Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 31 sierpnia 2015
    • Gdy sprzęt się popsuje, a firma cię zlekceważy. Oto nietypowy pomysł na zemstę. Zaboli?

      Najróżniejsze są sposoby klientów, by dokonać krwawej zemsty na firmie, która ich źle obsłużyła lub zlekceważyła. Niektóre przedsiębiorstwa same dostarczają klientom stosownych "narzędzi", uruchamiając profile na portalach społecznościowych, dzięki którym niezadowolony klient może nabluzgać mając pewność, że skieruje cios tam, gdzie będzie bolało. Z pomocą w zemście przyjdą też blogerzy (niektórzy mają zasięg większy niż jakiekolwiek "tradycyjne" medium), a także serwisy typu Wykop. Aby jednak bluzganko nie było całkiem bezproduktywne, można wykorzystać do niego jeden z... serwisów aukcyjnych. Kilka dni temu jeden z użytkowników Allegro "zapuścił" interesującą aukcję zatytułowaną: "Flagowy model LG G4 - aukcja skierowana do firmy LG". Z warunków aukcji wynika, że sprzedający chce otrzymać za najnowszy model smartfona LG astronomiczną kwotę 6299 zł, mniej więcej trzy razy tyle, ile kosztuje nówka-sztuka w salonach. Facet oszalał? Otóż nie do końca.

      Wystawca aukcji od razu na wstępie zaznacza, że jedynym podmiotem zainteresowanym transakcją powinien być koncern LG, który miałby odkupić od klienta wyprodukowany przez siebie sprzęt znacznie drożej od ceny rynkowej ze względu na... wyrzuty sumienia. Ów klient został bowiem odesłany z kwitkiem, gdy złożył reklamację i poprosił o naprawę telefonu.

      "Ta aukcja jest przede wszystkim protestem przeciwko sprzedawcom i usługodawcom, którzy nie poczuwają się do odpowiedzialności za jakość sprzedawanych produktów oraz świadczonych usług w Polsce"

      - czytam w opisie aukcji. A dalej następuje opowieść o tym jak klient - od wielu lat wierny użytkownik telefonów LG - na początku lipca kupił najnowsze cacko tej firmy, zaś po dwóch tygodniach musiał przestać się nim cieszyć. Na ekranie smartfona zaczęły bowiem wykwitać smugi, nieusuwalne przetarcia. Ekran szybko zaczął wyglądać gorzej, niż ten w telefonie, którego pechowy klient używał wcześniej przez dwa lata. W takim przypadku oczywiście niezbędna jest reklamacja. Klient poprosił o wymianę powierzchni ochronnej, całego ekranu bądź wymianę telefonu (o ile naprawa okaże się niemożliwa). Odpowiedź przyszła szybko i była dość zwięzła:

      "Autoryzowane Centrum Serwisowe pragnie poinformować, że odmawia naprawy gwarancyjnej sprzętu zgodnie z punktem 7 karty gwarancyjnej. W reklamowanym telefonie stwierdzono uszkodzenie mechaniczne. Możliwa jest jedynie naprawa odpłatna"

      Klient się wkurzył i skierował swe kroki na facebookowy profil LG, zaśmiecając go prośbami o pomoc. Tam obiecano wsparci duchowe i nie tylko. Klient podał numer IMEI telefonu i grzecznie czekał. Po dwóch tygodniach cierpliwość mu się skończyła i postanowił o sobie przypomnieć, jednak facebookowy administrator konta LG napisał, że wysłali prośbę o wyjaśnienie do serwisu i wciąż czekają, gdyż "jest to proces". Cóż, wklepanie numeru IMEI do komputera nie może trwać tak długo, więc nieszczęsny posiadacz smartfona LG postanowił w niestandardowy sposób "poprosić" firmę o zwrot pieniędzy oraz pokrycie strat moralnych. Mógłby po prostu odesłać telefon z informacją "a teraz go sobie weźcie i oddajcie mi kasę", ale był bardziej sprytny. Zamiast na pocztę poszedł do Allegro.pl i wystawił aukcję z nadzieją, że LG telefon odkupi. Wycena została skalkulowana w taki sposób, że do wartości nowego telefonu (2399 zł) klient dodał cenę czasu, przez który był bez telefonu (700 zł), czasu poświęconego na korespondencję z serwisem, bluzganie na Facebooku oraz wystawienie aukcji (2000 zł - niezłą facet ma wycenę godziny pracy ;-)), a na dokładkę jeszcze dorzucił zadośćuczynienie za irytację zaistniałą sytuacją.

      lgallegro1

      Grubo. Trudno powiedzieć czy to próba przerzucenia na serwis i producenta kosztów własnej bezmyślności klienta (mógł niechcący wyprać telefon, wykąpać się z nim w jacuzzi, albo upiec w piekarniku), czy też rzeczywiście egzemplarz był felerny. Dużo ważniejszy - i chyba decydujący o przebiegu wypadków - był sposób, w jaki firma potraktowała klienta. A potraktowała go jak intruza, którego trzeba spławić minimalnym nakładem sił środków. Jednozdaniowa odpowiedź serwisu (bez żadnego uzasadnienia jaki charakter miało uszkodzenie, skoro nie kwalifikuje się do naprawy gwarancyjnej), potem dwutygodniowe milczenie po interwencji klienta na Facebooku... To właśnie najbardziej wkurza. Jeśli odrzuca się reklamację klienta, to nie wolno odpisywać na modłę "odpieprz się pan i nie marnuj naszego cennego czasu". Gdyby klient dostał rzeczową, solidnie umotywowaną odpowiedź, to zapewne nie zrobiłby kipiszu ani na Facebooku, ani na Allegro, wystawiając zabawną aukcję. A nawet gdyby zrobił, to zostały uznany za świra.

      lgallegro2

      Zachowanie przedstawicieli LG - nieważne, czy zawinione przez procedury producenta, czy przez niegramotność sieci dealerskiej - jest tym bardziej niezrozumiałe, że producenci smartfonów z reguły starają się jak najbardziej przekonać do siebie klientów, by to u nich, a nie np. u operatora telekomunikacyjnego, kupowali telefon. Klient wierny marce kupuje telefon z pominięciem operatora (u niego weźmie tylko kartę SIM), na czym korzysta i on i producent. Słyszałem, że ostatnio Samsung zaczął oferować nabywcom bezpośrednim swojego najnowszego smartfona Galaxy S6... darmowe noclegi w hotelach sieci Novotel. Co prawda darmowy nocleg jest tylko jeden na każdy nowosprzedany telefon i tylko w weekend, w dodatku jest dostępny tylko w niektórych hotelach i do wyczerpania niezbyt wysokiego limitu (załapie się 1000 klientów), ale w sumie to niezły pomysł. Wartość prezentu wynosi najwyżej 5% wartości nowego Samsunga, ale klient dostaje sygnał, że jeśli będzie kupował telefon bezpośrednio, może liczyć na prezenty, których nie dostanie od Plusa, Orange, T-Mobile, ani Play. W LG najwyraźniej są tak urobieni po pachy, że zapomnieli, iż taki "bezpośredni" klient to skarb. Niekoniecznie jego reklamacja musi być uwzględniona, ale traktować go per noga nie warto, bo wtedy już nigdy nie wróci..

      Czytaj też: Wyjątkowo pamiętliwy klient. Przez 10 lat mścił się na swoim banku 

      Czytaj też: Bank nie odpowiedział klientce na reklamację. Jej zemsta była sroga

      Przykład, który dziś opisałem po raz kolejny pokazuje jak kosmiczne odległości pod względem jakości obsługi klienta dzielą nas od cywilizowanego świata. A jak jest tam, gdzie panuje rozwinięta cywilizacja? Jednemu z moich redakcyjnych kolegów jakiś czas temu zepsuł się czytnik Kindle. Po prostu przestał reagować na polecenia. Kolega zadzwonił do producenta i zwierzył się z problemu. Albo nawet napisał reklamację, nieważne. Przez telefon poproszono go o chwilę cierpliwości, a za kwadrans miła pani oddzwoniła z informacją: "Szanowny panie, przepraszamy najmocniej, pański nowy czytnik został właśnie wysłany na adres domowy". Nikt nie dochodził co klient zrobił z czytnikiem, że ten przestał reagować. Nikt nie zastanawiał się czy czytnik wpadł do pralki, czy też użytkownik zapomniał go wyjąć z mikrofalówki. Po prostu doszli do wniosku, że jak sprzęt nie działa, to trzeba szybko wysłać nowy zanim klient się zniechęci i pójdzie do konkurencji. Bo ten klient dzięki temu będzie wierny marce aż do grobowej deski. I nawet jeśli firma teraz trochę dopłaci do interesu, to per saldo i tak dobrze na tym wyjdzie.

      Czytaj też: Bank wpisał go niesłusznie na listę nierzetelnych płatników. Zapragnął zemsty i...

      Czytaj też: Krwawa jatka o 43 zł. Klient wygrał, ale bank kłócił się nawet o 4,08 zł! 

      Drugi przykład: ktoś z mojej rodziny pożyczył dziecku iPada. Dziecko gra w gry online i od czasu do czasu "wyłudza" drobne zakupy w aplikacji, żeby jego armie, miasta i królestwa rozwijały się jak najszybciej. Aplikacje w urządzeniach Apple są chyba domyślnie tak ustawione, że po jednej autoryzacji zakupów jeszcze przez kilkanaście minut można kontynuować zakupy w AppStore bez ponownego wpisywania kodu. No i dziecko, po jednym z takich jednorazowych zakupów, świadomie zasponsorowanych przez opiekuna, zaczęło kupować różne wirtualne przedmioty na własną rękę. Kasę wydało niemałą i wszystko "na legalu". Opiekun bez większej wiary w sukces napisał jednak reklamację do firmy Apple. Gdyby dział reklamacji był w Polsce, to klient pewnie dostałby manto za zawracanie głowy zapracowanym ludziom od reklamacji. Ale w tym przypadku dział reklamacji już po kilku godzinach odpowiedział e-mailowo z Londynu. Miły pan poprosił o potwierdzenie, że to nie był świadomy zakup (mimo, że prawidłowo autoryzowany), a następnie bardzo przeprosił za nerwy i komplikacje oraz zaproponował natychmiastowy zwrot pieniędzy. Poinstruował też jak zmienić ustawienia urządzenia, by w przyszłości podobne przypadki nie były możliwe.

      Wyobrażacie sobie taką sytuację w polskich realiach? Znam człowieka, który jest bohaterem tej historii i widzę, że na widok "jabłka" każdorazowo pada teraz na kolana i odmawia trzy zdrowaśki za Steve'a Jobsa. Ja z kolei nigdy nie lubiłem Apple'a, uważałem że płacenie dwa razy więcej tylko za to, że coś ma wytłoczone jabłko na obudowie, jest idiotyzmem. Abstrahując od kwestii ergonomii i funkcjonalności produktów tej konkretnej firmy (o "wycenie" tych zalet możemy dyskutować), to muszę docenić, że klient w awaryjnej sytuacji został potraktowany nie jak potencjalny złodziej i wyłudzacz, lecz jak ktoś, komu warto zaufać i pokryć jego straty (mimo, że nie chodziło tu o bagatelną kwotę, rzędu 5, czy 50 zł, ale o dużo większe pieniądze). Podejrzewam, że drugą reklamację podobnego typu, złożoną przez tę samą osobę, dział reklamacji by już odrzucił. Sęk w tym, że Polski standard jest inny: najpierw się klienta wali w pysk, a potem się pyta o co chodzi. Chociaż - jak już zaznaczyłem - w opisywanym dziś przypadku problem powstał nawet nie z powodu odrzucenia reklamacji, ale ze sposobu, w jaki firma stara się spłacić klienta.

      JAK ZNALEŹĆ NAJLEPSZY KREDYT HIPOTECZNY: KROK PO KROKU. To temat najnowszego odcinka wideocyklu "Samcik prześwietla". Dowiesz się z niego czy dziś warto brać kredyt hipoteczny, jak sprawdzić czy cię na niego stać oraz na co zwracać uwagę porównując oferty i czy warto korzystać z pośrednika, czy też lepiej szukać samemu. Zapraszam!

      Warto też zerknąć na inne odcinki "Samcik prześwietla". W nich m.in. o tym jak znaleźć najlepszą lokatę bankową, jak zabrać się do inwestowania pieniędzy oraz jak unikać pułapek przy terminalach płatniczych i bankomatach.

