Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • środa, 31 sierpnia 2016
  • wtorek, 30 sierpnia 2016
    • Opłaty za konta i karty? Drobiazg. Oto cztery prowizje, którymi banki wydoją cię naprawdę

      Banki ostatnio zmieniają podejście do klientów, głównie w związku z dodatkowymi obciążeniami, które muszą ponosić (fundusz gwarancji depozytów, obowiązkowy fundusz wsparcia dla kredytobiorców, podatek bankowy, wyższe wymogi kapitałowe nakładane przez polski i europejski nadzór), ale też z powodu niskich stóp procentowych oraz ścięcia opłat kartowych (słynny interchange). To wszystko bankowców boli, ale... ich dochody z prowizji albo nie spadają w ogóle, albo tylko w niewielkim stopniu. Jak oni to robią? Prześledziłem rachunki wyników kilku banków oraz tabele opłat i prowizji. I wiecie co mi wyszło? Że ci w bankach naprawdę nie są głupi. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest po staremu: konta za darmo (choć przeważnie pod warunkiem wpływów), karty za darmo (choć przeważnie pod warunkiem obrotów), bankomaty za darmo (choć nie zawsze wszystkie i nie zawsze dla nieograniczonej liczby wypłat). Za utrzymujące się na wysokim poziomie dochody banków z prowizji odpowiadają "wrzutki" w tabelach opłat, których przeciętny klient zwykle nie zauważa. A które powodują, że bank sporo zarobi. Sporządziłem listę takich "wrzutek":  

      PUŁAPKA 1. PROWIZJA ZA DEBET. Rachunki bankowe są często darmowe lub prawie darmowe, ale to nie oznacza, że banki do nich dopłacają. O, nie. Najsprytniejszą pułapką, którą bankowcy zastawiają na nas, żeby jednak ściągnąć te 100-200 zł rocznie, jest drogi debet w koncie osobistym. Debet czyli możliwość zejścia poniżej zera z saldem na ROR. W niektórych bankach rozróżniają dwa poziomy tego zejścia "pod wodę" - debetem nazywają płytkie "zanurkowanie" do kilkuset złotych, oferowane w gratisie z każdym kontem osobistym (bez badania zdolności kredytowej klienta), zaś możliwość osiągnięcia minusowego salda na koncie w wysokości kilku, kilkunastu tysięcy złotych to już kredyt odnawialny. I właśnie kosztów tego kredytu dotyczy pułapka.  Sam kredyt jest tani, maksymalnie 10 % w skali roku. Sęk w tym, że banki ostatnio bardzo intensywnie namawiają nas do tego, byśmy tę możliwość debetowania rachunku jak najbardziej powiększali. "Na wszelki wypadek", "gdyby pojawiły się większe wydatki", "gdyby popsuło się coś w domu".

      Jednocześnie bankowcy podkręcają prowizje za przedłużenie lub podwyższenie kwoty kredytu odnawialnego. W tabelach prowizji jest to pozycja dużo mniej wyeksponowana, niż opłata za konto, czy kartę, a dużo groźniejsza. Bo opłatę za limit kredytu odnawialnego płacisz niezależnie od tego czy z niego korzystasz, czy nie. Jeśli masz 1000 zł debetu i limit kredytu odnawialnego np. 20.000 zł, to odsetki bank pobiera tylko od wykorzystanej kwoty, ale roczną opłatę za przedłużenie linii kredytowej - już od całości. Ta opłata jeszcze dwa lata temu wynosiła z reguły 1-2% wartości przyznanego kredytu. Teraz znam banki, w których sięga 3-4%! Taka prowizja może być solidnym strzałem w domowy budżet. I da bankowi świetny zarobek na darmowym koncie. Radzę zmniejszyć limit kredytu odnawialnego do takiego poziomu, który jest rzeczywiście przydatny.

      PUŁAPKA 2. KREDYTÓWKA Z OPŁATĄ ROCZNĄ .Kart kredytowych mamy mniej więcej 2 mln. Wiadomo na czym one polegają: płacimy za zakupy, a jeśli oddamy kasę w ciągu 50 dni, to nie płacimy odsetek. Banki obawiają się podwyższać opłaty za ROR i kartę debetową, ale w stosunku do kart kredytowych już takich obiekcji nie mają. Zwłaszcza jeśli wśród posiadaczy ich kart kredytowych przeważają tacy, którzy mają limity wykorzystane "pod korek". Taki klient jest zdany na łaskę lub niełaskę banku. Ostatnio częściej na niełaskę. Jeśli masz kartę kredytową (a jeśli masz ich kilka to tym bardziej) sprawdź czy nadal jest ona darmowa. Banki w ostatnim czasie zaczęły przykręcać klientom śrubę i albo wymagają znacznie większej aktywności klienta, albo wręcz pobierają roczną opłatę za kartę niezależnie od tej aktywności. Taka opłata roczna wynosi od 25 zł do nawet 50-60 zł (przy kartach z wysokimi limitami nawet 100-200 zł), więc jest bolesnym ciosem dla domowego budżetu.

      Kłopot w tym, że prowizje i koszty związane z kartami kredytowymi są bardzo nieprzejrzyste. Mało kto np. wie, że jeśli nie spłaci całego kartowego kredytu w ciągu 50 dni, to bank naliczy mu odsetki za wszystkie zakupy od początku trwania danego okresu rozliczeniowego. O tym, że nadchodzi czas zapłacenia rocznej opłaty za kartę bankowcy też nas nie informują. A nawet gdyby informowali, to i tak nie bylibyśmy w stanie spłacić karty i jej oddać tak z dnia na dzień. Pewnym rozwiązaniem może być przeniesienie karty kredytowej do banku, w którym masz ROR. Częściej, niż zwykle taka kredytówka bywa darmowa, a jeśli są z nią związane jakieś wymogi dotyczące liczby lub wartości koniecznych do wykonania transakcji, to przeważnie są one "przypięte" do klienta, a nie do konkretnej karty. Musisz więc "wykręcić" np. 500 zł transakcji miesięcznie, ale nie ma znaczenia którą kartą. Ryzyko nadziania się na kilkudziesięciozłotową opłatę roczną są mniejsze.

      PUŁAPKA 3. TRANSAKCJE WALUTOWE. Banki ostatnio bardzo wycwaniły się jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju transakcje, w których następuje wymiana walut. Choć zwykle jest to wymiana czysto księgowa, to koszty mogą być zabójcze. Sęk w tym, że choć dotyczą tylko 5-10% wszystkich klientów (tych najbardziej mobilnych i "światowych"), to są to klienci relatywnie zamożni. I często nawet nie zauważają, że wakacyjny wyjazd kosztował ich 200-300 zł więcej z powodu prowizji, o których nie mogli wiedzieć, bo są dobrze schowane w tabelach prowizji. Przykład? Używanie polskiej karty płatniczej za granicą. Koszty przewalutowania transakcji zagranicznej (to prowizja stosowana obok lub zamiast tradycyjnego spreadu) sięgają 6-7% wartości transakcji. Nieliczne banki mają już w ofercie karty wielowalutowe (taka karta sama "wie" w jakiej walucie ma zaksięgować transakcję, żeby jej właściciel nie ponosił kosztów spreadów i przewalutowań), ale większość banków woli doić swoich klientów na różnicach kursowych. Zapłacenie za zakupy w zagranicznym sklepie internetowym może się okazać pułapką. Niektóre banki nawet transfer pieniędzy z jednego polskiego konta walutowego na drugie traktują jak... transakcję zagraniczną. Jak się bronić? Korzystać z e-portmonetek walutowych, które oferują niebankowe firmy pośredniczące w płatnościach.

      PUŁAPKA 4. PROWIZJA KREDYTOWA. Każdy, kto korzysta z jakiegokolwiek kredytu konsumpcyjnego powinien pięć razy policzyć ile go to będzie naprawdę kosztowało. Jest bowiem pewne jak w banku, że na pewno nie tyle, ile mówi bank. Dziś oprocentowanie stanowi jedną trzecią, jedną czwartą całkowitych kosztów kredytu. Kiedyś banki resztę wpisywały w obowiązkowe ubezpieczenia dodawane klientom do kredytów, ale teraz prawo tego zabrania, więc przyszedł czas na dorzucanie do kredytów astronomicznych - często nawet dwucyfrowych - prowizji. Na prowizjach od kredytów gotówkowych banki zarabiają dziś największe pieniądze. To właśnie prowizje sprawiają, że większość bankowych kredytów konsumpcyjnych to klasyczna lichwa. Zanim pożyczymy pieniądze, pytajmy o ratę do zapłaty, zsumujmy wszystkie raty i porównajmy z kwotą, którą dostaniemy do ręki. A potem zabierzmy się za negocjacje dotyczące wysokości prowizji. Banki żyłują je, bo większość klientów - niczym młode pelikany - łyka wszystko co się im podsunie. A tymczasem prowizje bankowe można zawsze negocjować. Im większy kredyt, tym bardziej są negocjowalne.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Opłaty za konta i karty? Drobiazg. Oto cztery prowizje, którymi banki wydoją cię naprawdę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 sierpnia 2016 10:44
  • poniedziałek, 29 sierpnia 2016
    • Wyciek danych z bazy PESEL? Czy jest się czego bać? "Założyli lewe konto, wyłudzili pożyczki"

      W ostatnich kilkudziesięciu godzinach mogliście przeczytać w portalach internetowych o dużym, gigantycznym, monstrualnym (niepotrzebne skreślić) wycieku danych z bazy PESEL. Pisano, że prawdopodobnie w nieuprawnione ręce dostały się dane co najmniej kilkuset tysięcy obywateli. Ze strzępów docierających z internetu informacji wynikało, że sprawa jest poważna, gdyż prokuratura przekazała ją do ABW. I że dane były pobierane za pośrednictwem dwóch lub trzech kancelarii komorniczych (czyżby jakaś grupa przestępcza przejęła kanały komunikacyjne komorników z bazą PESEL?). Nienaturalnie duże paczki danych były pobierane nocą, stąd minister się zaniepokoił i zawiadomił prokuratora. Ale nie można też wykluczyć, że żadnego wycieku nie było, po prostu komornicy zasysali dane jak dzicy, bo każdy chciał przetworzyć jak najwięcej spraw (tak napisała w poniedziałkowym oświadczeniu Izba Komornicza oraz Ministerstwo Cyfryzacji). Niezależnie od tego jaka jest prawda - warto uporządkować stan wiedzy o tym co nam grozi w wyniku kradzieży danych osobowych. I jak się przed tym bronić.

      Ale zanim o tym... przeczytaj jak PKO BP wkurzył klientów na koniec lata. Drobiazgiem

      JAKIE DANE O NAS SĄ W BAZIE PESEL? Sam numer PESEL to oczywiście istotny identyfikator, który podajemy w zeznaniach podatkowych, podpisując najróżniejsze umowy, albo np. będąc u lekarza. Ale nie jest jakoś szczególnie tajny łamane przez poufny :-). Można z niego odczytać chyba tylko datę urodzenia delikwenta, ale na tym koniec "inwigilacji". W bazie PESEL są jednak także inne dane - imię i nazwisko danego obywatela, jego nazwisko rodowe, stan cywilny, numer dowodu osobistego, data i miejsce urodzenia oraz aktualne miejsce zameldowania. Krótko pisząc - całkiem solidny pakiecik danych podstawowych o każdym z nas. Mniej więcej ten sam, który przekazujemy podając komuś nasz "stary" dowód osobisty (w tych najnowszych danych jest nieco mniej). Jeśli nie pozwalamy skanować, ani kserować dowodu oraz nie zostawiamy go nikomu na dłużej, niż pięć sekund, to właśnie po to, by się o nas tego wszystkiego, co jest w bazie PESEL, nie dowiedział. Dokładna lista danych znajdujących się w bazie PESEL jest pod tym linkiem.

      Czytaj też: Skanują dowody, kradną dane z kart płatniczych. Złodzieje tożsamości

      JAKI UŻYTEK MOGĄ ZROBIĆ Z TYCH DANYCH ŹLI LUDZIE? Umówmy się: imię, nazwisko, numer dowodu osobistego, czy numer PESEL - a nawet numer rachunku bankowego (choć jego akurat nie ma w bazie PESEL) - to nie są dane, które w rękach przestępcy automatycznie stają się niebezpieczne w takim sensie, że wystarczyłyby do kradzieży twoich pieniędzy. Adres zameldowania (jeśli jest zgody z adresem zamieszkania) może ułatwić komuś np. inwigilację danego obywatela. Jeśli jednak nie jesteś agentem służb specjalnych i nie masz w zwyczaju rozpływać się w powietrzu co drugi dzień, to nie trzeba włamywać się do bazy PESEL, żeby ustalić gdzie mieszkasz. Przeciętnie zdolny prywatny detektyw zrobi to w trzy dni. Ryzyko tkwi głównie w tym, że posiadanie kompletu danych z dowodu osobistego (bądź z bazy PESEL) może być dużym krokiem w kierunku "sklonowania" danego obywatela przez złodzieja tożsamości. A klonowanie tożsamości służy oczywiście po to, by na czyiś koszt wyłudzić pieniądze.

