Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • sobota, 31 sierpnia 2013
    • Ustawa ograniczająca koszty pożyczek nie zadziała? Procenty będą chowali w...

      Jak już informowałem Was w blogu, Ministerstwo Finansów ma nowy pomysł dotyczący limitowania kosztów pożyczek i kredytów. Dziś obowiązuje ustawa antylichwiarska, która co prawda ogranicza maksymalne oprocentowanie pieniędzy do czterokrotności stopy lombardowej NBP (obecnie 16%), ale nie limituje w żaden sposób pozaodsetkowych kosztów. Stąd fenomen kredytów z niskim oprocentowaniem (ochoczo eksponowanym w reklamach) i wysoką, sięgającą 9% prowizją. I stąd eksplozja działalności wszelkiej maści firm pożyczkowych, które - nie mając ograniczeń, które dotyczą banków - rozpychają się, pożyczając na chwilę małe kwoty na horrendalnie wysoki procent. Oczywiście większość kosztów jest "pochowanych" w prowizjach i opłatach, bo oprocentowanie oficjalnie wynosi tyle, ile nakazuje ustawa antylichwiarska - 16% w skali roku.  I właśnie pozaodsetkowe koszty kredytów mają być limitowane według planów  Ministerstwa Finansów. Ów limit ma wynieść 30% kwoty pożyczki. Stosunkowo słabo uderzy on w firmy udzielające mikropożyczek po kilkaset złotych na kilkanaście dni. Mimo horrendalnych kosztów takich pożyczek, przeważnie mieszczą się one w 30%, np. pożyczasz dziś 100 zł, a za miesiąc oddajesz 130 zł. Większy problem będą miały firmy pożyczające większe kwoty na dłużej.

      Tak się składa, że niedawno przepytałem, m.in. na okoliczność kwestii związanych z limitowaniem oprocentowania pożyczek Marcina Borowieckiego, szefa firmy pożyczkowej Wonga.com w Polsce, czyli najbardziej agresywnego gracza na rynku mikropożyczek. Reklamy Wongi wypadają z każdej lodówki oraz zmywarki do naczyń ;-). Porozmawialiśmy kilkanaście minut przed kamerą o tym dlaczego firmy podobne do Wongi pożyczają pieniądze drogo (i czy to w ogóle drogo), dlaczego opowiadają ludziom dyrdymały, że nie wpuszczają ich w pętlę długów, a przede wszystkim - o tym jakie mogą być konsekwencje wprowadzenia nowych limitów na koszty kredytu. Moją opinię w tej sprawie znacie - nie lubię lichwy, ale uważam, że najlepszym sposobem na walkę z nią jest dobra, zrównoważona ustawa o upadłości konsumenckiej. Taka, która z jednej strony nie będzie zwalniała z odpowiedzialności ludzi zadłużających się nierozsądnie, ale jednocześnie pozwoli negocjować pod kuratelą sądu redukcję długów. A tym samym: nakładająca na pożyczkodawców ryzyko, że nie odzyskają pieniędzy od klienta, który ogłosi bankructwo. To jedyny sposób na wymuszenie na bankach i firmach pożyczkowych odpowiedzialnego pożyczania pieniędzy.

      Co do limitu kosztów pozaodsetkowych, to uważam, że pomysł nie jest zły, bo nie pozwoli rolować długów w nieskończoność, jak u pana, który poręczył komuś 700 zł, a teraz ma do spłaty 130.000 zł. Limit planowany przez resort finansów ustawiony jest na tyle wysoko, że nie spowoduje "przesunięcia" do szarej strefy dużej części klientów firm pożyczkowych. Pomoże natomiast tym, którzy bez tego rozwiązania utonęliby pod ciężarem odsetek od odsetek, karnych opłat i dodatkowych prowizji za prolongowanie długów. To moja opinia. A Marcin Borowiecki? On uważa, że wprowadzenie limitu na ceny pożyczek przyniesie opłakane skutki. Jakie? Zobaczcie* i przeczytajcie.

      * rozmowa przeprowadzona przed ogłoszeniem propozycji Ministra Finansów

      BOROWIECKI O URZĘDOWYCH LIMITACH ANTYLICHWIARSKICH: Ograniczanie kosztów kredytów limitem administracyjnym było testowane w wielu krajach, zwykle z opłakanym skutkiem. Takie limity odbijają się zwykle na przejrzystości kosztów pożyczek. Nie mieszczą się w nich koszty windykacyjne, co powoduje, że firmy pożyczkowe przerzucają część swoich kosztów na klientów, którzy nie spłacają pożyczek w terminie. Mechanizm jest następujący. Ponieważ będąc objętym limitem kosztów kredytu ciężko sfinansować rzetelną ocenę wiarygodności kredytowej, to firmy pożyczkowe - nie mając możliwości dokonać profesjonalnej oceny ryzyka "wrzucając" jej koszt w cenę pożyczki - zaczynają dawać pieniądze "komu popadnie". Nie przejmują się tym, bo odbijają sobie większą szkodowość kredytów dochodami z windykacji kredytów nie spłacanych w terminie.  Najlepszym zaworem bezpieczeństwa dla klientów jest pilnowanie i egzekwowanie przejrzystego prezentowania kosztów i pozostawienie klientowi opcji wyboru.

      BOROWIECKI O ROZWOJU NOWYCH PRODUKTÓW. Nawet jeśli limit kosztów pożyczek uznamy za niezbyt wyśrubowany (na pewno jest to dla firm pożyczkowych lepsze rozwiązanie, niż limit nakładany na RRSO, który wyrzuciłby z rynku pożyczki-chwilówki), to - według szefa polskiej Wongi - z tego powodu w Polsce nie pojawią się jakieś wygodne dla klientów usługi. Na przykład "pożyczka na parkometr" - jesteś w mieście, nie masz drobnych, żeby zapłacić za parkowanie, więc piszesz SMS-a do firmy pożyczkowej i ta płaci za parkowanie za ciebie. Tyle, że taka pożyczka nie ma prawa być tania. Jeśli pożyczasz 6 zł, to firma musi zarobić drugie 6 zł, żeby jej się opłacało. A przy limicie kosztów pożyczki na poziomie 30% taki zarobek nie wchodzi w grę. Według Borowieckiego jest mnóstwo innowacyjnych usług, które firmy pożyczkowe mogłyby w najbliższych latach wprowadzić na rynek, a które "utrąci" limit kosztów pożyczkowych. Pytanie czy te defekty nie są kosztem, który należy ponieść, by ludzie nie wpadali w pętlę długów?

      BOROWIECKI O KOSZTACH CHWILÓWEK. Oczywiście mój największy problem z "lichwiarzami" to fakt, że chciałbym wiedzieć ile wynosi rentowność ich działalności i na ile wysokie koszty udzielanych przez nich pożyczek wynikają z chciwości, a na ile z konieczności. Ergo: czy pożyczki u lichwiarza muszą tyle kosztować? Oczywiście Borowiecki mi na to pytanie nie chciał wprost odpowiedzieć. Powiedział tak: "Średni przychód na pożyczce-chwilówce w Wonga.com to 100 zł. W bankach średni przychód z przeciętnego kredytu to kilka tysięcy złotych. Ilu klientów musimy obsłużyć, żeby osiągnąć podobny przychód, jak bank z obsłużenia jednego tylko klienta? Kilkudziesięciu. Z tych 100 zł jednostkowego przychodu musimy sfinansować koszt pozyskania klienta, koszty weryfikacji go we wszystkich bazach - BIG-ach oraz BIK-u. Jako jedyna firma pożyczkowa korzystamy z usług BIK-u, co kosztuje nas, licząc na jednego pozytywnie zweryfikowanego klienta, ok. 50 zł. Do tego dochodzą koszty całej obsługi operacyjnej i utrzymania systemów informatycznych". 

      samcik.blox.lionsSUBIEKTYWNOŚĆ O TWARZY LWA.  Marketingowcy w bankach miewają czasem dość ciekawe pomysły. Wpadł mi w ręce taki oto obrazek :-). Co Wam on przypomina? Jeśli nic, to zajrzyjcie na stronę Lion's Banku, najnowszego klonu bankowej grupy Getin. Jeszcze nie prześwietlałem na stronach blogu jego oferty, ale widziano mnie w kilku placówkach Lion's Banku. "Tfurczość" ludzi przygotowujących plakaty reklamowe Lion's Banku bardzo mnie ujęła. ;-)

      CO KWARTAŁ MILION WASZYCH KLIKNIĘĆ! W ostatnim dniu marca 2013 r. blog "Subiektywnie o finansach" obchodził czterolecie swojego istnienia. W tym czasie (1459 dni, licząc soboty, niedziele i święta) w blogu ukazało się 1615 wpisów - czyli średnio więcej, niż jeden dziennie. Kliknęliście je 15.481.000 razy. Ale blog nie zwalnia tempa. I czytelnicy też nie zwalniają. W drugim kwartale 2013 r. liczba odsłon blogu przekroczyła 1.118.000, zaś liczba unikalnych użytkowników - 365.000. Blog ma też ponad 18.000 fanów w Facebooku, a ponad 1100 osób śledzi go na Twitterze. Dziękuję Wam, drodzy Czytelnicy, serdecznie i proszę o jeszcze! 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Ustawa ograniczająca koszty pożyczek nie zadziała? Procenty będą chowali w...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 31 sierpnia 2013 15:15
  • piątek, 30 sierpnia 2013
    • Czy bankomat Euronetu może być... kantorem w Londynie? Uwaga na prowizje!

      Niedawno było w blogu głośno o problemach z prowizjami za korzystanie z usług bankomatów dawnego Kredyt Banku. Kilka instytucji finansowych - w tym mBank, którego klienci zgłosili mi najwięcej reklamacji - pobierało od klientów kasę za wypłaty pieniędzy z bankomatów BZ WBK, które wcześniej były częścią Kredyt Banku, podczas gdy wypłaty z maszyn BZ WBK powinny być od prowizji wolne. Spór powoli zaczynał już przypominać brazylijską telenowelę, w której dawni kochankowie nawzajem obrzucali się błotem, ale w końcu uciąłem ten serial obietnicą wszystkich stron, że do końca września uda się to wszystko poukładać. Niestety, okazuje się, że nie jest to jedyny bankomatowy problem, z jakim borykają się klienci mBanku. Mam kilka zgłoszeń od posiadaczy mKonta, którzy korzystali ostatnio z nowej usługi bankomatowej sieci Euronet - dla klientów mBanku te bankomaty są bezpłatne, ale klienci wypłacali nie złote, lecz... euro. "Kilka dni temu postanowiłem sprawdzić nową usługę Euronetu i wypłaciłem euro, posługując się kartą Visa wydaną przez mBank. Transakcja przebiegła pomyślnie, kurs dobry. Bankomat zlokalizowany w centrum cywilizacji, w warszawskim metrze, na stacji Służew" - pisze jeden z czytelników.

