Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • środa, 29 września 2010
    • Subtelne robienie seniora w bambuko? Zgłoś się po rentę, ale... hipoteczną

      W reklamach produktów finansowych najbardziej denerwuje mnie kłamstwo (np. jak ktoś mi mówi, że kredyt gotówkowy kosztuje 7,9%, to z góry wiem, że mnie okłamuje), ale zaraz za nim, na drugim miejscu, jest manipulacja. Oczywiście w jej przypadku granice są nieostre, bo jeden klient powie, że manipulacją jest np. nazwanie produktu strukturyzowanego lokatą (pamiętacie Lokatę Olimpijską oferowaną swego czasu przez PKO BP? Wielu klientów sądziło, że wpłaca pieniądze na zwykłą lokatę!). Inny się tylko uśmiechnie, bo dla niego manipulacją będzie np. ukrycie informacji, że promocyjne oprocentowanie jakiejś lokaty potrwa tylko kilkanaście dni, a potem już będzie znacznie niższe.

      Oferując produkty finansowe osobom starszym trzeba wyjątkowo się postarać, by nie zasłużyć na miano manipulatora. To grupa społeczna stosunkowo nisko wyedukowana w finansach - i trudno się dziwić, przez dziesiątki lat w Polsce w cenie były kartki na mięso, a nie bilety Narodowego Banku Polskiego - a przy tym cechująca się wyższym od przeciętnej stopniem naiwności. Starsi ludzie niestety często nie przyjmują do wiadomości, że bank może nie działać zgodnie z ich interesem, tylko zgodnie z własnym.

      Ale dziś będę pisał o manipulacji, którą przygotował nie bank, a prywatna spółka, specjalizująca się w oferowaiu tzw. odwróconej hipoteki. Dla tych, którzy o tym nie słyszeli, krótkie wyjaśnienie: w ramach odwróconej hipoteki starsza osoba oddaje spółce prawo do swojego mieszkania po śmierci, a w zamian za to do końca życia ta spółka płaci mu określoną kwotę. Jest to odwrotność kredytu hipotecznego, w którym to klient płaci raty instytucji finansowej. Rzecz dotyczy osób starszych, bowiem tylko w ich przypadku da się oszacować przy jakim poziomie comiesięcznej wypłaty spółka przejmująca mieszkanie ma szansę wyjść na swoje.

      Bodaj jedyną firmą, która oferuje odwróconą hipotekę, jest Fundusz Hipoteczny Dom. Banki się tego nie tykają, bo nie chcą wchodzić w tak ryzykowne przedsięwzięcie. Z jednej strony dlatego, że nie znając daty śmierci seniora trudno oszacować ile będzie kosztowało, w formie wypłacanych co miesiąc rat, przejęcie mieszkania po starszej osobie (owszem, z pomocą przychodzi statystyka, ale... pod warunkiem działania na większą skalę). Z drugiej zaś strony banki obawiają się wchodzić w biznes polegający na zarzadzaniu przejętymi nieruchomościami: "zajmujemy się obrotem pieniędzmi, a nie sprzedażą mieszkań" - tłumaczą.

      Stąd powstała nisza dla prywatnych firm, takich jak Fundsz Hipoteczny Dom. Fundusz anonsuje się poprzez ulotki wkładane do skrzynek pocztowych na osiedlach zamieszkiwanych przez osoby starsze, rozdaje te ulotki przy kościołach, a także - jak mi donieśli czytelnicy - przy oddziałach ZUS, do których często przychodzą emeryci i renciści.

      I właśnie tym ulotkom, rozdawanym osobom starszym, uważnie się przyjrzałem. Fundusz pisze na nich tak: "Osoby urodzone przed 31 grudnia 1944 r. mogą zgłaszać się po przyznanie renty hipotecznej. Wysokość renty ustalana jest indywidualnie. Rentę mogą otrzymać właściciele mieszkań i domów po przedstawieniu dokumentów potwierdzających własność nieruchomości. W celu uzyskania dodatkowych oszczędności proszę kontaktować się z....".

      Fundusz Hipoteczny DomOgłoszenie jest tak sformułowane, jakby chodziło o jakąś rentę ZUS-owską. I zapewne większość starszych ludzi pomyśli, że chodzi o jakieś dodatkowe świadczenie. "Mogą zgłaszać się po przyznanie renty", "renta jest ustalana indywidualnie" - to sformułowania żywcem skopiowane z języka urzędniczego i sugerujące, że senior może otrzymać jakieś pieniądze po przedstawieniu dokumentów, iż jest właścicielem nieruchomości. W ogłoszeniu nie ma ani słowa o tym, że aby dostać pieniądze, trzeba się zrzec prawa do nieruchomości. A autorzy ulotki najwyraźniej grają na to, że seniorzy będą dzwonili do ich firmy sądząc, że kontaktują się z filią ZUS-u.

      Genialne, prawda? Przez moment zastanawiałem się, czy przypadkiem nie czepiam się niesłusznie. Przecież w języku finansów istnieje pojęcie renty hipotecznej i szefowie Funduszu Hipotecznego Dom nie odkrywają żadnej Ameryki. A że w Polsce renta kojarzy się z ZUS-em... Zrobiłem tzw. test łosia i pokazałem ulotkę dwóm osobom w średnim wieku, pytając o co ich zdaniem może chodzić. Żadna z nich nie złapała istoty sprawy. Obie zafiksowały sobie w głowie słowo "renta" i skojarzyły urzędniczy język z ZUS-em.

      Cóż, pogratulować szefom funduszu marketingowego zmysłu. Może się ze mną nie zgodzicie, ale uważam, że w tym przypadku granica manipulacji została subtelnie przekroczona. Ciekaw jestem czy w bezpośredniej rozmowie telefonicznej szefowie funduszu nadal prowadzą tę grę, czy też odkrywają swoje karty...

      Zajrzyj też do Facebook, na stronę blogu „Subiektywnie o finansach”. Znajdziesz tam zapowiedzi kolejnych wpisów, luźne spostrzeżenia na temat banków, które nie zmieściły się w blogu oraz dyskusje na tematy dotyczące pieniędzy. Jeśli chcesz napisać lub przeczytać coś na temat swojego banku - zajrzyj na stronę blogu w Facebook!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Subtelne robienie seniora w bambuko? Zgłoś się po rentę, ale... hipoteczną”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 września 2010 23:14
    • Reklam prześwietlania nowy sezon, czyli złodziej z laską i... w meloniku

      W poniedziałek 27 września po letniej przerwie wystartował kolejny sezon cyklu "Prześwietlamy reklamy". Jesienną edycję rubryki publikowanej w papierowym i internetowym wydaniu "Wyborczej" okraszą - tak jak poprzednio - klipy wideo. Filmiki będę przygotowywał wspólnie z Anią Skurczyńską oraz Kasią Łuką, które będą nakręcały i montowały klipy. Ponieważ w papierowej "Gazecie Wyborczej" cykl poświęcony prześwietlaniu reklam będzie przekładany innymi rubrykami konsumenckimi - "Co dwie głowy to nie jedna" oraz "Poczet głupich prowizji bankowych", przyjęlismy założenie, że w sezonie jesienno-zimowym będziemy produkowali po ok. dwa "Prześwietlania" miesięcznie.