      CZY ZŁODZIEJ, MAJĄC TE DANE, MOŻE WZIĄĆ POŻYCZKĘ NA TWOJE KONTO? Niezależnie od tego czy padłeś ofiarą wycieku danych z bazy PESEL (o ile taki w ogóle miał miejsce), czy po prostu dałeś sobie skopiować, zeskanować lub podpatrzyć dane z dowodu osobistego, teoretyczne zagrożenia są dwa. Pierwsze to klasyczne sfałszowanie twojego dowodu osobistego (złodziej ma wszystkie dane, a zdjęcie wklei swoje :-)) i próba wyłudzenia pożyczki w placówce banku lub firmy pożyczkowej. Gość po prostu przychodzi, mówi "dzień dobry, nazywam się Kowalski, poproszę o pożyczkę". Jeśli w banku nie zorientują się, że dowód jest "lewy", to może się udać. Ale dowody osobiste są dość dobrze zabezpieczone i naprawdę nie jest łatwo "wyprodukować" dobrą fałszywkę. A pracownicy odpowiedzialni za identyfikację klientów w bankach i firmach pożyczkowych są bardzo wyczuleni na próby wyłudzeń.

      Zagrożenie drugie to próba wzięcia na twoje konto kredytu lub pożyczki przez internet. A więc nie złodziej nie pojawia się w placówce ze sfałszowanym dowodem, lecz podszywa się pod ciebie zdalnie. W większości firm pożyczkowych można bez problemu wziąć pożyczkę przez smartfona z dostawą kasy na wskazane konto dosłownie w ciągu kwadransa. Taka firma pożyczkowa nie żąda od klienta dowodu osobistego, a tylko kompletu danych z dowodu. Czy to oznacza, że każdy, kto ma te dane z twojego dowodu (albo wykradł je z bazy PESEL) może wziąć na ciebie pożyczkę? Na szczęście nie. Są dwa zabezpieczenia. >>> firmy pożyczkowe często proszą o dodatkowe dane dotyczące dochodów i miejsca zatrudnienia, a bywa, że błyskawicznie sprawdzają czy dane osoba pracuje w takiej a takiej firmie. >>> z reguły firmy pożyczkowe potwierdzają tożsamość klienta przelewem weryfikacyjnym. A więc prosi, byś przelał 1 zł ze swojego konta bankowego. W danych przelewu jest imię, nazwisko, adres nadawcy.

      Czytaj też: A jeśli złodziej włamie się do twojego banku? Jak się zachować?

      CZY ZŁODZIEJ, MAJĄC TE DANE, MOŻE "PODROBIĆ" KONTO W BANKU? Sprawdzanie klienta przez przelew weryfikacyjny to procedura stosowana przez prawie wszystkie firmy pożyczkowe. To oznacza, że złodziej, chcąc wyłudzić w firmie pożyczkowej błyskawiczną pożyczkę na twoją sklonowaną tożsamość, poza danymi z dowodu osobistego musi też założyć na twoje dane konto bankowe. Banki też pozwalają zakładać konta zdalnie, ale też wymagają przelewów weryfikacyjnych. Poza tym ostatnio weszły w życie zalecenia Komisji Nadzoru Finansowego, z których wynika, że bank co prawda może założyć komuś konto w oparciu o przelew weryfikacyjny z innego banku, ale tylko pod warunkiem, że ten przelew przyjdzie z banku, w którym klient, zakładając konto, wylegitymował się osobiście dowodem. Wcześniej banki mogły zakładać konta za pomocą przelewu weryfikacyjnego lecącego z konta założonego za pomocą przelewu weryfikacyjnego lecącego z konta założonego za pomocą przelewu... :-). I tak dalej :-). 

      W tej sytuacji jedyną opcją dostępną dla złodzieja, by założyć dane na czyjeś konto jest >>> przyjście do banku ze sfałszowanym dowodem i oszukanie pracownika (ustaliliśmy już, że to niełatwe) albo >>> skorzystanie z opcji założenia "lewego" konta bankowego za pośrednictwem kuriera. Zakładanie ROR-u w tym trybie odbywa się tak, że klient wypełnia przez internet formularz i podaje wszystkie dane, po czym bank je weryfikuje i odsyła umowy do podpisania za pośrednictwem poczty kurierskiej. Kurier legitymuje klienta, przyjmuje jego podpisy na umowach, dostarcza do banku, a ten aktywuje klentowi konto. Złodziejowi może się udać taka akcja, ale pod trzema warunkami: >>> kurier zapomni sprawdzić czy klient zakładający konto ma dowód osobisty i czy są w nim te same dane, co w umowie ;-). >>> że kurier nie weźmie do ręki dowodu osobistego podanego przez złodzieja i nie zorientuje się, że jest podrobiony, >>> w banku, zanim podpiszą dokumenty, nie sprawdzą czy nazwisko, numer dowodu i PESEL danego klienta zgadzają się z jego miejscem zamieszkania (bo złodziej przecież nie zamówi kuriera na twój adres, tylko na swój).

      CASE STUDY: TAK WYŁUDZONO KREDYTY NA KONTO MOJEJ CZYTELNICZKI. Mając konto w banku, założone na twoje nazwisko, złodziej idzie do firmy pożyczkowej, bierze maksymalnie dużą pożyczkę, weryfikuje się przelewem z banku, który "łyknął" fałszywe dane i... gotowe. Scenariusz trudny do realizacji, ale chyba nie jest tak całkiem niemożliwy. Jedną z tak okradzionych osób jest pani Małgorzata, która dowiedziała się o tym czystym przypadkiem, kiedy bank odmówił jej karty kredytowej.

      "W zeszłym tygodniu chciałam założyć kartę kredytową. Zapewniano mnie, że nie będzie z tym problemu. Właśnie otrzymałam telefon z informacją, że jestem wpisana na "czarną listę" dłużników i niestety nie otrzymam karty. Okazało się że na moje nazwisko zostało wziętych kilka pożyczek w rożnych parabankach. Podkreślam, iż nie zgubiłam mojego dowodu ani nie został mi ukradziony, najprawdopodobniej ktoś wykradł mój PESEL i numer dowodu"

      Pani Małgosia straciła pół dnia, żeby sprawdzić na jakiej podstawie firmy pożyczkowe udzieliły pożyczek nie sprawdzając tożsamości klienta. Oczywiście parabankierzy powiedzieli, że aby wziąć u nich pożyczkę wystarczy podać swoje dane, a oni i tak nie sprawdzają ich prawdziwości, a tylko zaglądają do kilku baz, żeby sprawdzić czy osoba o takich danych nie ma już na koncie jakichś nie spłaconych pożyczek.

      "Jedynym zabezpieczeniem dla nich jest to iż z konta bankowego założonego na daną osobę zostaje wysłany przelew na jeden grosz. Jakież było moje zdziwienie gdy dowiedziałam się, że taki przelew został wysłany z konta założonego w mBanku. Poszłam do oddziału tego banku i tam okazało się, że ktoś założył tam konto na mnie znając tylko moje imię nazwisko, PESEL i numer dowodu. Okazuje się że jest to możliwe, gdyż w tym banku nie sprawdzają dowodu osobistego – istnieje możliwość założenia konta zdalnie. Kurier przyjeżdża z umową do klienta i to on ma sprawdzić dowód!"

      - opowiada pani Małgorzata. Mamy więc jak na dłoni konkretny przypadek złodzieja tożsamości działającego właśnie w sposób, który opisałem. Nie wiadomo czy złodziej, mając dane pani Małgorzaty - wykradzione z bazy PESEL, podpatrzone, albo pozyskane w inny sposób - sfałszował jej dowód osobisty na tyle dobrze, że kurier się na to nabrał, czy też może kurier był z nim w zmowie i przymknął oko na brak dowodu osobistego. Mogło być też tak, że złodziej tożsamości tak zaaranżował sytuację, że kurier nie zdążył sprawdzić dowodu albo machnął na to ręką "poczeka pan 15 minut? Mam ten dowód w sypialni, ale nie chcę przeszkadzać żonie, właśnie uprawia seks z moim bratem". W takiej sytuacji każdy kurier odpuszcza :-). Nawet jeśli jest to wbrew procedurom, zasadom bezpieczeństwa i zdrowego rozsądku. Zwłaszcza, że dla kuriera 15 minut to wieczność, jego plan dnia jest rozpisany na najdrobniejsze części sekundy. Najgorsze jest to, że w tym konkretnym przypadku pani Małgorzacie nawet w banku nie chcieli pomóc.

      "Wiem, że takie przypadki już się zdarzały. Dla mnie najbardziej bulwersującym jest fakt, iż ja nie mogę teraz tego konta zamknąć! Zgłosiłam do banku telefonicznie reklamację o wyłudzeniu i kradzieży danych osobowych, dostałam maila że ktoś się do mnie bezzwłocznie skontaktuje i cisza. Wydzwaniam na infolinię banku, gdzie pani potwierdziła zarejestrowanie reklamacji, ale nie mogła mi pomóc. Poszłam do oddziału banku z moim paszportem i zaświadczeniem a urzędu miejskiego, iż wyrabiam dowód gdyż poprzedni jest zastrzeżony z powodu wykradzenia danych osobowych. Uzyskałam wiadomość iż nie mogę tego konta zamknąć gdyż... nie mam dowodu. Przekonywałam, że w naszym kraju obowiazuje również paszport na co uzyskałam odpowiedź iż oni mają takie procedury i już. Konta nie zamknę"

      W związku z procedurami bankowymi złodziej dalej może wykorzystywać "lewe" konto do wyłudzenia pożyczek, bo pani Małgorzata go nie możę zamknąć. W głowie się nie mieści. Opisywałem kilka dni temu procedury w banku ING, w którym jest tak, że bez dowodu osobistego mnie można nawet wykonać przelewu wewnętrznego między własnymi kontami. Ładnie proszę bankowców, by dostosowali procedury do realnego życia. Jakoś nie mają problemu z otwieraniem kont na fikcyjne dane, bo bezgranicznie ufają anonimowym kurierom, ale nie zaufają klientowi, który legitymuje się legalnym paszportem i chce w oparciu o ten dokument wykonać przelew albo po prostu zamknąć rachunek. Firmy pożyczkowe na podstawie pisma złożonego przez panią Małgorzatę do prokuratury, wstrzymują windykację, ale kto wie jak długo potrwa odkręcanie sprawy. Pewne jest to, że do czasu wyrobienia nowego dowodu osobistego w banku ważniejszy będzie złodziej tożsamości niż ten, komu tożsamość skradziono.

      "Wiem że nie jestem jedyną osobą w tym kraju z takim problemem, ale podejrzewam że jestem jedną z nielicznych która jest w sytuacji takiej, że nie może zamknąć konta, które zostało otworzone przez złodzieja. Uważam, że należy tę sprawę nagłośnić. Zwłaszcza, że bank w tej sytuacji chroni złodziei, a nie normalnych obywateli"

      Nic dodać, nic ująć? Wkurzeni? To dla rozluźnienia atmosfery... sprawdźcie co mogę przeczytać za pomocą smartfona z Waszych kart płatniczych. Oj, dużo mogę :-). Na przykład co sobie kupiliście w sex-shopie dwa dni temu (taki żarcik ;-)).

      Zastanawialiście się kiedyś czy bezpieczniejsze jest korzystanie z SMS-ów autoryzacyjnych, z tokenów czy z list haseł jednorazowych w formie zdrapki? W tym wideofelietonie odpowiadam na Wasze pytania w tej kwestii:

      A JEŚLI TWOJE DANE WYCIEKŁY? JAK SIĘ OBRONIĆ? Dziś klonowanie tożsamości jest dość trudne, ale jeszcze kilka miesięcy temu banki dość łatwo i beztrosko zakładały konta na podstawie przelewów weryfikacyjnych. Nie było pod tym względem żadnych obostrzeń. Nie chcę Was jakoś specjalnie zachęcać do wielkich akcji "osłonowych", zwłaszcza że wiążą się one ze współpracą z firmami komercyjnymi, zarabiającymi na naszych strachach, ale jeśli ktoś z Was dla spokojnego snu chce mieć pewność, że z jego danymi nikt nie próbował nic brzydkiego zrobić, to  są trzy sposoby na sprawdzenie czy ktoś się pod ciebie nie podszywa. Banki - i nie tylko one, bo firmy pożyczkowe też - wymieniają się najróżniejszymi danymi, do których dostęp od pewnego czasu mają również klienci. Jeśli złożysz wniosek o pożyczkę w banku A, a potem pójdziesz do banku B, to oba będą wiedziały, że potrzebujesz pieniędzy. I odpowiednio to "wycenią". Dostęp do tych baz nie jest wśród konsumentów popularny, ale może warto zmienić nawyki i z nich skorzystać?