      "Kilka dni później sprawdzam wyciąg z konta, a tam - oprócz kwoty wypłaconej w euro i przeliczonej na złote po kursie operatora bankomatu - widnieje symboliczne 5 zł za "wypłatę z obcego bankomatu". Dzwonię na infolinię mBanku i po dłuższej chwili oczekiwania dowiaduję się iż... dokonałem wypłaty z bankomatu obcego. Pytam zatem: jak to możliwe skoro bankomat należał do Euronetu, a wcześniej upewniłem się , iż mBank nie pobiera prowizji od transakcji w tych maszynach?". Klient złożył reklamację, którą pan w infolinii mBanku od razu skwitował stwierdzeniem, że i tak zostanie odrzucona, bo skorzystałem z maszyny, której nie ma na mapce mBanku z darmowymi bankomatami. "To nie są ani wielkie pieniądze, chodzi raczej o zasadę i o postępowanie z klientem" - piekli się pan Artur, który wciąż czeka na wynik reklamacji. Nie on jeden miał awanturę o euro w bankomatach Euronetu. "mBank znalazł sobie kolejną metodę na "obrabianie" klientów. Mianowicie teoretycznie za wypłatę z bankomatów Euronetu nie pobiera prowizji ale... jeśli korzysta się z wypłaty w euro, to system podobno "nie rozpoznaje prawidłowo" takiej wypłaty i za każdą pobiera 5 zł prowizji! Zwrot następuje nie automatycznie, tylko jeśli klient się zorientuje i złoży reklamację!" - denerwuje się pan Marek. Niefajnie...

      W mBanku mówią jednak, że to nie ich wina. "Wypłaty gotówki w euro, realizowane w bankomatach oznaczonych logo Euronet, formalnie nie są obsługiwane przez Euronet Polska (z tym podmiotem bank zawarł umowę gwarantującą klientom bezprowizyjne wypłaty gotówki), lecz przez firmę Euronet 360 Finance Limited z siedzibą w Londynie, o czym informuje sam operator (zaznaczając jednocześnie, że tego typu wypłaty mogą być obarczone prowizją). Wypłata realizowana jest bez opłat i dostępna wyłącznie dla kart wydanych w Polsce do rachunków w złotych. Wydawca karty może naliczyć opłatę za wypłatę realizowaną przez E360F szczególnie w przypadku przypisania karty do rachunku w inne walucie niż złote. Potwierdzeniem tego stanu rzeczy jest również fakt, że transakcje w euro, realizowane przez Euronet, mają inny niż standardowo kod ACQ ID. Z tego powodu bank traktuje je jako transakcje obce. Dla przykładu: jeśli klient wypłaca z maszyny 100 EUR, to transakcja przeliczana jest przez operatora na PLN i zapisywana jako transakcja wypłaty gotówki w złotych u innego operatora niż Euronet Polska - właśnie tego typu informacja trafia do banku wydawcy karty".

      Wychodzi na to, że Euronet trochę "przycwaniakował", bo operacja, którą komunikuje jako "wypłata gotówki w euro w ATM Euronetu" tak naprawdę jest "sprzedażą kantorową waluty euro w bankomacie przez firmę z Londynu". To może zmylić klientów, ale Euronet z tego poowdu większych problemów wizerunkowych mieć nie będzie, bo większość klientów pójdzie z pretencjami do banków, które obiecały im, że wszystkie wypłaty z maszyn Euronetu będą za free. A bank-wydawca karty, księgując operację w złotych, teoretycznie może nawet nie wiedzieć, że to był zakup euro w bankomacie. Trochę to przypomina historie klientów Poczty Polskiej, którym w okienkach pocztowych wmawia się, że mogą zapłacić za nadanie paczki kartą, a potem okazuje się, że to nie jest żadna płatność kartą, tylko wypłata gotówki przy użyciu karty. Euronet wmawia nam, że wypłacamy gotówkę w euro z jego bankomatów, a tak naprawdę zrobił sobie w bankomacie zupełnie inną usługę - samoobsługowy kantor. Pytanie kto powinien ten przykry fakt uświadomić klientom? Euronetowi wolno w swoich bankomatach wprowadzić dowolną usługę, z internetową sprzedażą kwiatków włącznie. Ale na wszystkich uczestnikach transakcji - organizacjach płatniczych, Euronecie i bankach - spoczywa obowiązek poinformowania klientów czy będą za tę usługę obciążani prowizją, czy też nie. Dopóki to nie nastąpi, bądźcie ostrożni z wypłatami euro z bankomatów. A w każdym razie upewnijcie się w swoim banku jak on potraktuje taką transakcję. 

      Po publikacji tego wpisu odezwała się do mnie firma Euronet, która twierdzi, że informuje klientów o tym, że jej bankomaty czasem udają kantor w Londynie: "Dbajmy o zachowanie najwyższych standardów obsługi oraz przejrzystość zasad transakcji na każdym jej etapie. Klienci są informowani o wszystkich aspektach wypłaty. Informujemy zarówno o podmiocie świadczącym usługę, jak i warunkach transakcji, jednocześnie zwracając uwagę klienta na możliwość pojawienia się opłat naliczanych przez wydawców kart. Naliczanie opłat od realizacji transakcji danego typu jest wyłączną decyzją banku, która znajduje odzwierciedlenie w brzmieniu stosowanej przez bank tabeli opłat i prowizji. Wysokość opłat pobieranych przez banki od transakcji realizowanych w bankomatach sieci Euronet nie jest określana w umowach między bankami, a Euronet Polska. Polityka banków w zakresie tworzenia i stosowania tabel opłat i prowizji jest niejednolita. Pragniemy podkreślić, że za realizację wypłaty euro z bankomatów Euronet ani Euronet Polska Sp. z o.o. ani Euronet 360 Finance Limited nie pobiera od klienta żadnej opłaty".

      Euronet obiecuje, że będzie się starał, by tego rodzaju problemy pojawiały się jak najrzadziej. "Dbając o zadowolenie naszych Klientów specjaliści Euronet Polska oraz Euronet 360 Finance Limited szczegółowo analizują wszelkie pojawiające się informacje na temat działania usługi. Tym bardziej z przykrością przyjęliśmy informację o pojawiających się reklamacjach. Pragniemy aby opisane przez Pana sytuacje należały wyłącznie do nielicznych wyjątków". W sumie ja też tego pragnę, więc może wspólnymi siłami uda nam się coś wymodlić...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Czy bankomat Euronetu może być... kantorem w Londynie? Uwaga na prowizje!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 30 sierpnia 2013 13:10
    • Antylichwiarski "prezent" rządu na rocznicę Amber Gold. Provident ma problem?

      Dokładnie rok temu do aresztu trafił Marcin P. - człowiek, który zniszczył mi sierpniowy urlop ;-) i skazał na spędzanie słonecznych dni w telewizyjnych studiach, gdzie "robiłem" za eksperta od Amber Gold. Z okazji tej wielkopomnej rocznicy wymiar sprawiedliwości nie znalazł niestety żadnych innych winowajców afery poza Marcinem P. i jego żoną. Uznał za to, iż urzędnicy (przynajmniej urzędnicy "skarbówki") byli w sprawie Amber Gold czyści jak łza, bo Skarb Państwa przecież nie doznał żadnego "uszczerbku" (zaś to, że doznali go zwykli obywatele jest mało istotne). Ministerstwo Finansów przygotowało natomiast pakiet zmian w prawie, które mają sprawić, że w przyszłości będzie żyło nam się lepiej bez parabanków. Niestety, żadna z tych decyzji nie przybliżyła ani o krok do odzyskania pieniędzy co najmniej 12.500 poszkodowanych, którzy nie czytali blogu "Subiektywnie o finansach" i z tego powodu "umoczyli" w Amber Gold, astronomicznej kwoty 660 milionów złotych. "Złota" firma jest już w upadłości, ale syndyk zabezpieczył tylko 57 kilogramów kruszcu i jakąś drobną gotówkę, więc szanse na odzyskanie pieniędzy są niewielkie (i nie nastąpi to szybko, bo np. nie zamknięto jeszcze nawet listy wierzycieli). Część poszkodowanych wytoczyła procesy członkom zarządu Amber Gold, ale czy z tego źródła popłyną jakieś pieniądze?

      Co nam jeszcze zostało po Marcinie P., poza niezapłaconymi długami? W rok po aferze Amber Gold inne firmy, które nielegalnie (nie mając licencji bankowej) przyjmowały pieniądze od ludzi, oferując im wyższy procent, niż w banku, właściwie zniknęły już z rynku. Przynajmniej te największe, które reklamowały się w internecie i miały więcej, niż jedną placówkę. Zniknęły, bo z jednej strony ludzie stali się bardziej ostrożni i po prostu skończyła się koniunktura dla tej działalności, a z drugiej - bo do roboty wzięła się prokuratura i wywiad skarbowy. Sprawy przeciwko parabankom przeniesiono z prokuratur rejonowych do wyznaczonych "okręgówek", a służby skarbowe zaczęły ostre "trzepanie" całej pozabankowej branży finansowej. Widząc to właściciele parabanków nie czekali co stanie się dalej, lecz po prostu zwinęli żagle. Pamiętacie Perfect Trade, firmę, która proponowała inwestycje w kontrakty terminowe oparte na złoto i oczywiście "gwarantowany" procent? W kilka dni pozostało po niej tylko wspomnienie. Lista ostrzeżeń publicznych, prowadzona przez Komisję Nadzoru Finansowego, zbierająca dane o nielegalnie działających firmach parabankowych, właściwie stała się listą "trupów". Choć i tak utopiliśmy, razem z tym całym cmentarzyskiem, astronomiczne 2,1 mld zł

      Problem parabanków rozwiązał się więc sam, ale rachunek za aferę Amber Gold - poza klientami tej firmy - zapłacą zapewne... firmy pożyczkowe. Choć z parabankami nie mają niewiele wspólnego (bo pożyczają swoje pieniądze, a nie zebrane od klientów) to czeka je ostre przykręcanie śruby. Z opublikowanych dwa dni temu przez Ministerstwo Finansów założeń ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym wynika, że firmy pożyczkowe będą musiały wpisywać się do specjalnego rejestru działalności regulowanej (to oznacza, że członkowie władz będą sprawdzani pod kątem karalności). Komisja Nadzoru Finansowego będzie mogła żądać od nich wszelkich dokumentów i wyjaśnień tak, jak od banków (będą wysokie kary za kręcenie). Firmy pożyczkowe będą musiały też dzielić się informacjami o swoich klientach z bankową bazą BIK (a to dość kosztowne, firmy bardzo tego nie chcą). No i najważniejsze - będzie nowy limit kosztów pożyczek i kredytów. Do obecnego limitu oprocentowania pożyczek i kredytów (czterokrotność stopy lombardowej NBP, czyli obecnie 16% w skali roku) będzie dopisany drugi - pozaodsetkowe koszty kredytu nie będą mogły przekraczać 30% jego wartości. Podobny limit na poziomie 5% był już kiedyś zapisany w ustawie, ale dotyczył "kosztów związanych z zawarciem umowy" i dzięki temu można było go łatwo ominąć, dorzucając do pożyczki np. obowiązkowe ubezpieczenie.

