Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • wtorek, 21 marca 2017
    • 6 zł miesięcznie za debetówkę! Ale w pakiecie... cyberpolisa. Ochroni tożsamość, reputację i dysk

      Banki tak bardzo przyzwyczaiły nas do kont "za zero", że dziś mają nie lada problem z przekonaniem swoich klientów do płacenia za podstawowe usługi. Opłaty za konta i karty - nawet jeśli w najpopularniejszych pakietach występują - to z reguły nie dotyczą aktywnych klientów. Jednym z banków, który chciał zmienić reguły gry jest Raiffeisen. Dwa lata temu wprowadził "Wymarzone konto", które charakteryzuje się tym, że jest oprocentowane, daje assistance i darmowe bankomaty. A także tym, że za kartę debetową trzeba płacić 3 zł i nie da się tej opłaty nijak ominąć. "Wymarzone konto" było w pierwszym roku hitem, bo założyło je prawie 300.000 klientów. Ale w drugim roku straciło sporo ze swego blasku i nie wygrywa już wyścigu z kontami "za zero". Dziś ma je 380.000 osób i w Raffeisenie postanowili coś z tym zrobić.

      W nowej odsłonie "Wymarzone konto" nieco "normalnieje". Będzie miało niższe oprocentowanie (1,5%) i mniej darmowych bankomatów (tylko Euronet), a opłata za kartę zacznie być warunkowa - zniesie ją jedna transakcja w sklepie miesięcznie. Krótko pisząc: w Raiffeisenie doszli do wniosku, że aby pozyskać nowych klientów trzeba przestać "straszyć" ich bezwarunkową, 3-złotową opłatą za kartę, nawet za cenę ograniczenia liczby bonusów. Ale temu krokowi do tyłu towarzyszą dwa kroki wprzód: jednocześnie Raiffeisen wprowadza do oferty nową kartę dołączaną do "Wymarzonego konta", która będzie należała do najdroższych kart debetowych na rynku - kosztuje bowiem aż 6 zł miesięcznie.

      UBEZPIECZENIE OD ZŁODZIEI KARTOWYCH... Co w zamian? Wszystkie bankomaty w kraju gratis, czyli ten sam bonus, który do tej pory był "ozdobą" karty za 3 zł miesięcznie, dodawanej do "Wymarzonego konta". Ale nie tylko. Do nowej, droższej debetówki oferowanej przez Raiffeisena zostanie dorzucone bardzo ciekawe ubezpieczenie "Cyberpomoc". To chyba najbardziej wypasione w polskich bankach assistance "technologiczne", a więc dotyczące kradzieży internetowych, zakupów online, danych i tożsamości. Zadziała ono w pięciu sytuacjach. Po pierwsze: gdyby ktoś ukradł pieniądze z karty posługując się skradzionym plastikiem bądź wyłudzonymi danymi karty (takimi jak jej numer, data ważności i kod CVC). W niektórych e-sklepach, znając te cyferki, niestety można zrobić zakupy na czyiś rachunek, nawet jeśli nie ma się przy sobie samego plastiku. Niestety, to ubezpieczenie zadziała tylko do wartości 10.000 zł.

      POMOC, GDYBY PADŁ DYSK TWARDY W KOMPUTERZE... Druga część polisy "Cyberpomoc" to - i tu już zaczyna być ciekawie - ubezpieczenie danych komputerowych. A więc pomoc w sytuacji, gdyby klient stracił dane przechowywane na twardym dysku komputera stacjonarnego, laptopa, dysku zewnętrznego albo karty pamięci np. w aparacie fotograficznym. W takiej sytuacji bank stanie na uszach, żeby pomóc w ich odzyskaniu. A więc znajdzie speca od odzyskiwania danych, pokryje koszty jego dojazdu, robocizny bądź dostarczenia mu sprzętu. Oczywiście pod warunkiem, że nie będzie to wszystko zbyt drogie (limit odpowiedzialności to 3000 zł). Warunek: sprzęt musi należeć do posiadacza karty i nie może być starszy, niż sześć lat. A utrata danych musi być wynikiem awarii, a nie np. wylania na laptopa filiżanki kawy.

      UBEZPIECZENIE ZAKUPÓW INTERNETOWYCH... Trzecia część polisy to ubezpieczenie zakupów internetowych. Jeśli kupimy coś i zapłacimy w sieci kartą, a okaże się, że e-sklep wyśle wadliwy towar albo nie wyśle go w ogóle - ubezpieczenie pokrywa koszty prawne związane z odzyskaniem pieniędzy bądź po prostu zwraca klientowi straconą kasę. W tej części limit odpowiedzialności ubezpieczyciela wynosi 10.000 zł, a z polisy wyłączone są e-zakupy danych cyfrowych (np. e-booków, audiobooków, e-muzyki, abonamentów VOD), leków i suplementów diety, biżuterii oraz żywności. Oczywiście z polisy nie można też skorzystać, gdy płacimy za towar przelewem on-line, a nie kartą. Całe szczęście, że Raiffeisen ma przypiętą do swoich kart usługę wygodnych płatności w sieci o nazwie MasterPass. Bez MasterPassa lub BLIK-a płacenie kartą za zakupy online jest katorgą i nawet ubezpieczenie nie uzasadniałoby tej męki.

      Czytaj też: Czy twoja karta jest bezpieczna w sieci? Wszystko zależy od...

      POMOC GDYBY ZEPSULI REPUTACJĘ LUB UKRADLI TOŻSAMOŚĆ. Ostatnia część polisy to ochrona reputacji online oraz tożsamości. Ubezpieczyciel pomoże m.in. w sytuacji, gdy ktoś naruszy naszą prywatność w sieci (np. w portalach społecznościowych). A więc jeśli ktoś nas opluł na Facebooku, wrzucił nagie fotki na Instagram albo w jakiś inny sposób oszkalował. Zorganizuje specjalistów, którzy potrafią wykasować takie dane z sieci bądź skłonić do tego - metodami prawnymi - tych, którzy takie dane opublikowali (o ile nie są to gazety, radio lub telewizja internetowa - w takich przypadkach polisa nie zadziała). A jeśli chodzi o ochronę tożsamości, to jest to warta 10.000 zł polisa od wyłudzeń pieniędzy przez internet. Gdyby ktoś na dane z dowodu osobistego klienta wyłudził przez internet kredyt albo chwilówkę w firmie pożyczkowej, to wystarczy telefon do centrum alarmowego sprawa będzie "wyczyszczona" (ubezpieczyciel pokrywa straty klienta).

      Jakkolwiek limity odpowiedzialności ubezpieczyciela nie są szczególnie wysokie, to cyberpolisa, którą proponuje Raiffeisen, wygląda na fajny "komplecik" chroniący przed zagrożeniami, które przyniosła era internetu. Bezprawne użycie danych z karty płatniczej, wyłudzenie pieniędzy na podstawie danych z dowodu osobistego, oszczerstwa, dokuczanie i oczernianie na forach, w blogach i w portalach społecznościowych, oszustwa przy zakupach online - przed tymi wszystkimi cyberzagrożeniami można się chronić za 6 zł miesięcznie. A na dokładkę jeszcze bank bohatersko pomoże odzyskać dane, gdyby padł twardy dysk w komputerze (choć - wiem coś na ten temat - często takie interwencje albo kończą się fiaskiem totalnym, albo są bardzo kosztowne). Do tej pory banki dokładały do kart płatniczych ubezpieczenia podróżne, albo assistance zdrowotne. Pomysł Raiffeisena i Axy (bo to ta firma dostarcza ubezpieczenie) może być zajawką nowego trendu - gdy instytucje finansowe zaczną troszczyć się o nasze cyberbezpieczeństwo. Na razie tylko rzuciłem okiem na OWU tej cyberpolisy, ale nie znalazłem większych pułapek. Jeśli coś znajdę po dokładnej lekturze - dowiecie się o tym pierwsi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „6 zł miesięcznie za debetówkę! Ale w pakiecie... cyberpolisa. Ochroni tożsamość, reputację i dysk”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 marca 2017 09:32
  • poniedziałek, 20 marca 2017
    • W funduszu BPH TFI prawie jak w banku. Kto mu zaufał, dostał właśnie 4,7% "odsetek"

