Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • środa, 31 października 2012
    • mBank pobiera zakazaną przez UOKiK prowizję. Bo... 'nas to nie dotyczy'

      Kilkakrotnie pisałem w blogu o horrendalnych opłatach, jakie banki pobierały od klientów za realizację tzw. tytułów wykonawczych. Czyli w sytuacji, w której np. klient banku nie zapłaci składki na ZUS albo podatku do urzędu skarbowego. Wierzyciel w celu odzyskania tych pieniędzy uda się do banku z wnioskiem o egzekucję długu. Bywa, że w ten sposób swoje należności egzekwują np. gminy, które nie mogą się doprosić, aż kierowca zapłaci mandat w związku z pamiątkowym zdjęciem z fotoradaru, albo straż miejska, której nie zapłacimy za parkowanie. Za realizację każdego sądowego tytułu wykonawczego, nałożonego na klienta banku, można było do niedawna zapłacić kilkadziesiąt złotych - w skrajnych przypadkach prowizja bankowa bywała większa, niż sam dług. No, ale jak egzekucja to egzekucja ;-)

      Te opłaty już jakiś czas temu zakwestionował Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W maju tego roku do rejestru zabronionych klauzul, które nie mogą znajdować się w umowach i regulaminach bankowych, trafiła (pod numerem 3110) taka oto klauzula: "realizacja tytułu wykonawczego przez bank - 15 zł". Taki punkt wpisywał do regulaminów Bank Spółdzielczy w Czechowicach-Dziedzicach. Wpisanie klauzuli do rejestru zakazanych jest zaś dziełem uporu poznańskiego stowarzyszenia Lexus, które bywa oskarżane o wyłudzanie pieniędzy od przedsiębiorców (znajduje w ich regulaminach wątpliwe zapisy i kieruje do sądu np. siedem pozwów o każdy sporny punkt, za wycofanie każdego z pozwów żądając kasy). Ale akurat w tym przypadku Lexus powalczył dla dobra klientów banków. Od 8 maja 2012 r. pobieranie pieniędzy za realizację tytułów wykonawczych przez banki jest kantem, przynajmniej tak mówi rejestr klauzul zabronionych UOKiK. Część banków - wiem o BZ WBK, ale to na pewno niejedyny przykład - wycofała te opłaty ze swoich tabel opłat i prowizji.

      Są jednak banki, które - jak bym powiedział, gdyby nie był to poważny i poważany przez wielu blog - lecą ze swoimi klientami w kulki. Jeden z moich czytelników, klient mBanku, zobaczył na swoim wyciągu z konta 30-złotową opłatę za realizację tytułu wykonawczego. Ponieważ klienci mBanku nie lubią płacić prowizji (dlatego są klientami mBanku), mój czytelnik nie zastanawiał się długo, lecz złożył reklamację. "Chciałbym zgłosić reklamacją związaną z pobraniem prowizji za przelew egzekucyjny 30 zł (transakcja z dnia 26-09-2012); rachunek bankowy nr: (...). Pobieranie prowizji za przelew egzekucyjny 30 zł to nielegalne postępowanie wpisane do rejestru klauzul niedozwolonych prawomocnym wyrokiem Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Sygn. Akt XVII AmC 375/11). Proszę o zwrot opłaty na rachunek bankowy" - napisał czytelnik do banku, od razu kierując kopię korespondencji do wiadomości UOKiK.

      Sprawa, wydawałoby się, prosta i nieskomplikowana. "Przepraszamy, daliśmy ciała, nie zauważyliśmy, przepraszamy, poprawimy" - takiego komunikatu należałoby się chyba spodziewać od mBanku w tej sytuacji. Tak zachowałby się każdy bank, który nie chce sprowadzić na siebie gniewu Zeusa oraz - przy okazji - zepsuć humoru autora blogu "Subiektywnie o finansach". Zepsuty humor powoduje bowiem, że człowiek staje się niemiły, zgryźliwy, zaczyna mieć za złe i przeklinać. Po co to komu? mBank zachował się jednak zgoła inaczej, niż można byłoby oczekiwać. Zaczął tłumaczyć klientowi, że białe jest czarne: "Bank nie pobiera opłaty za realizację tytułu wykonawczego, ale za fakt wykonania przelewu do organu egzekucyjnego, czyli za realizację pojedynczej spłaty" (a więc za każdy wykonany przelew - to chyba chcieli powiedzieć ludzie odpowiadający mojemu czytelnikowi na reklamację). "Postanowienie Tabeli Prowizji i Opłat stosowanej przez BRE Bank w brzmieniu "opłata za realizację tytułu wykonawczego - za każdy wykonany przelew" nie stanowi niedozwolonego postanowienia umownego. Jest ono odmienne od postanowienia wpisanego do rejestru niedozwolonych postanowień wzorców umów prowadzonego przez UOKiK". Przypomnijmy: to zakwestionowane przez UOKiK brzmi "Realizacja tytułu wykonawczego przez bank".  Hiob by się uśmiał.

      mBank uważa więc, że ma prawo pobierać opłatę za każdy przelew wykonany w ramach realizacji tytułu wykonawczego, bo przecież "realizacja tytułu wykonawczego" to nie to samo, co "opłata za realizację tytułu wykonawczego". Na pewno nie to samo? Bank chyba nie jest do końca przekonany, bo rzucił w klienta jeszcze argumentem drugim: "BRE Bank nie był stroną postępowania w którym Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów uznał za niedozwolone postanowienie wzorca stosowanego przez Bank Spółdzielczy Czechowice-Dziedzice-Bestwina, zatem wyrok sądu nie dotyczy postanowień stosowanych przez BRE Bank lecz dotyczy postanowień stosowanych przez Bank Spółdzielczy". Czyli, ancymonki z UOKiK, następnym razem jak będziecie chcieli startować z jakimiś pretensjami do banku, to musicie napisać dużymi literami, że chodzi o nasz bank, a nie o bank w ogóle. W przeciwnym razie możecie nam naskoczyć oraz nagwizdać.

      Ale i to jeszcze nie wszystko. mBank odpisał mojemu czytelnikowi, że klauzula nr 3110 nie dotyczy go również z tego powodu, że Bank Spółdzielczy pobierał jedną, ryczałtową opłatę za realizację tytułów wykonawczych. Natomiast mBank jest lepszy i kasuje klientów za każdy przelew. No, teraz to mi już ostatecznie kapcie spadły. Ciekawe w którym miejscu klauzuli o treści "realizacja tytułu wykonawczego przez bank - 15 zł" oni wyczytali, że nielegalna klauzula dotyczy ryczałtu? I na jakiej podstawie uważają, że to czyniłoby ich w tej sprawie niewiniątkami? To tak, jakby złodziej portfela, po wydaniu nań wyroku przez sąd, powiedział, że wyrok go nie dotyczy, bo on nie ukradł portfela, tylko portfele, dużo portfeli. A to już nie to samo. Ogarniacie tę argumentację? Jeśli macie problem, to wypijcie red bulla, albo mocną kawę, a ja idę szukać kapci. A zaraz będą jeszcze większe wyzwania intelektualne.

      Dalej bowiem bank klaruje klientowi, że 30 zł trzeba zapłacić, bo przepis art. 110 ustawy prawo bankowe stanowi, że "Bank może pobierać przewidziane w umowie prowizje i opłaty z tytułu wykonywanych czynności bankowych (...)". A zgodnie z art. 5 ustawy prawo bankowe, "przeprowadzanie bankowych rozliczeń pieniężnych w tym poleceń przelewów stanowi czynność bankową". I jeszcze, że gdyby 30 zł nie kasował, to byłoby... niesprawiedliwe społecznie. "Z przepisów ustawy kodeks postępowania cywilnego ani z ustawy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji nie wynika aby bank realizując zajęcie egzekucyjne wierzytelności z umowy rachunku bankowego był zobowiązany do realizacji bezpłatnie, tj. do dokonywania bezpłatnych przelewów na rzecz organu egzekucyjnego. Co więcej, właśnie tego rodzaju regulacja mogłaby mieć charakter niedozwolony albowiem poprawiałaby sytuację prawną posiadaczy rachunków bankowych będących dłużnikami (...) w stosunku do posiadaczy rachunku bankowego nie będących dłużnikami".

      A więc, jeśli klient nie zapłaciłby 30 zł, to powinien czuć się winny w stosunku do pozostałych trzech milionów klientów, którzy dają  bankowi zarobić. Ba, powinien zapewne z tego powodu złożyć samokrytykę na piśmie, która to samokrytyka zawisłaby w gabinecie prezesa BRE Banku. To już niestety koniec barwnego pisma sporządzonego przez prawników BRE Banku. Mój czytelnik, pan Bartek, w krótkiej odpowiedzi do BRE Banku oświadczył tylko, że on nie ogarnia i zapytał czy to jest jakiś żart. Na jego miejscu nie obstawiałbym takiego scenariusza, prawnicy mają co prawda duże poczucie humoru (sprawdziłem na licznych egzemplarzach tego gatunku człowieka), ale z reguły nie wyrażają tego humoru na piśmie. Bank więc na pewno nie żartuje, choć niewątpliwie robi sobie z klienta jaja. Boję się, że niestety robi sobie jaja nie tylko z tego jednego, ale z trzech milionów klientów. A to już jest całkiem nieśmieszne.

      SUBIEKTYWNOŚĆ PODPOWIADA JAK WYGRAĆ Z BANKIEM... Jeśli jesteś w sporze z bankiem, to w blogu "Subiektywnie o finansach" znajdziesz mnóstwo podpowiedzi jak skutecznie walczyć o swoje prawa. To jeden z największych w internecie zbiorów rad od ludzi, którzy już wywalczyli zwycięstwo w sporach z instytucjami finansowymi. Tu dowiesz się jak uzyskać zwrot ubezpieczenia niskiego wkładu własnego do kredytu hipotecznego. I jak sprawdzić czy bank dobrze wyliczył kwotę składki. Tutaj też przeczytasz jak wywalczyć zwrot nadpłaconych odsetek od kredytu oraz co zrobić, by skutecznie zakwestionować zasady ustalania oprocentowania kredytu. Z blogu dowiesz się co zrobić, gdy bank nie wywiązuje się z obietnicy obniżenia marży kredytowej, a także ile pieniędzy Ci się należy za to, że pracownik banku za Twoimi plecami złożył wniosek kredytowy. W blogu były też opowieści klientów, którzy walczyli z bankiem nie wykonującym ich dyspozycji oraz wiadomości o tym ile zadośćuczynienia żądali czytelnicy blogu za błąd banku. Sprawdź też co zrobić, gdy bank się na Ciebie wypnie. Czasem wystarczy napisać krótki pozew

      ... I WSPIERA NAJLEPSZYCH. Autor blogu "Subiektywnie o finansach" od czasu do czasu bierze udział w obradach jury różnych konkursów premiujących innowacyjność, pomysłowość i ludzi z wielkimi cojones. Był np. w jury przyznającym nagrody dla ikon polskiej bankowości. Wybierał najlepsze i najbardziej innowacyjne produkty bankowe. Przyznawał, wspólnie z innymi ekspertami, laury za najciekawsze logo polskiego banku. Teraz bierze udział w jury wybierającym kandydatów do miana najładniejszej placówki bankowej. Ostatnio subiektywność odcisnęła swe piętno również na mFestiwalu, czyli konkursie mBanku dla osób, które chciałyby zabłysnąć multimedialnie. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (94) Pokaż komentarze do wpisu „mBank pobiera zakazaną przez UOKiK prowizję. Bo... 'nas to nie dotyczy'”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 31 października 2012 09:36
  • wtorek, 30 października 2012
    • Po co Aliorowi aż tyle placówek? 2% rynku i... trzecia największa sieć bankowa!

      Po niemal czterech latach od startu sterowany przez Wojciecha Sobieraja Alior Bank jest już dobrze naoliwioną maszynką do zarabiania pieniędzy. Bank powstał w listopadzie 2008 r., a więc w czasie, który - umówmy się - nie był najlepszym momentem do tworzenia czegoś nowego w branży finansowej. A jednak przetrwał i to, mówiąc oględnie, w nie najgorszej formie. Nie wiemy ile płaci Sobierajowi włoski właściciel, przemysłowa grupa Carlo Tassara, ale wygląda na to, że każde euro wydane na wypłatę pensji prezesa Alior Banku jest nader dobrze ulokowaną inwestycją. Bo Alior ogłosił w poniedziałek, że tylko w ciągu trzech kwartałów 2012 r. zysk netto banku wyniósł prawie 223 mln zł. I to mimo kosztów stworzenia i rozruchu internetowego Alior Sync. Rok temu, gdy Sobieraj chwalił się rocznym zyskiem na poziomie 100 mln zł, mówił, że w kolejnym roku działalności chciałby mieć też 100 mln, ale licząc w... euro. I wygląda na to, że niewiele mu zabraknie do osiągnięcia tego celu.