      Czytaj też: "Dam panu na zapleczu", czyli... najlepsze teksty bankowców

      Teraz - jak wynika z założeń do ustawy - ma być limit odnoszący się do całkowitego kosztu kredytu, czyli trudniejszy do ominięcia. Firmy pożyczkowe, takie jak Wonga, czy Vivus, powinny dziękować losowi, że skończyło się na tym 30%-owym limicie kosztów, a nie na planowanym wcześniej ograniczeniu maksymalnego RRSO pożyczek do 10-krotności stopy lombardowej NBP. RRSO jest liczona w skali roku, co oznacza, że dla krótszych pożyczek z definicji jest bardzo wysoka. Gdyby limitować koszty pożyczek poprzez ograniczanie RRSO, firmy pożyczkowe udzielające chwilówek właściwie straciłyby rację bytu. Co oznacza te planowane obecnie 30% limitu pozaodsetkowych kosztów? Ano jeśli w takiej np. Wonga.com pożyczam 500 zł na 30 dni, to zgodnie z ustawą antylichwiarską oprocentowanie nie może przekroczyć 1,6% (jedna dziesiąta limitu rocznego, wynoszącego dziś 16%), a całą resztę kosztów firma rozłoży mi na różne prowizje. Według dzisiejszego cennika - pożyczam 500 zł, a za miesiąc oddaję 645 zł, czyli niecałe 30% więcej. Gdyby dziś obowiązywał limit pozaodsetkowych kosztów, to nie zostałby przekroczony. Weźmy Providenta - 1000 zł na 30 tygodni oznacza konieczność zwrócenia 1280 zł (w opcji przelew) oraz 1710 zł w opcji z obsługą domową. Mieszczą się w limicie, ale... tylko z tańszą opcją.

      W sumie: nowe prawo antylichwiarskie będzie stosunkowo łagodne. 16% odsetek w skali roku plus 30% kosztów pozaodsetkowych niezależnie od okresu trwania umowy (to różni propozycję Ministerstwa Finansów od projektu ustawy antylichwiarskiej, którą ostatnio zaprezentował opozycyjny PiS)  to nie jest coś, co wytnie w pień wszystkie lichwiarskie dziewice orleańskie ;-). Nie jestem pewien, czy uchroni też ludzi przed wpuszczaniem się w pętlę długów, choć przecież na nieostrożność w zarządzaniu pieniędzmi żadna ustawa nie pomoże. Pożyczkodawcy już narzekają, że może się okazać, iż część klientów zostanie siłą rzeczy odcięta od pieniędzy i będzie musiała się zadłużać w szarej strefie. I że nie będą mogli wprowadzać innowacyjnych produktów (np. pożyczki dla tych, co nie mają w portfelu drobnych). I że spadnie konkurencja - wszystkie firmy będą oferowały pożyczki z maksymalnymi kosztami przewidzianymi ustawą. Ale z drugiej strony: chwilówki na pewno nie znikną z rynku, choć to im jeszcze niedawno groziło. No i ciekawe co Provident zrobi ze swoim najpoważniejszym źródłem dochodów, czyli obsługą domową. Większy problem z nowym progiem lichwy niewątpliwie będą mieli lichwiarze pożyczający na dłuższy termin, niż ci od chwilówek.

      Samcik.blox.karykatura

      Autor karykatury: Bartłomiej Belniak, zapraszam na www.belniak.com.pl

      TO SE NA VRATI, CZYLI JAK PRZEŚWIETLIŁEM AMBER GOLD. Już we wrześniu 2009 r. w blogu pisałem o firmie Finroyal, działającej podobnie do Amber Gold. W styczniu 2010 r. w blogu pojawił się pierwszy tekst o Amber Gold i produktach lokatopodobnych. I o tym, że ktoś mąci spokój prokuratorom. W kwietniu 2010 r. wołałem, że pośrednikiem finansowym nie może dowodzić człowiek z wyrokiem. Do tematu wróciłem w styczniu 2012 r., kiedy Amber Gold otworzył placówkę pod nosem Komisji Nadzoru Bankowego i Narodowego Banku Polskiego. W marcu alarmowałem, że ludziom wydaje się, iż prywatne pożyczki, zdaniem połowy ciułaczy, są równie bezpieczne co depozyty w bankach. W kwietniu ujawniłem działalność firmy Mizar Profit, która płaciła 16% w skali roku i... ostrzegała przed bankami. Opisywałem też jak pryska czar Finroyala. Na początku lipca opisywałem medialny kontratak Amber Gold. I oskarżenia firmy pod adresem KNF. W połowie lipca zająłem się dziwnymi umowami, które Amber Gold spisuje ze swoimi klientami, a z których wynika, że lokata w złoto nie ma nic wspólnego z zarabianiem na złocie. Później zastanawiałem się czy przypadkiem władze nie postanowiły skasować Amber Gold stosując metody zbyt kozackie oraz o cwaniakowaniu prezesa Amber Gold. Pisałem też co musi się stać, żeby prezes Amber Gold zarobił 44 mln zł. Zajawiłem również moje pomysły na to, by tacy goście, jak Marcin P. musieli ostrzegać w reklamach, że nie mają nic wspólnego z bankami. Nie mogłem też powstrzymać się przed uwagą, że tacy dżentelmeni to często recydywiści. Raz im nie wyszło, ale się nie przejęli. A mimo to zajmuje się nimi Komitet Stabilności Finansowej, Była w blogu spowiedź lichwiarza (czy udzielicie mu rozgrzeszenia?), były też wiadomości dotyczące kolejnych parabanków, które reklamują się w internecie. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Antylichwiarski "prezent" rządu na rocznicę Amber Gold. Provident ma problem?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 30 sierpnia 2013 09:04
  • czwartek, 29 sierpnia 2013
    • Pracownik Open Finance polemizuje: "Kredyt z polisą inwestycyjną nie jest zły!"

      Wielokrotnie na stronach tego blogu narzekałem na unit-linki, czyli produkty oszczędnościowe, które zmuszają klienta do opłacania comiesięcznych składek przez 10-15 lat i łączą się z dość wysokimi prowizjami oraz opłatami manipulacyjnymi. Takie produkty oferują wszystkie większe firmy ubezpieczeniowe - Aegon, Skandia, Axa, Generali, Open Life... Wielu sprzedawców ukrywa przed klientami prawdziwe koszty tego typu programów, a coraz częściej są one obligatoryjnie dołączane do kredytów hipotecznych. Nie tak dawno radziłem tym z Was, którzy takie plany oszczędnościowe mają i płacą w związku z tym stosunkowo niskie składki miesięczne (rzędu 200 zł), żeby przemyśleli zawieszenie tej inwestycji. Bo przy przeciętnej opłacie administracyjnej na poziomie 10 zł miesięcznie oraz po doliczeniu opłat dodatkowych za zarządzanie portfelem szybko okaże się, że ponad 10% każdej wpłaty jest zjadana. I nie ma takiej długoterminowej hossy, która te 10% potrafiłaby "nadrobić", a potem jeszcze dać klientowi porządny zysk. Plany oszczędnościowe typu Skandia, czy Aegon mogą mieć sens tylko przy wybraniu agresywnej strategii inwestowania (wkładamy pieniądze głównie w akcje) oraz przy wysokich wpłatach, w których "rozpuszczają się" opłaty administracyjne.

      Polisy inwestycyjne i ludzkie tragedie. Historia Waszymi słowami pisana

      Piszę o tym wszystkim, bo otrzymałem list od pracownika Open Finance, który uważa, że przesadzam ze zwalczaniem unit-linków, zwłaszcza w kontekście ich "przypinania" do kredytów hipotecznych. Zdaniem mojego polemisty akurat dokładanie unit-linków do kredytu hipotecznego, zwłaszcza jeśli dzięki temu klient otrzymuje niższą marżę, wcale nie jest głupie, a większość klientów kiedyś będzie dziękowała za to, że się ich zmusiło do zakupu dodatkowego pakietu oszczędnościowego. Cóż, sam nie raz i nie dwa zastanawiałem się - który kredyt tańszy: ten z nieco wyższą marżą i bez unit-linka, czy też taki, w którym marża kredytu schodzi bardzo nisko, ale za to klient jest zobowiązany nabyć dodatkowo plan oszczędzania a Skandii, czy Open Life? Mój polemista z Open Finance - ze zrozumiałych przyczyn proszący o nieujawnianie nazwiska - rzuca na tę sprawę trochę światła. Najpierw jednak rzuca trochę lukru na moje ego ;-). "Panie Macieju, na wstępie chciałbym powiedzieć, że bardzo cenię Pana pracę i blog. Oczywiście na niektóre tematy mógłbym polemizować jak ekonomista z ekonomistą... niemniej jednak całokształt oceniam bardzo dobrze". Dziękuję pięknie, czuję się polukrowany ;-)

      Czytelnik o kryptonimie MW pisze tak: "Czasami mam wrażenie, że nie widzi Pan żadnych plusów w rozwiązaniach finansowych typu unit-link, nie mówiąc już o plusach osób pracujących w finansach. Sam siebie oceniam jako najbardziej uczciwego doradcę klienta, który posiada konkretną wiedzę. Jeżeli tylko bym mógł przekazałbym Panu dane klientów - czy to kredytowych (również z kredytem w Getin Noble Banku), czy inwestycyjnych (również z unit-linkami), aby sprawdził Pan ich świadomość. Dla mnie rzetelność to podstawa" - pisze do mnie MW. Od razu muszę napisać, że to nie jest tak, że nie widzę żadnych pozytywów. Dla kogoś, kto ma przepuszczać wszystkie pieniądze nawet najdroższy unit-link będzie dobry, bo bez tego "pistoletu przy skroni" nigdy nic nie uciułają. Wiem też, że są - nawet w nisko ocenianych przeze mnie firmach - ludzie z elementarną etyką w pakiecie. Ale wiem też, że w większości instytucji finansowych tacy "etyczni" pracownicy mają gorzej, niż klasyczni sprzedażowcy bez skrupułów, bo system premiuje sprzedaż za wszelką cenę. I tyle. Ale nie o tym miałem pisać, tylko o przypinaniu do kredytów unit-linków.

      Powtórka z "Nabitych"? Będzie (chyba) pozew zbiorowy przeciwko Aegonowi

      Czy takie rozwiązanie może mieć sens? Mój polemista MW uważa, że tak. "Podam Panu przykład działania kredytu z wyższą marżą bez unit-linka i takiego z unit-linkiem w pakiecie. Załóżmy kredyt w wysokości 350 000 zł, na 30 lat. W wersji "gołej" oprocentowanie wynosi  5%, a rata 1878,88 zł, łączny koszt odsetkowy w całym okresie spłacania kredytu 326.395 zł, oczywiście zakładając stałą stopę procentową. Ten sam kredyt na 350.000 zł z oprocentowaniem 4,5% - a więc z marżą o pół punktu procentowego mniejszą - i unit-linkiem w kwocie 350 zł miesięcznie daje ratę miesięczną 1773 zł i łączny koszt odsetkowy 288.423 zł. Klient płaci ratę o 105,5 zł niższą, co można interpretować w taki sposób, że unit-link tak naprawdę kosztuje go 244,52 zł. Ale unit-link, w przeciwieństwie do wyższej raty w wariancie "gołym" idzie jednak na konto klienta" - pisze mój polemista z Open Finance. Nie znamy oczywiście odpowiedzi na pytanie ile z tych 244 zł miesięcznie do klienta wróci, a ile "zjedzą" opłaty, prowizje i ewentualnie bessa. Ale trzeba założyć, że coś-tam do klienta wróci. A 105 zł miesięcznie na każdej racie piechotą nie chodzi...