      Dla przypomnienia - dla tych z Was, którzy pamiętają poprzednie serie - oraz dla zanęcenia tych, którzy wideo prześwietlania reklam jeszcze nie widzieli, kliknijcie poprzednie podsumowania odcinków od pierwszego do 25-go:

      Odcinki 1-10: Od pomysłowego Dobromira do Wielkiego Wodza (kliknij, by zobaczyć)

      Odcinki 11-16: Na prawo górale, na lewo drwale (kliknij, by zobaczyć)

      Odcinki 17-21: Dwadzieścia i jeden mgnień reklam prześwietlania (kliknij i zobacz)

      Odcinki 22-25: Srebrny jubileusz wideo reklam prześwietlania (świętuj tutaj)

      Nową, jesienną odsłonę reklam prześwietlania w wersji wideo inaugurujemy klipem, który uważni czytelnicy blogu mogli już zauważyć w jednej z poprzednich notek. To był pokaz przedpremierowy. :-). Ale poniżej zobaczycie też klipy z odcinków 26-29, w przypadku niektórych filmików wraz z krótkim opisem wrażeń pt. behind the scenes :-):

      Odcinek 30. Nie wierz dziewczynom Eurobanku

      Jeden z przyjemniejszych odcinków, jakie miałem okazję nakręcić w ramach całego cyklu. Nie tylko ze względu na śliczne dziewczyny (made in Agora Group), do których mogłem się do woli przytulać, ale też z powodu fantastycznej atmosfery, którą stworzyli chłopaki w agorowym studio TV. Zresztą o tym, że dobrze się bawiliśmy przy kręceniu tego klipu, nie trzeba Was chyba przekonywać. Wystarczy obejrzeć tzw. tyłówkę, czyli listę płac :-)

      Odcinek 26. Zwijamy origami razem z BGŻ

      Odcinek 27. Fortis Bank i pudełko z niespodzianką

      Odcinek 28. Pożyczka od faceta w meloniku

      Przy tym odcinku znów musieliśmy intensywnie szukać jakiegoś melonika, który byłby rekwizytem przy nagraniu. Na szczęście już po raz ostatni, bo po publikacji nagrania w internecie slużby prasowe Alior Banku przyslały mi firmowy melonik w prezencie. Mają chłopaki klasę i poczucie humoru!

      Odcinek 29. Okazja czyni złodzieja, czyli (nie)tania polisa od Link4

      Po raz pierwszy zdecydowaliśmy się na kręcenie zdjęć do klipu w podziemnym garażu. Nie dysponowaliśmy profesjonalnym oświetleniem planu, ale i tak klip wypadł nie najgorzej. Choć parę osób udało mi się przy okazji nastraszyć, gdy wysiadały z samochodów. Cóż, wyglądałem widać niczym jakiś gwałciciel :-)

      Więcej reklam prześwietlania w wersji wideo - już wkrótce! Chciecie, żebym coś prześwietlił? Zamieśćcie link do reklamy w komentarzach do wpisu lub wyślijcie na adres maciej.samcik (małpka) agora.pl

      Zajrzyj też do Facebook, na stronę blogu „Subiektywnie o finansach”. Znajdziesz tam zapowiedzi kolejnych wpisów, luźne spostrzeżenia na temat banków, które nie zmieściły się w blogu oraz dyskusje na tematy dotyczące pieniędzy. Jeśli chcesz napisać lub przeczytać coś na temat swojego banku - zajrzyj na stronę blogu w Facebook!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Reklam prześwietlania nowy sezon, czyli złodziej z laską i... w meloniku”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 września 2010 07:33
  • wtorek, 28 września 2010
    • Gorączka złota: firmy łowią naiwnych

      Na światowych rynkach finansowych trwa gorączka złota. Cena uncji kruszcu osiąga kosmiczne ceny, prawie 1300 dol za uncję. gdy jeszcze w kwietniu nie przekraczała 1150 dol., zaś rok temu za uncję złota płacono raptem 990 dol. Już wtedy o złocie mówiono, że jest drogie. Teraz pojawiają się prognozy mówiące, że cena uncji może dojść nawet do 1500 dol. O przyczynach runu na złoto pisze w Gazecie Wyborczej" mój redakcyjny kolega Tomek Prusek. Kłopoty gospodarki amerykańskiej, obawa przed bankructwami krajów strefy euro, nadciągająca era wysokiej inflacji, okres hucznych ślubów w Indiach, skąd napływa duża część popytu na złoto... Efekt widzicie na wykresie:

      Kurs złota do dolara 09.2010

      Szum wokół złota zmobilizował mnie do zwrócenia uwagi na różnej maści firmy, które na tym wzroście zainteresowania chcą ubić własny interes. Nie chodzi mi o handlowców z Mennicy Polskiej, czy Investors TFI, czyli firm, które bez przerwy wypuszczają komunikaty naganiające do kupowania złota - czy to w postaci sztabek (Mennica), czy też udziałów w funduszu inwestycyjnym lokującym w złoto oraz w kontrakty na kruszec. Myślę raczej o firmach, które namawiają prostych ludzi, nie zorientowanych w przyczynach wzrostu ceny złota (i tym, że jest on wywołany w dużej mierze przez spekulacje funduszy hedgingowych), do sprzedawania im złotej biżuterii bądź kupowania okolicznościowych monet.

      Pierwszy przypadek to usługa "Gotówka za złoto". Jej reklamy możecie oglądać w programach telewizyjnych w czasie zarezerwowanym dla telesprzedaży. Nic dziwnego, to jeden z najnowszych pomysłów tej samej firmy, która zarządza systemem telesprzedaży "Mango". Koncepcja jest prosta: korzystając z wysokiej ceny złota na giełdach nakłonić ludzi, żeby sprzedali swoją złotą biżuterię lub monety. Spoty są oczywiście tak zrobione, że mniej wyrobiony czytelnik po ich obejrzeniu nie może myśleć o niczym innym, jak o pozbyciu się swoich świecidełek.

      Sęk w tym, że klienci "Gotówki za złoto" nie mogą liczyć, że dostaną od tego korespondencyjnego lombardu górę pieniędzy, mimo że w reklamie mówi się o "najwyższej możliwej cenie". Wszystko dlatego, że firma zastrzegła w regulaminie, że za złote przedmioty płaci tylko cenę wynikającą z wagi i próby kruszcu. Nie bierze pod uwagę żadnych innych wartości: jubilerskiej, historycznej, a tym bardziej sentymantalnej (to ostatnie jest akurat zrozumiałe). 

      Ile osób się na to nabiera? Biorąc pod uwagę panującą od pewnego czasu swoistą gorączkę złota - zapewne niemało. Inna sprawa, że firma sporo inwestuje w potencjalnego klienta. Każdy, kto zgłosi przez telefon chęć odsprzedaży złota i zgodzi się podać firmie swoje dane, dostaje pocztą kurierską specjalny pakiet kopert, umowy do podpisania i regulaminy. W opakowanie trzeba włożyć złote przedmioty i kurier - znów na koszt "Mango" - zawozi je do siedziby firmy ubezpieczoną paczką. Tam fanty są wyceniane, a klient może zdecydować czy godzi się na finansową ofertę firmy. Jeśli tak, dostaje pieniądze (pocztą lub na konto). Jeśli nie, przedmioty są mu odsyłane.

