic wspólnego z zarabianiem na złocie. Później zastanawiałem się czy przypadkiem władze nie postanowiły skasować Amber Gold stosując metody zbyt kozackie oraz o cwaniakowaniu prezesa Amber Gold. Pisałem też co musi się stać, żeby prezes Amber Gold zarobił 44 mln zł. Zajawiłem również moje pomysły na to, by tacy goście, jak Marcin Plichta musieli ostrzegać w reklamach, że nie mają nic wspólnego z bankami. Nie mogłem też powstrzymać się przed uwagą, że tacy dżentelmeni to często recydywiści. Raz im nie wyszło, ale się nie przejęli. A mimo to zajmuje się nimi Komitet Stabilności Finansowej, Była w blogu spowiedź lichwiarza (czy udzielicie mu rozgrzeszenia?), były też wiadomości dotyczące kolejnych parabanków, które reklamują się w internecie.

      KASA POD LUPĄ: w Wiadomościach TVP oraz w "Czarno na białym" TVN24

      Samcik.blox

      Jak pomnażać oszczędności

       KUP E-BOOK "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI"! Poradnik autora blogu o oszczędzaniu i inwestowaniu pieniędzy możecie już kupić w formie e-booka! Książkę będziecie mieli na ekranach, klikając ten link, bądź wchodząc do jednej z dobrych księgarń internetowych. Oto kilka recenzji poradnika: ”Dziennik Gazeta Prawna”: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Blog Kreatywa: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami. Pozwala sobie czasem na luźniejszą, bardziej przyjazną formę. Szary obywatel sporo wyniesie z takiej lektury, nie będzie czuł się przytłoczony fachową terminologią, a jednocześnie jego wiedza się wzbogaci". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika"  Portal edukacji finansowej NewTrader.pl: "Praktyczne porady znajdą tu zarówno poważni gracze giełdowi, inwestorzy jak i ludzie, których gospodarowanie pieniędzmi ogranicza się do domowego budżetu. (...) Książkę świetnie się czyta. Poradnik ten został napisany językiem dla laików, każdy z nas zrozumie o co chodzi w pozornie skomplikowanych produktach finansowych".

      SUBIEKTYWNOŚĆ DEBATUJE O PARABANKACH I PSYCHOLOGII. Autor blogu wziął udział w debacie poświęconej parabankom, zorganizowanej przez radio TOK FM oraz portal Gazeta.pl. Spieraliśmy się o to co skłania niektórych ludzi do zanoszenia pieniędzy do parabanków i co ich pcha do pożyczania stamtąd pieniędzy na wysoki procent. A także o to czy państwo powinno nas chronić przed parabankami, czy pozwolić nam się uczyć na własny rachunek.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Niektóre pomysły na uniknięcie Amber Gold-bis porażają. Bez ładu i składu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 31 sierpnia 2012 01:09
  • czwartek, 30 sierpnia 2012
    • Namolne telefony z banku: skąd mamy wiedzieć, że ktoś się nie podszywa?

      Ten problem powraca jak bumerang. Co jakiś czas dostaję listy od czytelników oburzonych faktem, że dzwonią do nich ludzie z banków, żądając podawania - w ramach identyfikacji klienta - wrażliwych danych osobowych. Sami w najlepszym razie podają tylko swoje nazwisko, a dzwonią przeważnie z zastrzeżonych numerów. Bankowość przez telefon w ogóle wzbudza u mnie ograniczone zaufanie, a w wersji z podawaniem przez słuchawkę kodów i PIN-ów umożliwiających dostęp do pieniędzy - wzbudza wręcz moją niechęć. Jeśli zaś w dodatku to nie ja nawiązuję telefoniczny kontakt z bankiem, a nawiązuje go ze mną pracownik banku i prosi o podanie jakichś danych identyfikujących mnie, zapala mi się w głowie już nie jedno, a dwa czerwone światełka. I chyba nie tylko ja tak mam. Napisała do mnie pani Iwona, do której właśnie zadzwonili z banku.

      Czytaj też: Najzabawniejsze polskie sposoby okradania banków.

      Jest ranek, dzwoni telefon. Numer się wyświetla, ale nic mi nie mówi, czasem jest to numer "nieznany". Odbieram. Słyszę głos w słuchawce: ”nazywam się jakoś tam, dzwonię z banku - tu pada nazwa - proszę podać swoją datę urodzenia”. Pytam: ”skąd mam wiedzieć, że dzwoni pan z banku”. Odpowiedź: „bo się przedstawiłem i podałem z jakiego banku dzwonię”. Potem toczy się głupia rozmowa, w której usiłuję się dowiedzieć,  dlaczego mam podawać swoje dane osobie, której nie znam, dzwoniącej z nieznanego mi numeru, tylko dlatego, że ona twierdzi, że dzwoni z banku. Rozmowa kończy się niczym. Dzisiaj był to Getin Bank, ale takich rozmów mam kilka w miesiącu. Czasem coś oferują, czasem przypominają o spłacie. Oczywiście jak już uwierzę, że to bank.

      Na stronie każdego banku są ostrzeżenia, że zanim się zaloguję na konto, mam sprawdzić, czy strona jest zaufana i rzeczywiście należy do banku. A telefonu już nie muszę?! Mam wierzyć na słowo?! Moim zdaniem jest to jakiś kompletny absurd i pomieszanie pojęć. Banki powinny tak przygotować procedury, np. ustalić hasło do kontaktu z klientem, żeby uwiarygodnić się przez telefon i żeby nie żądać ode mnie podawania danych. Dlaczego ma to funkcjonować w jedną stronę? Ja mam udowadniać, że ja to ja? A ktoś dzwoniący jest wiarygodny tylko dlatego, że mówi jakieś imię i nazwisko i nazwę banku? Takie sytuacje, jak już pisałam zdarzają się kilka razy na miesiąc. Z pewnością inni Pana czytelnicy też to znają. Może nastał już czas, żeby coś z tym zrobić?” - pisze pani Iwona. I ma rację, dojrzewam do pomysłu, by namawiać wszystkich moich czytelników do odrzucania wszelkich prób kontaktu telefonicznego z banku bez procedury podania przez dzwoniącą osobę hasła uzgodnionego wcześniej. Nie tylko ja wpadłem na ten genialny pomysł :-)

      Wiem, że wielu z Was tak właśnie postępuje, ale tylko zbiorowy i konsekwentny bojkot konsumencki bankowych telemarketerów może tu coś zmienić. Zwłaszcza, że kiedy my dzwonimy do banku, to oni często mają nas w głębokim poważaniu. Byłby on o tyle łatwy, że zwykle bankowcy dzwonią do klienta dlatego, że to oni mają interes, a nie klient. Więc to oni będą smutni, że mają zerowy odzew, a nie my.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (27) Pokaż komentarze do wpisu „Namolne telefony z banku: skąd mamy wiedzieć, że ktoś się nie podszywa? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 sierpnia 2012 15:57
  • środa, 29 sierpnia 2012
    • Effit: kontrakt ziemski na 18%. Grand Capital: lokata 6%... miesięcznie. Korrida!

      W sobotniej "Gazecie Wyborczej" wspólnie z Bogdanem Wróblewskim opisywałem wlokące się w nieskończoność śledztwa prokuratorskie w sprawach o działalność parabanków. Cytowałem opinie prawników, którzy zwracają uwagę, że nie jest tak łatwo udowodnić, że parabank jest rzeczywiście parabankiem. Bo przecież samo zbieranie pieniędzy od ludzi jest legalne - każdy może pożyczyć ode mnie pieniądze i oddać z procentem, nie ma w tym nic zabronionego. Z drugiej zaś strony każdy może też udzielić mi prywatnej pożyczki i mogę się z nim umówić na procent znacznie wyższy, niż ten, który zapłaciłbym w banku. Działalność parabankowa pojawia się dopiero wtedy, kiedy następuje sprzężenie tych dwóch strumieni pieniędzy - ta sama kasa, która jest pożyczana od jednych ludzi, następnie jest przetwarzana na jakieś inwestycje lub pożyczki, a więc "obciążana ryzykiem".

      Sprawa Amber Gold podobno trafiła do prokuratury dopiero wtedy, gdy firma zaczęła reklamować obok "złotych lokat" również pożyczki. Ale parabanki zwykle bronią się tym, że wcale nie udzielają pożyczek z pieniędzy uzyskiwanych od ludzi, ale z funduszy własnych. I dopóki wartość pożyczek nie przekracza własnych funduszy danej firmy, trudno jest wykazać, że następuje "obciążenie ryzykiem" wpłat klientów. A jeśli jeszcze do tego wszystkiego nie ma jawnego oszustwa (czyli pieniądze są wypłacane) i nikt nie zgłasza się do prokuratury, to jej niechęć do działania jest wielka. W przypadku Pozabankowego Centrum Finansowego prokurator uwierzył w zeznania prezesa firmy, że ten umieścił w internecie ofertę sprzedaży własnych "obligacji" tylko w celach "sondażowych". Nie mógł zweryfikować prawdziwości zeznań, bo z komputerów firmy zniknęła cała korespondencja z klientami. Nikt nie pomyślał nawet, by ją zawczasu zabezpieczyć... Więcej takich kąsków w sobotnim tekście, a "Gazetę" możecie w każdej chwili kupić w formie e-wydania.

      Gazeta Wyborcza

      A dziś dowód na to, że parabanki w tych sprzyjających warunkach działają i mają się nieźle. W ciągu godziny znalazłem w internecie dwie firmy, które ewidentnie są parabankami i dwie, które można byłoby o to podejrzewać.  Trafiłem w necie na przykład na firmę Grand Capital, która oferuje z jednej strony pożyczki-chwilówki na dowolny cel (od 200 do 1000 zł), a z drugiej lokaty. Lokata standard oferuje 4% miesięcznie (48% rocznie), lokata premium - 5% miesięcznie, zaś lokata VIP - 6% miesięcznie (72% rocznie). Różnią się między sobą minimalną wpłatą (od 1000 zł w przypadku standardowej do 10.000 zł w przypadku VIP) oraz minimalnym okresem (VIP trwa co najmniej rok). 

      Grand Capital

      Zdaje się, że w Grand Capital czytają gazety, bo choć na stronie głównej firma reklamuje pożyczki-chwilówki, to podstrona poświęcona działalności pożyczkowej nie działa. A fiszka "wniosek pożyczkowy" odsyła na stronę główną. Gdyby przyszedł prokurator, pewnie będą się tłumaczyli, że jedynie "testowali" czy mogliby udzielać pożyczek ;-). Rozbroiła mnie zawartość fiszki "Bezpieczeństwo". Firma jako zabezpieczenie lokaty oferuje własny weksel na kwotę wyższą od złożonego przez klienta depozytu, a poza tym zdradza bezwstydnie: "Spółka Grand Capital inwestuje powierzony kapitał krótkoterminowo. W swoich inwestycjach kierujemy się zasadą dywersyfikacji ryzyka inwestycyjnego polegającego na zróżnicowaniu portfela". Są więc pożyczki-chwilówki (podobno ściągalność wynosi 92%), pożyczki pod zastaw nieruchomości (do 50% wartości zastawianego domu) oraz inwestycje w tzw. start-up'y, czyli firmy na wczesnym etapie rozwoju. Podpada pod "obciążanie ryzykiem"? Pewnie w Grand Capital myślą, że nie, bo wręczają klientowi weksel ;-).

      Grand Capital

      Są też nagrody dla śmiałków, którzy przyniosą pieniądze do Grand Capital. Inwestując od 10.000 zł do 20.000 zł na rok lub dłużej dostaje się w prezencie iPoda, przy inwestycji 40.000 zł na co najmniej rok - dorzucają w pakiecie iPada, a za 60.000 zł lub więcej - laptopa Sony Vaio. Ponad 80.000 zł zainwestowane w Grand Capital to dodatkowo MacBook. Rzecz jest nazywana lokatą, ale tak naprawdę umowę zawiera się na "kontrakt inwestycyjny". Firma, tłumacząc różnicę między lokatą bankową, a oferowanym przez siebie kontraktem, nie traci czasu czytelników, by zagłębić się w szczegóły. "Przewaga kontraktu inwestycyjnego nad lokatą polega na dużo większym zysku z inwestycji. Lokaty bankowe są oprocentowane na poziomie 7% w skali roku minus podatek Belki, co daje nam 5,5%. Jest to prawie tyle samo ile wynosi inflacja roczna, która w 2011 r. wyniosła 4,8%". Gdyby jakiś prokurator uznał za wskazane, by ścigać spółkę z urzędu z art. 171 prawa bankowego, to trzeba dzwonić, panie prokuratorze, na 801 090 111, albo na (32) 441 77 44. Powodzenia!

