Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • sobota, 30 października 2010
    • Dziwne zwyczaje: za wysłanie przelewu - 5 zł. Za jego przyjęcie - 30 zł

      Od kilkunastu tygodni, wspólnie z Maćkiem Bednarkiem, moim kolegą z desku ekonomicznego „Gazety Wyborczej”, prowadzimy akcję poszukiwania najgłupszych, najbardziej pomysłowych i najdziwniejszych prowizji. Kandydatur jest wiele, ale jednymi z najciekawszych są takie, które polegają na łajaniu klientów za to, że jakieś pieniądze do nich nadeszły.

      To dlatego w czubie mojego prywatnego rankingu na najgłupszą prowizję jest ta pobierana przez Bank Spółdzielczy w Słupcy, za to, że na konto zostały wpłacone pieniądze. Ostatnio okazało się, że kolejnym bankiem, który potrafi naliczyć prowizję od wpłaty pieniędzy na własne konto, jest Kredyt Bank.

      Dziś kolejny przykład z tej serii. Otóż, jak donieśli mi czytelnicy, Deutsche Bank życzy sobie dość wysokiej kwoty za przelewy przychodzące z zagranicy. Pan Tomasz, czytelnik blogu, przesłał mi następującą informację: „Oddział bankowości indywidualnej Deustche Banku pobiera opłatę w wysokości 30 zł za zaksięgowanie każdego przelewu przychodzącego z zagranicy, niezależnie od waluty, w jakiej wykonywany jest przelew. Na infolinii dowiedziałem się, że dotyczy to również waluty krajowej – złotego.

      Oplata ta dotyczy najbardziej popularnego konta typu DBnet. W tabeli opłat (strona 15) usługa widnieje pod kryptonimem: ’Realizacja polecenia wypłaty z zagranicy lub z innego banku krajowego w walucie obcej, na rachunek klienta w DB PBC’. Pracownicy Deustche Banku nie potrafili wyjaśnić mi z czego wynika tak wysoka oplata. Co ciekawe, np. przelew europejski (w euro) wychodzący, realizowany w systemie SEPA, kosztuje w Deutsche Banku tylko 5 zł, zaś zaksięgowanie przelewu przychodzącego - aż 30 zł - donosi pan Tomek.

      Zaiste, dziwne to: zawsze mi się wydawało, że wysłanie przelewu jest dla banku bardziej kłopotliwe, niż jego przyjęcie. Czyżby było odwrotnie? Pan Tomasz przesłał mi zawiłą korespondencję, jaką toczył z Deutsche Bankiem. Przypomina ona nieco dialog głuchego ze ślepym. Ale cóż, być może bank, nie mając w garści mocnych argumentów, celowo kierował dyskusję z klientem na manowce?

      Najpierw bank napisał tak: „W odpowiedzi na Pana zapytanie pragniemy poinformować, iż polecenie wypłaty z zagranicy lub innego banku krajowego w walucie obcej realizowanego za pomocą przelewu SEPA, na rachunek klienta w Deutsche Bank PBC traktowana jest jak zwykły przelew zagraniczny otrzymany. Informujemy również, iż wysokość opłaty za przelew zagraniczny otrzymany uzależniona jest od posiadanego rachunku i wyszczególniona w Tabeli Opłat i Prowizji, np.: db Invest - 10 zł, db Fokus - 20 zł, inne konta - 30 zł”.

      Czytaj też: o innych wpadkach Deutsche Banku: Promocja kredytu hipotecznego, czyli nie podchodź bez doktoratu. Chcesz mieć tańsze konto osobiste? Płać 150 zł albo... fora ze dwora!

      Pan Tomasz nadal miał wątpliwości: „Proszę o dodatkowe pisemne wyjaśnienie dlaczego bank za zaksięgowanie przelewu wykonanego w systemie SEPA na koncie walutowym prowadzonym w DB pobiera aż o 500% większą opłatę (w sumie 30 zł) niż za zlecenie wykonania przelewu w systemie SEPA z konta walutowego prowadzonego DB na konto dowolnego banku (usługa wyceniona na 5 zł). Co wpłyneło na tak wysoką opłatę?”.

      W banku pomyśleli chwilkę i walnęli z grubej rury: „W odpowiedzi na Pana zapytanie pragniemy poinformować, iż standardowo przelew w walucie obcej realizowany na rachunek w Deutsche Bank obarczony jest opłatą 30 zł. Deutsche Bank wprowadzając możliwość realizowania przelewu za pomocą systemu SEPA, zachęca klientów zarówno łatwością i szybkością wykonania usługi, jak również opłatą na poziomie 5 zł”. Czyli: jak ci się, drogi kliencie, nie podoba prowizja za przysłanie przelewu, to pamiętaj, że prowizje za inne czynności są niższe. A dalej jest jeszcze weselej. „Pragniemy podkreślić, że standardowo opłata za przelew zagraniczny, wykonywany drogą elektroniczną wynosi 0,2% minimum 30 zł, maksimum 250 zł”. Hmmmm... A mógł zabić. :;-)

      OGŁOSZENIE: Zajrzyj też do Facebooka, na stronę blogu „Subiektywnie o finansach”. Znajdziesz tam zapowiedzi kolejnych wpisów, luźne spostrzeżenia na temat banków, które nie zmieściły się w blogu oraz dyskusje na tematy dotyczące pieniędzy. Jeśli chcesz napisać lub przeczytać coś na temat swojego banku - kliknij okienko Facebooka obok i zostań fanem blogu!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Dziwne zwyczaje: za wysłanie przelewu - 5 zł. Za jego przyjęcie - 30 zł”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 30 października 2010 09:38
  • piątek, 29 października 2010
    • W Kredyt Banku nie wpłacaj na konto za często, bo zapłacisz jak za zboże!

      Pamiętacie jedną z najgłupszych prowizji, jaką udało mi się wychwycić - oczywiście dzięki Wam! - w bankowych tabelach opłat i prowizji? Bank Spółdzielczy z Słupcy każe sobie płacić za to, że przyjmuje forsę na konto swojego klienta. Jeśli więc chcę wpłacić 100 zł na swoje własne konto, bank pobierze ode mnie prowizję. Pobierze ją też wtedy, kiedy ktoś inny wpłaci gotówką na moje konto. Bank twierdzi, że nie ma w tym nic złego, ale całokształt jego taryfy opłat i prowizji - upstrzonej dziwnymi zapisami - każe mi myśleć do innego...

      Sądziłem, że to jakiś relikt przeszłości, prowizyjny skansen, który można znaleźć tylko „daleko od szosy”. Ale nie! Wyobraźcie sobie, że podobny kwiatek moi czytelnicy znaleźli w tabeli opłat i prowizji Kredyt Banku, jednego z największych banków detalicznych w Polsce!

      Właściciel rachunku w Kredyt Banku przy wykonywaniu trzeciej oraz każdej kolejnej wpłaty gotówki w placówce, jest obciążany opłatą 0,2% wartości wpłaty, minimum 7 zł. Taka opłata może doprowadzić do sytuacji, iż posiadacz rachunku zostaje obciążony ogromnymi kwotami za wpłaty dokonane na jego konto przez osoby trzecie. Jeśli ktoś chce nam zrobić na złość, powinien wielokrotnie wpłacić po 1 gr. na nasze konto, a zapłacimy za to jak za zboże” - napisał mi pan Jacek, jeden z czytelników blogu.

      Nie uwierzyłem i nerwowo zacząłem wertować tabelę opłat Kredyt Banku. I rzeczywiście, znalazłem tam pozycję: „Wpłata gotówkowa w placówce - od kwoty wpłaty, w momencie jej przyjęcia". Nie ma wątpliwości: niezależnie od tego, kto wpłaca pieniądze, opłatę za tę transakcję zawsze ponosi posiadacz konta!

