Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 31 października 2013
    • Bank odrzuca reklamację, a za godzinę... dzwoni z przeprosinami. Skąd ten cud?

      Coraz częściej się zdarza, że dzięki interwencji autora blogu udaje się przekonać bankowców do życzliwego podejścia do klienta składającego jakąś reklamację. Z klientami różnie bywa - czasem mają rację, a czasem jej nie mają - jednak chciałbym przekonać bankowców, by czasem machnęli ręką na jakąś prowizję, czy dodatkowy przychód. Klient, który wie, że został potraktowany wyjątkowo, będzie znacznie bardziej lojalny w stosunku do banku, niż ten potraktowany per noga. Koszty pozyskiwania klientów są dziś w branży bankowej wysokie, więc lojalny i wierny klient to dobro bezcenne. Za wszystko inne zapłacisz kartą MasterCard. Na przykład czarną World Signią, przed którą klękają narody ;-)

      DZIŚ W BLOGU: KTO UPADŁ NA GŁOWĘ? Rano zaproponowałem Wam wpis o emerytce zadłużonej na kilkanaście tysięcy złotych, którą bank postanowił "poratować" kolejną "szybką gotówką" w kwocie 24.000 zł. Czy ktoś w banku upadł na głowę i się potłukł? Odpowiedź znajdziecie w poprzednim wpisie z godziny 10.00. Zapraszam!

      A W "WYBORCZEJ" PIENIĄDZE EKSTRA. Nie zapomnijcie kupić dziś w kiosku lub e-kiosku "Gazety Wyborczej", bo warto. Znajdziecie tam pięć stron Pieniędzy Ekstra i mnóstwo tipów dla Waszych domowych portfeli. W tekście "na wieki wieków Facebook" piszemy co zrobić z profilem zmarłego. Policzyliśmy ("Zastaw się a pogrzeb się" ile kosztuje śmierć w Polsce i kto na niej zarabia. Doradzamy jak nie dać się oszukać pogrzebowym cwaniakom. Oprócz tego: Ekipa Samcika w akcji (dziś na tapecie bank, firma telekomunikacyjna i poczta), finansowy trik nie tylko na dziś, dzięki któremu ten i ów może zarobić więcej pieniędzy, odpowiedź na palące pytanie czy warto kupować wino w Lidlu, ranking kredytów hipotecznych i porada czy brać kredyt teraz, czy w przyszłym roku, a także kolejny odcinek akcji "Polska Czyta Umowy", czyli fura dobrych rad dla tych, którzy uważają, że umowa kredytowa musi mieć 17 stron drobnym maczkiem. 

      A w blogu dziś sprawa dość nietypowa, która skończyła się interwencją Waszego ulubionego Don Kichote'a. "Pod koniec 2009 r. kupiłem dom finansując transakcję głównie z kredytu hipotecznego w PKO BP. Cały czas regularnie spłacam raty. Pod koniec ubiegłego roku, decyzją GDDKiA, naprzeciw mojej działki zaczęto budować wjazd na drogę ekspresową" - opowiada mój czytelnik. Na potrzeby budowy ekranów dźwiękochłonnych miał być wywłaszczony szeroki dwumetrowy pas gruntu wyposażony w ogrodzenie i kilka drzewek. Straty klienta wyceniono na ok. 13.000 zł. Klient chciał dostać te pieniądze do ręki i przeznaczyć na wyuzdaną konsumpcję. Jednak na wszelki wypadek postanowił skonsultować się w tej sprawie z bankiem-kredytodawcą. "Jako, że działka jest obciążona hipoteką skontaktowałem się z bankiem, by dowiedzieć się, czy środki z odszkodowania mogę uzyskać dla siebie. Nie było żadnego problemu - otrzymałem informację, że stosowna zgoda (wydzielenie działki spod zabezpieczenia hipotecznego) jest już wydana.

      Zgłosiłem się po odbiór tego papieru, a bank potwierdził, że ma już na koncie technicznym pieniądze z GDDKiA. Dowiedziałem się, że teraz wystarczy złożyć dyspozycję przelania środków na mój ROR. Tę dyspozycję również złożyłem w banku. Minęły trzy tygodnie - środki nie wpływały. Skontaktowałem się z bankiem skąd dostałem informację, że analityk kredytowy zmienił wcześniejszą decyzję. Środki z odszkodowania zostały przelane na nadpłatę kredytu. Proszę o pomoc! Czy bank może swobodnie zmieniać tego typu decyzje?" - pyta klient. Zapytałem bank o tę sytuację. Posłałem nawet do PKO BP upoważnienie wystawione przez klienta, bym mógł mieć dostęp do jego spraw. Minęły dwa dni, minęły cztery, a bank milczy. W końcu dostałem list od czytelnika, z którego wynikało, że dzieją się cuda-niewidy, a świat zmienia się na lepsze z godziny na godzinę. O tym jednak opowie Wam własnymi słowami klient. 

      "Dziś zdarzyły się dwie rzeczy. Najpierw wyjąłem ze swojej skrzynki pocztowej pismo z odpowiedzią na moją reklamację w PKO BP - uznano ją za bezzasadną oraz wyjaśniono przyczyny zmiany decyzji ws. wypłaty odszkodowania. Rzekomo takie jest prawo, bank twierdzi, że w przypadku hipoteki w takich sytuacjach bezwzględnie środki trafiają na poczet spłaty świadczenia zabezpieczonego hipoteką. Tak też się stało, ostatnie raty miałem już odpowiednio mniejsze. Kilka godzin później otrzymałem telefon od pracownika: decyzja jednak została zmieniona. Co ciekawe: dwie ostatnie spłaty rat są cofnięte (zwrócono mi środki na konto), w ciągu 1-2 dni będą ponownie pobrane w zmodyfikowanej wysokości. Środki wypłacone tytułem odszkodowania mam już natomiast na koncie. Bank, zwłaszcza po odrzuceniu reklamacji, musiał być czymś pchnięty do zmiany decyzji. Jak dla mnie stało się to na skutek Pańskiej interwencji. Dziękuję za pomoc - Pańskie maile mają sporą siłę" - pisze czytelnik. Wygląda na to, że bank doszedł do słusznego wniosku, iż warto zrobić ukłon w stosunku do klienta. Mówimy bowiem o szczególnym przypadku wywłaszczenia - dokonanego przez państwo - na które klient-kredytobiorca nie mógł mieć żadnego wpływu.  Dziękuję bankowi PKO BP za życiowe podejście. I proszę o jeszcze.

      SUBIEKTYWNOŚĆ NA ŚNIADANIE. Autor blogu "Subiektywnie o finansach" gościł ostatnio dwukrotnie w programie "Pytanie na śniadanie" w TVP2, rozmawiając o kartach płatniczych i kontrowersjach związanych z kartami zbliżeniowymi. Zapraszam do obejrzenia i posłuchania: 9 października było o tym jak bezpiecznie korzystać z kart zbliżeniowych, zaś 25 października o tym czy z takich kart można łatwo wyprowadzić dane. W jednym z programów dostałem nawet eskortę policyjną, więc czułem się naprawdę kogucio ;-)

      Pytanie na śniadanie

      AUTOR BLOGU Z NAGRODĄ "GRABSKIEGO" DZIĘKI WAM! Obok nagrody Grand Press i przyznawanych w Krakowie nagród im. Eugeniusza Kwiatkowskiego to bodaj najbardziej prestiżowy laur dziennikarski w branży ekonomicznej. W tym roku główną nagrodę dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego 2013 r. w konkursie im. Władysława Grabskiego, organizowanym pod auspicjami Narodowego Banku Polskiego, przyznano autorowi blogu "Subiektywnie". A Wy jesteście współautorami tego sukcesu, bo nie byłoby go, gdyby nie popularność tego miejsca w internecie. Bardzo Wam dziękuję i proszę o jeszcze!

      Samcik NBP nagroda grabskiego

      Samcik NBP nagroda grabskiego

      SUBIEKTYWNIE W POLSACIE O EMERYTACH. Rząd szykuje ustawę regulującą tzw. rentę dożywotnią, czyli transakcję odwrotną do kredytu hipotecznego - senior, posiadający nieobciążone mieszkanie, może je oddać prywatnemu funduszowi hipotecznemu, a ten w zamian zobowiązuje się, by płacić seniorowi comiesięczną rentę do końca życia. Prześwietlałem ten koncept na stronach blogu "Subiektywnie o finansach", a ostatnio również w "Wydarzeniach" Polsatu. Zapraszam do obejrzenia!

      Samcik Polsat Wydarzenia

      SUBIEKTYWNOŚĆ W TOK FM. Subiektywności możecie zażyć na własne uszy w niektórych piątkowych wydaniach audycji "EKG - Ekonomia Kapitał Gospodarka", nadawanej w TOK FM o 9.00 rano. Zapraszam do wysłuchania audycji, w której było m.in. o tym dlaczego banki nie chcą restrukturyzować kredytów klientom zgłaszającym problemy finansowe

      SUBIEKTYWNOŚĆ POMOŻE WYBRAĆ SUPERMARKI. Autor blogu "Subiektywnie o finansach" weźmie udział - jako członek tzw. Rady Marek - w renomowanym plebiscycie Superbrands, który wyłoni najsilniejsze marki biznesowe. Wyniki SuperbrandsSuperbrands 2013/2014 zostaną ogłoszone w listopadzie tego roku, a ja już teraz zabieram się za rekomendowanie tych marek, które najbardziej zasługują na miano suberbrandów. Jeśli macie dla mnie jakieś wskazówki, wytyczne, rekomendacje - piszcie na maciej.samcik@wyborcza.biz. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Bank odrzuca reklamację, a za godzinę... dzwoni z przeprosinami. Skąd ten cud?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 października 2013 13:13
    • Gdy bank proponuje 24.000 zł emerytce zadłużonej po uszy. Ktoś tu upadł na głowę?