      >>> Ognivo, czyli sprawdzamy bazę rachunków bankowych. Międzybankowa baza Ognivo to prawdziwy skarb, otwarty dosłownie kilka tygodni temu dla każdego konsumenta. Można tu bezpłatnie sprawdzić w których bankach i SKOK-ach założono konta na nasze nazwisko. Jeśli przeprowadzisz taką weryfikację i kont w rejestrze będzie więcej, niż ci o tym wiadomo - powinna ci się zapalić żółta lampka. W takim wypadku trzeba iść do banku i rzecz wyjaśnić, bo jeśli ktoś na ciebie zakłada ROR, to na pewno zrobił to w jakimś celu. Albo chce cię okraść, albo wykorzystać jako "słupa", czyli przepuścić przez to konto pieniądze ukradzione komuś innemu, żeby zatrzeć ślady. Jeśli zaś nikt nie założył na twoje konto ROR-u, to jesteś raczej bezpieczny. Żeby uzyskać dane o swoich ROR-ach wystarczy iść do dowolnego banku i złożyć krótki wniosek. Odpowiedź powinna przyjść w ciągu kilku dni.

      >>> FairPay, czyli zerkamy do serwisu z danymi o twojej wiarygodności. Działa to-to pod adresem www.konsument.krd.pl. Operatorem bazy jest Krajowy Rejestr Długów, czyli komercyjna firma, kolekcjonująca dane i żyjąca z ich udostępniania. Tu wpisują dane na twój temat nietórzy usługodawcy, zaglądają też do niej niektóre firmy, gdy przychodzisz coś kupić.  Żeby zasysać dane o innych osobach lub firmach, albo wpisywać do niej niewiarygodnych kontrahentów trzeba słono płacić, ale podstawowe konto, w którym dowiemy się kto o nas pytał, jest za darmo (najważniejsze dane są w sekcji "Sprawdzanie"). Każda rozsądna firma pozabankowa przed udzieleniem pożyczki zdalnej sprawdza potencjalnego klienta na różnych "czarnych listach", w tym tej prowadzonej przez KRD. Jeśli więc jakaś firma pożyczkowa sprawdzała cię w bazie KRD i dowiesz się tego dzięki serwisowi FairPay, to jest duże prawdopodobieństwo, że twoje dane wpadły w ręce wyłudzaczy pieniędzy. Wtedy warto zastrzec dowód osobisty. Więcej o FairPay pisałem w blogu jakiś czas temu, gdy ta usługa zadebiutowała na rynku.

      >>> BIK-Pass, czyli sprawdzamy międzybankową bazę kredytów. Każdy może założyć konto w portalu Biura Informacji Kredytowej (międzybankowa firma zbierająca wszystkie dane o historii naszych kredytów) i za kilkadziesiąt złotych rocznie (a w promocji za darmo) wykupić sobie dostęp online do wszystkich informacji, które ma o nim BIK. Cała rzecz działa pod internetowym adresem www.bik.pl. Mam taki pakiet, a w nim alerty SMS-owe powiadamiające o każdej sytuacji, w której jakiś bank dobijał się do bazy, chcąc mnie sprawdzić, a także raport "Profil kredytowy Plus", w którym mogę sprawdzić wszystkie swoje aktualne zobowiązania w bankach, ocenę punktową wynikającą z historii kredytowej oraz dowiedzieć się które banki i z jakiego powodu zabiegały o informację na mój temat. Jest też usługa BIK-pass, czyli wirtualna legitymacja uprawniająca do zniżek na produkty ubezpieczeniowe i bankowe.

      Zniżek jest co prawda niewiele i są marne, ale może z czasem BIK-pass stanie się większą atrakcją. Jeśli w portalu BIK znajdziesz jakieś kredyty, których nie brałeś, albo jakieś zapytania z banków, z którymi nie miałeś nic wspólnego, to oczywiście trzeba zastrzec dowód osobisty, iść do banku, który wpisał do bazy niepokojące dane, a jeśli mówimy już nie tylko o zapytaniach kredytowych, ale wręcz o "lewych" kredytach - iść na policję. Standardowo dostęp do portalu BIK jest płatny (abonament kosztuje kilkadziesiąt złotych rocznie), ale w ostatnich dniach BIK wprowadził promocję, dzięki której podstawowy pakiet BIK-Alerty (możliwość otrzymywania SMS-a za każdym razem gdy ktoś pyta o nas w bankach) będzie przez rok za darmo. 

      JAK NIE DAĆ SIĘ OKRAŚĆ PODCZAS PODRÓŻY? Nie ma złudzeń, w podróży jesteś łatwiejszym niż kiedykolwiek celem dla przestępców - zarówno kieszonkowców, jak i tych, którzy żyją z rozbojów. Jak nie dać się okraść? Opowiadam o tym w swoim najnowszym wideofelietonie. Zobacz koniecznie!

      Kiedy warto wykupić dodatkowe ubezpieczenie przed wyjściem z domu? O tym i o moich wakacyjnych przypadkach - na szczęście nie z tego roku - opowiadam w tym klipie:

      GORĄCE TRIKI NA WAKACJE. Kiedy najlepiej wybrać się na urlop? Gdzie lepiej polecieć z biurem podróży, a gdzie solo? Jak zapłacić za urlop, żeby mieć największe prawa konsumenckie do dyspozycji? Zapraszam do obejrzenia wyjątkowo gorącego wideo. Jeśli jeszcze nie jesteście na wakacjach, to po obejrzeniu tego klipu zapragniecie natychmiast się na nich znaleźć ;-)

      Co zrobić, żeby wakacje były tańsze? Oto przegląd trików, które pozwalają zaoszczędzić na wakacjach całkiem przyjemne kwoty. Sprawdzone osobiście ;-)

      (NIE)BEZPIECZNE POŁOWY. W ramach sprawdzania czy jest dla naszych pieniędzy jakaś alternatywa dla 1% z bankowego depozytu udałem się na ryby. Myślałem, że najgorsze będzie starcie z giełdowymi rekinami, ale nie - cios przyszedł z najmniej oczekiwanej strony. A więcej wstrząsających klipów pod tym linkiem

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4SPOTKAJ MNIE W NECIE... Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już ponad 34.000!), na Twitterze(tu wraz ze mną zaprasza prawie 9000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowegomaciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      autopromo2...ZOBACZ MNIE W EKSTREMALNYCH AKCJACH. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Ci się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. Wszystkie te przygody są na mojej "stronie" youtubowej. Zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już ponad 2000 fanów i jest ponad 70 filmów, które obejrzano więcej, niż ćwierć miliona razy). 

      autopromo11SUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA IDZIE NA OSTRO W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej". Co czwartek na stronach gospodarczych "Wyborczej" ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym ja i grupa moich kolegów, zwana złowróżbnie Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy. Jeśli potrzebujesz rady albo pomocy w sprawie niekoniecznie związanej z produktami finansowymi - pisz naekipasamcika@wyborcza.biz. Moi ludzie nie zostawią Cię bez pomocy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możesz kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (26) Pokaż komentarze do wpisu „Wyciek danych z bazy PESEL? Czy jest się czego bać? "Założyli lewe konto, wyłudzili pożyczki"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 sierpnia 2016 09:05
  • sobota, 27 sierpnia 2016
    • Chcesz bardzo podpaść klientom? Zabierz im bankomaty z drogi do pracy. PKO BP coś o tym wie

      Podobno mamy XXI wiek, a bankowanie przenosi się coraz bardziej do internetu. I to nie takiego "zwykłego", tylko do mobilnego. Banki zaczynają zwijać lub przynajmniej mocno zwijać sieć placówek, za to strategicznym kanałem dostępu staje się bankowość mobilna. Nad tym, by aplikacja mobilna - która ma wkrótce hurtem zastąpić bankowe serwisy internetowe, kartę płatniczą i oddziały - była jak najfajniejsza, jak najbardziej wygodna i dawała jak najwięcej możliwości, pracują w bankach najlepsi z najlepszych. Dla banków to nie tylko konieczność, ale i szansa - jeśli Polacy zaczną masowo bankować przez smartfona, to bankowcom będzie łatwiej zarabiać nie tylko na usługach bankowych, ale i na dealach z sieciami handlowymi, ciąć koszty poprzez ograniczenie potwornie kosztownej sieci placówek i bankomatów oraz zmniejszać zatrudnienie. 

      Zobacz na YouTube: Jak wyglądają bankowe placówki przyszłości? Sprawdzam!

      Co na to klienci? W badaniach wychodzi, że są nowocześni, kochają płacenie smartfonem, aplikacja mobilna jest dla nich niczym brat lub siostra. Ale gdy przychodzi co do czego... Wystarczyło, że ze stacji warszawskiego metra zniknęły bankomaty PKO BP, a na bank wylewa się fala bezprzykładnego hejtu. Nie ma dnia, żebym nie dostał listu albo e-maila od klientów PKO BP, którzy wyrażają swoje oburzenie, że bank zabrał im bankomat z tej lub innej stacji metra. Bo oni z tego bankomatu często korzystali i była to najbliższa im opcja wypłacania gotówki. E-maile i listy to nie wszystko: temat "znikniętych" bankomatów jest obecny w rozmowach sprzedawczyń na moim osiedlowym bazarku. Ze dwa razy zatrzymali mnie na ulicy nieznajomi, którzy rozpoznali mnie jako ich ulubionego blogera i postanowili podzielić się "na żywo" swoim bankomatowym rozczarowaniem.

      Czytaj też: Dlaczego PKO BP zabrał bankomaty ze stacji warszawskiego metra?

      Czytaj też: Śmierć bankomatów? Nic z tego. Oto najnowsze dane o naszym płaceniu

      Siła przyzwyczajenia jest wielka. Tak drobna rzecz jak usunięcie bankomatu z miejsca, w którym zawsze był i po którym codzinnie porusza się klient, powoduje u niego bezprzykładną falę agresji wobec banku. Jednym, drobnym ruchem można zmniejszyć lub całkiem zanihilować przychylność setek, a może tysięcy klientów. PKO BP ma 3200 bankomatów, z metra zniknęło najwyżej kilkanaście. Bank nie miał innego wyjścia, musiał zabrać bankomaty z warszawskiego metra, bo został stamtąd wyrzucony (o powodach tej "eksmisji" niedawno było zresztą w blogu). Jego wina polega jednak nie tylko na tym, że dopuścił do zniknięcia bankomatów z ulubionych miejsc mieszkańców stolicy, ale że zaniedbał poinformowania ich o tym wszelkimi dostępnymi kanałami i nie wytłumaczył im przyczyn nowej sytuacji. Gdyby klienci byli przygotowani, to nie przeżyliby rozczarowania, które w wielu przypadkach może się skończyć zamknięciem kont w PKO BP, albo spadkiem lojalności wobec banku. Klient nie szanowany staje się łatwiej podatny na zabiegi konkurencji.

      struktura_klientw_pko

      Dla wszystkich bankowców ten "efekt motyla", czyli ogromne niezadowolenie klientów największego banku (PKO obsługuje w kraju 7 mln klientów) spowodowane drobniutką zmianą w dostępie do usług, powinien być nauczką. Po pierwsze - niezależnie od tego co deklarują Wasi klienci - bankomat w pobliżu miejsca zamieszkania bądź na trasie codzinnej drogi do pracy daje im poczucie bezpieczeństwa. Niezależnie od tego czy z niego korzystają, czy też nie - mają z tyłu głowy wewnętrzny spokój, że gdyby nagle była im potrzebna gotówka, to wiadomo skąd ją wziąć. Ten bankomat, głupia maszyna, w dobie automatyzacji może być dla dużej części klientów jednym z najważniejszych argumentów, by nie zmieniać banku. Może nie dotyczy to wszystkich klientów, ale na pewno dużej ich części.

      bankomatystats

      Po drugie - też niezależnie od tego co deklarują Wasi klienci - warto przyjrzeć się wszystkim danym, które macie na temat szlaków "podróżnych" Waszych klientów. Smartfon z aplikacją mobilną w ręku klienta - i z jego zgodą na geolokalizację - to oczywiście możliwość oferowania mu mnóstwa nowoczesnych usług, o których już nie raz pisałem w blogu. Ale też możliwość takiego rozlokowania bankomatów, by ustawić je dokładnie "na szlaku". Stosunkowo małym kosztem może to pomóc zbudować lojalność tych klientów, którzy albo z bankomatów rzeczywiście sporo korzystają, albo potrzebują ich dla poczucia bezpieczeństwa. Na codzień używają karty płatniczej, ale nigdy nie wiadomo kiedy będzie trzeba "zatankować się" gotówką.

      JAK NIE DAĆ SIĘ OKRAŚĆ PODCZAS PODRÓŻY? Nie ma złudzeń, w podróży jesteś łatwiejszym niż kiedykolwiek celem dla przestępców - zarówno kieszonkowców, jak i tych, którzy żyją z rozbojów. Jak nie dać się okraść? Opowiadam o tym w swoim najnowszym wideofelietonie:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Chcesz bardzo podpaść klientom? Zabierz im bankomaty z drogi do pracy. PKO BP coś o tym wie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 27 sierpnia 2016 08:57
  • piątek, 26 sierpnia 2016
    • Bank ubezwłasnowolni cię skuteczniej, niż sąd z trybunałem :-). Czym możesz zasłużyć? Drobiazg

      Cenię w bankach umiłowanie bezpieczeństwa, ale bywa, że osiąga ono poziom niewygodny. Na przykład kiedy bank zablokuje klientowi dostęp do jego pieniędzy z powodu przeterminowania jego dowodu tożsamości. Dowody osobiste z reguły są ważne przez 10 lat i w bankach mają informację o tym, kiedy dokument tożsamości klienta traci ważność. A wtedy... nie jest wesoło. Czasem banki po prostu stają się marudne i przy każdej okazji wyświetlają klientowi na ekranie komunikat (albo przekazują mu go przy okazji kontaktu z infolinią), że powinien zgłosić się do banku z nowym dowodem osobistym, bądź przynajmniej podać jego identyfikatory (numer, data wydania). Bywa jednak gorzej - gdy ceną braku aktualnego dowodu osobistego jest całkowite ubezwłasnowolnienie klienta.

