Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • środa, 30 września 2009
    • Masz akcje PKO? Rusz tyłek, bo stracisz!

      Tytułowa fraza nie jest mojego autorstwa. Pochodzi z rozmowy, którą kilkadziesiąt godzin temu przeprowadziłem z menedżerem pracującym przy ruszającej właśnie, wielkiej emisji akcji PKO BP. Ów bankier obrazowo wytłumaczył mi od czego zależy sukces całego przedsięwzięcia: „trzeba ludziom powiedzieć, że jak nie ruszą d... i nie pójdą do biura maklerskiego, to stracą pieniądze!”. Bankier ma rację. Najbliższe dwa tygodnie będą dużym testem naszej świadomości inwestycyjnej. Naszej czyli setek tysięcy drobnych akcjonariuszy tego banku:

      PKO BP

      Na czym polega ów test? Kto w czwartek 1 października po sesji będzie miał na swoim koncie maklerskim akcje PKO BP, za kilka dni (dokładnie 6 października) dostanie oprócz nich również tzw. prawa poboru nowych akcji banku. I będzie musiał zdecydować: kupić nowe akcje (ich cena dla zachęty będzie niższa od tych starych, już notowanych na giełdzie), czy sprzedać prawo poboru? Będzie to można zrobić na parkiecie, prawa poboru będą notowane przez dwa tygodnie, wystarczy złożyć zlecenie przez telefon lub internet. Żeby zapisać się na akcje trzeba będzie więcej fatygi - konieczna będzie wizyta w biurze maklerskim.

      Kto się zagapi i nie zrobi nic - straci pieniądze. Jego prawa poboru wygasną i nie będzie można ich zamienić na żywą gotówkę, nie będzie też można za nie kupić nowych akcji po okazyjnej cenie. Organizatorzy wielkiej emisji, z której PKO BP chce pozyskać kilka miliardów złotych, mają nie lada stres. To, co było wielkim sukcesem pięć lat temu, kiedy ministrowi skarbu Jackowi Sosze udało się zachęcić Polaków do udziału w prywatyzacji PKO BP, dziś może stać się przekleństwem. Bo drobni ciułacze, tzw. niedzielni inwestorzy, są wielką niewiadomą. Czy da się do nich dotrzeć i powiedzieć: „ruszcie tyłki”?

      Czytaj też notkę: Niesmak: PKO i GPW grają z nami w ruletkę

      Inwestorzy, którzy nie skorzystają z nowych możliwości zarobienia pieniędzy na zakupie akcji lub sprzedaży praw poboru - będą mogli sobie tylko pluć w brodę. Czy straci też PKO BP? Nie wiadomo jak tę sprawę ureguluje prospekt emisyjny (czy „uśpione” prawa poboru nie zostaną zamienione na akcje, czy też pieniądze zapłaci bank-gwarant?) .

      A pieniądze ze sprzedaży praw poboru możesz wydać na co tylko chcesz :-))

       

      PS. (update po publikacji prospektu). Z prospektu emisyjnego wynika, że ewentualne nie objęte prawa poboru będzie można „przejąć” w tzw. zapisach uzupełniających. Ta oferta będzie skierowana do wybranych instytucji finansowych. A więc PKO BP raczej nie straci na ewentualnym gapiostwie inwestorów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Masz akcje PKO? Rusz tyłek, bo stracisz!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 30 września 2009 21:53
    • Wygrali w toto-lotku. Kupią dom i furę. I dalej będą klepać biedę....

      Aż osiem osób w tym kraju wkrótce będzie miało problem z ulokowaniem nadmiaru posiadanych pieniędzy z powodu wygranej w Dużym Lotku. Szczęście równa się 185. A w detalach: 6, 14, 28, 44, 45, 48. Z kwoty astronomicznej, jaką było 40 mln zł, po losowaniu na jednego wygranego przypadnie „zwykłe”, standardowe w Dużym Lotku 4,6 mln zł. Po opodatkowaniu na rękę wpadnie 4,15 mln zł.

      Losowanie przebiegło pod znakiem liczb: parzystych (pięć z sześciu) oraz zawierających cyfrę „4” (cztery z sześciu) - może jest jakiś matematyk, który wyliczyłby mi prawdopodobieństwo trafienia szóstki przy założeniu skreślania liczb tylko parzystych i tylko „czwórkowych”? Pewnie jest to prawdopodobieństwo mimo wszystko nieduże, a przecież i ono nic nie gwarantowało, bo wśród wylosowanych liczb była jedna nieparzysta i dwie „nieczwórkowe”.