      "I teraz bój o to, czy unit-link jest dobrym rozwiązaniem czy nie? Nie licząc cudownych procentów - sam nie pokazuję ich klientom, tzn. nie mamię ich np 10%-ową średnioroczną stopą zwrotu - klient cały czas jest na plus, bo płaci niższe raty. A co w mojej opinii jest najważniejsze Klient rzeczywiście odłoży jakieś pieniądze. Bo można narzekać, mówić, że produkty są złe ale niepodjęcie decyzji o oszczędzaniu i posiadanie okrągłego zera na koncie też jest złe. Bo zero za 20 lat również będzie zerem" - pisze MW. I oczywiście się z nim zgadzam, choć z drugiej strony muszę zgłosić pewne votum-separatum. To nie jest tak, że jeśli miesięczna rata jest mniejsza o 100 zł, a wydatek klienta na unit-link wynosi 350 zł miesięcznie, to klient "jest do przodu o 100 zł". Owszem, nie jest tak, że te 350 zł na unit-link idzie z dymem, ale jeśli okaże się, że na koniec klientowi zostaną - w wartościach realnych! - tylko dwie trzecie wpłaconej kwoty (resztę np. zeżrą prowzje), to de facto wyjdzie na zero - miał 100 zł mniej marży kredytowej, ale z 350 zł wpłaconych do unit-linka odzyska tylko 250 zł.

      Można wygrać ze sprzedawcami unit-linków! Albo płacić im... po nowemu 

      "Rozumiem, że walczy Pan z "doradcami", którzy sprzedają unit-linki jako "lokaty". To moim zdaniem zwykłe - i tu przepraszam za słowo - skurwysyństwo. Ale nie wszystko i nie wszyscy są tacy źli  A nie warto mówić o oszczędzaniu, czy to formie unit-linków, czy nawet zwykłych kont oszczędnościowych? Prosty przykład: za sześć ;at będą się kończyły dopłaty do kredytów "Rodzina na Swoim". Zdaje sobie Pan sprawę co się będzie wtedy działo? Czy nasze państwo nie wpuściło ludzi w maliny? Spotykam klientów, którzy dopłatę przejadają, na ROR mają odłożone 0 zł. Wyobraża sobie Pan takiego klienta z ratą kredytową skokowo rosnącą o 400 zł, czy np. 600 zł? Jakby taki klient jednak miał tego unit-linka i musiał go opłacać, bo opłaty likwidacyjne go do tego zmuszą, to może jednak by się nauczył oszczędzać?.Może by po prostu przetrwał? Może by się nie utopił w kredytach, bo miałby coś poza nimi?" - kończy MW. Bardzo jestem ciekaw co myślicie o jego argumentach. Piszcie, warto rozmawiać, zwłaszcza o oszczędzaniu! Aha, MW zdradził mi na uszko, że sam ma unit-linka Axy, ale nie przypiętego do kredytu, lecz kupionego solo. A kredyt ma w Getin Banku w złotych, z marżą 1,7%.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (30) Pokaż komentarze do wpisu „Pracownik Open Finance polemizuje: "Kredyt z polisą inwestycyjną nie jest zły!"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 sierpnia 2013 17:56
    • Była lojalną klientką od lat, a bank traktował ją jak dojną krowę. Straciła cierpliwość i...

      Ostatnio podobno w bankach jest trend, żeby zamiast szukać klientów na mieście skupić się na jak najlepszej obsłudze tych, którzy już są. Niestety, czasem wychodzi koślawo. Banki chyba wciąż tkwią jeszcze w erze, kiedy dbało się tylko o nowego klienta, a tego, który ma konto od dawna, można było traktować per noga. Przykładów mam multum. Opowiada klientka Banku Millennium: "Konto w moim banku mam od 14 lat i 9 miesięcy. To sporo czasu. Założyłam je, ponieważ bank zapewnił mi jego prowadzenie za darmo, nie płaciłem też za kartę do konta, miałam darmowe wypłaty w bankomatach banku i Euronetu, a za przelewy realizowane samodzielnie płaciłam symbolicznie. Była to naprawdę przyzwoita oferta. Po drodze bank przywiązywał mnie do siebie łatwo dostępnymi kredytami gotówkowymi czy debetem w koncie, ale i dość sprawnie wprowadzał nowe udogodnienia, jak bankowość internetowa czy mobilna. Było dobrze, do momentu kiedy bank zaczął wprowadzać zmiany w tabeli opłat. Najpierw pojawiły się prowizje za wypłaty z bankomatów Euronetu. Potem ubezpieczenie karty, które co prawda nie jest obowiązkowe, ale przyznawane domyślnie, i trzeba z niego rezygnować, mimo że się o nie nie prosiło. Potem za prowadzenie rachunku i obsługę karty. Zrobiło się tego jakieś 20 zł opłat miesięcznie, licząc wszystkie płatne transakcje". Rzeczywiście, słono.

      "Czasem bywało wyjątkowo ciężko utrzymać lojalność wobec banku. Na przykład wtedy, kiedy bank ogłaszał nową, wspaniałą ofertę konta za darmo, a nawet z dopłatą.  Ogłosił ją z hukiem, wydając na to pieniądze uzbierane z prowizji od swoich dotychczasowych klientów. I skutecznie uniemożliwiając im zmianę konta. Według banku zamiana konta na nowe wymagało zakładania go od początku i wnioskowania o nowe linie kredytowe. A to jest niewykonalne jeśli nie można od ręki spłacić przywiązanych do "starego" konta pożyczek. Rozmawiałam o zmianie konta z ludźmi w oddziale co kilka miesięcy, licząc na to że coś w końcu usprawnią. Ale po co by mieli to robić, skoro mają przywiązanego klienta, który płaci za wszystko. W końcu spłaciłam kredyt gotówkowy, została linia kredytowa. Poczułam się mniej przywiązana, uznałam że przeniesienie konta z debetem to chyba nie taki problem. Napisałam do banku, że może udałoby się coś zrobić. Odpowiedź - kliencie, spadaj na drzewo". To tylko jeden z przykładów braku pomysłów banku na itrzymanie klienta w stanie przynajmniej umiarkowanego zadowolenia. Moja czytelniczka nie chce przecież, by rozwijano przed nią czerwone dywany. Ona po prostu chciałaby, żeby nie traktowano jej jak klientki drugiej kategorii tylko dlatego, że ma konto w swoim banku od 14 lat, a nie od pół roku.

      Czytaj też: Prezes Pekao obiecuje, że nie będzie dopłacał "nowym" klientom

      Nie ona jedna ma zgryz. Z traktowaniem klienta fair wciąż ma problem Getin Bank. Jeden z moich redakcyjnych kolegów dawno temu założył tam dobrze oprocentowaną lokatę. Założył i zapomniał. Wcześniej miał depozyty w innych bankach i stamtąd zawsze dzwonili do niego przed zakończeniem okresu lokaty, żeby zapytać co dalej. Z Getinu nie zadzwonili. Mój kolega przypomniał sobie o lokacie cztery miesiące później. Zadzwonił do banku, a tam powiedzieli mu, że lokata, owszem, przedłużona, ale na warunkach najgorszego depozytu, jaki mieli w ofercie. Wszystko zgodnie z regułami. Umowa depozytu była tak napisana, żeby bank nie musiał do klienta dzwonić i żeby mógł wrzucić jego pieniądze na dużo niżej oprocentowaną lokatę. Nie wiem czy to celowa strategia banku, pozwalająca czesać dodatkową marżę na odsetkach od "zapominalskich", czy też po prostu brak pomyślunku. Mój kolega zniósł tę potwarz dzielnie, ale... kilka tygodni później otrzymał z banku telefon, że ma jakiś debet rzędu 4,5 zł. I że musi natychmiast przyjść do oddziału, żeby go uregulować. Koniecznie do oddziału. Ciekawy sposób, żeby mieć dodatkową okazję do zgrillowania klienta. Kolega poszedł, przeprosił i zapłacił. A przy okazji zabrał z Getin Banku wszystkie swoje pieniądze (a trochę tego było), uznając, że skoro bank gra wobec nie nie fair to on też nie będzie się cackał.

      I to jest, proszę państwa, jedyna metoda, by wymusić na bankowcach więcej dbałości o nasze, klientów, interesy. Trzeba głosować nogami, bo inaczej lepiej nie będzie. Wróćmy do naszej czytelniczki z 14-letnim stażem w Banku Millennium. Ona właśnie tak postąpiła: "Nie wytrzymałam i wczoraj wieczorem wreszcie pomyszkowałam w ofercie innych banków. Napisałam e-maile do trzech wybranych banków, a w e-mailach kilka pytań. Rezultat? Dzisiaj o godz. 9.00 pierwsza odpowiedź, o godz. 9:30 druga, o godz. 10.00 ostatnia. Dopiero o 10.00 pewnie dlatego, bo prosiłam o kontakt od tej godziny. Wszystkie odpowiedzi treściwe i odpowiadające na moje pytania. Naprawdę, pełen profesjonalizm. To może jednak ktoś chce przyjąć moje regularne wpływy, ktoś chce skorzystać z kilkunastu w miesiącu płatności bezgotówkowych. Tak się tylko zastanawiam, jak szybko po zmianie banku historia się powtórzy? Kiedy nowy mój bank zacznie mnie traktować z taką samą arogancją, jak "stary", podwyższać koszty wszystkiego, co się da i wprowadzać nowe świetne oferty - ale dostępne tylko dla nowych klientów?" - kończy czytelniczka. Kochani bankowcy, chyba nadszedł czas, by rozbudować ofertę o programy lojalnościowe dla klientów, którzy są z wami długo i mają zażyłą relację. Bo, naprawdę, oni nie muszą z wami być do końca życia. A chyba już Wam się znudziło płacenie po 700 zł za każdego nowego klienta, prawda?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Była lojalną klientką od lat, a bank traktował ją jak dojną krowę. Straciła cierpliwość i...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 sierpnia 2013 08:19
  • środa, 28 sierpnia 2013
    • Dlaczego nie chcemy za tani pieniądz kupować tanich mieszkań? Sprawa zaufania

      Polacy nie wierzą, że dla ich portfeli idą lepsze czasy - taki wniosek wypływa, moim zdaniem, z ostatnich raportów dotyczących kondycji rynku kredytów hipotecznych. Najpierw swoją diagnozę ogłosił broker finansowy Open Finance, który policzył, że w połowie 2013 r. mamy najgorszą sprzedaż kredytów hipotecznych od co najmniej sześciu lat. "Co najmniej", bo gorszej koniunktury nie pamiętają w Openie nawet najstarsi górale (a górale badają rynek od 2007 r.). Dzień później kwartalny raport Amron-Sarfin opublikował Związek Banków Polskich, który z grubsza potwierdził te informacje. Według Open Finance w drugim kwartale 2013 r. banki udzieliły 43.124 kredytów hipotecznych. To o 7.500 kredytów więcej, niż w pierwszym kwartale, jednak wciąż o ponad 4.000 mniej, niż rok temu o tej samej porze. Według Amron-Sarfin w drugim kwartale do naszych kieszeni wpadło 44.079 kredytów - o 2.500 więcej, niż w poprzednim kwartale i o 5.500 mniej, niż rok temu o tej samej porze. Mimo pewnych rozbieżności co do liczb, wynikających z odmiennego sposobu zbierania danych, z obu analiz wyłania się niewesoły, moim zdaniem, obraz.