      SUBIEKTYWNOŚĆ JEST MULTIMEDIALNA! Blog "Subiektywnie o finansach" ma grubo ponad 200.000 czytelników na www.samcik.blox.pl oraz dziesiątki tysięcy w serwisach społecznościowych. Dołącz do 29.000 fanów blogu na Facebooku, podyskutuj ze mną i z 6.000 followersów na Twitterze, znajdź mnie na Google+, zobacz co wrzuciłem na Instagram). Subiektywność znajdziesz też w YouTube. Tam możesz zobaczyć i polubić wideofelietony i komentarze o twoich pieniądzach oraz zasubskrybować mój kanał. W tym kinie siedzi już 1.300 osób.

      finbloglogoWPADNIJCIE NA SPOTKANIE BLOGERÓW FINANSOWYCH. Wspólnie z Michałem Szafrańskim, prowadzącym blog "Jak oszczędzać pieniądze", Zbyszkiem Papińskim z blogu App Funds, Marcinem Iwuciem ("Finanse bardzo osobiste"), Michałem Pałką (LiveSmarter) oraz przy wsparciu Pawła Cymcyka ("DNA Rynków") organizujemy spotkanie dla czytelników naszych blogów. Jest Was już setki tysięcy, a może i więcej. Być może poza czytaniem naszych tekstów, słuchaniem podcastów, oglądaniem naszych filmów i występów w innych mediach będziecie również chcieli spotkać się z nami osobiście i posłuchać o sposobach na poprawę własnych finansów, oszczędzanie pieniędzy, zwiększanie zarobków i inwestowanie. Szczegóły o spotkaniu FinBlog 2015 i możliwości rezerwacji biletów znajdziecie w blogu Michała oraz na stronie Marcina. W IMIENIU SWOIM I KOLEGÓW OGROMNIE WAS PRZEPRASZAM ZA TECHNICZNE KŁOPOTY PRZY REZERWACJI WEJŚCIÓWEK, KTÓRE MIAŁY MIEJSCE W ZESZŁY CZWARTEK. Wyjaśnienie przyczyn zamieszania znajdziecie w blogu Michała. Głęboko wierzę, że to był ostatni fakap. Aha, cały dochód z biletów przekazujemy na cele charytatywne. Kto nie będzie mógł wpaść osobiście - będzie miał możliwość obejrzeć wystąpienia i dyskusję blogerów w internecie. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy sprzęt się popsuje, a firma cię zlekceważy. Oto nietypowy pomysł na zemstę. Zaboli?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 sierpnia 2015 09:07
  • sobota, 29 sierpnia 2015
    • Dziesięć pomysłów na to, jak nie zbankrutować przy kompletowaniu szkolnej wyprawki

      Ten weekend dla wielu z Was będzie gorący, bo jest ostatnim weekendem szkolnych wakacji. A to oznacza, że kto zawczasu nie zrobił zakupów - tornister, ciuchy i buty, zeszyty, piórniki i przybory - będzie chciał to zrobić teraz. Skądinąd wiem, że w dużych sieciach handlowych ogłoszono stan podwyższonej gotowości, zaś marketingowcy wyciągają ze swoich bunkrów najcięższe działa po to, żebyście dziś i jutro wydali u nich jak najwięcej kasy. Oby nie skończyło się zbyt głębokim wejściem w debet lub koniecznością skorzystania z kredytu gotówkowego. Po wakacjach Wasze budżety są i tak pozbawione wszelkich luzów, więc jeśli wrześniowe wydatki mają się wiązać z zejściem pod kreskę, to tylko na zasadzie "dziś pożyczam, za miesiąc lub dwa oddaję". Fundacja Kronenberga przy Citi Handlowym ostatnio pokazała badania, z których może wynikać, że zdecydowana większość z Was właśnie tak o tym wszystkim myśli.

      citiszkola1citiszkola4citiszkola2citiszkola3

      Jak przeprowadzić akcję "zakup wyprawki szkolnej", żeby się nie doprowadzić do finansowej rozpaczy? Podpowiem Wam jakimi zasadami sam staram sę kierować, choć oczywiście nie jestem ideałem i też nie zawsze mi się udaje. Mam też do "sprzedania" kilka patentów stosowanych przez moich znajomych. Podstawa każdej operacji "szkoła",  więc punkt pierwszy to ustalenie stanu magazynowego. Wbrew pozorom nigdy nie jest tak, że na nowy rok wszystko musi być kupione w sklepie. Za każdym razem przynajmniej połowę zawartości piórnika da się skompletować z zeszłorocznych pozostałości. To samo dotyczy zeszytów. Niestety, często dochodzę do tego wniosku dopiero po wydaniu pieniędzy na komplet nowych zeszytów i przyborów. Nie popełnijcie tego samego błędu. Punkt drugi: rekonesans pola bitwy. Zanim cokolwiek kupię odwiedzam mniej więcej trzy miejsca, które podejrzewam o taniość. Dlatego moje szkolne zakupy przeważnie nie są operacją typu "blitzkrieg", przeprowadzaną na ostatnią chwilę. Zresztą w ogóle unikam kupowania w największym szczycie zakupowym. Zdarzają się co prawda megaokazje wynikające z ogromnego popytu (sklepy mogą sobie pozwolić na niższe marże ze względu na wielokrotnie wyższy obrót), ale częściej tam gdzie jest tlok i podniecenie marketingowcy podwyższają nieco ceny.

      Czytaj też: Mocne postanowienia do tornistra, czyli cztery finansowe tipy

      Punkt trzeci: opracowanie listy potrzeb. Nigdy nie kupuję "na oko" albo "na spontana". Staram się dość dokładnie policzyć ile zeszytów jakiego rodzaju będzie potrzebowało dziecko. Jeśli robię jakąś rezerwę, to nie przekracza ona jednej-dwóch sztuk. Jeśli nie mam listy, to kupuję zawsze za dużo. Dużo za dużo. Punkt czwarty: kupuję w zaprzyjaźnionym sklepiku (bo mogę negocjować ceny) bądź w dużym, ale o charakterze hurtowni (bo ceny teoretycznie najniższe). I raczej w sklepie specjalistycznym, niż w spożywczaku, który przed końcem sierpnia wyodrębnił część "szkolną", żeby sobie dorobić (tam zwykle jest dość drogo). Punkt piąty: kupuję wszystko za jednym razem, bo tylko duży zakup pozwala marzyć o jakichś rabatach (przynajmniej w małym sklepie). Mam znajomych, którzy tworzą wręcz "konsorcja zakupowe" i przychodzą do sklepu razem. Mając "potencjał" o wartości np. 500-600 zł niejednego sprzedawcę można nieco zmiękczyć. Punkt szósty: unikam kupowania wyłącznie tego, co ma na okładce bohaterów kreskówek. Nie da się ich uniknąć 100%, bo inaczej dziecko doznałoby w szkole regularnego wykluczenia społecznego :-), ale o ile w przypadku tornistra, czy piórnika trudniej mi uniknąć zakupu sprzętu z bohaterami seriali rysunkowych (choć od dłuższego czasu prowadzę w domu akcję edukacyjną mającą na celu znieczulenie gnomów na inwazję marketingową najbardziej niebezpiecznych marek), o tyle w przypadku zeszytów idę "po taniości" i nie płacę za okładkę.

      Czytaj też: W tym banku nawet przedszkolak może mieć kartę płatniczą

      Zerknij również: Szczyt oszczędności? Dać dziecku... prywatną emeryturę 

      Punkt siódmy: sprawdzam swój bank. Nie, nie po to, żeby wziąć tam kredyt na wyprawkę, ale po to, żeby ustalić czy za płacenie kartą nie będę miał gdzieś dużego rabatu. Banki w większości mają swoje programy rabatowe i za zakup w określonej sieci przyznają zniżki. Jeśli taka zniżka wynosi 10% to jeszcze zapala mi się Punkt ósmy: sprawdzam opcję "wymienić punkty za zakupy". Szkolne wydatki to ten moment, w którym warto wyciągnąć z rękawa jokera w postaci punktów zebranych przez cały rok w jakimś programie lojalnościowym. Mam znajomych, którzy po zakupach paliwa w wybranej sieci zebrali przez rok tyle punktów, że potem zaoszczędzili 40 zł na zakupach szkolnych. Jeśli zbierasz jakieś punkty, to sprawdź czy da się je wymienić na "szkolne" nagrody. Punkt dziewiąty: przygotowanie artyleryjskie do zakupu podręczników. Zeszyty i przybory to jedno, a podręczniki to drugie. Część z Was dostanie darmowe podręczniki od rządu, ale pozostali są skazani na wydanie fury kasy, częściowo bez sensu. Wydawnictwa żyjące ze sprzedaży podręczników to goście spod ciemnej gwiazdy - w zeszłym roku moje dziecko miało w ramach jednego przedmiotu podręcznik i trzy zeszyty ćwiczeń. Używało jednego. Dlatego warto - wspólnie z innymi rodzicami - poprosić nauczycieli, żeby powiedzieli szczerze: które książki będą potrzebne często, które czasami (można skserować, zeskanować, pożyczyć od starszych roczników), a które w ogóle. Punkt dziesiąty: wyznacz sobie ile kasy możesz lub chcesz wydać na szkolne potrzeby dzieci i staraj się nie przekroczyć limitów. Tylko tyle i aż tyle. Miłych zakupów ;-)

      O SZKOLNEJ WYPRAWCE PRZY ŚNIADANIU. O kosztach szkolnej wyprawki, czyli jednym z najważniejszych wydatków w roku dla każdego "dzieciatego" Polaka, mówiłem w studio wakacyjnego wydania programu "Pytanie na śniadanie". Zapraszam do obejrzenia ;-)

      pnswyprawka3pnspytaniesniadanie2

      Jak inwestować i pomnażaćZACZNIJ OSZCZĘDZAĆ RAZEM ZE MNĄ! Chcesz posiąść lub rozszerzyć wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń? Przeczytaj poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupisz na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możesz się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie ci rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały przez palce. Książkę kupisz na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku.  

      OBEJRZYJ CYKL WIDEO "FINANSOWE ABSURDY". Jak uprzykrzyć życie klientowi-frankowiczowi, który chce walczyć w sądzie o przewalutowanie pożyczki? Jest kilka sposobów. O tym mówiłem w kolejnym wideofelietonie z cyklu "Finansowe absurdy" 

      OBEJRZYJ CYKL WIDEO "SAMCIK PRZEŚWIETLA". Jak nie dać się latem naciągnąć na dodatkowe prowizje i spready? O tym mówiłem na nadwiślańskiej plaży w ostatnim odcinku wideoporadnika "Samcik prześwietla". Obejrzyjcie!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Dziesięć pomysłów na to, jak nie zbankrutować przy kompletowaniu szkolnej wyprawki”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 29 sierpnia 2015 10:51
  • piątek, 28 sierpnia 2015
    • Gdy bank wprowadzi opłaty za konto, a po kilku latach przyjdzie po kasę. Czy można nie płacić?

      To dość często spotykany w naszych relacjach z bankami problem. Kiedyś założyliśmy jakieś konto, ale o nim zapomnieliśmy. Po wielu latach przypomina nam o jego istnieniu bank i to w bardzo bolesny sposób - przesyłając pismo o zadłużeniu np. w wysokości kilkuset złotych. Oczywiście mamy za złe i pienimy się gęsto, ale w banku mówią, że wszystko jest lege artis, bo pięć lat temu wprowadzili jakąś opłatę za coś-tam i powiesili stosowny komunikat na stronie internetowej oraz w serwisie transakcyjnym. Albo wysłali list zwykły na ostatni adres zameldowania klienta. Albo wysłali mu SMS-a na numer telefonu, którego kiedyś używał. Co prawda nie ma żadnej pewności, że klient tę wiadomość odczytał, ale przecież oni są czyści, bo ją wysłali. Nie zalałaby Was krew, gdyby bank Was tak potraktował? W dokładnie takiej sytuacji znalazł się mój czytelnik, pan Sebastian. Dawno, dawno temu otworzył konto w Allianz Banku, ale go nie używał. Potem konto przejął Getin Bank (odkupił portfel klientów od Allianza), a klient nadal niespecjalnie się z kontem integrował. Otrzymywał tylko comiesięczne wyciągi z informacją o groszowym saldzie.

      Czytaj też: Gdy bank przypomni sobie o kliencie-studencie. Lata po studiach

      Aż tu nagle okazało się, że konto jest mocno zadłużone i to do tego stopnia, że jest na nim zajęcie komornicze. Bank uznał, że to nie on jest winny zadłużeniu w wysokości 360 zł, więc klient - jeśli chce "wyczyścić" sobie kartotekę - musi zapłacić. Pan Sebastian się zapienił i wysłał do mnie list z prośbą o pomoc. Poprosiłem bank o wyjaśnienia i poinformowałem, że według moich wiadomości bank powinien wylegitymować się skutecznym poinformowaniem klienta o wprowadzeniu prowizji. Bank przekopał dokumentację i napisał mi, że w maju 2012 r. poinformował klienta o wprowadzeniu opłaty w wysokości 9,99 zł miesięcznie, gdyby wpływy na konto nie przekraczały 750 zł lub obroty bezgotówkowe nie przekroczyły 400 zł. Wysyłka miała nastąpić na adres korespondencyjny, a klient nie złożył sprzeciwu. Ponieważ bank zgodził się anulować klientowi całe zadłużenie i pozwolić mu zamknąć konto bez opłat, nie drążyłem już jak wyglądała procedura poinformowania klienta o podwyżkach i czy był to list zwykły (co bardziej prawdopodobne), czy polecony. Grunt, że bank w końcu odpuścił.

      Czytaj też: Wrócił do banku po kilku latach od zamknięcia konta. Aż tu nagle...