      Po raz pierwszy w ponad 20-letniej historii polskich funduszy inwestycyjnych klienci jednego z nich otrzymali do kieszeni regularną dywidendę. I to całkiem pokaźną - wyniosła aż 4,7% zainwestowanych przez każdego z klientów pieniędzy! Tymi szczęśliwcami są posiadacze udziałów w funduszu BPH Dywidendowy, jedynego polskiego funduszu mającego "dywidendową" konstrukcję. Tutaj jest strona tego funduszu, możecie go sobie obejrzeć z bliska :-). Fundusz został powołany rok temu z zamiarem inwestowania akcje najlepszych, najbardzej stabilnych polskich firm wypłacających dywidendy. Funduszy o takim profilu działa na naszym rynku już ponad 20, ale ich klienci nie dostają żadnych dywidend. Jeśli do funduszy wpływają pieniądze od jakiejś spółki, to po prostu zwiększają one zysk funduszu - czyli klienci widzą nieco wyższy wzrost jednostek uczestnictwa, ale nie dostają do ręki żywej gotówki.

      BPH Dywidendowy jest pierwszym funduszem, który zrobił w tej dziedzinie wyłom i - owszem - najpierw dolicza otrzymane dywidendy do swoich wyników, ale potem... rozdaje je ludziom. Wysokość wypłacanych przez fundusz udziałów w zysku nie zależy bezpośrednio tylko od tego ile pieniędzy zainkasuje on z dywidend os spółek. Na wypłaty dla uczestników może iść także część lub całość zarobku z innych transakcji, np. ze sprzedaży akcji. Jednak tegoroczna, pierwsza w historii, wypłata jest bardzo bliska pod względem wartości przeciętnej stopie dywidendy, którą otrzymują udziałowcy spółek dywidendowych. Licząc w wartościach nominalnych na każdą jednostkę uczestnicwa funduszu przypada 6,1 zł dywidendy. W przypadku osób, które mają najmniej udziałów w BPH Dywidendowym (na tyle mało, że w ich przypadku dywidenda nie przekracza 100 zł) zamiast przelewu na konto nastąpi dopisanie do konta dodatkowych jednostek uczestnictwa.

      Jaki sens ma wypłacanie przez fundusz inwestycyjny dywidendy swoim udziałowcom? Moim zdaniem ogromny, zwłaszcza w takim kraju jak Polska, w którym wszyscy kurczowo trzymają się banku jako jedynie słusznego miejsca lokowania oszczędności. Fundusze inwestycyjne są postrzegane jako trudne, tajemnicze i podejrzane. Trzeba powierzyć pieniądze jakimś "kolesiom", którzy najpewniej będą nimi "grali" na giełdzie i mogą wszystko stracić. A zamiast potwierdzenia założenia lokaty klient dostaje jakieś "jednostki uczestnictwa", których powrotna wymiana na żywy pieniądz może się odbyć po bliżej nieznanym kursie. Każdy by się wystraszył, prawda? Dlatego upodobnienie się przez fundusz inwestycyjny do banku i wypłacanie klientom kilkuprocentowej dywidendy, odpowiednika odsetek od depozytu, może otworzyć na inwestowanie w funduszach miliony nowych klientów.

      Czytaj też: Idą duże zmiany dla naszych oszczędności! Nie daj się zaskoczyć

      Czytaj też: Jak spać spokojnie i wykręcać zyski trzy razy większe, niż w banku?

      Na całym świecie inwestowanie dla dywidendy jest niezwykle popularnym sposobem na pomnażanie wartości posiadanego kapitału. Podczas gdy "normalne" akcje są bardzo wahliwe, spółki dywidendowe to przeważnie "spokojne przystanie", których ceny akcji zmieniają się w dużo mniejszym stopniu, zwłaszcza patrząc w perspektywie kilku, kilkunastu lat. Kto ma udziały w spółkach dywidendowych, ma więc coś w rodzaju "bankowego depozytu", zaś wypłacane co roku dywidendy są ekwiwalentem "odsetek" od tego "depozytu". Tyle, że dużo wyższym, niż prawdziwe odsetki bankowe, bo średnia stopa dywidendy w polskich warunkach wynosi 4% wartości akcji. Zna ktoś standardowy depozyt bankowy, który tyle by płacił? Nie sądzę, żeby szybko udało się skłonić miliony Polaków do inwestowania dywidendowego na giełdzie, ale nie ma przeszkód, by upowszechniły się fundusze inwestycyjne, które będą w tym pośredniczyły, wypłacając klientom raz w roku dywidendy.

      Dziś BPH Dywidendowy jest malutkim funduszem, ma zaledwie 16 mln zł aktywów. Ale wydaje mi się, że wielu osobom może przemówić do wyobraźni te 4,7% żywego dochodu, które można było osiągnąć bez umarzania jednostek uczestnictwa. Przy założeniu, że wartość udziałów w BPH Dywidendowym będzie przez cały czas stabilna, można sobie wyobrazić, że przy "zamrożonym" poziomie kapitału takie 4,7% rocznie mogłoby być bardzo sensowną opcją przechowywania kapitału. Akurat tak się składa, że BPH Dywidendowy nie tylko wypłacił klientom pieniądze, ale i zwiększył wartość udziałów w ciągu roku o 22%. Pewnie nie zawsze tak będzie, ale na dziś uczestnicy tego funduszu są wygrani podwójnie - ich inwestycja "spuchła" i jeszcze dostali do ręki dywidendę. Obecnie najwięcej pieniędzy BPH Dywidendowy ma ulokowane w akcjach brytyjskim Royal Dutch Shell, czeskim CEZ oraz polskich spółkach Rokita i Rainbow (tak, w tym biurze podróży ;-)).

      bphdywidendowy1y

      Oczywiście: nie ma róży bez kolców. Fundusz BPH Dywidendowy ma kilka wad. O jednej już wspomniałem - jest malutki i bardzo młody. Nie wiadomo jak zachowa się w gorszych czasach i jaką będzie miał wtedy politykę dywidendową (można sobie wyobrazić, że w przyszłości nie wypłaci dywidendy, żeby nie pogarszać swoich wyników). Fundusz nie jest też tani. Pobiera 3,5% opłaty za zarządzanie (to bardzo dużo jak na zachodnie standardy w funduszach tego typu, zajmujących się długoterminowymi inwestycjami). Dopóki na giełdzie jest hossa nie jest to problemem - mają 22% zarobku można oddać te 3,5% zarządzającym. Ale przy średniej rentowności inwestycji w spółki dywidendowe na poziomie 7-8% rocznie (niektóre statystyki mówią, że nawet 11%) ta opłata za zarządzanie może zacząć boleć. Do tego dochodzi jeszcze 2% opłaty manipulacyjnej na wejściu.

      Czytaj: Chodzisz w marszach, donosisz do Brukseli i jeszcze ci mało? Oto prawdziwie "zdradziecka" inwestycja. I do tego chyba opłacalna ;-)

      Czytaj: Oto fundusze nastawione na płodność... własną. Wezmą prowizję jeśli...

