Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 30 września 2016
    • Bankowcy masowo proponują tę opcję klientom. Do wzięcia nawet milion złotych, jeśli...

      Ubezpieczenie nie jest "towarem pierwszej potrzeby" w naszym życiu i pewnie dlatego polisy - może z wyjątkiem samochodowego OC - kupujemy głównie dzięki perswazji agentów ubezpieczeniowych. Nota bene koszmarnie przez to przepłacamy, bo agent, za przekonanie nas do tego, że mamy potrzebę ubezpieczenia, pobierze dużą kasę wliczoną w cenę naszej polisy. Wkrótce mają nadejść czasy, w których polisy będziemy kupowali przez internet i smartfona (a zamiast przyjmować na kawie agenta będziemy się radzić u konsultanta na czacie ;-)), zaś w okresie przejściowym drogę ubezpieczyciela do naszych kieszeni mają skrócić i uczynią tańszą... banki. Coraz więcej ubezpieczeń - turystycznych, mieszkaniowych, zdrowotnych - jest w ofercie banków i niekiedy są to dość innowacyjne polisy.

      O ile u agenta ubezpieczeniowego kupuje się przeważnie wielowariantowe, skrojone na miarę pakiety, to w banku jest wystawiane proste ubezpieczenie od jednego ryzyka za stałą cenę, niezależną od wieku, czy stanu zdrowia klienta. Ma to swoje zalety, bo czyni ubezpieczenia bardziej przejrzystymi. Ciekawą polisę "jednoczynnikową" wystawił właśnie Raiffeisen Bank, który wkrótce ma zostać częścią bankowego holdingu PZU (obok Aliora i banku BPH), ale póki to tego nie doszło i nie dopadł go "duch molocha", oferuje całkiem niezłe nowinki, jak np. najem długoterminowy samochodu, czy mało-kosztujące polisy inwestycyjne. Raiffeisenowcy wpadli na pomysł, żeby zaproponować swoim klientom polisę działającą wyłącznie w okoliczności pt. "śmierć w nieszczęśliwym wypadku", ale za to działającą bardzo wszechstronnie i "na bogato".

      NIESZCZĘŚCIE I MILION. Rzecz polega na tym, że kupujesz taką polisę i jesteś ubezpieczony od śmierci w nieszczęśliwym wypadku na okrągły milion złotych. To oznacza, że w przypadku spadnięcia cegły na głowę, przejechania przez tramwaj, bądź innego gwałtownego sposobu zakończenia życia, wskazana przez ubezpieczonego osoba dostaje 1.000.000 zł. I choć życia to nikomu nie przewróci, pozwoli na "miękkie lądowanie" po traumie wynikającej z utraty bliskiej osoby. Taki milion ulokowany w banku pozwoliłby uzyskiwać najmarniej 1000 zł miesięcznie z samych odsetek do końca życia bądź można byłoby zań żyć przez 16 lat wydając po 5000 zł miesięcznie. Dla kogoś niezamożnego, kto nie ma szans, by zostawić po sobie domu z wielkim ogrodem (nie obciążonego hipoteką) i porządnie "wyposażonego" konta bankowego, może to być sposób na zapewnienie bliskim - w przypadku swej gwałtownej śmierci - dobrej przyszłości.

      TEGO JESZCZE NIE BYŁO. ASSISTANCE... POGRZEBOWE. Ubezpieczenie płaci aż milion złotych, ale tylko i wyłącznie w sytuacji, gdy śmierć następuje w nieszczęsliwym wypadku. Za "zwykłą", wynikającą ze starości, choroby itp - bliscy dostaną tylko symboliczne 5000 zł. Jak rozumiem, chodzi o to, że w przypadku dłuższej choroby można przygotować siebie i rodzinę - także finansowo - do rewolucyjnych zmian, a w przypadku gwałtownego "zejścia" raczej nie. Do świadczeń w ramach tej niecodzinnej polisy "wypadkowej" dochodzi jeszcze bardziej niecodzienne... assistance pogrzebowe. Ubezpieczyciel pokrywa wszelkie koszty pogrzebu (organizacja karawanu, wykupienie miejsca na cmentarzu), koszty towarzyszenia zwłokom ubezpieczonej osoby (w tym kosztów noclegu w miejscu pogrzebu), pomoc psychologiczną. Część z tych usług "towarzyszących" jest limitowana do wysokości kosztów 1000 zł, ale koszty samego pogrzebu są pokrywane w całości.

      PRACUJESZ W CBA? MASZ PECHA. Ubezpieczenie można wykupić nawet będąc już na emeryturze (limit wiekowy, od którego wnioski są automatycznie odrzucane to 70 lat), a składka jest stała i nie zależy od wieku - wynosi 195 zł miesięcznie. Okres ubezpieczenia wynosi rok, ale jest ono automatycznie rolowane aż do ukończenia przez ubezpieczoną osobę 75-go roku życia. Wyłączeń jest niewiele i dotyczą w zasadzie głównie wypadków śmiertelnych podczas uprawiania niebezpiecznych sportów, działania pod wpływem alkoholu i narkotyków oraz kierowania samochodem bez prawa jazdy. Ubezpieczyciel (jest nim Warta) okazał się jednak sprytny i wyłączył z możliwości objęcia ochroną zawodowych górników, nurków, policjantów, elektryków, osoby pracujące na wysokości, żołnierzy, strażaków, a nawet korespondentów wojennych. Na milion złotych z ubezpieczenia nie ma też szans pracownik fizyczny w rafinerri, tartaku, funkcjonariusz ABW, CBA, CBŚ oraz BOR, pilot oraz stewardessa w samolocie, pracownik na statku. Aż dziwne, że nie wyłączyli też premiera i prezydenta oraz pilota wycieczek :-).

      SPOKÓJ DUCHA ZA 2340 ZŁ ROCZNIE. Krótko pisząc: jeśli jesteś księgowym, życie spędzasz w biurze, w domu oraz w samochodzie, to chętnie ubezpieczą cię od śmierci w ramach nieszczęśliwego wypadku. Jeśli jednak czasem wystawiasz nos z domu albo z biura - to już niekoniecznie. Być może jednak z tego wyłączenia wszystkich możliwych zawodów "niebiurowych" nie warto czynić Warcie zarzutu? Bo jeśli dzięki temu składkę ubezpieczenia - w relacji do sumy ubezpieczenia - skalkulowali na niskim poziomie... Składka - jak wspomniałem - wynosi 195 zł miesięcznie, czyli 2340 zł rocznie, czyli 0,2% sumy ubezpieczenia. Gdybym chciał utrzymywać polisę przez pięć lat, zapłaciłbym równowartość 1% tego, co mogą dostać moi bliscy w przypadku mojej śmierci. 

      POLISA CZY LOTTO? Z danych GUS wynika, że rocznie umiera 400.000 ludzi, czyli nieco ponad 1% wszystkich obywateli. Ale z powodu nieszczęśliwych wypadków jakiegokolwiek typu - tylko co 16-ty. Większość zgonów (mniej więcej połowa) jest spowodowanych chorobami układu krążenia. Już co czwaerta osoba umiera na jakiś rodzaj nowotworu (jeszcze 50 lat temu było to tylko 10% przypadków śmierci...), a tylko 6-7% wszystkich opuszczających ten padół łez ginie w wypadkach. Oznacza to, że rocznie wydarza się jakieś 25.000 ofiar wypadków. Statystycznie więc mamy szansę jak 1/1450, że padniemy ofiarą jakiegoś wypadku śmiertelnego (1/16 z 1% umierających) w każdym roku. Trzeba jeszcze założyć, że najmarniej połowa wypadków śmiertelnych dzieje się w zawodach wysokiego ryzyka oraz przy uprawianiu sportów ekstremalnych, prawdopodobieństwo śmierci w wypadku - a więc i wypłaty milionowego odszkodowania dla bliskich - spada do 1/3000 (co trzydziesty z 1% umierających Polaków rocznie). Oczywiście: te moje szacunki są tylko rodzajem zabawy, bo przecież prawdopodobieństwo śmierci zależy bardzo mocno od wieku. Będzie mocno inne dla 30-latka, niż dla 60-latka. To, co wyszacowałem, to tylko bardzo ogólna średnia. 

      Widać więc, że Raiffeisen dobrze płaci - milion złotych to pieniądze więcej, niż godne, żeby na nowo poukładać sobie życie po śmierci bliskiej osoby - oraz nie pobiera wysokich składek w relacji do potencjalnego odszkodowania (głupie ubezpieczenie NNW na 10.000 zł, obejmujące co prawda również wypadki "nieśmiertelne" kosztuje przeciętnie od 60 do 120 zł miesięcznie, a tu mamy 195 zł miesięcznie za milion). Ale też - chyba "na szczęście" - na odszkodowanie też będzie "zasłużyć" znacznie, niż w standardowej polisie od nieszczęśliwych wypadków. Każdy musi ocenić sam sensowność takiego zakupu, ale znam niemało osób, które wydają w każdym tygodniu 10 zł i więcej na kupony Lotto. W losowaniu do wygrania jest czasem więcej, niż milion, ale w skali roku wydatek jest niemały - ok. 500 zł (czyli jedna piąta tego, co kosztuje raiffeisenowa polisa). A prawdopodobieństwo wygranej w Lotto jest nie pięć, lecz pięćset razy mniejsze, niż ryzyko, że padniemy ofiarą śmiertelnego.

      PŁACĄ TEŻ ZA SZPITAL. Polisa oferowana przez Raiffeisena jest skrajnym przypadkiem ubezpieczenia zabezpieczającego naszych bliskich przez nagłym wypadkiem np. głównego żywiciela rodziny. Takie ubezpieczenia są teraz w modzie w bankach - bardzo mocno są oferowane w ramach telesprzedaży i w oddziałach. Aby przekonać klientów do ich zakupu bankowcy często dokładają też opcje dodatkowe - np. płacą za pobyt w szpitalu po nieszczęśliwym wypadku. Taką polisę ostatnio bardzo intensywnie proponowano mi w mBanku. Za 27,99 zł miesięcznie (a więc 340 zł rocznie) miałbym ubezpieczenie na 100.000 zł od mojej śmierci w nieszczęśliwym wypadku. Patrząc na proporcje między kosztami polisy i sumą ubezpieczenia wygląda to gorzej, niż w polisie "raiffeisenowej" - płacę co prawda sześć razy niższą składkę, ale mam aż dziesięciokrotnie mniejszą sumę ubezpieczenia. Ale mBank zapłaci też 9000 zł za to, że wyląduję w szpitalu po nieszczęśliwym wypadku który uda mi się przeżyć oraz 1000 zł za pobyt na OIOM-ie. 

      aegon_nwnew1Pobobną polisę dosłownie kilka dni temu wprowadziła firma ubezpieczeniowa Aegon. Proste jak drut ubezpieczenie płaci za śmierć w nieszczęśliwym wypadku lub za bardzo ciężki wypadek, który co prawda nie skończył się śmiercią, ale ma konsekwencje na całe nasze życie. Dostaje się pieniądze także za pobyt w szpitalu po takim nieszczęśliwym wypadku. W najbardziej wypasionym pakiecie suma ubezpieczenia wynosi aż pół miliona złotych. Ile trzeba zapłacić na tak "szczodrą" polisę? 249 zł miesięcznie. A więc o 54 zł więcej, niż w ramach polisy raiffeisenowej, która zapewnia dwa razy większe odszkodowanie. Ale Aegon - podobnie jak mBank - dokłada do opcji "śmierć w nieszczęśliwym wypadku" również odszkodowanie za trwałe konsekwencje zdrowotne bardzo ciężkiego wypadku, który nie zakończy się śmiercią. Aegonowa polisa "płaci" też 400 zł dziennie za leczenie w szpitalu. Jestem dziwnie przekonany, że takich ofert, polis zabezpieczających bliskich przed nagłą śmiercią ubezpieczonego - sprzedawanych głównie za pośrednictwem banków - będzie coraz więcej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Bankowcy masowo proponują tę opcję klientom. Do wzięcia nawet milion złotych, jeśli...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 30 września 2016 09:17
  • czwartek, 29 września 2016
    • Bankomat nie wypłacił 1000 zł, a bank każe czekać 60 dni. Jak żyć? Można wzbudzić... troskę

      Jak już wiecie - choćby z lektury blogu - większość banków beztrosko pozbyła się własnych bankomatów, dochodząc do wniosku, że obrót gotówkowy to nie jest ich core business, zaś w workach z gotówką niech się babra ktoś inny. Za sprawy wzięły się więc dwie wielkie sieci bankomatów niezależne od banków - Euronet i Planet Cash. Teraz to z nimi banki negocjują warunki wypłacania pieniędzy przez ich klientów. I już widać, że ceny wypłat idą w górę (przynajmniej dla klientów, którzy z kont korzystają rzadko, a z bankomatów chcieliby wypłacać często). Ale prawdziwy problem pojawia się przy reklamacjach. Dawniej było tak, że jeśli bankomat nie wypłacił kasy, to z reguły był to bankomat należący do banku, w którym klient ma konto. To mogło - choć nie musiało - przyspieszyć załatwianie reklamacji. Teraz w przypadku połknięcia karty, albo niewydania gotówki bank-wydawca karty jest zdany - jeśli chodzi o tempo załatwiania transakcji - na właściciela urządzenia.