      Co zrobić z czterema milionami? Pewnie nie ma zmiłuj: za milion trzeba kupić dom, a za kolejne pół - dobry samochód. Za 150 tys. zł pojeździć po świecie, więc tak naprawdę problem z zainwestowaniem pieniędzy wcale nie będzie tak duży - po niezbędnych wydatkach zostanie 2,5 mln zł.

      Wpłacając to na lokatę można dostać jakieś 6,3% w AIG Banku, jakieś 5,5% w Deutsche Banku, jakieś 5,7% w Noble Banku. Pewnie można się jeszcze potargować, ale trudno będzie wyciągnąć z odsetek więcej, niż 130 tys. zł rocznie po opodatkowaniu.  To miesięcznie daje nędzne 10.800 zł odsetek, które można przeznaczyć „na życie”. Jak już się ma do utrzymania dom i porządną furę, to wcale nie jest taka duża kwota. Bida, panie, bida... To na pocieszenie dla tych co nie wygrali :-)

      A co można mieć za rekord świata? Czytaj tutaj

      Wygrała dwa miliony od BZ WBK i będzie leżeć do góry brzuchem! Czytaj tutaj



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Wygrali w toto-lotku. Kupią dom i furę. I dalej będą klepać biedę....”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 30 września 2009 09:02
  • poniedziałek, 28 września 2009
    • Kontrakt lokacyjny Finroyal: zwykła prywatna pożyczka? Manipulacja? Oszustwo?

      Nie ma tygodnia, żeby nie zadzwonił do mnie jakiś czytelnik „Gazety Wyborczej”, serwisu Wyborcza.biz albo mojego blogu z pytaniem o firmę Finroyal. To brytyjski pośrednik finansowy, którego reklamy można znaleźć niemal w każdej gazecie. Firma kusi oprocentowaniem pieniędzy rzędu 8,4%, a do niedawna dawał jeszcze więcej - nawet 12% dla umowy w złotych (bo można też ulokować pieniądze w innej walucie). Czytelnicy pytają: czy to bezpieczne? I czy legalne?

      Pytania wydają się całkiem zasadne, bo Finroyal nie jest bankiem i nie ma zezwolenia na oferowanie w Polsce depozytów. Co więcej, firma jest na tzw. liście ostrzeżeń publicznych, prowadzonej przez Komisję Nadzoru Finansowego. To oznacza, że polski nadzór bankowy ostrzega klientów przed korzystaniem z oferty tego pośrednika.

      A więc hucpa i oszustwo? Cóż, gdyby rzeczywiście wszystkie atuty były w rękach KNF, to Finroyal zostałby zamknięty w trzy sekundy przez prokuratora. Tymczasem firma ma się dobrze i nawet rozwija ostatnio sieć dystrybucji, budując nowe placówki w największych polskich miastach. Co więcej, postępowanie prokuratury w sprawie Finroyal miało zostać umorzone (nie udało mi się tego potwierdzić w prokuraturze). KNF zapowiada, że nie odpuści i już pisze do prokuratury list w sprawie Finroyala.

      Wszystko rozbija się o definicję tego co oferuje Finroyal. Formalnie nie jest to lokata, a tylko „kontrakt lokacyjny”. Czyli, mówiąc prościej, rodzaj prywatnej pożyczki na procent. Prawnicy Finroyala twierdzą, że ta umowa znacząco rózni się od umowy lokaty, więc nadzór nie ma prawa mieć firmie za złe, że prowadzi działalność bez zezwolenia. I nawet poskarżyli się na nasz KNF w Brukseli za to, że ten wpisał firmę na tzw. listę alertów.

      Nie czuję się kompetentny, by rozstrzygnąć czy Finroyal łamie polskie prawo i oszukuje klientów sprzedając coś, czego sprzedawać nie ma prawa, czy też całkowicie legalnie wykorzystuje lukę w przepisach, które nic nie mówią o żadnych „kontraktach lokacyjnych”. Nie podoba mi się natomiast to, że firma w nazwie swoich produktów nawiązuje do słowa „lokata”. To sugeruje, że ta umowa ma coś wspólnego z lokatą. A nie ma. Część klientów może tego niuansu nie zauważyć.

      Skoro kontrakty oferowane przez Finroyal nie są lokatami, to nie mają też państwowej gwarancji zwrotu pieniędzy, takiej jak lokaty. Co więcej, Finroyal (a w zasadzie brytyjski właściciel tej firmy) może pieniądze z pożyczek od polskich klientów ulokować w dowolny sposób, nawet bardzo ryzykowny. W przypadku depozytów banki mają ograniczenia w inwestowaniu pieniędzy, bo klient musi mieć gwarancję, że dostanie swoje pieniądze z powrotem. I to razem z odsetkami.

