Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 31 października 2016
    • Już połowa z nas to robi. Ale większość robi to... nie tak jak trzeba. Za to 10% to ogiery

      Dziś jest dzień (Światowy Dzień Oszczędzania), w którym więcej, niż zwykle powinniśmy myśleć o gromadzeniu. Niedawno pisałem w blogu, że z tym naszym oszczędzaniem idzie ku dobremu, bo w ciągu dwóch lat zwiększyliśmy zaskórniaki o jakieś 10%, zaś w liczbach bezwzględnych o 55 mld zł. Tyle kasy odłożyliśmy zamiast wydać. W zależności od metody liczenia mamy 550-700 mld zł, czyli jakieś 20.000 zł oszczędności na głowę. Czyli po 5000 euro. Allianz w swoich raportach o światowym bogactwie liczy, że nawet po 6500 euro. Szok i niedowierzanie. Dla porównania: przeciętny Amerykanin ma na koncie w banku, w akcjach, obligacjach, funduszu emerytalnym, albo na polisie oszczędnościowej równowartość jakichś 152.000 euro. Japończyk - 84.000 euro. Zachodni Europejczyk - 58.600 euro. Ponad dziesięć razy więcej, niż przeciętny Polak.

      Więcej na ten temat: Dobra zmiana? Polacy rzucili się do gromadzenia

      Jeszcze więcej o tym: Mała sensacja w oszczędzaniu na emeryturę!

      CO DZIESIĄTY JEST BLISKO ZAMOŻNOŚCI. No, ale przeciętny Polak nie istnieje. Część jest poniżej, a część powyżej średniej. Z badań przeprowadzonych na zlecenie Związku Banków Polskich wynika, że prawie połowa Polaków (dokładnie 44%) nie widzi w swoim domowym budżecie potencjału do oszczędzania. A więc prawdopodobnie nie ma oszczędności. I że lwią część długoterminowych oszczędności kontroluje 30% zamożniejszych Polaków, z których każdy przeciętnie uciułał jakieś 50.000 zł (czyli jakieś naście tysięcy euro). Niewykluczone, że koncentracja oszczędności jest jeszcze większa - z niektórych szacunków wynika, że połowę oszczędności - czyli najmarniej 250-350 mld zł - zebrało tylko 10% najzamożniejszych Polaków. To by oznaczało, że ta elita ma po 80.000-100.000 zł. Poniżej jest 20% posiadających po kilkanaście tysięcy złotych zaskórniaków, a połowa obywateli jest - przynajmniej pod względem oszczędnościowym - goła i niekoniecznie wesoła.

      Więcej na ten temat: Połowa z nas nigdy nie będzie miała oszczędności, bo...

      CO CZWARTY MOŻE ODŁOŻYĆ DWIE STÓWY MIESIĘCZNIE. Do podobnego wniosku można dojść inną drogą - pytając Polaków jak duże są możliwości odkładania pieniędzy w tej niespełna połowie gospodarstw domowych, które w ogóle taką zdolność posiadają. Średnio jest to mniej więcej 100-200 zł. Gdyby ktoś zaproponował polskim konsumentom konieczność odłożenia 300 zł miesięcznie, to nie wymiękłoby tylko 25% (a więc mniej więcej połowa tych, którzy mają zdolność generowania nadwyżki w domowym budżecie). Ale 14% uważa, że byłoby w stanie uciułać nawet 500 zł miesięcznie. Takie 500 zł miesięcznie ulokowane na 5% (a więc nie tylko w banku, ale i w obligacjach oraz funduszach inwestycyjnych) już po dziesięciu latach pozwala uciułać 80.000 zł. To jest ta elita, która zgromadziła co najmniej 50.000 zł oszczędności (a niektórzy mówią, że kontroluje połowę wszystkich oszczędności Polaków).

      Więcej na ten temat: Spontaniczni, nieogarnięci, niezmotywowani. W której grupie jesteś?

      Fundacja Kronenberga ostatnio przepytała o to Polaków. Pod względem kwot przeznaczanych na oszczędzanie - to pytanie dotyczyło tylko tej połówki Polaków, którzy zadeklarowali, że mniej lub bardziej systematycznie oszczędzają - nadzieję na zebranie poważnych kwot ma jakieś 30%. Bo oni odkładają więcej, niż 250 zł miesięcznie. Mówimy więc o jakichś 15% ogółu społeczeństwa. Albo o 20-25% jeśli obniżymy próg do 200 zł miesięcznie. I wszystko się zgadza z wcześniejszymi badaniami, o których było powyżej.

      citikro5

      CO DRUGI MA DROBNE "NA CZARNĄ GODZINĘ" Te spostrzeżenia w zarysie potwierdzają dane GUS, z których wynika, że 49% Polaków zgłasza brak możliwości pokrycia nieoczekiwanego wydatku w wysokości 1000 zł z bieżącego domowego budżetu lub ze zgromadzonych oszczędności. To oznacza, że ta połowa Polaków nie ma żadnych luzów finansowych i żyje "od pierwszego do pierwszego" bądź nawet tkwi w długach. I jak trzeba wydać na coś nagle pieniądze, to albo ich nie wydaje, albo idzie do Vivusa albo banku. Jakieś 8% gospodarstw domowych ma zaległości w opłatach.

      Więcej na ten temat: Nie jest dobrze, połowę rodzin zabiłby nagły wydatek w wysokości...

      CO ÓSMY ODKŁADA SYSTEMATYCZNIE. Fundacja Kronenberga jak co roku przepytała Polaków (reprezentatywną grupę ponad 1000 osób) o ich podejście do pieniędzy. Wynika z nich, że tylko 20% uważa, że oszczędzanie jest bez sensu, ale tylko połowa mniej lub bardziej systematycznie gromadzi oszczędności. Druga połowa tylko o tym myśli. Z tego, że połowa Polaków oszczędza trzeba się cieszyć, ale... tylko 13% oszczędza regularnie, cała reszta - dorywczo. A jak wiadomo z dorywczego oszczędzania raczej nie weźmie się ani porządna poduszka finansowa, ani fundusz na realizację marzeń, ani kasa na dostatnią emeryturę. Na autostradzie do zamożności, niezależności finansowej i świętego spokoju jest tylko te 13% systematycznie odkładających pieniądze.

      citikro1

      WIĘKSZOŚĆ: BEZ POMYŚLUNKU I BEZ CELU. Wszyscy, którzy coś-tam gromadzą, mniej lub bardziej systematycznie, zostali też przepytani o to w jaki sposób oszczędzają. To pytanie przyniosło bolesne wnioski, bowiem najpopularniejszą formą oszczędzania jest dla większości posiadaczy oszczędności... przechowywanie pieniędzy na ROR. To jasno wskazuje, że nie mówimy tu o żadnym długoterminowym oszczędzaniu, tylko o zwykłych zaskórniakach, które raz na kilka miesięcy są wydawane na wakacje albo wyprawkę wrześniową dla dziecka. Jednym z najpopularniejszych sposobów oszczędzania jest... trzymanie kasy pod poduchą!

      citikro2

      Potwierdza to kolejne pytanie w badaniu Fundacji Kronenberga - o cel oszczędzania. Tylko 18% ludzi myśli o celu długoterminowym, pozostali wskazują te bieżące. Prawdopodobnie te 18% to mniej więcej ta sama grupa, która systematycznie oszczędza pieniądze. Bo do krótkoterminowych celów dyscyplina i systematyczność oszczędzania nie jest absolutnie niezbędna.

      citikro4

      POŁOWA Z NIEOSZCZĘDZAJĄCYCH MOGŁABY OSZCZĘDZAĆ? Jak wynika z Diagnozy Społecznej prof. Czapińskiego mamy w kraju ledwie jakieś 10% rodzin, które posiadają zaskórniaki zabezpieczające je przed konsekwencjami życiowych turbulencji, a więc przekraczające równowartość sześciomiesięcznych dochodów. Prawie co trzecia rodzina posiadająca oszczędności (28%) ma je w wysokości nie przekraczającej zaledwie jednomiesięcznych dochodów. Trudno to nazwać oszczędzaniem... No, ale oni przynajmniej próbują. A co z pozostałymi? Najłatwiej powiedzieć, że jedyną "winą" tej połowy Polaków, która nie ma żadnych oszczędności, jest brak wystarczających dochodów. Dopiero po zaspokojeniu podstawowych i mniej podstawowych potrzeb można sobie pozwolić na odkładanie pieniędzy. Ale to nie jest jedyna przyczyna. Z Diagnozy Społecznej prof. Czapińskiego wynika, że choć co drugie gospodarstwo domowe nie ma żadnych oszczędności, to tylko w co piątym nie ma ich dlatego, że nie są w stanie związać końca z końcem. 

      Więcej na ten temat: Diagnoza z poduszką, czyli nasze mini-oszczędzanie

      Potwierdzają to wyniki najnowszych badań Fundacji Kronenberga. Wynika z nich, że część Polaków nie wydaje wszystkiego co zarobi, ale dzieje się tak głównie dlatego, że nie planuje wydatków i nie kontroluje ich. W przypadku tej grupy jedyne czego brakuje, to nawyk oszczędzania pieniędzy, bo dochody na przyzwoitym poziomie już są. Jak liczne jest to grono, które mogłoby oszczędzać, ale pieniądze się "rozchodzą"? Z powyżej cytowanych badań prof. Czapińskiego wynika, że prawdopodobnie to aż jedna czwarta społeczeństwa i połowa tych, którzy nie oszczędzają. A Fundacja Kronenberga de facto to potwierdza. Przynajmniej poszlakowo, bo jak zerkniecie na różnicę między odsetkiem osób nie planujących i nie kontrolujacych wydatków wśród oszczędzających i nie oszczędzających, to owa różnica wynosi właśnie jakieś kilkanaście procent pytanych

      citikro3

      WIęcej o tym: Co robi Polak ze swoimi oszczędnościami? Co trzeci... 

      Poradnik dla niezamożnych: Jak oszczędzać gdy nie starcza do pierwszego?

      PODATNICY POWINNI SPONSOROWAĆ OSZCZĘDZAJĄCYCH? Ostatnią kwestią dotyczącą oszczędzania, którą trzeba zbadać z okazji Światowego Dnia Oszczędzania, są potencjalne sposoby na to, żeby ta jedna czwarta z nas, która mogłaby zacząć oszczędzać, chociaż tego nie robi, poczuła się odpowiednio zmotywowana :-). I żeby większość z tej połowy, która oszczędza ale ze zmiennym szczęściem, dołączyła do tych 10-15% Polaków, którzy gromadzą kasę w tempie 500 zł miesięcznie lub szybciej. I która - jak wszystko na to wskazuje - jest w posiadaniu połowy wszystkich oszczędności. Otóż zdaniem Polaków ankietowanych przez Fundację Kronenberga trzeba dać ulgi podatkowe od długoterminowego oszczędzania. Nie jestem do tego przekonany, bo ulgi podatkowe w największym stopniu będą wspierały najzamożniejszych, których do oszczędzania nakłaniać nie trzeba. Jestem miłośnikiem automatycznego, defaultowego oszczędzania, odsysania niewielkiego procenta dochodów już w momencie ich uzyskania przez konsumenta.  

      citikro6 

      OBEJRZYJ CZWARTY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA". W kolejnym odcinku mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem są internetowi złodzieje twoich pieniędzy. Jakie sposoby stosują, żeby wyczyścić ci konto? Jakich zasad bezpieczeństwa przestrzegać, żeby sobie poszli?

