Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • środa, 30 września 2015
    • Rzecznik unijnego trybunału się zagalopował? Frankowicze wyciągają asy z rękawów

      Jednym z pól walki zbuntowanych kredytobiorców walutowych z bankami jest pytanie o to czy taki kredyt przypadkiem nie ma wbudowanej opcji walutowej. A więc: czy nie jest kredyto-inwestycją. Gdyby tak było, klienci mieliby prawo oczekiwać od banków-kredytodawców, by informowały ich o ryzyku w rozbudowany sposób - tak, jak informuje się inwestora giełdowego, że może stracić dużą część pieniędzy. Brak takiej informacji - oczywisty w przypadku kredytów - dałoby się pewnie przekuć w jakieś odszkodowania. Tylko czy to pole walki jeszcze istnieje? Przecież Rzecznik Generalny unijnego Trybunału Sprawiedliwości ostatnio ogłosił wykładnię, z której wynika, że kredyt walutowy nie ma wbudowanego żadnego komponentu inwestycyjnego. A tym bardziej nie można powiedzieć, by sam był inwestycją. Co prawda orzeczenia samego Trybunału Sprawiedliwości w tej sprawie jeszcze nie ma, ale niezmiernie rzadko zdarza się, by ten nie zgodził się o opiniami Rzecznika Generalnego.

      Bitwa nie została jeszcze przez frankowiczów ostatecznie przegrana, ale środowisko bankowców już wysyła sygnały, że to tylko kwestia czasu. W zeszłym tygodniu ekspertyzę Rzecznika Generalnego obficie omówił w komunikacie Związek Banków Polskich, zapewne po to, by jak najbardziej ją rozpropagować i wybić frankowiczom z głowy wytaczanie nowych batalii prawnych przeciwko bankom. Czy jest możliwość, by jeszcze zmienić bieg wydarzeń przed luksemburskim trybunałem? Wiadomo, że polski rząd - przynajmniej na razie, bo nie wiemy jak będzie wyglądał jego skład po wyborach - nie będzie walczył o zmianę interpretacji produktu pt. walutowy kredyt hipoteczny. Jakie jest jego widzenie tej sprawy - wiemy od czasu, gdy przestała być tajemnicą opinia, którą wysłał do Luksemburga. Zresztą opinia ta przydała się Rzecznikowi Generalnemu, bo nawet była cytowana w jego ekspertyzie.

      Jak wiecie, ja też nie jestem zwolennikiem hipotezy, że kredyt hipoteczny jest produktem inwestycyjnym. Nie wydaje mi się, by sam fakt, że wysokość raty zależy od kursu waluty obcej, oznaczał, iż klient "inwestuje" pieniądze. Kredyt to kredyt. Inna sprawa, że w ramach tego kredytu klienci zostali narażeni na ponadnormatywne ryzyko kursowe i banki powinny część tego ryzyka z nich zdjąć. Pytanie brzmi: czy frankowicze zdołają przekonać luksemburski sąd, że pomylił się uznając, iż w kredycie walutowym nie ma komponentu inwestycyjnego. Organizacje skupiające najbardziej radykalnie nastawionych frankowiczów być może spróbują jeszcze podjąć ofensywę. Pewne argumenty w tej sprawie mają. Jeden z frankowiczów przesłał mi pochodzący z 2007 r. artykuł z "Gazety Prawnej", który popełnił dr Andre Helin, prezes firmy audytorskiej BDO.

      "Przykładem złożonych instrumentów, posiadających wbudowane instrumenty finansowe, są umowy kredytowe, w których należne kwoty są indeksowane (np. w zależności od kursu wymiany waluty obcej, wskaźnika inflacji), opcje wcześniejszego wykupu dłużnego instrumentu finansowego czy też zwykłe umowy najmu lub dzierżawy denominowane w walucie obcej. W takich sytuacjach umowa zasadnicza (w podanych przykładach wartość nominalna kredytu podlegającego spłacie lub ustalona kwota czynszu z tytułu najmu) ulega zmianie, adekwatnie do zmian kursu waluty lub wskaźnika inflacji"

      Frankowicze zamierzają też wyjąć z szafy jeden z dokumentów Narodowego Banku Polskiego, który pochodzi z 2013 r., (a konkretnie "Instrukcję uzupełniającą do pakietu FinRep"), w której na str. 19-20 znajdują się punkty definiujące instrumenty pochodne oraz instrumenty, w które wbudowane są instrumenty pochodne. Co by nie mówić, niektóre z tych definicji przywodzą na myśl konstrukcję kredytów walutowych.

      nbpinstrukcja

      Dyskusja o tym czy kredyt walutowy nie jest przypadkiem instrumentem inwestycyjnym toczy się w całej Europie. Niedawno w Hiszpanii Sąd Najwyższy orzekł, że umowa kredytu walutowego zawiera w sobie instrument inwestycyjny, jednak odmówił unieważnienia z tego tytułu całej umowy. Nawet w przypadku uznania przez polski sąd, że kredyt walutowy to "kredytoinwestycja" - opieranie na tej podstawie argumentów o "odwalutowaniu" umowy może być karkołomne. Jeśli już szukamy dziury w całym, a więc chcemy sprawdzać czy kredyt walutowy to w ogóle kredyt, proponowałbym drążyć w stwierdzeniu: "trudno nazwać kredytem coś, w czym kwota kapitału jest ruchoma". Prawo bankowe bowiem mówi, że kredytem jest "określona kwota pieniędzy postawiona do dyspozycji klienta". Tymczasem w przypadku kredytów indeksowanych do franka ta kwota jest zmienna. Klient po zawarciu umowy czasem nawet nie wiedział jaką kwotę ostatecznie pożyczy, bo ta zależała od kursu waluty. Tym niemniej jeden z polskich sądów w słynnej "sprawie szczecińskiej" określił tę sytuację jako "doprecyzowanie" i nie znalazł w niej nic podejrzanego.

      Sprawa istoty kontraktu (czy ten kredyt to kredyt, czy instrument inwestycyjny) to tylko jedno z pól walki zbuntowanych kredytobiorców z bankami. Jest też kwestia zapisów abuzywnych zawartych w umowach (i jakie skutki rodzi uznanie ich za niewiążące) oraz kwestia wprowadzenia w błąd klientów przy zawarciu umowy (część klientów próbuje udowodnić, że nie udzielono im pełnych informacji o istocie produktu kredytowego) lub też niewłaściwego oszacowania zdolności kredytowej klienta (modele scoringowe bywały przegięte w taki sposób, by łatwiej było dostać kredyt we frankach). Na każdym z tych pól walki już się toczą, a zwaśnione strony nie biorą jeńców. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Rzecznik unijnego trybunału się zagalopował? Frankowicze wyciągają asy z rękawów”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 30 września 2015 14:10
    • Udawanie Greka wciąż nam nie wychodzi. Ale za to Rosjanin już nam nie podskoczy. A Niemiec...

      136 bilionów euro - takie aktywa finansowe zgromadzili na koniec zeszłego roku obywatele wszystkich państw świata. Z tego niemal co drugi srebrnik jest w posiadaniu obywateli USA, Kanady i innych krajów Ameryki Północnej. Dla porównania: w posiadaniu mieszkańców Europy Wschodniej znajduje się jedynie nieco więcej, niż co setny srebrnik ze światowego bogactwa. Mówi o tym raport niemieckiej firmy ubezpieczeniowej Allianz, która raz na jakiś czas wypuszcza swój przegląd światowego bogactwa. Ponieważ z jednej strony lubimy mówić o cudzych pieniądzach, a z drugiej strony - jako naród pokrzywdzony przez los - uwielbiamy narzekać jacy jesteśmy biedni, tradycyjnie pochylam się w blogu nad tym zacnym opracowaniem. Będzie powód żeby się nad sobą poużalać, oj, będzie. Ale zanim zaczniemy narzekanie, mały disclaimer. Allianz liczy nasze prywatne zaskórniaki sumując oszczędności gospodarstw domowych zgromadzone w bankach, firmach ubezpieczeniowych, funduszach, akcjach, obligacjach oraz odejmuje od tego zadłużenie, a więc te aktywa, które finansujemy pożyczonymi pieniędzmi. W dużym skrócie sytuacja wygląda tak, jak na grafie poniżej (im większe kółko i im dalej na osi X, tym lepiej). 