      Owszem, po raz pierwszy od dłuższego czasu mamy wzrost sprzedaży kredytów hipotecznych w odniesieniu do poprzedniego kwartału (według Open Finance dość silny, kilkunastoprocentowy, a według Amron-Sarfin raczej kilkuprocentowy), ale w porównaniu z sytuacją sprzed roku koniunktura w kredytach hipotecznych jest gorsza. Zdaniem Open Finance nie ma żadnych podstaw, by twierdzić, że właśnie odbiliśmy się od dna. "Dziewiąty raz z rzędu kwartalna sprzedaż kredytów hipotecznych jest niższa niż w analogicznym okresie rok wcześniej. (...) W takim ujęciu liczba udzielonych kredytów spadła o 8,7%, a wartość - o ponad 15%. (...) W ujęciu kwartalnym rynek kredytowy wygląda lepiej, ale trzeba pamiętać o sezonowości. Wiosną i latem następuje zwykle ożywienie rynku i drugi kwartał jest najczęściej najlepszym w danym roku" - pisze Open. Jeśli najlepszy kwartał w tym roku jest gorszy, niż najlepszy kwartał w zeszłym roku, to oznacza, że jest gorzej, a nie lepiej. "Wyniki drugiego kwartału 2013 r. okazały się lepsze nie tylko od wyników pierwszego kwartału, ale również od ostatniego kwartału roku 2012" - polemizuje Związek Banków Polskich, choć od razu zauważa, że "skala tych wzrostów jest jednak na tyle nieduża, że na razie trudno ocenić, czy jest to pierwszy sygnał nadchodzącego ożywienia na rynku kredytów hipotecznych".

      Open Finance, zapewne dla wzmocnienia efektu grozy, sięga z porównaniami do złotych czasów kredytów hipotecznych, kiedy wydawało się, że ceny na rynku nieruchomości mogą tylko rosnąć, a kurs franka szwajcarskiego nieuchronnie zmierza do zera ;-). "Przez ostatnie 12 miesięcy banki udzieliły 172.800 kredytów mieszkaniowych (...) To o 2,3% mniej niż w 12-miesięcznym okresie zakończonym w marcu 2013 r. (...) I o jedną trzecią mniej niż w najlepszym pod tym względem 2008 r.". Open Finance dostrzega też spadek wartości przeciętnego kredytu (już tylko 190.000 zł), co wynika ze spadku cen mieszkań i rosnących wymagań banków co do wkładu własnego, a także rosnącą koncentrację rynku. Już 54% wszystkich kredytów udzielają tylko dwa największe banki. Widać więc, że spada konkurencja, a kolejne banki mówią "pas". W tym roku lepiej już ma nie być. "Po zniknięciu z rynku programu Rodzina na Swoim wielu klientów odwleka decyzję o zakupie mieszkania, bo oczekuje na następcę – Mieszkanie dla Młodych. Z nowego programu rządowych dopłat skorzystać będzie można dopiero na początku przyszłego roku, kiedy ma on pojawić się w ofertach banków. (...) Według naszych przewidywań 2013 r. zamknie się liczbą 165.000-175.000 kredytów hipotecznych".

      Średnia marża kredytu, II.2013Naprawdę, proszę Państwa, nie jest dobrze. Jeśli spojrzeć na ceny mieszkań, na oprocentowanie i marże kredytów, to można powiedzieć, że nie tak daleko mamy do raju. Z raportu Amron-Sarfin wynika, że średnia marża kredytu hipotecznego wynosi dziś 1,34% i jest to najmniej od dobrych kilkunastu miesięcy (patrz wykres obok). Oprocentowanie kredytów też idzie w dół dzięki obniżkom stóp procentowych i spadającemu WIBOR-owi. Nie ma już na rynku kredytów we frankach, ale stopy procentowe i WIBOR są tak nisko, że raty kredytów złotowych są niewiele wyższe, niż kiedyś frankowych. A do tego wszystkiego mamy też coraz tańsze mieszkania (choć sam niedawno narzekałem, że ceny spadają dość opornie). Spójrzcie na indeks dostępności mieszkaniowej, liczony przez Amron Sarfin: owszem, cena metra kwadratowego wciąż jest wyższa, niż w pierwszych latach boomu (to ta cienka, niebieska linia, dane są od 2005 r.), ale wróciła już do poziomu z 2007 r. (realnie jest nawet niższa, bo od tego czasu spadła wartość pieniądza). A indeks dostępności kredytu jest całkiem niedaleko poziomu z czasów, kiedy banki pożyczały każdemu, kto "wylegitymował się" posiadaniem pulsu

      Indeks dostępności mieszkań, II.2013

      Tymczasem dziś połowa nowo udzielanych kredytów ma wskaźnik LTV poniżej 50%, co oznacza, że mieszkania kupują przede wszystkim ci, którzy bez kredytu i tak by je prawdopodobnie kupili. Cała reszta potencjalnych klientów boi się, albo czeka. Ale... na co? Najprostsze odpowiedzi: na "Mieszkanie dla Młodych" i na niższe ceny mieszkań. Te może jeszcze spadną, ale skoro są nominalnie na poziomie z 2007 r., to nie wiadomo czy tu się jeszcze coś wielkiego wydarzyć. Jeszcze niższe raty? Trudno sobie wyobrazić WIBOR na poziomie jeszcze dużo niższym od dzisiejszego, skoro inflacja już odbija się od dna, a gospodarka podobno najgorsze ma już za sobą. Niższe marże banków? Poziom 1,3% nie pozostawia zbyt wielkiego pola nadziei do spadków. Ułatwienia w procedurach? Wolne żarty - banki od 2014 r. wprowadzą obowiązek posiadania wkładu własnego do każdego kredytu (na żądanie KNF). Jeśli zbierzemy to wszystko razem, to można się dziwić, że mimo tak sprzyjających okoliczności, jakie mamy dziś, popyt na kredyty mieszkaniowe jest wciąż na dnie lub w jego pobliżu. Wytłumaczenie jest tylko jedno: nie wierzymy, że w kilkuletniej perspektywie będzie nam lepiej, nie postawilibyśmy u bukmachera na podwyżki naszych pensji, nie ufamy, że rządzący wyciągną gospodarkę z dołka. To oznacza, że ktoś w rządzie powinien czym prędzej się puknąć w głowę i popracować nad poprawą naszych nastrojów konsumenckich. Skoro nie chcemy nawet za tani pieniądz kupować tanich mieszkań, to żadne programy rządowe szału nie zrobią.

      Samcik.blox.karykatura.

      Więcej rysunków satyrycznych: zapraszam na stronę www.belniak.com.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Dlaczego nie chcemy za tani pieniądz kupować tanich mieszkań? Sprawa zaufania”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 28 sierpnia 2013 15:30
  • wtorek, 27 sierpnia 2013
    • Żenada i dramat, czyli dlaczego nikt nie chce taniej pożyczki w pewnym SKOK-u

      Pamiętacie niedawny wpis poświęcony głupim pomysłom dyrektorów, którzy w bankach odpowiadają za sprzedaż? Było o tym, że kazali pracownikom w oddziałach tłumaczyć się z każdego wniosku kredytowego, do którego nie jest "dostawiony" możliwie rozbudowany cross-selling. Czyli jeśli pracownik namówi klienta na kredyt hipoteczny, ale bez programu systematycznego oszczędzania - zamiast pochwały ma dywan u kierownika i musi się tłumaczyć, że jest matołem i  niezgułą. Oczywiście nie ma co liczyć na pochwałę jak pracownik banku wciśnie komuś kredyt gotówkowy, ale w pakiecie nie zdobędzie od niego zgody na założenie konta (obowiązkowo z debetem) oraz karty kredytowej. Są też banki, które - dla podrasowania statystyk - przeprowadzają klientom co jakiś czas "wymianę kart". Polega to na tym, że "w związku ze zbliżającym się terminem ważności dotychczasowej karty" (zbliżającym się, czyli np. upływającym za pięć miesięcy),  bank wydaje nową, lepszą kartę, ale o... innym numerze. Czyli klient przez pięć miesięcy ma dwie karty, a ktoś w centrali w ten sposób wykona plan sprzedaży nowych "plastików". Nie ma to jak Pomysłowy Dobromir w banku.

      Niektórzy dyrektorzy nie bawią się w konwenanse, tylko dają pracownikom do zrozumienia wprost co komu pourywają jak sprzedaż kredytów gotówkowych nie wzrośnie. Oplatać nie zamierzał także jeden z kierowników w jednym ze SKOK-ów. Tak, tak, chodzi o SKOK-i, te łagodne jak baranki instytucje finansowe z wyłącznie krajowym kapitałem, stworzone po to, by były bliżej ludzi, zaspokajały ich potrzeby i działały w sposób niezarobkowy, realizując idee solidarności i samopomocy. Te same, których twarzą reklamową jest Ojciec Mateusz jak Prometeusz, czyli Artur Żmijewski. Te same, które w telewizyjnych reklamach rozsławiły piękny Sandomierz, tudzież Zamość. Co prawda jak chodzi o samopomocową misję i piękne ideały, to wyszło trochę inaczej niż w reklamach - w tym miejscu macham łapką senatorowi Grzegorzowi Biereckiemu, który walnie przyczynił się do wykrzaczenia całej idei SKOK-ów - ale nie będziemy się przecież babrać w przeszłości. W dobry nastrój wprowadzi nas najnowsza reklamówka SKOK-ów, która jest tak gorąca i namiętna, że nawet kompletny gołodupiec poczułby miętę do konsolidacji:

      "Co się dzieje ze sprzedażą? Dlaczego jest taki dramat? Proszę na biegu ściągać klientów do oddziałów i wypłacać pożyczki - dotyczy to także tych, którzy już wykonali zadanie. Jutro z urlopu wraca Pani Dyrektor i nie zamierzam się za nikogo tłumaczyć" - nie owija w bawełnę pan dyrektor. Żeby żaden dureń nie zlekceważył statementu, pisze czerwoną czcionką. I dalej, nawet podkreślone: "Proszę podjąć odpowiednie kroki celem realizacji założonych dniówek sprzedażowych!!!!". Jasno, prosto, klarownie, jak przystało na patriotę. Ideały solidarności krzewią się tu same, bo przecież solidarnie mają zapieprzać i ci, którzy już wykonali plan, jak i ci, którzy go jeszcze nie wykonali. Niestety, niektórzy pracownicy są oporni i pracować im się nie chce. Dlatego szef musiał znów usiąść do e-maila i dać im popalić. "Żenada i dramat!!! Co się takiego stało, że nagle wymiotło klientów z oddziałów??? Czy nikt na koniec miesiąca nie potrzebuje pieniędzy? Nikt nie chce konsolidacji? Proszę użyć swoich sposobów i efektywniej zapraszać tych ludzi do placówek". Dalej autor wpada już w ton desperacki: "Nie macie w oddziałach nic, co zostało odrzucone i można wysłać jeszcze raz? Nie ma wniosków z początku miesiąca, gdzie tak płakaliście, że centrala wszystko odrzuca? Co się stało z tymi odrzuconymi wnioskami?".