      Poprosiłem o wyjaśnienia biuro prasowe Kredyt Banku. Otrzymałem następujące oświadczenie: „Zgodnie z obecnie obowiązującą Taryfą prowizji i opłat, bezpłatne wpłaty gotówkowe na Ekstrakonto są limitowane do dwóch w miesiącu. Każda kolejna wiąże się z prowizją w wysokości 0,2 proc., min. 7 zł, pobieranej z rachunku. Wprowadzenie tej opłaty zostało poprzedzone analizami transakcji dokonywanych przez Klientów, które pokazały, że dla "przeciętnego Kowalskiego" ten limit jest w zupełności wystarczający. Z możliwości bezpłatnych wpłat na rachunki osobiste często korzystały firmy, które w ten sposób wpłacały utargi, transferowane następnie na konta firmowe. Po wprowadzeniu opłat nie stwierdziliśmy zwiększonej liczby reklamacji ze strony Klientów”.

      A więc mamy jasność: Kredyt Bank zorientował się, że przedsiębiorcy często wpłacają gotówkę w oddziale i jest to jedyna rzecz, do której potrzebują konta osobistego. By zamknąć furtkę, bank zaczął po prostu pobierać opłaty od trzeciej i kolejnej wpłaty w placówce. Zgadzam się, że rzadko się zdarza, iż ktoś wpłaca na swoje konto gotówkę więcej niż raz-dwa razy w roku (mnie taka przyjemność zdarzała się kiedyś najwyżej raz w miesiącu, teraz - raz na pół roku). Ale to, że prowizja jest co najmniej dziwna, chyba nie budzi Waszej wątpliwości.

      Biuro prasowe Kredyt Banku tłumaczy dalej: „W opisanym przykładzie, faktycznie może dojść do sytuacji, że Klient może paść "ofiarą ataku" nieżyczliwej osoby, która zacznie dokonywać licznych wpłat na rachunek, co będzie wiązało się z pobraniem prowizji. Natomiast od momentu wprowadzenia tej opłaty (sierpień 2009 r.) nie wpłynęło do nas żadne zgłoszenie z tym związane. Bank obecnie analizuje możliwość wdrożenia funkcjonalności, która będzie umożliwiała pobranie prowizji bezpośrednio od wpłacającego”.

      No właśnie, skoro sprytni przedsiębiorcy wykorzystywali konta osobiste jako narzędzie do transferowania pieniędzy na konta firmowe, to wystarczy po prostu pobierać prowizję od wpłacającego na konto, zamiast od jego posiadacza. I problem sam się rozwiąże. „W najbliższym czasie zostaną wdrożone przez Bank nowe pakiety konto osobistych, które m.in. różnicują licznik wpłat gotówkowych. Oczywiście w pakietach bardziej rozwiniętych, wpłaty będą nielimitowane, choć biorąc pod uwagę korzystanie z kont przez Klientów, licznik na poziomie 2-3 jest w zupełności wystarczający” - uspokaja biuro prasowe Kredyt Banku. Ja czuję się tylko troszeczkę uspokojony. A Wy, drodzy czytelnicy blogu?

      OGŁOSZENIE: Zajrzyj też do Facebooka, na stronę blogu „Subiektywnie o finansach”. Znajdziesz tam zapowiedzi kolejnych wpisów, luźne spostrzeżenia na temat banków, które nie zmieściły się w blogu oraz dyskusje na tematy dotyczące pieniędzy. Jeśli chcesz napisać lub przeczytać coś na temat swojego banku - kliknij okienko Facebooka obok i zostań fanem blogu!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „W Kredyt Banku nie wpłacaj na konto za często, bo zapłacisz jak za zboże!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 29 października 2010 07:44
  • środa, 27 października 2010
    • Debet za darmo przez tydzień, czyli jak zarabiać na posiadaniu RORu w banku?

      Bardzo ucieszyłem się, kiedy kilka dni temu przeczytałem informację prasową banku Citi Handlowy. Ta instytucja finansowa jakiś czas temu, jako pierwsza, weszła na rynek z promocyjnym tanim debetem. Teraz ta promocja została rozszerzona. Zero procent odsetek przez pierwszych siedem dni korzystania z debetu wzbogacono o promocyjne oprocentowanie linii debetowej przez pół roku (8,95%).

      Do tej pory tylko kilka banków zdecydowało się walczyć o klientów tanim debetem. A szkoda, bo to jeden z najmniej wyeksploatowanych pomysłów instytucji finansowych na wyróżnienie się spośród konkurencyjnych ofert. Konto za darmo i gratisowe przelewy przez internet to już standard, usługi typu assistance dołączone do konta są mało popularne i nie stanowią dla klientów wystarczającego wabika, zaś integrowanie kont osobistych z usługami maklerskimi lub platformami umożliwiającymi lokowanie pieniędzy w fundusze inwestycyjne to rzecz interesująca stosunkowo niewielkie grono osób.

      Są też pierwsze próby integrowania kart płatniczych z biletami na stadion, wejściówkami do szkoły lub biletami komunikacji miejskiej. To też ciekawy pomysł.  Oczywiście mamy też konta oszczędnościowe, które przeważnie są dodatkowym atutem dla posiadaczy ROR-ów. W niektórych bankach można automatycznie przelewać na takie konto nadwyżki finansowe i taki mechanizm bilansujący daje całkiem przyzwoity zarobek na koncie.

      W modzie jest za to money-back, przywiązywany coraz częściej do konta bankowego (klient dostaje zwrot np. 1% wartości transakcji dokonanych kartą). Gdyby jeszcze banki częściej dołączały do oferty tanie lub darmowe przez kilka pierwszych dni debety, to w połączeniu z dostępem do assistance i money-backiem byłaby to oferta niemal idealna. Pytanie na czym banki by wówczas zarabiały: być może tego typu połączenie mogłoby dotyczyć tylko najbardziej aktywnych, najbardziej „transakcyjnych” klientów?

      Taki „transakcyjny” klient już dziś może nieźle zarobić na posiadaniu konta. Serwis Kontomierz.pl wyliczył mi, że np. przeciętny Kowalski, który ma na koncie średnie saldo 2000 zł, na jego rachunek wpływa 3500 zł, na zakupy kartą wydaje 1000 zł i ma osiem przelewów w miesiącu, aż w sześciu bankach może zarabiać na posiadaniu ROR-u! W najlepszym - nawet 175 zł rocznie! To oznacza, że aktywny klient może już wymagać od banku nie tylko, żeby jego konto było darmowe, ale może też oczekiwać, że bank będzie go wynagradzał za aktywność!

      Kontomierz 092010

      A tak dla porównania, przedstawię jeszcze wyliczenia Kontomierza.pl dla klienta z dużo wyższymi wpływami, rzędu 6000 zł, z osadem rzędu 8000 zł, który aż 20 razy w miesiącu płaci kartą (w sumie 2000 zł) i wykonuje 14 przelewów zewnętrznych. Taki klient, choć korzysta z bankomatów obcych banków i wypłaca pieniądze za granicą, też może zarabiać na posiadaniu konta w  sześciu bankach - w najlepszym banku może zarobić 244 zł rocznie (Toyota Bank), w kilku innych - między 100 a 200 zł. Taka kwota piechotą nie chodzi, prawda?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Debet za darmo przez tydzień, czyli jak zarabiać na posiadaniu RORu w banku?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 27 października 2010 21:29
    • Oferta akcji GPW: czy to będzie prywatyzacyjny niewypał tego roku?

      Mamy ostatni dzień zapisów na akcje Giełdy Papierów Wartościowych. Pytacie mnie w e-mailach czy warto wkładać swoje ciężko/lekko* (*niepotrzebne skreślić) zarobione pieniądze w tę inwestycję. I, szczerze pisząc, mam mieszane uczucia. Z jednej strony niewiele jest ofert prywatyzacyjnych lub quasi-prywatyzacyjnych (jak ta „giełdowa”) na których można było w przeszłości stracić pieniądze. A skoro zysk jest niemal pewny, to grzechem byłoby nie skorzystać. Z drugiej jednak strony mam dość poważne przeczucie, że akurat w przypadku oferty akcji GPW ów zysk może być wyjątkowo mizerny.

