Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 31 sierpnia 2018
    • Które banki najlepiej traktują stałych klientów-ciułaczy? Ile można maksymalnie wycisnąć?

       
      Które banki najbardziej szanują swoich lojalnych klientów? Jeśli masz konto w banku i jakieś oszczędności, to koniecznie zobacz ten ranking. Policzyliśmy ile maksymalnie można wycisnąć z kont oszczędnościowych i lokat mając 20.000 zł lub 100.000 zł oszczędności, nie będąc "nowym klientem" i wyciskając maksimum z promocji dostępnych dla stałych klientów. Jak wypada Twój bank? I czy wyciskasz z niego tyle, ile mógłbyś?

      Ile zatem da się wycisnąć przez rok z lokaty w banku, w którym macie już np. konto osobiste? Najbardziej doceniają „swoich” mniejsze instytucje – Idea Bank i Nest Bank. Na rocznych lokatach terminowych (jeden produkt) płacą 2,6% odsetek. Po roku czysty zysk z 20.000 zł wyniesie 421 zł.

      Ale powodów do narzekań nie powinni mieć też klienci „dużego” Banku Zachodniego WBK (wkrótce będziemy pisać „Santander”). Na koncie oszczędnościowym bank płaci 2,7%, ale podwyższone oprocentowanie obowiązuje tylko do 29 czerwca 2019 r. Jeśli ktoś założy takie konto z początkiem września, to taką stawkę ma zagwarantowaną przez 10 miesięcy. Potem oprocentowanie spada do 1,5%. W ciągu roku z 20.000 zł można wycisnąć 408 zł. Jest jednak warunek. Lepsza stawka obejmuje klientów, którzy co miesiąc wpłacają na to konto co najmniej 20 zł.

      Podium zamyka oferta Alior Banku, który proponuje obecnym klientom roczną lokatę z oprocentowaniem 2,2%. Zysk po roku to 356 zł. Ale bank też stawia warunek. To depozyt na tzw. nowe środki. Chodzi o to, że bank premiuje nadwyżkę ponad to, co do tej pory zgromadziliście w banku na koncie osobistym, oszczędnościowym czy na innych lokatach. Niestety, podobny warunek stawia obecnym klientom większość banków. W ten sposób chronią się przed przerzuceniem środków z nieoprocentowanego ROR na oprocentowaną lokatę.

      Jak wypada Twój bank? O ile więcej mógłbyś z niego wycisnąć, gdybyś wykorzystał wszystkie możliwości oferowane przez Twój bank? Zobacz pełną wersję rankingu z tabelami i przewodnikiem o tym jak lokować pieniądze w każdym z banków, żeby osiągnąć jak najwyższy wynik. Kliknij ten link i zapoznaj się z rankingiem

      ---------------------------------------------------------------------------

      Uwaga: na tej stronie ukazują się tylko skrócone wersje niektórych artykułów powstających w ramach projektu "Subiektywnie o finansach". Wszystkie teksty w pełnych wersjach - od jednego do trzech artykułów dziennie - ukazują się na mojej nowej stronie www.subiektywnieofinansach.pl  Dopisz ten adres do ulubionych w swojej wyszukiwarce i zaglądaj codziennie. Na mojej nowej stronie znajdziesz rady dotyczące lokowania oszczędności, wychodzenia z tarapatów i ostrzeżenia jak nie wpaść w pułapkę.

      Jeśli masz konto na Facebooku, to koniecznie zapisz się do obserwowania fan-page'u "Subiektywnie o finansach". Tam wrzucam nie tylko zajawki własnych tekstów, ale też komentuję różne wydarzenia i nowości z branży finansowej. Żeby zostać fanem subiektywności kliknij tutaj i zostań fanem

      Zapisz się na mój newsletter i odbierz zestaw praktycznych poradników, w tym przegląd najlepszych kont bankowych ułatwiających oszczędzanie

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Które banki najlepiej traktują stałych klientów-ciułaczy? Ile można maksymalnie wycisnąć?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 31 sierpnia 2018 09:08
  • środa, 29 sierpnia 2018
  • piątek, 24 sierpnia 2018
  • środa, 22 sierpnia 2018
    • Inwestujesz? Przestrzeganie tych zasad uchroni cię przed utratą wszystkich oszczędności

      Oto pięć check-pointów przez które trzeba przejść zanim zaczniemy inwestować własne pieniądze. Najważniejsze jest to, byśmy stosowali je niezależnie od tego czy mamy jakiegoś doradcę czy też decyzje podejmujemy samodzielnie – to mają być nasze, wewnętrzne procedury. Coś jakby check-lista którą piloci odbywają przed startem samolotu.

      Coraz więcej konsumentów jest świadomych, że ich pieniądze realnie tracą na wartości, ale jeśli już gdzieś je zabierają, to na rynek nieruchomości, który ma znacznie lepszą reputację, niż rynek kapitałowy (czyli akcje, obligacje i inne papiery wartościowe). No i uchodzi za znacznie trudniejszy do okiełznania. Przeciętnemu konsumentowi wydaje się, że znacznie łatwiej zarabiać na wynajmie, niż na dywidendzie. I to jest problem, bo w gruncie rzeczy nieruchomości w długim terminie wcale nie są inwestycją bez ryzyka.