      A poniżej trzeci odcinek "Kasownika Samcika", w którym przedstawiałem sprytne sposoby na oszczędzanie. W poprzednich odcinkach było m.in. o studiowaniu, pracowaniu, czy zaciąganiu kredytu hipotecznego. Poza poradami finansowymi w każdym wydaniu solennie obiecujęczerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostkę o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Już połowa z nas to robi. Ale większość robi to... nie tak jak trzeba. Za to 10% to ogiery”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 października 2016 19:48
    • Ciekawy pomysł: im więcej masz dzieci, tym więcej... odsetek. Ile zapłaci nowy bank?

      nestlogoBankowość, która kiedyś była jedną z bardziej pożądanych wśród inwestorów form działalności, dziś stała się niespecjalnie rentownym biznesem, zwłaszcza dla nowych graczy. Dlatego trzeba pieścić dobrym słowem i kochać każdą bankową nowinkę na rynku i każdego inwestora, który postanawia rywalizować o nasze pieniądze z gigantami. Wiele wskazuje bowiem na to, że za kilka lat będziemy wybierali spośród pięciu, sześciu wielkich banków, z czego połowa to będą państwowe molochy. Dziś jednak debiutuje w internecie i na ulicach polskich miast nowa marka bankowa - Nest Bank. Jego właścicielem jest amerykański fundusz inwestycyjny AnaCap, zaś myślą przewodnią nowego gracza mają być finanse rodzinne. Stąd jest niemal pewne, że w tradycji nadwiślańskiej nowa instytucja przyjmie się jako "gniazdobank" (zgodnie z tłumaczeniem angielskiego znaczenia słowa "nest"). O planach wejścia na rynek tego nowego gracza było już w blogu niedawno. 

      "Gniazdowość" banku ma się objawiać na poziomie oferowanych produktów (mają szczególnie premiować rodziny i oszczędzanie długoterminowe związane z zapewnieniem przyszłości dzieciom) oraz obsługi. W odróżnieniu od trendów panujących na rynku Nest Bank chce się rozwijać poprzez sieć placówek. Ale nie takich zwykłych, w których są po prostu stanowiska do obsługi klientów oraz trochę elektroniki, lecz oddziałów przypominających kawiarnie. Wszystko ma tu emanować rodzinnym ciepłem, nawet pobierane przez bank prowizje :-)). No i obowiązkowo w oddziale na powitanie będą serwować kakao. Nawet logo banku przypomina trochę znaki firmowe sieci kawiarni :-)). Na razie bank ma 12 własnych placówek i 63 działające na zasadzie franczyzy. Docelowo własnych placówek ma być 57, a franczyzowych - 300. Bank chce się rozwijać głównie w mniejszych miastach, czyli tam, gdzie konkurencja jest mniejsza, a i dostęp do bankowych nowinek rzadziej spotykany.

      "Gniezdny" bank ledwie co się "wyjaił", ale już ma 140.000 klientów. A to dlatego, że nie zaczyna od zera, lecz przejmuje masę spadkową po dwóch już działających w Polsce bankach - Banku Smart (miał być nowoczesnym bankiem dla podróżników, europejskim dyskontem bankowym, a zarazem pierwszym w Polsce bankiem "smartfonowym") oraz Biz Banku. Koncepcja "banku rodzinnego" jaskrawo kłóci się z niszowym, nowoczesnym bankiem na smartfony, więc jeśli ktoś miał do tej pory konto w Banku Smart, to może się mocno zdziwić. Co prawda wszystkie dotychczasowe usługi - np. błyskawiczne przelewy między kontami w złotych i walutowymi wraz z ofertą korzystnego przewalutowania pieniędzy po drodze - będą nadal działały, to nie należy się spodziewać nowych transgranicznych pomysłów z wykorzystaniem bankowości mobilnej. Nest Bank skupi się na pielęgnowaniu domowego ogniska, a nie na fajerwerkach dla podróżujących singli ;-)).

      KONTO ZA ZERO Z KARTĄ I BANKOMATAMI. BEZWARUNKOWO! Czym Nest Bank chce zaimponować klientom, zwłaszcza tym nowym? Podlizywać będzie się trzeba od pierwszego dnia, bo bez pozyskania "dużych" kilkuset tysięcy, czy miliona świeżych klientów nie ma mowy o tym, by bank oparty na placówkach mógł zarabiać pieniądze. Przede wszystkim: wciąż dużym atutem będzie odziedziczone po Banku Smart konto bezwarunkowo za zero z kartą debetową, darmowym przelewami przez internet i dostępem do wszystkich bankomatów w kraju bez opłat ("bo wiemy, że w rodzinie liczy się każda złotówka"). O ile Bank Smart przez wielu potencjalnych klientów był traktowany - ze względu na swą "smartfonowatość" - z nieufnością, o tyle w "normalnym" Nest Banku bezwarunkwo darmowe konto - prawdopodobnie jedno z zaledwie dwóch takich kont na rynku, bo drugie prawdopodobnie ma Orange Finanse - może zacząć świecić nowym blaskiem.

      PÓŁ ROKU WYPASU: DADZĄ 2,6% NA LOKACIE, ALE... Jak każdy "świeżak" na bankowym rynku także "gniazdobank" wchodzi do akcji z porządną ofertą depozytową, aczkolwiek niestety dość mocno ograniczoną terminowo i kwotowo. Głównym wabikiem dla nowych klientów ma być trzymiesięczna lokata na 4%. Choć oprocentowanie jest więcej, niż godne, to ból sprawia maksymalna kwota depozytu, jaką można ulokować w ramach promocji - jest to 10.000 zł. Do wzięcia jest więc najwyżej 100 zł odsetek minus podatek. No i "powitalna" lokata jest dostępna tylko dla nowych klientów. Tych przejętych z Banku Smart nowy bank ani myśli dopieszczać. Czyżby chciał, żeby sobie poszli? Chociaż nie, dla nich też ma mały bonusik. Teaserem depozytowym dla starych i nowych klientów jest lokata na 2,6% na sześć miesięcy. Nie ma limitów kwotowych, ale za to trzeba przynieść nowe pieniądze - stare bank oprocentuje na 1,2%. Z ciekawych ofert depozytowych na dłuższy termin jest np. 36-miesięczna Nest Lokata WIBOR, która daje oprocentowanie na poziomie WIBOR 6M plus 0,4%. Dziś WIBOR 6M wynosi 1,8%, co oznacza, że - przy założeniu, iż w przyszłości się nie zmieni - można sobie zapewnić długoterminową rentowność pieniędzy na poziomie 2,2%.

      IM WIĘCEJ DZIECI, TYM LEPSZY PROCENT. Konto oszczędnościowe w Nest Banku generalnie jest oprocentowane tak sobie - według stawki WIBOR 3M pomniejszonej o 0,5%, co czyni jakieś 1,2% w skali roku. To w okolicach średniej rynkowej dla tego typu kont. Ale bank przygotował specjalną propozycję dopłat do odsetek. Jest dość ciekawa - wysokość dopłat jest tym większa, im dłużej się oszczędza i... uzależniona od liczby posiadanych dzieci. Można założyć taki plan oszczędzania tylko dla siebie (nie mając dzieci), ale wtedy dopłaty będą znacznie mniejsze, zwłaszcza w pierwszych pięciu latach. Jakiego rzędu są to dopłaty? Na pierwszy rzut oka wyglądają bardzo kusząco. Po pięciu latach oszczędzania wynoszą 6-10%, po dziesięciu rosną do 16-20%, a po piętnastu (to maksymalny okres trwania planu) - 26-30%! Tak wysokie premie dają po oczach i sprawiają, że "Nest Rodzinne Oszczędności" może być dość dobrze przyjęty przez potencjalnych klientów. Zwłaszcza - i tu dodatkowa zaleta - że można takich planów założyć więcej, niż jeden - np. dla siebie oraz dla każdego dziecka.

      nestkontoodzinne

      RODZINNE OSZCZĘDZANIE Z PREMIĄ DO 30%. CZYLI... 3%. Premia jest wyższa w każdym kolejnym roku oszczędzania, ale nie dotyczy wszystkich zebranych pieniędzy, a tylko tych, które wpłyną w danym okresie. Jeśli więc założę sobie "Nest Rodzinne Oszczędności" i zarejestruję jedno dziecko, to w pierwszym roku do każdej comiesięcznej wpłaty, wynoszącej np. 200 zł, bank będzie dorzucał 3%. Oznacza to, że przez rok uzbieram 2400 zł, do czego bank dopisze 1,2% odsetek (jakieś 12 zł po potrąceniu podatku Belki), a także 72 zł premii. Gdybym zarejestrował w programie dwójkę swoich dzieci, to dostałbym 4% premii premii od każdej wpłaty - czyli 96 zł rocznie. Premia w każdym kolejnym roku rośnie o 1 punkt procentowy, a po przekroczeniu pięciu i dziesięciu lat oszczędzania jej wzrost staje się skokowo jeszcze wyższy (przy każdym z dwóch progów o 6 punktów procentowych). Czyli np. w szóstym roku premia od wpłaconych 200 zł będzie wynosiła już 13% lokowanej kwoty przy jednym dziecku, 14% przy dwójce i np. 15% przy trójce. A więc wyniesie 312 zł, 336 zł lub 360 zł.

      To wszystko wygląda doprawdy imponująco, ale trzeba pamiętać, że z czasem proporcje między "regularnym" oprocentowaniem, a specjalnymi premiami, przyznawanymi za długoterminowe oszczędzanie, będą się zmieniały. Oprocentowania "regularnego" będzie dotyczył procent składany, a więc nawet niewielkie odsetki (obecnie 1,2% w skali roku) będą liczone od coraz większej kwoty (kilkunastu, kilkudziesięciu tysięcy). Roczne bonusy, choć imponujące, bo już po sześciu-siedmiu latach dwucyfrowe, będą dotyczyły tylko wpłat w danym roku. Przykładowo po 15 latach wpłacania po 200 zł miesięcznie i przy oprocentowaniu 1,2% rocznie do zebranych 36.000 zł bank doliczy łącznie 3.460 zł odsetek. W tym czasie - w wersji dla dwójki dzieci - bank będzie doliczał od 96 zł rocznej premii (w pierwszym roku) do 672 zł premii (w ostatnim roku).

      nestpremie

      Łącznie premie wyniosą 5760 zł, czyli znacznie więcej, niż standardowe oprocentowanie, ale nie tak znowu miażdżąco więcej, jak mogłoby wynikać z proporcji naliczeń w pierwszym roku oszczędzania. Łącznie po 15 latach systematycznego oszczędzania - z oprocentowania "regularnego" i premii do wzięcia jest mniej więcej tyle, ile z 15-letniego konta oszczędnościowego o rentowności 2,9%. Przyznacie, że "30% premii" wygląda dużo bardziej krzykliwie :-)). W przypadku wybrania opcji 5-letniej sytuacja jest podobna. Załóżmy, że oszczędzam po 200 zł miesięcznie i że przysługują mi premie dla ojca dwójki dzieci. W czasie trwania programu zbiorę 12.000 zł, do tego dochodzi 370 zł odsetek (1,2% rocznie) oraz 720 zł premii. W sumie po pięciu latach wyciągam z tego interesu 1090 zł więcej, niż wpłaciłem, czyli mam stopę zwrotu porównywalną z systematycznym oszczędzaniem oprocentowanym na 3,3% w skali roku.