      Zapytałem mec. Bartosza Wójcika, prawnika specjalizującego się m.in. w tematyce finansowej, czy w sytuacji, w której bank nie wysłał do klienta listu poleconego z potwierdzeniem odbioru, ani nie poinformował go w osobistej rozmowie (za pośrednictwem pracownika i ze sporządzeniem podpisanej przez klienta notatki), ani nie ma zapisu rozmowy telefonicznej z klientem, bank ma prawo naliczać jakiekolwiek opłaty. Mec. Wójcik zacytował mi i zinterpretował zapisy Kodeksu cywilnego, które wypowiadają się w tej właśnie palącej kwestii i to dość jednoznacznie:

      "Jeśli klient fizycznie nie otrzyma zmienionego tekstu wzorca umownego zawierającego taryfę lub cennik (dokumentu w formie papierowej lub elektronicznej), będą go wiązały stawki ustalone we wzorcu, który przekazany mu został przy zawarciu umowy. Przedsiębiorca nie może bowiem zwolnić się z obowiązku skutecznego doręczenia konsumentowi zmienionego wzorca umownego, poprzestając na wyłożeniu nowego wzorca w miejscu powszechnie dostępnym, bądź to na wysłaniu go konsumentowi listem zwykłym. Wynika to z art. 3841 Kodeksu cywilnego, zgodnie z którym wzorzec wydany przez przedsiębiorcę w czasie trwania umowy wiąże drugą stronę jedynie wówczas, gdy został jej doręczony, a druga strona nie skorzystała z prawa wypowiedzenia umowy. Za doręczone można uznać tylko takie oświadczenie woli, które doszło do adresata w sposób umożliwiający zapoznanie się z treścią oświadczenia (art. 61 Kodeksu cywilnego)"

      Przepisy te wydają się być jasne i nie budzące wątpliwości, ale banki, ze względów czysto finansowych, nagminnie „zapominają" o ich stosowaniu. A żeby wszystko było weselej, „przemycają" nieraz do umów z klientami paragrafy, które przewidują mniej restrykcyjne postanowienia dotyczące informowania klientów o zmianach w taryfach prowizji.

      "Częstą praktyką stosowaną przez banki jest zastępowanie obowiązku doręczenia tzw. „łatwą dostępnością do wzorca". Polega ona na tym, że banki uznają za wiążące klientów te taryfy opłat i prowizji, które zostały wywieszone w banku, umieszczone na stronie internetowej, serwisie bankowości elektronicznej, czy o których poinformowano klienta, nie wręczywszy mu jednak tekstu ze zmianami. Ale sama możliwość zasięgnięcia przez konsumenta informacji o treści nowego wzorca, czy choćby sam fakt ustnego poinformowania konsumenta o zmianie wzorca umownego, nie mogą być wystarczające, by przyjąć, że doszło do zmiany tego wzorca ze skutkiem wobec konsumenta. Takie stanowisko przyjął Sąd Najwyższy w wyroku z 17 lutego 2005 r. (I CK 509/04)".

      - pisze mec. Wójcik. Inne zapisy w umowach z bankiem, np. takie, z których wynika, że zamiast doręczenia nowej taryfy bank może powiesić informacje o zmianach na swojej stronie internetowej, nie są dla klienta wiążące. Mec. Wójcik przypomina, że powiedział tak Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w wyroku z 5 czerwca 2003 r. (sygn. akt XVII Amc 39/02), uznając za niedozwoloną następującą klauzulę umowną „Bank będzie informował posiadacza rachunku o zmianach w cenniku usług. Stawki prowizji i opłat podawane są do wiadomości w oddziałach Banku lub za pośrednictwem usługi telefonicznej".

      Czytaj też: Bank informuje o zmianach prowizji. Pomożecie mi przeczytać?

      Ale są banki stosujące inny manewr - doręczają informacje o zmianach taryf poprzez wysłanie klientom listu zwykłego na adres zgłoszony w umowie jako miejsce zamieszkania lub zameldowania klienta. I twierdzą, że skoro klient taki właśnie adres do korespondencji podał, to powinien był list odebrać. Co ciekawe, samo w sobie takie podejście jest zgodne z prawem. Zapis w umowie, informujący o takim sposobie "doręczenia" przesyłki, nie oznacza przecież, że przedsiębiorca zwolnił się z obowiązku wręczenia nowej taryfy opłat w sposób, który umożliwi klientowi zapoznanie się z nim. Tyle, że bank musi jeszcze udowodnić, że tki list zwykły dotarł do celu. A to nie jest już wcale takie proste.

      "To na banku będzie spoczywał ciężar wykazania, że klient przesyłkę otrzymał (mówi o tym wyrok Sądu Apelacyjnego w Szczecinie z 19 marca 2014 r., akta I ACa 850/13). W przypadku korespondencji wysyłanej listem zwykłym, udowodnienie doręczenia przesyłki jest praktycznie niemożliwe. Czyli, podobnie, jak w poprzednim przykładzie - klient pozostaje związany poprzednimi stawkami, ustalonymi w skutecznie wręczonym mu dokumencie taryfy"

      - pisze prawnik. A jeśli bank napisze w umowie, że strony zgadzają, by uznać, że klient otrzymał tekst nowej taryfy opłat po upływie określonego czasu od daty wysłania listu zwykłego? Zdaniem mec. Wójcika takie postanowienie też zostało zakwestionowane przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. A konkretnie sąd zmiażdżył zapis znajdujący się w umowie podsuwanej klientom przez SKOK Stefczyka: "Korespondencję, która jest przesyłana listem zwykłym na adres wskazany przez Posiadacza IKS, uważa się za doręczoną po upływie 30 dnia od dnia wysyłki" (wyrok z 24 kwietnia 2012 r., sygn. akt XVII Amc 1568/11) oraz "Korespondencję wysłaną listem zwykłym uznaje się za doręczoną najpóźniej szóstego dnia roboczego liczonego od daty jej nadania w urzędzie pocztowym" (wyrok z 14 stycznia 2010 r., sygn. akt XVII AmC 471/09).

      A co z e-mailem? Dziś korespondencja papierowa często jest zastępowana przez wysyłanie e-maila pod wskazany adres skrzynki poczty elektronicznej. Wysyłając taką pocztę można nawet poprosić o elektroniczne potwierdzenie odbioru. Ba, nawet Poczta Polska zaczęła ostatnio wprowadzać usługi pt. "elektroniczny list polecony". Zasada jest taka, że każde tzw. oświadczenie woli (jest nim także wypowiedzenie warunków umowy, np. zmiana taryfy) powinno być doręczone w taki sposób, aby jego adresat mógł bez przeszkód zapoznać się z jego treścią. Wyrażenie przez klienta banku zgody na otrzymywanie oświadczeń drogą e-mailową i podanie adresu e-mail, na który będą one wysyłane, może być też traktowane przez bank jako zgoda na zastąpienie papierowej korespondencji e-mailową. I może to działać tak, że wysłanie e-maila bank potraktuje jak dostarczenie wiadomości o np. zmianie taryfy pod jego adres zamieszkania. 

      "Nie spotkałem się z tym, aby UOKiK , SOKiK, czy też inny sąd (w ramach indywidualnej kontroli wzorca) zakwestionował taki model komunikacji. Ale warunkiem skuteczności takiego doręczenia jest uprzednie udzielenie na to wyraźniej i pisemnej zgody przez klienta i wskazanie adresu e-mail. Uważam, że uzgodnienie takie nie może być "przemycone" w obszernym wzorcu (regulaminie), lecz powinno być wyraźnie wyeksponowane - np. w formie osobnego oświadczenia (z punktu widzenia banku najlepiej by określić to mianem wniosku), które klient podpisuje (inaczej "zderzymy się" z regulacją z art. 385 kodeksu cywilnego, który mówi o braku związania wzorcem w sytuacji, gdy jest on niekorzystny, a nie był indywidualnie uzgodniony)".

      - mówi mec. Wójcik. Bank musi też dysponować dowodem doręczenia maila (inaczej będzie skazany na przegraną w razie wątpliwości). Poza tym e-mail z wypowiedzeniem warunków umowy (np. nowa taryfa) musi być czytelny i wyraźnie oznaczony jako "wypowiedzenie"; tak, aby klient  potraktował go jak spam. A więc, przy spełnieniu pewnych warunków, wypowiedzenie warunków umowy z bankiem jest dopuszczalne. Nie trzeba uszczęśliwiać np. zagorzałego ekologa, który ma awersję do drukowania papieru i upierać się, że tradycyjna forma papierowa zapewni lepszą ochronę jego praw. Korespondencja elektroniczna funkcjonuje zresztą już od dawna w odniesieniu do wyciągów bankowych (choć tu sytuacja jest inna, bo nie są one oświadczeniami woli). Według mec. Wójcika za niedozwoloną uznana byłaby natomiast klauzula, że "korespondencję wysłaną na adres mailowy...uznaje się za doręczoną" (tzw. fikcja doręczenia), gdyż ciężar udowodnienia, że adresat zapoznał się z treścią oświadczenia zawsze będzie spoczywał na banku. I tym dowodem musi być potwierdzenie, że poczta doszła na właściwy adres e-mail i została przeczytana. 

      Sprawa jest więc jasna: najczęściej zmiany taryf prowizji dzieją się na niekorzyść klienta, więc bank powinien szczególnie starannie podchodzić do kwestii informowania klientów o podwyżkach i doręczania im nowych taryf. Tylko wtedy, gdy bank umożliwi klientom zapoznanie się z nowymi taryfami i zagwarantuje im możliwość wypowiedzenia umowy, zanim zacznie ona obowiązywać w nowej formie, może wyciskać z klientów ewentualne opłaty za nieużywanie konta, nie zapewnienie wpływów miesięcznych, albo niewystarczająco częste używanie karty.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy bank wprowadzi opłaty za konto, a po kilku latach przyjdzie po kasę. Czy można nie płacić?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 28 sierpnia 2015 09:52
  • czwartek, 27 sierpnia 2015
    • Ten bank ma swojego klienta za... niezbyt rozgarniętego? "Składka? Ale jaka składka?"

      Ubezpieczenie niskiego wkładu własnego to wyrzut sumienia polskiej branży bankowej. Bywa to-to kwestionowane w sądach jako produkt jedynie trochę podobny do ubezpieczenia - przynajmniej z punktu widzenia klienta. No bo tak: klient płaci składkę, ochrona ubezpieczeniowa przysługuje bankowi, zaś ubezpieczyciel ma prawo żądać pokrycia ewentualnych strat od klienta. Opisywałem już w blogu takie przypadki: klient przestał płacić raty kredytu, bank wypowiadał umowę, zajmował nieruchomość, pozostałą część kredytu (przekraczającą wartość nieruchomości) pobierał od firmy ubezpieczeniowej, a ta przychodziła do klienta, żeby oddał jej kasę. Modelowy przykład czegoś, za co klient płaci, a co nie daje mu żadnych praw. Wydaje się, że banki nawet nie wpadły na to, że ubezpieczenie niskiego wkładu może być ocenione jako kant, bo gdyby wpadły, to w ogóle by czegoś takiego nie oferowały klientom, tylko zastąpiły składkę ubezpieczeniową czymkolwiek innym - ot, choćby prowizją za podwyższone ryzyko. A co bank by sobie z taką prowizją później robił to już jest jego sprawa - mógłby za nią kupić polisę, w której ubezpieczyłby się od ryzyka nie spłacenia jakiejś części kredytów, a klient nie miałby z tym już nic wspólnego. Znam banki, które tak właśnie rozwiązały problem niskiego wkładu własnego u swoich klientów.

      Czytaj też: Niewiarygodne! Bank przegrał proces i... nie chce wykonać wyroku!

      Najśmieszniej jest wtedy, kiedy bank i klient nie mogą się nawet porozumie czym jest to, za co klient płaci jako "cenę" niskiego wkładu własnego. W tak idiotycznej sytuacji znalazł się mój czytelnik, pan Przemysław. Ma on kredyt hipoteczny w Banku Pekao, obciążony dodatkową kwotą za niski wkład własny. Na fali wpisania ubezpieczenia niskiego wkładu na listę klauzul niedozwolonych przez UOKiK i korzystnych dla klientów wyroków sądów w sprawie zwrotu składek z tytułu tego ubezpieczenia pan Przemysław napisał do banku prośbę, żeby oddać mu nienależnie pobraną kwotę. Pan Przemysław nie jest pieniaczem, więc alternatywnie poprosił bank o cesję praw z umowy ubezpieczenia na niego. Wówczas sprawa byłaby czysta - klient nie opłacałby umowy, której nie jest stroną, a co więcej, nie jest jej beneficjentem, a wręcz obrywać może odpowiedzialnością regresową. Bank odrzucił tę prośbę tłumacząc, że to, co płaci klient, nie jest żadną składką, tylko "kosztem podwyższonego ryzyka". Bank powołał się przy tym na jeden z paragrafów umowy kredytowej, który tak właśnie interpretuje obciążenie ponoszone przez klienta: jako "opłatę za podwyższone ryzyko banku z tytułu brakującego wkładu własnego - 3100 zł".

      pekao1

      I na tym właściwie sprawa powinna się kończyć - klient opłaca prowizję lub opłatę za podwyższone ryzyko, mylnie interpretując ją jako składkę ubezpieczeniową. Kłopot w tym, iż są przesłanki świadczące o tym, że... to jednak jest ubezpieczenie. W tej samej umowie kredytowej pojawia się zapis, że kredyt zostanie wypłacony po spełnieniu kilku warunków, wśród których jest... "ubezpieczenie niskiego wkładu własnego w Allianz TU w kwocie 44.099 zł". W kolejnym paragrafie umowy wypłatę pierwszej transzy kredytu uzależnia się od "uiszczenia przez kredytobiorcę opłaty składki ubezpieczeniowej związanej z ubezpieczeniem niskiego wkładu własnego w wysokości 3096 zł".

       pekao2

      Dziwne, prawda? Bank twierdzi, że to, co płaci klient, nie jest żadnym ubezpieczeniem niskiego wkładu i pokazuje jeden z punktów umowy, a tymczasem w kolejnych punktach tej samej umowy mówi się o zapłacie składki ubezpieczenia jako warunku wypłacenia pieniędzy. A klient - i to całkiem słusznie - uważa, że jest robiony w bambuko.