      Dziś – gdy emocje ludzi rozpala afera Getbacku i ponad 3 mld zł, które „wyparowały” z obligacji spółki reklamowanej jako bezpieczna alternatywa dla bankowych depozytów – trudno mieć nadzieję, że problem braku zaufania ludzi do rynku kapitałowego nagle sam się rozwiąże. A jak można mu pomóc?

      Zasada pierwsza – sprawdź czy produkt jest regulowany

      Aby sprawdzić, czy produkt oraz firma są regulowane, wystarczy wejść na stronę Komisji Nadzoru Finansowego. Jeśli oferowany nam produkt tam nie figuruje, nie warto poświęcać mu czasu, a tym bardziej pieniędzy.

      Zasada druga – inwestuj tylko w płynne aktywa

      Inwestorzy nie lubią zmienności. Tymczasem, niestety, polskie przepisy dopuszczają tworzenie produktów, które zmienności nie ujawniają (klientowi się wydaje, że produkt rośnie przez cały czas, bo są stosowane w jego przypadku metody wyceny, które to ułatwiają). Jeśli dostajemy do ręki prospekt jakiejś obligacji, produktu strukturyzowanego albo indeksu, którego wykres jest podejrzanie „spokojny”, to warto powzięć podejrzenia.

      Zmienność odzwierciedla rzeczywistą rynkową wycenę produktu. Na zmienność wpływa kondycja emitenta danego papieru wartościowego, jak i prawo popytu i podaży. Jeśli to wszystko nie jest wyceniane, to inwestor powinien takiego produktu unikać. Bo jeśli nie ma zmienności, to być może nie ma też rynku na ten produkt. A jeśli tak, to istnieje zagrożenie, że produktu nie będzie można sprzedać.

      Zasada trzecia – oceniaj zysk kontra ryzyko

      Ryzyko ma swoją cenę, co oznacza, że nie można mieć produktu, który daje 9% prognozowanego zysku za taką samą cenę, jak produktu z prognozowaną 2-procentową stopą zysku. Im większa prognozowana stopa zwrotu, tym ryzyko większe. Zawsze. Nie istnieje żaden produkt finansowy, w przypadku którego ta zasada by nie obowiązywała, nawet jeśli sprzedawcy twierdzą inaczej i obiecują „zysk bez ryzyka”.

      Zasada czwarta – patrz na koszty

      Nauczyliśmy się liczyć koszty produktów kredytowych, w wypadku inwestycyjnych nadal jesteśmy na początku drogi. Tymczasem koszty mają dla inwestycji znaczenie fundamentalne i to one w ogromnym stopniu decydują o wysokości realnej stopy zwrotu. Przyjęło się twierdzenie, że dobre buty muszą być drogie, bo tanie po prosu szybko się rozpadają. Ta zasada w odniesieniu do inwestycji nie jest tak oczywista. A działa tak samo. W jednym z kolejnych tekstów opowiemy dokładnie jak to działa i pokażemy na konkretnych przykładach.

      Zasada piąta – zadbaj o różnorodność

      Część swoich pieniędzy można zainwestować w ryzykowne produkty, obiecujące wysoką stopę zwrotu. Nie ma w tym nic złego. Ale nie można na duże ryzyko wystawiać wszystkich swoich pieniędzy, bo to przypomina grę w rosyjską ruletkę z wykorzystaniem w pełni naładowanego rewolweru. Swoje oszczędności podzielmy między kilka funduszy.

      Wielu sprzedawców produktów inwestycyjnych, w tym również instytucjonalnych, goni za szybkim zyskiem. To podcinanie gałęzi, na której siedzą, bo jeśli wcisną klientowi zły produkt, to on już kolejnych pieniędzy u nich nie zainwestuje. W tym biznesie ważne są długoterminowe relacje, a takie buduje wyłącznie zadowolenie klienta

      Jeśli jesteście początkującymi inwestorami i chcecie ulokować część oszczędności poza bankiem, to zapraszam Was do przetestowania – na początek na małych pieniądzach – jednej z wielu platform sprzedających fundusze online. Czasem są „przypięte” do banków (mBank, Deutsche Bank), czasem do samych towarzystw funduszy inwestycyjnych, a czasem występują samodzielnie. Spróbujcie którejkolwiek z nich, a nie będziecie chcieli już kupować funduszy inaczej. Jest wygodnie i taniej, niż w tradycyjnych kanałach sprzedaży.

      Akurat w ramach tej akcji artykułów edukacyjnych współpracuję z platformą F-Trust. W przeszłości zdarzało mi się kupować fundusze inwestycyjne również z jej pomocą (korzystam z kilku tego typu platform). W ramach współpracy edukacyjnej z F-Trust mam dla Was kupony umożliwiające inwestowanie pieniędzy bez opłaty manipulacyjnejNależy kliknąć ten link, a potem wpisać kod promocyjny ULTSMA. Zapłacicie tylko wliczaną w wartość jednostek uczetnictwa opłatę za zarządzanie funduszem (jej ominąć się, niestety, nie da).