      CO TRZEBA ZROBIĆ, ŻEBY ZASŁUŻYĆ NA PREMIĘ? Oczywiście są i warunki do spełnienia. Niestety, nie udało mi się w weekend zalogować na moje dawne konto w Banku Smart, a warunki promocji nie zostały niestety umieszczone na stronie Nest Banku (najwyraźniej wstydliwie ktoś je schował "za loginem" i ukrył przed "nieklientami"). Jednak z okruchów informacji, które znajdują się w opisie "Nest Rodzinne Oszczędności" wynika, że warunkiem podstawowym jest posiadanie ROR-u w banku i zasilanie go zadeklarowaną kwotą oraz utrzymywanie na koncie pewnego średniego salda. Oczywiście trzeba też - używając zlecenia stałego - co miesiąc wpłacać określone pieniądze na oszczędności. Na szczęście nie ma warunku intensywnego używania karty płatniczej do konta, bo to by już definitywnie oznaczało uzależnienie możliwości lokowania pieniędzy z gwarantowaną rentownością w okolicach 3% rocznie od uczynienia przez klienta z Nest Banku swojego głównego banku. Trzeba natomiast wyrazić zgody marketingowe na bycie atakowanym przez bank wszystkimi możliwymi kanałami, co de facto może przynieść podobny efekt ;-)).

      Nie wiadomo czy jest jakiś maksymalny limit comiesięcznych wpłat, które można zadeklarować w ramach programu (zapewne przy wysokich kwotach jest konieczność posiadania dużego osadu na koncie osobistym). Nie mam też pewności czy po ewentualnym nie spełnieniu w danym roku warunków promocji w kolejnym można "wrócić do gry" i znów inkasować premie (oraz czy nie są "za karę" mniejsze, niż standardowe).  Pomijając te wszystkie "drobiazgi" można powiedzieć, że Nest Bank ma całkiem przyjemny pomysł na długoterminowe oszczędzanie dla "dzieciatych". Przy dzisiejszych stawkach oprocentowania pieniędzy w okolicach 1-1,5% oferta, która gwarantuje długoteminowe zyski w okolicach 3% i to z możliwością wzrostu tych odsetek gdyby nagle wykwitła inflacja (bo przecież bazowe oprocentowanie jest uzależnione od WIBOR-u) jest godna przemyślenia.

      CZY POLUBICIE NEST BANK? Poniżej inne, "rodzinne" i "kawiarniane" aranżacje banków wymyślone w ostatnich latach przez polskich speców od ocieplania wizerunku instytucji finansowych. Zobaczcie ich zdjęcia w blogu oraz obejrzyjcie wideorelacje z odwiedzin kilku z nich.

      OBEJRZYJ CZWARTY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA". W kolejnym odcinku mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem są internetowi złodzieje twoich pieniędzy. Jakie sposoby stosują, żeby wyczyścić ci konto? Jakich zasad bezpieczeństwa przestrzegać, żeby sobie poszli?

      A poniżej trzeci odcinek "Kasownika Samcika", w którym przedstawiałem sprytne sposoby na oszczędzanie. W poprzednich odcinkach było m.in. o studiowaniu, pracowaniu, czy zaciąganiu kredytu hipotecznego. Poza poradami finansowymi w każdym wydaniu solennie obiecuję czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostkę o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      (NIE)BEZPIECZNE POŁOWY. W ramach sprawdzania czy jest dla naszych pieniędzy jakaś alternatywa dla 1% z bankowego depozytu udałem się na ryby. Myślałem, że najgorsze będzie starcie z giełdowymi rekinami, ale nie - cios przyszedł z najmniej oczekiwanej strony. A więcej wstrząsających klipów pod tym linkiem

      A TERAZ... CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Dołącz do niemal 200.000 czytelników i codziennie zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 35.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:  maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Ciekawy pomysł: im więcej masz dzieci, tym więcej... odsetek. Ile zapłaci nowy bank?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 października 2016 09:13
  • sobota, 29 października 2016
    • Dziś zmiana czasu, ale nie ma się z czego cieszyć. Do odrobienia macie miliardy. Przed TV ;-)

      Jak co roku zmieniamy czas na zimowy, przesuwając zegarki. Jest to przyjemniejsza operacja, niż wiosenne przesunięcie czasu do przodu, czyli w stronę słońca. Dlaczego? Bo oznacza, że przynajmniej w tę jedną noc możemy się porządnie wyspać (no, chyba, że ktoś cierpi na bezsenność, wtedy ma najgorszą noc w roku, bo najdłuższą). W zmiany czasu dwa razy w roku bawi się jedna czwarta świata, a pozostałe trzy czwarte się z niej śmieją. Bo chociaż obyczaj przesuwania wskazówek oraz gmerania w systemach informatycznych, by wytłumaczyć to wszystko komputerom, ma długą brodę, to uzasadnienie jego funkcjonowania jest coraz bardziej dyskusyjne.

      ZMIANA CZASU, CZYLI NIEMCY ZNÓW NAS WROBILI. Kiedy na ten genialny pomysł wpadł amerykański prezydent Benjamin Franklin - postulując, by ludzie zimą wcześniej chodzili spać i wcześniej wstawali - chodziło mu głównie o spadek zapotrzebowania na świeczki. Potem - gdy jako pierwsi w 1916 r. ten pomysł w praktyce zastosowali Niemcy - zaczęto mówić o oszczędności energii elektrycznej w tym czasie, gdy obowiązuje czas letni, a teraz - gdy już prawie wszystko mamy na prąd i jego zużycie w zasadzie nie zależy od pory dnia i nocy - mówi się, że to wszystko dla zdrowia. Bo za dnia funkcjonuje się łatwiej i bardziej optymistycznie, niż po ciemku. W zaistniałej sytuacji najbardziej upokarzające jest tednak to, że znów małpujemy po Niemcach, których może nie uczyliśmy jeść widelcem, ale - to nawet lepsze - podszkoliliśmy jak porządnie naostrzyć nagie miecze ;-). oraz jak uprawiać dobry seks. Albo raczej moglibyśmy uczyć, ale Wanda nie chciała. :-)). Na zielono inne kraje i okolice, w których też bawią się w przestawianie zegarków.

      DST1

      ZMIANA CZASU A "DOBRA ZMIANA". Nie rozumiem dlaczego w erze dobrej zmiany nie odeszliśmy od zwyczaju zmieniania czasu. Skoro mamy rząd, który zmienia wszystko jak leci, to mógłby też zmienić zmianę czasu. To nie tylko zwyczaj rodem z Niemiec - już ten argument byłby wystarczający - ale i koncept bardzo popularny w krajach Unii Europejskiej, która, jak wiadomo, jest tworem ze wszech miar podejrzanym. Choć akurat ten argument jest bronią obosieczną. Bodaj jedynymi krajami w Europie, które czasu nie zmieniają, są bowiem Islandia, Białoruś i Rosja. "Wstawanie z kolan" w sprawie czasu mogłoby więc narazić nas na podejrzenie, że chcemy się podlizać wiadomo komu. Temat jest więc politycznie trudny i może dlatego nie wszedł jeszcze na komitet polityczny.

      Czytaj też: Wkurza cię zmiana czasu? Oto dowód na to, że jest... absolutnie niezbędna ;-)

      Czytaj też: Dobra zmiana? Polacy rzucili się do gromadzenia

      Czytaj też: Diagnoza z poduszką, czyli czy jesteś gotowy na turbulencje w budżecie?

      ILE KOSZTUJE SIEDZENIE W DOMU? Poszukajmy więc dobrych stron tej sytuacji. Może dzięki temu, że będziemy więcej czasu pracy spędzać przy świetle dziennym, nieco poprawi się wydajność (trudniej będzie zaspać do pracy :-)). Może dzięki długim zimowym wieczorom ciut więcej damy zarobić elektrowniom? Ale są i potencjalne straty. Wielu z nas nie będzie się chciało wyjechać z miasta, pójść do kina lub teatru, ani do restauracji, nie wybierzemy się na basen, ani do siłowni. Będzie ciemno i zimno, więc z rozrywek zostanie kominek i "Wiadomości TVP". Jasne, uwarunkowania klimatyczne też mają tu znaczenie - jest zima, więc musi być zimno :-) - ale ciemność, która z powodu zmiany czasu zapanuje już od 16.00 też może grać pewną rolę.  

      budetdomowy1Jakie straty poniesie gospodarka z powodu naszej mniejszej ochoty do rozrywania się? Jakiś czas temu firma Deloitte wyliczyła, że na rozrywkę rocznie wydajemy 70-75 mld zł. GUS-owskie dane o budżetach gospodarstw domowych z grubsza to potwierdzają. Przeciętny dochód rozporządzalny (po opłatach, składkach, podatkach) na osobę w gospodarstwie domowym to 1340 zł. Średnio w gospodarstwie domowym mamy 2,7 osoby, co oznacza, że miesięcznie do wydania jest 3600 zł. Z tego 20% idzie na comiesięczne opłaty, a 25% na żywność i napoje, 10% na transport (paliwo, eksploatacja samochodu jeśli ktoś ma, bilety miesięczne, dojazdy do pracy), a pośród innych pozycji jest też niecałe 7% na rekreację i kulturę oraz nieco ponad 4% na podróże i hotele. Wychodzi, że przeciętne gospodarstwo domowe wydaje na tego typu przyjemności - na które chęć przychodzi głównie jak jest ciepło i słonecznie - 11% budżetu. Czyli: 360-380 zł miesięcznie. Sumując wszystkie gospodarstwa domowe w kraju - wyjdzie pewnie z 60 mld zł rocznie.

      Czy wydawalibyśmy na rozrywkę więcej pieniędzy, gdyby czasu nie przesuwać? I gdyby dłużej było ciemno rano oraz dłużej jasno wieczorem? Cóż, pewnie wydatki na podróżowanie byłyby takie same (nie sądzę, żebyśmy z powodów "czasowo-klimatycznych" kupowali więcej weekendów w spa, albo zrezygnowali z wyjazdów na narty w Alpach na rzecz podróżowania po kraju). Ale może wydawalibyśmy więcej na rekreację i kulturę? Niechby tylko nasze wydatki z tego tytułu wzrosły o 10%. Zrobiłoby się 3 mld zł więcej w kieszeniach właścicieli kin, teatrów, knajp, klubów, torów bowlingowych, stołów bilardowych... Można się załamać od samego słuchania ilu przedsiębiorców więdnie z powodu ciemności ;-). Ale jest nadzieja: jeśli siedzimy w domu i walcząc z jesienno-zimową deprechą wgapiamy się w telewizor, to też możemy wspierać gospodarkę ;-)).   