      alianz20141

      Obywatele Ameryki Północnej (w liczbie 358 mln osób) zgromadzili 60,5 biliona euro, czyli blisko połowę (45%) wszystkich aktywów finansowych, którymi cieszą się gospodarstwa domowe naszego globu Europa Zachodnia jest ludniejsza (414 mln obywateli), ale pod względem bogactwa trochę Ameryce ustępuje, bo jej gospodarstwa domowe gromadzą 24,5% światowego bogactwa (patrząc przez pryzmat aktywów finansowych) - 33 biliony euro. Udział Europy Zachodniej w globalnych aktywach finansowych gospodarstw domowych mniej więcej odpowiada udziałowi tej części świata w globalnym PKB. Przeliczając to per capita, czyli na głowę mieszkańca, sprawy przedstawiają się tak:

      allianz201431

      Co ciekawe, Ameryka Północna ma niemal identyczny udział w światowym PKB, co Europa Zachodnia, ale jej udział w oszczędnościach finansowych gospodarstw domowych jest znacznie większy. Na pocieszenie dla mieszkańców Starego Kontynentu pozostaje fakt, że to wciąż jej przedstawiciel - Szwajcaria - jest najbogatszą nacją świata w sensie zasobności rodzin w zaskórniaki - 157.446 euro na członka gospodarstwa domowego! A propos: jak lokują swoje skromne oszczędności mieszkańcy Szwajcarii oraz krajów ościennych zobaczycie na tym wykresie, obejmującą kraje Europy Zachodniej. Jak widać szwajcarska kasa (słupek z napisem CH)  tylko w 32% jest trzymana w bankach (zupełnie inaczej jak niemiecka: GR, a polecam też zwrócić uwagę na brytyjską - GB):

      allianz201471

      My na tym tle prezentujemy się jako ubodzy krewni bogatych wujków w Ameryki i Europy Zachodniej. Choć Europa Środkowo-Wschodnia wytwarza prawie 6% światowego PKB i ma 395 mln obywateli (pod tym względem jest mniej więcej tak samo "zasobna", jak dwa wymienione wcześniej regiony świata), to jej udział w zaskórniakach gospodarstw domowych prezentuje się wciąż dość marnie - 1,8 biliona euro (1,3% globalnych oszczędności). Porównywalnie nędzny do naszego potencjał ma np. Ameryka Południowa, która - choć ma aż 465 mln obywateli - dysponuje tylko 2% światowego bogactwa jeśli chodzi o aktywa finansowe gospodarstw domowych. Europa Środkowo-Wschodnia ma też zaiste minimalny udział w najbogatszej "kaście" obywateli (HWC - high wealth countries), choć na pocieszenie trzeba powiedzieć, że przynajmniej staramy się "przepływać" z klasy LWC (low wealth countries) do klasy średniej - MWC 

      allianz201451

      Patrząc przez pryzmat poszczególnych państw zobaczymy Polskę na 39. miejscu w tabeli grupującej kraje mające najzasobniejszych w oszczędności obywateli. Na każdego z nas przypada jakieś 6200 euro oszczędności finansowych netto (czyli już po potrąceniu długów). Dwa lata temu byliśmy na 35. miejscu na świecie. Według wyliczeń Allianza przeciętny Polak miał wtedy 5.221 euro aktywów finansowych netto. Bogacimy się więc, ale chyba zbyt wolno, dlatego spadamy w rankingu. Oczywiście: żeby nie zrzędzić za bardzo, to trzeba od razu dodać, że nasze prywatne zaskórniaki rodzinne są i tak ponad dwa razy wyższe, niż średnia "regionalna". Kłopot w tym, że przeciętny Niemiec ma 44.800 euro oszczędności. a Hiszpan - 24.000 euro. Inna sprawa, że jeśli nałożymy na allianzowe statystyki inne badania, to okaże się, że jest pewna grupa Polaków, których aktywa przekraczają aktywa przeciętnego Niemca, czy Francuza, nie mówiąc już o przeciętnym mieszkańcu Hiszpanii. W Polsce bowiem 50% oszczędności jest skoncentrowanych w portfelach 10% najzamożniejszych rodzin, co oznacza - bardzo zgrubnie to przeliczając - że te 10% zamożnych rodzin może mieć między 40.000 euro a 60.000 euro aktywów na głowę, Trzeba tylko pracować nad tym, żeby wyciągać za uszy - m.in. poprzez zwiększanie dochodów - tych, którzy dziś się poniżej średniej.

      Wracając do średniej nie uwzględniającej rozwarstwień: przed nami są i Czesi i Węgrzy, a nawet Bułgarzy. Szukając jakiegoś usprawiedliwienia dla tej porażki mógłbym tylko napisać, że to mniejsze od nas narody, więc ich mniejsze od naszego narodowe bogactwo łatwiej się dzieli na głowę mieszkańca. Ale za to siedem długości za nami są np. Rosjanie (900 euro oszczędności na głowę), Ukraińcy, czy Turcy (2000 euro). Tak, tak, mamy przeciętnie sześć-siedem razy więcej oszczędności, niż nasi sąsiedzi ze Wschodu. Chociaż oni mają więcej czołgów ;-). Wiecie co mnie najbardziej ubodło? Że nawet ten bankrutujący Grek ma przeciętnie wciąż dwa razy więcej aktywów finansowych, niż przeciętny Polak (ponad 11.000 euro na głowę). Pocieszam się, że to kwestia nie wypłaconych nam jeszcze przez Niemców reparacji wojennych, a przez Rosjan - rekompensat za wieloletnią okupację. Gdyby nie te dwa przypadki w naszej najnowszej historii mielibyśmy jednak łatwiej, bo roślibyśmy przez 25 ostatnich lat nie całkiem od zera. 

      allianz20149

      Trzecim - obok Ameryki i Europy Zachodniej - wielkim graczem na arenie budowania finansowej zamożności obywateli jest Azja. Zamieszkuje ją prawie dziesięć razy tyle ludzi, co Amerykę Północną (3,2 mld obywateli), region ten generuje też 27,4% światowego PKB. Jeśli chodzi o finansowe aktywa obywateli, to ma ich już 34,1 biliona, czyli jedną czwartą wszystkich zgromadzonych na świecie. Ale sądzę, że dopiero za rok-dwa zobaczymy w jak wielkim stopniu to efekt bańki pompowanej przez chińskie władze (100 mln Chińczyków zaniosło swoje pieniądze na giełdę, która była maszynką do zarabiania pieniędzy, dopóki wiosną i latem tego roku się nie załamała). Na razie w statystykach widać obraz sprzed popsucia się maszynki, który wskazuje, że Chiny pod względem bogactwa prześcignęły Japonię. Tere-fere ;-)

      allianz201410

      A na koniec jeszcze zapodam Wam ranking najbardziej zasobnych - pod względem finansowych zaskórniaków obywateli - państw świata. Po lewej stronie macie ranking według aktywów netto (czyli po potrąceniu długów), a po prawej - ranking z uwzględnieniem całego majątku posiadanego przez gospodarstwa domowe, nawet tego obciążonego długiem (np. kredytowym).

      allianz201411

      POZNAJ MOJE PATENTY NA ZARZĄDZANIE DOMOWĄ KASĄ. Zapraszam cię do oglądania klipów "Samcik prześwietla", w których teraz co tydzień opowiadam o tym jak zgromadzić zaskórniaki oraz jak zabezpieczyć sobie - w możliwie bezbolesny sposób - pieniądze na spełnianie marzeń za kilka oraz za kilkadziesiąt lat. W pierwszym odcinku o tym jak zbudować finansowy spadochron i jak bardzo mogą w tym pomóc pieniądze, które przeciekają ci między palcami...

      Zobacz też jak od kulis wyglądał mój pierwszy skok spadochronowy: 

      W drugim odcinku zdradzam kolejne patenty: im dłużej jesteś w windzie o nazwie "systematyczne oszczędzanie", tym szybciej ona jedzie. Nawet jeśli wpłacasz wciąż tę samą kwotę, a zyski są wciąż takie same, to twoje pieniądze rosną... coraz szybciej. Jak to możliwe? Aby to wyjaśnić... przeniosłem się w czasie. Zdradzam też jak zdobyć 100.000 zł w ciągu 30 lat odkładając wyłącznie pieniądze, których dziś jeszcze... nie masz.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Udawanie Greka wciąż nam nie wychodzi. Ale za to Rosjanin już nam nie podskoczy. A Niemiec...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 30 września 2015 08:39
  • wtorek, 29 września 2015
    • Płacenie w necie wreszcie bez drogich pośredników? Wystartował "polski bitcoin"

      Pisałem Wam kilka razy o "polskim bitcoinie", szykującym się do podbicia naszych portfeli. Najpierw pisałem o nim jako o pomyśle polskich programistów na zredukowanie kosztów niskokwotowych transakcji w internecie, potem jako o projekcie, któremu niewiele już brakuje do startu. I wygląda na to, że dziś właśnie nadszedł ten dzień. Billon - bo tak nazywa się polska waluta cyfrowa - można wreszcie kupić, sprzedać, albo nim płacić, bo system właśnie ruszył. Na razie będzie to chyba głównie finansowa nowinka dla młodzieży, ale jeśli nowa forma gotówki się upowszechni, to może wiele zmienić w naszych nawykach dotyczących płacenia. Zwłaszcza płacenia w sieci, bo ta forma pieniądza najlepiej nadaje się do przesuwania wartości z jednego wirtualnego portfela do drugiego, z pominięciem banków. A więc i z pominięciem prowizji, przewalutowań, spreadów, izb rozliczeniowych, banków-korespondentów...