      Czytaj też: Moje (sądowe) przeboje z Kasą Krajową, czyli Top 10

      W poniedziałek w tym SKOK-u miało być zebranie sprzedażowe, więc nie dziwi dramatyczny ton. "Jak sami zauważyliście, kiedyś wykonanie 100% zadania było sukcesem, dziś 100% już nikogo nie zadowala, a w szczególności dyrektora" - kończy już nieco bardziej ugodowo mój nowy ulubieniec. Niestety, pracownicy SKOK-u chyba nie ogarniają co trzeba zrobić, żeby dyrektor był zadowolony. W kolejnym e-mailu mamy już więc ton nie znoszący sprzeciwu: "Od dziś nie ma możliwości, żeby w oddziale sprzedać klientowi pożyczkę bez ubezpieczenia dodatkowego! Wyjątkiem są pożyczki, które są sprzedawane z pakietem ubezpieczeń. W związku z powyższym od poniedziałku jeśli w oddziale została wypłacona pożyczka bez ubezpieczenia dodatkowego, oddział pisze pod koniec dnia informację do mnie". Z informacji ma wynikać "który z pracowników taką pożyczkę wypłacił i dlaczego". Na koniec dyrektor dobrodusznie przyznaje: "Bardzo proszę o tym pamiętać". Teraz to nawet największe tłumoki zrozumieją co to jest cross-selling ;-) 

      Lubię ludzi konkretnych, a ten przynajmniej mówi jak jest i jak ma być - jak krowie na rowie. Swoją drogą też zacząłem się dziwić jak to jest, że ludzie nagle przestali chcieć szybkich pożyczek. Niby dlaczego? Odpowiedź nieco ułatwił mi jeden z czytelników blogu, który poszedł do SKOK-u po pożyczkę, bo usłyszał gdzieś, że to są takie "banki dla ubogich". no i zaproponowali mu pożyczkę: 8000 zł na pięć lat. Po wstępnych pieszczotach i zapłaceniu: 35 zł opłaty wpisowej, 25 zł za rozpatrzenie wniosku, 81 zł za udział i wkład, 60 zł za konto IKS przyszło do wycenienia samej pożyczki - 2666 zł za ubezpieczenie, 5% prowizji (400 zł), 5053 zł łącznych odsetek przez pięć lat... No, w sumie rata miesięczna 217 zł. Pracownik SKOK-u wyliczył mojemu klientowi, który ma 1200 zł emerytury, że do ręki dostanie (po potrąceniu kosztów) 4600 zł, zaś po pięciu latach odda 13.020 zł. To może być pewne wytłumaczenie zaskakującej - w oczach pana dyrektora - sytuacji, że "nikt na koniec miesiąca nie potrzebuje pieniędzy". Nikt, kto umie liczyć ;-). Ciekawe co na temat takiej pożyczki powiedziałby Ojciec Mateusz jak Prometeusz?

      No, ale skoro nikt na koniec miesiąca nie potrzebuje pieniędzy, to trzeba sobie jakoś radzić. Od innej z moich czytelniczek otrzymałem informację, że całkiem nieźle poradził sobie z nią SKOK Stefczyka. "W marcu 2013 r. w czasie wizyty w oddziale SKOK poinformowano mnie, że posiadam zaległość w kwocie 26 zł z tytułu opłat za konto IKS. Z uzyskanych przeze mnie informacji wynikało, że moje konto IKS, dotąd bezpłatne i standardowo otwierane klientom depozytowym, nie korzystającym w SKOK z żadnych produktów poza lokatami, przemianowano pod koniec 2012 r. na IKS Classic z opłatą 5 zł miesięcznie. Wprowadzono również do taryfy opłat nowe konto bezpłatne IKS Zero, tyle że automatycznie dokonano zmiany mojego bezpłatnego rachunku IKS nie na ten "nowy" bezpłatny IKS Zero, lecz na odpłatny Classic, mimo, że od ponad roku nie korzystałam z usług tej instytucji. Zmiana "starego" konta IKS na IKS Zero wymagała osobistej wizyty w SKOK, ale o takiej konieczności trzeba było wiedzieć. Co ciekawe SKOK wprowadził do swojej "nowej" oferty również rachunek IKS Deponent właśnie dla klientów depozytowych z odpłatnością 1 zł za miesiąc, ale dziwnym trafem mój rachunek przekształcono na IKS Classic z odpłatnością miesięczną pięciokrotnie większą" - opowiada czytelniczka.

      Cóż, każdy orze jak może. Czytelniczka twierdzi, że nie otrzymała informacji ze SKOK-u, choć podobno jakieś listy do członków rozsyłano. Co więcej, podobno do domu przychodziły co jakiś czas wyciągi, z których nie wynikały żadne zaległości. "Na wyciągach figurowała nazwa mojego rachunku zawsze jako po prostu IKS, co nie odpowiadało żadnej nazwie rachunku określonej w  nowej Tabeli Opłat i Prowizji. Otrzymując tego typu informację z zerowym saldem konta potwierdzonym przez SKOK statystyczny obywatel, nie analizując dogłębniej tematu, odłożyłby sprawę ad acta i żył nadal w błogiej nieświadomości o naliczanych mu opłatach za konto. Ja informację uzyskałam dopiero w czasie osobistej wizyty w  oddziale SKOK. Takie działanie jest z pewnością wygodne, gdyż gwarantuje, że większość klientów może nadal nie mieć wiedzy o zaistniałej sytuacji. Pytanie tylko w jaki sposób wpływa to na wizerunek SKOK jako instytucji zaufania publicznego" - zapytuje czytelniczka. Grunt, że do kasy wpływają złotówki.

      Mam na stole jeszcze jeden przypadek, w którym SKOK zamiast uskuteczniania "samopomocowej misji" pokazuje kły i zębiska. Pan Józef, jeden z moich czytelników, przysłał mi dokumentację dotyczącą pączkowania pewnej wierzytelności, wynikającej z debetu na koncie założonym w SKOK-u Stefczyka. We wrześniu 2008 r. ów SKOK wypowiedział mu umowę rachunku i zażądał zapłaty 53,89 zł należności głównej, z czego 37,2 zł wynosił zaległy kapitał, a reszta to odsetki i koszty windykacji. Mój czytelnik tych pieniędzy nie zapłacił, gdyż kwestionował istotę długu.,Początkowo nie przeszkodziło to rosnąć kwocie do zapłaty. Już miesiąc później, pod koniec października 2008 r., pan Józef był winny SKOK-owi Stefczyka 200,16 zł. Należność główna zdążyła urosnąć do 97 zł, naliczono od tego 61 zł odsetek. Jak to możliwe, że kwoty rosną tak błyskawicznie? Stefczyk w piśmie do pana Józefa tłumaczy to "błędem systemowym", za który zresztą "bardzo przeprasza". W listopadzie 2008 r. - już 209 zł do zapłaty. Pan Józef nie płaci. W grudniu 2008 r. okazało się, że dobrze robił: wtedy mój czytelnik dowiedział się, że SKOK umorzył wobec niego postępowanie windykacyjne i odstąpił od dochodzenia roszczeń. Roller-coaster na całego. Trzy lata ciszy i.... bum. Czytelnik dostaje list ze Stefczyka, że jest winny 355,54 zł, w tym 97,18 zł kapitału, a reszta to odsetki. Te ostatnie - jak poinformował pana Józefa SKOK - rosną w tempie 11 groszy dziennie. Prawie jak licznik długu publicznego Leszka Balcerowicza. W marcu 2012 r. mój czytelnik był winny już 366 zł, ile jest winny dziś - nie wiem. Ale biorąc pod uwagę, że w szybkich pożyczkach jest "żanada i dramat", dochody z odsetek od pana Józefa mogą być dla Stefczyka sprawą nie do pogardzenia ;-).

      Czas na epilog. Nada się nań doskonale komunikat Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który przyłapał na brzydkich rzeczach drugi największy SKOK w kraju: "Wołomiński SKOK zastrzegał we wzorcu umownym, że w okresie trwania umowy pożyczki jej stopa procentowa może być dowolnie zmieniona m.in. z powodu każdego ruchu stóp procentowych NBP czy wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych. W rezultacie np. minimalna, zmiana stóp procentowych przez bank centralny mogła być pretekstem do znacznego podniesienia przez SKOK oprocentowania pożyczki (np. NBP podnosi stopy tylko o 0,5%, a oprocentowane pożyczki może wzrosnąć nawet o 10%). Tymczasem zgodnie z prawem ewentualna zmiana oprocentowania pożyczki powinna być proporcjonalna do czynników na nią wpływających aby konsument mógł ocenić czy zaciągnięcie zobowiązania mu się opłaca. Za naruszanie zbiorowych interesów konsumentów Prezes UOKiK nałożyła na SKOK w Wołominie karę pieniężną w wysokości 159.747 zł. To nie pierwsza decyzja UOKiK kwestionująca praktyki Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych. Od czerwca ubiegłego roku Prezes UOKiK wydała łącznie pięć decyzji kwestionujących praktyki SKOK w tym: stosowanie niezgodnych z prawem postanowień we wzorcach umownych, reklama wprowadzająca w błąd (SKOK Stefczyka), naruszanie ustawy o kredycie konsumenckim (SKOK Jaworzno) i innych ustaw (SKOK Stefczyka). Ponadto UOKiK prowadzi obecnie 5 postępowań których uczestnikami są SKOK-i". (stan na 25 lipca 2013). Misja misją,  kły i zębiska SKOK-i, jak widać, też potrafią pokazać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Żenada i dramat, czyli dlaczego nikt nie chce taniej pożyczki w pewnym SKOK-u”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 sierpnia 2013 23:58
    • Wyjątkowo "niebezpieczny" kredyt: w reklamach wygląda tak niewinnie, że...

      Credit Agricole jest jednym z najbardziej aktywnych banków jeśli chodzi o promowanie pożyczek gotówkowych. Zapewne obiła się Wam o oczy jego najnowsza reklama szybkich pożyczek, bo w telewizji od kilku dni jest jej pełno. "Czy kredyt można spłacić ot, tak?" - pyta sugestywnie Juliette Binoche, twarz reklamowa Credit Agricole. Klient - typowy japiszon, który potrzebuje kasę na nowego iPada - powątpiewa, słusznie zauważając, że kredyt to kredyt. Ale pracownik banku nie daje się zbić z tropu i pokazuje plik banknotów 100-złotowych sumujących się do 1000 zł: "Tak wygląda kredyt prostoliczony, a tak wygląda koszt tego kredytu" - mówi, wskazując dla odmiany na trzy, leżące na stole pięciozłotówki. "Tylko piętnaście?" - nie może wyjść z podziwu klient-japiszon. A pracownik "dobija go" informacją, że Credit Agricole codziennie - w ramach prowadzonej loterii - spłaca za klienta jeden kredyt. To wypróbowana metoda tego banku, bo np. klienci, którzy zgodzą się przelewać na konto w Credit Agricole swoje wynagrodzenie, biorą udział w loterii, w której codziennie bank podwaja komuś taki przelew. Japiszon pyta na koniec: "jak on to... zrobił?". I mnie sprowokował.