      RATUNEK PRZED... TELEWIZOREM? Niedawno firma doradcza PwC opublikowała raport, z którego wynika, że nasze wydatki na oglądanie telewizji i wideo (czy to w ramach abonamentu za kablówkę, abonamentu za VOD, czy też za usługi pay-per-view) wynoszą dziś 2 mld dolarów rocznie, czyli jakieś 8 mld zł. Sporo, ale... Jeśli każdy z nas - zniechęcony tym, że zaraz po obiedzie jest już ciemno i zimno - jesienno-zimową porą przeznaczy tylko 25-30 zł miesięcznie "kupowanie" telewizji, to... "odrobicie" zdecydowaną większość z pieniędzy, które gospodarka straci z tego powodu, że rzadziej będziecie wydawać pieniądze "na mieście" i wybierzecie towarzystwo farelki. Zatem już od niedzieli trzeba podjąć ważne wyzwanie: piloty w dłoń i do roboty! Czyli do oglądania! Trzeba oglądać do upadłego, bo gospodarka czeka na nasz ratunek ;-). Aha, tylko nie kupować mi abonamentów w jakimś-tam amerykańskim Netfliksie, czy innym niemieckim Onecie. Tylko polskie, nasze, narodowe VOD ;-)).  

      domowewideo1patna_TV1

      OBEJRZYJ TRZECI ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA". To mój nowy tygodnik wideo. W trzecim odcinku głónym tematem są sprytne sposoby na oszczędzanie, a w poprzednich było m.in. o studiowaniu, pracowaniu, czy zaciąganiu kredytu hipotecznego. Poza poradami finansowymi w każdym wydaniu solennie obiecuję czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostkę o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Dziś zmiana czasu, ale nie ma się z czego cieszyć. Do odrobienia macie miliardy. Przed TV ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 29 października 2016 19:32
  • piątek, 28 października 2016
    • "Pierwsza pożyczka gratis" miała się przestać opłacać. I co? Takiej darmochy nie widziałeś ;-)

      Mamy już dwie ustawy antylichwiarskie (jedna reguluje poziom odsetek, a druga - wszystkich pozostałych opłat), więc należałoby się spodziewać, że przed lichwą będziemy chronieni tak porządnie, że żadna podła kratura lichwiarska się nie przeciśnie przez kordon ustaw, rekomendacji i rozporządzeń. A jak się przeciśnie, to zostanie natychmiast zgnieciona przez konsumenckich urzędników UOKiK i Rzecznika Finansowego. W ostateczności pojawi się szeryf Ziobro ze swoimi "żołnierzami" z prokuratury i pokaże złym ludziom gdzie raki zimują. Miał być koniec pobierania wysokich opłat pozaodsetkowych, koniec procederu pod nazwą "pierwsza pożyczka gratis", koniec rolowania pożyczek w nieskończoność i koniec z gigantycznymi opłatami za windykację. W zasadzie zrealizować udało się tylko ten ostatni cel - firmy pożyczkowe rzeczywiście przestały jako główne źródło zarobku traktować windykację (a przynajmniej tak to wygląda przez pryzmat publicznie dostępnych danych, jeśli "pod kołderką" dzieją się wstydliwe dla branży pożyczkowej rzeczy - niezwłocznie dajcie mi znać).

      Niedawno opisywałem firmę pożyczkową, która robi wrażenie, jak gdyby specjalizowała się w refinansowaniu pożyczek udzielanych przez inne pożyczkodajnię, a zwłaszcza przez jedną. Pożyczkę, której nie da się już zrolować, bo prawo mu zabrania, może wziąć na siebie ów "podwykonawca". To genialny w swej prostocie pomysł na wpędzanie klienta w pętlę długów pomimo obowiązywania prawa, które to utrudnia. A co z procederem "pierwsza pożyczka gratis"? On też miał się firmom pożyczkowym przestać opłacać (przez narzucone ustawą ograniczenia w kosztach pozaodsetkowych, a konkretnie "mrożenie" limitów na trzy miesiąca), ale najwyraźniej tak się nie stało. Skoro zakaz rolowania chwilówek ponad miarę da się omijać, to i "pierwsza pożyczka gratis" może działać jak dawniej, nie narażając na szwank rentowności firm udzielających chwilówek.

      Czytaj też: Ale odlot! Grzecznie spłacasz raty pożyczki? Dostaniesz punkty Payback ;-)

      O tym, że firmy chwilówkowe ujarzmiły nowe prawo antylichwiarskie już informowałem posłów, ministrów oraz czytelników w moim niedawnym wpisie blogowym. Pożyczkodajnie zresztą same poinformowały o tym fakcie najważniejsze osoby w państwie pewną znamienną publikacją w "Rzeczpospolitej". Że co? Przesadzam? Cóż, jeśli pożyczkodajnie chwalą prawo, które miało zniszczyć ich główny model biznesowy ("pierwszą pożyczkę gratis") to... coś tu nie gra. Dziś mam dla Was kolejną przesłankę świadczącą o tym, że żadna z dwóch działających ustaw antylichwiarskich nie naruszyła interesu głównych graczy na tym rynku (gdybym był "Wiadomościami" TVP to bym powiedział "firm finansowanych w dużej części kapitałem ze Wschodu" i znacząco bym mrugnął do widzów okiem ;-))). Widziałem właśnie reklamę firmy Vivus. Pierwsza pożyczka gratis aż do... 2500 zł. Bez opłat, bez odsetek, bez żadnych kosztów. Pożyczasz 2500 zł, oddajesz 2500 zł. Kasa w 15 minut na twoim koncie, krótki wniosek pożyczkowy wyślesz przez smartfona. Nie musisz się ruszać z fotela, żebrać u pracodawcy o zaświadczenie o dochodach, wypełniać siedemnastu formularzy w banku, płacić wysokich odsetek... Anioł miłosierdzia nadchodzi. Pytacie dlaczego szlag mnie trafia? Ano dlatego, że szkodliwa praktyka pod nazwą "pierwsza pożyczka gratis" mimo obowiązywania prawa, które miało ją wyeliminować, rozwija się coraz bardziej. Kiedyś firmy chwilówkowe dawały tylko 500 zł "na próbę". Potem w wersji "gratis" można było pożyczyć 1200 zł. Przed wejściem w życie nowego prawa antylichwiarskiego - 2200 zł. Teraz Vivus bije rekord i oferuje 2500 zł bez opłat i odsetek. 

      vivus2500

      Czytaj też: Oni są jak ośmiornica, atakują drugą marką, atakują automatami pożyczkowymi...

      Dlaczego nie lubię "pierwszej pożyczki gratis"? Przecież w całym handlu i usługach powszechnie stosuje się zasadę bezpłatnych próbek, które mają skłonić klienta do zakupu większej porcji już na warunkach komercyjnych. Nie mam nic przeciwko takim teaserom. Gdyby firmy pożyczkowe udzielały "próbek pożyczki", czyli np. 100 zł gratis, to bym o nich złego słowa nie powiedział. Ale one nie udzielają "próbek", tylko coraz wyższych pożyczek. Oferta "pożyczka bez kosztów dostępna w ciągu kwadransa" skłania do nierozsądnych, nieprzemyślanych decyzji. A w konsekwencji - może wpędzać w pętlę zadłużenia. Im większa kwota "gratisu", tym większe pradopodobieństwo, że klient nie da rady uwinąć się ze spłatą w ciągu 30 dni. I o to chodzi chwilówkodajniom. Dlatego właśnie coraz bardziej podnoszą kwotę pierwszej pożyczki za darmo. U konkurencji też jest zresztą "na bogato", choć nie aż tak, jak u Vivusa.

      filarumaaaaekspreskasaszybkalendonaaa

      A może chociaż Vivus obniżył koszty przedłużenia swojej pożyczki? Porównałem koszty przedłużenia pożyczki zaciągniętej w wersji "pierwsza gratis" na kolejny tydzień, dwa tygodnie lub miesiąc według taryfy obowiązującej dziś i tej sprzed trzech lat. Wtedy prawa antylichwiarskiego w ogóle nie było i Vivus mógł sobie obiecywać co chciał. We wrześniu 2013 r. można było bez opłat pożyczyć 1200 zł, a w przypadku braku terminowej spłaty w ciągu 30 dni firma dawała do wyboru opcje przedłużenia o tydzień (trzeba było dopłacić 117 zł), dwa tygodnie (za 151 zł) albo okrągły miesiąc (za 228 zł). Dziś kwota "pierwszej gratis" wzrosła dwukrotnie, a cena... jest mniej więcej taka sama. Gdybym - jak trzy lata temu - chciał wziąć tylko 1200 zł w ramach "pierwszej gratis" i nie zmieścił się w 30 dniach ze spłatą, to za przedłużenie o tydzień zapłaciłbym 131 zł, o dwa tygodnie - 167 zł, a o miesiąc - 188 zł. Jak widać, w niewielkim stopniu spadła tylko cena przedłużenia o miesiąc.

      Mamy więc prawo antylichwiarskie, które miało uczynić nieopłacalnym rolowanie pożyczek, a tymczasem największa na rynku firma chwilówkowa nie tylko nie obniżyła cen, ale i dwukrotnie zwiększyła skalę prowadzonej w ramach tego modelu działalności. Roluje tak samo drogo, tylko na dwukrotnie wyższych kwotach. Albo to wyniszczająca walka z konkurencją i dotowanie klientów po to, żeby przeżyć, albo... gwizdanie na ustawę. Może to jest właściwy moment, żeby przyznać, że antylichwiarskie prawo jest psu na budę i ułatwić przeprowadzanie upadłości konsumenckiej - powiązanej z redukcją zadłużenia - osobom, którym zaoferowano "pierwszą pożyczkę gratis", a które już w momencie zaciągania tej pożyczki były w trudnej sytuacji finansowej? Skoro firma pożyczkowa, oferując "pierwsz ą pożyczkę gratis" przyczyniła się do znacznego pogorszenia sytuacji klienta, to niech dług klienta wobec tej firmy automatycznie będzie umarzany. Może wtedy ktoś w chwilówkodajniach puknie się w czoło i przestanie kusić słabo wyedukowanych Polaków coraz większymi złudzeniami optycznymi.

      OBEJRZYJ TRZECI ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA". To mój nowy tygodnik wideo. W trzecim odcinku głónym tematem są sprytne sposoby na oszczędzanie, a w poprzednich było m.in. o studiowaniu, pracowaniu, czy zaciąganiu kredytu hipotecznego. Poza poradami finansowymi w każdym wydaniu solennie obiecuję czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostkę o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „"Pierwsza pożyczka gratis" miała się przestać opłacać. I co? Takiej darmochy nie widziałeś ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 28 października 2016 09:13
  • czwartek, 27 października 2016
    • Wciąż nie możecie odzwyczaić się od gotówki? Ale podobno to ją zniszczy. Już za pięć lat

      Z przeróżnych danych wynika, że mimo usilnych starań banków, organizacji płatniczych oraz pośredników w płatnościach, nie ma najmniejszych szans na szybkie wyrzucenie gotówki z naszych portfeli. Choć wykonujemy dwa razy mniej transakcji kartowych w bankomatach (wyciąganie gotówki, by zapłacić za zakupy tradycyjnie), niż w sklepach (bezgotówkowe płacenie za zakupy), to transakcje w bankomatach mają znacznie większą wartość. A to oznacza, że większość płatności wykonujemy z użyciem banknotów oraz monet. I to mimo olbrzymiej wygody wynikającej z płatności zbliżeniowych, pozwalających w kilka sekund uregulować mały rachunek bez podawania PIN-u! Wydaje mi się, że dopiero sytuacja, w której nasze dowody tożsamości, prawa jazdy i karty lojalnościowe trafią do smartfonów (czyli zostaną zdigitalizowane), a jednocześnie w tych smartfonach upowszechni się biometria, skłoni wielu konsumentów do wniosku, że noszenie portfela jest bez sensu, skoro jest z nim tylko gotówka i nic więcej :-).

      millenniummillennials2Dopóki to nie nastąpi, mamy rządy gotówki, nieco nadgryzane przez pokolenie Millennialsów, którzy czują nieco większą miętę do płacenia za zakupy i usługi w nowoczesny sposób. Pokażę Wam kilka wykresów z najnowszego badania przeprowadzonego na zlecenie Banku Millennium wśród różnych - wiekowo - grup konsumentów. Na pierwszym grafie zobaczycie jak wielkie są rządy gotówki - 90% starszych konsumentów oraz 80% młodszych wciąż często płaci gotówką za zakupy. Tych płacących gotówką jest więcej, niż miłośników kart płatniczych ("uplastikowiło" się tylko 40-50% młodych konsumentów i 70% starszych). W dodatku karty zbliżeniowe są wciąż mniej powszechnie używane, niż tradycyjne, stykowe, nie pozwalające na szybkie zapłacenie małego rachunku bez PIN-u. Ale 6-8% młodych konsumentów próbowało już płacenia Blikiem lub aplikacją w smartfonie, więc mimo wszystko idzie ku dobremu ;-).