      Gotówka za złoto umowaPrzetestowałem ten proces i wygląda na przygotowany bardzo solidnie. Zamówiłem pakiet kopert, następnego dnia kurier mi go dostarczył. A ponieważ nie odesłałem firmie żadnych świecidełek, to jeszcze ze dwa razy dzwoniła do mnie miła pani i pytała czy mam jakieś wątpliwości i czy już się zdecydowałem. Specjalne koperty, kurier w obie strony, ubezpieczenie, reklamy telewizyjne, call-center... te wszystkie koszty muszą odbijać się na cenie, którą firma oferuje klientowi za złoto. Dlatego korespondencyjnego lombardu Wam nie polecam. Choć od razu dodam, że wiele banków mogłoby się uczyć od "Mango" tego, jak tworzyć umowy zrozumiałe dla klientów i przejrzyste. Wystarczy rzut oka na umowę i już widać który punkt czego dotyczy. A całość jest napisana klarownym, jasnym językiem. Nawet jeśli w umowach są kanty, firma nie chowa ich za prawniczym językiem. Każdy, kto przeczyta umowę od deski do deski, wie na czym stoi.

      Na gorączce złota kapitał chce też zbić "Skarbnica Narodowa", niewielka (przynajmniej w Polsce, bo - jak donoszą czytelnicy w komentarzach do tego wpisu - ma możnych protektorów za granicą) spółka, która oferuje złote i srebrne medale okolicznościowe. Firma korzysta na podobieństwie nazwy do Mennicy Polskiej, która bije monety i drukuje banknoty będące w obiegu. Monety "Skarbnicy"... pardon, medale, bo nazwa "monety" jest ponoć zastrzeżona dla produktów Mennicy, oczywiście nigdy prawnym środkiem płatniczym nie będą i są zwykłym gadżetem. Ale "Skarbnicę" również, w dobie wyjątkowej koniunktury na kruszec, stać na kampanię reklamową w telewizji oraz na świetnie wydane inserty (pakiety informacyjne), wkładane do gazet codziennych.

      Firma robi wokół sprzedaży "monet"-medali dużo szumu. Każda edycja jest limitowana (co robi wrażenie, że świecidełka te są niemal bezcenne), jedna rodzina może kupić, Mon Dieu, tylko jedną. Do każdej jest dołączany specjalny certyfikat, tak jakby to był obraz Moneta. A to tylko zwykła moneta, to znaczy medal. :-). Jak ktoś się nie zorientuje... może się naciąć i przez przypadek zamówić całą serię medali, po kilkadziesiąt zlotych za sztukę. Na forach internetowych klienci "Skarbnicy" opisują tego typu sytuacje. Cóż, jak gorączka to gorączka... Osobiście jeszcze nie prześwietliłem firmy zbyt dokładnie, więc jeśli macie jakąś wiedzę o jej działalności - zapraszam do podzielenia się nią w opiniach do wpisu.

      Skarbnica Narodowa

      „Subiektywnie o finansach” w liczbach: Do tego blogu przynajmniej raz w miesiącu zagląda 86.000 osób, którzy klikają jego notki 124.000 razy (przeciętna z miesięcy styczeń-sierpień 2010, uśrednione dane StatCounter i Stats4You). W sierpniu 2010 r. blog odwiedziło 108.000 użytkowników (uśrednione dane StatCounter i Stats4You).

      Zajrzyj też do Facebook, na stronę blogu „Subiektywnie o finansach”. Znajdziesz tam zapowiedzi kolejnych wpisów, luźne spostrzeżenia na temat banków, które nie zmieściły się w blogu oraz dyskusje na tematy dotyczące pieniędzy. Jeśli chcesz napisać lub przeczytać coś na temat swojego banku - zajrzyj na stronę blogu w Facebook!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Gorączka złota: firmy łowią naiwnych”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 września 2010 07:50
  • poniedziałek, 27 września 2010
    • Seksowna manipulacja Eurobanku. Kredyt na 7,9% kosztuje dwa razy tyle!

      To może być jedna z bardziej seksownych, ale i najbardziej bałamutna reklama jesieni 2010 r. Wypuścił ją wrocławski Eurobank. „Mam słabość do dwóch naraz. Dwóch promocji naraz” - mówi młody mężczyzna, któremu na ramionach uwieszają się dwie atrakcyjne dziewczyny (ciekawe czy to przypadek, że jedna jest brunetką, a druga blondynką?). „Pierwsza kusi niskim oprocentowaniem, a z drugą mogę nawet przez trzy miesiące” - kusi z kolei nasz bohater. Oczywiście zaraz dodaje, że przez te trzy miesiące może nie płacić rat.

      Jako dowód rzeczowy na ekranie pojawia się promocyjna stawka oprocentowania kredytu - 7,9% w skali roku. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że obowiązuje tylko dla kredytów poniżej 8000 zł spłacanych nie dłużej, niż przez trzy lata, jest to oprocentowanie rewelacyjnie niskie. W większości banków trudno dopaść kredyt gotówkowy, który nie pożerałby 20% odsetek w skali roku. Czy więc w Eurobanku rozdają tanie pieniądze, pozwalając w dodatku odroczyć płatność pierwszej raty o kwartał?

      Niestety, to złudzenie optyczne. Zadzwoniłem do banku i poprosiłem o symulację rat dla pięciotysięcznej pożyczki, którą spłacę w ciągu dwóch lat. Powiedziałem, że jestem bezdzietnym singlem, mającym stałą umowę o pracę z pensją 2000 zł, z niewielkim debetem na karku, ale bez żadnego kredytu. Miły pan w infolinii od razu powiedział, że przy takiej sytuacji majątkowej mogą mi dać nawet 18.600 zł na pięć lat. Ja jednak uparłem się, że chcę tylko 5000 zł na dwa lata. Oczywiście z obiema kuszącymi promocjami.

      Pan od razu poinformował mnie, że odroczenie rat wcale nie oznacza, iż w tym czasie bank nie będzie naliczał odsetek, ale tego akurat się spodziewałem. Nie spodziewałem się natomiast, że do niskiego oprocentowania 7,9% w skali roku bank dorzuci prowizję (274 zł), opłatę przygotowawczą (40 zł) oraz składkę ubezpieczeniową, której wysokości pan z infolinii nie chciał mi zdradzić. Pewnie po to, żebym nie zaczął nic liczyć na własną rękę. Więc nie liczyłem, tylko nakręciłem ten klip:

      Pan z banku podsumował raty promocyjnej pożyczki. Wyszło, że z pożyczonych 5000 zł po dwóch latach przyjdzie mi oddać 6880 zł (po 289 zł miesięcznie, ostatnia rata niższa - tylko 232 zł). To oznacza, że koszt pożyczki wyniesie 37,6%! Sporo, jak na pożyczkę, która miała kosztować tylko 7,9& rocznie. Eurobankowej promocji więc nie polecam, mimo iż jest wyjątkowo seksowna. Jeśli chodzi o typ manipulacji to ta reklama przypomina trochę spot Lukas Banku pod hasłem „Życie na kredyt? Kredyt na życie!”. Na szczęście Lukas już wycofał się z tych idiotyzmów, mam nadzieję, że trochę za sprawą mojej krytyki.

      To już nie pierwszy przypadek bałamucenia widzów przez Eurobank. Jakiś czas temu znęcałem się nad jedną z poprzednich reklam banku, w której obiwcywano jakieś cięcie połowy odsetek. Okazało się, że połowa wcale nie jest połową, a w ogóle to kredyt jest tak drogi, że wszystkie włosy dęba stają.