      Trzeba też zauważyć, że BPH Dywidendowy - choć jest jedynym polskim funduszem wypłacającym dywidendy - to nie jest jedynym dostępnym w Polsce tego typu funduszem. Nie tak dawno opisywałem w blogu fundusze o bardzo podobnej konstrukcji ze stajni Franklin Templeton. Tam dywidendy są wypłacane miesięcznie lub kwartalnie i nie są w ogóle uzależnione od tego czy fundusz otrzymał od spółek jakieś dywidendy. Po prostu uczestnikom należy się jak psu miska określony procent, tak jak na depozycie bankowym. Jeśli do wypłaty tych zysków nie wystarczy zysków, to pomniejsza się kapitał funduszu (czyli inwestorom przekazuje się wszystko co fundusz wypracował i "zjada się" część jego kapitału). Taka konstrukcja mniej mi się podoba, niż oparta na przekazywaniu klientom dywidend otrzymanych od spółek, ale dla kogoś, kto chce mieć stały procent - jak w banku - i wierzy w długoterminową pomyślność rynku kapitałowego to też może być niezła opcja.

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy stażem bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym, a także Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych i BPH TFI. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "KASOWNIK SAMCIKA". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Subskrybuj kanał YouTube "Subiektywnie o finansach"!

      Zapraszam też do obejrzenia spektakularnego cyklu wideo "OD OSZCZĘDZANIA DO INWESTOWANIA". W ośmiu odcinkach realizowanych przy "wsparciu" wszystkich możliwych żywiołów opowiadam o tym, jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „W funduszu BPH TFI prawie jak w banku. Kto mu zaufał, dostał właśnie 4,7% "odsetek"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 marca 2017 19:56
    • Wreszcie wygodne oszczędzanie na emeryturę? Bank pomoże wycisnąć kasę ze skarbówki!

      Jak część z Was zapewne wie, istnieją dwa preferencyjne "opakowania" dla oszczędności emerytalnych, które pozwalają zaoszczędzić na podatkach. Pierwsze to IKE (przy wypłacie po osiągnięciu wieku emerytalnego nie oddaje się 19% podatku Belki) oraz IKZE (można odpisać wpłacone w danym roku kwoty od podatku - do poziomu ok. 5100 zł). W ramach IKE i IKZE można oszczędzać w bankach, funduszach inwestycyjnych, firmach ubezpieczeniowych i biurach maklerskich. Korzysta z tej opcji jakieś 1,5 mln ludzi, którzy umieścili na tych kontach 7,7 mld zł. Byłoby więcej, ale chyba nam się nie chce "bawić" w formalności przy zakładaniu kont, wybieranie najlepszej opcji i pilnowanie limitów wpłat. Nie pomaga nawet to, że każdy kto ma IKZE i wpłacił na nie 5000 zł może w PIT-ku za zeszły rok odpisać sobie od podatku co najmniej 875 zł.

      Czytaj też: Na czym będzie polegała reforma OFE i ZUS-u planowana przez PiS?

      Od dziś ma być łatwiej. Do oferty Raiffeisen Polbanku wchodzi bowiem - a we wszystkich placówkach ma być dostępny od przyszłego poniedziałku - ciekawy pakiecik: "Wymarzona emerytura". Polega on na tym, że wpłacasz jednorazowo pieniądze, a bankowcy je automatycznie umieszczają w trzech miejscach w taki sposób, żebyś jak najwięcej zyskał na podatkach. Jest tylko jeden warunek - na start musisz mieć przy duszy 25.000 zł i być gotowym, by zablokować tę kasę z myślą o przyszłej dodatkowej emeryturze. "Wymarzona emerytura" od strony technicznej jest polisą ubezpieczeniową dostarczoną przez firmę Uniqa. Dlaczego trzeba wpłacić aż 25.000 zł? Cóż, chodzi o to, żeby po wykorzystaniu limitów rocznych wpłat na IKZE (5112 zł) oraz IKE (mniej więcej 12.800 zł) poza korzyściami podatkowymi była z tego jakaś sensowna sumka na dodatkową emeryturę.

      Do pakietu jest dołączone coś w rodzaju "podatkowego assistance". A więc raz w roku dostaniemy czuły liścik od firmy Uniqa z prostą jak cep instrukcją co gdzie trzeba wpisać do PIT-a żeby odpisać sobie pieniądze zgromadzone w "Wymarzonej emeryturze" od podatku. Limit pierwszej wpłaty jest dość wysoki, ale później idzie już z górki, bo można wpłacać dowolne kwoty. Bank będzie oczywiście przypominał, że warto zainwestować w każdym roku przynajmniej te kilkanaście tysięcy, by w pełni wykorzystać limity wpłat na IKE i IKZE, ale klient nie będzie miał obowiązku systematycznego dopłacania kasy do polisy - to będzie tylko dobrowolna, choć silnie rekomendowana opcja.

      Co ciekawe, z polisy będzie można też kasę za darmo wypłacić - przynajmniej częściowo. Chodzi o to, żeby w sytuacji awaryjnej klient mógł skorzystać z pieniędzy i nie tracić korzyści podatkowych. Jedynym warunkiem jest to, by na po takiej wypłacie na polisie zostało te "startowe" 25.000 zł. Można też pozbyć się większej kwoty - tracąc korzyści podatkowe - ale wtedy na koncie musi zostać przynajmniej 5000 zł. Ponieważ cały pakiecik jest polisą ubezpieczeniową, są też - drobne, bo drobne, ale jednak - elementy ochrony ubezpieczeniowej. W razie śmierci naturalnej właściciela "Wymarzonej emerytury" (czego oczywiście nikomu nie życzę, ale wypadki chodzą po ludziach), cały rejestr przechodzi na własność osoby uposażonej, którą wskażemy w umowie. Co ważne - przechodzi "automatycznie", poza postępowaniem spadkowym. Gdyby zeszło nam się z tego padołu łez i rozpaczy w ramach nieszczęśliwego wypadku, firma dołoży jeszcze 5% do zebranej kwoty. Ze względu na ubezpieczeniową formę pakietu nie ma podatku od darowizny (gdybyśmy chcieli "Wymarzoną emeryturę" komuś zprezentować).

      No i jeszcze najważniejsza kwestia: w co będą lokowane te pieniądze i ile to będzie kosztowało? Otóż nie będzie pełnej dowolności - klient ma do wyboru cztery tzw. portfele, czyli strategie inwestowania pieniędzy ustawione od najbezpieczniejszej do najbardziej ofensywnej. Najbezpieczniejsza będzie oferowała nędzne kilka procent zysków rocznie, ale praktycznie bez ryzyka jakichkolwiek przejściowych strat (choć żadnej gwarancji dochodowości nikt tu nie oferuje). Najbardziej ofensywna prawdopodobnie pozwoli uzyskać najwyższą dodatkową emeryturę, ale może się zdarzyć, że przez kilka lat będziemy pod kreską, bo kasa będzie inwestowana w fundusze akcji. Portfelami będzie zarządzać Union Investment, czyli dość solidne towarzystwo funduszy, jedno z największych tzw. niezależnych, nie należących do żadnego dużego banku.

      Teraz opłaty. Za zarządzanie tym całym interesem - czyli przyjęcie pieniędzy klienta, rozdzielenie ich pomiędzy IKE, IKZE i część dodatkową, za korzyści spadkowo-ubezpieczeniowe, a także za podatkowe assistance - twórcy "Wymarzonej emerytury" (czyli Raiffeisen i Uniqa) pobiorą 1,19% rocznej prowizji. Oczywiście w wynikach osiąganych przez fundusze będzie też "schowana" druga opłata za zarządzanie, pobierana przez Union Investment. Ale tę byśmy i tak płacili, nawet jeśli lokując oszczędności samodzielnie w funduszach. Tak naprawdę jedynym ekstra-obciążeniem jest te 1,19%. Czy to dużo czy mało? Cóż, wszystko jest kwestią punktu odniesienia. Przyjmując, że w pierwszym roku wpłacę tylko minimalne 25.000 zł, opłata wyniesie prawie 300 zł. Biorąc pod uwagę, że na bieżąco od PIT-a odpiszę dzięki "Wymarzonej emeryturze" jakieś 900 zł, za bankową asystę zapłacę aż 30% "prowizji" od zysku podatkowego. Słono.