      Takim bankiem, który klienta bez aktualnego dowodu osobistego traktuje jak niebyłego, jest ING. Pan Włodzimierz, jeden z czytelników blogu, przekonał się o tym na własnej własnej skórze i tak się wkurzył, że aż o do mnie zadzwonił. Nie zdziwiło go to, że "pomarańczowi" odmówili mu wykonania operacji gotówkowej w placówce - każdy przelew, wpłata czy wypłata wymaga okazania dowodu tożsamości, oczywiście aktualnego. Pan Włodzimierz chciał natomiast oszukać system wchodząc do internetu. Zalogował się do swojego konta i chciał wykonać przelewy samoobsługowo - a chodziło o dość istotne przelewy do ZUS-u, których wykonanie w innym terminie mogłoby oznaczać jakieś kary. Okazało się jednak, że przelewy internetowe również są zablokowane. Co ciekawe, pan Włodzimierz nie był w stanie wykonać nawet przelewu wewnętrznego, z jednego swojego konta na drugie. Całkiem solidnie go "uziemiło".

      Czytaj też: Banki skanują twój dowód? Mają prawo, ale są sposoby, by się chronić

      Pan Włodzimierz był zdesperowany, by jednak odzyskać dostęp do swoich pieniędzy szybciej, niż np. za dwa tygodnie, więc podreptał do urzędu dzielnicy i postanowił uzyskać tymczasowe zaświadczenie, które standardowo wydaje się każdemu petentowi bez aktualnego dowodu. Takie zaświadczenie generalnie pomaga na policji i zapewne przydaje się w kilku innych miejscach. Ale nie w ING, bo kiedy pan Włodzimierz udał się do swojej placówki, to szybko okazało się, że tymczasowe zaświadczenie nie jest tu honorowane. Ma być ważny dowód osobisty i basta. Po tej przygodzie pan Włodzimierz nie wytrzymał nerwowo i postanowił do mnie zadzwonić. W zasadzie jedyną luką w tym systemie, który odciął pana Włodzimierza od jego pieniędzy, były karty płatnicze, których nadal mógł używać. I bankomaty, z których nadal mógł wypłacać swoją "nielegalną" gotówkę

      Przesada? Dbałość o bezpieczeństwo? Jestem w stanie zrozumieć sytuację, w której bank nie chce obsługiwać w placówce klienta z nieważnym dokumentem tożsamości. Choć dziwi mnie, że w polskiej bankowości dokumentem tożsamości nie jest np. paszport albo prawo jazdy. Bo kiedy biorę w banku kredyt gotówkowy to często muszę mieć przy sobie (a jeśli zaciągam pożyczkę zdalnie, to też muszę mieć przy sobie, bo przekazuję skany kluczowych stron dokumentów) dwa dowody stwierdzające tożsamość - np. dowód osobisty i paszport, albo dowód osobisty i prawo jazdy. No i wychodzi na to, że wtedy taki np. paszport jest ważnym dokumentem dla banku. A kiedy zgubię, stracę albo mam nieważny dowód osobisty - to już nie? Ale w porządku. Gorzej, że mimo prawidłowego zalogowania się do banku w takiej sytuacji nie mogę zrobić przelewu samoobsługowego.

      Czytaj też: Skanują dowody, kradną tożsamość. A potem... kredyt na twoje nazwisko

      Czytaj też: Zboczenie? Gdy bank pokochał twój dowód. I chce go pieścić każdego dnia

      Skoro się zalogowałem, jestem gotów autoryzować transakcję, to chyba bank powinien przypuszczać, że wciąż istnieję, nawet jeśli nie mam ważnego dowodu. A przelew wewnętrzny? Dlaczego bez ważnego dowodu nie mogę przełożyć własnych pieniędzy z jednej swojej bankowej "kieszeni" do drugiej? Hmmm... Wśród banków, które potrafią wkurzyć klientów tym, że wiedzą lepiej, jest też Raiffeisen Bank:

      "W pewien piątek zrobiłem przelew z konta osobistego z datą wykonania w poniedziałek. Przelew ten zmniejszył mi saldo na rachunku już w sobotę rano. To oznacza, że nie mogłem sobie tych pieniędzy wypłacić kartą w sobotę lub niedzielę, a np. w niedzielę zasilić kongo osobiste z innego ROR-u, by przelew z datą realizacji w poniedziałek został zrealizowany tego dnia po południu".

      Klient zapytał bank dlaczego nie mógł się powstrzymać od blokady, ale po rozmowie z pracownikiem infolinii okazało się, że takie zapisy są w regulaminie. i skoro nie ma sesji systemu Elixir w sobotę i niedzielę, oni te środki blokują wcześniej.

      "Ja się nie zgadzam, żeby bank zabierał mi środki na cały weekend pod pretekstem, że nie ma sesji rozliczeniowych w weekend. Przecież konto mogę zasilić z innego konta w tym banku w niedzielę. Czy takie postępowanie jest etyczne i zgodne z zasadami obowiązującego prawa?"

      - zapytuje pan Waldemar. Raiffeisen robi tak, jak robi zapewne dla dobra klienta. Mógłby oczywiście nic nie blokować, ale gdyby potem klient w poniedziałek nie zdążył z zasileniem konta przed przedostatnią sesją rozliczeniową, to jego przelew nie zostałby wykonany. Dlatego bank woli schować pieniądze przed klientem, żeby ten ich nie wydał. W sumie to nawet trochę się wzruszyłem, że ci nasi bankowcy tacy empatyczni są ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „Bank ubezwłasnowolni cię skuteczniej, niż sąd z trybunałem :-). Czym możesz zasłużyć? Drobiazg”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 26 sierpnia 2016 09:01
  • czwartek, 25 sierpnia 2016
    • Ucieszą się nie tylko "Nabici"? Co oznacza dla frankowiczów najnowsze stanowisko UOKiK?

      nabicigraf1We frankowej epopei dziś kolejny odcinek - tym razem Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ogłosił bardzo stanowczy pogląd w jednym z najstarszych sporów dotyczących banków i franków - w sprawie "Nabitych w mBank". Pogląd, który może pomóc klientom odzyskać duże pieniądze. Jakkolwiek stanowisko dotyczy jednego, konkretnego procesu sądowego, to może też pomóc frankowiczom mającym kredyty w innych bankach i walczącym w sądach o ich "odwalutowanie", o zwrot nadpłat z tytułu spreadów walutowych, albo ubezpieczenia niskiego wkładu własnego. Może pomóc, bo... mocno uderza w orzeczenie Sądu Najwyższego z 2015 r., które jeszcze niedawno było tarczą chroniącą bankowców w wielu procesach frankowiczów z bankami. I - w wielu przypadkach - argumentem przeważającym szalę wyroku na korzyść banków. Ostatnio ta tarcza zaczyna się kruszyć i niewykluczone, że najnowsze stanowisko UOKiK-u przyspieszy proces erozji.

      DLACZEGO "NABICI" MAJĄ PRZERĄBANE? Zanim przejdę do sedna, w kilku słowach przypomnę,nabicigraf2 że "Nabici w mBank" to pierwsza i chyba najliczniejsza grupa frankowych kredytobiorców, która podniosła rękę na bank-kredytodawcę. Ich kredyty nie są takimi "zwykłymi" kredytami frankowymi. Ich oprocentowanie jest ustalane decyzją zarządu banku w zależności od "zmiany parametrów rynku finansowego". Oznacza to, że ci kredytobiorcy - a jest ich kilkanaście tysięcy - mają jeszcze bardziej przerąbane, niż pozostali frankowicze, których przynajmniej w pewnym stopniu ratuje ujemny LIBOR i bliskie zeru oprocentowanie kredytu. "Nabici" cierpią zarówno z powodu drogiego franka, jak i z powodu wyższego, niż u pozostałych frankowiczów oprocentowania. mBank twierdzi, że skoro klienci się zgodzili na takie ustalanie oprocentowania, to nie powinni teraz się awanturować. Dlaczego oprocentowanie jest wyższe, niż w przypadku innych frankowiczów, mających kredyty oparte na stawce LIBOR? To dlatego, że LIBOR nie odpowiada prawdziwym kosztom pozyskiwania franków, które bank musi mieć "pod" udzielone kredyty walutowe.

      DLACZEGO WALKA "NABITYCH" JEST KULTOWA? "Nabici" przeprowadzili najlepiej zorganizowaną w historii polskiej bankowości akcję "sabotażową". Nękali mBank rozsyłanymi po sieci antyreklamowymi banerami, wykupili mobilne reklamy z nieeleganckimi hasłami, które krążyły w okolicach największych oddziałów mBanku, organizowali demonstracje, zaśmiecali oddziały banku nalepkami... No, było gęsto. W końcu doszło do rozmów przy "okrągłym stole" i do wypracowania propozycji zmiany zasad oprocentowania, z której część frankowiczów skorzystała. Pozostali uznali, że to ich nie satysfakcjonuje i złożyli w sądzie pozew zbiorowy. Grupa 1247 osób (prawdopodobnie większy pozew zbiorowy będzie miał na karku tylko Bank Millennium) zażądała ustalenia, że bank niewłaściwie wywiązuje się z umowy. Wygrali w pierwszej instancji, wygrali w drugiej i w zasadzie byli już pewni historycznego triumfu, gdy wiosną 2015 r. dostali bolesną fangę od Sądu Najwyższego. Skutki tej fangi odczuwają zresztą wszyscy frankowicze, bo banki bardzo chętnie się odwołują do tego feralnego orzeczenia.

      nabicigraf360273_inmsgDLACZEGO "NABICI" (NA RAZIE) PRZEGRALI? Sąd Najwyższy bowiem stwierdził, że owszem, klauzula dotycząca ustalania oprocentowania jest nieprecyzyjna, a więc abuzywna, ale... niekoniecznie w całości. Że określone w umowie czynniki zmieniające oprocentowanie są opisane prawidłowo, ale nie wiadomo w jakich okolicznościach mogą być stosowane. Poza tym Sąd Najwyższy ogłosił, że nawet jeśli klauzula jest abuzywna, to nie mozna jeszcze z automatu powiedzieć, że umowa jest niewłaściwie wykonywana przez bank. A na koniec przygrzmocił oświadczeniem, że jeśli - jak chcieli tego "Nabici" - jakieś fragmenty umowy nie wiążą klientów, należy sprawdzić czy przypadkiem umowa bez nich nie zmienia swojego charakteru. Bo jeśli zmienia - to tak być nie może. Sprawa została skierowane z powrotem do sądu drugiej instancji i tam tkwi już półtora roku. Chyba nie ma jeszcze nawet terminu rozprawy.

      Czytaj też: Sąd Najwyższy oziębły w sprawie spreadów. Będzie kłopot?

      To orzeczenie wymiatało przez prawie półtora roku, zapewniając bankowcom najmarniej kilkanaście korzystnych, prawomocnych wyroków w sprawach cywilnych z frankowiczami i jeszcze więcej wyroków salomonowych. Aż znalazł się jeden sędzia, a potem drugi i trzeci, którzy w pierwszej instancji wydali wyroki, które stają Sądowi Najwyższemu w poprzek. Wcześniej - ale nie na tyle wcześniej, by mogło to mieć wpływ na decyzje tych sędziów - stanowisko Sądu Najwyższego zbeształ też Rzecznik Finansowy (to taki nowy, prokonsumencki urząd), którego zdaniem te kredyty frankowe to w ogóle nie są żadne kredyty. Teraz do tego chóru przyłączył się jeszcze Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W ciągu zaledwie kilku tygodni przeciwko argumentom Sądu Najwyższego wylało się takie wiadro nieczystości, że można się zastanawiać, czy przypadkiem nie zmieni się całe orzecznictwo dotyczące kredytów frankowych.

      Czytaj też: Sześć kluczowych pytań o franki. Ten wyrok "rozwali system"?

      UOKIK: TA KLAUZULA JEST NIEWAŻNA W CAŁOŚCI. UOKiK ogłosił w swoim stanowisku - zwanym tzw. istotnym poglądem w nabicigraf5
      sprawie - że zapis umowy, regulujący zmiany oprocentowania u klientów tzw. "starego portfela" mBanku jest zbyt ogólny, nie określa konkretnych parametrów od których ma zależeć zmiana oprocentowania, ani nie określa ram czasowych wprowadzania ewentualnych zmian oprocentowania, nie mówiąc już o ich skali. Więc - zdaniem UOKiK - zapis ten w całości (a nie - jak powiedział Najwyższy - tylko częściowo) jest niewiążący dla klienta. To może pomóc klientom w sądzie, bo być może "delegalizacja" klauzuli w całości pozwoli przekonać sędziego, by odpuścił sobie badanie w jakim stopniu oprocentowanie dyktowane przez bank było uczciwe, a w jakim nie (bo jak inaczej można byłoby ustalić ewentualną "winę" banku i jej zakres?). Dalsze fragmenty poglądu ogłoszonego przez UOKiK mogą już jednak pomóc wszystkim frankowiczom, nie tylko tym "Nabitym w mBank"

      UOKIK: ABUZYWNA KLAUZULA? MASZ TRZY OPCJE. UOKiK stwierdził bowiem - powołując się na orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej - że "wygumkowanie" z umowy nie wiążącego klienta zapisu nie powinno owocować sprawdzaniem czy to "zmieni naturę umowy", lecz jedną z dwóch rzeczy - czytaniem tej umowy bez zakwestionowanego zapisu lub jej całkowitym unieważnieniem. Pardon, jest też trzecia opcja - zastąpienie tego zapisu jakimś "przepisem prawa krajowego o charakterze dyspozytywnym".