      W sumie to chyba nie powinienem się dziwić polityce naciągania klientów przez Eurobank. Wystarczy spojrzeć na poprzednią reklamę Eurobanku z aktorką Małgorzatą Sochą w roli głównej, która udaje baletnicę. Może tamta reklama nie jest tak seksowna, jak najnowsza z dwoma dziewczętami, ale dokładnie tak samo robi odbiorcę w bambuko, obiecując gruszki na wierzbie (czyli kredyt gotówkowy na 7%).

      „Subiektywnie o finansach” w liczbach: Do tego blogu przynajmniej raz w miesiącu zagląda 86.000 osób, którzy klikają jego notki 124.000 razy (przeciętna z miesięcy styczeń-sierpień 2010, uśrednione dane StatCounter, Stats4You). W sierpniu 2010 r. blog odwiedziło 108.000 użytkowników (uśrednione dane StatCounter i Stats4You).

      Zajrzyj też do Facebook, na stronę blogu „Subiektywnie o finansach”. Znajdziesz tam zapowiedzi kolejnych wpisów, luźne spostrzeżenia na temat banków, które nie zmieściły się w blogu oraz dyskusje na tematy dotyczące pieniędzy. Jeśli chcesz napisać lub przeczytać coś na temat swojego banku - zajrzyj na stronę blogu w Facebook!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Seksowna manipulacja Eurobanku. Kredyt na 7,9% kosztuje dwa razy tyle!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 września 2010 07:30
  • piątek, 24 września 2010
    • Bankowy wyścig zbrojeń trwa: w Aliorze konsjerże zawitają pod strzechy

      Banki nie przebierają w środkach, by podkupić klientów kont osobistych od konkurencji. Czynią tak zapewne dlatego, że nie wierzą już w bujdy o niskim ubankowieniu polskiego społeczeństwa i w to, że gdzieś tam, za lasami i górami, siedzą miliony nieubankowionych klientów marzących o tym, by ich jak najszybciej ubankowić. Skoro darmowe konta są już w standardzie, zwrot części wydatków opłacanych kartami wymyślono dawno temu, debet darmowy przez cały pierwszy tydzień (Citi i Lukas) lub nawet przez bity miesiąc (Raiffeisen) stanął na wokandzie i nikogo już nie wzrusza, a darmowe bankomaty na całym świecie ma już co czwarte konto w Polsce... oj, niełatwo się wyróżnić.

      Alior Bank od października zaoferuje każdemu stałemu klientowi prywatnego asystenta w cenie konta - dowiedziałem się nieoficjalnie ze źródeł zbliżonych do dobrze poinformowanych :-). Oficjalnie bank poda tę informację w poniedziałek, ale przecież nie będę Was tak długo trzymał w niepewności. Skoro już kliknęliście mój blog, to należy Wam się coś od życia.

      Bezpłatny pakiet concierge (albo po naszemu - konsjerż :-)) pod nazwą „Osobisty Asystent” to konsultant telefoniczny, który pomaga klientom w zorganizowaniu potrzebnych usług lub uzyskaniu informacji. Asystent może zamówić m.in. bilety lotnicze, miejsce w hotelu, kinie lub restauracji, zorganizować dostarczenie zakupów czy opiekę nad dziećmi. Dzięki usłudze concierge można uzyskać także m.in: aktualne informacje o imprezach kulturalnych, sportowych, bieżące wiadomości o warunkach drogowych. Doatępna będzie też... infolinia savoir-vivre. Za skorzystanie z pomocy asystenta klient nie będzie płacił, będzie musiał pokryć jedynie koszty zamówionej z jego pomocą usługi.

      W sumie nic nowego pod słońcem. Już wiele miesięcy temu opisywałem swoje przygody z takim prywatnym asystentem, którego „podwieszono” mi jako dodatek specjalny w ramach usług doradców finansowych Xelion. Przyznam też, że testuję usługi konsjerżów Noble Banku i niebawem podzielę się swoimi wrażeniami  Cały news jest w tym, że usługi concierge z reguły są dostępne tylko dla klientów ze średniej i wyższej półki, banki raczej nie dają ich w pakiecie ze zwykłymi kontami osobistymi (np. Raiffeisen ma bardzo wysublimowany pakiet concierge w pakiecie Premium). Chociaż np. Bank Pekao oferuje klientom tzw. mass-marketowym usługi assistance (taki mniej rozgarnięty konsjerż :-)) w ramach niektórych Eurokont.

      Tymczasem w Aliorze pakiet concierge będzie dostępny dla wszystkich klientów, dla których ten bank jest „głównym bankiem” (czyli dla tych, którzy przelewają tam swoje pensje, z konta opłacają comiesięczne rachunki, a kartą Aliora płacą za zakupy). W sumie obejmie więc prawie wszystkich z ponad 600.000 klientów (bo tych „nieaktywnych” bank i tak spławia za pomocą zaporowych prowizji). Czy będzie to dobry wabik dla klientów? Czy będzie na tyle mocny, by przekonał ich do zamknięcia kont u konkurencji i przeniesienia ich do Aliora?

      Przyznam, że mam mieszane uczucia. Widać gołym okiem, że pomysł Aliora to kolejny krok w walce banków o to, by wyróżnić się z tłumu i przekonać klientów kont osobistych, że warto skorzystać z „wyższej kultury bankowości”. Na dłuższą metę to chyba lepszy pomysł, niż płacenie klientom za polecanie kont (Allianz), czy dawanie po 100 zł za założenie każdego nowego rachunku (BZ WBK). To raczej wzmocnienie opieki nad klientem podobne do tego, które oferuje np. Bank Pocztowy, przynoszący gotówkę do domu za pomocą listonosza, by klienci nie musieli chodzić do bankomatów. Albo coś w stylu walbiku Toyota Banku, który  oferuje małym przedsiębiorcom office asistance, czyli pomoc w rozwiązywaniu problemów biurowych.

      Sęk w tym, że żadnemu bankowi nie udało się jeszcze przekonać klientów, że usługi assistance lub concierge to użyteczny bonus. W większości banków mających tego typu usługi w pakiecie korzysta z nich góra kilka tysięcy osób na kwartał. To kropla w morzu wszystkich nieuświadomioych klientów, którzy nawet nie wiedzą, że mogliby od czasu do czasu uruchomić takiego prywatnego asystenta. Czy Alior będzie pierwszym bankiem, który zdoła zaktywizować klientów do korzystania z konsjerżów? Cóż, może powinna powstać jakaś koalicja z Raiffeisenem, który też ostro postawił na dopieszczenie klientów? Póki klient nie skorzysta przynajmniej raz z usług konsjerża, to ich nie doceni. I nie będzie traktował takiej opieki jako czynnika ułatwiającego wybór konta.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Bankowy wyścig zbrojeń trwa: w Aliorze konsjerże zawitają pod strzechy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 24 września 2010 18:19
    • Co robić? Bank wciska klientowi kartę zbliżeniową, której ten nie chce!

      Już kilka razy pisałem na stronach blogu, że jeśli chodzi o nowinki technologiczne to klienci powinni mieć wybór czy chcą z nich korzystać czy nie. W szczególności chodzi mi o karty płatnicze z opcją transakcji bezstykowych (PayPass lub PayWave, w zależności od systemu). Jest to opcja bardzo pożyteczna, jednak o ile z chęcią widziałbym ją na kartach kredytowych lub przedpłaconych, o tyle z mniejszą ochotą używałbym karty zbliżeniowej, gdyby była to karta debetowa, podpięta do konta, na którym trzymam czasem całkiem niemałe pieniądze.

