Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 30 września 2013
    • Spacey nie jest spicy, ale za to jego bank... będzie coraz bardziej czerwony

      Pół miliona nowych klientów rocznie chce pozyskiwać BZ WBK dzięki zakończonej właśnie fuzji z Kredyt Bankiem, przejęciu polskich aktywów Santandera i... Kevinowi Spacey, który od wtorku będzie zachęcał klientów, by przenosili się z pieniędzmi do BZ WBK. Taki pakiet zapowiedzi przyniosłem z poniedziałkowego spotkania z prezesem BZ WBK Mateuszem Morawieckim. Pretekst do spotkania był taki, że z końcem września zakończyło się przemianowanie wszystkich placówek dawnego Kredyt Banku, a jego klienci, logując się do konta przez internet, widzą już charakterystyczną zieleń BZ WBK. Po tej fuzji BZ WBK stał się trzecim największym bankiem w Polsce. Ma 876 placówek, obsługuje prawie 4 mln klientów i dysponuje siecią ponad 1420 bankomatów w całej Polsce. Wartość udzielonych kredytów zbliża się już do 70 mld zł, zaś portfel zgromadzonych przez klientów oszczędności to 74,5 mld zł. BZ WBK prześcignął pod względem większości wskaźników grupę BRE, a prezes zapowiada, że w ciągu kilku najbliższych lat jest w stanie dogonić Bank Pekao i stać się drugim największym bankiem w Polsce.

      To byłaby duża rzecz. Pod względem aktywów Bank Pekao to 150 mld zł, zaś BZ WBK ostatnio przebił granicę 100 mld zł. Ale prezes stawia sobie cele, o jakich nie śniło się nawet filozofom. Chce np. pozyskiwać 450.000 nowych klientów rocznie, a tak naprawdę - jak powiedział kilkakrotnie - usatysfakcjonuje go wzrost rzędu 500.000 klientów rocznie. Ostro. Co prawda od kwietnia, kiedy BZ WBK "odpalił" swój przedostatni hit, czyli "Konto Godne Polecenia", przyciągnął do niego aż 230.000 klientów (w tym kontekście pół miliona nowych klientów rocznie wygląda na cel, który da się osiągnąć), ale wciąż nie wiadomo jaka część z nich to "skoczkowie", którzy przychodzą do banku tylko po bonus (w tym przypadku 700 zł), a potem mówią mu "bye" i idą do banku, który daje coś lepszego. Tak czy siak - plan BZ WBK jest bardzo ambitny. Ostatnio mBank ogłaszał, że chce pozyskać milion klientów w ciągu trzech lat, a najskuteczniejszy na tej niwie Alior Bank osiąga wzrost na poziomie 350.000 nowych klientów rocznie. Tyle, że BZ WBK gra ostrzej, bo np. w nowej ofercie dla zamożnych klientów jeszcze podwoił bonusy oferowane w "Koncie Godnym Polecenia". Widać tu dużą determinację i chyba jednak mniejsze niż kiedyś liczenie się z kosztami. 

      Jak już pisałem, w rozpędzeniu BZ WBK mają pomóc nie tylko nowe produkty, ale też Kevin Spacey, nowa gwiazda reklamowa banku. We wtorek wieczorem w telewizji pojawią się pierwsze spoty reklamowe z jego udziałem. W sumie nakręcono cztery reklamówki z udziałem aktora, z czego w ciągu dwóch najbliższych tygodni zobaczymy dwie (reklamę "Konta Godnego Polecenia" i bankowości mobilnej). Na tym współpraca z Kevinem Spacey się nie skończy. Widziałem przedpremierowo te spoty i przyznam, że w stosunku do szaleństw z czasów Chucka Norrisa jest tu mniej prostego humoru (to niekoniecznie źle) i więcej klasycznego marketingowego "naganiactwa" (to na pewno niedobrze). W pierwszych spotach Spacey rozmawia w kawiarni ze sprzedawcą i wysłuchuje jego żali, że obsługa w jego banku jest do niczego, po czym proponuje mu przenosiny do BZ WBK. A w tym czasie przejmuje jego obowiązki w kawiarni. Chłopak zakłada konto, a widząc Spacey'ego obsługującego klientów przy stolikach w fartuszku w barwach BZ WBK, rzuca "do twarzy ci w zielonym". W drugim spocie Spacey siedzi na ławce w parku, obserwując rolkarzy i dochodząc do wniosku, że "świat musi się bardzo starać", by odpowiedzieć na ich potrzeby, zachęca do bankowości mobilnej BZ WBK. A po zakończeniu przemowy odjeżdża... na deskorolce.

      Kevin Spacey w BZ WBK

      Bardzo jestem ciekaw czy spodobają się Wam te spoty, z których w BZ WBK są bardzo dumni. Ja liczyłem mimo wszystko na to, że Spacey pokaże swoją mniej łagodną twarz, twarz "złego", "cynicznego", który jednak na końcu zawsze ma rację (choćby z przymrużeniem oka). Potykanie się o własne nogi przy roznoszeniu klientom kawiarni kawy, czy też odjeżdżanie na deskorolce to grepsy, które wywołują lekki uśmiech, ale... nie mają wystarczająco głębokiego drugiego dna, bym mógł uznać te reklamówki za dzieła sztuki. Po obejrzeniu, wspólnie z kilkunastoma dziennikarzami, przedpremierowych spotów zauważyłem, że na sali zapadła głucha cisza, podczas gdy przy (przed)premierze spotów z Norrisem wybuchały salwy śmiechu. Oczywiście: spoty ze Spacey'em poniżej pewnego, bardzo przyzwoitego poziomu nie zeszły. Reżyserem jest Jurek Bogajewicz, więc nie mogło być źle. Jednakowoż, będąc fanem Spacy'ego miałem bardzo, bardzo, bardzo wygórowane oczekiwania (zapewne bardziej "napompowane", niż przeciętny odbiorca reklam). Nie ulega wątpliwości, że Spacey w najbliższych tygodniach zaleje Wasze telewizory, będzie wyskakiwał z każdego okienka w Waszych laptopach i smarfonach, rozgości się na dobre w lodówkach i będzie Wam towarzyszył przy porannej kawie. Zresztą nowy rozdział w swojej historii, po połączeniu z Kredyt Bankiem, w BZ WBK nazywają "podwójnym espresso".

      Cóż, wyzwanie jest duże. W reklamie Spacey przekonuje, że BZ WBK tym różni się od innych, że nigdy nie powie klientowi, iż czegoś zrobić "się nie da". To poważne zobowiązanie i nie wiem czy ten "podwójny ekspres" je uciągnie. A przejęcie Kredyt Banku to jeszcze nie koniec fuzjomanii, która ogarnęła ostatnio BZ WBK. Za kilka miesięcy zacznie się wchłanianie Santander Consumer, czyli banku consumer finance, który też należy do hiszpańskiej grupy w Polsce. Santander pozwolił na przyłączenie go do BZ WBK tak, by cała działalność Santandera w Polsce odbywała się w ramach jednej struktury. Dzięki temu BZ WBK przejmie kolejny milion klientów i uzyska dostęp do bazy 7 mln klientów, którzy korzystali z kredytów ratalnych lub samochodowych Santander Consumer. To ten bank, który czasami nie może uwierzyć w śmierć klienta ;-). A najciekawsze jest to, że prezes Morawiecki nie wyklucza już, iż z czasem cały BZ WBK zostanie przemianowany na Santander. Jego zdaniem jest to możliwe dopiero za kilka lat. Wkrótce na plakatach i banerach reklamowych pojawi się niewielki czerwony pasek z informacją o przynależności BZ WBK do grupy Santander, a z czasem ta część identyfikacji banku będzie zyskiwała na znaczeniu w przekazie reklamowym.

      Chcesz o tym porozmawiać? Chodź na kozetkę ;-). maciej.samcik@wyborcza.biz

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Spacey nie jest spicy, ale za to jego bank... będzie coraz bardziej czerwony”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 września 2013 13:52
  • niedziela, 29 września 2013
    • Belką między oczy: kiedy rząd wreszcie zacznie wspierać prywatne oszczędzanie?

      "Agresywne wspieranie III filara powinno być integralną częścią zmian w systemie emerytalnym (...) Priorytetem powinny być Pracownicze Programy Emerytalne lub prywatne oszczędności w funduszach. Nie wahałbym się wykorzystać ulg podatkowych, przede wszystkim w podatku od zysków kapitałowych, ale także w podatku dochodowym. Utrata wpływów podatkowych byłaby niewielka, a długoterminowe korzyści nie do przecenienia". Te dwa zdania prezesa NBP Marka Belki, wypowiedziane w sobotnim wywiadzie dla "Gazety Wyborczej", premier oraz jego minister finansów powinni sobie powiesić nad łóżkami.  Niezależnie od tego, czy zabranie połowy pieniędzy zgromadzonych przez nas w OFE (czyli części obligacyjnej aktywów funduszy emerytalnych)  odczytamy jak zwykłą grabież, czy też jako ratowanie kraju przed bankructwem, psim obowiązkiem rządu jest ułatwić Polakom oszczędzanie na dodatkową emeryturę. Bo tylko nasze prywatne oszczędności mogą w przyszłości uratować budżet państwa przed katastrofą. Deficyt ZUS-u będzie z roku na rok coraz większy, a chwilowym znieczuleniem mogą być tylko kolejne skoki na pieniądze w OFE i podwyższanie składek i/lub podatków. Ale to będzie tylko morfina. Zabierać pieniędzy z OFE nie można bez końca, a wyższe obciążenia sprawią jedynie, że więcej Polaków będzie płaciło najniższe możliwe składki na ZUS (zakładając jednoosobowe firmy) albo w ogóle będą płacić je za granicą.

      Jedyne wyjście to właśnie to, o czym mówi prezes Marek Belka - agresywne wspieranie III filaru emerytalnego, czyli nagradzanie tych Polaków, którzy część swojego domowego budżetu będą przeznaczali na długoterminowe ciułanie. Na razie rząd tylko udaje, że wspiera tych nielicznych zapobiegliwych (nielicznych, bo jakiekolwiek oszczędności ma 25-30% Polaków, a systematycznie powiększa je nie więcej, niż 8-10%). Najpierw wymyślono Indywidualne Konta Emerytalne (IKE), w którym nagroda - zwolnienie oszczędności z podatku od zysków kapitałowych oraz z podatku dochodowego - jest przewidziana za 40-50 lat (jeśli ktoś dożyje). Miłe, ale bez przesady. Potem rząd dorzucił jeszcze do swojej oferty Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego (IKZE), w których też nie będzie podatku od zysków kapitałowych, ale za to trzeba będzie na koniec zapłacić podatek dochodowy (nie wiadomo ile). A za szybką nagrodę "robi" ulga podatkowa w PIT, na wszelki wypadek jednak tak nędzna, żeby komuś się nie zachciało z niej skorzystać. Co roku na IKZE można odłożyć tylko 4% pensji brutto, co oznacza, że jeśli zarabiasz 3.500 zł, to możesz wpłacić na IKZE najwyżej 140 zł miesięcznie lub 1.680 zł rocznie. A dzięki uldze podatkowej możesz sobie odpisać od PIT jakieś 300 zł (18% wpłat).