      Jakiś czas temu do mojej mamy zadzwoniła znajoma z informacją, że jej bank zwariował. Tę myśl powzięła znajoma mamy po rozmowie z pracownikiem infolinii, który zaproponował jej - osobie mającej już na karku niemały debet, wykorzystany niemal pod korek - natychmiastową pożyczkę w kwocie 24.000 zł. Dla osoby, która jest już na emeryturze (dostaje nieco ponad 1000 zł miesięcznie) i dorabia raptem kilka stówek miesięcznie w "budżetówce", te 24.000 zł to duże pieniądze, przekraczające prawdopodobnie jej roczne dochody. Znajoma  przezornie nie odpowiedziała na propozycję pana z infolinii, lecz poprosiła go o telefon następnego dnia. I natychmiast zaczęła się zastanawiać o co tu biega. Hipotez było kilka. Bank mógł swoją klientkę z kimś pomylić. Albo jakiś błąd w systemie informatycznym powoduje, że zamiast wybrać najlepszych klientów, poszedł z nieprzyzwoitą propozycją do tych najbiedniejszych, których saldo na koncie można porównać z zawartością ROR-u przysłowiowej myszy kościelnej.

      Czytaj też: Od milionera do zera, czyli jak wpaść po uszy

      Moją mamę i jej znajomą zdziwiło jeszcze jedno: 67-letniej kobiecie bank zaproponował możliwość spłacania rat owego 24-tysięcznego kredytu przez bite osiem lat (dając przy tym nadzieję, że ewentualnie można powalczyć o dodatkowe wydłużenie tego okresu). "Jak to jest, że bank proponuje długoterminowy kredyt osobie w zaawansowanym już wieku" - zapytała mama.  Cóż, moim zdaniem bank ani nie zwariował, ani się nie pomylił. Wręcz przeciwnie: zadziałał bardzo pragmatycznie - ze swojego punktu widzenia. Dlaczego? Otóż dla banku nie ma bezpieczniejszego klienta, niż emeryt. Nie chodzi nawet o to, że osoby starsze mają poważniejszy stosunek do spłacania zobowiązań, niż "ach, ta dzisiejsza młodzież". Przede wszystkim emerytura to najpewniejszy dochód, jaki sobie można wyobrazić. Nikt jej nie obetnie, nie zabierze. To świadczenie dożywotnie i pewne, jak w banku. Pewniejsze nawet, niż bezterminowy etat w dobrej firmie. Firma może zbankrutować, a ZUS - raczej nie (bo skoro ma 30 miliardów złotych rocznego deficytu i jeszcze nie zbankrutował, to już nic gorszego nie może go spotkać ;-))).

      Czytaj: Pożycz raz i nie puszczaj, czyli złoty interes na rolce

      Pewny dochód to dla banku prawie 100%-owe bezpieczeństwo, że odzyska pieniądze w ten czy inny sposób. Gdyby więc znajoma emerytka nie oddała w terminie tych 24.000 zł, to bank udaje się do sądu po tytuł egzekucyjny, z nim (oraz z komornikiem pod pachą) idzie do ZUS-u i zajmuje część emerytury. Sprawa czysta, prosta i niekosztowna. Co prawda prawo nie pozawala zająć więcej, niż 25% emerytury (i nie więcej, niż 480 zł, czyli połowę najniższego świadczenia), ale po to właśnie kredyt dla znajomej został odpowiednio skalibrowany. Te 24.000 zł na osiem lat przy oprocentowaniu np. 12% oznacza, że rata miesięczna wyniesie jakieś 390 zł. Z drugiej strony, przy emeryturze wynoszącej 1100 zł bank - w ramach ewentualnej egzekucji - będzie mógł zabierać z konta emerytki w ZUS jakieś 280 zł (25% ze 1100 zł). W razie kłopotów odzyska więc cały kredyt z odsetkami w nieco tylko dłuższym terminie, niż ten wynikający z harmonogramu spłat. A gdyby emerytka nie dożyła końca spłaty rat? Dług automatycznie przechodzi na spadkobierców, którzy mogą się go wyprzeć tylko odrzucając spadek (co jest mało prawdopodobne, bo kwota pozostała do spłaty nie będzie wysoka, biorąc pod uwagę, że część kredytu zostanie już uregulowana).

      Czytaj: Łaskawy bank daje bezrobotnemu złotą kartę.

      Teraz już widzicie jak fantastycznym klientem kredytowym dla każdego banku jest emeryt. Najpewniejsze z możliwych źródło dochodów, łatwość ewentualnej egzekucji, dziedziczenie długów. Czy trzeba więcej, by wpaść na pomysł, by z emerytów uczynić kredytobiorców zadłużonych "pod korek", czyli spłacających raty w wysokości odpowiadającej ustawowym limitom egzekucyjnym i przez okres odpowiadający średniej długości ich życia? Nie mówiąc już o tym, że taki emeryt przeważnie ma na koncie osad, nie walczy jak lew o oprocentowanie lokat i generalnie nie zawsze dobrze orientuje się w wysokości opłat i prowizji. Napisał do mnie pan Damian: "Moja mama ma ROR zwany Eurokontem w banku z żubrem". Uprzejmie zwracam uwagę, że bank z żubrem - czyli Bank Pekao - już zarżnął żubra i teraz jest bankiem z "jedynką". "Płaci 8,50 zł miesięcznie, nie ma karty i nie ma żadnych innych produktów bankowych. Na koncie zawsze jest najmniej 20.000 zł leżących i nie pracujących na siebie, tylko na bank. Oprocentowanie wynosi zawrotne 0,01%. Chciałbym udać się z mamą do banku i negocjować umowę tegoż konta" - pisze pan Damian. A ja muszę Wam w tej chwili przypomnieć, że...

      ... DZIŚ W "WYBORCZEJ" PIENIĄDZE EKSTRA. Nie zapomnijcie kupić dziś w kiosku lub e-kiosku "Gazety Wyborczej", bo warto. Znajdziecie tam pięć stron Pieniędzy Ekstra i mnóstwo tipów dla Waszych domowych portfeli. W tekście "na wieki wieków Facebook" piszemy co zrobić z profilem zmarłego. Policzyliśmy ("Zastaw się a pogrzeb się" ile kosztuje śmierć w Polsce i kto na niej zarabia. Doradzamy jak nie dać się oszukać pogrzebowym cwaniakom. Oprócz tego: Ekipa Samcika w akcji (dziś na tapecie bank, firma telekomunikacyjna i poczta), finansowy trik nie tylko na dziś, dzięki któremu ten i ów może zarobić więcej pieniędzy, odpowiedź na palące pytanie czy warto kupować wino w Lidlu, ranking kredytów hipotecznych i porada czy brać kredyt teraz, czy w przyszłym roku, a także kolejny odcinek akcji "Polska Czyta Umowy", czyli fura dobrych rad dla tych, którzy uważają, że umowa kredytowa musi mieć 17 stron drobnym maczkiem. No i oczywiście przypominam obietnicę, którą Ekipa Samcika złożyła w pierwszym wydaniu "Pieniędzy Ekstra". 

      Pieniądze Ekstra

      Byliście w kiosku? ;-) To wracajmy do naszych baranów. Pozycja negocjacyjna nie jest zła. Z tego, co pisze pan Damian, wynika, że jego mama ma konto w Banku Pekao od co najmniej 15 lat. Bank zarabia rocznie na jego prowadzeniu 102 zł. Zarabia też 400 zł rocznie na obracaniu "osadem" na koncie (przy założeniu, że lokuje te pieniądze na rynku międzybankowym na 2%). "Jak mam rozmawiać, by: obniżyli prowizję za prowadzenie konta do 0 zł oraz podzielili się zyskiem z obrotu gotówką?" - pyta pan Damian i przesyła pozdrowienia ze słonecznych Mazur. Wydawało mi się, że sprawa jest prosta. Który bank chciałby wypuścić taką klientkę? Który nie chciałby jej "uproduktowić" jakimś szybkim kredytem według wzoru opisanego powyżej? "Proszę iść do banku i strzelić focha. Gwarantuję, że zaproponują gratisową wymianę dotychczasowego ROR-u na konto bez prowizji miesięcznej" - odpisałem z głębokim przekonaniem, że Bank Pekao, nawet bez żubra, zachowa się racjonalnie. Zwłaszcza, że prezes Luigi Lovaglio niedawno odgrażał mi się, że chce mieć o 400.000 klientów więcej, niż ma.  Doznałem niemałego szoku, kiedy po kilku dniach ponownie skontaktował się ze mną pan Damian z informacją, że mój niezawodny patent na mazurskich pracowników Banku Pekao najzwyczajniej w świecie... nie zadziałał.

