Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • sobota, 31 października 2015
    • Czy da się oszczędzać, gdy nie starcza na życie? Słowo o małych pieniądzach, nie tylko na dziś

      Z okazji przypadającego dziś Światowego Dnia Oszczędzania chciałbym podzielić się z Wami pewnym spostrzeżeniem, wynikającym z rozmów, dysput i sporów, które ostatnio z Wami odbywałem. Od kilku tygodni realizuję cykl klipów wideo na temat oszczędzania i inwestowania pieniędzy. Na początku opowiadałem o tym, że każdy powinien mieć finansowy spadochron i że w tym celu nie zaszkodzi wkładać do skarbonki po kilka złotych dziennie, zamiast wydać na jakąś zbędną rzecz. Potem było o tym, że w długim terminie warto zadbać o każdy ułamek procentu zysku ze swoich oszczędności, o mitach, które narosły wokół inwestowania oraz o tym jak urzeźbić sobie pierwszy plan oszczędzania. Kto nie widział, powinien przynajmniej zerknąć, zapraszam na mój kanał na YouTube. (youtube.com/maciejsamcik). Wiem, że wielu z Was lubi te opowiastki, zwłaszcza, że są okraszone twardymi danymi i wykresami, ale dostałem też niemało sygnałów od osób, które to wkurza, bo ledwo wiążą koniec z końcem i zwyczajnie nie mają z czego oszczędzać. Dużo rozmawiam z czytelnikami przy okazji występów publicznych, albo po prostu gdy spotkacie mnie na ulicy, czy w sklepie.

      Często żalicie mi się, że właśnie walczycie o przeżycie, zżera Was kredyt frankowy, podwyżki pensji nie widzieliście od pięciu lat, albo etat i stała praca jest dla Was w ogóle poza zasięgiem. A tu przychodzi jakiś palant i każe Wam oszczędzać na kawie w Starbucksie. Dziś wiec kilka słów do Was właśnie. Zgoda: są w życiu momenty, w których bardzo trudno myśleć o oszczędzaniu na spełnianie marzeń. A szczytem tychże marzeń jest nie wpaść zbyt głęboko w długi. Kto czytał moje książki, to słyszał o tej części mej egzystencji na tym łez padole, kiedy musiałem - i to nie sam, lecz razem z dziewczyną - przeżyć za 12 zł dziennie (szczęśliwie już po opłaceniu czynszu za mieszkanie). Nie było wtedy mowy o kawie i ciastku na mieście, ani o wypadach do knajpy, czy do kina. Kiedy po raz pierwszy zostałem ojcem też nie było łatwo - pierwszy rok życia dziecka to kosztowne przedsięwzięcie i mało kto jest na przygotowany na taki szok w portfelu. Ja też nie byłem.

      Ale to nie znaczy, że trzeba zapomnieć o oszczędzaniu jeśli się dobrze nie zarabia. Owszem, jak jest mało kasy, to cele oszczędzania są inne (żeby mieć kilka stówek na wypadek niespodziewanych wydatków, a nie kilkadziesiąt tysięcy na spełnianie marzeń), kwoty też są inne (np. 20 zł miesięcznie, a nie 5 zł dziennie). Ale mechanizmy są te same: nawet przy najskromniejszym życiu trzeba próbować odłożyć choćby 1 zł dziennie na fundusz rezerwowy. W najbardziej napiętym budżecie domowym zdarzają się ekstra-wpływy, których część (np. 10%) można przeznaczyć na oszczędności. Korzystanie z programów typu money-back w bankach też nie jest zarezerwowane tylko dla zamożnych. Zaś oszczędzanie na końcówkach transakcji można tak skonfigurować, żeby od każdej bank odciągnął 50 gr., a nie 5 zł. Posiadanie długów też nie zwalnia z oszczędzania. Zmieniają się po prostu priorytety, po prostu zbieramy na ich szybszą spłatę. O tym jak wyjść z długów pisałem w blogu, jest o tym cały rozdział w mojej książce, a dobry cykl edukacyjny poświęcił temu procesowi mój druh po "blogowej" linii - Michał Szafrański.

      Samcik 100 sposobów

      W oszczędzaniu pieniędzy nie zawsze chodzi o to, żeby uzbierać miliony. Chodzi o to, żeby mieć nawyk oszczędzania. Jeśli pieniędzy w portfelu jest mało, to i oszczędności nie będą duże. Ale gdy ich przybędzie - a uwierzcie, każdemu kiedyś w życiu się poprawia - to w ramach już istniejącego mechanizmu kasy po prostu będzie przybywało szybciej i więcej. Jeśli ulegniecie przekonaniu, że nie stać Was na oszczędzanie, to nie będzie Was też na nie stać jak będziecie mieli więcej pieniędzy. Nie ma takiej kwoty, której nie da się wydać "na życie". W jednej z książek opowiadałem o znajomym, który zarabia coś pod 50.000 zł miesięcznie i też mu nie starcza na życie. Jak to możliwe? Ano ma dom w dobrej dzielnicy (oczywiście na kredyt we frankach), przy domu ogród, który trzeba pielęgnować, w domu sprzątaczkę i kucharkę, dzieci w prywatnych szkołach, dwa samochody w garażu (banzyna, ubezpieczenie), trzeba jeździć na wakacje na Malediwy (bo znajomi też jeżdżą). Ten gość mówi mi, że nie ma z czego oszczędzać i żebym mu nie opowiadał o funduszu na spełnianie marzeń po zakończeniu kariery zawodowej, bo on tu walczy o przetrwanie.

      Jeśli też uważacie, że Was to na pewno nie stać na oszczędzanie, po prostu spróbujcie znaleźć jakiś wydatek, który jest zbędny lub zbyt wysoki. To nie musi być kawa w Starbucksie. Ilu z Was wydaje co miesiąc wagon złotówek na fajki? Niektórzy gadają jak najęci przez telefon (a mogliby mieć niższy abonament lub pre-paida), inni stale wyrzucają za dużo żarcia, bo nie potrafią skalibrować zakupów. Jeszcze inni mogliby zejść o te 10-20 zł miesięcznie z rachunków za energię, albo powstrzymać się przed kredytem ratalnym, gdy okaże się, że trzeba do niego dokupić ubezpieczenie za 150 zł. Czasem ten potencjał do ograniczania zbędnych kosztów jest duży. Badania pokazują, że 55-60% Polaków nie ma żadnych oszczędności. Ale tylko 20-25% z nas ma jednocześnie bardzo niskie dochody. Resztę stać byłoby na oszczędzanie, tylko nie mają nawyku albo nie wiedzą jak się za to zabrać. A sposób jest prosty. Da się go ogarnąć w ciągu trzech minut:

      Wśród pozostałych 40-45% jedna trzecia ma już tak wysokie zarobki, że oszczędzanie i inwestowanie wychodzi naturalnie (po postu w budżecie zawsze coś-tam zostaje), ale dwie trzecie oszczędza tylko od czasu do czasu, kiedy zapomni wydać całą kasę. Więc to naprawdę nie jest tak, że opowiadam o tym oszczędzaniu i inwestowaniu tylko po to, żeby Was wkurzyć. Ja po prostu sam przeszedłem tę drogę i wiem, że jest właściwa. Na koniec: cztery błędy, które utrudniają oszczędzanie:

      Większe wydatki pojawiają się niespodziewanie. W każdym budżecie domowym musi być miejsce na ekstra-wydatki, czyli takie, które zdarzają się raz w roku: Boże Narodzenie, wakacje, początek roku szkolnego - to najpopularniejsze momenty w roku, kiedy wydatki rosną. Czasem takim najgorszym momentem jest konieczność ubezpieczenia samochodu, wysłania dziecka na kolonie, albo jakaś choroba.

      Brak kontroli bieżących wydatków. Jeśli nie wiesz na co wydajesz pieniądze, to na bank wydajesz ich za dużo. Wydatki na telefon, rachunki za prąd, gaz i wodę, ogrzewanie, telewizję kablową - te wszystkie wydatki trzeba systematycznie przeglądać i sprawdzać czy nie płacimy zbyt wiele lub za usługi, bez których moglibyśmy się obyć. Bardzo często przez nieuwagę wpadamy w pułapkę dwuletnich umów promocyjnych na różne usługi. Kupujemy pakiet i jesteśmy "uwięzieni". Przed podpisaniem takiego papieru warto się zastanowić czy naprawdę nie da się podpisać tańszego cyrografu.

      Zakupy bez planu i pomyślunku. Najczęściej pieniądze przeciekają nam między palcami na codziennych zakupach. Kupujemy za dużo, nie trzymamy się planu, dajemy się wodzić za nos marketingowcom. Miałem taki moment w życiu, kiedy wyrzuciłem z portfela karty płatnicze i brałem do sklepu tylko określoną, wyliczoną kwotę gotówki. Wtedy dużo łatwiej utrzymać dyscyplinę. Radzę też monitorować wydatki sklepowe i sprawdzać czy zmieniają się z miesiąca na miesiąc. Jeśli rosną bez powodu - coś jest nie tak.

      Słaba silna wola. Co innego mieć jakieś oszczędności, a co innego nie zużyć jej na bieżące potrzeby. Fundusz rezerwowy musi być odseparowany od bieżącego, najlepiej przechowywać go na osobnym koncie oszczędnościowym, albo w ogóle w innym banku i nie brać do tego konta karty płatniczej (nie będzie pokusy, żeby wypłacić pieniądze z bankomatu, gdy skończą się pieniądze na podstawowym koncie).

      Jak inwestować i pomnażaćZACZNIJ OSZCZĘDZAĆ RAZEM ZE MNĄ! Chcesz posiąść lub rozszerzyć wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń? Przeczytaj poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupisz na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możesz się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie ci rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały przez palce. Książkę kupisz na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku.

      WPADNIJ NA KONFERENCJĘ "NIENIEODPOWIEDZIALNI". W najbliższą środę w siedzibie Ministerstwa Gospodarki w Warszawie odbędzie się duża konferencja dotycząca uczciwej, etycznej sprzedaży produktów finansowych. Częścią tego przedsięwzięcia będzie debata oxfordzka z tezą: "Za pięć lat zdecydowana większość klientów będzie ufać bankom". Wezmę w niej udział m.in. w towarzystwie Mariusza Grendowicza, Marii Pasło-Wiśniewskiej i Adama Jassera. Mam nadzieję, że będzie iskrzyło. Organizatorzy przeznaczyli kilkadziesiąt darmowych wejściówek dla czytelników blogu, trzeba tylko zarejestrować się na tej stronie 

      OBIETNICE WYBORCZE POD LUPĄ SUBIEKTYWNOŚCI. W minionym tygodniu zastanawiałem się co nas czeka - i nasze portfele - pod nowymi rządami. Pierwsze analizy mogliście przeczytać już w poniedziałkowy, powyborczy poranek w blogu, ale subiektywność gościła też w programach TVN24 i TVN24 Biznes i Świat - m.in. w magazynach "Biznes dla ludzi" (o podatku bankowym) oraz "Polska i świat" (o pomocy dla frankowiczów).

      tvn_biznes_dla_ludzi

      tvn_polska_i_wiat

      finansowewyzwania2

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Czy da się oszczędzać, gdy nie starcza na życie? Słowo o małych pieniądzach, nie tylko na dziś”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 31 października 2015 12:29
  • piątek, 30 października 2015
    • Sąd otwiera puszkę Pandory? Bank nie może pobrać prowizji za to, że klient... czegoś nie zrobił

      Pamiętacie słynną aferę wokół Polbanku i jego klientów-przedsiębiorców, na których znienacka nałożono obowiązek wykazywania wysokich obrotów na kontach, dokładanych wcześniej gratisowo do kredytów? Opłata za nieposłuszeństwo była naliczana procentowo do salda kredytu (0,5%), więc mogła sięgnął setek albo i tysięcy złotych. Niegdyś tak miało wyglądać "ludzkie" oblicze bankowości rodem z Grecji (pamiętacie hasło, z którym wchodził bank na rynek: "po prostu, po ludzku"?). Dziś Polbank jest już częścią austriackiego Raiffeisena), ale jego niektóre praktyki wciąż odbijają się Austriakom czkawką. Czkawka ta jednak może mieć pewne pozytywne skutki. Dziś dwa słowa o ważnym wyroku sądu w procesie, który wytoczył Polbankowi jeden z klientów. Wyrok dotyczy co prawda przedsiębiorcy, więc nie da się go bezpośrednio przełożyć na nasze, klientów indywidualnych sprawy, ale część jego uzasadnienia jest niezwykle interesująca także z punktu widzenia szarego zjadacza bułek.