      Jeśli oba te warunki będą znane klientom podpisującym umowę, to OK. Ale czy tak jest? Jeśli coś nazywa się „kontrakt lokacyjny”, to istnieje ryzyko, że część najbardziej nieostrożnych klientów może uważać, że chodzi o rodzaj lokaty bankowej. Zwłaszcza, że banki też oferują różnego rodzaju paralokaty, np. „polisy lokacyjne”. Dlatego mam do Finroyala pretensję o to, że w nazwie swoich kontraktów używa słowa „lokacyjny”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Kontrakt lokacyjny Finroyal: zwykła prywatna pożyczka? Manipulacja? Oszustwo?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 września 2009 23:14
    • Patelnia za 9500 zł, torebka za 12500 zł, czyli Payback od kuchni

      Kilkanaście dni temu nieco sceptycznie pisałem o nowym programie lojalnościowym, który ma podbić polski rynek. Chodzi o oczywiście o program Payback, który od innych tego typu przedsięwzięć już u nas obecnych różni się tym, że łączy wiele marek z różnych branż. Jest więc sieć marketów Real, stacje paliwowe BP, serwis aukcyjny Allegro, bank BZ WBK i jeszcze kilka innych marek. Kilku partnerów Payback, wchodząc pod ten parasol, zrezygnowało z prowadzenia własnych programów lojalnościowych.

      Takie multibrandowe programy nie są na naszym rynku czymś całkiem niespotykanym, o czym wiedzą choćby posiadacze kart Premium Club, łączących bonusy z tytułu zakupów paliwa w Statoil, hamburgerów w KFC, czy pizzy w sieci Pizza Hut. Ale niewątpliwie Payback będzie największym tego typu programem.

      Największym, ale czy najlepszym z punktu widzenia klientów? To zależy od ekstra-bonusów rozdawanych przez poszczególne sieci handlowe, bo standardowa oferta punktowa nie wygląda oszałamiająco. Ponieważ często tankuję auto na stacjach BP, miałem już okazję zarejestrować się w nowym programie i wziąć do ręki katalog z prezentami. Z tytułu konwersji do nowego programu przyznano mi dodatkowo połowę punktów, które już zgromadziłem, ale to marna pociecha, bo katalogowe „wyceny” nagród są horrendalnie wysokie.

      Payback BP

      Przykłady? Weźmy patelnię firmy Emalia Olkusz, która w katalogu BP jest wyceniona na 3490 pkt. Ta liczba jeszcze nic nie mówi, bo dla każdego programu tego typu najważniejsze jest tempo gromadzenia punktów. W BP za każdy litr paliwa (za 4,2 zł) dostaje się 1,5 pkt. To znaczy, że każde wydane w BP (mówimy tylko o zakupie paliwa) 100 zł jest warte ledwie 36 pkt.

      No i powoli dochodzimy do finału. Żeby zapracować na patelnię z Olkusza musiałbym wydać na paliwo... aż 9500 zł! Czyli zatankować 2200 litrów (nie kupując nic w sklepie i nie korzystając z żadnych promocji). W sklepie ta sama patelnia firmy Emalia Olkusz kosztuje... 80 zł. Czyli z ceny każdego litra paliwa kupionego w BP za ok. 4,2 zł, tylko 4 grosiki zasilą moje konto. Okazja? Nie bardzo. Już lepiej nie korzystać z żadnego programu lojalnościowego i kupować o kilkanaście groszy tańsze paliwo w stacjach bezobsługowych.

      Sprawdziłem jeszcze inny oferowany w katalogu BP-Payback prezent. Aparat cyfrowy Samsung, wyceniony na 39490 pkt., wymaga iście benedyktyńskiej cierpliwości. Żeby dostać go jako nagrodę w Payback trzeba przedtem wydać na paliwo, nie korzystając z żadnych promocji, 110 000 zł. Czyli jeśli upatrzę sobie taki prezent, musiałbym tankować grubo ponad 20 000 litrów paliwa, a z każdego 3 gr. szłyby na zakup prezentu. Kiepściutko, kiepściutko.

      Do zrobienia tych wszystkich wyliczeń skłoniła mnie pani Magdalena, jedna z czytelniczek mojego blogu. Czytelniczka pisze: „Jestem fanką programów lojalnościowych i staram się wycisnąć z nich jak najwięcej bez emocjonalnego zaangażowania (zbieram pieczątki we wszystkich sieciach kawiarni ;-))”. Zapisała się więc do Payback, przeczytała od dechy do dechy katalogi partnerów, porównała to z warunkami obowiązującymi w niemieckiej odmianie Payback (strona internetowa payback.de) i oto do jakich wniosków doszła.