      Kto nie jest usatysfakcjonowany lokatą zabezpieczoną słowem honoru i wekslem Grand Capital, ma do wyboru rzeczy pewniejsze - lokaty w ziemię. Coś takiego oferuje spółka Effit. Do wyboru jest lokata w ziemię rolną dająca 18% rocznie, lokata w działki budowlane gwarantująca 12% rocznie oraz lokata w nieruchomości komercyjne z oprocentowaniem 9% rocznie. Choć zawsze mnie uczono, że inwestycje w nieruchomości są raczej długoterminowe, w Effit mogę ulokować kapitał w nieruchomości komercyjne nawet na miesiąc (a najdłużej na pół roku). Oczywiście zyski są "gwarantowane". W ziemię rolną pozwolą włożyć pieniądze nawet na rok (to już luksus), a w działki budowlane - na dziewięć miesięcy. "Lokata ta działa jak standardowa lokata, jednak Klient w czasie trwania umowy jest właścicielem Kontraktu Lokacyjno–Ziemskiego. Co miesiąc Klient otrzymuje przelewem bankowym wynagrodzenie z tytułu posiadanego Kontraktu Lokacyjno–Ziemskiego. Na koniec ustalonego terminu lokaty, Klient otrzymuje zwrot wpłaconego kapitału".

      Effit

      Kim są te rzutkie chłopaki, które przerzucają ziemię rolną niczym piasek w piaskownicy, zaś nieruchomościami komercyjnymi żonglują jakby to były akcje PZU? Biuro mają, fiu, fiu, w Warszawskim Centrum Finansowym na Emilii Plater, a do tego cztery oddziały w Gdańsku, Poznaniu, Krakowie i Wrocławiu. Chłopaki wolą jednak pozostać incognito. "Jesteśmy dynamicznie rozwijającą się firmą w branży profesjonalnych usług związanych z inwestowaniem w nieruchomości oraz przekształcaniem nieruchomości gruntowych i ich dalszą odsprzedażą. Dzięki wieloletniemu doświadczeniu w realizacji niejednokrotnie bardzo skomplikowanych projektów inwestycyjnych jesteśmy w stanie podjąć się każdego wyzwania. Nasz zespół jest przygotowany na ciągłe podejmowanie nowych wyzwań". No, lokowanie pieniędzy w ziemię na trzy miesiące albo w nieruchomości komercyjne na miesiąc to rzeczywiście wymaga gotowości na ciągłe podejmowanie nowych wyzwań.

      Bezpieczeństwo? A jakże, gwarantowane: "W skład naszego portfela inwestycyjnego wchodzą tylko i wyłącznie nieruchomości charakteryzujące się dużą atrakcyjnością co umożliwia szybką realizację wehikułu inwestycyjnego". Nie wiem co to jest "realizacja wehikułu inwestycyjnego", profesor Miodek i uczeni w piśmie o czymś takim chyba nie słyszeli. "Nasze inwestycje są alternatywą dla inwestycji typu : akcje, metale szlachetne (złoto, srebro i platyna), surowce (ropa i miedź), fundusze inwestycyjne, lokaty bankowe, obligacje i bony skarbowe. Za zobowiązania wobec naszych klientów odpowiadamy całym swoim majątkiem oraz w odróżnieniu od innych firm przeznaczamy maksymalnie 3% aktywów na działalność administracyjną". Wciąż nie wiadomo kto to jest "my" i ile wart jest ten "cały majątek", ale czuję się uspokojony. I do tego na stronie internetowej mogę podziwiać zdjęcia pól i łąk zakupionych ponoć przez Effit jako zabezpieczenie lokat swoich klientów.

      Effit

      Dla tych, którzy chcą się odkuć po tym jak koszmarnie wtopili w Amber Gold, mam coś, w czym będą czuli się jak ryba w wodzie. Drzwi do zysków otwiera szeroko ProGold, firma prowadzona przez Marka Ciechomskiego (pracował m.in. w Banku Millennium, szefował też departamentowi klientów strategicznych w Aegonie) oraz Paweł Małek (wcześniej m.in. w Aegon PTE, gdzie odpowiadał za inwestycje). ProGold to raczej nie parabank, lecz pośrednik, u którego można kupić złoto w sztabkach i monetach, ale ma też w ofercie programy inwestycyjne przypominające trochę te rodem z Amber Gold (acz jest to trochę krzywdzące porównanie, bo nie ma tu mowy o gwarancji zysków i o stałym oprocentowaniu). W ramach programu "Złoty Zysk" wpłaca się po co najmniej 250 zł miesięcznie na pięć lat, a pieniądze są inwestowane w złoto. Po zakończeniu programu można je nawet odebrać zamiast wpłaconej gotówki.

      ProGold

      Dlaczego stawiam ProGold w tym samym miejscu, co Effit, czy Grand Capital? Co prawda ProGold nie gwarantuje zysków, ale stosuje kilka chwytów co najmniej wątpliwej jakości. Na wykresach cen złota, umieszczonych na stronie internetowej, historia kończy się na początku 2012 r. Jakoś mnie to nie dziwi, bo później cena złota jakby spadała. Więc po co denerwować klientów, prawda? W fiszce "Sprawdź ile zarobisz" (cóż za stanowcza teza, możliwość strat nie występuje w świecie ProGold'owców? ;-)) też widać, że twórcy ProGold odebrali porządne przeszkolenie w Aegonie. W kalkulatorze można wybrać wpłatę miesięczną, okres inwestowania i jedną z trzech wartości "szacowanego wzrostu wartości złota" - 8%, 13%, 21%. Mniejszych nie przewidziano, zresztą chłopaki zapomnieli napisać w jakim horyzoncie mają te zyski nastąpić. Ale chyba w skali roku, bo wybierając 13% i 60 miesięcy inwestowania po 1000 zł miesięcznie otrzymujemy 60.000 zł zainwestowanych i 85.800 zł do odbioru - w gotówce lub w naturze.

      Jakkolwiek w kalkulatorach ProGold złoto może tylko drożeć, to jednak znajduje się tam też zastrzeżenie: "Uwaga! Obliczona wartość inwestycji na zakończenie programu ma charakter przykładowy. Obliczenia wykonane na kalkulatorze mogą nie odzwierciedlać faktycznych poziomów rynkowych cen złota. ProGold nie gwarantuje efektów inwestycji na poziomie szacowanym przez kalkulator". Poza programem "Złoty Zysk" jest też "Złoty Zysk Plus", czyli program oparty o systematyczne wpłaty przez 10 lat po co najmniej 500 zł miesięcznie. Nie mam powodu twierdzić, że to nieuczciwy biznes, ale jeśli pośrednik finansowy, nie będący pod nadzorem KNF, tytułuje opis swojej inwestycji "Ofera" to ja się zastanawiam - panowie chcą mi dać do zrozumienia, że jak nie włożę pieniędzy to będzie afera, a może to, że jeśli do nich nie przyjdę, będę oferma? Autorów tej "Ofery" dołączam więc do tych firm, z którymi bym raczej swoich pieniędzy nie zainwestował, choć parabankiem być może wcale nie są, a tylko pośrednikiem finansowym.

      ProGold

      Firma ProGold była jedyną, której przedstawiciele po publikacji tego wpisu postanowili się do mnie odezwać. Odezwał się w osobie Marka Cichomskiego, dyrektora zarządzającego. Pan Marek ma w głosie pretensję. "Każde przedsiębiorstwo, nawet Agora, będzie pokazywało pozytywne strony oferty. Powinien Pan to wiedzieć, zajmując się finansami i gospodarką od lat. Proszę zwrócić uwagę, że poza pokazaniem kursów złota w latach 2000–2011, dajemy także naszym klientom bieżącą informację na temat rynku złota i bieżących cen. Zapraszam na naszego bloga – analizy tygodniowe dostępne są dla każdego. Można z nimi dyskutować i się nie zgadzać, ale dostęp do bieżącej informacji ma każdy". Subiektywność nie może oznaczać nierzetelności, czyli pokazywania takiego wycinka rzeczywistości, który ją fałszuje. W tym, że firma na pierwszej stronie pokazuje wykresy nieaktualne, na których wszystko rośnie, pan Marek nie widzi nic niedobrego. Ja widzę.

      "Kategorycznie nie zgadzam się na stawianie nas w tym samym miejscu co Amber Gold, który niestety dla całej branży obrotu złotem i metalami szlachetnymi, stał się synonimem działalności nieetycznej i niezgodnej z prawem. Nie jesteśmy także parabankiem, o czym był Pan uprzejmy wspomnieć, zatem nie zgadzam się także na porównywanie ProGold do wymienionych w Pana blogu przedsiębiorstw. Rozumiem, że temat jest gorący i warto na tym ugrać coś dla siebie. Ale mimo subiektywnego podejścia cenne byłoby także podejście uczciwe!". No, pojechał pan Marek po bandzie. Owszem, ProGold jest bardziej pośrednikiem finansowym, niż parabankiem, choć oferuje inwestycje (programy systematycznego oszczędzania), które - przynajmniej tak to wygląda na pierwszy rzut oka - są własną koncepcją twórców ProGold, a nie produktem oferowanym przez jakieś biuro maklerskie, czy firmę ubezpieczeniową. "Dziękuję za wskazanie błędów literowych – już zostały poprawione" - dodaje pan Marek. Proszę bardzo, zawsze do usług.

      Na deser zostawiłem sobie Perfect Trade, a więc chłopaków, którzy już zostali swego czasu zdemaskowani przez "Puls Biznesu", są też na liście ostrzeżeń publicznych KNF (figurują na niej jako Socket Resources). Spółka chwali się, że ma kopalnie złota, ponad 270 mln euro aktywów i dwudziestoletni know-how. Tymczasem z danych szwajcarskiego odpowiednika KRS wynika, że powstała w lutym 2011 r., a jej kapitał zakładowy to 20.000 franków szwajcarskich. Perfect Trade przebijał nawet Amber Gold, bo oferuje 18% rocznego zysku plus jeszcze bonusik w zależności od efektów prowadzonych przez siebie inwestycji.  Można wpłacić 30.000 zł (wersja Regular), co najmniej 150.000 zł (Premium) lub co najmniej 800.000 zł (wersja Prestige). "Inwestor otrzymuje dochody z dwóch źródeł: miesięcznej premii (1,51-2,21% zainwestowanego kapitału, czyli odpowiednio 18,1%. w skali roku w wersji Regular, 20,3% w wersji Premium i 26,5% w wersji Prestige), i premii tradingowej wypłacanej jednorazowo po zakończeniu kontraktu uzależnionej od rentowności transakcji handlowych.

      Gwarantowana premia jest zabezpieczona depozytem w postaci złotych monet. Mennica Śląska wybija z dostarczonego jej przez Socket Resources złota monety o wartości odpowiadającej wpłaconemu kapitałowi i premii. Podpisuje także certyfikat potwierdzenia dekretacji depozytu (przepisanie depozytu na inwestora, co upoważnia go do odbioru złota, gdyby Socket Resources nie wywiązała się z umowy). Przed wpłatą pieniędzy inwestor otrzymuje skany dokumentów z Mennicy. Gwarantowana premia nie zależy od zmian cen złota w trakcie trwania umowy. Źródłem zysku spółki są kontrakty handlowe" - czytam w papierach Perfect Trade Tylko skąd spółka ma pieniądze na te gwarantowane depozyty, skoro - jak twierdzi "Puls" - nie starczyło jej nawet na sensowny kapitał założycielski w Szwajcarii? Oj, śmierdzi mi to Finroyalem, który też miał być międzynarodowym koncernem inwestycyjnym, a okazał się wiadomo czym.