      Do tego Alior obsługuje już 1,4 miliona osób i firm. Co prawda nie wiemy jaka część z nich ma konta czysto techniczne i jak wielu klientów ma luźną relację z bankiem (ja sam mam w Aliorze jakiś rachunek, który założono mi właściwie z musu, jednak w statystykach banku jestem rekordem, który "robi" statystykę). Ale zapewne słyszeliście, że Alior Bank powiedział już swoim klientom "sprawdzam" i ogłosił, że kto nie będzie chciał zacieścić związków, słono za to zapłaci. Nawet jeśli tylko połowa pozyskanych przez te cztery lata klientów okaże się aktywnymi, wiernymi i lojalnymi klientami Aliora, to i tak bank będzie kurą znoszącą złote jajka. A to przecież nie koniec żniw. Po czterech miesiącach od startu internetowego Alior Sync - startu, dodajmy, nader koślawego - najnowsze dziecko prezesa Sobieraja już chwali się, że ma ponad 100.000 klientów. Tu z kolei trudno mówić o jakiejkolwiek zyskowności, bo na razie Sync daje klientom wszystko za darmo i jeszcze zwraca im kasę za transakcje internetowe (choć bezpieczniej byłoby powiedzieć, że tylko "przeważnie" zwraca).

      Czytaj też: Alior Bank obniża rachunki. Niestety, Samcikowi nie obniżył

      Bez dwóch zdań Alior osiągnął znaczącą pozycję na rynku - prawie półtora miliona klientów i 300 mln zł rocznego zysku to miejsce solidnego średniaka z pierwszej dziesiątki rankingu największych banków. W depozytach (15,2 mld zł) bank ma jakieś 1,7% rynku, zaś w kredytach (13,5 mld zł) nawet nieco więcej, bo 2,2%. Dla porównania - BZ WBK oraz Bank Millennium, a więc banki znajdujące się tuż za plecami największych gigantów branżowych (PKO BP i Banku Pekao), mają udziały w rynku depozytów na poziomie 4,5%, a w kredytach - ponad 5%. Są więc mniej więcej dwa razy większe, niż Alior Bank. A niektóre i bardziej dochodowe. O ile Bank Millennium po trzech kwartałach ma niecałe 350 mln zł zysku, to BZ WBK w tym czasie "czesze" już okrągły miliard. To pokazuje, że Alior wcale nie doszedł jeszcze do ściany jeśli chodzi o dochodowość. Mógłby zarabiać np. dwa razy więcej. Skoro bank mający "tylko" ponad dwa razy większą górę kredytów i depozytów oraz tylko minimalnie większą liczbę klientów (BZ WBK prowadzi 1,7 mln rachunków), może mieć ponad cztery razy większy zarobek w trzech kwartałach... 

      I jeszcze rzecz mi nie pasuje do wizerunku Aliora jako solidnego średniaka z 2% udziału w rynku, dużymi inwestycjami w nowe przedsięwzięcia (Alior Sync) oraz zyskownością, która nie bije jeszcze rekordów świata (przynajmniej w porównaniu z niektórymi większymi bankami). To rozbujane do granic możliwości inwestycje w placówki. Wokół grupy Aliora - banku znacznie mniejszego od BZ WBK, czy Millennium - zbudowano trzecią największą sieć placówek bankowych w Polsce! No dobra, może czwartą, jeśli policzymy niepoliczalne okienka Banku Pocztowego  Alior ma co prawda tylko 209 placówek własnych, ale do tego dochodzi 410 placówek partnerskich  oraz 65 minioddziałów pod marką Alior Bank Express (mieszczą się głównie w centrach handlowych i przy hipermarketach). To w sumie czyni 684 placówek. Dla porównania: PKO BP dysponuje siecią 1200 oddziałów własnych i ponad 1900 małych agencji, Bank Pekao ma 1000 placówek, ale już BZ WBK i Bank Millennium - mają raptem po ok. 550-600.

      Czytaj też: Płacenie rachunków w oddziałach Aliora hitem roku! Co dalej?

      Te dwa ostatnie banki, nieco większe od Aliora pod względem liczby obsługiwanych klientów (choć zapewne w "starych" bankach są to klienci dużo wyższej jakości), generują znacznie wyższe zyski w przeliczeniu na każdą placówkę, niż bank prezesa Sobieraja. To może oznaczać tylko jedno: że era szybkiego wzrostu Aliora jeszcze nie ma się wcale skończyć, co przepowiadałem opierając się na sprawnym chwycie klientów za gardło, który bank wykonał ostatnio. Owszem, sieci partnerskie (a na takich opiera się duża część biznesu Aliora) mają to do siebie, że są bardzo elastyczne kosztowo i można je skasować praktycznie z dnia na dzień. Jednak bardziej prawdopodobne jest, że trzecia największa w Polsce sieć bankowa została zbudowana, by pomóc Aliorowi nabrać masy dużo większej, niż ta, którą bank prezesa Sobieraja dysponuje dziś. Celem może być pozyskanie jeszcze kilkuset tysięcy nowych klientów i zwiększenie rocznego zysku do poziomu, który uzasadniałby utrzymywanie tak dużej sieci.

      A jeśli tak, to być może czeka nas jeszcze rok-dwa ostrego podgryzania konkurencji przez Aliora (np. z pomocą prawników spieszących z radą, kantorowców czających się w oddziałach oraz na łączach internetowych :-), albo pośredników nieruchomościowych :-)). A póki tak nakreślony plan będzie dobrze realizowany, nie wykluczałbym dalszego zwlekania przez prezesa Sobieraja i właścicieli Alior Banku z decyzją dotyczącą sprzedania części akcji na giełdzie bądź inwestorowi strategicznemu (ewentualnie: rozłożenia wejścia nowego kapitału w czasie). Oczywiście nigdy nie wiadomo kiedy będzie najlepszy moment do wpuszczenia inwestora lub inwestorów i skąd nadejdzie korzystna oferta. Ale coś mi mówi, że Alior Bank ma osiągnąć swoją "wartość przelotową" dopiero za kilkanaście miesięcy, po zwestowaniu inwestycji w sieć placówek i internetową odnogę Alior Sync, która przecież też dopiero za jakiś czas pokaże swoje rentowne oblicze. 

      SUBIEKTYWNOŚĆ ZACIEKAWIA WIELU. Strony blogu "Subiektywnie o finansach" klikacie średnio 475.000 razy miesięcznie, co oznacza kilkanaście tysięcy Waszych wizyt każdego dnia. Blog ma też ponad 13.000 fanów w Facebooku. Średnio w każdym miesiącu ukazuje się na tych stronach blogu 29 tekstów, co oznacza, że prawie codziennie znajdziecie tu coś nowego. Jeśli macie dla mnie propozycje tematów, którymi powinienem się zająć, albo problem z bankiem, funduszem inwestycyjnym, firmą ubezpieczeniową, czy z pośrednikiem finansowym - piszcie do mnie poprzez stronę blogu na Facebooku albo wyślijcie e-mail: maciej.samcik (at) agora.pl. Żaden e-mail nie zostanie bez odpowiedzi. 

      "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI" NOMINOWANY DO ECONOMICUSA! Poradnik wydany w tym roku przez autora blogu został doceniony przez kapitułę konkursu "Economicus", wybierającą najlepszą książkę ekonomiczną 2012 r. Konkurs organizowany jest przez "Dziennik Gazetę Prawną" we współpracy z Narodowym Bankiem Polskim. Poradnik "Jak pomnażać oszczędności" znalazł się w gronie 16 nominowanych książek (łącznie w trzech kategoriach), obok takich asów jak Tomas Sedlacek (autor bestsellera "Ekonomia dobra i zła"), Sławomir Lachowski ("Droga ważniejsza niż cel"), Leszek Czarnecki ("Biznes po prostu"), czy Zenon Komar ("Sztuka spekulacji po latach"). "Kompaktowy, bezpretensjonalny i niesamowicie użyteczny przewodnik dla każdego początkującego ciułacza chcącego wypłynąć na szersze wody inwestowania. (...) W „Jak pomnażać...” udaje się wyjaśnić większość podstawowych pytań i wątpliwości, które sprawiają, że wielu Polaków wciąż boi się śmielej wziąć finanse w swoje ręce" - to recenzja poradnika zamieszczona na stronie konkursu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Po co Aliorowi aż tyle placówek? 2% rynku i... trzecia największa sieć bankowa!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 października 2012 00:16
  • poniedziałek, 29 października 2012
    • Banku kłopoty na łączach, ale... płacisz ty. Kasa może zniknąć nawet na tydzień!

      Pisałem niedawno o tajemniczym błędzie w systemie informatycznym Getin Banku. Błąd ten jest (lub może był?) na tyle złośliwy, iż pozostawia (lub - miejmy nadzieję - pozostawiał) niektórych klientów bez dostępu do pieniędzy w związku z wyczerpaniem limitów na ich kartach kredytowych. Klient chciałby spłacić kartę, ba - on ją nawet spłaca, wykonując przelew na wskazane konto w Getin Banku - ale niestety pieniądze giną w czarnej d...ziurze, a karta nadal nie jest zdatna do użytku. Niektórzy klienci pozostają bez karty i bez kasy nawet po kilka tygodni. Może Getin wreszcie uporał się ze wstydliwym problemem, ale... nawet jeśli się uporał, to na horyzoncie menedżerowie od IT w grupie firm związanych z Getinem mają do rozwiązania następne ważkie zadanie - jak zrobić, żeby klienci nie musieli czekać wielu dni na uwidocznienie przez system różnych spowodowanych przez siebie przepływów pieniędzy.

      Mówię o getinowej grupie, bo piszą do mnie klienci różnych banków związanych z Getinem. Np. ci, którzy mają konta w Idea Banku, przedsięwzięciu oferującym ostatnio wysoko oprocentowane lokaty bez podatku Belki oraz kredyty na rozruch firmy, których nie trzeba spłacać, wystarczy dać zakuć się w kajdany na kolejnych dziesięć lat. Nie wiem czy mój czytelnik dał sobie założyć kajdany, ale z pewnością dał sobie założyć konto w Idea Banku. I ponosi tego czynu bolesne konsekwencje. "Czytam dość regularnie Pańskiego bloga i pomyślałem, że mógłby Pan zagłębić się w pewien problem który dotknął mnie już dwukrotnie". Bull, bull, wchodzę do batyskafu i zagłębiam się. Woda jest coraz bardziej mętna, nie pomagają nawet żarówki w najbardziej żarówiastych kolorach, jakie znają goście od marketingu. Ta wszechogarniająca mętność...

      Żarówiasta reklama

      "Prowadzę konto firmowe w Idea Banku. Mam możliwość darmowego pobierania gotówki ze wszystkich bankomatów w Polsce i z tej możliwości korzystam. Kiedy próbowałem pobrać gotówkę z bankomatu wyświetlił się komunikat typu (bo dokładnej informacji nie pamiętam) "bank macierzysty odmówił wypłaty środków". Dzielnie wyjąłem kartę, włożyłem ją ponownie i ponownie zażądałem gotówki. Dwukrotnie otrzymałem informację o braku środków na koncie. Wróciłem do domu wściekły i bez gotówki. Zalogowałem się na konto i tu przykra informacja się potwierdza - brak środków na koncie. A tu zaraz przychodzi dostawa towaru za który muszę zapłacić gotówką! Telefon do banku: miła pani wyjaśniła mi, że to mógł być problem połączenia bankomatu z bankiem, pieniądze na moim koncie - w sumie trzy razy tyle, ile usiłowałem podjąć z bankomatu - są zablokowane i nie mogę ich wykorzystać. Zwrot środków na moje konto może trwać do tygodnia, chyba że bank otrzyma od operatora bankomatu informację, iż transakcja nie doszła do skutku.