      "Byłem dzisiaj z mamą w banku. Pani, która nas obsługiwała, zachowywała się tak, że widać było, iż nie chce się jej pracować. Na wieść o tym, że przyszliśmy zamknąć konto powiedziała "aha". Kiedy zapytałem, czy może coś zaproponować, to powiedziała, że może dać Eurokonto Mobilne. Niestety moja mama jest tradycjonalistką, nie korzysta z bankomatów, kart i internetu, a wyciąg papierowy z takiego konta kosztowałby 5 zł. Mówię, że niech zrobi tak, by konto było "jak mobilne", ale darmowe. Odpowiedziała, że może dać Eurokonto Net, ale wtedy niestety zmieni się numer konta i musielibyśmy następnego dnia przyjść i podpisać jakieś papiery. A czemu nie można byłoby ich podpisać już dzisiaj? Tego już nie powiedziała. Zapytałem, czy nie może w takim razie wynegocjować, by jednak mama nie płaciła 5 zł za wyciąg papierowy w Eurokoncie Mobilnym. Powiedziała że nie. Ja na to, że dziękujemy za taką obsługę" - zgryźliwie podsumowuje pan Damian. I to jakiego! Emeryta! Jak by powiedział dozorca Popiołek: "Koniec świata" ;-). Znacie podobne historie? Jeśli tak, to dawajcie!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy bank proponuje 24.000 zł emerytce zadłużonej po uszy. Ktoś tu upadł na głowę?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 października 2013 08:49
  • środa, 30 października 2013
    • Za szybcy, za wściekli, czyli rzecz o przelewach, które z banku wyszły... zanim jeszcze wyszły

      Pisałem wielokrotnie na stronach blogu o tym, że banki spóźniają się z realizacją jakichś zleceń, bądź nie chcą ich w ogóle zrealizować, gdyż akurat mają ważniejsze sprawy na głowie. Czasem są z tego powodu kłopoty, bo np. jeśli pieniądze wsiąkną gdzieś na dni kilka, a chodzi o zapłatę za bilet na pociąg lub autobus odjeżdżający już-teraz-zaraz, to sytuacja klienta nie jest wesoła. Czasem przelewy wychodzą w terminie, ale odbijają się od ściany. Było w blogu m.in. o Idea Banku, który nie chciał przyjąć przelewu, bo nie zgadzało mu się nazwisko generała. Pisałem o Deutsche Banku, który dla odmiany przelew przyjął, tyle że błędny i potem trzeba było za tym przelewem biegać po mieście, żeby go zatrzymać. Pisałem również o mBanku, który jak zobaczy błędny przelew, to postara się go zrealizować przynajmniej do połowy, żeby móc pobrać stosowne opłaty. A standardową sytuacją jest wsiąknięcie pieniędzy po transakcji kartą w sklepie. Spora część terminali sklepowych działa offline, na ten sam tryb ustawionych jest również całkiem dużo kart zbliżeniowych, więc nic dziwnego, że pieniądze bywają księgowane np. po tygodniu. Bywa, że na koncie nie ma nawet blokady (pozdrowienia dla Synca!).

      Jednakowoż dziś o czytelniku, który doznał szoku z powodu zrealizowania jego przelewu... zbyt szybko. Bank w jego przypadku okazał się nie tylko przerażająco punktualny, ale wręcz wizjonerski, bowiem wypuścił pieniądze jeszcze na kilka dni przed tym, jak klient zamierzał je wydać. To się nazywa skłonność do antycypacji. Dobra strona tego medalu jest taka, że wiemy, iż taki przelew na pewno się nie spóźni na miejsce (a pisałem np. o banku ING, który jeszcze jakiś czas temu ustawiał ostatnią godzinę wypuszczania przelewów do ZUS na... przedpołudnie, teraz na szczęście działa to dużo lepiej).  Jak zapewne się domyślacie, w sprawie tej kluczowe znaczenie ma weekend. W soboty i niedziele banki działają zwykle inaczej, niż w pozostałe dni tygodnia. Inaczej, czyli wolniej. Ale nie ten bank. Posłuchajcie. "Zaplanowałem sobie przelew w Raffeisen Banku na poniedziałek 21 października. Tak się składa, że wcześniej był 19 października, czyli sobota. Po zaakceptowaniu przelewu tegoż właśnie 19-go stwierdziłem, że... wykonał się on od razu. Lecz nie to jest w tym wszystkim najciekawsze, a fakt, iż udało się mi nawet wygenerować potwierdzenie wykonania tej operacji" - pisze czytelnik.

      Raiffeisen potwierdzenie przelewu

      Zwykły bank zablokowałby pieniądze na koncie na cały weekend, a wykonał przelew w poniedziałek. A tu proszę - przelew nie tylko wyszedł, ale też można było otrzymać potwierdzenie jego wykonania. "Kwota nie jest ogromna, ale nie mam dostępu do tych pieniędzy, ponieważ one z mojego konta już wyszły mimo, że nie wyrażałem na to zgody. I gdzie one przez te dwa dni będą?" - zastanawia się mój czytelnik. Hmmmm... Z dwojga złego chyba wolę, gdy bank wykonuje przelewy za szybko, niż za późno. Zwłaszcza, jeśli jest to weekend, co świadczy o tym, iż bankowi robota aż się pali w rękach przez siedem dni w tygodniu ;-). Jeszcze inna sytuacja jest wtedy, kiedy bank księguje operacje wcześniej, niż faktycznie je wykonuje. To z kolei sytuacja z gatunku "za szybcy, za wściekli". Pan Robert, mój stały czytelnik, ma konto osobiste i oszczędnościowe w Meritum Banku.  Z konta oszczędnościowego jeden przelew miesięcznie jest darmowy, kolejne kosztują już po 10 zł. "Wykonałem przelew w ostatnim dniu września o godzinie 23.00 i środki natychmiast zostały przetransferowane z konta oszczędnościowego na rachunek bieżący, skąd natychmiast zleciłem przelew dalej, poza bank. O 23.13 pobrałem bankowe potwierdzenie tych operacji" - pisze czytelnik. I załącza druk bankowy potwierdzający wyjście pieniędzy z konta oszczędnościowego.

      Gdzie tu jest problem? "Coś mnie tknęło. W serwisie bankowości internetowej, na wykazie operacji wykonanych, ten sam przelew (na potwierdzeniu 30 września) ma datę wykonania 1 października. Zapytałem zatem bank o tę dziwną niekonsekwencję i jej wpływ na ewentualne prowizje od tej operacji, bo w październiku wykonałem jeden przelew z konta oszczędnościowego, żyjąc w przekonaniu, iż będzie to pierwszy w miesiącu transfer, a więc wolny od 10-złotowej prowizji. Bank nie odpowiedział klarownie ani na to, ani na kolejne pytanie" - żali się pan Robert. Materiał dowodowy w tej sprawie, czyli potwierdzenie wykonania przelewu, z datą i godziną wydruku, macie w aktach. Zwrócę uwagę, że skan przedstawia nie potwierdzenie zlecenia przelewu, ale jego wykonania.

      Meritum Bank potwierdzenie przelewu

      Zapytałem Mertium Bank o to, czy nie są tam "za szybcy, za wściekli". W banku twierdzą, że nie "Zgodnie z § 25 ust. 3 pkt 2 Regulaminu rachunków bankowych, zlecenia przelewów na rachunki prowadzone w Banku z datą bieżącą, złożone po godzinie 19.00, są realizowane w dniu kalendarzowym następującym po dniu złożenia dyspozycji. Powyższy zapis znajduje także swoje odzwierciedlenie w § 3 ust. 2. Umowy rachunków bankowych. W związku z powyższym, zlecając do realizacji przelew z rachunku oszczędnościowego na rachunek oszczędnościowo-rozliczeniowy po godzinie 19:00, Klient powinien uwzględniać, iż jego data realizacji zostanie określona na dzień następny. Niemniej, niezależnie od powyższego, a także przy uwzględnieniu wszystkich podnoszonych przez Klienta argumentów, Bank postanowił ponownie przeanalizować kwestię sformułowań użytych na potwierdzeniu wykonania przelewu oraz terminologii zastosowanej w Systemie Bankowości Elektronicznej" - odpowiedział mi bank.

      Cieszę się, że po mojej interwencji w banku zauważyli, iż coś tu nie jest w porządku. Bo jeśli przelew został zlecony i już wyszedł z konto, to klient ma prawo żądać, by bank nie "określał daty jego wykonania na dzień następny". Mam nadzieję, że efektem tego wpisu blogowego będzie doprecyzowanie zapisów i terminologii używanej przez bank. A w konsekwencji, że nie będą one wprowadzały klientów w błąd. Sprawa ma jeszcze jeden pozytywny aspekt. Otóż pan Robert wykonał w październiku jeszcze jeden transfer z konta oszczędnościowego, a Meritum Bank zachował się bardzo w porządku i nie naliczył mu opłaty. I czak ma być!

      EKIPA SAMCIKA W AKCJI CO CZWARTEK. Jeśli macie problem z bankiem, firmą ubezpieczeniową, dostawcą telewizji lub internetu, z firmą energetyczną, wodociągami bądź sklepem spożywczym, to pamiętajcie, że w każdy czwartek, na stronach gospodarczych "Gazety Wyborczej", węzły gordyjskie, zwykłe, a także sznurowadła rozwiązuje Ekipa Samcika.