      Ale z drugiej strony ta polisa inwestycyjna jest - jak na polskie warunki - bardzo elastyczna. Pozwala wpłacać i wypłacać nadwyżkę ponad "startową" wartość inwestycji bez żadnych prowizji, ani opłat likwidacyjnych. Nie ma też często spotykanej w polisach inwestycyjnych opłaty administracyjnej (czyli stałych np. 10 zł za "posiadanie rachunku"). Dla kogoś kto ma oszczędności, ale nie ma czasu zastanawiać się ile powinien wpłacić na IKE, ile na IKZE oraz gdzie ulokować ewentualną nadwyżkę, "Wymarzona emerytura" może być sensownym pomysłem. Wiadomo, że elitarnym, bo 25.000 zł do zablokowania z myślą o przyszłej emeryturze mają tylko ci najbardziej zapobiegliwi z nas. Ale to dobrze, że tego typu pakiety schodzą "pod strzechy". Już kilka lat temu widziałem niemal identyczne rozwiązanie w bankowości prywatnej PKO BP.  Ale było dostępne tylko dla milionerów. 

      Czytaj też: Młodzi bogowie i kubka miętolenie. Komu opłaci się gwarantowana emerytura?

      Każdą opcję, która pozwala wygodnie oszczędzać na emeryturę i płacić niższe podatki witam w blogu z otwartymi ramionami. I tak, jak testuję własnymi pieniędzmi "Wymarzone perspektywy", czyli niskokosztową polisę inwestycyjną oferowaną przez Raiffeisena wspólnie ze znienawidzonym TUnŻ Europa (mam strategię "niebieską" i w zeszłym roku zarobiłem dzięki niej 5,3%), tak oczywiście przetestuję dla Was również "Wymarzoną emeryturę". Raiffeisenowcy zeznają, że w "Wymarzonej perspektywie" jest dziś 900 mln zł, a w identycznym koncepcie o nazwie "Unikatowe strategie" - 400 mn zł. Zaś dołączając do tego produkty stricte depozytowe, czyli konto oszczędnościowe i ROR o nazwie "Wymarzone konto" Raiffeisen przez rok zebrał z rynku depozytowego 6 mld zł. Biorąc pod uwagę, że cały "urobek" banków to 30 mld zł świeżych oszczędności - wynik "Raiffka" prezentuje się naprawdę godnie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wreszcie wygodne oszczędzanie na emeryturę? Bank pomoże wycisnąć kasę ze skarbówki!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 marca 2017 09:08
  • piątek, 17 marca 2017
    • Ugoda banków i frankowiczów? Czytelnicy blogu już wybrali jej najlepszy wariant! Zaskakujący?

      W ciągu najbliższych kilku tygodni zaczną nabierać kształtów dwa najbardziej prawdopodobne pomysły na rozwiązanie sprawy kredytów frankowych. Z jednej strony posłowie być może zdecydują się popracować poważnie nad projektem zwrotu spreadów (to co napisali ludzie prezydenta jest badziewiem, ale można próbować sklecić z tego porządny projekt). Z drugiej strony prezes NBP Adam Glapińśki wkrótce może ujawnić propozycje rozwiązań, które mają skłonić banki do dobrowolnego dogadywania się z klientami. Chodzi zapewne o dodatkowe obciążenia finansowe dla banków "frankowych", które mają je zniechęcić do posiadania kredytów frankowych w portfelach. Co prawda nie ma takich obciążeń, które sprawiłyby, że bankom opłaciłyby się jakieś dobrowolne i daleko posunięte karesy pod adresem frankowiczów, ale dopóki nie znam szczegółów to jeszcze chwilę poczekam z wyśmiewaniem się z prezesa Glapińskiego ;-).

      Czytaj też: Wszyscy chcą swatać frankowiczów i banki. Oto moje projekty ugody

      Czytaj też: Tak w Europie rozprawili się z frankami. A u nas wciąż nic.

      Jest i problem poważniejszy: do tego tanga trzeba dwojga. Jeśli nawet pojawią się jakieś propozycje polubownego rozwiązania sprawy franków, to wcale nie jest pewne czy duże masy klientów się zdecydują, by z nich skorzystać. Od kilku tygodni prowadzę w blogu i na stronie facebookowej blogu sondę, w której zadałem Wam kilka pytań dotyczących kilku potencjalnych rozwiązań. Sonda rzecz jasna nie jest reprezentatywna, ale wzięło w niej udział już tysiąc osób, więc mimo wszystko daje pewne wskazówki.

      CO DRUGI "FRANKOWY WOJOWNIK" SKŁONNY DO KOMPROMISU? Wśród tych, którzy wzięli udział w ankiecie i są frankowiczami (była to przygniatająca większość odpowiadających na pytania) zauważyłem bardzo dużą nadreprezentację osób niezadowolonych ze swojego kredytu. W realu - co widać po frekwencji na demonstracjach "antybankowych" - do walki gotowa jest zdecydowana mniejszość wszystkich kredytobiorców. A w mojej ankiecie tylko 7% osób powiedziało, że nie ma żadnych pretensji w związku z frankami. Wśród tych, którzy pretensję mają mniej więcej połowa deklaruje, że byłaby skłonna zadzierzgnąć z bankiem jakieś negocjacje. Druga połowa mówi, że będzie gadać, ale jak już bank znajdzie się na kolanach i będzie błagał o łagodną śmierć.

      SURV1

      RATY NIE BOLĄ. BARDZO BOLI "SPUCHNIĘTY" DŁUG. Zgodnie z moimi oczekiwaniami uczestnicy mojej ankiety stwierdzili, że najbardziej uwiera ich nie rata (ona, szczerze pisząc, uwiera większość z Was najmniej), lecz "spuchnięta" wartość zadłużenia (i związana z tym niemożność sprzedaży mieszkania, przeniesienia się do innego albo refinansowania kredytu) oraz może troszkę fakt, że bank zgarnął kupę forsy ze spreadu. W tym drugim przypadku cierpi przede wszystkim poczucie sprawiedliwości. Ale przyznam, że spodziewałem się większego "elektoratu" antyspreadowego. Wygląda na to, że duża część frankowiczów nie tutaj widzi problem. Czyżby więc ustawa o zwrocie spreadu nie była wcale tak potrzebna? 

      SURV2

      Jeśli rzeczywiście jest tak, że to "spuchnięty" kredyt jest największą zgryzotą frankowiczów (choć patrząc realnie to tylko "papierowe" zobowiązanie, realnym kosztem jest tylko najbliższa rata), trudno będzie uzyskać duże zainteresowanie jakimkolwiek rozwiązaniem, które nie będzie się wiązało z całkowitym przewalutowaniem, a więc rozwiązaniem dość kosztownym. Bankowcy tymczasem prawdopodobnie będą chcieli zaproponować klientom częściowe przewalutowanie i to za cenę "współpłacenia" klienta.   