      Apel bankowców: zwolnić z podatku długoterminowe oszczędności!

      Ostatnio z Ministerstwa Pracy dochodzą pomruki, że może rząd nieco "poluzuje" obostrzenia, które sprawiają, że IKZE nie interesuje się dziś pies z kulawą nogą (tylko 33.000 kont zostało zasilonych jakimiś pieniędzmi). Podobno będzie można wpłacać na IKZE więcej, niż 4% swojego wynagrodzenia. Nowy limit miałby wynosić jakieś 4.000 zł rocznie (czyli 330 zł miesięcznie), a więc i więcej odpisywać od bieżących podatków. No i podatek dochodowy pobierany przy wypłacie ma być ograniczony do ryczałtowych 15%. Powiem szczerze: jest to oczywiście kroczek we właściwym kierunku, ale kroczek za mały. Dopóki podatek dochodowy na koniec oszczędzania w IKZE nie zostanie całkiem zdjęty, a limity roczne kwot, które można odłożyć - powiększone (by bieżąca "nagroda" stała się jak najbardziej kusząca), to odkładanie pieniędzy w IKZE będzie odmianą rosyjskiej ruletki. Ale jeśli rząd chce naprawdę zachęcić kogoś do oszczędzania pieniędzy (a wcale nie jestem przekonany że chce, może polityków interesuje tylko czubek własnego nosa, czyli stymulowanie bieżącej konsumpcji), powinien zrobić jeszcze coś.

      To "coś", to uatrakcyjnienie Pracowniczych Programów Emerytalnych. Bo - powiedzmy sobie szczerze - stosunkowo niewielka część z nas będzie skłonna znaleźć w domowych budżetach pieniądze na dodatkowe oszczędzanie. Nawet jeśli naliczana "na bieżąco" nagroda - ulga podatkowa w PIT - zacznie być zauważalna, to większość z nas uzna, że nie stać nas na odkładanie pieniędzy, bo wszystko wydajemy. Potrzebna jest aktywność pracodawców, którzy zmobilizują nas do oszczędzania już na "etapie paska płacowego". Ale aby pracodawcom opłacało się zachęcać, musieliby mieć gwarancję, że od tej części wynagrodzenia pracownika, która nie trafi na jego ROR, ale do PPE, nie będzie trzeba odprowadzać podatków. Czyli: pracownik, który oszczędza na emeryturę, jest dla pracodawcy "tańszy w utrzymaniu", niż ten, który nie oszczędza. W niedawnej rozmowie ze mną mówił o tym Andrzej Jakubiak, szef KNF, "Elementem systemu zachęt do oszczędzania powinny być Pracownicze Programy Emerytalne. Dziś się nie rozwijają, bo nie łączą się z nimi zachęty podatkowe. Pracodawca, zapisując pracownika do PPE generuje sobie tylko koszt, a pracownik od kwoty przekazywanej do PPE musi zapłacić podatek". Czyli zamiast zachęt mamy antyzachęty. Perfekcyjnie.

      Jak żyć po zamachu na OFE, czyli dylemat skazańca, albo... super-plan C.

      Jakubiak mówił mi też (w nieopublikowanych fragmentach rozmowy), że "Państwo powinno poświęcić więcej czasu budowaniu zachęt do oszczędzania dla osób mało zamożnych. To właśnie te osoby w momencie dojścia do wieku emerytalnego będą wymagały największej pomocy państwa jeśli nie zgromadzą dodatkowego kapitału. Dlatego należałoby w szczególny sposób promować systematyczne oszczędzanie małych kwot". KNF ma nawet konkretny pomysł - nowe konto EKO, do którego każdy "zapisany" wpłacałby taką samą składkę miesięczną, np. 50 zł. Drugie tyle mógłby dopłacać pracodawca (te pieniądze nie byłyby wliczane w podstawę do obliczania składek na ubezpieczenie). Pieniądze w EKO byłyby zwolnione z podatku Belki i dochodowego oraz objęte ulgą w corocznym sprawozdaniu PIT (odpis od podstawy opodatkowania). Być może patent na EKO można byłoby uwzględnić w zmianach uatrakcyjniających PPE. A więc: kochany rządzie, na razie pokazałeś, że nie umiesz zarządzać bieżącym emerytalnym cash-flow bez urządzania skoków na kasę z zewnątrz. Pokazałeś też, że nie umiesz zbudować takiej Polski, w której rodzina byłaby wspierana. Ale wciąż masz szansę pokazać, że umiesz zachęcić nas do długoterminowego oszczędzania. Na razie, kochany rządzie, wychodzi na to, że i to wyzwanie też cię przerasta, ale widzę światełko w tunelu. A jak ci się, rządzie, uda, to może... nawet wybaczę ci skok na kasę OFE? ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Belką między oczy: kiedy rząd wreszcie zacznie wspierać prywatne oszczędzanie?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 września 2013 19:21
  • sobota, 28 września 2013
    • Nie zdążył na czas dowieźć do banku gotówki. Zapłacił odsetki jak od... chwilówki

      Karty kredytowe to przedmiot domowego użytku, co do którego miałem zawsze ambiwalentne uczucia. Używam, chwalę sobie, korzystam z darmowego kredytu bankowego, zbieram punkty, mam rabaty, ubezpieczenia podróżne, cuda na kiju. A jak w sklepie wyjmę z portfela czarną World Signię, to wszystkie kobiety w okolicy..., no, sami wiecie. Odkąd stopy procentowe stały się bardzo niskie, kartę kredytową da się nawet przerobić na jededn z najtańszych kredytów ratalnych. Z drugiej strony raz na jakiś czas każdy bank, który wydał mi "plastik", z powodu takiej karty walnie mnie jakąś prowizją. Albo dlatego, że nie używam "kredytówki" wystarczająco często, albo dlatego, że zapomnę wypuścić przelew na czas, albo z powodu przekroczenia jakiegoś limitu, salda albo okresu. Ostatnio na temat okresów bardzo klarownie wypowiedział się bank BZ WBK, prezentując swój nowy pakiet: konto plus kredytówka ze zwrotem do 1760 zł.

      BZ WBK kredytówka

      Generalnie karta kredytowa jest przyjemna w obyciu, o ile się jej używa stosunkowo często (na zakupach, nie w bankomacie, choć jeden z banków jakiś czas temu tak właśnie nam radził!) spłacając dług w 100% przed końcem okresu bezodsetkowego. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. "Od jakiegoś czasu śledzę Pański blog i jestem jego wiernym czytelnikiem. Chciałbym zainteresować Pana sposobem naliczania odsetek od kart kredytowych. W szczególności tych wydanych przez Kredyt Bank" - napisał do mnie jeden z czytelników. Kredyt Bank już co prawda formalnie nie istnieje, ale jego karty, jak najbardziej, wciąż żyją. A nawet zarabiają dla nowego właściciela - BZ WBK - pachnące pieniążki.

      "Ponieważ jestem dość świadomym użytkownikiem kart kredytowych, to co miesiąc spłacam zadłużenie w całości, aby nie ponosić kosztów związanych z obsługą karty. Pewnego dnia, a był to ustalony w umowie dzień spłaty karty, stwierdziłem, że nie wyrobię się, aby przynieść do banku gotówkę na czas. Musiałem przynieść gotówkę, bo moje konto osobiste jest zablokowane przez komornika - uważam, że niesłusznie - i nie mogę wykonywać z niego przelewów. Grzecznie zadzwoniłem na infolinię z informacją, że pieniądze przyniosę dnia następnego - zgłoszenie przyjęto i odnotowano" - opowiada czytelnik, który w tamtym momencie żył w przekonaniu, że przeoczenie, którego się dopuścił ."Z rozmowy zrozumiałem, że wystarczy złożyć reklamację i uda się "odkręcić" powstałe koszty, nawet jeśli bank "z automatu" naliczyłby jakieś opłaty za przekroczenie terminu. Ostatecznie konto w tym banku posiadam od ładnych paru lat i nigdy nie było ze mną żadnych kłopotów. Przeciwnie, wielokrotnie dano mi w banku do zrozumienia, że jestem wartościowym klientem" - opowiada czytelnik blogu. Hmmm... są różne sposoby okazywania przez bank klientowi ciepłych uczuć. Na przykład... podwyższanie limitu karty wbrew jego woli ;-).

      Niestety, bank nie okazał łaski, nie docenił też aktu skruchy klienta w postaci telefonu, w którym informuje on o kłopocie i obiecuje dostarczyć kasę następnego dnia. Za swoją nieterminowość bank postanowił klienta surowo ukarać. Ujemne saldo karty, które mój czytelnik uregulował już następnego dnia, wynosiło 3302,87 zł. Za jeden dzień opóźnienia zostały mu naliczone odsetki w kwocie... 163 zł plus kara 40 zł za brak terminowej spłaty. Klient zaczął liczyć. Te 163 zł to w przybliżeniu 5% całej kwoty długu. Takich odsetek - 5% w skali jednego dnia - nie naliczają nawet osławione firmy udzielające pożyczek-chwilówek. Po reklamacji bank zwrócił mu 40 zł prowizji. "Dla mnie ta sytuacja jest po prostu chora. Takie zachowanie banku prawdopodobnie będzie skutkowało całkowitą spłatą karty (jak to dobrze, że moja sytuacja finansowa swobodnie na to pozwala i nie jestem zatrzaśnięty w szczękach łupieżców) i wypowiedzeniem wszelkich umów wiążących mnie z bankiem". Zżyma się czytelnik. Cóż, oby tylko po zassaniu kolejnej karty z banku nie musiał mówić "zamienił stryjek...". Bo zasady działania kart kredytowych we wszystkich bankach są mniej więcej takie same.

      Jest tak: spóźnisz się o jeden dzień - płacisz odsetki za cały okres, w którym korzystałeś z pieniędzy banku. Jak słusznie zauważają niektórzy komentatorzy, to cena korzystania z darmowego kredytu przez ponad 50 dni. Jeśli zmieścisz się w terminie - masz gratis, nie zmieścisz się - jesteś ugotowany, bo płacisz odsetki za okres od pierwszego do ostatniego dnia. Może więc warto byłoby - będąc w sytuacji, w której znalazł się mój czytelnik - wpłacić kasę do wpłatomatu na swój ROR (większość działa online), a potem przelewem ekspresowym zasilić konto w banku, w którym klient ma kartę kredytową i od razu stamtąd wykonać przelew na konto karty. Żałuję, że w tej sytuacji bank nie potraktował klienta indywidualnie i nie wziął pod uwagę, iż ten poinformował o opóźnieniu będąc już w drodze do banku. Ale z drugiej strony... dura lex, sed lex.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Nie zdążył na czas dowieźć do banku gotówki. Zapłacił odsetki jak od... chwilówki”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 28 września 2013 10:16
  • piątek, 27 września 2013
    • Nowe konto BZ WBK szokuje bonusami. To część wielkiego planu ataku na Pekao?