      Ekipa Samcika

      Niektórzy nazywają nas inaczej, ale mamy niestety w składzie tylko jednego Aniołka ;-). Jeśli jednak zobaczycie ile spraw udaje się załatwiać Ekipie (przypominam: "sprawozdania z działalności" w każdy czwartek), to pewnie niejeden z Was mimo wszystko zanuci, że... ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Za szybcy, za wściekli, czyli rzecz o przelewach, które z banku wyszły... zanim jeszcze wyszły”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 30 października 2013 09:06
  • wtorek, 29 października 2013
    • Doradcy finansowi prawie jak kurczaki na fermie brojlerów. Zamiast radzić "wyrabiają plan"

      Miałem ostatnio przyjemność prowadzić panel dyskusyjny na konferencji poświęconej etyce w branży finansowej. Uczestnicy dyskusji zostali zapytani m.in. o to czy, warto mówić o odpowiedzialnym społecznie prowadzeniu ich biznesu bez rezygnacji z planów sprzedażowych, nakładanych na pracowników. Plan sprzedażowy zawsze bowiem oznacza nacisk na klienta, próbę wciśnięcia mu tego, co akurat jest w owym planie, a nie tego, czego klient aktualnie potrzebuje. Ponieważ wśród moich gości znaleźli się bankowcy z pierwszej ligi - prezesi Eurobanku, Banku Ochrony Środowiska, członek rady nadzorczej BRE Banku - temperatura była wysoka. Moi goście nie zgodzili się z tezą, że plany sprzedażowe są nie do pogodzenia z etyką - ich zdaniem wszystko zależy od tego, jak zostaną skalibrowane (czy od strony produktu, czy liczby obsłużonych klientów oraz wartości sprzedaży ogółem) oraz jakich produktów bank klientom dostarcza. Jeśli są to produkty etyczne, to nie ma nic złego w obejmowaniu ich planami sprzedażowymi. Co ja na to? Hmmm...

      Mam na przysłowiowym stole list od byłej pracownicy jednej z największych firm pośrednictwa finansowego. Skoro pracownica jest "byłą", to pewnie nie rozstała się z pracodawcą w zgodzie. I niewykluczone, że nieco koloryzuje. Ale to, co w liście znalazłem, zdaje się potwierdzać kilka opowieści od klientów pośredników finansowych o tym, że mają oni podejrzanie wysoką determinację, by wciskać każdemu to, czego ten ktoś wcale nie potrzebuje. "Od kilku dni dzwoni przemiła pani pośrednik z informacją, że ma dla mnie całkowicie darmowe konto. Nie ponoszę najmniejszych opłat, a dzięki temu, że założę owo konto, ta pani będzie do mnie dzwoniła zawsze przed końcem moich lokat i będzie mi oferowała wyższe oprocentowanie, niż tradycyjne" -.to tylko jeden z wielu takich sygnałów. Cóż, kiedyś sprzedawało się namolnie polisy inwestycyjne, a teraz zakłada się wszystkim ROR-y. 

      A jakie sposoby się stosuje, żeby doradcy sprzedali jak najwięcej? O tym właśnie pisze była pracownica sieciowego doradcy finansowego. "Sprzedawca, którym byłam, ma za zadanie założyć w miesiącu określoną liczbę kont. Jeżeli mu się to nie uda, obcinane jest mu wynagrodzenie np. o 1000 zł. Każde założone konto pomniejsza "obcinkę". Zakładane konta są  niekiedy fikcyjne (ja tego nie robiłam, ale znam takich, co stosowali takie praktyki). Są i konta, które są zakładane nawet wtedy, jeżeli klient się na to nie zgodził. Klienci, którzy nie znają się na przepisach, boją się i płacą. Tych, którzy wiedzą, że wystarczy złożyć reklamację i żądanie przedstawienia im podpisanych ich ręką dokumentów dotyczących konta, bank przeprosi i opłaty zwróci. Klient który nie założył na spotkaniu REG-sa (regularne oszczędzanie) lub konta powinien wypełnić anonimową ankietę z namiarem na siebie, a infolinia wydzwania do niego w różnych godzinach, po trzy-cztery razy dziennie  - pisze moja czytelniczka, której plan nie był szczególnie wysoki - REG-sy o składce regularnej na łączną kwotę 500 zł plus 10 kont miesięcznie. 

      Rzecz nie tkwi jednak w tym, czy plan sprzedażowy jest wysoki, czy niski, lecz w tym, czy doradca finansowy to zawód, który powinien być obejmowany czymś takim. Szczerze pisząc nie wiem komu bardziej mam współczuć. Doradcom finansowym, których firma stosująca plan sprzedażowy "przerabia" na zwykłych sprzedawców, czujących się w pracy jak kurczaki na fermie brojlerów? A może klientom, którzy przychodzą zdesperowani po poradę niezależnego eksperta, a okazuje się, że wpadli w jakiś plan i mają do wyboru: założyć REG-sa, konto, albo zgodzić się na molestowanie telefoniczne przez najbliższy tydzień. Aha, jest jeszcze czwarta opcja - do końca życia mieć wyrzuty sumienia, że przez nadmierną asertywność kogoś spotkała bolesna "obcinka". Na koniec mam dla Was konkurs. Zróbmy ranking pięciu najbardziej wkurzających trików stosowanych przez brojle..., przepraszam, sieciowych doradców finansowych, które mają sprawić, by plan sprzedażowy został wykonany. Sądzę, że niejeden z Was ma w tej kwestii wiele do powiedzenia. A ten, kto wymyślił, żeby pracowników sieci pośredników nazywać "doradcami finansowymi" (pan wie o kim mówię, Panie Prezesie), ma u mnie dużego minusa. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Doradcy finansowi prawie jak kurczaki na fermie brojlerów. Zamiast radzić "wyrabiają plan"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 października 2013 17:02
    • Masz w kieszeni kartę Payback? Uważaj, bo zadzwonią do ciebie z propozycją. Ściśle tajną

      Kilka dni temu zadzwoniła do mnie pewna miła pani, przysłana przez ludzi z programu rabatowego Payback. Było to wydarzenie w moim życiu o tyle zaskakujące, że z Paybacka nikt nigdy do mnie do tej pory nie dzwonił, choć przecież zbieram ich punkty od trzech lat. Kiedy więc pani zadzwoniła troszkę się ucieszyłem, bo myślałem, że dziś jest mój szczęśliwy numerek - ani chybi zostałem wylosowany z kilku milionów użytkowników, by Payback mógł zapytać mnie: co słychać i czy w domu wszyscy zdrowi. Nie pomyliłem się. To naprawdę wzruszające, chłopaki postanowili się wreszcie zatroszczyć o mój los i... zabezpieczyć na okoliczność, gdybym kiedyś miał nieszczęśliwy wypadek. Pani przysłana przez Payback nawijała jak najęta, według napisanego przez mądrych ludzi skryptu, a z jej nawijania wynikało, że deal przygotowała niejaka firma ubezpieczeniowa Ace Europe specjalnie dla klientów Paybacka. Później sprawdziłem, że korzystają też z niego posiadacze kart płatniczych American Express, uznawanych za jedne z najbardziej prestiżowych plastików, jakie można mieć w portfelu.   

      Czego się dowiedziałem od pani przysłanej przez Payback? Ano tego, że suma ubezpieczenia wynosi 75.000 zł i obejmuje nieszczęśliwy wypadek, trwałe inwalidztwo oraz pobyt w szpitalu. Oczywiście: jeśli złamię rękę albo nogę, to nie dostanę 75.000 zł, a tylko jakiś procent tej sumy, uzależniony od trwałego uszczerbku na zdrowiu. Pani od Paybacka powiedziała mi, że Ace Europe zapłaci w każdej sytuacji, gdy uszczerbek na zdrowiu wskutek wypadku zostanie oszacowany na wyższy, niż 3%. I że np. za złamaną rękę albo nogę firma wypłaci mi 2.500 zł. Fajnie. A pobyt w szpitalu? Ace wycenia go aż na 200 zł za każdy dzień leżenia w łóżku i to już począwszy od pierwszego dnia pobytu w szpitalu (to dobre warunki, w większości tego typu polis płacą dopiero od trzeciego, a nawet piątego dnia, wiedząc doskonale, że dziś pobyty w szpitalu u osób w sile wieku nie bywają długie). Wszystkie te cuda są dostępne jedynie za 39 zł miesięcznie. Pani powiedziała, że rozumie, iż mogę nie być do końca przekonany do tego pomysłu, ale ona w takim razie może mi włączyć tę ochronę ubezpieczeniową na pierwszy miesiąc całkiem za darmo. Pochodzę sobie po mieście, sprawdzę jak znoszę ciężar leżącej mi na plecach ochrony ubezpieczeniowej i zdecyduję co dalej.