      Niestety, większość banków wymieniających obecnie karty płatnicze z tradycyjnych na zbliżeniowe nie daje klientom wyboru. Muszą polubić zbliżeniówki czy tego chcą, czy nie. Tak jest niestety w PKO BP, który przymusowo zainstaluje klientom system PayWave we wszystkich nowych kartach debetowych, a także w Multibanku, gdzie niedługo będzie można wybrać pomiędzy dwoma kartami - Visa i MasterCard, ale obie będą kartami zbliżeniowymi. Wybór daje klientom natomiast internetowy mBank, w którym nie trzeba mieć karty zbliżeniowej, bo bank oferuje też inne opcje, bardziej tradycyjne.

      W tej samej sprawie napisał do mnie pan Tomek. „Wiem, że za wszystko trzeba płacić i nie ma nic za darmo. Ale nie podoba mi się to jak zostałem potraktowany jako klient - została mi na siłę wciśnięta karta zbliżeniowa której nie chcę i albo muszę jej używać albo płacić za inną. albo z tej karty zrezygnować w ogóle” - strzela pan Tomek z grubej rury.

      Otóż jestem klientem BZWBK, mam u nich Konto <30 od 2006 roku, do konta mam kartę Visa Electron <30. Konto i karta jest za 0 zł bez żadnych haczyków więc pod tym względem źle nie jest. Konta i karty używam tylko do wypłat z bankomatu i nigdy tam wiele gotówki nie ma. We wrześniu kończy mi się ważność karty i dostałem pocztą nową Niby identyczną, ale nie do końca: Otóż jest to karta PayWave - zbliżeniowa.

      Nie życzę sobie takiej funkcjonalności. Dlaczego? O tym za chwilę. Zadzwoniłem na infolinię banku z pytaniem czy nie można tej karty podmienić na taką bez PayWave. Okazało się, że bank w wersji podstawowej i bezpłatnej wydaje wszystkim klientom karty z funkcją zbliżeniową i basta. Pani z infolinii dłuuugo się konsultowała i potwierdzała, a na koniec przedstawiła swoje rozwiązanie. Otóż trzeba iść do placówki i zamówić duplikat karty - duplikat będzie kartą bez PayWave, a zgodnie z cennikiem wydanie duplikatu jest bezpłatne.

      Uzbrojony w tę wiedzę poszedłem do placówki gdzie pani mniej obsługująca stwierdziła że jeszcze raz to potwierdzi na wszelki wypadek i przy jej potwierdzaniu okazało się że duplikat również będzie miał PayWave. I do tego typu konta nie da się zrobić karty nie zbliżeniowej. Więc jeśli chcę mieć bez tej funkcji to muszę sobie zrobić inną kartę. Ale za każdą musiałbym płacić. Nie znalazłem żadnej która byłaby dla mnie bezpłatna.

      Wiem że za wszystko trzeba płacić i nie ma nic za darmo. Nie podoba mi się tylko że została mi na siłę wciśnięta karta zbliżeniowa której nie chcę i albo mogę jej używać albo płacić za inną. Dlatego wybiorę inne rozwiązanie - po 30 września, kiedy ważność dotychczasowej karty wygaśnie, pójdę do placówki i zrezygnuję z karty w ogóle.

      Co do powodów dla których karty zbliżeniowej w aktualnej postaci nie akceptuję. Wiem, że transmisja danych z karty jest szyfrowana, a kwota transakcji ograniczona do 50 zł. To są argumenty banków. Ale - wystarczy że zostawię portfel z kartą na biurku ktoś go na momencik weźmie, zejdzie do metra i sobie doładuje bilet... Z normalną kartą się tak nie da - zawsze albo trzeba złamać PIN albo fałszować podpis. Przy zbliżeniowej nie trzeba robić zupełnie nic, wystarczy tylko przyłożyć.

      Teoretycznie zasięg zbliżeniowego działania karty to tylko kilka centymetrów od czytnika. Ale wystarczy standardowy czytnik lekko zmodyfikować, wsadzić większą antenkę, (nawet zewnętrzną - można wtedy nosić całe urządzenie np. w aktówce, albo pod ubraniem i nikt nic nie będzie widział) i zasięg się zwiększy do np. 20 cm albo 50 cm. A wtedy wystarczy wejść do autobusu, albo na stację metra w godzinach szczytu. Czy muszę pisać dalej? Na argument że terminal (i czytnik) komunikuje się za pomocą linii telefonicznej z bankiem odpowiem że wystarczy czytnik podłączyć do bramki GSM (na allegro od niewiele ponad 200 zł) i terminal może z bankiem się kontaktować skądkolwiek. Naprawdę nie jest to ekstremalnie trudne” - kończy pan Tomek.

      Czy nie przesadza? Jakiś czas temu podobne wątpliwości zgłaszałem Krzysztofowi Drzyzdze z Mastercarda, który jest odpowiedzialny za rozwój technologii bezstykowej. Z jego zeznań wynika, że technologia PayPass jest jednak bezpieczna. Gwarantuje to ponoć zestaw zabezpieczeń potrzebnych do autoryzacji każdej transakcji. Przepraszam jeśli uproszczę, ale sam miałem kłopoty ze zrozumieniem tego strumienia wiedzy.

      Otóż jeśli zbliżam kartę bezstykową do czytnika zainstalowanego w sklepie, to terminal podpięty do czytnika automatycznie generuje, a czytnik wysyła do karty, pewien numeryczny kod. Czip na karcie przyjmuje kod i na podstawie zdefiniowanego wcześniej algorytmu wykonuje kilka obliczeń (wykorzystuje do nich kod przesłany z czytnika, numer karty i licznik transakcji). Trzy ostatnie cyfry otrzymanej liczby czip karty odsyła do czytnika sklepowego. Jeśli wszystko się zgadza, transakcja jest zatwierdzana.

      A co z przechwytywaniem sygnału? Tu Drzyzga też jest spokojny. Każdy terminal i czytnik musi być autoryzowany, gdyby ktoś chciał się „podpiąć” do transakcji z pirackim urządzeniem, w centrum rozliczeniowym od razu byłoby to widoczne. Poza tym takie pirackie urządzenie mogłoby przechwycić tylko mało znaczące rzędy cyfr - między czipem karty, a czytnikiem nie transmituje się ani nazwiska posiadacza karty, ani numeru karty, ani żadnych danych transakcji. No i wreszcie ostatnia rzecz: w polskim prawie każda transakcja, która nie została zautoryzowana PIN-em lub podpisem, zostaje przeprowadzona na odpowiedzialność banku. Czyli gdyby ktoś po drodze jakimś cudem przejął dane transakcji lub pieniądze, to i tak odpowiedzialność spoczywa na banku, a nie kliencie.