      „Okazało się, że zazwyczaj będę dostawać 1 punkt za 3 zł na Allegro, 2 zł w Realu, 2 zł w Kolporterze oraz 3 punkty za 2 litry benzyny w BP. Niemcy dostają 1 punkt za 1-2 euro wydane w sklepie. Można więc przyjąć, że jeden niemiecki punkt jest wart 2,5 polskiego. Niby jak zwykle, dopóki nie dojdziemy do nagród. Wzięłam to co jest najtańsze.

      Żeby dostać torbę na zakupy Reisenthel Shopper Polak ma dać 4999 punktów albo 500 punktów + 44,99 zł. Niemiec - 999 punktów albo 200 punktów + 7,99 euro. Oznacza to, że dla zebrania punktów na torbę Polak musi wydać 12500 zł (przyjęłam średnio 2,5 zł za 1 punkt), a Niemiec 1500 euro czyli 6200 zł (kurs 4,14 zł).

      A teraz finał!!! Zarówno w Polsce jak i w Niemczech tę torbę można kupić za 32 zł + koszty wysyłki. Buuu! Gdzie jest mój stary dobry program BP Partnerclub, gdzie kiedyś za marne 100 punktów (100 litrów benzyny, czyli jakieś 400 zł) można było dostać rabat w Merlinie (10% zakupów czyli 15-20 zł)?”

      Stary, dobry BP Partnerclub wyglądał tak:

      BP partnerclub

      Pani Magdalena dowiodła, że programy lojalnościowe nie tylko w dużej mierze bazują na iluzji (trzeba wydać ogromne kwoty, by zasłużyć na nagrody, na które i tak każdego stać - warte w sklepach po kilkadziesiąt złotych). Pani Magda udowodniła też, że w Polsce nagrody Payback są dwa razy „droższe”, niż w Niemczech. Ciekawe co na to wszystko pani Sylwia Pyśkiewicz, która z taką emfazą opowiadała o tym jak wielkie korzyści klienci odniosą z Paybacka.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Patelnia za 9500 zł, torebka za 12500 zł, czyli Payback od kuchni”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 września 2009 10:04
    • Tysiące klientów BRE w środę poznają warunki przewalutowania

      W środę BRE Bank upubliczni szczegóły najnowszego rozwiązania, które ma załagodzić spór z klientami tzw.starego portfela. Dostałem właśnie zaproszenie na spotkanie w tej sprawie z szefem pionu detalicznego BRE - Jarosławem Mastalerzem. To oznacza, że bank przyspiesza działania na rzecz zakończenia sporu ze zbuntowanymi klientami, który wciąż kąsają szyderczymi obrazkami w internecie.

      Antyreklama BRE Banku

      Chodzi o kilkanaście tysięcy osób, które spłacają kredyty oprocentowane według decyzji zarządu BRE. Bank złożył już kilka tygodni temu oferty przejścia na oprocentowanie wyliczane jako WIBOR plus marża klientom z tzw. starego portfela w złotych. Tyle, że większość starego portfela to kredyty we frankach, więc dopiero oferta dla tej grupy osób będzie tą najbardziej oczekiwaną.

      Już kilkanaście dni temu informowałem na stronach tego blogu, że oferta BRE dla klientów frankowych będzie zasadzała się na przewalutowaniu kredytów na złote. Ponieważ koszty pozyskania franków szwajcarskich wciąż są dość wysokie, BRE będzie miał większe możliwości stworzenia oferty z niskimi marżami w oparciu o kredyty w złotych.

      Czy ta propoycja może wreszcie rozwiązać węzeł gordyjski? Niestety, nawet przy najlepszej woli obu stron - niekoniecznie. Pytanie brzmi: po jakim kursie kredyty będą przewalutowywane. Jeśli ktoś brał kredyt gdy frank kosztował np. 2,3 zł, to teraz, przy kursie 2,7 zł zmiana waluty kredytu oznaczałaby dla niego wzrost zadłużenia.

      Poza tym oprocentowanie kredytów w złotych - nawet pomimo niższych marż - jest wyższe, niż we frankach. Wszystko przez ekstremalnie niski LIBOR 3M dla franków, który wynosi 0,3%, gdy nasz WIBOR - aż 4%. Być może część klientów zaakceptowałaby wzrost oprocentowania wynikający z wyższego WIBOR-u za cenę stabilności kredytu i niskiej - naprawdę niskiej - marży banku. Cóż, czekamy do środy na upublicznienie propozycji BRE.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Tysiące klientów BRE w środę poznają warunki przewalutowania”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 września 2009 08:10
  • niedziela, 27 września 2009
    • W ubezpieczeniach znów sączy się jad, czyli jak Aviva podgryza PZU