      Temu, kto ogarnia na czym polega bitcoin (i idea cyfrowych walut) wystarczy, że napiszę, iż billon jest takim "polskim bitcoinem", tyle że na legalu :-). A więc nie omija po całości systemu bankowego, ale raczej jest jego uzupełnieniem. A więc o ile bitcoina można wymienić na "normalne" waluty tylko na prywatnych giełdach, nie mając pewności co do kursu wymiany (oraz czy giełda nie zniknie razem z kasą ;-)), o tyle billon można w każdej zamienić na złote, przelewając go do banku po kursie 1:1, albo wypłacając w bankomacie złotówki z wirtualnego portfela znajdującego się na smartfonie. Kto nie ogarnia filozofii cyfrowych walut a la bitcoin, musi wiedzieć tylko tyle, że billon jest takim jakby "banknotem", tyle że zamkniętym w smartfonie, w wirtualnym portfelu. Od 100-złotówki w portfelu skórzanym różni się tylko tym, że jest łatwiej podzielny. Ale poza tym różnic brak: zamiast zabezpieczeń w postaci znaków wodnych i różnych pasków wtopionych w papierowy banknot jest kryptografia, która sprawia, że każdy cyfrowy "banknot" jest nie do podrobienia.

      Dlaczego miałbyś używać takiego pieniądza zamiast np. przelewów bankowych lub płatności internetowych takich, jak dotychczas? Zaletą cyfrowej gotówki jest to, że nie potrzeba żadnych pośredników, by go przekazać. A pośrednicy kosztują. W przypadku cyfrowej gotówki, takiej jak bitcoin czy billon, nie zlecasz przelewu, czy albo płatności, rozumianej jako przeksięgowanie pieniędzy z konta osoby A w jednym banku na konto osoby B w drugim banku (za pośrednictwem izby rozliczeniowej oraz agregatora płatności, takiego jak PayU lub organizacji płatniczej takiej jak Visa). Tu po prostu wysyłasz zaszyfrowany "banknot" ze swojego wirtualnego portfela na wirtualny portfel osoby B, z pominięciem banków. Dzięki temu taka płatność będzie zawsze darmowa. I w ogóle dopóki masz billona w swoim wirtualnym portfelu, to za nic nie płacisz. Tak samo, jak nie płacisz za to, że masz 100 zł w skórzanym portfelu w kieszeni spodni.

      Prowizje pojawiają się tylko przy wejściu i wyjściu z systemu, czyli tam, gdzie billon chcesz wymienić na tradycyjne złotówki. Billon możesz kupić (czyli "doładować" nim swój wirtualny portfel) w 15.000 punktów w Polsce, m.in. w supermarketach Carrefour, kioskach Ruchu, na stacjach Orlenu, w salonach Plusa, w spożywczakach Małpka oraz w kolekturach Lotto. Odbywa się to mniej więcej tak, jak opłacanie rachunku za prąd czy gaz, tyle że w tym przypadku wręczając kasjerowi gotówkę nie podajesz mu papierowej faktury, tylko kod kreskowy wygenerowany przez aplikację billon w twoim smartfonie. Oczywiście to kosztuje - ok. 2 zł. A wypłata gotówki? Jest możliwa w sieci bankomatach Euronetu, BZ WBK, Planet Cash za opłatą ok. 2,5 zł. Podchodzisz do bankomatu, wybierasz wypłatę bez karty (system Halcash), podajesz PIN wygenerowany w smartfonie i wypłacasz złotówki. Wejście i wyjście z systemu jest też możliwe za pomocą przelewu bankowego.

      W jakich przypadkach posiadanie aplikacji billon na smartfonie może się opłacić? Jeśli jesteś fanem gier online i nie masz jeszcze własnego konta bankowego, ani w PayPalu (90% nastolatków nie ma konta w banku), to w ten sposób możesz przyjmować od rodziców kieszonkowe i wydawać je na różne gadżety do gier. Jeśli chcesz zapłacić lub dać tipa ulubionemu blogerowi lub vlogerowi, to w ten sposób może to być najwygodniejsze i najtańsze (w ten sposób testowano billona i podobno zarówno vlogerzy, jak i ich fani byli zachwyceni prostą możliwością przekazywania małych darowizn). A jeśli nie jesteś gimbazą? :-) Być może będzie to sensowna opcja wypłacania wynagrodzeń pracownikom dorywczym, którzy nie mają kont bankowych. Zamiast wypłacać im gotówkę, którą wcześniej trzeba zassać z banku (i np. zapłacić za to prowizję), można wysłać ludziom kasę w billonie. To może być też potencjalnie dobry pomysł do mikropłatności za czytanie treści w internecie. W tym tygodniu za billona będzie można też np. kupić na Twitterze... cyfrową prenumeratę Newsweeka.

      Minusy? Przede wszystkim billon działa dziś tylko na urządzeniach z systemem Android oraz na desktopowej odmianie Windowsa. Wersje na inne platformy podobno mają nadejść wkrótce. Po drugie nie wiadomo jak rozległa będzie sieć akceptacji nowej formy gotówki. Aby był sens ściągać aplikację i załadować na nią gotówkę musi być w sieci dużo opcji zapłacenia billonem. Trzecia sprawa to prowizje na wejściu i wyjściu. Cyfrowa gotówka opłaci się tylko tym, którzy będą jej w miarę często używali. Bo wejść do systemu tylko po to, żeby zapłacić za coś w sieci bez prowizji, a potem wypłacić resztę kasy w złotówkach (w bankomacie) to absolutny bezsens. Czwarte pytanie dotyczy konkurencji: czy np. system IKO, dający możliwość płacenia za darmo w internecie i wyjmowania gotówki z bankomatów (podobnym sposobem, jak billon), przypadkiem nie zapewnia tej samej funkcjonalności przy większej wygodzie? Tyle, że IKO nie będzie bez końca darmowe, a w przypadku billona darmowość jest wpisana w model biznesu, bo nie jest on częścią ciężkiej i kosztownej infrastruktury bankowej. Ale patrząc np. na płatności w internecie oferowane przez agregatorów takich jak np. PayU, którzy tu i ówdzie skubią prowizjami (a przede wszystkim są zbyt drodzy dla np. vlogera, który chciałby przyjmować za ich pośrednictwem donacje), billon uzyskuje już nieco lepsze widoki.

      Jeśli nawet billon przekroczy masę krytyczną (a nie będzie to łatwe, bo nie udało się nawet bitcoinowi, który w Polsce ma naprawdę wielu ambasadorów) to tak naprawdę zabawa zacznie się wtedy, gdy użytkowników cyfrowego pieniądza będzie tak dużo, że zaczną sami załatwiać swoje interesy finansowe, bez pośrednictwa banków. I jeśli zaczną to być również interesy międzynarodowe, wymagające dziś spreadów, przewalutowań i całego tego bankowego "aparatu".  Banki zresztą też mogą tu się przydać: dlaczego by miały nie wypłacać w billonie pożyczek gotówkowych osobom, które nie chcą mieć nic wspólnego z żadnym kontem bankowym? Jak sądzicie? Czy eksperyment z "polskim bitcoinem" się uda? 

      POZNAJ MOJE PATENTY NA ZARZĄDZANIE DOMOWĄ KASĄ. Zapraszam cię do oglądania klipów "Samcik prześwietla", w których teraz co tydzień opowiadam o tym jak zgromadzić zaskórniaki oraz jak zabezpieczyć sobie - w możliwie bezbolesny sposób - pieniądze na spełnianie marzeń za kilka oraz za kilkadziesiąt lat. W pierwszym odcinku o tym jak zbudować finansowy spadochron i jak bardzo mogą w tym pomóc pieniądze, które przeciekają ci między palcami...