      Wszystko to nie usprawiedliwia niestety sytuacji, w której banki na siłę uszczęśliwiają wszystkich klientów kartami z funkcją PayPass bądź PayWave, nie patrząc w ogóle czy klient na taką opcję ma ochotę. Tu działa moda, a i zapewne organizacje płatnicze też naciskają na banki, by zamawiały jak najwięcej kart z technologią bezstykową.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Co robić? Bank wciska klientowi kartę zbliżeniową, której ten nie chce!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 24 września 2010 07:56
  • czwartek, 23 września 2010
    • Moje spotkanie z partnerem inwestycyjnym, czyli sztuka wciskania kitu

      Namnożyło nam się w kraju różnego rodzaju doradców finansowych, private bankerów, life plannerów... Większość z nich to zwykli pośrednicy finansowi, wynagradzani prowizjami przez instytucje finansowe i wciskający klientom te produkty, które dają najwyższe prowizje. Tak się składa, że zwykle to, co daje najwyższe prowizje pośrednikowi, jednocześnie obciążone jest najwyższymi opłatami płaconymi przez klienta. Cóż, z czyjejś kieszeni musi popłynąć prowizja dla doradcy finansowego.

      Oto cała tajemnica sukcesów sprzedażowych programów inwestycyjnych typu Skandia, Axa, czy mój ulubiony Aegon. Po tym jak firma skasuje opłatę wstępną (15-20% składki w pierwszym roku), administracyjną (kilkanaście złotych miesięcznie, 100-200 zł w skali roku i opłatę za zarządzanie programem (kilka procent od aktywów klienta) możemy być niemal pewni, że nasz zarobek nie będzie wyższy niż mielibyśmy na lokacie bankowej. A uciec nie ma jak, bo programy tego typu przywiązują klientów do kaloryfera, zabierając im część pieniędzy w przypadku, gdyby ci klienci chcieli się wycofać przed upływam np. 10 lat.

      Programy inwestycyjne typu Aegon, Skandia czy Axa to domena nie tylko pośredników „garażowych”, prowadzących działalność na własny rachunek. Gustują w nich nawet renomowane sieci, typu Gold Finance, czy Open Finance. Cóż, pecunia non olet, skoro prowizja za wciskanie klientom Aegona jest np. dziesięć razy wyższa, niż za oferowanie zwykłych funduszy inwestycyjnych, to przecież pośrednik, pardon: doradca finansowy, nie będzie sobie strzelał w kolano i zajmował sobie głowę interesem klienta. W końcu to jego interes - doradcy - jest na pierwszym miejscu.

      Wśród różnych doradców finansowych, private bankerów i life plannerów dopadł mnie ostatnio człowiek, który nazywał się partnerem inwestycyjnym. Taki tytuł w każdym razie miał na wizytówce. Na przykładzie półgodzinnej rozmowy z moim partnerem inwestycyjnym udało mi się wyselekcjonować trzy cechy, które demaskują zwykłego sprzedażowca, nastawionego na wciśnięcie klientowi czegokolwiek, byle tylko to cokolwiek dawało mu wysoką prowizję, a klientowi gwarantowało jak najwyższe koszty. Sprzedażowiec z gatunku, z którego przedstawicielami powinniście unikać kontaktu charakteryzuje się więc następującymi cechami:

      Manipuluje, licząc na to, że klient się nie zorientuje. Mój partner inwestycyjny oczywiście zaczął od wpuszczania mnie w program Aegona. Kiedy tylko zorientował się, że wiem trochę zbyt dużo o prowizjach związanych z tym programem, zmienił front i zaczął mnie przekonywać do podobnego programu, ale o parametrach znacznie korzystniejszych dla mnie. Ów bezkonkurencyjny program („lepszego pan na rynku nie znajdzie”) to program Axa, charakteryzujący się mniej więcej tymi samymi prowizjami, co Aegon. Tyle, że lepiej opakowanym (firma dopłaca klientowi w pierwszym roku trochę pieniędzy, nie pobiera też opłaty wstępnej, ale cała reszta obciążeń jest porównywalna z Aegonem, czy Skandią).

      Kiedy zacząłem kręcić nosem na prowizje, mój partner inwestycyjny zaczął mnie przekonywać, że ponad 2% opłaty za zarządzanie programem to mniej, niż 5,5% prowizji manipulacyjnej, którą musiałbym dać inwestując bezpośrednio w fundusz inwestycyjny. Kiedy zwróciłem mu uwagę, że opłatę manipulacyjną funduszowi płacę tylko raz, a prowizję za zarządzanie programem inwestycyjnym przez cały czas, powiedział tylko „no tak” i zmienił temat. Tyle, że u mnie był już skreślony.

      Kreuje się na guru. Nikt nie ma patentu na same udane inwestycje. Ale sprzedażowiec musi się wykreować na gościa, którego rady są na wagę złota. Najlepiej opowiadać klientowi dyrdymały o zyskach, które dzięki pośrednikowi odnoszą inni klienci. Mój partner inwestycyjny, w chwili słabości, wyznał mi, że zakłada w swoich symulacjach 12-procentową roczną stopę zwrotu. Na moją uwagę, że historia światowych rynków kapitałowych skłania raczej do ostrożnych założeń, oscylujących wokół 7-8% zarobku (zwłaszcza, że przecież programy typu Aegon i Skandia część zysków pożerają w formie prowizji).

      Mój partner inwestycyjny zrobił mądrą minę i oświadczył, że w ostatnich pięciu latach jego klienci zarobili tyle właśnie - średnio 12% w skali roku. Kiedy światowe rynku kapitałowe pogrążały się w kryzysie, klienci mojego partnera inwestycyjnego zarobili 60%. Wszyscy poza jednym. Mój partner inwestycyjny miał klienta, który go nie słuchał i robił po swojemu. No i się doigrał. Miał pięć milionów złotych, a teraz ma tylko trzy. Słuchając tych wynurzeń, zadałem sobie w myśli tylko jedno pytanie: czy gdyby ten facet był taki genialny w inwestowaniu pieniędzy i nigdy się nie mylił, to zajmowałby się naganianiem klientów, czy raczej palił cygara w domu na Florydzie, żyjąc z odsetek od zarobionych na własny rachunek pieniędzy?

      Słabo orientuje się w produktach, które oferuje. Kiedy mój partner inwestycyjny zrozumiał już, że ma do czynienia z przeciwnikiem, którego nie da się łatwo wprowadzić w błąd, ani zaimponować wyimaginowanymi umiejętnościami, chwycił się ostatniej deski ratunku. Zaczął mówić o różnych „nie-aegonowych” możliwościach inwestowania pieniędzy. Niestety, dla kogoś, kto wszystkim klientom jak leci wciska aegony, skandie albo axy, bardziej wysublimowane produkty finansowe sa trochę jak czarna magia. Nie opowiada się o nich często, nie ma się o nich głębszego pojęcia. Na swoje nieszczęście mój partner inwestycyjny wspomniał o obligacjach korporacyjnych, które można kupić za pośrednictwem zaprzyjaźnionego biura maklerskiego.

      Zainteresowałem się tym, bo w przyszłość obligacji korporacyjnych wierzę, o czym pisałem nawet niedawno w blogu. Zapytałem więc jaka firma emituje te papiery, czym się zajmuje, jaka jest jej sytuacja finansowa i ile wynosi kupon. Partner inwestycyjny spłonił się rumieńcem i przyznał, że... nie pamięta jak nazywa się firma oferująca te obligacje. Pamięta tylko, że dają 12% w skali roku i są dobrze zabezpieczone majątkiem firmy. Well, czy ja mam jakiś wyjątkowo wysublimowany gust, czy też mój partner inwestycyjny mimo wszystko powinien znać nazwę firmy, której obligacje mi proponuje?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (23) Pokaż komentarze do wpisu „Moje spotkanie z partnerem inwestycyjnym, czyli sztuka wciskania kitu ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 września 2010 07:46
  • środa, 22 września 2010
    • Drżyjcie nieloty z funduszy inwestycyjnych! Wreszcie nadchodzi era ETF-ów!