      UOKiKpoglad1

      Kłopot w tym, że w Polsce takiego przepisu, który mógłby wypełnić "lukę" w umowie po wycięciu klauzuli ustalającej oprocentowanie, nie ma. Pozostaje więc unieważnienie umowy lub czytanie jej bez klauzuli dotyczącej oprocentowania. Według UOKiK-u "umowa pozbawiona elementu jakim są przesłanki zmiany oprocentowania narusza art 69. Prawa bankowego".

      UOKiKpoglad2

      A to by oznaczało, że umowy kredytowe "Nabitych" są po prostu... nieważne. I należałoby dokonać ich rozliczenia w taki sposób, że bank zwraca klientowi wszystkie wpłacone raty, klient zwraca bankowi kredyt i strony rozstają się w pokoju. Klientom to by się opłaciło (anulowanie wszystkich różnic kursowych), ale pytanie czy każdy miałby kasę lub zdolność kredytową, żeby zdobyć kasę na jednorazowe zwrócenie bankowi kredytu.

      UOKiKpoglad3

      UOKIK RADZI SĘDZIOM: NIE SŁUCHAJCIE "NAJWYŻSZEGO". Jak to wszystko przekłada się na interesy wszystkich frankowiczów? Cóż, sprawa "Nabitych" jest o tyle nietypowa, że nie dotyczy klauzuli przeliczeniowej (czyli ustalania kursów walutowych), tylko oprocentowania. Ale UOKiK przyłączył się do coraz liczniejszego chóru prawników, mówiącego, że umowę z "wygumkowanym" zapisem albo się czyta bez niego, albo się wyrzuca do kosza. I sprzeciwił się takiemu pojmowaniu sprawy, iż sąd - badając konsekwencje abuzywności - powinien sprawdzić czy wyrzucenie takiej klauzuli nie zmienia charakteru umowy. Zbuntowanym frankowiczom może się też przydać fragment mówiący o tym, że sąd nie powinien uwzględniać wyroków i orzeczeń sądów wyższych instancji, jeśli są one sprzeczne z prawem Unii Europejskiej. To może ośmielić sędziów pierwszej i drugiej instancji do orzekania wbrew stanowisku Sądu Najwyższego z 2015 r.

      uokikpoglad4

      Oczywiście: żaden sąd nie ma obowiązku słuchać UOKiK-u i uwzględniać jego stanowiska. Tak samo jak nie musi brać pod uwagę stanowiska Rzecznika Ubezpieczonych. A bankowcy na pewno nie pozostawią bez odpowiedzi stanowiska UOKiK-u (tak samo, jak "odwinęli się" Rzecznikowi Finansowemu). Ale nie da się ukryć, że naprzeciwko bankowcom staje coraz "cięższa" argumentacja, która może wpłynąć na orzecznictwo sądów w sprawach dotyczących kredytów frankowych. I - z tygodnia na tydzień liczę na to bardziej - skłonić bankowców do opracowania rozwiązań, które pozwoliłyby wyjść im z twarzą z tego kryzysu. Z drugiej jednak strony: wszystkie wyroki korzystne dla klientów będą musiały przejść pełną drogą prawną - pierwszą, drugą instancję oraz kasację w Sądzie Najwyższym. No i w większości konfliktów klient-bank stosunkowo blisko jest już przedawnienie roszczeń - w sądzie można kwestionować umowę najpóźniej 10 lat po jej zawarciu. Stawką w tej grze są więc nie tylko rozstrzygnięcia w tych setkach lub tysiącach spraw, które już są w sądach, ale też i kolejne tysiące, które dopiero mogą się w sądach pojawić.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Ucieszą się nie tylko "Nabici"? Co oznacza dla frankowiczów najnowsze stanowisko UOKiK?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 sierpnia 2016 16:51
    • Jak twardziel z twardzielem, czyli bankier kontra Samcik. Walki w kisielu to przy tym pikuś :-))

      Zadzwonił do mnie ostatnio telemarketer z jednego z kilku banków, w których mam konta, karty, pewne oszczędności oraz limit kredytowy. Zadzwonił w celu wiadomym: żeby coś sprzedać. Oczywiście negocacji nie zaczyna się od tekstu typu: "mam smoka i nie zawaham się go użyć", więc telemarketer bardzo ostrożnie stąpał na polu minowym samcikowej jaźni. Oczywiście: celem ostatecznym miało być sprzedanie Samcikowi jakiegokolwiek długu. Bo kredyty konsumpcyjne są dziś dla banków najważniejszym źródłem przychodów. Na hipotekach zarabiają mało (po wprowadzeniu podatku bankowego - bardzo mało), na prowadzeniu kont też kokosów nie zbijają (większość ROR-ów kosztuje mało lub nic), dochody na transakcjach zostały zdemolowane przez ustawę ograniczającą interchange, sprzedaż ubezpieczeń rozwaliła z kolei rekomendacja KNF ograniczająca możliwość robienia klientów w bambuko na polisach grupowych. Zostaje kredyt na konsumpcję. Jak największy. A więc - do roboty

      PODEJŚCIE PIERWSZE: KARTA KREDYTOWA. Każdy saper zaczyna od rozpoznania terenu, więc telemarketer zapytał mnie czy częściej płacę kartą czy gotówką. Gdy odpowiedziałem, że plastikiem, natychmiast zaproponował "kartę płatniczą zapewniającą dodatkowe środki". Dlaczego nie "kredytową"? Cóż, kieszonkowiec, który chciałby ci wyjąć z kieszeni portfel też nie szturcha cię przed "skokiem", tylko stara się wykonać swoją robotę bezszelestnie ;-). Pan zapytał jaki limit wydatków by mnie interesował i dodał, że ta karta pozwala płacić pieniędzmi banku. Koszt - 70 zł rocznie (chyba, że wykonam dużo rocznego obrotu lub jeszcze więcej transakcji). "Ale ja już mam u was kartę kredytową..." - syknąłem. "To może chce pan drugą, będzie pan mógł płacić na zmianę, raz tą, raz tamtą?" - zapytał rezolutnie saper. "Nie? To może chociaż podwyższy pan limit na tej karcie, ktrą pan ma?" - dodał zrezygnowany.

      PODEJŚCIE DRUGIE: KREDYT ODNAWIALNY. Pierwsze natarcie nieudane, przeciwnik okazał się niepodatny na efekt zaskoczenia. Ale telemarketer postanowił przyatakować z drugiej flanki: "A może skorzystałby pan z limitu odnawialnego? Ile by pan chciał mieć na dodatkowe wydatki? Wykorzystuje pan 1000 zł i miesięcznie płaci od tego tylko 8 zł odsetek. Tyle co nic" - przyładował z grubej rury. W tym momencie sprowokowałem dłuższą chwilę krępującej ciszy, bo chciałem ustalić czy telemarketer wspomni coś o prowizjach związanych z kredytem odnawialnym. Ale nic, cisza. Pewnie, po co opowiadać klientowi, że uruchomienie kredytu kosztuje 3% w skali roku, lecz co najmniej 70 zł, a przedłużenie na kolejny rok - automatycznie 2,5%? I że te prowizje liczą się od całości limitu, a nie od jego wykorzystanej części? Owszem, jak klient będzie upierdliwy i zapyta to się mu powie, ale... może nie zapyta?

      PODEJŚCIE TRZECIE: TANIA GOTÓWKA DO RĘKI. "Ale... ja już mam u was limit kredytu odnawialnego i nie potrzebuję drugiego..." - odpowiedziałem kiedy krępująca cisza zaczęła być już krępująca nawet dla mnie. "W porządku" - powiedział telemarketer, którego cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę. W jego głosie usłyszałem, że czas na plan C. "A gdyby miał pan wielką kwotę pieniędzy do zagospodarowania, to na co by ją pan wydał?" - zapytał niewinnym głosikiem. Nie odpowiedziałem, choć kusiło mnie, żeby rzucić tekstem typu "chciałbym gwiazdkę z nieba". Moje milczenie zostało przyjęte za dobrą monetę, więc telemarketer drążył dalej: "Po co odkładać przez pół życia, gdy możemy zrealizować marzenia już dziś, a zaoszczedzone w ten sposób pieniądze przeznaczyć na spłatę dogodnych rat? I już dziś cieszyć się spełnionymi marzeniami? Mam dla pana naprawdę bardzo atrakcyjną ofertę". 

      PODEJŚCIE TRZECIE I PÓŁ: JESZCZE TAŃSZA GOTÓWKA DO RĘKI. Teraz ja poczułem krew. Najbardziej niewinnym głosikiem, na jaki mnie było stać, zapytałem: "A gdybym tak pożyczył 20.000 zł na dwa lata, to ile bym płacił"? Telemarketer, z trudem ukrywając radość, oświadczył, że może mi pożyczyć pieniądze na 6,99%. "To atrakcyjne oprocentowanie, prawda?" - upewnił się czy na pewno dobrze usłyszałem, że to "sześć", a nie "sześćdziesiąt sześć". Podły jestem, bo udałem głupka: "No, tanio, tanio. A jest jakaś prowizja? Bo wie pan, czasem przy tych kredytach to są jakieś dodatkowe ubezpieczenia, prowizje..." - z miną cherubinka przyładowałem w miękkie podbrzusze. Facet odparł, że owszem, jest prowizja, 8,99% "w skali roku" (tak powiedział, "w skali roku" - pewnie się pomylił, ale jeśli nie, to klękajcie narody). I że łącznie koszt kredytu wyniósłby 4500 zł, z czego 1050 zł to odsetki, 1935 zł prowizja, a 1529 zł ubezpieczenie.

      Zrzuciłem maskę idioty i zadałem kolejny cios: "Wie pan, ja tu widzę niezły przekręt. Kredyt na 6,99% z prowizją 8,99%? To są jakieś jaja?". Po chwili grozy usłyszałem w słuchawce, że to nie są jaja i żebym nie zabijał posłańca. Oraz że oczywiście można negocjować. "No, ja myślę" - powiedziałem triumfalnie, widząc oczami wyobraźni telemarketera z gardłem w żelaznym uścisku. "Z ubezpieczenia zrezygnujemy. A ile by pan chciał zapłacić tej powizji?". Nie widzę żadnego powodu, bym musiał płacić jakąkolwiek prowizję za kredyt, w sprawie którego ktoś do mnie przychodzi, żeby mi go sprezentować. I taką też informację przekazałem telemarketerowi. "Aż tak, to nie mogę zejść z ceny. Może się jakoś dogadamy"? - usłyszałem w słuchawce płaczliwy głosik. "Dobra, ile?" - warknąłem. "Mam informację, że mogę zejść do 7,99%. No dobrze, do 6,99%" - dorzucił telemarteter szybko, słysząc mój dziki wrzask w słuchawce. "Ale to już jest maks" - szepnął.

      PODEJŚCIE CZWARTE: PŁATNA KARTA DEBETOWA. Nie dogadaliśmy się. Jeśli bank, w którym mam konto od wielu lat i nienaganną historię, oferuje mi "najbardziej atrakcyjny" kredyt gotówkowy z nie najgorszym co prawda oprocentowaniem, ale chce jeszcze 6,99% prowizji za jego udzielenie, to chyba mu się scoring przegrzał. Dałbym głowę, że słyszałem gong i głos sędziego, że "zwycięzcą walki przed czasem jest Macieeeeej...". Ale nie, to był głos telemarketera, który co prawda brzmiał metalicznie, ale zapewne tylko z powodu zakłóceń w transmisji. "Skoro pan nie potrzebuje gotówki, to może prestiżową kartę płatniczą typu gold?" - zapytał. Zdziwiłem się. Jeszcze przed chwilą byłem dla mojego banku śmieciowym klientem, którego można obrażać proponując kredyt gotówkowy z prowizją 9%, a teraz nagle stałem się "prestiżowym" klientem, godnym statusu gold? "O kartach kredytowych już gadaliśmy" - powiedziałem władczo. "Nie, nie, to nie kredytowa, to płatnicza. To jest, chciałem powiedzieć, debetowa" - dodał telemarketer.

