Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 29 października 2009
    • Czy doradca finansowy za coś odpowiada?

      W „Gazecie Wyborczej” oraz w serwisie internetowym Wyborcza.biz możecie przeczytać mrożącą krew w żyłach historię klientki sieci doradców finansowych Open Finance. Pani Ania z pomocą tych doradców chciała przenieść kredyt hipoteczny z Noble Banku do Banku Millennium. Mimo prawidłowego przelewu z Millennium Noble Bank  kredytu nie zamknął.

      Noble wciąż widnieje w księdze wieczystej nieruchomości jako główny właściciel hipoteki. Zanim klientka się zorientowała pieniądze, które miały iść na spłatę i zamknięcie kredytu, leżały na koncie technicznym w Noble Banku. A wskutek wzrostu kursu franka klientka, gdyby chciała znów zamknąć kredyt - tym razem skutecznie - musiałaby zapłacić, bagatela,  160 tys. zł więcej. W Banku Millennium zaś pytają o co chodzi i grożą wypowiedzeniem kredytu.

      Całą historię znajdziecie w Wyborczej.biz. Noble Bank zaś tłumaczy, że nie zamknął kredytu, bo pani Ania nie dopełniła pewnej drobnej formalności: co najmniej na 10 dni przed planowaną datą spłaty całości kredytu powinna pisemnie zawiadomić bank o takim zamiarze. Dlaczego doradca Open Finance, który załatwiał całą procedurę, zapomniał podsunąć do podpisu kwitek z zawiadomieniem? Nie wiadomo.

      Wiadomo natomiast, że dziś Open Finance umywa ręce. Firma odpowiedziała klientce, że tylko pośredniczyła w „przekazywaniu dokumentów wymaganych przez instytucje finansowe”. A dyspozycja zamknięcia kredytu nie jest dokumentem obowiązkowym. Dlatego Open Finance uważa, że nie musiał pośredniczyć przy jego przekazaniu do Noble Banku.

      Open Finance dość zgrabnie wykpiwa się z odpowiedzialności za błąd, w tym przypadku - jak wiele wskazuje - błąd zaniechania. Firma - tak samo, jak inni doradcy - nie podpisuje z klientami żadnych umów precyzujących prawa i obowiązki doradcy. To znaczy, że za każdy błąd doradcy konsekwencje ponosi wyłącznie klient. A jak wszystko pójdzie dobrze? To co innego, wówczas do sieci doradców wędruje prowizja od banku. Prowizja, za którą w ostatecznym rachunku i tak płaci klient, w wyższych ratach kredytu.

      W tym miejscu należałoby przypomnieć ostatnią kampanię reklamową Open Finance. Już w jednej z poprzednich notek pisałem, że hasło lansowane przez firmę - „najlepszy doradca finansowy” nie bardzo mi się podoba. Ale tu nawet nie chodzi o Open Finance, takie rzeczy pewnie dzieją się u wszystkich doradców. Ten rynek gwałtownie potrzebuje uregulowania.

      Nie może być tak, że klient przychodzi do człowieka, który ma plakietkę „doradca finansowy”, a cieszy się wręcz autorytetem doradcy inwestycyjnego, tyle że w sprawach finansów osobistych, a ów człowiek: a) nie musi mieć żadnego doświadczenia, b) nie musi mieć certyfikatu z wiedzy finansowej, c) nie wiadomo jaką prowizję zgarnia za doradzenie tego, a nie innego produktu i najważniejsze d) nie ponosi odpowiedzialności za własne błędy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „Czy doradca finansowy za coś odpowiada?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 października 2009 23:38
    • Sposób na kryzys: wciskać drogie kredyty i niczym się nie przejmować?

      Branża finansowa już po raz czwarty zorganizowała doroczny  „Kongres Ryzyka Bankowego”, czyli konferencję, na której radzono o tym, jak sprawnie zarządzać ryzykiem przy udzielaniu ludziom kredytów. Nie mogłem niestety być na miejscu, ale znam relację mojej redakcyjnej koleżanki Niny Hałabuz, czytałem też omówienie konferencji, przygotowane przez Polską Agencję Prasową. I jedna rzecz mnie trochę zaniepokoiła.