      Jeśli macie pytania dotyczące tego sposobu kupowania funduszy albo chcielibyście o coś dopytać (np. jak się za to zabrać) – jestem pod maciej.samcik@subiektywnieofinansach.pl i spróbuję doradzić. Jak część z Was być może wie, od ponad 20 lat inwestuję swoje prywatne pieniądze m.in. w fundusze inwestycyjne. Nie jestem alfą i omegą, ale zawsze służę Wam radą.

      Czytaj też: Śpię spokojnie i wykręcam trzy razy więcej, niż na lokacie bankowej. Jak to robię?

      Przeczytaj też: Inwestowanie proste i tanie? Robodoradcy, ETF-y, inwestowanie społecznościowe. Przetestowałem na prywatnych pieniądzach najnowocześniejsze na świecie mobilne platformy do inwestowania

      Niniejszy artykuł jest częścią partnerstwa edukacyjnego F-Trust i „Subiektywnie o finansach”. W ramach Partnerstwa raz w miesiącu będziemy prezentowali Wam artykuły edukacyjne, które pomogą Wam mądrze, rozsądnie i zyskownie lokować własne oszczędności.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Inwestujesz? Przestrzeganie tych zasad uchroni cię przed utratą wszystkich oszczędności”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 sierpnia 2018 09:20
  • wtorek, 21 sierpnia 2018
  • poniedziałek, 20 sierpnia 2018
    • Czy warto dziś wykupić prąd z gwarancją ceny na najbliższe dwa-trzy lata?

      Jest w Polsce grupa osób, która nie czekając na podwyżki już od kilku lat kupuje prąd od innej firmy, niż ta, do której została geograficznie przyporządkowana.

      Na zmianę sprzedawcy prądu zdecydowało się 573 tys. osób. Niewiele jak na 14,5 mln odbiorców. Skoro miesięcznie i tak na prąd wydajemy średnio ok. 130 zł, to nie chcemy sobie zawracać głowy kilku złotowymi oszczędnościami.

      To prawda, ale w marketingu decydują emocje. I gdy media zaczną trąbić o podwyżkach, wielu sprzedawców zwietrzy na tym okazję do przyciągnięcia nowych klientów. Nie oznacza to, że z góry będą to złe oferty, a le to znak, że powinniśmy podwoić czujność.

      Czytaj też:  Czy jesteśmy u progu rewolucji? Przez coraz wyższe ceny prądu energia ze słońca może być… tańsza niż ta z węgla!

      Czytaj też: Prąd z pomocą lekarza, psychologa, a nawet pranie, gotowanie i sprzątanie. Awangardowa oferta Energi

      Najprostszym wabikiem jest oferta z gwarancję cen prądu. Brzmi jak oferta doskonała – idą podwyżki, więc zawrę z firmą coś na kształt zakładu – umawiamy się na stałą cenę przez 3 lata. Jeśli stawki wzrosną – ja wygrywam, firma musi brać je na siebie. Jeśli spadną, to cóż, ja jestem tym przegranym.

      Taryfy dla gospodarstw domowych zatwierdza pod koniec każdego roku na rok następny Urząd Regulacji Energetyki. Wcześniej firmy PGE, Enea, Tauron i Energa (a także jedyna w pełni prywatna firma w tym gronie, Innogy w przypadku taryfy dystrybucyjnej) muszą przekazać mu swoje propozycje cenowe.

      Innogy na przestrzeni lat wywalczyła sobie możliwość nie podpadaniu pod rygor przedstawiania taryf sprzedażowych.

      Dystrybucja to inna historia, bo każda z firm jest na przydzielonym sobie terenie naturalnym monopolistą (należy do niej infrastruktura) więc państwo zostawiło sobie furtkę do kontroli cen.

      Czytaj też:Czy opłaca się wziąć nocną taryfę na prąd? Case study

      Czytaj też: Oni odetną prąd car-sharingowi? Warszawę i kraj zaleją… skutery na minuty. Ja już jeździłem

      Składniki rachunku za prąd rozkładają się mniej więcej po połowie jeśli chodzi o koszty dystrybucji i przesyłu. W ostatnich latach rosły głównie stawki za dystrybucję, bo pieniądze szły na rozbudowę przestarzałej infrastruktury. W tym roku dla odbiorców grupy taryfowej G, czyli gospodarstw domowych u czterech największych sprzedawców energii elektrycznej wzrost cen wyniósł ok. 0,5%.

      Nieduże, trzyosobowe gospodarstwo domowe, które korzysta z taryfy całodobowej, płaci miesięcznie: w Enei o 13 gr mniej, w Enerdze 29 gr mniej, w PGE od 7 gr mniej do 1,16 zł więcej, a w Tauronie od 0,17 gr mniej do 68 gr więcej – różnice wynikają ze zróżnicowania cen i stawek opłat w poszczególnych obszarach działania jednej firmy.