      Zobacz też jak od kulis wyglądał mój pierwszy skok spadochronowy: 

      W drugim odcinku zdradzam kolejne patenty: im dłużej jesteś w windzie o nazwie "systematyczne oszczędzanie", tym szybciej ona jedzie. Nawet jeśli wpłacasz wciąż tę samą kwotę, a zyski są wciąż takie same, to twoje pieniądze rosną... coraz szybciej. Jak to możliwe? Aby to wyjaśnić... przeniosłem się w czasie. Zdradzam też jak zdobyć 100.000 zł w ciągu 30 lat odkładając wyłącznie pieniądze, których dziś jeszcze... nie masz.

      SUBIEKTYWNOŚĆ Z MŁODZIEŻOWĄ PRZEDSIĘBIORCZOŚCIĄ. Niedawno miałem przyjemność uczestniczyć w jubileuszu "Moich Finansów", jednego z programów edukacyjnych prowadzonych z myślą o gimnazjalistach przez Fundację Młodzieżowej Przedsiębiorczości. Dzięki temu programowi lekcje dotyczące zarządzania swoimi finansami miało 1,2 mln uczniów. Nauczycielom, którzy przyjechali z całej Polski, opowiadałem o tym, jakie są możliwe konsekwencje błędnych decyzji finansowych podejmowanych przez młodych ludzi. I jak ważna jest wiedza na temat sposobów planowania domowego budżetu i inwestowania własnych pieniędzy, nabyta już na etapie edukacji szkolnej. 

      CPLqBceWwAEM0y2

      DZIĘKI ZA FANTASTYCZNY FINBLOG 2015! W miniony czwartek w gmachu BUW w Warszawie miałem wielką przyjemność uczestniczyć w pierwszej konferencji blogerów finansowych. Byliśmy w najmocniejszym składzie: Michał Szafrański (blog "Jak oszczędzać pieniądze", Marcin Iwuć ("Finanse Bardzo Osobiste"), Zbyszek Papiński (blog o inwestowaniu "Appfunds"), Michał Pałka (blog dla poławiaczy wisienek "LiveSmarter"), prowadzący całość Paweł Cumcyk ("DNA Rynków") oraz Wasz ulubiony bloger reprezentujący "Subiektywnie o finansach". Od 11.00 do 17.00 opowiadaliśmy o tym jak wycisnąć z banku więcej, jak walczyć o swoje prawa kiedy coś pójdzie nie tak, co zrobić żeby wyjść z długów i jak znaleźć do tego odpowiednią motywację, co zrobić z nadmiarem pieniędzy po wyjściu z długów, a także jak zainwestować te pieniądze w siebie. A na koniec jeszcze dyskusja blogerów i 200 uczestników konferencji, naszych czytelników z całej Polski (bilety w sprzedaży internetowej rozeszły się w kilkadziesiąt sekund). Pełna sala do samego końca, mnóstwo podpisanych książek, możliwość pogadania z czytelnikami face to face, pozytywne recenzje obecnych - bezcenne. Żałuję tylko, że nie mogłem zostać na afterparty :-). Dziękuję kolegom-blogerom, Narodowemu Bankowi Polskiemu za wsparcie i patronat, a przede wszystkim Wam!

      CPrLO9PUcAEqrchIMG_2083744x496

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Płacenie w necie wreszcie bez drogich pośredników? Wystartował "polski bitcoin"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 września 2015 09:40
  • poniedziałek, 28 września 2015
    • Sprawiedliwość w hurcie? Jest światełko w tunelu dla frankowiczów walczących grupowo

      Ci z frankowiczów, którzy liczą na zmianę warunków spłaty swoich kredytów (np. na ich "odwalutowanie"), nie mieli ostatnio dobrych humorów. Sądy różnych instancji w aż trzech przypadkach (mBank, Getin Bank, Bank Millennium) podjęły niekorzystne - z punktu widzenia pozywających banki klientów - decyzje w sprawach grupowych. Z drugiej strony wygląda na to, że przymyka się furtka na wspierające frankowiczów rozstrzygnięcie w unijnym Trybunale Sprawiedliwości. Jego Rzecznik Generalny nie zauważył w kredytach walutowych komponentu inwestycyjnego (to pozwalałoby postawić bankom zarzut niedopełnienia obowiązków informacyjnych). Z trzeciej strony definitywnie padł projekt ustawy, która miała przyznać przynajmniej części frankowiczów prawo do przewalutowania kredytów i umorzenia części "nawisu" długu wynikającego ze wzrostu kursu waluty obcej. Co prawda w miejsce tej ustawy będzie inna, dająca kredytobiorcom w tarapatach możliwość uzyskania darmowej pożyczki o wartości do 27.000 zł, ale wiadomo, że pożyczka to nie to samo.

      Światełko w tunelu nieoczekiwanie pojawiło się w zeszłym tygodniu, gdy zapadły aż dwa orzeczenia sądów wspierające klientów pozywających grupowo banki. Zarówno w przypadku pozwu kilkudziesięciu klientów Getin Banku, jak i w walce 4.000 klientów Banku Millennium sądy apelacyjne odrzuciły orzeczenia pierwszych instancji oceniające, że pozwy są niedopuszczalne (a więc że sąd w ogóle ich nie przyjmuje). O ile w przypadku pozwu Getin Banku sąd pierwszej instancji rzeczywiście mógł mieć wątpliwości - zauważył dość poważną niejednorodność grupy klientów (byli wśród nich drobni przedsiębiorcy wymieszani z konsumentami) - o tyle jeśli chodzi o pozew przeciwko Bankowi Millennium orzeczenie pierwszej instancji było prawdziwą katastrofą. Wynikało z niego, że nie ma znaczenia, iż klienci mają takie same umowy kredytowe, a w nich identyczną klauzulę uznaną przez Sąd Ochrony Konkurencji za abuzywną. Według sądu w każdej z tych umów mogą być jakieś dodatkowe elementy, dlatego sąd nie może zajmować się wszystkimi umowami łącznie, gdyż wtedy odebrałby Bankowi Millennium prawo do obrony.

      Teraz - o ile nie okaże się, że zwrotnica będzie ponownie przestawiona np. w wyniku jakiegoś kolejnego odwołania, bądź skargi prawników bankowych - zarówno w przypadku pozwu przeciwko Getinowi, jak i przeciwko Millennium (ten drugi to najbardziej liczny pozew grupowy w Polsce) sytuacja jest taka, że sądy drugich instancji jednak dopuściły pozwy do rozpatrywania. Nie znamy jeszcze uzasadnień tych orzeczeń (a to one będą kluczowe dla dalszego biegu wypadków), ale być może zeszłotygodniowe decyzje sędziów są zajawką odkręcenia fatalnej interpretacji prawa, która rozpanoszyła się ostatnio w sądach i która w zasadzie pozbawiała szans na sukces tych klientów, którzy wytaczają bankom pozwy grupowe. A to przecież najtańsza i najmniej wymagająca od klientów procedura prawna (i jednocześnie najbardziej dochodowa dla prawników). Co prawda na razie jeszcze frankowi kredytobiorcy nic nie ugrali - wywalczyli jedynie prawo do tego, by ich sprawa została w ogóle zbadana - ale być może ta informacja sprawi, że do obu pozwów dołączą nowi kredytobiorcy (jest taka możliwość, dopóki lista pozywających nie zostanie zamknięta przez sąd).

      Jest mały sukces, przerywający passę wbijania frankowiczom kolejnych gwoździ do trumny, ale powodów do euforii moim zdaniem wciąż brak. W dalszym ciągu nad frankowiczami walczącymi z Getinem i Bankiem Millennium wisi widmo takiego rozstrzygnięcia, jakie zapadło w procesie "Nabitych" przeciwko mBankowi. A więc uznania, że co prawda "Nabici" zostali nabici, ale trzeba dokładniej zbadać jak bardzo bank ich nabił i czy część tego "nabicia" nie wynika z przesłanek obiektywnych. Takie sprawdzanie potrwa długo, będzie wymagało powołania biegłych, ich opinie z całą pewnością zostaną przez jedną ze stron zakwestionowane, więc być może pozostaną kontranalizy, a wszystko może się skończyć przedawnieniem roszczeń. Cóż, frankowicze grają o najwyższą stawką: celują w uznanie, że ich kredyty zawierały nieprecyzyjne zapisy dotyczące przeliczeń kursów walut i w związku z tym całe fragmenty ich umów trzeba wykosić. Oznaczałoby to, że kredytobiorcy mają umowy, w których nie ma żadnych przeliczeń walutowych, czyli... złotowe. Ale z oprocentowaniem opartych na frankowym LIBOR-ku. Od takiego rozstrzygnięcia dzielą ich lata świetlne. Ale to dobrze, że przynajmniej nie zostali wykluczeni z gry jeszcze zanim się ona zaczęła.