      Pan Artur w połowie 2008 r. zaciągnął w Polbanku duży kredyt (370.000 zł). Zapłacił prowizję za jego udzielenie (5500 zł) i jeszcze kilka innych opłat oraz zobowiązał się do utrzymywania w Polbanku konta bieżącego. Konto było darmowe, ale tylko do czasu. W grudniu 2008 r. Polbank zmienił regulamin, a z nowego wynikało, że klient powinien zapewnić na koncie określone obroty, bo inaczej będzie bolało. A konkretnie: prowizje będą bolały. Od 2009 r. do 2013 r. panu Arturowi, który w niektórych kwartałach wymogów nie spełniał, bank naliczył łącznie 8600 zł. Ten złożył reklamację, którą bank odrzucił. Pan Artur się zbiesił i udał się do sądu, ale w pierwszej instancji niewiele wskórał. Sąd uznał, że klient został prawidłowo poinformowany o zmianach, a jeśli nie przypadały mu one do gustu to mógł przecież kredyt wypowiedzieć, spłacić i pożegnać się z Polbankiem. Skoro tego nie zrobił, to znaczy, że powinien się dostosować do reguł, nawet jeśli zostały wprowadzone boczną furtką, czyli zmianami regulaminu, nie zaś umowy.

      Sąd drugiej instancji - bo pan Artur się odwołał - spojrzał na sprawę szerzej. Chociaż zgodził się z ustaleniami sędziego pierwszej instancji, iż nie można mówić, że klient został niewłaściwie poinformowany o zmianach, to uznał, że prowizja za niewywiązywanie się z obrotów na koncie stanowi w istocie karę umowną. A karę umowną można nałożyć jedynie za niewłaściwe wykonanie zobowiązania niepieniężnego. Tymczasem w przypadku podsądnego prowizje były naliczane za brak obrotów na koncie, czyli za coś, co jest zobowiązaniem pieniężnym. Poza tym bank nie zastrzegł w umowie, że może nałożyć jakieś kary umowne, więc nie ma żadnego powodu, by klient miał akceptować tę partyzantkę. Ale najciekawszy z punktu widzenia przeciętnego klienta detalicznego jest ostatni punkt uzasadnienia sądu. Przypomina on, że art. 110 Prawa bankowego stanowi, iż bank może pobierać przewidziane w umowie prowizje i opłaty z tytułu różnych czynności bankowych i innych (np przygotowanie informacji, umów itp.) Sąd doszedł do wniosku, że z przepisu jednoznacznie wynika, iż bank może pobierać opłaty za wykonanie jakiejś pracy (i to opłatę adekwatną do potrzebnych nakładów. Nie może natomiast pobierać opłat za to, że klient czegoś nie zrobi. Zwłaszcza, że z tytułu tego, czego klient nie zrobił, bank nie poniósł żadnych kosztów.

      raiuzas

      I to jest dość ciekawa interpretacja Prawa bankowego. Banki dość często ostatnimi czasy wrzucają w tabele opłat i prowizji jakieś obciążenia klientów wynikające z tego, że ci niewystarczająco często używają kartę, nie zasilają rachunku określonymi wpływami, albo nie są wystarczająco aktywni w jakichś innych wymiarach współpracy z bankami. Oczywiście nie oznacza to jeszcze, że każda opłata pobierana za brak aktywności klienta z definicji powinna być uznana za nielegalną. Wszystko zależy od tego w jaki sposób bank konstruuje swoją taryfę opłat. Jeśli jakaś prowizja jest przewidziana w taryfie, ale klient, spełniając pewne warunki, może jej uniknąć, to sprawa wydaje się czysta. Ale gdybyśmy mieli sytuację, że w tabeli opłat mamy zerową prowizję i informację, że jeśli klient nie wykona obrotów kartą lub obrotów na koncie, to może zapłacić ileś-tam złotych, to można byłoby się zastanawiać, czy to takiej sytuacji nie stosowałaby się wspomniana wyżej interpretacja sądu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Sąd otwiera puszkę Pandory? Bank nie może pobrać prowizji za to, że klient... czegoś nie zrobił”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 30 października 2015 17:17
    • Kandydat na ministra i pomysł na obniżenie prowizji bankowych. Wstrząsająco ciekawy :-)

      Wszyscy wsłuchują się teraz w głosy ważnych osób w partii, która za chwilę przejmie rządy w Polsce. Ja trafiłem na wywiad z Pawłem Szałamachą, jednym z głównych rozgrywających w PiS jeśli chodzi o gospodarkę. Znam go jeszcze z czasów, gdy był ministrem w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza, miałem okazję z nim rozmawiać i wiem, że na gospodarce się zna. A że ma do niej patriotyczne podejście? To nic złego. Publicznie wyrażałem przekonanie, że gdyby w nowym rządzie PiS znaleźli się ludzie pokroju Stanisława Kluzy (były szef nadzoru bankowego), Mateusza Morawieckiego (obecny prezes BZ WBK), czy właśnie Pawła Szałamachy, to może sprawy pójdą w dobrym kierunku. Ale kopara opadła mi bardzo nisko, gdy kandydat na ministra zaprezentował swój sposób na obniżenie bankowych prowizji w sytuacji, gdyby banki - np. na skutek wprowadzenia podatku bankowego, albo dowolnej innej okoliczności - chciały sobie poczynać zbyt odważnie:

      "Wyobrażam sobie sytuację, w której prezes banku PKO BP, który jest bankiem kontrolowanym przez Skarb Państwa, złoży oświadczenie publiczne, w którym zaprasza klientelę konkurencji w przypadku, kiedy tamte banki próbowałyby podwyższyć swoje opłaty. I wówczas tamte banki po prostu stracą biznes. Po to Skarb Państwa ma narzędzia, którymi są jego aktywa, ażeby osiągać rozsądne cele gospodarcze"

      - powiedział Szałamacha. No, przyznacie, ciekawe spojrzenie. W ogłoszeniu "u nas konta są najtańsze i prowizje najniższe" nie ma jeszcze nic złego. Ale idźmy krok dalej. Gdyby giełdowy bank, w którym Skarb Państwa bezpośrednio ma raptem 29,4% udziałów, a większość akcji należy do prywatnych udziałowców, miał na zlecenie rządu ustalać prowizje, oprocentowanie kredytów i lokat tak, żeby realizować politykę gospodarczą państwa (w tym przypadku - ochronę konsumenta przez lichwą)... No, nie wiem. Czy prezes tego banku miałby się przestać kierować dobrem akcjonariuszy i banku, a zacząć się kierować dobrem ministra lub premiera? Takie wizje mogłoby dotyczyć banku w 100% należącego do państwa, a nie giełdowej spółki akcyjnej, instytucji finansowej, która ma dziesiątki tysięcy prywatnych akcjonariuszy (w tym ludzi, którzy w ten sposób gromadzą pieniądze na dodatkową emeryturę), słusznie żądających od zarządu banku możliwie wysokich zysków i wypłaty dywidendy, nie zaś realizowania polityki gospodarczej państwa. A zresztą nie jestem pewien czy nawet gdyby na rynku był taki w 100% państwowy, polski bank detaliczny (taki BGK "dla ludu"), który miałby niekomercyjną misję, to czy nie oznaczałoby to nieuczciwej konkurencji? Państwo nie powinno chyba wychodzić z roli regulatora i włączać się do gry jako jeden z rynkowych podmiotów.  

      Jeśli przyjmiemy, że giełdowe spółki Skarbu Państwa mają się kierować inną logiką, niż te, w których państwo nie ma udziałów, to szybko zobaczymy efekty w wycenie rynkowej tych spółek (przedsiębiorstwo, które nie ma w celach tylko zarabiać pieniądze, a również wypełniać cele strategiczne państwa, nie może być wyceniane tak samo wysoko, jak firma nastawiona na zysk). Do tej pory wydawało mi się, że w spółkach giełdowych rola Skarbu Państwa to być akcjonariuszem finansowym, który monitoruje rozwój spółki (wpływając na obsadę rady nadzorczej i zarządu) i raz w roku zgarnia dywidendę. Czyżby nadchodziły nowe czasy? Czy w siedzibach polskich i zagranicznych firm zarządzających aktywami nie odbywają się już narady poświęcone temu jak się do tych czasów przygotować? :-). Być może lepszym - a na pewno uczciwszym - pomysłem na realizację ambicji Pawła Szałamachy, by PKO BP w większym stopniu przejmował się celami gospodarczymi państwa, byłaby jego nacjonalizacja?  Niech Skarb Państwa ogłosi wezwanie na pozostałe akcje (największe pakiety posiadają OFE NN i OFE Aviva - w sumie 13% akcji) i przejmie bank. Wtedy minister nie będzie się musiał przejmować żadnymi akcjonariuszami, tylko używać banku tak, jak by chciał. Nie będzie drogo, na wykupienie całego PKO wystarczyłoby jakieś 20-25 mld zł :-). 

      Wygląda na to, że nie umarła też sprawa frankowiczów. Z słów Pawła Szałamachy wynika, że ewentualne rozwiązanie ustawowe skierowane do tej grupy kredytobiorców wciąż jest na horyzoncie i za punkt wyjścia miałoby przyjmować założenie, że skoro klienci dostali złote, to kredyty od początku były złotowe. Szałamacha powiedział, że początkowa wartość umowy wynosiłaby tyle, ile klient dostał złotówek do ręki i od tej kwoty byłoby naliczane oprocentowanie i opłaty według stawek takich, jakie obowiązywały dla podobnych kredytów złotowych. Co z tego by wynikało? Po pierwsze w większości przypadków konieczność dopłacenia przez klientów iluś-tam tysięcy złotych (gdy suma zapłaconych rat we frankach była niższa od tego, co klient by zapłacił, gdyby miał kredyt w złotych). Po drugie wzrost miesięcznej raty (w większości przypadków kredyt złotowy jest droższy, bo wyzej oprocentowany). Po trzecie - zmniejszenie zadłużenia klienta do poziomu znacznie mniejszego, niż pierwotny (anulowanie wzrostu zadłużenia wynikającego ze wzrostu kursu franka).

      Z słów Szałamachy wynika, że cała operacja miałaby być dobrowolna, a więc to klient decydowałby czy chce nadal "mieszkać z frankiem", czy też oddłuża się kosztem wyższych rat. Mam pytania. Po pierwsze: co z ludźmi, którzy chcieliby się odfrankowić, ale nie stać ich na pokrycie różnicy pomiędzy dotychczas zapłaconymi ratami, a tymi, które kredytobiorca by wniósł, gdyby miał kredyt złotowy. Czy brak oszczędności dyskryminowałby frankowicza? Po drugie: kto i w jaki sposób ustaliłby "sprawiedliwe" oprocentowanie kredytu w wersji alternatywnej, czyli złotowej? Ile by wynosiła marża tego drugiego kredytu? Po trzecie: czy banki nie zostałyby zmasakrowane koniecznością przeliczenia kredytów i wzięcia na klatę różnic kursowych (i jak uniknąć sytuacji, w której trzeba taki bank ratować z kieszeni podatnika)? Po trzecie i pół: jak pomoc dla frankowiczów widzi się z podatkiem bankowym? Po czwarte: czy operacja odfrankowienia części kredytów nie oznaczałaby automatycznie pokrzywdzenia tych, którzy nie chcieli się odfrankowić? Prawdopodobnie banki musiałyby kupić na rynku walutowym mnóstwo franków (by spłacić dostarczycieli finansowania), co mogłoby spowodować wzrost kursu franka. Po piąte wreszcie: czy możliwość przewalutowania kredytów frankowych nie oznaczałaby pokrzywdzenia kredytobiorców złotowych? Oni często kupili mniejsze mieszkania, niż frankowicze (dość długo praktyka banków była taka, że przy określonych zarobkach zdolność kredytowa była wyższa dla kredytu frankowego), a teraz sytuacja obu grup pod względem finansowym miałaby się zrównać. Zobaczymy czy, kiedy i jaki będzie projekt ustawy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (29) Pokaż komentarze do wpisu „Kandydat na ministra i pomysł na obniżenie prowizji bankowych. Wstrząsająco ciekawy :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 30 października 2015 09:19
  • czwartek, 29 października 2015
    • Przelew z Google'a, czyli banki wkrótce będą działały jak wyszukiwarki. Czas się bać?