      Otóż bankowcy półgębkiem przyznają, że jednym ze sposobów zarządzania ryzykiem jest dla nich po prostu... żyłowanie marż nowo udzielanych kredytów. Dzięki dużemu zarobkowi na nowych kredytach bankowcy pokrywają część strat z tych starszych, spłacanych coraz gorzej. Co to znaczy „gorzej”? Andrzej Topiński, główny ekonomista Biura Informacji Kredytowej, szacuje, że już 7-8 proc. kredytów detalicznych jest regulowanych z opóźnieniem.

      Topiński dodał w casie swojego wystąpienia na kongresie, że chodzi głównie o drobne kredyty ratalne i gotówkowe, udzielane w szczycie koniunktury, czyli latem ubiegłego roku. Jego zdaniem nawet gdyby połowa z tych kredytów nie została spłacona, straty banków w skali całego portfela kredytowego nie przekroczyłyby 4-5 proc. Topiński dodał z rozbrajającą szczerością: „marże są tak wysokie, że z całą pewnością to [kryzys spłacalności kredytów - mój dopisek] nie zagrozi funkcjonowaniu banków" (cytat za PAP). A jak się „produkuje” wysokie marże: przeczytasz w tym wpisie.

      Oczywiście większość banków ma mocno rozbudowane działy kontroli ryzyka. W bankach pracują też wysokiej jakości systemy oceny ryzyka kredytowego (tzw. systemy scoringowe). Wiem, że bankowcy sporo się nauczyli jeśli chodzi o „kalibrowanie” tego scoringu inaczej na dobre i inaczej na złe czasy. Ale wiem też - i między wierszami potwierdził to dyr. Topiński - że dla niektórych bankowców zarządzanie ryzykiem to w pewnej mierze bardzo prosta procedura: wcisnąć klientom jak najwięcej maksymalnie drogich kredytów, a potem niczym się nie przejmować.

      „Co piąty kredyt będzie nie spłacony? Co czwarty? Trudno. Ci co spłacają w terminie dadzą taką rentowność, że tych, którzy się przewrócili, w ogóle nie zauważymy” - czy takie rozmowy słychać w działach kontroli ryzyka? Jasne, że przejaskrawiam. Ale chyba coś w tym jest. Zwłaszcza, że długi tych „przewróconych” zawsze można jeszcze sprzedać za parę groszy do firm windykacyjnych, niech one sobie z nimi radzą. Nie bez powodu windykatorzy deklarują, że biznes skupowania długów od banków ostatnio bardzo przyspieszył...

      To wszystko byłoby dużo mniej niepokojące, gdyby ograniczało się do „redystrybucji” pieniędzy, polegającej na tym, że ci, którzy dziś biorą drogie kredyty gotówkowe, płacą de facto za tych, którzy wzięli je taniej rok temu i nie spłacą na czas (z własnej winy lub z przyczyn losowych). Ale jeśli w niektórych działach ryzyka instytucji finansowych lub w zarządach banków rzeczywiście milcząco zakłada się, że można udzielić dowolnej ilości kredytów, byle były one wystarczająco drogie, to oznaczałoby, że w kraju trwa masowa „produkcja” przyszłych bankrutów.

      Biorąc pod uwagę, że mamy wyjątkowo kulawą ustawę o upadłości konsumenckiej, o czym pisałem m.in. na łamach „Gazety Wyborczej” już dobrych kilka miesięcy temu, tę produkcję potencjalnych bankrutów należałoby jak najszybciej ograniczyć. Do tego zmierza najnowsza tzw. rekomendacja T forsowana przez Komisję Nadzoru Finansowego. Zakłada ona, że klient, który miałby przeznaczać na spłatę rat więcej niż połowę dochodów, nie mógłby dostać od banku pożyczki.