      Gdyby ktoś jednak miał chęć skorzystać z gwarantowanej premii od ludzi, którzy podobno mają kopalnie złota,  to zapraszam. Spółka musi być kryształowo czysta, bo choć prawie nie ma kapitału i przyjmuje pieniądze od ludzi, to jej sprawę zdążył już, zdaje się, umorzyć prokurator, nie dopatrując się znamion czynu niedozwolonego. Nie słychać też, by czepiał się jej UOKiK i tylko ten wpis na listę ostrzeżeń publicznych KNF jakby bije po oczach. Już po publikacji wpisu Perfect Trade znalazł się na celowniku RMF FM, a ustalenia tej rozgłośni nie poprawiają niestety wiarygodności całego przedsięwzięcia. To na razie tyle w ramach krótkiego przeglądu następców Amber Gold i Finroyal. Gdybyście mieli jakieś inne typy do tego swoistego pocztu, to wiecie gdzie mnie szukać. Piszcie na maciej.samcik(at)agora.pl. Liczę też na to, że może zgłosi się jakiś prokurator, żebym dał mu namiar, bo może ów prokurator miałby ochotę ścignąć kogoś z urzędu? Alboco? Chociaż z drugiej strony po co ścigać, przecież nie nikt nikogo nie zamordował...

      SUBIEKTYWNIE O PARABANKACH. Blog "Subiektywnie o finansach" od dawna przygląda się tematyce parabanków. Już we wrześniu 2009 r. w blogu pisałem o firmie Finroyal, działającej podobnie do Amber Gold. W styczniu 2010 r. w blogu pojawił się pierwszy tekst o Amber Gold i produktach lokatopodobnych. I o tym, że ktoś mąci spokój prokuratorom. W kwietniu 2010 r. wołałem, że pośrednikiem finansowym nie może dowodzić człowiek z wyrokiem. Do tematu wróciłem w styczniu 2012 r., kiedy Amber Gold otworzył placówkę pod nosem Komisji Nadzoru Bankowego i Narodowego Banku Polskiego. W marcu alarmowałem, że ludziom wydaje się, iż prywatne pożyczki, zdaniem połowy ciułaczy, są równie bezpieczne co depozyty w bankach. Opisywałem też jak pryska czar Finroyala. Na początku lipca opisywałem medialny kontratak Amber Gold. I oskarżenia firmy pod adresem KNF. W połowie lipca zająłem się dziwnymi umowami, które Amber Gold spisuje ze swoimi klientami, a z których wynika, że lokata w złoto nie ma nic wspólnego z zarabianiem na złocie. Później zastanawiałem się czy przypadkiem władze nie postanowiły skasować Amber Gold stosując metody zbyt kozackie oraz o cwaniakowaniu prezesa Amber Gold. Pisałem też co musi się stać, żeby prezes Amber Gold zarobił 44 mln zł. Zajawiłem również moje pomysły na to, by tacy goście, jak Marcin Plichta musieli ostrzegać w reklamach, że nie mają nic wspólnego z bankami. Nie mogłem też powstrzymać się przed uwagą, że tacy dżentelmeni to często recydywiści. Raz im nie wyszło, ale się nie przejęli. 

      Jak pomnażać oszczędności

       KUP E-BOOK "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI"! Poradnik autora blogu o oszczędzaniu i inwestowaniu pieniędzy możecie już kupić w formie e-booka! Książkę będziecie mieli na ekranach, klikając ten link, bądź wchodząc do jednej z dobrych księgarń internetowych. Oto kilka recenzji poradnika: ”Dziennik Gazeta Prawna”: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Blog Kreatywa: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami. Pozwala sobie czasem na luźniejszą, bardziej przyjazną formę. Szary obywatel sporo wyniesie z takiej lektury, nie będzie czuł się przytłoczony fachową terminologią, a jednocześnie jego wiedza się wzbogaci". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika"  Portal edukacji finansowej NewTrader.pl: "Praktyczne porady znajdą tu zarówno poważni gracze giełdowi, inwestorzy jak i ludzie, których gospodarowanie pieniędzmi ogranicza się do domowego budżetu. (...) Książkę świetnie się czyta. Poradnik ten został napisany językiem dla laików, każdy z nas zrozumie o co chodzi w pozornie skomplikowanych produktach finansowych".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Effit: kontrakt ziemski na 18%. Grand Capital: lokata 6%... miesięcznie. Korrida!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 sierpnia 2012 16:55
    • Spowiedź lichwiarza, czyli jak uczicwie żyć z udzielania drogich pożyczek

      Wygląda na to, że upadek Amber Gold sprowadzi jakże słuszny gniew ludu skierowany przeciwko parabankom. Firma badawcza ARC Rynek i Opinia zrobiła nawet badania opinii publicznej, z których wyszło, że dziewięciu na dziesięciu Polaków nie powierzyłoby swoich oszczędności żadnej firmie, która nie miałaby licencji KNF. Badanie było przeprowadzone wśród 500 internautów, więc można powiedzieć, że nie jest do końca reprezentatywne dla całego społeczeństwa (internauci to naród szczególnie nieufny, a więc mający większą niechęć do parabanków, niż przeciętny obywatel). Tym ciekawszy staje się punkt widzenia właściciela firmy parabankowej. Skontaktował się ze mną niejaki "Adam Miauczyński", szef jednej z firm znajdujących się na słynnej liście ostrzeżeń publicznych. Rozmawiałem z nim długo i szczerze,  gwarantując pełną anonimowość. Nie podam jego prawdziwego nazwiska, ani nazwy firmy, którą reprezentuje. To zresztą nieistotne, bo pan "Adam" wyraził opinie, które są typowe dla ludzi żyjących z udzielania wysoko oprocentowanych pożyczek. Czasem udzielanych ze swoich pieniędzy, a czasem z kasy ludzi, którzy powierzyli takiemu lichwiarzowi swoje oszczędności. Tak, lichwiarzowi, bo ów człowiek wcale się nie obraża za takie określenie. Ba, nawet pierwszy e-mail do mnie zatytułował intrygująco: "Jestem lichwiarzem". Zaczynamy więc spowiedź lichwiarza w blogu "Subiektywnie o finansach".

      Lichwiarz o liście ostrzeżeń publicznych KNF. Wie Pan czym jest ta lista? Badziewiem jakich mało. Wie Pan dlaczego? Lista została stworzona już jakiś czas temu i jest bardzo rzadko aktualizowana. Na liście są firmy, które były zgłoszone na nią jedynie na podstawie jednego e-maila do KNF, czasem wręcz anonimowego. Proszę sprawdzić ile z tych firm faktycznie oferuje lokaty lub produkty podobne - na pewno nie wszystkie. Znam co najmniej jedną, która lokat nie oferuje, a właśnie za nie została wciągnięta na listę. Proszę spróbować znaleźć firmy oferujące lokaty lub różnego typu inwestycje, które nie są wpisane na listę ostrzeżeń KNF - w ciągu godziny szukania powinien Pan znaleźć kilkanaście dodatkowych firm oferujących nie kilkanaście procent w skali roku, ale kilkadziesiąt procent w skali miesiąca!

      Lichwiarz o tym czy łamie prawo. Czy ja łamię prawo? Nie łamię, bo jestem uczciwy wobec moich klientów. Jeśli przychodzi do mnie człowiek i mówi, że chętnie ulokowałby u mnie pieniądze np. na 15% w skali roku, to ja go informuję, że to nie jest inwestycja bez ryzyka. On jest świadomy, że może te pieniądze stracić. Ba, on to ryzyko akceptuje. Dlaczego nie miałby prawa do takiej inwestycji? Przecież tu nie ma większego ryzyka, niż to, z którym mamy do czynienia w ramach prowadzenia zwykłej działalności gospodarczej. Według mnie tu nie ma mowy o "pozyskiwaniu środków pieniężnych w celu ich obciążenia ryzykiem". Dopóki moi klienci są świadomi na co się decydują, to nie widzę w mojej działalności nic nielegalnego. Nie prowadzę działalności bankowej.  

      Lichwiarz o swoich klientach. Sprawa jest bardzo prosta - od jakiegoś czasu jest bardzo silna polityczna wola do umocnienia i jednocześnie ograniczenia branży bankowej w naszym kraju. Firmy takie jak moja powstały właśnie dlatego, że klienci nie mogą pożyczyć pieniędzy w bankach. I nie są to menele nie posiadający dochodów - bo takie osoby nawet w Providencie nie otrzymają pożyczki. Wszyscy nasi klienci to osoby normalne, dobrze zarabiające, ale z jakichś przyczyn posiadające zamkniętą drogę do kredytu bankowego. Z jakich? Bo np. cztery lata temu zapaskudziły sobie BIK. Przyznam szczerze, że klienci o zarobkach między 5000 zł, a 10.000 zł (netto!) wcale nie są rzadkim widokiem w firmach takich, jak moja. Czasem są to osoby, które podpadają pod bankowe regulacje KNF, które zabraniają zadłużać się do poziomu generującego miesięczną ratę powyżej 50% dochodów lub 65% dochodów (dla osób o wyższych zarobkach). Banki podchodzą do takich osób  automatycznie, a czasem mieszkają one z rodzicami, nie mają prawie żadnych kosztów utrzymania i stać je na spłaty wyższych rat. Sytuacje klientów są bardzo różne i nie można wszystkich traktować według identycznych wytycznych. Tu jest trochę jak w przypadku lekarza: nie jest tak, że jak ma Pan katar to dostaje lek x, a jak katar i kaszel to lek y. Możliwości jest o wiele więcej. 

      Lichwiarz o tym jak przyciąga pieniądze. Oczywiście dobrym oprocentowaniem. Jeśli oferuję więcej, niż bank i nie mam bardzo dużych, wielomilionowych potrzeb, to chętnych znajdę zawsze. Nie, nie są to emeryci ani ludzie, którzy pomylili moją firmę z PKO BP. Oczywiście, tacy też się zdarzają, ale większaość zdaje sobie sprawę, że powierza pieniądze prywatnej firmie. Czy robią to z chciwości? Na pewno trochę tak. Ale niech pan nie wierzy w te historyjki o ludziach, którzy położyli do parabanku 400.000 zł oszczędności całego życia i teraz płaczą, że  nie wiedzieli w co się pakują. Dla mnie jest jasne, że chcą wymusić na organach państwowych jakąś pomoc, choćby częściową refundację wpłat. Czy Marcin Plichta oszukiwał ludzi wmawiając im, że inwestują w lokaty, czyli coś bezpiecznego? On miał bardzo dobrych prawników, jestem przekonany, że tak sformułował umowy, by były w nich zapisy dotyczące ryzyka.

      Lichwiarz o wpędzaniu ludzi w długi. Jeśli komuś się wydaje, że parabanki wpędzają ludzi w długi, to znaczy, że uważacie nas za idiotów albo samobójców. Tak samo, jak banki staramy się szacować ryzyko i w przeciętnej firmie parabankowej człowiek bez grosza przy duszy, albo z bardzo niskimi dochodami, nie ma czego szukać. Musimy być nawet bardziej ostrożni, niż banki, bo mamy mniej klientów i wywrócenie się pojedynczego pożyczkobiorcy może nas doprowadzić do bankructwa. Poza tym nie mamy takich jak banki narzędzi do egzekucji, możemy skierować nie spłaconą pożyczkę najwyżej do egzekucji sądowej. No i konkurencja na naszym rynku jest równie mocna, jak na rynku bankowym.  Osoby którym pożyczam pieniądze nie są "gołodupcami" i nie pożyczam im setek tysięcy złotych. Proszę mi powiedzieć, w jaki sposób jedna pożyczka np. na 5000 zł może wpędzić klienta
      zarabiającego 3000 zł w kłopot?