      Częściowo z powodu relatywnie wysokiej maksymalnej ceny emisyjnej, którą minister skarbu ustalił na 43 zł (w book-buildingu dla instytucji finansowych widełki kończą się podobno nawet na 46 zł). Gdyby ostateczna cena za akcję wyniosła 43 zł dla osób fizycznych i 46 zł dla instytucji (a trudno sądzić, że będzie inaczej, przynajmniej jeśli chodzi o transzę indywidualną), to okazuje się, że cały warszawski parkiet jest wyceniany na 1,8-1,9 mld zł. To dużo, analitycy w swoich raportach wyceniają papiery na 1,5-1,9 mld zł.

      Przy takiej wycenie za każdą złotówkę zysku giełdy trzeba płacić aż 19 zł. W przypadku innych giełd światowych średni wskaźnik C/Z wynosi 16 (czyli za złotówkę zysku płaci się 16 zł), zaś w książkach piszą, że kiedy za złotówkę zysku spółki trzeba płacić ponad 10 zł, to warto się zastanawiać czy będzie ona w stanie rosnąć wystarczająco szybko, by wzrost zysku generowanego przez przedsiębiorstwo „dogonił” wartość akcji.

      Oczywiście GPW nie jest spółką taką jak „zwykłe” firmy. Ma na razie de facto naturalny monopol na prowadzenie handlu akcjami spółek publicznych w Polsce, konkurencja na rynku europejskim jest może i silna, lecz stosunkowo nieliczna, więc mamy do czynienia z dobrem wybitnie rzadkim. Za dobro rzadkie czasem warto zapłacić więcej, niż za „zwykłe”.

      Poza tym prowadzenie parkietu to - przynajmniej teoretycznie - biznes, na którym zawsze się zarabia i który nigdy się nie kończy. Piszę „teoretycznie”, bo przecież świat się zmienia i GPW niekoniecznie zawsze będzie faktycznym monopolistą.

      Według analityków najdalej za dwa lata do Polski wejdą platformy elektroniczne (tzw. MTF-y), które mogą „podkupić” część handlu akcjami, oferując niższe prowizje i opłaty. Zwłaszcza jeśli handel na GPW stanie się droższy po tym, jak giełda będzie musiała zainstalować nowy system transakcyjny (ponoć rodem z NYSE). Nie wiadomo też czy GPW uda się przejąć choćby część handlu energią, który ma być sposobem na dywersyfikację przychodów parkietu. To całkiem nieznany GPW biznes, w którym ma poważnego konkurenta, Towarową Giełdę Energii, stowarzyszoną już z podobnymi platformami zagranicznymi.

      W sumie więc na drodze do rozwoju GPW jest sporo raf, choć dziś jeszcze są one mało widoczne - patrząc z perspektywy 2010 r. trudno o szybciej rosnącą giełdę papierów wartościowych, niż ta warszawska. Od kilku lat GPW jest liderem na Starym Kontynencie pod względem liczby debiutów spółek, zaś jej odnogi - parkiet papierów dłużnych Catalyst oraz rynek dla małych firm NewConnect -  rozwijają się dynamicznie.

      Większość z inwestorów, którzy rozważają złożenie zapisu na akcje GPW, tymi niuansami się jednak nie przejmuje. Dla nich liczą się perspektywy zysku w terminie kilku dni lub tygodni od wejście GPW na parkiet. Na debiucie PZU można było zarobić na pierwszej sesji 12-15%, akcje PGE debiutowały z zyskiem 13%, zaś papiery Tauronu na debiucie nie dały zysku, ale kto był cierpliwy i poczekał kilkanaście tygodni, i tak swoje kilkanaście procent zarobił.

      Kłopot w tym, że nawet jeśli debiut akcji GPW przyniesie ponad 10% zysku, to inwestorzy zarobią bardzo mało. Wszystko przez to, że oferta jest relatywnie mała i dostęp do papierów ograniczony. Można kupić maksymalnie 100 akcji i złożyć tylko jeden zapis. To oznacza, że maksymalnie można zainwestować w GPW nędzne 4300 zł plus koszty prowizji maklerskiej (w przypadku PZU było to 10.000 zł). Zysk rzędu 400-500 zł (przy założeniu debiutu z przebitką 10-12%) i tak jest jednak marzeniem ściętej głowy.

      Dość prawdopodobna jest duża redukcja zamówień. Ostatnie szacunki analityków mówią, że zapisy może złożyć nawet 300.000 osób. W ostatnich, dużych ofertach prywatyzacyjnych PZU i Tauronu na akcje zapisało się odpowiednio 250.000 i 230.000 drobnych inwestorów, a szał wokół akcji GPW jest jeszcze większy. Jedno z biur maklerskich, należące do Alior Banku, zaproponowało inwestorom, że kupi im na rynku wtórnym i sprezentuje darmowe akcje GPW, jeśli przyprowadzą nowych klientów do kont osobistych Alior Banku. Sprytne - za każdego nowego klienta Alior „płaci” po trzy akcje GPW (czyli pewnie ze 150 zł).

      Minister skarbu zamierza sprzedać maksymalnie tylko nieco ponad 8 mln akcji, czyli licząc po 100 na głowę, wystarczyłoby dla ok. 80.000 chętnych. Jeśli zgłosi się ponad 300.000 osób, to redukcja przekroczy 70-75%. Czyli każdy dostanie akcje za 1000 zł. I nawet przy dobrym debiucie zarobi na kupionych papierach góra 100-150 zł. No, może 200 zł, gdyby GPW trafiła na moment dobrej koniunktury na światowych rynkach i miałaby prawdziwe wejście smoka.

      Dlatego właśnie nawet gdybym mógł wziąć udział w ofercie akcji GPW (a nie mogę, bo zabrania mi tego obowiązujący dziennikarzy „Gazety Wyborczej” kodeks etyczny), to zapewne bym tego nie zrobił. Nie lubię biec tam, gdzie biegną wszyscy. A z tego co pisze mój redakcyjny kolega Tomek Prusek wynika, że w biurach maklerskich panuje istny szał, a od jednej drugiej do jednej czwartej wszystkich zapisujących się to nowi klenci, dopiero otwierający rachunki maklerskie. To oznacza, że - razem z „nowymi” inwestorami - zapisy na akcje GPW może złożyć nawet grubo ponad 300.000 osób. I żeby zarobić nawet te 200-300 zł trzeba będzie liczyć na naprawdę nieziemski debiut GPW na parkiecie.

      OGŁOSZENIE:

      Zajrzyj też do Facebooka, na stronę blogu „Subiektywnie o finansach”. Znajdziesz tam zapowiedzi kolejnych wpisów, luźne spostrzeżenia na temat banków, które nie zmieściły się w blogu oraz dyskusje na tematy dotyczące pieniędzy. Jeśli chcesz napisać lub przeczytać coś na temat swojego banku - kliknij okienko Facebooka obok i zostań fanem blogu!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Oferta akcji GPW: czy to będzie prywatyzacyjny niewypał tego roku?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 27 października 2010 07:47
  • wtorek, 26 października 2010
    • To już pewne: będzie pozew zbiorowy klientów przeciwko BRE Bankowi. Sukces?

      A jednak będzie pozew zbiorowy przeciwko BRE Bankowi! Grupa osób, która chce go złozyć, rodziła się w bólach - dochodziły do mnie odgłosy, iż bez odpowiedniego rozgłosu w mediach będzie trudno zebrać odpowiednią liczbę klientów gotowych, by iść z BRE na udry w sądzie. Ale mimo wszystko się udało. Dziś na stronie internetowej Grupanabank.pl, skupającej zbuntowanych klientów, pojawił się komunikat, że podpisy pod projektem pozwu zbiorowego przeciwko BRE złożyło już 90 osób. To niezbędne minimum liczebności grupy, ustalone we wrześniu, kiedy powstał pomysł złożenia pozwu.