      "Czy naprawdę w tym kraju banki mogą robić sobie ze zwykłych ludzi żarty i mieć ich bezkarnie za idiotów? Pisać, że dana opłata nie ma nic wspólnego z ubezpieczeniem, choć są dowody świadczące o tym, że jednak jest to ubezpieczenie? Czekam już ponad pół roku na odpowiedź na moje pismo, w którym neguję te zwyczajnie śmieszne argumenty banku... Ile jeszcze przyjdzie mi czekać, gdy pisma i telefony nie pomagają? Wiem, że wielokrotnie pomagał Pan różnym osobom w ich sporach z bankami i dlatego chciałbym bardzo uprzejmie prosić o pomoc w mojej sprawie. Nie chodzi mi już nawet do końca o pieniądze, ale nie chcę żeby ktoś (kto zarabia na mnie ogromne pieniądze) robił sobie ze mnie żarty i zmuszał do płacenia bezprawnych kosztów umów, których nawet nie jestem stroną..."

      Co jeszcze ciekawsze, jestem w posiadaniu kopii zapisów umowy generalnej, którą bank zawarł z towarzystwem ubezpieczeniowym Allianz, której przedmiotem są kredyty klientów, a nie ryzyko banku wynikające z niskiego wkładu własnego w niektórych kredytach. Wynika z tego, że bank w prosty sposób przenosi na klienta składkę ubezpieczeniową, która wiąże się z ubezpieczeniem tego konkretnego kredytu w firmie Allianz.

       pekao3

      Wmawianie klientowi, że nie płaci żadnego ubezpieczenia, tylko opłatę za ryzyko, wydaje się posunięciem dość... hmmm... ekstrawaganckim. Mam nadzieję, że po opisaniu tej sprawy w Banku Pekao pójdą po rozum do głowy i szybko się z panem Przemysławem - oraz innymi klientami, będącymi w identycznej sytuacji - dogadają. Mam niejasne przeczucie, że gdyby sprawa trafiła do sądu, klient wygrałby ją w pięć minut. A wtedy wstyd dla banku będzie duży. Będę przyglądał się tej sprawie i ją relacjonował. Pana Przemysława proszę, żeby przypomniał się Bankowi Pekao.

      finbloglogoWPADNIJCIE NA SPOTKANIE BLOGERÓW FINANSOWYCH. Wspólnie z Michałem Szafrańskim, prowadzącym blog "Jak oszczędzać pieniądze", Zbyszkiem Papińskim z blogu App Funds, Marcinem Iwuciem ("Finanse bardzo osobiste"), Michałem Pałką (LiveSmarter) oraz przy wsparciu Pawła Cymcyka ("DNA Rynków") organizujemy spotkanie dla czytelników naszych blogów. Jest Was już setki tysięcy, a może i więcej. Być może poza czytaniem naszych tekstów, słuchaniem podcastów, oglądaniem naszych filmów i występów w innych mediach będziecie również chcieli spotkać się z nami osobiście i posłuchać o sposobach na poprawę własnych finansów, oszczędzanie pieniędzy, zwiększanie zarobków i inwestowanie. Szczegóły o spotkaniu FinBlog 2015 znajdziecie w blogu Michała oraz na stronie Marcina. Spotkanie jest biletowane, ale cały dochód przekazujemy na cele charytatywne. Kto nie będzie mógł wpaść osobiście - będzie mógł obejrzeć wystąpienia i dyskusję blogerów w internecie. Sprzedaż pierwszej puli 100 biletów ruszy w czwartek 27 sierpnia o godzinie 12:00. Równo tydzień później, czyli w czwartek 3 września o 12:00, udostępnimy drugą i ostatnią pulę 100 biletów. Stroną, na której można będziecie mogli dokonać zakupu wejściówki, jest FinBlog2015.evenea.pl

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (35) Pokaż komentarze do wpisu „Ten bank ma swojego klienta za... niezbyt rozgarniętego? "Składka? Ale jaka składka?"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 sierpnia 2015 08:00
  • środa, 26 sierpnia 2015
    • Wielka draka w chińskiej dzielnicy. Czy powinniśmy zacząć się bać o nasze pieniądze?

      Od początku tygodnia wszyscy mówią o Chińczyku i straszą wielkim kryzysem światowym, który za jego sprawą może nadciągnąć nad nasze głowy. Załamanie indeksów giełdowych w Szanghaju - rzeczywiście niemałe, bo o 15% w ciągu dwóch dni - spowodowało na świecie większą panikę, niż wiadomość o zakończeniu serialu ""Dynastia". Odczuli ją także konsumenci w Polsce. Najbardziej ci, którzy nabyli udziały w polskich spółkach giełdowych (czy to pośrednio, poprzez fundusze inwestycyjne, czy też bezpośrednio, lokując oszczędności na giełdzie), a także ci, którzy co prawda trzymają oszczędności tylko w banku, ale czasem lubią sobie kupić coś zagranicznego (euro podskoczyło do 4,25 zł). Czy rzeczywiście zbliżamy się do finansowej katastrofy światowej i powinniśmy trzymać się za portfele, czekając aż zje nas chiński smok? Przeanalizujmy sprawy na spokojnie. Na spokojniej, niż inwestorzy na giełdzie w Szanghaju:

      chinyindeks_giedowy

      KIM JEST PACJENT I NA CO CHORUJE? Chociaż przeciętny Chińczyk jest znacznie biedniejszy, niż przeciętny Polak, to gospodarka chińska jest dziś drugą największą na świecie (lub trzecią jeśli Unię Europejską potraktujemy jako jeden organizm). PKB tego kraju (czyli wartość wszystkich wytworzonych w ciągu roku dóbr i usług) wynosi jakieś 9,2 biliona dolarów (dla porównania: gospodarka USA jest "warta" 15,7 biliona dolarów, rosyjska - 2 biliony, a polska - pół biliona dolarów). Mówimy więc o dużym misiu, który do tej pory szybko rósł i obrastał w tłuszczyk (PKB rósł po 10% rocznie i więcej). A dlaczego rósł? Ponieważ w Chinach była tania siła robocza, to cały świat produkował tam rzeczy, które potem kupowali Europejczycy i Amerykanie. Do produkcji potrzeba dużo energii (rosło "spożycie" prądu i ropy naftowej), a zarobione za granicą pieniądze Chińczyk inwestował w nieruchomości. Kłopot w tym, że świat się zmienia, a Chińczyk nie produkuje już najtaniej. A więc fabryki światowych koncernów się już do niego nie przenoszą, co oznacza wolniejszy wzrost gospodarczy (PKB w tym roku wzrośnie najwyżej o 7%). Wolniejszy wzrost gospodarczy Chin to mniejszy popyt na surowce energetyczne (ropa, gaz, węgiel, energia) oraz na wszystko, co Chińczyk do tej pory kupował na Zachodzie, by umilić sobie przerwy między dniówkami przy taśmie montażowej.

      CZY NA TĘ CHOROBĘ JEST LEKARSTWO? Chińczyk żył do tej pory z handlu zagranicznego, ale wygląda na to, że dłużej już tak chinywiatPKBnie pociągnie, bo kończy się bonus w postaci najtańszej siły roboczej. A innego bonusu nie ma (my też mamy ten kłopot, stąd całe gadanie o wspieraniu innowacyjności w gospodarce). Jakie są opcje ratunkowe? Można sztucznie obniżać wartość swojej waluty (stąd dewaluacja juana o 3% wobec dolara, zaserwowana ostatnio przez chiński rząd), ale to się może spotkać z retorsjami na świecie (inne kraje też mogę dewaluować swoje waluty). A takiej "wojny walutowej" Chiny raczej nie wygrają, bo wcześniej zostanie zniszczona wiarygodność ich pieniądza, niż dolara, czy euro. Dewaluacją więc nie powalczą (chyba, że w porozumieniu z innymi krajami, które nie chcą upadku Chin). Można nakręcać popyt wewnętrzny poprzez wydatki budżetowe. Ale tego jokera Chiny już w dużej części wykorzystały - są zadłużone na 280% swojego PKB, czyli na 25 bilionów dolarów (zadłużenie całego świata to 200 bilionów). Chińczycy mają - o czym ciekawie pisze w swoim blogu mój kolega z "Wyborczej" Marcin Kaczmarczyk - znacznie więcej długów, niż Grecja ;-), nie mówiąc już o Polsce, która ma dług publiczny w granicach 60% PKB. Co więcej, od 2007 r. dług Chin wzrósł... czterokrotnie. Więcej o tym w wykresie, który ukradłem z raportu McKinseya. Im więcej długu, tym większe odsetki trzeba płacić, więc Chińczycy muszą uważać Można wreszcie obniżyć stopy procentowe i tym samym pobudzić kredyt (stopa procentowa banku centralnego wynosi teraz niecałe 5% i we wtorek została obniżona o ćwierć punktu), ale wpływ stóp procentowych na rozwój gospodarek jest coraz mniejszy. Wygląda na to, że choroba pt. "zmniejszanie tempa wzrostu gospodarki Chin" jest nieuleczalna. Rezerwy proste się skończyły. Co teraz będzie? Mój kolega z "Wyborczej", Wojtek Matusiak zebrał opinie analityków.

      china_debt

      CZY TA CHOROBA JEST ZARAŹLIWA? Chińczycy zużyli już wszystkie dopalacze i muszą zejść na niższy pułap lotu. A świat musi to odchorować. To tak, jakbyście mieli czterech zamawiających wasze uslugi, a jeden z nich nagle by się wykruszył. Trzeba zacisnąć pasa. Chińczyk nie kupi już tyle surowców, więc państwa "surowcowe" dostaną po kieszeni i będą musiały się reformować, żeby odrobić te straty. Czy nas to dotyczy? Tylko pośrednio - potanieje polski węgiel, ale z drugiej strony zmniejszą się koszty paliwa w polskich firmach. Te, które produkują podzespoły do fabryk w Niemczech, wysyłających z kolei produkcję do Chin, być może będą chiny_zaduenie_wiatamiały mniej pracy. W skali globalnej Europa będzie wolniej wychodzić z recesji, a posiadacze kredytów będą dłużej cieszyli się niskimi stopami procentowymi. Żadnej katastrofy nie będzie, o ile Chińczycy nie zrobią nic głupiego (np. nie pójdą na wojnę walutową, która może zdestabilizować rynki i podważyć zaufanie do papierowego pieniądza - to mogłoby przynieść krach gospodarki) lub nie stracą kontroli nad sytuacją (np. doprowadzą budżetu do takiej sytuacji, jak Grecy - nikt im nie chciał pożyczać, a kasy nie starczało nawet na pensje dla pracowników budżetówki). Kłopot będzie też wtedy, gdy któreś z krajów "surowcowych" przekręcą się z powodu Chin (pierwszym kandydatem jest Rosja, gdzie rządzi emerytowany KGB-ista, który ostatnio wyczytał u Marksa i Engelsa że trzeba walczyć z imperialistyczną żywnością ;-)). To trzy najbardziej pesymistyczne scenariusze. Najbardziej prawdopodobny, optymistyczny, jest taki, że Chińczycy spróbują powalczyć o miękkie lądowanie. Chiński bank centralny ma 4 biliony dolarów rezerw walutowych, więc może uspokajać sytuację na rynkach i w tym czasie łatać dziury w gospodarce, żeby się nie załamała, a tylko łagodnie obniżyła loty. Ale to będzie możliwe o ile sytuacja gospodarki chińskiej nie jest zbytnio gorsza od tej, którą malują Chińczycy za pomocą oficjalnych danych.

      CZY POWINNIŚMY ZAŻYĆ JAKĄŚ PIGUŁĘ? Ci, którzy mają oszczędności ulokowane w akcjach spółek, paradoksalnie są w dobrej chiny_juansytuacji (chyba, że postawili na akcje spółek surowcowych, żyjących z eksportu) - mają cegiełki w przedsiębiorstwach działających i zarabiających pieniądze w solidnym, 40-milionowym kraju, pełnym aspirujących konsumentów. I to się nie zmieni, nawet jeśli te spółki jakoś-tam ucierpią z powodu spowolnienia w drugiej największej gospodarki świata. Ci, którzy mają oszczędności schowane w banku, pewnie nieprędko doczekają się wzrostu oprocentowania (stopy procentowe będą niskie). Realna wartość tych oszczędności może być zagrożona, jeśli z jakichś przyczyn (np. realizacja jednego z trzech negatywnych scenariuszy, które opisałem powyżej) inwestorzy zaczną tracić zaufanie do walut krajów wschodzących. Wartość złotego wtedy spadnie, a za pieniądze w banku będzie można sobie kupić mniej iPada ;-).

      Zerknij: Pięć prostych pomysłów dla Grecji. Chińczycy też mogliby przeczytać ;-)

      Zassij: Jak nie przegrać w Chińczyka w domowym portfelu?  Ucz się na jego błędach!

      W takich chwilach warto sobie uświadomić, że nie wiemy który z papierowych pieniędzy zachowa realną wartość w sytuacji, gdy wszyscy są zadłużeni u wszystkich na 200 bilionów "zielonych". Nie zaszkodzi więc mieć oszczędności nie tylko w złotych, ale i w dolarach lub euro, albo nawet i we frankach szwajcarskich (dlaczego nie?). Warto też pomyśleć, żeby obok lokaty w banku mieć reż coś, co pozwoli zachować wartość oszczędności nawet w sytuacji, w której wiarygodność papierowego pieniądza z jakichś przyczyn zostałaby zachwiana. Nie trzeba być milionerem, żeby mieć w skrytce bankowej złotą monetę albo dwie. Jeśli w gospodarce nic złego się nie stanie, to może za pięć lat będzie warta połowę tego, co dziś, ale jeśli nadejdzie jakaś ruchawka... Na zdrowy rozum nadejść nie powinna: skoro świat jest u siebie zadłużony na 200 bilionów, to powinno mu zależeć, żeby miał od kogo ściągnąć te długi, nieprawdaż? ;-)).