      Czytaj też: Bankomat nie wypłacił, reklamacja odrzucona. O co chodzi? Euronet wyjaśnia

      Czytaj też: Jak podpaść klientom? Najlepiej... zabrać im bankomat z drogi do pracy

      Pan Andrzej, klient Citibanku, 9 września miał (nie)przyjemność wypłacania pieniędzy z bankomatu Euronetu. Bankomat porzęził, pochrzęścił i nie wypłacił 1000 zł. Niestety, kasa jednocześnie została ściągnięta klientowi z konta, więc ten był zmuszony zgłosić reklamację. W takiej okoliczności dobrze funkcjonujący bank może zbudować u klienta ogromny kredyt zaufania, a źle działający - wpaść w ogromny mentalny debet. Klient jest bowiem zestresowany i pełen obaw, a wystarczy go umiejętnie pogłaskać, by przez najbliższe 10 lat jadł bankowemu menedżmentowi z ręki. Jak sądzicie, którą opcję wybrał Citibank?

      "W odpowiedzi na Pana zgłoszenie dotyczące wypłaty gotówki wyjaśniam, że sprawa posiada charakter skomplikowanej. Oznacza to, że w celu ustalenia zasadności obciążenia bank musi podjąć dodatkowe czynności mające na celu wyjaśnienie Pana sprawy. Bank-wydawca karty jest jedynie pośrednikiem w rozpatrzeniu sprawy i na życzenie klienta zwraca się do instytucji rozliczającej bankomat z prośbą o sprawdzenie, czy wypłata przebiegła poprawnie i czy w dniu rozliczenia bankomatu nie odnotowano nadwyżki"

      - napisał klientowi pracownik banku. I poinformował, że odpowiedź zostanie udzielona w terminie 60 dni, czyli do 9 listopada 2016 r. Nie nazwałbym tego "pogłaskaniem" klienta. Cenię sobie szczerość relacji bank-klient, ale gdyby bankomat nie wypłacił mi gotówki, a bank stwierdziłby, że ten problem ma dla niego "status skomplikowany", to zacząłbym się nie na żarty obawiać, że bank nie podoła też w przypadku jeszcze bardziej skomplikowanych operacji, np. udzielenie kredytu, albo założenie depozytu... Że to nie był bankomat mojego banku, tylko jakiś "wynajęty"? To akurat bez znaczenia. Po drugie zaś zrobiłoby mi się łyso słysząc, że za 60 dni ewentualnie dostanę odpowiedź w sprawie mojej własnej kasy, której maszyna "upoważniona" przez mój bank mi nie wypłaciła. Pan Andrzej miał chyba podobne myśli, bo napisał do banku te słowa:

      "Dla mnie sprawa nie jest skomplikowana, lecz nadzwyczaj prosta. Mogę zrozumieć awarię maszyny, która (co sprawdziłem w dniu wczorajszym) jest już sprawna. Skoro znów działa to znaczy, że została rozliczona i pieniądze nie wypłacone powinny już być na moim koncie. Zapowiedź blokady na ok. 60 dni skradzionych mi pieniędzy i obojętność banku w tej sprawie jest nieuczciwością. Gdyby klient zalegał bankowi przez 60 dni kwotę tysiąca zlotych zapłaciłby znaczne odsetki"

      - napisał pan Andrzej. I oczywiście ma rację. Klient zadłużony przez 60 dni zostaje bardzo brzydko "oflagowany" przez system BIK i w większości banków albo w ogóle nie dostanie kredytu albo dostanie na niefajnych warunkach. Wygląda więc na to, że jak bank ukraść Kalemu krowa to dobrze, a jak Kali nie oddać bankowi krowa - to źle :-)). Emocjonalny list mojego czytelnika wywarł na bankowcach pewien skutek. Mianowicie odpisali mu tak:

      "Uprzejmie wyjaśniamy, ze Bank jest jedynie pośrednikiem w procesie reklamacyjnym. Pragniemy poinformować, że Pana sprawa jest w trakcie rozpatrywania przez instytucję rozliczającą bankomat. W momencie otrzymania odpowiedzi zostanie Pan niezwłocznie poinformowany. Jednocześnie informujemy, że możliwe jest wykonanie tymczasowego unania Pana rachunku reklamowaną kwotą (na czas rozpatrywania Pana sprawy przez instytucję rozliczającą bankomat). W związku z powyższym, w ramach utrzymania dobrych relacji, bank postanowił zwrócić reklamowaną kwotę 1000 zł na czas wyjaśnienia reklamacji"

      W zasadzie klient powinien być zadowolony. Bank oddał mu 1000 zł, co prawda warunkowo, ale przynajmniej pan Andrzej nie będzie musiał iść do Vivusa po chwilówkę :-). A ja mam tylko dwa pytania/zagadnienia zahaczające o tę sprawę. Po pierwsze jak to jest, że klient musi sam się upomnieć w ostrych słowach o "utrzymanie dobrych relacji"? Czy bank nie mógłby chcieć "urzymywać dobre relacje" z klientem jeszcze zanim ten zacznie się awanturować? Przecież klient grzeczny, uprzejmy, uśmiechający się i nie mający pretensji też potrzebuje, by z nim "utrzymywać dobre relacje".

      Czytaj też: Te bankomaty udzielą kredytu, pomogą płacić przez telefon...

      Czytaj też: Jak wypłacając gotówkę poczuć się lepszym człowiekiem?

      Czytaj też: Zamiast na pocztę pójdziemy do bankomatu? Rusza usługa prezentowa

      Zagadnienie drugie to kwestia utraconej szansy na ugranie w oczach klienta dobrego wizerunku. Skoro jest możliwość warunkowego uznania konta klienta reklamowaną kwotą, to po co czekać z ujawnieniem tego faktu klientowi? Skoro i tak bank ten 1000 zł przeleje, to lepiej żeby przy okazji zyskał wdzięczność klienta. Dziś sytuacja jest taka, że bank pieniądze i tak wydał, a na wizerunku nie zyskał, bo od feralnej wypłaty z bankomatu do warunkowego uznania konta klienta minęły prawie dwa tygodnie. To dużo, biorąc pod uwagę, że ten czas obie strony spożytkowały głównie na wymianę korespondencji. Kochani bankowcy, jeśli nie nauczycie się wykorzystywać sytuacji kryzysowych po to, żeby zbijać u klientów punkty dodatnie, to nie dziwcie się, że Was wyzywają od takich i owakich. Każdy błąd to okazja, żeby pokazać klientowi lepszą twarz.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Bankomat nie wypłacił 1000 zł, a bank każe czekać 60 dni. Jak żyć? Można wzbudzić... troskę”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 września 2016 08:31
  • środa, 28 września 2016
  • wtorek, 27 września 2016
    • Czy i my odczujemy kłopoty Deutsche Banku? Co prawda Wanda nie chciała Niemca, ale...

      Zwolennicy i aranżerzy repolonizacji banków mogą mieć wkrótce roboty po pachy. Zbrojne ramię rządu - ubezpieczeniowy koncern PZU - jednocześnie negocjuje z Włochami odkupienie kontrolnego pakietu w Banku Pekao oraz z Austriakami przejęcie Raiffeisen Polbanku. Wcześniej PZU kupił już Alior Bank oraz pomógł mu w przejęciu Banku BPH. Aż się sam dziwię, że chłopaki mają jeszcze czas, żeby w wolnej chwili coś ubezpieczać :-). Tymczasem szykuje się kolejna robota - Deutsche Bank. Kąsek to łakomy, bo choć Wanda nie chciała Niemca, to teraz Niemiec może przyjść na kolanach błagać, żeby Wanda chciała go przyjąć :-))). Niemożliwe? Patrząc na degrengoladę notowań Deutsche Banku na frankfurckiej giełdzie i na pojawiające się spekulacje, że symbol niemieckiej bankowości będzie potrzebował wsparcia rządowego... Kto wie? 

      Czytaj też: Repolonizacja banków, czyli wielka gra o dywidendy. A co z klientami?

      PÓŁ DEUTSCHE BANKU = JEDEN BANK PEKAO. Nawet jeśli te plotki są przesadzone, to sytacja Deutsche Banku nie jest wesoła. Na poniedziałkowej sesji jego akcje spadły o ponad 6% do najniższego w historii poziomu 10,6 euro za sztukę. Od początku roku bank stracił połowę wartości rynkowej (czyli drobne 15 mld euro), zaś od czasów największej chwały, czyli początku 2007 r. - wtedy za jedną płacono nawet ponad 100 euro - straty przekroczyły już 90%. Przy dzisiejszych notowaniach cały majątek Deutsche Banku, niegdyś jednej z największych grup finansowych świata, jest wyceniany na kwotę raptem dwa razy większą, niż kapitalizacja giełdowa naszego PKO BP, czy Banku Pekao. A przecież Deutsche Bank zarządza aktywami wartymi 1,8 biliona euro, gdy największe polskie banki to przy nim mikrusy mające pod zarządzaniem równowartość 50-60 mld euro (czyli 20-krotnie mniej). Wychodzi na to, że jedno euro majątku polskich banków jest wyceniane 10-krotnie wyżej, niż jedno euro majątku Deutsche Banku.

      dbwykres

      ZAPŁACĄ MILIARDY ZA STARE GRZECHY? Najnowszy spadek wiarygodności Deutsche Banku bierze się przede wszystkim z przecieków, iż na jego temat rozmawiano w niemieckim rządzie. I że Angela Merkel oświadczyła, że nie będzie go ratować publicznymi pieniędzmi (a w każdym razie nie przed wyborami). Dlaczego Deutsche Bank trzeba byłoby w ogóle ratować? Cóż, firma - której aktywa przekraczają połowę PKB Niemiec, wynoszącego niecałe 3,5 biliona euro - nie jest w kwitnącej kondycji. Zeszły rok zakończyła stratą rzędu 6,8 mld euro, na co wpłynęły przede wszystkim odszkodowania płacone państwom i klientom, którym niemiecki bank w przeszłości robił różne brzydkie rzeczy (np. manipulował cenami aktywów albo wciskał instrumenty finansowe, o których wiedział, że są badziewiem). W zeszłym roku Deutsche Bank zapłacił 5,2 mld euro kar, a końca nie widać.