      Załóżmy, że klient musi z pożyczonych 5000 zł spłacić 10000 zł w trzy lata - daje to ratę poniżej 300 zł. Jak taka kwota w stosunku do dochodów może wpędzić klienta w olbrzymie długi? W długi klient może wpędzić się jedynie samodzielnie nie kontrolując własnych finansów. Jeśli ktoś zarabia, powiedzmy, 2500 zł netto i ma kredyty w bankach tak wysokie, że połowa wynagrodzenia idzie mu na raty, to sam jest sobie winien. A ja i tak nie mam możliwości sprawdzenia kredytów klienta, bo nie mogę korzystać z bazy BIK. Niezależnie od tego mogę zapewnić, że klient zarabiający 2500 zł, jeśli przyjdzie do mnie, to nie dostanie pożyczki z ratą 1500 zł. Coś takiego prowadziłoby do tego, że prawie wszyscy moi klienci by nie płacili - bo z czego? Osoby prowadzące firmy pożyczkowe raczej nie są idiotami i lepsze jest dla nich to, by klient spłacił pożyczkę, nawet w dłuższym czasie, niż żeby się sądzić i ponosić koszty (oraz tracić czas!).

      Lichwiarz o uczciwości. To nie jest tak, że każdy właściciel parabanku wynajmuje pięciu "karków" i chodzi po klientach nie spłacających pożyczek z pałkami. Czasy są takie, a klienci tak wyedukowani, że gdybym chciał w taki sposób ściągać z ludzi zaległości, to za tydzień bym siedział u prokuratora z zarzutami i miałbym na karku połowę mediów w kraju. Prowadząc małą firmę parabankową bardzo łatwo zbankrutować. Ma się 50-100 klientów, niech jakiś zakład pracy w okolicy zbankrutuje i z marszu 10-20% pożyczek staje się nieściągalna. Wie pan co mówią mi klienci, którzy nie spłacają na czas pożyczek? Że mieli wypadek, że zachorowali, że zmarła babcia. Niektórzy potrafią uśmiercić całą rodzinę kilka razy w roku. Prowadząc firmę o niewielkiej skali działalności bardzo wiele osób ponosi straty i w efekcie musi ogłosić bankructwo - niezależnie czy jest to parabank czy zwykła firma pożyczkowa.  Wszystko to ze względu na wysokie koszty stałe oraz brak "masy krytycznej". Jednak nawet w przypadku firm o dużym obrocie (dużej ilości klientów) zyski nie przychodzą z dnia na dzień i czeka się na nie co najmniej kilka lat.

      Lichwiarz o swoich zarobkach. To nie jest tak, że każdy z nas zarabia jak Provident. Ta firma ma na tyle dużą skalę działalności, że może sobie pozwolić na dyktowanie warunków gry. Ile można zarobić? Z rentownością jest bardzo różnie - w zależności od skali działalności, kosztów własnych i tego, czy firma korzysta ze środków własnych czy jest parabankiem i gromadzi środki od klientów zewnętrznych. Zależy jeszcze jak liczyć rentowność. Jeśli od obrotu - to jest to kilka procent. Jeśli rentowność rozumiemy jako zysk w relacji do przychodów, to może to być kilkanaście-kilkadziesiąt procent. Jeśli weźmiemy pod uwagę parabank o kapitale zakładowym 100.000 zł, a mający 10 mln zł depozytów, to rentowność może iść w setki procent.

      Lichwiarz o zamknięciu parabanków. Wy dziennikarze (przepraszam za uogólnienie) bardzo rzadko potraficie dobrze przeanalizować temat. Dlaczego w mediach nie poruszacie spraw takich jak uczciwe firmy pozabankowe? Dlaczego nie mówicie o firmach takich jak Lukas Finanse, czy Santander Consumer Finanse, które należą do grup bankowych, a działają jak jak pozabankowe firmy pożyczkowe. To jest ewidentne ominięcie restrykcji KNF przez grupy bankowe będące właścicielami tych spółek. Bank z grupy nie może udzielić kredytu klientowi, ale spółka z tej samej grupy oferująca pożyczki pozabankowe już nie ma z tym problemów. Panie Macieju, w mediach panuje na temat parabanków prawdziwy chaos informacyjny. Prosiłbym o odrobinę konkretnych i jednak prawdziwych informacji przynajmniej z Pana ust (palców?). Popyt na pieniądz nie zniknie po zdelegalizowaniu parabanków. Przeniesie się do podziemia, będzie go kontrolować mafia. A państwo straci dochody z podatków od firm pożyczkowych i parabanków.

      No i co powiecie na tę spowiedź? Proszę o komentarze! W paru miejscach widać bardzo subiektywne podejście pana Adama do tematu. Nie przekonuje mnie do końca punkt widzenia, z którego wynika, że jeśli klient wie o ryzyku, to tego ryzyka automatycznie już nie ma. Nie zgodzę się też z hipotezą, że firmy pożyczkowe wcale nie "produkują" osób przekredytowanych. Ale część poglądów lichwiarza trzyma się sensu, jak choćby te o liście ostrzeżeń publicznych KNF. Ciekaw jestem Waszych opinii, piszcie!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Spowiedź lichwiarza, czyli jak uczicwie żyć z udzielania drogich pożyczek”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 sierpnia 2012 10:17
    • Sensacyjne ustalenia w sprawie SKOK-ów. Zamiatają złe długi do Luksemburga?

      Podczas gdy w ostatnich tygodniach dziennikarzy newsowych pochłaniała głównie sprawa Amber Gold i innych parabanków, moja koleżanka po piórze Bianka Mikołajewska z "Polityki" wykonała świetną robotę w sprawie SKOK-ów. W środowym wydaniu "Polityki" możecie przeczytać jej tekst opisujący najnowszy pomysł Krajowej SKOK na ukrycie problemu złych długów, który, co nie jest tajemnicą, trawi system spółdzielczych kas. Czas na zamiatanie nastał najwyższy, bo w styczniu SKOK-i będą musiały przedstawić Komisji Nadzoru Finansowego tzw. audyt otwarcia i pokazać co mają w spodniach, czyli w bilansach. Stanie się tak, bo KNF przejmuje - zgodnie z podpisaną przez prezydenta niedawno ustawą - nadzór nad SKOK-ami i musi wiedzieć jaka jest ich prawdziwa kondycja finansowa. Bank Światowy już od pewnego czasu podejrzewa, że może być nieciekawa. A jak już KNF się SKOK-ami zaopiekuje, to pewnie będzie miał nadzieję, że... coś być musi, do cholery, za zakrętem ;-)

      Bianka po pierwsze dotarła do arcyciekawych danych o rezerwach na złe długi, które za zeszły rok musiała utworzyć Kasa Stefczyka, największa w systemie SKOK. Owe rezerwy wyniosły aż 929 mln zł, co oznacza, że zagrożona jest więcej, niż co piąta spłacana przez klientów Kasy Stefczyka pożyczka - bo cały portfel wart jest 4,4 mld zł. A dokładniej - złe długi w Stefczyku wynosiły w zeszłym roku 21,1% wartości wszystkich udzielonych pożyczek. To jeden z najmocniejszych dowodów na to, że w SKOK-ach problem złych długów  jest poważny. Wcześniej - za sprawą publikacji "Gazety Wyborczej" - dowiadywaliśmy się, że w SKOK-ach zaniża się rezerwy, a niektóre kasy zalegają z wpłatami na fundusze zapewniające bezpieczeństwo pieniędzy członków. Teksty, w których pisałem o wątpliwościach kontrolerów skarbówki oraz biegłych rewidentów do sprawozdań finansowych niektórych SKOK-ów, wywołały gwałtowną reakcję Krajowej SKOK pod moim adresem, w postaci pozwów o ochronę dóbr osobistych i procesów karnych. Było też trochę kuksańców od medialnych obrońców SKOK-ów, ale i z tej potyczki wyszedłem obronną ręką.

      The best od SKOK's: Jak walczyłem o normalność w spółdzielczych kasach

      Być może także dzięki tym tekstom Stefczyk w zeszłym roku nie odważył się po raz kolejny stosować sztuczek księgowych i narażać się na zastrzeżenia audytorów, tylko utworzył tyle rezerw ile powinien - prawie miliard złotych. Bianka cytuje też dane, z których wynika, że w 2010 r. kasy SKOK miały problemy z odzyskaniem 2,15 mld zł z 9,8 mld zł pożyczonych klientom pieniędzy. Czyli zagrożone było 22% portfela kredytowego. To dużo. A przypominam, że to dane jeszcze sprzed osłabienia gospodarczego, które dotyka wszystkich pożyczkodawców i powoduje dodatkowy wzrost odsetka nie spłacanych kredytów. Nie można więc wykluczyć, że portfele kredytowe SKOK-ów są dziś w gorszym stanie, niż były w 2010 r. Wiele o tym powie audyt, którego wyniki SKOK-i mają przekazać w styczniu do KNF.

      Po drugie Bianka Mikołajewska odkryła, że kierowana przez senatora Grzegorza Biereckiego (nota bene, jak słusznie zauważa Dominika Wielowieyska w komentarzu w "Wyborczej", facet działa w koszmarnym konflikcie interesów, a ja dorzucam coś o krowie i Kalim ;-)) centrala SKOK-ów wpadła na sprytny pomysł "wypchnięcia" złych długów lokalnych kas za granicę. Być może ich "wypychanie" do zewnętrznych spółek windykacyjnych (takich jak np. spółka Asekuracja) już nie wystarczało? "Grono wynajętych przez Krajówkę prawników i specjalistów od finansów pracuje jednak nad mechanizmem, dzięki któremu Kasy nie tylko nie będą musiały podnosić rezerw na „złe długi”, ale w ogóle nie będą ich robić. SKOK mają wnosić przeterminowane należności do spółki w Luksemburgu. W zamian otrzymywać będą dłużne papiery wartościowe" - pisze Bianka. W ten sposób "śmieci" w postaci nie spłaconych kredytów uzyskają nowe, pachnące opakowanie. Luksemburska spółka ma wykupić od kas obligacje, jeśli pożyczkobiorcy SKOK spłacą zaległe zadłużenie. "Zamiast wierzytelności w bilansach Kas pojawią się więc krótko- i długoterminowe inwestycje".

      W tekście "Polityki" czytam, że prezes Bierecki i jego ludzie do tej akcji znaleźli na rynku pomocników. Cały mechanizm opiera się podobno na ekspertyzach prawnych związanego ze SKOK-ami prof. Henryka Ciocha (obecnie senatora PiS) oraz dr. Marka Głuchowskiego – partnera sopockiej kancelarii prawnej. Konstrukcję projektu od strony prawnej przygotowuje warszawskie przedstawicielstwo międzynarodowej kancelarii K&L Gates, której partnerem jest Andrzej Mikosz – były minister skarbu w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza. Konsekwencje finansowe i podatkowe kalkuluje warszawska spółka doradztwa podatkowego Ożóg i Wspólnicy – założona przez Irenę Ożóg, byłą wiceminister finansów. Podobno operacja przenoszenia złych długów do luksemburskiej spółki ASK Invest zaczęła się w lutym tego roku. Nie wiadomo ile przerzucono ich do tej pory, czyli w ciągu ostatniego pół roku. Żeby było jasne: tzw. sekurytyzacja aktywów nie jest niczym nowym, banki w ten sposób "wyczyściły" wiele miliardów nie spłaconych długów, przerzucając je do specjalnych funduszy. Jednak dlaczego SKOK-i całą operację - i to na dość dużą chyba skalę - przeprowadzają właśnie teraz, tuż przed KNF-owym audytem? Problem złych długów musi być w kasach dość mocno nabrzmiały.  