      Strony internetowe, które banki oferują nam, byśmy mogli samodzielnie sprawdzać salda, założyć lokatę i wykonywać płatności, stają się coraz "bystrzejsze". Coraz częściej da się je personalizować (czyli każdy klient widzi na głównym ekranie to, czego najbardziej potrzebuje), są dostosowane do różnych urządzeń (na małym ekranie telefonu bankuje się równie wygodnie, jak na dużym ekranie komputera), zaś dostęp do najważniejszych funkcji jest możliwy w ciągu najdalej dwóch-trzech kliknięć. Banki wydają wagony kasy na badania, z których ma wynikać w którym miejscu na ekranie powinna się znajdować dana funkcja, żeby klient nie zmęczył się jej poszukiwaniem. I jak powinien wyglądać ekran, żeby nie zawierał żadnych zbędnych informacji, a jednocześnie żeby niczego na nim nie brakowało. Bo klient, który się męczy, prędzej czy później ucieknie do konkurencji.

      Celem ostatecznym tych zabiegów jest to, żeby na stronie internetowej banku nie trzeba było niczego szukać. Żeby wszystko załatwiła wyszukiwarka, do której wpisywałoby się fragmenty poleceń, a ona sama kierowałaby nas do potrzebnego ekranu. To się już zaczyna dziać. Bodaj wszystkie banki, które wprowadzają nowe systemy do bankowania przez internet, wzbogacają je o wyszukiwarki transakcji. Szukając przelewu sprzed kilku miesięcy nie trzeba grzebać w historii przez pół godziny, lecz wystarczy wpisać dowolny fragment tytułu lun adresata przelewu, a wyszukiwarka wyrzuci wszystkie pasujące transakcje. Niewykluczone, że w niedalekiej przyszłości taka wyszukiwarka nie będzie obejmowała tylko historii transakcji. Ostatnio miałem okazję testować nie wprowadzony jeszcze do użytku w żadnym banku, ale prezentowany już za granicą, system bankowości elektronicznej polskiej firmy Softax, w którym wszystko opiera się na okienku wyszukiwania, które "rozprowadza" użytkownika po wszystkich możliwych funkcjach.

      To było... dziwne. Zamiast szukać na ekranie ikony z saldem konta oszczędnościowego, czy karty kredytowej po prostu piszę w oknie wyszukiwarki: "ile mam kasy na oszczędnościowym", a system przekierowuje mnie do właściwego ekranu. Jeśli chcę wiedzieć ile w tym miesiącu wydałem na paliwo na stacjach BP, zadaję wyszukiwarce pytanie "ile wydałem na BP", a system wyświetla mi historię wszystkich transakcji na BP w ostatnim czasie. Chcę zrobić przelew do Zbyszka Kowalskiego na 32 zł? Wpisuję tę frazę do wyszukiwarki, a system podstawia mi już wypełnioną formatkę przelewu. Taki algorytm może działać nie tylko w wersji pisanej, ale i głosowej, co oznacza, że klient w ogóle nie musiałby nic klikać - po prostu mówiłby co mu leży na duszy, a na ekranie wyświetlałoby się to, co potrzeba. Od czasu do czasu trzeba byłoby tylko kliknąć, żeby potwierdzić nadanie przelewu.

      System, który testowałem - a słyszałem o podobnym pomyśle opracowywanym w Turcji - ma jeszcze jedną cechę przypominającą Facebooka, czy Google'a - są w nim widgety, logotypy firm, którym klient płaci rachunek, zdjęcia kontrahentów (ciekawe czy dostawcy prądu lub operatorzy kablowi zgodziliby się, żeby ich logo wyświetlało się klientom banku). To też jest zamierzony efekt - klient, widząc znane mu logotypy, twarze i obrazki nie czuje się jak w banku, ale jakby był po prostu w internecie, albo w portalu społecznościowym. To takie "uczłowieczenie" banku, które też, nota bene, może być niebezpieczne, bo znieczula :-). Człowiek myśli, że jest na Fejsie, a tu bach, kredycik mu wciskają. Ale z drugiej strony, Facebook też pewnie za chwilę zajmie się udzielaniem pożyczek, więc co za różnica :-).

      Wydaje mi się, że to właśnie może być przyszłość e-bankowości: systemy, których centrum będzie okno wyszukiwarki, a cała reszta funkcji będzie wyjmowana z "szuflad" i udostępniana klientowi dopiero wtedy, kiedy jej potrzebuje. Żeby nie musiał szukać jej sam lub obciążać uwagę oglądaniem funkcji, które niekoniecznie mu są potrzebne. W systemie, który testowałem - jest on dziełem jednej z polskich firm IT, ale wiem, że w kilku miejscach na świecie pracują już nad podobnymi rozwiązaniami - idea podpowiadania klientowi tego, co może mu w duszy grać, jest stosowana nie tylko na użytek  "centralnej wyszukiwarki". System, o ile tak zostanie ustawiony, może też przewidywać przyszłe transakcje i ich konsekwencje dla portfela klienta, podając nie tylko obecne, ale i przyszłe saldo konta. A jeśli zauważy, że klientowi grozi zejście pod kreskę, podsuwa debet lub proponuje przesunięcie zaplanowanej już płatności. System może np. ostrzegać (i przekazać informację na smartfona klienta), że zakup, który klient chce właśnie zatwierdzić, może oznaczać, że np. za dwa tygodnie zabraknie pieniędzy na spłatę raty kredytowej. To nieco bardziej rozbudowana formuła funkcjonalności, o której pisałem przy okazji debiutu systemu transakcyjnego Idea Cloud.

      logobankpytania 

      Innymi słowy: system może być "zły" (naganiać klienta, żeby jeszcze bardziej się zadłużał), albo "dobry", czyli wspomagać klienta w rozsądnym zarządzaniu pieniędzmi i ostrzegać go, że jeśli wyda dziś za dużo, to może wpaść w finansowe tarapaty. Na podstawie przewidywanych wydatków na prąd, gaz, czy telefon system może podpowiadać lepszych dostawców (czyli wspomagać obniżanie rachunków domowych), albo podpowiadać zakupy w tańszych sklepach (tej funkcji w systemie, który widziałem, jeszcze nie ma). Problem polega na tym, że takie cacko wpadnie w ręce "złych" bankowców (a takich jest większość, bo banki dziś nie zarabiają na transakcjach, tylko na zadłużaniu ludzi). Jest też drugie pytanie: jak daleko bank może i powinien posunąć się w czytaniu klientowi w myślach i przewidywaniu jego decyzji? I czy w ogóle powinien się tym zajmować? Sądzę, że odpowiedź na to pytanie poznamy wcześniej, niż nam się wydaje. Udzielą jej pierwsze banki, które spróbują w ten sposób umilać ludziom życie i pierwsi klienci, którzy będą musieli ocenić czy chcą być prowadzeni przez życie za rąsię... przez bank.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Przelew z Google'a, czyli banki wkrótce będą działały jak wyszukiwarki. Czas się bać?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 października 2015 17:44
    • Ten argument w walce o anulowanie kredytu frankowego już raz się sprawdził. I idzie fala

      Wysuwanych przez prawników argumentów, które mają doprowadzić do unieważnienia w sądzie umów o walutowe kredyty hipoteczne, zebrało się już niemało. Począwszy od podważania nieprecyzyjnych zapisów w umowach (oprocentowanie, spready i związana z nimi abuzywność kluczowych zapisów umów...), poprzez dowodzenie, że kredyt tego typu zawiera w sobie komponent inwestycyjny, że to w ogóle nie jest kredyt (bo ma zmienny kapitał), aż po dowodzenie, że klienci byli wprowadzani w błąd przy zawieraniu umów (niedoinformowanie co do ryzyka). W ramach pozwów grupowych sukcesów na razie brak, ale indywidualnie niektórzy frankowicze wygrywają "wyrównania" finansowe, związane z zaniedbaniami banków. W jednym z takich wyroków, który opisywałem w blogu, klient odzyskał gigantyczne pieniądze - 243.000 zł. Są też wyroki odmawiające bankom możliwości przewalutowań kredytów w ramach egzekucji (gdy kredyt już nie jest spłacany). Ale precedensowego wyroku, który nakazałby odwrócenie kredytu frankowego po kursie z dnia zawarcia umowy - nie ze względu na specyficzny błąd w konkretnej umowie, lecz na oszukańczą istotę samego kredytu - na razie nie ma.

      I być może w ogóle nie będzie, a najwłaściwszą drogą w staraniach o unieważnienie umów powinno być szukanie błędów. Czasem bank potrafi popełnić w umowie już nawet nie błąd, lecz wielbłąd :-). Opisywałem w blogu sensacyjny wyrok unieważniający umowę kredytu we frankach ze względu na to, że bank niewłaściwie określił w umowie stawkę RRSO kredytu, czyli jego koszt wyliczany według konkretnego wzoru narzuconego przez ustawę.W tym RRSO nie został uwzględniony spread, przez co klient został wprowadzony w błąd co do najważniejszego parametru umowy - kosztu kredytu. Najśmieszniejsze w całej sprawie było to, iż kredyt nie był - w myśl ustawy - kredytem konsumenckim, a więc bank nie miał obowiązku wyliczania stawki RRSO. A skoro już ją policzył, to sąd uznał, że powinien ją policzyć prawidłowo. Nie zrobił tego, co stało się podstawą do rozwiązania umowy kredytowej.

      Czytaj też: Klient wpisał poprawkę do umowy. W banku nic nie zauważyli i...

      Teraz tą właśnie drogą - a precyzyjnie rzecz ujmując inną jej ścieżką - postanowili pójść mec. Jacek Czabański oraz mec. Maciej Zaborowski. Pierwszego z tych prawników miałem okazję poznać osobiście, bo występowaliśmy razem podczas debaty o kredytach frankowych, organizowanej w Sejmie przez prawicowy klub poselski "Sprawiedliwa Polska". Niedawno mec. Czabański przedstawił też ciekawy projekt ustawy rozwiązującej problem kredytów walutowych. Jak dla mnie - nieco zbyt radykalny, jednak idący tym samym tropem, jak moje postulaty. Kilka dni temu mec. Czabański i mec. Zaborowski złożyli w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów zawiadomienie o stosowaniu przez cztery banki "praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów poprzez podawanie im nieprawdziwych i wprowadzających w błąd informacji". Zawiadomienie dotyczy czterech banków - Banku Millennium, Getin Banku, GE Money Banku (obecnie Bank BPH) oraz Kredyt Banku (obecnie BZ WBK).

      W zawiadomieniu chodzi o dokładnie ten sam problem, który opisywałem - podanie niewłaściwego kosztu kredytu. Różnice w wyliczeniach - według mec. Czabańskiego - wynikają z tego, że banki nie wliczały do kosztów kredytu różnicy wynikającej ze spreadu. Po innym kursie bank wypłacił kredyt, a po innym klient miał spłacać raty. Gdyby więc klient wziął kredyt i spłacił go następnego dnia, to byłby to najdroższy kredyt świata, choć z wyliczanego przez banki kosztu kredytu to nie wynikało. Zdaniem prawników koszt spreadu powinien być wliczany w koszt kredytu i pokazywany klientom. A jeśli nie był, to bank wprowadził klienta w błąd co to podstawowej rzeczy - ceny kredytu. Gdyby wszystko było podane na tacy, klient może puknąłby się w czoło i poszedł po kredyt złotowy (no dobra, wszyscy wiemy, że by nie poszedł, bo ślinił się na widok o połowę niższej raty). Tak czy owak, mógłby pójść gdzieś indziej :-). Co by nie mówić, mamy tu do czynienia z sytuacją, w której idę do sklepu i kupuję na raty komputer, a potem okazuje się, że jego cena jest inna, niż ustalona wcześniej.