      Jak inwestować i pomnażaćZACZNIJ INWESTOWAĆ RAZEM ZE MNĄ! Jeśli chcielibyście posiąść lub rozszerzyć wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń - przeczytajcie poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku.  Obejrzyjcie też te dwa wideoporadniki.

      finbloglogoWPADNIJCIE NA SPOTKANIE BLOGERÓW FINANSOWYCH. Wspólnie z Michałem Szafrańskim, prowadzącym blog "Jak oszczędzać pieniądze", Zbyszkiem Papińskim z blogu App Funds, Marcinem Iwuciem ("Finanse bardzo osobiste"), Michałem Pałką (LiveSmarter) oraz przy wsparciu Pawła Cymcyka ("DNA Rynków") organizujemy spotkanie dla czytelników naszych blogów. Jest Was już setki tysięcy, a może i więcej. Być może poza czytaniem naszych tekstów, słuchaniem podcastów, oglądaniem naszych filmów i występów w innych mediach będziecie również chcieli spotkać się z nami osobiście i posłuchać o sposobach na poprawę własnych finansów, oszczędzanie pieniędzy, zwiększanie zarobków i inwestowanie. Szczegóły o spotkaniu FinBlog 2015 znajdziecie w blogu Michała oraz na stronie Marcina. Spotkanie jest biletowane, ale cały dochód przekazujemy na cele charytatywne. Kto nie będzie mógł wpaść osobiście - będzie mógł obejrzeć wystąpienia i dyskusję blogerów w internecie. Sprzedaż pierwszej puli 100 biletów ruszy w czwartek 27 sierpnia o godzinie 12:00. Równo tydzień później, czyli w czwartek 3 września o 12:00, udostępnimy drugą i ostatnią pulę 100 biletów. Stroną, na której można będziecie mogli dokonać zakupu wejściówki, jest FinBlog2015.evenea.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Wielka draka w chińskiej dzielnicy. Czy powinniśmy zacząć się bać o nasze pieniądze?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 26 sierpnia 2015 08:02
  • wtorek, 25 sierpnia 2015
    • Akcja-kastracja, czyli fundusz inwestycyjny prosto z banku. Nie róbcie tego w domu :-)

      W bankach modne są teraz fundusze inwestycyjne, które mają zapewnić klientom wyższy dochód, niż na depozycie terminowym, zaś bankowcom - wyższą marżę, niż mieliby na odsetkach (bo prowizje za sprzedaż funduszy w oddziałach banków są godne, sięgają 4-5%). Sęk w tym, że fundusz inwestycyjny, jeśli ma zarobić więcej, niż 3% w skali roku (przynajmniej w obecnych warunkach), zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem. A ryzyka ludzie przychodzący do banków nie lubią i się go boją. Jest gorzej: słysząc o ryzyku uciekają na najbliższe drzewo. Oczywiście, mając wysoko wykwalifikowanych, fachowych doradców w oddziałach można poprowadzić klienta w taki sposób, by jego ryzyko inwestowania w fundusze było jak najmniejsze (nawet kosztem potencjalnych zysków), a jednocześnie - by po wyjściu z placówki miał poczucie, że zaczął budować swój pierwszy, prosty portfel długoterminowych inwestycji. To się w dłuższej perspektywie bankowi może opłacić, bo wyedukowany klient to klient, który prędzej czy później zacznie się bogacić, ku obopólnej - swojej i bankowej - korzyści.

      W bankach jednak nie pracują sami najlepsi doradcy, zaś dyrektorzy regionalni w niektórych bankach wręcz nie lubią, by pracownicy oddziałów poświęcali pojedynczemu klientowi zbyt dużo czasu. Pracownik jest od sprzedawania, ma wciskać klientowi produkty, które są obecnie w planie sprzedażowym i nie silić się na budowanie klientowi jakichś strategii. Produkt, który ma być zaproponowany klientowi jako zamiennik lokaty ma być jednocześnie bezpieczny i potencjalnie dochodowy, zaś ani pracownik, ani tym bardziej klient mają nie wnikać co jest w środku. Widziałem ostatnio trochę takich produktów funduszopodobnych i aż się spociłem z wrażenia. Nie wiedziałem, że można być aż tak kreatywnym ;-). Weźmy taki pakiet z Alior Banku: polisa ubezpieczeniowa, w którą jest zapakowany fundusz inwestycyjny lokujący w certyfikat depozytowy, w środku którego jest opcja na indeks złożony z kilku spółek giełdowych. Strach się bać :-). Aha, inwestycja trwa trzy lata, żeby klient miał czas na zrozumienie sytuacji, w której się znalazł ;-).

      aliorfunduszdziwnyDlaczego takie coś sprzedaje się zamiast najzwyklejszego w świecie funduszu inwestycyjnego? Ano po to, by połączyć wodę z ogniem, czyli potencjalnie wysoki zysk (przecież na samym końcu tej matrioszki są spółki, które czasem idą w górę) z gwarancją braku straty dla klienta, gdyby coś poszło nie tak. Tyle na poziomie ogólności. Rozłóżmy teraz ten konkretny produkt na czynniki pierwsze. Kupujesz, drogi kliencie, akcje spółek. Umowa jest taka, że jeśli za trzy lata ich ceny spadną, to nie tracisz pieniędzy, a jeśli pójdą w górę - to zarabiasz. Do tego momentu wszystko wygląda jak w bajce. Zysk bez ryzyka. A ile zarabiasz? Tu zaczynamy wchodzić w mroczne tajemnice tego typu produktów funduszopodobnych. Omówię je na przykładzie tego, który aktualnie jest w sprzedaży, czyli lokaty inwestycyjnej opierającej się na notowaniach sześciu amerykańskich spółek technologicznych.

      Od razu umawiamy się, że inkasujesz tylko 70-80% wzrostu akcji spółek. To jeszcze ujdzie. Ale umawiamy się też, że trzy najlepsze wyniki nie mogą przyjąć większej wartości niż 10%. Czyli jeśli spółka zyska 20%, to twój zysk wynosi 10%. Jeśli zyska 50% - też wpisujemy 10%. Tylko w przypadku trzech spółek - tych, które osiągną najniższy wzrost - zysk wpisujemy "prawdziwy". I oczywiście - zgodnie z tym, co napisałem kilka zdań wcześniej - mnożymy razy 0,7-0,8. Jeśli więc na giełdzie będzie źle, to za trzy lata dostaniesz tyle, ile wpłaciłaś (realnie tracisz tyle, co byś dostał w tym czasie na odsetkach w banku, np. 10% w skali trzech lat). Jeśli na giełdzie będzie dobrze, to na trzech spółkach zarobisz maksymalnie 10% (3,3% w skali roku, nic nadzwyczajnego - jak na lokacie), a twój zysk może podbić tylko wynik trzech pozostałych firm (a raczej 70-80% tego zysku). Ale to będą zawsze te najgorsze z sześciu spółek, w które "inwestujesz". I wcale nie jest pewne, że w ogóle pójdą w górę. Mamy więc  inwestycję w fundusz akcji gwarantujący klientowi ochronę kapitału. Ale gwarantujący mu też, że nie zarobi dużo. Twórcy tego konkretnego produktu nawet w optymistycznym scenariuszu zakładają, że klientowi do kieszeni wpadnie góra 6% w skali roku (nota bene dobrze, że są w tym szczerzy). Jasne, to trochę więcej, niż na lokacie, ale chyba trochę bardziej prawdopodobny jest scenariusz, w którym tylko część spółek idzie w górę (ale co z tego, skoro dochód z nich jest zablokowany na poziomie 10% w skali trzech lat), zaś część idzie w dół, zerując ten zysk klienta. Aha, jest jeszcze opłata startowa, wynosząca do 2%.

      Takie produkty - ze zmieniającą się liczbą spółek i branżami w które "inwestujemy" - są często w ofercie Alior Banku. Zgłosiły się do mnie dwie osoby, które dały się na to namówić i poprosiły o opinię. Trzecia zgłosiła się mówiąc, że nic nie rozumie. Mając do wyboru tak dziwny produkt i zwykły depozyt bankowy, raczej wybrałbym depozyt. Nie oznacza to, że z definicji odrzucam wszystkie produkty tego typu, czyli "struktury" dając gwarancję kapitału i opcję na zysk. Przy tak niskich stopach procentowych, jak obecne i żałosnym oprocentowaniu depozytów do stracenia jest niewiele. Nawet jeśli się nie zarobi, to potencjalny, alternatywny dochód na lokacie będzie niewielki. Ale tutaj mamy produkt dość długi (aż trzy lata) z tak wieloma ogranicznikami zysku, że aż głowa boli. Żadna z osób, która do mnie z nim przyszła, nie rozumiała co tak naprawdę kupiła i od czego zależy zarobek (choć przecież materiały informacyjne aliorowcy opracowali dość przejrzyste). Jestem ideologicznym przeciwnikiem skomplikowanych produktów finansowych, bo zwykle są one zachachmęcone w jednym tylko celu - żeby klient nie zorientował się, że kupuje ładnie opakowaną opcję na gwarancję niskiego lub żadnego zysku. Ale to oczywiście tylko moja opinia. Jeśli chcecie naprawdę sensownie i bez błędów zacząć inwestować pieniądze, to obejrzyjcie te dwa wideoporadniki i moje książki o lokowaniu pieniędzy.

      finbloglogoWPADNIJCIE NA SPOTKANIE BLOGERÓW FINANSOWYCH. Wspólnie z Michałem Szafrańskim, prowadzącym blog "Jak oszczędzać pieniądze", Zbyszkiem Papińskim z blogu App Funds, Marcinem Iwuciem ("Finanse bardzo osobiste"), Michałem Pałką (LiveSmarter) oraz przy wsparciu Pawła Cymcyka ("DNA Rynków") organizujemy spotkanie dla czytelników naszych blogów. Jest Was już setki tysięcy, a może i więcej. Być może poza czytaniem naszych tekstów, słuchaniem podcastów, oglądaniem naszych filmów i występów w innych mediach będziecie również chcieli spotkać się z nami osobiście i posłuchać o sposobach na poprawę własnych finansów, oszczędzanie pieniędzy, zwiększanie zarobków i inwestowanie. Szczegóły o spotkaniu FinBlog 2015 znajdziecie w blogu Michała oraz na stronie Marcina. Spotkanie jest biletowane, ale cały dochód przekazujemy na cele charytatywne. Kto nie będzie mógł wpaść osobiście - będzie mógł obejrzeć wystąpienia i dyskusję blogerów w internecie. Sprzedaż pierwszej puli 100 biletów ruszy w czwartek 27 sierpnia o godzinie 12:00. Równo tydzień później, czyli w czwartek 3 września o 12:00, udostępnimy drugą i ostatnią pulę 100 biletów. Stroną, na której można będziecie mogli dokonać zakupu wejściówki, jest FinBlog2015.evenea.pl

      W OKIENKU SUBIEKTYWNIE O MILIONACH (I MILIARDACH). W miniony weekend subiektywność gościła na antenie TVN 24 BiŚ. Wspólnie z Andrzejem Sadowskim z Centrum im. Adama Smitha oraz z Markiem Tejchmanem zastanawialiśmy się nad nowym otwarciem w sprawie frankowiczów. 

      tvnsamciksadowski1

      tvnsamciksadowski2

      Później było jeszcze przyjemniej, bo na antenie TVP Info zajmowałem się inwestowaniem pieniędzy pewnego mieszkańca miejscowości Ziębice, który znienacka spodziewa się dostawy ciężarówki z gotówką

       tvplotto2

      Jak inwestować i pomnażaćZACZNIJ INWESTOWAĆ RAZEM ZE MNĄ! Jeśli chcielibyście posiąść lub rozszerzyć wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń - przeczytajcie poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku.  Zapraszam Was też na nadwiślańską plażę, na której opowiadam to i owo, a nawet trochę rapuję ;-).

      OPOWIEDZ JAK INWESTUJESZ PIENIĄDZE. Zapraszam tych z Was, którzy pierwsze kroki w lokowaniu pieniędzy poza bankiem mają za sobą, byście wzięli udział w ogólnopolskim badaniu Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych. Powstanie z niego raport o tym jak inwestują swoje oszczędności Polacy. Myślę, że warto przyłożyć do tego projektu swoją cegiełkę, wiec zapraszam!

      OBI_banner_11

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Akcja-kastracja, czyli fundusz inwestycyjny prosto z banku. Nie róbcie tego w domu :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 sierpnia 2015 08:23
  • poniedziałek, 24 sierpnia 2015
    • Siedem lat po zmianie dzielnicowego i jest niewesoło. Co szósty kredyt hipoteczny wątpliwy?