      "Wszystko wskazuje na to, że to obawa Grzegorza Biereckiego i jego współpracowników, iż KNF - po wejściu w życie nowej ustawy o SKOK - zakaże takich praktyk i zobowiąże kasy do urealnienia rezerw, jest jednym z głównych motorów napędzających ich do walki o obalenie ustawy" - pisze Bianka. I zapewne ma sporo racji, bowiem opór Biereckiego przed objęciem SKOK-ów nadzorem KNF jest tak zażarty, jakby chodziło tu co najmniej o niepodległość. Chodzi być może o coś zupełnie innego - kupienie czasu potrzebnego na "wyczyszczenie" problemu złych kredytów w SKOK-ach (a raczej jego przykrycie, bo od przesunięcia za granicę trwale przecież nie znikną). Bo inaczej Bierecki - mający, jak piszą moi koledzy z działów politycznych, duże ambicje - mógłby stracić twarz. Ze skutecznego menedżera, który rozkręcił wielomiliardowy biznes finansowy SKOK-ów, stałby się małym graczem, który zarabiał miliony, ale nieporadnym nadzorem wpędził kasy w tarapaty finansowe. I nawet Ojciec Mateusz w swoim kosmicznym wcieleniu nic tu nie pomoże ;-)

      Mit skutecznego zarządzania też zresztą pada, bo choć Bierecki na poniedziałkowej konferencji prasowej mówił, że w historii SKOK-ów żaden nie upadł (a bankom się to zdarzało), to przecież każde dziecko wie, że SKOK-i były łączone nie tylko po to, by powiększała się ich potęga, ale i po to, by przykryć problemy tych, które wpadły w kłopoty finansowe. A niektóre z nich były po prostu wykreślane z rejestrów przedsiębiorstw, bez prowadzenia postępowania upadłościowego. Według Mikołajewskiej przynajmniej kilkanaście razy w SKOK-ach był wprowadzany zarząd komisaryczny (a wiadomo, że to dowód na katastrofalną sytuację finansową firmy), a w części tych przypadków działalność kasy była zawieszana. A zdarzało się, że przy okazji zawieszania klienci nie mogli w ogóle wypłacać ze swoich kont pieniędzy. Gdyby jakiś bank zawiesił wypłaty, byłaby awantura na pół Polski. SKOK-om się upiekło. Ale to kolejny dowód na poparcie tezy, którą lansuję od wielu lat - że patologię opartą na łączeniu przez Biereckiego i jego ludzi funkcji właścicieli, zarządców i nadzorców systemu SKOK trzeba było jak najszybciej przerwać, niezależnie od oficjalnej propagandy sukcesu, uprawianej przez Krajową SKOK. Historia z wyprowadzaniem przeterminowanych kredytów SKOK-ów do Luksemburga - jeśli jest prawdziwa (a Bianka nie strzela na oślep, w końcu z opisywanie patologii w SKOK-ach dostaliśmy wspólnie nagrodę "Grand Press" - jedynie to potwierdza.   

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku, SKOK-i albo funduszu? Chcesz zadać pytanie, zapuścić wątek albo zobaczyć co myślą na temat sensu życia (i oszczędzania) inni? Albo zapytać mnie o jakieś pikantne tajemnice, skrywane przez bankowców pod kołderką? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Jest nas ponad 11.000 osób i wciąż przybywają nowi.

      SUBIEKTYWNOŚĆ CORAZ POPULARNIEJSZA. Blog "Subiektywnie o finansach" jest coraz bardziej popularnym miejscem w sieci. W tym roku odwiedzacie tę stronę 475.000 razy miesięcznie, co oznacza kilkanaście tysięcy Waszych wizyt każdego dnia. Jeśli macie jakieś propozycje tematów, którymi powinienem się zająć, albo macie problem z bankiem, funduszem inwestycyjnym, firmą ubezpieczeniową albo z pośrednikiem finansowym - piszcie do mnie na Facebooku albo wyślijcie e-mail na adres maciej.samcik (at) agora.pl. Nie obiecuję, że odpowiem od razu, bo zasypujecie mnie korespondencją, ale kiedyś odpowiem na pewno...

      Samcik.blox

      SUBIEKTYWNOŚĆ POMAGA POLAKOM. Przykładów na to, że blog "Subiektywnie o finansach" czyni instytucje finansowe lepszymi, jest bez liku. Po krytyce w blogu inwestorzy wymusili na spółce inwestycyjnej Opulentia dymisję jednego z kontrowersyjnych menedżerów. Firma BRE Ubezpieczenia po interwencji w blogu przyznała klientowi odszkodowania za zniszczony piec w mieszkaniu, choć wcześniej likwidator szkody nie chciał uznać roszczenia. Bank BGŻ po publikacji w blogu obiecał, że nie będzie już się głupio tłumaczył, gdy przyjdzie mu pomysł na podwyższanie oprocentowania kredytów. Blog jest też ulubioną lekturą niektórych pracowników NBP, bo po lekturze jednego z wpisów bank centralny napisał karcący list do nierzetelnych handlarzy złotymi monetami. Notka w blogu sprawiła, że bank BPH uznał za stosowne przeprosić klienta za to, że od trzynastu miesięcy rozpatruje jego reklamacje. Bank Pocztowy obiecał popracować nad przekazem marketingowym, bo jego ludzie przeczytali w blogu, że jest on spaprany. Bank PKO BP wskutek ujawnienia w blogu nieprawidłowości przy konkursie dla klientów anulował jego wyniki. Wyniki swojego konkursu zmieniał też Citi Handlowy, ale po interwencji blogu przyznał nagrody wszystkim tym, którym wcześniej je odebrał. Getin Noble Bank uznał, że nie będzie już patroszył klienta ubezpieczeniem. Bank BPH - że skończy z nasyłaniem na klienta windykatorów. PKO BP - że trzeba zmienić zasady bezpieczeństwa przy kontroli klientowskich płatności kartami. Citi od czasu awantur w blogu wzorcowo informuje klientów o podwyżce prowizji, a Open Finance przynajmniej na chwilę poprawił swoje reklamy, by były mniej kontrowersyjne z etycznego punktu widzenia. To tylko najnowsze przykłady wymiernych efektów publikacji w blogu. Te z lat 2010-2011 podsumowałem tutaj. 

      Jak pomnażać oszczędności

      KUP E-BOOK "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI"! Poradnik autora blogu o oszczędzaniu i inwestowaniu pieniędzy możecie już kupić w formie e-booka! Książkę będziecie mieli na ekranach, klikając ten link, bądź wchodząc do jednej z dobrych księgarń internetowych. Oto kilka recenzji poradnika: ”Dziennik Gazeta Prawna”: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Blog Kreatywa: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami. Pozwala sobie czasem na luźniejszą, bardziej przyjazną formę. Szary obywatel sporo wyniesie z takiej lektury, nie będzie czuł się przytłoczony fachową terminologią, a jednocześnie jego wiedza się wzbogaci". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika"  Portal edukacji finansowej NewTrader.pl: "Praktyczne porady znajdą tu zarówno poważni gracze giełdowi, inwestorzy jak i ludzie, których gospodarowanie pieniędzmi ogranicza się do domowego budżetu. (...) Książkę świetnie się czyta. Poradnik ten został napisany językiem dla laików, każdy z nas zrozumie o co chodzi w pozornie skomplikowanych produktach finansowych".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (32) Pokaż komentarze do wpisu „Sensacyjne ustalenia w sprawie SKOK-ów. Zamiatają złe długi do Luksemburga?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 sierpnia 2012 00:22
  • wtorek, 28 sierpnia 2012
    • Getin obiecuje: koniec naciągania klientów. Tylko czy ten bank da się zmienić?

      Getin Bank ma coraz większy problem z klientami, którzy uważają, że zostali naciągnięci przez jego doradców. Frustracje są różne. Jedni mają żal o aneksy do kredytów, inni o wciśnięte im programy inwestycyjne, jeszcze inni o ubezpieczenia. Nawet jeśli żale klientów są w części przesadzone - bo niektórzy sami przyznają, że podpisywali wszystkie papiery, podsunięte im w banku, nawet ich nie czytając - to jednak trudno uwierzyć w to, żeby Getin wyszedł z tego kryzysu wizerunkowego obronną ręką. Błąd, który jest przyczyną niezadowolenia klientów, jest bowiem systemowy. Polega na tym, że pracownicy oddziałów Getinu byli szkoleni i przygotowywani do roli jednorazowych sprzedawców, którzy mają umieć perfekcyjnie wcisnąć klientowi kit, by generować obroty dla banku. Przez lata się to udawało: kit wciskali sprawnie, wkurzonym ludziom mówili beztrosko "trzeba było czytać co się podpisuje", a kasa płynęła do banku szerokim strumieniem. Czasem mieli ułańską fantazję, a wtedy mówili "owszem, napisaliśmy nieprecyzyjną umowę, i co nam zrobisz?".

      TV Biznes o reklamach finansowych

      Subiektywność w TV Biznes: "Kto ma rację" o reklamach finansowych

      Ostatnio jednak Getinowi zdarzyły się dwa nieszczęścia, które prawdopodobnie poruszą całą lawinę zamiatanego przez lata niezadowolenia klientów. Pierwsze nieszczęście to pozew grupowy, przygotowywany przez prawników jednej z renomowanych warszawskich kancelarii. Prawnicy starają się zebrać grupę klientów, którzy czują się pokrzywdzeni aneksem "Mini Procent". Był on proponowany swego czasu przez bank posiadaczom kredytów hipotecznych we frankach. Powodował okresowy spadek miesięcznej raty, ale zarazem wzrost zadłużenia klienta. W sumie - nic fajnego. Drugie nieszczęście to wyjątkowa aktywność klientów, którym wciśnięto produkt inwestycyjny "Kwartalny Profit". Doradcy sprzedawali go jako krótkoterminowy, pokazując klientom jedną z dwóch opłat likwidacyjnych, która szybko maleje do zera. Zapominali jednocześnie wspomnieć o drugiej opłacie likwidacyjnej, która bynajmniej do zera nie malała, czyniąc z posiadacza "Kwartalnego Profitu" niewolnika na długie lata. Nie mogę wykluczyć, że produkt celowo został tak zmontowany, by umożliwiać doradcom manipulowanie świadomością klientów. Cóż, big city life on Domaniewska Street ;-)

      Czytaj też: Bank złamał procedury, więc płaci klientowi odszkodowanie

      A jednak znalazła się wystarczająco wpływowa grupa klientów, by zaczął się szum w mediach. Szum, który zaczął się zresztą od portalu Gazeta.pl. Wiem skądinąd, że jeszcze zanim sprawa zrobiła się głośna, Getin próbował wyciszać sprawę, oddając pieniądze niektórym klientom w zamian za podpisanie ugody zobowiązującej ich do milczenia. Ale mleko się wylało. Posłuchajmy co dziś mówią przedstawiciele Getin Banku. "Nie udajemy, że nic się nie stało, będą zmiany w procedurze reklamacyjnej..Reputacja ma dla nas znaczenie". Zaś klienci donoszą, że bank mięknie. "Napisałem pismo o uchyleniu się od skutków prawnych zawarcia umowy z powodu wprowadzenia w błąd. Bank zarzekał się, że wszystko odbyło się prawidłowo. Ostatecznie jednak zgodził się uznać pismo w drodze wyjątku". Bank: "Uważnie monitorujemy wpływające do banku reklamacje. Zależy nam na wyeliminowaniu wątpliwości klientów co do produktów, które nabyli".

      W Getinie zapowiedzieli też coś, co zapowiadają zawsze po ujawnieniu przez media nieprawidłowości przy sprzedaży produktów: że będą kontrole jakości sprzedawców i że klienci będą podpisywali dodatkową klauzulę informacyjną, w której będzie dokładnie napisane w co się pakują. Ja w ciągu kilku lat mojej pisaniny o Getinie słyszałem już te deklaracje dwukrotnie. Choć tym razem - przyznam - jest jeszcze bardziej hardcorowa, bo klient ma pisać oświadczenie sam (dobrze, że nie własną krwią). "Teraz każdy klient, który decyduje się na produkt podobny do "Kwartalnego Profitu", pisze własnoręcznie oświadczenie. Zaznacza, że nabywa produkt inwestycyjny, na daną ilość lat, który nie jest lokatą bankową oraz że wycofanie środków przed minięciem tego okresu będzie wiązało się z kosztami" - czytam w Gazecie.pl wypowiedź rzecznika Getinu.