      Ostatnio Amerykanie, a konkretnie Departament Sprawiedliwości, czyli waszyngtoński Zbigniew Ziobro, zażądał 14 mld dolarów odszkodowań za to, że w latach 2005-2007 (czyli tuż przed wybuchem kryzysu) Deutsche Bank sprzedawał tamtejszym klientom papiery wartościowe zabezpieczone spłatami kredytów hipotecznych, które później uznane zostały za „lewiznę" (kredyty były niespłacalne, a papiery na nich oparte okazały się bezwartościowe). Niemcy odrzucili roszczenia, ale niepokój jest niemały, bo kowboje w USA mogą się nie odczepić, zwłaszcza jeśli mowa o jednym z największych europejskich konkurentów dla ich Goldman Sachsów i innych JP Morganów (nota bene też niezłych gagatków). Bank Societe Generale policzył, że Deutsche Bank jest przygotowany na koszty rzędu 5,4 mld euro (6 mln dolarów), natomiast gdyby afera miała kosztować więcej, może potrzebować dokapitalizowania.

      Sęk w tym, że to nie jest jedyny stary grzech niemieckiego banku. Kilka miesięcy temu poszedł on na ugodę i zgodził się zrekompensować inwestorom straty z powodu manipulowania cenami na rynkach kontraktów terminowych na złoto i srebro. Nie wiadomo jeszcze ile Deutsche Bank zwróci klientom, ale wiadomo, że w całym "spisku" brały też udział tak znane firmy jak brytyjski HSBC i szwajcarski UBS. Bankowcy, znając zlecenia złożone przez swoich klientów, tak ustalali kursy kontraktów terminowych na złoto i srebro na londyńskiej giełdzie, by zarabiać kosztem tych klientów. "Czary" odbywały się podczas tej części notowań, która jest nazywana fiksingiem (czyli wtedy, gdy zbiera się wszystkie zlecenia napływające przez pewien czas i na ich podatawie ustala się jednolity kurs obowiązujący wszystkich inwestorów). Kara za stare grzechy musi być, ale niekoniecznie tak wysoka, jak obawiają się tego inwestorzy, zwłaszcza w przypadku pierwszej z wymienionych kar, za "ubieranie" klientów w papiery strukturyzowane oparte na kredytach hipotecznych. Deutsche Bank uważa bowiem, że:

      "Departament Sprawiedliwości nie nałożył na Deutsche Bank kary, a jedynie wyznaczył poziom wyjściowy ugody i obecnie oczekuje na propozycję zwrotną banku. Jest to normalna procedura, w ramach której Departament Sprawiedliwości proponuje kwotę ugody do negocjacji, która w ostatecznym rozrachunku - w zdecydowanej większości przypadków - jest znacznie niższa. Dlatego podkreśliliśmy, iż zaproponowany przez Departament Sprawiedliwości poziom nie będzie zaakceptowany, a prowadzone w najbliższych miesiącach negocjacje będą miały na celu uzgodnienie ugody w wysokości analogicznej dla ugód stosowanych w przypadkach innych banków działających na rynku amerykańskim i objętych podobnym postępowaniem"

      BANK SIĘ ZWIJA I PRAWIE NIE ZARABIA. DLACZEGO? Kary karami, ale Deutsche Bank ma też kłopoty natury "bieżącej". O ile jeszcze w 2014 r. miał 1,7 mld zł euro czystego zysku (na każdą akcję przypadało 1,34 euro), o tyle w bieżącym roku w zasadzie nie zarabia pieniędzy. W pierwszym kwartale jego zysk netto wyniósł 230 mln euro, ale w drugim - już tylko symboliczne 20 mln euro. Spadek zysków wynika - poza kosztami prawnymi - m.in. z odcinania przez bank najbardziej ryzykownej działalności oraz z kosztów restrukturyzacji (zwolnienia, zmniejszanie liczby placówek). Przychody banku w drugim kwartale 2016 r. są aż o 20% mniejsze, niż przed rokiem. Najbardziej, aż o 28%, spadły dochody z pionu "global markets", ale jednocyfrowe spadki bank zanotował też z dochodów z zarządzania aktywami oraz z obsługi klientów korporacyjnych. Na pocieszenie: zysk przed opodatkowaniem wyniósł w drugim kwartale 408 mln euro. Pojawiły się odpisy zmniejszające wartość firmy (285 mln euro), koszty restrukturyzacji (207 mln euro) i „koszty prawne” (120 mln euro). Wyniki finansowe Deutsche Banku w ostatnich latach obejrzycie tutaj. A tutaj prezentacja, w której piszą, że wszystko będzie dobrze :-).

      CZY DEUTSCHE BANKOWI MOŻE ZABRAKNĄĆ KAPITAŁU? Czy Deutsche Bankowi może zabraknąć kapitału, żeby prowadzić bezpieczną działalność? To mniej więcej to samo zagrożenie, którego obawiają się we włoskim UniCredit z powodu ogromnego nawisu złych kredytów. Z ostatnich stress-testów przeprowadzonych przez europejski nadzór bankowy EBA wynika, że dziś współczynnik kapitałowy CET1 (z grubsza można powiedzieć, że jest to współczynnik wypłacalności banku) wynosi 11,1% i jest powyżej wymaganego prawem poziomu. W raporcie za drugi kwartał bank pokazał CET1 w wysokości 10,8%. W 2014 r. podczas identycznych stress-testów Deutsche Bankowi wyszło, że ma wskaźnik na poziomie tylko 9,2%, więc widać, że we Frankfurcie spięto pośladki i trochę poprawiono siłę finansową banku. W ciągu ośmiu ostatnich lat bank podciągnął sobie kapitały własne o 31,7 mld euro (do 61 mld euro). Ma teraz 43,5 mld euro podstawowego kapitału (Tier1).

      deutshe_bank_stresstests

      Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to według EBA w 2018 r. współczynnik wypłacalności Deutsche Banku osiągnie 12,1%. Ale - żeby nie było tak różowo - w stress-testach dotyczących niekorzystnego rozwoju sytuacji gospodarczej (przy czym EBA na wszelki wypadek nie wykazała zbyt dużej wyobraźni jeśli chodzi o wymyślenie co się złego może stać ;-))) wyszło, że Deutsche Bank będzie miał CET1 na poziomie 7,8% i wtedy będzie potrzebował dodatkowego kapitału (lub zmniejszenia aktywów). Inwestorzy mają chyba lekki stresik, bo jeszcze dwa lata temu agencja S&P oceniała długoterminowe obligacje Deutsche Banku na "A", a teraz już tylko na "BBB+". U Fitcha rating deutschebankowego długu spadł z "A+ do A-". Dla przypomnienia: polskie obligacje rządowe ten sam Fitch ocenia identycznie - na "A-". Cena CDS-ów, czyli ubezpieczenia nabywców obligacji przed bankroctwem ich emitenta, w przypadku Deutsche Banku poszła w górę do poziomu najwyższego od kilku miesięcy. Aha, w sierpniu władze Deutsche Banku doznały pewnego upokorzenia, bo wypadł on z prestiżowego indeksu Eurostoxx 50 (obejmuje największe europejskie korporacje). Miejsce stracił na rzecz francuskiej grupy budowlanej Vinci.

      db_na_rynku_pochodnychPOSTAWILI W KASYNIE... 600 MLD EURO! Deutsche Bank ma całkiem dobry portfel kredytowy - bez porównania lepszy, niż UniCredit - ale inwestorzy boją się o to, że bank, jak już ustaliliśmy, nie w pełni przygotowany na ewentualny kryzys europejskiej gospodarki, jest też "umoczony" na rynku instrumentów pochodnych (kontraktów terminowych, opcji, dziwnych instrumentów takich jak SWAP-y, CDS-y, CIRS-y) notowanych na platformach pozagiełdwych (tzw. OTC). Deutsche Bank jest jednym z największych graczy na tym rynku. Bank podaje, że jego zaangażowanie na rynku instrumentów pochodnych - w sensie wartości rynkowej instrumentów, bo ich wartość nominalna, jak to przy pochodnych bywa, jest kosmiczna i wynosi 52 biliony euro - to całe 615 mld euro. W porównaniu z 61 mld euro kapitału, czy nawet z 1,8 bln euro wszystkich aktywów - także tych pożyczonych od deponentów) to są ogromne pieniądze. Ale bank przekonuje, że większość otwartych pozycji jest neutralizowanych pozycjami odwrotnymi, co oznacza, że po "znetowaniu" pozycji łączne ryzyko banku wynikającego z grania na rynku instrumentów pochodnych jest "wyceniane" na 41 mld euro. Też dużo, ale już nie jest to pieniądz, który mógłby położyć bank na łopatki. Zwłaszcza, że kredytów bank udzielił na 430 mld euro (nota bene zobaczcie jak to jest inny biznes, niż polska bankowość - mają 1,8 biliona euro aktywów i raptem 430 mld euro kredytów)

      CZY NIEMCY SPRZEDADZĄ POLSKI DEUTSCHE BANK? Gdyby Deutsche Bank miał mieć pecha i wpaść w korkociąg - jest to możliwe w sytuacji: a) jakiegoś kryzysu gospodarczego, b) spadku zaufania inwestorów, c) nieudanej restrukturyzacji, d) konieczności płacenia astronomicznych odszkodowań albo e) jakichś problemów z "netowaniem" transakcji na rynku instrumentów pochodnych :-)) - to pewnie będzie musiał poszukać pieniędzy na dokapitalizowanie. I bez tego we Frankfurcie zastanawiają się nad wycofaniem się z inwestycji w Polsce. Na naszym rynku Deutsche Bank nie osiągnął sensownego udziału w rynku, nie mieści się w pierwszej dziesiątce banków (choć jest rozpoznawalnym graczem w bankowości korporacyjnej, kredytach hipotecznych czy obsłudze klientów indywidualnych z grubszym portfelem). Jakieś 8,5 mld euro aktywów to nieco więcej, niż miał Bank BPH, sprzedany Aliorowi za 1,4 mld zł. Deutsche Bank jest lepiej sprofilowanym bankiem, niż BPH, więc być może poszedłby pod młotek drożej, po 1,8 mld zł. No, może za 2 mld zł z okładem. 

      I to - paradoksalnie - może być dobrą wiadomością dla szefów polskiego Deutsche Banku. Wizja zarobienia 400-500 mln euro na sprzedaży banku w Polsce nikogo we Frankfurcie nie uraduje w jakiejś awaryjnej sytuacji, gdy potrzebne będą miliardy euro. Na razie w Deutsche Banku twardo dementują wieści, jakoby mieli pozbyć się działu zarządzania aktywami lub połączyć się z odwiecznym rywalem - Commerzbankiem (co na rynku polskim oznaczałoby awans mBanku z czwartego na trzecie miejsce w rankingu największych banków). Na razie jednak siła spokoju deutschebankowców nie przekłada się na spokój ducha akcjonariuszy, którzy wyceniają rynkowo symbol niemieckiej bankowości na jakieś nędzne fenigi... tfu, euro. Dacie wiarę, że na jedną akcję Deutsche Banku przypada dziś 44 euro wartości księgowej majątku? I że te 44 euro wartości majątku można na giełdzie kupić po 10,6 euro?