      Pozew zbiorowy przeciwko BRE może odświeżyć słynny spór mBanku i Multibanku z kilkunastotysięczną grupą klientów, którzy mają wpisany do umów kredytowych kontrowersyjny punkt uzależniający oprocentowanie kredytów od decyzji zarządu BRE. Klienci twierdzą, że jest to zapis nieprecyzyjny, a więc niezgodny z prawem, ale Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów go na razie skutecznie nie zakwestionował. Klienci uważają, że BRE, korzystając z tego zapisu, sztucznie zawyżał raty ich kredytów w porównaniu ze stawkami rynkowymi.

      Choć akcję składania pozwu współorganizowali profesjonaliści - obsługę pozwu zadeklarowała kancelaria prawna Wierzbowski Eversheds, a pełnomocnikiem grupy został Miejski Rzecznik Konsumenta - akcja szła jak po grudzie. Kancelaria postawiła warunek, że musi się zgłosić przynajmniej 90 osób, z których każda musi zapłacić prawnikom 1500 zł wpisowego plus 3 proc. kosztów oraz 22 proc. podatku VAT. Jeszcze kilkanaście dni temu liczba chętnych nie przekraczała 60. A czasu pozostało mało: lista miała być zamknięta do połowy listopada

      Nie tak dawno pisałem, że od tego, czy akcja składania pozwu zakończy się sukcesem, zależy ewentualne ostateczne rozbrojenie przez BRE bomby „Nabitych”. I chyba rzeczywiście, nie została rozbrojona. Grupa zadba, by proces z BRE był głośny i szeroko opisywany przez media i już sam ten fakt będzie porażką BRE Banku. Ale czy zgłoszenie się do dobrze zorganizowanej akcji przygotowywania pozwu zbiorowego raptem kilkudziesięciu osób to rzeczywiście sukces klientów?  Mam pewne wątpliwości.

      Mimo wysokich kosztów narzuconych przez kancelarię, dużego prawdopodobieństwa, że na rozstrzygnięcie w sądzie trzeba będzie poczekać kilka lat oraz mimo perspektywy dalszych wydatków na prawników (proces zapewne nie skończy się na jednej instancji), zbuntowanym klientom udało się zebrać wystarczającą liczbę chętnych, by kontynuować „działania zaczepne” przeciwko BRE. I to niewątpliwie jest godne zauważenia. Ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że w sumie do pozwu przystępuje niewielki promil wszystkich klientów tzw. starego portfela. Część z nich już się z bankiem dogadała, część uznała, że na kredycie we franku zarobiła tyle, iż nie ma się o co szczypać o to, że oprocentowanie mogłoby być jeszcze niższe. Część zapewne boi się sporów sądowych z bankiem. A Wy jak sądzicie? Sukces czy porażka?

      Jeśli macie problem z oceną sytuacji, posłuchajcie jeszcze co ma do powiedzenia BRE Bank. Tam uważają, że klienci sami zapędzili się do narożnika: „Od samego początku byliśmy otwarci na dialog z naszymi klientami. Pod koniec ubiegłego roku powstała wypracowana wspólnie ciekawa oferta dla blisko 20.000 klientów tzw. starego portfela. Ponadto, dzięki poprawie sytuacji na rynku międzybankowym, bank obniżył oprocentowanie kredytów i przygotował kolejną, jeszcze lepszą ofertę zmiany sposobu ich oprocentowania. Nie wszyscy klienci zaakceptowali to porozumienie. Blisko sto osób postanowiło wyjaśnić tę sprawę inaczej” - napisał mi w komentarzu p.o. rzecznika banku Piotr Rutkowski.

      Rozumiemy to, choć cały czas uważamy, że sala sądowa to nie miejsce do szukania kompromisu pomiędzy bankiem a klientami. Trudno nam komentować zapowiedź złożenia pozwu. Będziemy mogli odnieść się do sprawy, kiedy zapoznamy się z jego treścią. Ewentualna rozprawa przed sądem nie ma wpływu na możliwość podpisania aneksu do umowy i zmianę zasad oprocentowania kredytu. To dwie niezależne sprawy. Cały czas zależy nam na porozumieniu z klientami, w oparciu o rozsądny kompromis” - pisze przedstawiciel BRE. Cóż, ten statement nosi pewne znamiona PR-owskiego mambo-dżambo, ale może nie powinienem odbierać bankowi szczerych intencji dogadania się z klientami? Chętnie wysłucham/przeczytam Wasze opinie!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „To już pewne: będzie pozew zbiorowy klientów przeciwko BRE Bankowi. Sukces?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 października 2010 16:44
    • Zakładasz się z bankiem o zmiany kursów walutowych? Raczej nie wygrasz

      Już kilka razy na stronach tego blogu wyrażałem pewne obiekcje pod adresem produktów strukturyzowanych. Nie powiem, sam przed kilku laty uległem ich magii, w prywatnym portfelu inwestycyjnym mam cztery takie „cuda” i na razie nie zanosi się, bym na którymś miał zarobić jakieś pieniądze. Ale z drugiej strony - gdybym w kryzysie zainwestował te pieniądze w fundusze inwestycyjne, byłbym te 20-30% do tyłu (chyba, że byłyby to fundusze inwestujące w Rosji, czy Brazylii), więc może nie powinienem narzekać.

      Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że moda na produkty strukturyzowane rozpleniła się w bankach jak nigdy. „Struktury” stanowią ostatnio sporą konkurencję dla standardowych lokat, których oprocentowanie rzadko przekracza 4-5% i wciąż się obniża. Przy rosnącej inflacji (ostatnio 2,5% w skali roku) oznacza to, że realny zarobek na lokatach bankowych wynosi tylko niespełna 1,4% (pkt. proc.), gdy jeszcze w sierpniu na przeciętnej lokacie można było zarobić prawie 2% (pkt. proc.) powyżej inflacji.

      Banki nie chcą oferować wysokich odsetek na lokatach, bo część z nich ma i tak za dużo pieniędzy, a inne nie są w stanie „przepakować” tych lokat w wysoko oprocentowane kredyty. Marże kredytów hipotecznych stale spadają, na kredyty korporacyjne popyt wciąż jest niski, a szybkie kredyty gotówkowe mają wysoką tzw. szkodowość, więc banki udzielają ich ostrożnie, nawet pomimo kosmicznych marż. Ostatnio już więcej niż co dziesiąta szybka pożyczka nie jest spłacana w terminie.

      Niektóre banki starają się zwiększyć atrakcyjność depozytów, tworząc na ich podstawie specjalne hybrydy - np. Toyota Bank zaproponował ostatnio lokatę progresywną, pozwalającą omijać podatek Belki i nie wiążącą się z utratą odsetek przy wycofaniu pieniędzy przed terminem. Inne instytucje płacą za lokaty nawet do 9-10%, ale w zamian żądają, by klient zainwestował połowę pieniędzy w fundusze inwestycyjne. Zysk z opłaty manipulacyjnej od zakupu funduszy potrafi sięgnąć 5,5%, co pokrywa „dopłatę” do lokaty.

      Ale najpewniejszym ostatnio sposobem na zgarnięcie taniego pieniądza z naszych kieszeni jest oferowanie produktów strukturyzowanych.Czasem nawet wiązanie ich ze standardowymi depozytami, co wywołuje u mnie drżenie rąk i silną agresję.

      Kłopot w tym, że „struktury” wciąż zawodzą. Z danych Open Finance i serwisu Structus.pl wynika, że spośród 92 produktów strukturyzowanych, które zakończyły żywot w trzecim kwartale 2010 r. jakikolwiek zysk przyniosła tylko co trzecia (34,8%). Ale zysk wynoszący 5% w skali roku lub więcej (czyli dorównujący lub bijący na głowę zwykłe lokaty) dało zaledwie 14 „struktur” (czyli 15% wszystkich). A 10% lub więcej zarobiło tylko pięć produktów na 92.