      Czytaj: Getin pobierał opłatę za obsługę nieterminowej spłaty. Nielegalnie

      Dobry pomysł, ale nie załatwi sprawy niezadowolonych klientów, którzy już zostawili wpuszczeni w maliny. "Kwartalny Profit" to tylko jeden z kilkunastu produktów, które skutecznie sprzedawał Getin. Może wyjątkowo sprytnie zrobiony, ale jeden z wielu. Pisałem w blogu kilka razy o słynnych pakietach inwestycyjnych "Pareto", które Getin sprzedawał w kilku seriach i do których zrozumienia trzeba było mieć doktorat z ekonomii i prawa przy okazji. Klienci "Pareto" burzyli się od dawna, teraz mogą dostać wiatr w żagle. Pisałem o promocjach "Mini Procent", które pozornie wyglądały na robienie klientowi dobrze, ale tak naprawdę były pułapką. Pisałem o tym, jak Getin czasem dla dobra klientów ubezpieczał ich od razu na pięć lat z góry, albo wykupił im na kilka lat polisę komunikacyjną, oczywiście nic nikomu nie mówiąc, tylko wystawiając rachunek do zapłacenia. W Getinie potrafili też postraszyć klientów, że jak zlikwidują ROR-y w tym banku, to przy okazji stracą też lokaty. Albo wstrzymać komuś transzę kredytu, bo zupa była za słona. Jak obniżyli spread to... tylko z jednej strony. Lokatę czasem zamienili na odnawialną, żeby klient nie miał pokus. Czy te wszystkie doświadczenia pozwalają wierzyć, że bank zmieni się na lepsze? Cóż, wiara umiera ostatnia...

      Patrząc na niektóre reklamy emitowane przez banki okołogetinowe - np. Idea Bank, również należący do szeroko pojętego imperium Leszka Czarneckiego - trzeba byłoby tę nadzieję chyba chwycić na gardło i zadusić od razu. Reklamują lokatę na 9,5%, bez podatku, nie wspominając o dodatkowych warunkach. A jak się wniknie w szczegóły, to okaże się, że lokata jest na mniej, niż 9,5%, a żeby ją założyć, trzeba jednocześnie wejść do jakiegoś długoterminowego programu inwestycyjnego.

      Idea Bank reklama 9,5%

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (55) Pokaż komentarze do wpisu „Getin obiecuje: koniec naciągania klientów. Tylko czy ten bank da się zmienić?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 sierpnia 2012 12:20
  • poniedziałek, 27 sierpnia 2012
    • Prezes SKOK-ów zazdrosny: nie lubi, gdy ktoś chce się bawić jego zabawkami

      Grzegorzowi Biereckiemu, szefowi Krajowej SKOK, nie podoba się wizja ściślejszej kontroli Komisji Nadzoru Finansowego nad spółdzielczym ruchem. Dlatego zwołał w Warszawie konferencję prasową, na której przekonywał, że państwo chce SKOK-i uciskać i dyskryminować. Nic to nowego, bo na zły los spółdzielczych kas prezes Krajowej SKOK narzeka od kilku lat. Mniej więcej od czasu, kiedy ktoś - a konkretnie posłowie partii rządzących, widząc wielką organizację finansową, rozwijającą się poza nadzorem państwa i czytając ostrzeżenia renomowanych światowych organizacji, że to się może źle skończyć - postanowili pozbawić prezesa Biereckiego i kierowaną przez niego Krajową SKOK władzy nad lokalnymi SKOK-ami.

      Prezes Bierecki jednak się nie poddaje i o swoje walczy. Wyznaje bowiem zasadę: "SKOK-i to ja". A prostą konsekwencją takiego podejścia do spraw jest wniosek, że to, co dobre dla prezesa Biereckiego, musi być zarazem dobre dla SKOK-ów. A jeśli ktoś chce panu prezesowi nadepnąć na odcisk, to tak, jakby rozdeptywał cały spółdzielczy ruch, boleśnie raniąc 2,5-milionową rzeszę członków SKOK-ów. To nic, że ci członkowie nie czują, że ktoś im nadeptuje na odcisk - pan prezes Bierecki odczuwa ten ból w imieniu ich wszystkich. Kilkanaście tygodni temu na odcisk nadepnął panu prezesowi Biereckiemu prezydent RP Bronisław Komorowski, podpisując uchwaloną w Sejmie już bodaj trzy lata temu nową ustawę o SKOK-ach, "przećwiczoną" jeszcze później przez Trybunał Konstytucyjny (skierował ją tam prezydent Lech Kaczyński). Ustawa radykalnie ogranicza kompetencje kierowanej przez prezesa Biereckiego Krajowej SKOK i przekazuje większość uprawnień (poza tzw. nadzorem bieżącym) pilnującej już banków Komisji Nadzoru Finansowego. KNF niedawno skierowała do SKOK-ów pismo z wskazówkami jak mają przeprowadzić audyt otwarcia, niechcący znów nadeptując na odcisk prezesowi Biereckiemu. Wskazówki KNF zostały uznane przez prezesa za zbyt szczegółowe, a jęknięcie 2,5-milionowej rzeszy nadeptywanych członków słychać było aż na Podkarpaciu.

      Czytaj: Prezes Kaczyński i lokowanie produktu, czyli komu szkodzi system?

      Teraz  na odcisk chcą nadepnąć panu prezesowi posłowie PO, przygotowując kolejną nowelizację ustawy o SKOK-ach. Idzie w niej o to, by pieniądze członków SKOK-ów weszły pod "opiekę" Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, a więc były tak samo zabezpieczone, jak te składane w bankach. Pan prezes woli, by środki klientów były zabezpieczone w jego własnym, SKOK-owym funduszu gwarancyjnym, który - jak twierdzi - jest nawet bezpieczniejszy, niż ten "bankowy". Choć przecież nie wiemy czy firma ubezpieczeniowa z grupy SKOK, która firmuje system gwarancji depozytów członków kas, sama nie zagwarantowała sobie jakichś ograniczeń odpowiedzialności w wypadku zaistnienia szkody. Nie wiemy tego, bo SKOK-i są poza nadzorem państwa. Pożalił się pan prezes na poniedziałkowej konferencji prasowej: "Przekonanie, że nadzór państwowy jest lepszy niż dotychczasowy jest chyba nieprawdziwe" (cytuję za portalem Trójmiasto.pl).

      Prezes Bierecki perorował, że przecież za jego czasów żaden SKOK nie upadł, a w branży bankowej, nadzorowanej przez państwo, parę bankructw się zdarzyło. Pan prezes nie wytłumaczył niestety skąd w takim razie wziął się spadek liczby SKOK-ów. Czy było to wyłącznie zasługą ich wzmacniania, czy też może przeciwnie - akcji ratunkowych i przejmowania przez bogatsze SKOK-i tych najbardziej kulejących? Skąd wzięły się zastrzeżenia służb skarbowych, że w niektórych SKOK-ach zaniżano rezerwy?  Skąd wzięły się zastrzeżenia audytorów wpisane w sprawozdaniach finansowych? "Bierecki ma obawy, że nadzór publiczny stanie się nadzorem politycznym. - Politycy rządzącej koalicji od jakiegoś już czasu odgrażają się wobec kas - mówi Bierecki. - Jednak mam nadzieję, że tak się nie stanie, bo będzie to oznaczać, że w Polsce wszystko jest polityczne" - czytam dalej w trójmiejskim portalu. A więc SKOK-i, będąc pod nadzorem KNF znajdą się jednocześnie pod nadzorem politycznym, a pod nadzorem Biereckiego, senatora wybranego z listy PiS, polityczne nie są i nigdy nie były? Bierecki jest jedynym parlamentarzystą, który mandat i działalność jawnie polityczną łączy ze sprawowaniem funkcji prezesa firmy finansowej. I to upolitycznieniem SKOK-ów nie grozi?

      Czytaj: Kto chce zniszczyć SKOK-i, czyli zaufanie jako broń propagandowa

      W ramach przygotowywanej nowelizacji ustawy na utworzenie kasy potrzebne będzie zezwolenie Komisji Nadzoru Finansowego, podobnie na powołanie jej prezesa zarządu oraz na każdą, nawet najdrobniejszą zmianę jej statutu. No, to rzeczywiście problem. Do tej pory zasady powoływania prezesów i członków zarządów lokalnych SKOK-ów precyzowały zarządzenia Krajowej SKOK. Prezes jednego ze zbuntowanych SKOK-ów kiedyś mówił "Gazecie", że pod rządami Biereckiego prezesem najmniejszego nawet SKOK-u nie mógłby zostać i sam Leszek Balcerowicz, który na zarządzaniu zapewne odrobinkę się zna. Takie to były zasady. I one były dobre, bo ustalał je prezes Bierecki wraz z najbliższymi współpracownikami. Teraz, kiedy równie potężną władzę miałby mieć ktoś inny - jest już niefajnie i dla SKOK-ów szkodliwie. Narusza ich niezależność i ogranicza samorządność.

      Czytaj: Top-10 moich tekstów o SKOK oraz brudna wojna obrońców SKOK-ów

      W proponowanej nowelizacji jest też zapis, według którego - gdyby zaszła groźba, że którakolwiek z kas nie będzie w stanie wypłacać pieniędzy klientom-członkom - KNF będzie mogła wprowadzić w kasie zarząd komisaryczny, a nawet połączyć SKOK z inną instytucją finansową. Doskonale zdaję sobie sprawę jak wprowadzenie takiego zapisu musi boleć menedżera, który narzędzia w postaci wprowadzenia zarządu komisarycznego w przeszłości mógł używać sam, gdy tylko sytuacja w jakimś SKOK-u wymykała się spod kontroli. Kiedy miał w ręku tę potężną broń - było dobrze. Gdy ma mieć ją w ręku ktoś inny - staje się to niebezpieczne. Być może w proponowanych przepisach warto wprowadzić zmiany, które nieco ulżą żywotowi SKOK-ów - np. zmniejszyć częstotliwość audytów, które mają być przeprowadzane dwa razy w roku, albo zrezygnować z obowiązku dostosowania portfeli inwestycyjnych SKOK-ów do wymogów nowej ustawy (by nie musiały sprzedawać niektórych aktywów). Ale krytykowanie całej ustawy, od A do Z, powoduje, iż trudno się oprzeć wrażeniu, że pan prezes Bierecki serwuje nam w sprawie SKOK-ów moralność Kalego: Kali ukraść krowę - dobrze. Kalemu ukraść krowę - niefajnie. Kali zwoływać wtedy konferencja prasowa. 

      Samcik.blox

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      SUBIEKTYWNOŚĆ POMAGA POLAKOM. Przykładów na to, że blog "Subiektywnie o finansach" czyni instytucje finansowe lepszymi, jest bez liku. Po krytyce w blogu inwestorzy wymusili na spółce inwestycyjnej Opulentia dymisję jednego z kontrowersyjnych menedżerów. Firma BRE Ubezpieczenia po interwencji w blogu przyznała klientowi odszkodowania za zniszczony piec w mieszkaniu, choć wcześniej likwidator szkody nie chciał uznać roszczenia. Bank BGŻ po publikacji w blogu obiecał, że nie będzie już się głupio tłumaczył, gdy przyjdzie mu pomysł na podwyższanie oprocentowania kredytów. Blog jest też ulubioną lekturą niektórych pracowników NBP, bo po lekturze jednego z wpisów bank centralny napisał karcący list do nierzetelnych handlarzy złotymi monetami. Notka w blogu sprawiła, że bank BPH uznał za stosowne przeprosić klienta za to, że od trzynastu miesięcy rozpatruje jego reklamacje. Bank Pocztowy obiecał popracować nad przekazem marketingowym, bo jego ludzie przeczytali w blogu, że jest on spaprany. Bank PKO BP wskutek ujawnienia w blogu nieprawidłowości przy konkursie dla klientów anulował jego wyniki. Wyniki swojego konkursu zmieniał też Citi Handlowy, ale po interwencji blogu przyznał nagrody wszystkim tym, którym wcześniej je odebrał. Getin Noble Bank uznał, że nie będzie już patroszył klienta ubezpieczeniem. Bank BPH - że skończy z nasyłaniem na klienta windykatorów. PKO BP - że trzeba zmienić zasady bezpieczeństwa przy kontroli klientowskich płatności kartami. Citi od czasu awantur w blogu wzorcowo informuje klientów o podwyżce prowizji, a Open Finance przynajmniej na chwilę poprawił swoje reklamy, by były mniej kontrowersyjne z etycznego punktu widzenia. To tylko najnowsze przykłady wymiernych efektów publikacji w blogu. Te z lat 2010-2011 podsumowałem tutaj. 