      Poniżej macie popularność poszczególnych innowacji w świecie bankowym. O dziwo najbardziej popularną nowinką jest właśnie Blik, który nie ma specyficznych wymagań wobec telefonu (logowanie odciskiem palca i 3D Touch potrzebują nowoczesnego smartfona) oraz nie jest skomplikowana w "obsłudze" (inaczej, niż np. Bitcoin, też dość popularne przedsięwzięcie).

      millenniummillennials1

      Patrząc na to, co na temat płacenia w przyszłości mówią Polacy trzeba chyba namawiać świat technologii, by jak najszybciej udostępnił nam zarówno zatwierdzanie transakcji odciskiem palca, jak i biometrię (skan oka). Zdaniem Polaków płatnościowym liderem będzie za 5 lat karta zbliżeniowa (no proszę, a ja myślałem, że już nim jest ;-)) i właśnie płacenie odciskiem palca. Chyba rzeczywiście coś w tym jest ;-)).

      millenniummillennials3

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Wciąż nie możecie odzwyczaić się od gotówki? Ale podobno to ją zniszczy. Już za pięć lat”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 października 2016 20:23
    • Spokojnie, to tylko... panika ;-). Kolejny duży bank spółdzielczy w tarapatach? Czy to groźne?

      O ile do kłopotów SKOK-ów już się przyzwyczailiśmy - kilkanaście z nich przestało istnieć, a łącznie cały system spółdzielczych kas skurczył się o ponad jedną trzecią - o tyle kłopoty z bankami spółdzielczymi to sprawa mrożąca krew w żyłach. Zaufanie do tej części sektora bankowego dość solidnie naderwała już zeszłoroczna, spektakularna plajta SK Banku, czyli największego banku spółdzielczego w Polsce. Ale to miał być jednostkowy przypadek banku patologicznego, który pod rządami ekipy spod ciemnej gwiazdy stał się przepompownią pieniędzy idących na złe kredyty. Więcej dużych upadłości banków spółdzielczych miało nie być. Tymczasem okazuje się, że SK Bank to nie wszystko. Kłopoty finansowe ma też czwarty największy bank spółdzielczy w kraju - PBS Ciechanów. Już opisując upadek SK Banku wspominałem, że bank spółdzielczy w Ciechanowie jest pod lupą KNF. Od jakiegoś czasu realizował plan naprawczy, ale na razie jego efektów nie widać:

      "Jedna z przyczyn, dla którego został przyjęty przez bank i zatwierdzony przez KNF program postępowania naprawczego są niesatysfakcjonujące wyniki finansowe banku. Są one spowodowane m.in. nieroztropną polityką kredytową poprzednich zarządów"

      - mówi nowy prezes banku w lokalnej gazecie. Przed oddziałami PBK Ciechanów - co nie zdarzało się w Polsce chyba nawet gdy upadały kolejne SKOK-i - ustawiły się w środę długie kolejki klientów wycofujących w panice depozyty. Komisja Nadzoru Finansowego już wcześniej wszczęła postępowanie w sprawie wprowadzenia do banku nadzorcy komisarycznego. Wciąż nie jest pewne czy KNF się na to zdecyduje, bo w banku pojawił się właśnie nowy p.o. prezesa. Być może uda mu się przekonać urząd z Pl. Powstańców, iż bałagan w banku jest w stanie "pozamiatać" sam. Sęk w tym, że bank "pochwalił" się już postępowaniem KNF w komunikacie giełdowym (ma publicznie notowane obligacje, więc musi przekazywać tego typu informacje publicznie). To wywołało małą panikę. KNF, wydał wspólne z NBP oświadczenie, że nic złego się nie dzieje, że PBS Ciechanów ma wystarczającą płynność finansową na obsłużenie klientów, a gdyby jej zabrakło, to dodatkowe pieniądze popłyną z kasy banku centralnego. Miejmy nadzieję, że to pomoże, chociaż zachowanie klientów ciechanowskiego banku po raz kolejny przypomina jak cienka jest granica, za którą spadek zaufania klientów może spowodować upadek nawet silnego, zdrowego banku (nie mówiąc już o niezbyt silnym i nieco mniej zdrowym).

      hegemonPamiętacie jak kilka miesięcy temu głupia plotka o nadchodzącej upadłości mBanku, przekazywana z ust do ust, omal nie spowodowała run na kasy tego banku? W przypadku PBS Ciechanów sprawa jest o tyle bardziej niepokojąca, że nie jest to instytucja o kwitnącym statusie. W 2015 r. bank miał 16 mln zł straty, w pierwszym półroczu tego roku jest 4 mln zł pod kreską. Inna sprawa, że w porównaniu z 1,2 mld zł zarządzanych przez bank aktywów nie są to straty wstrząsające. Ciechanowski bank ma też w swoich skarbcach 900 mln zł depozytów klientów (mniej więcej tyle, ile jeden duży SKOK) i jeśli większość z nich zostanie wycofana, to pewnie nie obędzie się bez pomocy NBP, a może i zgaszenia światła. Kilka dni wcześniej run deponentów zdecydował o losie dużo mniejszego Banku Spółdzielczego w Nadarzynie, który jeszcze w kwietniu miał 220 mln zł depozytów, a po ujawnieniu, że ma kłopoty - stracił 30% z nich. Gdy pod koniec września wyszło na jaw zatrzymanie dwóch byłych członków zarządu, klienci zabrali kolejne pieniądze. Bank, zamykając działalność, miał już tylko 140 mln zł depozytów i 8000 klientów.

      Nie wiemy czy niepokoje wokół PBS w Ciechanowie udało się definitywnie uspokoić i jaką część depozytów do tej pory bank utracił. Klienci indywidualni, którzy mają w tym banku mniej, niż 430.000 zł nie powinni się przejmować, bo ich pieniądze gwarantuje państwo. Jednak są sygnały, że kolejne samorządy wycofują z ciechanowskiego banku pieniądze i likwidują w nim rachunki. Paradoks: rachunki w banku zlikwidował m.in... urząd miasta Ciechanów. Nie ma to jak lokalna solidarność...

      "Rzeczniczka urzędu tłumaczy, że decyzja o zmianie konta wynikała tylko i wyłącznie z faktu, że chodzi o publiczne pieniądze i wiążącą się z nimi szczególną odpowiedzialność. Podobnie jak Ciechanów, zareagowały inne samorządy, podejmując decyzje o wycofaniu pieniędzy z PBS w Ciechanowie. Pieniądze przeniosły między innymi Starostwa Powiatowe: w Płońsku, Mławie, Żurominie, Pułtusku oraz gminy: Sońsk, Regimin, Ojrzeń"

      Nowy p.o. prezesa PBS Ciechanów zapewnia, że bank ma na tyle dobrą płynność finansową, że nawet w przypadku wzmożonego wypłacania pieniędzy poradzi sobie i będzie mógł normalnie działać.  Nawet gdyby doszło do najgorszego to oczywiście nie zatrzęsie się od tego branża bankowa, ani nawet sektor banków spółdzielczych. Choć z drugiej strony gdyby nastąpił efekt reputacyjnego domina i doszło do upadku zaufania do całego spółdzielczego bankowania, to... lepiej nie myśleć. Banki spółdzielcze są "firmą" wielokrotnie większą, niż SKOK-i, których upadki ćwiczyliśmy. O ile aktywa SKOK-ów dziś oscylują w okolicach 11 mld zł, to banki spółdzielcze zarządzają aktywami na poziomie 115 mld zł. Gdy w SKOK-ach jest jakieś 10 mld zł depozytów, to w bankach spółdzielczych Polacy przechowują 100 mld zł. To w dalszym ciągu "tylko" 10% aktywów całej branży bankowej, w dodatku mocno rozdrobnione, bo banków spółdzielczych jest grubo ponad 500, ale warto się troszczyć o to, by klienci tych instytucji nie obawiali się o bezpieczeństwo swoich pieniędzy.

      aktywaspoldzielczeNie bez powodu szef Bankowego Funduszu Gwarancyjnego przyłączył się do chóru "uspokajaczy" z KNF i NBP, zapewniając klientów PBS Ciechanów, że ich pieniądze do równowartości 100.000 euro są gwarantowane. W kasie BFG jest dziś pewnie jakieś 11-12 mld zł, więc z ewentualnymi wypłatami dla klientów ciechanowskiego banku nie byłoby kłopotów, ale koszty wizerunkowe dla całego sektora banków spółdzielczych (i ryzyko spadku zaufania klientów) byłyby poważne. Po kieszeni dostaliby także nabywcy obligacji wyemitowanych przez PBS Ciechanów - na giełdzie Catalyst notowane są aż cztery serie o łącznej wartości 34 mln zł. Ich posiadacze do tej pory zarabiali godnie, bo 3% powyżej stawki WIBOR (czyli obecnie ok. 4,75% w skali roku). W środę jedną z transakcji zawarto nawet przy cenie... 30% wartości nominalnej tych obligacji! To świadczy o ogromnym strachu sprzedającego (była to jednak tylko pojedyncza transakcja o małej wartości).

      Mimo upadłości SK Banku i kłopotów PBS Ciechanów nie można powiedzieć, by sytuacja banków spółdzielczych jako sektora była choćby w drobnej części tak zła, jak kondycja SKOK-ów, których współczynnik wypłacalności - zdaniem KNF - oscyluje wokół zera (przy wymaganym minimum 5%), zaś roczna strata finansowa dochodzi do 500 mln zł. Branża banków spółdzielczych - ich udziałowcami jest prawie milion Polaków - wykazała w pierwszym półroczu 2016 r. jakieś 355 mln zł zysku netto. Tylko sześć banków, spośród ponad 500 działających, pokazało stratę netto (w sumie nie przekroczyła ona 13 mln zł). 

      spdzielcze201602

      Banki spółdzielcze nie cierpią ani na brak kapitału własnego (mają go 11 mld zł i współczynnik wypłacalności na poziomie 15% - tylko jeden bank ma go poniżej 8%), ani na niedobór pieniędzy na finansowanie rozwoju. Depozytów kolekcjonują - jako się rzekło - mniej więcej 100 mld zł, zaś kredytów udzieliły raptem 60 mld zł. Ich spłacalność jest dość dobra, odsetek kredytów zagrożonych nie przekracza 7%, czyli jest niewiele wyższy, niż w "normalnych" bankach komercyjnych. Jeśli można się do czegoś przyczepić, to chyba tylko do niskiego poziomu rezerw na złe kredyty, które w bankach spółdzielczych nie przekraczają 30% wartości nie spłacanych w terminie pieniędzy. W bankach komercyjnych ten odsetek zwykle przekracza 50%. Owszem, ponad 40 banków spółdzielczych jest w procedurze postępowania naprawczego, ale nie można powiedzieć, że są bankrutami, skoro żaden z nich nie ma współczynnika wypłacalności poniżej 8%. Problem dotyczy banków, których aktywa nie przekraczają kilku procent aktywów wszystkich działających w Polsce banków spółdzielczych. Wygląda więc na to, że w Ciechanowie bój idzie głównie o zaufanie do banków spółdzielczych, niż o ich ratowanie przed bankructwem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Spokojnie, to tylko... panika ;-). Kolejny duży bank spółdzielczy w tarapatach? Czy to groźne?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 października 2016 08:42
  • środa, 26 października 2016
    • Hmm... W minutę zajrzeli mi w Facebook, Twitter, LinkedIn, Google, PayPala i dali... Czas się bać?