      POZNAJ SAMCIKOWE PATENTY NA OSZCZĘDZANIE PIENIĘDZY. Zapraszam Was do oglądania klipów "Samcik prześwietla", w których teraz co tydzień opowiadam o tym jak zgromadzić zaskórniaki oraz jak zabezpieczyć sobie - w możliwie bezbolesny sposób - pieniądze na spełnianie marzeń za kilka oraz za kilkadziesiąt lat. W pierwszym odcinku opowiadałem o tym jak zbudować finansowy spadochron i jak bardzo mogą w tym pomóc pieniądze, które przeciekają ci między palcami...

       

      Zobacz też jak od kulis wyglądał mój pierwszy skok spadochronowy: 

      W drugim odcinku zdradzam kolejne patenty: im dłużej jesteś w windzie o nazwie "systematyczne oszczędzanie", tym szybciej ona jedzie. Nawet jeśli wpłacasz wciąż tę samą kwotę, a zyski są wciąż takie same, to twoje pieniądze rosną... coraz szybciej. Jak to możliwe? Aby to wyjaśnić... przeniosłem się w czasie. Zdradzam też jak zdobyć 100.000 zł w ciągu 30 lat odkładając wyłącznie pieniądze, których dziś jeszcze... nie masz.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (23) Pokaż komentarze do wpisu „Sprawiedliwość w hurcie? Jest światełko w tunelu dla frankowiczów walczących grupowo”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 września 2015 14:17
    • Nie dostałeś karty, nie aktywowałeś jej, ale prowizję bank ściąga. I mówi, że tak ma być!

      Niedawno było w blogu o kontrowersyjnej sytuacji, w której karta płatnicza jest przysyłana klientowi przez bank listem zwykłym, zaś jej aktywacja ma się odbyć przy okazji pierwszej transakcji. Ryzyka wydają się oczywiste: ktoś nieuprawniony przejmuje i kartę i PIN do niej (bo np. listy z plastikiem i PIN-em zbiegły się w skrzynce pocztowej jednego dnia), a następnie biegnie z kartą do sklepu i płaci na nasz rachunek. Gorzej jeśli bank nie tylko przysyła klientowi kartę w niebyt sterylny sposób, ale i... pobiera za to opłaty. Wtedy trudno machnąć ręką i przejść nad taką nieostrożnością bankowców do porządku dziennego. Taki niefart spotkał mojego czytelnika, pana Łukasza w Getin Banku. Pobrał on od klienta opłatę za kartę, której to karty pan Łukasz nie zamawiał, a która w dodatku została wysłana listem zwykłym (a więc bank nie ma żadnego dowodu, że plastik dotarł do celu). Klientowi, który się awanturował w oddziale, poradzono, że aby pozbyć się opłaty powinien zadzwonić na infolinię, aktywować kartę, a potem ją zastrzec. Tak jest podobno najprościej ;-).

      "Informuję, że posiada Pan nieaktywną kartę o numerze (...). Natomiast od nieaktywnej karty bank pobiera opłaty. Kartę należy aktywować a następnie zastrzec. (...) Zastrzec kartę można po zalogowaniu do Bankowości Internetowej, wybierając zakładkę "Karty", następnie "Opcje", a potem "Zastrzeż". Dyspozycję zastrzeżenia można również wydać na Infolinii 197 97 lub w Oddziale Banku. Pragniemy nadmienić, że zastrzeżenie karty jest nieodwołalne a od zastrzeżonej karty Bank nie pobiera opłat"

      - poinformował pana Łukasza bank. Bardzo jestem ciekaw czy pobieranie przez bank opłat od nieaktywnej karty, w dodatku nie zamówionej przez klienta, nie kwalifikuje się do postępowania wyjaśniającego w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Równie dobrze bank mógłby np. pobierać opłaty za nie odebrane przez klienta (i nie zamówione przez niego) kwiaty, które to bank wysłał klientowi z miłości. Inna sprawa, że nie można wykluczyć, iż pan Łukasz, wspominając o "nie zamówionej" karcie, nie ma na myśli całkiem nowego plastiku, lecz nowy egzemplarz wcześniej posiadanego, który stracił ważność. W takich sytuacjach banki nie pytają klienta o zgodę, jeno wysyłają mu nową kartę zakładając, że zapewne nadal chce używać swojego plastiku. Oczywiście mogło być też tak, że bankowi wydawało się, iż klient zamówił kartę, bo pomylił ze sobą np. dwie osoby mające w systemie bardzo podobne parametry. Ale to wariant znacznie mniej prawdopodobny.

      W podobnej sprawie napisał do mnie pan Jan, który ma konto w Open Online, a do tego konta przypisana jest karta płatnicza. Ważność karty skończyła się w kwietniu 2015 r., a bank automatycznie wydał nową kartę, którą wysłał - jak twierdzą jego przedstawiciele - pocztą zwykłą. Karta jednak do pana Jana nie dotarła. Nie przejął się zbytnio, bo i tak konta Open Online używa tylko sporadycznie i karty tak naprawdę nie potrzebuje (bo, jak wiadomo, nie używana karta kosztuje w bankach więcej, niż taka, która w ogóle nie istnieje). Ale kiedy pan Jan, po dłuższej przerwie, zalogował się do swojego konta, ze zdziwieniem zauważył, że jego saldo wynosi minus 13 zł.

      "Po telefonie do infolinii grupy GetIn,która obsługuje konta Open Online, dowiedziałem się, że przyczyną ujemnego salda jest opłata w wysokości 6,99 zł miesięcznie, która jest pobierana także za karty nieaktywowane (czyli takie jak moja), ponieważ jednak bank nowe karty wysyła zwykłą korespondencją, a nie listem poleconym, to nie jest tak naprawdę pewien czy każdemu adresatowi przesyłkę doręczono czy nie. W moim przypadku musiała ona zostać zgubiona przez Pocztę Polską - ja nigdy jej nie otrzymałem"

      - opowiada pan Jan. Bank radośnie naliczał od kilku miesięcy opłaty za ów plastik, którego dostarczenia nie zweryfikował choćby przez kontakt e-mailowy z klientem. Pan Jan ma też za złe dziewczynie z infolinii, która próbowała zrobić z niego osobnika nie wiedzącego czym jest skrzynka na listy, gdyż próbowała przekonać go, iż rzeczona karta na pewno zalega w czeluściach skrzynki. Pan Jan złożył poprzez infolinię reklamację, na którą czas odpowiedzi wynosi 30 dni roboczych. W tym czasie - jak poinformowano pana Jana - saldo ujemne na koncie będzie powiększane o karne odsetki. Pan Jan poprosił mnie o wsparcie z odpornym na argumenty bankiem. Mam nadzieję, że publikacja w blogu pretensji moich czytelników, klientów różnych odnóg banku Getin, skłoni bank do zmiany kontrowersyjnej praktyki. Nie wydaje mi się, by można było pobierać jakiekolwiek opłaty za usługę, nie mając pewności, że nośnik tej usługi do klienta w ogóle dotarł. Chociaż z drugiej strony... nie takie rzeczy bankowcy już wywijali, że wspomnę tylko o przypadku, w którym bank pobierał opłaty od usługi, z której klient nie miał możliwości korzystać.

      Jak inwestować i pomnażaćZACZNIJ OSZCZĘDZAĆ RAZEM ZE MNĄ! Chcesz posiąść lub rozszerzyć wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń? Przeczytaj poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupisz na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możesz się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie ci rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały przez palce. Książkę kupisz na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku.

      SUBIEKTYWNE TRIKI UŁATWIAJĄCE GROMADZENIE OSZCZĘDNOŚCI. Zapraszam Was do oglądania klipów "Samcik prześwietla", w których teraz co tydzień opowiadam o tym jak zgromadzić pierwsze finansowe zaskórniaki oraz jak zabezpieczyć sobie - w możliwie bezbolesny sposób - pieniądze na spełnianie marzeń za kilka oraz za kilkadziesiąt lat. W pierwszym odcinku opowiadałem o tym jak zbudować pierwszy finansowy spadochron i jak bardzo mogą cię do tego przybliżyć pieniądze, które i tak przeciekają ci między palcami...

       

      Obejrzyj też klip z gatunku "behind the scenes", na którym widać od kulis jak kręciliśmy ten, wyjątkowo dla mnie trudny, pierwszy odcinek "Samcik Prześwietla: od oszczędzania do inwestowania". 