      Wykonałem telefon do firmy Euronet, który jest operatorem tego bankomatu: tam dowiedziałem się, że operator bankomatów może od razu potwierdzić informację, że transakcja nie doszła do skutku, jednak nie może przekazać tej informacji mojemu bankowi. Pani po drugiej stronie wirtualnych łączy powiedziała, że nastąpi to dopiero po 24 godzinach. Dlaczego Idea Bank potrzebuje tygodnia, żeby zrobić z tej wiedzy użytek i odblokować pieniądze? Zwrot dostałem, rzeczywiście, dopiero po tygodniu! Co ma zrobić w takiej sytuacji przedsiębiorca, który akurat nie ma wyjścia i naprawdę traci na tydzień cały majątek małej firmy, bo powiedzmy chciał wypłacić 3000 zł, próbował trzy razy, a miał na koncie tylko 9000 zł? Albo osoba, która rzeczywiście potrzebuje pilnie pieniędzy na ważny cel i naprawdę przechodzi jej koło nosa dochodowa transakcja? Co ma powiedzieć ktoś kto musi wypłacić pensję pracownikom, a firmowe środki są blokowane? Osoba, która może akurat skorzystać z wyjątkowo korzystnej, chwilowej promocji?

      Dla mnie sprawa jest bulwersująca, bo na prawdę nie lubię sytuacji, w których ktoś bez mojej zgody dysponuje moimi środkami powodując, że ja sam nie mogę z nich korzystać" - kończy opowieść mój czytelnik. Cóż, mnie też się to nie podoba. Nie mogę wykluczyć, że Idea Bank jest tylko współwinnym kłopotów, ale jeśli przyczyną był rzeczywiście błąd połączenia z bankiem, nie zaś awaria samego bankomatu, a Euronet rzeczywiście już następnego dnia poinformował bank o tym, że klient trzykrotnie próbował podjąć gotówkę bez skutku, to oznaczałoby, że w banku operacje tego typu są robione ręcznie, jak w XIX wieku, na korbkę. W tego typu bankach lepiej nie wykonywać zbyt skomplikowanych operacji, bo można się zdenerwować, że korbka chodzi za wolno. Albo że się przekręci, kiedy się okaże, że do jednego klienta są przyporządkowane aż dwie karty ;-). W pokrewnym Getin Banku kręcić trzeba szybko, bo niektórzy klienci to prawdziwi spryciarze, zakładają Konto Skarbonkowe, a ponieważ za każdą założoną lokatę bank wpłaca na to konto po 1 zł, to lokat owi spryciarze zakładają jak najwięcej. To chyba dla nich wymyślono Alior Sync i jego fantazyjny cash-back.

      "Mam sporo kont internetowych, jednym z nich jest  Konto Skarbonkowe w  Getin banku. Oferuje ono 1 zł za każdą założoną lokatę, niby niewiele, ale jak tych lokat sporo to się co nieco pieniędzy uzbiera i warto robić najniższe dostępne lokaty. Skutek taki, że mam  tam ponad setkę lokat. W pewien piątek przelałem na konto kilkanaście tysięcy złotych, by założyć nowe. Następnego dnia, w sobotę,  wczesnym popołudniem, usiłowałem otworzyć lokaty. Wszystko poszło jak zwykle, do momentu potwierdzenia założenia jednej z lokat, bowiem zamiast potwierdzenia zobaczyłem na ekranie komunikat o niedostępności serwisu banku. Trudno, jakaś awaria. Zalogowałem się ponownie po kilku godzinach i okazało się, że lokata jest niezałożona, ale pieniądze na jej założenie zostały pobrane z rachunku  i są dla mnie niedostępne. Na szczęście to tylko 1000 zł więc spokojnie przeczekałem niedzielę, mając  nadzieję, że w poniedziałek skutki awarii zostaną usunięte, a saldo rachunku i dostępne na nim środki będą takie same. Tak się nie stało, spróbowałem więc pieniądze "odblokować" robiąc identyczną lokatę na 1000 zł. Nic z tego, sumy rachunku i dostępnych środków równocześnie spadły o 1000 zł.

      Zadzwoniłem do banku. Wyjaśniłem sprawę u konsultanta - na rachunku głównym w banku sumy (saldo i dostępne środki) były identyczne, błąd więc dotyczył mojej strony w systemie transakcyjnym. Konsultant powiedział, że błąd zostanie poprawiony.  Jednak we wtorek rano nie był, nadal miałem "zamrożony" 1000 zł. Spróbowałem znów go "odblokować" robiąc przelew na inne konto, licząc po cichu, że zmiana salda na rachunku głównym w banku "odświeży" saldo, które mam na swojej stronce. Przelew jednak został odrzucony. Wysłałem maila do swojego bankowego opiekuna, potem drugiego i... nadeszła odpowiedź, która mnie niemal z nóg zwaliła: by wyjaśnić sprawę mam podać numer referencyjny tej niezałożonej lokaty! Po dojściu do siebie odpisałem, że nie mam pojęcia jaki to był numer, bo lokata nie została założona". Czytelnik się tak sfrustrował, że napisał do mnie jeszcze ze dwa mejle. Uspokajałem, obiecywałem, że wszystko na pewno dobrze się skończy, ale pewien niepokój w duszy pozostał (i mojej i czytelnika). Po kolejnych kilku dnia mój czytelnik doczekał się co prawda sytuacji, że "zniknięta" lokata pojawiła się w jego zestawieniu, ale tylko jako lokata "w trakcie przetwarzania".  Korbka się popsuła? 

      Czytaj też: Wielki bank przez dwa tygodnie szukał zaginionych pieniędzy

      Ale żeby nie było, że czepiam się tylko jednej grupy bankowej. Pamiętacie jak BRE Bank szukał przez kilkanaście dni znikniętej kasy swoich klientów? Ostatnio napisała do mnie jakiś czas temu klientka jednego z banków twierdząc, że na automatycznej stacji Neste 24 spotkała ją niemiłą przygoda. Mianowicie na jej karcie zablokowano znacznie więcej pieniędzy, niż faktycznie wydała. Zdarzyło się to aż trzy razy, więc trudno mówić o pojedynczym przypadku. "W przypadku ostatniego tankowania deklarowana kwota, za którą chciałam wlać do baku paliwo, wynosiła 150 zł, faktycznie zatankowano za 149,95 zł, a na koncie zablokowano kwotę 299,95 zł. Poprzednio deklarowana kwota mojego tankowania wyniosła 200 zł, faktycznie zatankowane paliwo było warte 199,90 zł, ale z konta pobrano 399,90 zł". W każdej transakcji dodawano kwotę deklarowaną do faktycznej i w ten sposób klientka przez kilka dni miała zablokowaną niesłusznie podwójną kwotę faktycznego tankowania" - napisała pani Żaneta.

      Rozmowy z infolinią nic nie dały, pojawiło się tłumaczenie, ze to awaria systemu. "Uważamy takie postępowanie za nieuczciwe, bo jeżeli awaria nie jest usuwana w ciągu tylu dni, to należałoby uprzedzić klienta lub dokonywać sprzedaży tylko gotówkowej" - pisze pani Żaneta. Ponieważ nie jest to jedyny sygnał, który w tej sprawie dostałem, postanowiłem dosiąść rumaka i wziąć się z problemem za bary. Jeden z czytelników przesłał mi wyjaśnienie, jakie dostał od sieci Neste. "Od dnia 12.06.2012 r. Neste Polska zaobserwowała masowość reklamacji wpływających od klientów płacących kartami płatniczymi wydanymi przez różne banki w systemie MasterCard i podjęła próbę wyjaśnienia problemu. Problem leży po stronie banków, które najprawdopodobniej otrzymały od MasterCard zalecenia wprowadzenia zmian w systemach rozliczeniowo- transakcyjnych ale ich nie wprowadziły. Neste Polska nie wprowadzała żadnych zmian w systemie obsługi transakcji kartowych leżącym po jej stronie. Przepraszamy za powstałe utrudnienia". 

      Nieźle, prawda? Odczekałem kilka tygodni i sam zwróciłem się do Neste Polska z prośbą o wyjaśnienie sprawy. Paweł Sitarski z biura prasowego firmy powiedział mi, że problem w dalszym ciągu się objawia, co oznacza, że finansiści z banków i MasterCarda mają w głębokim poważaniu tak duperelny problem, jak nieuprawnione blokady środków na koncie. Czas więc zapytać sieć MasterCard o co kaman. "Wygląda na to, że w opisywanym przypadku to kwestia banku. Mechanizm wygląda bowiem w sposób następujący. Klienci korzystający z automatycznych stacji – takich jak Neste (stacje działające w tzw. trybie AFD - Automated Fuel Dispenser) najpierw wybierają kwotę za jaką chcą zatankować. Kwota ta w terminologii MasterCarda to preautoryzacja – na tę kwotę bank blokuje środki na koncie klienta na poczet rozliczenia transakcji. Następnie klient tankuje, a kwota za jaką zatankował nie może przekroczyć kwoty preautoryzacji, może być jednak niższa.

      Po zatankowaniu bank – wydawca karty, którą płaci klient – powinien odblokować pierwszą kwotę transakcji (kwotę preautoryzacji), a następnie rozliczyć kwotę finalną – za którą klient faktycznie zatankował. Agent rozliczeniowy obsługujący stację jest zobligowany do przekazania finalnej kwoty transakcji do banku maksymalnie do 20 minut po jej dokonaniu, następnie bank jest zobligowany do  odblokowania kwoty preautoryzacji i rozliczenia kwoty na którą faktycznie klient zatankował. Taki obowiązek spoczywa na banku – wydawcy karty, którą płacił klient i ma odzwierciedlenie w wymaganiach MasterCarda dla kart Maestro i dla kart MasterCard / Debit MasterCard" - odpisano mi. Najwyraźniej w przypadku niektórych banków te 20 minut przedłuża się ponad miarę. Nie rozumiem dlaczego MasterCard nic z tym nie robi. Skoro ma wobec banków "wymagania", a banki te wymagania mają w poważaniu niekoniecznie pierwszorzędnym...

      SUBIEKTYWNOŚĆ CENTRALNIE DOCENIONA! Autor blogu "Subiektywnie o finansach" odebrał wyróżnienie w konkursie dziennikarskim im. Władysława Grabskiego, organizowanym przez Narodowy Bank Polski. To już drugie wyróżnienie w tym konkursie organizowanym od dekady przez bank centralny - poprzednie autor blogu odebrał w 2009 r.  W tegorocznej edycji główny laur przypadł Janowi Niedziałkowi z TVN CNBC za cykl świetnych wywiadów ze światowymi ekonomistami na forum ekonomicznym w Davos (gratulacje, Janku!). Pozostali laureaci to Radosław Omachel (Newsweek), Wawrzyniec Smoczyński (Polityka), Grzegorz Cydejko (Forbes), Dawid Tokarz (Puls Biznesu) oraz Alicja Zboińska (Polska Dziennik Łódzki). Nagrody specjalne otrzymała Bianka Mikołajewska (Polityka) oraz Szymon Jadczak (TVN Uwaga). Nagrody za dziennikarską aktywność w ostatniej dekadzie przyznano Joannie Solskiej (Polityka), Witkowi Gadomskiemu (Wyborcza) oraz Romkowi Młodkowskiemu (TVN CNBC).