      Wiecie, kiedy się na tę dziewczynę porządnie wściekłem? Otóż wtedy, kiedy zapytałem czy może mi przesłać ogólne warunki tej polisy, albo czy jest jakaś strona internetowa, którą mogę odwiedzić, żeby sobie poczytać o tych warunkach. To naprawdę nie jest żadna ponadstandardowa fanaberia. Każdy, kto kupuje ubezpieczenie, powinien wiedzieć jakie są ograniczenia polisy, wyłączenia odpowiedzialności ubezpieczyciela i w jakich sytuacjach nie można liczyć na odszkodowanie. Wiecie co ta pani odpowiedziała na moje pytanie? Że nie może przekazać mi ogólnych warunków, dopóki nie zgodzę się na włączenie ubezpieczenia! Szlag jasny mnie trafił po raz drugi, kiedy zapytałem co będzie po owym miesięcznym okresie próbnym. Czy pani zadzwoni jeszcze raz, aby potwierdzić, że chcę płacić? Nie, nie zadzwoni. Po okresie testowym polisa... automatycznie wejdzie w okres płatny i firma zacznie ściągać mi z karty kredytowej pieniądze na zasadzie polecenia zapłaty. Jeśli będę chciał zrezygnować, muszę zwrócić się do firmy ze specjalną prośbą w tej sprawie. Po wyklarowaniu mi sytuacji pani pogodnie zapytała czy teraz może mi już włączyć usługę na testowy miesiąc. 

      Zanim posłałem przedstawicielkę Ace Europe oraz Paybacka na przysłowiowe drzewo, przytomnie jeszcze zapytałem gdzie mogę znaleźć więcej szczegółów na temat tej polisy. Pani powiedziała, żebym zajrzał na stronę internetową www.ochronawypadkowa.pl. Zajrzałem, ale tam też nie znalazłem zbyt wielu szczegółów. Prawie same slogany takie jak "Zyskaj pełną ochronę przed wypadkami już od 1 zł dziennie" i telefony, pod którymi bezpłatnie można zawrzeć ubezpieczenie. Warunków tegoż na stronie internetowej nie znalazłem. Bo i po co ktoś miałby czytać je przed włączeniem usługi, prawda? Zgoda, 39 zł miesięcznie to niedużo - w skali roku zapłacę za polisę wypadkową 500 zł, czyli 0,6% sumy ubezpieczenia. Wystarczy, że w ciągu pięciu lat złamię nogę i wyląduję na kilka dni w szpitalu z powodu jakiegoś wypadku, a wydatek "się zwróci" (o ile w ogóle takie gadanie ma sens w przypadku ubezpieczeń). Ale, niestety, w Ace Europe się nie ubezpieczę, bo nie mam wiary w to, że warunki tego ubezpieczenia są uczciwe i nie zawierają haczyków. Jeśli ktoś nie chce mi ich pokazać, a jednocześnie oferuje natychmiastowe włączenie usługi za darmo z opcją automatycznego przedłużenia w wersji płatnej, to mam prawo być podejrzliwy. Pani z Paybacka chyba z pięć razy pytała mnie czy może wreszcie włączyć mi to cholerne ubezpieczenie i iść do kasy po prowizję. Ale byłem twardy i Wam też to radzę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Masz w kieszeni kartę Payback? Uważaj, bo zadzwonią do ciebie z propozycją. Ściśle tajną”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 października 2013 08:15
  • niedziela, 27 października 2013
    • Bank wpisał go na listę nierzetelnych dłużników. Zapragnął zemsty i... wygrał w sądzie 20.000 zł!

      To jedna z najbardziej wkurzających rzeczy, jaka może spotkać cię w banku. Nie dostajesz kredytu, ponieważ jakiś inny bank wpisał cię do BIK-u jako nierzetelnego płatnika. Sprawdzasz który bank tak podle cię oskarżył i dowiadujesz się, że to bank, z którym nie miałeś wiele wspólnego, a już a pewno nie łączył cię z nim kredyt. Wiesz doskonale, że nie zgubiłeś nigdy dokumentów, więc na pewno nikt nie wziął kredytu na twój dowód. Ale słyszałeś o przypadkach, gdy jakiś kreatywny pracownik, by pokazać szefowi, że się nie opieprza w pracy, wysyłał do BIK fałszywe wnioski kredytowe (czyli w imieniu klientów, którzy o kredyt nie wnosili). Niepokoisz się, ale myślisz, że wszystkim powinno zależeć, by wyjaśnić koszmarne nieporozumienie. Tobie zależy najbardziej, bo póki w bazie BIK wisi fikcyjny, nie spłacony dług, masz zamknięty szlaban do jakiegokolwiek kredytu bankowego. Nikt nie pożyczy ci złamanego grosza, chyba że jakieś anioły miłosierdzia przez małe "m". Próbujesz odkręcić sprawę i przekonać wszystkich, że nie jesteś wielbłądem. Biegasz do banku, prosisz, błagasz, a oni mają duuużo czasu i wciąż obiecują, że "pracują nad rozwiązaniem". W końcu trafia cię szlag jasny i idziesz do prawnika.

      To nie jest wymyślona historia, zdarzyła się naprawdę, zaś opowiedział mi ją jeden z prawników z poznańskiej kancelarii Kacprzak&Kowalak. Kancelaria ta wykonała kawał dobrej roboty, gdyż doprowadziła do wygranej w sądzie klienta, który został przez bank bezpodstawnie wpisany do bazy BIK jako nierzetelny płatnik. Posłuchajmy relacji adwokata Macieja Kacprzaka. Zapewniam, że warto: "W związku z prowadzoną przez siebie działalnością gospodarczą, mój Klient pod koniec 2011 r. udał się do jednego z banków celem zaciągnięcia kredytu na zakup samochodu.  Bank, w którym mój Klient zamierzał wziąć kredyt odmówił jego udzielenia uzasadniając to brakiem zdolności kredytowej i faktem figurowania przez niego w Biurze Informacji Kredytowej jako dłużnika. Mój Klient uzyskał w BIK informację, że figuruje jako dłużnik z powodu niespłaconego kredytu, który został zaciągnięty w Eurobanku. Mój Klient nigdy nie zaciągał kredytu w tym banku i - co najbardziej istotne - nigdy nie został mu skradziony dowód osobisty, paszport ani inny dokument, którym ewentualnie mogłaby się posłużyć osoba trzecia zaciągająca kredyt na nazwisko mojego Klienta" - pisze mec. Kacprzak.

      Czytaj też: Złożył wniosek za plecami klienta. Kara: 1000 zł

      W listopadzie 2011 r. niedoszły klient Eurobanku zawiadomił komisariat policji w Swarzędzu o możliwości popełnienia przestępstwa fałszerstwa, a tam uzyskał zaświadczenie o zgłoszonym zawiadomieniu. Z tym papierem w ręce udał się do placówki Eurobanku w Swarzędzu, by wszystko wyjaśnić. Nie udało się. Trwało pół roku (do maja 2012 r.) zanim Eurobank poinformował pisemnie swojego klienta „o podjęciu działań w celu wyjaśnienia zaistniałej sytuacji”. W tym czasie było już prowadzone postępowanie karne w związku z fałszerstwem umowy. Nasz bohater odczekał kolejne pół roku, ale w październiku 2012 r. zgłosił się do mec. Kacprzaka z prośbą o pomoc. Powód? Bank przez rok miał go w głębokim poważaniu. Prawnicy dziarsko zabrali się do roboty. "W piśmie z dnia 11.10.2012 r. Kancelaria zażądała od Banku zajęcia stanowiska w sprawie wykreślenia fałszywych danych Klienta z BIK. Kancelaria skierowała również skargi na działanie banku do Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych i Komisji Nadzoru Finansowego, co prawdopodobnie skłoniło bank do zajęcia stanowiska w sprawie. Bank pismem z dnia 20.11.2012 r., a więc po upływie prawie roku od momentu zgłoszenia przez Klienta oszustwa kredytowego, uznał zgłoszenie i podjął decyzję o zamknięciu zawartej umowy kredytowej i usunięcie danych dotyczących Klienta z BIK" - opowiada mec. Kacprzak.

      Prawnicy bynajmniej nie uznali sprawy za zakończoną. Pewnie oglądali w telewizji amerykańskie seriale, w których prawnicy występujący w obronie konsumentów są jak dobermany, które walczą do upadłego o milionowe odszkodowania, gdyż mają od tego procent. "Wskutek działania Banku mój Klient został pozbawiony możliwości zaciągania kredytów, posiadania karty kredytowej (w międzyczasie inny bank gdzie Klient posiadał kartę kredytową nie przedłużył z nim umowy) co spowodowało uzasadnione obawy o sytuację finansową jego rodziny. Poza tym w odczuciu Klienta został on został on potraktowany jako człowiek nierzetelny, który uchyla się od spłaty wymagalnych zobowiązań". Prawnicy, wspólnie z klientem, wycenili straty na "drobne" 20.000 zł. Zdarzały się już sytuacje - opisywałem je w blogu - kiedy za błędne zarządzanie danymi klienta banki dobrowolnie płaciły nawet 1000 zł. Prawnicy uznali, że warto powalczyć o więcej, choćby z tytułu "naruszenia dóbr osobistych Klienta w postaci godności, nazwiska, dobrego imienia, poczucia bezpieczeństwa".