      W branży ubezpieczeniowej było ostatnio tak grzecznie, że aż nudno. Odkąd firma Link4 postanowiła zmienić strategię marketingową i przestała wyżywać się na agentach konkurencji (teraz emituje tylko nieco usypiające reklamówki wizerunkowe, mówiące o bliżej nie zidentyfikowanej nowej jakości usług), żaden inny ubezpieczyciel nie chce przejąć pałeczki i stać się kimś w rodzaju naczelnego chuligana w branży. W telewizji można tylko oglądać - również nieprzesadnie uczciwe - spoty polis komunikacyjnych, w których ubezpieczyciele prześcigają się w licytacji: kto ma najtańsze OC.

      Trochę fermentu wprowadził dopiero niegdysiejszy Commercial Union, teraz występujący pod marką Aviva. Zaczęło się od zupełnie nieagresywnych reklamówek z hasłem „u nas formalności to pikuś”. Niespecjalnie chce mi się wierzyć, że akurat w Aviva przy wypełnianiu polis jest mniej papierologii, niż u konkurencji, a agenci są wyłącznie mili, uczynni i kompetentni, jednak rzecz jest trudno sprawdzalna, więc nie przedstawię na razie dowodów, że „pikusiowatość” Avivy może być nieco naciągana.

      Ale nie o tym chciałem. Ostatnio Aviva zrzuciła nieco pozę „pikusiowatości” i zaczęła delikatnie sączyć jad pod adresem konkurentów. W jednej z emitowanych od kilku dni reklamówek pojawia się wyraźna analogia do wcześniejszych spotów konkurencyjnego PZU. Spot ma tytuł: „Nie masz za co przepraszać”. Na ekranie pojawia się lekko głupkowaty z wyglądu i zachowania młodzian i klaruje swojemu rozmówcy po drugiej stronie lustra: „Ty śmieszny, ty. Już zostaw tę gitarę i przestań fałszować. Nie masz mnie za co przepraszać. To ja tobie powinienem podziękować za to ubezpieczenie w Aviva Commercial Union”

      Jeśli ktoś nie jest wiernym oglądaczem reklam, to może nie wiedzieć o co chodzi. Ale niektórzy z Was pewnie pamiętają słynną reklamówkę PZU z równie przygłupim gitarzystą, który przeprasza przyjaciela, że nie doradził mu taniej i dobrej polisy w PZU. Pisałem o tym w notce „Kampania PZU: pyszczku, żądam rozwodu”.

      W lekkim podszczypywaniu konkurencji nie widzę nic zdrożnego, zwłaszcza jeśli to podszczypywanie nie wiąże się z jednoznacznym wprowadzaniem odbiorców w błąd. Jeśli mam jakieś wątpliwości, to raczej w stosunku do przesadnej wiary marketingowców Avivy, że ludzie oglądający spot powiążą ich reklamówkę z wczesniejszym spotem PZU. Jeśli powiążą, to z pewnością się uśmiechną. Jeśli nie, mogą tylko zapytać: „a co to za głupek tam przemawia”?

      O nowej porównywarce na rynku ubezpieczeń komunikacyjnych - czytaj tutaj

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „W ubezpieczeniach znów sączy się jad, czyli jak Aviva podgryza PZU”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 września 2009 10:54
  • sobota, 26 września 2009
    • W Brukseli nie zrozumieli 66% bankowych tabel opłat i prowizji

      Coś ku pokrzepieniu serc. Nie tylko nasze banki mają sporo za uszami. Z opublikowanego kilka dni temu roboczego dokumentu Komisji Europejskiej na temat rynku consumer finance wynika, że w bankach całej Unii system opłat za usługi bankowe jest nieczytelny i niezrozumiały dla klientów banków.

      W sprawozdaniu czytamy na przykład, że struktura kosztów prowadzenia kont osobistych w europejskich bankach jest „bardzo mało przejrzysta i prawie uniemożliwiająca klientom określenie kosztów i porównanie różnych ofert”. W przypadku 66% badanych banków opłaty były tak niezrozumiałe, że eksperci, którzy opracowywali sprawozdanie, musieli skorzystać z dodatkowych wyjaśnień banków, aby ustalić rzeczywiste koszty prowadzenia rachunku.

      Aha, więc nie tylko u nas trzeba mieć doktorat, żeby połapać się w opłatach za konto (często uzależnionych od obrotów lub liczby wykonanych transakcji) i za  karty płatnicze (zwykle zależą od tego gdzie, jak i czy często używamy plastikowego pieniądza).