      "Ale po co mi, do ciężkiej cholery, kolejna karta debetowa, skoro jedną już mam?" - powiedziałem najbardziej dobrotliwym głosem, na jaki mnie było stać. "Bo ta jest prestiżowa, daje bezpłatne bankomaty na całym świecie i możliwość bezpłatnego wpłacania pieniędzy we wpłatomatach na pana konto" - odpowiedział człowiek po drugiej stronie wirtualnego drutu. "O ile mi wiadomo wpłatomaty i tak są bezpłatne..." - odparłem ozięble. "Bankomaty na całym świecie bez opłat" - powtórzył też ozięble. "Aha, jest jeszcze serwis konsjerż, gdyby pan chciał zarezerwować bilety na mecz za granicą, albo coś...". No, ten konsjerż to rzeczywiście jest coś. Co prawda w gratisie tylko organizują usługi (a za samą usługę trzeba płacić), ale kilka razy taki konsjerż uratował mi tyłek.

      CIOS KOŃCZĄCY. Byłem dziwnie pewny, że telemarketer nie proponowałby mi karty debetowej, gdyby była ona za darmo, czyli na tych samych warunkach jak ta, którą cieszę się dzisiaj. Oczywiście w czasie rozmowy na temat prestiżowej karty gold nie padło ani słówko, że ona coś kosztuje. Ale wiedziałem już, że oferta banku dzieli się na tę część, o której telemarketer mówi sam i tę, którą trzeba z niego wycisnąć, skłaniając go do pokonania wstydu. No i wycisnąłem. Karta debetowa w wersji gold miesięcznie miałaby mnie kosztować mniej więcej dychę (no, chyba że zapłaciłbym nią w ciągu miesiąca 2000 zł w sklepach, wtedy już nic by nie kosztowała). Po co miałbym zamieniać darmową kartę debetową na taką, która kosztuje dychacza? Darmowe bankomaty na całym świecie? Za wypłatę kasy nie wezmą, ale za to dowalą taką prowizję przy przewalutowaniu transakcji na złote, że używanie plastiku poza Polską byłoby samobójstwem. Wpłatomaty? I tak mam je za darmo. W sumie więc z "pakietu korzyści" zostaje konsjerż. Skoro konsultant widzi, że korzystam z karty kredytowej, która kosztowałaby mnie słono, gdybym nie wykręcił nią dość wysokich obrotów, to po co proponuje mi kartę debetową, która też kosztuje słono jeśli nie wykręcę nią dość wysokich obrotów? Czy aby nie po to, by mnie... wyobracać? ;-). Pamiętajcie, nie dajcie się wyobracać, bo do Was też na pewno zadzwonią. Mam nadzieję, że nie jest jeszcze za późno? ;-)

      Straciłem kilkanaście minut, ale to pikuś. W celach szkoleniowych chętnie będę takie rozmowy odbywał nawet raz w tygodniu. Nie mogę jednak zrozumieć dlaczego bank, który powinien wiedzieć o swoim kliencie wszystko, w lot odczytywać jego potrzeby, mieć rozłożony na czynniki pierwsze jego profil konsumencki, traci czas swoich pracowników? Po co dzwonić do gościa, który ma kartę debetową, kredytową, linię kredytową z ofertą wzięcia... drugiej karty kredytowej, droższej karty debetowej oraz drugiego limitu kredytu odnawialnego? Po co dzwonić do gościa, który w życiu nie wziął ani złotówki kredytu gotówkowego (a w dodatku ma na koncie i dochody i osad sprawiające, że raczej szybkiej gotówki nie potrzebuje) z ofertą kredytu konsumpcyjnego z prowizją 9%? Po co opowiadać temu gościowi o tym, że "nie warto przez całe życie czekać ze spełnianiem marzeń", skoro ten gość ma w banku otwarte niemal wszystkie możliwe produkty oszczędnościowe, a więc gołym okiem widać, że nie jest podatny na takie opowieści? Po co? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Jak twardziel z twardzielem, czyli bankier kontra Samcik. Walki w kisielu to przy tym pikuś :-))”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 sierpnia 2016 09:23
  • środa, 24 sierpnia 2016
    • PZU kupi Pekao i zrepolonizuje sektor bankowy? Na razie ten plan przynosi same straty. 7,3 mld zł!

      Z nieoficjalnych informacji, które nadeszły we wtorek z Mediolanu wynika, że PZU zaczął regularne negocjacje dotyczące przejęcia pakietu kontrolnego akcji Banku Pekao. Dziś drugi największy polski bank jest kontrolowany przez włoską grupę UniCredit (do niedawna miała 50% akcji, a po sprzedaży ich części - teraz dysponuje pakietem 40%). Gdyby pod młotek miały pójść wszystkie włoskie akcje, a cena transakcji miała odpowiadać wartości rynkowej banku - PZU musiałoby się przygotować na wydatek rzędu 9,5 mld zł. Sytuacja jest niejasna, bo z kolei w środę rano wicepremier Mateusz Morawiecki oświadczył Reutersowi, że ani polski rząd, ani PZU nie prowadzą obecnie żadnych negocjacji z UniCredit w sprawie zakupu Banku Pekao. Potwierdził natomiast, że jeśli będzie na stole oferta na warunkach rynkowych, to zostanie rozważona.

      Niewykluczone, że ta wypowiedź jest częścią gry obliczonej na zbicie ceny potencjalnej transakcji. Być może do jakichś wstępnych rozmów doszło i polska strona została sprowadzona do roli jeleni, którzy kupią wszystko co się im podsunie, po dowolnie wysokiej cenie. Bycie jeleniem się nie opłaca, a bycie ideologicznie motywowanym jeleniem jest prostą drogą na ruszt  i to może być powód oświadczenia wicepremiera. A czas gra na korzyść potencjalnych kupujących Pekao. Im dłużej trwają spekulacje, że Pekao może byś na sprzedaż, tym niżej spade giełdowy kurs banku. A im niższy kurs akcji, tym bardziej Włosi są w pozycji petentów, a potencjalni kupujący mogą dyktować warunki. Gdyby doszło do negocjacji w sprawie zakupu pakietu akcji Pekao przez PZU, to ubezpieczyciel będzie musiał jak najbardziej zbić cenę (będzie to trudne, bo Bank Pekao to najlepszy składnik majątku UniCredit, a grupa pilnie potrzebuje 10 mld euro kapitału), zmniejszyć kupowany pakiet np. do 33% (też daje kontrolę, a trzeba byłoby nań wydać "tylko" 7,9 mld zł) oraz sprzymierzyć się z jakąś państwową agendą (Polski Fundusz Rozwoju, Bank Gospodrstea Krajowego?), która wzięłaby część kosztów na siebie. I zbiła "udział" PZU w transakcji do np. 4 mld zł (przy podziale pół na pół). Taka kwota byłaby do udźwignięcia przez ubezpieczeniowego potentata. 

      SPRZEDAŻ BANKU PEKAO JUŻ PEWNA? Czy z tej mąki będzie chleb? Nie wiadomo. Tak naprawdę UniCredit nigdy nie potwierdził unicredit10yoficjalnie, że jest gotów pozbyć się swojej "perły w koronie". Tyle, że może nie mieć innego wyjścia, bo kilka innych opcji pozyskania kapitału - ma pójść m.in. na sfinansowanie strat z nie spłacanych kredytów - okazało się nierealnymi. I Włosi - tak jak kiedyś irlandzka grupa AIB, inwestor strategiczny w BZ WBK - mogą zostać zmuszeni do wyprzedaży "sreber rodowych". Dość powiedzieć, że wartość rynkowa gigantycznej grupy UniCredit, działającej w 17 krajach (12 mld euro) jest niewiele większa, niż samego Pekao (34 mld zł), choć UniCredit zarządza 20-krotnie większymi aktywami, niż polski bank! Gdyby rzeczywiście nowy prezes UniCredit chciał pozbyć się głównego składnika wartości swojej grupy, to znaczyłoby, że naprawdę nie ma innego wyjścia i że jest w sytuacji pacjenta z gangreną, który musi sobie odciąć nogę.

      PZU TONIE NA GIEŁDZIE. "WYPAROWAŁO" 16 MLD ZŁ! Choć plan repolonizacji branży bankowej to oczko w głowie wicepremiera Mateusza Morawieckiego, który twierdzi, iż przeniesienie centrów decyzyjnych banków do Polski będzie z korzyścią dla gospodarki, to na razie pomysł generuje tylko koszty. Wartość rynkowa PZU, który ma być głównym wehikułem w budowaniu "wielkiej, polskiej grupy bankowej", przez ostatni rok obniżyła się o 40%! W liczbach bezwzględnych jest to 16 mld zł. Akcje największego w Polsce ubezpieczyciela są teraz po 27 zł. To chyba najmniej w historii - nawet w ofercie publicznej płacono za nie więcej, bo 31,2 zł! A jeszcze rok temu cena akcji PZU przekraczała 50 zł.

      PZU5y

      Być może pewne (duże?) znaczenie dla spadku wartości rynkowej ubezpieczyciela ma obniżenie jego zysków z działalności ubezpieczeniowej. W 2015 r. firma zarobiła "tylko" 2,3 mld zł, gdy w poprzednich latach przynosiła po 3-3,2 mld zł). Wyniki PZU za pierwsze półrocze 2016 r. są wręcz zastraszające - 660 mln zł, gdy przed rokiem było 1,3 mld zł! Jeśli coś się nie ruszy, w całym roku PZU zanotuje spadek zysku o połowę. Ale część przeceny PZU "zawdzięcza" z pewnością również planom repolonizacji. Zwłaszcza, że prezes firmy Michał Krupiński opowiada na prawo i lewo, że firma jest zainteresowana "przejęciem kilku banków" i że toczy w tej sprawie rozmowy.

      RACHUNEK ZA REPOLONIZACJĘ: 7,3 MLD ZŁ (NA RAZIE). Pomysły, by kontrolowana przez państwo firma ubezpieczeniowa - zamiast doskonalić to, na czym się zna, czyli rzeźbienie w polisach - zajęła się zarządzaniem bankami, na razie "kosztowały" Skarb Państwa 4,4 mld zł w spadku wartości kontrolowanego przez rząd pakietu 34% akcji. Do tego PZU wydał już 1,6 mld zł na zakup akcji Alior Banku w ramach "wstępu do repolonizacji". Żeby to chodziaż była jakaś okazja, ale nie - pisałem w blogu, że PZU kupuje Aliora bardzo drogo i że w przyszłości takie swobodne trwonienie kasy może się odbić na zyskach PZU (mógłby te pieniądze korzystniej lokować) oraz na cenach polis sprzedawanych klientom (bo jak firma będzie mniej zarabiać, to będzie musiała sobie to jakoś powetować). I co? PZU kupował akcje Aliora po 89 zł, a dziś bank jest notowany przy kursie 53 zł. Dowód rzeczowy macie poniżej:

      aliorbank4y

      To oznacza, że 29-procentowy pakiet Aliora, który jest w rękach państwowej spółki zmniejszył swą wartość o jakieś 650 mln zł. I kto wie co będzie dalej, bo Alior z kolei przejął za 1,2 mld zł pakiet akcji BPH, a potem jeszcze zwiększył zaangażowanie w bank w ramach skupu jego akcji z giełdy za 1,5 mld zł. Pieniądze pochodziły z emisji akcji Aliora o wartości 2,2 mld zł, której czwartą część objął PZU - do wydatków ubezpieczyciela na repolonizację trzeba więc dopisać kolejne 600 mln zł. Czy i kiedy te pieniądze Alior odzyska we wzroście zysków i dywidendy, którą mógłby płacić dla PZU? Nie wiadomo. 

      CZY PZU MOŻE... STRACIĆ NA PRZEJĘCIU PEKAO? W sumie więc repolonizacja jest dopiero w fazie rozbiegowej, a już kosztowała PZU 2,3 mld zł w żywej gotówce (przejęcie kontroli nad Aliorem oraz pomoc w przejęciu BPH) oraz 5 mld zł w spadku wartości rynkowej państwowych aktywów (ceny akcji PZU i Aliora). A tymczasem prezes PZU rusza na grubego zwierza, czyli do zakupu Banku Pekao, który - jak policzyliśmy na początku - może pochłonąć kolejne 8 mld zł (z czego najmarniej połowa pójdzie na konto PZU). Dlaczego inwestorzy giełdowi nie kochają pomysłów panów Morawieckiego, Krupińskiego i ekipy "repolonizacyjnej"? Po pierwsze boją się, że motywowane politycznymi i ideologicznymi zapędami kierownictwo PZU znów nie będzie mogło się poskromić i przepłaci. Włosi są pod ścianą i tanio nie sprzedadzą, a PZU już pokazał, że lubi szastać pieniędzmi swoich akcjonariuszy i kupił sobie drogo Alior Bank (jedna trzecia wydanych pieniędzy się już "zanihilowała" z powodu spadku kursu akcji Aliora).

      Czytaj też: Co oznaczałoby dla nas przejęcie Banku Pekao przez kapitał państwowy?