      W drugim odcinku zdradzam kolejne patenty: im dłużej jesteś w windzie o nazwie "systematyczne oszczędzanie", tym szybciej ona jedzie. Nawet jeśli wpłacasz wciąż tę samą kwotę, a zyski są wciąż takie same, to twoje pieniądze rosną... coraz szybciej. Jak to możliwe? Aby to wyjaśnić... przeniosłem się w czasie. Zdradzam też jak zdobyć 100.000 zł w ciągu 30 lat odkładając wyłącznie pieniądze, których dziś jeszcze... nie masz.

       

      SUBIEKTYWNOŚĆ Z MŁODZIEŻOWĄ PRZEDSIĘBIORCZOŚCIĄ. Niedawno miałem przyjemność uczestniczyć w jubileuszu "Moich Finansów", jednego z programów edukacyjnych prowadzonych z myślą o gimnazjalistach przez Fundację Młodzieżowej Przedsiębiorczości. Dzięki temu programowi lekcje dotyczące zarządzania swoimi finansami miało 1,2 mln uczniów. Nauczycielom, którzy przyjechali z całej Polski, opowiadałem o tym, jakie są możliwe konsekwencje błędnych decyzji finansowych podejmowanych przez młodych ludzi. I jak ważna jest wiedza na temat sposobów planowania domowego budżetu i inwestowania własnych pieniędzy, nabyta już na etapie edukacji szkolnej. 

      CPLqBceWwAEM0y2

      DZIĘKI ZA FANTASTYCZNY FINBLOG 2015! W miniony czwartek w gmachu BUW w Warszawie miałem wielką przyjemność uczestniczyć w pierwszej konferencji blogerów finansowych. Byliśmy w najmocniejszym składzie: Michał Szafrański (blog "Jak oszczędzać pieniądze", Marcin Iwuć ("Finanse Bardzo Osobiste"), Zbyszek Papiński (blog o inwestowaniu "Appfunds"), Michał Pałka (blog dla poławiaczy wisienek "LiveSmarter"), prowadzący całość Paweł Cumcyk ("DNA Rynków") oraz Wasz ulubiony bloger reprezentujący "Subiektywnie o finansach". Od 11.00 do 17.00 opowiadaliśmy o tym jak wycisnąć z banku więcej, jak walczyć o swoje prawa kiedy coś pójdzie nie tak, co zrobić żeby wyjść z długów i jak znaleźć do tego odpowiednią motywację, co zrobić z nadmiarem pieniędzy po wyjściu z długów, a także jak zainwestować te pieniądze w siebie. A na koniec jeszcze dyskusja blogerów i 200 uczestników konferencji, naszych czytelników z całej Polski (bilety w sprzedaży internetowej rozeszły się w kilkadziesiąt sekund). Pełna sala do samego końca, mnóstwo podpisanych książek, możliwość pogadania z czytelnikami face to face, pozytywne recenzje obecnych - bezcenne. Żałuję tylko, że nie mogłem zostać na afterparty :-). Dziękuję!

      finblogfoto3

      CPrLiRoW8AQ07vVCPrLO9PUcAEqrchIMG_2083744x496

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Nie dostałeś karty, nie aktywowałeś jej, ale prowizję bank ściąga. I mówi, że tak ma być!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 września 2015 08:29
  • niedziela, 27 września 2015
  • piątek, 25 września 2015
    • Kredyt hipoteczny cię utopił? Nie będziesz płacił rat przez półtora roku. A potem...

      Ustawy o pomocy frankowiczom na razie nie będzie, ale za to posłowie - niemal jednogłośnie - uchwalili w piątek prawo, które ma ulżyć wszystkim hipotecznym kredytobiorcom będącym w tarapatach finansowych. Ulżyć im nieoprocentowaną pożyczką. Jak dobrze pójdzie, nowa ustawa zacznie działać za jakieś cztery miesiące, a więc na początku 2016 r. (vacatio legis wynosi w tym wypadku 90 dni, ale liczy się od podpisania ustawy przez prezydenta, ale zanim papiery trafią na jego biurko, jeszcze muszą przejść przejść przez Senat). Czy jest się z czego cieszyć? Cóż, biorąc pod uwagę, że mamy w Polsce kilkaset tysięcy osób będących w pętli zadłużenia oraz ponad 2,2 mln nie spłacających w terminie swoich zobowiązań, pisanie przez posłów ustawy o pomocy kredytobiorcom hipotecznym jest pewną... hmmm... ekstrawagancją. Zwłaszcza, że zaległości w ratach ma jakieś 2-3% z nich (licząc od 1,8 mln wszystkich posiadających kredyt hipoteczny), więc ani nie jest to najbardziej potrzebująca, ani najbardziej liczna grupa osób czekających aż politycy pochylą się nad ich sprawami. Ale z drugiej strony pewnie jest trochę osób, które są na krawędzi i być może dzięki tej ustawie nie spadną w przepaść. Poza tym darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Co więc nas czeka?

      NA CZYM MA POLEGAĆ POMOC? Każdy kredytobiorca, który znajdzie się z tarapatach finansowych, będzie mógł wystąpić do Banku Gospodarstwa Krajowego (o ile się nie mylę będzie to czynił za pośrednictwem lokalnego starosty), żeby przez jakiś czas specjalny fundusz pokrywał w 100% jego raty kredytu hipotecznego. Maksymalny okres, przez który będzie można nie płacić w ogóle za kredyt hipoteczny wynosi półtora roku. Przy czym fundusz zapłaci maksymalnie 1500 zł miesięcznie, więc jeśli ktoś został obdarzony przez bank kredytem z wyższą ratą (a - zwłaszcza w przypadku frankowiczów - jest to dość częste zjawisko), to jednak część z niej będzie musiał płacić, tak jak do tej pory, z własnej kieszeni. W sumie więc fundusz zapłaci maksymalnie 27.000 zł. Ale to nie będzie darowizna, tylko pożyczka. Bardzo tania - oprocentowanie wynosi 0% - i odroczona w spłacie, ale jednak pożyczka. Będzie można zacząć spłacać ją po dwóch latach od zassania i to bez odsetek. W dodatku czas spłaty ma wynieść maksymalnie osiem lat, co oznacza, że jeśli ktoś wziąłby pełną przysługującą mu pulę 27.000 zł, to po zakończeniu "odroczki" do raty kredytu hipotecznego przez kolejnych osiem lat doliczano by mu 282 zł miesięcznie.

      KOMU MA PRZYSŁUGIWAĆ POMOC? Nie każdy będzie miał prawo dostać taką darmową pożyczkę z długim odroczeniem w spłacie. Będzie trzeba udowodnić jedną z dwóch bolesnych okoliczności: że jest się bezrobotnym (i to nie takim, który zwolnił się z pracy sam, albo dostał "dyscyplinarkę", tylko takim, który został zwolniony) lub też że rata kredytu przekracza 60% dochodów gospodarstwa domowego. Poza tym trzeba będzie udowodnić, że się ma kredyt "na zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych" (niestety to chyba oznacza, że wypadają z gry kredyty konsolidacyjne, refinansowanie i hipoteczne kredyty na remont mieszkania) oraz że ma się tylko jedną nieruchomość. Widać więc, że obostrzeń jest sporo i nie wszystkie są sprawiedliwe. Na szczęście zniknęło jeszcze jedno zastrzeżenie, które na początku bylo w ustawie: że powierzchnia mieszkania nie może przekraczać 75 m. kw., a powierzchnia domu - 100 m. kw. Zniknęło też drugie: że dług musi przekraczać 80% wartości mieszkania (czyli LTV musi być powyżej 80%). Jeśli przyczyną "główną" korzystania z pomocy jest status bezrobotnego, to fundusz będzie płacił raty tylko przez okres, w którym delikwent pozostaje bez pracy. Zaraz jak pracę znajdzie, będzie też musiał zacząć płacić raty.