      Jeśli o bankach mówi się, że są mało elastyczne i zbyt wolno dostosowują się do zmieniającej się rzeczywistości, to nie ma lepszego przykładu na poparcie tej tezy, niż system oceny ryzyka kredytowego. Opisywałem już w blogu przypadki ludzi, którzy mają dobre zarobki, oszczędności, pokazali się z najlepszej strony jako osoby przedsiębiorcze, a mimo to mają zamkniętą drogę do bankowego kredytu. Dlaczego? Ot, po prostu, nie pracują na etacie, nie mają umowy na czas nieokreślony, więc system scoringowy "wypluwa" ich jako osoby niewiarygodne finansowo. Jak ci bankowcy wpadli na to, że jeśli ktoś pracuje na umowę o dzieło, to jest mniej stabilny "dochodowo", niż ten, kto ma etat na czas nieokreślony? To dla mnie zagadka, bo przecież etatowca też można znienacka zwolnić i wcale nie jest powiedziane, że sobie w życiu poradzi lepiej, niż człowiek, który pracodawców zmieniał w przeszłości jak rękawiczki. Inny przykład: brak historii kredytowej w BIK jako element dyskredytujący kandydata do kredytu. Dlaczego ten, kto kiedyś kupił żelazko na kredyt, albo ma siedem kart kredytowych, jest bardziej wiarygodny, niż ten, kto nigdy się nie zadłużał?

      kokospoyczkiByć może banki do tej pory miały za dobrze i mogły sobie pozwolić na wyrzucanie poza nawias całych grup potencjalnych kredytobiorców. A być może po prostu są zbyt skostniałe, by szybciej łapać wiatr w żagle. W końcu właśnie na większej elastyczności w podejściu do potencjalnych klientów swój sukces zbudowały m.in. firmy pożyczkowe (takie jak Vivus, czy Wonga). One potrafią użyć innych parametrów, niż tylko historia kredytowa, by ocenić wiarygodność klienta. Czasem są to parametry bardzo innowacyjne, jak np... znajomi na Facebooku. Jeśli przyjaźnisz się w sieci z oszołomami, albo należysz do grupy "total deprecha", to być może nie jesteś zbyt bezpiecznym pożyczkobiorcą. Teraz na podbój serc millennialsów, czyli grupy klientów niezbyt poważanej przez banki, uderza największy w Polsce serwis pożyczek społecznościowych - Kokos.pl. Za jego pośrednictwem posiadacze nadmiaru gotówki mogą udzielać pożyczek osobom potrzebującym. Oprocentowanie jest niższe od bankowego (bo z zysków z pożyczki nie trzeba utrzymywać setek placówek i tysięcy pracowników), ale wyższe od oprocentowania depozytów. Większość wystawianych obecnie aukcji pożyczek na Kokos.pl ma oprocentowanie w okolicach 10% w skali roku.

      Kokos.pl spróbuje za pomocą tzw. social scoring powalczyć o to, żeby móc obniżyć oprocentowanie pożyczek dla osób młodych, bez stałej umowy o pracę i bez historii kredytowej (czasem nawet bez konta bankowego). Liczy na to, że dzięki temu odciągnie tę klientelę od niebankowych firm pożyczkowych. Jeśli pomysł się uda - może z tego wypączkować najbardziej opłacalna forma pożyczania pieniędzy przez millennialsów. Przy tak niskich stopach procentowych, jakie mamy dzisiaj (i żałosnym oprocentowaniu lokat bankowych) inwestorzy w pożyczki społecznościowe będą w stanie zaakceptować niższe oprocentowanie, o ile organizator aukcji - w tym przypadku Kokos.pl - zapewni porządne prześwietlenie pożyczkobiorców i wystawi im wiarygodny scoring. Do współpracy przy social scoring Kokos.pl zaprosił firmą FriendlyScore, która zajmuje się tym biznesem na rynku brytyjskim. Na czym ma polegać społecznościowe prześwietlanie potencjalnych klientów na pożyczki społecznościowe?

      Czytaj też: Idzie czas finansowych Fejsbuków? Dzięki znajomym twój kredyt potanieje!

      Czytaj też: Fotografujesz paragony, chwalisz się zakupami na Fejsie i... zarabiasz

      Otóż FriendyScore i Kokos.pl poproszą potencjalnego pożyczkobiorcę o podłączenie jego kont w serwisach społecznościowych (LinkedIn, Google, Twitter i Facebook) do konta na Kokos.pl. Z serwisów społecznościowych będą od tego momentu zaciągane informacje dość dokładnie odzwierciedlające jestestwo klienta, nawet jeśli w BIK jest na jego temat wpisana nicość. W FriendlyScore twierdzą, że na podstawie danych, które większość z nas zostawia o sobie na portalach społecznościowych da się bez problemu określić sytuację rodzinną delikwenta, jego doświadczenie zawodowe, a nawet poziom dochodów. Oczywiście Kokos.pl nie zamierza nikogo zmuszać do poddania się takiej wiwisekcji, ale jeśli ktoś się na to zgodzi i przejdzie taki social scoring pozytywnie, to będzie mógł w Kokosie pożyczać taniej pieniądze.

      Poszedłem na stronę FriendlyScore i zalogowałem się przez swoje konto w Facebooku. Natychmiast wyświetlił mi się ekran, na którym poproszono mnie, bym zalogował się też na konto Google (tam zbadają moją codzienną aktywność, zainteresowania i kontakty), na Twittera (tu prześwietlą kto mnie śledzi i kogo ja śledzę oraz czym się interesuję), na LinkedIn (tu zweryfikują moją historię zawodową) oraz na konto PayPal (gdzie przeanalizują co, kiedy i za ile kupowałem, a więc ile mniej więcej mogę zarabiać, pobiorą moje dane adresowe i sprawdzą czy mam kartę kredytową i ewentualnie jaką). Social scoring bazuje m.in. na algorytmie, który bierze pod uwagę zidentyfikowane wcześniej korelacje. Np. sprawdza spójność wpisywanego miejsca pracy w różnych mediach społecznościowych (wykrywając ewentualne nieścisłości). W ramach konta Google system sprawdzi z jakich aplikacji googlowskich korzystam, np. czy prowadzę kalendarz (to działa na plus, bo oznacza, że jestem systematyczny i skrupulatny). Podobno nie sprawdzają liczby, ani tematyki wrzucanych przez klienta postów, bo to ponoć nie ma znaczenia. Ale ja im nie wierzę ;-)). No dobra, koniec pieprzenia, jedziemy z tym koksem... Tfu, z Kokosem, chciałem powiedzieć ;-).

      friendlyscore

      Przeszedłem przez weryfikację scoringową na FriendlyScore i powiem szczerze, że jestem pod wrażeniem jak to chodzi. Przypięcie do Facebooka zajęło kilka sekund, a potem - przy weryfikacji w kolejnych portalach społecznościowych - system już sam rozpoznawał mnie po nazwisku lub po zdjęciu, więc tylko klikałem zgodę na przekazanie aplikacji wszystkich danych oraz nerki. Strach obleciał mnie przy PayPalu. FriendlyScore obiecuje, że nie sprzedaje żadnych danych na temat swoich klientów, ani nie gromadzi żadnych haseł. Jest też obietnica, że żaden żywy człowiek nie będzie czytał danych, które system wysysa z portali społecznościowych, podobno wszystko jest automatyczne. Obleciał mnie cykor i weryfikację PayPala odpuściłem. Mimo wszystko FriendlyScore przepuścił mnie do finalnej oceny i po jakichś 10 sekundach wypluł wynik: 913 na 1000 możliwych punktów i ocena "impressive".

      friendlyscorefinal

      Powiem szczerze, tak dobrze nie ocenia mnie nawet BIK (pewnie dlatego, że mam tam dużo "pustych" zapytań wynikających z tego, że testuję dla Was różne produkty kredytowe). Ale jeśli tak ma wyglądać aplikowanie o pożyczkę... jest moc. W półtorej minuty dostałem glejt, na podstawie którego mogę aplikować o pożyczkę. W banku w tym czasie zdążyłbym wypełnić najwyżej jedną z siedemnastu stron formularza aplikacyjnego (no, chyba że miałbym już przyznany jakiś limit w ramach prescoringu oraz podpisaną z bankiem umowę ramową na produkty kredytowe, to wtedy wystarczyłoby kliknięcie).

      Zakładam, że duża część danych, które można pozyskać z Facebooka, Twittera, LinkedIn, czy z konta Google oraz z Paypala to te same dane, które podaje się we wniosku kredytowym w banku. Tyle, że tutaj to dzieje się naprawdę błyskawicznie. No i dla banku zebranie tych wszystkich danych (najczęściej pracowicie wklepywanych do formularzy) to jest dopiero pierwszy krok, potem następuje słynna weryfikacja klienta w BIK. A tutaj wnioskowanie na podstawie danych z portali społecznościowych jest posunięte tak daleko, że wystarcza do wystawienia scoringu decydującego o oprocentowaniu ewentualnej pożyczki. Czy to będzie skuteczne? Cóż, sprawdzą to na własnej skórze ci, którzy w oparciu o taki "społecznościowy scoring" udzielą komuś pożyczki. Każdy model jest tak dobry, jak jego najsłabszy element. Czy model FriendlyScore ma jakieś poważne słabości? Wyjdzie w praniu. Wydaje mi się, że banki powinny bać się tego typu nowinek, bo młodzi ludzie i bez tego uważają chodzenie do banku za obciach. Płatności mogą wykonywać u niebankowych pośredników (jak SkyCash, czy opisywany w blogu DiPocket), oszczędności nie mają, a jeśli będą też mieli do dyspozycji tani, szybki i nieinwazyjny sposób uzyskania oceny wiarygodności kredytowej, to bankom - o ile szybko nie nauczą się tego samego - bardzo trudno będzie odzyskać dla siebie to pokolenie.

      OBEJRZYJ TRZECI ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA". To mój nowy tygodnik wideo. W trzecim odcinku głónym tematem są sprytne sposoby na oszczędzanie, a w poprzednich było m.in. o studiowaniu, pracowaniu, czy zaciąganiu kredytu hipotecznego. Poza poradami finansowymi w każdym wydaniu solennie obiecuję czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostkę o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Hmm... W minutę zajrzeli mi w Facebook, Twitter, LinkedIn, Google, PayPala i dali... Czas się bać?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 26 października 2016 09:07
  • wtorek, 25 października 2016
    • Który bank najnowocześniejszy? Co z zyskami z lokat? Ile placówek do piachu? Są nowe cyfry!

      Raz na jakiś czas biorę do ręki szklaną kulę i przyglądam się w blogu - korzystając z danych firm badawczych i konsultingowych - przyszłości polskich banków. Czy odsetki od naszych depozytów nadal będą spadały? Czy dostęp do kredytów będzie trudniejszy, niż do tej pory? Czy skończy się era darmowych ROR-ów (bo że kończy się era darmowych bankomatów w blogu już było ;-))? Czy razem z erą darmowych kont i bankomatów skończy się też era kart płatniczych? I czy to, co nastąpi po nich będzie aby na pewno dla nas lepsze? Na kilka z tych pytań próbuje odpowiedzieć firma doradcza Deloitte, która raz na dwa lata wrzuca na ruszt swoich analityków banki z naszego regionu Europy i przelicza im różne wskaźniki. Dziś w blogu macie kilka najważniejszych spostrzeżeń, które wynikają z najnowszego - opublikowanego właśnie - raportu Deloitte.

      Czytaj też: Najpóźniej za rok polskie banki rozwalą system? Wszystko przez...