      Jak pomnażać oszczędności

      KUP E-BOOK "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI"! Poradnik autora blogu o oszczędzaniu i inwestowaniu pieniędzy możecie już kupić w formie e-booka! Książkę będziecie mieli na ekranach, klikając ten link, bądź wchodząc do jednej z dobrych księgarń internetowych. Oto kilka recenzji poradnika: ”Dziennik Gazeta Prawna”: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Blog Kreatywa: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami. Pozwala sobie czasem na luźniejszą, bardziej przyjazną formę. Szary obywatel sporo wyniesie z takiej lektury, nie będzie czuł się przytłoczony fachową terminologią, a jednocześnie jego wiedza się wzbogaci". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika"  Portal edukacji finansowej NewTrader.pl: "Praktyczne porady znajdą tu zarówno poważni gracze giełdowi, inwestorzy jak i ludzie, których gospodarowanie pieniędzmi ogranicza się do domowego budżetu. (...) Książkę świetnie się czyta. Poradnik ten został napisany językiem dla laików, każdy z nas zrozumie o co chodzi w pozornie skomplikowanych produktach finansowych".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Prezes SKOK-ów zazdrosny: nie lubi, gdy ktoś chce się bawić jego zabawkami”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 sierpnia 2012 23:27
    • Prof. Rybiński nie podbił serc inwestorów (na razie). Pół roku Eurogeddonu i...

      Po cichutku, bez hucznych obchodów minęło pierwsze półrocze działalności funduszu Eurogeddon, firmowanego przez naszą rodzimą Kassandrę, profesora Krzysztofa Rybińskiego. Fakt, że profesor nie dorobił się jeszcze przydomka w stylu "Dr. Zagłada" (tak mówią na  świecie o Nourielu Roubinim), to chyba musi być jakieś grube niedopatrzenie mediów. Eurogeddon, jak pewnie większość z Was pamięta, to autorski fundusz inwestycyjny prof. Rybińskiego, który jest zarządzany w stajni Opera TFI.  Jego podstawowym założeniem jest zarobić na załamaniu gospodarki włoskiej oraz hiszpańskiej (na załamanie greckiej profesor niestety się ze swoim funduszem "nie załapał", choć może jeszcze zdążyć na wyjście Grecji ze strefy euro)  Chyba, że eurogrupa posłucha tej dobrej rady...

      Eurogeddon, poza zajmowaniem krótkich pozycji w kontraktach terminowych na indeksy akcji WIG20, DAX, CAC40 i Stoox, "gra na krótko" na rynku włoskich obligacji (czyli stawia na wzrost ich oprocentowania), zakłada również lokaty w funduszach typu ETF obstawiających wzrost kursu dolara, a także kupuje kontrakty terminowe zakładające zarobek na wzroście cen złota. A więc: negatywny scenariusz dla Europy na każdym froncie: od akcji, poprzez obligacje i waluty, aż po surowce. Ba, nawet wolne pieniądze fundusz profesora Rybińskiego trzyma w niczym innym, jak tylko w obligacjach rządu amerykańskiego. Wydaje mi się, że sam "Dr Zagłada", lepiej by tego nie wymyślił, choć niektórzy analitycy uważają, że profesor Rybiński się nie wysilił, a strategia Eurogeddonu mogłaby być z powodzeniem dużo bardziej ambitna. Ale i tak fundusz wywołał żywiołowe reakcje na całym świecie ;-)

      Czytaj też: Obiecują zysk 11%. Czy warto zainwestować w obligacje Ganta?

      Spór ten odkładam na bok i obchodzę dziś w blogu pół roku Eurogeddonu. Półrocznica ta minęła dokładnie 22 sierpnia, gdy fundusz przedstawił najnowszą wycenę jednostek uczestnictwa. Posiadacze udziałów funduszu nie mają na razie powodów do zadowolenia. Udziały Eurogeddonu są dziś warte 11,52 zł, podczas gdy jego pierwsza wycena, 22 lutego 2012 r., wynosiła 13,47 zł. To oznacza, że w ciągu pół roku notowania funduszu spadły o jakieś 15%. Czyni to fundusz Krzysztofa Rybińskiego jedną z najgorszych inwestycji wśród agresywnych funduszy inwestycyjnych. W tym samym czasie tylko nieliczne fundusze - głównie małych spółek, nieruchomościowe i budowlane oraz niesławne fundusze z rodziny Idea - mogą się pochwalić gorszymi wynikami. A większość funduszy agresywnych zanotowało kilkuproicentowy zysk (najlepsze - fundusze Arka TFI inwestujące w Turcji - poszły w górę nawet o 15-17%).

      Eurogeddon miał dobre chwile, ale tylko w pierwszych trzech miesiącach swego istnienia. W czerwcu jego trzymiesięczny zarobek wyniósł 22% i był to najlepszy wynik wśród wszystkich funduszy inwestycyjnych. Ale potem strachy o hiszpańskie banki i włoskie obligacje jakoś zaczęły odchodzić w niepamięć, a kiedy w ostatnim miesiącu włodarze Europy rozjechali się na uelopy, kryzysowe nastroje też udały się na wakacje. Od swego najwyższego notowania - 15,86 zł, osiągniętego 20 maja - Eurogeddon stopniał aż o 27%. Nie mogło być inaczej, skoro rynek ostatnio zachowywał się inaczej, niż wynika z rachub funduszu. Indeksy WIG i WIG20 w ostatnich miesiącach się nie załamały (półroczny bilans jest wręcz lekko dodatni), podobnie jak indeksy DAX, CAC40 i DJ Eurostoxx. Na rynku walutowym euro co prawda się osłabiło (z 1,33 do 1,25 dol. za euro), ale też bez sensacji, zaś złoto jeszcze kilka dni temu kosztowało tylko 1615 dol. za uncję. A jeszcze na starcie Eurogeddonu było to ponad 1700 dol.

      Oczywiście to żaden dowód na to, że Eurogeddon jest do niczego, a jego inwestorzy nic nie zarobią. Osiągnięć żadnego funduszu nie wolno oceniać w perspektywie kilku miesięcy, zwłaszcza jeśli jest to fundusz o strategii agresywnej. Dlatego dopiero za kilka lat dowiemy się czy pomysł profesora Rybińskiego był trafiony, czy też nie. Prawdziwy "Dr Zagłada", czyli Nouriel Roubini, zdaje się dawać udziałowcom Eurogeddonu nadzieję, ze rok 2013 będzie dla nich lepszy, niż obecny. Dla nich lepszy, czyli dla nas, konsumentów i posiadaczy udziałów w "normalnych" funduszach inwestycyjnych - gorszy. Według Roubiniego pięć czynników, które mogą wykoleić globalną gospodarkę to pogłębienie kryzysu zadłużenia w Europie, podwyżki podatków i cięcia wydatków w Stanach Zjednoczonych (i w konsekwencji recesja w USA), "twarde lądowanie" Chin (czyli znaczne ograniczenie tempa wzrostu), dalsze spowolnienie gospodarek wschodzących (to niestety o nas) i konfrontacja militarna z Iranem.
      Cóż, pożyjemy, zobaczymy.

      Czytaj też: Kolejne funduszowe barany? Utopili pieniądze, teraz przepraszają

      Na razie Eurogeddon ma za sobą trzy dobre i trzy fatalne miesiące, a ogólny bilens zysków i strat - mocno negatywny. Ale to rynek, nie było jeszcze takiego mądrego, który by na nim zawsze wygrywał. Jeśli można mówić o jakiejś porażce Eurogeddonu i profesora Rybińskiego, to tylko w sferze pozyskanych pieniędzy. Z danych firmy Analizy Online wynika, że Rybińskiemu zaufało bardzo niewielu - aktywa Eurogeddonu nie przekraczają obecnie raptem 4,5 mln zł. Po kampanii informacyjnej, którą Rybiński rozpoczął w maju w mediach, chwaląc się dobrymi wynikami funduszu, majowy przyrost aktywów był rekordowy - przypłynęło 1,4 mln zł. Ale potem znów wszystko "siadło". Oczywiście mam świadomość, że nie jest to fundusz dla każdego drobnego ciułacza w kraju - minimalny próg wejścia to 170.000 zł - ale skoro nawet nazwisko profesora Rybińskiego, zwanego "Rybą", nie przyciągnęło grubych ryb i ich pieniędzy, to znaczy, że a) wątła jest wiara posiadaczy wielkiego kapitału w to, że nadchodzi katastrofa, b) wielki kapitał nie lubi skrajności i zbyt emocjonalnych opinii, w których celuje profesor "Ryba".

      Ale jeśli wierzycie w przepowiednie, że: Grecja przygnieciona drakońskimi oszczędnościami będzie musiała wyjść ze strefy euro, po niej euroland mogą opuścić Portugalia, Włochy i Hiszpania. Że mieszkańcy tych krajów zaczną wycofywać swoje pieniądze z banków  Że audytorzy nakażą bankom tworzyć rezerwy na straty na obligacjach krajów południa Europy, co spowoduje gigantyczne straty i konieczność nacjonalizacji wielu banków. Że złoty runie, gdy ulotni się wizja "zielonej wyspy", że gospodarka wpadnie w tarapaty, a dług publiczny wymknie się spod kontroli. Jeśli w to wszystko wierzycie, wciąż możecie wyjąć z lokaty w PKO BP swoje 170.000 zł i włożyć je w Eurogeddon. W końcu jego jednostki są tanie, jak nigdy...

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Samcik.blox

      SUBIEKTYWNOŚĆ POMAGA POLAKOM. Przykładów na to, że blog "Subiektywnie o finansach" czyni instytucje finansowe lepszymi, jest bez liku. Po krytyce w blogu inwestorzy wymusili na spółce inwestycyjnej Opulentia dymisję jednego z kontrowersyjnych menedżerów. Firma BRE Ubezpieczenia po interwencji w blogu przyznała klientowi odszkodowania za zniszczony piec w mieszkaniu, choć wcześniej likwidator szkody nie chciał uznać roszczenia. Bank BGŻ po publikacji w blogu obiecał, że nie będzie już się głupio tłumaczył, gdy przyjdzie mu pomysł na podwyższanie oprocentowania kredytów. Blog jest też ulubioną lekturą niektórych pracowników NBP, bo po lekturze jednego z wpisów bank centralny napisał karcący list do nierzetelnych handlarzy złotymi monetami. Notka w blogu sprawiła, że bank BPH uznał za stosowne przeprosić klienta za to, że od trzynastu miesięcy rozpatruje jego reklamacje. Bank Pocztowy obiecał popracować nad przekazem marketingowym, bo jego ludzie przeczytali w blogu, że jest on spaprany. Bank PKO BP wskutek ujawnienia w blogu nieprawidłowości przy konkursie dla klientów anulował jego wyniki. Wyniki swojego konkursu zmieniał też Citi Handlowy, ale po interwencji blogu przyznał nagrody wszystkim tym, którym wcześniej je odebrał. Getin Noble Bank uznał, że nie będzie już patroszył klienta ubezpieczeniem. Bank BPH - że skończy z nasyłaniem na klienta windykatorów. PKO BP - że trzeba zmienić zasady bezpieczeństwa przy kontroli klientowskich płatności kartami. Citi od czasu awantur w blogu wzorcowo informuje klientów o podwyżce prowizji, a Open Finance przynajmniej na chwilę poprawił swoje reklamy, by były mniej kontrowersyjne z etycznego punktu widzenia. To tylko najnowsze przykłady wymiernych efektów publikacji w blogu. Te z lat 2010-2011 podsumowałem tutaj. 

      Jak pomnażać oszczędności

      KUP E-BOOK "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI"! Poradnik autora blogu o oszczędzaniu i inwestowaniu pieniędzy możecie już kupić w formie e-booka! Książkę będziecie mieli na ekranach, klikając ten link, bądź wchodząc do jednej z dobrych księgarń internetowych. Oto kilka recenzji poradnika: ”Dziennik Gazeta Prawna”: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Blog Kreatywa: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami. Pozwala sobie czasem na luźniejszą, bardziej przyjazną formę. Szary obywatel sporo wyniesie z takiej lektury, nie będzie czuł się przytłoczony fachową terminologią, a jednocześnie jego wiedza się wzbogaci". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika"  Portal edukacji finansowej NewTrader.pl: "Praktyczne porady znajdą tu zarówno poważni gracze giełdowi, inwestorzy jak i ludzie, których gospodarowanie pieniędzmi ogranicza się do domowego budżetu. (...) Książkę świetnie się czyta. Poradnik ten został napisany językiem dla laików, każdy z nas zrozumie o co chodzi w pozornie skomplikowanych produktach finansowych".