      Bankowcy ostro ją krytykują jako zbyt daleko idącą, ale czy mają do zaoferowania coś w zamian dla nadmiernie zadłużonych Polaków? Tylko kredyty konsolidacyjne, które są ledwie protezą akcji ratunkowej dla domowych finansów, o czym pisałem tutaj. Póki nie mamy dobrej ustawy o upadłości konsumenckiej warto przynajmniej w ten sposób - poprzez rekomendację T nadzoru finansowego - limitować skalę nierozsądnego zadłużania się niektórych Polaków w bankach.



       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Sposób na kryzys: wciskać drogie kredyty i niczym się nie przejmować?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 października 2009 07:44
  • środa, 28 października 2009
    • Marże hipoteczne wreszcie ruszą w dół?

      Och, nawet nie wiecie jak bardzo lubię znajdować takie e-maile w mojej skrzynce. We wtorek BNP Paribas Fortis (tak chyba trzeba nazywać wchłonięty przez BNP Paribas dawny Fortis Bank Polska, który w międzyczasie połknął Dominet Bank) podał, że obniża marże oferowanych klientom kredytów hipotecznych. Do tej pory minimalna marża wynosiła 4,5%, teraz spadnie do 2,9%. Oczywiście żeby „zasłużyć” na najniższą marżę trzeba wziąć duży kredyt lub dać się z-cross-sellować* :-), ale dobre i to.

      Obniżanie marż kredytowych to w ostatnich miesiącach wśród bankowców prawdziwa rzadkość. Znacznie chętniej żyłują oni swoje wynagrodzenie jak tylko się da, wymawiając się rosnącym ryzykiem kredytowym, kryzysem i innymi tego typu dyrdymałami. Jeden z prezesów banków niedawno szepnął mi na uszko: - Panie Maćku, to są piękne czasy. Nie wiem czy jeszcze kiedyś będę mógł dyktować ludziom takie zajefajne marże, jak dziś. I jeszcze dodał, że dla niego ten kryzys to mógłby trwać bez końca.

      Wśród nielicznych przykładów banków obniżających w ostatnim czasie marże kredytów hipotecznych jest jeszcze BZ WBK, w którym znów obowiązuje promocyjna stawka 1,35%, a także bank Nordea, w ktorym symbolicznie spadły marże kredytów, ale tylko tych denominowanych w euro. Ale są to, póki co, tylko nieliczne przypadki. 

      W marżach coś się ruszyło, chociaż od przełomu dzielą nas chyba wciąż jeszcze lata świetlne. Niestety nie sposób zauważyć, że BNP Paribas Fortis schodzi z marżą z bardzo wysokiego poziomu, więc nie wytycza nowego trendu, a po prostu przestaje wyskakiwać ponad standardowy dziś na rynku poziom. A ów standard wytyczają dziś Alior Bank (marża 2,6%), ING Śląski (można wytargować 2,1%), czy Bank Millennium, który z wielkim hukiem wraca na hipoteczny rynek, oferując za kredyty złotowe stawki WIBOR plus 2% marży.

      Nie sposób jednak nie zauważyć, że na rynku wciąż pozostają - i niestety mają się dobrze - tacy maruderzy, jak mBank, który standardowo oferuje klientom złotowym marżę rzędu 7,4% i dopiero po intensywnym z-cross-sellowaniu* łaskawie schodzi do 3,8%. Póki takie oferty będą straszyły na rynku, zamiast wstydliwie odejść w niebyt, o cenowej odwilży w kredytach hipotecznych możemy mówić tylko szeptem lub co najwyżej półgębkiem.

      * z-cross-sellować: wcisnąć klientowi konto, kartę i debet, którego ten klient nie potrzebuje, bo przyszedł po kredyt hipoteczny. Efektem z-cross-sellowania klienta jest przekonanie go, iż miał nieuświadomioną potrzebę posiadania tych wszystkich produktów, ktorych - jak mu się w jego naiwności wydaje - nie potrzebował

      PS. A na razie pozostaje nam tylko zaklinanie rzeczywistości i przekonywanie siebie samych, że czasy, kiedy marże kredytów hipotecznych wynosiły np. 0,8%, jeszcze kiedyś wrócą. Jeśli ktoś z Was chce się przenieść do tamtej pięknej epoki, to polecam hipnozę. Trenowałem ją ostatnio, żartując sobie z reklamówki Netii, więc trochę warsztatu liznąłem. :-) Zresztą zobaczcie sami:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Marże hipoteczne wreszcie ruszą w dół? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 28 października 2009 07:57
  • wtorek, 27 października 2009
    • Pocztowe kły kąsają w gminach i powiatach