      Czytaj też: Lokaty strukturyzowane wstają z kolan? Rośnie im konkurencja.

      Fatalne wyniki przynoszą zwłaszcza te produkty strukturyzowane, w których zysk klienta jest uzależniony od zmiany kursów walut  Taką konstrukcję miało aż 49 z 92 zakończonych „struktur”. Zysk przyniosło zaledwie sześć tego typu struktur. To oznacza, że w dziewięciu na dziesięć przypadków walutowe „struktury” okazały się picem na wodę i fotomontażem, wciskanym klientom jako szansa na zyski przewyższające lokatę.

      A przecież to właśnie walutowe „struktury”, sprzedawane na krótszy termin, proste do zrozumienia i oparte na czytelnym mechanizmie, miały przywrócić zaufanie Polaków do produktów strukturyzowanych, mających dziś wizerunek, delikatnie pisząc, nadszarpnięty. Jeśli nawet takie „struktury” okazywały się ostatnio niewypałem, to na czym mamy opierać wiarę, że „struktury” nie staną się na dobre synonimem maszynki do generowania zer na koncie?

      Czytaj też: Wstydliwy sekret lokaty olimpijskiej

      Na rynku produktów strukturyzowanych było ostatnio tylko kilka rodzynków. Oferowana przez Citi Handlowy „struktura” o dźwięcznej nazwie „Reverse Convertible SPX/STOXX50/WIG20PLN” dała w ciągu dwóch lat 22% zysku. „High Water Mark” z tego samego banku pozwoliła zarobić 31,5% w pięć lat, sprzedawany przez Deutsche Bank „Chiński Express” dał 16,5% w skali roku, zaś „Złoty procent”, który można było kupić w firmie ubezpieczeniowej Warta dał zarobić równe 10%. Już po zakończeniu kwartały rozliczono lokatę Cappuccino II MultiBanku, która przyniosła 30% zysku w dwa lata i nieco poprawiła bilans całego rynku „struktur”, który wygląda nietęgo. A szkoda, bo „struktury” to czasem jedyna możliwość, by włożyć sobie do portfela coś nietypowego.

      Tym, którzy wymyślają bez końca „strktury”, na których nie da się zarobić, miłosiernie wybaczam i śpiewam, że niebo powinno być otwarte dla wszystkich, chociaż w sposób ustrukturyzowany :-)

      OGŁOSZENIE:

      Zajrzyj też do Facebooka, na stronę blogu „Subiektywnie o finansach”. Znajdziesz tam zapowiedzi kolejnych wpisów, luźne spostrzeżenia na temat banków, które nie zmieściły się w blogu oraz dyskusje na tematy dotyczące pieniędzy. Jeśli chcesz napisać lub przeczytać coś na temat swojego banku - kliknij okienko Facebooka obok i zostań fanem blogu!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Zakładasz się z bankiem o zmiany kursów walutowych? Raczej nie wygrasz”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 października 2010 07:35
  • poniedziałek, 25 października 2010
    • Klient do banku: dostaję wyciągi z konta kogoś innego! Wyłączcie to!

      Dostałem od pewnego czytelnika dramatyczne pytanie, które dosłownie wbiło mnie w ziemię. „Witam Panie Macieju! Co mam zrobić, jeśli bank przesyła mi wyciągi z konta dotyczące innej osoby i mimo moich interwencji nie chce tego wyłączyć?” - pisze pan Zdzisiek. Problem jest - jak sądzę - rzadki, a na pewno dziwny i trochę niebezpieczny, bo dotykający kwestii przestrzegania tajemnicy bankowej. Pan Zdzisiek nie poprzestaje zresztą na suchym apelu, lecz cytuje również swoje próby załatwienia sprawy - bezskuteczne, przynajmniej do chwili wysłania do mnie e-maila.

      Otóż na początku września pan Zdzisiek wysłał do mBanku następującą wiadomość: „Witam serdecznie. Właśnie zauważyłem, że otrzymuję od Państwa wyciągi bankowe innej osoby. Proszę o wyłączenie wysyłania wyciągów na ten adres. Zdzisiek”. Odpowiedź banku była obiecująca: „W nawiązaniu do Pana wiadomości chciałabym Pana najmocniej przeprosić za zaistniałą sytuację, mBank podejmie działania celem wyeliminowania tego błędu. Dla zarejestrowania odpowiedniej dyspozycji proszę o przesłanie także wyciągu jaki Pan otrzymał od mBanku” - napisała pani Małgorzata, pracownica mLinii.

      Niestety, okazało się, że w mBanku nie do końca zrozumieli o co chodzi. Wkrótce bowiem pan Zdzisiek dostał kolejny list z banku: „Uprzejmie informuję, iż w przesłanym przez Pana wyciągu widnieje Pana nazwisko. Czy numer rachunku w wyciągu nie zgadza się z numerem Pana rachunku firmowego? Aby można było zanotować tę dyspozycję proszę dokładnie opisać sytuację. Przepraszam jeśli jest to utrudnienie dla Pana, ale konieczne jest podanie wszystkich niezbędnych danych by można było poprawnie zanotować tę dyspozycję” - napisał pan Karol, inny pracownik mLinii.

      Pan Zdzisiek trochę stracił cierpliwość: „Szanowny Panie Karolu. Zapewniam Pana że wiem jak się nazywam i ani ja ani nikt z mojej rodziny nie posiada i nigdy nie posiadał nazwiska B.(...). Zgodnie z Pana prośbą opisuję sytuację: Dnia 12 września 2010 o godzinie 20:25 program pocztowy (Poczta Usługi Windows Live) pracujący na moim notebooku Sony Vaio pod kontrolą systemu Microsoft Windows 7 odebrał wiadomość z mojego konta na serwerze Onet,  wysłaną dnia 4 września 2010 o godzinie 16:05 przez automat z adresu kontakt@mbank.pl o temacie "mBank - elektroniczne zestawienie operacji za sierpień 2010".

      Po otwarciu i odczytaniu ww. wiadomości co nastąpiło dnia 14 września 2010 o godzinie 23:30 zauważyłem że otrzymałem na moje konto wiadomość która nie jest dla mnie przeznaczona. Postanowiłem więc zawiadomić Państwa o nieprawidłowości za pośrednictwem Państwa infolini. Po 39 minutach oczekiwania aż któryś z Państwa konsultantów podejmie ze mną rozmowę zrezygnowałem z tej formy komunikacji i postanowiłem napisać do Państwa wiadomość którą wysłałem o godzinie 00:19 następnego dnia. W wiadomości zawarłem informację o powstałym problemie” - napisał pan Zdzisiek.

      Odpowiedź mBanku znów była obiecująca: „Uprzejmie informuję, iż informacje, które Pan przesłał, zostały przekazane do upoważnionych pracowników mBanku. W przypadku dalszych pytań proszę o kontakt” - odpisał pan Marcin, kolejny pracownik mLinii. Niestety, kilkanaście dni później pan Zdzisiek znów otrzymał wyciąg z rachunku, którego nie jest właścicielem. A na wyciągu, jak to na wyciągu, wszystkie transakcje, salda, wysokość wpływów na konto Bogu ducha winnego, innego posiadacza konta w mBanku.