      JEŚLI NIE PRZEWALUTOWANIE TO CO? Jak wyjść z tych tarapatów? Cóż, najpopularniejszym rozwiązaniem jest przewalutowanie umowy na złote (40%) lub możliwość zwrotu kluczy za długi (20%). Oba te rozwiązania de facto oznaczają likwidację "frankowości". Tych, którzy oczekują jakichś rozwiązań bazujących na pozostawieniu "frankowości" jest też sporo, choć podzeilili się na kilka rozwiązań. 30% chce zwrotu spreadów, 16% - możliwości zmiany mieszkania w ramach tego samego kredytu, zaś 12% chce ograniczyć maksymalną wartość raty. W sumie osób oczekujących jakichś rozwiązań bez przewalutowania kredytu jest 60%, a więc dokładnie tyle co tych, którzy chcą pozbyć się "frankowości" (w tym pytaniu można było wybrać kilka odpowiedzi). Mniej więcej 30% ludzi oczekuje ułatwienia im sądowego rozwiązania sporu. Zakładam, że te osoby rekrutują się z połówki głosujących, którzy na samym początku zadeklarowali, że nie zamierzają "brać jeńców" i nie przewidują żadnych negocjacji z bankiem.

      SURV3

      NADPŁACANIE I CZĘŚCIOWE PRZEWALUTOWANIE? NIC Z TEGO. Wasza wiara w to, że bank przedstawi jakąkolwiek sensowną propozycję rozwiązania sporu frankowego, jest ograniczona. Połowa głosujących otwarcie mówi, że w to nie wierzy. A pozostali? Stosunkowo dużo osób (37%) byłoby skłonnych przewalutować cały kredyt po preferencyjnym kursie (choć niekoniecznie "startowym"). I to jest najbardziej pożądane przez Was rozwiązanie. Aż 20% osób byłoby gotowych na bardziej skomplikowany wariant, choć mający podobny skutek - umorzenie części długu i przewalutowanie reszty po bieżącym kursie franka. Stosunkowo niewiele osób - 4-8% pytanych - popiera rozwiązanie, które zakłada wykładanie przez kredytobiorcę własnych pieniędzy - czyli nadpłacanie rat w zamian za różnego rodzaju karesy. A szkoda, bo to rozwiązanie, które byłoby najłatwiejsze do przełknięcia przez branżę bankową.

      SURV4

      ALBO POMOGĄ SĄDY, ALBO PRZERĄBANE. Na koniec zapytałem w kim pokładacie nadzieję na rozwiązanie tego sporu. Odpowiedź była jasna - spośród tych, którzy mają jeszcze jakąkolwiek wiarę, większość uważa, że tu mogą pomóc tylko sądy. Aż 17% ma nadzieję, że frank w końcu potanieje, zaś tylko 8% wierzy w to, że prezes NBP skłoni bankowców do przedstawienia sensownego kompromisu. A zatem modły wznoszone są teraz do Torunia i to wcale nie z tego powodu, co myślicie. Tu nie pomoże redemptorysta, tylko sędzia. Ten sędzia.

      SURV5

      Wnioski? Trudno na podstawie takiego badania ocenić jak duża część kredytobiorców byłaby chętna do jakichkolwiek kompromisów. Można natomiast powiedzieć, że dużo większą szansę na sukces mają rozwiązania, których skutkiem będzie całkowite przewalutowanie kredytu po kompromisowym kursie, niż takie, które opierałyby się na częściowym przewalutowaniu lub "współpłaceniu" przez obie strony. A więc na układzie: "ty spłacisz część kredytu, a my umorzymy kolejną część i z kredytu frankowego zrobi się kredycik".  To nie zwiastuje łatwego kompromisu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Ugoda banków i frankowiczów? Czytelnicy blogu już wybrali jej najlepszy wariant! Zaskakujący?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 17 marca 2017 09:01
  • czwartek, 16 marca 2017
    • Możesz już zlecić urzędnikom przez internet, żeby zajęli się twoim PIT-em! Przetestowałem to i...

      Od wczoraj część z nas, podatników, ma łatwiej: możemy poprosić urząd skarbowy, żeby sam wypełnił za nas PIT-a. Dotyczy to co prawda tylko tych, którzy mieli w zeszłym roku dochody z pracy etatowej lub z umów zlecenia, o dzieło, czy z praw autorskich, ale... i tak ulgę odczują miliony. O ile oczywiście zechcą z tej nowej opcji skorzystać :-)). Skoro w ciągu zaledwie kilku lat dużą popularność zdobyła możliwość składania PIT-a przez internet, to jestem pewny, że i scedowanie "przyjemności" przygotowania kwitów podatkowych na urzędników "skarbówki" stanie się hitem. A wiecie co jest najlepsze? Że dzięki bankom cała procedura "zamówienia PIT-a" w urzędzie skarbowym jest do przeprowadzenia z poziomu domowego fotela! Przetestowałem to na własnej skórze (a właściwie na skórze kogoś z rodziny). Jak było? Posłuchajcie :-). A jeśli lubicie być podatkowymi beta-testerami nowości, to nie widzę przeciwwskazań, żebyście też spróbowali w tym roku odpuścić sobie PIT-olenie i zlecić je Ministerstwu Finansów ;-)).

      Z jakimkolwiek porozumiewaniem się z urzędnikami przez internet jest generalnie taki problem, że aby skorzystać z tego kanału komunikacji trzeba mieć tzw. zaufany profil w ePUAP, czyli w portalu, który jest "cyfrowymi wrotami" do polskich urzędów. A żeby taki profil sobie "urzeźbić" nie wystarczy podać przez internet wszystkich danych na swój temat (nazwisko, adres, PESEL, numer buta), lecz trzeba jeszcze podreptać z dowodem osobistym i paszportem do jednego z punktów weryfikacyjnych (w Warszawie jest nich niespełna 50). Dużo fatygi jeśli celem zakładania profilu ma być poproszenie urzędników, żeby zajęli się wypełnieniem PIT-a. Na szczęście z odsieczą pospieszyły urzędnikom banki. Co najmniej pięć z nich - PKO BP, Bank Millennium, Raiffeisen, BGŻ BNP Paribas oraz ING - umożliwiło swoim klientom złożenie wniosku do "skarbówki" w sprawie sporządzenia PIT-a przez... bankowość internetową.

      Założenie jest proste: skoro klient zalogował się w banku, to znaczy, że jego tożsamość jest potwierdzona i bank może ją "żyrować" w kontaktach z urzędnikami. Na tej samej zasadzie banki przyjmowały już w imieniu urzędw gmin wnioski o wypłatę świadczeń w programie "Rodzina 500+". W trzech bankach - PKO BP, ING oraz Banku Millennium - można też w bankowości internetowej założyć sobie profil na platformie ePUAP i załatwiać niektóre sprawy w urzędach przez internet. Teraz przyszła kolej na pomoc klientom w rozliczaniu podatków. Pisałem już, że dzięki takim usługom banki mogą zachować miejsce w naszych sercach - staną się centrum autoryzacji naszej tożsamości w różnych miejscach, a nie tylko handlarzami pieniądzem.

      Czytaj też: Będzie rewolucja w logowaniu? Jedno mobilne hasło do wszystkiego!