      Niedawno pisałem w blogu o tym, że BZ WBK zatrudnił do reklam amerykańskiego aktora Kevina Spacey'a. I że to nieomylny znak, iż trzeci-czwarty największy bank w Polsce (zależy jak liczyć) chce poprawić w ten sposób notowania wśród klientów z nieco wyższej półki. Skończyła się era prostego dowcipu a la Strażnik Teksasu, a zamiast tego zaczyna się "marketingowy wersal". No, zobaczymy jak się Kevin Spacey spisze, szczegóły na temat reklam z jego udziałem mają być podane w poniedziałek. Sęk w tym, że oprócz drogiego celebryty w reklamach warto mieć jeszcze dobry produkt dla tzw. aspirującego klienta. Do niedawna taką rolę spełniało konto Wydajesz&Zarabiasz, lecz bonusy z nim związane zostały przez szefów BZ WBK dość mocno ograniczone. Zamiast tego w BZ WBK zaczęli wymyślać idiotyczne konkursy oraz bawić się w Pobieraczka, a że jeszcze było im mało - to i robić sobie jaja ze swojej własnej tabeli opłat i prowizji. No, ale Kevin zobowiązuje, więc... w czwartek na stronach internetowych BZ WBK pojawił się nowy ROR dla zamożnych klientów - Konto 1|2|3. Piszę, że dla zamożnych, bo warunki jego bezpłatności będą dla większości Polaków zaporowe - 5000 zł wpływów miesięcznych i 500 zł miesięcznie transakcji kartą debetową. W przeciwnym razie BZ WBK zaśpiewa sobie za prowadzenie tego konta... 25 zł miesięcznie.

      Jeśli jednak ktoś spełni warunki dotyczące dochodów i transakcji, to nie tylko będzie miał ROR za darmo, ale też będzie dostawał finansowe bonusy za to, że go używa. Można powiedzieć, że BZ WBK idzie na łatwiznę, bo nie ma nic prostszego, jak próbować "przekupić" klienta, dopłacając mu do różnych transakcji. Inna sprawa, że BZ WBK dotuje z rozmachem. W ramach Konta 1|2|3 będzie można dostać pieniądze za płacenie rachunków za prąd, gaz, internet, kablówkę i telefon. Maksymalny zwrot nie jest duży, wynosi 25 zł miesięcznie (300 zł rocznie). Za opłacenie z konta rachunku za gaz BZ WBK odda 1% wartości przelewu, za przelew z tytułu rachunku za prąd - 2%, a za wydatki telekomunikacyjne, internetowe i kablowe - 3%. Przy założeniu, że średnio płacę 30 zł miesięcznie za gaz, 200 zł za prąd i 250 zł za pakiet usług "z kabla", miesięcznie dostanę od BZ WBK jakieś 12 zł. W skali roku - 150 zł. Do tego dojdą jakieś drobne z tytułu oprocentowania konta, które przy saldzie pomiędzy 2000 a 3000 zł wyniesie 3% w skali roku, co czyni kolejnych 6 zł odsetek. Innymi słowy: BZ WBK zaprasza mnie, klienta premium, bym porzucił mój bank i przeniósł się do BZ WBK, obiecując z tego tytułu 18 zł miesięcznie i darmowy ROR z kartą. Do tego dorzuca bankomaty BZ WBK i PKO BP za darmo. Nieźle, o ile w BZ WBK wreszcie ogarną się z łączeniem własnej sieci z bankomatami dawnego Kredyt Banku, bo w tej sprawie dość poważnie dali ciała.

      BZ WBK Konto 123

      Te 18 zł miesięcznie będę mógł jeszcze powiększyć o kolejne 50 zł, bo z tego, co podaje bank wynika, że Konto 1|2|3 będzie "podpięte" do tego samego programu premiowego, co wprowadzone niedawno na rynek Konto Godne Polecenia. A więc będzie można w ciągu pierwszych dziesięciu miesięcy bycia klientem BZ WBK uzyskać 500-700 zł dodatkowej premii. W sumie więc za porzucenie mojego dotychczasowego banku BZ WBK jest gotów mi zapłacić 220 zł rocznie w premiach za opłacanie rachunków i 500-700 zł przez pierwszych dziesięć miesięcy w ramach programu premiowego. Ale powtarzam: to bonusy przewidziane tylko dla klientów premium, którzy są w stanie zapewnić 5000 zł miesięcznych wpływów na konto. Ta oferta jest tak dobra, że aż... się jej boję. Bo jest oczywiste, że bank, który aż tyle jest gotów zapłacić mi za "zdradę" mojego dotychczasowego banku, będzie chciał za jakiś czas te pieniądze odzyskać. Wiadomo, że zamożny klient to wysoki osad, oszczędności i inwestycje (można mu proponować np. zakład w kasynie walutowym), szansa na konsolidację, refinansowanie kredytu, na dorzucenie do konta płatnego debetu... Gdybym skorzystał z oferty Konta 1|2|3, to spodziewałbym się dość intensywnego grillowania, bo bank musi jakość odzyskać 1000 zł, które we mnie "włożył".

      Razem z Kontem 1|2|3 bank Kevina Spacey będzie proponował  promocyjną kartę kredytową. I w tej ofercie BZ WBK stosuje identyczny chwyt, co przy samym koncie - proponuje solidny money-back w powiązaniu z promocyjnym oprocentowaniem długu (8,99%) dla osób, które nie wystąpią o nową kartę, a jedynie o przeniesienie długu z innego banku. Zwrot wynosi od 1% do 3% i jest uzależniony od tego jak często używamy karty i za co nią płacimy. Najmniejszy zwrot jest za zakupy spożywcze i w supermarketach - 1%. Dwa razy tyle można dostać za tankowanie na stacjach benzynowych paliwa, zaś za wydatki w restauracjach i fast-foodach zwrot wynosi 3%. Maksymalnie bank odda 760 zł w skali roku. Policzyłem, że przy moich wydatkach w supermarketach (2000 zł miesięcznie) i na paliwo (800 zł) i jeszcze dorzucając skromne 500 zł pozostawione  w knajpach mógłbym liczyć na to, że BZ WBK odda mi 50 zł miesięcznie. Nieźle. Kto więc weźmie w BZ WBK cały promocyjny pakiet, czyli konto, "premię 10-miesięczną" i kartę kredytową, to sprawi, że "korupcyjny proceder" BZ WBK w jego przypadku przybierze zastraszające rozmiary - Za zdradę dotychczasowego banku zarobi aż 1600-1700 zł. Pytanie tylko w którym momencie bank sobie ten koszt odbije i jak jest rozpisany jego biznesplan: czy będzie to szybkie "strzyżenie owiec", czy raczej kulturalne i cierpliwe "uproduktowianie" klientów premium.

      BZ WBK Konto 123

      To drugie oznaczałoby, że BZ WBK odzyska "włożone" w nich pieniądze dopiero za cztery-pięć lat.  Albo i później. I całkiem możliwe jest, że BZ WBK, który jest przecież częścią potężnej hiszpańskiej grupy Santander, jest na to przygotowany. Bo przecież, między Bogiem a prawdą, nawet bankowiec-przedszkolak wie, że klienci premium nie rosną na drzewach. Ich liczba jest ograniczona (według KPMG tych, co mają na rękę 5000 zł i więcej jest w Polsce raptem 700.000) i przeważnie każdy ma gdzieś konto. Żeby wyrwać takich delikwentów "z korzeniami" z dotychczasowych banków, trzeba zaproponować pakiet korzyści, który zwraca uwagę i wręcz szokuje. Jak chce się być w kilkuletniej perspektywie bankiem numer dwa w Polsce - a przecież takie cele ogłosił niedawno Mateusz Morawiecki, prezes BZ WBK (w branży czekoladowej pewnie miałby już przydomek M&M) - to trudno, trzeba klientom słoooono płacić za przystąpienie do spółki. Bardzo jestem ciekaw, jaka będzie odpowiedź bezpośredniego rywala BZ WBK - czyli mBanku, który też przecież niedawno zaproponował nową ofertę dla klientów premium.

      Jak pomnażać oszczędności

      JAK MIEĆ WYŻSZĄ EMERYTURĘ? Pytacie mnie często w listach jak zabrać się do systematycznego oszczędzania. Plan skasowania przez rząd części pieniędzy z OFE prowokuje też pytania o nasze emerytury. Czy możemy liczyć na ZUS? A może liczyć tylko na siebie? Niektórym z Was urodziło się dziecko, niektórzy dostali podwyżki (to był żart ;-)), a inni zorientowali się właśnie, że na ich koncie widać dno. Pytacie w którym banku założyć konto oszczędnościowe, jakie kupić obligacje i czy fundusze inwestycyjne to dla Was nie jest aby zbyt ryzykowna "zabawa". O tym jak zrobić sobie pierwszy, najprostszy plan systematycznego oszczędzania, a także jak go potem rozwijać o nowe elementy, a także o tym jak bezboleśnie można uskładać trochę grosza na dodatkową emeryturę, napisałem w książkowym poradniku "Jak pomnażać oszczędności". Jest on wśród sześciu książek, które musisz przeczytać według blogu "Jak oszczędzać pieniądze". W konkursie "Economicus" zdobył wyróżnienie jako jeden z trzech najlepszych poradników roku. Książkę życzliwie oceniło też Stowarzyszenie Inwestorów IndywidualnychStała się czwartym największym ekonomicznym bestsellerem w sieci salonów Empik w pierwszym półroczu po debiucie. Jeśli nie masz czasu iść do księgarni, ściągnij "Jak pomnażać oszczędności" w formie e-booka

      samcik.blox-lions2

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Nowe konto BZ WBK szokuje bonusami. To część wielkiego planu ataku na Pekao?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 września 2013 00:23
  • środa, 25 września 2013
    • Fajans w Openie, czyli założą ci konto za plecami, obniżą stałe oprocentowanie...