      "Kredyt Prostoliczony" jest w ofercie Credit Agricole od początku promowania tego banku w Polsce. Ba, był też wcześniej, gdy Credit Agricole nazywał się jeszcze Lukas Bankiem. Recenzowałem nawet tę ofertę, która od obecnej różni się właściwie tylko tym, że wtedy na każdy pożyczony 1000 zł przypadało 10 zł kosztów, a teraz - aż 15 zł. Na pierwszy rzut oka kwota - zarówno ta sprzed podwyżki, jak i obecna - jest niewielka, ale licząc w skali całego roku mamy już nie 15 zł, ale 180 zł kosztów z każdego pożyczonego tysiączka. A więc pożyczasz 1000 zł, a oddajesz prawie 1200 zł.  Nie ma dwóch zdań: to bardzo drogo. Gdybym chciał pożyczyć 4000 zł na dwa lata, to przy "tylko" 15 zł miesięcznie kosztów mamy 1440 zł więcej do oddania - o jedną trzecią więcej, niż bazowa kwota pożyczki, którą też przecież trzeba oddać! Co ciekawe: z tej kwoty tylko część kosztów stanowią "gołe" odsetki (a dokładnie - 765 zł). Do tego bank dorzuca 315 zł prowizji oraz "opłata za ochronę ubezpieczeniową w pakiecie podstawowym", za którą trzeba zapłacić 330 zł. Credit Agricole ukrywa w racie (wynoszącej w naszym przypadku jakieś 220 zł miesięcznie) dodatkowe koszty, bo ustawa antylichwiarska ogranicza oprocentowanie pożyczek i kredytów do 16%. 

      Prawda jest taka, że "Kredyt Prostoliczony" wyglądający na pierwszy rzut oka tani, w rzeczywistości należy do najdroższych kredytów gotówkowych na rynku. Pożyczając 4000 zł na dwa lata można z łatwością znaleźć bank, który zaoferuje oprocentowanie w okolicach 15-17% w skali roku. Oczywiście nie każdy przejdzie przez sito scoringu, ale nie ma dwóch zdań, że w Credit Agricole też nie rozdają pieniędzy każdemu, kto się zgłosi. Przy oprocentowaniu rzędu 15% miesięczna rata za pożyczone 4000 zł wynosi jakieś 195 zł, a łącznie trzeba oddać 4650 zł (przy założeniu, że nie ma prowizji). Koszt kredytu przez dwa lata wynosi więc 650 zł, ponad dwa razy mniej, niż w Creidt Agricole! Tak naprawdę te 15 zł miesięcznych kosztów, które zachwycają w reklamie "Kredyt Prostoliczony", jest równoważnikiem potwornie drogiej pożyczki gotówkowej, z oprocentowaniem rzędu 30% w skali roku. Nie można zarzucić Credit Agricole tylko jednego - braku przejrzystości oferty kredytowej. To cenne, bo dziś chwalą się nią głównie "niedotykalskie" niczym dziewice orleańskie firmy pożyczkowe, które mają na swoich stronach specjalne kalkulatory pozwalające łatwo wyliczyć kwotę do zwrotu. Jak widać w bankach też pożyczki mogą być przejrzyste. Inna sprawa, że przejrzystość tej konkretnej pożyczki jest pokazana w najbardziej przewrotny sposób, jaki można sobie wyobrazić. Gdyby marketingowcy banku byli bardziej perweryjni, mogliby napisać "50 gr. kosztów dziennie za każdy pożyczony 1000 zł". Ale pożyczka od tego wcale nie stałaby się tańsza. A na koniec proponuję rzucić okiem na reklamę Credit Agricole w... Serbii. Nie mają tam Juliette Binoche, ale za to...

      Tak na marginesie z pewnym zatrwożeniem zauważam też, że w branży finansowej zaczyna plenić się inny dość niebezpieczny pomysł - kredyty z niskim oprocentowaniem, ale płatną z góry prowizją. To dokładnie to samo cudo, które promuje Raiffeisen Polbank - płacisz 9% prowizji z góry, a potem już tylko płacisz "gołe" raty. Na oko oczywiście wygląda to na taniochę: w ramach tej oferty masz kredyt 0% z jednocyfrową prowizją, a u konkurencji - najmarniej 15% w skali roku. Prawda jest niestety taka, że kredyt 0% z prowizją płatną z góry kosztuje więcej, niż kredyt na 15% bez prowizji - lepiej płacić wyższe odsetki od coraz mniejszego kapitału do spłaty, niż od razu ponosić koszt kredytu wyliczany dla całości długu. Czysta matematyka. Pomysł zassany z oferty Raiffeisen Polbanku stosują już nawet SKOK-i. Widziałem w jednym z nich ofertę kredytu "tylko" na 5%, ale do tego z prowizją rzędu 9% płatną na starcie od całości zadłużenia. Sam SKOK przyznaje, że pożyczając 1200 zł płaci się na starcie 108 zł prowizji, 40 zł opłaty przygotowawczej i 33 zł odsetek. Łącznie trzeba oddać ponad 1380 zł. Czyli znacznie więcej, niż w zwykłym kredycie na kilkanaście procent. Uważajcie na ten trik!

      SKOK pożyczka na każdą pogodę

      CZARY? TEN BANK JEST Z NAMI SZCZERY DO BÓLU. Niektóre banki to ukrywają, inne żywo zaprzeczają, twierdząc, że pracownicy działają wyłącznie w interesie klientów. Ale w tym banku jest inaczej: kupując np. jednostki funduszy dostajesz do przeczytania oświadczenie, z którego wynika, że powinieneś być wyjątkowo czujny, gdyż... pracownik, który Cię obsługuje, choć ma na twarzy wypisany życzliwy uśmiech, może mieć konflikt interesów i nie zaoferować Ci wcale najlepszego produktu, tylko taki, który pozwoli mu zabłysnąć w banku. O co tutaj chodzi? Zapraszam do lektury wpisu z poniedziałkowego wieczora.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Wyjątkowo "niebezpieczny" kredyt: w reklamach wygląda tak niewinnie, że...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 sierpnia 2013 09:39
  • poniedziałek, 26 sierpnia 2013
    • Rozbrajająca szczerość banku: "kliencie, uważaj, bo mamy konflikt interesów"

      O tym, że część bankowych sprzedawców to zwykli wciskacze kitu było już w tym blogu nie raz i nie dwa. Ale pierwszy raz zdarzyło się - przynajmniej ja wcześniej o czymś takim nie słyszałem - aby bank otwarcie się do tego przyznawał. Jeden z czytelników, pan Łukasz, przekonał się o tym w oddziale banku BZ WBK. "Panie Macieju, wygląda na to że odwalił Pan kawał świetnej roboty. Ludzie zdają już sobie sprawę że banki i zatrudniani przez nich doradcy są przede wszystkim po to, by zarabiać jak największe prowizje. Co więcej, instytucje finansowe już też zdają sobie sprawę że klienci zdają sobie sprawę i już nie próbują tak bardzo ściemniać" - tymi miłymi słowami zaczął list do mnie pan Łukasz. Do placówki BZ WBK zaprowadziła go chęć otwarcia subrejestru w ramach konta IKE, które mój czytelnik założył w formie funduszy inwestycyjnych Arka BZ WBK. "Jestem klientem świadomym w zagadnieniu oszczędzania na emeryturę. Dlatego w tej kwestii nie da się mnie ugrillować, więc nawet ukryte podchody tutaj nie przynoszą żadnych skutków" - odgraża się pan Łukasz. Zupełnie niepotrzebnie, bo BZ WBK żadnych podchodów nie robi, wszystko podaje czarno na białym.

      Razem z plikiem dokumentów potrzebnych do otwarcia subrejestru mój czytelnik otrzymał do podpisania oświadczenie, którego treść spowodowała, że spadły mu kapcie. Dokument jest zatytułowany: "informacja o prowadzonym w Banku Konkursie pt. Wyścig o największy standard". BZ WBK informuje w nim, że do końca sierpnia będzie realizował taki konkurs i że będzie przekazywał pracownikom nagrody pieniężne za wykazanie się wysokim poziomem wiedzy na temat oferowanych przez bank produktów inwestycyjnych oraz za osiągnięcie odpowiedniej sprzedaży tych produktów. Dalej jest lista produktów, z których pracownicy-uczestnicy konkursu będą rozliczani. Bank informuje też klientów, że na ich żądanie może przekazać dodatkowe informacje na temat świadczeń, jakie otrzymują pracownicy biorący udział w konkursie. Najciekawsze jest na końcu, wytłuszczonym drukiem: "W związku z przeprowadzaniem konkursu, który dotyczy wybranych produktów inwestycyjnych będących w ofercie banku (...) może zaistnieć konflikt interesów związany z oferowaniem klientom przez pracowników Banku, uczestniczących w konkursie, w pierwszej kolejności produktów objętych konkursem". Dalej jest już tylko miejsce na oświadczenie klienta, iż otrzymał kwit, zrozumiał go w całej rozciągłości i akceptuje.

      BZ WBK o konflikcie interesówPowiem tak: w pierwszej chwili stwierdziłem, że to bardzo dobrze, że bank informuje klientów o tym jak podstępni i nieobiektywni mogą być jego pracownicy. W zasadzie podobne oświadczenia powinien podsuwać każdy pracownik każdego  banku każdemu klientowi. Bo przecież w każdym banku są jakieś plany sprzedażowe, które powodują, że w danym czasie pracownik - aby uzyskać premię będącą często głównym składnikiem wynagrodzenia - powinien sprzedawać takie produkty, a nie inne. Nie wiem czy istnieją banki, w których nie istnieje żadne zróżnicowanie prowizji od sprzedaży produktów. Wiadomo, że zawsze i wszędzie sprzedawcy w placówce bardziej będzie opłacało się sprzedać klientowi produkt strukturyzowany, plan systematycznego oszczędzania albo fundusz inwestycyjny, niż zwykłą lokatę. Prowizje od produktów inwestycyjnych, zwłaszcza tych długoterminowych ze składką płatną comiesięcznie, są wyższy, niż wynagrodzenie za sprzedaż produktów niskomarżowych. To jasne jak słońce, choć wydaje mi się, że wciąż są wśród Was osoby łudzące się, że bankowcy doradca klienta stoi po stronie tegoż klienta. Uczciwy sprzedawca przeważnie stoi w rozkroku - stara się rozpaczliwie godzić interes banku-pracodawcy i klienta.