      Czy w tej sytuacji można mieć za złe klientom europejskich banków, że w latach 2007-2008 tylko 9% z nich przeniosło swoje rachunki do konkurencji? W przypadku ubezpieczeń samochodowych ten wskaźnik wyniósł aż 25%. Ale żeby coś zmienić trzeba to najpierw zrozumieć, objąć swoim umysłem. A to, jak dowodzą urzędnicy z Brukseli, w przypadku opłat za konta wcale nie jest łatwe.

      Komisja Europejska nie może wyjść z podziwu jak to jest, że na podobno wspólnym rynku klienci w różnych bankach płacą za usługi bankowe drastycznie różniące się od siebie stawki. Koszty prowadzenia standardowych rachunków wahają się od średnio 253 euro rocznie we Włoszech do zaledwie 27 euro w Bułgarii. W Polsce - 73 euro.

      Tanio jest podobno również w Portugalii, Holandii i Belgii. Ciekawe czy tę taniość zauważyli w portfelach klienci polskiego ING Banku Śląskiego albo rodzimej części belgijskiego Fortisu. Ci ostatni raczej nie, o czym pisałem tutaj. A jeśli chodzi o ING Bank Śląski to zamiast taniości zarejestrowałem głównie narzekania prezesa tego banku Brunona Bartkiewicza, że banki wprowadzają w błąd klientów.

      Bankom dostało się od Komisji Europejskiej nie tylko za mącenie w prowizjach, ale też za wpuszczanie klientów w maliny. Dane z Niemiec wskazują, że konsumenci przedwcześnie kończą 50-80% wszystkich długoterminowych inwestycji, bo wcześniej źle im doradzono. I tracą z tego powodu 20-30 mld euro rocznie. Niech to Wam da do myślenia, szanowni czytelnicy mojego blogu. Jak ktoś ma napisane, że jest „doradcą klienta” to nie znaczy, że umie i chce ci dobrze doradzić. Pisałem o tym tutaj.

      Na koniec opracowania Komisja Europejska dobrotliwie przypomina, że „Unijna dyrektywa o nieuczciwych praktykach handlowych zakazuje praktyk wprowadzających w błąd konsumentów i utrudniających dokonanie wyboru. (...) Państwa członkowskie są zobowiązane do egzekwowania tych przepisów w sektorze usług finansowych”. I co, lżej Wam na duszy? Nie ma to jak zostać poklepanym po plecach przez urzędnika z Brukseli :-)


      Obrazek zaczerpnąłem z internetowych zasobów Gazety Prawnej.

      A tu przypominam czarną listę bankowych zdzierców.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „W Brukseli nie zrozumieli 66% bankowych tabel opłat i prowizji ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 26 września 2009 09:05
  • piątek, 25 września 2009
    • Walka o normalność w SKOK-ach jeszcze nie jest skończona

      W czwartek wieczorem Sejm przegłosował wreszcie nową ustawę o SKOK-ach. To dobra wiadomość dla dwumilionowej rzeszy klientów polskich SKOK-ów. Zwłaszcza tych, którzy w popuarlnych spółdzielczych kasach ulokowali swoje oszczędności. Dzięki nowej ustawie ich pieniądze będą lepiej nadzorowane.

      O tym, że działalność SKOK-ów, najpopularniejszej w Polsce organizacji parabankowej, trzeba uregulować na nowo, posłowie mówili już od dwóch kadencji Sejmu. Prace szły jednak bardzo opornie. Poprzedni projekt kilka miesięcy temu został wyrzucony do kosza, ponieważ posłowie wnieśli do niego tyle poprawek, że rozszedł się w szwach.

      Ustawa przegłosowana w czwartek na nowo definiuje układ sił w SKOK-ach. Do tej pory władzę w systemie spółczielczych kas miała Fundacja na rzecz Polskich Związków Kredytowych, kontrolowana przez trójmiejskiego biznesmena Grzegorza Biereckiego i jego brata Jarosława. Fundacja ma 75,01 proc. udziałów w Kasie Krajowej, która obowiązkowo zrzesza wszystkie SKOK-i. Jednocześnie Grzegorz Bierecki jest prezesem Kasy Krajowej.

      To jednowładztwo nie służy dobrze systemowi SKOK-ów. I to aż z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że niezdrowa jest sytuacja, w której w rękach jednego człowieka skupiona jest władza właścicielska (udziały w Kasie Krajowej), zarządcza (funkcja prezesa) oraz nadzorcza (Kasa Krajowa jest dziś dla SKOK-ów tym, czym dla banków Komisja Nadzoru Finansowego). A chodzi przecież o 10 mld zł naszych, Polaków, oszczędności!