      Wielu czytelników blogu widząc nazwę "Getin Bank" dostaje drgawek albo wysypki. To bank, który jeszcze sześć, siedem lat temu był podziwiany przez analityków za szybko rosnący, coraz bardziej dochodowy biznes. Kredyty rozdawał drogo, ale nie zadając zbędnych pytań. Do każdego dodawał ubezpieczenie i plan oszczędzania. Tym, którzy przychodzili przedłużyć lokatę, wciskał program inwestycyjny na 20 lat. Był mistrzem marketingu, wszystkie produkty były opakowane jak prezent od Świętego Mikołaja (to akurat mu zostało). Przyjaźnił się z Open Finance, największym w kraju "niezależnym doradcą finansowym", który przynosił mu tony klientów, zbajerowanych, że w żadnym innym banku nie dostaną kredytu. Franków się nie bał, dombank0011nie stronił też od agresywnych akcji "promocyjnych", dzięki którym na jednym kredycie mógł zarobić trzy razy, choć klientowi się wydawało, że dostaje rabat. Trzeba było mieć wielkie cojones, żeby się nie dać "zrobić". Reklamował go pies Fąfel i słynny aktor Piotr Fronczewski (a może odwrotnie? :-)). Dziś jest szóstym największym bankiem w Polsce, ale jest i dobra wiadomość :-) - dosięga go karząca ręka "sprawiedliwości rynkowej". Akcje Getin Banku w ciągu roku potaniały z 3,6 zł do nędznych 85 gr. Dla głównego akcjonariusza Leszka Czarneckiego, posiadającego 265 mln akcji Getinu (nie licząc tych, które ma poprzez kontrolowane przez siebie spółki) oznacza to wyparowanie jakichś 750 mln zł. Tyle wynosi kara za zatrudnienie ludzi, od których wymagał szybkiego wzrostu za wszelką cenę.

      Getin na giełdzie najbardziej krwawi z powodu ustawy antyfrankowej, przewidującej przewalutowanie kredytów i zwrot klientom aż 90% różnic kursowych. Getin był w latach 2006-2008 znany z tego, że pod logo DomBank udzielał kredytów według znacznie bardziej liberalnych wymogów, niż większość konkurencji (LTV do 130%). Ludzie lecieli do DomBanku jak muchy na lep. Niemała część jego klienteli ma dziś duże kredyty o wartości większej, niż mieszkania (a więc podpadające pod przegłosowaną przez Sejm ustawę). Bank pociesza, że z jego informacji wynika, iż 70% kredytobiorców przeznacza na raty mniej, niż 30% swoich miesięcznych dochodów.

      getinkontozgwarancja

      Getin miałby problem gdyby weszła w życie ustawa antyfrankowa, ale nie dlatego spadają jego dochody z prowizji (o 25% w skali roku). Getinowi zaszkodziła kompromitacja polis inwestycyjnych (w których sprzedaży celował w poprzednich latach), załamanie w hipotekach po 2009 r. i szlaban spuszczony przez nadzór dla grupowych polis dodawanych do kredytów. Owszem, Getin od kilku lat systematycznie stara się zmienić wizerunek i przestawić zwrotnicę biznesową. Z banku nastawionego na szybki zysk, zgarniającego jednorazową prowizję, wciskającego klientowi badziewie i znikającego bez śladu, na bardziej "przyjazny". Taki, który zarabia też na prowadzeniu ROR-ów i transakcjach klientów kartami płatniczymi. Tę zmianę strategii określiłem kiedyś "nauczyć konia latać". W nauce latania od pewnego czasu Getinowi pomaga ta urocza parka powyżej.

      DomBank20071Ale od starych grzechów tak łatwo się nie ucieka. W zeszłym roku Getin zarobił 360 mln zł, dwa lata temu - 400 mln zł. W połowie tego roku ma co prawda 200 mln zł zysku, ale ponad 100 mln zł to efekt sprzedaży części "sreber rodowych", czyli udziałów w spółce zależnej Getin Leasing. Z podstawowej działalności Getin pewnie osiągnąłby mniej, niż połowę zysków sprzed roku. Rentowność ROE wynosi tu 8% przy średniej dla wszystkich banków na poziomie 11-12%. Mniejsze dochody po wycofaniu części badziewia z oferty to jedno, ale Getinowi odbija się czkawką okres "rozdawnictwa" kredytów hipotecznych w trakcie hipotecznego boomu. Najlepiej świadczy o tym zestawienie kredytów, które bank uważa za zagrożone. Łącznie kredyty hipoteczne stanowią w portfelu banku 35 mld zł (z tego 14 mld zł to kredyty frankowe). Aż 6 mld zł bank uważa za wątpliwe (z tego 4,5 mld zł to kredyty z opóźnieniem w spłacie powyżej trzech miesięcy lub z tzw. twardymi przesłankami utraty wartości, zaś kolejne 1,5 mld zł to kredyty z tzw. miękkimi przesłankami utraty wartości, czyli np. klient ma kłopoty z dochodami lub scoringiem BIK, ale jeszcze spłaca raty). 6 mld z 35 mld zł. Co szósty złoty! Poniżej macie tabelkę z wartością portfela kredytowego Getinu, a także tę, która pokazuje kredyty zagrożone (z twardą i miękką utratą wartości).

      getinkredyty

      getinutrata_wartoci

      Kredyty hipoteczne to długoterminowe umowy, które najczęściej "psują" się po ok. 7-8 latach. A Getin - co też wynika z raportu półrocznego - 80% kredytów hipotecznych we frankach udzielił w latach 2007-2008. W przypadku kredytów frankowych dodatkowo mamy okoliczność wyostrzającą "psucie" w postaci kursu "szwajcara" o 1-2 zł wyższego, niż w czasie zaciągania kredytów przez klientów. Krótko pisząc: wkrótce przekonamy się jak bardzo bank przymykał oko na finansowy standing klientów, by tylko wcisnąć im drogie pożyczki pod hipotekę (połowa kredytów frankowych ma marże powyżej 2%). Getin przygotowuje się na wzbierającą falę i otworzył tamę, sprzedając za ułamek wartości (w przypadku "hipotek" - za ok. 30%) warte miliard złotych przeterminowane kredyty klientów. Poza hipotecznymi w pierwszym półroczu do firm windykacyjnych trafiły m.in. nie spłacone kredyty samochodowe o wartości 222 mln zł i gotówkowe o wartości 366 mln zł.

      Z raportu półrocznego wynika, że bank nie tylko sprzedaje nie spłacane kredyty firmom windykacyjnym za ułamek ich wartości, ale i getinodpisypróbuje dogadywać się z klientami, proponując im rozłożenie długów na dłuższe raty lub redukcję zadłużenia. W raporcie wyczytałem ile kredytów Getin w ostatnich miesiącach zrestrukturyzował, czyli zmienił klientom harmonogramy spłat i umorzył część zobowiązań. Z danych wynika, że od stycznia do czerwca restrukturyzacją objęto kredyty o wartości 1,7 mld zł spośród tych nie spłacanych w terminie i 528 mln zł wśród spłacanych terminowo. Łącznie bank odpisał w straty 405 mln zł długu (można założyć, że chodzi o umorzenie zadłużenia). W przygniatającej części chodzi właśnie o kredyty hipoteczne. Choć Getin Noble Bank coraz bardziej upodabnia się do klasycznego banku uniwersalnego, to wygląda na to, że jeszcze przez jakiś czas będzie płacił cenę za nieodpowiedzialną, rozbójniczą i nastawioną wyłącznie na szybki zysk strategię, którą wyznaczył główny akcjonariusz. Straty finansowe to jedno, ale czy tysiące wciągniętych w pułapkę klientów pozwolą bankowi odzyskać reputację?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Siedem lat po zmianie dzielnicowego i jest niewesoło. Co szósty kredyt hipoteczny wątpliwy?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 sierpnia 2015 18:31
  • niedziela, 23 sierpnia 2015
    • Wygrał w Lotto rekordowe 35.000.000 zł i... ma wielki problem. Jak żyć? Kilka moich rad ;-)

      Wczoraj wieczorem padła rekordowa wygrana w historii Lotto. Megakumulacja wynosila 35 mln zł, a szczęśliwe liczby wytypowała tylko jedna osoba. Wcześniej do wzięcia bywało i 50 mln zł, ale wtedy zwycięzcy musieli się podzielić nagrodą na dwie lub trzy części. Tym razem ktoś - o ile nie zgubił kuponu - wejdzie w posiadanie całej puli 35 mln zł. Co zrobić z taką kasą? Myślę, że doradców do zarządzania tymi pieniędzmi znajdzie się wielu - jedni doradzą ulokowanie całej sumki w bankach i życie z procentów (odsetki, przy oprocentowaniu 2,5% w skali roku i po potrąceniu podatku Belki wyniosłyby niecałe 60.000 zł miesięcznie), inni pewnie zarekomendują zainwestowanie we własną firmę, bądź w jakiś start-up (a najlepiej w kilka), z czego za kilka lat będzie można wyjąć wielokrotnie więcej, niż się włożyło. Wbrew pozorom rozsądne zainwestowanie takich pieniędzy nie jest proste. Trzeba je zabezpieczyć przed inflacją, nacjonalizacją, dewaluacją...  Jako autor książek o inwestowaniu pieniędzy dla początkujących czuję się w obowiązku naświetlić wygranemu, że mieć za dużo pieniędzy to jeszcze większy problem, niż nie mieć ich w ogóle :-). Jak żyć?

      Część pieniędzy pewnie powinna wylądować w bankach,, żeby zapewnić godziwe życie (np. 10 mln zł ulokowane na 2,5% da spokojne 20.000 zł miesięcznie z wypłacanych odsetek). Być może to nie powinny być tylko polskie banki, ale też np. szwajcarskie. Część pieniędzy trzeba więc ulokować w zagranicznych walutach: euro i dolarze, bo nigdy nie wiemy która z walut najlepiej będzie utrzymywać wartość pieniędzy. Ale banki nie są przecież stuprocentowo bezpieczne dla dużych deponentów (gwarancje państwowe dotyczą tylko kwot poniżej równowartości 100.000 euro), a poza tym pieniądz w banku jest narażony na inflację i dewaluację. Nie zawadzi więc mieć też solidny udział złota jako "waluty", której wartość nigdy nie spadnie do zera, czego nie można wykluczyć w przypadku papierowych banknotów (stawiałbym koniecznie na złoto fizyczne, w sztabkach, przechowywane w Szwajcarii lub Austrii, być może dorzuciłbym też inne metale szlachetne). Oczywiście część kasy powinna pójść w nieruchomości, z których preferuję mieszkania na wynajem, np. nad Bałtykiem (choć patrząc na ceny w Grecji, czy Hiszpanii można się zastanawiać czy to dobra lokata kapitału), a także w ziemię (to też pomysł na przechowanie wartości pieniądza). No i do tego dorzuciłbym inwestycje na rynkach kapitałowych: spółki dywidendowe w Polsce i za granicą, najbardziej renomowane fundusze inwestycyjne. Wybierałbym te inwestycje, które dają szansę na zarabianie na starzeniu się społeczeństw i na nowoczesnych technologiach... A milion-dwa przeznaczyłbym na wspieranie początkujących firm, które mają pomysły na ułatwianie konsumentom życia. Tego rodzaju inwestycja, zrobiona z głową, może wielokrotnie pomnożyć kapitał.

      No dobra, koniec przynudzania. Można wygraną w Lotto zainwestować, ale można i... przehulać. Na co? 35.000.000 zł to oczywiście potężna kwota (najlepiej wynagradzany prezes banku musi tyrać na taką kwotę bite cztery lata), ale nie dajmy się zwariować: nie mogę powiedzieć, że gościa stać na wszystko :-). Taki np. Cristiano Ronaldo, jeden z trzech najlepiej wynagradzanych piłkarzy świata, kupił ostatnio 233-metrowy apartament przy reprezentacyjnej ulicy Nowego Jorku za 18,5 mln dol., czyli prawie 70 mln zł. No, ale jak się bierze równowartość 70 mln zł rocznej pensji, to można się szarpnąć. Nasz Robert też mógłby ;-)

       

      Czytaj też: Pan Ryszard, megakumulacja i gra w Lotto na niby

      Wygrać w Lotto megakumulację i nie móc kupić sobie luksusowego apartamentu w NYC? Kiepsko. Co gorsza, nie jest to jedyna rzecz, na którą nasz szczęśliwiec wciąż nie będzie mógł sobie pozwolić. Ostatni z dziesiątki najdroższych jachtów świata, niejaki "Rising Sun" jest wyceniany na 200 mln dol., czyli mniej więcej dwudziestokrotność rekordowej wygranej. No, ale taki jachcik ma 82 kajuty, boisko do koszykówki, basen, kino i jeszcze kilka niezbędnych w podróży rzeczy.:-). Najdroższy na świecie jacht "Admiral X-Force" - ten na drugim zdjęciu poniżej - to już wydatek mniej więcej miliarda dolarów, więc rzecz już poza zasięgiem naszego zaściankowego Lotto ;-). Ale mimo wszystko może nie byłoby złym pomysłem podjęcie próby pomnożenia majątku, bo dopiero z wielokrotnością megakumulacji w Lotto można poczuć się swobodnie. Ale i nie bądźmy defetystami, jest kilka rzeczy, na które już dziś nasz bohater może sobie pozwolić. Można kupić nieco mniej okazały jacht. Albo chociaż mieszkanko.

      rising_sun_yacht

      admiralxforce1

      Najdroższe apartamenty w Warszawie są wyceniane na 30.000 zł za metr kwadratowy, więc 120-metrowy apartamencik można mieć już za jakieś 4 mln zł. Nie wem czy do wzięcia jest jeszcze słynny superapartament w Angel Wawel, który miał być na początku tego roku wystawiony na licytację za cenę wywoławczą 5 mln euro (dwie trzecie megakumulacji). Nie trzeba byłoby od razu wygrywać tej licytacji, ale stawić by się można.i postraszyć multimilionerów ;-). Do tego apartamentu w Warszawie dorzuciłbym Astona Martina One 77, autko zaliczane do grona pięciu najdroższych na świecie (maksymalna prędkość 355 km/h, 760 koni pod maską, przyspieszenie do setki w 3,5 sekundy). Autko można spróbować mieć w garażu za 2 mln dol., co przekłada się na 7 mln zł, niecałe jedną piątą megakumulacji. Ujdzie. Nie wiem ile kosztowałoby ubezpieczenie, ale nasz nowy multimilioner powinien założyć sobie jakąś finansową rezerwę.

      aston_martin_77

      Najdroższe auto świata to już kwestia 8 mln dol., więc bym odpuścił - 28 mln zł na auto niech sobie wydaje Ronaldo. Albo Robert Lewandowski, który w Bayernie Monachium ma rocznie jakieś 50 mln zł pensyjki i może sobie kupić np. McLarena, albo wyspę (a którą - radziłem już w blogu). Ewentualnie - zamiast szastać kasa na rynku nieruchomości i luksusowych samochodów - można byłoby po prostu, skromnie zafundować sobie złotą podłogę w swoimi trzypokojowym mieszkanku na peryferiach. Kilogram złota jest dziś tani jak barszcz, kosztuje raptem 150.000 zł. Megakumulacja w Lotto jest więc warta tyle, ile 200 kg złota.