      Działająca na terenie Warszawy grupa Innogy nie przedkłada taryf za sprzedaż prądu, ale tylko za dystrybucję. W tym przypadku opłaty spadły o 73 gr miesięcznie.

      Teraz możemy doznać szarpnięcia w taryfach sprzedażowych – i to tych opłat może dotyczyć gwarancja.

      Czy warto zmienić sprzedawcę prądu? Odpowiedź nie jest jednoznaczna.  Niedawno wymieniliśmy kilka warunków, pod którymi opłaca się zmienić sprzedawcę:

      • a) mamy duże roczne zużycie, np. powyżej 2500 kWh rocznie
      • b) zależy nam na dodatkowych bonusach takich jak ubezpieczenie assistance, pomoc fachowców, czy nawet pakiet zdrowotny
      • c) nasz nowy sprzedawca oferuje kilka umów w jednym, np. prąd i gaz, albo prąd, gaz, ubezpieczenie telefon i kablówkę.
      • d) nowy sprzedawca ma nie tylko tańszy prąd, ale i niską opłatę handlową. To w niej zaszyte są wszelkie opcje dodatkowe. Jej stawka może się wahać o kilku do kilkudziesięciu złotych miesięcznie

      Więcej rad i pomysłów jak oszczędzać na domowych rachunkach znajdziecie w pełnej wersji niniejszego tekstu, która jest pod tym linkiem

      Partnerem porad dla czytelników „Subiektywnie o finansach” w sferze oszczędzania na domowych rachunkach jest fiński dostawca prądu i gazu Fortum, który oferuje m.in. prąd w stałym abonamencie (tutaj szczegóły) oraz „Włącz prąd zawsze 20% taniej”, czyli taryfę z gwarancją ceny o 20% niższej od najtańszej na rynku (tutaj szczegóły).

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Czy warto dziś wykupić prąd z gwarancją ceny na najbliższe dwa-trzy lata?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 sierpnia 2018 08:46
  • piątek, 17 sierpnia 2018
  • poniedziałek, 13 sierpnia 2018
    • Naliczyli odsetki od długu, którego nie było. I przyszli po nie po 18 latach. Co tu się wyrabia?

      Kilka tygodni pani Małgorzata wyjęła list ze skrzynki. Nadawca: firma windykacyjna GetBack. Treść: prosimy o zwrot 366,29 zł tytułem naliczonych  przez pierwotnego wierzyciela (Bank Pekao) odsetek umownych. Żeby było śmieszniej, w liście napisano, że odsetki zostały naliczone… od należności głównej w kwocie 0 zł. Mamy więc dług, który wziął się z niczego. Konkretnie dotyczył umowy na „bezumowny debet do konta”.

      „Zalogowałam się na moje konto w BIK-u i rzeczywiście widnieje tam zaległość prawie od początku świata, a przynajmniej prawie od początku BIK-u, gdyż od 2002 r. wpisana przez Bank Pekao z adnotacją „dług odzyskany” z datą 17 grudnia 2017 r.”

      – opowiada pani Małgorzata. Przypomniała sobie, że gdy rok wcześniej sprawdzała raport BIK na swój temat, nie widziała informacji na temat tego długu w tzw. części ogólnodostępnej. Ale dług dwa razy widniał już w tzw. części statystycznej raportu BIK, w którym pojawiają się informacje o spłaconych zobowiązaniach (banki sprawdzając historię kredytową klientów nie mają dostępu do tej części raportu).

      Nasza czytelniczka miała w Pekao dwa inne rachunki związane z kasą mieszkaniową. W 2003 r. je zamknęła. Była przekonana, że w tym momencie jej przygoda z Pekao definitywnie się zakończyła. Ale również wtedy nikt je o długu nie powiedział. Pod koniec grudnia 2017 r. okazało się, że bank sprzedał firmie windykacyjnej dług umorzony kilka lat wcześniej. A w raporcie BIK informacja o nim znowu pojawiła się w sekcji ogólnodostępnej z adnotacją „dług odzyskany”.

      Co robić w takiej sytuacji? Jak się bronić? Jak skończyła się ta historia? Szczegóły znajdziesz w pełnej wersji tekstu pod tym linkiem

      ---------------------------------------------------------------------------

      Uwaga: na tej stronie ukazują się tylko skrócone wersje niektórych artykułów powstających w ramach projektu "Subiektywnie o finansach". Wszystkie teksty w pełnych wersjach - od jednego do trzech artykułów dziennie - ukazują się na mojej nowej stronie www.subiektywnieofinansach.pl  Dopisz ten adres do ulubionych w swojej wyszukiwarce i zaglądaj codziennie. Na mojej nowej stronie znajdziesz rady dotyczące lokowania oszczędności, wychodzenia z tarapatów i ostrzeżenia jak nie wpaść w pułapkę.