      Po drugie dlatego, że - co opisywała wielokrotnie „Gazeta Wyborcza” - władza Grzegorza Biereckiego i jego ekipy z SKOK-ach nie jest wolna od skazy. Byli i obecnie członkowie władz SKOK-ów podnoszą zarzuty, że regionalne kasy coraz bardziej tracą samodzielność, że centrala nakłada na nie nowe obowiązki i daniny finansowe, co utrudnia im rozwój.

      Niepokorne kasy centrala próbuje przyłączyć do innych, by osłabić opozycję. Taką próbę „krajówka” podjęła m.in. w przypadku SKOK-u we Wrześni oraz SKOK-u Kopernika w Ornontowicach. Te dwa SKOK-i się obroniły, ale kilka innych zostało wchłoniętych.

      „Gazeta” wskazywała też na niejasne przepływy pieniędzy między podmiotami systemu SKOK. Np. fundacja i szkoła związana z Kasą Krajową i systemem SKOK monopolizowały system szkoleń i egzaminów, bez których nie można pełnić funkcji kierowniczych w lokalnych SKOK-ach. Kasy muszą też lokować dużą część swoich nadwyżek finansowych w sposób wskazany przez centralę, a nie tam, gdzie mogłyby uzyskać najwyższe odsetki.

      Nowa ustawa ma wykorzenić te nieprawidłowości. Kasa Krajowa stanie się spółdzielnią, w której udziały mogą mieć tylko lokalne SKOK-i, a każdy będzie miał po jednym głosie. Fundacja kontrolowana przez braci Biereckich zostanie wywłaszczona. Nadzór nad SKOK-ami przejdzie do Komisji Nadzoru Finansowego i będzie bardzo podobny do tego bankowego. Wszystkie SKOK-i będą musiały przejść przez audyt finansowy. To konieczne, bo dziś nikt nie wie jaka jest sytuacja finansowa SKOK-ów. Kasa Krajowa nie musi udostępniać takich danych.

      Sama centrala nie zostanie zlikwidowana, ale jej szef - tak jak prezesi banków - będzie musiał uzyskać akceptację KNF. Nie wiadomo, czy Grzegorz Bierecki ją dostanie, bo przed dwoma laty KNF utrąciła już wniosek Kasy Krajowej o utworzenie banku. Powód: Bierecki i jego współpracownicy „nie dają rękojmi stabilnego i ostrożnego zarządzania bankiem”: Czy zdaniem KNF dadzą taką rękojmię w przypadku prezesury w Kasie Krajowej?

      Walka o przywrócenie normalności w SKOK-ach nie jest jeszcze skończona. Ustawę musi jeszcze zatwierdzić senat i podpisać prezydent. Jego ewentualne weto zapewne zostanie odrzucone (w sprawie SKOK-ów nowym regulacjom sprzeciwia się tylko PiS), ale niewykluczone, że Lech Kaczyński postanowi skierować ustawę do Trybunału Konstytucyjnego.

      Sama Kasa Krajowa też nie składa broni i przygotowuje skargę do Komisji Europejskiej, w której zarzuci polskim władzom dyskryminację. Cóż, Grzegorz Bierecki tanio skóry nie sprzeda, bo władza na 10 miliardami złotych pieniędzy Polaków musi smakować słodko.


      Więcej o sytuacji w SKOK-ach dowiesz się z innych moich wpisów w tym blogu:

      SKOK-ów fałszywa recepta na kryzys - czytaj tutaj

      Czy SKOK-i mają problem z kasą? - czytaj tutaj

      SKOK-i powinien prześwietlić audytor! - czytaj tutaj

      Diabelska pożyczka w SKOK-u - czytaj tutaj. Już wycofana! - czytaj tutaj

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Walka o normalność w SKOK-ach jeszcze nie jest skończona”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 25 września 2009 11:20
    • Kredyty hipoteczne na telefon? Nie wierzę!

      Kilka dni temu zadzwonił do mnie pracownik jednej z firm PR i zapytał czy znam firmę Invigo. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie znam. Pracownika firmy PR oczywiście ten fakt zachwycił. Bo skoro dziennikarze nie znają, to jest robota do wykonania.

      Ponieważ nie lubię nie mieć o czymś zielonego pojęcia - zwłaszcza jeśli to coś jest związane ze światem finansów - natychmiast zajrzałem na internetową stronę firmy Invigo, żeby okiełznać tego smoka. Smok okazał się smoczkiem. Invigo jest czymś pomiędzy porównywarką produktów finansowych (pisząc dokładniej: kredytów hipotecznych), a pośrednikiem finansowym.

      Model biznesowy przedsięwzięcia polega na tym, żeby odciążyć klienta od oglądania tych wszystkich doradców klienta w bankach, tych pośredników finansowych w ich marmurowych placówkach i innych delikwentów w garniturach i krawatach, którzy marzą o tym, żeby wcisnąć człowiekowi kredyt.

