Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 30 września 2011
    • Wypowiedzenie umowy wysłane poleconym to mało. Powiedzą, że... nie dotarło

      W ubezpieczeniach komunikacyjnych relacje między firmami zbierającymi składki, a kierowcami, bywają napięte. Winne są obie strony. Duża część odszkodowań wypłacanych za szkody komunikacyjne jest wynikiem różnego rodzaju oszustw i kantów, które wymyślają ubezpieczeni. Z drugiej strony firmy ubezpieczeniowe przeokrutnie kombinują, żeby wypłacić klientowi jak najniższe odszkodowanie. Jestem właśnie w procesie likwidacji poważnej szkody komunikacyjnej i zastanawiam się tylko ile na tym stracę. A jestem ubezpieczony w naprawdę dobrej firmie. Kiedyś jej konkurent odszkodowanie zaniżył mi o jakieś 50%. I to był dopiero kant! Ale dziś w blogu będzie nie o likwidacji szkód, ale o przenoszeniu OC z jednej firmy do drugiej. Jak wiadomo wciąż sporo osób kupujących auto budzi się z dwoma polisami jednocześnie - bo nową zawarli w wybranej przez siebie firmie, a starej nie wypowiedzieli.

      Czytaj ranking: Która firma ma najlepszy serwis w ubezpieczeniach aut?

      Napisał do mnie pan Andrzej, któremu wydawało się, że wie co zrobić, żeby nie dać się zrobić w trąbę. W swoim czasie wypowiedział umowę ubezpieczenia, którego nie potrzebował. A mimo to wylądował z dwoma polisami do opłacenia. Jak to możliwe? Posłuchajcie: „Panie Maćku, piszę do Pana bo wyczerpałem już chyba każdą możliwą inną drogę, poczynając od formalnej wymiany pism pomiędzy mną a firmą ubezpieczeniową, a kończąc na braku możliwości dodzwonienia się do rzecznika ubezpieczonych. Nie wiem też do końca czy taka sprawa leży w kręgu Pana zainteresowań. Być może nie jest to jakiś wyjątkowy przypadek - od innych różni się prawdopodobnie tylko faktem, że ja - w odróżnieniu od innych czytelników Pańskiego blogu - postanowiłem nie odpuszczać” - pisze pan Andrzej. Uspokajam od razu wszystkich: każda sprawa związana z naszymi domowymi finansami leży w kręgu moich zainteresowań. Piszcie więc bez obaw. Nie zawsze odpowiem od razu - czasem trzeba poczekać i miesiąc - ale na pewno odpowiem. Do rzeczy przeto.

      W czerwcu zeszłego roku kupiłem auto marki BMW ubezpieczone przez poprzedniego właściciela w firmie Liberty Direct. Dwa tygodnie po tym fakcie zadzwonił do mnie przedstawiciel tej firmy z propozycją przepisania umowy na mnie i dopłaty 600 zł za przedłużenie ubezpieczenia o pół roku. Podziękowałem i odmówiłem - pełne ubezpieczenie samochodu w mBanku za cały rok wyniosło mnie 700 zł. Świadomy obowiązku wypowiedzenia OC wysłałem do firmy Liberty Direct dokument mówiący o tymże wypowiedzeniu na pięć dni przed końcem ubezpieczenia. Wysłałem to listem poleconym. Nie wiem co mnie podkusiło żeby nie wypełnić dodatkowego druku potwierdzenia odbioru. Wypowiedzenie uznałem za skuteczne, auto ubezpieczyłem gdzie indziej i byłem przekonany o zakończeniu sprawy. Dwa miesiące po tym fakcie otrzymałem od firmy Liberty Direct wezwanie do zapłaty 600 zł oraz drugie pismo - od firmy windykacyjnej. Też z wezwaniem do zapłaty” - opowiada pan Andrzej.

      Czytaj też: Zanim kupisz assistance, sprawdź czego boi się ubezpieczyciel

      Dziwne, prawda? Mój czytelnik zrobił wszystko dokładnie tak, jak powinien. Wypowiedział umowę na czas, zrobił to w formie pisemnej i wysłał list polecony. A mimo wszystko Liberty Direct go ściga. Jak to możliwe? „Okazało się, że jakimś cudem pismo, według firmy Liberty Direct, nie doszło na czas i nie uznają go za skuteczne. Znalazłem się w pułapce z autem które ma podwójne ubezpieczenie. Próby polubownego załatwienia sprawy z firmą Liberty Direct nie przyniosły rezultatu - nikt nie chciał przyjąć do wiadomości posiadania przeze mnie drugiego OC. Od tamtego czasu prowadzę z firmą korespondencję i tu ujawnia się pewna ciekawostka - żadne z pism nie dochodzi później niż w trzy dni od wysłania - za każdym razem wybieram ten sam sposób wysyłki przez Pocztę Polską i wymagam potwierdzenia odbioru.

      W tym czasie auto miało stłuczkę parkingową, załatwioną z polisy mBanku - nie wymagałem wypłaty odszkodowania od firmy Liberty Direct. Następnie niestety zostało mi ukradzione. Jedyna zmiana w stanowisku firmy Liberty Direct to obniżenie żądanej sumy do 450 zł (za skrócenie okresu ubezpieczenia, w którym de facto nie świadczyli ochrony na moim pojeździe) i nic poza tym. Zaszła jeszcze jedna komiczna sytuacja, kiedy to firma Liberty Direct po kradzieży pojazdu, pomimo ewidentnego zatargu, zadzwoniła do mnie z propozycją przedłużenia ubezpieczenia o kolejny rok! Kolejne pisma to już tylko wymiana poglądów w których dowodzę, że pisma dochodzą w odpowiednio krótkim czasie i odpowiedzi firmy, iż nie uznają moich wyjaśnień. Plus oczywiście wezwania przedsądowe od firmy windykacyjnej współpracującej z Liberty Direct. Można by powiedzieć, iż sam sobie jestem winien, ale czy takie podejście do klienta jest odpowiednie? Czy nie można było tej sprawy załatwić po ludzku?” - pyta pan Andrzej.

      Dopłać 170 zł do autocasco, a będziesz miał w dużej firmie polisę full-wypas

      Przyznam, że po przeczytaniu tego listu ręce mi opadły. Czy ubezpieczyciel - lub któryś z jego pracowników, działający na własną rękę - znalazł sobie dogodny sposób na generowanie dodatkowych przychodów? Wystarczyłoby zmówić klientowi, że list z wypowiedzeniem umowy, wysłany pięć dni wcześniej pocztą poleconą, nie dotarł na czas. I że wypowiedzenie nie jest skuteczne. Dla nas wszystkich ten przypadek to nauczka. Widać czasem nie wystarczą listy polecone. Trzeba wysyłać polecone z potwierdzeniem odbioru. A najlepiej składać pisma bezpośrednio w punktach obsługi klienta, z pieczęcią firmy na kopii. Skoro nie ma innego wyjścia, jak bawić się w policjantów i złodziei... Normalnie ftopa bes dwuch zdań...

      Wieszam psy na firmie ubezpieczeniowej, bo widziałem potwierdzenie nadania pisma - rzeczywiście jest tam data dająca pięć dni rezerwy na dotarcie pisma do celu. Ale przecież mimo wszystko nie można wykluczyć, że zawaliła poczta, a nie Liberty Direct. Do firmy można mieć za to z pewnością pretensję, że jej pracownicy zachowali się w sposób do bólu sztywny. Żadnych odstępstw, żadnych wyjątków, żadnego spojrzenia na klienta z tolerancją. Być może firma uznała, że nie ma podstaw, żeby klientowi iść na rękę, bo wcześniej w czymś zawalił, ale mimo wszystko widzę tu pewnego rodzaju słabość zachowania instytucji finansowej. Dla pełnego obrazu poprosiłem o przedstawienie własnego stanowiska ludzi z Liberty Direct. Oto co mi odpowiedzieli:

      Uprzejmie informuję, że wypowiedzenie umowy OC nadane przez Klienta zostało doręczone naszej firmie w dniu 12.07.2010, czyli po upływie ustawowo określonego terminu. W związku z powyższym zarówno na Kliencie jak i Towarzystwie Ubezpieczeniowym ciążą obowiązki regulowane przez ustawę o Ubezpieczeniach Obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych, tzn. Klient jest zobowiązany opłacić składkę, a Towarzystwo jest zobowiązane do świadczenia ochrony ubezpieczeniowej. W razie wątpliwości termin doręczenia przesyłki poleconej nadawca listu może zweryfikować na Poczcie Polskiej. Zanim to nastąpi, stawiane przez Pana Redaktora zarzuty postrzegamy jako przedwczesne. Zgadzam się natomiast, że w przypadku Klienta informowanie go o warunkach odnowienia polisy OC było niestosowne, nastąpiło to przez pomyłkę. Z wyrazami szacunku, Rafał Karski Dyrektor Sprzedaży i Marketingu Liberty Direct”. Amen. Czas chyba spisać protokół rozbieżności.