      Jeśli masz konto na Facebooku, to koniecznie zapisz się do obserwowania fan-page'u "Subiektywnie o finansach". Tam wrzucam nie tylko zajawki własnych tekstów, ale też komentuję różne wydarzenia i nowości z branży finansowej. Żeby zostać fanem subiektywności kliknij tutaj i zostań fanem

      Zapisz się na mój newsletter i odbierz zestaw praktycznych poradników, w tym przegląd najlepszych kont bankowych ułatwiających oszczędzanie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Naliczyli odsetki od długu, którego nie było. I przyszli po nie po 18 latach. Co tu się wyrabia?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 sierpnia 2018 09:09
  • piątek, 10 sierpnia 2018
    • Spędzasz godziny w podróżach służbowych lub korkach jadąc z pracy? To czas na... zakupy

      Statystyki mówią, że 40% osób dojeżdżających do pracy na terenie USA w czasie tych podróży korzysta ze smartfonów i różnych aplikacji. Nie jest to szczególnie wygodne, ale oznacza, że czas spędzany w samochodzie chcemy wykorzystać bardziej efektywnie, załatwiając w tym czasie swoje sprawy.

      Czasem jest to szukanie najbliższej stacji, gdzie można byłoby zatankować, a czasem zamówienie składane do pizzerii. 66% pytanych stwierdziło, że zapewne wydawaliby w czasie podróży do i z pracy więcej pieniędzy, gdyby tylko mieli możliwości robić to bezpiecznie i wygodnie.

      Czytaj też: Auto-tankowanie, czyli poznaj aplikację, dzięki której twój samochód sam zapłaci za paliwo. Od Shella

      Przemieszczający się klienci są łakomym kąskiem dla restauracji, kawiarni i sklepów spożywczych, do których zaglądamy po drodze z pracy, żeby coś przekąsić lub zrobić zakupy. I nam i im zależy na tym, żebyśmy nie stali w kolejce do składania zamówienia i do płatności. Gdyby bułkę w McDonald’s i kawę w Starbucksie dało się zamówić już będąc w drodze i od razu zapłacić – restauracje mogłyby zlikwidać część kas, a klienci nie traciliby czasu.

      Zamawianie jedzenia wcześniej z odbiorem „po drodze” może wykiełkować na ogromny przemysł, trzecią formę robienia zakupów – pośrednią między zakupami online i fizycznymi, w sklepach.

      Samcikowe przygody z kartami: Znajdziesz je na stronie cyklu tekstów poświęconych „plastikowym pieniądzom” – „O wygodnym oszczędzaniu, czyli niezbędnik nowoczesnego konsumenta”

      Czytaj też: Co się musi stać, byśmy w ogóle przestali używać gotówki? Tylko trzy małe rzeczy

      Jak kupować za kierownicą? Głosem!

      Przemysł motoryzacyjny, e-handel i organizacje płatnicze prędzej czy później sprawią, że samochód stanie się miejscem robienia zakupów. Potrzebne jest do tego nie tylko połączenia samochodu z internetem, zaś smartfona (zawierającego potrzebne nam aplikacje do zakupów) z samochodem, ale i wykorzystanie technologii głosowych. Dziś tylko 11% Amerykanów dojeżdżających do pracy korzysta z systemów aktywowania usług głosem.

      Głosowe zamawianie zakupów, stolika w restauracji, kawy na wynos, biletu do kina w czasie jazdy samochodem nie jest bujaniem w obłokach. Wystarczy spojrzeć co dzieje się w branży bankowej. Pół roku temu największy brytyjski bank Barclays umożliwił płatności głosowe za pośrednictwem technologii Siri, czyli głosowego asystenta Apple’a, montowanego seryjnie w najnowszych modelach smartfonów tej marki.

      Czytaj też: Ford wprowadza samochód, który reaguje na polecenia głosowe

      Odwiedź też stronę akcji „O wygodnym płaceniu, czyli niezbędnik nowoczesnego konsumenta”. Tam piszę o wszystkich nowościach ze świata płatności oraz poradniki o bezpiecznym używaniu kart i wyciskaniu z nich maksymalnie dużo korzyści. Zapraszam: kliknij ten link

      Samochód sam znajdzie miejsce do parkowania i za nie zapłaci?

      „Samopłacenie” za paliwo na stacji i robienie zakupów z pomocą technologii głosowej współpracującej z aplikacjami mobilnymi i tymi służącymi do płatności można byłoby uzupelnić o łatwe parkowanie.

      Tak, jak dziś w niektórych miastach karta płatnicza staje się biletem w transporcie miejskim, tak można sobie wyobrazić, że miejsce parkingowe będziemy rezerwowali zdalnie, już w drodze na parking, podając tylko adres i godziny, w których będziemy potrzebowali miejsca. System będzie wskazywał miejsce, a płatność automatycznie ściągnie się z konta.

      Czytaj też: Pierwszy inteligentny parking w Polsce już działa! A jak? 