      Pan Zdzisiek nie załamał się psychicznie i ponownie napisał do banku list, tym razem tytułując go dramatycznym „Ręce opadają”. W liście napisał tak: „Skoro już wysyłacie mi wyciągi innych osób, to ja jeszcze poproszę wyciąg panów Donalda Tuska, Janusza Palikota oraz Jarka Kaczyńskiego, jeśli już założył konto”. I tu pan Zdzisiek się zagalopował, bowiem wcale nie jest pewne, że wyżej wymienieni panowie mają rachunki akurat w mBanku. Pan Zdzisiek rytualnie pogroził, że o sprawie zawiadomi media (co ciekawe, wcale nie wspomniał o red. Samciku, a tylko o telewizji TVN, co jest dla mnie faktem bolesnym) oraz nadzór finansowy i Generalny Inspektora Ochrony Danych Osobowych. Pan Zdzisiek wyraził też radość, iż nie jest klientem mBanku, bo wówczas jego wyciągi z kont też mogłyby by być przesyłane osobom trzecim.

      W mBanku niestety nie chcieli panu Zdziśkowi odpowiedzieć na pytanie o wyciągi z kont  „W nawiązaniu do Pana wiadomości uprzejmie informuję, iż treść Pana wiadomości ponownie została przekazana do upoważnionych pracowników mBanku. W przypadku dalszych pytań proszę o kontakt” - odpisał pan Marcin, pracownik mLinii. Taka odpowiedź niestety nie uspokoiła pana Zdziśka, który postanowił uderzyć do ostatniej instancji (ba, pominął nawet TVN!), czyli do „Subiektywnie o Finansach”, wysyłając dramatyczny apel: „Co mam zrobić, jeśli bank przesyła mi wyciągi z konta dotyczące innej osoby i mimo moich interwencji nie chce tego wyłączyć?

      Otóż, panie Zdziśku, muszę Pana rozczarować. Ja też nie wiem jak to wyłączyć. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to zniszczenie skrzynki pocztowej na serwerach Onetu. Wówczas adres zostanie zdeaktywowany, a wyciągi wysyłane przez mBank prawdopodobnie zaczną wracać do banku, jako nie odebrane. Taką właśnie, nieco humorystyczną, odpowiedź wysłałem do pana Zdziśka. Na szczęście przyjął to z godnością i nie wyzwał mnie od nieudaczników. Wręcz przeciwnie:

      Witam Panie Macieju. Wiem że Pan nie wie jak to wyłączyć ;-). Wina leży zapewne po stronie właściciela tego konta, który podał błędny adres e-mail do korespondencji, ale bank też się zachowuje niepoważnie. Przy zakładaniu konta Pan B. (...) podał swój adres na Onecie (ten z którego piszę). Nie używał konta przez jakiś czas, więc Onet mu to konto skasował. Po pewnym czasie ja założyłem konto o tej samej nazwie, a automat nadal wysyła na ten adres wyciagi ;-). Pan B. (...) pewnie nawet nie wie o całym zdarzeniu. Pozdrawiam serdecznie, Zdzisiek”.

      Na kanwie tej sytuacji narzucają mi się aż dwa wnioski. Po pierwsze, skasowanie konta, które doradzałem panu Zdziśkowi, nic by nie dało, bo właśnie taka operacja, dokonana przez poprzedniego właściciela konta, legła u podstaw całego zamieszania. Po drugie, jeśli docierały do Was e-mailowe wyciągi z operacji na koncie, a potem nagle przestały docierać, to zainteresujcie się tym kto je teraz dostaje ;-)

      OGŁOSZENIE: Zajrzyj też do Facebooka, na stronę blogu „Subiektywnie o finansach”. Znajdziesz tam zapowiedzi kolejnych wpisów, luźne spostrzeżenia na temat banków, które nie zmieściły się w blogu oraz dyskusje na tematy dotyczące pieniędzy. Jeśli chcesz napisać lub przeczytać coś na temat swojego banku - kliknij okienko Facebooka obok i zostań fanem blogu!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Klient do banku: dostaję wyciągi z konta kogoś innego! Wyłączcie to!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 października 2010 07:52
  • sobota, 23 października 2010
    • Kredyt gotówkowy online w mBanku: świetna rzecz, dopóki coś się nie popsuje

      Choć z natury jestem konserwatywnie nastawiony do różnych nowinek ze świata finansowego, mam świadomość, że karty zbliżeniowe, bankomaty autoryzowane za pomocą identyfikacji biometrycznej, autoryzacja przelewów kodami SMS, płatności telefonami komórkowymi, czy zdalne podpisywanie umów za pomocą podpisu elektronicznego to udogodnienia, bez których niedługo nie będziemy się mogli obyć. Zresztą sam, na stronach tego blogu, chwaliłem banki, które np. umożliwiają zdalne sprawdzanie statusu klienta w bazie BIK, czy pomagają w kontakcie z elektronicznymi księgami wieczystymi.

      Jednym z pionierów na polu nowoczesnych usług bankowych jest mBank, w którym większość spraw można już od dawna załatwić online lub przez telefon. Co prawda infolinie często się zapychają, zaś część bardziej skomplikowanych problemów wydaje się być nie do przeskoczenia przez dział prawny mBanku (czyli ludzi, którzy przeciwstawiają postępowi w bankowości twarde przepisy prawa, interpretowane przeważnie na korzyść banku, nie klienta), ale nie zmienia to faktu, że to mBank był bodaj pierwszym bankiem, z którym można czatować i otwarcie rozmawiać na forum. A to ostatnie jest swego rodzaju  hydeparkiem.

      W pędzie do nowoczesności zdarzają się jednak wpadki. Napisał do mnie pan Michał. „20 października.2010 r. złożyłem online wniosek o kredyt w mBanku. Już następnego ranka, dostałem SMS i wiadomość e-mail, że właściwa umowa została dla mnie przygotowana i czeka na moją akceptację w internetowym serwisie mBanku. Rzeczywiście, komunikat o umowie został wygenerowany, jednak jego najważniejsza część, tj. link do samej umowy, gdzieś się zapodział i próżno go było szukać w wiadomości od banku. Innymi słowy, nie było czego akceptować!

      StrongusekJuż po pierwszym kontakcie z mLinią przez czat okazało się, że to błąd mojej przeglądarki, nie banku. Po kilku próbach w rożnych przeglądarkach, zrezygnowałem. Po połączeniu się z mLinią dowiedziałem się, że nie wiadomo czemu system nie wygenerował w wiadomości odsyłacza (linku) do umowy w formacie, który obsługuje moja przeglądarka i że mogę jedynie poczekać trzy dni, aż wiadomość samoczynnie ''wygaśnie'' z powodu braku mojej akceptacji. Kiedy tak się już stanie, to oni do mnie zadzwonią i będę mógł telefonicznie zaakceptować swoją umowę kredytową (sic!)!

      Nie wiem jak inni klienci, ale ja telefonicznie niczego akceptować nie zamierzam, tym bardziej umowy kredytowej, w której warunki muszę mieć wcześniej wgląd! Zgłosiłem tę uwagę pani konsultantce, która - nie widząc problemu - oznajmiła, że pracownik mBanku może mi przecież przeczytać warunki umowy. Co to, to nie! - powiedziałem. Aby cokolwiek podpisać lub zaakceptować, muszę to mieć na piśmie, przed sobą!

      Na takie oświadczenie, pani poradziła mi już tylko, oczekiwać na kolejna wiadomość systemową banku, być może z poprawnie już wygenerowanym linkiem. Tyle że zostanie ona wysłana dopiero, kiedy obecna wygaśnie (czyli za trzy dni)... Nie ma też możliwości wypełnienia kolejnego wniosku o kredyt, gdy poprzedni jest w ''realizacji'', bo nowy zostanie od razu odrzucony! Takie procedury... A miała to być szybka pożyczka bez zaświadczeń i zbędnych formalności, sporządzona specjalnie dla mnie, czyli stałego klienta z bezproblemową przeszłością kredytową, do tego w tym samym banku...Takie kredyty online to sobie, mBanku, wsadź tam, gdzie internet nie dochodzi!” - pisze wściekły pan Michał.