      W Invigo sam sobie możesz porównywać kredyty, a jak sobie jakiś wybierzesz, to ludzie z tej firmy przyjadą po dokumenty, zawiozą je do banku, będą monitorowali sytuację i postarają się zrobić tak, żeby jedyna wizyta w banku była już tą, podczas której podpiszesz umowę kredytową. Wątpliwości przy wypełnianiu dokumentów wyjaśnią przez telefon, a dodatkowe dokumenty żądane przez bank zawiozą do niego sami. Oczywiście wszystko za darmo.

      W teori brzmi pięknie, ale raczej się nie uda. Kredyt hipoteczny jest na tyle skomplikowanym produktem finansowym, że przeciętny Polak się go boi. Chętnych do tego, żeby wziąć sprawy w swoje ręce i zdać się tylko na telefonicznego asystenta i kuriera w jednym może nie być zbyt wielu. Bardzo chętnie porównujemy przez internet parametry pozyczek i kredytów, ale jak przychodzi co do czego - wolimy iść do banku lub „normalnego” pośrednika.

      Żeby było jasne: nie mam nic do samej firmy. Serwis internetowy jest zrobiony dość przerzyście, można znaleźć w nim sporo użytecznych porównań i informacji. Po tym, jak zarejestrowałem się na stronie i zgłosiłem „zapotrzebowanie” na kredyt, następnego dnia zadzwoniła do mnie pani z Invigo i spytała czy może pomóc. Przesłała też bardziej szczegółowe dane o mojej zdolnosci kredytowej.

      Ale i tak nie wierzę, że to się uda. Dowiedziałem się, że firma działa od stycznia tego roku i miesięcznie uruchamia raptem kilkanaście kredytów. Może byłoby ich więcej, gdyby miała rozgłos i reklamę, ale nie sądzę, żeby na taki - telefoniczno-internetowo-zdalny - sposób zaciągania kredytów hipotecznych zdecydowały się tłumy Polaków. A może się mylę?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Kredyty hipoteczne na telefon? Nie wierzę!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 25 września 2009 07:46
  • czwartek, 24 września 2009
    • Dobra cena za przeciętną polisę samochodowego OC to 730 zł?

      Skąd to wiem? Ano z aukcji polis komunikacyjnych, które przeprowadziła w serwisie aukcyjnym Allegro internetowa porównywarka cen polis komunikacyjnych Rankomat.pl. Na sprzedaż zostało wystawionych kilkanaście polis. Rankomat.pl nie określał jaki samochód może być obiektem ubezpieczenia. Zwycięzca aukcji za wylicytowaną cenę ma otrzymać polisę OC dla swojego samochodu. Jeśli żadna z firm współpracujących z serwisem nie chciałaby zaoferować wylicytowanej ceny, różnicę pokryłby Rankomat.pl.

      Aukcje nie były przesadnie „obłożone” uczestnikami, wyjściową cenę przebijano maksymalnie kilkanaście razy (choć były też aukcje, gdzie „przebitek” było tylko pięć). Najwyższa wylicytowana cena za polisę OC do 800 zł. Najniższa - 560 zł. Najczęściej licytacja kończyła się w okolicach 700-730 zł.To oznacza, że powyżej tej ceny posiadacze samochodów nie uważają polisy OC za atrakcyjną (nie wiemy oczywiście jakie marki samochodów chcieli ubezpieczyć licytujący).

      Cała akcja Rankomatu.pl miała charakter wyłącznie promocyjny, bo Rankomat.pl nie będzie już zawsze żył z wystawiania polis komunikacyjnych na aukcjach. Chodziło raczej o zrobienie rozgłosu wokół tematu i ten cel chyba został osiągnięty. A sam Rankomat.pl? Cóż, póki w porównywarce nie będą dostępne online polisy wszystkich lub prawie wszystkich firm ubezpieczeniowych, kariery na polskim rynku raczej ona nie zrobi.

      Na razie serwis współpracuje z takimi ubezpieczycielami jak Benefia, HDI, Compensa, Generali, czy MTU. Ale, testując porównywarkę, nie znalazłem w niej ani polis Liberty Direct, ani Link4, ani Avivy, ani Hestii. Porównywarka, która „pokrywa”, tak na oko, tylko część rynku, nie może póki co liczyć na opinię przedsięwzięcia przełomowego.

      Czytaj też: OC i AC za grosze? Powinni tego zabronić!



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Dobra cena za przeciętną polisę samochodowego OC to 730 zł?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 września 2009 09:55

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line