      Klasyczne fundusze inwestycyjne będą miały wreszcie nowego konkurenta. I to jakiego! Na polski rynek wchodzą pierwsze tzw. ETF-y, czyli fundusze odwzorowujące wiernie skład określonego indeksu giełdowego. Tego typu fundusze są „paczkami", w skład których wchodzą spółki w proporcjach tak dobranych, żeby każdy wzrost indeksu o 1% powodował automatyczny wzrost notowań ETF-u w identycznej skali. Innymi słowy, inwestor w pewnym sensie "kupuje indeks". Nie ma zarządzającego, który usiłuje znaleźć najlepsze spółki i wnieść jakąś wartość dodaną. Jest proste i bezmyślne odwzorowanie indeksu.

      Już dziś, w środę, na giełdzie papierów wartościowych, z wielkim hukiem zadebiutuje Lyxor ETF WIG20, czyli pasywnie zarządzany fundusz, którego zadaniem jest wiernie odwzorować zmiany indeksu największych spółek notowanych na warszawskim parkiecie. Z kolei w mBanku i Multibanku można od początku września kupić inny fundusz tego typu - Ipopema m-Indeks, odwzorowujący zachowanie indeksu mniejszych spółek - mWIG40

      Czy pierwsze polskie ETF-y osiągną taki sukces, jak ich poprzednicy na świecie? Mają szansę. ETF-y przewyższają zwykłe fundusze tym, że są tańsze, bo steruje nimi komputer, a nie suto opłacany sztab zarządzających i analityków. W funduszu Lyxor ETF, który należy do francuskiej grupy bankowej Societe Generale, opłata za zarządzanie wyniesie tylko 0,5%. To znacznie mniej, niż biorą tradycyjne fundusze, stosujące aktywne zarządzanie i zatrudniające ludzi do decydowania które akcje kupić, a których nie. Przeciętna opłata za zarządzanie akcyjnym funduszem w Europie to 1,5-2%, zaś w Polsce nawet 3-4%.

      Poza tym w ETF-ach nie ma tzw. opłaty dystrybucyjnej, pobieranej w momencie nabywania jednostek uczestnictwa funduszu Inwestując w fundusze ETF notowane na giełdzie (takie jak Lyxor), trzeba za to uwzględnić prowizje maklerskie od zakupu i sprzedaży jednostek. Ale najważniejsze jest to, że ETF-y nie przegrywają z giełdowymi indeksami, na których są oparte. Zaś tradycyjne fundusze - i owszem. Nie  tak dawno pisałem o tym, że w Polsce tylko co trzeci fundusz jest lepszy od giełdowego indeksu, który jest jego benchmarkiem, czyli punktem odniesienia. W ETF-ach tego problemu nie ma. Indeksu nie pobiją, ale i nie będą od niego gorsze.

      Czytaj też: Zgroza! Najpopularniejsze z polskich funduszy mają najgorsze wyniki!

      Kto chce kupić udziały w ETF-ie Lyxora musi złożyć zwykłe zlecenie w biurze maklerskim. Warto pamiętać, że ten kij ma dwa końce. ETF-y nie zostają w tyle za wzrostami całego rynku, kiedy indeksy idą w górę. Ale nie pomagają inwestorom w złych czasach - spadają tak jak rynek. Bardzo jestem ciekaw czy fundusze indeksowe zawojują serca polskich inwestorów. I czy odbiorą klientów tym z tradycyjnych funduszy, które mają chroniczny problem z pobiciem indeksu giełdowego.

      Czytaj też: Produkty strukturyzowane konkurencją dla funduszy? Największy fundusz hedgingowy jest już w Polsce! Czy fundusze wierzytelności zrobią na rynku furorę?

      „Subiektywnie o finansach” w liczbach: Do tego blogu przynajmniej raz w miesiącu zagląda 86.000 osób, którzy klikają jego notki 124.000 razy (przeciętna z miesięcy styczeń-sierpień 2010, uśrednione dane StatCounter, Stats4You). W sierpniu 2010 r. blog odwiedziło 108.000 użytkowników (uśrednione dane StatCounter i Stats4You).

      Zajrzyj też do Facebook, na stronę blogu „Subiektywnie o finansach”. Znajdziesz tam zapowiedzi kolejnych wpisów, luźne spostrzeżenia na temat banków, które nie zmieściły się w blogu oraz dyskusje na tematy dotyczące pieniędzy. Jeśli chcesz napisać lub przeczytać coś na temat swojego banku - zajrzyj na stronę blogu w Facebook!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Drżyjcie nieloty z funduszy inwestycyjnych! Wreszcie nadchodzi era ETF-ów!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 września 2010 12:19
    • PKO potęgą jest i basta. BeZ WBK!

      Wychodzi na to, że PKO BP nie musi nic robić, by potęgą być i basta. Z najnowszego raportu firmy doradczej Intelace wynika, że to właśnie w Polsce działają dwa największe banki środkowoeuropejskie. Palmę pierwszeństwa dzierży PKO BP, którego aktywa na koniec 2009 r. sięgały 37,4 mld euro. Drugie miejsce w rankingu zajmuje Bank Pekao. Bank z żubrem w logo miał na koniec zeszłego roku majątek wart 30,8 mld euro.

      Za plecami polskich gigantów znalazły się dwa banki z Czech: Ceskoslovensko Obchodni Banka ze stajni belgijskiej grupy KBC oraz Ceska Sporitelna należąca do austriackiego Erste Banku. Dopiero na piątym miejscu jest największy bank Węgier - OTP. Ten gigant, który przed kryzysem wyprzedzał w rankingach nasz PKO BP, teraz ma „tylko” 25 mld euro aktywów

      W pierwszej dziesiątce są aż cztery banki z Polski. Poza bankami PKO i Pekao na siódmym miejscu znalazł się BRE Bank (17,7 mld euro aktywów), zaś na dziesiątym - ING Bank (14,5 mld euro). Elitę uzupełnia jeden bank ze Słowenii (Nova Ljubljanska Banka, należąca do rządu Słowenii) oraz Banca Comerciala Romana (z grupy Erste Banku).

      Intelace 1

      Raport nie pozostawia wątpliwości - choć największy w zestawieniu bank, czyli nasz PKO BP, należy do państwa, to większość jego konkurentów to instytucje kontrolowane przez kapitał zagraniczny. Największym graczem w regionie jest włoska grupa UniCredit, która ma banki w 12 krajach i w sumie kontroluje 9,3 proc. rynku bankowego w Europie Środkowej. Na kolejnych miejscach jest austriacki Erste i belgijska KBC (ok.8,3 proc rynku), Raiffeisen (6,5 proc.), Societe Generale (5,5 proc.) oraz Intesa Sanpaulo (4 proc.). W sumie zachodnie grupy bankowe kontrolują 52 proc. aktywów banków w Europie Środkowej.