      W zeszłym tygodniu na stronach Wyborczej.pl pisałem o runie doradców i pośredników finansowych na małe miejscowości. Pośrednicy mają już swoje biura niemal na każdym rogu ulic centrów największych miast, gdzie czynsze są tam wysokie, a konkurencja olbrzymia. Teraz zwracają oczy w kierunku mniejszych miejscowości na tzw. prowincji, znacznie słabiej wyeksploatowanych przez banki.

      Nie tylko oni. W średnich i małych miastach coraz bardziej szczerzy kły Bank Pocztowy, jedyna poza PKO BP i SKOK-ami instytucja finansowa, która już dziś ma odpowiednio „rozcapierzoną” sieć placówek w całym kraju. Głównym atutem Banku Pocztowego są oczywiście o stoiska Poczty Polskiej, która jest przecież obecna w każdym miasteczku powiatowym.

      Do tej pory wydawało się, że Bank Pocztowy nie potrafi tego potencjału dobrze wykorzystać. Pracownicy Poczty specjalistami od sprzedaży usług finansowych są słabymi, a marketingowcami jeszcze gorszymi. W internecie są nawet na ten temat żarty:

      (obrazek pochodzi z welna.files.wordpress.com)

      Listonosze, którzy mogliby proponować otwarcie lokaty, konta, wzięcie kredytu przy okazji doręczania listów i paczek, nie mają na do wielkiej ochoty. Tak samo zresztą, jak agenci ubezpieczeniowi :-).  Piotr Kamiński, do niedawna prezes Banku Pocztowego, był więc skazany na pasywną promocję: plakaty, ulotki, reklamy w telewizji.

      Okazuje się, że mimo wszystkich przeciwności losu  Bank Pocztowy ściąga od mieszkańców mniejszych miejscowości coraz większe pieniądze. W poniedziałek bank podał, że liczba klientów konta oszczędnościowego przekroczyła 100 tys. osób, zaś dziennie klienci otwierają po 250-300 nowych rachunków. Wartość zgromadzonych pieniędzy sięgnęła 360 mln zł, co oznacza, że średnio jedna osoba trzyma na koncie oszczędnościowym w Pocztowym 3600 zł.

      To może nie są jakieś wodotryski, ale pamiętajmy, że wszystko dzieje się w dużej części na terenach, gdzie z usług bankowych ludzie korzystają rzadko. Dla 62.000 osób (czyli dwóch na każdych trzech klientów) konto oszczędnościowe Pocztowego było pierwszym produktem banku, po który sięgnęli. U tych pań sięgnęli :-)


      Tych ludzi Bank Pocztowy powinien za wszelką cenę „zagospodarować”, bo przy stosunkowo słabej konkurencji jest duża szansa na ich związanie z bankiem na lata. Zresztą w Pocztowym chyba to wiedzą, skoro każdemu klientowi konta oszczędnościowego proponują od razu kartę płatniczą i podwyżkę oprocentowania na koncie do 9% jeśli klient będzie z tej karty aktywnie korzystał. Cały mechanizm opisuję tutaj (wysokość oprocentowania od publikacji notki się zmieniła, ale konstrukcja jest wciąż ta sama).

      W Pocztowym powinni iść za ciosem i szukać kolejnych patentów, które mogą przyciągnąć oko bywalców okienek pocztowych. Dobrym pomysłem na zdobycie uwagi potencjalnych klientów w mniejszych miejscowościach jest np. „Lokata ze Wsparciem”, która co prawda daje tylko 4,5%, ale zawiera opcję dodatkowej wypłaty do 7,5% w przypadku utraty pracy przez klienta.