      To, że BZ WBK otwartym tekstem przypomina klientom, że jego rozmówca w okienku może nie być obiektywny, powinno być pieszczotą dla naszych oczu. I tak też zrazu pomyślałem. Ale już w drugiej chwili zacząłem mieć wątpliwości. Po co bowiem bank organizuje konkurs dla pracowników, w którym zwycięstwo jest uzależnione od tego w jak głęboki konflikt interesów uda się wpaść danemu pracownikowi? ;-) Czy bank powinien organizować przedsięwzięcia, które powodują jeszcze większy konflikt interesów pracowników? "Zastanawiam się czy ten konkurs nie powoduje pewnego zażenowania wśród sprzedawców? Pan z okienka, który mi przekazał ten dokument, zachowywał się jakby chciał mieć to już za sobą. W trakcie rozmowy ze mną treść informacji określił jako mało istotną (ale jednak musiałem ją podpisać, więc coś istotnego niechybnie tam było) a i też niespecjalnie zależało mu, aby moja kopia znalazła się na kupce papierów, które wezmę ze sobą po odejściu od biurka". Fajnie, że BZ WBK jest fair i informuje, że konflikt interesów pracowników może być do końca sierpnia większy, niż zwykle. Ale gdyby tak spróbował jakoś ten konflikt interesów ograniczyć...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Rozbrajająca szczerość banku: "kliencie, uważaj, bo mamy konflikt interesów"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 sierpnia 2013 19:56
    • Umowa-horror. Nie spłacisz dwóch rat? Bank... sprzeda twoje mieszkanie za bezcen

      Czasami wkurzacie się na mnie, że użalam się nad hipotecznymi "niewolnikami", którzy mają (nie)przyjemność posiadać kredyt we frankach. Że płacą wysokie raty to pikuś, bo wcześniej płacili niskie (przynajmniej ci, którzy zadłużyli się przed 2007-2008 r.). Główny problem polega na tym, że kredyty frankowe z definicji stały się niespłacalne i "nieprzenaszalne" do innego banku, zaś w przypadku kłopotów ze spłatami - przymusowo się je przewalutowuje na złote, sankcjonując tym samym straty kursowe klienta. Banki-kredytodawcy mogą więc stawiać klientom różne żądania, których w normalnych okolicznościach by nie postawili, obawiając się utraty kredytobiorcy. Napisał do mnie pan Janusz, który jest w kleszczach Getin Banku. Od razu muszę dodać, że obecne zachowanie banku mnie nie dziwi, ale nie dziwi mnie też, że klient czuje się niekomfortowo. Bo zapewne wtedy, kiedy udzielano mu kredytu we frankach, nikt w banku nie ostrzegał przed scenariuszem, który teraz bankowcy postanowili z żelazną konsekwencją realizować. Pan Janusz stał się "niewolnikiem" kontraktowym Getin Banku w marcu 2008 r. Wtedy zawarł z Noble Bankiem dwie umowy kredytowe: na 2,18 mln zł. (przy kursie 2,2 zł) oraz kredyt refinansowy o wartości 560.000 zł, zabezpieczony jednostkami funduszu inwestycyjnego FIZ Opera, których łączna wartość na dzień udzielenia kredytu wynosiła ok. 1,1 mln zł.

      Czy da się zakwestionować taki kredyt? Jeśli bank wprowadził w błąd...

      "Od 2009 r., w następstwie kryzysu finansowego warunki spłaty kredytu znacznie się zmieniły. W wyniku osłabienia kursu złotego do franka wysokość rat uległa niemal podwojeniu. Bank, zdając sobie sprawę z praktycznej niemożliwości dotrzymania przeze mnie terminowych spłat poszczególnych rat kredytowych, sukcesywnie proponował różne rozwiązania w formie nowych produktów i umowy były kilkakrotnie aneksowane. Niestety, każdy nowy produkt i związany z nim aneks, był nie tylko próbą pomocy klientowi w obsłudze kredytu, ale de facto wciągał mnie w coraz większą pułapkę kredytową. W efekcie, po ponad pięciu latach od zawarcia umów kredytowych i spłacie w międzyczasie kilkuset tysięcy złotych w formie rat, moje łączne zadłużenie z tytułu umów kredytowych, liczone we frankach, uległo zwiększeniu!" - opowiada klient. Pan Janusz został klasycznie wpuszczony w kilka mini-procentów, czy innych badziewiastych aneksów, którymi Getin Bank w przeszłości nieetycznie "uszczęśliwiał" klientów. Opisywałem w blogu przypadki klientów, którzy się nie dali i utarli bankowi nosa. Bardzo jestem ciekaw czy sytuacja, w której po pięciu latach spłacania rat dług - wyrażony w walucie kredytu - jest wyższy, niż na początku, była przez menedżerów Getin Banku zamierzona, czy wyszło im tak tylko "niechcący".

      "W międzyczasie, również wartość jednostek funduszu FIZ Opera uległa znaczącemu zmniejszeniu, w związku z czym bank zażądał dodatkowego zabezpieczenia kredytu refinansowego. W tym celu moi rodzice udzielili zabezpieczenia swoją nieruchomością komercyjną - lokalem usługowym w Warszawie, o wartości ok 1 mln zł. W wyniku wszystkich wymienionych zdarzeń, dziś moja sytuacja wygląda następująco: mam kredyt hipoteczny w złotych o wartości ok 4,5 mln zł, przy wartości nieruchomości ok 3-3,5 mln zł oraz kredyt refinansowy, którego wartość wynosi w złotówkach ok. 920.000 zł. Bank zaproponował odkupienie nieruchomości komercyjnej moich rodziców, wg dokonanej przez wyznaczonego przez siebie rzeczoznawcę wycenie w wysokości ok. 990.000 zł. Jednocześnie, na prośbę banku, dokonałem sprzedaży jednostek FIZ Opera, za które uzyskałem ok. 208.000 zł (realizując niestety znaczącą, papierową dotychczas stratę). W wyniku operacji kredyt zostanie spłacony całkowicie poprzez wykorzystanie ustanowionych na jego rzecz zabezpieczeń, a po transakcji odkupienia nieruchomości pozostanie wolna kwota ok. 280-290.000 zł".

      Zmusili bank do "odwrócenia" długu w walucie. Co to dla nas znaczy?

      Widać, że pan Janusz musi tańczyć jak mu zagrają. Miał 560.000 zł kredytu refinansowego, zabezpieczonego udziałami w funduszach inwestycyjnych za 1,1 mln zł. Fundusze stopniały do 200.000 zł, więc trzeba było ratować kredyt dodatkowym zabezpieczeniem w postaci nieruchomości rodziców kredytobiorcy. To już wygląda bardzo źle. A jest jeszcze "główny" kredyt hipoteczny (początkowo 2,2 mln zł, dziś 4,5 mln zł), którego wartość jest może nawet o milion złotych wyższa, niż wartość nieruchomości, która ów kredyt zabezpiecza. Z dymem poszły fundusze, z dymem poszedł lokal komercyjny, ale bank nadal jest nienasycony. "Zgodnie z wstępnymi ustaleniami, część kwoty ze sprzedaży lokalu komercyjnego, 280-290.000 zł, miała zostać zwrócona na rachunek mojego ojca, jako dotychczasowego właściciela nieruchomości. Tymczasem Getin Bank zażądał przeznaczenia wyżej wymienionej kwoty na dodatkowe zabezpieczenie (w postaci kaucji) spłat kredytu hipotecznego i uzależnił całą operację od naszej zgody na takie działanie. Uważamy, że jest to próba rozwiązania "siłowego" i wykorzystywanie monopolistycznej pozycji banku w stosunku do klienta. Postraszono mnie, że w przypadku braku zgody, bank wypowie obie umowy kredytowe i dokona przejęcia lokalu usługowego rodziców po znacznie niższej cenie".

      Pan Janusz jest zrozpaczony, ale to, że bank chce zmniejszyć dziurę w zabezpieczeniu kredytu jest poniekąd zrozumiałe. Można byłoby mieć natomiast pretensję, że bank zmienia wcześniejsze obietnice (o ile rzeczywiście rozmowy przebiegały tak, jak zeznaje klient). Znając spryt ludzi w dobrze skrojonych garniturach można byłoby się też zastanawiać, czy owa obietnica nie była celową zagrywką, która miała przyspieszyć pozytywną dla banku decyzję. Ale, szczerze pisząc, w porównaniu z całym dramatem klienta sprawa tych 300.000 zł to tylko "wisienka na torcie". Droga do katastrofy wiodła od błędnej oceny możliwości finansowych przez klienta, po błędną decyzję o zadłużeniu się w tak wielkiej skali we frankach, poprzez pułapki w postaci aneksów i aneksików, aż po ulokowanie oszczędności będących zabezpieczeniem spłaty kredytu w fundusze inwestycyjne, które okazały się nic nie warte. Ale ci, którzy uważają, że bank postępuje dziś wobec klienta zbyt surowo, powinni przeczytać fragment umowy kredytowej, którą podpisał inny mój czytelnik, kredytujący się w Metrobanku, czyli nieistniejącej już odnodze Getin Banku. Fragment ów brzmi następująco: "Kredytobiorca upoważnia Bank do zbycia nieruchomości za cenę nie mniejszą niż 485.000 zł w przypadku upływu terminu wypowiedzenia umowy kredytu i braku spłaty kredytu w terminie czterech miesięcy od dnia postawienia kredytu w stan natychmiastowej wymagalności".

      Banki przeglądają kredyty frankowe. Będą przymusowe przewalutowania?

      Piękne, prawda? To się nazywa mieć przy skroni pistolet. Zwłaszcza, że "Bank może wypowiedzieć Umowę kredytu w przypadku, gdy (...) kredytobiorca zalega w całości lub w części z zapłatą dwóch rat kredytu i pomimo pisemnego wezwania do zapłaty (...) kredytobiorca nie spłaci zaległości w ciągu siedmiu dni od daty otrzymania wezwania". Te 485.000 zł, czyli minimalna kwota, za którą bank może sprzedać nieruchomość klienta, to niewiele, bo na samym początku tej samej umowy kredytowej zobaczyłem kwotę... 670.000 zł. A że mamy do czynienia z kredytem we frankach (marża 1,75%), zawartym w grudniu 2007 r., to należy przypuszczać, że dziś wartość tego kredytu zbliża się do miliona złotych. Krótko pisząc: klient, który podpisał tę umowę, żyje ze świadomością, że jeśli nie spłaci choćby w części dwóch kolejnych rat, a potem nie zdoła oddać w całości kredytu w ciągu siedmiu dni od wystosowanego przez bank wezwania, może stracić mieszkanie - w dodatku bank może je sprzedać za bezcen. Niby wiadomo, że każdy kredyt zabezpieczony hipoteką rodzi ryzyko, że straci się dach nad głową nie oddając pieniędzy w terminie, ale... żeby tak wprost, bez znieczulenia? Bez żadnego sądu, bez nadzoru komornika? Brrr...

      Dla pełnej jasności dodam, że stroną tej zacnej umowy jest obcokrajowiec, więc można się zastanawiać czy tu nie chodzi o to, żeby "w razie czego" nie trzeba było ścigać go po całej Europie. Pewnie żaden inny bank kredytu takiej osobie by nie udzielił, a Metrobank i owszem - z dodatkowymi pomysłami na zabezpieczenie. Do umowy, której fragment możecie "podziwiać" poniżej, jest załączone pełnomocnictwo dla banku, spisane w formie aktu notarialnego i (żeby nie było wątpliwości) również z podaną minimalną ceną sprzedaży mieszkania. Nie wiem o czym myślał klient, podpisując taką umowę (zapewne o krociowych dochodach z najmu ;-)). 

      Metrobank zapis umowy

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (36) Pokaż komentarze do wpisu „Umowa-horror. Nie spłacisz dwóch rat? Bank... sprzeda twoje mieszkanie za bezcen”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 sierpnia 2013 08:12

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line