      Konkurs im. W. Grabskiego, X edycja, nagrodzeni

      "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI" NOMINOWANY DO ECONOMICUSA! Poradnik wydany w tym roku przez autora blogu został doceniony przez kapitułę konkursu "Economicus", wybierającą najlepszą książkę ekonomiczną 2012 r. Konkurs organizowany jest przez "Dziennik Gazetę Prawną" we współpracy z Narodowym Bankiem Polskim. Poradnik "Jak pomnażać oszczędności" znalazł się w gronie 16 nominowanych książek (łącznie w trzech kategoriach), obok takich asów jak Tomas Sedlacek (autor bestsellera "Ekonomia dobra i zła"), Sławomir Lachowski ("Droga ważniejsza niż cel"), Leszek Czarnecki ("Biznes po prostu"), czy Zenon Komar ("Sztuka spekulacji po latach"). "Kompaktowy, bezpretensjonalny i niesamowicie użyteczny przewodnik dla każdego początkującego ciułacza chcącego wypłynąć na szersze wody inwestowania. (...) W „Jak pomnażać...” udaje się wyjaśnić większość podstawowych pytań i wątpliwości, które sprawiają, że wielu Polaków wciąż boi się śmielej wziąć finanse w swoje ręce" - to recenzja poradnika zamieszczona na stronie konkursu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „Banku kłopoty na łączach, ale... płacisz ty. Kasa może zniknąć nawet na tydzień! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 października 2012 12:25
  • niedziela, 28 października 2012
    • Prezydencka propaganda kredytowa, czyli jak zrobić ludziom wodę z mózgu

      W sobotniej "Gazecie Wyborczej" wspólnie z Leszkiem Kostrzewskim i Piotrkiem Miączyńskim piszę o staraniach prezydenta Bronisława Komorowskiego, by zwiększyć dostęp do kredytów osobom nie mającym stałej umowy o pracę (a tylko umowę czasową), pracującym na umowę zlecenia lub o dzieło, a także drobnym przedsiębiorcom (w tym jednoosobowym firmom). Prezydent najpierw z troską pochylił się nad brakiem dostępności kredytu w wywiadzie udzielonym dziennikarzom PAP, potem wysłał list do Andrzeja Jakubiaka, szefa Komisji Nadzoru Finansowego, a w piątek poszedł już na całość i spotkał się w Pałacu Prezydenckim z Andrzejem Jakubiakiem, szefem polskiego nadzoru bankowego. Tak to spotkanie wyglądało w obiektywie fotoreportera PAP:

      Prezydent i szef KNF

      Starania Pana Prezydenta, by każdy człowiek (niezależnie od typu umowy, która łączy go z pracodawcą) miał w miarę dobry dostęp do kredytu, a także, by - w miarę możliwości - był to kredyt tani i zarazem niedrogi, muszą budzić sympatię i poparcie Narodu. W gazetowym tekście podajemy konkretne przykłady fatalnego traktowania ludzi bez etatów jako klientów "drugiej kategorii".  Jak nie masz umowy zlecenia z jednym kontrahentem od co najmniej roku, to twoje szanse na kredyt są czysto iluzoryczne. Jeśli masz umowę o pracę, ale tylko na sześć miesięcy, to nie dostaniesz kredytu na rok. Głupie to, bo przecież mając umowę na czas nieokreślony też możesz wylecieć z pracy. Trudno zrozumieć traktowanie przez banki gorzej pracujących na zlecenie lub na umowę o dzieło. Niby dlaczego ich dochody mają być mniej trwałe, niż dochody etatowca zatrudnionego na czas nieokreślony? Ten ostatni też może stracić robotę, a jeśli przez całe życie pracował na jednym etacie, to niekoniecznie będzie umiał znaleźć kolejną.

      Takie podejście banków wynika po części ze stereotypów i nie nadążających za realnym życiem systemów oceny ryzyka kredytowego. Tyle, że prezydencka ofensywa nie ma prawa nic tu zmienić. To czysty marketing. Czy to szef KNF decyduje komu banki mają pożyczać pieniądze, a komu nie? Oczywiście, że nie. Takie sprawy może załatwić tylko konkurencja między bankami. Rolą KNF jest zaś dbać o bezpieczeństwo depozytów złożonych w bankach. Owszem, KNF wydaje różne rekomendacje: np. że banki nie powinny udzielać kredytów we frankach szwajcarskich i w euro (by nie narażać siebie i klientów na perturbacje wynikające z szalonych zmian kursów). KNF pisze też do banków listy, np. że nie podoba mu się promowanie depozytów antypodatkowych (bo wzmacniają one niedopasowanie w bankach - kredyty są udzielane na długo, a lokaty klientów lokowane na krótko). Nadzór nigdy nie będzie mówił bankom, że mają udzielać więcej kredytów blondynom z długimi włosami albo tym, co są zatrudnieni na umowę o dzieło.

      Ludzie prezydenta to jednak twardziele, których rzeczywistość nie zraża. "Potrzebny jest namysł Komisji Nadzoru Finansowego nad działaniami dążącymi do eliminowania zbędnych ograniczeń, które obecnie utrudniają dostęp do kredytów oraz wykorzystanie poręczeń kredytowych" - odpisali "Gazecie". Zaprosił więc Pan Prezydent szefa nadzoru bankowego i usiłował skłonić go do namysłu oraz do "eliminowania zbędnych ograniczeń". Przewodniczący Jakubiak jest człowiekiem wyjątkowo życzliwym (choć z zadatkami na prawdziwego maczo ;-)), więc zgryzot Pana Prezydenta wysłuchał. A spotkanie obu panów zrelacjonował dziennikarzom jeden z prezydenckich ministrów. Cytuję za stroną internetową TVP. "Dostępność do kredytów dla małych i średnich przedsiębiorstw, a także dla młodych ludzi – były tematem rozmowy prezydenta Bronisława Komorowskiego z przewodniczącym Komisji Nadzoru Finansowego Andrzejem Jakubiakiem. Prezydent – jak mówił po spotkaniu minister w Kancelarii Prezydenta Olgierd Dziekoński – jest usatysfakcjonowany odpowiedzią, że sprawy idą w dobrym kierunku i że projekt rekomendacji KNF w tej kwestii został przesłany do banków".

      Pamiętacie słynnego Putina w sklepie spożywczym? No, to właśnie znalazł godnego naśladowcę ;-). "Chodzi o to, by przy zachowaniu bezpieczeństwa sektora bankowego kredyty dla młodych ludzi, zwłaszcza mających umowy czasowe, a także małych i średnich przedsiębiorstw były bardziej dostępne". I dalej tłumaczy prezydencki minister Olgierd Dziekoński: "Jeżeli osoba zatrudniona na umowę czasową posiada w banku rachunek, na którym można śledzić przepływy finansowe w okresie dłuższym niż pół roku, to uzyskuje uprawnienia do zaciągnięcia kredytu w trybie uproszczonym do wysokości około 11.000 zł, jeśli będzie miała ten rachunek dłużej niż rok – to wówczas do wysokości 21.000 zł". A dziennikarz dorzuca: "Minister mówił, że jest szansa, by te propozycje weszły w życie w najbliższych tygodniach, bo KNF zajmie się nimi prawdopodobnie w listopadzie". Czyżby więc Pan Prezydent, razem z szefem KNF, wynegocjowali jakieś tajemnicze porozumienie, z którego wynika, że kredytobiorcy "uzyskają uprawnienie" do super-kredytów? Czy Pan Prezydent ma większą moc, niż sam Zbigniew Boniek? :-)

      Boniek o zimie

      Nie, proszę państwa. To tylko zwykła propagandowa gierka w słabym stylu, w której dość niecnie wykorzystano autorytet Bogu ducha winnego szefa nadzoru bankowego. Nie ma żadnego nowego porozumienia, ani poczynionych na wniosek prezydenta ustaleń. Komisja Nadzoru Finansowego od kilku miesięcy pracuje nad złagodzeniem zakazu stosowania przez banki uproszczonej procedury badania zdolności kredytowej. Szefowie nadzoru uznali, że wprowadzone w 2009 r. obostrzenia są zbyt daleko posunięte i w odniesieniu do części klientów warto pozwolić bankom na uproszczoną procedurę (m.in. bez konieczności dostarczania zaświadczenia o zarobkach). Banki będą też mogły udzielać kredytów osobom, które już dziś przeznaczają na spłaty rat 50% swoich dochodów (lub 65% dla lepiej zarabiających). Dziś rekomendacja nadzoru tego zabrania. Nowelizacja wejdzie w życie być może za kilka tygodni.

      Nie jest jednak tak, jak sugeruje prezydencki minister, że w rekomendacji chodzi o to, by bardziej dostępne były "kredyty dla młodych ludzi, zwłaszcza mających umowy czasowe". Rekomendacja o tym nic nie mówi. Uproszczone badanie zdolności ma dotyczyć wszystkich klientów mających od dłuższego czasu konto w danym banku. Jeśli chodziło o zasugerowanie widzom, że prezydent coś specjalnego załatwił tym, którzy pracują na umowy czasowe, to muszę Was rozczarować - zostaliście wprowadzeni w błąd, zapewne celowo. Poza tym dyskusyjne jest mówienie o jakimś "uprawnieniu do zaciągania kredytu w trybie uproszczonym". To, że bank będzie mógł w sposób uproszczony badać zdolność kredytową takiego klienta, wcale nie oznacza, że klient ma "uprawnienie" do zaciągnięcia kredytu. Bo wcale go dostać nie musi. A bank wcale nie musi rezygnować ze standardowej procedury badania zdolności kredytowej. Co więcej, jego postępowanie wobec osób zatrudnionych np. na umowę o dzieło albo na etat na czas określony wcale nie musi się zmienić. Tak samo, jak wskutek nowej rekomendacji nadzoru nie musi się zmienić ostrożność banków dotycząca udzielania kredytów konsumpcyjnych.

      W pełni rozumiem głowę państwa, ze pochyla się z troską o osoby mające w bankach najgorzej. Zwłaszcza, że często mają tak ze względu na głupie bankowe procedury, a nie dlatego, że rzeczywiście są klientami wysokiego ryzyka. Prezydent ma pełne prawo proponować rozwiązania takie jak np. system poręczeń kredytowych dla takich klientów. To zapewne by pomogło ludziom na umowach czasowych i śmieciowych oraz drobnym przedsiębiorcom, choć wątpię czy koszty dopłat i gwarancji nie zjadłyby tego pomysłu. Natomiast nie podobają mi się gierki pod publiczkę, w postaci apeli i listów do Komisji Nadzoru Finansowego, żeby skłoniła banki do kredytowania wybranych grup klientów (nie ten adres). Ani demonstracyjne spotkania, po których prezydent - ustami swojego ministra - ogłasza triumfalnie, że teraz to już pracownicy czasowi i ci na "śmieciówkach" będą kąpali się w kredytach. I to puszczanie oka: "to ja, drodzy rodacy, Wam to załatwiłem. Zajęło mi to... no, tak gdzieś tydzień". Ładnie to tak mieszać ludziom w głowie tylko po to, by zbić parę punktów w rankingach zaufania? Ja w każdym razie dostałem po tej akcji Pana Prezydenta lejdi zgagi.

      SUBIEKTYWNOŚĆ ZACIEKAWIA WIELU. Strony blogu "Subiektywnie o finansach" klikacie średnio 475.000 razy miesięcznie, co oznacza kilkanaście tysięcy Waszych wizyt każdego dnia. Blog ma też ponad 13.000 fanów w Facebooku. Średnio w każdym miesiącu ukazuje się na tych stronach blogu 29 tekstów, co oznacza, że prawie codziennie znajdziecie tu coś nowego. Jeśli macie dla mnie propozycje tematów, którymi powinienem się zająć, albo problem z bankiem, funduszem inwestycyjnym, firmą ubezpieczeniową, czy z pośrednikiem finansowym - piszcie do mnie poprzez stronę blogu na Facebooku albo wyślijcie e-mail: maciej.samcik (at) agora.pl. Żaden e-mail nie zostanie bez odpowiedzi. 