      ZWROT SPREADÓW NIE ZABIJE BANKÓW, ALE... Według analityków Deloitte przyszły rok będzie dla banków wyjątkowo smutnym czasem. Ich zyski najprawdopodobniej spadną o połowę (co oznacza, że niektóre banki znajdą się pod kreską) - do jakichś 6,4 mld zł. To mało, bo kiedyś liczyłem w blogu, że "bezkarnie" - czyli nie ryzykując zmniejszenia ich możliwości udzielania kredytów - można zabrać bankom trochę sporo kasy, ale powinno im zostać jakieś 8-9 mld zł rocznego zysku. Inaczej będzie problem z ich rozwojem, wliczając w to skłonność do kredytowania gospodarki oraz dotowania klientów promocjami (np. money-back). Dobra wiadomość jest taka, że te 6,4 mld zł jest policzone już po odjęciu 7,5 mld zł spreadów od kredytów frankowych, które - jak spodziewa się Deloitte - banki będą musiały oddać. Wniosek jest taki, że ewentualny zwrot spreadów banków nie zabije, a tylko zmniejszy do minimum (lub wręcz poniżej zera) ich możliwości zwiększania akcji kredytowej. Ale, jak wiadomo, bez kredytów można żyć. Choć w Planie Morawieckiego piszą coś innego ;-)). Więcej o pomysłach posłów dotyczących walki z frankowym nieszczęściem jest pod tym linkiem.

      ...BANKOWOŚĆ BĘDZIE BIZNESEM DLA FRAJERÓW. Według Deloitte w przyszłym roku średni zwrot z kapitału zainwestowanego w bank wyniesie 3,5% (teraz wynosi 8%). Co to oznacza? Jeśli ktoś kupuje akcje banków (zwłaszcza jeśli tym "ktosiem" jest inwestor strategiczny tego banku), to liczy na to, że będzie wyciągał trochę kasy z dywidendy i drugie trochę włoży w kapitał własny, dzięki któremu bank będzie mógł nie tylko rolować już udzielone kredyty, ale też udzielać nowych. Oba te czynniki sumują się do wskaźnika ROE. Dzisiejsze 8% oznacza, że w dywidendzie i wzroście potencjału banku do zarabiania kasy w przyszłości (co powinno odbijać się pozytywnie w cenach akcji) akcjonariusze dostają cztery razy tyle, ile na lokowaniu pieniędzy w obligacjach rządowych. W przyszłym roku będą mieli jednak tylko półtora raza tyle, ile na obligacjach. To oznacza, że albo nie wypłacą sobie dywidend, albo nie zwiększą potencjału banku na przyszłość.

      deloittezyski

      Gdyby ten stan się utrzymał, biznes bankowy stałby się biznesem dla ostatnich frajerów (tym bardziej, że nie brakuje branż, w których rentowność kapitału własnego ROE wynosi kilkanaście procent). Na szczęście - także dla repolonizatorów, którzy pewnie nie chcieliby okazać się ostatnimi frajerami - spadek ROE w polskiej branży bankowej będzie przejściowy i już w 2018 r. wskaźnik wróci do poziomu 8%. Tym niemniej można się spodziewać, że w Polsce przyspieszy konsolidacja branży bankowej, czyli banki będą się łączyły, żeby efektem skali powalczyć z mizerią ROE. Mniej banków to mniejsza konkurencja, a mniejsza konkurencja to wyższe ceny kont, kart, kredytów. Ale być może przynajmniej przyjemniej Wam będzie płacić wysokie prowizje polskim bankom, niż niemieckim, włoskim, amerykańskim, czy hiszpańskim?

      deloitteplacwkiLIKWIDACJA PLACÓWEK PRZYBIERZE NA SILE. A PRACOWNIKÓW? Z cyferek prezentowanych przez Deloitte wynika, że w Polsce na 10.000 mieszkańców przypada znacznie więcej placówek bankowych, niż w innych krajach regionu. U nas jest to 3,8 placówki na 10.000 ludzi, w innych krajach Europy Środkowej - 3,2. Oczywiście ten stan może się utrzymać ze względu np. na to, że te placówki staną się bardziej dochodowe (bo może znajdą taki model działalności, który pozwala im zarabiać kasę). Ale na razie się na to nie zanosi. Dziś w Polsce jest 14.500 oddziałów banków, a w ciągu trzech ostatnich las ich liczba spadła o jakiś tysiąc. Gdyby zagęszczenie placówek miało się zmniejszyć w Polsce do poziomu środkowoeuropejskiego, to musiałoby ich być o 15% mniej, niż dziś. Czyli o jakieś 2100 mniej. To oznaczałoby dwukrotne przyspieszenie likwidacji placówek w porównaniu z obecnym tempem. Innymi słowy - istną rzeź. Na szczęście wywalanie na bruczek pracowników banków może mieć mniejszy zakres, bo akurat w tej dziedzinie mamy nad innymi krajami tę przewagę, że proporcjonalnie do liczby placówek w polskich bankach pracuje o 15-20% mniej ludzi, niż w krajach sąsiednich.

      OPROCENTOWANIE DEPOZYTÓW PRZESTANIE SPADAĆ? Pewnie zastanawiacie się czy banki mogą płacić za nasze depozyty jeszcze mniej, niż płacą. Owszem, jest to możliwe, bo na Zachodzie są już banki, które każą klientom (co prawda głównie korporacyjnym) dopłacać do trzymania pieniędzy w skarbcu (czyli naliczają zerowe lub ujemne oprocentowanie). W Polsce marża odsetkowa - czyli zysk banku z różnicy między ceną pieniądza pożyczonego od klienta a tego udostępnionego innemu klientowi minus straty z nie trafionych kredytów) wynosiła w 2012 r. jakieś 2,7%. Teraz wynosi 2,3%, ale Deloitte nie spodziewa się, by miała dalej spadać. W 2018 r. ma wynosić 2,4%. To oznacza, że możemy mieć cień nadziei na utrzymywanie się oprocentowania depozytów na mniej więcej tym poziomie co dziś. Lepiej nie będzie, ale może nie będzie też gorzej?

      deloittemara

      SZUKASZ NAJBARDZIEJ NOWOCZESNEGO BANKU? ZAPRASZAMY DO... Deloitte postanowił zabawić się w Samcika :-)) i też założył konta w wielu bankach. A konkretnie w 76 bankach z ośmiu krajów. A potem sprawdził jak te banki radzą sobie w internecie. Analitycy wyhaczyli 650 funkcjonalności ważnych w nowoczesnej bankowości w pięciu dziedzinach (gromadzenie informacji o kliencie przed zadzierzgnięciem z nim relacji, otwarcie konta, onboarding czyli dzialania "powitalne", codzienne operacje, rozwój relacji bank-klient oraz zakończenie tejże). I sprawdzili jaką część z nich banki oferują w internecie lub aplikacji mobilnej w smartfonie. Co wyszło z tego ćwiczenia? Ano okazało się, że tylko 10% kluczowych funkcjonalności jest dostępnych w prawie wszystkich bankach (a dokładniej w 80% banków lub więcej) przez internet. Do kanału mobile (czyli do banku w smartfonie) prawie wszystkie banki włożyły tylko 3% funkcjonalności bankowych.

      deloittedigital1Jeśli szukacie banku, w którym najwięcej rzeczy da się załatwić przez internet lub smartfona, to zapraszamy... na Słowację. Najlepiej zdigitalizowany bank w naszym regionie to Tatra Banka, największy bank na rynku słowackim. Ale zaraz za nim znalazły się w rankingu ING Bank Śląski, mBank, zaś na czwartym miejscu zagościł jeszcze Bank Millennium. W piątce namieszał jeszcze konkurent Tatra Banku na Słowacji, czyli bank VUB. Polskie banki najlepiej w regionie radzą sobie z przyjmowaniem klientów na pokład w sposób zdalny, zaś słabiej od słowackich banków - z utrzymaniem z klientami digitalnej relacji przy codziennym bankowaniu. Te procenty, które widzicie na wykresie powyżej to odsetek wszystkich funkcjonalności zauważonych w najlepszych bankach regionu, które wdrożył dany bank. Czyli np. Tatra Banka ma dwie trzecie wszystkich nowinek, które zostały zauważone przez Deloitte w najlepszych (najbardziej digitalnych) bankach całego regionu. A z kolei na wykresie poniżej macie krótkie podsumowanie tego co potrafią zrobić z klientem w kanale digitalnym (czyli przez internet lub smartfona) banki z poszczególnych krajów. W Polsce jest moc!

      deloittedigital2

      Więcej o fajnych stronach nowego systemu ING Banku czytaj w blogu Samcika

      Co potrafi Bank Millennium w smartfonie? Subiektywna recenzja jest w blogu

      Jak odciąża klientów od myślenia mBank? Niedawno było o jego nowinkach w blogu

      OBEJRZYJ TRZECI ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA". To mój nowy tygodnik wideo. W trzecim odcinku głónym tematem są sprytne sposoby na oszczędzanie, a w poprzednich było m.in. o studiowaniu, pracowaniu, czy zaciąganiu kredytu hipotecznego. Poza poradami finansowymi w każdym wydaniu solennie obiecuję czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostkę o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Który bank najnowocześniejszy? Co z zyskami z lokat? Ile placówek do piachu? Są nowe cyfry!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 października 2016 13:09
    • Aż strach pójść do szkoły na zebranie: od teraz składki klasowe będą zbierać w... smartfonie

      Instytucje finansowe nie mają zbyt rozbudowanej oferty dla młodych klientów, choć coraz więcej z nich zauważa, że czym uczeń za młodu nasiąknie, tam na starość będzie miał konto. Więc się podlizują: w Toyota Banku płacą za piątki i szóstki na świadectwie, w PKO BP dają aplikację mobilną z możliwością oszczędzania i wydawania pieniędzy, a z kolei w mBanku zaspokajają głody... Ale to wszystko są półśrodki, bo dzieciaki atakowane "z zewnątrz" raczej nie rzucą się masowo do zakładania rachunków, oszczędzania, czy kupowania bez użycia gotówki. Więcej wskórają tzw. fintechy, czyli pośrednicy finansowi mający znacznie lepsze wyczucie potrzeb młodych użytkowników pieniędzy. Jednym z takich projektów, które - moim zdaniem - mają szansę zaistnieć w świecie młodych ludzi, jest Klasomat.pl, czyli narzędzie do zarządzania uczniowskimi pieniędzmi.

      Pomysł jest prosty jak drut - skoro w szkole bez przerwy zbiera się na coś kasę, to zamiast zbierać ją w gotówce niech używa się do tego elektronicznej portmonetki. Komitet rodzicielski, zajęcia dodatkowe, zielona szkoła, klasowe zrzutki na urodziny, pizzę czy kino - to wszystko są okazje to tego, by zastąpić papierową gotówkę przekazem do wirtualnej skarbonki. Klasomat.pl ma być taką platformą do zarządzania różnego rodzaju szkolnymi składkami i do rozliczania się z nich. Zamiast zakładać zeszycik, w którym wpiszemy, że Madzia już zapłaciła 20 zł, a Józia jeszcze nie, wszyscy zakładają wirtualną portmonetkę, a skarbnik klasowy ma podgląd online na to kto wpłacił i jaki jest stan kasy. Rozliczanie się z wydatków też jest tu możliwe: do skarbonki można podpiąć zdjęcia lub skany dokumentów "wydatkowych", które są widoczne dla wszystkich członków grupy.

      klasomat

      Kto ma konto w SkyCash, PayPalu, czy innym tego typu wynalazku już mniej więcej ogarnia o co tu chodzi. Z tym, że w Klasomacie.pl nie ma możliwości przypięcia do wirtualnej portmonetki konta bankowego, ani karty płatniczej. Jak już założymy sobie tam konto, to musimy przelać na nie kasę ze zwykłego ROR-u. W przypadku małolatów oczywiście wszystko dzieje się za zgodą rodziców, to oni otwierają dziecku wirtualną portmonetkę i mają w nią wgląd, zaś dziecko jest tylko jej użytkownikiem. Zawsze jako pierwszy musi zarejestrować się lider grupy, podając oczywiście wszystkie swoje dane osobowe. A jeśli chce przyjmować wpłaty przelewem, to i "autoryzować" się przelewem weryfikacyjnym jakiejś małej kwoty ze swojego ROR-u (w ten sposób Klasomat.pl sprawdza czy dane, które podałeś w formularzu są prawdziwe, czyli zbieżne z danymi z przelewu). Potem ten lider e-mailowo wysyła zaproszenia dla członków grupy i oni też się rejestrują. Na koniec trzeba jeszcze zasilić swoje e-portmonetki i już można wpłacać składki.