      Intelace 2

      Ciekawe co o tym wszystkim myślą w PKO BP? Rozmawiałem kilka dni temu z wysokim przedstawicielem władz PKO BP. Jak wiadomo bank z kretesem przegrał bój o przejęcie BZ WBK z rąk irlandzkiej grupy AIB. Ale ów menedżer nie był bynajmniej zmartwiony. Jak mi tłumaczył, porażka w nieuczciwej grze nie boli tak, jak gdyby bank przegrał w prawidłowo przeprowadzonym przetargu. Zresztą w podobnym tonie wypowiadał się w piątkowym „Dzienniku Gazecie Prawnej” minister skarbu Aleksander Grad. A dodatkowo pochwalił Zbigniewa Jagiełłę, prezesa PKO BP, za to, że ten nie walczył o zakup BZ WBK za wszelką cenę. Bo przepłacić to każdy głupi potrafi.

      Nie mozna przejść do porządku dziennego nad tym, że jeden giełdowy bank sprzedaje drugiemu giełdowemu bankowi trzeci gieldowy bank i zamiast przejrzystego procesu mamy jakieś dziwne gierki. Mydlenie wszystkim oczu, że sprawa jest jeszcze otwarta i jednoczesne zakulisowe negocjacje pomiędzy AIB i Santanderem. Wycieczka zarządu BZ WBK do Madrytu, po której podobno Hiszpanie znienacka podnieśli swoją ofertę na BZ WBK. I do tego ujawnienie wszystkim oferentom personaliów kilku tysięcy klientow kredytów hipotecznych BZ WBK, co jest regularnym złamaniem tajemnicy bankowej.

      Czy aby nie za dużo tych zagadek jak na przejrzysty proces prowadzony przez poważne, giełdowe banki? Dobrze, że sprawą zajmuje się Komisja Nadzoru Finansowego. Niemal pewne jak w banku jest opóźnienie udzielenia zgody nadzoru na przejęcie BZ WBK przez nowego inwestora. Jeśli KNF nie wyda jej w ciągu pół roku, Santanderowi przejdzie koło nosa dywidenda z tegorocznych zysków BZ WBK - najpewniej kilkaset milionów złotych. To będzie dość wysoka „kara” za nieprzejrzysty proces sprzedaży BZ WBK. Szkoda, że nie poniosą jej odpowiedzialni za to Irlandczycy, a Hiszpanie.

      Cóż, nawet na ściśle regulowanym i nadzorowanym rynku giełdowym od czasu do czasu jesteśmy robieni w konia. Pewnie nawet częściej, niż nam się wydaje, bo np. część manipulacji kursami spółek albo przypadków wykorzystywania informacji poufnych nie wychodzi w ogóle na jaw. A czasem... najciemniej jest pod latarnią. Nie dalej jak trzy tygodnie temu „Puls Biznesu” napisał, że Giełda Papierów Wartościowych podczas jednej z wrześniowych sesji ujawniła po której stronie rynku stanął największy z graczy na rynku kontraktów na WIG20 (plotki mówią, że chodzi o amerykański bank JP Morgan).

      Kto się zorientował, mógł zrobić z tej informacji użytek.. Co prawda w tym przypadku nie ma mowy o manipulacji, a raczej o pomyłce, ale pomyłce kompromituącej dla giełdy papierów wartościowych. Z tego o słyszałem, prezes Ludwik Sobolewski musiał się z niej gęsto tłumaczyć podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy. .

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „PKO potęgą jest i basta. BeZ WBK!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 września 2010 07:35
  • wtorek, 21 września 2010
    • Tajemnicze kursy MasterCarda, czyli nikt nic nie wie, a płacić trzeba

      Już kilka razy na stronach blogu poświęcałem miejsce temu w jaki sposób płacić kartą za granicą, żeby nie zjadły nas prowizje i różnice kursowe. Okazuje się, że problem czasem może być jeszcze bardziej złożony, niż mi się wydawało, bo nie wszystkie zmienne, potrzebne do wyliczenia ile będzie kosztowała dana transakcja kartą, są znane. Napisał do mnie jeden z czytelników:

      Alior Bank od dawna reklamuje swoje konta, zaznaczając, że wypłaty we wszystkich bankomatach w kraju i zagranicą są darmowe. Posiadam konto osobiste w Aliorze i do tego konta mam dołączoną kartę debetową. W najbliższym czasie wybieram się do Bułgarii. W związku z tym jestem bardzo ciekawy, ile będzie mnie kosztować wypłata w bankomacie w Bułgarii, w porównaniu z zakupem waluty w Polsce, bądź z wymianą euro w Bułgarii” - pisze klient. I ma rację: fajnie byłoby wiedzieć co się bardziej opłaca. Niestety, instytucje finansowe nie ułatwiają takim świadomym klientom życia...

      Zadzwoniłem więc na infolinię Aliora, żeby dowiedzieć się jak bank przeliczy bułgarską walutę na złotówki po wypłacie z bankomatu lub po płatności bezgotówkowej w sklepie moją kartą Mastercard. Zostałem poinformowany, że najpierw lewy zostaną przeliczone na dolary po kursie Mastercard, a następnie - już po kursie Aliora - z dolarów na złotówki. Pani uprzejmie mi nawet wskazała która pozycja w tabelce na stronie internetowej Aliora będzie użyta przy przeliczaniu (dla każdej waluty Alior ma pozycję "pieniądze" oraz "dewizy”).

      Oczywiście interesował mnie również kurs Mastercardowy: lewy-dolary. Szukałem tego kursu na googlach i na stronie Mastercarda, niestety na próżno. Na stronie Mastercard doczytałem, że w większości spraw związanych z kartami, najlepiej kontaktować się z instytucją, która kartę wydała. Poniekąd słusznie, w końcu umowę o kartę podpisywałem z Aliorem, a nie z Mastercardem. Zadzwoniłem więc ponownie na infolinię Aliora. Jakież było moje zdziwienie, gdy przemiła pani z infolinii, nie tylko nie mogła mi udzielić informacji o kursie walut Mastercard, ale powiedziała wręcz, że nie da się takiego kursu uzyskać. Na odchodne poradziła mi zakupić bułgarską gotówkę w Polsce...

      Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że dokładnej kwoty i tak bym nie poznał, bo kwota jest przeliczana w dniu księgowania, a nie w dniu transakcji, ale miałbym przynajmniej orientację czy warto kupować walutę tutaj, czy używać wygodnej karty. Dziwi mnie bardzo fakt, że bank, sprzedając produkt, nie jest w stanie udzielić informacji na temat tego produktu” - żali się czytelnik. Ma rację, tyle że powinien skierować tę pretensję nie do banku, ale do Mastercarda, który - nie wiedzieć czemu - ukrywa przed klientami kursy używane do przeliczania walut. Czyżby dlatego, żeby klientom nie rzucał się w oczy nadzwyczaj duży zarobek tej organizacji na spreadach walutowych?

      -----------------------------------------------------------------

      Zajrzyj też do Facebook'a, na stronę blogu „Subiektywnie o finansach”. Znajdziesz tam zapowiedzi kolejnych wpisów, spostrzeżenia na temat banków, które nie zmieściły się w blogu oraz dyskusje na tematy dotyczące pieniędzy. Jeśli chcesz napisać lub przeczytać coś na temat swojego banku - wejdź na stronę blogu w Facebook'u!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Tajemnicze kursy MasterCarda, czyli nikt nic nie wie, a płacić trzeba”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 września 2010 08:08

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line