      Nie wczytywałem się w szczegóły lokaty w poszukiwaniu ewentualnych haczyków, ale w małych miejscowościach, gdzie zagrożenie bezrobociem jest znacznie większe, niż w wielkich aglomeracjach, pomysł na lokatę powiązaną z ubezpieczeniem od bezrobocia może chwycić. A gdyby jeszcze listonosze zaczęli proponować tę lokatę odwiedzanym przez siebie sąsiadom... Och, zatrząsłby się światek finansów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Pocztowe kły kąsają w gminach i powiatach”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 października 2009 07:26
  • poniedziałek, 26 października 2009
  • niedziela, 25 października 2009
  • sobota, 24 października 2009
    • BRE i mBank wzmacniają zasieki. Będą aktywniej chronić swój wizerunek

      Wyrok Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który w czwartek oddalił zarzuty wobec BRE Banku o zbyt nieprecyzyjne zapisy dotyczące oprocentowania kredytów odnawialnych, tylko w pierwszym momencie zbił z tropu grupę niezadowolonych klientów mBanku i Multibanku. Tzw. Nabici szybko odzyskali dobre nastroje, znajdując w niekorzystnym wyroku kilka punktów zaczepienia. Po pierwsze wyrok dotyczył kredytów odnawialnych, a nie hipotecznych, więc bezpośrednio nie uderzył w interesy Nabitych.

      Po drugie grupa ma nadzieję, że SOKiK na jej problem spojrzy bardziej przychylnie, niż na zapisy umów dotyczących kredytów odnawialnych, gdyż klauzule w kredytach hipotecznych są mniej precyzyjne. Więcej na ten temat czytam w oświadczeniu, które otrzymałem od grupy Nabitych (cytuję obszerne fragmenty):

      Przyjmując do wiadomości decyzję SOKIK z 22 listopada br. podkreślamy że uzasadnienie wyroku w sprawie dotyczącej „sposobu ustalania oprocentowania kredytów odnawialnych przez BRE Bank", mówiące, że „parametry mogące mieć wpływ na oprocentowanie kredytów (...) w BRE Banku są jednoznacznie określone i podane do wiadomości", może nie odnosić się do klauzul zamieszczonych w umowach tzw. „starego portfela" kredytów hipotecznych.

      Zapis z umów tzw. „starego portfela" - o którego wykorzystywanie toczymy spór z BRE Bankiem od stycznia 2009 - nie wymienia literalnie żadnego parametru, od którego bank uzależnia zmianę oprocentowania, a powołuje się jedynie na bliżej niesprecyzowane „stopy referencyjne” oraz „parametry finansowe rynku pieniężnego i kapitałowego w kraju, którego waluta jest podstawą waloryzacji". Pozew w sprawie klauzul zawartych w umowach kredytów hipotecznych, nie został rozpatrzony przez SOKiK. Nie jest nam znany na dzień dzisiejszy termin rozprawy.

      Informujemy, że dalsze możliwe działania informacyjne i prawne będą prowadzone - zgodnie z literą prawa i dobrymi obyczajami, by znaleźć rozwiązanie problemów związanych z kredytami „starego portfela” w bankach grupy BRE. Obecnie nadal trwają ustalenia dotyczące spotkania technicznego, rozpoczynającego prawdziwą rozmowę z BRE Bank (Multibank i mBank). Praktyka a nie działania public relations, pokażą jakie są prawdziwe intencje rozwiązania sporu, ze strony BRE Bank.

      Grupa Nabitych zapowiada więc kolejne akcje, które mają uderzyć w wizerunek banków z grupy BRE i tym samym wywrzeć na nie możliwie dużą presję. A tym samym zwiększyć elastyczność banku w działaniach na rzecz zmiany umów hipotecznych. Na razie BRE Bank złożył Nabitym jedynie ofertę przewalutowania kredytów na złote, podczas gdy część Nabitych domaga się zmiany zapisów swoich umów bez zmiany waluty kredytu. Nabici prowadzą zbiórkę pieniędzy na nowe akcje nękające, które mają mieć budżet 50.000 zł. Zwiastun tych działań wygląda groźnie:

      zapowiedź akcji Nabitych

      Ale zbroją się nie tylko Nabici. Ofensywę zaczął też BRE i jego banki. Zarówno samo BRE, jak i mBank mają nowych rzeczników Romana Jamiołkowskiego i Krzysztofa Olszewskiego. Ten ostatni przybył w ramach posiłków z grupy Noble Banku, ma więc duże doświadczenie frontowe (Noble specjalizuje się w piekielnie drogich kredytach, wkurzonych klientów ma przeto na pęczki).