      STANOWISKO DEUTSCHE BANKU. Po publikacji tego tekstu o możliwość krótkiego ad vocem poprosili przedstawiciele banku. A dokładniej ad vocem dotyczy fragmentu rozpoczynającego się od: "Nawet jeśli te plotki są przesadzone, to sytuacja Deutsche Banku nie jest wesoła..". Otóż zdaniem przedstawicieli banku jest dość... może nie wesoła, ale przynajmniej wporzo. "Bank jest obecnie znacznie bezpieczniejszy i silniejszy niż przed kryzysem finansowym. Od 2007 r. niemal podwoił kapitał akcyjny oraz czterokrotnie zwiększył rezerwy płynnościowe (wynoszą obecnie 200 mld euro). Równocześnie obniżył o połowę tzw. wskaźnik wartości zagrożonej ryzykiem (Value at Risk). Zmniejszył też stan aktywów niezwiązanych z podstawową działalnością o ponad 80% i obniżył poziom tzw. trudnych do wyceny aktywów o 65%. Ostatnie stress testy Europejskiego Nadzoru Bankowego (EBA) potwierdziły, iż w warunkach skrajnie niekorzystnych Deutsche Bank miałby najniższy poziom spadku wartości kredytów spośród wszystkich międzynarodowych banków europejskich".

      Deutsche Bank uważa też, że inwestorzy niepotrzebnie niepokoją się kwestią ewentualnych kar. "John Cryan, prezes Deutsche Bank, nigdy nie zwracał się do Kanclerz Angeli Merkel z prośbą o interwencję w Departamencie Sprawiedliwości USA. Bank posiada stosowne rezerwy na pokrycie kosztów ewentualnej ugody. Poziom rezerw na koniec czerwca wyniósł 5,5 mld euro (6,2 mld dolarów). Deutsche Bank jest bankiem stabilnym i bezpiecznym, nie dyskutuje się na temat konieczności podwyższania jego kapitału, ani tym bardziej o pomocy publicznej. Ogólna tzw. "chłonność" straty (Total Loss Absorbing Capacity - TLAC) wynosi 109 mld euro, co zapewnia zarówno kontrahentom, jak i deponentom wysoki poziom ochrony, a zatem nie ma potrzeby nowej emisji akcji i pozyskiwania nowego kapitału"

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4SPOTKAJ MNIE W NECIE... Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Blog czyta ok. 200.000 czytelników miesięcznie. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 35.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      autopromo2...ZOBACZ MNIE W EKSTREMALNYCH AKCJACH. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Ci się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. Wszystkie te przygody są na mojej "stronie" youtubowej. Zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już ponad 2000 fanów i jest ponad 70 filmów, które obejrzano więcej, niż ćwierć miliona razy). 

      autopromo11SUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA IDZIE NA OSTRO W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej". Co czwartek na stronach gospodarczych "Wyborczej" ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym ja i grupa moich kolegów, zwana złowróżbnie Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy. Jeśli potrzebujesz rady albo pomocy w sprawie niekoniecznie związanej z produktami finansowymi - pisz na ekipasamcika@wyborcza.biz. Moi ludzie (mam nadzieję :-)) nie zostawią Cię bez pomocy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możesz kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      SUBIEKTYWNIE W TOK FM. W ostatnich dniach miałem przyjemność gościć/płynąć na falach informacyjnej rozgłośni TOK FM. W programie Pawła Sulika wyjaśniałem o co chodzi w aferze Amber Gold i pytałem czy może się ona powtórzyć w przyszłości.  Kilka dni wcześniej opowiadałem o tym jak się chronić przed kradzieżą tożsamości. Zapraszam do posłuchania!

      SUBIEKTYWNIE, BEZ RETUSZU I OSZCZĘDNIE. Ostatnio miałem okazję powiedzieć kilka słów na temat afery Amber Gold w programie "Bez retuszu" oraz namawiać Was do oszczędzania energii w "Pytaniu na śniadanie". Opowiadałem też o tym, że warto dzieci uczyć oszczędzania w TVN24 Biznes i Świat. Zapraszam do obejrzenia!

      bezretuszutvpinfo

      pnsenergy31

      IMG_0616

      SUBIEKTYWNIE O LICHWIE I O OBLIGACJACH SZAŁAMACHY. Kilka dni temu miałem okazję gościć w programie "Sprawa dla reportera". Udało mi się nie zostać w całości wyciętym przez ludzi od montażu, ale za to historie, o których się tam nasłuchalem, stawiają włosy dęba i to nie tylko na głowie. Miałem też przyjemność skomentować w TVN 24 Biznes i Światnową ofertę obligacji przeznaczonych dla beneficjentów programu "Rodzina 500 plus" Zapraszam do obejrzenia obu programów w necie!

      sprawadlareportera3

      obligacjeszaamachy21

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Czy i my odczujemy kłopoty Deutsche Banku? Co prawda Wanda nie chciała Niemca, ale...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 września 2016 08:31
  • poniedziałek, 26 września 2016
    • Płacisz składki, w zamian dostajesz... figę? Klienci się sądzą, a banki robią swoje

      Poza frankowymi kredytobiorcami (skarżącymi się na "ubranie" ich w nadmierne ryzyko) i posiadaczami polis inwestycyjnych (mają za złe "przywiązanie" ich do drogich planów oszczędnościowych) branża finansowa ma jeszcze trzeci problem (jak mówią wtajemniczeni: major fuckup ;-)) - ubezpieczenia niskiego wkładu własnego. W zeszłym tygodniu warszawski Sąd Okręgowy przyjął do rozpoznania pierwszy pozew grupowy w tej sprawie. Ponad 450 kredytobiorców domaga się od Banku Millennium zwrotu pobranych składek. W sądach toczy się też kilkadziesiąt procesów indywidualnych, wytoczonych w tej sprawie bankom przez klientów. Przynajmniej kilkanaście procesów już się zakończyło prawomocnymi wyrokami. I właśnie o nich dziś napiszę kilka słów, żeby nakreślić sytuację na polu bitwy. Z jednej strony - tak jak przy kredytach frankowych - jest trochę wyroków korzystnych dla klientów (nawet prawomocnych!), a z drugiej strony bankowcy twardo "uwalają" wszelkie reklamacje. Co ciekawe, wygrywają też w sądach polubownych. 

      PO PIERWSZE: POLISA ZAMIAST PORĘCZENIA. Ten wstęp jest dla "zielonych ogórków", którzy nie czytali poprzednich moich tekstów w blogu, poświęconych tematowi UNWW. Ubezpieczenie niskiego wkładu własnego było przez długie lata sposobem na to, by klienci mogli zaciągnąć wyższe kredyty hipoteczne. Bankowcy - z powodu własnych limitów oraz regulacji nadzoru finansowego - zawsze mieli obowiązek domagać się od potencjalnych kredytobiorców przynajmniej 20% wkładu własnego w kredyt. A jak go nie miałeś? Zamiast odsyłać cię z kwitkiem bankowcy podsuwali właśnie UNWW - ubezpieczenie niskiego wkładu własnego. Działa ono w ten sposób, że ubezpieczyciel przejmuje odpowiedzialność za np. 20% długu klienta. Gdyby ów klient nie spłacał kredytu i bank wypowiedział mu umowę, to 80% wierzytelności bankowcy mogliby ściągać bezpośrednio od klienta, a pozostałą część musiałby zapłacić im ubezpieczyciel. Zanim bankowcy i firmy ubezpieczeniowe wpadły na pomysł z UNWW klienci nie posiadający wkładu własnego musieli podpisywać umowy kredytowe razem z poręczycielami, którzy godzili się na współodpowiedzialność za kredyt.

      Czytaj też: Nienależne świadczenie, czy... zaiwanienie? Bank bierze składkę, choć...

      Czytaj też: Kredyt z niskim wkładem własnym? Proszę bardzo! Wciągają w kłopoty?

      PO DRUGIE: PŁACISZ TY, A OCHRONĘ MA BANK. Gdy frank ruszył w górę okazało się, że niektórzy kredytobiorcy - ci "walutowi" - składki UNWW będą musieli płacić znacznie dłużej, niż zakładali. Część banków, udzielając kredytów walutowych, zakontraktowało taki sposób naliczania składek, w którym poziom wkładu własnego zależy nie od kwoty kapitału spłaconej np. we frankach, lecz w złotych. Nawet jeśli licząc we frankach klient spłacił już 20% kapitału kredytu, banki nadal naliczają składki UNWW, bo w złotych wkład własny klienta wciąż jest przecież zerowy lub nawet ujemny. A bywało, że banki liczyły podstawę do wyliczania składek UNWW w taki sposób, że nóż się w kieszeni otwierał. Od początku istnienia blogu ostro z tym walczyłem, nie bez sukcesów. Umowy klientów z bankami wzięli na warsztat prawnicy i doszli do wniosku, że to... być może w ogóle nie jest ubezpieczenie. Bo ubezpieczenie powinno być umową wzajemną - jedna strona płaci składkę, a w zamian druga strona udziela jej ochrony ubezpieczeniowej. Tymczasem w UNWW układ jest inny: klient płaci składki, ale ubezpieczonym i uposażonym jest bank. 

      PO TRZECIE: UBEZPIECZENIE, KTÓRE POMOŻE CIĘ... UTOPIĆ. Jednocześnie wyszła na jaw jeszcze jedna wada - przynajmniej patrząc od strony klienta - tego rozwiązania. Klient, nie dość, że płaci składki za coś, co nie daje mu żadnych praw, to jeszcze w sytuacji kryzysowej może się spodziewać "strzału w plecy" od firmy ubezpieczeniowej. W blogu opisywałem perypetie klientów, których z jednej strony windykował bank (chcąc odzyskać większość zadłużenia), a z drugiej - ubezpieczyciel (chcąc odzyskać to, co musiał zapłacić bankowi) w ramach realizacji praw bankowców z tytułu UNWW). A więc - nibyubezpieczenie, którego koszty ponosisz, a które pomoże cię utopić? A propos topienia...

      PO CZWARTE: UBEZPIECZENIE, NA KTÓRYM BANK... ZARABIA! Nawet gdyby przyjąć, że bank pobiera od klienta jakieś pieniądze i - dla jego wygody - wykupuje w jego imieniu ubezpieczenie, można byłoby to zrozumieć, przynajmniej od strony czystości intencji (bo nadal nie oznaczałoby to, że mamy do czynienia z ubezpieczeniem, a nie z produktem polisopodobnym). Ale w przypadku UNWW zdarzało się - i to nierzadko - że bank brał od klienta składkę, z której część sobie... zatrzymywał! Czyli twierdził, że klient ma mu zrefundować koszt ochrony podczas gdy w rzeczywistości ten koszt ochrony był niższy. Oto fragment jednego z wyroków w sporze klienta z Bankiem Millennium, który dostałem od mec. Barbary Garlacz, prowadzącej tę sprawę:

      UNWWmillespadki

      I co Państwo na to? Nóż się w kieszeni otwiera. Nota bene ta sama mec. Garlacz prześwietliła - bo takie ma hobby - sprawozdania finansowe Banku Millennium i znalazła w nich dość dokładne dane o tym ile bank zarabiał na prowizjach ubezpieczeniowych. Oczywiście to dane dotyczące wszystkich prowizji, a nie tylko tych "zaszytych" w składce UNWW, ale liczby i tak robią wrażenie. Otóż w 2006 r. bank zaraportował 35 mln zł przychodów ze sprzedaży ubezpieczeń, w 2007 r. – 55 mln zł, w 2008 r. było to już 93 mln zł, a w 2009 r. – rekordowe 106 mln zł. Dopiero w 2010 r. eldorado się skończyło - bank zarobił na prowizjach ubezpieczeniowych nędzne 62 mln zł. Najwięcej Bank na prowizjach na UNWW zarobił w latach 2007-2009, a więc wtedy, gdy mieliśmy apogeum kredytów indeksowanych. Nagły spadek nastąpił w 2010 r. wraz z wycofaniem z oferty tych kredytów. Przy założeniu, że bank rocznie udzielałby 5000 kredytów hipotecznych i że każdy klient płacił średnio 3000 zł składki UNWW i przy kolejnym założeniu, że połowa z tych pieniędzy nie trafiała do firmy ubezpieczeniowej, mamy 7,5 mln zł rocznie zysków z nie odprowadzonych składek. 