      Do współpracy przy takich udogodnieniach organizacja płatnicza Visa niedawno zaprosiła przemysł motoryzacyjny, firmy transportowe, wypożyczalnie samochodów, firmy świadczące usługi parkingowe i paliwowe do udziału w programie „Transportation Center of Excellence”. Przedsięwzięcie ma ułatwić płatności na każdym etapie podróży – od parkowania i tankowania paliwa po latanie samolotem i przejazdy koleją

      Według raportu Business Intelligence Connected Car, do 2025 r. liczba samochodów połączonych z internetem przekroczy 293 mln. Visa chwali się, że współpracuje z kilkoma spośród czołowych producentów na świecie, a przedmiotem współpracy jest osadzenie płatności w systemach multimedialnych tych samochodów (są już pierwsze przykłady „samochodowych” płatności za paliwo, posiłki oraz usługi ubezpieczeniowe).

      Visa chce też ułatwiać rozliczenia płatności za wspólne podróżowanie samochodem, ubezpieczenia uzależnione od liczby przejechanych kilometrów czy też ładowanie baterii samochodu elektrycznego. Za to wszystko ma płacić samochód, ściągając pieniądze z naszego konta.

      Czytaj też: Ubezpieczenie samochodu da się już kupić od bota? Skanuję, czatuję, a na końcu…

      Samochód pokieruje, a ty pokupujesz

      To już oczywiście przygotowanie do kolejnej rewolucji transportowej – wprowadzenia do użytku samochodów autonomicznych, które będą w stanie kierować się same. W takim aucie czasu na zakupy będzie jeszcze więcej, bo i ręce i uwaga dzisiejszego kierowcy będą wolne. Technologia może więc otworzyć nowy rynek mobilnych zakupów w podróży i znacznie zwiększyć liczbę transakcji zawieranych podczas codziennych dojazdów do pracy.

      Według ustaleń raportu Digital Drive Report ponad 75% użytkowników smartfonów, którzy spędzają ponad 30 minut na drodze do i z pracy kupowałoby coś w czasie podróży, gdyby technologia im to umożliwiła, zaś samochód w tym czasie sam by się prowadził.

      Płać w sieci bezpiecznie, wygodniej i z chargebackiem. Jeśli chcesz bezpiecznie i bardzo wygodnie płacić kartą w sieci, to pod tym linkiem możesz zarejestrować swoją kartę w usłudze Visa Checkout. Będziesz mógł/mogła płacić w sieci niemal jednym kliknięciem, a jednocześnie będzie to płatność kartą, a nie e-przelewem, a więc będziesz zabezpieczony/a chargebackiem. Więcej o usłudze Visa Checkout pisałem tutaj 

      Artykuł powstał w ramach cyklu „O wygodnym płaceniu – niezbędnik nowoczesnego konsumenta. Partnerem merytorycznym tego cyklu jest organizacja płatnicza

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Spędzasz godziny w podróżach służbowych lub korkach jadąc z pracy? To czas na... zakupy ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 10 sierpnia 2018 08:37
  • czwartek, 09 sierpnia 2018
    • Pilnujesz pieniędzy jak oka w głowie? Oto numery złodziei, których na pewno nie znasz

      Kto uważnie czyta blog, zna już główne zasady bezpieczeństwa dotyczące wykorzystywania smartfona do bankowania. To przede wszystkim instalowanie aplikacji mobilnej wyłącznie na "sterylnym" smartfonie (czyli takim, na którym mamy tylko aplikacje ściągnięte ze sklepu Google'a czy Apple'a), nieklikanie żadnych linków przesłanych SMS-ami (mogą tam być wirusy przekierowujące do złodzei to, co dzieje się na smartfonie) oraz wprowadzenie do telefonu PIN-u, który sprawi, że ewentualne zgubienie smartfona nie będzie oznaczało automatycznie otwarcia przez "szczęśliwego znalazcę" skarbca z aplikacjami, w tym finansowymi. Ewentualnie uruchomienie w smartfonie opcji logowania się do niego odciskiem palca.

      Czytaj też: Kradną SMS-y autoryzacyjne, podmieniają numery kont. Triki e-złodziei

      Czytaj też: Poznaj pięć przykazań szefa od bezpieczeństwa bankowości mobilnej

      PO PIERWSZE: ZMNIEJSZ LIMITY W BANKOWOŚCI MOBILNEJ. Dodałbym jeszcze, że nie instaluję w smartfonie aplikacji bankowych, do których hasło pokrywa się z hasłem, które mam w bankowości internetowej. W przypadku "podejrzenia" przez kogoś hasła do apki bankowej nie chcę być narażony na to, że ktoś wejdzie na moje konto z komputera i spróbuje je "wyczyścić". Bankowanie przez smartfona jest przyjemne, ale dopóki nie będzie można autoryzować transakcji biometrycznie (np. odciskiem palca), to bank w smartfonie ma podstawową wadę - żeby spróbować nam ukraść pieniądze wystarczy tylko wejść w posiadanie tego jednego urządzenia i haseł pozwalających na jego odblokowanie. Dlatego tak ważne jest, żeby limity transakcji możliwych do wykonania przez smartfona były niskie. Jeśli ktoś chce się dostać do mojej bankowości internetowej, to ma trudniej - musi nie tylko znać login i hasło do konta, ale i przejąć SMS autoryzacyjny wysyłany na drugie urządzenie, czyli smartfona.