      Klasomat.pl ma już aplikację mobilną na Androida, niedługo ma też być apka na iOS, więc kontrolę stanu konta, podobnie jak stan kasy grupowej można sprawdzać przez smartfona. To może mieć sens, bo przecież to smartfon jest dziś największym przyjacielem młodego człowieka, a nie jakiś-tam pecet ;-). Klasomat.pl nie pobiera prowizji od wpłacanych i przekazywanych między e-skarbonkami pieniędzy. Płacić za korzystanie z tego narzędzia mają natomiast organizatorzy różnych zajęć pozalekcyjnych, którzy dzięki niemu łatwiej, szybciej i wygodniej mogą zbierać od uczniów i ich rodziców opłaty za te zajęcia. Zamiast tracić pół życia na wydawanie reszty - wszystko organizują bezgotówkowo zakładając e-skarbonkę i zapraszając do niej chętnych uczniów. Wydaje mi się, że taka usługa może się znacznie lepiej przyjąć w szkole, niż klasyczne konta bankowe, czy aplikacje mobilne do bankowania. Trafiają bowiem w sedno potrzeb uczniów, a być może i ich rodziców.

      W tle jest oczywiście dużo większy biznes do zrobienia. Przecież mając dane tysięcy uczniów lub ich rodziców, można z czasem zacząć im oferować nie tylko wirtualne portmonetki do zarządzania składkami, ale też inne produkty finansowe (np. ubezpieczenia grupowe, konta oszczędnościowe), a nawet programy rabatowe dopasowane do danej szkoły, czy grupy. Aż dziwne, że wirtualnych portmonetek nie "odpalił" do tej pory żaden z operatorów e-dzienników (Librusy i inne takie...). Głównym aktywem są tu zweryfikowane i nieanonimowe konta użytkowników, z którymi w dodatku Klasomat.pl ma kontakt za pośrednictwem aplikacji mobilnej i o których może całkiem sporo wiedzieć - np. że Józia chodzi po lekcjach na karate, a Jaś jest fanem piłki nożnej, bo gra w klubie osiedlowym. To wszystko są dane, które o nas, dorosłych, gromadzą "dorosłe" banki na podstawie historii naszych płatności bezgotówkowych. Klasomat.pl może być wytrychem, który pozwoli poznać przyzwyczajenia konsumenckie uczniów, gimnazjalistów, licealistów. Pytanie czy społeczności szkolne są już gotowe, by przejść z "obrotu gotówkowego" na bezgotówkowy. 

      OBEJRZYJ TRZECI ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA". To mój nowy tygodnik wideo. W trzecim odcinku głónym tematem są sprytne sposoby na oszczędzanie, a w poprzednich było m.in. o studiowaniu, pracowaniu, czy zaciąganiu kredytu hipotecznego. Poza poradami finansowymi w każdym wydaniu solennie obiecuję czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostkę o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Aż strach pójść do szkoły na zebranie: od teraz składki klasowe będą zbierać w... smartfonie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 października 2016 09:08
  • poniedziałek, 24 października 2016
    • Masz kredyt w tym banku? Stracisz dostęp do placówek. Uważaj też na spready i składki

      Podpisujesz wieloletnią umowę z "normalnym" bankiem, mającym oddziały, infolinię, sieć bankomatów. Po kilku latach dowiadujesz się, że twoja umowa będzie realizowana przez zupełnie inny bank - bez oddziałów, bez niektórych usług dodatkowych, bez możliwości osobistego kontaktu z pracownikami. Nie możesz wypowiedzieć umowy, ani przenieść jej do innego banku, bo żaden bank już takich umów nie zawiera. Jesteś skazany na serwis zupełnie inny, niż ten, na który się umawialiście i nie możesz nic zrobić. Nieprawdopodobne? To się niestety już raz zdarzyło, a za chwilę zdarzy się po raz drugi i to na znacznie większą skalę. Pamiętacie moje wpisy poświęcone bankowi DNB? Był normalnym bankiem detalicznym, w dodatku z przyzwoitymi produktami i fajną jakością obsługi. Niestety, został przejęty przez Getin Bank, ale nie w całości - bez kredytów hipotecznych. Ich posiadacze stali się klientami "wyrobu bankopodobnego" - bez placówek i z utrudnioną możliwością realizowania niektórych obowiązków.

      Teraz dokładnie ten sam scenariusz będzie realizowany w przypadku Banku BPH. W pierwszych dniach listopada zacznie się proces przejmowania majątku Banku BPH przez Alior Bank. Fuzja, warta ponad 1,6 mld zł, obejmuje wszystkich klientów i posiadane przez nich produkty, ale z jednym wyjątkiem - Alior nie przejmuje klientów kredytów hipotecznych BPH. Powód jest dość oczywisty są to kredyty frankowe, które generują liczne ryzyka i nowy właściciel Banku BPH nie ma ochoty się pakować w to bagno. Kredyty hipoteczne udzielone przez GE Money Bank oraz przez Bank BPH (te dwie marki jakiś czas temu się połączyły) zostaną w "nibybanku" zajmującym się wyłącznie obsługą "hipotek". Niewykluczone, że w podobnym modelu wkrótce zostanie sprzedany należący do Austriaków Raiffeisen Polbank - jego potencjalny nabywca zapewne również będzie chciał wyłączyć z transakcji kredyty hipoteczne.

      Czytaj też: Bank BPH stanie się częścią Alior Banku. Jakie zmiany czekają posiadaczy kont, kart kredytowych oraz depozytów?

      Dla klientów Banku BPH nadchodzi więc kilka bolesnych zmian oraz kilka ryzyk, które mogą się zmaterializować lub nie. Po pierwsze: ich kredyty nie będą już obsługiwane przez żadne placówki. Będzie można się kontaktować z infolinią, wysłać do banku e-mail, zwykły list albo wejść na stronę internetową i skorzystać z formularza kontaktowego. To dla niektórych kredytobiorców może okazać się niewygodne, a dla wszystkich - zwiastować turbulencje przy składaniu jakichkolwiek reklamacji, czy próśb. Bank, który nie ma pracowników ani oddziałów w całej Polsce wcale nie musi rozpatrywać reklamacji, pretensji oraz klientowskich próśb ani tak sprawnie, ani tak chętnie, jak do tej pory. Klienci kredytów hipotecznych - a jest ich prawdopodobnie niecałe 100.000 - zostaną pozbawieni nie tylko możliwości pójścia do oddziału i spotkania tam pracowników, ale i automatycznej spłaty rat kredytów z konta osobistego lub walutowego (bo Bank BPH przestanie prowadzić takie ROR-y, odda je do Aliora).

      Na szczęście Bank BPH dogadał się z Aliorem przynajmniej co do tego, że w placówkach aliorowskich będzie można regulować raty kredytów gotówką (a więc również spłacać franki zakupione w kantorze) bez dodatkowych opłat. Nie wiadomo natomiast czy bez kolejek i bez kłopotów, bo Alior ma 3 mln klientów i jego oddziały mogą być bardziej obciążone obsługą różnych spraw (choć przez pewien czas przejęte przez Aliora placówki będą zapewne działały pod marką BPH, więc być może idąc do tego samego oddziału co zwykle będzie można zostać obsłużonym "po staremu"). No i trzeba się liczyć z tym, że przyniesienie franków lub złotówek do oddziału Aliora nie będzie oznaczało automatycznie, że rata jest spłacona. Zanim te pieniądze zostaną zaksięgowane na koncie kredytu może upłynąć dzień lub dwa. Bank BPH obiecuje, że w przypadku kredytów, których marża jest uzależniona od posiadania innych produktów (jak konto osobiste, karta kredytowa), będzie zachowana obecnie obowiązująca marża, niezależnie od tego, czy klienci będą korzystać z tych produktów w przyszłości. Wyjątek stanowią ubezpieczenia indywidualne i grupowe na życie i od utraty pracy, które nadal będą obsługiwane przez Bank BPH i ich kontynuowanie będzie wymagane.

      Brak placówek, brak możliwości automatycznej spłaty kredytu z konta w BPH i dłuższy okres księgowania wpłat gotówkowych to negatywne konsekwencje, których uniknąć się nie da. Ale najgroźniejsze są potencjalne kłopoty wynikające z faktu, że Bank BPH będzie obsługiwał wyłącznie kredyty hipoteczne. Nie będzie mógł, ani chciał, tak jak "normalne" banki, utrzymywać nierentownych kredytów hipotecznych i zarabiać na innych produktach posiadanych przez klienta. Co to oznacza? Pewności nie ma, ale potencjalne ryzyka to bardziej restrykcyjne przestrzeganie zapisów umów (bezwzględne egzekwowanie kar za każde niedopatrzenie klienta), szybsze i pod każdym dozwolonym umową pretekstem wypowiadanie klientom umów (im szybciej bank pozbędzie się kredytów - tym lepiej), a niewykluczone, że i wyższe spready walutowe oraz wyższe składki obowiązkowych ubezpieczeń.

      Bank, dla którego reputacja jest już nieistotna, bo nie walczy o nowych klientów i nie prowadzi już innej działalności w Polsce, może nie przejmować się, że klienci będą narzekali, pismaki skrobali kąśliwe artykuły, a organizacje konsumenckie słały protestacyjne listy. Klienci banku DNB - będący w analogicznej sytuacji jak ta, w której znajdą się za chwilę posiadacze kredytów hipoteczych BPH - przekonali się już, że jeśli bank już "nic nie musi", to nie musi też być ani miły dla klientów , ani uprzejmy, ani ludzki. Być może moje czarnowidztwo nigdy się nie spełni i Bank BPH będzie dla swoich hipotecznych klientów - którzy nie mogą nigdzie uciec, bo ich walutowe kredyty hipoteczne są "nierefinansowalne" - niezwykle sympatycznym bankiem. Na pewno nie będzie już kolejek w oddziałach ;-)). Jednak nie da się ukryć, że takie sytuacje, jak wydzielanie długoterminowych umów do obsługi przez "nibybank", niosą dla klientów nie tylko ryzyko niższego standardu obsługi, ale i wyższych kosztów kredytu (odpukuję w niemalowane). Szczegóły szykujących się zmian dla klientów Banku BPH są pod tym linkiem.

      OBEJRZYJ TRZECI ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA". To mój nowy tygodnik wideo. W trzecim odcinku głónym tematem są sprytne sposoby na oszczędzanie, a w poprzednich było m.in. o studiowaniu, pracowaniu, czy zaciąganiu kredytu hipotecznego. Poza poradami finansowymi w każdym wydaniu solennie obiecuję czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostkę o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Masz kredyt w tym banku? Stracisz dostęp do placówek. Uważaj też na spready i składki”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 października 2016 10:10

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line