      Czytaj: Prawomocnie wygrała spór z bankiem o ubezpieczenie

      Bank nie stwierdził jednak, by z powodu umieszczenia Bogu ducha winnego człowieka wśród nierzetelnych płatników ten mógł doznać "spadku poczucia bezpieczeństwa" i wysłał prawników na przysłowiowy szczaw. Ja też pochodzę z Poznania, więc wiem, że Poznaniacy są twardzi, waleczni i umieją liczyć pieniądze ;-). Poznańscy prawnicy, zamiast - zgodnie z zaleceniem banku - udać się na szczaw bądź przynajmniej na ryby, poszli do sądu z pozwem o ochronę dóbr. Został on złożony na początku grudnia 2012 r.  W kwietniu bieżącego roku Sąd Rejonowy Poznań–Stare Miasto zasądził od Eurobanku rzeczoną kwotę 20.000 zł wraz z odsetkami od 27 października 2012 r. oraz zwrot kosztów procesu. Sąd w uzasadnieniu wyroku wskazał m.in., że "z akt postępowania przygotowawczego Prokuratury Rejonowej w Piasecznie wynika, iż dokument będący podstawą roszczeń Eurobanku z tytułu zaciągniętego przez osobę trzecią kredytu na szkodę powoda aktualnie nie istnieje". Sąd napisał też, że spółka pośrednictwa kredytowego, która ów kredyt "załatwiała" i miała umowę z Eurobankiem, była bandą przekręciarzy, gdyż "co wynika z akt postępowania prokuratorskiego, nie składała sprawozdań finansowych do sądu rejestrowego a członkowie jej zarządu byli wielokrotnie notowani przez Policję a nawet poszukiwani".

      Widać więc, że Eurobank współpracował z niezłymi ziółkami i w sumie mało by nas ta współpraca obchodziła, gdyby jej efektami nie byli obciążani Bogu ducha winni klienci. I gdyby bank nie opóźniał za wszelką cenę naprawienia błędu. Eurobank złożył apelację, ale Sąd Okręgowy w Poznaniu 10 października ją oddalił i zasądził 20.000 zł plus odsetki i zwrot kosztów procesu. "Tym samym sprawa została prawomocnie zakończona na korzyść mojego Klienta. Sądzę, że opublikowanie tej historii z pewnością da wiarę czytelnikom, że nie stoją na pozycji przegranej w walce z dużą korporacją jaką jest bank" - kończy swoje opowiadanie mec. Kacprzak. Rzadko się zdarza, żeby w ciągu roku od złożenia pozwu doprowadzić do prawomocnego wyroku. Swój udział musieli mieć też łebscy sędziowie, którzy byli odporni na próby przeciągania procesu, składania coraz to nowych wniosków dowodowych i świadków i takie tam. Byłem stroną w siedmiu procesach cywilnych i jednym karnym i wiem, że nie ma dwóch zdań - jak sędzia ma wielkie cojones, to procesy nie muszą trwać całymi latami.

      SUBIEKTYWNOŚĆ NA ŚNIADANIE. Autor blogu "Subiektywnie o finansach" gościł ostatnio dwukrotnie w programie "Pytanie na śniadanie" w TVP2, rozmawiając o kartach płatniczych i kontrowersjach związanych z kartami zbliżeniowymi. Zapraszam do obejrzenia i posłuchania: 9 października było o tym jak bezpiecznie korzystać z kart zbliżeniowych, zaś 25 października o tym czy z takich kart można łatwo wyprowadzić dane. W jednym z programów dostałem nawet eskortę policyjną, więc czułem się naprawdę kogucio ;-)

      Pytanie na śniadanie

      AUTOR BLOGU Z GŁÓWNĄ NAGRODĄ W KONKURSIE NBP. O tej nagrodzie marzy każdy dziennikarz zajmujący się ekonomią. Obok nagrody Grand Press i przyznawanych w Krakowie nagród im. Eugeniusza Kwiatkowskiego to bodaj najbardziej prestiżowy laur dziennikarski w branży ekonomicznej. W tym roku główną nagrodę dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego 2013 r. w konkursie im. Władysława Grabskiego, organizowanym pod auspicjami Narodowego Banku Polskiego, przyznano autorowi Waszego ulubionego blogu. A Wy jesteście współautorami tego sukcesu, bo nie byłoby go, gdyby nie popularność tego miejsca w internecie.

      Samcik NBP nagroda grabskiego

      Samcik NBP nagroda grabskiego

      SUBIEKTYWNIE W POLSACIE O EMERYTACH. Rząd szykuje ustawę regulującą tzw. rentę dożywotnią, czyli transakcję odwrotną do kredytu hipotecznego - senior, posiadający nieobciążone mieszkanie, może je oddać prywatnemu funduszowi hipotecznemu, a ten w zamian zobowiązuje się, by płacić seniorowi comiesięczną rentę do końca życia. Prześwietlałem ten koncept na stronach blogu "Subiektywnie o finansach", a ostatnio również w "Wydarzeniach" Polsatu. Zapraszam do obejrzenia! Subiektywność była też ostatnio w TOK FM:

      SUBIEKTYWNOŚĆ POMOŻE WYBRAĆ SUPERMARKI. Autor blogu "Subiektywnie o finansach" weźmie udział - jako członek tzw. Rady Marek - w renomowanym plebiscycie Superbrands, który wyłoni najsilniejsze, zdaniem PolSuperbrandsaków oraz ekspertów od marketingu, PR, budowania strategii, marki biznesowe oraz konsumenckie. Wyniki Superbrands 2013/2014 zostaną ogłoszone w listopadzie tego roku. Jeśli macie dla mnie jakieś wskazówki, wytyczne, rekomendacje - piszcie na maciej.samcik@wyborcza.biz. 

      EKIPA SAMCIKA W AKCJI. CO CZWARTEK. Jeśli macie problem z bankiem, firmą ubezpieczeniową, dostawcą telewizji lub internetu, z firmą energetyczną, wodociągami bądź sklepem spożywczym (albo znacie kogoś, kto ma taki problem), to pamiętajcie, że w każdy czwartek, na stronach gospodarczych "Gazety Wyborczej", węzły gordyjskie, zwykłe, a także sznurowadła rozwiązuje Ekipa Samcika. Rozwiązujemy je też w internecie, w serwisie www.wyborcza/biz/pieniadzeekstra.

       

      Ekipa Samcika

      Niektórzy nazywają nas inaczej, ale mamy niestety w składzie tylko jednego Aniołka ;-). Jeśli jednak zobaczycie ile spraw udaje się załatwiać Ekipie (przypominam: nowe "sprawozdanie z działalności" w każdy czwartek), to pewnie niejeden z Was mimo wszystko zanuci to... ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Bank wpisał go na listę nierzetelnych dłużników. Zapragnął zemsty i... wygrał w sądzie 20.000 zł!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 października 2013 22:59
  • piątek, 25 października 2013
    • Zdrada wysoko się ceni, czyli Kevin Spacey daje mi 1000 zł i szykuje rozpałkę do grilla

      W co gra bankowiec, który płaci mi 1000 zł tylko za to, że założę u niego bezpłatne konto, a zlikwiduję ROR u konkurencji? Na początku października amerykański gwiazdor Kevin Spacey zaczął mnie zachęcać, żebym założył konto w BZ WBK. Przekonywał, że mam zmienić bank „nie tylko dla pieniędzy”. A jednocześnie kusił największą kasą, jaką kiedykolwiek ktoś płacił mi za „zdradę”. Spacey mówi tak: „masz tu, Samciku, konto za darmo, masz kartę za darmo, masz wszystkie bankomaty w Polsce za darmo i jeszcze zapłacę ci tysiaka”. Z tytułu miesięcznych wpływów na konto – bank daje po 50 zł przez dziesięć miesięcy. Zdefiniowanie dwóch tzw. poleceń zapłaty (ułatwiają „automatyczne” opłacanie rachunków) – jeszcze 200 zł. Wykonywanie z konta przelewów - do 25 zł miesięcznie. W sumie - równo tysiąc w ciągu roku. Co w zamian? Muszę miesięcznie przelewać na konto 5 tys. zł lub więcej, opłacać z ROR-u comiesięczne rachunki oraz zobowiązać się do robienia zakupów w sklepach za 500 zł miesięcznie. Jeśli nie dotrzymam umowy – kara 25 zł miesięcznie. Przy niższych wpływach na konto bonus jest nieco mniejszy - wynosi 700 zł. 

      Lubię klarowne sytuacje, więc policzyłem co musi się stać, żeby bank odzyskał „zainwestowany” we mnie tysiąc. Załóżmy, że będę płacił kartą za zakupy o wartości 3 tys. zł miesięcznie. Z prowizji od sklepów w ciągu roku bank odzyska 180 zł. W moim „starym” banku mam też 15.000 zł debetu w koncie. Jeśli za jego utrzymanie zapłacę np. 2% wartości linii, bank odzyska 300 zł. Pewnie dostanę też fajną kartę kredytową. Za darmo będzie tylko w pierwszym roku - wiem coś o tym, bo właśnie zapłaciłem 50 zł w ING Banku za kartę, której „stuknął” roczek. Bolało. I jeszcze kredyt gotówkowy. Wystarczy, że raz skuszę się i wezmę np. 3000 zł, a bank będzie 150 zł "do przodu" na prowizji (chyba, że z niej zrezygnuje) i 300 zł na odsetkach. I już mamy prawie tysiąc złotych. A jeszcze: ubezpieczenie do karty, zdrowotne, podróżne, samochodowe, konsolidacja wcześniej zaciągniętych kredytów... Wychodzi na to, że ten „mój” tysiąc bank - przy sprawnym „zgrillowaniu” mnie - odzyska najpóźniej za rok.