      BANKI KUSZĄ: ZAMIEŃ SKŁADKĘ NA PROWIZJĘ. W 2013 r. bankowcy zorientowali się, że UNWW jest ryzykownym rozwiązaniem od strony prawnej i zaczęli proponować klientom zmianę zasad gry - zastąpienie UNWW zwykłą prowizją, którą klient wpłacałby do kasy banku, a bank za te pieniądze kupowałby dla siebie ubezpieczenie na wypadek niewypłacalności klienta. Bankowcy kusili niższymi stawkami i możliwością rozbicia prowizji na raty.  Część klientów się na to godzi, ale są tacy, którzy uważają, że w ten sposób bank może zabrać im możliwość walki o nadpłacone wcześniej składki (takie zastrzeżenie można przecież wpisać do aneksu w umowie z klientem). Niektórzy klienci zastanawiają się też co zrobić, gdy bank zgłosi się po kolejną składkę ubezpieczenia UNWW? Płacić? Nie płacić? Pozwać? Nie pozwać? Jakiś czas temu starałem się odpowiedzieć na te wątpliwości w blogu.

      SĄDOWA GEHENNA MONIKI I SEBASTIANA. O ile w przypadku opłat likwidacyjnych zdecydowana większość klientów w sądzie uzyskuje ich zwrot - a część firm ubezpieczeniowych, na mocy ugody zawartej przed UOKiK-iem, zaczęła dobrowolnie "uwalniać" spore grupy klientów od nielegalnych opłat - o tyle w przypadku UNWW wyniki sądowych starć są różne. A bankowcy ani myślą się ugiąć i dobrowolnie zwracać klientom zapłacone składki. Przykłady? Monika i Sebastian musieli prawomocnie wygrać aż dwa procesy, żeby dostać zwrot zapłaconych składek. Wzięli frankowy kredyt hipoteczny - niemały, prawie 550.000 zł - w połowie 2007 r. Kredyt oczywiście został zabezpieczony ubezpieczeniem niskiego wkładu własnego. Z umowy wynikało, że powinni płacić składki aż do momentu, gdy ich zadłużenie spadnie poniżej 448.000 zł. Jak wiadomo - jeszcze długo do tego poziomu nie spadnie.

      Monika i Sebastian długo myśleli co z tym fantem zrobić, aż w końcu natknęli się na kultowe dziś wśród wszystkich frankowych kredytobiorców postanowienie Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów z 6 sierpnia 2009 r. (sygn. XVII AmC 624/09), z którego wynika, że ponoszenie przez klientów kosztów polisy w sytuacji, kiedy ktoś inny osiąga z jej opłacenia korzyści jest klauzulą niedozwoloną. Przy podpisywaniu umowy moi czytelnicy zapłacili 3620 zł, a po trzech latach bank wyciągnął ręce po kolejne 6600 zł. Klienci uznali, że doszło do bezpodstawnego wzbogacenia się bankowców. Nie zakwestionowali w pozwie samego ubezpieczenia jako zabezpieczenia kredytu, ale fakt, że byli obciążeni jego kosztami. Bank z kolei bronił się w odpowiedzi na pozew, że klienci wiedzieli o obowiązku płacenia tak skonstruowanego ubezpieczenia, nie zgłaszali żadnych pretensji, a zapisy umowy dotyczącej ubezpieczenia nie są wcale klauzulą niedozwoloną, bo zakwestionowany przez sąd zapis jest nieco inny od tego, który widnieje w umowie z klientami. Bank dodał, że bez opłacenia przez klientów polisy w ogóle nie mieliby szans na kredyt.

      Bank przyznał natomiast, że nie dał klientom możliwości negocjowania ani zakresu ubezpieczenia, ani wysokości składki. Z punktu widzenia klientów było to ważne zastrzeżenie, bo ich linia procesowa opierała się o art. 385 Kodeksu cywilnego, który nie pozwala kwestionować uczciwości przepisów negocjowanych indywidualnie z klientem. Sąd stanął po stronie moich czytelników. Uznał, że "nie zachodzi ekwiwalentność i proporcjonalność między ponoszonym przez kredytobiorcę kosztem, a celem, dla którego konsument go ponosi". I dodał, że "umowa zabezpiecza wyłącznie interes banku, który przerzuca ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej na kredytobiorców". Sąd uznał też, że bank postąpił nieuczciwie, bo nie poinformował klientów, że w razie konieczności uruchomienia ubezpieczenia to nie oni dostaliby pieniądze.

      Wyrok się uprawomocnił, a klienci dostali z powrotem obie raty ubezpieczenia niskiego wkładu własnego - w sumie ponad 10.000 zł, a także prawie 3000 zł kosztów i odsetek. Ale to nie był koniec tej sprawy. Bankowcy w tzw. międzyczasie... pobrali z konta klientów trzecią składkę UNWW! I oświadczyli, że przecież proces dotyczył dwóch poprzednich składek. A ponieważ naliczenie nastąpiło jeszcze w 2013 r., przed prawomocnymi wyrokiem sądu, to bank nie może go anulowaćMonika i Sebastian znów wytoczyli bankowi proces, tym razem o zwrot trzeciej składki. I... znów wygrali. Prawomocny wyrok zapadł 6 maja br. Klientka dostała z powrotem kolejne 11.000 zł. A tymczasem klienci otrzymali pismo z banku z przypomnieniem, że na koniec maja zapada termin płatności kolejnej, czwartej składki UNWW :-). Widać, że bank chce dać swoim kredytobiorcom jasny sygnał: "Chcecie wywalczyć zwrot skłądek? Próbujcie, ale łatwo nie będzie". Polacy nie lubią chodzić po sądach, więc ta strategia może okazać się skuteczna. 

      CORAZ WIĘCEJ WYGRANYCH KLIENTÓW W SĄDACH. W 2007 r. klientka Banku Millennium zaciągnęła kredyt indeksowany kursem franka szwajcarskiego w wysokości 252.000 zł. W związku z UNWW bank pobrał trzy składki - pierwszą w wysokości 1800 zł, unwwskan1Potem 4300 zł, a po kolejnych trzech latach 5200 zł. Klientka zażądała zwrotu składek, ale bank odmówił. W uzasadnieniu napisał, że nie ma mowy o jego bezpodstawnym wzbogaceniu i że do zabezpieczenia kredytu zobowiązują go regulacje nałożone przez Komisję Nadzoru Finansowego. I że to klientka zdecydowała o takiej, a nie innej formie tego zabezpieczenia. Sąd, poza innymi argumentami, uwzględnił także ten, że nie było możliwości wyliczenia wysokości składek, bo klauzula dotycząca przeliczania długu klienta z franków na złote i z powrotem jest nieprecyzyjna. A skoro bank nie mógł wyliczyć wysokości składek, to tym bardziej nie mógł ich zgodnie z prawem pobrać. Sprawę tę wygrał dla klientki mec. Marcin Woźniak z Poznania.

      Sprawę o ubezpieczenie niskiego wkładu własnego wygrał też dla jednego ze swoich klientów m.in. mec. Dariusz Korytkowski. Dowodem koronnym dla sądu był fakt, że choć w umowie kredytowej bank zapisał klientom obowiązek refundowania składek UNWW ponoszonych przez bank na rzecz firmy ubezpieczeniowej Cigna STU, to druga i trzecia składka zostały pobrane na rzecz zupełnie innej firmy ubezpieczeniowej - TU Europa. Bank w międzyczasie zmienił ubezpieczyciela nie uzyskując zgody klientów na taką zmianę. "Uiszczenie na rzecz nowego ubezpieczyciela składki i udzielenie ochrony ubezpieczeniowej przez to towarzystwo nie stanowi okoliczności, w związku z którą powstałby obowiązek zwrotu kosztów tej składki na rzecz banku" - stwierdził sąd. Klient uzyskał zwrot 11.000 zł. W jeszcze innym wyroku (sygnatura akt I C 2432/14) sąd powiedział tak: 

      "Zgodnie z art. 410 § 2 Kodeksu cywilnego (dalej kc) świadczenie jest nienależne, jeżeli ten, kto je spełnił, nie był w ogóle zobowiązany lub nie był zobowiązany względem osoby, której świadczył, albo jeżeli podstawa świadczenia odpadła lub zamierzony cel świadczenia nie został osiągnięty, albo jeżeli czynność prawna zobowiązująca do świadczenia była nieważna i nie stała się ważna po spełnieniu świadczenia"

      Są jednak również wyroki, w których sądy uznają, iż ubezpieczenie niskiego wkładu własnego jest umową, w której obie strony dostają unwwskan4jakąś korzyść: „zwrot kosztów ubezpieczenia rekompensował bankowi ryzyko niespłacenia przez kredytobiorcę wkładu własnego na zakup nieruchomości i w tym zakresie było to świadczenie ekwiwalentne" - czytam w uzasadnieniu jednego z takich wyroków. Nie tylko w sądach sprawy bywają tak interpretowane. Pani Dominika, klientka mBanku, zgłosiła się do Arbitra Bankowego o zwrot 3,1 tys. zł składek z tytułu UNWW. W styczniu 2015 r. Arbiter Bankowy odrzucił wniosek, powołując się na swobodę kontraktowania i na to, że bank miał prawo zabezpieczyć się na wypadek niewypłacalności klientki. "Ustawodawca w najbardziej dla kredytodawców restrykcyjnych aktach prawnych przyjmuje, że ubezpieczenie może stanowić zabezpieczenie spłaty kredytu, a jego koszt obciąża kredytobiorcę" - uzasadnił Arbiter. I dodał, że jego zdaniem skoro bez zabezpieczenia w formie UNWW klientka nie otrzymałaby kredytu, to składki w ramach tej polisy należy uznać za "świadczenie główne" (tak samo ważne, jak odsetki). A skoro tak, to nie można kontrolować ich zgodności z prawem konsumenckim. Podobnie orzekł Arbiter Bankowy w lipcu 2015 r. w sprawie pani Moniki i pana Emiliana, klientów banku PKO BP.

      TO BYŁA PROWIZJA, A NIE SKŁADKA? Banki nierzadko odrzucają też reklamacje klientów dotyczące pobrania kolejnych składek UNWWskan3UNWW. Bank Millennium w kwietniu br. poinformował moją czytelniczkę, panią Jolantę, że zbliża się okres zapłaty kolejnej opłaty w związku z ubezpieczeniem UNWW w wysokości 3100 zł. Klientka złożyła reklamację, powołując się na wyroki sądów kwestionujące prawomocność pobierania składek ubezpieczenia niskiego wkładu. Bank odpisał, że klientka przecież sama zgodziła się na sfinansowanie ubezpieczenia, bo był to jeden z warunków uzyskania kredytu o określonej wysokości. I dodał, że choć "bank nie może kierować w stosunku do klienta roszczenia o zapłatę składki" to "może wysokość owej składki wkalkulować w koszt kredytu, obciążając klienta opłatą z tytułu zwrotu kosztów ubezpieczenia".