      SUBIEKTYWNOŚĆ CENTRALNIE DOCENIONA! Autor blogu "Subiektywnie o finansach" odebrał wyróżnienie w konkursie dziennikarskim im. Władysława Grabskiego, organizowanym przez Narodowy Bank Polski. W kapitule konkursu są m.in. Maciej Grabski, Radosław Bodys, Jakub Borowski, Agnieszka Chłoń-Domińczak, czy Ryszard Petru. Nagrodę w kategorii "najlepszy felieton lub analiza" jury przyznało za tekst poświęcony pomysłowi odzyskiwania kontroli nad bankami przez krajowy kapitał. To drugie wyróżnienie w tym konkursie organizowanym od dekady przez bank centralny - poprzednie autor blogu odebrał w 2009 r.  W tegorocznej edycji główny laur przypadł Janowi Niedziałkowi z TVN CNBC za cykl świetnych wywiadów ze światowymi ekonomistami na forum ekonomicznym w Davos (gratulacje, Janku!). Pozostali laureaci to Radosław Omachel (Newsweek), Wawrzyniec Smoczyński (Polityka), Grzegorz Cydejko (Forbes), Dawid Tokarz (Puls Biznesu) oraz Alicja Zboińska (Polska Dziennik Łódzki). Nagrody specjalne otrzymała Bianka Mikołajewska (Polityka) oraz Szymon Jadczak (TVN Uwaga). Nagrody za dziennikarską aktywność w ostatniej dekadzie przyznano Joannie Solskiej (Polityka), Witkowi Gadomskiemu (Wyborcza) oraz Romkowi Młodkowskiemu (TVN CNBC). Szacun dla wszystkich nagrodzonych kolegów! To drugi laur dla autora blogu w tym roku. Wcześniej zostałem wyróżniony Nagrodą Specjalną w konkursie "Libertas et Auxilium", organizowanym przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

      Konkurs im. W. Grabskiego, X edycja, nagrodzeni

      "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI" NOMINOWANY DO ECONOMICUSA! Poradnik wydany w tym roku przez autora blogu "Subiektywnie o finansach" została doceniona przez kapitułę konkursu "Economicus" na najlepszą książkę ekonomiczną 2012 r. Konkurs organizowany jest przez "Dziennik Gazetę Prawną" we współpracy z Narodowym Bankiem Polskim. Poradnik "Jak pomnażać oszczędności" znalazł się w gronie 16 nominowanych książek (łącznie w trzech kategoriach), obok takich asów jak Tomas Sedlacek (autor bestsellera "Ekonomia dobra i zła"), Sławomir Lachowski ("Droga ważniejsza niż cel"), Leszek Czarnecki ("Biznes po prostu"), czy Zenon Komar ("Sztuka spekulacji po latach"). "Kompaktowy, bezpretensjonalny i niesamowicie użyteczny przewodnik dla każdego początkującego ciułacza chcącego wypłynąć na szersze wody inwestowania. (...) W „Jak pomnażać...” udaje się wyjaśnić większość podstawowych pytań i wątpliwości, które sprawiają, że wielu Polaków wciąż boi się śmielej wziąć finanse w swoje ręce. Lektura obowiązkowa przed pierwszą wizytą w banku lub u doradcy inwestycyjnego" - to recenzja poradnika zamieszczona na stronie konkursu. Jedna z moich czytelniczek pochwaliła mi się ostatnio: "Mój syn pilnie studiował pana książkę przygotowując się do ogólnopolskiego konkursu "Z klasy do kasy". I w części praktycznej jego drużyna zajęła drugie miejsce w kraju! Powinien się Pan postarać o rekomendację MEN dla tej książki!" Dziękuję za ciepłe słowo!

      Samcik.blox

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Prezydencka propaganda kredytowa, czyli jak zrobić ludziom wodę z mózgu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 października 2012 08:19
  • piątek, 26 października 2012
    • Smutna prognoza: im lepiej banki będą nas inwigilować, tym więcej zarobią

      Czasem zdarza mi się dobra okazja, by spotkać się z przedstawicielami branży bankowej face to face i publicznie porozmawiać z nimi o tym co gryzie moich czytelników. Dyskutowałem już m.in. z rzecznikami prasowymi banków w Klubie Bankowca, zastanawiałem się nad wyzwaniami dla mediów i PR-owców podczas rozdania nagród "Lwy PR", mówiłem o wizerunku banków w ramach konferencji "Financial Services Initiative". Zaś teraz właśnie spotkałem się z czołowymi polskimi bankowcami i przedstawicielami firm doradczych podczas debaty na Kongresie Bankowości Detalicznej, zorganizowanym od pięciu lat pod skrzydłami Gdańskiej Akademii Bankowej. Przyznam, że wyszedłem z tej rozmowy z mieszanymi uczuciami. Wygląda bowiem na to, że w relacjach banków z klientami zbliża się bardzo ryzykowna era. Bankom przestało bowiem wystarczać segmentowanie klientów na biednych, średnio-biednych, średnio-bogatych i zamożnych. Teraz chcą nam dostarczać produkty finansowe szyte wręcz na miarę, dopasowane do potrzeb każdego z nas z osoba. Takie podejście do biznesu bankowego niesie ryzyko dla wszystkich - i dla banków i dla klientów

      Kongres Bankowości Detalicznej

      Przez kilkanaście lat banki rozwijały się poprzez pozyskiwanie nowych klientów (walcząc o wyższy wskaźnik "ubankowienia" społeczeństwa). Potem - gdy okazało się, że większość klientów, do których da się w miarę tanio dotrzeć, a którzy chcą mieć cokolwiek z bankami (czyli 30-35% społeczeństwa jeśli chodzi o kredyty i jakieś 60-70% jak chodzi o konta) są już "ubankowieni" - ruszył bój o cross-selling, czyli "uproduktowienie" tych uprzednio "ubankowionych". Nie wszystkie banki są na końcu drogi do "uproduktowienia" swoich klientów, ale wygląda na to, że potencjał zysków wynikający z tego procesu też powoli się wyczerpuje. Kolejnym etapem jest podbieranie sobie przez banki klientów, czyli "konwersja ich uproduktowienia". I to się dziś dzieje na dużą skalę - za pomocą money-backów na kartach płatniczych, czy nagród finansowych oferowanych przez banki za założenie konta.

      Tyle, że idą coraz trudniejsze czasy: popyt na kredyt nie chce rosnąć, stopy procentowe spadają (a wraz z tym marże banków na odsetkach), KNF naciska na trzymanie wysokich buforów wypłacalności i płynności, rząd planuje podatek bankowy, Sejm za chwile zetnie bankom dochody z inyterchange... No, słowem, robi się gorąco, więc banki muszą się zastanowić czy prowadzić w dalszym ciągu tę wyniszczającą wojnę o podbieranie sobie już "uproduktowionych" klientów. Podobno pozyskanie jednego nowego klienta od konkurencji kosztuje w branży bankowej 100-150 euro i są to pieniądze, które trudno jest w krótkim horyzoncie odzyskać z opłat i prowizji. Na coraz trudniejszym rynku i przy spadającej rentowności biznesu banki będą musiały wydawać te pieniądze coraz bardziej rozsądnie. Efekt? Z dyskusji, którą prowadziłem w czwartek na Kongresie Bankowości Detalicznej, z udziałem m.in. przedstawicieli top managementu PKO BP, Banku Pekao, doradczej części IBM oraz firmy Accenture wyłania się teza, że banki w najbliższych latach będą musiały nauczyć się jeszcze więcej wyciskać ze swoich dotychczasowych klientów, którzy są już "ubankowieni", "uproduktowieni" i porządnie zgrillowani. Jak na nich więcej zarobić?

      Spece z firm doradczych i ci od budowania systemów IT kuszą perspektywą takiego wykorzystania baz wiedzy o klientach, zgromadzonych na podstawie ich historii kont, zarobków, transakcji kartowych, by dostarczać im produkty pod nos, antycypując wręcz ich potrzeby. Bank wie na przykład, że dany klient bywa we wtorki w sklepach z bielizną damską. Wie też w którym sklepie się zaopatruje (bo przecież ma dane o transakcjach dokonywanych jego kartami). Jeśli klient ma wypasionego smartfona z GPS-em (na razie go nie ma, ale można zaprząc firmę telekomunikacyjną, żeby mu zapodała takie cacko za złotówkę), to system banku może wiedzieć, w którym momencie klient zbliża się do sklepu. Wtedy na ekranie smartfonu pojawia się oferta przygotowana specjalnie dla niego "dziś stringi taniej przy zakupie drugiego kilograma" ;-)). Jednocześnie bank podstawia preferencyjny kredyt gotówkowy o spersonalizowanej nazwie "stringi dla ciebie", który można uruchomić w 15 minut, nie wychodząc ze sklepu z bielizną.  Tak się kreuje potrzeby ludzi, korzystając z wiedzy pozyskanej o konsumenckich zachowaniach każdego z nas.

      Bankowcy zaczynają już korzystać z możliwości personalizowania ofert pod każdego klienta indywidualnie. Taką właśnie próbą są oferty przedstawiane klientom przez mBank i Multibank w systemie transakcyjnym, oferty kredytów online dostępnych 15 minut, czy kredytów na telefon. Ale finansiści mają pewne opory w stosowaniu tej strategii zbyt odważnie. Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP, otwarcie powiedział podczas prowadzonej przeze mnie dyskusji, że nie ma ochoty tak się bawić, bo zbyt głęboka inwigilacja może przynieść efekt odwrotny od zamierzonego. Nie trafiona oferta powoduje, że klient czuje się słabo. Mówił też o tym dobitnie prof. Janusz Czapiński, który też był gościem w moim panelu dyskusyjnym. A Grzegorz Piwowar, wiceprezes Banku Pekao, przyznał, że banki nie nauczyły się jeszcze korzystać ze wszystkich danych, jakie gromadzą o klientach. Ale się nauczą, zwłaszcza jak zaczną zawierać mariaże z firmami telekomunikacyjnymi i internetowymi (Google, Facebook?), co na zachodzie już się dzieje. Wymiana danych o klientach przez te instytucje spowodują powstanie baz, z których potęgi mało kto zdaje sobie sprawę.

      Ale bazy danych to jedno, a umiejętne korzystanie z nich to drugie. I dlatego właśnie pęd banków do personalizacji oferty może być dla nich pułapką. Przedstawienie klientowi złej, nie trafionej, źle sprofilowanej, zbyt często powtarzanej oferty, automatycznie przełoży się na spadek zaufania delikwenta do banku. Nikt nie lubi być inwigilowany, a być inwigilowanym bez sensu i bez korzyści... .Bank, któremu uda się do perfekcji wykorzystać dane o klientach, zgadywać w mig i bez wtopy ich potrzeby, wygra wojnę, w której stawką są miliardy złotych zysków. Ale ciężkie straty reputacyjne i biznesowe poniosą ci, którzy będą próbować nieudolnie i tym samym jedynie wkurzać ludzi.  Jak Wam się podoba pomysł bankowców na personalizację oferty na poziomie pojedynczego klienta i o odważnym wykorzystywaniu w tym celu całej wiedzy, którą bank posiadł na temat klienta? Oczywiście o wykorzystywaniu jej także dla dobra klienta, który może nawet nie wiedzieć, że przechodząc obok sklepu z bielizną może dostać od banku rabat, kredyt i ubezpieczenie zakupu majtek? ;-)

      SUBIEKTYWNOŚĆ ZACIEKAWIA WIELU. Strony blogu "Subiektywnie o finansach" klikacie średnio 475.000 razy miesięcznie, co oznacza kilkanaście tysięcy Waszych wizyt każdego dnia. Blog ma też ponad 13.000 fanów w Facebooku. Średnio w każdym miesiącu ukazuje się na tych stronach blogu 29 tekstów, co oznacza, że prawie codziennie znajdziecie tu coś nowego. Jeśli macie dla mnie propozycje tematów, którymi powinienem się zająć, albo problem z bankiem, funduszem inwestycyjnym, firmą ubezpieczeniową, czy z pośrednikiem finansowym - piszcie do mnie poprzez stronę blogu na Facebooku albo wyślijcie e-mail: maciej.samcik (at) agora.pl. Żaden e-mail nie zostanie bez odpowiedzi. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Smutna prognoza: im lepiej banki będą nas inwigilować, tym więcej zarobią ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 26 października 2012 10:48
  • czwartek, 25 października 2012
    • Ultimatum banku dla kredytobiorcy: płać 15,5 zł miesięcznie za konto, albo...

      Odkąd w bankach nie ma już boomu w sprzedaży nowych kredytów hipotecznych, rośnie skłonność bankowców do wyciskania ostatnich soków z tych, którym kredyt sprzedano w przeszłości. Możliwości są po temu niewąskie - wystarczy wprowadzić opłaty za produkty związane z kredytem, z których klient nie może zrezygnować, bo zobowiązał się w umowie do ich utrzymywania przez cały okres spłaty rat. Pierwszy z brzegu przykład - konto osobiste. Kto powiedział, że konto zblokowane z kredytem ma być za darmo? Ba, to byłoby nawet głupie, bo przecież skoro klient ma  w umowie zapis, że musi utrzymywać konto przez najbliższe 30 lat, to byłoby działaniem na szkodę banku byłoby trzymanie przez te całe 30 lat stawki "zero". Tak właśnie wygląda najnowszy pomysł na zwiększenie wpływów prowizyjnych, który przedstawił klientom Deutsche Bank. Miał on zawsze bardzo dobrych klientów hipotecznych - z wysokimi dochodami, zaciągających ponadprzeciętnie duże pożyczki. Marże niskie, świetne warunki kredytowania, szeroki wybór walut (bez doktoratu nie podchodź ;-)). Gdy inne banki kredytowały Ninja, Deutsche Bank przyciągał klasę średnią i wyższą, która poradzi sobie nawet w kryzysie.  I nie będzie marudzić, że bank zabierze dodatkowo jakieś pieniądze z dodatkowych prowizji.