      Czytaj też: Doradca kłamał klientowi w żywe oczy. Wpadł przez głupi błąd. 

      I dlatego mecenasi proponują wytoczyć działo w postaci art. 84 Kodeksu cywilnego, który stanowi, że „w razie błędu co do treści czynności prawnej można uchylić się od skutków prawnych swego oświadczenia woli” w ciągu roku od wykrycia błędu. Drugi paragraf tego przepisu brzmi: "Można powoływać się tylko na błąd uzasadniający przypuszczenie, że gdyby składający oświadczenie woli nie działał pod wpływem błędu i oceniał sprawę rozsądnie, nie złożyłby oświadczenia tej treści (błąd istotny)". Gdyby tak właśnie oceniać kwestię rozbieżności między kosztem kredytu podawanym w umowie, a rzeczywistym, to można byłoby zastanawiać się czy strony nie powinny traktować umowy jako niebyłą, czyli zwrócić sobie to, co otrzymały (bez odsetek). A więc klient oddaje bankowi tyle, ile pożyczył na początku (a zapłacone od początku umowy odsetki i raty kapitałowe byłyby zaliczone na poczet wyrównania salda między stronami).

      Pytanie tylko czy błędnie wyliczony koszt kredytu, przy poprawnie zaprezentowanych wszystkich innych parametrach (jak oprocentowanie, wysokość raty oraz harmonogram spłat) przez każdy sąd może być uznane za "istotny błąd". Raz już się udało, ale czy tak będzie w kolejnych przypadkach - pewności nie ma. Choć droga ta wygląda na lepiej rokującą, niż inne (abuzywność, nieświadomość ryzyka). Tym bardziej, że błędnie podawany koszt kredytu nie jest jedynym krzywym numerem, który bankowcy wywijali w umowach i dokumentach związanych ze spłatą kredytów. Niedawno opisywałem spór sądowy klienta, który zauważył, że bank, w generowanych harmonogramach spłaty kredytu sam drukował "początkową wartość kredytu" wyrażoną w złotych i zmieniającą się zgodnie ze zmianami kursu franka! W jednym z ostatnich harmonogramów bank napisał, że "saldo początkowe kredytu wynosi obecnie 687.303 zł", a do spłaty pozostawało 542.815 zł. Obczajacie? Zmienna kwota kredytu, wyliczana w dodatku wstecz...

      Jest w tej sprawie pewna cienkość - kredyt hipoteczny (tak, jak zauważyliście już przy okazji analizowania sprawy z blogu) nie jest kredytem konsumenckim, a więc koszt końcowy nie musi być w nim podany (a w każdym razie takich kredytów nie dotyczy ustawa zmuszająca banki do podania RRSO). W przypadku sprawy blogowej nie miało to dla sądu znaczenia (jak już coś w umowie jest, to ma być dobrze policzone), ale prawnicy Czabański i Zaborowski twierdzą, że da się udowodnić, iż banki miały obowiązek podawać koszt kredytu w umowach (gdyby udało się do tego przekonać sąd, to kłopoty miałyby z kolei te banki, które kosztów kredytu nie podawały, więc błędów popełnić nie mogły, jak np. mBank). Podstawy do tego, że bank w kredycie hipotecznym powinien podawać koszt kredytu tak samo, jak w kredycie konsumenckim, prawnicy opierają na wydanej w 2006 r. przez Komisję Nadzoru Bankowego "Rekomendacji S". Wynika z niej, że „bank powinien przedstawiać kredytobiorcom informacje o całkowitym koszcie kredytu oraz rzeczywistej rocznej stopie procentowej uwzględniające koszty znane w momencie zawarcia umowy”.

      Sęk w tym, że rekomendacja nie jest "twardym" prawem, którego bank ma obowiązek się trzymać. To wytyczna, której nieprzestrzeganie może się co najwyżej spotkać z retorsjami ze strony KNF. Nie wiadomo więc jak sąd spojrzałby na ten argument. Tym niemniej wygląda na to, że prawnicy otwierają nowy, dość trudny dla banków front - kwestionowanie nieprecyzyjności zapisów to jedno, a wykazywanie, że w umowach są podane nieprawdziwe wyliczenia - to drugie. Oczywiście, nie ma żadnej gwarancji, że te nieprawidłowości sądy ocenią jako wystarczająco ciężkie, by unieważnić całą umowę, ale trzeba przyznać, że sytuacja klientów jest przy tej argumentacji lepsza, niż przy opowieściach typu "nie powiedzieli mi, że kurs franka będzie się aż tak wahał".

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (82) Pokaż komentarze do wpisu „Ten argument w walce o anulowanie kredytu frankowego już raz się sprawdził. I idzie fala”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 października 2015 08:31
  • środa, 28 października 2015
    • Po wyborach słabnie zapał do odwalutowania kredytów? Dwuznaczne wypowiedzi

      Jak zapewne pamiętacie, prezydent Andrzej Duda obiecał frankowiczom przewalutowanie ich kredytów, a wygrany w wyborach PiS - ustawę, która rozwiąże ich problemy. Nie zazdroszczę rządzącym niełatwego dylematu. Naobiecywali frankowiczom złote góry, ale dobrze wiedzą, że przerzucenie całej odpowiedzialności na banki mocno je osłabi. A banki są PiS-owi potrzebne do współfinansowania wielkich inwestycji zapowiedzianych przez Jarosława Kaczyńskiego (słynne 1,4 bln zł). Wygląda na to, że nowy rząd nie będzie palił się do radykalnych i natychmiastowych rozwiązań problemu frankowego. Prof. Piotr Gliński, szef rady programowej PiS, pytany we wtorek o ewentualna ustawę o przewalutowaniu kredytów frankowych i proponowane proporcje rozłożenia ciężaru przewalutowania pomiędzy banki i kredytobiorców, odpowiedział:

      "Nie możemy wydoić za bardzo sektora bankowego, bo będzie on obciążony podatkiem bankowym. Kompromis może być gdzie indziej, niż w ustawie, która była przedmiotem prac Sejmu poprzedniej kadencji"

      Kompromis? No, przed wyborami o żadnym kompromisie mowy nie było, tylko o tym, że banki powinny wziąć odpowiedzialność za swoje grzechy. Troska o to, by branża bankowa nie została nadmiernie wydojona to też nowy akcent w wypowiedziach przedstawicieli PiS. Prof. Gliński mówi jednym głosem z prof. Markiem Belką, prezesem Narodowego Banku Polskiego. Ten ostatni o możliwych rozwiązaniach kwestii frankowej powiedział we wtorek tak:

      "Niewykluczone jest równoległe wprowadzenie w życie dodatkowego opodatkowania, jak i ustawowej restrukturyzacji kredytów walutowych, co z punktu widzenia skumulowanego efektu i kluczowej roli banków w polskim systemie finansowym może istotnie osłabić stabilność finansową, która jest przecież warunkiem zrównoważonego systemu gospodarczego"

      Pragnę pomóc w rozwiązaniu tego węzła gordyjskiego - do którego rozplątywania palą się tylko ci, którzy aktualnie nie rządzą - porządkując wiedzę i podrzucając argumenty. A może i spróbuję doradzić coś panu prezydentowi, którego doradcy ostatnio spotykają się z najbardziej radykalną grupą frankowiczów. Grupą, która nie przebiera w środkach (akcje ulotkowe, stała obecność w mediach, marketing wirusowy w internecie) i argumentach, czasem mijając się z prawdą, albo opowiadając tylko pół prawdy, jak np. na stronach wyprodukowanej przez frankowiczów publikacji, która zbiera 24 fakty o kredytach frankowych. Nic dziwnego, że kontrofensywę przypuścił Związek Banków Polskich, przedstawiając 24 swoje fakty o frankach. W których faktach jest więcej faktów? To temat na poważny referat. 

      24 fakty i mity to dużo. Myślę, że da się to załatwić szybciej i krócej :-). Mam nawet dobry pretekst. Na moim biurku wylądował jakiś czas temu długi list od frankowicza, pana Karola. Niedawno spierałem się publicznie z prezesem mBanku Cezarym Stypułkowskim, który nie zgadza się ze stawianymi przeze mnie tezami. Z kolei pan Karol przedstawia tezę, iż za franki odpowiedzialność powinny ponieść wyłącznie banki. Winny przeliczyć wszystkie kredyty po kursie z dnia podpisania umowy i "oddłużyć" klientów, bo na frankach ogromnie zarobiły, chociaż ich wcale nie miały. Postaram się wskazać punkty będące istotą rozbieżności zdań między frankowiczami i bankowcami oraz tymi, którzy starają się spojrzeć na sprawę obiektywnie. Myślę, że może to być nie najgorsza ściągawka dla tych, którzy chcieliby przygotować strukturalne rozwiązanie.  

      NIE BYŁO ŻADNYCH FRANKÓW. "W rzeczywistości były to kredyty złotówkowe powiązane z instrumentem spekulacyjnym, rodzajem opcji walutowych. Klienci otrzymywali złote, a bankowcy tłumaczyli, że to sztuczka techniczna, ponieważ łatwiej pozyskać finansowanie we franku. Wszelkie kalkulacje wykonywane były w oparciu o potrzebną kwotę w złotych. Kwota we frankach ustalana była dopiero w dniu podpisania umowy! Przy wypłacie kredytu banki notowały dodatkowy zarobek, "sprzedając" i "odkupując" od klientów w tej samej chwili dużą kwotę we frankach" - pisze pan Karol. Skoro żadnych franków nie było, to bank nie może stracić nic z tego powodu, że umorzy dług liczony według obecnego kursu franka. Do pewnego momentu to się nawet trzyma sensu, bo sam widziałem w sprawozdaniach Banku Millennium instrumenty typu SWAP, czy CIRS - i to wyrzucone poza bilans - a nie pożyczki frankowe. Ale czy to, że franków banki fizycznie nie miały, oznacza, że nie stracą na przewalutowaniu kredytów? 

      Bank zarabia na tym, że pożycza od kogoś pieniądze taniej (depozyt od klienta, pożyczka od banku zagranicznego, emisja obligacji) i w oparciu o ten kapitał udziela komuś kredytu drożej, zarabiając na różnicy oprocentowania. Interes prosty jak drut. Ale żeby się udał, bank musi mieć zgodność stóp procentowych kapitału pozyskiwanego i pożyczanego. Gdyby było tak, jak pisze pan Karol (franki tylko jako fikcja pozwalająca udzielić więcej kredytu), to znaczy, że kapitał na udzielanie kredytów frankowych pochodzi od polskich deponentów. Czyli: bank płaci za depozyt 8% (takie wtedy były stopy w Polsce), a następnie udziela kredytu we frankach na 4% (LIBOR plus marża). gdzie zarobek? Na wzroście kursu franka? Gdyby tak było, banki miałyby w ostatnich kwartałach nie 16 mld zł rocznego zysku, a 26 mld zł, z tego większość widniałaby w rubryce "różnice kursowe". Tymczasem w rachunkach wyników banków zawartość rubryk "dochód z pozycji wymiany" nie pasuje do zysków, które dałoby się osiągnąć ze wzrostu kursu franka. To się nie trzyma kupy.