      Open Finance, największy w Polsce pośrednik finansowy, który wyrósł na łonie bankowej grupy Getin, przeżywa gorsze chwile. Z jednej strony skończyły się złote czasy polis inwestycyjnych, na których sprzedaży (nie zawsze etycznej, o czym nie raz i nie dwa było w blogu) firma zarabiała fortunę. Z drugiej strony mamy wciąż kryzys na rynku kredytów hipotecznych (a to rdzeń przychodów każdego pośrednika). Z trzeciej strony Open nie czuje już takiego wsparcia, jak kiedyś, z Getin Banku (znamy te numery, kiedy doradcy wmawiali klientom, że wszystkie banki odrzuciły ich wnioski o kredyt, a tylko najdroższy Getin się na nich nie wypiął). W tej sytuacji wydawałoby się, że Openowi pozostaje próba "pójścia" w jakość obsługi. Wymiana kadry, restrukturyzacja portfolio produktów (w kierunku bardziej przyjaznych klientom), wywrócenie do góry nogami systemów motywacyjnych dla pracowników, by przestały zachęcać wyłącznie do "trzaskania" szybkiego szmalu... Cóż, może przesadzam z tym "robieniem" Opena na nowo, ale takie mam już zboczenie - piszą do mnie głównie klienci mający z Open Finance problemy. Choć pewnie jest w kraju kilku takich, którzy ich nie mieli. Może nawet kilku z nich znalazłoby się na "Żylecie" ;-)

      Jeden z moich czytelników napisał do Open Finance list i dołączył mnie na CC. Czytelnik pochodzi właśnie z grupy klientów, która nie jest reprezentowana w tym blogu - do tej pory nie zgłaszał do Open Finance żadnych zastrzeżeń. Nie wciśnięto mu żadnej polisy inwestycyjnej,  nie wpuszczono w maliny przy kredycie, ani nie zaoferowano żadnego MiniProcentu. "Z usług Państwa instytucji korzystałem kilka lat temu – najpierw by zainwestować, potem rozmawialiśmy na temat kredytu. Z jakości świadczonych usług byłem bardzo zadowolony – gdy likwidowałem lokaty powiedziałem do siebie: „jeszcze tu wrócę”. Na ponowny kontakt przyszło mi czekać aż do 2013 r." - pisze czytelnik, który każe się nazywać "Finansowym Janem Kowalskim". Ów czytelnik twierdzi, że o ile jeszcze przed kryzysem z Open Finance dało się żyć, tak teraz - jakość obsługi dokumentnie poleciała, jak to się mówi, na pysk  "Kilka tygodni temu miałem wątpliwą przyjemność spotkać się z Państwa pracownikiem, chlubnie przedstawiającym się jako doradca finansowy. Powód wizyty był mu z góry znany i ustalony w trakcie rozmowy telefonicznej z konsultantem infolinii – chciałem zasięgnąć porady na temat mojej zdolności kredytowej i możliwości zaciągnięcia pożyczki na planowaną przeze mnie budowę domu".

      Mój czytelnik narzeka, że doradca nie był punktualny (to akurat typowe, ale i chyba zamierzone: oni zawsze się trochę spóźniają, bo uważają, że na dobro luksusowe trzeba poczekać). "Przebieg spotkania na tyle mnie zaskoczył, że na podstawie jego przebiegu pozwoliłem sobie napisać krótki antyporadnik zdobywania klienta. Przekazuję go całkowicie za darmo, podobnie jak darmowe są świadczone przez Państwa usługi. A więc do dzieła - Jak skutecznie zniechęcić do siebie klienta?" - zanęca "Finansowy Jan Kowalski". I zaraz odpowiada. 1. Nawet jeśli klient nie ma ochoty na kurtuazyjną „zaczepną” pogawędkę, z niespecjalnie skrywanym, sztucznym zainteresowaniem dopytuj go o tematy zarówno zawodowe, jak i prywatne; 2. Prowadź rozmowę podniesionym głosem, niech klient wie, że jesteś pewny siebie, zdominuj go; 3. Powtarzaj na głos przekazywane przez klienta informacje, nie wszyscy w oddziale mogli dosłyszeć wysokość miesięcznych dochodów – w końcu klient nie musi się tego wstydzić!; 4. Nawet jeśli to nasz stary klient, koniecznie zrób prezentację naszej instytucji, niech sobie przypomnij, że jesteś debeściakiem.

      5. Zaproponuj nasze produkty, jak to możliwe, że klient nie ma naszych produktów?; 6. Zniechęć klienta do lokat, namów go do założenia rachunku osobistego. Jeśli klient zacznie się wahać, narzekając na warunki prowadzenia rachunku, bądź coraz bardziej natarczywy, to go na pewno przekona! Bądź stanowczy, zagroź klientowi, że jeśli nie podpisze nie będziecie mogli kontynuować rozmowy; 6. Na prośbę klienta o możliwość zabrania wzoru umowy do domu celem spokojnego się zapoznania z jej treścią, odpowiedz z cała stanowczością, że nie możesz mu pozwolić zabrać tego niepodpisanego dokumentu poza oddział (!); 8. Jeśli mimo to klient będzie nalegał, powiedz, że musisz uzyskać zgodę. Pokręć się po biurze i wróć za kilka minut. Nie zapomnij zapytać, czy umowa jest już podpisana – może przez ten czas zmienił zdanie; 9. Łaskawie zgódź się na zabranie dokumentu, dając do zrozumienia, że to niestandardowe postępowanie. "Te antyporady to nie jest wymysł mojej fantazji – tak naprawdę zostałem potraktowany. W trakcie kilkudziesięciominutowej rozmowy na sam temat (zdolność kredytowa, możliwości zaciągnięcia kredytu) poświęconych zostało kilka minut, a i to w formie bardzo ogólnej („wrócimy do tematu jak tylko...”)".

      Wkrótce po spotkaniu w skrzynce mailowej mojego czytelnika znalazła się wiadomość, z której wynikało, że „(…) Twój wniosek o założenie rachunku o parametrach (…) został zrealizowany”, a w kilka dni później otrzymał on przesyłkę z kartą płatnicza oraz osobno drugą z numerem PIN. "Nadgorliwość? Być może. Zwykła ludzka pomyłka? Niewykluczone. Zdaję sobie sprawę, że doradca finansowy ma postawione cele – za wszelką cenę zdobyć klienta, wcisnąć mu ROR, nawet jeśli ten tak naprawdę go nie potrzebuje. Takie są zasady gry i z oporami, ale jednak się na to godzę. Ale zostałem poddany presji („bez tego nie mogę z panem dalej prowadzić rozmowy”), a następnie delikatnie mówiąc wprowadzony w błąd („nie mogę panu pozwolić na zabranie umowy do domu, może pan ją przeczytać tutaj”). Doradca finansowy powinien mieć pewną elastyczność – skoro klient nie zgadza się na założenie ROR czy lokat, instytucja powinna rozważyć inny wariant" - zastanawia się klient. Cóż, o ile kiedyś Open Finance był dystrybutorem kredytów Getin Banku, to dziś sprzedaje głównie ROR-y tego banku. A zarząd Getinu ostatnio chwalił się, że z pozyskiwaniem ROR-ów idzie mu bardzo dobrze. To już mniej więcej wiemy jak to wygląda od kuchni ;-).

      Pan "Finansowy Jan Kowalski" nie jest jedynym klientem Open Finance, który lubi dołączyć mnie do swojej korespondencji z pośrednikiem finansowym. Podobnie uczynił pan Łukasz, który dla odmiany doznał opadu szczęki spowodowanego poczynaniami informatyków zarządzających serwisem Open Online. Pan Łukasz w maju założył w tym serwisie pięciomiesięczną lokatę nieodnawialną na 5% w skali roku. Przyznacie, że 5% to sporo jak na dzisiejsze warunki, więc pan Łukasz cieszył się jak dziecko. Cieszył się dopóki nie wszedł któregoś pięknego dnia do odnowionego, pachnącego remontem serwisu Open Online, gdzie dowiedział się, że... oprocentowanie jego lokaty o stałym oprocentowaniu wynosi już 2,5%, zaś jej status w ramach czarów zmienił się na odnawialny. Pan Łukasz od pewnego czasu próbuje ustalić z pracownikami infolinii Open Finance o co tu chodzi. Ostatnio Open wysłał klientowi pismo z prośbą, żeby... przypomniał na jakie oprocentowanie się z nim umówili ;-).  "Uprzejmie proszę o przesłanie potwierdzenia założenia lokaty na adres: (...). Na potwierdzeniu będzie również widoczny status depozytu". Jasna sprawa ;-). Zawsze mnie rozczula kiedy bank prosi klienta o potwierdzenie, że ten wykupił w nim jakąś usługę. Granica między byciem finansistą i fajansiarzem jest cienka. A to jest chyba przykład fajansu Open fajansu. Zresztą od fajansiarstwa nie stroni też główny konkurent Opena, o czym było ostatnio w blogu ;-). Aha, byłbym zapomniał: jeszcze winien Wam jestem te potwierdzenia. Najpierw o tym, że 21 maja założono lokatę pięciomiesięczną na 5%. Stały procent.

      Open finance procent 1

      A już kilka miesięcy później klient znalazł w systemie transakcyjnym Open Online tę samą lokatę z oprocentowaniem dwa razy mniejszym. Czary?

      Opern Finance procent

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Fajans w Openie, czyli założą ci konto za plecami, obniżą stałe oprocentowanie...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 września 2013 23:50
    • Allianz kradnie złudzenia: nawet Czesi i Węgrzy mają więcej od nas. A Rosjanie...

      Jesteśmy coraz bogatsi, ale wciąż bogacimy się zbyt wolno - takie niewesołe wnioski wysnuwam z najnowszego raportu o światowym bogactwie, ogłoszonym właśnie przez niemiecki koncern ubezpieczeniowy Allianz. Wynika z niego, że pod względem aktywów finansowych gospodarstw domowych (czyli po prostu naszych oszczędności w bankach, firmach ubezpieczeniowych, funduszach, akcjach, obligacjach) Polska z trudem mieści się w trzydziestce najzasobniejszych krajów świata. A jeśli przeliczyć nasze prywatne zaskórniaki na głowę mieszkańca, to spadamy na 35. miejsce na świecie. Według wyliczeń Allianza przeciętny Polak miał na koniec zeszłego roku 5.221 euro aktywów finansowych netto (czyli po potrąceniu prywatnych długów). Przeliczając na naszą rodzimą walutę wychodzi po 21.900 zł na "łebka". W ciągu całego 2012 r. nasze pieniądze urosły aż o 9,8%, a ponieważ nie mamy zbyt wielu nowych długów (wzrost tylko o 0,7%) można powiedzieć, ze bogacimy się w całkiem przyzwoitym tempie. Kłopot polega na tym, że jeśli weźmiemy pięć ostatnich lat, to wzrost naszych oszczędności (po potrąceniu długów) wyniósł tylko... 8%. A przecież Allianz nie bierze pod uwagę inflacji, która realnie sprowadziła ten wzrost w okolice zera.

      Niezbędnik lansera, czyli... co zrobić, by uważano cię za zamożnego

      Majątek finansowy polskich rodzin stanowi jakieś 0,3% szacowanego na 111 bilionów euro światowego zasobu bogactwa. O ile w najbogatszych krajach prywatny majątek rodzin jest znacznie wyższy (trzy-czterokrotnie), niż roczne PKB przypadające na mieszkańca (czyli wartość wyprodukowanych w skali roku dóbr i usług w kraju), o tyle w Polsce prywatne oszczędności stanowią tylko połowę PKB (wynosi 10.317 euro na mieszkańca). Porównując nasze prywatne pieniądze z zaskórniakami, które zgromadzili nasi sąsiedzi też nie mamy powodu, żeby się wywyższać. Przeciętny Czech ma 10.096 euro prywatnych oszczędności finansowych (choć wszystkie czeskie rodziny razem wzięte mają tylko połowę tego, co my). Wyprzedzają nas Węgrzy (6.534 euro na głowę), w globalnym ujęciu mający jedną trzecią "polskiego" bogactwa. Jesteśmy ciut bogatsi od Słowaków (5.009 euro na głowę). Bijemy na głowę Turków (1.614 euro na głowę netto), Rosjan (1.705 euro), ale już Grecy - choć ich państwo zbankrutowało - prywatnie są wciąż dwa razy bogatsi od nas (10.977 euro aktywów finansowych netto na mieszkańca). A pisałem już rok temu, że udawać Greka nie jest źle ;-). Gonią nas nawet Chińczycy, którzy wszyscy razem wzięci są oczywiście potęgą - trzecią pod względem prywatnych zaskórniaków na globie. Ale jeśli spojrzymy na każdego z osobna, to wciąż jest od nas wciąż biedniejszy (4.719 euro na mieszkańca). Jednak według Alliamza różnica między Polakami, a mieszkańcami Chin nie jest już duża. Znacznie mniejsza, niż wynikało to z podobnych badań Credit Suisse za 2011 r.