      Czytaj też: Pierwszy bank udzieli kredytu hipotecznego przez internet? No, prawie

      Proces "zamawiania" PIT-a w "skarbówce" testowałem na przykładzie ROR-u w państwowym PKO BP. Po zalogowaniu się na konto trzeba wejść w fiszkę dotyczącą e-Urzędów i tam wypełnić internetowy wniosek, odpowiadając na kilka pytań. Zasadniczo nie jest to jakoś szczególnie trudne - ze spraw merytorycznych system wymaga jedynie potwierdzenia czy korzystamy z ulgi na dzieci (trzeba podać PESEL lub imię, nazwisko i datę urodzenia dziecka oraz określić któremu z rodziców przysługuje prawo do ulgi i w jakiej kwocie) lub rehabilitacyjnej i jakie mamy koszty uzyskania przychodów, czy rozliczamy się wspólnie z mężem/żoną oraz na jaką organizację chcemy przekazać 1% podatku. Denerwował mało przyjazny język formularza. W kilku miejscach znajdują się bełkotliwe wyjaśnienia, które niejednego klienta muszą wprowadzić w rozedrganie i skłonić do "porzucenia koszyka". Nie wiem czy podobnie jest w ING, ale szkoda, że pracownicy PKO BP nie postarali się o mniej oschłą "twarz" wniosku. Zresztą cały system bankowości internetowej w PKO BP jest "oschły" ;-).

      tralala

      Najważniejsze jest jednak to, że po kilku minutach wypełniania formularza udało nam się wysłać wniosek i ściągnąć na komputer potwierdzenie jego złożenia. Od tego momentu urzędnicy mają pięć dni roboczych na odesłanie projektu PIT-u na adres e-mail podatnika (a ściślej pisząc - linku do zeznania, które będzie można zassać po podaniu loginu i hasła). Zeznanie będzie można zaakceptować lub odrzucić na trzy sposoby, z których w zasięgu "normalnego" człowieka są dwa: "podpisać" się profilem zaufanym w ePUAP (można go założyć - powtarzam - metodą "z buta" bądź przez bankowość elektroniczną trzech banków), albo poprzez podanie dokładnej kwoty przychodu z zeszłorocznego zeznania podatkowego. Po przyjęciu wyliczeń urzędu dostaje się potwierdzenie "skarbówki" i po robocie.

      W przypadku członka mojej rodziny, którego namówiłem do scedowania na urzędników wypełniania PIT-a, ów pięciodniowy "licznik" na dostarczenie mu zeznania już bije. I chętnie poinformuję Was o wyniku tego testu. Jednak już dziś mogę powiedzieć, że sama procedura składania za pomocą bankowości internetowej wniosku o rozliczenie PIT-a przez "skarbówkę" jest - mimo pewnych zgrzytów - do przełknięcia. Mam nadzieję, że niedługo będzie dostępna we wszystkich dużych bankach, bo wydatnie ułatwia życie. Mamy gwarancję, że do naszego zeznania nie będzie żadnych pretensji i że nikt nas nie będzie wzywał do poprawienia błędów rachunkowych w zeznaniach. W kolejnych latach urzędnicy chcą umożliwić scedowanie na nich rozliczeń podatkowych następnym grupom podatników, więc o ile w tym roku jest to tylko nowinka dostępna dla części klientów banków, to w przyszłym - jak sądzę - będzie to być może standard. I czak ma być!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Możesz już zlecić urzędnikom przez internet, żeby zajęli się twoim PIT-em! Przetestowałem to i...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 marca 2017 08:48
  • wtorek, 14 marca 2017
    • Przez tę decyzję władz już nigdy nie będziecie zarabiali jak Niemcy. Rząd to ukrywa, a ja... liczę

      Polski rząd wpadł na pomysł, żeby... zachęcać ludzi do dłuższej pracy. Podobno - tak wynika z przecieków, bo na razie nie ma na stole żadnego projektu zmian w prawie - będzie dopłacał w żywej gotówce ludziom, którzy mimo osiągnięcia wieku emerytalnego wciąż będą pracowali i wytwarzali PKB. Co prawda PiS obiecał w wyborach - i przeprowadził przez parlament - ustawę, która obniża wiek emerytalny (Naczelnik obiecał, że będziemy pracować krótko, a pieniądze będą same spadać z nieba). Ale najwyraźniej doszedł do wniosku, że nie byłoby dobrze, gdyby Naród zaczął korzystać z efektów tych obietnic ;-). Chyba ktoś wreszcie puknął się w czoło i przypomniał sobie słynne powiedzenie: "Dlaczegoś biedny? Boś głupi. Czegoś głupi? Boś biedny". Dziś w blogu będzie o tym dlaczego wciąż nie możemy dogonić Zachodu i dlaczego pomysły premier Szydło, wicepremiera Morawieckiego oraz Naczelnika Kaczyńskiego mogą sprawić, że nie dogonimy go już nigdy. 

      Dlaczego za tę samą pracę w Niemczech, czy Wielkiej Brytanii płaci się 3000 euro, a u nas niecały 1000 euro? Dlaczego przeciętny Szwajcar ma na rękę 6000 franków, czyli mniej więcej dziesięć razy tyle, co przeciętny Polak? W najprostszych słowach: bogaci są ci, którzy wytwarzają największe PKB (czyli największą wartość wszystkich dóbr i usług). Jeśli w ciągu ośmiu godzin przykręcasz śrubki, to wytworzysz mniejsze PKB (i zarobisz mniej pieniędzy), niż gdybyś przez te osiem godzin wytwarzał smartfony, silniki do statków kosmicznych, nowe odmiany leków. Produkując nowoczesne, innowacyjne, będące przedmiotem pożądania na całym świecie towary zarabia się więcej. I więcej zarabia nie tylko ten, kto te cuda sprzedaje, ale wszyscy dookoła, bo w kraju, gdzie są wysokie zarobki w branżach innowacyjnych, lepiej się też płaci we wszystkich pozostałych (więcej osób jest skłonnych zapłacić więcej za rzeczy zwyczajne ;-)).

      DWIE PRZYCZYNY NASZYCH NISKICH ZAROBKÓW. Krótka odpowiedź więc brzmi: jesteśmy biedni, bo zajmujemy się sprzedażą jabłek, a nie produkcją Iphone'ów. Montujemy samochody zamiast je produkować. Pracujemy dla Amazona zamiast być Amazonem. Ale to tylko pół prawdy. Druga połowa jest taka, że ci, którzy pracują, oprócz wypracowywać PKB na własny rachunek, muszą też utrzymywać tych, którzy są na emeryturach, rentach, albo nabyli prawa do państwowych świadczeń w wieku 40-50 lat. Tam gdzie więcej ludzi pracuje, wytwarza się więcej PKB i ludzie zarabiają lub zyskują proporcjonalnie więcej (bo podatki są mniejsze, albo są przeznaczane w większym stopniu na poprawę jakości życia pracujących). Jeśli więc masz wrażenie, że za mało ci płacą, to znaczy, że żyjesz w kraju, w którym: a) jest za mało innowacyjnych firm, b) zbyt duża część tego, co mógłbyś zarobić, jest ci zabierana na utrzymanie tych, którzy nie pracują, c) dzieją się obie te rzeczy na raz.

      Jaką wartość przeciętnie wypracowuje przez rok obywatel w Polsce? Różnie liczą, ale jakieś 14.500-16.500 euro, czyli 65.000-70.000 zł. Jest lepiej, bo jeszcze 10 lat temu Polak-szarak wypracowywał mniej więcej połowę tej kwoty. Pracujemy po te osiem godzin dziennie, ale przynajmniej część z nas robi rzeczy bardziej skomplikowane, które da się drogo sprzedać za granicą. Jednak przeciętny Amerykanin w tym samym czasie "wydłubie" PKB o wartości 50.000 euro, Brytyjczyk, Hiszpan i Francuz po 30.000 euro, Norweg aż 90.000 euro (ale oni sprzedają ropę naftową), Szwajcar wypracuje 75.000 euro, a znienawidzony Niemiec 45.000 euro. Gonimy tego Niemca dość wartko, bo jeszcze dziesięć lat temu nasi sąsiedzi mieli pięciokrotnie większe PKB na mieszkańca, niż my, a teraz już "tylko" trzykrotnie większe (a podobno "Polska w ruinie"). Wiem, macie głęboko w dupie całe to PKB, zwłaszcza, że było niesprawiedliwie dzielone przez tych cholernych neoliberałów (tfu, tfu, kanalie). Ale ten wskaźnik jakoś-tam przekłada się na wynagrodzenia. Dziwnym trafem różnica w pensjach między Niemcami a Polakami jest zbliżona do różnicy w PKB przypadającego na mieszkańca.