      Tak naprawdę sam jestem ciekaw, czy winna całemu zamieszaniu jest nieprawidłowo zainstalowana lub źle skonfigurowana przeglądarka, czy błąd systemu mBanku. Nie do końca podzielam oburzenie klienta na bank, bowiem - jak wiadomo - tam, gdzie są komputery, zdarzają się też błędy. Pan Michał miał pecha, ale w wielu innych bankach w ogóle nie miałby możliwości załatwienia kredytu gotówkowego online, nie obyłoby się bez dwóch wizyt w placówce. Szkoda tylko, że mBank nie ma procedur pozwalających od razu wykasować źle wygenerowany wniosek. Ten problem warto byłoby rozwiązać, by klienci niepotrzebnie się nie denerwowali.

      OGŁOSZENIE: Zajrzyj też do Facebooka, na stronę blogu „Subiektywnie o finansach”. Znajdziesz tam zapowiedzi kolejnych wpisów, luźne spostrzeżenia na temat banków, które nie zmieściły się w blogu oraz dyskusje na tematy dotyczące pieniędzy. Jeśli chcesz napisać lub przeczytać coś na temat swojego banku - kliknij okienko Facebooka obok i zostań fanem blogu!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Kredyt gotówkowy online w mBanku: świetna rzecz, dopóki coś się nie popsuje”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 23 października 2010 14:16
  • piątek, 22 października 2010
    • Polisa zdrowotna Axa: płać 250 zł miesięcznie, ale lekarza szukaj sobie sam

      Kilka dni temu pisałem w blogu o reklamie firmy ubezpieczeniowej Aviva, która namawia Polaków do wykupywania ubezpieczeń zdrowotnych. Mają one gwarantować szybki i bezkolejkowy dostęp do prywatnych lekarzy. Do reklamy miałem kilka zastrzeżeń (niektórzy specjaliści nie są dostępni w ramach tej oferty od ręki, a za niektórych trzeba dopłacić, bo nie są dostępni w pakiecie podstawowym), do samej oferty również (mała liczba dostępnych placówek, dość wysokie ceny polis).

      Okazuje się, że nie tylko oferta Avivy wzbudza kontrowersje. Napisał do mnie pan Michał, jak sam pisze, „wierny czytelnik od lat”. Pan Michał polał nieco miodu na me skołatane serce. „Cenię Pańską skuteczność w załatwianiu podobnych spraw, ale nie jestem pewien czy to nie jest już zbyt daleko od Pańskiego głównego obszaru zainteresowań. Mimo wszystko chciałbym spróbować i proszę o pięć minut uwagi” - napisał czytelnik. Ja proszę o to samo Was.

      Sprawa dotyczy polisy ubezpieczeniowej pokrywające koszt opieki medycznej świadczonej przez sieci placówek typu Medicover czy Lux Med. Trzy lata temu skusiłem się na ofertę TU Axa, oferowaną razem z Centrum Medycznym Lim, w cenie ok. 260 złotych miesięcznie za pakiet rodzinny. Wg. OWU gwarantowano mi dostęp do lekarzy specjalistów w 72 godziny.

      W ubiegłym roku zauważyłem, że czasy oczekiwania na wizytę lekarską systematycznie się wydłużają - normą stało się 2-3 tygodniowe oczekiwanie na konsultację specjalisty. Trzykrotnie interweniowałem w CM Lim, ale dostawałem wyłącznie gładkie zapewnienia o najwyższej jakości usług i ciągłej pracy nad poprawą dostępności.

      Miarka się przebrała gdy wróciłem z nart ze złamaną nogą z poleceniem odbycia kontrolnej wizyty w ciągu tygodnia od wypisania ze szpitala, a najbliższa możliwa konsultacja w CM Lim mogła zostać zrealizowana w terminie 3-tygodniowym (nie stawiałem żadnych warunków co do lekarza czy placówki). Na moje protesty, że to wbrew wskazaniom lekarzy zaproponowano, że albo zadzwonię rano w dniu wizyty w nadziei że się zwolni miejsce, albo znajdę sobie lekarza na własną rekę i po akceptacji mojego wyboru przez CM Lim zostaną mi zwrócone pieniądze za konsultacje.

      Obie opcje były mało atrakcyjne - ze złamaną nogą nie da się pojechać do lekarza nie planując tego z całą rodziną dzień wcześniej, a gdyby lekarze byli tak łatwo dostępni bez oczekiwania to bym nie kupował ubezpieczenia medycznego tylko płacił gotówką za konsultacje. Napisałem więc reklamację do TU Axa, ilustrując na przykładzie kolejnych reklamacji do CM Lim, że zapisane w OWU warunki - 72 godziny jako maksymalny czas dostępu do lekarza - są fikcją.

      W odpowiedzi TU Axa napisała, że zgodnie z OWU powinienem był znaleźć sobie innego lekarza, a następnie wystąpić o zwrot kosztów konsultacji. W odwołaniu od reklamacji napisałem, że CM Lim z niemal stuprocentową systematycznością nie dotrzymuje gwarancji. Nie sądziłem, że płacąc 260 złotych miesięcznie abonamentu uzyskam jedynie prawo do refundacji lekarzy, których będę musiał poszukiwać na własną rękę za każdym razem gdy trzy tygodnie oczekiwania na konsultację nie będą dla mnie do przyjęcia.

      Podkreśliłem też, że TU Axa przerzuca na ubezpieczonego obowiązek znalezienia lekarza gotowego wykonać usługę w oczekiwanym terminie, uzyskania akceptacji infolinii dla dokonanego wyboru, zapoznania się z cennikiem pod groźbą niecałkowitej refundacji (gdyż zwracany jest koszt nie wyższy niż ten z cennika), przesłania faktury do TU Axa, pokrycia kosztu gotówką i skredytowania TU w oczekiwaniu na zwrot.

      W odpowiedzi na moje pismo Axa powtórzyła wszystkie argumenty z poprzedniego pisma nie odnosząc się do żadnego (!) z argumentów przedstawionych przeze mnie. Wciąż nie wiem, jaką wartość dla klienta (poza marketingową) mają zapewnienia zawarte w OWU, mówiące o gwarancji dostępności lekarzy, skoro trzytygodniowe oczekiwanie na lekarza jest wg TU Axa zgodne z umową, a niezadowolony pacjent może najwyżej liczyć na zwrot kilkudziesięciu złotych (kwoty znacznie mniejszej niż miesięczny abonament) jeśli sam sobie znajdzie lekarza” - kończy swą opowieść czytelnik.

      Cóż, nie sposób nie przyznać racji panu Michałowi, który za ciężkie pieniądze wpłacane do firmy ubezpieczeniowej otrzymuje niewiele. Jeśli tak miałyby wyglądać prywatne ubezpieczenia zdrowotne, które forsują ostatnio rządzący, to ja dziękuję. Nie rozumiem dlaczego firma ubezpieczeniowa nie chce stanąć w obronie swojego klienta, tylko brnie w obronę sieci przychodni, która nie radzi sobie z terminowością obsługi pacjentów.

      A jakie są Wasze doświadczenia z prywatnymi ubezpieczeniami zdrowotnymi? Czy ktoś z Was zdecydował się wykupić polisę zdrowotną i korzysta z usług prywatnych lekarzy w ramach tańszego lub droższego pakietu? Mam nadzieję, że trafialiście na mniej niespodziewane sytuacje, niż ta:

       

      EPILOG: Od firmy Axa dostałemponiższe wyjaśnienie, podpisane przez p. Iwonę Ryniewicz, szefową działu komunikacji korporacyjnej tego ubezpieczyciela:Nie jest moim zamiarem przeczenie zgłoszonym przypadkom wydłużenia czasu uzyskania wizyty specjalistycznej, choć w wielu przypadkach oczekiwania Klienta odbiegały znacznie od zapisów OWU. Pragnę jednak zwrócić uwagę, iż gwarancja zwrotu kosztów wizyty poza siecią naszego świadczeniodawcy stanowi ponad standardową formę zabezpieczenia Klientów przed wahaniami dostępności na rynku prywatnych usług medycznych.