      Wzmocniona obsada PR-owska ma zapewne za zadanie stawiać skuteczniejszy odpór atakom Nabitych na wizerunek BRE i mBanku. Zresztą BRE już kilka tygodni temu zasygnalizował większą aktywność PR-owską, organizując specjalną konferencję prasową poświęconą swoim propozycjom dla niezadowolonych klientów. Bankowi doradza też jedna z agencji PR, która specjalizuje się m.in. w kredowaniu wizerunku instytucji finansowych.

      Elementem „wyścigu zbrojeń” jest też zapewne nowa kampania reklamowa mBanku pod hasłem „bank otwarty na otwartych”. W tym haśle jest ukryte zawoalowane antidotum na działania Nabitych, którzy zarzucają mBankowi niechęć do prowadzenia dialogu. „Otwarty na otwartych” ma się kojarzyć odbiorcom m.in. z otwartością na dialog. I „odtruwać” jad sączący się z komunikatów Nabitych. Póki co, jak pokazują badania, wizerunek mBanku nie jest zagrożony, ale w mBanku najwyraźniej chcą chuchać na zimne.

      A tak swoją drogą to jak myślicie, którego banku serwis internetowy jest wyświetlony na ekranie „plującego” monitora? Ja założyłbym się, że babcia narzekająca na wysokie prowizje ma konto w PKO BP. A jakie są Wasze typy?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „BRE i mBank wzmacniają zasieki. Będą aktywniej chronić swój wizerunek”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 24 października 2009 08:36
  • piątek, 23 października 2009
    • Agenci pomogą rozbujać Allianz Bank?

      Już myślałem, że nikt w tym kraju nie pokusi się o wykorzystanie agentów ubezpieczeniowych do oferowania kont bankowych. Zawsze było dla mnie niezgłębioną zagadką to, że taki np. ING Bank nie jest w stanie skłonić tabunów swoich agentów ubezpieczeniowych, żeby zaczęli przy okazji polis sprzedawać klientom konta osobiste lub oszczędnościowe.

      Kilka dni temu dowiedziałem się, że pomysł z wykorzystaniem agentów do celów bankowych zamierza wdrożyć nowicjusz - Allianz Bank. Układ jest następujący: jak klient da sobie założyć w Allianz Banku konto osobiste, to dostanie zniżkę na ubezpieczenie mieszkania albo samochoidowe AC. W przypadku ubezpieczenia samochodowego zniżka wynosi 25%, a w przypadku mieszkaniowego - aż 50%.

      Sam mam mieszkanie ubezpieczone w Allianzu i nie jest to polisa tania, więc zniżkę o połowę wziąłbym w ciemno. Sądzę, że większość klientów niemieckiego ubezpieczyciela pomyśli tak samo i da się namówić na konto. Allianz Bank może szybko urosnąć na rynku rachunków osobistych.

      Podobno na potrzeby nowej akcji Allianz Bank wprowadził uproszczoną procedurę zakładania kont. W czasie spotkania z agentem klient, podpisując umowę, od razu będzie otrzymywał pakiet startowy, zawierający m.in. numery rachunków i kartę płatniczą.

      Oczywiście samo wciskanie klientom kont powinno być tylko pierwszą częścią sprytnego planu Allianza. Druga - pewnie wcale nie łatwiejsza - to skłonienie klientów, żeby zaczęli ze swoich kont korzystać. Pewnie na początku bank będzie zachęcał klientów do przenoszenia choćby części oszczędności (ma przecież niezłe konto oszczędnościowe), a dopero z czasem spróbuje przyzwyczaić klientów, żeby zaczęli „przepuszczać” przez rachunek np. swoje comiesięczne dochody. I dopiero wtedy cały interes stanie się dla Allianz Banku wysokodochodowy.