      W nagrodę za wygranie nagrody udałbym się do najdroższego hotelu świata. Tym mianem cieszy się siedmiogwiazdkowy Emirate Palace. Apartament królewski - i zresztą jest to średnia cena najbardziej wypasionych apartamentów oferowanych przez większość najdroższych hoteli globu - to wydatek jakichś 50.000 dolarów, czyli niecałe 200.000 zł (licząc ze spreadem i opłatą za przewalutowanie ;-)). 

      emirate_palaceburj_al_arab

      Tydzionek w takim hotelu plus dojazd to zapewne jakiś milion złotych. Ale może niekoniecznie potrzebujemy wypoczywać w apartamencie królewskim. Takie zwykłe, standardowe pokoje, z dwoma sypialniami, wanną spa i masażem w pokoju oraz panoramicznym widokiem w hoteli Burj Al Arab (to ten 60-piętrowiec w kształcie żagla) Trivago wycenia na nędzne 13.000 zł za dobę. Jasne, że są tam nieco bardziej wypasione dwupiętrowe apartamenty o metrażu 780 m kw., ale nie musimy od razu jeździć na wrotkach, prawda? :-).

      SUBIEKTYWNIE W WAŻNYCH SPRAWACH RODZINNYCH ;-). Wśród spraw ważnych dla świata, którymi mam przyjemność się zajmować, są np. koszty szkolnej wyprawki, czyli jednego z najważniejszych wydatków w roku dla każdego "dzieciatego" Polaka. W tej sprawie pojawiłem się w studio wakacyjnego wydania programu "Pytanie na śniadanie". Zapraszam do obejrzenia ;-)

      pnswyprawka3pnspytaniesniadanie2

      Żaden sierpniowy dzień nie byłby dopełniony, gdybym nie wypowiedział się w sprawie frankowiczów. Aby sprawiedliwości stało się zadość, radziłem - wspólnie z Andrzejem Sadowskim z Centrum im. Adama Smitha - w TV Republika co zrobić z ustawą antyfrankową. 

      tvrepfranki33

      SUBIEKTYWNOŚĆ I FINANSOWE ABSURDY. Jak uprzykrzyć życie klientowi-frankowiczowi, który chce walczyć w sądzie o przewalutowanie pożyczki? Jest kilka sposobów. Przyda się las 

      SUBIEKTYWNOŚĆ PRZEŚWIETLA PROWIZJE. Jak nie dać się latem naciągnąć na dodatkowe prowizje i spready? O tym mówiłem na nadwiślańskiej plaży w ostatnim odcinku wideoporadnika "Samcik prześwietla". Obejrzyjcie!

      SUBIEKTYWNOŚĆ RADZI JAK ŻYĆ. Oto pięć rzeczy, które warto zrobić przed urlopowym wyjazdem. Lub po nim :-)

      SUBIEKTYWNOŚĆ POMAGA ZROBIĆ PIERWSZY KROK. Jeśli myślisz o tym, by zabrać pieniądze z banku i ulokować część z nich inaczej, ale nie wiesz jak się za to zabrać, powinieneś nie tylko przeczytać moje książki o podstawach oszczędzania i inwestowania, ale też obejrzeć to. Wiele rzeczy rozjaśni ci się w głowie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Wygrał w Lotto rekordowe 35.000.000 zł i... ma wielki problem. Jak żyć? Kilka moich rad ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 sierpnia 2015 11:40
  • sobota, 22 sierpnia 2015
    • Pan Ryszard, megakumulacja i... gra w Lotto na niby, czyli jak ugryźć 35 milionów

      Dziś megakumulacja w Lotto, do wygrania aż 35 mln zł (gdyby do kogoś najbardziej przemawiały zera: 35.000.000 zł). Prawdopodobieństwo wygrania takie sobie, w każdym razie - jak kiedyś policzyłem - sporo mniejsze, niż możliwość wzięcia udziału w katastrofie samolotu, a nawet w zwykłym wypadku samochodowym. Szansa na szóstkę to mniej więcej 1:14.000.000. W dodatku wygrana niekoniecznie musi poprawić człowiekowi życie, o czym też pisałem już w blogu. Choć oczywiście fakt posiadania 35 mln zł na koncie bankowym - no dobra, po wydaniu paru groszy na najpilniejsze potrzeby i darowizny zostałoby najwyżej 30 mln zł - powoduje, iż konieczność wykonywania pracy zarobkowej gwałtownie zanika. Nawet przy obecnie nędznym oprocentowaniu depozytów bankowych 2%-owa lokata od takiej sumy przyniosłaby godne 600.000 zł rocznie, czyli jakieś 40.000 zł miesięcznie po opodatkowaniu podatkiem Belki.

      Czytaj też: Ekstra Pensja, czyli jak mieć gwarantowane 5000 zł pensji przez 20 lat? 

      Ale czy na pewno? Wbrew pozorom nie jest wcale pewne, że po wygranej w Lotto nie trzeba będzie pracować, bo rzadko się zdarza, żeby w kumulacjach wygrywała jedna osoba. Przeważnie następuje niefart i nagrodą trzeba się podzielić co najmniej na pół. A mając 20.000 zł miesięcznie na życie i dom oraz dwa samochody na utrzymaniu (to te najpilniejsze potrzeby, o których wspomniałem wcześniej) wcale nie żyje się tak "na bogato". Należy też wziąć pod uwagę inny problem: tak duże depozyty nie są gwarantowane przez rząd. Trzeba więc uważać w jakim banku go składamy, żeby później nie okazało się, że był to SKOK Wołomin, albo jakiś bank zapakowany po uszy w kredyty frankowe, a posłowie właśnie postanowili go zamknąć przegłosowując ustawę antyfrankową. Upadek instytucji finansowej powoduje, że odzyskamy tylko 500.000 zł lub nawet mniej (to zależy od kursu euro). I znów okazuje się, że trzeba iść do pracy.

      Czytaj też: W punktach Lotto wymienisz banknoty na... polskiego bitcoina. Po co?

      Te wszystkie rozważania przyszły do mnie nie bez powodu. Dostałem e-maila od Ryszarda Rembiszewskiego, człowieka, który kiedyś prowadził w telewizji losowania. Teraz pan Ryszard zaprosił mnie do "zagrania w lotto" (tak właśnie, z małej litery) przez internet lub na smartfonie. Jako człowiek od niedawna cyfrowy, brzydzący się staniem w kolejkach do kolektur, przyjąłem propozycję pana Ryszarda entuzjastycznie, zwłaszcza iż w zamian za rejestrację w internecie zaproponował mi on 50% rabatu przy wykupieniu przynajmniej 10 zakładów. Zamiast 30 zł (po 3 zł za każdy zakład) zapłaciłbym tylko 15 zł. Jakkolwiek zaniepokoiła mnie nieco informacja, iż dołączam nie do gry w Lotto, ale do jakiegoś Lottolandu, to możliwość grania o grube miliony w internecie była kusząca. A poza tym uspokajająco działała świadomość, że pan Ryszard miał w ręku kupon Lotto (albo łudząco podobny), zaś na kuli prezentowanej obok też widniał znajomy napis państwowej gry loteryjnej.

      lottolandmailing

      Na stronie Lottolandu wszystko do złudzenia przypomina "normalne" Lotto. Zasady gry identyczne, ceny takie same, nie zgadza się tylko logo. No i te nazwy gier pisane z małej litery. Nigdzie, nawet w pytaniach i odpowiedziach, nie ma żadnej informacji iż jest to inne przedsięwzięcie, niż to Lotto, które występuje w sklepach. Jest za to informacja, że całkiem niedawno padła "rekordowa wygrana w historii polskiego lotto online", czyli 12 mln zł. Jest nawet wywiad z panem Adamem, ktory te miliony przytulił, bo jako jedyny trafił szóstkę. Z Lottolandzie piszą, że cała zabawa nie potrzebuje papierowych kuponów. Wszystko jest wirtualne - kupon kupuję przez internet i nigdzie go nie drukuję. Fajnie, ale i podejrzanie, bo przecież w Lotto nigdy, przenigdy nikt nie odebrał żadnej wygranej na podstawie loginu i hasła. Podstawowa zasada: musisz mieć przy sobie zwycięski kupon. A więc jednak złudzenie? Oczywiście, że tak, bo na stronie "prawdziwego" Lotto znajduje się wyraźne ostrzeżenie przed firmami organizującymi podobne gry w internecie.

      lottoostrzeenie

      Prawdziwe Lotto jest dostępne tylko w stacjonarnej sieci punktów. Lottoland jest tylko jednym z przedsięwzięć łudząco podobnych do Lotto. Od strony technicznej firma jest kimś w rodzaju bukmachera - przyjmuje zakłady o wynik losowania Lotto. Uczestnicy Lottolandu nie grają w Lotto, tylko zakładają się o wyniki w tej grze. Można się nie zorientować, bo wszystko jest tak samo, jak w "prawdziwym" Lotto, tylko wygodniej - zaznaczam liczby, płacę kartą lub przelewem online i gotowe. Co ciekawe, mogę nawet zakładać się o wyniki gier typu Lotto w innych krajach, co jest już zupełnie niemożliwe w realu. Prawo nie pozwala bowiem organizować w Polsce zagranicznych loterii.

      Ciekaw jestem ilu uczestników tej zabawy zdaje sobie sprawę, że to nie jest gra w Lotto (pisane z dużej litery), bo tamtą organizuje państwowy, koncesjonowany operator Totalizator Sportowy, mający coś w rodzaju "gwarancji państwowej". Prywatne firmy rzecz jasna takiej gwarancji nie mają, więc granie w "lotto online" (pisane z małej litery) można porównać to lokaty w parabanku. Szyld bardzo podobny, jak w koncesjonowanym banku, oprocentowanie identyczne (albo nawet wyższe), poziom obsługi nawet wyższy, ale jednak wszystko jest "na dziko" i na własne ryzyko klienta. Tak, jak jeżdżenie samochodem Ubera zamiast licencjonowaną taksówką. Nie mam żadnych wieści, które podważałyby uczciwość Lottolandu, ani podobnych przedsięwzięć. Podobno w tego rodzaju firmach wypłaty wygranych opierają się na... ubezpieczeniu. Firma wykupuje polisę od wygranej i jeśli ktoś wygra, to ubezpieczyciel wypłaca pieniądze.

      lottolandmegakumulacjalottomegakumulacja

      Ale jeśli kiedyś firma "zapomni" wykupić polisy? Albo polisa podrożeje, a graczy nie będzie wystarczająco dużo, by pokryć koszty składki? Albo dojdzie do awarii strony internetowej i uczestnicy nie będą mogli udowodnić, że mają wirtualne kupony uprawniające do wygranej? A jeśli ktoś włamie się na konto osoby uprawnionej do wygranej i przekieruje kasę na swoje konto (w czasie rejestracji podaje się tylko login i hasło, nie ma np. SMS-owych kodów jednorazowych, ani żadnych dodatkowych identyfikatorów)? Przy tak wysokiej stawce to rzeczy, nad którymi warto się zastanowić. Nawet jeśli Lottoland zachowuje pozory (pisze o tym, że jest Lottolandem, a nie Lotto, ma inne logo, niż "prawdziwe" Lotto) i nawet jeśli nazwy gier pisze małymi literami (a nie dużymi, jako nazwy własne), to jednak uważam, że powinien uczciwie zaznaczać, że to nie jest gra w Lotto, tylko typowanie wyników losowania. A więc: że uczestnik Lottolandu nie bierze udziału w rzeczywistym losowaniu. Być może dla uczestników to oczywiste, ale wcale nie jestem pewny. Żaś firma nie afiszuje się z takim przesłaniem. Oby nie było kiedyś z tego kwasu.