      Powie ktoś: "panie Samcik, coś pan taki podejrzliwy, a inne banki nie grillują?". Może i grillują, jeden lepiej drugi gorzej. Ale najważniejsze jest to, że w BZ WBK już przygotowują do tego grilla rozpałkę. Napisał do mnie pan Paweł, czytelnik blogu: "Panie Macieju: ostatnio pisał pan o Koncie Godnym Polecenia. Kasę autentycznie dają, bez większych problemów, nawet bez wpłacania "prawdziwych" pieniędzy, wystarczą tylko "sztuczne" przelewy tam i z powrotem. Ale warunkiem jest także nieodwołanie zgody na marketing telefoniczny. A jest on mega uciążliwy... W przypadku odwołania zgody tracimy bonus" - donosi pan Paweł. Boleśnie to prawdziwe. Zerknijcie na fragment regulaminu promocji, na podstawie którego można otrzymać od Kevina 700 zł. "W promocji może wziąć udział Uczestnik, o którym mowa w § 3, który spełni warunki określone w § 4 ust.1, 2 i 3 oraz: a) nie złożył sprzeciwu wobec działań marketingowych Banku, b) wyraził zgodę na otrzymywanie informacji handlowej drogą elektroniczną, c) podał nr telefonu komórkowego do kontaktu. (...)".

      I dalej: "Nagroda wypłacona zostanie na Konto w terminie do końca miesiąca kalendarzowego następującego po miesiącu, w którym spełniono warunki uprawniające do otrzymania nagrody". Rzeczywiście, bank rezerwuje sobie prawo do molestowania, bo inaczej nie zapłaci. "To wygląda tak: jeśli klientowi nie podoba się grillowanie przez telefon i wyrazi lekkie zdenerwowanie oraz sprzeciw, to koniec promocji" - podsumowuje pan Paweł. Powiedzmy sobie szczerze: nie ma tu powodu do wielkiego oburzenia, bo trudno, żeby bank, który mocno dotuje klienta, pozbawił się prawa do marketingowej aktywności. Więc i ja nie mam zamiaru krytykować BZ WBK za takie ustawienie sprawy. Piszę ten wpis tylko po to, by wszyscy, którzy skorzystali z oferty Kevina Spaceya - nawet ci, którzy nie przeczytali regulaminu promocji - zdali sobie sprawę, że za oferowany im 1000 zł (albo 700 zł w okrojonej formule) płacą "w naturze".  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Zdrada wysoko się ceni, czyli Kevin Spacey daje mi 1000 zł i szykuje rozpałkę do grilla”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 25 października 2013 11:48
    • Poważna nagroda dla niepoważnego człowieka, czyli subiektywność doceniona. Dziękuję!

      Szanowni, na Waszych oczach dzieją się rzeczy wielkie. Subiektywność znów została doceniona. Tym razem przez kapitułę konkursu dziennikarskiego im. Władysława Grabskiego, organizowanego pod auspicjami Narodowego Banku Polskiego. W czwartkowy wieczór miałem zaszczyt odebrać z rąk samego szefa NBP statuetkę dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego w 2013 r.  Co prawda z uzasadnienia jury wynika, że nagroda jest m.in. za "całokształt pracy dziennikarskiej i redaktorski kunszt, utrzymywanie niezmiennie wysokiego poziomu warsztatu dziennikarskiego oraz ogromny wkład w objaśnianie społeczeństwu w zrozumiały sposób zagadnień gospodarczo-ekonomicznych", ale mam niejasne przeczucie, że ma ona duuuużo wspólnego z blogiem, który od ponad czterech lat wspólnie z Wami tworzę. Rafał Hirsch, do niedawna dziennikarz TVN, prowadzący jeden z najlepszych blogów poświęconych giełdzie i rynkowi kapitałowemu, skomentował nawet na Twitterze: "Czyżby Nagroda Grabskiego pierwszy raz została przyznana za bloga?".

      Dziękując kapitule za przyznanie nagrody powiedziałem, że jest ona dla mnie potwierdzeniem, iż da się połączyć jakościowe dziennikarstwo, uprawiane na łamach największej opiniotwórczej gazety w kraju, z blogowaniem na tematy konsumenckie, z natury rzeczy wymagającym szturchania i kopania po kostkach bankowców i finansistów. Uważam, że dziennikarz nie powinien się ograniczać do informowania. On ma zmieniać świat na lepsze, a przede wszystkim - stać po stronie swoich czytelników, być ich rzecznikiem i obrońcą. Przyjąłem tego wieczoru mnóstwo gratulacji, przede wszystkim właśnie za działalność blogową. To było niezwykle miłe, kiedy dziennikarze, ekonomiści i pracownicy banków podchodzili, mówili, że czytają blog regularnie i przyznawali, że ma ogromną moc sprawczą. Ma ją - powtarzam to zawsze przy tego typu okazjach - dzięki Wam, setkom tysięcy osób klikających, czytających, komentujących, dzielących się wpisami na Facebooku, czy Twitterze. Dlatego jeśli dostaję jakąś nagrodę, to z pełną pokorą oświadcza, że jest to również nagroda dla Was.

      "Ten niepoważny facet dostaje najpoważniejszą nagrodę dla dziennikarza ekonomicznego w kraju. Zgroza :-)" - skomentował cała sprawę Jarek Śliżewski z Gazety.pl, mój stary druh, który był zresztą jednym z pomysłodawców powstania blogu "Subiektywnie o finansach". I załączył do swojego komentarza ten klip:

      Ma chłop rację, tak się nie zachowują poważni dziennikarze pracujący w poważnych mediach. Ale niestety nie mogę Wam obiecać, że już nie będę się wydurniał ;-). Jeśli dzięki temu wydurnianiu ktoś nie podejmie decyzji dotyczącej swoich pieniędzy, której potem by żałował i przez którą wpadłby w tarapaty finansowe, to i tak jestem wygrany. A nagroda im. Grabskiego - obok dwóch wcześniejszych wyróżnień w tym konkursie, lauru "Grand Press", czy nagrody im. Eugeniusza Kwiatkowskiego - to dla mnie znak, że warto zarywać noce i weekendy, żeby tworzyć coś fajnego. Dziękuję za wszystkie gratulacje: zarówno od czytelników, jak i bankowców. Wiem, że przygniatająca większość z nich doskonale rozumie, że tak naprawdę gramy w jednej drużynie - na koniec dnia chcemy, że produkty finansowe były lepsze, a ich użytkownicy - bardziej zadowoleni.  

      Przypominam, że co czwartek w "Gazecie Wyborczej" znajdziecie równie unikatowe "papierowe" przedłużenie blogu, czyli sekcję "Pieniądze Ekstra". W najnowszym numerze m.in.: * czy pranie w niemieckim proszku jest tańsze, niż w polskim, * czy warto wziąć 1000 zł od Kevina Spaceya, * ile kosztuje picie kawy w pracy oraz * jak się skończyła ostra dyskusja między dwoma językoznawcami, a prawnikiem w sprawie zapisu w pewnej umowie. A poza tym razem ze swoją ekipą pomagam walczyć z nadmiernie chciwym komornikiem i nie tylko z nim. Na pieńku mam w tym wydaniu "Pieniędzy Ekstra" również z PKO BP i mBankiem. Jak widzicie - dzieje się ;-). Jeden z bankowców pół-żartem zapytał mnie, gratulując nagrody: "Może - spełniony - zwolnisz tempo i zostawisz tych wszystkich 'nabitych'? Chyba, że marzy Ci się seria wyróżnień, więc nie możemy - jako sektor bankowy - liczyć na taryfę ulgową w 2014 r.". Hmmmm, możecie, ale najpierw musicie przestać robić takie rzeczy:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Poważna nagroda dla niepoważnego człowieka, czyli subiektywność doceniona. Dziękuję!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 25 października 2013 00:39
  • czwartek, 24 października 2013
    • To już oficjalne: za miesiąc pogrzeb Multibanku! Co czeka 700.000 jego klientów?

      MultibankTo już oficjalne: koniec Multibanku nastąpi 25 listopada. Tego dnia dotychczasowa marka bankowości premium w grupie BRE zostanie wchłonięta przez mBank, a klienci Multibanku przejdą pod nowe skrzydła. Skrzydła będą miały barwy wycinanki łowickiej, aczkolwiek bardzo gustownej (przyznać trzeba). Podobnie zresztą zniknie obsługujący firmy BRE Bank (też zostanie przerobiony na mBank). W ten sposób zaczyna się kluczowa część zapowiadanej od roku konsolidacji trzeciej największej grupy bankowej w Polsce wokół najsilniejszej marki - mBanku. Najpierw mBank wprowadził do oferty usługi premium, czyli m.in. konta i karty dla zamożnych, potem zaprezentował odświeżone logo, następnie nowy system transakcyjny, podobno najbardziej intuicyjny jaki kiedykolwiek wymyślono w jakimkolwiek banku, teraz zaś przychodzi czas na skasowanie marek "pobocznych", w tym Multibanku. Bardzo jestem ciekaw, czy przy okazji będą "straty w ludziach". Już kiedy prezes Cezary Stypułkowski po raz pierwszy ogłaszał ten plan, miałem obawy o to jak klienci "multibankowi" przyjmą przenosiny pod znacznie mniej ekskluzywny brand mBanku. Multibank co prawda odstaje dziś jakością obsługi od liderów personal bankingu, zaś jego system transakcyjny trąci myszką (nie ma wiele wspólnego z ergonomią), ale... gros jego klientów to konserwatyści, nie pragnący wodotrysków we wszystkich kolorach tęczy.   