      Na moją logikę to, że ani pan Karol, ani nikt z nas, frankowiczów, nie dostał nigdy żadnego franka do ręki, nie musi oznaczać, że one nie istnieją. Nawet jeśli bank zawarł transakcję fikcyjnej wymiany walut typu "mógłbym mieć franki, gdybyś pożyczył mi je w zamian za moje złotówki" i w oparciu o taki instrument pożyczał klientowi złotówki według "szwajcarskiej" stopy procentowej, to ta transakcja powinna być rozliczona na warunkach, w których oprocentowanie i wartość zobowiązania odnosi się do franków (tych, które polski bank "mógłby mieć", a zachodni "mógłby pożyczyć" lub "mógłby zorganizować od innego banku"). Gdyby tych franków, przynajmniej na poziomie międzybankowych rozliczeń, nie było, to oznaczałoby grube nieprawidłowości w bankowych bilansach. I to takie, które w pięć minut powinna wyłapać Komisja Nadzoru Finansowego. Ergo: wydaje mi się, że to, czy kredyt jest frankowy czy złotowy nie zależy od tego jaką walutę dostajemy do ręki (w bankowym "kantorku" możemy dostać kredyt złotowy wypłacany np. w rupiach indyjskich), ale do jakiej stopy procentowej i do rozliczeń w jakiej walucie odnosi się kredyt. Jeśli płacimy odsetki według stóp frankowych, to kredyt jest frankowy. No dobra, "frankowy" :-). 

      BANKI OSZUKIWAŁY LICZĄC ZDOLNOŚĆ KREDYTOWĄ. Pan Karol pisze tak: "Dla wielu kredytobiorców nie było alternatywy w kredycie w - bezpośrednio - złotym polskim; mieli tzw. "zdolność kredytową" (obliczaną według nieujawnianych algorytmów) jedynie na kredyt tzw. "walutowy" we franku". Moje ad vocem: racja, tak się niestety zdarzało, zwłaszcza zanim w 2007 r. weszła w życie rekomendacja nadzoru bankowego, która nakazała udzielanie kredytów walutowych tylko tym, którzy mieliby zdolność kredytową na kredyt o 20% większy w złotych. Uważam, że w sytuacji, gdy klientowi nie zaproponowano kredytu w złotych, albo wyliczono zdolność kredytową w sposób, który rodził ryzyko założenia sobie przez klienta pętli na szyję, odpowiedzialność banku powinna być większa, niż w pozostałych przypadkach. Ale też trzeba powiedzieć otwarcie: to nie jest tak, że ktoś miał zdolność kredytową we frankach, a nie miał jej w złotych. W złotych też miał, ale na mniejszą kwotę. Mógł wziąć mniejszy kredyt w złotych i mieć mniejsze mieszkanie, albo zadłużyć się w tańszym franku, ryzykować brak stabilności rat i mieć większe  Byli ludzie, którzy rezygnowali z wymarzonego większego mieszkania i brali mniejszy kredyt w złotym. Oni będą poszkodowani, jeśli frankowiczom zrefunduje się część kredytu.

      RZĄD ZACHĘCAŁ DO KREDYTÓW WE FRANKU. Pan Karol pisze tak: "Rząd premiera Tuska odegrał sporą rolę w początkowym rozbudzaniu spirali tych kredytów - głośno obiecując rychłe wejście do strefy euro; bankowcy mówili o istniejącym (a, jak wiemy, nieprawdziwym) "powiązaniu" kursu franka i euro (i, w efekcie, złotego). Klienci - chcąc kupić mieszkanie, na fali ówczesnych wzrostów cen - byli postawieni przez faktami dokonanymi; każdy tydzień zwłoki oznaczał większą cenę mieszkania".  Zgoda, ale to akurat argument na rzecz zdjęcia części odpowiedzialności z bankowców. Wtedy, kiedy franki były najpopularniejsze, wszyscy myśleliśmy, że będziemy w strefie euro. I że dzięki temu te kredyty będą mniej wahliwe. Niestety, okazało się, że wszystkie rachuby wzięły w łeb. Pomyliliśmy się wszyscy: banki, rząd, kredytobiorcy. Więc wszyscy musimy za to solidarnie odpowiedzieć - nie tylko banki.

      BANKI NIEWŁAŚCIWIE INFORMOWAŁY O RYZYKU. Pan Karol: "Oświadczenia różnego rodzaju były klientom przedstawiane, ale sam od bankowca usłyszałem, że "złotówka będzie nie droższa, niż dzisiaj". Wielu analityków, którzy od kilku lat mówią, że frank jest za drogi, i jego cena spadnie, w latach 2006-2008 wieszczyło dalsze osłabianie się franka. Kredyty udzielane były nie spekulacyjnie, a na cele mieszkaniowe - na ogół dla młodych ludzi. stanowiących przyszłość państwa, myślących o dzieciach, szukających lub mających pierwszą pracę. To był kredyt na zaspokojenie jednego z praw człowieka: własne mieszkanie".  Moje ad vocem: zgadzam się, że w wielu przypadkach bankowi sprzedawcy wciskali klientom kit. Ale nie mogę przemilczeć, że klienci też niezbyt głęboko zastanawiali się nad zobowiązaniem, które zaciągali. Byli łatwowierni, nie sprawdzali wahań kursu franka np. wobec dolara w 30-letnim okresie wstecz. Prawo do własnego mieszkania na kredyt nie jest prawem człowieka. Nigdzie nie jest napisane, że każdy ma mieć własne mieszkanie, nawet gdy go nie stać. W niektórych przypadkach ludzie brali kredyty we frankach, gdy raty już na starcie przekraczały połowę ich zarobków

      UMOWY ZAWIERAJĄ NIEZGODNE Z PRAWEM KLAUZULE. Pan Karol. "Wiemy dzisiaj, umowy te niejednokrotnie są bezprawne - wiele z ich zapisów znajduje się w rejestrze klauzul niedozwolonych, co nie przeszkadza jednak bankom nadal ich używać! Bank np. argumentuje, że co prawda w umowie jest klauzula zakazana przez prawo, ale oznacza to tylko tyle, że nie może używać ich wyłącznie w... nowych umowach! Taka interpretacja jest oczywiście nie do pomyślenia w ustach zwykłego obywatela. Mam pismo z UOKiK, potwierdzające moją interpretację - cóż z tego, kiedy UOKiK może dziś jedynie ukarać bank, który generalnie jednak więcej zarobi, łamiąc prawo i płacąc kary? Ilu kredytobiorców będzie chciało iść do sądu przeciwko bankowi?". Pan Karol ma rację - system eliminowania bezprawnych zapisów z umów kredytowych jest niewydolny. I teraz właśnie jest naprawiany, co nie pomoże już niestety ani frankowym kredytobiorcom, ani posiadaczom polis inwestycyjnych, ani innym klientom cierpiącym z powodu "lewych" zapisów w już zawartych umowach. W tym sensie współodpowiedzialność za frankowy problem ponosi państwo, które okazało się nieprzygotowane do eliminowania z umów coraz bardziej skomplikowanych produktów finansowych wszystkiego, co łamie prawa konsumenta. Ostatnio pojawiła się ciekawa interpretacja prawna, oparta na orzecznictwie unijnym, z której wynika, że nieprecyzyjne zapisy w umowach mogłyby być podstawą do daleko idących konsekwencji.

      KREDYT ZE ZMIENNĄ WYSOKOŚCIĄ KAPITAŁU TO NIE KREDYT. Pan Karol: "Banki muszą ponieść dużą część odpowiedzialności, ponieważ, powodowane chciwością, jako kredyt hipoteczny sprzedawały skomplikowany produkt finansowy, kredytem hipotecznym nie będący. Czym jest bowiem kredyt hipoteczny? Jest zaciągnięty na zakup/budowę mieszkania/domu, zabezpieczony tylko do jego wartości, a kapitał maleje wraz ze spłatą. Tymczasem w tzw. kredytach frankowych kapitał nie maleje, ponieważ zależy od wartości franka. Po ośmiu latach spłaty ludzie mają więcej do spłacenia niż na początku, mimo regularnego spłacania. I nie ma tu nic do rzeczy wielkość raty, ale realnie pozostające nadal zobowiązania. Banki mają po prostu niewolników - kredyt jest spłacany, ale się nie zmniejsza". To temat, który wiąże się z poprzednim - czyli eliminowaniem z umów bezprawnych zapisów.

      Ten dylemat: "czy kredyt może mieć ruchomy kapitał" powinien zostać rozstrzygnięty na samym początku funkcjonowania tego typu produktów finansowych. Powinien się tym zająć nadzór bankowy, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów i sądy. Nie ma absolutnej pewności czy kredyt frankowy spełnia definicję kredytu według prawa bankowego (mówi, że bank stawia do dyspozycji klienta "określoną sumę pieniędzy"). Nie wiem jak spojrzą na to sądy (na razie nie ma żadnego orzeczenia, w którym kredyt walutowy zostałby uznany za nie-kredyt), ale wydaje mi się, że w ramach swobody zawierania umów frankowicze mogli się na taką konstrukcję nie zgodzić. Kredyt frankowy - zwłaszcza indeksowany do franka - ma ruchomy kapitał liczony w złotych i jest to jego podstawowa cecha (oprócz tego, że ma też bardzo niską stopę procentową). Skoro więc klient zaakceptował te dwie cechy, to być może należy uznać, że zgodził się na tak dziwną postać kredytu w ramach swobody kształtowania relacji z bankiem, którą daje mu prawo. Ale najlepiej byłoby, gdyby na ten temat wypowiedział się sąd, biorąc pod uwagę m.in. dyrektywy unijne, z których niektóre wypowiadają się na temat kredytów nominowanych w walutach obcych.

      FRANKOWICZE NIE CHCĄ POMOCY PAŃSTWA. CHCĄ RESTARTU.  "Frankowicze chcą sprawiedliwości, nie narażając nikogo poza bankami na koszty. Ponieważ niektórzy politycy próbują przeciwstawiać sobie kredytobiorców tzw. frankowych i złotówkowych ustawa ta powinna wyglądać inaczej, bazować na propozycji środowiska frankowiczów, popartej przed wyborami prezydenckimi przed dwóch kandydatów na stanowisko prezydenta - obecnego prezydenta, Andrzeja Dudę, i Pawła Kukiza. To przewalutowanie wszystkich kredytów frankowych na złote polskie po kursie z dnia podpisania umowy. Banki musiałyby w takiej sytuacji obliczyć, ile wynosiłyby raty, udzielane od kwoty kredytu udzielonego w złotym polskim, na warunkach, gdyby kredyt był bezpośrednio w złotym polskim - i w większości przypadków musiałyby część nadpłaty klientom zwrócić. Innymi słowy - trzeba "zrestartować" system, w którym umowy kredytowe pełne są zapisów znajdujących się w rejestrze klauzul zakazanych, wyrównując warunki startowe dla kredytobiorców we wszystkich walutach. Traktowanie tych kredytów jako złotowych, na warunkach, jakie mieli wówczas kredytobiorcy w złotym polskim to rozwiązanie przejrzyste i sprawiedliwe dla wszystkich kredytobiorców. Kredytobiorcy nie chcą pomocy państwa, a jedynie tego, aby państwo wymogło na bankach przestrzegania prawa" - pisze pan Karol. 

      Wcześniej pan Karol napisał, że "banki muszą ponieść dużą część odpowiedzialności". Zaś proponowane przez niego rozwiązanie oznacza poniesienie przez banki - i, ze względu na dotkliwość kosztów, nie tylko przez banki - całości konsekwencji. Pytam grzecznie pana Karola i innych fanów przewalutowania przy kursie z dnia zaciągnięcia kredytu: gdzie w tym rozwiązaniu jest współodpowiedzialność klienta za wzięty kredyt? Przecież klienci zdawali sobie sprawę, że biorą dużo tańszy kredyt z niższą ratą w zamian za wyższe ryzyko wahliwości raty. Winą banków jest to, że naraziły klientów na dużo większe ryzyko, niż to, którego ci klienci mogli i powinni się spodziewać. Ale do pewnego poziomu ryzyko to klienci powinni ponosić, bo się na to dobrowolnie i świadomie zgodzili. Każdy frankowy kredytobiorca wiedział, że kurs waluty może iść w dół lub w górę i rzutować na bieżące raty oraz wielkość długu. Jedyne, czego się nie spodziewaliśmy, to że te wahania będą aż tak duże.