      Po drugie inwestorzy zastanawiają się co PZU zrobi z taką masą "dobra" bankowego, które - z powodów regulacyjnych, podatków, ustaw i innych "przyjemności" - będzie prawdopodobnie coraz mniej rentowne. Połączenie Aliora z BPH i doklejenie jeszcze jednego banku o podobnych gabarytach mogłoby z jednej strony przynieść korzyści synergii, a z drugiej - zbudować bank mieszczący się w pierwszej piątce rankingów (a więc porównywalny z Bankiem Millennium, czy ING Bankiem Śląskim). Ale łączenie grupy Alior-BPH z Bankiem Pekao wcale nie musi być przedsięwzięciem udanym. Dołączenie do poprawnie pracującego molocha dwóch relatywnie niewielkich banków nie gwarantuje, że całość wygeneruje jakieś efekty synergii. Po prostu powstanie jeszcze większy, tak samo działający moloch. A w dodatku byłby z tym dodatkowy problem finansowo-organizacyjny - żeby zrobić fuzję Pekao, Aliora i BPH trzeba byłoby przejąć kolejne 20-30% akcji Banku Pekao. A więc wydać kolejnych kilka miliardów złotych.

      PZU to była do tej pory historia należącego w jednej trzeciej do państwa, ale dużego (nawet w skali Europy) ubezpieczyciela, który był hegemonem w Polsce i inwestował za granicą (kupił cztery firmy w krajach nadbałtyckich). Obok części ubezpieczeniowej stawiał na budowę sieci placówek medycznych, żeby jak najwięcej zarabiać nie tylko na ubezpieczaniu domów, samochodów i życia klientów, ale i na sprzedaży polis medycznych. W ciągu pięciu lat obecności na giełdzie firma niemal podwoiła swoją wartość rynkową i wypłaciła akcjonariuszom dywidendy stanowiące kilkadziesiąt procent początkowej ceny akcji. Aż przyszedł rok szósty i pomysł, by PZU na polityczne zamówienie zajęło się inwestycjami w "zwijającej się" i coraz bardziej ryzykownej branży bankowej. I to w czasie, kiedy firma, jak cały rynek - wszystko na to wskazuje - wchodzi też w okres turbulencji jeśli chodzi o jej podstawową działalność. Prawdopodobieństwo klęski inwestycji bankowych jest co najmniej tak samo duże, jak sukcesu, stąd nie można wykluczyć, że na kwocie 7,3 mld zł już poniesionych kosztów repolonizacji (choć oczywiście część wyliczonych przeze mnie strat ma charakter księgowy i jest odwracalna) powiększonych o wartość kupowanych akcji Pekao (co najmniej 4 mld zł) - bilans się nie zakończy.

      Mam nadzieję, ze wicepremier Mateusz Morawiecki, minister skarbu Dawid Jackiewicz i prezes Michał Krupiński mają jakiś plan, by pojawiły się też korzyści, bo inaczej zarżną ubezpieczeniową kurę, znoszącą do tej pory złote jajka. I żeby nie były to korzyści wyłącznie "polityczne" ;-). Oczywiście, jestem sobie w stanie wyobrazić, że PZU - poza powadzeniem działalności finansowej - zarządza dwoma, konkurującymi ze sobą grupami bankowymi (Alior-BPH oraz Bank Pekao), z każdej bierze sowitą dywidendę i traktuje tę inwestycję wyłącznie w kategoriach lokaty kapitału. Jestem w stanie uwierzyć, że nawet bardzo drogo kupiony Alior - mając bardzo dobry "silnik" - po wzmocnieniu go o BPH stanie się całkiem wydajną maszynką do robienia pieniędzy. Ostatnio w ogóle nie wypłacał dywidend, ale w przyszłości... kto wie. Na pewno był to dla PZU drogi zakup, który nieprędko zacznie na siebie zarabiać. Bank Pekao w ostatnich latach wypłacał rocznie 2,2-2,6 mld zł dywidend, więc mając w nim np. 20% (a tyle chyba samodzielnie kupiłby PZU) można rocznie wyciskać 400-500 mln zł zysku "pasywnego".  W zależności od ceny zakupu Pekao i przyszłych zysków banku będzie to lepszy lub gorszy interes z zainwestowanych np. 4 mld zł. Pytanie brzmi: czy biznes bankowy może być dziś najkorzystniejszą dla firmy ubezpieczeniowej lokatą kapitału? Wiem, patrzę na sprawę za wąsko, rynkowo, a tu chodzi o szersze korzyści dla państwa, gospodarki, możliwość większego wpływu rządu na akcję kredytową banków, pobudzanie koniunktury...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „PZU kupi Pekao i zrepolonizuje sektor bankowy? Na razie ten plan przynosi same straty. 7,3 mld zł! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 24 sierpnia 2016 08:23
  • wtorek, 23 sierpnia 2016
    • Ten bank nie chce wysyłać klientom wyciągów. Nawet e-mailem. Czy tak będzie bezpieczniej?

      Banki idą ku nowoczesności i to w sumie dobrze, bo więcej nowoczesności to mniej biurokracji, papierów i robienia klientowi pod górkę. Nie jestem w stanie pojąć jak to jest, że niektóre szacowne instytucje finansowe wciąż przesyłają mi co miesiąc wyciągi dotyczące stanu konta w papierowych kopertach. Dziś standardem powinny być e-wyciągi. Skoro nawet firmy telekomunikacyjne zaczęły promować jako standard tzw. zielone faktury (jak ktoś się uprze to może dostawać rachunek tradycyjną pocztą, w kopercie, ale wtedy płaci kilka złotych więcej w ramach abonamentu), to znaczy, że i w bankach to się da zrobić. Inna sprawa, że część klientów oczekuje czegoś dokładnie przeciwnego: tradycyjnych wyciągów papierowych, podczas gdy banki zmuszają ich do przyjmowania e-wyciągów. Ale i to jeszcze nic. Czasami banki zapędzają się jeszcze dalej. 

      Czytaj: Dostajesz wyciągi z konta obcej osoby? Nie awanturuj się, bo będzie ochrzan ;-)

      Czytaj też: Zero na wyciągu, które... nie jest zerem. Uważajcie na tę pułapkę!

      Moi czytelnicy niedawno dostali z FM Banku PBP (tak nazywa się właściciel m.in. marki Bank Smart) informację o tym, że od początku sierpnia bieżącego roku "wyciągi bankowe, dotychczas dystrybuowane za pośrednictwem poczty elektronicznej, będą przekazywane za pośrednictwem aplikacji banku, dostępnej pod adresem https://wyciagi.bankpbp.pl". W korespondencji bank podaje, że login do tej aplikacji stanowi fragment numeru konta bankowego każdego z klientów. i że po podaniu loginu system wyśle hasło do pierwszego logowania. W aplikacji można sprawdzić wyciągi bankowe z ostatnich 12 miesięcy. "Zapraszamy do korzystania z aplikacji banku" - kończy swój komunikat właściciel Banku Smart i FM Banku. A moi czytelnicy, najkrócej rzecz ujmując, mają za złe:

      "Zalogowałem się do tego systemu wyciągów i to są jakieś jaja, delikatnie mówiąc. Rezygnuję z usług z tej instytucji..." - poskarżył się jeden z klientów, mój stały czytelnik i równie stały "donosiciel" o różnych podbramkowych sytuacjach w bankach. Przyznam szczerze, że choć miłuję nowoczesność i wysokie technologie, to też zacząłem się zastanawiać dlaczego bank zrezygnował z wysyłania wyciągów e-mailem. Mógłby przecież utrzymać taki sposób informowania klientów, przynajmniej jako opcję do wyboru. Dla części klientów - a może nawet dla większości, bo Smart Bank i FM Bank to wciąż banki "drugiego wyboru" - taki comiesięczny wyciąg z konta był impulsem, żeby zainteresować się czy pieniądze są na swoim miejscu. Gdyby coś niedobrego się z nimi stało (w dobie internetowych złodziei to nie jest całkiem wykluczone) taki "dowód rzeczowy", że wszystko jest w porządku, może mieć pewne znaczenie psychologiczne. 

      Czytaj też: Gdy bank wprowadzi opłaty za konto i przez kilka lat milczy. Można nie płacić?

      Podejrzewam, że koszt takiej operacji, jak wysłanie klientom wyciągów z kont, liczy się w ułamkach grosza i skasowanie tego trybu informowania klienta nie ma nic wspólnego z oszczędnościami. Być może chodzi o... bezpieczeństwo. Na początku o tym nie pomyślałem, ale w czasach powszechnego phishingu być może powinniśmy się odzwyczaić od odbierania jakiejkolwiek korespondencji e-mailowej od banków. Jaką mamy gwarancję, że ktoś się nie podszył pod nasz bank i że zamiast pdf-a z wyciągiem na komputer nie wpuszczają nam wirusa? Może rzeczywiście lepiej samemu przeglądać sobie wyciągi po zalogowaniu i mieć pewność, że bank nigdy, w żadnej sprawie, nie będzie do nas pisał e-maila? Z drugiej jednak strony co się stanie, jeśli z powodu braku informacji z banku sam zapomnę ściągnąć sobie wyciąg z konta i dopiero po trzech miesiącach zorientuję się, że na tym wyciągu są jakieś "lewe", nie autoryzowane transakcje? Czy bank nie odeśle mnie z kwitkiem twierdząc, że na zareklamowanie wyciągu jest tylko 30 dni? A może nowy sposób zasysania wyciągów to ani kwestia oszczędności, ani bezpieczeństwa, lecz próba przyzwyczajania klientów do tego, by częściej wchodzili na strony banku oraz do aplikacji mobilnej (bo np. Smart Bank jest głównie bankiem smartfonowym). Jeśli tak, to pytanie brzmi: czy klienci są już przygotowani na tę nowoczesność. Ci, którzy piszą do mnie ze skargami - raczej nie. . Niezależnie od przyczyny: bank powinien poinformować klientów dlaczego robi tak, jak robi. Bo klient nie poinformowany łatwiej się wkurza.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Ten bank nie chce wysyłać klientom wyciągów. Nawet e-mailem. Czy tak będzie bezpieczniej?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 sierpnia 2016 09:26
  • poniedziałek, 22 sierpnia 2016
    • Ale kowboj! Ten sędzia w sprawie franków zmiażdżył nawet... wyrok Sądu Najwyższego!

      Pisałem już w blogu, że moim zdaniem spór wokół kredytów frankowych wchodzi w decydującą fazę. Nie z powodu szykowanego przez polityków rozwiązania problemu (bo politycy niczego nie rozwiążą - chyba nikt już nie ma co do tego złudzeń), lecz raczej dzięki sądom. Wiele wytoczonych przez klientów procesów wchodzi w decydującą fazę i ich wyniki mogą wytyczyć dalszy przebieg wydarzeń. Jeszcze rok-dwa lata temu orzecznictwo w sądach było na tyle nieprzyjazne kredytobiorcom, że na wojnę prawniczą z bankami szli tylko najwięksi desperaci Ale teraz... Niedawno opisywałem raport Rzecznika Finansowego dotyczący kredytów walutowych, z którego wynika, że to w ogóle nie są kredyty. Ten dokument nie jest dla nikogo wiążący, ale sądy mogą go brać pod uwagę w procesach wytaczanych bankom przez frankowiczów. Opisywałem też pierwszy w Polsce wyrok, którego skutkiem jest "odwalutowanie" kredytu z powodu klauzul abuzywnych "zainstalowanych" w umowie.

      Pisałem, że te dwa wydarzenia mogą zwiastować duże zmiany w orzecznictwie dotyczącym kredytów frankowych. Wcześniej bywały już korzystne dla klientów wyroki, ale dotyczyły one albo bardzo specyficznych sytuacji, albo wyjątkowo znaczących uchybień banku. Niedawny wyrok dotyczy "standardowego" kredytu frankowego, który nie miał żadnych "znaków szczególnych". Jego wadą było tylko to, że był... jeden. Ale dziś mam dla Was kolejną małą sensację: wyrok dotyczący kredytu denominowanego we frankach, z oprocentowaniem ustalanym decyzją zarządu banku i z luźno określonym spreadem walutowym. Klientka zaskarżyła go w sądzie żądając "odwalutowania". Pozew wpłynął 30 sierpnia 2015 r. (nota bene dotyczył kredytu zawartego dokładnie - co do dnia! - 10 lat wcześniej), a już dziś mamy wyrok pierwszej instancji. I to jaki! Sędzia był tak prokonsumencki, że zbeształ nawet orzeczenia Sądu Najwyższego, na które powołał się bank!

      Ale po kolei. Mniej więcej 11 lat temu klientka Santander Consumer Banku (dziś będącego częścią grupy BZ WBK) zaciągnęła 300.000 zł kredytu indeksowanego kursem szwajcarskiej waluty. Przez cały ten czas kredyt spłacała, choć od czasu do czasu miała pewne kłopoty z terminowością, co skutkowało naliczaniem przez bank opłat windykacyjnych. Ponad rok temu doszła do wniosku, że jej umowa jest naszpikowana abuzywnym klauzulami. M.in. klauzula dotycząca spreadu jest nieprecyzyjna, warunki zmiany oprocentowania (przypomnijmy - mogło się ono zmieniać decyzją zarządu) dawały bankowi zbyt wielką swobodę, zaś naliczane opłaty windykacyjne były pobierane z jej konta "po uważaniu", a więc też w sposób urągający cywizowanym relacjom bank-klienta. Aha, było też ubezpieczenie niskiego wkładu własnego, które bank ściągał z konta, ale od niczego klientki nie chroniło. O, taki pakiecik ;-).