      Jeśli dobrze rozumiem sytuację, działające na podstawie prawa o monopolu loteryjnym Lotto (a konkretnie Totalizator Sportowy, który jest operatorem tej marki) nie ma prawa prowadzić zakładów online, ani za pośrednictwem smartfonów. Z tego powodu zajęły się tym prywatne firmy, wykorzystując lokę w prawie. Tak samo, jak prywatni pożyczkodawcy wypchnęli z rynku szybkiej gotówki banki, od których nadzór żądał, by przed udzieleniem pożyczki brały od klientów zaświadczenie o dochodach. I tak samo, jak Uber wypycha z rynku licencjonowane taksówki tłumacząc, że on tylko kojarzy ludzi mających czas i samochód z tymi nie mających ani czasu, ani samochodu. I tak samo, jak prywatne firmy zaczęły pomagać klientom wykonywać szybkie przelewy, przepuszczając ich pieniądze przez swoje, prywatne konta. Warto sobie zdawać sprawę, że korzystając z usług stworzonych "na dziko", działających obok tych licencjonowanych, ponosimy większe ryzyko. A jeśli chodzi o Lottoland to chciałbym, żeby Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (niezależnie od tego czy firma łamie prawo oferując usługi quasiloteryjne) sprawdził czy nie ma tu wprowadzania konsumenta w błąd. Bo jeśli ludzie grają w Lottoland mając świadomość, że to wyrób "lottopodobny" i nie mający nic wspólnego z państwowymi gwarancjami, to pikuś. Ale jeśli grają, myśląc, że to prawdziwe Lotto... Mailing, który dostałem na moją skrzynkę wygląda pod tym względem podejrzanie.

      SUBIEKTYWNIE W WAŻNYCH SPRAWACH RODZINNYCH ;-). Wśród spraw ważnych dla świata, którymi mam przyjemność się zajmować, są np. koszty szkolnej wyprawki, czyli jednego z najważniejszych wydatków w roku dla każdego "dzieciatego" Polaka. W tej sprawie pojawiłem się w studio wakacyjnego wydania programu "Pytanie na śniadanie". Zapraszam do obejrzenia ;-)

      pnswyprawka3pnspytaniesniadanie2

      Żaden sierpniowy dzień nie byłby dopełniony, gdybym nie wypowiedział się w sprawie frankowiczów. Aby sprawiedliwości stało się zadość, radziłem - wspólnie z Andrzejem Sadowskim z Centrum im. Adama Smitha - w TV Republika co zrobić z ustawą antyfrankową. 

      tvrepfranki33

      SUBIEKTYWNOŚĆ I FINANSOWE ABSURDY. Jak uprzykrzyć życie klientowi-frankowiczowi, który chce walczyć w sądzie o przewalutowanie pożyczki? Jest kilka sposobów. Przyda się las 

      SUBIEKTYWNOŚĆ PRZEŚWIETLA PROWIZJE. Jak nie dać się latem naciągnąć na dodatkowe prowizje i spready? O tym mówiłem na nadwiślańskiej plaży w ostatnim odcinku wideoporadnika "Samcik prześwietla". Obejrzyjcie!

      SUBIEKTYWNOŚĆ RADZI JAK ŻYĆ. Oto pięć rzeczy, które warto zrobić przed urlopowym wyjazdem. Lub po nim :-)

      SUBIEKTYWNOŚĆ POMAGA ZROBIĆ PIERWSZY KROK. Jeśli myślisz o tym, by zabrać pieniądze z banku i ulokować część z nich inaczej, ale nie wiesz jak się za to zabrać, powinieneś nie tylko przeczytać moje książki o podstawach oszczędzania i inwestowania, ale też obejrzeć to. Wiele rzeczy rozjaśni ci się w głowie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Pan Ryszard, megakumulacja i... gra w Lotto na niby, czyli jak ugryźć 35 milionów”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 22 sierpnia 2015 19:55
  • piątek, 21 sierpnia 2015
    • Każdy kredyt hipoteczny to dla kredytobiorcy tykająca bomba zegarowa. Jak ją rozbroić?

      Niemal wszystkich pochłania dziś trudna sytuacja frankowiczów - niektórym z kredytobiorców nie starcza na spłatę rat, innych męczy świadomość, że mają ogromny nawis długu do spłacenia i nie wiadomo czy kiedykolwiek go spłacą. Za kilka lat w centrum zainteresowania znajdą się ci, którzy wzięli kredyt "Rodzina na Swoim" i przez siedem lat płacili bardzo niskie raty. Przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, więc gdy raty wzrosną, posiadacze takich kredytów też będą mieli za złe i będą żądali, żeby banki im pomogły. W bliżej nieokreślonej przyszłości po pomoc wyciągną rękę także obecni, złotowi kredytobiorcy, którzy dziś zaciągają kredyty przy najniższych w historii stopach procentowych, mający jednocześnie największą w historii zdolność kredytową. Dam głowę, że większość z nich nie zastanawia się nad tym co będzie, gdy stopy procentowe kiedyś pójdą w górę, a ich raty skoczą np. o 30-40%. Co gorsze, niektórzy z nich nie będą mieli pieniędzy, żeby tym wyższym ratom sprostać. Oni też przyjdą do banków twierdząc, że zostali oszukani i że banki źle zbadały ich zdolność kredytową. Bankowcy oczywiście będą pukać się w głowę i - tak jak dziś w przypadku frankowiczów - udowadniać, że klienci wiedzieli w co się pakują, bo mieli wolny wybór i nikt ich nie zmuszał do zadłużania się pod korek. Niektórzy z Was są tego wszystkiego świadomi i też chcieliby bić na alarm. Oto fragment jednego z listów, które w tej sprawie otrzymuję:

      "Czytam te wszystkie pomysły bankowe o rozwiązaniu problemu kredytów frankowych i ręce mi opadają. Mam wrażenie, że prawie nikt, a już na pewno nikt w mediach zajmujących się tematem, nie widzi dwóch rzeczy: 1. Problem kredytów hipotecznych nie jest tylko problemem "frankowiczów", ale i "dolarowiczów", "jenowiczów" i "złotówkowiczów". Każdy, kto posiada kredyt hipoteczny siedzi na bombie z opóźnionym zapłonem. Dzisiaj zamartwiamy się "ojej, a co będzie jak frank będzie po 10 zł". A ja się pytam "a co będzie jak WIBOR będzie wynosił 10%?" Polecam wszystkim "złotówkowiczom" policzenie sobie swojej miesięcznej raty w takich warunkach. Problem jest systemowy i dotyczy wszystkich. Tyle że poza "frankowiczami" reszta tego jeszcze nie wie".

      Co zrobić, żeby wyrwać się z kręgu tych wzajemnych pretensji? Jest pewien prosty sposób, ale nikt się nim dziś nie zajmuje, bo wszyscy są urobieni po pachy pomaganiem frankowiczom. A tu wystarczyłoby napisać prostą ustawę, która ograniczałaby odpowiedzialność kredytobiorców hipotecznych za długi tylko do wysokości nieruchomości, która jest zabezpieczeniem kredytu. Dziś zabezpieczeniem jest nieruchomość, ale tak naprawdę dług jest od jej wartości oderwany. Jeśli wartość zadłużenia z jakichś przyczyn urośnie, bądź też wartość nieruchomości spadnie, to klient musi zorganizować więcej pieniędzy. W ostateczności bank sprzeda jego nieruchomość, ale resztę długów i tak będzie ściągał z pensji lub innego majątku dłużnika. Gdyby było tak, jak jest w USA, gdzie odpowiedzialność kredytobiorcy za dług hipoteczny jest ograniczona do wartości hipoteki, to pewnie nikt by nawet nie wpadł na oferowanie klientom kredytów w obcej walucie. Ryzyko dla banków byłoby zbyt duże. Ale ponieważ w polskim stanie prawa ryzyko walutowe można było przerzucić na klientów, to nikt się takimi drobiazgami nie przejmował. Czas się wreszcie przejąć. Nie tylko ja tak uważam:

      "Po co wymyślać jakieś dofinansowania, dodatkowe kredytowania, przewalutowania, przeliczenia, algorytmy, odpisy podatkowe...  Można ograniczyć wysokość zadłużenia hipotecznego do wartości nieruchomości. I nagle się okaże, że to bankom będzie zależało na wypłacalności kredytobiorcy. To bankom będzie zależało na pomaganiu klientom w wychodzeniu z zadłużenia. To banki będą porządnie analizowały zdolność kredytową nowych klientów i analizowały rynek nieruchomości przy udzielaniu nowych kredytów. I w końcu to banki będą równo partycypowały w ryzyku, które wiąże się z tym interesem"

      - pisze jeden z czytelników. Co racja to racja. W takiej sytuacji podział ryzyka byłby symetryczny i wszystkim zależałoby tak samo, żeby kredyt i klient się nie przewrócili. Przynajmniej w teorii, bo przecież w krajach anglosaskich, w których takie ograniczenie odpowiedzialności klienta za długi obowiązuje, banki wielokrotnie przesadzały z rozdawnictwem kredytów, a niedawny kryzys nieruchomościowy w USA, wywołany spekulacją papierami opartymi na kredytach udzielanych "na puls", jest na to najlepszym dowodem. Model jest jednak słuszny. Klient, który dojdzie do ściany i nie będzie w stanie spłacać dalej kredytu straci wpłacone raty, mieszkanie, ale nie wyląduje na marginesie społecznym, z niespłacalnymi długami, obciążającymi jeszcze jego rodzinę i dzieci. Bank nie może się dogadać z klientem? Niech bierze swoją nieruchomość i niech sprzedaje na wolnym rynku. Sprzedał drożej niż wynosiła cena zakupu? Jego zysk. Sprzedał taniej? Jego strata. Przy okazji: nie byłoby wreszcie wałków pod tytułem licytacja komornicza za pół ceny.

      Czytaj też: Cztery punkty, czyli samcikowy pakiet pomocowy dla frankowiczów

      Mam jednak wątpliwości czy politycy są zainteresowani takim kompleksowym i systemowym rozwiązaniem. Bo efekty uboczne są oczywiste. Przerzucenie odpowiedzialności za zbyt wysoki wskaźnik LTV z klientów na banki oznaczać będzie automatycznie, że banki będą żądały wyższego wkładu własnego i bardzo ostrożnie będą pożyczały pieniądze. Być może maksymalnym poziomem kredytowania nieruchomości będzie np. 60% jej obecnej wartości. Być może w ogóle znikną z rynku kredyty hipoteczne na 30 lat - bo im dłuższy okres kredytowania, tym większe ryzyko, że cena nieruchomości będącej głównym zabezpieczeniem dla banku zmieni się w sposób niekorzystny. Tylko czy to wszystko będą zmiany na gorsze? Z punktu widzenia polityków - tak, bo mniej ludzi dostanie kredyty na mieszkanie, a nawet jeśli dostaną, to niższe. Będą musieli mieć więcej oszczędności, wysoki wkład własny. Bankowcy też tracą, bo im mniej i im niższe są kredyty, tym niższy ich zarobek. Klienci też mogą się wkurzyć - przecież oni chcą mieć własne mieszkanie i kochają te banki, które pożyczą im jak najwięcej kasy (jak się okaże, że nie starcza na raty, to się zwali na bank, że udzielił zbyt dużego kredytu). Krótko pisząc - rozwiązanie, do którego nawołuję, na krótką metę nikomu się nie opłaca. I właśnie dlatego warto je wprowadzić. Jeśli ktoś z decydentów ma odpowiednio duże cojones, to znajdzie we mnie dozgonnego sojusznika.

      SUBIEKTYWNIE W WAŻNYCH SPRAWACH RODZINNYCH ;-). Wśród spraw ważnych dla świata, którymi mam przyjemność się zajmować, są np. koszty szkolnej wyprawki, czyli jednego z najważniejszych wydatków w roku dla każdego "dzieciatego" Polaka. W tej sprawie pojawiłem się w studio wakacyjnego wydania programu "Pytanie na śniadanie". Zapraszam do obejrzenia ;-)

      pnswyprawka3pnspytaniesniadanie2

      Żaden sierpniowy dzień nie byłby dopełniony, gdybym nie wypowiedział się w sprawie frankowiczów. Aby sprawiedliwości stało się zadość, radziłem - wspólnie z Andrzejem Sadowskim z Centrum im. Adama Smitha - w TV Republika co zrobić z ustawą antyfrankową. 

      tvrepfranki33

      SUBIEKTYWNOŚĆ I FINANSOWE ABSURDY. Jak uprzykrzyć życie klientowi-frankowiczowi, który chce walczyć w sądzie o przewalutowanie pożyczki? Jest kilka sposobów. Przyda się las 

      SUBIEKTYWNOŚĆ PRZEŚWIETLA PROWIZJE. Jak nie dać się latem naciągnąć na dodatkowe prowizje i spready? O tym mówiłem na nadwiślańskiej plaży w ostatnim odcinku wideoporadnika "Samcik prześwietla". Obejrzyjcie!

      SUBIEKTYWNOŚĆ RADZI JAK ŻYĆ. Oto pięć rzeczy, które warto zrobić przed urlopowym wyjazdem. Lub po nim :-)

      SUBIEKTYWNOŚĆ POMAGA ZROBIĆ PIERWSZY KROK. Jeśli myślisz o tym, by zabrać pieniądze z banku i ulokować część z nich inaczej, ale nie wiesz jak się za to zabrać, powinieneś nie tylko przeczytać moje książki o podstawach oszczędzania i inwestowania, ale też obejrzeć to. Wiele rzeczy rozjaśni ci się w głowie.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (33) Pokaż komentarze do wpisu „Każdy kredyt hipoteczny to dla kredytobiorcy tykająca bomba zegarowa. Jak ją rozbroić?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 21 sierpnia 2015 08:23

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line