      Co stanie się 25 listopada? Wbrew pozorom, z punktu widzenia klientów Multibanku - niewiele. Strona internetowa banku zyska nowe logo, podobnie  jak system transakcyjny, jednak "w środku" w dalszym ciągu będą to stare multibankowe "bebechy". Sposób logowania i hasła zostają te same. Na razie klienci nie będą przenoszeni do systemu mBanku, choć w ciągu kilku albo kilkunastu tygodni taki proces się zapewne rozpocznie (prawdopodobnie będzie przebiegał na raty, czyli różni klienci będą przepinani do systemów Nowego mBanku w różnym czasie). Jeśli chodzi o obsługę w oddziałach i ofertę - nic się nie zmieni, poza logo przy wejściu do oddziału. Z czasem pewnie wzrosną kolejki, bo do tej pory nie wszyscy klienci mBanku wiedzieli, że mogą być bez opłat obsługiwani w oddziałach Multibanku. A gdy te zmienią logo,, klienci "mBankowscy" rozgoszczą się w nich, jak u siebie w domu. Zmiana nazwy Multibanku nie oznacza też konieczności aneksowania umów, czy dokumentów. Wszystkie papiery i złożone podpisy pozostają w mocy, tak samo, jak numery rachunków i taryfy prowizji. "Zabawa" w zmianę banku na poważnie zacznie się dla klientów Multibanku dopiero wtedy, kiedy ich konta, kredyty, lokaty i zlecenia zaczną być transferowane z systemów Multibanku do Nowego mBanku. Będziemy trzymali kciuki, żeby nie powtórzyła się katastrofa Inteligo, gdy przenoszono klientów do systemu iPKO.

      Co jeszcze się zmieni 25 listopada? Przestanie działać strona informacyjna Multibank.pl, a wszystkie informacje na temat oferty Multi będą pod adresem mBank.pl. Produkty i usługi wcześniej pochodzące z Multibanku będą miały tam logo mBanku, dla niepoznaki tylko z dopiskiem „dawny Multibank” (mówimy o stronie informacyjnej, ta do logowania będzie działała bez zmian: https://moj.multibank.pl). W sumie więc dla klientów Multibanku to na razie tylko forpoczta zmian, polegająca głównie na konieczności przyzwyczajania się do nowego logo. Ot, taka nowa "skórka". Jednak oczami wyobraźni widzę już Wasze mejle z pytaniami "kiedy to się zacznie"? Nie wiem, ale domyślam się, że najpóźniej na początku przyszłego roku. W mBanku obiecują, że klienci będą indywidualnie i z dużym wyprzedzeniem informowani o tym, kiedy czeka ich ten kolejny krok - przeniesienie pieniędzy i dyspozycji do systemu mBanku. Ciekaw jestem jak będzie wyglądało przeniesienie do mBanku kont "multibankowców", którzy mają też ROR w mBanku. Scalą oba konta w jedno? Ale pod jakim numerem? A może zostawią dwa osobne? No, zobaczymy. Na razie proponuję przygotować się do pogrzebu Multibanku. To już za miesiąc. A potem - na narodziny nowej potęgi ;-)

      "PIENIĄDZE EKSTRA" DZIŚ W "GAZECIE WYBORCZEJ". Niezmiennie zachęcam Was, żebyście w każdy czwartek zaglądali do kiosków (lub e-kiosków) i kupowali "Gazetę", w której znajdziecie papierową emanację blogu. Dziś przeczytacie m.in. o tym ile kosztuje 1000 zł od Kevina Spaceya, sprawdzicie ile wydajecie na kawkę w pracy, dowiecie się jak wyprać koszulkę, ale nie kieszeń i ile Waszych spraw załatwiła w ciągu tygodnia Ekipa Samcika. 

      JESZCZE DZIŚ W BLOGU "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH". 20.000 zł takie zadośćuczynienie wypłaci Eurobank swojemu klientowi za... omyłkowe wpisanie go na listę nierzetelnych dłużników. Tę niebagatelną kwotę zasądził właśnie od banku poznański sąd. Wyrok jest prawomocny. Zaczęło się od tego, że w 2011 r. pan Jan udał się do jednego z banków po kredyt samochodowy. Został odesłany z kwitkiem ze względu na - jak mu powiedziano - przeterminowany dług w Eurobanku. Sęk w tym, że pan Jan żadnego kredytu w Eurobanku nie brał. Nie zgubił też dokumentów, na podstawie których ktoś mógłby wyłudzić kredyt na jego nazwisko.  W listopadzie 2011 r. pan Jan zawiadomił policję w Swarzędzu o podejrzeniu fałszerstwa, a z zaświadczeniem uzyskanym w komisariacie udał się do banku. Co było dalej? Zajrzyj jeszcze dziś do blogu, żeby poznać zakończenie tej historii. A zanim to zrobisz, obejrzyj moje wideoprześwietlenie ostatniej reklamy Eurobanku:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „To już oficjalne: za miesiąc pogrzeb Multibanku! Co czeka 700.000 jego klientów?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 października 2013 00:04
  • środa, 23 października 2013
    • I znów nam się coś udało: w mBanku dane firmy możesz już zmienić przez telefon

      Pisałem niedawno w blogu o kłopotach, jakie mieli klienci mBanku, gdy potrzebowali zmienić w danych konta jakiś szczegół dotyczący prowadzonych przez nich firm. Najczęściej problemem był adres siedziby. Gdy się zmienił, trzeba poinformować bank, bo aktualna informacja o tym gdzie mieści się firma zawsze powinna znajdować się na przelewach wychodzących z konta firmowego. Jak powszechnie wiadomo, kto się przeprowadza zgłasza ten fakt do rejestru państwowego - Centralnej Ewidencji Działalności Gospodarczej (CEIDG) oraz informuje o tym bank. Najlepiej byłoby, gdyby ów bank po prostu przyjął do wiadomości oświadczenie klienta, ewentualnie weryfikując jego prawdziwość w CEIDG. W mBanku do tej pory było trudniej. Klientów odsyłano do centrali na ul. Piotrkowskiej, a w najlepszym razie do centrów kredytowych, które mBank (i Multibank) ma w największych miastach w Polsce. Wytoczyłem tej praktyce batalię, bo przecież nie jest winą klienta, ze bank jest internetowy. Ba, powinien przez to być bardziej nowoczesny, a więc pozwalać załatwiać zdalnie takie sprawy jak zgłoszenie zmiany adresu.

      Klienci byli rozjuszeni co najmniej tak samo mocno, jak w przypadku zagrywki mBanku z odhaczaniem zgód marketingowych. Albo i bardziej ;-). Padłem, kiedy przeczytałem w korespondencji od jednego z moich czytelników, że w mBanku można rzecz załatwić listownie, ale... podpis klienta na potwierdzeniu ma być uwierzytelniony notarialnie. "Chyba po to wdrożono CEIDG żeby takiego udowadniania, że się nie jest wielbłądem unikać. Nic poza adresem się u mnie nie zmieniło, firma ma ten sam NIP, REGON... Adres w CEIDG oczywiście mam aktualny. Ręce opadają" - pisał jeden z czytelników. A konsultantka mówiła mu, uwaga, uwaga, że: "Wybierając sposób zmiany danych poprzez wysłanie formularza, konieczne będzie udanie się do notariusza bądź osoby zaufania publicznego (wójta, burmistrza, prezydenta miasta, starosty lub marszałka województwa)". Masakra. Ale na szczęście to już przeszłość, bo jeden z czytelników doniósł mi, że mBank postanowił właśnie zmienić procedurę na bardziej przyjazną. Nie wiem czy to wskutek "nagonki", którą przedsięwziąłem w blogu, czy też z innych powodów, ale liczy się, że w mBanku idzie wreszcie ku dobremu. Na czym dokładnie polegają zmiany? O tym pisze pan Jarosław:

      "Chcę nawiązać do Pana niedawnej notki o mBanku, który nie pozwala zdalnie zmienić adresu firmy. Tak się składa, że kilka dni po przeczytaniu wpisu znalazłem się w identycznej sytuacji. Informuję, że mBank zmienił strategię (pewnie znalazło się więcej takich klientów jak ja) i od kilku dni można dokonać zmiany adresu i nazwy firmy telefonicznie". Pan Jarosław, na poparcie swoich słów, wysyła kopię swojej korespondencji z mBankiem, a w zasadzie odpowiedź mBanku na zapytanie w sprawie zmiany danych. "Pragnę poinformować, że od 16 października 2013 r. istnieje możliwość zmiany danych firmy tj, adresu siedziby firmy także poprzez kontakt telefoniczny. (...) W celu realizacji dyspozycji niezbędna będzie Pana identyfikacja przy użyciu numeru identyfikacyjnego oraz telekodu" - napisała mojemu czytelnikowi pani Ewelina z mBanku. Bardzo się cieszę, bo okazuje się, że jednak można ułatwić klientom życie, korzystając ze zdobyczy XXI wieku, takich jak internet, czy dostępne elektronicznie rejestry. A jak już jesteśmy na fali - i to tej dobrej - to od razu zapytam: a co z mBankową opłatą za zajęcie komornicze? Może i tu przypadałaby się podobna wolta?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „I znów nam się coś udało: w mBanku dane firmy możesz już zmienić przez telefon”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 23 października 2013 19:09

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line