      Klientka zażądała wykreślenia niewiążących jej klauzul z umowy i wyliczyła straty związane z ich funkcjonowaniem do tej pory na ponad 54.000 zł. Z tego większość przypadła na niesłuszne wzbogacenie banku z tytułu waloryzowania rat kursem franka (49.000 zł), a jakieś drobne pieniądze na kwestię opłat windykacyjnych (3000 zł) oraz ubezpieczenia niskiego wkładu własnego (2000 zł). Jej zdaniem po wykreśleniu "lewych" zapisów kredyt stał się kredytem złotowym o stałej stopie procentowej. A ta - w momencie podpisywania umowy - wynosiła 3,36%. Na plusie oczywiście, bo 11 lat temu nikomu się nawet nie śniło, że w Szwajcarii będą ujemne stopy procentowe :-). Prawnicy banku w odpowiedzi na pozew puknęli się w czoło i przekazali sędziemu, że ich zdaniem "żądanie nie zostało wykazane co do zasady i co do wysokości". To taki elegancki prawniczy zwrot równoznaczny z wysłaniem powoda na najbliższe drzewo ;-).

      Argumentacja banku była dość typowa: mianowicie, że "wykastrowanie" z umowy kwestii dotyczących spreadu i zmian oprocentowania nie oznacza jeszcze, że klientka ma kredyt złotowy o stałym oprocenowaniu. I jeśli by nawet - oświadczyli pełnomocnicy Santander Consumer - w umowie istniały jakieś abuzywne klauzule, to po ich uznaniu za niedozwolone umowa wciąż pozostaje umową o zmiennej stopie procentowej, a bank "był - co do zasady - uprawniony do waloryzacji świadczenia i zmiany oprocentowania". Innymi słowy: "może coś i tak skopaliśmy w umowie, ale niech sąd w takim razie ustali jak powinno się zmieniać "sprawiedliwe" oprocentowanie kredytu i jaki powinien być "sprawiedliwy" spread. Obie strony przedstawiły mnóstwo dowodów, papierów, dokumentów i świadków, ale sąd był łebski i większość wniosków poodrzucał (łącznie z tabelami kursów), żeby się nie zagrzebać w szczegółach. I żeby nie skończyć tak, jak ten sąd: ;-)

      Po pierwsze sąd uznał, że taka umowa - mimo waloryzowania długu kursem franka, wypłacenia klientce kredytu w złotych oraz spłacania rat w złotych - jest umową o kredyt bankowy. Sąd stwierdził, że zgodnie z art. 69 ust. 5 Prawa bankowego umowa powinna regulować sprawę wysokości oprocentowania i warunków jego zmiany, a skoro umowa te elementy zawierałą, to nie ma co zastanawiać się nad unieważnieniem umowy albo uznaniem, że to nie był kredyt, tylko jakiś instrument pochodny (a taką linię ataku prezentują w sądach niektórzy frankowicze). Sąd ochrzanił też klientkę za wysuwanie argumentów typu "niedokładnie przeczytałam umowę, bo była skomplikowana". I miał trochę racji, bo tak się składa, że klientka jest prawniczką z wykształcenia i "niedokładne przeczytanie umowy" w jej przypadku jest niewymownym obciachem.

      Po drugie sąd ochrzanił prawników banku, którzy chcieli wciskać farmazony, że sąd nie może badać abuzywności klauzuli waloryzacyjnej (a także pozostałych), gdyż była uzgodniona z klientką indywidualnie, dotyczyła głównych świadczeń stron oraz została skonstruowana w sposób jednoznaczny. Sąd postukał się w czoło i ogłosił, że np. klauzula waloryzacyjna nie ustala świadczenia głównego, a tylko wprowadza reżim umowny jego podwyższania. I że nie ma w papierach żadnego śladu po tym, by wzorzec umowy, przedstawiony klientce do podpisu, był z nią jakoś konsultowany. A to oznacza, że nie można sądowi zabronić sprawdzenia (w myśl art. 385 Kodeksu cywilnego), czy fragmenty umowy dotyczące waloryzacji (a potem też ustalania oprocentowania, ubezpieczenia wkładu własnego i opłat windykacyjnych) są abuzywne, czy nie. Oprocentowanie to co prawda jest świadczenie główne, ale je też można badać pod kątem abuzywności, o ile jest opisane niejednoznacznie. 

      W sprawie klauzuli spreadowej sąd uznał, że z powodu nieprecyzyjnych zasad przeliczania kursów klient nie miał możliwości określić ile będzie go kosztował kredyt, więc abuzywność jest oczywista. Bank określił w umowie, że sam określa kursy, więc miał pełną dowolność w wykorzystywaniu swojej dominującej pozycji. Fe, nieładnie, banku ty!

      wyrokwroc1

      Jeśli chodzi o klauzulę dotyczącą możliwości zmian oprocentowania mocą decyzji zarządu, sąd przyczepił się do sfomułowania, że mogą one następować "w każdym czasie". Jakkolwiek opis czynników uprawniających zarząd do zmiany oprocentowania sąd uznał za prezycyjny, to sformułowanie, że zarząd może podjąć decyzję o zmianie oprocentowania "w każdym czasie" jest już - zdaniem sądu - lekką przesadą.

      wyrokwroc2

      Jeśli chodzi o koszty czynności windykacyjnych to sąd uznał, że przerzucają one na klientkę w sposób ryczałtowy koszty monitowania i że to nie jest fair. Zwłaszcza, że bank "zapomniał" poinformować klientę w momencie podpisywania umowy jak będą wyglądały procedury windykacyjne, w jakiej kolejności będą uruchamiane i z jaką częstością stosowane. I to też jest nie fair (czyli sprzeczne z dobrymi obyczajami). Sąd przypomniał przy okazji wyrok SOKiK-u odnoszący się właśnie do takich ryczałtowych opłat za monity (sygnatura akt XVII AmC 624/09). W przypadku ubezpieczenia niskiego wkładu własnego sąd uznał zaś, że klientka nie została właściwie poinformowana o istocie działania takiego ubezpieczenia, a więc o tym, że mimo opłacania składki nie będzie jej przysługiwało żadne prawo związane z polisą (bo i stroną umowy i uposażonym jest bank). 

      Sąd nie dał się namówić na uznanie, że klientka samodzielnie zdecydowała o wykupieniu ubezpieczenia, bo nie miała wystaczającego wkładu własnego. "Takie założenie byłoby dopuszczalne tylko wtedy, gdyby powódka miała świadomość wszystkich uprawnień i obowiązków związanych z umową polisy" - powiedział sąd. Generalnie więc we wszystkich czterech punktach - waloryzacja z nieprecyzyjnym spreadem, możliwości zmiany oprocentowania, nakładanie opłat za windykację oraz ubezpieczenie niskiego wkładu własnego - sąd stanął po stronie klientki. Ale to oczywiście jeszcze nie oznaczało, że sąd "zdewalutuje" jej kredyt. Wszystko zależało od tego jak sędzia spojrzy na skutki abuzywności klauzul w umowie klientki. Wykreśli je i każe czytać umowę tak, jak gdyby ich nie było, czy też zatrzyma się w rozkroku i stwierdzi, że ta umowa po takiej "kastracji" nie ma sensu?

      Bankowcy oczywiście chcieli, żeby uznać, iż umowa nadal jest waloryzowana i nadal ma zmienne oprocentowanie, a jej wadą jest jedynie "brak skonkretyzowania sposobu wykonania zobowiązań". I że trzeba najpierw uzgodnić "sprawiedliwe" zasady waloryzacji, a dopiero potem liczyć zobowiązania klientki. Sąd uznał, że nie jest uprawniony do ingerowania w umowę i że zgodnie z orzecznictwem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (wyrok C-618/10) umowa może obowiązywać dalej bez fragmentów "wygumkowanych". I że gdyby można było negocjować w sprawie konsekwencji zapisów abuzywanych, to stanowiłoby to zachętę do sporządzania takich "lewych" zapisów przez m.in. bankowych cwaniaków.

      wyrokwroc3

      Czy kredyt denominowany we frankach szwajcarskich może być spłacany w złotych? Sąd uważa, że jak najbardziej, ponieważ jego zdaniem kredyt nie jest "walutowy", a jedynie "rozliczany" w walucie obcej. A skoro mówimy jedynie o zmianie zasad tego "rozliczania", to nie ma obaw, że mamy w umowie nie dającą się niczym wypełnić lukę.

      wyrokwroc4

      No i na koniec absolutny hit. Sędzia Sądu Rejonowego okazał się na tyle pewny prawidłowości swojego toku myślenia, że był łaskaw wyrzucić na śmietnik historii nawet... wyrok Sądu Najwyższego. Co prawda w Polsce nie ma zasady precedensu, a więc wyroki Sądu Najwyższego nie są wiążące dla wszystkich sędziów w Polsce, ale rzadko się zdarza, by w "rejonie" sędzia promował argumenty sprzeczne z tym, co mówi "najwyższy". A tu proszę:

      wyrokwroc5

      Sędzia nie zgodził się z wyrokiem i tokiem myślenia Sądu Najwyższego (wyrok II CSK 768/14, czyli słynna sprawa "Nabitych", która została "uwalona" w Sądzie Najwyższym po dwóch wyrokach korzystnych dla klientów w "okręgu" i apelacji), z którego wynikało, że uznanie za abuzywną klauzuli zmiennego oprocentowania nie powoduje, że kredyt automatycznie staje się stałoprocentowy. Zdaniem sędziego rozpatrującego pozew klientki Santander Consumer w takim przypadku po prostu ustala się nową treść umowy z pominięciem fragmentów niewiążących klienta (przynajmniej w sytuacji, gdy w umowie nie ma żadnych innych postanowień na ten temat).

      Wyrok jest bardzo odważny i widać, że sędzia, który go wydał, bardzo dokładnie prześledził argumentację prawną krajową oraz orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości UE. I że ma w tej sprawie bardzo ugruntowane zdanie. Na tyle mocne, że pozwolił sobie na ochrzan pod adresem Sądu Najwyższego. Oczywiście decydująca bitwa jeszcze przed nami (a konkretnie przed klientką Santander Consumer ;-)), bo ten wyrok musi jeszcze przejść przez apelację oraz przez pewną jak w banku kasację (a jakże, w Sądzie Najwyższym :-)), co może być ciekawym doświadczeniem dla sądów wszelkich możliwych instancji ;-)). Ale wygląda na to, że w sędziach w sprawie franków coś zaczyna pękać. Jeszcze rok temu wydawali wyroki salomonowe, stawali w rozkroku, zadawali pytania prawne, spychali sprawy do wyższej instancji... Tu mamy już drugi przykład takiego postawienia sprawy, które powoduje automatyczne przewalutowanie kredytu frankowego. Im więcej takich wyroków będzie, tym większa szansa na to, że banki - widząc ryzyko prawne umów frankowych - będą same proponowały klientom jakieś wyjście z sytuacji. Wyrok, którego treść i uzasadnienie dziś Wam zrelacjonowałem, wydał Sąd Rejonowy dla Wrocławia-Fabrycznej, a sygnatura akt to XIV C 2126/15. Klienta reprezentowała kancelaria K&L Legal

      GORĄCE TRIKI NA WAKACJE. Kiedy najlepiej wybrać się na urlop? Gdzie lepiej polecieć z biurem podróży, a gdzie solo? Jak zapłacić za urlop, żeby mieć największe prawa konsumenckie do dyspozycji? Zapraszam do obejrzenia wyjątkowo gorącego wideo. Jeśli jeszcze nie jesteście na wakacjach, to po obejrzeniu tego klipu zapragniecie natychmiast się na nich znaleźć ;-)

      Co zrobić, żeby wakacje były tańsze? Oto przegląd trików, które pozwalają zaoszczędzić na wakacjach całkiem przyjemne kwoty. Sprawdzone osobiście ;-)

      DYWIDENDA JAK W BANKU. (NIE)BEZPIECZNE POŁOWY. W ramach sprawdzania czy jest dla naszych pieniędzy jakaś alternatywa dla 1% z bankowego depozytu udałem się na ryby. Myślałem, że najgorsze będzie starcie z giełdowymi rekinami, ale nie - cios przyszedł z najmniej oczekiwanej strony. A więcej o całej akcji piszę pod tym linkiem

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4SPOTKAJ MNIE W NECIE... Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już ponad 34.000!), na Twitterze(tu wraz ze mną zaprasza prawie 9000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowegomaciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      autopromo2...ZOBACZ MNIE W EKSTREMALNYCH AKCJACH. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Ci się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. Wszystkie te przygody są na mojej "stronie" youtubowej. Zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już ponad 2000 fanów i jest ponad 70 filmów, które obejrzano więcej, niż ćwierć miliona razy). 

      autopromo11SUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA IDZIE NA OSTRO W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej". Co czwartek na stronach gospodarczych "Wyborczej" ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym ja i grupa moich kolegów, zwana złowróżbnie Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy. Jeśli potrzebujesz rady albo pomocy w sprawie niekoniecznie związanej z produktami finansowymi - pisz naekipasamcika@wyborcza.biz. Moi ludzie nie zostawią Cię bez pomocy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możesz kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (45) Pokaż komentarze do wpisu „Ale kowboj! Ten sędzia w sprawie franków zmiażdżył nawet... wyrok Sądu Najwyższego!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 sierpnia 2016 10:54

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line