      Gdyby kredytobiorcy frankowi - do których sam się zaliczam - zostali całkowicie zwolnieni z odpowiedzialności, to byłoby to niesprawiedliwe. Choćby dlatego, że dzięki kredytom frankowym kupili większe mieszkania w lepszych dzielnicach, zapewnili sobie przez lata wyższy standard życia. Ci z kredytobiorców, którzy nie skusili się na franka, musieli kupić mniejsze mieszkania lub nie kupili go w ogóle. "Restart" byłby sprawiedliwy w sytuacji, w której frankowicze oddaliby nie tylko to, co dzięki kredytowi walutowemu zaoszczędzili, ale też np. zamienili na mniejsze nieruchomości, w których mieszkają. Kupili(śmy) więcej, bo było ich (nas) stać - to było kasyno, w którym przez jakiś czas wygrywali(śmy). A kiedy karta się odwróciła, żądamy unieważnienia całej gry, ale bez zwracania aktywów, które dzięki tej grze nabyliśmy. 

      Stwierdzenie "odpowiedzialność powinny ponieść wyłącznie banki" oraz to, że "kredyty powinny być przewalutowane po kursie z dnia ich zawarcia" niestety się wzajemnie wykluczają. Nie istnieje rozwiązanie, które pozwoliłoby wykonać obie dyspozycje łącznie i w krótkim czasie (niezależnie od tego czy byłoby to sprawiedliwe i uczciwe). To znaczy istniałoby, gdybyśmy udowodnili, że żadnych franków nie było. Wówczas można byłoby skreślić je z bilansu banku i zapomnieć. Niestety, fakt iż kredytów nie było w rękach polskiego klienta, ani w skarbcu polskiego banku, nie oznacza, że nie było ich w ogóle. Jeśli w bilansie polskiego banku po stronie aktywów są kredyty frankowe, a po stronie pasywów jest finansowanie tych kredytów (jakieś CIRS-y, opcje, pożyczki frankowe, cokolwiek), to umorzenie części kredytów (aktywów) oznaczać musi zmniejszenie pasywów (finansowania). A pasywa polskiego banku to jednocześnie aktywa zagranicznego, który podstawił mu kapitał pod kredyty frankowe. Skreślenie czegokolwiek po stronie pasywów polskiego banku bez skreślenia aktywów zagranicznego banku jest niemożliwe. Chyba, że wytłumaczymy temu zagranicznemu bankowi, że jego franki też są fikcyjne ;-).

      Musimy przyjąć jakąś wspólną platformę dyskusji. Jeśli z jednej strony będzie komunikat "franków nie było, banki nic nie stracą", a z drugiej "trzeba było czytać co się podpisywało", to kompromis będzie niemożliwy. Jak widzicie, część argumentów pana Karola podzielam. Ale tej narracji, w której klient-frankowicz nie przewiduje dla siebie żadnej współodpowiedzialności, nie podzielam. I namawiam frankowiczów, żeby czasem spojrzeli na sprawy z dystansu i sami przed sobą przyznali się do części odpowiedzialności za swoje nieszczęście (albo szczęście, bo są tacy, którzy na pobycie w tym kasynie  są do przodu - czy to finansowo, czy tez dzięki temu, że mają większe, lepsze mieszkanie). Nie wspomniałem jeszcze o jednym argumencie frankowiczów, ale pan Karol akurat go w swoim liście nie zawarł: NIECH BANKI PO PROSTU ODDADZĄ TO, CO ZAROBIŁY. Tak się składa, że niedawno spróbowałem policzyć ile zarobiły, zerknijcie. Niestety, jest to kwota dużo mniejsza, niż 30-35 mld zł. Uważam, że - przynajmniej dopóki sąd nie zakwestionuje kredytów walutowych jako bezprawnych - należy umówić się w taki sposób, że banki biorą na siebie odpowiedzialność za wzrost raty klienta, gdyby kurs franka przekroczył jakiś poziom. To by było sprawiedliwe. I być może do tego będą zmierzały propozycje PiS, gdy okaże się, że z tymi frankami - skoro już się obiecało - trzeba coś zrobić.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (39) Pokaż komentarze do wpisu „Po wyborach słabnie zapał do odwalutowania kredytów? Dwuznaczne wypowiedzi”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 28 października 2015 08:33
  • wtorek, 27 października 2015
    • Belką po oczach, czyli... pięć rzeczy, które musisz zrobić, żeby klienta naprawdę zabolało

      Banki same sobie zapracowały na nowe podatki i obciążenia, które chcą na nie nałożyć politycy - taką odważną tezę postawił we wtorek, podczas wystąpienia na Forum Ryzyka Bankowego BIK, Marek Belka, szef Narodowego Banku Polskiego. I trudno nie przyznać mu racji. Dziś bowiem ta branża nie kojarzy się z wspieraniem rozwoju kraju, zaspokajaniem potrzeb mieszkaniowych milionów Polaków, albo po prostu z ułatwianiem codziennych zakupów (większość z nas nie wyobraża sobie już życia bez zbliżeniowych kart płatniczych, prawda?). Banki kojarzą się z lichwą i próbą wciskania klientowi kitu na każdym kroku. Przyszedłeś po lokatę? Wyjdziesz z 15-letnią inwestycją. Chcesz kredyt "z gwarancją najniższej ceny"? Dostaniesz dwa razy droższy niż w banku obok. W większości reklam bankowych nic, dosłownie nic nie zgadza się z rzeczywistością. Wszędzie "zgrzewki", pakiety, wciskanie nie chcianych produktów.

      To się musi skończyć, bo erozja reputacji może przynieść bankom coś znacznie groźniejszego - erozję zaufania. A dawno minęły czasy, w których bankowcy mogli mieć poczucie, że są nie do zastąpienia. Pozabankowe firmy przejęły już w Polsce większość detalicznego handlu walutami, rozpychają się na rynku pożyczek, zaczynają wypychać banki z rynku płatności. Są już pierwsze platformy, na których ludzie sami pożyczają sobie pieniądze, bez pośrednictwa banków. To tak, jak z taksówkarzami - tak długo wkurzali ludzi, że przyszedł Uber i robi rewolucję. Pytanie tylko czy banki potrafią jeszcze myśleć o swojej działalności w kategoriach innych, niż rentowność poszczególnych linii produktowych, wzrost przychodów prowizyjnych, czy marża na kredycie. I czy są w stanie myśleć w kategoriach "jestem gotów dziś dopłacić do interesu, by za kilka lat klient przyniósł mi więcej swoich pieniędzy".

      Jakiś czas temu mój redakcyjny kolega z "Gazety Wyborczej" opowiadał mi o tym, jak zagraniczna firma załatwiała jego problem dotyczący awarii elektronicznego sprzętu, który nabył. Kolega zadzwonił na infolinię i zgłosił, że kupiony niedługo wcześniej za kilka stówek sprzęt przestał reagować na polecenia. Po krótkiej rozmowie z serwisantem klient został poproszony o to, by poczekał kilka minut na linii, po czym ów serwisant oświadczył: "wysyłamy panu na nasz koszt nowy egzemplarz". W firmie ktoś doszedł do wniosku, że nawet jeśli klient sam sobie zepsuł sprzęt, bo np. usiadł na nim, albo próbował go grillować w kuchence mikrofalowej - a bardziej prawdopodobne, że wyprodukowany w Chinach sprzęt padł sam - to bardziej opłaca się udobruchać klienta i utrzymać jego lojalność do marki, niż spowodować, by zaczął kupować elektronikę u konkurencji.

      W branży finansowej przez długie lata królowało podejście do klienta, jak do ciemnej masy, którą można wycisnąć do ostatniej kropelki i porzucić. Jakość obsługi stała się istotnym parametrem dopiero po 2009 r., kiedy okazało się, że depozyty klientów nie są dane na zawsze, marka mająca fatalne postrzeganie nie jest w stanie przyciągać klientów nawet oferując dumpingowe ceny, zaś model biznesowy pt. "wcisnąć klientowi kit i uciec" niekoniecznie jest najbardziej efektywnym. Coraz więcej instytucji finansowych jakość obsługi stawia na ważnym miejscu, ale wciąż nieliczne - stawiają ją na równi z rentownością biznesu. Jakie są największe grzechy popełniane przez finansistów w kontaktach z nami, klientami? To moja lista pięciu najważniejszych, ale chętnie posłucham Waszych spostrzeżeń "w tym temacie",

      KOPNIJ W TYŁEK STAŁEGO KLIENTA. Tylko kilka instytucji finansowych, organizując promocje, myśli nie tylko o nowych klientach, ale i o tych dotychczasowych. To oni generują największą część przychodów każdego banku i firmy ubezpieczeniowej. I to oni w największym stopniu kształtują jej wizerunek. Jakość obsługi starego klienta ma większy wpływ na postrzeganie instytucji, niż nowego. Wiele instytucji finansowych zdaje się tego nie dostrzegać.

      REKLAMACJE ROZPATRUJ DŁUGO I NAMIĘTNIE. Nikt nie lubi być lekceważony. Nawet jeśli instytucja finansowa nie ma intencji, by klienta zlekceważyć, czasem tak po prostu wychodzi. Odpowiadając po miesiącu na reklamację, w dodatku ogólnie, zdawkowo - w sposób zamierzony lub nie zyskuje wizerunek aroganckiej, lekceważącej klienta.

      DBAJ O PIENIĄDZE, NIE O RELACJĘ. Najgłupszą rzeczą, jaką może zrobić sprzedawca, jest nadwerężenie relacji z klientem dla kilku złotych. Wciąż dostaję listy, w których klienci piszą, że przez trzy miesiące walczą o zwrot 5 zł, albo składają już trzecią reklamację, bo bank nie chce oddać im 7 zł jakiejś prowizji. Jeśli dla takich pieniędzy traci się z oczu długoterminową relację z klientem, to tego klienta się po prostu traci.

      ZŁO WPISZ DO PLANU. Dopóki w branży finansowej premiowana będzie nowa sprzedaż kosztem pielęgnowania relacji z klientem, w sieci sprzedaży będą premiowani ci pracownicy, którzy są nastawieni na zgarnianie prowizji. To plany sprzedażowe decydują o tym jakimi pracownikami stoi sieć sprzedaży. Jeśli - prezesie, dyrektorze, kierowniku - chcesz mieć dobrych sprzedawców, najpierw zadbaj o dobry system wynagrodzeń.

      NIE PRZEJMUJ SIĘ ZRZĘDZENIEM I NARZEKANIEM. W branży finansowej - w odróżnieniu od kilku innych - wciąż pokutuje przekonanie, że jeśli w papierach wszystko się zgadza, to awanturujący się klient z definicji nie ma racji. Bankowcy i ubezpieczeniowcy wciąż niewystarczająco często dostrzegają, że równie ważne jak porządek w papierach jest subiektywne odczucie klienta. Jeśli uważa, że go oszukano, naciągnięto, wprowadzono w błąd, to trzeba ten fakt przyjąć do wiadomości i spróbować coś z tym zrobić. I niekoniecznie to "coś" musi przyjmować postać kajania się i przepraszania za wszystko, za co można przeprosić. Większości klientów wystarczy próba spojrzenia ich oczami na proces sprzedażowy i wypracowania jakichś kompromisowych rozwiązań. Arogancja i patrzenie na relację z klientem tylko przez pryzmat biurokracji powoduje, że finansista będzie traktowany przez klienta jak urzędnik, a nie jak partner.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Belką po oczach, czyli... pięć rzeczy, które musisz zrobić, żeby klienta naprawdę zabolało”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 października 2015 18:28
    • W listopadzie bankom wyrośnie nowy rywal. Pożyczysz nowemu rządowi w promocji?