      W swoim wcześniejszym piśmie do klientki, zapowiadającym pobranie pieniędzy na poczet UNWW, bank sprytnie napisał: "w umowie kredytowej zobowiązaliście się państwo do opłacania kosztu ubezpieczenia niskiego wkładu własnego". "Kosztu ubezpieczenia", a nie "składki". A potem dodał, że obciąży klienta "prowizją", a nie składką ubezpieczeniową. W tym momencie kluczowe jest sformułowanie, które w umowie kredytowej odnosi się do ubezpieczenia niskiego wkładu własnego. Czy jest to "koszt ubezpieczenia" (wtedy bank może próbować się wywinąć od odpowiedzialności za wciskanie klientowi "nibyubezpieczenia"), czy też "składka"? Węszę tu niezłą ściemę, bo już opisywałem w blogu sytuację, w której bank chciał tak zakręcić klientem, że aż wmawiał mu, iż składka to nie składka :-).

      ODDAJĄ JEDNĄ SKŁADKĘ, A POBIERAJĄ DRUGA. W wielu przypadkach sprawa ubezpieczenia niskiego wkładu przypomina never ending story. Klient z jednej strony odzyskuje jedną składkę, a drugą ręką bank pobiera od niego drugą. Klient normalnie spłaca raty, ale bank twierdzi, że ma... niedopłatę (bo z raty pobrał sobie ubezpieczenie). I straszy wypowiedzeniem umowy kredytowej. 

      "Jeżeli w ciągu 36-miesięcznego okresu ochrony ubezpieczeniowej saldo zadłużenia z tytułu udzielonego kredytu nie stanie się równe lub niższe niż 313.000 zł, kredytobiorca jest zobowiązany do zwrotu kosztów ubezpieczenia za kolejny 36-miesięczny okres udzielonej bankowi przez InterRisk Vienna Insurance Group ochrony ubezpieczeniowej, o czym kredytobiorca zostanie powiadomiony przez Bank pisemnie"

      - tak brzmi fragment umowy kredytowej jednego z moich czytelników. Po dwóch latach bank zmienił dostawce UNWW i zmuszał klientów do dalszego ubezpieczania się na rzecz innego towarzystwa - de facto wbrew postanowieniom umowy kredytowej. Wielu kredytobiorców się odwoływało i nie płaciło, ale bank twierdził, że z tytułu rat powstała niedopłata. Kredytobiorcy zaczęli się odwoływać do Arbitra Bankowego, aby odzyskać składki. Wiele osób wygrało, gdyż Arbiter potwierdzał błąd banku. Jednak do dziś bank nie zmienił podejścia do innych kredytobiorców niż ci, którzy poszli się pienić do Arbitra Bankowego, jak mydełko Fa.

      "Gdy bank pobrał ode mnie opłatę za kolejny, trzeci już okres ubezpieczenia, złożyłem wniosek do Arbitra Bankowego o zwrot drugiej opłaty. Wygrałem z bankiem. Teraz bank żąda ode mnie nadpłaty kredytu bądź podpisania aneksu do umowy, zrzucając na mnie koszt naprawienia swojego błędu. Wszystko to w momencie, gdy bank pobrał już opłatę za trzeci okres ubezpieczenia, które będzie trwać jeszcze dwa lata"

      - opowiada jeden z czytelników. Uważam, że ktoś ten bałagan powinien pozamiatać. I być może to jest robota dla UOKiK-u, który mógłby wziąć na poważną rozmowę prezesów banków i ustalić z nimi zasady według których ma działać - lub raczej przestać działać - to ubezpieczenie. Tak samo, jak zrobił to w przypadku polis inwestycyjnych. 

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4SPOTKAJ MNIE W NECIE... Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Blog czyta ok. 200.000 czytelników miesięcznie. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 35.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      autopromo2...ZOBACZ MNIE W EKSTREMALNYCH AKCJACH. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Ci się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. Wszystkie te przygody są na mojej "stronie" youtubowej. Zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już ponad 2000 fanów i jest ponad 70 filmów, które obejrzano więcej, niż ćwierć miliona razy). 

      autopromo11SUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA IDZIE NA OSTRO W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej". Co czwartek na stronach gospodarczych "Wyborczej" ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym ja i grupa moich kolegów, zwana złowróżbnie Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy. Jeśli potrzebujesz rady albo pomocy w sprawie niekoniecznie związanej z produktami finansowymi - pisz na ekipasamcika@wyborcza.biz. Moi ludzie (mam nadzieję :-)) nie zostawią Cię bez pomocy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możesz kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      SUBIEKTYWNIE W TOK FM. W ostatnich dniach miałem przyjemność gościć/płynąć na falach informacyjnej rozgłośni TOK FM. W programie Pawła Sulika wyjaśniałem o co chodzi w aferze Amber Gold i pytałem czy może się ona powtórzyć w przyszłości.  Kilka dni wcześniej opowiadałem o tym jak się chronić przed kradzieżą tożsamości. Zapraszam do posłuchania!

      SUBIEKTYWNIE, BEZ RETUSZU I OSZCZĘDNIE. Ostatnio miałem okazję powiedzieć kilka słów na temat afery Amber Gold w programie "Bez retuszu" oraz namawiać Was do oszczędzania energii w "Pytaniu na śniadanie". Opowiadałem też o tym, że warto dzieci uczyć oszczędzania w TVN24 Biznes i Świat. Zapraszam do obejrzenia!

      bezretuszutvpinfo

      pnsenergy31

      IMG_0616

      SUBIEKTYWNIE O LICHWIE I O OBLIGACJACH SZAŁAMACHY. Kilka dni temu miałem okazję gościć w programie "Sprawa dla reportera". Udało mi się nie zostać w całości wyciętym przez ludzi od montażu, ale za to historie, o których się tam nasłuchalem, stawiają włosy dęba i to nie tylko na głowie. Miałem też przyjemność skomentować w TVN 24 Biznes i Świat nową ofertę obligacji przeznaczonych dla beneficjentów programu "Rodzina 500 plus" Zapraszam do obejrzenia obu programów w necie!

      sprawadlareportera3sprawadlareportera1

      obligacjeszaamachy21obligacjeszalamachy1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Płacisz składki, w zamian dostajesz... figę? Klienci się sądzą, a banki robią swoje”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 września 2016 09:29
  • niedziela, 25 września 2016
    • Ostra jazda w pociągu. Oto multimedialny stolik: zapłacisz mu smartfonem, a w toalecie...

      Wygląda na to, że pociągi wreszcie zaczynają odzyskiwać miano najwygodniejszego - choć niekoniecznie najtańszego i najszybszego - środka transportu między największymi miastami. Co prawda jeżdżące po polskich torach pendolino trudno nazwać "szybką" koleją (na trasach nad morze, do Wrocławia i do Krakowa może bywają porównywalnie szybkie, co jeżdżenie autostradami, ale w porównaniu ze standardami zachodnimi to wciąż jest jakiś kabaret), lecz idzie ku dobremu. Jest elastyczny cennik (jeździłem już pendolino pierwszą klasą za cenę poniżej 90 zł), system zakupu biletów przez smartfona (no, chyba że zawczasu nie używałeś prezerwatyw), porządna obsługa restauracyjna w pociągach, w wagonach pendolino też gniazdko przy każdym fotelu, a od czasu do czasu nawet zintegrowana usługa kolejowo-taksówkowa (moim zdaniem powinna być standardem, co niechybnie wykończyłoby polskie lotnictwo pasażerskie ;-)).

      Słyszałem, że kolejarze - przynajmniej na długich trasach - odbierają powoli klientów autobusom. Co sprawiłoby, że w ogóle przestałbym jeździć po kraju autostradami? Luksusowe pociągi powinny być szybsze, mieć nie tylko prąd, ale i internet w przedziałach oraz popracować nad jakimś programem lojalnościowym. No i być może zapewnić więcej atrakcji dla osób, którym nie wystarczy strefa ciszy "zainstalowana" ostatnio w pendolino. Podobno są pociągi, w których jeden z wagonów jest czymś w rodzaju pokoju zabaw na kółkach, ale nigdy na taki nie trafiłem. Nie mogę się natomiast doczekać wprowadzenia w pociągach ekspresowych atrakcji, które pokazał - jak piszą portale branżowe - na targach kolejowych w Berlinie producent wagonów Pesa. 

      pesafor2Przede wszystkim przy wejściu do pociągu w wagonach tego producenta może się znajdować tablica z rozpiską aktualnie wolnych miejsc oraz z informacją jakie jest obłożenie w innych wagonach. Co prawda w pociągach ekspresowych zwykle obowiązuje rezerwacja miejsc, ale system rezerwacyjny PKP ma tę niemiłą cechę, że wszystkich pasażerów zgania do jednego wagonu, a pozostałe jadą puste. System informacyjny przy wejściu do pociągu może być w tej dziedzinie "koniem trojańskim" korzystnym dla klientów. Druga nowość to... stoły multimedialne. Siadasz w przedziale, a na stoliku przed tobą wyświetla się powitanie i menu restauracyjne (pewnie gdyby dało się zbierać dane o pasażerach za pośrednictwem jakiegoś programu lojalnościowego, to powitanie byłoby spersonalizowane, a menu też mogłoby uwzględniać gusta kulinarne danego klienta). Zamawiasz szybką szamę kikając i płacisz zbliżeniowo kartą lub smartfonem. A jeśli smartfon rozładowany, to go podładowujesz, bo w stół jest wbudowana też bezprzewodowa ładowarka.

      Taki stół multimedialny to świetna opcja do dostarczania pasażerowi rozrywki (gry planszowe i logiczne) albo informacji (mapa podróży,pesa3fot newsy), ale na miejscu twórców systemu pomyślałbym też o wyświetlaniu - być może w przyszłości spersonalizowanych - ofert dotyczących zakupów w sklepach znajdujących się nieopodal dworca w miejscu docelowym, promocyjne oferty wynajmu pokoi hotelowych... A nawet - jeśli się uprzeć - zakupów z opcją odbioru przy wyjściu z pociągu (płacę w pociągu, a po przyjeździe na miejsce czeka na mnie dostawca z paczką). To może spowodować, że tak, jak banki być może wkrótce przestaną zarabiać tylko na usługach bankowych (a zaczną na "naganianiu" klientów sieciom handlowym), tak jak hotele już zarabiają coraz więcej na usługach dodatkowych, tak koleje mogą w przyszłości zarabiać na pośrednictwie w sprzedaży różnych usług. O ile bank musi się mocno spocić, żeby skłonić klienta do tego, żeby zainstalował apkę mobilną w smartfonie i pozwolił się śledzić, o tyle pasażer w pociągu w zasadzie z nudów może nic innego w pociągu nie robić tylko... kupować. I płacić.