      Chyba jednak wśród klienteli Deutsche Banku znalazło się paru tych, co lubią liczyć pieniądze. Dostałem właśnie kilka listów od oburzonych klientów: "Od jakiegoś czasu noszę się z zamiarem napisania do Pana w sprawie Deutsche Banku, który najwyraźniej coraz mniej lubi swoich starych klientów. Tłem historii jest kredyt hipoteczny. W okresie, kiedy kredyt zaciągałem, Deutsche Bank był bankiem niesamowicie przyjaznym, stawiającym jednak wysokie wymagania kredytobiorcy (dość powiedzieć, że zdolność kredytowa była trzykrotnie niższa niż w PKO BP, a wymagania dotyczące zarobków - wygórowane). W zamian bank oferował niezłe warunki o całkiem przyzwoity spread walutowy. Przez lata sytuacja uległa zmianie - spread stał się jednym z najgorszych na rynku, a bank kopie klientów po kostkach przy byle okazji" - napisał do mnie jeden z czytelników.

      Kopanie po kostkach wygląda w ten sposób, że bank wysłał do klientów listy pod tytułem: "Zmiany w regulacjach dotyczących prowadzenia Rachunków i Usług Płatniczych". List był następującej treści: "Szanowni Państwo, uprzejmie informujemy, że Deutsche Bank PBC działać będzie zgodnie z wymogami  Ustawy o Usługach Płatniczych. W związku z powyższym, wprowadzony zostaje nowy "Regulamin otwierania i prowadzenia rachunków bankowych oraz świadczenia usług płatniczych dla Konsumentów".  Zmianie ulegają również zapisy "Tabeli prowizji za czynności bankowe i opłat za inne czynności wykonywane przez Deutsche Bank PBC". Więcej informacji na temat zmian można znaleźć w liście informacyjnym". Bank podał też linki do nowych regulacji w formie elektronicznej oraz ogłosił, że zmiany zaczną obowiązywać od 24 października.

      "Nieuważny czytelnik może odnieść wrażenie, że nic złego się nie dzieje, że zmiany wynikają jedynie z dostosowania działalności banku do wymogów ustawy. Podobnie można się czuć, gdy zaczniemy zapoznawać się z treścią listu informacyjnego. Pierwsza strona to nic innego jak informacja co się zmieni w związku z wymogami Ustawy. Dopiero druga strona zawiera informację, że "dodatkowo" podnoszone lub wprowadzane są dodatkowe opłaty" - pisze czytelnik. Cóż, niektóre banki już się połapały, że to wyjątkowo niemądry pomysł ogłaszać w ten sposób zmiany i liczyć na to, że klienci się nie zorientują. Nie tak dawno chwaliłem przedstawicieli Citi Handlowego, którzy w podobnej sytuacji nie zamierzali chować głowy w piasek i komunikowali się z klientami z otwartą przyłbicą. Pierwsze reakcje klientów z pewnością nie były dobre, ale bank straciłby znacznie więcej, gdyby klienci zorientowali się po jakimś czasie, że zostali kulturalnie i bez mydła zrobieni w trąbę. Tak właśnie poczuli się klienci Deutsche Banku. I dlatego też pewnie dziś jest w blogu ten wpis.

      Oczywiście nie chodzi tu tylko o formę, ale też o pieniądze: "Kredytobiorcom polecano przy zaciąganiu kredytów nieistniejący już w bieżącej ofercie "Pakiet Inwestor", w ramach którego prowadzone było bezpłatne wówczas konto. Naturalnie konto było obowiązkowe, podobnie jak przelewanie na nie kolejnych rat kredytu. Bank znalazł sobie niezły sposób na zarobek, zmieniając opłatę za konto osobiste z "bez opłaty" na 12 zł miesięcznie. Gdyby jednak i to było bankowi za mało, to wprowadzono również opłatę za kartę (3,50 zł miesięcznie). Trudno powiedzieć, co przyświeca tym - wprowadzanym "przy okazji" - zmianom. Może być to chęć zarobienia na uwiązanych do banku klientach lub przekonania ich do zmiany pakietu na inny (tańszy i obowiązujący w chwili obecnej). Zmiana taka jednak kosztuje - 150 zł zgodnie zarówno z nową jak i starą taryfą prowizji" - pisze czytelnik.

      Co na to bank? Słodko tłumaczy się ujednolicaniem, standaryzowaniem, upraszczaniem... "Wprowadzenie opłaty za niedostępny już w ofercie od kwietnia 2010 r. "Pakiet Inwestor" podyktowane jest ujednoliceniem warunków cenowych pakietu do tych obowiązujących dla analogicznego w obecnej ofercie rachunku db Life. Jeśli Klient nie chce ponosić opłaty za konto, istnieje możliwość zmiany starego pakietu na jeden z naszych bezpłatnych rachunków, np. internetowy dbNET. Warto dodać, że w przypadku tego konta korzystanie z karty Visa Electron nie wiąże się z żadnymi opłatami już po dokonaniu jednej transakcji miesięcznie (na dowolną kwotę), dodatkowo Klient zyskuje bezpłatny dostęp do wypłat ze wszystkich bankomatów na całym świecie. Po zmianie rodzaju rachunku jego numer pozostaje ten sam, co ma znaczenie dla Klientów spłacających kredyt hipoteczny z konta w złotych, a także - zgodnie z warunkami umowy kredytowej - zasilających je regularnymi wpływami. W przypadku spłaty kredytu mieszkaniowego bezpośrednio w walucie obcej, istnieje możliwość dokonywania bezkosztowych wpłat gotówkowych bezpośrednio na rachunek techniczny kredytu lub – w ramach pakietu dbNET - również bezpłatny rachunek walutowy" - odpisano mi z Deutsche Banku. Klientowi poradziłem złożenie w banku prośby o zwolnienie z opłaty za zmianę pakietu. Podziałało - bank, w imię "dobrej relacji z klientem" zrezygnował z pobrania tych 150 zł. Dobre i to... Ilu jednak nie przeczytało w porę tego wpisu (gdyż nie był jeszcze napisany) i zapłaciło? Hę?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Ultimatum banku dla kredytobiorcy: płać 15,5 zł miesięcznie za konto, albo...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 października 2012 00:18
  • wtorek, 23 października 2012
    • Skandal! Bank cofnął klientom przelewy pensji i... obciążył ich odsetkami!

      Jest takie powiedzenie: kto daje i odbiera... Nie wiem na ile jego piekielne konsekwencje sprawdzają się w branży bankowej, ale zdaje się, że jest szansa, aby to przetestować na przykładzie banku PKO BP. Napisał do mnie czytelnik, który został przez bank najpierw obdarzony przelewem, a potem tego przelewu pozbawiony. Przygoda ta przydarzyła się panu Piotrowi. "Szanowny panie Macieju, czytając codziennie Gazetę.pl, często trafiam na pański blog i wiem, ze czasami podejmuje się pan interwencji lub opisuje rozmaite problemy na styku bank-klient. Chcę się poskarżyć. Bank PKO BP obciążył konsekwencjami własnych błędów klienta, czyli mnie. Mam nadzieję (pewnie na wyrost...) że może ta sprawa pana zainteresuje, a jej opisanie pomoże mi w rozwiązaniu problemu, który mam z bankiem" - pisze pan Piotr. Dlaczego na wyrost, panie Piotrze? Wnikliwi obserwatorzy tego blogu doskonale wiedzą, że czasem zajmuję się nawet sprawami błahymi. Ale ta błaha nie jest, oj nie. 

      "Dnia 3.08.2012 r. na moje i mojego syna rachunki w PKO BP wpłynęły przelewy w kwotach 10.903 zł i 9095 zł od naszego pracodawcy, firmy PKZ BHZ Eksport, który również - co nie jest bez znaczenia dla sprawy - ma rachunek bieżący w PKO BP. To wynagrodzenia wynikające z umów o pracę z 2010 i 2011 r. oraz diety za delegacje służbowe. Pieniądze w dniach 4-5.08.2012 r. mieliśmy do pełnej dyspozycji i zaczęliśmy wydawać na różne zakupy i opłaty. Tymczasem dnia 6.08.2012 r. bank PKO BP anulował oba przelewy, dokonując obciążeń naszych rachunków nie tylko bez naszej autoryzacji, ale nawet bez powiadomienia nas. I to z datą wsteczną!. W ten sposób bank spowodował, oprócz innych, związanych z tym kłopotów, pojawienie się na naszych rachunkach niedozwolonego debetu, za które teraz obciąża nas karnymi odsetkami i grozi egzekucją komorniczą.

      Nasi współpracownicy, zatrudnieni razem z nami w tej samej firmie, którzy otrzymali przelewy tego samego dnia i z tego samego tytułu, ale mają konta w innych bankach,  środki te mają cały czas do dyspozycji. PKO BP prawdopodobnie domagał się również od ich banków anulowania tych przelewów, bo bank te kontaktowały się w tej sprawie z naszymi współpracownikami. Ale ostatecznie tamte przelewy nie zostały anulowane. Uważamy, że pobranie przez bank z naszych rachunków kwot uprzednio na nie przelanych i zaksięgowanych, dokonane bez naszych autoryzacji, jest niedopuszczalne i nielegalne, bez względu na przyczynę. W odpowiedziach na nasze reklamacje bank zasłania się tajemnicą bankową i odsyła nas po wyjaśnienia do naszego pracodawcy. Domyślamy się, że nasz pracodawca może mieć problemy skutkujące zajęciami komorniczymi rachunków bankowych. Nie wykluczamy, że bank popełnił pomyłkę, przelewając pieniądze z rachunków naszego pracodawcy na nasze konta. Być może konta te wcześniej zostały zajęte np. przez komornika? Ale dlaczego mamy ponosić konsekwencje tej pomyłki? Domagamy się zwrotu pieniędzy, anulowania wszelkich kar i przeprosin" - kończy swoją opowieść pan Piotr. Nic tylko wrzucić Szymonowi granat... 

      Powiem szczerze: to jest jakiś skandal. Niezależnie od tego, czy bank w ogóle miał prawo ściągnąć z konta klienta pieniądze (nawet jeśli przelane omyłkowo), kompletną paranoją jest to, że teraz obciąża klientów odsetkami, karami i kosztami upomnień. To bank popełnił błąd i to bank powinien ponieść jego konsekwencje. Pan Piotr przesłał mi odpowiedź PKO BP na jedną z jego reklamacji. "Działania podjęte przez nasz Bank były powodowane tym, iż Pański kontrahent nie miał prawa dysponowania tymi środkami finansowymi i prawnie niedopuszczalne było dokonanie operacji przelewu na Pański rachunek. Szczegółowe omówienie przyczyn takiego stanu rzeczy nie jest możliwe, albowiem bank, udzielając Panu wyjaśnień, musiałby naruszyć zasady zachowania tajemnicy bankowej w odniesieniu do Pańskiego kontrahenta" - napisał bank. Pracownik, który podpisał się na piśmie, wyraził chęć dokładniejszego omówienia sytuacji, o ile klient sobie tego zażyczy.

      Wersal. Dlaczego tylko, do jasnej cholery, w kilka dni później bank przysłał mojemu czytelnikowi monit, w którym oblicza odsetki za niedopuszczalny debet (76,85 zł) i uprzejmie prosi, by do powyższej kwoty klient doliczył opłatę za monit w wysokości 30 zł? Jeśli nawet doszło do sytuacji opisywanej przez bank, to ów bank powinien na piśmie ładnie poprosić klienta o zwrot pieniędzy, powołując się na odpowiednią podstawę prawną. Uważam, że nadzór wewnętrzny PKO BP powinien mocno szturchnąć osobnika, który dopuszcza do nakładania na klienta kar i naliczania mu odsetek karnych w tak kuriozalnej sytuacji. Bardzo proszę osoby odpowiedzialne w banku PKO BP za relacje z klientami, by wyjaśnili czy zastosowano właściwy sposób załatwienia sprawy. A jeśli nie, to w jaki sposób bank zamierza pokryć straty klientów. Tip: można użyć bankomatu.