      Nie da ukryć, że Allianz testuje potwornie drogi sposób pozyskiwania klientów. Czy pieniądze wydane na ich dotowanie da się w przyszłości odzyskać? Tylko wtedy, jeśli Allianz ma długoterminowy plan wciągania pozyskanych klientów w swoją orbitę. I jeśli będzie go z żelazną konsekwencją realizował. Za cały interes odpowiada, zdaje się, ten facet z filmiku, który zamieszczam poniżej.

      Takie klipy, zamieszczane na Youtube, to ciekawy sposób na pokazywanie klientom, że bank tworzą całkiem normalni ludzie. Już kilka lat temu w ten sposób dał się polubić Kazimierz Stańczak, szef Polbanku.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Agenci pomogą rozbujać Allianz Bank?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 23 października 2009 07:44
  • czwartek, 22 października 2009
    • SOKiK: bank BRE miał prawo ustalać oprocentowania decyzją zarządu

      Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ogłosił dziś, że bank BRE miał prawo ustalać oprocentowanie kredytów odnawialnych decyzją własnego zarządu. To orzeczenie może mieć (ale nie musi) pewne znaczenie dla dalszych losów sporu BRE Banku z grupą niezadowolonych klientów-posiadaczy kredytów hipotecznych. Uważają oni, że podobna klauzula, znajdująca się w ich umowach o kredyty, jest nielegalna.

      Sędzia rozpatrująca tę sprawę - wytoczoną z powództwa UOKiK - w uzasadnieniu wyroku powiedziała, że wskaźniki i parametry, które określały kiedy zarząd BRE może zmienić oprocentowanie linii kredytowej były ogólnie znane i łatwo dostępne, stąd nie można powiedzieć, że bank miał pełną dowolność w kształtowaniu stóp procentowych niezależnie od warunków rynkowych (cytuję z relacji świadków, dokładnego uzasadnienia nie mam niestety w ręce, nie zostało jeszcze opublikowane).

      Wyrok w sprawie dotyczącej sposobu ustalania oprocentowania kredytów odnawialnych przez BRE Bank nie ma bezpośredniego przełożenia na spór, jaki toczy z bankiem kilkanaście tysięcy jego klientów hipotecznych. Pozew w sprawie tych konkretnych klauzul - zawartych w umowach kredytów hipotecznych - jeszcze nie został rozpatrzony przez SOKiK, nie jest nawet znany termin rozprawy. Jednak linia orzecznictwa SOKiK może mieć znaczenie dla wyroru w tej sprawie (o ile oczywiście w drugiej instancji czwartkowy wyrok się utrzyma).

      Jakie mogą być konsekwencje czwartkowego rozstrzygnięcia? Należy się spodziewać pewnego usztywnienia stanowiska BRE Banku, który ma teraz silniejsze karty w ręku i zapewne nie będzie składał grupie niezadowolonych klientów propozycji lepszych niż te, które już są na stole. Z drugiej strony wyrok może doprowadzić do radykalizacji trzonu grupy buntowników, którzy - widząc mniejsze szanse na wygranie sporu na gruncie wyroków sądowych - będą starali się uderzyć z większą niż dotąd siłą w wizerunek BRE. Oto próbka ich ostatniej aktywności:

      Antyreklama BRE Banku

      Część klientów może jednak odczytać czwartkowy wyrok jako mocno zmniejszający szansę na ugranie czegokolwiek nowego w sporze z BRE i przystąpić do proponowanej przez bank ugody. I to chyba byłby największy zysk, jaki może osiągnąć BRE w wyniku wygranej przed SOKiK.

      Z kolei o klasie trzonu grupy niezadowolonych klientów - tych, którzy są gotowi walczyć z bankiem do upadłego, niezależnie od propozycji składanych przez BRE - świadczyć będzie to, czy w ramach nieuniknionej chyba radykalizacji swych działań, nie posuną się zbyt daleko, np. poza granice wyznaczone prawem.