      KIEDY BĘDZIEMY MIELI NIEMIECKIE PENSJE?  Może nigdy, bo od niedawna rządzą nami populiści, w których interesie jest to, by jak najwięcej osób było na utrzymaniu państwa. A więc, by pracujący - zamiast gospodarować "swoim" coraz większym PKB - musieli oddawać możliwie dużą część zarobków na utrzymanie niepracujących. Zaś niepracujący mają tę piękną cechę, że są uzależnieni od populistów i głosują na nich w wyborach. Nawet jeśli będziemy mieli - jako państwo - coraz większe PKB, to będzie ono dzielone tak, żeby pracujący w jak najmniejszym stopniu odczuli to w swojej kieszeni. Jest to o tyle przykre, że dziś jesteśmy w momencie, w którym - gdyby się porządnie sprężyć - tych cholernych Niemców moglibyśmy dogonić pod względem wynagrodzeń dość szybko. Niestety, ciężko jest gonić, jak wrzucają ci na plecy jeszcze więcej nie pracujących (np. wcześniejszych emerytów oraz tych, którzy nabywają preferencyjne przywileje emerytalne, bo rząd boi się im je zabrać).

      ILU POLAKÓW WYTWARZA PKB? A ILU NIEMCÓW? PORAŻAJĄCE. Wziąłem statystyki Eurostatu dotyczące liczby ludności w kilku krajach. Potem nałożyłem na to dane Banku Światowego dotyczące odsetka ludności w wieku produkcyjnym (czyli po wyjęciu staruszków i dzieci). Nałożyłem na to dane dotyczące odsetka ludności aktywnej zawodowo spośród tych, którzy są w wieku produkcyjnym. A to wszystko porównałem z PKB przypadającym na mieszkańca oraz z wartością globalną PKB dla danego kraju. Co się okazało? Otóż warunki do gonienia bogatych mamy świetne - w Polsce aż 70% wszystkich obywateli jest w wieku, w którym mogą i powinni pracować. W Szwajcarii jest to 67%, w Norwegii i Niemczech 66%, we Francji tylko 62%. Ale co z tego, skoro wśród wszystkich, którzy mogliby pracować, w Polsce rzeczywiście PKB wytwarza tylko 62%? W Austrii jest to 71%, w Niemczech 74%, w Norwegii 75%, a w Szwajcarii 80%! Krótko pisząc: jesteśmy jak nowoczesny samolot, który ma cztery silniki, ale włączył tylko trzy.

      pkbplger

      CO BY BYŁO GDYBYŚMY PRACOWALI JAK NIEMCY?  W Niemczech spośród 80 mln obywateli faktycznie pracuje 39 mln. A więc co drugi. W Norwegii - nawet 53%. W Szwajcarii spośród 8,3 mln obywateli PKB wytwarza aż 4,5 mln (54% wszystkich). A w Polsce? Z 38 mln ludzi po odjęciu starców i dzieci oraz po przemnożeniu pozostałych przez wskaźnik aktywności zawodowej wychodzi, że pracuje 16,5 mln osób, tylko nieco ponad 40% wszystkich. Ze statystyki PKB per capita wychodzi, że każdy obywatel wypracowuje na godzinę - przy założeniu, że pracuje przez 250 dni w roku po osiem godzin - jakieś 6,5-7 euro. Ale tak naprawdę ci, którzy pracują, muszą wytwarzać na godzinę aż 14,5-15,5 euro. I z tego "oddają" 8 euro, żeby utrzymać niepracujących. Gdybyśmy wzięli się do roboty tak jak Niemcy (czyli pracowałaby połowa obywateli), to rocznie do podziału byłoby prawie o 100 mld euro PKB więcej. Gdyby przeliczyć to na każdą godzinę pracy, wyszłoby 2,5 euro ekstra "premii" dla każdego. Oczywiście ci cholerni neoliberałowie (tfu, tfu, kanalie) nie umieliby tego sprawiedliwie podzielić, ale przynajmniej byłoby co dzielić.

      Podsumowując: zamiast włączyć czwarty silnik w samolocie, czyli skorzystać z tego, że mamy więcej ludzi zdolnych do pracy, niż inne kraje (dopóki jeszcze ich mamy), my wyłączamy również trzeci (czyli instalujemy sobie wcześniejszy wiek emerytalny). Będziemy gonili Niemców na pół gwizdka, a oni, choć starsi, będą nam uciekali na pełnym gazie. Gdyby w Polsce było "po niemiecku", to prawdopodobnie każdy z nas mógłby proporcjonalnie więcej zarabiać (2,5 euro "premii" w wytwarzaniu PKB przekłada się hipotetycznie na 15% podwyżki pensji). Oczywiście: nie wszystkie przywileje socjalne są głupie i nie każda redystrybucja jest zła, zaś zwiększenie aktywności zawodowej nie dzieje się "samo", lecz wymaga odpowiednich warunków (dziś 50-latek nie ma łatwo żeby znaleźć pracę nawet jeśli chciałby pracować do stu lat). Ale jest cienka, czerwona linia, po której przekroczeniu wyłącza się silnik w samolocie. Na pocieszenie: są kraje, w których jest gorzej. W Grecji na 11 mln obywateli pracuje 3,5 mln. Każdy pracujący musi wytwarzać 33 euro PKB na godzinę, żeby "utrzymać" dwóch niepracujących. Bo PKB per capita wypracowywane w Grecji przez godzinę "pracowniczą" warte jest 11 euro. I tak więcej, niż u nas. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (33) Pokaż komentarze do wpisu „Przez tę decyzję władz już nigdy nie będziecie zarabiali jak Niemcy. Rząd to ukrywa, a ja... liczę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 marca 2017 09:06
  • poniedziałek, 13 marca 2017
    • Boisz się, że wyłudzą pożyczkę na twoje dane? Są już trzy miejsca, które przed tym chronią. Testuję!

      Pojawiła się kolejna możliwość ochrony przed wyłudzeniem pieniędzy na nasze konto. To ważne, bo sposobów na to, by poznać nasze dane z dowodu osobistego, numer PESEL, numer telefonu i dane adresowe - a potem spróbować je wykorzystać w niecnym celu - jest niemało. Największe firmy pożyczkowe uruchomiły portal Bezpiecznypesel.pl, w którym każdy może zarejestrować się jako osoba "zamrożona kredytowo". A więc zadeklarować: "nie chcę zaciągać nowych pożyczek, a jeśli ktoś znający moje dane będzie chciał wziąć - używając ich - jakieś pieniądze, to znaczy, że jest oszustem". Dzięki temu nikt, kto zagląda do takiej bazy, nie udzieli pożyczki osobie, która "wylegitymuje" się naszym numerem PESEL widniejącym jako "zastrzeżony". Oczywiście oznacza to, że my też - dopóki jesteśmy w bazie - nie weźmiemy pożyczki dopóki się z niej nie wykreślimy (nie jest to trudne). Jednak dla tych z nas, którzy nie mają w planach pożyczania pieniędzy, zastrzeżenie PESEL-u może być dobrym pomysłem na zmniejszenie ryzyka, iż staniemy się ofiarą wyłudzenia.