      Faktycznie refundacja kosztów wiąże się z koniecznością dokonania przez Ubezpieczonego pewnych formalności (jak choćby wspomniana autoryzacja świadczeń poprzez infolinię, czy wysyłka faktury), ale jest to jedna z nielicznych na polskim rynku ubezpieczeń zdrowotnych propozycja dająca pewność, że nawet wobec czasowego lub lokalnego zachwiania dostępności do świadczeń w ramach potrzebnej specjalizacji lekarskiej, Klient AXA może skorzystać z szybkiej pomocy.

      Zapewniam, że zarówno AXA Życie T.U. jak i współpracujące z nami Centrum Medyczne LIM (należące obecnie do Grupy Lux Med) dołożyły wszelkich starań, by dotrzymać gwarancji przedstawionych w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia. Niestety proponowana, zgodnie z OWU, forma zwrotu ewentualnych wydatków nie spotkała się z akceptacją Klienta, który zdecydował się zrezygnować z polisy. Mimo tak przykrego dla nas zakończenia opisywanej sprawy stwierdzamy, że większość naszych Klientów ceni sobie to rozwiązanie i z satysfakcją korzysta z naszej oferty”.

      ---------------------------------------------

      Subiektywnie o finansach” w liczbach: Do tego blogu przynajmniej raz w miesiącu zagląda 92.800 osób, którzy klikają jego notki 126.000 razy (przeciętna z miesięcy styczeń-wrzesień 2010, dane StatCounter). We wrześniu 2010 r. blog odwiedziło 107.000 użytkowników, którzy kliknęli jego notki 143.400 razy (dane StatCounter).

      Zajrzyj też do Facebooka, na stronę blogu „Subiektywnie o finansach”. Znajdziesz tam zapowiedzi kolejnych wpisów, luźne spostrzeżenia na temat banków, które nie zmieściły się w blogu oraz dyskusje na tematy dotyczące pieniędzy. Jeśli chcesz napisać lub przeczytać coś na temat swojego banku - kliknij okienko Facebooka obok i zostań fanem blogu!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Polisa zdrowotna Axa: płać 250 zł miesięcznie, ale lekarza szukaj sobie sam”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 22 października 2010 07:17
  • czwartek, 21 października 2010
    • Bank brał opłatę za obsługę nieterminowej płatności. Ale jej nie obsługiwał

      Kilka lat temu szczyty popularności wśród sprytnych bankowców biły „promocyjne” kredyty ratalne. Udzielało się klientowi kredytu „zero procent” z zastrzeżeniem, że kredyt jest darmowy tylko wtedy, kiedy klient spłaci go w ciągu pół roku. W przeciwnym razie za kredyt trzeba było zapłacić np. 20% w skali roku, licząc od pierwszego dnia pożyczki.Wszystko było jasno napisane drobnym maczkiem w umowach, które klienci grzecznie podpisywali w sklepach, by jak najszybciej zabrać do domu upragniony telewizor, lodówkę lub konsolę.

      W oparciu o te umowy banki udzielały kredytów, których dzień płatności ostatniej raty przypadał np. na pierwszy dzień po zakończeniu sześciomiesięcznego okresu „promocji”. I naliczał zdziwionym klientom odsetki. Odkąd kredyty ratalne stały się mniej modne, ten patent nie jest już przez bankowców stosowany. Ale od pobierania różnego rodzaju kar już po spłacie przez klienta ostatniej raty bankowcy się nie odzwyczaili. Świadczy o tym choćby przykład pani Aldony z podwarszawskich Łomianek, klientki banku HSBC, której kredyt przejął w zeszłym roku Alior Bank.

      Czytaj też: Awantury o kredyt ratalny. Bank pożyczy, ale potem martw się sam

      Ostatnia rata mojego kredytu gotówkowego przypadała na 30 listopada 2009 r.  Tego dnia przelałam na konto Alior Banku kwotę 132,26 zł, jak co miesiąc. Niestety, po pewnym czasie okazało się, że ostatnia rata, zwana wyrównującą, powinna być zapłacona w wysokości 166,34 zł. Niestety ja tej informacji nie otrzymałam. Alior Bank twierdzi, że wysłał mi ją na 20 dni przed wymaganym terminem płatności, listem zwykłym” - opowiada pani Aldona.

      W połowie marca 2010 r. pani Aldona dostała wezwanie do płatności - już nie od banku, ale od kancelarii prawnej Korczyńska i Wspólnicy, która zajmuje się obsługą nieterminowych płatności klientów Alior Banku. Do spłaty było 34,52 zł kapitału, 1,69 zł odsetek i jeszcze dodatkowe 100,00 zł. Pani Aldona złożyła w Alior Banku pismo z prośbą o wyjaśnienie skąd wzięło się dodatkowe 100 zł kary. Odpowiedź nasza czytelniczka uzyskała dopiero w sierpniu, kiedy jej tajemniczy dług ze 100 zł urósł już do 160 zł. Okazało się, że zadłużenie powstało w wyniku naliczanej co miesiąc opłaty 20 zł za „obsługę nieterminowej płatności”.

      Pani Aldona jest słusznie oburzona: „Według mojego prostego rozumowania obsługa nieterminowej płatności polega na powiadomieniu klienta o przekroczeniu terminu płatności (co praktykują inne banki) pocztą, telefonicznie, mailem, SMS-em lub w jakikolwiek inny sposób. Gdyby Alior Bank obsługiwał nieterminowe płatności a nie tylko naliczał opłaty za ich obsługę, to moja zaległość zostałaby uregulowana w listopadzie w wysokości 56,21 zł. A tak w sumie zapłaciłam 176,39 zł. Bank, zwlekając z odpowiedzią na moje pisma, jednocześnie co miesiąc naliczał 20 zł”.

      Co prawda po złożeniu przez panią Aldonę reklamacji bank zrezygnował z opłaty za „obsługę nieterminowej płatności” za dwa ostatnie miesiące, ale i tak zarobił niemało. To niestety dość często spotykany wśród bankowców patent na zwiększanie rentowności biznesu. Opłata za obsługę nieterminowej płatności pojawia się zarówno przy debetach, jak i kredytach gotówkowych i kartach kredytowych. Niekiedy ta opłata nazywa się prowizją za "administrowanie saldem zadłużenia" albo jakoś podobnie.

      Pół biedy jeśli bank od razu poinformuje klienta, że ma zaległość w spłacie jakiejś raty - niezależnie od tego, czy ta zaległość powstała na skutek błędu klienta, nieporozumienia lub tego, że bank nie doręczył skutecznie informacji o zadłużeniu. Gorzej jeśli to administrowanie lub obsługa nieregularnej płatności nie wiąże się z żadnymi czynnościami wykonywanymi przez babk. No, może poza dopisywaniem kolejnych kwot do rachunku klienta.

      ---------------------------------------------------------------------

      Zajrzyj też do Facebooka, na stronę blogu „Subiektywnie o finansach”. Znajdziesz tam zapowiedzi kolejnych wpisów, luźne spostrzeżenia na temat banków, które nie zmieściły się w blogu oraz dyskusje na tematy dotyczące pieniędzy. Jeśli chcesz napisać lub przeczytać coś na temat swojego banku - kliknij okienko Facebooka obok i zostań fanem blogu!

      Subiektywnie o finansach” w liczbach: Do tego blogu przynajmniej raz w miesiącu zagląda 92.800 osób, którzy klikają jego notki 126.000 razy (przeciętna z miesięcy styczeń-wrzesień 2010, dane StatCounter). We wrześniu 2010 r. blog odwiedziło 107.000 użytkowników, którzy kliknęli jego notki 143.400 razy (dane StatCounter).

      ----------------------------------------------------------------------

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Bank brał opłatę za obsługę nieterminowej płatności. Ale jej nie obsługiwał”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 października 2010 07:10

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line