      Kiedy przeczytałem tę informację, to przez moment pomyślałem, że Ministerstwo Finansów przygotowuje grunt pod nowe rządy i próbuje awansem wspomóc przyszłą premier Beatę Szydło w pozyskiwanie pieniędzy na realizację wyborczych obietnic. :-). Wydatki szykują się spore - pisałem o tym w poniedziałkowej notce poświęconej nadchodzącemu wiatrowi zmian dla naszych portfeli - więc trzeba gdzieś znaleźć pieniądze. Pożyczanie za granicą jest niepatriotyczne, więc... Ministerstwo Finansów wchodzi ze specjalną ofertą dla krajowych ciułaczy - emisją 11-miesięcznych obligacji z oprocentowaniem 2% w skali roku. No dobra, koniec żartów. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że projekt musiał być przygotowywany już kilka miesięcy wcześniej, ale koincydencja tej oferty z wynikiem wyborów - przyznacie - jest nader smaczna.

      Po co Ministerstwo Finansów wprowadza do sprzedaży 11-miesięczne obligacje? To nie pierwsza tego rodzaju oferta papierów skarbowych. Poprzednie sprzedawały się bardzo dobrze albo rewelacyjnie. O ile bowiem na co dzień ciułacze raczej szerokim łukiem omijają obligacje emitowane przez rząd - najbardziej krótkoterminowe ze standardowych papierów wymagają zablokowania oszczędności aż na dwa lata - o tyle oferta z terminem krótszym (w okolicy roku) sprawia, że chętniej otwieramy portfele. Aż 95% depozytów w bankach ma termin roczny lub krótszy, więc ilekroć Ministerstwo Skarbu wprowadza krótkoterminowe obligacje, stają się one konkurencją dla lokat bankowych.

      obligacjelistopad2015

      Czy te 2% to dużo? Dla łowców wisienek, czyli skoczków co kilka miesięcy zmieniających bank, oczywiście nie jest to żadna atrakcja. Na rynku nie brakuje lokat dających 2,5% pod warunkiem, że klient przyniesie nowe środki, a lokując na krótsze terminy, albo zakładając jednocześnie w danym banku konto osobiste (darmowe pod warunkiem określonych wpływów lub transakcji) - nawet 3%. Jednak biorąc pod uwagę ofertę dla klientów wiernych swojemu bankowi, którzy nie przekładają kieszeni z banku do banku co trzy miesiące, trudno znaleźć lepsze opcje, niż 1,5-1,7% w skali roku. Zdarzają się okazyjne promocje, np. lokaty internetowe na 2,2-2,3%, albo możliwość założenie lokaty na 3% za pośrednictwem smartfona (ale zwykle niski jest limit kwoty lokaty), jednak biorąc pod uwagę standardową ofertę dużych banków oferowane przez Ministerstwo Finansów 2% w skali roku jest ofertą dość konkurencyjną. Zwłaszcza, że te 2% nie jest obwarowane żadnymi dodatkowymi warunkami (nie trzeba mieć konta, ani zakładać lokaty przez smartfona, nie ma też limitu kwotowego inwestycji).

      Co ciekawe, jednocześnie z emisją "specjalnych" obligacji krótkoterminowych Ministerstwo Finansów w listopadzie robi promocję na pozostałe typy obligacji, podwyższając - co prawda symbolicznie, ale jednak - ich oprocentowanie. Ci, którzy kupią w tym miesiącu obligacje dwuletnie - otrzymają gwarancję oprocentowania 2,1% w skali roku. Obligacje trzyletnie zakupione w listopadzie przez pierwszych sześć miesięcy będą objęte promocyjnym oprocentowaniem 2,3% (w kolejnych okresach odsetkowych oprocentowanie będzie równe temu, po którym banki pożyczają sobie pieniądze - tzw. stawka WIBOR 6M). Jeśli chodzi o obligacje czteroletnie, to przez pierwszy rok będą oprocentowane według stawki 2,3%, a potem będzie to roczny wskaźnik inflacji plus 1,25% marży. Kto chce w obligacjach oszczędzać na emeryturę i kupi obligację dziesięcioletnią, dostanie 2,5% odsetek w pierwszym roku, a potem tyle, ile wynosi inflacja plus 1,5% marży.

      Bardzo jestem ciekaw jakie efekty przyniesie listopadowa ofensywa Ministerstwa Finansów. Główną atrakcją jest mimo wszystko "11-tka", pozostałe promocje będą miały mniejsze znaczenie (no, może poza "podkręconym" oprocentowaniem stosunkowo popularnych obligacji dwuletnich). Państwo jest dla większości z nas bardzo zaufanym płatnikiem (choć ci, którzy mają w gablotach nie wykupione do dziś przedwojenne obligacje, pewnie mają inne zdanie na ten temat) i gdyby oferowało w standardzie obligacje na krótszy termin, niż rok, to jestem przekonany, że w papierach skarbowych mielibyśmy ulokowane znacznie więcej, niż obecne 10 mld zł. Ale z drugiej strony może to i dobrze, że państwo nie robi na co dzień konkurencji bankom komercyjnym, lecz dostarcza "instrumenty" do długoterminowego odkładania pieniędzy? Żeby one jeszcze nie były wykastrowane z marży... W każdym razie listopad zapowiada się gorąco jeśli chodzi o walkę o nasze oszczędności.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „W listopadzie bankom wyrośnie nowy rywal. Pożyczysz nowemu rządowi w promocji?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 października 2015 07:44
  • poniedziałek, 26 października 2015
    • Obiecali nam dużo i wygrali. Czy nadejdzie wiatr zmian w naszych portfelach? Co przywieje?

      Wygląda na to, że przez najbliższych kilka lat Polską będą rządzili politycy Prawa i Sprawiedliwości. I to samodzelnie, nie mając dyskomfortu wynikającego z konieczności dogadywania się z koalicjantami. A do tego będą mieli przyjaznego sobie prezydenta, który nie zawetuje żadnej ustawy, na której zależy rządowi. Niezależnie od tego czy w tych wyborach w ogóle głosowaliście i na kogo głosowaliście - oby to była dobra zmiana, albo przynajmniej nie taka całkiem najgorsza :-). Co mogą przynieść naszym portfelom nowe rządy? Gdyby PiS chciał zrealizować wszystkie obietnice z kampanii wyborczej, to byłoby krucho dla tych, którzy mają oszczędności (ewentualne drukowanie pustych miliardów niesie ryzyko zniszczenia realnej wartości pieniądza)  Znam na prawicy ludzi dobrze znających się na gospodarce, którzy nie wyglądają na samobójców. Tyle, że jak się obiecało dużo i nie ma żadnej wymówki...

      500 ZŁ MIESIĘCZNEGO DODATKU NA DZIECKO? Najbardziej medialny pomysł PiS i jeden z niespecjalnie mądrych. Każda biedna rodzina ma dostawać 500 zł miesięcznego dodatku na każde dziecko (niektóre rodziny - nawet więcej), zaś zamożniejsza rodzina - po 500 zł miesięcznie za drugie i kolejne dziecko. Prawdopodobnie kosztowałoby to jakieś 20 mld zł rocznie i trudno sobie wyobrazić, by było możliwe do zrealizowania. Zwłaszcza w kraju, w którym rząd zbiera z podatków o 50 mld zł mniej, niż wydaje na policję, wojsko, służbę zdrowia, sądy i szkolnictwo (oraz armię urzędników). A nawet gdyby zostało zrealizowane, to bogatsi wydaliby te pieniądze na zagraniczne wakacje (a więc kraj by od tego nie skorzystał), a biedni - na wszystko inne, niż dzieci (a potem przyszliby do rządu, żeby państwo sfinansowało podręczniki, szkołę, opiekę nad dziećmi).

      WYŻSZA KWOTA WOLNA OD PODATKU - 8000 zł? Ten bonusik, w ramach podziału pracy, ma załatwić prezydent, składając w Sejmie własny projekt ustawy w tej sprawie. W czasie kampanii wyborczej prezydent mówił, że kwota wolna od podatku miałaby wzrosnąć z 3000 zł do co najmniej 8000 zł. Przez wiele lat kwota wolna od podatku była zamrożona, co oznaczało de facto ukryty wzrost realnych stawek podatkowych. Jakieś odbicie nam się należy, choć na tak drastyczne Polski chyba nie stać. Poza tym im większa kwota wolna od podatku, tym większej liczbie najbiedniejszych może zabraknąć przychodów, żeby skorzystać w pełni z dobrodziejstw kwoty wolnej. 

      Czytaj też: Co oznacza zmiana prezydenta dla naszych portfeli?

      Czytaj też: Granat w szambie, czyli podatkowa rewolucja

      MINIMALNA STAWKA GODZINOWA 12 ZŁ? Prezes Beata Szydło obiecała, że najniższa stawka godzinowa za pracę pod rządami PiS będzie wynosiła 12 zł. przyznam szczerze, że trochę boję się realizacji tej obietnicy. Wymuszony administracyjnie wzrost płac powoduje bowiem wzrost kosztów po stronie pracodawców. Jeśli będzie to wzrost zbyt agresywny, to możliwe są dwa efekty - bankructwo firm lub wzrost cen. W pierwszym przypadku stawka godzinowa będzie wysoka, ale pracy znacznie mniej (czyli strzał w kolano), a w drugim - ludzie dostaną więcej pieniędzy, ale realnie i tak więcej za nie nie kupią, bo wszystko zje inflacja. Oczywiście: sytuacja na rynku pracy jest taka, że firmy zarabiają dużo, a pracownikom płacą ochłapy, a więc pewien potencjał do wzrostu stawki godzinowej jest. Ale raczej nie tak duży, jak obiecał PiS.

      OBNIŻKA VAT, NIŻSZY CIT DLA MAŁYCH FIRM? Beata Szydło obiecała niższy - 15% - podatek dochodowy dla małych firm (takich z obrotem do 5 mln zł rocznie). Będzie też można dodatkowo obniżyć sobie podatek dzięki przyspieszonej amortyzacji (czyli wrzucaniu w koszty) wydatków na to, czego potrzeba na rozwój firmy. Ma być też wprowadzona ulga inwestycyjna dla tych, którzy będą chcieli wprowadzać w firmach nowoczesne polskie technologie. To dobry kierunek, tylko słabo widzi się z wysoką obowiązkowo płacą godzinową, która może zabić każdy młody biznes (niezależnie od stawek podatkowych). PiS zapowiedział też obniżenie do 22% podatku VAT. W czasie kryzysu finansowego rząd Platformy podwyższył stawkę do 23% i miał ją obniżyć, ale zapomniał. Z budżetu ubędzie sporo miliardów, ale Polakom powrót do niższego VAT się należy. Minimalnie mogłyby spaść ceny w sklepach.

      law_and_justiceWIĘCEJ KREDYTÓW I MIESZKANIA PO 2500 ZŁ? Jarosław Kaczyński zapowiedział wielki program inwestycji, wart 1,4 bln zł. Część z tych pieniędzy to programy współfinansowane z pieniędzy unijnych, ale krew w żyłach mrozi propozycja, by kilkaset miliardów złotych zassać z NBP w postaci udostępnienia bankom komercyjnym dodatkowego "podkładu" kapitałowego, by mogły pożyczać pieniądze w formie kredytów Jakkolwiek takie pomysły są znane na świecie (nazywa się to-to "luzowaniem ilościowym"), to musimy się liczyć ze skutkami ubocznymi w postaci inflacji (i spadku realnej wartości oszczędności Polaków). Jasne, że nadmiar pieniądza po "rozbujaniu" gospodarki można ściągnąć z rynku i ograniczyć efekty uboczne (w taki sposób pieniądze drukuje amerykański Fed, czy europejski EBC), ale sytuacja jest bezpieczniejsza, gdy luzowanie przeprowadza kraj cieszący się ogromnym i właściwie nienaruszalnym zaufaniem rynków, niż taki jak Polska, uważany za gospodarkę wschodzącą. Skutkiem wielkich inwestycji mają być niższe ceny mieszkań (bo ma ich powstać 3 mln, metr ma być za 2500 zł). Nie wiem jak PiS chce to zrobić, skoro tyle mniej więcej wynosi goły koszt wybudowania 1m2 mieszkania, ale... zobaczymy.