      Aha, poza systemem informacyjnym przy wejściu do pociągu oraz stołem multimedialnym z możliwością płacenia i ładowania smartfona Pesa pokazała też dość podejrzaną rzecz - lustro z możliwością wyświetlania informacji w toalecie. Nawet jeśli założymy, że w tym lustrze będzie wyświetlana tylko informacja o godzinie, pogodzie na zewnątrz (jakby to miało jakiekolwiek znaczenie w chwili skupienia :-)) oraz o tym ile zostało czasu do najbliższej stacji, to i tak skojarzenia z Wielkim Bratem w wersji kolejowej są zbyt żywe, by "inteligentne lustro" w pociągowym kibelku mogło mnie ucieszyć. Z drugiej strony... operator telekomunikacyjny i tak wie o mnie wszystko :-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Ostra jazda w pociągu. Oto multimedialny stolik: zapłacisz mu smartfonem, a w toalecie...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 września 2016 12:08
  • piątek, 23 września 2016
    • Dostajesz 500 zł na dziecko? Oddaj je ministrowi, a on ci zapłaci. Ile? Nawet 3% w skali roku!

      rodzina500pluslogoMinister Finansów Paweł Szałamacha ogłosił szczegóły nowej oferty obligacji, dzięki którym posiadacze dzieci i beneficjenci programu "Rodzina 500 Plus" będą mogli oszczędzać na preferencyjnych warunkach. Sprzedaż rusza już z początkiem października. Na pierwszy rzut oka jest nieźle. Będzie można pożyczyć rządowi otrzymane od rządu pieniądze (wiem, głupie to, ale cóż poradzić :-)) na sześć lub dwanaście lat, otrzymując za to oprocentowanie od 1,75% do 2% wyższe, niż inflacja. W obecnych warunkach, kiedy inflacji nie ma, oprocentowanie wynosiłoby właśnie 1,75% w skali roku dla obligacji sześcioletnich i 2% w skali roku dla dwunastoletnich. W pierwszym roku rząd przyzna bonus i oprocentowanie będzie ekstrawysokie - 2,6% w przypadku obligacji krótszych oraz 3% w przypadku "dwunastolatek". Obligacje będzie można odsprzedać rządowi przed terminem, płacąc od 70 gr. (w przypadku papierów sześcioletnich) do 2 zł kary od każdej obligacji. W praktyce oznacza to, że trzeba będzie spisać na straty większość lub całość odsetek za ostatni rok inwestycji.

      CZY OBLIGACJE "RODZINNE" MAJĄ SENS? Prawo do zakupu obligacji będzie przysługiwało wyłącznie osobom dostającym 500 zł na dziecko i wyłącznie na taką kwotę, jaką otrzymują od rządu. Widać więc już na pierwszy rzut oka, że tu nie chodzi o żadne "stymulowanie skłonności polskich rodzin do oszczędzania" (gdyby tak było, to rząd ogłosiłby jakąś ulgę podatkową od długoterminowego oszczędzania), ale o ograniczenie kosztów rządowego programu. A ściślej - przeniesienie części jego kosztów w przyszłość. Rząd wypłaca człowiekowi 500 zł, ale klient, który kupi nowe obligacje, dostanie te pieniądze - choć wraz z odsetkami - dopiero za sześć lub dwanaście lat. Nie przypomina Wam to trochę tej całej sprawy z OFE? W tym przypadku też rząd się zadłużał po to, żeby kiedyś Polacy dostali większe emerytury. Teraz będzie się zadłużał, by kiedyś dostali 500 zł na dziecko - plus odsetki.

      Jeśli przyjmiemy założenie, że program "Rodzina 500 Plus" na służyć wspomaganiu potrzebujących, to emitowanie obligacji w celu ściągniecia tych pieniędzy z rynku oznacza de facto przyznanie się rządu do porażki. "Daliśmy pieniądze podatników ludziom, którzy ich nie potrzebują, więc próbujemy część z nich odzyskać, płącąc za to odsetki" - tak mógłby wyglądać rachunek sumienia. Jeśli zaś przymiemy założenie, że "Rodzina 500 Plus" to rodzaj "nagrody" dla tych Polaków, którzy ponoszą ciężar wychowania dzieci i przyszłych podatników (którzy złożą się na emerytury również osób bezdzietnych) - preferencyjne obligacje mają okruchy sensu. Choć powtarzam: ograniczenie kwoty inwestycji do wysokości pieniędzy otrzymanych od rządu nie świadczy dobrze o intencjach rządu. Ani tym bardziej o zawartości rządowej skarbonki :-)).

      MF_Obligacje_500CZY TE OBLIGACJE SIĘ NAM OPŁACĄ? Jeśli chodzi o warunki finansowe obligacji, to zarówno sześcio- jak i dwunastoletnie będą miały bardzo podobną konstrukcję do będących już dziś w sprzedaży "dziesięciolatek". Oprocentowanie uzależnione od inflacji zapewnia realny zysk, ale w czasach dużego popytu banków na pieniądze ciułaczy może okazać się nieatrakcyjne w stosunku do oprocentowania lokat bankowych. Dziś, gdy banki za depozyty bez restrykcji płacą 1-1,5% w skali roku (2% też się zdarza, ale w ramach krótkich promocji), oferta rządu wygląda dość atrakcyjnie, choć nie powala. A w porównaniu do innych rządowych papierów sprzedawanych ciułaczom? Oprocentowanie obligacji dziesięcioletnich będących obecnie w sprzedaży wynosi 2,5% w pierwszym roku oraz 1,5% powyżej inflacji w kolejnych latach. Przypomnijmy: "dwunastolatki" w ramach "Rodziny 500 plus" mają mieć aż 3% w pierwszym roku i 2% powyżej inflacji w kolejnych latach. Czyli wyraźnie lepiej. Z kolei obligacje dwuletnie można dziś kupić z gwarancją stałego zysku 2% w skali roku. To też ciut gorzej od "dwunastolatek" - 4% zamiast 5% po dwóch latach - ale za to szybciej dostaje się pieniądze.

      Czytaj też: Rząd wykastrował obligacje z odsetek. Czy opłaci się je kupować?

      Załóżmy, że w kwietniu przyszłego roku będę chciał zacząć lokować pieniądze z rządowego programu w obligacje sześcioletnie. Będę miał prawo kupić obligacje za 6000 zł. W pierwszym roku dostanę 126 zł odsetek (po opodatkowaniu), a w kolejnych latach - przy założeniu, że inflacji nadal nie będzie - po 85 zł (no, może ciut więcej, bo odsetki będą dopisywane do kapitału). Na koniec - za sześć lat - dostanę swoje 6000 zł oraz 551 zł odsetek. Porównując ten dochód z przeciętną lokatą w banku, oprocentowaną przez cały okres deponowania na 1,5% w skali roku - 432 zł odsetek od 6000 zł inwestycji, można powiedzieć, że jest nieźle (ale to czysta symulacja, nie znamy oprocentowania depozytów w przyszłości, ani poziomu inflacji).

      CZY BĘDZIE ZAINTERESOWANIE POLSKICH RODZIN? Z jednej strony w ostatnich dniach czytaliście w blogu dane o naszym oszczędzaniu, z których wynika, że z ponad 500 mld zł długoterminowych oszczędności w obligacjach trzymamy tylko niecałe 12 mld zł. Jeśli już jakieś obligacje kupujemy, to raczej te krótkoterminowe, dwuletnie ("dziesięcilatki" stanowią najwyżej 10-20% łącznego popytu na obligacje). Rząd potrafi roznamiętnić ciułaczy obligacjami, ale tylko wtedy, gdy wypuszcza jakieś krótkoterminowe "ekstra-modele". Patrząc z tego punktu widzenia wystawienie do sprzedaży wieloletnich papierów raczej nie powinno spowodować kolejek w oddziałach PKO BP (ten bank będzie sprzedawał obligacje). Z drugiej strony w ostatnich godzinach cytowałem też dane, z których wynika, że mniej więcej jedna czwarta beneficjentów "Rodziny 500 Plus" nie wydaje wszystkich pieniędzy otrzymanych od rządu, a jedna szósta nie wydaje ich w ogóle, tylko oszczędza. Przy założeniu, że rocznie program kosztuje 23 mld zł i zakładając, że ludzie w ankietach nie ściemniali, można przyjąć, że z pieniędzy przekazywanych nam przez rząd na dzieci - w ramach długoterminowego oszczędzania - może wrócić do Ministerstwa Finansów jakieś 5 mld zł rocznie (a jak dobrze pójdzie, to i 7 mld zł). Bo tyle kasy zostaje w kieszeniach Polaków, którzy i bez 500 zł dodatku miesięcznego dobrze sobie radzą. To jak? Wchodzicie? Wychodzicie?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Dostajesz 500 zł na dziecko? Oddaj je ministrowi, a on ci zapłaci. Ile? Nawet 3% w skali roku!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 23 września 2016 11:46
  • czwartek, 22 września 2016
    • Co drugi nigdy nie będzie miał oszczędności, bo... nie umie. Co szósty nie ma na co wydać 500 zł

      Sypnęło ostatnio danymi o naszym oszczędzaniu. Z raportu Analiz Online wycisnąłem własne szacunki dotyczące naszych długoterminowych oszczędności. Wyszło mi, że mamy ich co najmniej 532 mld zł, czyli między 20.000 zł na jednego dorosłego obywatela, a 30.000 zł na osobę (jeśli uwzględnimy emerytów i rencistów). To, rzecz jasna,uproszczone szacunki nie uwzględniające oszczędności, które mamy pod poduszką, w bieliźniarce lub w domowym sejfiku - dolary, złoto, kosztowności. Gorsze od braku możliwości oszacowania tej "szarej" liczby jest to, że według firmy Allianz - też liczącej tylko "oficjalne" pieniądze, nie te "spod poduchy" - niestety jesteśmy biedniejsi, niż Czesi i Węgrzy oraz większość dużych nacji naszego regionu. Z "dużych" narodów mniej oszczędności od nas mają tylko Rumuni. Z dobrych wiadomości: w ciągu dwóch ostatnich lat nasze długoterminowe zaskórniaki - jak wynika z moich szacunków - zwiększyły się o 55 mld zł.

      Przeczytaj:  mój poradnik o oszczędzaniu małych pieniędzy, gdy nie starcza na życie

      Przeczytaj i obejrzyj: mój miniporadnik o niepodległości finansowej.  A jeśli już masz podstawową poduszkę finansową - sprawdź jak ja lokuję swoje nadwyżki finansowe i... też tak spróbuj!

      Dosłownie kilkanaście godzin później Związek Banków Polskich przedstawił wyniki badań przeprowadzonych przez TNS, dotyczących naszego codziennego odkładania pieniędzy. W uproszczeniu - skąd wzięło się te 55 mld zł nowych oszczędności ;-)). Podstawowy wniosek: prawie połowa Polaków (dokładnie 44%) nie widzi w swoim domowym budżecie potencjału do oszczędzania. A więc oni się nie dołożyli do tych 20.000 zł oszczędności na głowę, wynikających z danych Analiz Online. Oznacza to najprawdopodobniej, że jakiekolwiek oszczędności ma tylko połowa Polaków, ale za to przeciętnie po 40.000 zł. Ale i w tej połówce siły są nierówne. Co trzeci z posiadających oszczędności jest w stanie odłożyć mniej, niż 100 zł miesięcznie. Poważniejsze kwoty - powyżej stówki, średnio 200-300 zł - odkłada dwie trzecie z "większej połowy" oszczędzających, czyli mniej więcej co trzeci Polak. Prawidłowy podział owych 523 mld zł wygląda więc pewnie tak, że lwią część długoterminowych oszczędności kontroluje 30% zamożniejszych Polaków, z których każdy przeciętnie uciułał jakieś 50.000 zł. Głębiej w te podziały nie wchodzę, bo nieuchornnie doszedłbym do "zgranego" już wniosku, że połowę oszczędności kontroluje 10% najzamożniejszych Polaków. W tym mniej więcej połowę kontroluje Robert Lewandowski ;-)

      zbposzczdzanie1

      Jeśli taki "co trzeci" rzeczywiście odkłada po 250 zł miesięcznie, to rocznie pula naszych oszczędności powinna rosnąć o niecałe 25 mld zł. Nie wszystkie z tych oszczędności są długoterminowe, ale już mniej więcej wiemy skąd się wzięło 55 mld zł nowych oszczędności Polaków. Może ciut pieniędzy dorzucili do puli też ci, którzy odkładają do 100 zł miesięcznie, ale ich zaskórniaki siłą rzeczy są raczej krótkoterminowe. A dlaczego te nasze nowe oszczędności w większości wylądowały w bankach? W badaniu ponad połowa Polaków odpowiada, że sama nie wie na jak długo oszczędza, zaś tylko 8% ma horyzont oszczędzania sprecyzowany i powyżej 5 lat. Przy takim podejściu to nawet jest dobrze, że pieniądze lądują w banku, a nie np. na giełdzie, czy w obligacjach korporacyjnych :-). Czas popracować nad przekonaniem 90% Polaków, żeby "zakontraktowali" sobie w głowie długi termin oszczędzania. Potem pójdzie już z górki, wszyscy będą mieli portfele oszczędności takie jak ja ;-).

      zbposzczdzanie2

      Drugi problem: aż 23% Polaków za najlepszy sposób oszczędzania uważa trzymanie gotówki w bieliźniarce. A kolejne 17% nawet nie wie gdzie położyłoby gotówkę, gdyby ją miało. Co z tego wynika? 40% Polaków nie ma za grosz zaufania do jakichkolwiek sposobów oszczędzania lub inwestowania pieniędzy. Najchętniej położyliby kasę w słoiku. W sumie... może to nie jest takie głupie? Zakopać złoto w ogródku i poczekać 20 lat aż urośnie?

      zbposzczdzanie3

      Te same 40% (chyba te same) będzie szczęśliwe, jeśli będzie miało 5-10.000 zł w oszczędnościach. Powyżej 50.000 zł oszczędności - a więc tyle, żeby można było nie ograniczać się tylko do bankowej lokaty - ma ambicje mieć tylko 20% Polaków. A więc większa część z tych, którzy uskładali do tej pory te 532 mld zł, które widać w statystykach.