      NOWY CYKL ROZMÓW O INWESTOWANIU JUŻ W BLOGU! W nowym cyklu serwisów Wyborcza.biz oraz Gazeta.tv przepytujemy tych ekspertów, zarządzających pieniędzmi Polaków, którym w ostatnim czasie szczególnie się pofarciło ;-). Pytamy o to jak pomogli szczęściu i co zamierzają robić, żeby dalej mieć rynkowego farta. W pierwszym odcinku o inwestowaniu w złoto, ale... nie tylko. Odkrywamy ile można zarobić na inwestowaniu w zboża, kawę i inne surowce spożywcze. Zapraszam do oglądania!

      EXTRA: Czy warto inwestować w dziecko prof. Rybińskiego, Eurogeddon?

      I jeszcze przypowieść o... inwestowaniu. Chińczycy powiadają: "jeśli masz piękny kryształ, który cieszy twoje oczy, to musisz zdawać sobie sprawę z tego, że przyjdzie taki dzień, w którym ów kryształ się rozbije. Taka jest już jego natura i kolej rzeczy, musi się kiedyś stłuc, to nieuchronne. Możesz każdego dnia drżeć, że się potłucze i nie cieszyć się przez to jego widokiem. Możesz jednak być szczęśliwym każdego dnia, gdy jest cały". Taką przypowieść przypomniał ostatnio Mariusz Rumak, trener piłkarzy Lecha Poznań. Ale mądrość ta sprawdza się również przy inwestowaniu swoich oszczędności. ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Prof. Rybiński nie podbił serc inwestorów (na razie). Pół roku Eurogeddonu i... ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 sierpnia 2012 09:23
  • sobota, 25 sierpnia 2012
    • Mają na koncie pieniądze i... nie mogą ich wyjąć. Bo bank już ich nie zna!

      Pisałem już nie razi nie dwa w blogu o tym, że bankowiec też człowiek i pomylić się może. A to czegoś zapomni podpisać, a to zgubi jakiś dokument, pomyli numer albo nazwisko, wypłaci kasę nie temu klientowi, co trzeba... normalka. Dziś będzie o kartach wzorów podpisów, które też potrafią w bankach zaginąć, a jak już zaginą to wcale nie jest zabawnie, bo jak potem przyjdzie klient do banku po swoje pieniądze, to będzie mógł co najwyżej pocałować w pierścień kierownika oddziału. Całowanie w pierścień stało się udziałem pana Gerarda, klienta jednego z banków. „Od wielu miesięcy jestem wiernym czytelnikiem Pana blogu "Subiektywnie o finansach". Gratuluję bardzo fajnego i jakże krytycznego spojrzenia na polski system finansowy, szczególnie bankowy” - napisał do mnie pan Gerard.  Krytyczne spojrzenie miewam, to fakt, ale to żadna sztuka tylko krytykować i narzekać.

      Dziś oddaję Was z ręce pana Gerarda, klienta Banku Millennium, który trochę ponarzeka. „We wrześniu 2009 r. założyłem konto bankowe. Uczyniłem to wraz ze wspólnikiem, z którym działam w spółce z ograniczoną odpowiedzialnością. Do założenia konta potrzebne były wszystkie dokumenty (umowa spółki, KRS, NIP, Regon itp.). Musieliśmy też wypełnić kartę ze wzorem podpisów. Konta używamy już ponad 2,5 roku. Ale ostatnio doszło do wydarzenia, które mnie zbiło z nóg. Logując się do bankowości internetowej trzykrotnie wpisałem błędne hasło. Na infolinii banku skierowano mnie do oddziału w celu odebrania koperty z nowym hasłem. Gdy tam się zjawiłem usłyszałem w skrócie coś takiego: "Niestety, bank nie posiada wzoru podpisu obu wspólników, bo gdzieś zaginęły lub wystąpił błąd przy ich rejestracji". Bank zaprosił mnie i wspólnika, byśmy znów z kompletem dokumentów założycielskich formy przyszli i załatwili sprawę.

      Zadałem im pytanie: jak to jest, że przez 2,5 roku bank nie wiedział o takiej rzeczy, że zginęła im karta ze wzorem podpisu? Czy ja dobrze rozumuję, że brak takiej karty jest dużym uchybieniem ze strony banku? Tym bardziej, że wypełnienie takiej karty jest warunkiem aktywowania konta, a bank przez tak długi okres czasu nie wykrył lub nie chciał wykryć swojej pomyłki”. Rzeczywiście, mało zabawna sytuacja. Od tej chwili będę miał pewien stres przy logowaniu się do mojej osobistej bankowości internetowej. Trzy błędne strzały i... konto zablokowane. A potem - szukaj wiatru, czyli karty podpisów, w polu. Z kontami osobistymi jest łatwiej, ale jeśli takie zamieszanie dotknie współwłaściciela spółki, to tak samo, jak na załączonym obrazku, odtwarzanie loginów i haseł przybiera postać niemal notarialną.  A jeśli rzecz dotyczy fundacji, wspólnoty mieszkaniowej albo innego tworu, to... zresztą posłuchajcie.

      Napisał do mnie pan Piotr, który na rachunku w ING Banku Śląskim zarządza pieniędzmi pewnej wspólnoty mieszkaniowej w Opolu. „Mamy tam 32.000 zł na rachunku, do którego bank odmawia nam dostępu. Zarząd wspólnoty nie zmienił się, z naszej strony nie ma żadnych uchybień ani żadnych przeszkód aby dysponować rachunkiem, ale bank zablokował nam dostęp. Udałem się do oddziału banku. Podczas tej wizyty osoba obsługująca mnie w sali operacyjnej poinformowała mnie, że nie mogę wykonać żadnych operacji na rachunku, gdyż oddział nie posiada karty wzorów podpisów i nie wie, kto jest uprawniony do dysponowania rachunkiem i zgromadzonej na nim kwoty. Jednocześnie uzyskałem zapewnienie, że w najbliższym czasie, obsługująca mnie pani uzyska z centrali banku skan karty wzorów podpisów i problem zostanie rozwiązany.

      Pozostawiłem swoje nazwisko i numer telefonu, oczekując odzewu pracownika banku. Po tygodniu ponownie udałem się do oddziału banku, gdzie ponownie musiałem usłyszeć (od innej tym razem pracownicy), że nie mogę dokonać żadnych operacji na rachunku z powodów opisanych wcześniej. Ponownie pozostawiłem swoje nazwisko i numer telefonu. Niestety, w ciągu trzech tygodni wspólnota nie doczekała się żadnej formy kontaktu ze strony pracowników banku. Złożyłem kolejną reklamację..." - pisze pan Piotr. Mieć na koncie pieniądze i nie móc ich wyjąć, bo bankowi się coś pomyliło - to byłoby dość perwersyjne, gdyby nie fakt, że wcale nie jest zabawne..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Mają na koncie pieniądze i... nie mogą ich wyjąć. Bo bank już ich nie zna!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 sierpnia 2012 09:04
  • piątek, 24 sierpnia 2012
    • Prezesie Jagiełło, na koń! Jak zaspokoić ambicje lokalnego hegemona?

      Wpadł mi w rączki doroczny raport "Top 200 Banks in CEE" autorstwa firmy Inteliace Research. Opracowanie obejmuje 15 krajów naszego regionu Europy - od Estonii, Łotwy i Litwy, poprzez Polskę, jej sąsiadów południowych i kraje bałkańskie aż po Macedonię i Albanię. Wyliczenia nie obejmują natomiast ani Austrii (zaliczanej już do Europy Zachodniej), ani Rosji, Białorusi i Ukrainy (traktowanej jako Europę Wschodnią). Wnioski z tegorocznego raportu są wyjątkowo krzepiące dla naszej branży bankowej. Polskie banki pozostają zdecydowanie największym graczem w regionie. Ich łączne aktywa na koniec zeszłego roku wyniosły 293,2 mld euro, podczas gdy banki z Czech, znajdujące się na drugim miejscu w zestawieniu, mogą się pochwalić majątkiem na poziomie 178,7 mld. A banki na Węgrzech dysponują już potencjałem trzy razy mniejszym od naszego.

      Top 200 Inteliace Research

      Rok temu też byliśmy potężni: Top 200 o polskich bankach AD 2010

      Nominalny wzrost aktywów polskich banków wyniósł w zeszłym roku aż 30,7 mld euro, podczas gdy banków w Czechach - tylko 10,9 mld. Nie mówiąc już o sektorach bankowych w innych krajach, które urosły tylko nieznacznie lub w ogóle. Wszystko psuje niestety uwzględnienie różnic kursowych, bo okazuje się, że cały nominalny wzrost aktywów polskiej branży bankowej wynika z osłabienia złotego względem euro. Ale mamy wciąż dwa największe banki w regionie - na czele trzymają się PKO BP i Bank Pekao, mamy też siedem banków w pierwszej dwudziestce, mamy wschodzącą gwiazdę w postaci Getin Banku, ps. "Kwartalne Zyski", który jest już na 13. miejscu, gdy jeszcze dwa lata temu ledwie mieścił się w trzydziestce... No, generalnie potęgą jesteśmy i basta. Węgierski OTP Bank, kiedyś stawiany naszemu PKO BP za wzór ekspansji w regionie, teraz ma aktywa stanowiące tylko połowę aktywów PKO BP!

      Top 200 Inteliace Research

      Oczywiście nadmierne nadymanie się jest niebezpieczne, bo może skutkować pęknięcie. Bo ten nasz narodowy czempion PKO BP, jeśli porównać go z największymi bankami choćby w Austrii, czy w Rosji, okazuje się być najwyżej średniakiem. Taki Sbierbank to przecież pięciokrotnie większa siła aktywów, niż PKO BP, tak samo zresztą jak np. austriacka grupa Erste (215 mld euro). No i oczywiście można też pozrzędzić, że zarówno Czechy, jak i Węgry - które tak ładnie miażdżymy cyferkami - to kraje cztery razy mniejsze, niż Polska pod względem liczby dorosłych konsumentów. Przeliczając aktywa banków na PKB, czyli wartość dóbr i usług produkowanych w kraju, można dojść do wniosku, że czeska i węgierska branża bankowa "wyciskają" ze swoich społeczeństw znacznie więcej, niż nasze banki. Czeskie i węgierskie banki dysponują aktywami porównywalnymi za 120 proc. rocznego PKB tych krajów, podczas gdy nasza branża bankowa ma aktywa odpowiadające tylko 85 proc. rocznego PKB.

      Czytaj: o bankach, które biorą nas pod włos i o wysypie czarnowidzów

      Tym niemniej wyniki raportu firmy Inteliace Research skłaniają mnie do marzeń o wykonaniu przez najpotężniejszy bank naszego regionu - PKO BP - kolejnego kroku. Jak długo można się kisić we własnym sosie? Prezesie Jagiełło, niekwestionowaną hegemonię w Europie Środkowej już Pan ma, może więc czas wyciąć numer i ruszyć na podbój Europy? Co prawda PKO BP nigdy nie pokazał, że za granicą inwestować potrafi (co więcej, pokazał raczej, że mu to nie wychodzi, bo koszmarnie umoczył na Ukrainie). Co prawda do boju nie zagrzewa też przykład snów o potędze węgierskiego OTP, który z najpotężniejszego banku w regionie stoczył się w przepaść. Ale z drugiej strony, jak nie teraz to kiedy, a jak nie PKO, to kto? I jak nie z prezesem o takim nazwisku, to z kim? To wszystko jest niewątpliwie bardziej skomplikowane, niż mi się może wydawać, ale sądząc po ostatnich wypowiedziach prezesa Jagiełło, z których wynika, że PKO BP "jest gotowe do ekspansji za granicą", jego też coraz bardziej kusi, by wskoczyć na koń.  

      Top 200 Inteliace Research

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Prezesie Jagiełło, na koń! Jak zaspokoić ambicje lokalnego hegemona?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 24 sierpnia 2012 13:32

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line