      Poniżej oświadczenie BRE Banku, które otrzymałem:

      Dzisiejsza decyzja sądu potwierdza to, że zapis w umowach regulujący wysokość oprocentowania kredytu jest dostatecznie precyzyjny. Niezależnie jednak od tego, to nie jest dzień triumfu dla banku. Ponieważ różnica zdań pomiędzy nami a naszymi klientami pozostaje, a rozwiązać możemy go i chcemy jedynie poprzez dialog. Ten prowadzony indywidualnie z każdym klientem, nie zaś na sali sądowej.

      Czytaj też: BRE kontra Nabici: Sąd Najwyższy z 2006 r., czy ten z 2008 r.?

      Czytaj też: BRE do Nabitych: przewalutowanie i bonusy

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „SOKiK: bank BRE miał prawo ustalać oprocentowania decyzją zarządu ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 października 2009 15:13
    • SuperDuet, czyli Hubert z Hołkiem znowu kręcą funduszami

      W piątek rusza kolejna część marketingowej ofensywy Banku Millennium - operacja SuperDuet. Kolejna, bo zaledwie kilka tygodni temu Millennium ruszył z głośną kampanią kredytów hipotecznych z udziałem muzycznej grupy Zakopower. Więcej na temat tej kampanii pisałem tutaj i tutaj, zaś poniżej możecie obejrzeć klip wideo z żartobliwym omówieniem tej reklamówki, które nagraliśmy wspólnie z Andrzejem Chećko dla serwisu Wyborcza.biz.

      Teraz Bank Millennium wystartuje z promowaniem pakietu łączącego lokaty i fundusze inwestycyjne. Rzecz o tyle ciekawa, że to będzie chyba pierwszy po długiej przerwie powrót funduszy inwestycyjnych na szerokie ekrany. Owszem, kilka tygodni temu mieliśmy już reklamy TFI Union Investment, ale ukazywały się one głównie w stacjach tematycznych. Za sprawą Banku Millennium fundusze trafią na szklane ekrany milionów, bo bank ten nie od dziś znany jest z tego, że na reklamę pieniędzy nie skąpi.

      Czy SuperDuet chwyci za serca Polaków? W kampanii bierze znów udział wypróbowana twarz Millennium, prezenter Hubert Urbański, a na pomoc pospieszył mu znany kierowca Krzyszotof Hołowczyc, więc zastrzyk gwiazdorskiego blichtru wydaje się dość duży. Kombo pod tytułem Hubert & Hołek wygląda mniej więcej tak:

      SuperDuet, reklama Banku Millennium

      Osobiście nie jestem fanem produktów łączących pod jednym dachem lokaty i fundusze inwestycyjne. Wśród klientów taki miks może wywołać mylne wrażenie, że inwestycja jest bezpieczna. A przecież nawet jeśli część pieniędzy trzymana na lokacie oprocentowana jest 2-3% wyżej, niż można dostać normalnie, to w funduszach potencjał zysków i strat jest wielokrotnie większy. Zatem inwestycja - wbrew pozorom - „wisi” głównie na funduszach, a nie na bezpiecznej lokacie. A w przeszłości większość banków budowała tego rodzaju miksy na połączeniu lokaty i funduszy akcji, czyli najbardziej ryzykownej grupy funduszy.

      W Banku Millennium pomyśleli o tym, żeby zabezpieczyć się przed zarzutami wciskania klientom ryzykownego miksu pod przykrywką bezpieczeństwa. Na plakatach, tuż pod informacją o wysokości oprocentowania lokaty, znajduje się uzupełniający komunikat: „wśród funduszy do wyboru także fundusze obligacyjne i pieniężne”.

      Co prawda byłoby grubą przesadą twierdzić, że fundusz inwestujący w obligacje jest superbezpieczny (zyski wiążą się z wartością rynkową obligacji notowanych na giełdzie, a ta jest mocno zmienna), ale już fundusz pieniężny wydaje się dość rozsądnym uzupełnieniem lokaty dla klientów ceniących sobie bezpieczeństwo. Bezpieczne 7 proc. w częsci depozytowej rocznie plus fundusz pieniężny, który pewnie da jakieś 5 proc. rocznie - to nie brzmi wcale tak najgorzej.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „SuperDuet, czyli Hubert z Hołkiem znowu kręcą funduszami”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 października 2009 07:37

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line