      Czasem nawet wysłanie wypowiedzenia pocztą poleconą z potwierdzeniem nadania i potwierdzeniem odbioru nic nie da. Wyborcza.biz opisała ostatnio przypadek klienta, który też wpadł w pułapkę, choć wysłał do ubezpieczyciela list polecony. „Przy wypowiadaniu umowy liczyła się data otrzymania przez PZU wypowiedzenia, a nie data wysłania listu. A PZU dostał list już po upływie 30 dni od daty zakupu auta. Pan Piotr napisał skargę do rzecznika ubezpieczonych. Urząd prosił PZU o zmianie decyzji, ale bezskutecznie. Pan Piotr musiał zapłacić za polisę, która była mu niepotrzebna”. Ha, kiszka. „Problem "podwójnego OC" wkrótce zostanie rozwiązany. Kierowcy, którzy kupią polisę, od lutego przyszłego roku nie będą musieli płacić podwójnie za OC - raz za starą polisę, z której w porę nie zrezygnowali, i drugi raz za nową. Będą mogli w każdym momencie zrezygnować z zawartej umowy, a zwrot pieniędzy dostaną za każdy niewykorzystany dzień ubezpieczenia. Gwarantuje im to ustawa o nowelizacji ubezpieczeń obowiązkowych, która wejdzie w życie od lutego”. Czyli trzeba dać czasowi czas :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „Wypowiedzenie umowy wysłane poleconym to mało. Powiedzą, że... nie dotarło”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 30 września 2011 08:02
  • czwartek, 29 września 2011
    • Tak powinno być w każdym banku? Oto futurystyczne placówki przyszłości

      Od pewnego czasu lansuję w blogu (i nie tylko) tezę, że budowanie przez banki kolejnych tysięcy nowych placówek nie ma sensu. Co prawda wciąż są produkty, których bez sieci nie da się sprzedawać - np. nikomu się jeszcze nie udało przenieść do internetu zakładania lokat, zaciągania kredytów gotówkowych, czy kredytów hipotecznych - ale większość nowo powstałych oddziałów banków świeci pustkami. Nie ma w nich zbyt wielu klientów, bo ci, którzy już mają konto, kredyt lub lokatę w danym banku, zwykle korzystają z któregoś ze starych oddziałów. A tych jeszcze „nieubankowionych” wcale nie jest tak łatwo ściągnąć do placówki, nawet jeśli jest piękna i nowoczesna. Taka jak nowy flagowy oddział Deutsche Banku w warszawskim biurowcu Focus. Miodzio, palce lizać. Tyle, że ten oddział kosztował ponad milion złotych, więc nie jest dziwne, że jakoś wygląda :-).

      Flagowy oddział Deutsche Banku

      Ale nawet prezes Deutsche Banku PBC, niejaki Leszek Niemycki, jest przekonany, że era placówek powoli dobiega końca. „Już teraz, przechodząc głównymi ulicami Poznania, Wrocławia, Gdańska, czy Warszawy, nie mogę się nadziwić jak wiele oddziałów banków mieści się tam, gdzie kiedyś były piekarnie, kawiarnie, czy punkty usługowe. Czy w tych oddziałach klienci stoją w kolejkach? Rzadko. A przecież każdy oddział to nie tylko przychody, ale też koszty - konieczność opłacania pensji pracowników, czynszu, rachunków za prąd. Oddziały są i będą potrzebne, ale tak naprawdę w segmencie klientów wymagających specjalistycznego wsparcia, klientów którzy chcą ze swoim doradcą porozmawiać o inwestycjach czy finansowaniu. Szybka bankowość transakcyjna będzie jednak coraz bardziej odchodzić od tego modelu”.

      BNP Paribas - concept storePrzy okazji Niemycki rozprawił się z mitem dążenia do osiągnięcia przez polskie banki takiej liczby placówek w relacji do liczby mieszkańców, jaka występuje na Zachodzie. „Pamiętajmy o tym, że we Włoszech czy w Hiszpanii są inne realia. Tam przeciętny obywatel dysponuje kilkunastokrotnie większymi aktywami, niż przeciętny Polak. Nawet jeśli placówek jest więcej, niż u nas, to każda z nich „obsługuje” i tak nieporównywalnie większy majątek klientów. Polskim oddziałom banków na obecnym etapie bardzo trudno osiągnąć podobny poziom przychodów, a koszty budowania i zarządzania placówkami są u nas tylko niewiele niższe, niż w Europie Zachodniej. Argument, że musimy mieć tyle oddziałów na milion mieszkańców, ile mają w Hiszpanii, jest więc nietrafiony”. Ale to oczywiście nie oznacza, że te placówki, które już są, nie mogą wyglądać jak prawdziwe cacka. Wróciłem właśnie z Paryża, gdzie miałem okazję obejrzeć oddział bankowy przyszłości, wybudowany przez BNP Paribas. Przypomina on bardziej luksusowe mieszkanie, niż bank. Przyznam, że to zrobił na mnie duże wrażenie. Nawet najbardziej okazałe marmury polskich banków to przy tym pikuś. Zresztą zobaczcie sami. To te zdjęcia obok i poniżej. Tak powinno być w każdym banku! :-). Choć aż boję się pomyśleć ile pieniędzy w postaci opłat i prowizji trzeba z klientów ściągnąć, żeby sobie pozwolić na stworzenie takiego cacka...

      BNP Paribas - concept store

      Wiadomo, że placówki flagowe to tylko „pokazówka”, a klasyczne oddziały nigdy nie będą wyglądały aż tak dobrze. Jednak sam koncept, polegający na wydzieleniu przestrzeni na różnego rodzaju aktywności - bankowość doradczą, samoobsługową, strefę informacji  biznesowych, strefę dziecięcą - z pewnością jest możliwy do skopiowania. Nie w każdej placówce muszą stać na każdym stole iPady, nie w każdej musi być pięć stanowisk samoobsługowych, nie w każdej muszą być ściany pełne płaskich ekranów i zieleni i nie w każdej muszą być meble od najlepszych paryskich projektantów. Ale pewne elementy da się zastosować w „zwykłych” oddziałach. Czego sobie i Państwu życzę. Na koniec jeszcze jeden rzut oka na placówkę przyszłości w paryskim flagowym oddziale BNP Paribas.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji.

      PS. Po publikacji tego wpisu bankowcy z innych instytucji finansowych też postanowili się pochwalić swoimi nowymi placówkami. Wśród nich bank BPH, który otworzył pięć placówek nowego formatu.Położyliśmy nacisk na wydzielenie odrębnych stref, w których Klienci mogą przeprowadzić transakcje, od tych, w których konsultują się z doradcą bankowym. Loże konsultacyjne gwarantują prywatność podczas załatwiania spraw. Nowoczesna paleta barw wnętrza ułatwia orientację w przestrzeni placówki, a także może wprawić w dobry nastrój. Dzięki elektronicznemu systemowi porządkowania kolejki klienci nie muszą stać w fizycznej kolejce, a czas oczekiwania mogą spędzić np. czytając - dobrze zaopatrzona biblioteczka zawiera nie tylko publikacje z zakresu finansów, ale także czasopisma. Klienci, którzy odwiedzą placówkę banku z dzieckiem, znajdą dla niego zajęcie w specjalnym miejscu do zabawy dla dzieci”. Jak chcecie się wprowadzić w dobry nastrój to potuptajcie do nowej placówki BPH. Wygląda tak:

       

       Bank BPH - nowa placówka

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Tak powinno być w każdym banku? Oto futurystyczne placówki przyszłości”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 września 2011 13:52
    • Kropla drąży skałę, czyli bank mięknie w sprawie ubezpieczenia kredytu

      Kropla, jak wiadomo, drąży skałę. Stąd wrócę dzisiaj do pewnego wpisu sprzed paru miesięcy. Bo okazuje się, że problem, którego ów wpis dotyczył, udało się częściowo popchnąć. W kwietniu opisywałem w blogu sprawę pani Krysi, która ma problem z ubezpieczaniem spłaty kredytu. Chodzi o jedną z tych polis, które banki wykupują w imieniu klientów i przerzucają na nich koszty składek. Kredytobiorcom się wydaje, że są objęci realną ochroną ubezpieczeniową i kiedy stanie się jakieś nieszczęście, dostaną w ramach polisy świadczenie. Najczęściej - przejęcie opłacania składek przez firmę ubezpieczeniową. Niestety często zobowiązanie to jest palcem na wodzie pisane.