      I na koniec mam dla Was dobrą wiadomość - sprawa skończyła się happy endem, o czym donieśli mi przedstawiciele banku PKO BP już po publikacji wpisu w blogu. Bank najwyraźniej skorzystał z powyższej sugestii Szymona, dotyczącej skorzystania z usług bankomatu. "17 października br. na rachunki klientów zwróciliśmy niesłusznie pobrane środki. Następnego dnia anulowane zostały pobrane opłaty za zawiadomienie i monit. Korekta odsetek błędnie naliczonych od zadłużenia powstałego w rachunku zostanie dokonana 2 listopada br. Jednocześnie przeprosiliśmy klientów za zaistniałą sytuację, która nie powinna się zdarzyć". Co prawda to prawda - nie powinna. Błędy się zdarzają, ale jak to się stało, że bank tkwił w błędzie przez kolejne dwa i pół miesiąca? To właśnie owo tkwienie w błędzie skłoniło mnie do poruszenia sprawy cofniętych przelewów. Mam nadzieję, że w PKO BP zostaną wdrożone procedury, które pozwolą bankowi naprawiać błędy znacznie sprawniej, niż w opisanym powyżej przypadku.

      SUBIEKTYWNOŚĆ ZACIEKAWIA WIELU... Strony blogu "Subiektywnie o finansach" klikacie średnio 475.000 razy miesięcznie, co oznacza kilkanaście tysięcy Waszych wizyt każdego dnia! Blog ma też ponad 13.000 fanów w Facebooku. Średnio w każdym miesiącu ukazuje się na stronach blogu 29 tekstów, co oznacza, że prawie codziennie znajdziecie tu coś nowego. Jeśli macie dla mnie propozycje tematów, którymi powinienem się zająć, albo problem z bankiem, funduszem inwestycyjnym, firmą ubezpieczeniową, czy z pośrednikiem finansowym - piszcie do mnie poprzez stronę blogu na Facebooku albo wyślijcie e-mail: maciej.samcik (at) agora.pl. Żaden e-mail nie zostanie bez odpowiedzi. 

      ...PODPOWIADA JAK WYGRAĆ Z BANKIEM... Jeśli jesteś w sporze z bankiem, to w blogu "Subiektywnie o finansach" znajdziesz mnóstwo podpowiedzi jak skutecznie walczyć o swoje prawa. To jeden z największych w internecie zbiorów rad od ludzi, którzy już wywalczyli zwycięstwo w sporach z instytucjami finansowymi. Tu dowiesz się jak uzyskać zwrot ubezpieczenia niskiego wkładu własnego do kredytu hipotecznego. I jak sprawdzić czy bank dobrze wyliczył kwotę składki. Tutaj też przeczytasz jak wywalczyć zwrot nadpłaconych odsetek od kredytu oraz co zrobić, by skutecznie zakwestionować zasady ustalania oprocentowania kredytu. Z blogu dowiesz się co zrobić, gdy bank nie wywiązuje się z obietnicy obniżenia marży kredytowej, a także ile pieniędzy Ci się należy za to, że pracownik banku za Twoimi plecami złożył wniosek kredytowy. W blogu były też opowieści klientów, którzy walczyli z bankiem nie wykonującym ich dyspozycji oraz wiadomości o tym ile zadośćuczynienia żądali czytelnicy blogu za błąd banku. Sprawdź też co zrobić, gdy bank się na Ciebie wypnie. Czasem wystarczy napisać krótki pozew

      ... I WSPIERA NAJLEPSZYCH. Autor blogu "Subiektywnie o finansach" od czasu do czasu bierze udział w obradach jury różnych konkursów premiujących innowacyjność, pomysłowość i ludzi z wielkimi cojones. Był np. w jury przyznającym nagrody dla ikon polskiej bankowości. Wybierał najlepsze i najbardziej innowacyjne produkty bankowe. Przyznawał, wspólnie z innymi ekspertami, laury za najciekawsze logo polskiego banku. Teraz bierze udział w jury wybierającym kandydatów do miana najładniejszej placówki bankowej. Ostatnio subiektywność odcisnęła swe piętno również na mFestiwalu, czyli konkursie mBanku dla osób, które chciałyby zabłysnąć multimedialnie. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (47) Pokaż komentarze do wpisu „Skandal! Bank cofnął klientom przelewy pensji i... obciążył ich odsetkami!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 października 2012 23:26
  • poniedziałek, 22 października 2012
    • Horror we Wrocku. Nie trzeba znać PIN-u do karty, żeby wyczyścić komuś konto?

      Czy to możliwe, żeby ktoś dobrał się - za pomocą zgubionej przeze mnie karty - do pieniędzy zgromadzonych na moim koncie, nie znając PIN-u do karty? Czy jest możliwe, żeby wyczyścił konto z pieniędzy w kilka minut? Brzmi to nieprawdopodobnie: przecież karty są chronione PIN-em, który trzeba podać przy każdej wypłacie pieniędzy z bankomatu i przy każdej płatności w sklepie. Owszem, część kart w naszych portfelach to plastiki bezstykowe, które pozwalają dokonywać małych zakupów do 50 zł bez podawania kodu PIN. Ale tego rodzaju transakcje są przez banki ściśle limitowane - bez PIN-u dziennie można wykonać tylko kilka zakupów zbliżeniowych, których wartość łączna nie przekracza 200-300 zł. Wyczyszczenie konta za pomocą skradzionej komuś karty z funkcją zbliżeniową wygląda więc na mało prawdopodobne. Wniosek? Jeśli zgubię kartę płatniczą i nie udostępnię znalazcy kodu PIN - mogę ponieść tylko niewielkie straty, zaś saldo konta nie powinno być zagrożone. W takim przeświadczeniu żyłem od dawna. Myliłem się.

      Napisał do mnie jeden z czytelników blogu, pan Hubert. "Ten weekend mogę zaliczyć do mniej udanych w życiu. Skradziono mi portfel i przy pomocy płatności zbliżeniowych dokonano ponad 20 transakcji w przeciągu kwadransa, o łącznej wartości 1000 zł. Kiedy się zorientowałem co się dzieje, chciałem zablokować kartę. Niestety, akurat tego wieczoru mBank miał przerwę techniczną, więc mi się nie udało. Nie jestem w stanie pojąć jak to jest możliwe, że system pozwala na tyle następujących zaraz po sobie transakcji i to bez żadnego zatwierdzenia PIN-em. . Nie mam też na karcie żadnej możliwości wyłączenia płatności zbliżeniowych, ani ustawienia jakichś limitów. Jakie są szanse na odzyskanie pieniędzy?" - pyta pan Hubert.  Po przeczytaniu jego listu miałem więcej pytań, niż odpowiedzi. Przecież żaden bank nie pozwala na dokonanie więcej, niż kilku transakcji zbliżeniowych dziennie. Dlaczego więc klient mBanku stracił w ten sposób ponad 1000 zł? Nawalił system, czy klient nie powiedział mi całej prawdy?

      Tę drugą możliwość od razu wykluczyłem, bo pan Hubert przysłał mi wyciąg z rachunku, a na nim - czarno na białym - ponad 20 transakcji na 50 zł każda, dokonanych w ciągu niecałych 15 minut. Kwoty transakcji wskazują, że były to transakcje zbliżeniowe, do których nie było potrzebne podanie PIN-u. Co ciekawe, były to zakupy biletów w automatach należących do zakładów transportu publicznego we Wrocławiu. "Płatności takie są możliwe tylko w automatach zamontowanych wewnątrz autobusów lub tramwajów. Automaty obok sprzedaży biletów pozwalają doładować telefon, więc złodziej mógł mieć dzięki mojej karcie używanie. Mój przypadek idealnie wpisuje się w kilka wpisów w blogu "Subiektywnie o finansach", dotyczących niebezpieczeństw związanych z posiadaniem karty zbliżeniowej, czego jestem teraz żywym przykładem. W mBanku nie ma opcji ustalania limitów dla transakcji dokonywanych bez autoryzacji PIN-em. No i niestety nie można dostać w tym banku karty bez antenki zbliżeniowej i systemu paypass lub paywave" - żali się pan Hubert.

      Po co ktoś miałby kupować za pieniądze mojego czytelnika bilety za 1000 zł? Zapewne po to, żeby odsprzedać je za połowę wartości na jakimś targu i być 500 zł do przodu. Ale to nieważne. Największym problemem jest odpowiedź na pytanie: dlaczego system mBanku i organizacji płatniczej MasterCard pozwolił na dokonanie tak dużej liczby transakcji bez podania PIN-u, powodując tym samym wyczyszczenie konta mojego czytelnika? Czy to oznacza, że karty zbliżeniowe mają lukę w systemie bezpieczeństwa? Że jeśli je zgubimy, możemy stracić wszystkie pieniądze na koncie? Czy gdyby na koncie pana Huberta był nie 1000 zł, ale 100.000 zł, to intruz też mógłby je wyprowadzić w formie różnych zakupów? Skoro system banku nie zastosował żadnego limitu dla transakcji zbliżeniowych w autobusie, to jaką mamy pewność, że limity zadziałają w sklepie z drogą biżuterią, do którego szczęśliwy znalazca naszej karty może się przecież niezwłocznie udać?

      Z tą tajemnicą w ręku udałem się do Krzysztofa Olszewskiego, rzecznika mBanku. Oj, trwało kilka dni, zanim w banku wnikliwie zbadali sprawę. Wyniki śledztwa wykazały, że problem - choć objawił się w transakcjach zbliżeniowych - nie ma nic wspólnego z tą technologią, która nie od dziś budzi wątpliwości sceptyków. "Temat, na który zwraca uwagę czytelnik, związany jest z biletomatami stosowanymi w środkach komunikacji miejskiej we Wrocławiu przez tamtejszego przewoźnika (pisała o tym "Gazeta Wyborcza"). Maszyny przy transakcjach do 50 zł nie wymagają PIN-u zarówno dla transakcji zbliżeniowych, jak i dla zwykłych, stykowych. Zatem terminale te są niebezpieczne dla użytkowników wszystkich rodzajów kart" - napisał mi rzecznik mBanku. Cóż, goście zarządzający płatnościami bezgotówkowymi w komunikacji miejskiej we Wrocławiu postanowili się nieźle zabawić. Niezależnie od tego jaką kartę zgubisz - zbliżeniową czy zwykłą - złodziej popędzi do najbliższego wrocławskiego autobusu, gdzie zacznie tłuc transakcje o wartości do 50 zł. Będzie ich tłukł ile wlezie, a urządzenie do sprzedawania biletów w ogóle nie zapyta go o PIN! Ciekaw jestem kto wymyślił coś aż tak dziwnego. W ten sposób można wyczyścić każdą kartę płatniczą, znalezioną na ulicy. Nie trzeba znać PIN-u, nie trzeba niczego zatwierdzać.

      Dobra wiadomość jest taka, że dziura bezpieczeństwa dotyczy tylko konkretnych terminali, zamontowanych we wrocławskiej komunikacji miejskiej. Podobnych prezentów nie rozdają terminale w sklepach (przynajmniej nie ma na to żadnych dowodów, tam podobno działają limity zaledwie kilku transakcji bez-PIN-owych dziennie). Zła wiadomość to ta, że zagrożeni jesteśmy wszyscy. Każdy, kto zgubi kartę płatniczą, nawet jeśli kod PIN jest wyryty jedynie w jego głowie, musi się liczyć z ryzykiem, że straci wszystkie pieniądze zgromadzone na koncie. Takie "nieostrożne" terminale są używane nie tylko w autobusach we Wrocławiu. Spróbujcie np. zapłacić kartą za parkowanie w warszawskiej galerii handlowej "Złote Tarasy". Niezależnie od tego, czy rachunek wynosi 5 zł, czy 25 zł, terminal nie poprosi o PIN. Tyle, że pieniędzy w biletomacie "Złotych Tarasów" nie da się zamienić na żywą gotówkę, a bilety kupione w autobusie teoretycznie można zamienić na gotówkę. Można też kupić we wrocławskim biletomacie doładowanie telefonu na koszt kogoś, kto zgubił kartę. I też nie trzeba podawać PIN-u.