      Czytaj też: Horror. Zbadali czy aplikacje mobilne polskich banków mają dziury i...

      W mBanku testują: nowy,  sensacyjny sposób potwierdzania transakcji. Bezpieczniejszy?

      PO DRUGIE: NIE PRZYJMUJ SMARTFONA OD NIEZNAJOMEGO ;-). Jeśli złodziej namierzy bogatego człowieka, to stanie na uszach, żeby wejść w posiadanie wszystkich potrzebnych elementów. Michał Jarski, eksperta od bezpieczeństwa danych, opowiedział mi niedawno historię nie z tej ziemi. Chcąc okraść prezesa dużej firmy z jego prywatnych pieniędzy złodzieje... podszyli się pod operatora telekomunikacyjnego! W paczce "firmowej" przesłali mu najnowszego smartfona ze wszystkimi możliwymi wodotryskami - z pozdrowieniami od operatora. W smartfonie był oczywiście wirus, który przekierowywał do złodziei wszystkie SMS-y. Wystarczyło, że ów prezes tak się podniecił nową zabawką, iż zaczął jej używać do bankowania. Login i hasło do bankowości internetowej udało się złodziejom podejrzeć za pomocą wirusa "wstrzykniętego" w jego komputer domowy, a potem poszło już z górki. W ramach opcji "konsumenckiej" złodziej może podać się nie za operatora telekomunikacyjnego, ale za... znajomego z Facebooka.

      Czytaj też: Top 5 sposobów cyberzłodziei, by nas okraść. Na który dasz się nabrać? Oby na żaden…

      Czytaj też: Straciła 20.000 zł, bo weszła na fałszywą stronę banku. Czy banki powinny lepiej nas chronić?

      PO TRZECIE: BANKUJĄC UWAŻAJ NA PUBLICZNE WI-FI. Do listy zasad, które stosujemy, żeby nasze bankowanie przez smartfona było bezpieczniejsze, trzeba dodać jeszcze kilka dotyczących sieci wi-fi. W czym rzecz? Ano w tym, że skoro nasze smartfony są stale podłączone do internetu, to przez cały czas możemy być "przedmiotem" ataków złych ludzi. A jeśli ten internet czerpiemy z darmowej, publicznej sieci wi-fi, to nie trzeba być asem, żeby nas "podsłuchiwać". Warto zatem nie uruchamiać aplikacji mobilnej banku (ani żadnych aplikacji finansowych, do których wpisujemy hasła) będąc podpiętym do publicznego, darmowego wi-fi. Zresztą - jak słusznie zauważa Michał Jarski - nawet jeśli będziemy przestrzegali tej zasady, to i tak mamy przerąbane. Bo za darmowy internet może nie zapłacimy pieniędzmi, ale danymi - na pewno.

      "Korzystając z każdego publicznego punktu dostępu do internetu, musimy brać pod uwagę to, że płacimy za ten dostęp własną prywatnością. Galerie handlowe nie oferują darmowego Wi-Fi po to, żeby uczynić nas szczęśliwszymi, a w każdym razie nie tylko po to. Dzięki temu, że nasz smartfon jest podpięty do publicznej sieci internetowej, można łatwiej monitorować ścieżkę naszych zakupów. Inna sprawa, że właściciele galerii nie potrzebują do tego technologii Wi-Fi. Wystarczy, że nasz telefon jest włączony i już można sprawdzić po numerze MAC, że właśnie do galerii "wszedł" ten sam telefon, który pojawił się tu tydzień temu i że wtedy jego właściciel był w alejce numer pięć. Jeśli komuś wydaje się, że robiąc zakupy w galerii handlowej, wtapia się w tłum, to jest w błędzie".

      - mówi Jarski. Co ciekawe, w tzw. krajach cywilizowanych ostatnio konsumenci się zbiesili i zaczęli żądać wyższego poziomu prywatności na zakupach. W Polsce krzykiem mody jest darmowe Wi-Fi, dzięki któremu mamy darmowy internet, a właściciel centrum handlowego może nas dyskretnie "podglądać", a na Zachodzie pojawia się powoli trend do oferowania klientom anonimizacji pobytu w centrum handlowym. W USA przed niektórymi sklepami są tabliczki "w tym miejscu śledzimy ruch klientów". I można wręcz zgłosić żądanie, żeby mój adres MAC nie był śledzony.

      Czytaj też: Wirus zaatakuje cię na smartfonie! Podszyje się pod aplikację mobilną twojego banku i…

      Czytaj: Publiczne wi-fi, czyli brama dla złodziei naszych pieniędzy. Podłączasz się czasem? Jak się ochronić?