      KRÓTSZA PRACA I NIŻSZE EMERYTURY? To też działka pana prezydenta. Wiek emerytalny ma wrócić do poziomu 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn lub też - co bardziej prawdopodobne - zostanie wprowadzona dobrowolna możliwość pójścia na emeryturę po "odpracowaniu" wyznaczonej liczby lat składkowych. Każdy kto ma trochę oleju w głowie wie, że pieniędzy w kasie ZUS będzie z roku na rok - proporcjonalnie do liczby emerytów, czyli per capita - coraz mniej i jeśli będziemy pracowali krócej, to będziemy dostawać mniejsze emerytury. Są tylko dwie drogi, żeby to odwrócić - albo będziemy dużo więcej zarabiać (a więc i płacić znacznie wyższe składki do ZUS), albo będziemy mieli prywatne oszczędności na dodatkową emeryturę. W tych dwóch przypadkach będziemy mogli sobie pozwolić, żeby krócej pracować. Tyle, że na razie PiS gwarantuje tylko krótszą pracę za głodową emeryturę.

      tvrepwyb1Co ewentualna realizacja tych wszystkich zapowiedzi oznaczać może jakieś niemiłe skutki uboczne? Mówiłem o tym dosłownie kilka dni temu na zaproszenie Telewizji Republika, ale powtórzę. Polska jest krajem, w którym państwo rocznie wydaje 40-50 mld zł więcej, niż wpływa z podatków. Obietnice wyborcze trzeba podliczać na kilkadziesiąt kolejnych miliardów złotych rocznie. Czy da się znaleźć pieniądze wyłącznie z "lepszego rządzenia" i uszczelnienia ściągania podatku VAT? Sposoby finansowania są następujące: można jeszcze szybciej zadłużać się za granicą, podnosić podatki i ciąć zbędne wydatki (ale budżet w większości składa się ze sztywnych wydatków), albo zadłużać się wewnętrznie, czyli emitować pusty pieniądz. Dla posiadaczy oszczędności w bankach - a mamy tam 600 mld zł - to ostatnie byłoby najgorszym rozwiązaniem. 

      CO Z NASZYMI OSZCZĘDNOŚCIAMI? Posiadacze oszczędności powinni mieć się na baczności. Pisałem niedawno w blogu, że polisą ubezpieczeniową przed od zakusów nieodpowiedzialnych polityków może być lokowanie części pieniędzy w aktywach denominowanych w obcych walutach (lub inwestycjach alternatywnych, zabezpieczających wartość kapitału niezależnie od realnej wartości waluty). Nie wiadomo jak będzie rządziła Polską prawica, ale zapewne będzie to niespecjalnie restrykcyjna polityka jeśli chodzi o stopy procentowe (PiS zawsze sprzyjał luzowaniu polityki pieniężnej, to m.in. za czasów tej partii nastąpił boom tanich kredytów frankowych), co powinno skutkować utrzymaniem się na niskim poziomie oprocentowania depozytów. To jeszcze nic złego, o ile polityka gospodarcza rządzących jednocześnie nie doprowadzi do wzrostu inflacji (np. poprzez druk pustego pieniądza).

      Czytaj też: Straszą Cyprem w Polsce. Czy Bruksela dybie na nasze oszczędności?

      CO Z NASZYMI INWESTYCJAMI (W TYM NA EMERYTURĘ)? Ważnym pytaniem jest to, czy dążąca do realizacji obietnic zwycięska partia dobierze się do reszty naszych oszczędności emerytalnych zgromadzonych w OFE. Rząd PO pozbawił nas tej części, która była lokowana w obligacje emitowane przez tenże rząd, ale 150 mld zł jest jeszcze do wzięcia (to pieniądze lokowane w akcje). PiS krytykował "skok na OFE", ale czy nie szykuje kolejnego? Nie wiadomo też jak polityka gospodarcza realizowana przez nowy rząd wpłynie na notowania akcji spółek. A pamiętajmy, że w ten sposób Polacy ulokowali 140-150 mld zł (w tym 100 mld zł pośrednio, poprzez fundusze inwestycyjne). 

      PO ILE EURO I DOLAR? Inwestorzy zagraniczni uważnie będą patrzyli na to w którym kierunku zostanie znowelizowany budżet na przyszły rok i w ogóle na to jak nowy rząd będzie patrzył na kwestię zadłużania się przez Polskę, czyli na deficyt budżetu, Na razie na rynku nie widać wielkiej nerwowości, co oznacza, że świat finansów zakłada, iż PiS będzie zachowywał się rozsądnie. Zakładnikami są wszyscy, którzy lubią pojechać na wakacje za granicę oraz ci, którzy mają kredyty walutowe. Każde zachwianie zaufania inwestorów światowych do rozsądku polskiego rządu zwiększy ryzyko wyższego kursu euro (bo inwestorzy zaczną przenosić pieniądze do bardziej przewidywalnych krajów). Na razie jest jednak spokojnie i oby tak zostało. 

      europowyborach   

      DROŻEJ W BANKU I W SPOŻYWCZAKU? Głównymi sposobami finansowania programu wspierania rodzin ma być podatek bankowy (lub od transakcji finansowych). Kilka lat rządów prawicy przełoży się zapewne na wzrost cen usług bankowych i - szerzej - finansowych. Z jednej strony zapewne będzie wprowadzony jakiś podatek bankowy (lub od transakcji finansowych, a to z kolei może uderzyć w tych, którzy inwestują oszczędności na giełdzie), z drugiej strony będziemy mieli kontynuację repolonizacji banków (może przynieść jakieś pozytywne skutki, ale na pewno i ograniczy konkurencję na rynku), a z trzeciej banki (te zrepolonizowane) mogą być używane do finansowania wielkich inwestycji państwowych, które niekoniecznie muszą odbywać się warunkach rynkowych. Aha, jest jeszcze czwarta sprawa - frankowicze. PiS obiecał im dużo. Jeśli obietnice wypełni - banki będą przerzucały część kosztów na pozostałych klientów. W spożywczaku może być zaś drożej ze względu na podatek od supermarketów, który PiS chce wprowadzić, ale z drugiej strony nie każdy sklep do supermarket, a niższy VAT też swoje zrobi.

      SUBIEKTYWNOŚĆ JEST NA YOUTUBE! Zbudowanie nawyku oszczędzania i gromadzenia długoterminowych oszczędności to ważny krok to Waszej finansowej niezależności. Także niezależności od potencjalnie głupich decyzji rządzących. Jak to zrobić?  W ostatnich klipach na kanale "Subiektywnie o finansach" na Youtube znajdziecie mnóstwo ciekawych argumentów i patentów, które przekonają Was, że nie taki diabeł straszny.

      inskok2

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (28) Pokaż komentarze do wpisu „Obiecali nam dużo i wygrali. Czy nadejdzie wiatr zmian w naszych portfelach? Co przywieje?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 października 2015 08:48
  • niedziela, 25 października 2015
    • Straszą Cyprem w Polsce. Czy Bruksela chce nas oskubać z oszczędności w bankach?

      Pamiętacie strzyżenie klientów banków na Cyprze przed kilku laty? Kiedy okazało się, że tamtejsze banki są w ruinie, Nemcy i Francuzi doszli do wniosku, że nie będą ich ratowali wyłącznie za pieniądze swoich podatników. Ostrzygli więc posiadaczy największych depozytów (kto miał w banku więcej, niż 100.000 euro musiał oddać 47,5% nadwyżki), a pierwszy pomysł być taki, żeby przymusowym podatkiem obłożyć wszystkich klientów, którzy mieli w bankach pieniądze, a nie tylko tych, którzy mieli największe depozyty. Tak się składa, że w cypryjskich bankach prali część swoich pieniędzy rosyjscy (i nie tylko rosyjscy) oligarchowie, więc nikt się nad losem klientów cypryjskich banków nie litował. Gorzej, że na kanwie tego przypadku w Unii Europejskiej urzeźbili nowy model ratowania banków, który już oficjalnie przewiduje możliwość zabrania pieniędzy klientom, gdyby okazało się, że bank może upaść. Co prawda można będzie opodatkować tylko depozyty powyżej 100.000 euro, ale liczy się fakt. Polska jest jednym z sześciu krajów, które go jeszcze nie wdrożyły, a kilka dni temu Komisja Europejska pozwała nas nawet o to do Trybunału Sprawiedliwości.

      Czytaj też: Skubanie nas z oszczędności? To nie groźba, to fakt

      Od wielu miesięcy niektórzy z czytelników nadawali do mnie alarmistyczne e-maile w tej sprawie, zatytułowane: "szykuje się kolejny skok na naszą kasę" i pytali "ciekawe w której ustawie rząd to schowa, żebyśmy nie zauważyli". Rząd nie schował, tylko przekaże ten problem swoim następcom. Czy rzeczywiście jest się czego bać? Nie histeryzowałbym. Rzeczywiście, można powiedzieć, że właśnie kończy się w Europie era, wktórej depozyt klienta jest święty. Bank był do tej pory jedynym miejscem, w którym można było przechowywać pieniądze z absolutną pewnością, że się ich nie straci. Państwowe gwarancje depozytów w ostatnich latach urosły do bardzo porządnych poziomów - 100.000 euro na depozyt klienta w jednym banku - a i tak nikomu nie mieściło się w głowie, że pieniędzy złożonych w banku można byłoby nie odzyskać. Potem jednak zdarzyło się strzyżenie deponentów na Cyprze, a następnie nowe pomysły Unii Europejskiej. Zła strona jest taka, że skoro dziś przyzwala się oficjalnie na strzyżenie depozytów powyżej 100.000 euro, to cóż stoi na przeszkodzie, żeby za jakiś czas zmniejszyć limit do 50.000 euro, albo np. do 10.000 euro? Skoro depozyt nie jest już świętością, której nie można dotknąć...

      Regulacje, które pewnie prędzej czy później będziemy musieli przyjąć, nie pozwalają zająć pieniędzy deponentów samemu bankowi, będącemu w tarapatach. Decyzję w tej sprawie będzie musiał podjąć specjalny organ państwowy. A pieniądze mają posłużyć dokapitalizowaniu banku, by mógł dalej prowadzić normalną działalność. Można powiedzieć - nic nadzwyczajnego. Gdyby taki bank upadł, to przecież i tak duzi deponenci straciliby część depozytów powyżej 100.000 euro (czyli limitu gwarancji państwowych). W sumie więc bez znaczenia jest czy pieniądze z konfiskaty największych depozytów pójdą na ratowanie banku, czy też do jego masy upadłości, zarządzanej przez komornika. Mimo wszystko jednak jeśli w Polsce zostaną wprowadzone zapisy dyrektywy o uporządkowanej upadłości banków, to mentalnie coś się w naszych głowach powinno zmienić.

      Czytaj: Ile pieniędzy trzeba skonfiskować ludziom, by Europa wyszła z długów?

      A co? Być może to jest ten moment, w którym wreszcie powinniśmy myśleć o banku bez tej całej nabożności. Dziś bank jest tym pierwszym, najlepszym, dla wielu jedynym miejscem trzymania oszczędności. Świata poza bankiem nie widzimy, a przecież są też inne sposoby lokowania oszczędności, na które teraz - gdy z banków opadnie nimb miejsca, w którym pieniądz jest "nie do ruszenia" - być może zwrócimy uwagę. Dzielenie oszczędności i przechowywanie ich w kilku miejscach być może zacznie mieć sens. Drugi pozytywny efekt dyrektywy o uporządkowanej upadłości banków to fakt, iż wreszcie zaczniemy zwracać uwagę na to gdzie lokujemy pieniądze. Gwarancje rządowe są dla wszystkich banków takie same, ale jeśli jakiś bank daje znacznie wyższe odsetki, niż inny, to być może zaczniemy się zastanawiać dlaczego tak się dzieje. Wiarygodne logo i finansowa stabilność zacznie się liczyć.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Straszą Cyprem w Polsce. Czy Bruksela chce nas oskubać z oszczędności w bankach?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 października 2015 18:38

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line