      40% światowego bogactwa jest w rękach... 29 milionów ludzi. Ilu Polaków?

      Porównując nasze prywatne aktywa finansowe z krajami Zachodu oczywiście zobaczymy przepaść i mrok. Największą potęgą finansową są Amerykanie, to jedna z dwóch nacji, które mogą się pochwalić kwotą ponad 100.000 euro aktywów finansowych na głowę mieszkańca. W sumie do Amerykanów należy 37,9% prywatnego bogactwa wszystkich obywateli świata. Drugą najbogatszą nacją są Japończycy, którzy zgromadzili 12,6% globalnego bogactwa, jednak jeśli patrzeć per capita, to wyprzedzają ich Szwajcarzy, którzy mają prawie 141.900 euro oszczędności finansowych przypadających na mieszkańca. W porównaniu z naszymi 5.221 euro to są złote góry. Ale nawet biedniejący w oczach Hiszpanie są od nas ponad trzykrotnie bogatsi (17.211 euro na mieszkańca). Co ciekawe, patrząc przez pryzmat prywatnych oszczędności na przereklamowanych (i to zdecydowanie) wychodzą Niemcy. Choć jest to najpotężniejsza gospodarka w Europie (pozdrowienia dla pani kanclerz i wszystkich dziadków z Wehrmachtu) zaskórniaki finansowe przeciętnego Niemca (prawie 42.000 euro na mieszkańca) są niższe i od tych, które ma w kieszeni Brytyjczyk (58.900 euro), Francuz (44.306 euro), Włoch (45.770 euro), Holender i Belg. Dobrze, że Allianz opublikował te dane dopiero po wyborach parlamentarnych w Niemczech ;-).

      Patrząc na globalną mapę bogactwa oczywiście na nasze, wschodnioeuropejskie zaskórniaki musimy patrzeć przez lupę. Średnia światowa-zaskórniakowa wynosi 16.240 euro, więc już tylko do niej brakują nam - Polakom - trzy długości. A jeśli spojrzymy na dane dotyczące rozłożenia 111 bilionów euro prywatnych oszczędności obywateli świata, to... to jest ten moment, kiedy powinniście wziąć do ręki lupę. Tak, ta najmniejsza kropeczka po prawej to Europa Środkowa.

      Allianz oszczędności 2013  

      Jednym ze źródeł tego, że 40% światowego prywatnego bogactwa należy do Amerykanów, jest to, że z powodu kryzysu finansowego przestali oni się zadłużać, co oznacza, że ich majątek jest w mniejszym stopniu obciążony długiem. Spójrzcie na te linie po prawej stronie. "Amerykańska" krzywa jest bardziej opadająca, niż "europejska". 

      Allianz oszczędności 2013

      Stosunkowo słaby wzrost prywatnego bogactwa w dłuższym terminie nie jest tylko "polskim" problemem. Jeśli spojrzycie na ten graf poniżej (zwłaszcza na część po prawej stronie), to zobaczycie, że średnioroczny wzrost aktywów finansowych netto gospodarstw domowych (to ta pionowa linia pośrodku) jest tylko minimalnie wyższy, niż inflacja (i znacznie niższy od światowego wzrostu gospodarczego). To znaczy, że produkujemy realnie więcej, ale oszczędzamy realnie tyle samo, co kiedyś. A więc... zżera nas konsumpcja.

      Allianz oszczędności 2013

      Kolejny wykres pokazuje układ sił na świecie. Przeciętny mieszkaniec Europy Zachodniej jest grubo ponad dwa razy mniej finansowo zasobny, niż przeciętny Amerykanin. Przeciętny zachodni Europejczyk ma też dwa razy mniej zaskórniaków, niż Japończyk. A przeciętny mieszkaniec Europy Środkowej ma z kolei niemal dwadzieścia razy mniejsze oszczędności, niż mieszkaniec Zachodu.

      Allianz oszczędności 2013

      W kryzysie finansowym po obu stronach Oceanu wolimy trzymać pieniądze w bankach. Zarówno w Eurolandzie, jak i w Ameryce wzrosło w ostatnich latach znaczenie banków, jako miejsc, w których trzymamy nasze oszczędności.

      Allianz oszczędności 2013

      W USA wahania bogactwa w ostatnich latach były największe. Najmniej zmieniało się w Japonii. Pewnie dlatego, że tam więcej pieniędzy ludzie trzymają w bankach.

      Allianz oszczędności 2013

      Na koniec dwa grafy pokazujące zasobność Polaków na tle obywateli innych państw regionu. A w każdym razie tych należących do Unii Europejskiej:

      Allianz oszczędności 2013

      Mamy - jako region - 5,6% ludności świata, a wypracowujemy aż 6,3% światowego PKB, lecz nasze oszczędności finansowe wynoszą tylko 1,6% globalnych zaskórniaków gospodarstw domowych. Nie stać nas na oszczędzanie, bo wszystko wydajemy "na życie"?

      Allianz oszczędności 2013

      No i na koniec jeszcze wisienka na torcie, czyli zestawienie 15 najbogatszych krajów świata. A w zasadzie należałoby powiedzieć, że 15 krajów, w których obywatele mają najwięcej finansowych zaskórniaków.

      Allianz oszczędności 2013

      Pełna wersja raportu Allianza o bogactwie gospodarstw domowych z całego świata jest do pobrania na stronie internetowej Allianza, w zakładce "publikacje i analizy". Kto zaś chciałby sprawdzić skąd bierze się bogactwo, powinien zajrzeć na tę stronę i obejrzeć pouczający komiks dotyczący światowego systemu monetarnego. Tak, mili moi, tak właśnie, zdaniem niejakiego Nawalonego.com Międzynarodowy Fundusz Walutowy pracuje nad wzrostem naszego bogactwa. Nieeeeee, to nie może tak wyglądać. A może.... może? ;-)

      Bankierzy centralni w akcji

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Allianz kradnie złudzenia: nawet Czesi i Węgrzy mają więcej od nas. A Rosjanie...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 września 2013 00:16
  • wtorek, 24 września 2013
    • Klienci Skandii i Axy też chcą do sądu. A tymczasem firmy... nadal się z nami drażnią

      Pisałem niedawno, że robi się gorąco wokół firmy Aegon, która w przeszłości popełniła grzech chciwości i narzucała klientom drakońskie opłaty likwidacyjne w przypadku chęci rezygnacji przez tych klientów z fantastycznego interesu pt. inwestycja na 10-15 lat ze stałą składką miesięczną. Dlaczegóż to klienci mieliby chcieć zrezygnować? Ano, ten i ów czasem zsumuje sobie opłaty i prowizje (10 zł opłaty administracyjnej od składki, 3% opłaty za zarządzanie funduszem, opłata za zarządzanie samą polisą, opłata za ryzyko...) i dochodzi do wniosku, że giełda musiałaby rosnąć po 20% rocznie, żeby z takiej polisy udało się wyciągnąć kiedyś jakiś sensowny pieniądz. Są wyjątki: przy wysokich wpłatach (przekraczających znacznie poziom 100-200 zł miesięcznie) oraz agresywnej strategii nawet droga polisa inwestycyjna daje szanse na zarobek. Ale duża część klientów inwestuje w sposób bezpieczny lub zrównoważony, płacąc składki z dolnych rejonów. Stąd ich chęć ucieczki. Co prawda szefostwo Aegonu po przegranej sprawie w sądzie antymonopolowym poszło na ustępstwa i zmieniło zasady naliczania opłaty "za ucieczkę", ale wciąż jest ona bardzo wysoka i oderwana od poziomu, który powinien obowiązywać w cywilizowanych relacjach firma-klient. 

      Stąd właśnie wziął się wśród klientów pomysł, by przeciwko Aegonowi spróbować wytoczyć najcięższe działa, czyli pozew zbiorowy. Droga do sukcesu będzie ciernista i jedynym wygranym na starcie są niestety prawnicy (żądający - według moich szacunków 10-20% tego, co uda się wydrzeć Aegonowi), ale z drugiej strony dla wielu osób wizja indywidualnego procesowania się z firmą jest zniechęcająca. No i wiadomo, że w grupie raźniej. Wygląda na to, że na planach zaatakowania grupowo Aegona się nie skończy. Kilka dni temu doszły mnie wieści, że szykuje się podobna akcja przeciwko innym firmom ubezpieczeniowym, oferującym polisy inwestycyjne. Grupowy pozew przygotowują klienci firm Skandia i Axa - wspólnie z kancelarią LWB i ze wsparciem szczecińskiego Miejskiego Rzecznika Konsumentów. Podobnie, jak w przypadku Aegona, w tym procesie też będzie chodziło o uznanie za bezprawną klauzuli dotyczącej opłat likwidacyjnych i o wypłatę klientom zadośćuczynienia. "Miejski Rzecznik Konsumentów w Szczecinie  informuje, iż podjął się roli reprezentanta grupy konsumentów zdecydowanych dochodzić swoich roszczeń w postępowaniu grupowym przeciwko: Skandia Życie i Axa Życie dotyczącym pobierania przez wyżej wymienione towarzystwa rażąco wygórowanych opłat likwidacyjnych  (zwanych także opłatą od wykupu) w przypadku likwidacji polisy".

      Kancelaria LWB wyrasta powoli na głównego wroga towarzystw ubezpieczeniowych. Na specjalnej stronie www.przywiazanidopolisy.pl można wyczytać, że na celowniku prawników są nie tylko Aegon, Axa i Skandia, ale i np. Generali, Europa, czy Open Life. Pytanie jaką strategię wybiorą "oskarżeni". Czy zechcą się dogadać zanim sprawa trafi na wokandę? Wbrew pozorom proces grupowy będzie dla nich bolesny głównie wizerunkowo, bo zanim sprawa przejdzie przez dwie instancje, Sąd Najwyższy i kasację, to upłynie pewnie dobre kilka lat. Czasu na to, by przetestować upór konsumentów będzie więc sporo. Na razie firmy głównie się ze swoimi klientami drażnią. Pamiętacie jak pisałem o Skandii, która pozwoliła klientce przekształcić polisę na bezskładkową za cenę bandyckiej opłaty za zarządzanie? Ostatnio dostałem korespondencję od klienta Aegona, któremu firma pokazała dobitnie, że kwotę, którą sobie zabierze przy likwidacji polisy, ustala z palca. Jak ktoś w dziale "robienia klientom koło pióra" ma dobry nastrój, to naliczą trochę więcej, a jak zły - to mniej.

      "Moja żona po pięciu latach wpłacania pieniędzy zaczęła myśleć o rezygnacji z polisy. Poprosiła o wyliczenie kosztów likwidacyjnych polisy za pośrednictwem  konta w Aegonie. Otrzymała wyliczenie, w którym mówiono o kwocie ok. 500 zł. Tego samego dnia żona wysłała zlecenie całkowitej wypłaty tego, co zostało na polisie. Następnego dnia Aegon przysłał - za pośrednictwem systemu transakcyjnego - nowe wyliczenie kosztów w kwocie... 900 zł. Przy wypłacie potrącono tę większą kwotę. Ufając pierwszemu wyliczeniu przez kilka dni nie zaglądaliśmy na konto i dopiero telefon z firmy uświadomił nam, że wypłata będzie niższa. Rozmowa była nagrywana, a moja żona nie zgodziła się na akceptację wyższych wyliczeń. Sposób wyliczenia opłaty jest niejawny, więc tak naprawdę klient nie ma szans zweryfikować jego poprawności. Podczas rozmowy, żona zgłosiła reklamację w tej sprawie i po pewnym czasie otrzymała pismo wyjaśniające. Firma wspaniałomyślnie zaproponowała, że jeżeli żona chce, to najwyżej może cofnąć wypłatę!" - pisze czytelnik. Cóż, z jednej strony dobrze, że Aegon poczuwa się do winy i ładnie przeprasza, a z drugiej - słabo, że jednego dnia opłata likwidacyjna wynosi X, a drugiego dnia 2X. Niestety, nie jest to jedyny taki przypadek. Jeden z moich redakcyjnych kolegów miał identyczny przypadek. Jeśli celem Aegonu jest wkurzyć jak największą liczbę swoich klientów, to sądzę, że obrał właściwą drogę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Klienci Skandii i Axy też chcą do sądu. A tymczasem firmy... nadal się z nami drażnią”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 września 2013 07:54
  • poniedziałek, 23 września 2013
    • Tak banki wkurzają nas w sklepach: w Tesco dają plastik z felerem, a w Makro...

      Na miejscu banków bardzo obawiałbym się, że ich biznes consumer finance przejmą za jakiś czas największe sieci hipermarketów. Patrząc na to, jak w Wielkiej Brytanii, ale i w Polsce, w sprzedaży produktów finansowych rozpycha się Tesco, nie mam wątpliwości, że to może być w przyszłości nowa potęga. W Polsce na razie podstawą jest włożenie klientowi do kieszeni karty co-brand, wydawanej przez bank, ale dającej jednocześnie korzyści w formie rabatów albo punktów lojalnościowych w sklepach. Takie co-brandowe karty do tej pory nie były jakimś rynkowym hitem, bo wiele banków miało własne programy oferujące bonusy na zakupach (chodzi o tzw. money-back). Jednak w przyszłym roku tego typu programy zapewne będą powoli znikały z rynku, więc karty co-brand, wydawane wspólnie przez sklepy i banki, mogą nieco wyjść z cienia. Oczywiście pod warunkiem, że obie strony będą grały z klientami fair. Dziś w blogu opowieści o dwóch kartach co-brandowych, które zamiast pomóc bankowi i sieci handlowej w pozyskaniu klienta, poczyniły efekt odwrotny od zamierzonego - pokazując mu, że się go nie szanuje.

      Zaczynamy od wspomnianego wyżej Tesco, który wspólnie z Meritum Bankiem ma kartę Tesco Clubcard. "Niedawno postanowiłem złożyć wniosek o otrzymanie tej karty. Już po jej otrzymaniu i przeczytaniu umowy - lepiej późno niż wcale - zauważyłem, że limity transakcji przez internet (bez fizycznego użycia karty) są ustawione na maksimum, czyli do wysokości limitu, który w moim przypadku wynosi prawie 12.000 zł. Jest to dość spora kwota, więc postanowiłem zmniejszyć ten limit do jakiegoś akceptowalnego poziomu, takiego który umożliwi mi doładowanie komórki przez internet, czy małe zakupy, a w przypadku kradzieży nie przyprawi mnie o bankructwo" - pisze bardzo przytomnie jeden z moich czytelników. "Skontaktowałem się więc ze wskazaną infolinią, gdzie poinformowano mnie, że nie jest to możliwe. Ten limit jest ustawiony na maksimum i taki musi być. Nie da się go zmniejszyć. W czasach złodziejstwa internetowego, kiedy wszyscy patrzą na bezpieczeństwo, Meritum Bank i Tesco solidarnie dają ciała na całej linii... Nawet komentować mi się tego nie chce..." - pisze mój czytelnik.

      No i co zrobić? Wyrzucić kartę Tesco Clubcard Meritum Banku do kosza na śmieci? Ryzykować tym, że któregoś pięknego dnia dane karty dostaną się w niewłaściwe ręce i ktoś przez internet wyprowadzi 12.000 zł? "Jest to co prawda produkt niszowy, jednak przez pewną grupę klientów wykorzystywany ze względu na bonusy jakie niesie ze sobą. Ja na przykład cenię sobie zbieranie punktów Clubcard, które później Tesco wymienia na kupony, realizowane w sklepach sieci" - pisze pan Wojciech. W Meritum Banku niestety potwierdzają ten stan rzeczy: "Z przyczyn technicznych nie ma możliwości zmiany przez klienta limitu transakcji internetowych realizowanych kartą kredytową Clubcard. Nie mniej jednak, za nieautoryzowane transakcje kartą płatniczą (wszelkie transakcje kartą, także internetowe) o wartości powyżej 150 euro odpowiada bank, co wynika z zapisów Ustawy o usługach płatniczych. Ponadto, w ramach ubezpieczenia dołączonego do karty (wykupionego przez Meritum Bank), za nieautoryzowane transakcje kartą płatniczą o wartości do 150 euro, zrealizowane w ciągu 48 godzin przed zastrzeżeniem karty, odpowiada ubezpieczyciel. Ochrona dotyczy maksymalnie dwóch zdarzeń rocznie" - napisano mi w Meritum Banku. Cóż, dobre i to...

      Sieć sklepów Makro wkurza z kolei klientów wspólnie z Bankiem Millennium. "Nie sądziłam że kiedykolwiek poskarżę się publicznie na bank" - napisała pani Katarzyna w liście do swojego ulubionego blogera. Napisała w sprawie 15 zł, które zabrał jej Bank Millennium z tytułu opłaty za konto. ROR-u tego moja czytelniczka mieć nie chciała, więc o 15 zł zamierza walczyć z bankiem do upadłego. Problem wziął się ze współpracy Banku Millennium z siecią sklepów Makro Cash&Carry. Odkąd ta współpraca wystartowała, docierały do mnie sygnały, że klienci Makro są poletkiem doświadczalnym dla agresywnego cross-sellingu. I wiedziałem, że to się dobrze nie skończy. "Millennium, w ramach współpracy z Makro, ma wyłączność na oferowanie klientom tych sklepów kart lojalnościowych, oferujących przywileje. Razem z kartą wielu klientom wpakowali konta biznesowe. Jak dziś pamiętam kampanię informacyjną dotyczącą konieczności wymiany "starych" kart na nowe, wydawane razem z Bankiem Millennium. Było o tym, że stare nie będą już wkrótce działały, że trzeba je wymienić, bo inaczej w Makro nawet zwykłych zakupów nie zrobię... O naiwna! Ponieważ do swojej małej firmy zakupy biurowe robię właśnie w Makro, to wymieniłam kartę bez szemrania. A, przeczytawszy umowę, i stwierdziwszy, że wciskane mi przy okazji konto nic nie kosztuje, podpisałam umowę nie tylko na kartę, ale i na konto" - opowiada czytelniczka.

      Początkowo jej życie było usłane różami. "W Makro płaciłam kartą partnerską, bank wysyłał mi papierowe wyciągi z konta, na których widniało saldo zerowe i wszystko było w najlepszym porządku. Aż tu nagle dostaję wyciąg z konta, a na nim... 15 zł za prowadzenie rachunku. Wkurzyłam się, bo za co mam płacić? Konta nie używam, a za kartę do Makro aż 15 zł miesięcznie płacić nie zamierzam" - zeznaje czytelniczka, która powzięła podejrzenie, że bank chce ją bezlitośnie wycisnąć. "Przy okazji jakichś zakupów w Makro poszłam do mieszczącego się tam prowizorycznego "minioddziału" Banku Millennium i powiedziałam pracownikom, że stanowczo dziękuję za konto, że zrywam umowę,  że miała mnie ona nic nie kosztować. Pan molestował mnie namiętnie, abym zmieniła zdanie. Ale byłam stanowcza. Tłumaczyłam, że nie mam czasu, ani chęci na dyskusję. Do widzenia się z kontem i bankiem. Nie akceptuję oszukiwania mnie w taki sposób. Na to pan w banku, że to musi być jakieś potworne nieporozumienie, że  konta nie musiałam zakładać i mogłam mieć kartę solo" - opowiada czytelniczka.

      Pewnie pan w banku prawił słusznie - obowiązku wzięcia konta razem z nową kartą Makro nie było, ale w planach sprzedażowych przewidziano specjalną premię dla pracowników, którzy przy okazji wymiany kart namówią klientów na pakiet "karta plus ROR". Pracownicy więc namawiali, ale po co się wysilać i udawać niewinną leliję, skoro przecież można klientom mówić, że wymiana kart jest obowiązkowa, a karta musowo jest z ROR-em? Ofiarą tego oszustwa padła m.in. pani Katarzyna. Bankowi przez jakiś czas pewnie nie udało się skutecznie nakłonić posiadaczy kont "rodem z Makro" do owocnej i intensywnej współpracy, więc przynajmniej zaczęli naliczać 15-złotową prowizję za konto. Pani Katarzyna zażądała zamknięcia konta i powiedziała, że płacić żadnych prowizji nie będzie, bo skoro została oszukana, to nie widzi powodu, by jeszcze "robić bankowi dobrze" przy okazji rozwodu. "Pan w oddziale powiedział, że konta nie mogę zamknąć, bo widnieje na nim zadłużenie w wysokości 15 zł. Poinformowałam pana że nie zapłacę tych 15 zł. Nie chodzi o kwotę, bo więcej wydaję na jeden lunch, ale o zasadę i jestem stanowczo przeciwna przemocy pod hasłem, że duży może więcej". 

      Pani Katarzyna się zapieniła nie na żarty. W tym momencie Bank Millennium, moim zdaniem, zrobił błąd. Należało krewkiej klientce anulować te 15 zł prowizji - bank od tego by nie zbiedniał, a z panią Katarzyną rozwiódłby się w dobrej atmosferze. Niedawno opisywałem podobny przypadek dotyczący Alior Banku i tam potrafili zażegnać kryzys, anulując 6 zł opłaty, naliczonej zresztą jak najbardziej słusznie, ale psującej atmosferę współpracy. A tu? Nie dość, że pani Katarzyna będzie zniechęcała wszystkich znajomych do korzystania z usług banku, to jeszcze napisała do mnie. "Jak się dałeś nabrać pracownikowi banku, to twój problem, po prostu naiwny jesteś. Na pewno coś źle zrozumiałeś, może się pomyliłeś. Cóż, w banku nie mogą odpowiadać za wszystkie czarne owce. Że-na-da. Najpierw próbują zrobić z człowieka ćwierćinteligenta, a jak się nie udaje to im przykro, że w szeregach sprzedawców znajdują się niezidentyfikowane owce, czy barany" - wścieka się pani Katarzyna, której powiedziano, że bank nie będzie szukał osoby, która wprowadziła ją w błąd przy sprzedaży karty. "Teraz już każdego pracownika banku będę pytać najpierw o nazwisko, imię, wizytówkę a także wyciągnę kamerę w telefonie i nagram rozmowę" - ironizuje.

      A co bank na to? Cóż, tam też nie pracują ćwierćinteligenci i nie będą się przecież dawali zastraszyć jakiejś jednej, wrzeszczącej babie. Żeby to chociaż chodziło o jakąś sensowną kwotę, ale nie - 15 zł nie chce zapłacić. Postanowiono więc w banku dać jej nauczkę. "Teraz oczywiście już windykacja Banku Millennium się uaktywniła. Naliczają odsetki w oszałamiającej kwocie, bo już 16 zł z groszami mam do zapłaty. Po niemiłej rozmowie z pracownikiem darowuję sobie jakiekolwiek kolejne kontakty z Bankiem Millennium. Mam ważniejszą robotę, szkoda czasu. Pan w banku rozweselił mnie wizją egzekucji komorniczej. A ja zastanawiam się jakie gadżety powinnam przygotować i z kogo złożyć komitet powitalny dla tegóż komornika, który to mnie za tę należność będzie ścigał? Gdzie oni w ogóle takiego znają co mu się będzie chciało machnąć ręką dla 16 zł" - drwi pani Katarzyna. Tu niestety muszę ją rozczarować. Jak już przyjdzie windykator, czy komornik, to doliczy swoje koszty, które - razem z kosztami upomnień wysyłanych przez bank - zapewne wyniosą więcej, niż kilkadziesiąt złotych. Pani Katarzyna jednak jest twarda i ma to wszystko w nosie - płacić nie zamierza.

      "Generalnie idę na wojnę bo nie cierpię chamstwa i naciągactwa w biznesie, a już takie praktyki jakie banki i telekomy stosują, budzą w mnie ciężką agresję". Tak, zauważyłem. Pisałem jakiś czas temu o człowieku, który tak się wkurzył na swój bank, że szkodził mu na wszelkie dostępne mu sposoby przez bite dziesięć lat. Jeśli pani Katarzyna pójdzie w jego ślady, to... może lepiej jednak, drogi Banku Millennium, może warto odpuścić te 15 zł plus złotówkę odsetek? W końcu wiele wskazuje na to, że klientka mogła rzeczywiście zostać wprowadzona w błąd... "Pochodzę z porządnego domu i tam mnie nauczono że człowiek winien drugiemu szacunek oraz że klient nasz pan, że niezadowolony klient równa się dziewięciu  poinformowanych ludzi, a jeden zadowolony to być może jeden nowy z polecenia. Wątpię, aby bank skorzystał z tej wiedzy, w tego typu instytucjach już dawno nic poza złotówami nie widzą. Nie jesteśmy zawsze na przegranej pozycji i warto walczyć, gdy ktoś nas w konia robi. Bo inaczej to nic się u nas nie zmieni!" - mówi pani Katarzyna. Ja jednak wierzę, że da się w tej sprawie coś zrobić, by niechęć klientki trwała krócej, niż dziesięć lat. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Tak banki wkurzają nas w sklepach: w Tesco dają plastik z felerem, a w Makro... ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 września 2013 00:08
  • sobota, 21 września 2013
    • Polisa lub ciemność i mrok. Tak Expander pomaga zbierać na ekstra-emeryturę

      Dwa lata temu, kiedy rząd ściął o połowę składkę do OFE (i więcej naszych obowiązkowych składek emerytalnych zaczęło wędrować do ZUS-u), przed moim biurkiem w "Gazecie Wyborczej" ustawiały się kolejki chętnych, by powiedzieć im "jak żyć". Trwało to kilka tygodni, po których kolejki zaczęły sie zmniejszać, potem okresowo zanikły, a po kolejnych kilku tygodniach tematyką oszczędzania pieniędzy nie interesował się już nawet pies z kulawą nogą. Od tamtej pory wiem, że nie ma innej siły, która by nas skłoniła do myślenia o długoterminowym oszczędzaniu, niż rząd, który nas porządnie nastraszy. Minęły dwa lata i sytuacja przy moim biurku znów się - dzięki rządowi - poprawiła. Kolejki są zdecydowanie mniejsze, niż dwa lata temu, bo chyba zmęczenie "materiału" - czyli naszych mózgownic - tematem OFE jest coraz większe. Być może skrócenie kolejek wynika z faktu, że część mojej roboty tym razem wzięły na siebie różne firmy finansowe, której usiłują przetłumaczyć nam "jak żyć" po skoku na OFE? Jak te zmiany wpłyną na nasze emerytury? Co wybrać: OFE czy ZUS? Bezpieczeństwo obietnic polityków, czy (przynajmniej dla niewielkiej części składek) niewidzialną rękę rynku?

      Aviva o OFE

      Już nazajutrz po ogłoszeniu przez rząd planu przeniesienia do ZUS połowy naszych zgromadzonych do tej pory składek, Expander - drugi największy w Polsce pośrednik finansowy - wysłał na skrzynki e-mailowe tysięcy internautów kuszący komunikat: „Co wybrać: ZUS, czy OFE? Policzymy emeryturę w pięć minut, porównamy korzyści z ZUS i OFE, pomożemy zabezpieczyć emeryturę”. A obok była ankieta, po wypełnieniu której odezwie się doradca finansowy, by umówić się na spotkanie. Grzechem byłoby nie spróbować. Inne firmy finansowe też mnie kusiły, ale nie tak skutecznie, jak Expander. Jedni nieudolnie usiłowali straszyć. "System ten (emerytalny, oparty na ZUS - mój dopisek) cechuje ryzyko występujące w przypadku piramid finansowych” (Skandia). Inni postawili na suspens: „Gdzie są twoje pieniądze na emeryturę?” (Aviva, w tle uniesione w bezbrzeżnym zdziwieniu brwi dwojga młodych ludzi, zastanawiających się zapewne kto te pieniądze zabrał i uciekł w siną dal). Nota bene w tej ostatniej firmie ktoś wykonał kawał świetnej roboty, bo na stronie Avivy można znaleźć całą wypasioną prezentację na temat systemu emerytalnego i zmian, które zafundował mu rząd. Wszystko wyłożone na obrazkach, schematach, strzałkach i liczbach. Miodzio.  I na koniec uczciwie zarysowany wybór między różnymi dostępnymi instrumentami.

      Expander o OFE

      Razem z redakcyjną koleżanką Anią Popiołek przetestowaliśmy Expandera. Wypełniliśmy formularz, umówiliśmy się i z wypiekami na twarzy stawiliśmy w jednej z warszawskich kawiarni. Choć z reklamy internetowej wynikało, że precyzyjne wyliczenie ile wyniesie nasza emerytura zajmie tylko 5 minut, doradcy udało się to zrobić jeszcze szybciej. Zapytał tylko o nasze pensje, zrobił mądrą minę, wziął z tego jedną trzecią i powiedział, że emerytura wyjdzie mniej więcej tyle, a tyle. Pojęcie o systemie emerytalnym podobno miał blade (tak twierdzi Ania, podobno co chwilę strzelał jakiegoś "babola" merytorycznego). Pokazał nam tekst z "Wyborczej" o emeryturach, twierdząc, że to "Rzeczpospolita". No i generalnie nie był zainteresowany wyliczeniem czegokolwiek i rozwiązaniem dylematu: ZUS czy OFE. Jak najszybciej podążał za to w stronę III filaru, czyli oszczędzania na dodatkową emeryturę. I ja go nawet troszkę rozumiem (Ania chyba też). Ale jak już zaczął o tym III filarze emerytalnym opowiadać, to szlag jasny mnie trafił (na szczęście trafił "w środku", bo na zewnątrz do końca spotkania oboje graliśmy rolę mało rozgarniętych japiszonów, którzy do oszczędzania pieniędzy na emeryturę stosunek mają luźny).

      Czytaj miniporadnik: Jak żyć po zamachu na OFE, czyli plan awaryjny

      Zdaniem doradcy Expandera jedynym dobrym sposobem na dodatkową emeryturę jest podpisanie umowy na „platformę inwestycyjną”. Ponieważ od pewnego czasu słowo "platforma" źle na mnie działa, by ukoić mój ból doradca zaczął mówić o "palecie inwestycyjnej". Jak zwał, tak zwał, w każdym razie rzecz polega na polisie inwestycyjnej, typowym unit-linku. Do wyboru dostaliśmy ING oraz Aegon. Nie chcę znowu zrzędzić, że to drogie badziewie, bo po pierwsze można na rynku znaleźć unit-linki nie-takie-znowu-drogie (i w niektórych okolicznościach rzecz może się nawet opłacić), a po drugie rację mają ci, którzy zwracają uwagę na wartość dodaną tych produktów (odroczenie podatku, zbieranie w jednym miejscu różnych, trudno dostępnych czasem inwestycji, uproszczone dziedziczenie). Ale, kurczę, to co pokazał nam człowiek z Expandera naprawdę nie rokuje, że będzie z tego sensowny pieniądz na emeryturze. Opłaty: 10 zł miesięcznie za administrację, 3% opłaty za zarządzanie funduszami, dodatkowa opłata (wyrażona dość skomplikowanie) za zarządzanie parasolem... No, nędza po prostu. Nawet sam doradca przyznał, że trzeba wpłacać duże kilkaset złotych miesięcznie, żeby całego zysku nie zżarły prowizje. A i tak będą żarły jak szalone. No i uwaga: 99% składki w pierwszym roku przepada (idzie na wynagrodzenie pośrednika). Masakra. Niestety, m.in. w takich masakrach tkwi niemało naszych oszczędności. (patrz wykres poniżej)