      Przypomnę pokrótce tę historię, a w całości znajdziecie ją we wpisie „Kardiomiopatia czy kant?”. „Pani Krysia wraz z mężem w 2007 r. podpisała umowę kredytową z bankiem Santander Cunsumer. Z treści umowy wynika, ze w wypadku śmierci kredytobiorcy, bank staje się podmiotem uposażonym z tytułu ubezpieczenia na życia, wystawionego przez towarzystwo ubezpieczeniowe Benefia, do wysokości całkowitego zadłużenia z tytułu umowy kredytu. Niestety mąż pani Krysi zmarł. Benefia odmówiła wypłaty świadczenia. Bank nie chce wystąpić na drogę postępowania sądowego jako uposażony. (...) Gra się toczy o mieszkanie, pod które został zaciągnięty kredyt hipoteczny” - napisała do mnie pani Iwona. „Jak wynika z treści karty zgonu, przyczyną wyjściową zgonu była kardiomiopatia, przyczyną wtórną zgonu była niewydolność krążeniowo-oddechowa, a dodatkowo podejrzenie wstrząsu septycznego” - uzasadnił ubezpieczyciel. Innymi słowy uznał, że klient zmarł „w następstwie choroby zdiagnozowanej wcześniej”.

      Zaapelowałem do firmy Benefia, by jeszcze raz oceniła sprawę pani Krysi. „Może jest tu jakieś pole do kompromisu? Będę się tej sprawie przyglądał i nie omieszkam poinformować jeśli Benefia lub Santander zrobią coś pozytywnego, by pomóc klientce. Oczywiście o ile będą po temu obiektywne przesłanki” - napisałem w blogu. No i coś pozytywnego się stało, choć w tym celu sprawą musiało zająć się kolejne medium - radio RMF FM. Wszystko opisała Agnieszka Witkowicz, jego reporterka. „Umowy, które banki zawierają z ubezpieczycielami, stanowią, że do ubezpieczyciela trafia tylko bardzo mała część składki. Bank z reguły otrzymuje ok. 90-95% składki w formie wynagrodzenia. Ta prowizja jest też często uzależniona od szkodowości, czyli od ilości egzekwowanych roszczeń. Im większa jest ilość egzekwowanych roszczeń, wypłaconych świadczeń, tym ta prowizja będzie mniejsza. Być może w tym tkwi przyczyna niechęci po stronie banków do egzekucji świadczeń należnych osobom ubezpieczonym” - ustaliła Agnieszka.

      Ale, zgodnie z zasadą, że kropla drżący skałę, poruszenie sprawy przez kolejne medium sprawiło, że bank poczuł się w obowiązku coś w tej sprawie począć. „Santander Bank obiecał, że na dwa lata wstrzyma się z wypowiedzeniem umowy kredytu, by umożliwić klientce wyjaśnienie sprawy. Przez te dwa lata bank nie będzie też naliczał odsetek karnych i prowadził działań windykacyjnych. Bank zdecydował też, że anuluje pani Krystynie odsetki karne naliczone od początku roku. Dodatkowo dał klientce możliwość negocjowania harmonogramu spłat, czyli wysokości miesięcznej raty, tak by kobieta mogła udźwignąć zobowiązanie. Wygląda więc na to, że nasza słuchaczka nie zostanie na razie zlicytowana i będzie mogła mieszkać w swoim mieszaniu” - pisze reporterka RMF FM. To dobra wiadomość. Bank zdecydował się też wystąpić do firmy Benefia o rewizję stanowiska w sprawie odszkodowania.

      Nie jest to jedyny przypadek, w którym bank lub firma ubezpieczeniowa po interwencji mediów staje się bardziej ugodowa. Jakiś czas temu opisałem przecież sprawę pana Adriana, który początkowo dostał od tej samej Benefii odmowę przyjęcia roszczenia, ale po publikacji w blogu ubezpieczyciel uznał, że może zrobić wyjątek. Niestety, wygląda na to, że w tej sprawie wszyscy grają w jednej drużynie, przeciwko klientowi. Ani bankom, ani ubezpieczycielom nie zależy, by z zawartych polis ubezpieczenia kredytu cokolwiek wypłacać. Trzeba wywierać presję, pisać u mówić o tym jak najwięcej i nękać finansistów nieustannie. To chyba jedyny skuteczny sposób, by przestali nam sprzedawać niby-polisy, które przed niczym nie chronią. Piszcie do mnie jeśli też mieliście tego typu zatarg z bankiem albo firmą ubezpieczeniową.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Kropla drąży skałę, czyli bank mięknie w sprawie ubezpieczenia kredytu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 września 2011 08:09
  • środa, 28 września 2011
    • Andrea Orcel: człowiek, który zmieni nie do poznania polską branżę bankową?

      Według nieoficjalnych informacji, które zebrałem z rynku, jest duże prawdopodobieństwo, że Kredyt Bank - jeden z trzech wystawionych obecnie na sprzedaż polskich banków (obok „portugalskiego” Banku Millennium i należącego do Norwegów DnB Nord, niektórzy mówią też o sprzedazy kontrolowanego przez Włochów Aliora) - trafi w ręce hiszpańskiego Santandera. Byłby to już trzeci zakup banku w Polsce przez Hiszpanów. Wcześniej wzięli polską działalność amerykańskiego AIG Banku i zakupili za astronomiczne 3,1 mld euro od Irlandczyków kontrolny pakiet banku BZ WBK. Teraz ponoć prowadzą nieoficjalne, wyłączne negocjacje z KBC, właścicielami Kredyt Banku i ubezpieczeniowej Warty. Ze sprzedaży Kredyt Banku oraz Warty Belgowie latem chcieli dostać 2,5 mld euro. Teraz, kiedy wyceny europejskich banków tąpnęły o 30-40%, taka suma jest abstrakcyjna. Ale udziały w siódmym największym polskim banku i trzeciej największej na naszym rynku firmie ubezpieczeniowej w dalszym ciągu mogą być warte nawet 1,5-2 mld euro.

      O ile sprzedaż konkurencyjnego Banku Millennium ma charakter otwarty - portugalski właściciel podał, że złożono trzy wstępne, pisemne oferty, a wśród chętnych prawdopodobnie są BNP Paribas, rodzimy PKO BP i włoska Intesa (bądź jego lokalny konkurent UniCredit) - o tyle Belgowie dotąd nie rozpisali przetargu. Ale - jak się dowiedziałem - w Kredyt Banku wstępne due dilligence, czyli badanie finansów, przeprowadził ostatnio... BZ WBK, działając na zlecenie Santandera. Ani BZ WBK, ani Kredyt Bank, ani tym bardziej Santander nie potwierdzają tych informacji. Moje źródła twierdzą, że Santander, w oparciu o przeprowadzone due dilligence, złożył Belgom ofertę - nie wiem, czy dotyczy ona tylko Kredyt Banku, czy Hiszpanie chcieliby przejąć również Wartę. Jest natomiast pewne, że w ciągu najbliższych kilkunastu dni KBC ma podjąć decyzję w sprawie jej przyjęcia bądź odrzucenia.

      Czytaj też: Bank Millennium w rękach Francuzów? Wielcy osaczają PKO BP!

      Gdyby Belgowie dogadali się „na boku” z Santanderem i sprzedali Hiszpanom Kredyt Bank, to mogłoby to mieć bardzo duże konsekwencje dla całej polskiej branży bankowej. Najpewniej Santander połączyłby swoje dwie największe zdobycze i stworzył na bazie BZ WBK oraz Kredyt Banku trzecią największą instytucję finansową w Polsce, obsługującą ponad 3 miliony klientów. Aktywa połączonego banku wynosiłyby blisko 100 mld zł, czyli więcej niż ma BRE Bank - mniej tylko od PKO BP oraz Pekao. To byłby kamień milowy w konsolidacji polskiej branży bankowej. Santander i włoski UniCredit staliby się dominatorami jeśli chodzi o zaganicznych inwestorów w polskich bankach. A Hiszpanie, po skutecznym „zlepieniu” swoich banków w Polsce, zaczęliby na pewno wyniszczającą konkwistę, czyli wojnę o klientów. Zamiast najbardziej konkurencyjnej branży bankowej w Europie zmierzalibyśmy w kierunku takiej, która jest zdominowana przez największych globalnych graczy. Zamiast „wielkiej piątki” największych banków, byłaby już tylko „wielka trójka”.

      Aktywa banków 2011

      źródło grafiki: Dziennik Gazeta Prawna

      Ojcem chrzestnym tej rewolucji może się stać niejaki Andrea Orcel, szef inwestycyjnej części Bank of America Merrill Lynch. To ten bank i Orcel doradzają KBC w sprzedaży polskich aktywów, w tym Kredyt Banku. Jeśli rzeczywiście Hiszpanie przekonali KBC, by negocjować na wyłączność, to musiał w tym pomóc Orcel. Mógł on z powodzeniem pogodzić interesy KBC i Hiszpanów, tym bardziej, że świetnie zna się z prezesem Santandera Emilio Botinem. To właśnie Orcel doradzał Santanderowi przy przejęciu BZ WBK z rąk AIB. I to Orcel wcześniej doprowadził do wykupienia przez Santander brytyjskiej grupy finansowej Abbey. Dlaczego teraz nie miałby „grać” na Hiszpanów, doradzając Belgom z KBC?

      Andrea OrcelCzłowiek, który może doprowadzić do wielkich zmian w polskiej branży bankowej zawsze korzystał do bólu z prywatnych relacji z bankowcami. Poza Botim przyjaźnił się prywatnie m.in. z Alessandro Profumo, potężnym bankierem z Włoch, do niedawna prezesem UniCredit. Sam zresztą jest Włochem z pochodzenia, zaledwie 46-latkiem. Jak już przy kawie i ciastku zepnie kolejny miliardowy deal, wypłaca sobie zwykle sutą premie. W 2009 r. świat finansów drżał w posadach, kiedy wyszło na jaw, że w 2008 r., w czasie kiedy Merrill Lynch tracił 27 mln dol. i musiał być ratowany za pieniądze podatników (przejął go Bank of America), Orcel i jego koledzy z zarządu wypłacili sobie łącznie 209 mln dol. premii. Rok wcześniej Orcel wypłacił sobie 12 mln dol. bonusu za doprowadzenie do fuzji Royal Bank of Scotland oraz holenderskiego ABN Amro. Tej samej fuzji, która posłała połączony bank na dno i doprowadziła do jego bankructwa. Tam gdzie wszystko się wali, Orcela zwykle już nie ma. W zjednywaniu sobie największych graczy w branży finansowej pomagają mu zdolności językowe - włada biegle pięcioma językami,

      Santander - przynajmniej na polskim rynku - pokazał już, że uwielbia łowić w mętnej wodzie. Kiedy w zeszłym roku pod młotek szedł BZ WBK, w finałowej rozgrywce stanęli francuski BNP Paribas, nasz PKO BP i właśnie Hiszpanie. Z nieoficjalnych informacji wynikało, że tylko Santander przeprowadzał w BZ WBK dodatkowe due dilligence, Hiszpanie mieli też podobno możliwość poprawienia oferty już po złożeniu ostatecznych deklaracji przez pozostałych startujących. Przypadków preferowania Santandera przez Irlandczyków z AIB było tak wiele, że PKO BP i BNP Paribas poważnie zastanawiały się nad złożeniem oficjalnego protestu. Ostatecznie Hiszpanie kupili BZ WBK po astronomicznie wysokiej cenie - 3,1 mld euro. Ciekawe czy w przypadku sprzedaży Kredyt Banku stary numer Santandera numer z dogadywaniem się „na boku” przy pomocy przyjaciela wszystkich, Andrei Orcela, znów wypali.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Andrea Orcel: człowiek, który zmieni nie do poznania polską branżę bankową?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 28 września 2011 07:53
  • wtorek, 27 września 2011
    • 50.000.000 zł do wygrania w Lotto. Oto opowieści tych, którzy już wygrali!

      Gracie dziś w Lotto? Mówią, że do wyjęcia jest rekordowe 50 milionów złotych. Ja z definicji unikam gier, w których nic ode mnie nie zależy, choć być może jest to błędne założenie, bo kto nie gra, ten nie wygrywa. W każdym razie póki co „mnie to lotto” :-). Co oczywiście nie przeszkodzi mi przypomnieć tym z Was, którzy właśnie stoją w kolejkach przed kolekturami, że prawdopodobieństwo wygrania w Lotto nie jest nadmiernie duże. Jak wynika z wyliczeń matematycznych, które znalazłem w internecie, prawdopodobieństwo skreślenia prawidłowych sześciu cyfr w Lotto wynosi 1:13.983.816. Tak: jeden do prawie czternastu milionów!

      Jakiś czas temu usiłowałem sobie wyobrazić takie prawdopodobieństwo i porównać je ze statystycznym ryzykiem udziału lotkowego szczęściarza np. w... katastrofie lotniczej. Rocznie linie lotnicze na świecie przeprowadzają 28 milionów lotów rejsowych i przewożą ok. 2,1 miliarda pasażerów. Rocznie w katastrofach lotniczych ginie średnio 1300-1500 osób. Stąd już prosta droga do oszacowania, że statystyczne prawdopodobieństwo śmierci w katastrofie lotniczej wynosi jakieś 1:1.500.000. Słownie: jeden do półtora miliona, licząc to prawdopodobieństwo w skali jednego roku (czyli nieco inaczej, niż w Lotto). Głupia sprawa - wychodzi na to, że mamy większą szansę zginąć w katastrofie lotniczej, niż wytypować w Lotto właściwe liczby. Nie mówiąc już o prawdopodobieństwie śmierci w wypadku samochodowym, które jest znacznie większe, niż ryzyko katastrofy lotniczej. Czy to Was nie zniechęca? 

      Jeśli tak, to mam dla Was coś na drugą nóżkę. Otóż załóżmy, że wygrywacie 50 milionów w dzisiejszym losowaniu. To oznacza, że możecie sobie iść do banku i założyć lokatę na 45 milionów (po zapłaceniu drobnych 5 milionów podatku). Załóżmy, że jesteście dobrymi ludźmi i uprzednio kolejne 5 milionów rozdajecie potrzebującym - Caritasowi, Owsiakowi albo satanistom, w zależności od preferencji. Zostaje jakieś 40 milionów, z których da się wyczesać jakieś 2 miliony rocznych odsetek, minus podatek. To wyjdzie jakieś 1,6 miliona na czysto, czyli 130.000 zł miesięcznie. Pensja może nie prezesa banku, bo oni zarabiają więcej. Może nie najdroższego piłkarza polskiej ligi. On też dostaje więcej (sorry). Ale można pożyć na godziwym poziomie. :-) 

      Macie to szczęście, że żyjecie w czasach, które pozwalają wygrać i wydać. Oto opowieści czytelników blogu, którzy nie mieli problemu z wygraniem, ale... „Mój dziadek trafił szóstkę w latach 70-tych (pamiętacie te kupony z kalką?). Dziadkowie mieli własnościowe mieszkanie, więc nie mieli prawa do drugiego mieszkania czy domu. Mieli samochód, więc nie mogli kupić drugiego. Dziadek był "ideologicznie podejrzany", więc żadnych wypadów na Zachód, co najwyżej wczasy w Bułgarii, czyli jak co roku. Niedługo po wygranej nastał stan wojenny i ogólna nędza, więc nawet lepszej wędliny nie można było za te pieniądze kupić. Setki kombinacji, jak tu co na kogo przepisać, żeby w ogóle jakoś zyskać na tej wygranej... Skończyło się tak, że jak przyszła wielka inflacja, to babcia w panice kupowała złoto, ale wiele to się z tego nie uchowało.

      Osobną sprawą jest to, ile dziadek w ciągu swojego życia przepuścił pieniędzy na totolotka. Babcia do dziś pomstuje na wspomnienie, jak jej podbierał pieniądze ze skrytki (to było długo przed czasami kont), jak pożyczał od niej przez "podstawionych ludzi", bo mu więcej dać nie chciała. Dość powiedzieć, że poprzednia duża nagroda, jaką dziadek zgarnął, to był motocykl w loterii bodajże "Syrenka", który dostawał ten, kto skreślił najwięcej kuponów. Całkiem spora część pieniędzy z "szóstki" trafiła z powrotem do kolektury. Absurd więc polegał na tym, że dziadek, zaangażowany "od zawsze" w opozycję wobec komunistycznego państwa, z drugiej strony finansował je całymi swoimi zasobami za pośrednictwem monopolu loteryjnego”. - napisała mi jednak z czytelniczek.

      Jako długoletni gracz, świadomy dopłacania do budżetu sporych sum  w postaci podatku od hazardu, jednakowoż niepijący i niepalący, czyli niedokładający się do budżetu w postaci akcyzy od tych używek, mam kilka doświadczeń, którymi się z Panem podzielę. Dwa razy trafiłem "szóstkę". Za każdym razem musiałem podzielić się wygraną  z innymi graczami.  Za pierwszym razem, w końcu lat 80-ych, z bodaj ośmioma. Kolejny raz było nas trzech szczęśliwców. Suma skumulowana, więc wygrana jakby większa, początek transformacji ustrojowej. Pamiętam, jaką sensację wywołało zakładanie przez nas bodaj tygodniowych, czy miesięcznych lokat na kilkusettysięczne sumy. W ciasnej siedzibie oddziału PKO, z kolejnymi klientami za plecami, uzgadniałem wielkość oprocentowania i sumy lokat. Dyskretny private banking powstał dopiero później. Spore sumy przekazaliśmy charytatywnym fundacjom, np. wylicytowaliśmy jedno z pierwszych złotych serduszek owsiakowej WOŚP” - to opowieść kolejnego czytelnika. A może, czekając na losowanie, opowiecie mi własne historie z milionami lub chociaż marzeniami o milionach w tle?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „50.000.000 zł do wygrania w Lotto. Oto opowieści tych, którzy już wygrali!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 września 2011 18:27
    • Piraci z Karaibów już tu są! Mają konta, lokaty i karty... tylko nadzór na Grenadynach

      Jak zapewne wiecie używanie w Polsce nazwy „bank” jest zarezerwowane dla instytucji posiadających licencję na prowadzenie działalności polegającej na udzielaniu kredytów i zbieraniu depozytów. Słowa „lokata” też nie wolno używać bez ograniczeń, choć łatwo to ograniczenie ominąć. Wystarczy nazwać oferowaną usługę łudząco podobną do lokaty np. „kontraktem lokacyjnym” i już jesteśmy w domu. Z tej furtki korzysta np. Finroyal, firma finansowa, która oferuje produkty lokatopodobne z oprocentowaniem mniej więcej trzy razy takim, jakie oferują banki. Firma oczywiście szermuje hasłami o „bezpieczeństwie” i „gwarancjach”. A w rzeczywistości jej klienci udzielają po prostu prywatnej pożyczki firmie FRL Capital Ltd., która podobno ma siedzibę w Londynie i podobno jest dużą organizacją, z kapitałem 28 mln funtów, działającą w wielu krajach.

      Wiecie co mnie dziwi? Swoje brytyjskie strony internetowe (www.finroyal.com) utrzymuje na... serwerze polskiej firmy, bodaj z Milanówka. Jako właściciel strony zarejestrowany jest również nasz rodak, choć - jak zapewnił, kontaktując się ze mną po publikacji tego wpisu - nie ma z Finroyalem nic wspólnego. Londyński jest za to adres firmy: 46 Station Road North Harrow. Może sprawdzicie jak okazała jest siedziba FRL Capital Limited? Tak czy owak: dużo tu polskich śladów, jak na globalną firmę finansową. 

      Finroyal, strona www

      Przedsięwzięć parabankowych, które mają za cel ściągać pieniądze osób znudzonych lokowaniem oszczędności w bankach lub tych, co są spragnieni wysokiego zysku bez ryzyka, nie brakuje. Zapewne proporcjonalnie do liczby ciułaczy spragnionych mocnych wrażeń. Pamiętacie jak pisałem o firmie Amber Gold, która bez żenady używa na swojej stronie internetowej określeń typu „lokata w złoto”, czy „lokata w srebro”, choć nie oferuje żadnych lokat, a tylko produkty lokatopodobne?. Oprocentowanie jest rzeczywiście kuszące - 10-15% (jak rozumiem w skali roku, choć firma tego wyraźnie nie zaznacza). Jak Amber Gold poradzi sobie z wypłatą gwarantowanych klientom odsetek, jeśli cena złota - które jest de facto przedmiotem inwestycji - przez dłuższy okres będzie spadała? „Nawet gdy cena złota spadnie, Klient otrzymuje zagwarantowane w umowie odsetki. Nie przerzucamy ryzyka na naszych Klientów. (...). Na koniec ustalonego terminu lokaty, Klient otrzymuje zwrot wpłaconego kapitału wraz z ustalonym zyskiem w polskich złotych. Cena zakupu i sprzedaży złota jest ustalona z góry, nie ma ryzyka wahań kursowych!. A w książkach piszą, że nie ma zysku bez ryzyka. Widać czas alchemików jeszcze w finansach się nie skończył.

      Jeśli Waszego zaufania nie wzbudza ani firma z Londynu mająca sporo związków z Polską, ani alchemicy z Gdańska, proponuję wam coś bardziej egzotycznego. Może zajrzycie do Loyal Banku, który może i nie ma tak znanej marki, jak PKO BP, ale też nie wypadł sroce spod ogona. Stoi za nim tradycja sięgająca 1997 r. Ma licencję na prowadzenie działalności bankowej - co prawda w Komisji Nadzoru Finansowego o Loyal Banku nie słyszeli, ale to pikuś, bo bank ten ma licencję International Financial Services Authority, organizacji, której już sama nazwa budzi szacunek. „The International Financial Services Authority regulates the international financial sector in accordance with best international practices to ensure that the sector is reputable, and contributes to the economic and social development of St. Vincent and the Grenadines” - czytamy na stronie tej renomowanej organizacji nadzorczej. No, już nie narzekajcie. Trzymaliście pieniądze w Polbanku, który miał gwarancję nadzoru bankowego w jakiejś-tam Grecji, a nie zaufacie renomowanemu nadzorowi finansowemu na St. Vincent i Grenadynach?

      Loyalbank www

      Bank, z którego usług możecie korzystać za pomocą polskojęzycznej strony daje radę, chociaż ma siedzibę na dość dużym zadupiu, czyli na wyspie na Morzu Karaibskim. Ma w ofercie konta osobiste, jak i firmowe w pięciu najpopularniejszych walutach świata, karty MasterCard i Maestro, ma bankowość internetową, system natychmiastowych płatności LoyalPay, usługi powiernicze (co może się przydać tym z Was, którzy potrzebują pilnie ochronić swój kapitał przed złymi ludźmi z urzędu skarbowego albo chciwą, byłą żoną, czyhającą na połowę majątku). Najbardziej ze wszystkich usług Loyal Banku podoba mi się wsparcie przy rejestracji jachtu na St. Vincent. Kurde, czy któryś z personal bankerów w Polsce ma coś takiego w pakiecie? A ci mają. Co prawda nie jest tanio, bo otwarcie samego tylko rachunku wielowalutowego w Loyal Banku kosztuje 95 dolców, ale za to używając karty wydanej przez tę instytucję, można wspierać ochronę zagrożonych gatunków zwierząt na Grenadynach. A to szczytny cel. Co jak co, ale zwierzątka tam muszą mieć urocze. Zresztą to w ogóle jest miłe miejsce. Mam nadzieję, że jak już Loyal Bank na dobre rozgości się ze swoim przedstawicielstwem w Polsce, dostanę zaproszenie na jakiś wyjazd prasowy, by bliżej poznać tego nowego gracza na polskim rynku bankowym. Mam nadzieję, że prezesem Loyal Banku nie jest Johny Depp :-).

       ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji.

      MÓJ TYSIĄC PREMIER I WASZ PIĄTY MILION. We wrześniu - niemal dokładnie dwa i pół roku od swojego debiutu -  blog „Subiektywnie o finansach” obchodził jubileusz: miał tysiąc premier. Więcej o tym wielkim wydarzeniu - czytaj w tej notce. A przy okazji się pochwalę. W pierwszym półroczu 2011 r. blog „Subiektywnie o finansach” odwiedzało miesięcznie średnio 295.300 osób. Z tego ok. 50.000 osób wchodzi tu bezpośrednio, wpisując do przeglądarki adres www.samcik.blox.pl. 

      SUBIEKTYWNOŚĆ, KAWA I HERBATA. Autor blogu „Subiektywnie o finansach” gościł w ostatni weekend w programie „Kawa czy herbata”. Było o dopłacaniu przez banki do konta bankowego, o kartach kredytowych, z których trudno się wycofać, a także o tym czego lepiej nie robić w sobotę o poranku :-). Program możecie obejrzeć na stronie TVP.

      Kawa, herbata, Samcik

      ZOBACZ TEŻ CYKL KLIPÓW WIDEO „PRZEŚWIETLAMY REKLAMY”. W ciągu ostatnich dwóch lat powstało kilkadziesiąt odcinków prześwietlania reklam w wersji wideo. Początkowo kręciłem je wspólnie z Andrzejem Chećko, a później z Anią Skurczyńską i Kasią Łuką. Zostań fanem prześwietlania reklam w wersji wideo i obejrzyj wszystkie odcinki na platformie Gazeta.tv 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Piraci z Karaibów już tu są! Mają konta, lokaty i karty... tylko nadzór na Grenadynach”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 września 2011 08:59
  • poniedziałek, 26 września 2011
    • Kredyt hipoteczny bez marży? Zdarza się. Sprawdź ile musisz za niego zapłacić

      W ostatnich tygodniach banki prześcigają się w hipotecznych promocjach. Podsumował je Expander, którego pozwolę sobie na starcie zacytować. „W Citi Handlowym jesienna oferta pozwala uzyskać marżę na poziomie nawet 0,8% w złotych. Niestety nie mogą na nią liczyć wszyscy. Warunki zależą bowiem od kwoty kredytu i oczywiście tego z jakich dodatkowych produktów skorzysta klient. Dla przykładu na wspomnianą marżę (0,8%) mogą liczyć jedynie ci, którzy zadłużą się na przynajmniej 500.000 zł oraz zapewnią regularny wpływ wynagrodzenia na konto i skorzystają z dwóch innych produktów banku. Przy niższej kwocie kredytu marża wyniesie 1,3%. Marżę na poziomie 0,8% proponuje również Eurobank. Niestety w tym przypadku jest to marża promocyjna, obowiązująca tylko w pierwszym roku spłaty. Po tym okresie marża wzrasta do 1,2%. Ta oferta również wymaga zapewnienia regularnych wpływów na konto.

      Podobną promocję wprowadził również BNP Paribas. Marża w początkowym okresie jest obniżona do 0,9%. Okres jej obowiązywania jest jednak znacznie dłuższy niż w Eurobanku, bo wynosi pięć lat. Później marża wzrasta do 1,29%. Aby uzyskać takie warunki i nie zapłacić prowizji należy jednak regularnie zasilać konto. W ING można liczyć na marżę nawet na poziomie 0,6%. Ta oferta dotyczy jednak nielicznych  - zadłużających się na ponad 750.000 zł i posiadających wkład własny powyżej 50%. Przy kwocie od 250.000 zł i wkładzie własnym od 20% do 50% marża wynosi 0,85% i to w całym okresie kredytowania” - podsumowuje Expander. Ale ja dziś prześwietlę najlepszą z ostatnio ogłoszonych promocji.

      Otóż bank BOŚ wprowadził bardzo kuszącą ofertę dla hipotecznych kredytobiorców - pierwszy w Polsce kredyt hipoteczny z ujemną marżą. Takich szaleństw nie ma chyba nawet w Szwajcarii, gdzie krótkoterminowe stawki LIBOR są ostatnio ujemne, a oficjalne stopy procentowe - zerowe. Jeśli jesteś przedsiębiorcą i masz w polskim banku kredyt we frankach z bardzo, bardzo niską marżą, to kto wie, może niedługo to bank będzie ci dopłacał za to, że wziąłeś kredyt? W jednym z polskich banków podobno już się głowią co zrobić, bo ich system informatyczny nie przyjmuje do obliczeń oprocentowania kredytów korporacyjnych ujemnych wskaźników LIBOR. Po prostu nie zaprogramowano go dla ujemnych stóp procentowych. Komuś zabrakło wyobraźni, czy to raczej świat oszalał?

      Ale wróćmy do BOŚ. Samą ofertę dokładnie opisał już na stronie Wyborcza.biz/finanse mój redakcyjny kolega Maciek Bednarek. Ja tylko pokrótce zasygnalizuję tym, którym nie chce się kliknąć, że od poniedziałku 5 września bank BOŚ będzie udzielał kredytów z marżą minus 0,1%. W standardowej ofercie BOŚ kredyty hipoteczne oprocentowane są według wzoru: sześciomiesięczny WIBOR (dzisiaj to 4,85%) plus marża od 1,5% do 2,5% (w zależności m.in. od kwoty i wkładu własnego). W ramach promocji oprocentowanie kredytu będzie o 0,1 punktu procentowego niższe od aktualnej stawki WIBOR 6M. To oczywiście duża rzecz, bo w ostatnich latach nawet najbardziej napinające muskuły banki nie były w stanie zaoferować mniej, niż 0,79% marży (tyle reklamował BNP Paribas). No, może z jednym wyjątkiem - DnB Nord kilka miesięcy temu zaproponował marżę 0%, ale tylko w pierwszym roku spłaty kredytu.

      W BOŚ Banku, jak pisze Maciek Bednarek, żeby załapać się na niższą marżę trzeba jednocześnie wykupić polisę inwestycyjną Aegon. I uczestniczyć w programie systematycznego oszczędzania przez co najmniej dziesięć lat. Tylko przez taki okres obowiązywać będzie też promocyjna ujemna marża. Po dziesięciu latach wróci do standardowego poziomu. Minimalna składka miesięczna, którą będzie trzeba wpłacać do Aegona wynosi 200 zł. Czyli krótko pisząc: BOŚ czyni nas zakładnikami Aegona - dopóki płacisz tam składki, kredyt nic cię nie kosztuje (w sensie odsetek). Wychodzisz z Aegona - marża idzie w górę, nawet do 2,5%.  Nie lubię Aegona, więc BOŚ-owej promocji też nie lubię. O kosztach związanych z polisami Aegona pisałem już na stronach tego blogu, więc nie będę się powtarzał. Ale spróbuję policzyć czy korzystając z oferty BOŚ da się coś zaoszczędzić.

      Załóżmy, że wezmę w BOŚ kredyt na 200.000 zł pod mieszkanie warte 300.000 zł na jakieś 30 lat. Kredyt jest z wkładem własnym, więc nie ma dodatkowych ubezpieczeń niskiego wkładu. Załóżmy, że załapałbym się na marżę rzędu 1,5%, czyli oprocentowanie mojego kredytu, na normalnych zasadach, wynosiłoby 6,35% (WIBOR 6M plus 1,5% marży). Zatem miesięczna rata to 1244 zł. Ale jeśli zgodzę się wpłacać 200 zł do Aegona, to przez najbliższe 10 lat moja rata będzie niższa. Gdyby marża spadła o 0,1% poniżej WIBOR-u, to mógłbym liczyć na miesięczną ratę rzędu 1043 zł. Ale niestety, jak dowiedziałem się w jednej z placówek banku, przy składce 200 zł nie mam co liczyć na ujemną marżę. Dostanę rabat, ale tylko taki, że marża, zamiast 1,5-2,5% wyniesie 0,8%. To oznacza oprocentowanie mojego kredytu rzędu 5,65%. (WIBOR plus 0,8%) oraz miesięczną ratę w okolicach 1155 zł. Jestem o 89 zł do przodu w porównaniu ze standardową ofertą. Ale za cenę dodatkowych 200 zł wkładanych do Aegona. Tylko ile mnie ten Aegon będzie kosztował? Nie żebym uważał, że nie warto inwestować na przyszłość. Owszem, warto...

      Ale po ile ten Aegon? Przede wszystkim 11,5 zł miesięcznie opłaty administracyjnej. Do tego opłata za ryzyko ubezpieczeniowe - BOŚ nie podaje w informacji ile ona wynosi, zaś na stronie Aegona piszą, że zależy od wieku klienta, kwoty miesięcznej składki i zebranego kapitału. Z tego, co udało mi się ustalić, przeciętna wartość takiej składki to jakieś 2,5 zł miesięcznie. Mamy zatem 14 zł opłat miesięcznie. Teraz najważniejsze - opłata za zarządzanie, która wynosi 1,95% od zgromadzonych pieniędzy (po dziesięciu latach spada do 1,25%). Przy założeniu, że wpłacamy przez dziesięć lat po 200 zł miesięcznie po dekadzie stan naszego rachunku w Aegonie wynosić będzie 50.400 zł. Sporo. Ale po drodze Aegon będzie pobierał po 1,95% rocznie od zebranych aktywów. W pierwszym roku będzie to 46,8 zł, w drugim roku już 93,6 zł (bo i aktywa większe), zaś w dziesiątym roku - 982 zł. Czyli 1,95% od kwoty 50.400 zł.

      W sumie przez dziesięć lat w tym uproszczonym modelu, nie obejmującym zysków, ani procentu składanego, oddam Aegonowi - a i pewnie BOŚ-owi, bo obie firmy muszą dzielić się profitem z tego interesu - z  tytułu opłaty za zarządzanie jakieś 3088 zł.  Dodajmy do tego 1680 zł skumulowanych opłat administracyjnych i za ryzyko - wychodzi 4768 zł, czyli 40 zł miesięcznie. I to zakładając, że BOŚ wynegocjował z Aegonem rezygnację z wszystkich pozostałych jego opłat (bo w taryfie prowizji Aegona jest więcej różnych prowizji, niż podaje BOŚ w ofercie dla kredytobiorców). Rachunek jest więc taki: bez promocji płaciłbym 1244 zł miesięcznej raty kredytu, z promocją płacę 1155 zł, ale dokładam 200 zł do planu inwestycyjnego. W sumie więc wydaję więcej, a dodatkowo plan inwestycyjny w prowizjach będzie mnie kosztował jeszcze 40 zł miesięcznie. Generalnie popieram gromadzenie oszczędności i inwestowanie pieniędzy przez osoby posiadające kredyt hipoteczny. Ale pomysł z Aegonem naprawdę nie należy do najbardziej efektywnych. Z inwestowanych 200 zł średnio 40 zł miesięcznie pochłaniają tu opłaty!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Kredyt hipoteczny bez marży? Zdarza się. Sprawdź ile musisz za niego zapłacić”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 września 2011 10:04
  • niedziela, 25 września 2011
    • Ile kosztuje los na loterię PKO BP?

      Trzeba było kampanii wyborczej do parlamentu, by bank PKO BP złamał się z zaczął oferować lokaty antypodatkowe. Wcześniej oferował tego typu produkty wstydliwie i Broń Boże ich nie reklamował. Choć też przy okazji mrugał do klientów oczkiem. Ale odkąd minister finansów Jacek Rostowski oświadczył, że wstrzymuje prace nad zamknięciem antypodatkowej furtki - taki prezencik dla elektoratu - w PKO BP też przestali się wstydzić i już prawie w każdej placówce na plakacie jest lokata antypodatkowa. Wkłada się pieniądze na trzy miesiące, a wyjmuje się o 4,5% więcej, nie płacąc w dodatku podatku. Czyli zarabia się tyle, ile na zwykłej lokacie, oprocentowanej na 5,55%.

      Jak na PKO BP to całkiem przyzwoite oprocentowanie. To nie jest bank, który do tej pory ostro walczył o depozyty. A tu nie tylko mamy przyzwoite odsetki, ale i mocny konkurs, obudowany reklamami w telewizji. „Tak niewiele trzeba aby zostać milionerem lub zasiąść za kierownicą nowego Nissana Juke. Załóż jedną z poniższych lokat wykorzystując nowe środki. Wymyśl nazwę dla lokaty i podziel się nią z nami wypełniając kupon konkursowy. Najlepiej ocenione propozycje nazw lokat zostaną nagrodzone”. Główna nagroda to milion złotych (bank opłaca podatek od nagrody), a pomniejsze - 20 samochodów o wartości ok. 50.000 zł każdy. Postanowiłem policzyć ile „kosztuje” los na tę loterię. Aby go wykupić, trzeba założyć za co najmniej 1000 zł lokatę. Niekoniecznie tę antypodatkową, ale tak się składa, że ona akurat jest najbardziej opłacalna ze wszystkich możliwych lokat, będących biletami w konkursie. Do wyjęcia jest wspomniane wyżej 4,5% bez podatku. Tylko czasu mało, bo promocja, w czasie której można założyć „antypodatkówkę”, kończy się z końcem września. Ile więc „kosztuje” ten los? O, ten?

      PKO konkurs milion

      Czytaj też: Lokata nie bardzo antypodatkowa, czyli gdy bank się leni

      Sprawdziłem ile, mniej więcej, dają najlepsze lokaty trzymiesięczne na rynku. Tak się składa, że też są antypodatkowe, co uprości rachunki. Liderzy to obecnie „Lokata na start” w Getin Banku oraz „Lokata onLine” w NeoBanku, czyli jednym z największych banków spółdzielczych. W pierwszym oprocentowanie lokaty trzymiesięcznej wynosi 6,04%, w drugim ciut mniej. To oznacza wypłatę wolnych od podatku odsetek w wysokości 15,5-16 zł z każdego zainwestowanego tysiąca. Oczywiście przy inwestycji przekraczającej 20.000 zł rachunek się zmieni, bo tym razem wejdzie już podatek (codzienne odsetki będą zbyt wysokie, żeby go nie płacić). Ale nasz rachunek przeprowadźmy przede dla kwot jak najniższych - czyli załóżmy, że inwestujemy tysiaka i ani grosza więcej.

      W przypadku najlepszej z konkursowych lokat PKO BP mamy oprocentowanie nominalne 4,5%, co oznacza de facto wypłatę po kwartale 11 zł odsetek od każdego zainwestowanego tysiąca. Rachunek jest więc prosty. Każdy los na loterię prowadzoną przez PKO BP „kosztuje”, w formie utraconych zysków z ulokowania pieniędzy u konkurencji, jakieś 5 zł na każdym ulokowanym tysiącu. Dużo to czy mało? Cóż, chyba mniej więcej tyle, ile kupon lotto. Tyle, że szansa na wygranie miliona chyba ciut większa, niż w toto-lotku, choć to oczywiście zależy od liczby „kuponów” wykupionych przez klientów PKO. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Ile kosztuje los na loterię PKO BP? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 września 2011 11:06
  • sobota, 24 września 2011
    • Ciasny Wiesiek już w drużynie ING. Czy przebije Koterskiego i Braciaka?

      Kilka dni temu ruszyła szumnie zapowiadana najnowsza kampania reklamowa ING Banku Śląskiego. Najnowszą gwiazdą holenderskiego Lwa jest aktor Wojciech Mecwaldowski, szerokiej publiczności znany m.in. jako... Ciasny Wiesiek. Teraz będzie to Pomarańczowy Ciasny Wiesiek. Albo Ciasny Wiesiek spod Znaku Lwa. :-)

      Oczywiście trochę sobie dworuję, bo ten gość naprawdę sporo już w życiu zagrał (w sumie naliczyłem ponad 20 filmów i seriali, nie licząc epizodów), ale jednak największą popularność przyniosły mu komedie i seriale komediowe. Osobiście bardzo Mecwaldowskiemu kibicuję, bo już jakiś czas temu zwracałem uwagę, że w erze reklamowego popytu na komediantów i celebrytów jest to postać, która ma duży potencjał marketingowy. Jeśli jeszcze nie widzieliście, to zapraszam do obejrzenia spotu ING.

      Mecwaldowski reklamuje kredyty hipoteczne, które w ING podobno są o tyle przyjazne, że pracownicy banku załatwiają za klienta niektóre formalności. Bank ostro też licytuje jeśli chodzi o marżę, która zaczyna się od 0,6%, ale niestety tylko dla bardzo dużych kredytów z wkładem własnym. Pomysł na wykorzystanie konwencji z kultowego filmu  „Dzień świra" oraz hasło "szkoda życia na mieszkanie w złym miejscu" to kolejny majstersztyk marketingowców najętych przez ING. Choć oczywiście trzeba traktować ten koncept z przymrużeniem oka, bo ludzie nie mieszkają w małych mieszkaniach albo wspólnie z rodzicami tylko dlatego, że mają taki kaprys albo dlatego, że nie chce im się nic zrobić, żeby zmienić swoje życie. Dziś wziąć kredyt hipoteczny bez pensji 3000-3500 zł na rękę jest misją niemal awykonalną. A nie każdy tyle zarabia. Reklama ING jest więc ciekawym pomysłem, ale nie wydaje mi się,  by wiele osób skutecznie ściągnęła do banku po kredyt. A nawet jeśli ściągnie, to na koniec kredyt dostaną tylko ci najlepiej sytuowani.

      Na Mecwaldowskiego jednak popatrzeć warto. Zwłaszcza, że to już trzecia ciekawa twarz wykorzystana ostatnio przez ING. Wcześniej mieliśmy przecież reklamy kredytów hipotecznych z Michałem Koterskim oraz z Jackiem Braciakiem. To też były reklamowe perełki. A ING Bank Śląski wciąż nie potrafił zbudować na nich potęgi w kredytach hipotecznych. Jego portfel takich kredytów na koniec zeszłego roku wynosił raptem 8,5 mld zł. Biorąc pod uwagę, że wielokrotnie mniejszy DnB Nord ma 3,7 mld zł, zaś porównywalny pod względem gabarytów rynkowych Kredyt Bank - 15,9 mld zł. Marketingowo ING jest niestety znacznie lepiej rozwiniętą maszynką, niż sprzedażowo. Ale może Mecwaldowski okaże się na to jakimś antidotum? Póki co obejrzyjcie wszystkie ING-owskie reklamy z komediantami w roli głównej i... napiszcie który z nich wygrywa w tym pojedynku.

      CZYTELNICY DO SAMCIKA, CZYLI ILE MOŻNA ZAROBIĆ CZYTAJĄC BLOG. Subiektywność w finansach naprawdę działa! „Dzięki Pana blogowi udało mi się odzyskać podwójnie naliczone ubezpieczenie niskiego wkładu własnego - 784 zł. Reklamację złożyłem po publikacji wpisu w blogu na ten temat”. Dziękuję za doskonałego bloga. Przynajmniej raz uchronił mnie Pan przed bezsensownymi wydatkami. Myślę o prowizji za niewykorzystany limit do firmowego konta”. Zwrócono mi opłatę za czteromiesięczny abonament. W idealnym świecie skłonny bym był uwierzyć, że to moje starania przyniosły w końcu skutek. Ale domyślam się, że Pana w tym rozwiązaniu jest zasługa. Zatem dziękuję bardzo!”. Fakt, że napisałem do Pana e-maila, wysyłając go do wiadomości rzecznika banku sprawił, że moja reklamacja w końcu została rozpatrzona. Dziękuję!”. Po publikacji w blogu pewien bank przestał patroszyć klienta drogim ubezpieczeniem. Po innej notce w blogu przestał nasyłać na klientkę windykatorów. Open Finance po krytyce w blogu zmienił coś w swoich reklamach. W mBanku obiecali, że poprawią prezentację cen płatnych przelewów. A lista spraw, które udało nam się wspólnie załatwić w latach 2009-2010. 

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji.

      MÓJ TYSIĄC PREMIER I WASZ PIĄTY MILION. We wrześniu - niemal dokładnie dwa i pół roku od swojego debiutu -  blog „Subiektywnie o finansach” obchodził jubileusz: miał tysiąc premier. Więcej o tym wielkim wydarzeniu - czytaj w tej notce. A przy okazji się pochwalę. W pierwszym półroczu 2011 r. blog „Subiektywnie o finansach” odwiedzało miesięcznie średnio 295.300 osób. Z tego ok. 50.000 osób wchodzi tu bezpośrednio, wpisując do przeglądarki adres www.samcik.blox.pl. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Ciasny Wiesiek już w drużynie ING. Czy przebije Koterskiego i Braciaka?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 24 września 2011 15:29
    • Subiektywność (znów!) doceniona!

      Dziś w blogu znów świętujemy. Znów, bo przecież niedawno była tysięczna notka i małe podsumowanie tego, co udało się nam wspólnie osiągnąć. Tym razem okazja jest inna. We właściwą atmosferę wprowadzą nas jurorzy XVI edycji Nagrody im. Eugeniusza Kwiatkowskiego, przyznawanej co roku przez Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie. „Szanowne grono Jury zadecydowało o przekazaniu Nagrody w ręce Macieja Samcika z „Gazety Wyborczej”. Nagroda ta przyznawana jest przez UEK od 1996 roku wybitnym dziennikarzom za najlepsze publikacje o tematyce ekonomicznej”. Taki miły komunikat spotkał mnie - a może to ja spotkałem ów miły komunikat? - w piątkowe popołudnie. Bardzo się cieszę, zwłaszcza, że także na Was, czytelników blogu, spływa część wynikającego z tej wieści splendoru. Sądzę, że ogromna - biorąc pod uwagę generalnie marne zainteresowanie Polaków finansami - popularność „Subiektywnie o finansach”, która jest Waszą zasługą, miała znaczenie dla przynajmniej niektórych jurorów, decydujących komu przyznać nagrodę. 

      Maciej Samcik nominowany został zarówno za artykuł „Przełam lęk przed inwestowaniem", który ukazał się w listopadzie 2010 r., jak i za blog "Subiektywnie o finansach", w którym mądrze, a zarazem w sposób zrozumiały komentuje bieżące wydarzenia z dziedziny giełdy, bankowości, ubezpieczeń” - donosi komunikat. Cieszę się tym bardziej, że sam nie zgłosiłem się do tego konkursu - nigdy nie zabiegałem o statuetki. Prawdopodobnie zgłosił mnie któryś z czytelników. A jury było w tym roku niezwykle zacne. A i towarzystwo laureatów pierwszorzędne. W poprzednich edycjach nagrodę Kwiatkowskiego otrzymali m.in: Roman Młodkowski, twórca TVN CNBC, moi redakcyjni koledzy Witek Gadomski i Tomek Prusek, Joanna Solska z „Polityki", Tadeusz Mosz, bodaj najbardziej znany dziennikarz telewizyjny zajmujący się ekonomią. A także Wiktor Legowicz, Wawrzyniec Smoczyński, Piotr Aleksandrowicz...

      Statuetkę nagrody im. Kwiatkowskiego dołączam niniejszym do wcześniejszych „trofeów”. A więc do nagrody im. Mariana Krzaka przyznanej mi przez Związek Banków Polskich (2004 r.), statuetki „Grand Press” w konkursie miesięcznika „Press” za cykl artykułów o SKOK-ach (2005 r.), III nagrody w konkursie Tylko Ryba nie bierze?”, organizowanym przez Fundację Batorego (2006 r.), nagrody dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego przyznanej przez Izbę Zarządzających Funduszami i Aktywami (2007 r.), do wyróżnienia w konkursie dziennikarskim im. Władysława Grabskiego, organizowanym przez Narodowy Bank Polski (2009 r.), do nagrody „Złote skrzydła”, przyznanej mi przez Krajowy Rejestr Długów (2010 r.) oraz do nagrody dziennikarza roku VI Kongresu Gospodarki Elektronicznej (2011 r.). 

      Dziękuję wszystkim, którzy czytają moje artykuły - pewnie jedne są mądrzejsze, inne głupsze, ale we wszystkie wkładam całe serce. I stale się uczę, z pokorą przyjmując Waszą, często uzasadnioną, krytykę. Ta nagroda to oczywiście po części zasługa redakcji „Gazety Wyborczej”, w której pracuję od 1997 r. Ta firma od lat stwarza mi komfortowe warunki do pracy i realizowania nowych, nawet najdziwniejszych pomysłów. Gdyby nie dano mi ogromnej swobody działania i wymagano po prostu „odbijania karty na zakładzie”, to nie powstałby ani cykl „Prześwietlamy reklamy”, ani książka „Przewodnik po domowych finansach”, ani ten blog. I pewnie nie byłoby większości z nagród, które powodują, że jeszcze bardziej się wstydzę, kiedy zdarzy mi się popełnić jakiś głupi błąd. Zapomnieć o zerze przed przecinkiem albo nie uwzględnić przy jakichś wyliczeniach inflacji bądź procentu składanego :-). No dobra, koniec tych wspominków - czas przygotować coś nowego na blog. Będzie jeszcze dzisiaj :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Subiektywność (znów!) doceniona!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 24 września 2011 11:17

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line