      Rzecznik mBanku uspokaja, że reakcja banku była błyskawiczna, bo zadziałały procedury bezpieczeństwa. "W przypadku czytelnika pracownicy banku w ciągu kilkunastu minut sami zwrócili uwagę na podejrzane transakcje i dokonali zastrzeżenia karty. Niezależnie od tego, co do zasady zastrzeżenie karty w mBanku możliwe jest o każdej porze dnia i nocy – bez względu na prowadzone prace technologiczne. Wystarczy telefon do operatora mLinii" - mówi Krzysztof Olszewski. Pan Hubert potwierdza, że jego historia skończyła się dobrze. "Minęło aż 30 dni od czasu zgłoszenia mojej reklamacji. MasterCard i mBank okazały się porządnymi firmami i zwrócili mi całość skradzionej kwoty (1080 zł). Pracownik banku powiedział mi, że w przypadku wystąpienia wielu transakcji pod rząd wydawcy kart są ubezpieczeni od odpowiedzialności, nawet jeśli wina leży po stronie klienta. I że są świadomi ryzyk związanych z nieautoryzowanymi transakcjami zbliżeniowymi". Niewykluczone, że firma ubezpieczeniowa, która pośrednio pokryła straty klienta, wyegzekwuje pieniądze od lekkomyślnego właściciela biletomatów.

      Jaki z tego wszystkiego wniosek? Nie ma co ufać w systemy bezpieczeństwa banków, tylko ustanowić limity transakcji dla płatności bezgotówkowych (ilościowe lub liczbowe). Każdy bank pozwala zdefiniować ile pieniędzy dziennie i miesięcznie można wydać kartą i ile transakcji bankomatowych oraz POS-owych można wykonać. "To te limity chronią posiadacza karty przed nieuprawnionymi transakcjami – bez względu na to, z jakiej technologii korzysta (zbliżeniowa, standardowa w terminalu)" - przyznaje Krzysztof Olszewski z mBanku. A może warto wykupić w banku dodatkowe ubezpieczenie karty? "Jak na każdego "gołodupca" na dorobku przystało, człowiek nawet nie myślał o ubezpieczeniu karty, tym bardziej, że takie kwoty, jak 1000 zł, mam na koncie tylko w wyjątkowych przypadkach. Reszta leży na oszczędnościowych. A tutaj taki zbieg okoliczności..." - dziwi się pan Hubert. Z tymi ubezpieczeniami  bym nie przesadzał. Każda transakcja, którą zakwestionujemy, a która nie była potwierdzona PIN-em ani podpisem, nadaje się do reklamacji i bank ma obowiązek tę reklamację uznać (bo nie jest w stanie udowodnić klientowi, że ten kłamie, kwestionując ją). Choć są już na rynku ubezpieczenia od takich lewych transakcji. I to nie tylko za pomocą skradzionych kart, ale i... smartfonów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (104) Pokaż komentarze do wpisu „Horror we Wrocku. Nie trzeba znać PIN-u do karty, żeby wyczyścić komuś konto?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 października 2012 09:38
  • sobota, 20 października 2012
    • To sen? Wi-fi w przedziale, gniazdko przy fotelu, wagon zabaw, bilet w smartfonie...

      Upadek supertaniej linii lotniczej OLT Express był tym, o co musieli skrycie modlić się szefowie PKP Intercity. W pierwszych siedmiu miesiącach tego roku sieć Intercity co prawda przewiozła prawie 18 milionów pasażerów, ale to o 100.000 mniej, niż o tej samej porze przed rokiem. Czy można się dziwić? W Warszawie na lotnisko da się już szybko dojechać pociągami Szybkiej Kolei Miejskiej lub Kolei Mazowieckich (nota bene ostatnio wypłakała mi się w rękaw pewna taksówkarka, która twierdziła, że odkąd jeździ ten cholerny pociąg na lotnisko, ona traci jedną trzecią ruchu). Owszem, pociągi znów stały się dużo tańsze, niż samoloty, bo LOT podwyższył ceny - ale jeśli konsument zarabiający np. dwie-trzy średnie krajowe ma wybór między pociągiem, który za 135 zł przewiezie go do Wrocławia w sześć godzin, a samolotem, który zrobi to w trzy godziny (łącznie z dojazdem na lotnisko, check-in, kontrolą bezpieczeństwa) za 300-350 zł, to wybór nie jest aż taki oczywisty.

      Dworce są nowe i piękne, bo zrobione na Euro 2012. Pociągi spóźniają się rzadziej (a jeśli już to coraz częściej pasażerów informuje się o przyczynach i czasie opóźnienia), w ekspresach konduktorzy mają przy sobie terminale do płatności kartami, a w pociągach InterRegio można nawet kupić bilet płacąc zbliżeniowo. Wsiadłem nie tak dawno do pociągu RegioExpress (to  marka samorządowej spółki Przewozy Regionalne, konkurującej z PKP Intercity) i był to naprawdę piękny, odpicowany pociąg, z którego nie chciało mi się wysiadać. 

      Kariera OLT Express uświadomiła mi - a chyba też milionom innych konsumentów - że pociągi Intercity są potwornie drogie, przynajmniej w relacji do czasu przejazdu, który oferują. I jak tak dalej pójdzie, to samoloty dla wielu z nas staną się rozsądną alternatywą podróżowania po kraju. Jedynym sposobem dla kolei na utrzymanie najlepszych klientów jest bardziej elastyczna i zarazem przejrzysta polityka cenowa. Naprawdę kocham koleje, ale nie jestem w stanie się połapać w tych wszystkich taryfach i promocjach, nie mówiąc już o różnych kategoriach pociągów, w których ulgowe bilety czasem można kupić, a czasem nie. Niechże wszystkie szybkie pociągi nazywają się tak samo (te lepsze, z klimatyzacją w wagonach niech będą np. intercity extra). Nie przemawia do mnie podział na pociągi TLK, Express, Express IC, EuroCity i jeszcze dodatkowo różnicowanie ceny biletu pod kątem tego, czy w wagonie jest klimatyzacja i głuszenie stukotu kół.

      Chcę pojechać z Warszawy do Wrocławia lub Szczecina? Za drugą klasę Intercity standardowo zapłacę 135 zł w drugiej klasie i niecałe 200 zł w pierwszej. To sporo. Ale niech na stronie sieci Intercity będzie jak w serwisie linii lotniczej: duże wyprzedzenie przy zakupie biletu - to zawsze niższa cena. Niskie obłożenie pociągu w pobliżu czasu wyjazdu - to dodatkowa obniżka ceny w momencie zakupu. I niech te ceny, do jasnej cholery, będą widoczne przy liście pociągów i terminach wyjazdów. W serwisie internetowym Intercity cena biletu wyświetla mi się dopiero w ostatnim etapie procedowania rezerwacji. Tak jakby to był element nieważny i niezmienny. A to jest dość ważny dla mnie parametr podróżowania. Nota bene na stronach PKP nie ma też nformacji o towarzystwie, które zasiądzie ze mną. Jak w samolocie. Ale tego nie będę się czepiał ;-)

      Wziąłem tego lata do ręki książeczkę z wykazem promocji w intercity. I... rozbolała mnie głowa. Podobno mógłbym kupić Bilet Wakacyjny po 49 zł, ale tylko w pociągach EIC i Express, jadąc bez przesiadki. Mógłbym kupić Super Bilet po 29 zł, a po wyczerpaniu tej puli - po 39 zł, 59 zł lub 79 zł, ale tylko w pociągach EIC, Express i niektórych TLK (dlaczego niektórych?) i tylko przy zakupie przez internet. Mógłbym kupić Bilet Rewelacyjny, ze zniżką do 30%, ale tylko na niektórych trasach (np. Warszawa-Gdynia, Warszawa-Kraków). Jest też oferta Last Minute, w której można kupić taniej bilet na stosunkowo krótki odcinek, o ile na pół godziny przed odjazdem obłożenie pociągu jest słabe. Jest Bilet Weekendowy (od piątku od 19.00 do poniedziałku do 6.00, ale wtedy trzeba już wysiąść z pociągu) po 149 zł, z którym można jeździć ile dusza zapragnie, ale trzeba dokupić miejscówkę. Jest Bilet Podróżnika za 69 zł, też tylko na weekend, ale tylko w pociągach TLK. Jest Bilet Rodzinny, dający 33% zniżki dorosłemu i 37% dziecku do 16-go roku życia. Jest Bilet Max-26, dający 26% zniżki osobom, które nie mają już innej ulgi, a nie skończyły 26 lat. Jest Bilet Abonamentowy (płacisz za pięć przejazdów, dwa dodatkowe dostajesz gratis).  To jest, proszę państwa, odlot.  Za dużo mącenia, za mało przejrzystości. Dlaczego przy kupowaniu biletu na pociąg Intercity musi mnie boleć głowa?

      Drugi sposób na obronę pozycji rynkowej przez kolej to odważniejsze eksponowanie bonusów, z którymi podróżowanie koleją niewątpliwie może się wiązać. Dlaczego np. we wszystkich pociągach intercity nie może działać bezprzewodowy internet (w drugiej klasie też, hasło niech się kupuje SMS-em)? Dlaczego nie można zainstalować w każdym przedziale (i w wagonach bezprzedziałowych) gniazdek do podłączania laptopów? Doskonale wiem, że np. w pociągu „Odra” jest taki tajemniczy wagon numer 8 (czasem chyba występuje jako 9 lub 10), w którym przy każdym siedzeniu jest gniazdko. Ale dlaczego, do cholery, nie ma tego w internetowym rozkładzie jazdy? Chętnie zapłacę za sześciogodzinną podróż do Warszawy grubo ponad 100 zł, ale pod warunkiem, że za te pieniądze koleje dadzą mi coś ekstra, czego żaden przewoźnik lotniczy mi nie zagwarantuje i czego nie będę miał w samochodzie, podróżując autostradą. Widziałem np. na dworcu wagon z... minisalą zabaw dla dzieci. Brawo! O to chodzi! Niejeden rodzic, mający kilkulatka, będzie chętnie wsadzał go do pociągu z takim wagonem, zamiast do fotelika samochodowego bądź ciasnego miejsca w samolocie (zwłaszcza, że czasem w samolotach maluchy trzeba trzymać na kolanach, bo nie mają swojego miejsca).

      Kuleje też sprzedaż internetowa biletów. Owszem, jest sporo łatwiej, niż kiedyś. Można płacić transferem pieniędzy bezpośrednio z konta bankowego (a nie tylko kartą kredytową), na bilecie nie musi być już numeru dowodu osobistego podróżnego (był to wymóg dość idiotyczny, świetnie, że go skasowano). Ba, w ogóle nie trzeba drukować biletu, wystarczy w momencie kontroli mieć na ekranie komputera albo smartfona jego skan (szacun dla PKP, strzał z dziesiątkę!).  Ale... nie dość, że nie da się kupić biletu na każdy pociąg (wciąż na mapie internetowych zakupów biletów są niezrozumiałe dla mnie białe plamy), to jeszcze – jak donieśli mi czytelnicy blogu – system nie potrafi zrozumieć, że ludzie czasem potrzebują gdzieś pojechać z przesiadką. Owszem, można w takim wypadku kupić dwa oddzielne bilety, ale wtedy przeważnie wychodzi drożej. Aby kupić jeden bilet na całą podróż, nie ma innego wyjścia, jak grzecznie pójść na dworzec i zrobić zakupy w kasie. Sam próbowałem kupić przez internet bilet z Wrocławia do Gdańska z przesiadką w Warszawie. I rzeczywiście, nie da się kupić jednego biletu z dwoma miejscówkami na te dwa odcinki! System wyświetli wykaz dostępnych połączeń, ale można tylko rozwinąć informację na ich temat. Opcja „Kup bilet” jest niedostępna.

      Co ciekawe, wybierając zakup biletu dla każdego z dwóch odcinków trasy z osobna – czyli najpierw z Wrocławia do Warszawy, a potem z Warszawy do Gdańska - problemu nie napotkałem. Skoro linie lotnicze i liczni pośrednicy internetowi nie mają problemu ze sprzedażą biletów na loty z przesiadkami (nawet kilkoma), to dlaczego jest to problem dla informatyków PKP? I to by było na tyle moich żali i postulatów. Na koniec życzę Wam podróży w takim oto przedziale cesarskim (nota bene niedawno w loterii MasterCarda uczestnicy karty World mogli wygrać podróż Orient-Expressem, szczerze zazdroszczę szczęśliwcom ;-))

      Przedział cesarski w pociągu

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „To sen? Wi-fi w przedziale, gniazdko przy fotelu, wagon zabaw, bilet w smartfonie...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 20 października 2012 14:40
  • piątek, 19 października 2012

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line