      Aktywa UFK 2013Ja wszystko rozumiem, każdy musi z czegoś żyć. Ale, do jasnej cholery, jeśli renomowana firma, która podaje się za "doradcę finansowego" chce mnie zwabić obietnicami, że dowiem się co wybrać (ZUS czy OFE) i jak zabezpieczyć sobie dodatkową emeryturę, to oczekuję czegoś więcej, niż zaproponowania mi drogiego unit-linka. Myślałem (Ania pewnie też), że tak renomowany pośrednik zaproponuje paletę różnych rozwiązań – może oparte na jakichś produktach finansowych Indywidualne Konto Emerytalne, albo konto IKZE, może konto oszczędnościowe w banku (tak na początek), może opcję systematycznego lokowania w emerytalne obligacje skarbowe, może systematyczne kupowanie udziałów w funduszach inwestycyjnych. No, jest tego trochę. Niestety, okazało się, że do wyboru dostaliśmy tylko... dwie polisy inwestycyjne: ING lub Aegon. Wiadomo, że w przypadku IKE, IKZE, czy „zwykłych” funduszy inwestycyjnych, a więc produktów zechcą zrobić kolejny krok i urządzać nam szkolenia z wiedzy o III filarze. Brrr... ;-)

      Jak pomnażać oszczędności

      JAK MIEĆ WYŻSZĄ EMERYTURĘ? Pytacie mnie często w listach jak zabrać się do systematycznego oszczędzania. Plan skasowania przez rząd części pieniędzy z OFE prowokuje też pytania o nasze emerytury. Czy możemy liczyć na ZUS? A może liczyć tylko na siebie? Niektórym z Was urodziło się dziecko, niektórzy dostali podwyżki (to był żart ;-)), a inni zorientowali się właśnie, że na ich koncie widać dno. Pytacie w którym banku założyć konto oszczędnościowe, jakie kupić obligacje i czy fundusze inwestycyjne to dla Was nie jest aby zbyt ryzykowna "zabawa". O tym jak zrobić sobie pierwszy, najprostszy plan systematycznego oszczędzania, a także jak go potem rozwijać o nowe elementy, a także o tym jak bezboleśnie można uskładać trochę grosza na dodatkową emeryturę, napisałem w książkowym poradniku "Jak pomnażać oszczędności". Jest on wśród sześciu książek, które musisz przeczytać według blogu "Jak oszczędzać pieniądze". W konkursie "Economicus" zdobył wyróżnienie jako jeden z trzech najlepszych poradników roku. Książkę życzliwie oceniło też Stowarzyszenie Inwestorów IndywidualnychStała się czwartym największym ekonomicznym bestsellerem w sieci salonów Empik w pierwszym półroczu po debiucie. Jeśli nie masz czasu iść do księgarni, ściągnij "Jak pomnażać oszczędności" w formie e-booka

      samcik.blox-lions2

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Polisa lub ciemność i mrok. Tak Expander pomaga zbierać na ekstra-emeryturę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 21 września 2013 08:56
  • piątek, 20 września 2013
    • W mBanku zapłacisz więcej jeśli... lubisz wypłacać. To początek akcji podwyżek?

      Patrząc na zmieniające się jak w kalejdoskopie tabele opłat i prowizji mBanku nie mam wątpliwości, że widać w nich, niczym w lustrze, niezbyt różową przyszłość czekającą klientów innych banków. Przynajmniej jeśli chodzi o korzystanie z bankomatów. Topniejące w oczach dochody z opłaty interchange (w połowie przyszłego roku banki będą mogły pobierać od handlowców nie więcej, niż 0,5% od wartości transakcji kartowych) to okoliczność zmieniająca reguły gry w bankowym biznesie. Banki nie będą mogły tolerować dłużej sytuacji, w której klienci wykorzystują karty płatnicze głównie do wypłacania pieniędzy w bankomacie, a na zakupach płacą nimi tylko sporadycznie. Taki klient stopniowo będzie miał przykręcaną śrubę, aż... zmieni nawyki. W mBanku konieczność zniechęcania klientów do bankomatów widzą chyba wyjątkowo wyraźnie, bo mBank nie ma własnych urządzeń - swego czasu "poszedł" w outsourcing. O ile więc PKO BP, czy Bank Pekao znają dwie strony bankomatowego biznesu (z jednej strony dopłacają do funkcjonowania maszyn jeśli korzystają z nich klienci "wewnętrzni", a z drugiej zarabiają, gdy obsługują klientów innych banków), o tyle dla mBanku bankomaty są tylko obciążeniem.  Co z tego wynika?

      Ano podwyżki wynikają. Niedawno ukazała się na stronie banku informacja, że od listopada klienci mBanku, którzy używają swoich kart wyłącznie w bankomatach, będą płacili więcej. Do tej pory było tak, że jeśli ktoś nie używał karty w sklepach, to płacił 4 zł miesięcznego abonamentu. Ale był wyjątek - jeśli wykupił usługę bezpłatnych bankomatów w całej Polsce (kosztuje to 5 zł miesięcznie), to nawet jeśli nie zapłacił kartą ani razu w sklepie, to i tak był zwolniony z tych 4 zł za posiadanie plastiku. A więc: - mówiąc jeszcze prościej - bank oferował kartę debetową i dostęp do wszystkich bankomatów w Polsce łącznie za 5 zł miesięcznie. Taniocha. Teraz tak łatwo już nie będzie. Nawet klienci mający wykupioną usługę darmowych bankomatów będą musieli się wykazać symboliczną aktywnością i zapłacić kartą w sklepie co najmniej 100 zł - inaczej konto w mBanku będzie ich kosztowało... aż 9 zł miesięcznie (nie dość, że 5 zł za bankomaty, to jeszcze 4 zł za kartę). Tym samym bank zamyka furtkę do tego, by jakakolwiek grupa klientów mogła się wywinąć od 4-złotowej prowizji, jeśli nie płaci kartą w sklepach. Oczywiście wymogi konieczne, żeby uniknąć płacenia, są symboliczne. Ale sądzę, że stopniowo będą podkręcane. Podniesienie limitu miesięcznych transakcji, które uprawniają do zwolnienia z 4 zł opłaty za kartę jest kwestią czasu.

      Apel: Darmowe bankomaty tylko dla tych, którzy używają karty w sklepach!

      W mBanku niedługo nie będzie można mieć karty i nie używać jej, a jednocześnie utrzymać darmowość swojego konta. W drugim - obok eKonta - rachunku osobistym oferowanym przez mBank (nazywa się ono bez polotu "eKontem z darmowymi bankomatami") ta filozofia już "działa" - wszystkie krajowe bankomaty są w nim z definicji za darmo, ale nie ma mowy o braku opłat, jeśli nie używa się karty w sklepach. Limit miesięczny wynosi 200 zł, zaś jeśli się go nie "wykręci", to płaci się 7 zł miesięcznie za ROR. Nota bene nowe zasady oferowania klientom dostępu do bankomatów sprawiają, że posiadacze podstawowego eKonta powinni zastanowić się nad przeniesieniem się do eKonta z darmowymi bankomatami. Wymogi są co prawda wyższe (200 zł transakcji  bezgotówkowych miesięcznie kartą), a kara za ich niewypełnienie surowsze (7 zł za konto, a nie 4 zł za kartę, jak w eKoncie), ale za to nie trzeba dopłacać do darmowych bankonatów w całej Polsce. A to może być kluczowa sprawa w kontekście innej proponowanej klientom przez mBank od listopada podwyżki: wzrostu prowizji za korzystanie przez klientów z obcych bankomatów (co dotknie oczywiście tylko tych, którzy nie mają usługi "wszystkie bankomaty za darmo" w eKoncie, albo konta z darmowymi bankomatami w pakiecie). Do tej pory za wyciąganie kasy z obcej "ściany" klienci płacili 5 zł (niezależnie od wysokości wypłaty), teraz będzie to 3% wartości transakcji nie mniej jednak niż 5 zł oraz nie więcej, niż 9 zł.

      Widać, że mBank nie tylko postanowił trochę utrudnić życie osobom nie płacącym kartami w sklepach, ale też chce więcej zarabiać na tych klientach, którym zdarza się wypłacić pieniądze z bankomatów nie należących do tzw. sieci preferowanej. W gruncie rzeczy to oni będą dotowali taniochę wynikającą ze wszystkich bankomatów za free, którą mBank oferuje "za dopłatą" albo "pod warunkiem". Klienci mBanku, a pewnie wkrótce i innych banków, będą musieli się przyzwyczaić, że korzystanie z bankomatów nie jest tym, za co banki będą ich kochały. Już teraz czują to wyraźnie np. klienci Alior Banku, którym też trudniej o dostęp do bankomatów za darmo. Pewnie pojawią się podwyżki opłat za korzystanie z takich ekstrawagancji, jak "wszystkie bankomaty za darmo", zapewne będą rosły prowizje za wypłacanie pieniędzy z obcej "ściany", a wreszcie - tak jak w mBanku - nie będzie już tak, że klient korzystający z bankomatu - i nawet płacący za to jakiś abonament - jest zwolniony z "obowiązku" używania swojej karty w sklepie. Bo niby dlaczego miałby być zwolniony, gdy mamy XXI wiek i erę płatności bezgotówkowych? A jeśli już jesteśmy przy nowoczesności - napisało do mnie kilkoro klientów mBanku, których oburzyła jeszcze jedna, proponowana przez mBank podwyżka. Chodzi o to, że karta kodów jednorazowych (zdrapek), która wciąż jest w mBanku jednym ze sposobów autoryzowania transakcji, zamiast 10 zł będzie teraz kosztowała aż... 19 zł. Przyznacie, że to cena zaporowa, zwłaszcza że nie będzie można zamówić hurtem więcej kart i płacić mniej, lecz bank pobierze 19 zł za każdą wysłaną klientowi kartę kodów.

      Bankomat Euronetu jako... kantor w Londynie. Weźmie brytyjską prowizję?

      Sens tej prowizji jest oczywisty - przekonać klientów, by przeszli na darmową autoryzację przelewów SMS-ami, czyli techologię tańszą, na pewno wygodniejszą, a w sumie chyba też bezpieczniejszą. Generalnie w mBanku lubią SMS-y, ale jeśli ktoś korzysta z usługi dodatkowej (niewątpliwie zwiększającej bezpieczeństwo), czyli z nadsyłanych przez bank powiadomień o każdej transakcji albo np. przelewie przychodzącym, to będzie za ten luksus płacił więcej. Do tej pory jedno takie powiadomienie kosztowało 20 gr., a po podwyżce od początku listopada będzie to aż 35 gr. Szczerze pisząc mam wątpliwości czy to jest cena odzwierciedlająca koszty wysyłania tego typu SMS-ów i zarządzania systemem powiadomień. Wiem co nieco o kosztach telekomunikacyjnych i cena 35 gr. za jedno powiadomienie wydaje mi się, łagodnie pisząc, stawką dość wygórowaną... Nieco taniej jest w pakiecie - 3 zł za 20 powiadomień. Ale i tak luksus otrzymywania powiadomień o zmianach salda na koncie, który kiedyś niektóre banki dostaraczały w gratisie, dziś nie jest wcale tani, a mBank w podwyższaniu kosztów tego typu usług niestety znalazł się w awangardzie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „W mBanku zapłacisz więcej jeśli... lubisz wypłacać. To początek akcji podwyżek?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 20 września 2013 14:53

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line