      CZY JEST SIĘ Z CZEGO CIESZYĆ? Rozwiązanie zaproponowane przez rząd sankcjonuje coś, co powinno być standardem w cywilizowanych kontaktach banku z klientem. W sytuacji, gdy klient w sposób przez siebie niezawiniony traci pracę lub gdy jego rata zjada większość dochodów rodziny, powinien z definicji otrzymywać "wakacje kredytowe". Nie wiem czy aż na 18 miesięcy, ale powinien. Oczywiście: w Polsce mało który bank się tak zachowa, a nawet jeśli się zlituje, to narosły w wyniku "odroczki" dług bankowcy każą oddawać z oprocentowaniem. Ustawa przymusi banki, żeby zachowywały się przyzwoicie - zwłaszcza w stosunku do osób, które straciły pracę - i to jest jej niewątpliwy plus. Drugi jest taki, że ustawa ma automatycznie ulżyć osobom, które są już przekredytowane (rata hipoteczna w wysokości 60% domowego budżetu to masakra, ale w przypadku niektórych frankowiczów wzrost kursu "szwajcara" właśnie taką tragedię spowodował). Być może dzięki niej takie osoby nie wezmą chwilówki na zapłatę raty hipotecznej i całkiem nie utoną. A minusy? Cóż, nie jestem pewien czy aż tak wielu kredytobiorców ma dziś obciążenia kredytowe w wysokości powyżej 60% dochodów miesięcznych z powodu kredytu hipotecznego. Dzieje się tak raczej z powodu długów konsumpcyjnych, a one nie zostały uznane przez ustawodawcę za warte "załatwienia".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Kredyt hipoteczny cię utopił? Nie będziesz płacił rat przez półtora roku. A potem...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 25 września 2015 17:47
    • Karta i PIN wysłane listem zwykłym, a aktywacja przy pierwszej płatności. Przesadzili?

      Procedury dotyczące aktywowania kart płatniczych budzą często kontrowersje. Z punktu widzenia bankowców plastik jest czymś tak zwyczajnym, że wydawanie pieniędzy na dostarczanie ich przez kuriera lub pocztą poleconą budzi sprzeciw (działu kontroli kosztów :-)). Ostatnio coraz częściej bankowcy stosują najprostsze możliwe metody - wysyłają kartę zwykłym listem, a kilka dni później tą samą drogą dosyłają PIN do karty. Zdaniem bankowych "bezpieczników" kilkudniowy odstęp gwarantuje, że obie przesyłki dotrą do celu w różnych terminach. A więc nawet gdyby jakimś cudem jedna przesyłka wpadła w niepowołane ręce, to druga część "zagadki" pozostanie dla złodzieja niedostępna. Ani karta bez PIN-u startowego, ani PIN bez karty do niczego się złym ludziom nie przyda. To dość ryzykowna strategia, bo znam jednak przypadki, w których obie przesyłki zbiegają się w ręku listonosza tego samego dnia.

      Są oczywiście nieco bardziej wysublimowane sposoby dostarczenia PIN-u do karty, czyli list polecony albo przesłanie całości lub części kodu SMS-em na telefon podany przez klienta jako kontaktowy. No i nawet jeśli karta i PIN do niej są wysłane pocztą zwykłą, to przecież zawsze można wdrożyć dodatkowe zabezpieczenia na poziomie aktywacji karty. Np. poprosić, żeby nastąpiło to poprzez system bankowości elektronicznej, do którego trzeba się zalogować loginem i hasłem. Drzewiej bywało, że karty aktywowało się poprzez bankowość telefoniczną, a to już w ogóle wyższa szkoła jazdy, bo trzeba było odpowiedzieć na nieśmiertelne pytanie o nazwisko panieńskie matki ;-). W niektórych bankach dochodzą jednak do wniosku, że najprostsze rozwiązania są najlepsze i karty aktywuje się automatycznie przy pierwszej transakcji z użyciem PIN-u (w terminalu sklepowym) lub w bankomacie. W obu przypadkach trzeba podać przesłany PIN inicjacyjny (w czasie transakcji można go zmienić). 

      Moi czytelnicy coraz częściej zapytują czy taki sposób dostarczania i aktywowania kart nie jest przesadnie lekkomyślny. Mówimy przecież o plastiku, który jest przypięty do konta bankowego, na którym często są duże pieniądze klientów. Zarówno sposób jego dostarczenia, jak i aktywowania, powinien zapewniać dyskrecję i gwarantować, że nikt postronny nie będzie mógł skorzystać z karty. Jeśli karta i PIN są dostarczone pocztą zwykłą, zaś do aktywacji nie jest potrzebne nic więcej poza owym PIN-em, to trudno mówić o sterylności (zakładam, że chodzi o nową kartę, a nie "przedłużkę", wysłaną po utracie ważności poprzedniego plastiku, która zadziała na PIN przypisany do poprzedniej karty). Pytanie: czy to powinien być problem klienta, czy banku? Załóżmy, że ktoś zagląda do naszej skrzynki pocztowej, znajduje kartę, znajduje też w drugiej kopercie PIN (bo np. wyjechaliśmy na wakacje i przez jakiś czas nie wyjmowaliśmy listów ze skrzynki), aktywuje kartę i używa jej. Prędzej czy później zorientujemy się, że nastąpiło wielkie czyszczenie konta i składamy reklamację. W takiej sytuacji bank nie jest w stanie udowodnić, że dostarczył kartę nam, czyli prawowitemu posiadaczowi. A zatem musi uznać reklamację, której podstawą jest stwierdzenie klienta, iż karta do niego nie dotarła, a w związku z tym nie bierze odpowiedzialności za dokonane nią transakcje.

      Przy założeniu, że tak właśnie to działa - a gdyby działało inaczej, byłaby to sprawa dla gliniarza i prokuratora - niespecjalnie sterylny sposób przekazania karty nie powinien rodzić dla klienta żadnych skutków. To bank ma problem, bo w razie reklamacji nie będzie miał cienia dowodu, że karta została dostarczona właściwej osobie. Jeśli coś pójdzie nie tak - bank powinien wziąć konsekwencje na klatę. I natychmiast - powtarzam: natychmiast - uznać konto klienta kwestionowaną kwotą (wartością domniemanego fraudu). Denerwuje mnie obniżanie standardów, ale domyślam się z czego wynika: jeśli do wysłania jest kilkaset tysięcy kart i każda przesyłka rejestrowana jest o 3 zł droższa od nierejestrowanej, to na wysyłce PIN-u i karty można zaoszczędzić 6 zł, co oznacza kilka milionów złotych oszczędności na całym portfelu wydanych kart. Nawet jeśli jeden czy dwaj klienci zostaną okradzeni i bank będzie musiał pokryć straty, to bilans i tak jest dodatni. To trochę tak, jak z technologią zbliżeniową. Banki oferują karty zbliżeniowe, choć nie są w stanie udowodnić, że konkretna transakcja poniżej 50 zł została autoryzowana przez prawowitego posiadacza. Jednak limity dzienne transakcji powodują, że nawet jeśli raz na 100.000 transakcji pojawi się wątpliwość, to wygoda używania tego typu kart i ich wyższa transakcyjność są dla banków argumentem decydującym.

      Pytanie tylko czy niesterylny sposób dostarczania karty nie powoduje zachwiania zaufania klientów do banku. Przecież jeśli klient widzi, że bank lekce sobie waży bezpieczeństwo dostarczania kart, to jaką ma gwarancję, że ów bank podobnie nie postępuje w innych sprawach rzutujących na bezpieczeństwo? Poza tym każdy klient obdarzony kartą dostarczoną przez bank za pośrednictwem zwykłego listu może się zastanawiać, czy gdyby doszło do kradzieży jego pieniędzy bank rzeczywiście zachowa się fair i odda pieniądze bez zadawania zbędnych pytań. Przecież w zdecydowanej większości przypadków kradzieży pieniędzy z kont klientów polityka banków jest taka, że to klient musi udowadniać, że nie jest wielbłądem i że sam sobie własnych pieniędzy nie ukradł.

      Jak inwestować i pomnażaćZACZNIJ OSZCZĘDZAĆ RAZEM ZE MNĄ! Chcesz posiąść lub rozszerzyć wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń? Przeczytaj poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupisz na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możesz się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie ci rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały przez palce. Książkę kupisz na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Karta i PIN wysłane listem zwykłym, a aktywacja przy pierwszej płatności. Przesadzili?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 25 września 2015 09:00
  • czwartek, 24 września 2015
  • środa, 23 września 2015
    • Diagnoza z poduszką: czy jesteś gotowy na turbulencje w domowym portfelu? On sprawdził

      Od czasu do czasu prezentuję w blogu badania lub statystyki dotyczące naszych portfeli. Mam w tym ukryty cel: taki punkt odniesienia jest często potrzebny, by znaleźć się po właściwej stronie rzeczywistości, czyli wśród tych, którzy są bezpieczni finansowo. Dziś zerkam w ekonomiczną część "Diagnozy społecznej", czyli najbardziej znanego badania poświęconego naszemu samopoczuciu narodowemu. O tym, że samopoczucie to w coraz większej części zależy od zawartości portfela świadczy choćby fakt, że jeszcze kilka lat temu część "Diagnozy społecznej" poświęcona ekonomii była schowana gdzieś w środku badania, a w tegorocznej prezentacji prof. Czapiński właśnie od tej sekcji zaczyna jako od najbardziej podniecającej. Mnie najbardziej interesują Wasze oszczędności oraz długi, niż ogólny ekonomiczny dobrostan. Z badań wynika, że jeśli chodzi o zaskórniaki, to coraz większa część z Was - mam wrażenie, że wśród czytelników blogu statystyki byłyby jeszcze lepsze - je posiada. Hip, hip, hurra!