      Czytaj też: Jak nie dać się okraść z pieniędzy na koncie przez Facebooka metodą “na wnuczka”? Ostrzegam!

      PO CZWARTE: NIE WIERZ W TO, CO WYŚWIETLA CI SMARTFON. Wiemy, że nie można mieć absolutnej pewności, iż nasz smartfon nie zostanie zdalnie "zhakowany". Podobno można spróbować "zmylić" sterowniki karty sieciowej, która jest w każdym smartfonie. Przestępca wysyła w powietrze pakiet informacji, którzy przyjęty przez moduł wi-fi w telefonie trafia do karty sieciowej, która się "wywraca" i przestaje wykonywać zaplanowany kod, tylko przeskakuje do tego miejsca w pamięci, które pozwala uzyskać uprawnienia administratora. Dzięki temu złodziej może przechwytywać komunikację smartfona z dowolnymi aplikacjami, śledzić klawiaturę, na której wpisujemy hasła. Wymaga to dużo zachodu, ale ponoć nie jest niemożliwe.

      Czytaj teżWyjątkowo podstępny wirus. Wymusi zmianę sposobu, w jaki banki dostarczają nam wyciągi?

      Czytaj też: Perwersja? Ten wirus zaatakuje twoje pieniądze wtedy, kiedy czujesz, że są najbezpieczniejsze

      Czy ktoś będzie się tak "bawił", żeby ukraść nam kilka złotych? Pewnie nie. Ale od teraz - choć uważam, że przestrzegam zasad "sterylności" smartfona - nie wierzę, że wszystko co wyświetla mi smartfon jest prawdziwe. Zresztą kilka razy zdarzyło mi się, że gdy przeglądałem którąś z aplikacji informacyjnych, smartfon wyświetlił mi komunikat, iż mój smartfon jest zagrożony i natychmiast muszę ściągnąć polecaną aplikację. Mam taki odruch, że w smartfonie (w komputerze zresztą też) nie klikam żadnych linków od nieznajomych, więc się nie skusiłem. Ale wiem, że wielu daje się nabrać na ten trik. Skoro korzystamy ze sprawdzonej aplikacji typu Onet.pl, czy Gazeta.pl i ona wyświetla nam jakąś reklamę, to chyba to nie jest niebezpieczne?

      "To malvertising, czyli wprowadzająca odbiorcę w błąd reklama wykorzystująca luki w module smartfona odpowiedzialnym za wyświetlanie reklam. Serwis informacyjny, czy portal, który przeglądamy w smartfonie, nie kontroluje tego kawałka wyświetlanej treści. A zwykle jest to "informacja" o tym, że nasz telefon wymaga pilnej aktualizacji oprogramowania antywirusowego. Klikamy i oczywiście wprowadzamy sobie na smartfon wirusa".

      PO PIĄTE: JEŚLI MASZ WI-FI W DOMU, NIE UFAJ SĄSIADOWI ;-). Podobno są przypadki, gdy ludzi okradano "na sąsiada". Nie, nikt nie podszywał się pod sąsiada i nie dawał w łeb. W dzisiejszych czasach podobno wystarczy wynająć mieszkanie obok i "podsłuchiwać" naszą domową sieć wi-fi. Dopóki korzystamy z internetu przez kabel, można nas "zainfekować" albo podstawić fałszywe dane tylko, gdy sami na to pozwolimy (klikając jakiś "lewy" link, albo ściągając zawirusowany kontent). Ale jeśli mamy w domu wi-fi, to przecież można spróbować "wbić" się w komunikację routera z naszym komputerem lub smartfonem:

      "Routery, których używamy w domach do "rozszczepiania" internetu, miewają luki w oprogramowaniu. Poza tym hasła, z których korzystają, są zwykle hasłami domyślnymi, typu "admin", albo są takie same, jak numer seryjny routera. Zmyślny złodziej jest w stanie je odgadnąć"

      Przejmując kontrolę nad naszą domową siecią internetową, złodziej może przekierować nas na inny serwer i podstawić stronę internetową np. łudząco podobną do strony naszego banku. Kiepsko. Jak żyć?

      "Warto zwrócić uwagę na to, jak wygląda autoryzacja naszego dostępu do sieci Wi-Fi. Warto ustawić sobie wirtualną linię między tym, czym zarządza dostawca usług internetowych i tym, czym zarządzam ja jako użytkownik. Mój punkt dostępowy do internetu powinien mieć zawsze moje hasła i być zarządzany przeze mnie"

      - radzi Michał Jarski. Cóż, czas spróbować zdobyć sprawność informatyka i spróbować zmienić domyślne hasło w domowym reuterze. Albo poprosić kogoś, żeby pomógł. Nie jest to rocket science, ale większość routerów instalują w naszych domach serwisanci z kablówek, więc nie interesujemy się jak to wygląda.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Pilnujesz pieniędzy jak oka w głowie? Oto numery złodziei, których na pewno nie znasz”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 09 sierpnia 2018 09:10

Archiwum

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny