Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • niedziela, 30 września 2012
    • UniSystem, czyli... matematycy wzięli się za fundusze. Będą zarabiać po 20% rocznie?

      Pisałem już niedawno w blogu o nowych pomysłach funduszy inwestycyjnych, które chcą przyciągnąć klientów wizją automatycznych strategii. I tym samym zwolnić ich od trudu wyboru najlepszych funduszy (TFI samo wkłada do portfela te, które ostatnio najlepiej się sprawdzają) bądź też zwalniają klienta od konieczności podziału oszczędności pomiędzy poszczególne rodzaje funduszy (bo portfel i podział wpłaty między fundusze zmieniają się automatycznie. W tle tych pomysłów jest idea, by w prosty sposób ograniczyć ryzyko inwestycji w fundusz i zachęcić klienta do zakupu pewnego pakietu, "czarnej skrzynki", nad zawartością której nie będzie trzeba się zastanawiać. W tym kierunku sterują też fundusze typu absolute return, czyli absolutnej stopy zwrotu. Mają one za zadanie tak zmieniać portfel, by przede wszystkim chronić kapitał inwestorów, zaś jeśli przy okazji uda się trochę zarobić w dobrych czasach - to super. Niestety fundusze "absolutne" spisują się dość słabo i trudno powiedzieć o nich, że są przebojem rynkowym. Nie będę dziś roztrząsał przyczyn tego stanu, zajmę się natomiast ciekawym pomysłem na fundusz z gatunku budowania "czarnych skrzynek".

      Czytaj też: Złoty strzał, czyli 55% w dwa lata zarobiłbyś na chorowaniu

      Chodzi o nowinkę startującą w rodzinie Union Investment TFI, która wprowadza na rynek fundusz zamknięty UniSystem I. Zapisy będą przyjmowane przez cały październik, a żeby kupić udziały funduszu trzeba będzie mieć na koncie co najmniej 10.000 zł. UniSystem I ma być funduszem wykorzystującym tzw. modele ilościowe, algorytmy i modele matematyczne po to, by w inwestowaniu zawsze wygrywać. Schowana w "czarnej skrzynce" matematyka, statystyka i ekonometria ma wskazywać codziennie takie zmiany portfela inwestycji funduszu, które pozwolą mu zawsze być na wierzchu. Wzory, algorytmy, udoskonalane na bieżąco przez analityków, mają podpowiadać jak w danej sytuacji powinny zachowywać się poszczególne aktywa. I na tej podstawie komputerowe systemy będą podejmować odpowiednie decyzje inwestycyjne. A fundusz ma inwestować w kilkadziesiąt przeróżnych instrumentów: kontrakty na indeksy, obligacje, surowce, waluty, podobno nawet w kontrakty terminowe na... zmienność rynków. W efekcie ma zarabiać i w hossie i w bessie, a jego główną zaletą ma być dużo mniejsza zmienność, niż ta, którą pokazują klasyczne fundusze.

      Oczywiście tego typu fundusze nie są wymysłem kosmitów. Na podobnej zasadzie działają np. fundusze z austriackiej grupy Superfund. Nie można powiedzieć, żeby ich algorytmy były specjalnie efektywne, bo od początku działalności w 2005 r. do dziś fundusz Superfund A zanotował ujemną stopę zwrotu - minus 26,6%, co oznacza roczną stratę 4,5%. Podobną strategię podążania za trendami i inwestowania we wszystkie klasy aktywów ma też fundusz Skarbiec Alternatywny, który inwestuje w jednostki niemieckiego funduszu hedgingowego AHL, należącego do renomowanej grupy Man Investments. Ale tu też trudno mówić o zachęcających wynikach. Od sierpnia 2010 r. fundusz zanotował stratę w wysokości 7%. Tyle, że w przypadku Superfunda i Skarbca mamy do czynienia z "nakładkami" na globalne fundusze, a fundusz UniSystem I ma być od początku do końca przedsięwzięciem zarządzanym w Polsce i opartym na wymyślonych u nas algorytmach i wzorach matematycznych.

      Bez kłopotu można znaleźć za granicą tego typu fundusze, które radzą sobie lepiej, niż np. Superfund. Taki np. Medallion Fund od 1988 do 2010 r. miał tylko jeden rok na minusie! Pozostałe lata kończył z zyskiem i to zawsze dwucyfrowym. W rekordowym 2000 r. "wykręcił" sensacyjne 98%. Funduszem zarządzał przez ten czas nie żaden spec od analizy fundamentalnej i wybierania najlepszych spółek, o nie. Cudotwórcą okazał się James Simons, wybitny matematyk, który na giełdę patrzał nie przez pryzmat zysków spółek, a algorytmów odzwierciedlających zachowanie cen aktywów w przeszłości. Simons okazał się tak dobry, że z czasem stał się jednym z najbogatszych inwestorów na całym globie, a jego fundusz stał się elitarnym klubem, do którego wstęp można otrzymać tylko wnosząc tylko odpowiedni wkład intelektualny. Minimalnie większy niż ten:

      W Europie największym  tego typu funduszem jest brytyjski BlueCrest Trend, który ma pod zarządzaniem 13,6 mld dolarów i jest zarządzany przez komputer "nastrojony" mózgiem Brazylijczyka Ledy Braga. W krytycznym dla rynku akcji 2008 r. ten fundusz wykręcił 43% zysku. A np. w zeszłym roku wyszedł na zero, gdy średnia dla wszystkich funduszy tego typu wyniosła minus 5%. 

      Głównym mózgiem UniSystemu jest Robert Ślepaczuk, który automatyczne systemy transakcyjne zgłębia już od kilkunastu lat, z tej dziedziny napisał już doktorat, a w wolnych chwilach :-) wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Opracowany przez niego model składa się z pięciu podsystemów, które mają się wzajemnie dopełniać. Pierwszy zawiera strategie bazujące na analizie technicznej i jest wykorzystywany głównie do inwestowania w kontrakty terminowe na indeksy giełdowe. Drugi podsystem zawiera algorytmy, które mają automatycznie generować sygnały kupna i sprzedaży. Ten podsystem będzie wykorzystywany do inwestycji w kontrakty terminowe na indeksy giełdowe i towary. Trzeci podsystem opiera się na matematycznych wzorach, które analizują zmienność rynku. Na jego podstawie UniSystem będzie kupował kontrakty na... indeksy zmienności rynku (tak, ja też nie wiedziałem, że coś takiego w ogóle istnieje :-)). Czwarty podsystem analizuje zmienność rynków opcji (instrumentów pochodnych) w porównaniu do zachowania tzw. rynków instrumentów bazowych, czyli tych, na których podstawie wystawiane są opcje. Piąty podsystem składa się z wzorów matematycznych mających prognozować reakcje indeksów giełdowych na wskaźniki wyprzedzające zmiany koniunktury w gospodarce (np. PMI).

      Unisystem I

      Co z tego wyniknie? Bóg jeden raczy wiedzieć. Nie mam zielonego pojęcia, czy badania pana Roberta i jego ludzi okażą się na tyle przełomowe, że stosowane przez nich wzory i algorytmy przyniosą zyski niezależne od hossy i bessy. Symulacje przeprowadzane po to, by pokazać jak zachowywałby się fundusz, gdyby istniał w poprzednich czterech latach (przy założeniu, że stosowanych przezeń wzorów wstawiamy dane dotyczące indeksów, wskaźników i całego "wsadu" liczbowego pochodzące z czterech wcześniejszych lat), to w latach 2008-2012 fundusz osiągnąłby średniorocznie 24,5% zysku przy wahliwości (czyli ryzyku) dwa razy mniejszej, niż ta, która charakteryzuje przeciętny fundusz akcji. Brzmi obiecująco, bo w tym czasie WIG20 dał stratę niespełna 3% rocznie, a złoto - zysk 14% rocznie. Gdyby przedsięwzięcie Roberta Ślepaczuka się udało, to możemy mieć funduszowy hit jakich mało. Ale ryzyko jest wysokie: rzeczywistość się zmienia, algorytmy trzeba wciąż modyfikować, a wirtualne zyski z przeszłości nie muszą się przełożyć na te przyszłe. Wystarczy przywołać słabą historię działalności funduszu Skarbiec Alternatywny i funduszy ze stajni Superfund.

      Czytaj też: O najnowszych pomysłach funduszy inwestycyjnych

      A jak mówimy już o funduszowych nowościach, to muszę wspomnieć też o nowym funduszu Skarbca, który też właśnie teraz chce podbić serca inwestorów. Ta nowinka to fundusz Skarbiec Market Neutral, który o tyle ma wiele wspólnego z pomysłem UniSystem, że ten fundusz też będzie jednocześnie inwestował "na długo" i "na krótko". W Skarbcu doszli do wniosku, że skoro nie ma wyraźnego trendu na rynku akcji, to trzeba... uniezależnić wyniki funduszy od tych krótkich trendów, które się na rynku pojawiają. Fundusz będzie kupował akcje wybranych spółek (według zarządzającego - najbardziej perspektywicznych), ale jednocześnie będzie zajmował tzw. krótką pozycję na indeksie akcji. Jeśli spółka będzie notowała wynik lepszy od średniej rynkowej, fundusz będzie zarabiał.

      Skarbiec Market Neutral

      Przykład? Załóżmy, że jakaś spółka rośnie o 15%, zaś w tym samym czasie indeks WIG rośnie tylko o 5%. Ponieważ kontrakt terminowy na indeks wygenerował stratę (ta część inwestycji Skarbiec Market Neutral zarabia tylko w przypadku spadku indeksu), fundusz osiągnie 10% zarobku. Ów zarobek będzie odzwierciedlał z grubsza wzrost akcji spółki, wynikający z tego, że jej kurs zachowuje się lepiej, niż rynek. Efekt wzrostu "rynkowego" został wyeliminowany. W sytuacji, gdy WIG spada, a spółka rośnie, wyniki funduszu są sumą strat indeksu (bo fundusz na nich zarabia) oraz wzrostu cen akcji. Gdy spółka spada na rynku, który spada jeszcze szybciej,niż ta spółka, to fundusz też osiąga zysk - bo na zmianach indeksu zarabia więcej, niż traci na spadku spółki. Najgorszym dla Skarbiec Market Neutral scenariuszem jest ten, w którym zarządzający wybierze do portfela spółki gorsze, niż rynek. I to jest chyba największe ryzyko inwestowania w tę nowinkę.

      Czytaj też: Kolejne funduszowe barany? Stracili pieniądze i przepraszają

      W sumie te dwa pomysły - podobne do siebie tylko w jednym, czyli w inwestowaniu jednocześnie "na krótko" i "na długo" - mogą rozważyć jako eksperyment inwestycyjny ci z miłośników subiektywności, którzy mimo drukowania pieniędzy na potęgę przez banki centralne, nadal uważają, że giełd nie czeka różowa przyszłość. Bo przy założeniu, że akcje będą szły w górę, żaden z nowych funduszy - ani UniSystem I, ani Skarbiec Market Neutral - nie znajdą się w czubie tabeli najlepszych asset managerów. O ile jednak koniunktura na rynkach będzie kapryśna lub wręcz zła, te dwa pomysły na inwestowanie mogą stanowić dobrą amortyzację portfeli inwestycyjnych. Może to pomysł dla prof. Rybińskiego? ;-) 

      SUBIEKTYWNOŚĆ CORAZ POPULARNIEJSZA. Blog "Subiektywnie o finansach" jest coraz bardziej popularnym miejscem w sieci. W tym roku odwiedzacie tę stronę 475.000 razy miesięcznie, co oznacza kilkanaście tysięcy Waszych wizyt każdego dnia. Jeśli macie jakieś propozycje tematów, którymi powinienem się zająć, albo macie problem z bankiem, funduszem inwestycyjnym, firmą ubezpieczeniową albo z pośrednikiem finansowym - piszcie do mnie na Facebooku albo wyślijcie e-mail na adres maciej.samcik (at) agora.pl. 

      Samcik.blox

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. A jeśli masz problem z bankiem, ubezpieczycielem, biurem maklerskim, pośrednikiem finansowym - pisz na maciej.samcik (at) agora.pl. Nie odpowiem od razu, ale na pewno się odezwę.

      Jak pomnażać oszczędności

      KUP E-BOOK "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI"! Poradnik autora blogu o oszczędzaniu i inwestowaniu pieniędzy możecie już kupić nie tylko w księgarni, ale i w formie e-booka! Książkę będziecie mieli na ekranach, klikając ten link, bądź wchodząc do jednej z dobrych księgarń internetowych. Oto kilka recenzji poradnika: ”Dziennik Gazeta Prawna”: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Blog Kreatywa: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami. Pozwala sobie czasem na luźniejszą, bardziej przyjazną formę. Szary obywatel sporo wyniesie z takiej lektury, nie będzie czuł się przytłoczony fachową terminologią, a jednocześnie jego wiedza się wzbogaci". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika"  Portal edukacji finansowej NewTrader.pl: "Praktyczne porady znajdą tu zarówno poważni gracze giełdowi, inwestorzy jak i ludzie, których gospodarowanie pieniędzmi ogranicza się do domowego budżetu. (...) Książkę świetnie się czyta. Poradnik ten został napisany językiem dla laików, każdy z nas zrozumie o co chodzi w pozornie skomplikowanych produktach finansowych".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „UniSystem, czyli... matematycy wzięli się za fundusze. Będą zarabiać po 20% rocznie?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 września 2012 23:55
  • piątek, 28 września 2012
    • Uszkodziłeś zawieszenie na nierównej drodze? Naprawią ci auto za... 90 zł

      Niedawno krytykowałem podejście mBanku do reklamowania ubezpieczeń komunikacyjnych. Nabijanie się z tych, którzy nie kupują najtańszej polisy i nazywanie ich kosmitami jest żartem nieco naciąganym. Bo przecież w ubezpieczeniach nie liczy się tylko cena, ale przede wszystkim jakość procesu likwidacji szkody, jeśli już jakaś szkoda się zdarzy. Miałem już kiedyś bardzo tanią polisę i okazała się ona niestety wielkim nieporozumieniem, zaś osiągnięte przeze mnie poczucie bezpieczeństwa po jej wykupieniu - nader złudne. Stąd nie lubię jak ubezpieczyciele namawiają mnie do zakupu polisy dlatego, że jest najtańsza. Wolę jeśli w cenie polisy - niekoniecznie najniższej na rynku - są bonusy, które powodują, że mam większy komfort korzystania z samochodu. Przy okazji przeczytajcie też o tym który ubezpieczyciel ma najlepszy serwis w ubezpieczeniach komunikacyjnych.

      Takim niezłym pomysłem - który "robi różnicę" - jest, moim zdaniem, nowa opcja w polisach AC sprzedawanych przez Allianz. Jakkolwiek ostatnio ta firma nie ma w blogu najlepszej passy (jej klienci zgłosili m.in. pretensje o chachmęcenie przy składkach), to ostatni pomysł Allianza mi się podoba. Chodzi o klauzulę "Równa droga" - ubezpieczenie, które chroni przed następstwami szkód związanych z wjechaniem na uszkodzony fragment drogi. Po zwrot kosztów można się zwrócić w przypadku uszkodzenia np. felg, opon, elementów zawieszenia, układu hamulcowego, czy wydechu. Suma tego dorzucanego do AC ubezpieczenia wynosi 5000 zł (tzn. jeśli szkody wynikające z jazdy po fatalnej drodze będą wyższe, firma nie pokryje wszystkich kosztów). Sprawdziłem też, czy nie ma tu tzw. franszyzy, czyli wkładu własnego, który musi wnieść właściciel pojazdu do odszkodowania. Nie ma, można zgłosić nawet małą szkodę np. za 500 zł.  A najlepsze jest to, że zgłoszenie szkody w ramach "Równej drogi" nie powoduje zmniejszenia ani skasowania zniżki na kolejny rok. Firma nie traktuje takiej szkody jako obciążenia. To rodzaj "lojalki", bo idąc do innego ubezpieczyciela będzie trzeba się z takiej szkody wyspowiadać, a wtedy...

      Cena opcji "Równa droga" nie jest wysoka, przynajmniej z punktu widzenia właścicieli dość drogich aut, którzy za AC płacą po kilka tysięcy złotych miesięcznie - za ochronę przed konsekwencją wjechania w dziurę płaci się 45-90 zł rocznie (w zależności od wykupionego pakietu). Sprawdziłem też czy firma nie czyni fochów przy likwidacji szkody, bo gdyby trzeba było np. zgłaszać szkodę na policję, to wielu klientów pewnie machnęłoby ręką.na nową opcję.  "Wprowadziliśmy to rozwiązanie, by nie trzeba było się gimnastykować z wszystkimi tymi formalnościami, które trzeba przechodzić, gdy chce się dochodzić odszkodowania od. np. zarządcy jakiejś drogi - dowodzenia w którą dziurę wpadliśmy, czyja to dziura, jak głęboka itd. "Równa Droga" jest klauzulą dodatkową do AC i likwidacja szkody przebiega tak jak w przypadku każdej szkody z AC, czyli poszkodowany zgłasza szkodę, a rzeczoznawca Allianz ocenia jej rozmiar i ustala odszkodowanie" - napisali mi przedstawiciele Allianza

      Miło. Przyznam szczerze, że wyszukiwanie takich nakładek na polisy komunikacyjne, powodujących, że życie staje się bardziej komfortowe, to moje hobby. Kiedyś na użytek blogu wygrzebałem z oferty PZU dodatkową opcję "Door to door", która za 49 zł pozwalała wydłużyć do nielimitowanego czasu korzystanie z samochodu zastępczego w przypadku jakiegoś wypadku. Szkoda, że nie są tacy fajni przy ubezpieczaniu roweru ;-). Pisałem też o uproszczonej likwidacji szkód w Ergo Hestii (choć nie sprawdzałem na własnej skórze czy to naprawdę działa, czy jest tylko marketingową ściemą). Z kolei Link 4 dorzucił do swojego OC opcję "Assistance Opony". Jeśli moje auto, ubezpieczone w ramach polisy OC, stanie w lesie, bo zostanie uszkodzona opona (np. złapię gumę, najechawszy na gwóźdź lub szkło), to w ramach OC mogę się domagać od Link 4 wymiany koła na zapasowe, holowania auta do warsztatu (jeśli nie mam koła zapasowego lub nie da się go wymienić na miejscu) lub naprawę opony w serwisie wulkanizacyjnym. Warto też mieć porządne assistance, zwłaszcza w zimie... I zakontraktować sobie sklep z seksownymi hydraulikami.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Uszkodziłeś zawieszenie na nierównej drodze? Naprawią ci auto za... 90 zł”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 28 września 2012 23:37
  • czwartek, 27 września 2012
    • Nie do wiary: kartowcy sami prowokują polityków do ścięcia swoich prowizji!

      Przepowiadałem jakiś czas temu, że jak politycy zabiorą się za regulowanie rynku kartowego w Polsce to cała akcja skończy się krwawą rzeźnią. Wielu to zrozumiało, nawet bankowcy doszli do wniosku, że era szczęśliwości - polegającej na tym, że handlowcy grzecznie płacą najwyższe w Europie stawki za rozliczanie transakcji kartowych - musi się skończyć. NBP chciał załatwić rzecz ugodowo, porozumieniem wielostronnym, ale wojna propagandowa i biznesowa między dwoma największymi organizacjami płatniczymi - Visa i MasterCard - całą rzecz uniemożliwiła. Najpierw MasterCard odszedł od stołu, wychodząc na największego hamulcowego w polskim biznesie kartowym. Visa zapowiedziała obniżki opłat, a sklepikarze zaczęli nienawidzić MasterCarda. Potem jednak MasterCard odrobił stracone punkty, jednostronnie obniżając interchange i przerzucając piętno na potężnego konkurenta (bo Visa ma 70% rynku). Pisałem wtedy, że to "Majstercard". No i Visa "pękła" - też obniżyła opłaty.

      Wydawałoby się, ze samoregulacja rynku jest jednak możliwa i polityków da się jeszcze wycofać z placu boju. Może nawet byłaby jakaś szansa, by do tego doprowadzić - mimo pokrzykiwań lobby sklepikarzy, że obniżki to tylko gra pozorów -  gdyby nie wyjątkowo nieroztropny krok MasterCarda, który... podwyższył o 0,2%, czyli w sumie niewiele (do 1,9%) średnią prowizję interchange dla kart biznesowych. Nie chodzi nawet o skalę podwyżki, ani o jej znaczenie dla rynku. Chodzi o sam fakt - podwyższając opłaty dla niektórych kart w takim właśnie momencie - gdy wszyscy uważają, iż banki i organizacje płatnicze są zbyt pazerne - MasterCard pokazał swoją  najmniej ładną twarz. Twarz cynicznego gracza, dla którego liczy się tylko kasa i który po dobroci się samoregulował nie będzie. Czy to zachęci kogokolwiek, by uwierzyć, że ta branża może uregulować się sama, bez kagańca założonego na twarz?

      A już całkiem ręce mi opadły, gdy przeczytałem wywiad Michała Skowronka, dyrektora generalnego MasterCard Polska, który ukazał się w środę w serwisie PR News. W tej rozmowie szef naszej odnogi MasterCarda mówi m.in. o tej słynnej podwyżce. "MasterCard rzeczywiście podniesie z 1,7% na 1,9% średnią stawkę interchange dla kart biznesowych od pierwszego listopada. Robimy to w wyniku analizy konkurencji – a konkretnie analizy stawek Visy dotyczących karty konkurencyjnej wobec naszej - Visa Business Classic, której interchange wedle naszej wiedzy wynosi 1,9%. Taką stawkę Visa publikuje w tabeli stawek dla kart biznesowych, chociażby na swoich stronach internetowych. Jest to zatem zrównanie z ceną konkurenta". Ależ zrównujcie sobie, ale nie w takim momencie, kiedy wszyscy patrzą Wam na ręce! :-)

      Zresztą z tym zrównywaniem to podobno też nie do końca jest tak, jak mówi dyr. Skowronek. Visa twierdzi bowiem, że podstawową stawką opłaty interchange stosowaną przez tę organizację dla kart firmowych jest 1,6%. "Dotyczy ona wszystkich rodzajów kart Visa dla firm wydanych w Polsce: debetowych, kredytowych, obciążeniowych i przedpłaconych. Stawka ta jest stosowana dla wszystkich płatności dokonywanych tymi kartami w terminalach POS i płatności w internecie zabezpieczonych systemem Verified by Visa. Stawką 1,6% (oraz niższymi stawkami dla płatności w handlu hurtowym i płatności za rachunki) są objęte praktycznie wszystkie, bo ponad 96% płatności dokonywanych przy użyciu tych kart (...) Stawka w wysokości 1,9% jest stosowana jedynie dla transakcji dokonywanych za pomocą imprinterów, transakcji dokonywanych bez fizycznego okazania karty (dokonywanych telefonicznie i mejlowo) oraz dla płatności internetowych bez systemu zabezpieczeń Verified by Visa, czyli generalnie dla płatności o podwyższonym poziomie ryzyka".  

      Szef MasterCarda w Polsce chyba wcale nie zrównuje, lecz "wyprzedza", a jeszcze daje do zrozumienia, że nie ma zamiaru konkurować ceną, a przeciwnie - lubi dochodzić jak najbliżej do ściany wyznaczonej przez największego konkurenta. Lub nawet ją przebijać ;-). Czy jest to argument na rzecz działania samoregulacji? Bynajmniej. Ale jest i poważniejszy problem. "Transakcje kartami biznesowymi stanowią jedynie 4,2% obrotu kartowego MasterCarda, a także tylko 4,6% ogólnego obrotu tego typu kartami w Polsce" - prawi szef polskiego MasterCarda. Wychodzi na to, że MasterCard nie dość, że zrobił sobie antyreklamę, to jeszcze robi ją "za darmo", bo sam niewiele na tym zarobi. Cóż, może wizerunek dla tej firmy ma znaczenie pomijalne? W tym kontekście opowiadanie o tym, że "wierzymy w siły rynku. To one powinny decydować o zmianach w opłatach" szef MasterCarda mógłby już sobie darować. Wiem, że najpewniej podwyżka opłat to decyzja podjęta poza Polską, ale - co by nie mówić - to właśnie dyr. Skowronek firmuje ją swoją twarzą.

      W siły rynku nie wierzą oczywiście też politycy, bo na stole jest bodaj sześć projektów ustaw regulujących poziom opłat interchange. Zdaje się, że niekonstytucyjnych bądź niezgodnych z prawem unijnym, ale co tam ;-). Posłowie PSL chcą, by maksymalny ich poziom ustalała Komisja Nadzoru Finansowego, a "sufit" miałby wynosić 0,7%. Posłowie PiS proponują, by wszystkie koszty transakcji kartowej wynosiły 0,82-0,99%, z czego interchange fee nie mogłaby przekraczać 85% tych opłat.  Podobne założenia zawiera projekt Polskiej Izby Handlu. Solidarna Polska licytuje jeszcze wyżej - prowizja miałaby wynosić 0,5%. Podobnie chce Ruch Palikota. Fundacja Rozwoju Obrotu Bezgotówkowego mówi o opłacie 0,5% plus marża agenta. Czy więc interchange może spaść nawet trzykrotnie? Może. Każda nieprzemyślana wypowiedź lub decyzja ludzi z kartowego biznesu powiększa ryzyko, że branża bankowa zapłaci za to wysoki rachunek. Jak wysoki? To się da dość łatwo policzyć. Spójrzcie na tę grafikę.


      Interchange, ile stracą banki?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Nie do wiary: kartowcy sami prowokują polityków do ścięcia swoich prowizji!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 września 2012 16:49
    • Alior Sync jednak odpuszcza i... ogranicza kontrowersyjną usługę. Kto straci?

      To się chyba musiało wydarzyć. W środę klienci Alior Sync mogli dowiedzieć się ze specjalnego komunikatu banku o zmianach w systemie przyznawania tzw. cash-backu. Chodzi o słynny już zwrot 5% wartości zakupów internetowych, który był hojnym prezentem nie tylko dla nowych klientów, których Sync chciał przeciągnąć z innych banków (głównie z mBanku, który jednak też nie wypadł sroce spod ogona), ale i dla pomysłowych kombinatorów, którzy są gotowi przesuwać pieniądze z miejsca na miejsce tylko po to, by inkasować 5% zwrotu transakcji (czasem fikcyjnych). Niektóre serwisy internetowe się w tym połapały i zaczęły utrudniać ów proceder. Szefowie Synca najpierw spanikowali i postraszyli swoich klientów prokuratorem (to nie było zbyt mądre, bo pogrążyło wizerunek banku), a potem zaczęli kwestionować niektóre transakcje i po prostu nie wypłacać obiecanych klientom pieniędzy. Podstawy regulaminowe do takich decyzji - zdaniem części klientów - nie są klarowne, ale Sync zapewne wierzy, że klienci nie pójdą do sądu, a jeśli pójdą, to da się wykazać im nieuczciwe zamiary. 

      Blokowanie przez bank niektórych przysługujących klientom zwrotów sugerowało, że w Alior Sync szukają sposobu na rozwiązanie niewygodnego problemu cash-backu. Widać interes zaczął kosztować bank zbyt sporo w stosunku do osiąganych korzyści, czyli liczby przyciągniętych klientów. Ninja ze słynnych reklam nowego banku po prostu przechytrzyli Synca, W środę bank de facto przyznał się do porażki w konstrukcji produktu (bądź do zbyt naiwnej wiary w to, że klienci nie będą nadużywać ich dobroci). Poinformował, że za miesiąc, od 24 października, zasady zwrotu pieniędzy za transakcje internetowe będą inne, niż do tej pory. "Z usługi cash-back, polegającej na zwrocie 5% wartości zakupów internetowych, wyłączone zostały: kody MCC: 4111, 6012, 6211, 6051, 4829". Co to oznacza? Ano, że nie będzie już można korzystać ze zwrotu 5% wartości zakupów za "usługi transportowe", "zakupy w instytucjach finansowych" i "zakupy u brokerów ubezpieczeniowych", nie będzie też premii za "internetowe przekazy pieniężne".

      Nie będzie więc można przepuszczać pieniędzy przez internetowe portmonetki (jak np. mPay) tylko po to, by uzyskać zwrot 5% transakcji. Zostają za to na liście transakcje zawarte na Allegro, co jest dość ważną dla klientów Synca kwestią. Poza usunięciem kilku "korupcjogennych" usług z listy tych, za które Sync zwraca klientom pieniądze, bank zmienił też kilka innych rzeczy. M.in. przyporządkuje teraz limit miesięczny zwrotu pieniędzy do klienta, a nie do rachunku. To z kolei bat na tych, którzy otwierali po kilka, a pewnie i czasem po kilkanaście kont, by zmultiplikować sobie korzyści wynikające ze zwrotu pieniędzy za transakcje internetowe. Do regulaminu wpadł też zapis, że bank, w uzasadnionych przypadkach, może wstrzymać wypłatę całości bądź części pieniędzy z tytułu cash-backu. Słusznie pytacie w komentarzach o jakie "uzasadnione przypadki" chodzi. Bo to wygląda z kolei na bat, którym można rozdawać razy pod byle pretekstem.

      Jeden z czytelników zwrócił uwagę na taki zapis: "Bank zastrzega sobie prawo do wstrzymania uznania danego Rachunku/Rachunków i/lub Rachunku karty/Rachunków karty kwotą odpowiadającą całości lub części zgromadzonych Punktów do czasu uzyskania od Klienta dodatkowych informacji w tym oświadczeń lub dokumentów potwierdzających zakup towaru lub usługi w pojedynczej lub wielu transakcjach będących podstawą naliczenia Punktów, W przypadku braku udzielenia przez Klienta dodatkowych informacji lub odmowy ich udzielenia Bank może wstrzymać uznanie za taką transakcję lub wiele transakcji całkowicie przedstawiając Klientowi swoją decyzję na piśmie". Wygląda więc na to, że od czasu do czasu klient będzie musiał udowodnić, że nie jest wielbłądem.

      I jak Wam się podoba? Ja napiszę tylko tyle, że cash-back to niewątpliwie najbardziej kontrowersyjny produkt Alior Sync. Jeśli miał wyróżnić bank z tłumu innych i zwrócić nań uwagę potencjalnych klientów, to zamiar się powiódł. Być może bank pozyskał dzięki reklamom cash-backu sporo osób. I zapewne większość z nich jest z usług banku zadowolona. Ale jeśli cash-back miał być wizytówką Synca, banku nowej generacji, to niestety - przynajmniej w mojej prywatnej opinii - okazał się porażką. A to potwierdzałoby moją roboczą hipotezę, którą wygłosiłem na gorąco po starcie banku, że Sync wszedł na rynek jako bank under construction.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „Alior Sync jednak odpuszcza i... ogranicza kontrowersyjną usługę. Kto straci?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 września 2012 07:43
  • środa, 26 września 2012
    • Bank do klientki: nie dokazuj, miła nie dokazuj. Klient do banku: między ciszą...

      Czytelników tego blogu nie trzeba przekonywać, że żadna usługa bankowa - a już zwłaszcza kredytowa - nie jest nikomu dana na zawsze. Czasy są trudne i banki dość uważnie patrzą swoim klientom na ręce. A jeśli klient czymś podpadnie... Dostałem ostatnio kilkanaście listów od osób, które skarżyły się, że bank nie przysłał im  nowych kart kredytowych. Nie, nie zapomniał. Nie przysłał, bo nie ma już ochoty kredytować tych klientów. Takie wygaśnięcie umowy o kartę to problem, bo wykorzystany limit trzeba spłacić, a mało kto zakłada, że bank z dnia na dzień skasuje mu finansowanie. Warto takie ryzyko zawsze mieć z tyłu głowy i przygotować sobie plan B, najlepiej w postaci poduszki finansowej na wypadek, gdyby bank nagle zażądał spłaty limitu w karcie, debetu w koncie lub kredytu gotówkowego.

      Moja czytelniczka, pani Agnieszka z Poznania, miała pecha wyjątkowego. Prowadząc działalność gospodarczą miała problem z komornikiem, który zgłosił się do jej banku - BZ WBK - by zająć konto. Nie wnikam w to, czy problem finansowy pani Agnieszki był realny, czy wynikł z jakiegoś nieporozumienia. Dość, że jak tylko bank dowiedział się o tym, że komornik interesuje się pieniędzmi pani Agnieszki, nie tylko posłusznie zablokował jej wszystkie konta (nie tylko firmowe), ale od razu zaczął jakby mniej poważać swoją klientkę, którą wcześniej dopieszczał, zaliczając ją do segmentu prestiżowych. Skutek był taki, że pani Agnieszka straciła dostęp do finansowania, jej firma praktycznie straciła zdolność zarabiania pieniędzy, a domowe finanse czytelniczki są dziś w opłakanym stanie.

      Czytaj też: Jeden człowiek, jeden bank i... dwie karty. I robi się wesoło

      Do BZ WBK nawet trudno mieć pretensję, bo z przesłanego mi opowiadania pani Agnieszki wynika, że bank po prostu nie przedłużył jej na kolejny rok limitu debetowego, nie musiał go nawet wypowiadać. Czytelniczka ma pretensję, że bank "zapomniał" ją o tym poinformować. Bank zaprzecza i twierdzi, że klientka dowiedziała się o tym podczas rozmowy telefonicznej ze swoim doradcą. Dlaczego nie w formie pisemnej? Cóż, bank się nie popisał, ale regulamin debetów jest w tym przypadku nieprecyzyjny, bo mówi jedynie, że: "w przypadku odmowy odnowienia limitu lub zmiany warunków kredytowania, bank zawiadomi o tym fakcie kredytobiorcę na 14 dni przed upływem okresu obowiązywania udzielonego limitu". Nie ma tu nic o tym, że bank musi to zrobić na piśmie. To mi się nie podoba, ale BZ WBK w odpowiedzi na reklamację pani Agnieszki powołał się na "wewnętrzne regulacje" i zamknął sprawę. No nie, wcześniej w BZ WBK zebrała się jeszcze orkiestra i zaśpiewała pani Agnieszce: "Nie dokazuj, miła nie dokazuj...:" ;-)

      "Bank ściąga ze mnie raty skasowanego limitu mimo, że nie został on prawidłowo wypowiedziany, a poza tym jest w trakcie reklamacji u rzecznika klienta" - skarży się pan i Agnieszka. Chodzi o kwotę 8.100 zł,  więc o pieniądze, które piechotą nie chodzą. Pani Agnieszka ma do BZ WBK pretensje, że to bank wpędził ją w długi. "Bank zablokował mi na zlecenie komornika zarówno konto firmowe, jak i osobiste bez informowania mnie o blokadzie, a potem nie przedłużył limitu. Następnie wpisał mnie do BIK-u jako nierzetelnego klienta i zablokował kartę kredytową, bo nie dokonywałam wpłat na konto osobiste. Jak miało być inaczej, skoro wszystkie pieniądze, które wpłacałam, bank księgował na spłatę limitu kredytowego?" - żali się czytelniczka.

      "Chuck Norris na pewno już nie pomoże. Mimo nie rozpatrzonej jeszcze reklamacji przez Rzecznika Klienta z ramienia banku - czyli osoby, która ma wykazać że bankowi niby zależy na kliencie – mam wypowiedziane wszystkie produkty kredytowe na kwotę prawie 40.000 zł i ciagłe telefony z pytaniami kiedy spłacę pieniądze.  Aby załagodzić sprawę rozmawiam z dyrektorem oddziału, panią z działu Monitoringu Przeterminowanych Należności czy czegoś tam, tłumaczę się im bez przerwy, ustalam nowe warunki wyjścia z sytuacji, po czym okazuje się że państwo nic o tym nie wiedzą, bo nie ma komunikacji między nimi. No obłęd! Najbardziej rozczula mnie ostatnie zdanie z listu, który otrzymałam od dyrektora oddziału: "liczymy na pełne zrozumienie” A kto mnie zrozumie?" - kończy pani Agnieszka. Cóż, ja panią Agnieszkę trochę rozumiem. Z powodu być może drobnej zaległości bank zablokował jej konta, a potem uznał za niewiarygodnego klienta i nie przedłużył limitu kredytowego. Ponieważ na konto osobiste nie trafiały wystarczające pieniądze (to znaczy trafiały, ale były przekazywane na spłatę rat limitu), bank wypowiedział pani Agnieszce kartę kredytową.

      Czytaj też: Gdy bank szuka pretekstu, by wypowiedzieć umowę

      Co mogę poradzić? Tu chyba jedynym ratunkiem byłby arbitraż bankowy. Zgłoszenie sprawy do Arbitra Bankowego kosztuje 50 zł, więc ryzyko jest niewielkie. Jeśli bank się będzie opierał i nie będzie chciał pójść do arbitrażu - to znaczy, że ma coś na sumieniu i można ewentualnie się wściec i oddać sprawę do sądu (niestety, z ryzykiem, że potrwa trzy lata). Ale intuicyjnie czuję, że jeśli BZ WBK nie chce mieć z panią Agnieszką nic wspólnego, to nic im niestety nie można zrobić, poza skrytykowaniem za to, że nie wytłumaczyli klientce dlaczego potraktowali ją per noga. Dla ogółu czytelników blogu wynika z tej sprawy jeden tylko morał: warto przejrzeć swoje limity zadłużenia, karty i podobne produkty i pomyśleć co by było, gdyby bank nagle zechciał zamknąć umowy. Jeśli z takiego domowego stress-testu wychodzi Wam, że byłoby niewesoło, to... cóż, warto zacząć budować poduszkę finansową.

      Gdy pani Agnieszka walczy o to, by bank zechciał prowadzić jej konto i przywrócił debet, inni moi czytelnicy mają problem z konta, którego... nie chcą. Cóż, jak się okazuje, w przyrodzie nic nie ginie, choć - i tu jest drobne niedopasowanie przyrodnicze - pan Krzysztof i pani Katarzyna z powodu nie chcianego konta walczą nie z BZ WBK, ale z Polbankiem. "Prosimy o pomoc w absurdalnym sporze z Polbakiem, który po kilku latach, bez naszej zgody, reaktywował zamknięte konto i zaczął sobie naliczać opłaty za prowadzenie tego konta. Bank nie reaguje na żądania zamknięcia konta i nalicza kolejne opłaty" - piszą czytelnicy. Autor blogu dosiadł rumaka i ruszył na odsiecz, uprzednio dokonawszy oblucji sytuacji. "W grudniu 2008 r. założyliśmy konto w Polbank EFG. Zrobiliśmy to tylko po to, by założyć jednorazowo lokatę na trzy miesiące, co było niemożliwe bez posiadania konta osobistego.

      Lokatę zlikwidowaliśmy w marcu 2009 r. i złożyliśmy w Polbanku dyspozycję zamknięcia rachunku. Po likwidacji lokaty nie wykonaliśmy na rachunku żadnej operacji. Polbank nie zamknął rachunku i co pewien czas przysyłał nam wyciągi stwierdzające, że na koncie jest 0,00 zł. Po otrzymaniu każdego takiego wyciągu interweniowaliśmy w Polbanku prosząc o zamknięcie niepotrzebnego nam, pustego i nieużywanego konta. Bez skutku. W kwietniu 2012 r. otrzymaliśmy z Polbanku wyciąg informujący nas o obciążeniu konta opłatą miesięczną w kwocie 6 zł. Natychmiast po otrzymaniu tego wyciągu złożyłem w oddziale Polbanku reklamację z kategorycznym żądaniem konta. Reklamację przyjęto dopiero po awanturze z kierowniczką oddziału, gdy zagroziłem, że w przypadku nie przyjęcia ode mnie dyspozycji zamknięcia rachunku wyślę ją do Polbanku pocztą listem poleconym.

      Odpowiedzią Polbanku było naliczenie kolejnej opłaty za prowadzenie rachunku. Kwota debetu wzrosła do 12,08 zł. W czerwcu otrzymaliśmy z Polbanku pismo z odpowiedzią na reklamację, w którym Polbank nie odpowiedział na zarzut. Za to załączył kolejny wyciąg z naliczeniem kolejnego debetu wraz z odsetkami. Kwota debetu wzrosła do 18,23 zł. Działanie Polbanku ma wszelkie cechy świadomego oszustwa i próby wyłudzenia. Odmowa przez szeregowych pracowników Polbanku przyjmowania dyspozycji zamknięcia konta,świadczy o tym, że pracownicy mają zakaz zamykania nie używanych kont. Czujemy się trochę jak bohaterowie sztuki Mrożka lub Kafki" - zakończył list do mnie pan Krzysztof. W tym przypadku bankowcy zaśpiewali klientom o tym, że naprawdę nie dzieje się nic :-) 

      Teraz już mogłem wsiąść na konia i zaatakować Polbank. Nawet nie za to, że żywi głęboką niechęć do likwidowania martwych kont (wszak statystyki pomogły właścicielom Polbanku uzyskać zań od Raiffeisena godziwą cenę), ale za to, że te nie używane konta obciąża prowizjami, co stresuje klientów. Gdyby nie obciążał, to nie byłoby awantury, a tylko zmanipulowane statystyki. Moja ofensywa przyniosła po tygodniu efekt w postaci rozwiązania problemu. "Sprawa klienta jest już zakończona zgodnie z reklamacją - rachunek zamknięty, a opłaty anulowane. Klienta przepraszamy bardzo za zaistniałą sytuację" - odpisano mi z banku. A więc można? Można! Ale tylko pod warunkiem, że wróg, to znaczy niejaki redaktor Samcik na białym koniu, pojawia się u bram ;-). A dopóki wróg u bram się nie pojawia, to między ciszą a ciszą chwile w banku się kołyszą ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Bank do klientki: nie dokazuj, miła nie dokazuj. Klient do banku: między ciszą...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 26 września 2012 09:39
  • wtorek, 25 września 2012
    • Parabanki padają jak muchy. Ale czy przepis, który je wykańcza, jest dokładny?

      Podobno prowadzenie parabanku to dziś działalność wysoce ryzykowna. Mam z kilku takich instytucji sygnały, że nagle interesuje się nimi prokurator, że naloty przeprowadza skarbówka... I komu to przeszkadzało? ;-) Chyba z połowy firm tego typu, zamieszczonych na słynnej liście ostrzeżeń KNF już nie ma. Po prostu się zamknęły "na wszelki wypadek". Ostatnio prokuratura zadała nawet szyku i wsadziła do aresztu prezesa Centrum Inwestycyjno-Oddłużeniowego... Czy ludzie prowadzący parabanki powinni uciec z kraju, by nie dopadły ich policyjne brygady antyterrorystyczne? A może wystarczy dobry prawnik i uda się wywinąć, potem wytaczając Skarbowi Państwa proces o odszkodowanie? Niektórzy z parabankowców twierdzą wprost, że prawa nie łamią, bo ono jest dziurawe. Ale ilekroć pytam o to osoby z prokuratury lub z nadzoru bankowego - mówią, że przepis mówiący o zakazie działalności parabankowej jest prosty jak drut i precyzyjny. Mówi tak rzecznik prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, szef Komisji Nadzoru Finansowego Andrzej Jakubiak, mówi to samo też była szefowa Narodowego Banku Polskiego Hanna Gronkiewicz-Waltz.

      Lecz gdyby tak było, to prokuratorzy chyba by tak nie odpuszczali śledztw, nie zamiatali pod dywan, nie umarzali. A to nie chodzi tylko o Amber Gold, umarzano też postępowania w sprawach Finroyal, Pozabankowego Centrum Finansowego, a także Perfect Trade. Może więc jednak mamy jakiś defekt w prawie, który umożliwia spokojne życie ludziom prowadzącym parabanki? Poszedłem z tym niepokojem do pewnego topowego prawnika od finansów. Tacy ludzie zwykle pracują w bankach, więc mówiąc o parabankach wolą zachować anonimowość. Wspólnie rozebraliśmy na czynniki pierwsze art. 171 ust. 1. Prawa bankowego. Ten, który zdaniem parabankowców pozwala im działać legalnie. Brzmi on następująco: "Kto bez zezwolenia prowadzi działalność polegającą na gromadzeniu środków pieniężnych innych osób fizycznych, prawnych lub jednostek organizacyjnych niemających osobowości prawnej, w celu udzielania kredytów, pożyczek pieniężnych lub obciążania ryzykiem tych środków w inny sposób, podlega grzywnie do 5 mln zł i karze pozbawienia wolności do lat trzech".

      "Generalnie i w skrócie przepis wskazuje, że jeśli ktoś gromadzi środki innych osób - poza własnymi - w celu obciążenia ich ryzykiem, podlega karze. Sytuacja się komplikuje gdy zaczynamy "obracać" własnymi środkami. Według prawa można to robić". To sytuacja, w której znajdują się firmy pożyczkowe, zarówno Provident, jak i mniejsi pożyczkodawcy. Z tej furtki mogą teoretycznie korzystać niektóre parabanki - z jednej strony gromadząc pieniądze od ludzi, a z drugiej udzielając pożyczek wyłącznie z własnych środków. A więc unikając "obciążania ryzykiem" pieniędzy klientom. Jeśli prokurator chce zamknąć parabank, to powinien udowodnić, że ów parabank obciążył pieniądze klientów ryzykiem. Trzeba byłoby więc przetrzepać gruntownie papiery i wykazać, że np. pożyczek w danym czasie było więcej, niż firma mogła mieć środków własnych. Bo przecież pieniądze nie są znaczone, trzeba wnioskować na podstawie przepływów. Prokurator winien mieć więc łeb jak sklep, sztab biegłych, a policja - zdążyć zabezpieczyć ślady zanim papiery nagle się zagubią albo spalą w kominku.

      Mój łebski prawnik uważa jednak, że jest pewna furtka, która pozwala prokuratorowi nie posiadać sztabu księgowych i biegłych od finansów, by przyskrzynić parabankowca. Nawet takiego, który śmiejąc się w oczy powie prokuratorowi: "panie kochany, inwestuję własne pieniądze, nie obciążam niczego ryzykiem, odwal się pan". Ta furtka to fakt, że przepis art. 171 ust. 1. Prawa bankowego dotyczy przestępstwa mającego tzw. charakter formalny. "Do jego popełnienia wystarczy samo gromadzenie środków pieniężnych w określonym ustawowo celu, nie jest zaś konieczne osiągnięcie tegoż celu, tj. obciążenie gromadzonych środków pieniężnych ryzykiem. (...) Jeżeli więc dany parabank gromadzi środki pieniężne na podstawie uprzednio zawartych umów pożyczek lub umów depozytu nieprawidłowego, wówczas - przy spełnieniu dalszych przesłanek z art. 171 ust. 1 Prawa Bankowego - dojdzie do wyczerpania znamion przestępstwa". A już myślałem, że mógłbym prowadzić parabank, pożyczając pieniądze od ludzi i inwestując je w Kokosie. Spójrzcie jaką osiągnąłem stopę zwrotu. Mógłbym zbierać lokaty płacąc 12% i jeszcze wyszedłbym na swoje. Nota bene na takiej zasadzie działają niektóre parabanki, działając w serwisach pożyczek społecznościowych.

      Kokos.pl - panel klienta

      W tym momencie niejeden parabankowiec zapewne ma smutną minę, bo dochodzi do wniosku, że jak prokurator się uprze, to nie wystarczy powiedzieć, że udziela się pożyczek z innych pieniędzy, niż te, które są przyjmowane od klientów. Prokurator ma tylko jeden kłopot: powinien udowodnić, że parabankowiec miał zamiar obciążania pieniędzy ryzykiem. Ale do tego wystarczy zapewne dowód w postaci reklamy z gazety albo z telewizji, w której pojawia się pożyczka albo jakaś inwestycja, na którą - hipotetycznie - parabankowiec mógłby potrzebować pieniędzy od ludzi. Parabankowcy jednak mają kolejny argument. Mówią, że nie gromadzą środków "innych osób", bowiem z umów podpisywanych przez klientów wynika, że te pieniądze przechodzą na ich własność. A zatem przekazuję firmie parabankowej pieniądze na własność, po czym za jakiś czas firma mi te pieniądze oddaje z odsetkami. Ale ryzykiem obciąża pieniądze własne, a nie "środki innych osób".

      Sprytne? Łebski prawnik i na to ma sposób. Takie postępowanie to jego zdaniem wspomniany wyżej tzw. "depozyt nieprawidłowy". Bankowy prawnik uważa, że jeśli w umowie jest napisane, że klient przekazuje parabankowi pieniądze, a parabank musi je oddać z procentem, to jest to zwykła pożyczka. A jeśli pożyczka, to pieniądze nadal należą do "innych osób". Bo gotówki nie można przewłaszczyć na określony czas, a tylko na stałe. "Ponieważ z czynności prawnych stanowiących podstawę „gromadzenia środków” przez parabank wynika nie tylko przejście ich własności na parabank, lecz przede wszystkim obowiązek ich zwrotu przez ten podmiot (w przeciwnym razie – braku obowiązku zwrotu przez parabank – byłyby to umowy darowizny) wynika, że są to środki pieniężne „innych osób” w rozumieniu art. 171 ust. 1. Prawa Bankowego. Z okoliczności, że środki te przez pewien okres stają się własnością parabanku nie wynika, że w istocie tracą one przymiot „środków pieniężnych innych osób”. Czasowe przejście własności tych środków na parabank na podstawie umowy np. depozytu nieprawidłowego, nie powoduje utraty prawa majątkowego po stronie klienta parabanku". Prawnik uważa, że jeśli zamiast prawa własności przysługuje wierzytelność o zwrot środków, to konwersja prawa klienta nie powoduje, że nie dochodzi do gromadzenia środków pieniężnych innych osób w rozumieniu art. 171 ust.1. Prawa Bankowego.

      "Teza zgodnie z którą zawarcie, np. umowy depozytu nieprawidłowego powodującej uzyskanie przez parabank własności przechowywanych środków klienta, miałoby stanowić podstawę wniosku, że nie mamy do czynienia ze „środkami pieniężnymi innych osób” w rozumieniu art. 171 ust. 1 prawa bankowego lecz ze środkami własnymi danego podmiotu (dlatego, że środki te stały się własnością tego danego podmiotu (parabanku) nie daje się pogodzić z tą częścią przepisu art. 171 ust. 1 prawa bankowego, który zakazuje „gromadzenia środków pieniężnych innych osób (…) w celu obciążania tych środków ryzykiem”. Oczywistym jest, że ustawa nie zakazuje gromadzenia środków pieniężnych własnych. Niemniej, jak wskazano powyżej nie są „własnymi” środkami te, co do których istnieje obowiązek ich zwrotu wynikający z zawartej uprzednio umowy, np. pożyczki, depozytu nieprawidłowego". Jest w Prawie Bankowym przepis, a konkretnie art. 102, który mówi, że na własność banku można przenieść środki w celu zabezpieczenia wierzytelności..Dotyczy to tylko jednak banków i tylko przewłaszczenia w konkretnym celu - zabezpieczenia wierzytelności. Nie można tak po prostu na czas określony przenieś własności środków pieniężnych. Można środki komuś podarować lub pożyczyć.

      Generalnie ze środkami własnymi można robić co się chce, tylko najpierw pod odpowiednim tytułem muszą stać się czyjąś własnością. Nie można ich przewłaszczyć na czas określony z obowiązkiem zwrotu bo to jest pożyczka. A więc, drodzy przedsiębiorcy prowadzący parabanki - kicha, spora kicha. Prawnik rozwija skrzydła i powtarza raz jeszcze, tak żeby każdy dobrze zrozumiał:  "Art. 171 ust. 1. Prawa Bankowego ustanawia przestępstwo o charakterze formalnym i dla jego zaistnienia nie ma także znaczenia sposób, czy też rodzaj czynności w oparciu o które dochodzi do opisanego w nim „gromadzenia środków pieniężnych innych osób” oraz to czy w następstwie tych czynności gromadzący staje się właścicielem środków czy nie. Jeżeli środki pochodzą od innych osób i są gromadzone w celu określonym w ustawie, norma tego przepisu znajduje zastosowanie. (...) Środki pieniężne stanowiące przedmiot dalszych czynności bankowych gromadzone mają być pod jakimkolwiek tytułem zwrotnym i pochodzić mogą od osób fizycznych, prawnych lub jednostek organizacyjnych niemających osobowości prawnej, czyli od każdego potencjalnego uczestnika  obrotu gospodarczego"

      Mamy więc już zamknięte dwie furtki, które sprawiają, że prokuratorzy niechętnie ganiają się po sądach z parabankowcami. Nie da się powiedzieć, że biorę od klientów ich pieniądze, a inwestuje lub odpożycza wyłącznie własne. Nie da się też powiedzieć, że biorę pieniądze od kogoś i je przewłaszczam, by nie były to pieniądze "innych osób". Zostaje jeszcze tylko jeden pomysł: robić tak, jak mógłby robić Marcin P. - jeśli dobrze rozumiem, ludzie kupowali w jego firmie kawałek sztabki złota i je przechowywali. Zysk wypłacany klientom pochodził z przechowywania złota, a nie z "obciążania ryzykiem" pieniędzy klientów.  Gdyby okazało się, że złoto, powstałe z zakupu od Amber Gold, można było skutecznie przewłaszczyć na czas określony na firmę Amber Gold, nie będąc posądzonym o pożyczkę (która - jak wiemy - nie powoduje, że pieniądze przestają być środkami "innych osób"), to mielibyśmy jednak lukę w przepisie.  Amber Gold nie gromadziłby wówczas środków pieniężnych innych osób, tylko zakupione przez te osoby złoto, potem przewłaszczone na niego z obietnicą zwrotu. A więc może jednak luka w przepisie?

      Zapytałem o to prawników jednej z największych firm doradczych w Polsce. Oni też nie chcieli mówić pod nazwiskami, ale nieoficjalnie wydali taką wykładnię: "Dyspozycja art. 171 ust.1 prawa bankowego jest szeroka, ponieważ nie zawęża gromadzenia środków do gromadzenia ich pod jakimkolwiek tytułem zwrotnym, jak ma to miejsce w generalnej definicji banku zawartej w art.2 prawa bankowego. Sama szersza dyspozycja przepisu daje więc w większym zakresie możliwość kwalifikowania przedmiotowego czynu jako czynu zabronionego". Brzmi mądrze, ale chodzi zapewne o to, że jeszcze zanim doszłoby do "przewłaszczenia środków", i tak doszłoby do ich "gromadzenia". A to już pozwala prokuratorowi podejrzewać, że przepis z art. 171 Prawa bankowego jednak został złamany. Co zatem musiałoby się stać, żeby działalność firmy gromadzącej pieniądze nie łamała rzeczonego przepisu? Prawnicy piszą tak:

      "Okoliczność nie wypełniania znamion czynu art. 171 ust.1 prawa bankowego może zajść m.in. wówczas gdy określona spółka środki te wyłącznie gromadzi bez celu ich dalszego wykorzystywania w ramach wykonywania określonych czynności bankowych.  Bez głębszej znajomości określonej umowy inwestycyjnej trudno jest określić czy zawierała ona podstawę do dalszego inwestowania zgromadzonych środków pieniężnych.  Wątpliwe jest jednak aby w tego typu umowach nie było zawartych podstaw do inwestowania uprzednio zgromadzonych środków (obciążania ich ryzykiem). Zapewne z tego powodu KNF składał do prokuratury zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, uznając, iż tego rodzaju działalność prowadzona bez zezwolenia wypełnia znamiona czynu zabronionego". 

      O jeszcze innej sytuacji pisze mi jeden z czytelników blogu. "Załóżmy, że nie pożyczam pieniędzy na procent, ale w taki sposób, że mój kontrahent przeznacza je na działalność np. handlową i zakupuje za nie towar, który w jego mniemaniu powinien sprzedać się na pniu z dużym zyskiem. Transakcja zakupu legalna, pożyczkobiorca ma najlepsze intencje i nie ma zamiaru mnie oszukać. Towar się nie sprzedaje, pieniądze są stracone. Czy obciążył pożyczone ode mnie pieniądze ryzykiem? Oczywiście. Czy je wcześniej ode mnie pożyczył, a więc są to pieniądze "innych osób"? Jak najbardziej, bo nie ma handlu bez ryzyka. Ale art. 171. Prawa Bankowego zaczyna się tak: "Kto bez zezwolenia prowadzi działalność polegającą na gromadzeniu środków pieniężnych (...)". Pożyczkobiorca z mojego przykładu prowadzi działalność handlową, a nie polegającą na „gromadzeniu środków pieniężnych”. Wyobraźmy sobie, że ten sam przedsiębiorca weźmie takich pożyczek sto, a przedsięwzięcie handlowe się nie uda. Czy prokurator miałby prawo uznać, że „gromadził środki bez zezwolenia” i obciążył je ryzykiem?" - pyta mój czytelnik. Obawiam się, że zostałoby to uznane za "gromadzenie środków pieniężnych", więc i ten pomysł raczej nie przejdzie.

      SUBIEKTYWNIE O PARABANKACH. Blog "Subiektywnie o finansach" od dawna przygląda się tematyce parabanków. Już we wrześniu 2009 r. w blogu pisałem o firmie Finroyal, działającej podobnie do Amber Gold. W styczniu 2010 r. w blogu pojawił się pierwszy tekst o Amber Gold i produktach lokatopodobnych. I o tym, że ktoś mąci spokój prokuratorom. W kwietniu 2010 r. wołałem, że pośrednikiem finansowym nie może dowodzić człowiek z wyrokiem. Do tematu wróciłem w styczniu 2012 r., kiedy Amber Gold otworzył placówkę pod nosem Komisji Nadzoru Bankowego i Narodowego Banku Polskiego. W marcu alarmowałem, że ludziom wydaje się, iż prywatne pożyczki, zdaniem połowy ciułaczy, są równie bezpieczne co depozyty w bankach. W kwietniu ujawniłem działalność firmy Mizar Profit, która płaciła 16% w skali roku i... ostrzegała przed bankami. Opisywałem też jak pryska czar Finroyala. Na początku lipca opisywałem medialny kontratak Amber Gold. I oskarżenia firmy pod adresem KNF. W połowie lipca zająłem się dziwnymi umowami, które Amber Gold spisuje ze swoimi klientami, a z których wynika, że lokata w złoto nie ma nic wspólnego z zarabianiem na złocie. Później zastanawiałem się czy przypadkiem władze nie postanowiły skasować Amber Gold stosując metody zbyt kozackie oraz o cwaniakowaniu prezesa Amber Gold. Pisałem też co musi się stać, żeby prezes Amber Gold zarobił 44 mln zł. Zajawiłem również moje pomysły na to, by tacy goście, jak Marcin Plichta musieli ostrzegać w reklamach, że nie mają nic wspólnego z bankami. Nie mogłem też powstrzymać się przed uwagą, że tacy dżentelmeni to często recydywiści. Raz im nie wyszło, ale się nie przejęli. A mimo to zajmuje się nimi Komitet Stabilności Finansowej, Była w blogu spowiedź lichwiarza (czy udzielicie mu rozgrzeszenia?), były też wiadomości dotyczące kolejnych parabanków, które reklamują się w internecie. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „Parabanki padają jak muchy. Ale czy przepis, który je wykańcza, jest dokładny?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 września 2012 18:31
    • Zleciłeś przelew awansem? Uważaj, gdy w banku dzień kończy się już o 8.10!

      Otrzymałem zagadkowy list od czytelniczki prowadzącej działalność gospodarczą w ramach jednoosobowej firmy. "Panie Redaktorze, jestem Pana wierną czytelniczką i fanką jednocześnie. Muszę Panu donieść, że ING Bank Śląski pozbawił mnie właśnie na co najmniej miesiąc opieki zdrowotnej tylko dlatego, że dla niego dzień kończy się już o godz. 8.10. Zleciłam bankowi przelew składek do ZUS awansem, a potem wyjechałam na wakacje. Bank pieniędzy nie wysłał, bo o godz. 8.10 w dniu realizacji zlecenia nie było środków na koncie, a potem już wysłać nie próbował, choć środki nadeszły". Dziwna sprawa, prawda? Jak wiadomo każdego dnia w każdym banku są trzy sesje przelewów przychodzących i trzy wychodzących. W ING pierwsza sesja przelewów wychodzących jest właśnie o godz. 8.10, ale ona bynajmniej dnia pracy w banku nie kończy - potem są jeszcze dwie - ok. godz. 11.30 i ok. godz. 15.00. Podobno jest też czwarta sesja, późno-popołudniowa, dla przelewów do ZUS. W czym więc problem? 

      Czytaj też: Krajowy rejestr czegoś-tam, czyli pomysł: trzepanie naiwnych

      Skontaktowałem się z czytelniczką i powziąłem mrożącą krew w żyłach wiedzę, którą muszę się z Wami podzielić. Otóż pani Agata co miesiąc płaci z konta firmowego, założonego w ING Banku Śląskim, składki ZUS i podatki do urzędu skarbowego. Dzieje się tak już od kilku lat, bo firma ma od początku rachunek właśnie w tym banku. I nigdy z przelewami nie było żadnych problemów, może poza tym, że bank każe sobie za nie płacić, tak samo, jak za prowadzenie konta. To rzeczywiście przykre, ale cóż - skoro klientka nie chciała pójść do banku, w którym prowadzenie rachunku dla przedsiębiorców jest za darmo... Podobno chce płacić, bo ma w bloku oddział ING i jeśli tylko zdarzy jej się chęć porozmawiania z pracownikami o czymkolwiek, to schodzi tam w kapciach. I za tę przyjemność moja czytelniczka postanowiła płacić. No, jest to jakieś wytłumaczenie, choć mętne.

      W lipcu pani Agata wyjechała na urliop, uprzednio składając w ING Banku Śląskim zlecenie płatnicze z odroczonym terminem dotyczące składek ZUS na kolejny miesiąc. Na koncie nie było pieniędzy, ale pani Agata złożyła też w innym banku polecenie przelania pieniędzy na konto w ING. Był to piątek wieczorem, a przelewy do ZUS miały wyjść w poniedziałek. Pani Agata spakowała manatki i wyjechała daleko na czas jakiś. Po powrocie nie zaglądała na rachunek aż do kolejnego terminu płatności składek. I dopiero przy tej okazji zorientowała się, że jej przelew ZUS-owski za poprzedni miesiąc... nie został wykonany. Bank poinformował ją o tym w systemie transakcyjnym już następnego dnia po terminie tamtej płatności, ale do mojej czytelniczki wiadomość doszła dopiero po miesiącu. Pani Agata piekli się, że bank nie raczył jej nawet wysłać SMS-a z informacją, że coś poszło nie tak, a jedynie zostawił informację w serwisie transakcyjnym. Spojrzałbym na tę argumentację z przymrużeniem oka. Dużo bardziej ciekawe jest jednak to dlaczego przelew zlecony przez moją czytelniczkę nie wyszedł?

      Czytaj też: ZUS i odwieszanie działalności, czyli urzędasy wkraczają do akcji

      Poza dyskusją jest to, że kasa miała wyjść z innego banku na konto w ING w piątek. Ale nie wyszła, bo przelew został zlecony dopiero wieczorem, już po ostatniej przed weekendem sesji systemu Elixir. To jeszcze nie powinien być żaden dramat - przecież kasa w związku z tym musiała wyjść do ING już pierwszą sesją Elixir w poniedziałek, a więc bank powinien ją zaksięgować ok. 9.00. A później wypuścić do ZUS, zgodnie z życzeniem klientki - ok. południa bądź ok. 15.00, czyli jedną z dwóch kolejnych sesji przelewów wychodzących. Dlaczego tego nie zrobił? Moja czytelniczka zadzwoniła na infolinię ING, gdzie dowiedziała się, że... w przypadku przelewów zleconych awansem bank wysyła pieniądze tylko pierwszą sesją Elixiru, czyli o godz. 8.10! Później już nawet nie próbuje, bo uznaje, że dzień dla przelewów zleconych awansem właśnie się skończył. Gdyby czytelniczka zleciła przelew tego samego dnia, a nie z przyszłą datą, to nie byłoby problemu - jedną sesją dziennie bank wypuszcza pieniądze tylko w przypadku przelewów z datą przyszłą.

      Panią Agatę trafił szlag. Założyła kapcie i poszła do swojego oddziału ING Banku Śląskiego upewnić się czy jest tak, jak powiedziano jej w infolinii. Pracownicy oddziału najpierw się zdziwili, ale potem zadzwonili do centrali i potwierdzili - dla przelewów zlecanych awansem dzień kończy się już o 8.10. Jeśli w tym momencie pieniędzy nie będzie jeszcze na koncie, a przyjdą np. godzinę później, to przelew i tak już danego dnia nie wyjdzie. Pracownicy oddziału zostali zapewnieni przez centralę, że informacja o tym ograniczeniu jest w regulaminie prowadzenia konta i klienci są o nim poinformowani. Moja czytelniczka postanowiła być jak rzep, który czepia się psiego ogona i poprosiła, żeby wskazać jej  ów punkt. I tu zaczęły się schody, bowiem... nic takiego w papierach nie udało się znaleźć. W regulaminie był jedynie następujący punkt dotyczący zleceń z późniejszą datą: "Zlecenia płatnicze w złotych z odroczoną datą płatności złożone za pośrednictwem Systemu realizowane są stosownie do wskazanej przez Klienta daty płatności. W przypadku daty płatności przypadającej na dzień wolny od pracy realizacja nastąpi w najbliższym dniu roboczym". Koniec, kropka. Ani słowa o tym, że bank olewa dwie z trzech sesji systemu Elixir.

      Czytaj też: O debecie zabranym znienacka. Niełatwe życie przedsiębiorcy

      Rzecz prawdopodobnie skończy się złożeniem przez panią Agatę reklamacji, bo wypadnięcie na cały miesiąc z publicznego systemu ochrony zdrowia skomplikowało czytelniczce sporo spraw. Przy okazji pani Agata postanowiła sprawdzić, czy w innych bankach zasady realizacji przelewów wcześniej zleconych są równie dziadowskie, jak w ING. Wykonała kilka telefonów do banków i okazało się, że... np. w Alior Banku zasada jest podobna, jak u "pomarańczowych" - bank próbuje wysłać pieniądze tylko raz, choć przecież tam powinna być wyższa kultura bankowości. Ale już np w BZ WBK zapewnili moją czytelniczkę, że próbują taki przelew wypchnąć co godzinę, aż do ostatniej sesji Elixiru o godz. 17.00. Sprawdzają stan konta i jeśli w ciągu dnia pieniądze na nie wpłyną, przelew jest wykonywany.  Przyjazną politykę dla przedsiębiorców ma PKO BP - ten bank w przypadku przelewów do ZUS korzysta z wspomnianej wyżej czwartej sesji Elixir-u i wypuszcza taki przelew o godz. 19.00, już po ostatniej sesji przychodzącej. Wygląda więc na to, że ING Bank Śląski, choć próbuje kreować wizerunek banku nowoczesnego i otwartego na nowinki (np. uruchamia strefy wi-fi w różnych miejscach publicznych), w sprawie ułatwiania klientom opłacania składek ZUS koszmarnie daje ciała. A propos ZUS...

      Pochwaliłem przed chwilą PKO BP, ale zdaje się, że nie ma róży bez kolców. Inna moja czytelniczka, pani Ania, zastanawia się gdzie podziewają się jej pieniądze przekazane na spłatę karty kredytowej. "Jestem wierną klientką PKO BP, mam tam i rachunek (od 1989 r.) i kartę kredytową. Zlecając przelew na spłatę zadłużenia na karcie kredytowej widzę, że od samego rana tego dnia kwota ta jest zdjęta z mojego konta. Na koncie karty kredytowej jest natomiast księgowana tuż przed północą. Operacje księgowania na kontach kart kredytowych odbywają wyłącznie raz na dobę tuż przed północą. Konsultantka na infolinii poinformowała mnie, że nie jest to uregulowane w Regulaminie dot. karty kredytowej. Zatem gdzie się podziewają te pieniądze przez cały dzień? Jestem pozbawiona tych środków i na koncie i na karcie ...trochę to nienormalne". Cóż, to się nazywa zarządzanie płynnością.
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (44) Pokaż komentarze do wpisu „Zleciłeś przelew awansem? Uważaj, gdy w banku dzień kończy się już o 8.10!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 września 2012 09:22
  • poniedziałek, 24 września 2012
    • Luigi Lovaglio: cyniczny kat polskich firm, czy... menedżerski wzór do naśladowania?

      Luigi LovaglioLuigi Lovaglio, prezes Banku Pekao, powoli wyrasta na enfant terrible polskiej branży bankowej. A właściwie na króla bezdusznych biurokratów, którzy dla zwiększenia rentowności banku o promil są gotowi na wszystko - wypowiedzieć kredyt ratujący firmie życie, wyrzucić tysiące ludzi na bruk, wywołać upadłości przedsiębiorstwa ważnego dla całej gospodarki. Lovaglio w ostatnich miesiącach pokazał tę bezduszną część swego jestestwa nader dobitnie. Jeśli w konsorcjum banków nie ma zgody na ratowanie jakiejś firmy, wiadomo, że hamulcowym jest Lovaglio. Jeśli jakiś bank jako pierwszy wypowiada firmie kredyty - od razu trzeba podejrzewać Pekao. Jeśli ktoś nie chce dopuścić konkurencyjnych bankowców do lepszych zabezpieczeń, choć jednocześnie chcą oni dać firmie zastrzyk finansowy - po wyjaśnienia można w ciemno dzwonić do prezesa Lovaglio. Tyle, że wtedy nie uśmiecha się on tak słodko, jak na zdjęciu.

      W połowie czerwca, tuż przed turniejem Euro 2012, kierowany przez Lovaglio Bank Pekao wypowiedział kredyty dwóm wielkim firmom budowlanym - PBG i Hydrobudowie, wbijając obu firmom duży gwóźdź do trumny.  Łącznie obie firmy są warte Pekao 162 mln zł. W połowie lipca Pekao ścigał się z BRE Bankiem o palmę pierwszeństwa w konkurencji pt. kto pierwszy odetnie finansowanie dla sieci supermarketów Bomi (tu chodziło o 34 mln zł). Teraz z kolei prezes Banku Pekao nie chciał się zgodzić na dalsze finansowanie budowlanego holdingu Polimex. Nie dość, że sam nie zamierzał dać pieniędzy, to jeszcze nie pozwalał, by gwarancji udzielił firmie konkurencyjny PKO BP. Bo wtedy rywal miałby lepsze, niż Pekao zabezpieczenia. Lepiej więc, żeby Polimex upadł, a tysiące ludzi straciło pracę? Lovaglio dał się przekonać do kompromisu dopiero po interwencji Ministra Skarbu, który podobno w celu zmiękczenia Lovaglio naciskał nawet na włoskiego ambasadora w Warszawie.

      Czytaj też: Klienci ukarali fundusze, które umoczyły pieniądze z PBG  

      Dziś prezes Lovaglio pracuje na podobną opinię, jaką legitymował się kiedyś wśród firm BRE Bank. Za czasów prezesury Wojciecha Kostrzewy ten bank wykonał kilka kontrowersyjnych posunięć, polegających na wypowiadaniu kredytów firmom mającym kłopoty finansowe, ale i atrakcyjne nieruchomości. Firmy odcięte od finansowania składały się jak domki z kart, a bank kładł łapę na atrakcyjnych zabezpieczeniach. Sam opisywałem taką historię w odniesieniu do mięsnych zakładów Pozmeat, ale to nie jedyny przykład. Teraz Luigi Lovaglio też może liczyć na przyprawienie mu gęby bezwzględnego egzekutora, kata polskich firm. Nie wiem czy go to martwi, ale każdy chcący mu taką gębę przyprawić od razu przypomni sprawę producenta makaronu Malma (Bank Pekao odciął firmę od pieniędzy, bo nie mógł dogadać się z głównym akcjonariuszem Michelem Marbotem, a dziś Malma jest bankrutem), czy umowę "Chopin", w której Bank Pekao oddaje włoskiemu Pirelli RE prawo pierwokupu wybranych nieruchomości przez 25 lat (Pekao zapewnia, że umowa nie jest wykonywana, ale nie zamierza jej anulować).

      Lovaglio nie doprowadza do bankructwa polskich firm z czystej, sadystycznej przyjemności. To człowiek, który przez 30 lat pracował w bankach, przebył drogę od szeregowego pracownika w okienku oddziałowym do prezesa. W tym czasie przesiąkł zasadami zarządzania, które wykluczają podejmowanie decyzji finansowych pod wpływem emocji. Lovaglio - jeszcze jako wiceprezes, a potem dyrektor generalny Banku Pekao - był chodzącą technokracją. A teraz, kiedy już w banku nie ma prezesa Jana Krzysztofa Bieleckiego, Lovaglio jest chodzącą technokracją podniesioną do kwadratu. Każde jego działania musi być uzasadnione rachunkiem na cyferkach. W dodatku jako prezes banku ma w głowie wyrytą zasadę, że jego podstawowym obowiązkiem jest chronić kapitał akcjonariuszy. Nawet przez sekundę nie pomyślałby, żeby robić uprzejmości prezesowi PBG Jerzemu Wiśniewskiemu (który - w mojej prywatnej opinii - zarządzanie firmą momentami mylił z działalnością hazardową), czy szefom Polimeksu (którzy prowadzili kreatywną księgowość, żeby ukryć straty na kontraktach). Ktoś powinien wreszcie powiedzieć, że tak nie wolno zarządzać firmami. Może pan Bloom? ;-).

      Dlatego - mimo patriotycznego zacięcia - mam opory, by czynić prezesowi Lovaglio zarzut z tego, że doprowadza do ruiny tę czy inną polską firmę. Tak samo zresztą, jak nie postawię zarzutu nieracjonalnego utrzymywania przy życiu wielkich firm głównemu rywalowi Pekao - w połowie należącemu do państwa PKO BP. W interesie państwa, czyli największego udziałowca PKO BP jest to, żeby do urzędów pracy nie zgłosiło się kilkadziesiąt tysięcy nowych bezrobotnych - sierot po Polimeksie, jego spółkach zależnych oraz podwykonawcach. Z kolei udziałowcom Pekao jest to obojętne, oni chcą mieć jedynie pewność, że otrzymają pieniądze z powrotem. To rozumowanie doprowadzi nas do dość radykalnego wniosku, że polskie firmy po kredyty powinny przychodzić wyłącznie do PKO BP (bo tam jest akcjonariusz, który w razie potrzeby uratuje, a nie dobije), zaś prywatni inwestorzy powinni kupować akcje wyłącznie Banku Pekao (bo tam jest akcjonariusz, który nie porzuci fetyszu w postaci jak najwyższego zysku na rzecz innych fetyszy, np. patriotycznych ;-)). Na wszelki wypadek nie rozwinę tego wątku ;-). Bardzo jestem ciekaw co o tym sądzicie. Komentujcie!

      Czytaj też: Najczęstszy bankowy prezes? Luigi Lovaglio jest w czołówce

      W postawie Luigi Lovaglio dziwi mnie tylko jedno: że nie dostrzega potrzeby komunikowania się z rynkiem, racjonalnego uzasadniania swojej postawy. Kiedy wypowiedział umowy kredytowe PBG oraz Hydrobudowie, a dzień później pojawił się z okazji konferencji poświęconej Euro 2012 (Pekao był oficjalnym partnerem imprezy), oświadczył tylko, że nie będzie mówił o swoich relacjach z klientami. Po piątkowych, nocnych negocjacjach w sprawie Polimeksu jego służby prasowe też odmówiły komentarza. Prezes Lovaglio zachowuje się tak, jakby kompletnie mu nie zależało na wizerunku. Sęk w tym, że jeśli przedsiębiorcy będą straszyć nim swoje dzieci, to nawet oferując najlepsze warunki na rynku Bank Pekao szybko przestanie być największym bankiem korporacyjnym w naszym kraju. A przy okazji wyrzuci w błoto całą swoją strategię komunikacyjną, dotyczącą rebrandingu.

      Pekao, nowe logoMówienie o tym, że teraz niegdysiejszy "żubr" przybrał barwy biało-czerwone i dzięki temu jest bliżej polskich klientów, może wzbudzić już tylko uśmiech. Prezes Pekao Luigi Lovaglio niemal każdym swoim gestem pokazuje, że dla niego liczą się tylko słupki. To, czy dotyczą one klienta w Polsce, czy w Zimbawe, to już kompletnie bez znaczenia. Być może tak właśnie powinien postępować ideał menedżera bankowego? Być może włączenie emocji prędzej czy później prowokuje błędy i prowadzi do porażki? Może. Ale marketingowa kreacja z "Bankiem Pekao w barwach biało-czerwonych" w tych okolicznościach wychodzi na zwykły pic, który nie zgrywa się zupełnie z rzeczywistym obliczem banku. Tak swoją drogą ciekaw jestem, czy gdyby problem wielomilionowej gwarancji bankowej dotyczył dużej budowlanej firmy we Włoszech, Luigi Lovaglio zachowałby się podobnie, jak w przypadku Polimeksu? Chcę wierzyć, że tak.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (38) Pokaż komentarze do wpisu „Luigi Lovaglio: cyniczny kat polskich firm, czy... menedżerski wzór do naśladowania?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 września 2012 00:31
  • sobota, 22 września 2012
    • Dlaczego w Zielonej Górze nie lubią już banku Nordea? Odpowiedź w Gorzowie

      Czasem brak znajomości lokalnych stosunków potrafi mocno zaszkodzić. Także bankowi. Dzieje się tak zarówno w  skali makro - na polsim rynku kariery nie zrobił żaden bank, który usiłował wprost zaszczepić u nas wzorce z innych krajów, nie uwzględniając naszych preferencji - jak i w skali mikro. Dostałem niedawno list od pani Katarzyny, która jest klientką banku Nordea z Zielonej Góry. List miał zachęcający tytuł: "Dlaczego Nordea nie podbije serc Zielonogórzan?". Pani Katarzyna ma w Nordei kredyt hipoteczny i bardzo była z niego zadowolona, tak samo zresztą, jak i z samego banku. Ale bank nie był zadowolony ze swojej kariery na polskim rynku i postanowił się nieco skurczyć. Instytucje ze Skandynawii tak mają, że czasami coś im strzeli do głowy i się wycofują z rynku, na którym mają sukcesy.

      "Podobało mi się w Nordei wszystko, a najbardziej podobała mi się profesjonalna i naturalnie uprzejma obsługa. Po raz pierwszy czułam, że bankowi zależy na mnie, że nie jestem nic nieznaczącym elementem, jakich wiele. Wynegocjowałam warunki, podpisałam umowę o kredyt hipoteczny. W banku byłam częstym gościem, ostatni raz 23 maja. Jak się później okazało, dwa dni później zapadła decyzja o zamknięciu oddziału, to znaczy, o skonsolidowaniu go z oddziałem w Gorzowie Wielkopolskim". Pani Kasiu, było po prostu za dobrze. Nie jest możliwe, żeby było dobrze i trwało. Jest nawet taki przebój: "Nic nie może przecież wiecznie trwać". Za miłość do banku pani Kasi przyszło zapłacić. "Ile czasu potrzebuje bank, żeby powiadomić swoich klientów o zamknięciu swojego jedynego oddziału w mieście? Odpowiedź: kilka tygodni" - skarży się moja czytelniczka.

      "Pod koniec maja drzwi oddziału zostały zamknięte i pojawiła się na nich kartka o zawieszeniu obsługi kasowej do odwołania. Ale przecież w banku było jeszcze stanowisko do obsługi kredytów! Zadzwoniłam do oddziału. Nie było już nikogo z pracowników, telefon odebrała osoba, która wcześniej tam nie pracowała.  Potwierdziła to co słyszałam od znajomych, że oddział zostanie zamknięty, a klienci przeniesieni do Gorzowa Wielkopolskiego. Kilka dni później przyszło pismo w tej sprawie. Była połowa czerwca. Zapewniano, że otrzymam dedykowanego doradcę, do którego będę mogła się zwrócić w każdej sprawie związanej z kredytem. Minął miesiąc. Zadzwoniłam do oddziału w Gorzowie. Cóż. Nie mam opiekuna i prędko mieć nie będę, bo oddział w Gorzowie w ogóle nie zatrudnia osoby od kredytów hipotecznych!". Genialne prawda? Gdybyście szukali recepty na to jak rozpieprzyć dobry bank i zamienić go migiem na dziadowski, to podam Wam adres centrali Nordei, tam można się dostać promem.

      A teraz najciekawsze: dlaczego Nordea może stracić klientów zielonogórskich i nigdy nie zdobyć nowych, nawet po ponownym otwarciu oddziału w Winnym Grodzie? Pani Kasia zna odpowiedź. "Ano dlatego, że przenosiny do Gorzowa Wielkopolskiego to najgorszy dla nas scenariusz. Oba miasta wiecznie rywalizują między sobą (wystarczy popatrzeć na lubuskie żużlowe derby) i dlatego województwo lubuskie ma dwie stolice, a lokalni politycy spotykają się w połowie drogi, czyli w Paradyżu.  Zielonogórzanie reagują wysypką na hasło „do Gorzowa”. Postanowiłam przenieść się do oddziału w Poznaniu, bo mam tam lepszy dojazd, a przy okazji wizyty w Poznaniu można skorzystać z tego, co ma Poznań, a czego nie ma ani w Zielonej Górze, ani w Gorzowie Wielkopolskim (pojeździć na nartach na Malcie, pójść do zoo czy do Ikea).

      Do prowadzenia banku nie wystarczy wiedza z zakresu bankowości. Bank to ludzie, stąd w obsłudze klienta przydaje się znajomość psychologii, socjologii, czasem historii. Jeśli bank sam decyduje o tym, co dobre dla ich klientów, nie mówiąc o potajemnym zamykaniu oddziału, taki bank powinien wrócić do szkoły, bo kompletnie nie rozumie materii, z którą przyszło mu pracować. Tak jak bohaterka jednego z Pana wpisów w blogu byłam chodzącą reklamą Nordei, teraz zaś jestem jej zaciekłym wrogiem". W ramach dalszej restrukturyzacji proponowałbym Nordei zlikwidowanie oddziału w Poznaniu i przeniesienie obsługi klientów do Warszawy, najlepiej na stadion Legii.  Genialnym pomysłem mogłoby też być skasowanie oddziałów w Gdańsku i przeniesienie ich do Gdyni, polecam stadiom Arki. Z życzeniami udanej restrukturyzacji: Maciek Samcik. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Dlaczego w Zielonej Górze nie lubią już banku Nordea? Odpowiedź w Gorzowie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 22 września 2012 13:43
  • piątek, 21 września 2012
    • Banki płacą krocie za krótkie lokaty: nawet 10% w skali roku! Gdzie tkwią haczyki?

      Wygląda na to, że banki robią nam w ostatnich dniach swoiste happy hours. W przeddzień nieuchronnego spadku oprocentowania (na rynku międzybankowym WIBOR już dyskontuje oczekiwaną pierwszą obniżkę stóp procentowych RPP) mamy istny wysyp pomysłów na korzystne oszczędzanie. O tym, że w gąszczu promocji można ustrzelić nie lada okazję, przekonałem się w czwartek, kiedy w ramach oferty specjalnej w Santander Consumer można było założyć przez internet roczną lokatę na 6,7%. Oferta była dostępna tylko dosłownie przez cztery godziny!  Jeśli macie do ulokowania pieniądze, to sprawdzajcie na bieżąco oferty banków, bo czasy są takie, że okazje chodzą po ludziach. Z kolei Multibank ostatnio zaoferował swoim najlepszym klientom roczne lokaty na 6,5%. Idea Bank wymyślił z kolei inżynierię finansową, z której można wycisnąć co prawda tylko 6% przez rok, ale za to bez podatku (czyli mamy równoważnik "zwykłej" lokaty dającej 7,5%).

      Czas zabezpieczyć tyły: przegląd długich lokat na trudne czasy

      Ale najbardziej spektakularne oferty dają dziś znacznie więcej, niż 6,5-6,7%. Alior Sync płaci 7,5% w skali roku na tzw. lokacie rekomendacyjnej (wystarczy namówić kolegę, żeby też taką założył). Ale lokata jest tylko na cztery miesiące. Nordea proponuje lokaty na 9% (o nich za chwilę). Idea Bank mówi nawet o 10% w skali roku. Kłopot w tym, że najlepsze na rynku propozycje mają też minusy. Prześwietlmy lokatę Idea Banku na 10% w skali roku. Lokata jest niestety tylko jednomiesięczna, nieodnawialna i można włożyć na nią maksymalnie 10.000 zł. No i nie da się założyć więcej, niż jednej takiej lokaty. Zarobi się na niej 0,67% po opodatkowaniu (67 zł z każdych ulokowanych 10.000 zł). W stosunku do "normalnej" lokaty, oprocentowanej przykładowo na 5%, zarobek jest o jakieś 30 zł wyższy. Piechotą nie chodzi, ale z drugiej strony są i koszty: Idea Bank oferuje ten depozyt tylko w swoich placówkach, trzeba się więc nastawić na solidne "grillowanie" przez pracowników banku, którzy albo od razu wcisną do lokaty jeszcze kilka innych produktów (np. plan regularnego oszczędzania), albo w najlepszym razie wycisną z ciebie zgodę na przetwarzanie danych w celach marketingowych i ustrzelą przy najbliższej okazji (np. przy okazji likwidowania lokaty).

      Idea Bank lokata 10% 

      A propos: Niedawno znęcałem się nad Idea Bankiem i jego najnowszymi ofertami dla małych przedsiębiorców. Dziś tylko przypomnę pokrótce, że Idea Bank kusi "bezzwrotną pożyczką" i zwrotem 400 zł co miesiąc (żeby przedsiębiorca miał na ZUS), ale niestety trzeba za to zapłacić sprzedażą wiązaną i założeniem sobie pętli na szyję na długich dziesięć lat. Nie to jednak mnie najbardziej drażni w ofercie Idea Banku, lecz fakt, że firma celowo zamydla obraz produktu, podrzucając bonusy, które wyglądają pozornie na bardzo korzystne, ale w połączeniu z drakońskimi zobowiązaniami klienta okazują się być tylko kwiatkiem do kożucha. Nie lubię wpuszczania w maliny, a to jest właśnie oferta tego gatunku. Z tego samego powodu - zamydlania - moją uwagę zwróciła oferta Nordea Banku.

      Dziennikarzom Nordea zareklamowała ją tak: "Nordea Hit: nawet 9% na lokacie jednomiesięcznej!". Pozornie nie ma tu ściemy, firma podaje na tacy informację, że lokata jest tylko na miesiąc. Wprawdzie zapomina poinformować, że te 9% jest w skali roku, a nie miesiąca, ale oprocentowanie lokat zwykle podaje się w skali roku. Gorzej z samą ofertą: przewiduje ona, że od 10 września klienci, którzy wykupią program oszczędnościowo-inwestycyjny, mogą dodatkowo skorzystać z wysoko oprocentowanej lokaty na okres od jednego do trzech miesięcy. W przypadku lokaty jednomiesięcznej oprocentowanie wynosi właśnie owe mityczne 9%. Oczywiście w skali roku. Czyli... 0,75% w skali miesiąca. A po odciągnięciu podatku - 0,6%. Wow, majtki opadają. Wkładasz 10.000 zł, dostajesz z powrotem 10.060 zł. No, ale 9% nieźle brzmi, przyznacie.

      Nordea hit czyli kit

      Co trzeba zrobić, by z zainwestowanych 10.000 zł zainkasować całe 60 zł premii? Ano niewiele, jedynie drugie tyle samo pieniędzy wystawić na ryzyko inwestowania na giełdzie. A więc zakupić jeden z oferowanych programów oszczędzania: Nordea Inwestor, Nordea PSO, Nordea Gwarant, można też wybrać jednostki uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych Nordea SICAV. A jeszcze trzeba otworzyć konto w banku  Nordea i bezpłatny rachunek oszczędnościowy Nordea Progres. Dobra lokata na 10.000 zł oznacza konieczność jednoczesnego zainwestowania w jeden z powyższych produktów drugich 10.000 zł. Zaś w przypadku planów ze składkami systematycznymi, pobieranymi co miesiąc, na lokacie można położyć tyle, ile wynosi 20-krotność rocznej składki. Jeśli więc inwestujemy po 200 zł miesięcznie, to maksymalna lokata miesięczna na 9%  w skali roku może wynieść 24.000 zł

      Czytaj też: 55% zysku w dwa lata. Tyle mogłeś zarobić na... chorowaniu

      Bank w informacji prasowej oplata całkiem zgrabnie. "Wprowadzając ofertę łączącą lokatę z różnymi produktami oszczędnościowo-inwestycyjnych, Nordea Bank zachęca Klientów do lokowania środków jednocześnie w instrumenty zróżnicowane pod względem horyzontu czasowego inwestycji, poziomu ryzyka i zysków oraz bieżącej dostępności środków". Tak naprawdę chodzi jednak o co innego - żeby naciągnąć człowieka na długoterminowe zobowiązanie do inwestowania pieniędzy (przeważnie w dość ryzykowny sposób, choć pewnie w ramach programów oszczędnościowych są też i takie oparte na strategiach stabilnego wzrostu, relatywnie bezpieczne). W zamian jest nagroda wyglądająca słodko jak cukierek, ale po rozpakowaniu mająca nędzną wartość. Gdyby chociaż po miesiącu można było założyć kolejną dobrą lokatę... Ale nie: "Nordea Hit jest nieodnawialna. Po upływie terminu lokaty kapitał zostanie przeksięgowany na konto oszczędnościowe Nordea Progres, a odsetki od lokaty na rachunek Nordea lub Nordea Spektrum".

      Nie lubię łączenia w jeden pakiet produktów bardziej i mniej ryzykownych. Wszystko robi wrażenie zrównoważonego miksu, a tak naprawdę jest propozycją, której zyskowność zależy głównie od tego w jaki sposób zostanie zainwestowana ta część pieniędzy, która będzie narażona na wyższe ryzyko. Sęk w tym, że większość osób kupujących taki pakiet, w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy! I to jest największy kant. Policzmy. Wkładamy 10.000 zł na miesięczną lokatę i drugie tyle w fundusz o zrównoważonej strategii. W pierwszym wariancie fundusz przynosi 10% zysku, w drugim - 10% straty. W przypadku numer jeden mamy po roku 1060 zł zysku z całego pakietu, w drugim - 940 zł straty. Każdy jeden punkt procentowy zysku lub straty z funduszu (a przecież takie wahania fundusze miewają nawet z dnia na dzień) to 100 zł w tę lub wewtę. Jakie znaczenie ma dla końcowego wyniku lokata na 9% w skali roku? Żadne. Więc dołączanie jej do inwestycji w fundusz jest wyłącznie chwytem marketingowym, który wcale mi się nie podoba. I przed którym Was ostrzegam.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Banki płacą krocie za krótkie lokaty: nawet 10% w skali roku! Gdzie tkwią haczyki?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 21 września 2012 13:29

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line