      O ile w roku 2000 posiadanie oszczędności deklarowało tylko 24% gospodarstw domowych, to w tym roku jest to już 45%. A więc niemal połowa rodzin ma coś, co można nazwać poduszką finansową. Dużo? Mało? Idzie ku dobremu, ale potencjał rozwojowy jeszcze macie, bo gdy prof. Czapiński spytał jak duża część z Was ma dochody nie pokrywające elementarnych potrzeb, to rękę podniosło tylko 19% (w 2000 r. było to 46%). Może to oznaczać, że choć co drugie gospodarstwo domowe nie ma żadnych oszczędności, to tylko w co piątym nie ma ich dlatego, że nie są w stanie związać końca z końcem. Wiem, że sformułowanie "tylko w co piątym" źle brzmi fatalnie w 38-milionowym kraju, bo z każdą rodziną nie wiążącą końca z końcem związany jest jakiś dramat, ale od strony statystycznych trendów to jednak jest "tylko".

      Czytaj też: Polak zamożny szczątkowo: połowa oszczędności jest w rękach...

      Wśród tej "mniejszej połowy" z Was, która ma oszczędności, niestety tylko 6% ma porządnie napompowaną poduszkę finansową, w wysokości większej, niż roczne zarobki. A to jest taka wartość oszczędności "na czarną godzinę", która pozwala na pełen komfort życiowy w sytuacji kryzysowej, takiej jak strata pracy. chęć rozpoczęcia od nowa w w innej konfiguracji, chęć zakupu mieszkania (potrzeba wtedy pieniędzy na wkład własny), albo po prostu spełnienie jakiegoś marzenia, jak np. podróż dookoła świata. Kolejne 11% z Was ma oszczędności przekraczające 6-miesięczne dochody i to również jest w porządku. Ale pamiętajmy - tu mówimy tylko o tej "mniejszej połowie", która ma oszczędności. Mamy więc w kraju mniej, niż 10% rodzin, które posiadają zaskórniaki zabezpieczające je przed konsekwencjami życiowych turbulencji. Prawie co trzecia rodzina posiadająca oszczędności (28%) ma je w wysokości nie przekraczającej jednomiesięcznych dochodów, czyli są to kwoty najpewniej nie przekraczające 1000-2000 złotych, zaś kolejne 26% ma mniej, niż trzykrotność miesięcznych dochodów. Ergo: połowa osób mających oszczędności jest już ponad punktem "zero", ale trudno powiedzieć, że ma poduszkę finansową, jest to raczej jasiek. Ale - tak czy owak - to już jest dobry początek!

      Gdzie trzymamy tę kasę? Oczywiście, najpopularniejszą formą lokowania pieniędzy wciąż są banki (nie bez powodu mamy tam 600 mld zł naszych prywatnych pieniędzy, co wynika z danych NBP). Ale odsetek osób mających oszczędności i trzymających je w bankach w ciągu zaledwie dwóch lat zmniejszył się z dwóch trzecich do połowy (a dokładnie - 53%). Prawdopodobnie to zasługa żałosnego oprocentowania depozytów. Co robią z pieniędzmi ci, którzy zabrali je z banków? Lokują w funduszach inwestycyjnych? Kupują akcje? Zapisali się do programów systematycznego oszczędzania? Może trochę też, ale aż 59% badanych przyznało, że oszczędności trzyma w... gotówce. Dwa lata temu było ich 45%, co oznacza, że w erze obrotu bezgotówkowego wiele rodzin trzyma kasę w domowych sejfikach. Kolejnym zaskoczeniem była dla mnie konstatacja, iż najpopularniejszym pozabankowym instrumentem oszczędzania stały się... polisy ubezpieczeniowe z mniejszą lub większą częścią oszczędnościową. Ma je 18% rodzin (w poprzednich badaniach przyznawało się tylko 8-10%). Nie jest to przeważnie (choć zdarzają się i fajne, opłacalne dla klientów polisy) najbardziej efektywna forma systematycznego inwestowania pieniędzy, ale magia agenta roztaczającego wizję rosnącej zamożności klienta widać wciąż działa. Jakieś 8% rodzin przyznaje się do posiadania jednostek uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych, zaś 7% - kont IKE. W lokowaniu oszczędności bije z Polaków konserwatyzm. Mam dla Was coś na zachętę. Czy te sztabki nie wyglądają zachęcająco? ;-)

      Na koniec jeszcze dwa słowa o zadłużonych. Z "Diagnozy społecznej" wynika, że co trzecia polska rodzina jest zadłużona (34%), jednak w tej grupie też jedna trzecia (37%) ma dług, który da się spłacić sześciomiesięcznymi dochodami (przy założeniu, że przeciętne polskie gospodarstwo domowe ma jakieś 3500-4000 zł dochodu, mówimy tu o kredytach lub pożyczkach nie przekraczających 12.000 zł. Ponad jedna czwarta spośród zadłużonych gospodarstw domowych ma dług, który wygląda "podejrzanie" (wynosi od trzymiesięcznych do rocznych dochodów i raczej jest to dług konsumpcyjny, niż hipoteczny), zaś 36% ma zadłużenie wyższe od rocznych dochodów co oznacza, że mają kredyt hipoteczny lub też są w pętli zadłużenia. Raczej to pierwsze, bo gospodarstwa domowe pytane o cel zadłużenia w 27-33% wskazują na zakup dóbr trwałego użytku, remont lub zakup mieszkania. W pętli długów może być 10-15% gospodarstw domowych, bowiem 7% przyznaje się do tego, że roluje zadłużenie, 6% zapożycza się na stałe opłaty, a 6% bierze pożyczki na leczenie. To osoby, które nie zebrały wystarczającej poduszki finansowej, a pech chciał, że muszą ponosić wydatki związane z życiowymi komplikacjami. Nie idźcie tą drogą! Idźcie tą, którą i ja poleciałem ;-)

      fly

      ILE MOŻNA ZAOSZCZĘDZIĆ NA... SAMOCHODZIE? Auto to dla wielu narzędzie pracy, dla innych narzędzie rozrywki, dla jeszcze innych przedłużenie... karty płatniczej ;-). Ale samochód to również jeden z większych wydatków każdego domowego budżetu. Co by się stało, gdyby tak troszkę na samochodzie... przyoszczędzić? ;-) 

      JAK ZNALEŹĆ NAJLEPSZY KREDYT HIPOTECZNY: KROK PO KROKU. To temat najnowszego odcinka wideocyklu "Samcik prześwietla". Dowiesz się z niego czy dziś warto brać kredyt hipoteczny, jak sprawdzić czy cię na niego stać oraz na co zwracać uwagę porównując oferty i czy warto korzystać z pośrednika, czy też lepiej szukać samemu. Zapraszam!

      SUBIEKTYWNOŚĆ NIE TYLKO W BLOGU ;-) "Subiektywnie o finansach" ma w każdym miesiącu grubo ponad 200.000 czytelników na www.samcik.blox.pl (a bywa, że i pół miliona), ale także dziesiątki tysięcy obserwatorów w serwisach społecznościowych. Dołącz do 30.000 fanów blogu na Facebooku, podyskutuj ze mną i z gronem ponad 6.000 followersów na Twitterze, znajdź mnie na Google+, zobacz co wrzuciłem na Instagram). Subiektywność znajdziesz też w YouTube. Tam możesz zobaczyć i polubić wideofelietony i komentarze o twoich pieniądzach oraz zasubskrybować mój kanał. W tym kinie siedzi już 1.300 osób.

      Jak inwestować i pomnażaćZADBAJ O SWOJE PIENIĄDZE RAZEM ZE MNĄ! Chcesz posiąść lub rozszerzyć wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń? Przeczytaj poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupisz na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możesz się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie ci rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały przez palce. Książkę kupisz na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Diagnoza z poduszką: czy jesteś gotowy na turbulencje w domowym portfelu? On sprawdził”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 23 września 2015 16:38

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line