       

      zbposzczdzanie4

      Następny wykres wbił mi nóż w plecy. Od lat propaguję tezę, że aby oszczędzać nie trzeba świetnie zarabiać. Że liczy się mechanizm i nawyk. Że jeśli dziś zarabiamy 2000 zł miesięcznie i będziemy w stanie odłożyć 3% z tej sumy na oszczędności (60 zł), to gdy kiedyś nasze dochody wzrosną do 4000 zł, to przy tym samym odsetku oszczędności będziemy mogli odłożyć już 120 zł miesięcznie. Znam ludzi, którzy zarabiają po kilkadziesiąt tysięcy złotych i też nie są w stanie odłożyć ani grosza. Oni też są w tej połowie, która twierdzi, że byłaby w stanie oszczędzać, gdyby jeszcze więcej zarabiała. To jest, niestety, ślepa uliczka. Wiem, są ludzie, którzy mają zbyt niskie dochody, żeby oszczędzać, ale na pewno nie jest w tej sytuacji 51% społeczeństwa. Duża część z nich - może nawet większość - ma po prostu dobrą wymówkę: "będę oszczędzał jak będę więcej zarabiał". Akurat. Motywatory oszczędzania według Polaków macie poniżej:

      zbposzczdzanie6

      Na koniec ciekawostka: jeśli zastanawiacie się jaka część Polaków nie przejada wszystkich pieniędzy z programu "Rodzina 500 plus", to z badania ZBP i TNS wynika to dość jasno - połowa Polaków wydaje wszystkie pieniądze (w połowie na wydatki bieżące, a w połowie na edukację, zdrowie i inne, bardziej wysublimowane potrzeby). A druga połowa coś-tam potrafi zaoszczędzić. Przy czym tylko co dziesiąty beneficjent odkłada 500 zł w całości na przyszłość dzieci, a co szósty odkłada przynajmniej połowę. Przy "lewicowej" interpretacji można byłoby z tego wysnuć wniosek, że co szósta rodzina w ogóle tych 500 zł nie potrzebuje, bo doskonale sobie radzi bez tego. Dla nich w bankach pojawiły się lokaty prorodzinne. Ale - to już ustaliliśmy - 500 zł na dziecko nie ma być pomocą dla najbiedniejszych, ale "dodatkiem" za czas poświęcony na wychowywanie przyszłego podatnika, na który składa się całe społeczeństwo. 

      zbposzczdzanie5

      SAMCIKOWE OPOWIEŚCI: ZAPRASZAM NA PIĄTKOWY WIECZÓR ;-). W piątek 23 września na zaproszenie warszawskiej "Klubokawiarni Życie jest fajne" przy ul. Grójeckiej 68 będę opowiadał o złych bankach i dobrych bankach. Lub odwrotnie ;-). Zapraszam! Więcej szczegółów znajdziecie pod tym fejsbukowym linkiem

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Co drugi nigdy nie będzie miał oszczędności, bo... nie umie. Co szósty nie ma na co wydać 500 zł”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 września 2016 19:54
    • Dobra zmiana? Polacy rzucili się do gromadzenia! Każdy odłożył już na spełnianie marzeń...

      oszczdnocipolakwXXW ciągu ostatnich lat nasze "oficjalne" długoterminowe oszczędności zwiększyły się aż o 10%, a w liczbach bezwzględnych - o 55 mld zł. Tak mi wyszło z porównania starych raportów firmy Analizy Online - zbierającej dane m.in. o naszych oszczędnościach - z jej najnowszymi statystykami. W depozytach bankowych, obligacjach, polisach inwestycyjnych, funduszach i akcjach mamy w sumie 531 mld zł. Byłoby więcej, ale uważam, że nie należy w kwocie naszych zaskórniaków uwzględniać ani pieniędzy w OFE (bo Sąd Najwyższy powiedział, że nie są nasze), ani tych, które trzymamy na ROR-ach i kontach oszczędnościowych (bo są przeznaczone na bieżące wydatki lub krótkoterminowe oszczędności), ani gotówki w obiegu (jakaś jej część to oszczędności "pod poduchą", ale większość zapewne jest na bieżąco wydawana na zakupy). Wyłączając te wszystkie "niepewne" oszczędności uzyskamy właśnie owe 531 mld zł średnio- i długoterminowych oszczędności na naszych kontach.

      depozytyanalizy1Biorąc pod uwagę, że w Polsce jest 17,5 mln osób aktywnych zawodowo (wypada 8,9 mln emerytów i rencistów, 1,5 mln bezrobotnych oraz 7 mln dzieci i młodzieży) na każdego pracującego mieszkańca kraju nad Wisłą przypada nieco ponad 30.300 zł długoterminowych zaskórniaków. Jeśli nie masz takich oszczędności to się wstydź, bo zaniżasz średnią :-). Albo przeczytaj mój poradnik o oszczędzaniu małych pieniędzy, gdy nie starcza na życie.  Gdyby uznać, że emeryci i renciści też mogą mieć zaskórniaki (a pewnie mogą), to średnia wartość długoterminowych oszczędności per capita spada do mniej więcej 20.000 zł. Sądzę, że 55-miliardowy wzrost oszczędności w ostatnich dwóch latach w jakiejś części wiąże się z dopisywaniem odsetek od już zgromadzonych pieniędzy w bankach, ale z tego tytułu góra oszczędności mogła przybrać najwyżej o 10 mld zł. Cała reszta to nowa kasa - najwięcej przybyło jej w bankach, a najwięcej ubyło w akcjach spółek (inwestujecie głównie w polskie spółki, a ich ceny spadają wraz z kolejnymi pomysłami polityków obecnego rządu). Na szczęście to, co stracili oszczędzający lokujący swoje pieniądze w akcjach spółek, zrefundował napływ nowych pieniędzy do funduszy inwestycyjnych.

      Czytaj też: Wkurzają cię niskie odsetki od bankowych lokat? Ich też wkurzyły, więc...

      Tak się składa, że mniej więcej w tym samym czasie, w którym ukazały się najnowsze dane o naszej zamożności, niemiecki ubezpieczyciel Allianz ogłosił najnowsze wieści na temat bogactwa gospodarstw domowych na całym świecie. Tradycyjnie już jest to powód do frustracji, bo cały nasz region świata - Europa Środkowo-Wschodnia - choć gromadzi 6% ludności świata, ma tylko 1,5-procentowy udział w światowych zaskórniakach. I tak: Amerykanie zgromadzili 69 bilionów euro, Europejczycy z Zachodu - 35 bilionów, Azjaci - licząc razem z Japończykmi - 42 biliony, a Europejczycy ze Wschodu - raptem nieco ponad 2 biliony euro.

      allianzwealth1

      To boli jeszcze bardziej jeśli przeliczymy światowe zaskórniaki na przeciętnego obywatela. Średni Amerykanin ma na koncie w banku, w akcjach, obligacjach, funduszu emerytalnym, albo na polisie oszczędnościowej równowartość jakichś 152.000 euro. Japończyk - 84.000 euro. Zachodni Europejczyk - 58.600 euro. A my... z naszymi drobnymi możemy się ugryźć. Na pocieszenie można tylko dodać, że dość szybko nam rośnie. Nie tak, jak Azjatom, ale dość szybko.

      allianzwealth2allianzwealth3

      Z oszczędzaniem w Polsce jest o tyle kiepsko, że te nasze finansowe zaskórniaki (równowartość 6.500 euro per capita) - jakkolwiek wyższe mniej więcej dwukrotnie od średniej regionalnej - są w sumie dość niskie nawet w porównaniu do niektórych krajów, w stosunku do których czujemy wyższość :-). A więc przeciętny Czech ma równowartość 12.000 euro oszczędności, przeciętny Węgier - jakieś 10.500 euro, a przeciętny Słoweniec - mniej więcej 14.000 euro. Znacząco mniej oszczędności od nas mają - wśród największych krajów regionu - chyba tylko Rumuni i Słowacy.

      allianzwealth4

      Na koniec zaś przedstawiam listę najbogatszych społeczeństw świata widzianych przez pryzmat przeciętnego bogactwa gospodarstwa domowego. Na podium oczywiście Szwajcarzy (to ci, którzy nie chcieli dostawać swoich "500 zł na dziecko oraz dorosłego"), Amerykanie oraz Brytyjczycy. Taki przeciętny Szwajcar ma w szwajcarskim banku, europejskich i amerykańskich akcjach i w planie emerytalnym równowartość 700.000 zł. I to powinien być nowy cel dla Was: mieć mieszkanie (może być na kredyt, samochód, dwójkę dzieci i niecały milion złotych oszczędności. My, przeciętni Polacy-szaracy pod względem aktywów finansowych netto na mieszkańca jesteśmy na 36. miejscu na świecie. Przed nami - i to z dużą, prawie dwukrotną przewagą - są Chińczycy i Grecy. Ale już przeciętny Rosjanin ma dwa razy mniej oszczędności, niż Polak (raptem 3100 euro), Turek ma tylko 2100 euro, a Brazylijczyk - 734 euro. Jeśli nie chcesz dłużej zaniżać nam średniej, to... koniecznie przeczytaj i obejrzyj mój miniporadnik o niepodległości finansowej. Jeśli już masz podstawową poduszkę finansową - sprawdź jak ja lokuję swoje nadwyżki finansowe i... też tak spróbuj!

      allianzwealth5

      SUBIEKTYWNOŚĆ ZAPRASZA DO ROZMOWY! Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Blog czyta ok. 200.000 czytelników miesięcznie. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 35.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      Ponieważ też postanowiłem zostać szwajcarskim rentierem, rzuciłem się do oszczędzania W przenośni i dosłownie. W poniższym klipie opowiadam dlaczego warto mieć finansowy spadochron i jakich patentów użyć, żeby go uszyć z całkiem drobnych kwot. Bez tego nie zostaniesz szwajcarskim rentierem :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Dobra zmiana? Polacy rzucili się do gromadzenia! Każdy odłożył już na spełnianie marzeń... ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 września 2016 09:17

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line