      JAK DZIAŁA BEZPIECZNYPESEL.PL? TESTUJĘ! Niestety, tylko na zmniejszenie, bo partnerami Bezpiecznypesel.pl są na razie tylko firmy pożyczkowe - i to nie wszystkie. Do zaglądania do tej bazy przed udzieleniem jakiejkolwiek pożyczki zobowiązały się m.in. Provident, Vivus, Wonga, czy Bocian i jeszcze kilkanaście firm. Ale nie ma w niej np. ProfiCredit, a także żadnego dużego banku. Jeśli potencjalny złodziej naszej tożsamości uda się do instytucji nie będącej członkiem sojuszu Bezpiecznypesel.pl, to obecność naszego PESEL-u w bazie może nic nie pomóc. Jak działa Bezpiecznypesel.pl? Próbowałem go przetestować na własnej skórze. Trzeba, niestety, podać sporo danych oraz wysłać portalowi skan swojego dowodu osobistego (na szczęście połączenie jest szyfrowane, ale i tak nie jest to komfortowa sytuacja, gdy trzeba przekazać skan dowodu anonimowej w sumie firmie CRIF (z kapitałem 50.000 zł), choć przecież należącej do dużej niemieckiej wywiadowni DeltaVista i "autoryzowanej" przez Związek Firm Pożyczkowych.

      bezpiecznypeselhpscreen

      Poza skanem dowodu - chcąc zastrzec swój PESEL - trzeba podać dane osobowe (razem z własnym nazwiskiem rodowym oraz imionami rodziców), adres zameldowania, numer telefonu i e-mail oraz jeszcze przepisać trochę danych z dowodu osobistego. Widać, że portal jest chałupniczym przedsięwzięciem, bo naprawdę nie widzę powodu, dla którego w XXI wieku, w erze botów, robotów i biometrii muszę podawać numer dowodu, datę wydania, datę ważności i nazwę organu administracyjnego, który wydał mi dokument, skoro skan zawierający te wszystkie numerki jednocześnie przesyłam. Cóż, ergonomia nie jest mocną stroną tej strony :-). Ale główny problem tkwi jednak w tym, że nie mam aż tak wielkiego przekonania co do bezpieczeństwa przekazywanych danych, jak w przypadku BIK-u (który działa już od ponad 20 lat), czy biur informacji gospodarczej (funkcjonujących na podstawie specjalnej ustawy)

      Na koniec znęcania się nad - pozytywną w sumie - inicjatywą Bezpiecznypesel.pl muszę niestety dodać, że po pracowitym wpisaniu wszystkich informacji na swój temat (zabrakło chyba tylko rozmiaru buta i koloru włosów) okazało się, że wyskoczył jakiś błąd i nie mogłem zastrzec swojego PESEL-u. Cóż, był weekend. Gdyby chociaż pojawił się jakiś sensowny komunikat o przyczynach fakapu, który dałby mi pewność, że przy okazji skan mojego dowodu osobistego nie został wysłany w kosmos i że nie przejmą go jakieś "pożyczkowe ufoludki"...

      error

      ALERTY BIK I FAIRPAY - CZY WARTO "SIĘ SPRAWDZIĆ"? Jakkolwiek by nie oceniać umiejscowienia i jakości działania bazy Bezpiecznypesel.pl, jest to kolejna z dostępnych opcji, która - o ile dane zbierane tam nie "wyciekają" do złych ludzi - zmniejsza ryzyko wyłudzenia pieniędzy na nasze konto. Bardzo bym chciał, żeby podobną usługę wreszcie wprowadziło Biuro Informacji Kredytowej, w którym danymi o naszych kredytach wymieniają się banki. Skoro jesteśmy przy usługach, które pozwalają chronić naszą tożsamość, to od razu napiszę o pozostałych, które są na rynku. Wspomniany BIK ma w ofercie internetowe konto, które pozwala zarejestrowanemu klientowi uzyskać wszystkie dane o kredytach, które w przeszłości ów klient spłacał, spłaca obecnie (zwłaszcza o ich statusie - czy nie są oznaczone jako spłacane nierzetelnie) oraz pobrać ocenę punktową - tę samą, której używają banki przy szacowaniu naszej zdolności kredytowej.

      W pakiecie są też alerty, czyli wysyłanie na podany numer telefonu informacji, że jakiś bank lub firma pożyczkowa zaglądała do naszej "szufladki" w bazie BIK. Jeśli zaglądała, to może znaczyć, że ktoś próbował się pod nas podszyć. Całość tych usług na próbę - przez dwa miesiące - jest za darmo lub za symboliczną złotówkę, zaś później trzeba płacić 79 zł rocznie. Ale samą usługę alertów - a to ona tak naprawdę jest nam potrzebna do ochrony przed złodziejami tożsamości - można mieć za 19 zł rocznie. I do skorzystania z takiego pakietu mini zachęcam. Podobną usługę - i to za darmo - ma w ofercie Krajowy Rejestr Długów, czyli prywatna firma, która zbiera dane o rzetelnych i nierzetelnych płatnikach. Na jego stronie internetowej można założyć sobie bezpłatne konto FairPay i sprawdzić czy jakiś bank lub firma pożyczkowa zaglądała do jej bazy i pytała o nas. Usługa alertów w BIK, konto FairPay w KRD oraz zastrzeżenie PESEL-u na stronie Bezpiecznypesel.pl to w sumie może być dść solidny pakiet chroniący naszą tożsamość.

      dywidendalogo11ZAPRASZAM NA WEBINAR O FUNDUSZACH! Jak w miarę bezpiecznie lokować oszczędności w fundusze inwestycyjne i surowce dla dywidendy i nie tylko? O tym - wspólnie z Albertem Rokickim, prowadzącym blog Longterm.pl, opowiem w najbliższy wtorek o godz. 19.00. Będzie coś dla początkujących ciułaczy, którzy myślą co by tu zrobić, żeby ich pieniądze w bankach nie traciły na wartości, jak również coś dla bardziej zaawansowanych inwestorów, którzy chcieliby rekomendacji w które fundusze dziś warto wkładać pieniądze. Formularz zapisu na webinar jest tutaj. Klikajcie, liczba miejsc ograniczona!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Boisz się, że wyłudzą pożyczkę na twoje dane? Są już trzy miejsca, które przed tym chronią. Testuję!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 marca 2017 11:09
  • sobota, 11 marca 2017
    • Uber był u mnie skończony. Ale... zaczął się wszystkiego "domyślać". UberPool nadchodzi

      ubergraphŚwiat pędzi coraz szybciej i to, co wczoraj było megainnowacją, dziś jest normalnością. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu taxi z aplikacji było absolutną nowością. Kiedy Uber wszedł do Polski ze swoimi kontrowersyjnymi usługami społecznościowych przejazdów, dosłownie "pozamiatał" rynek. Możliwość zamówienia taksówki jednym klikiem, z poziomu aplikacji w smartfonie, a później zapłacenia w ogóle bez klikania była rzeczą nie do pomyślenia w "zwykłej" korporacji taksówkowej. Teraz już nie jest, bo aplikacje do mobilnego zamawiania taksówek mają już nawet drugorzędne korporacje. Być może nie tak ergonomiczne, jak ta uberowa, ale też znośne. W pewnym sensie korporacje taksówkowe odzyskały przewagę konkurencyjną. Uber wciąż jest od nich tańszy, ale... nie jest już jedyną opcją zamówienia samochodu przez smartfona, a jego kierowcy już nie są tacy uśmiechnięci i zadowoleni, jak kiedyś (bo coraz częściej to przepracowani obcokrajowcy, wyzyskiwani przez pośredników i samego Ubera).

      Czytaj też: Taksówką taniej, niż własnym samochodem? Zapłać z aplikacji, 50% zniżki

      Czytaj też: Nowy pomysł taksówkarzy! Zamówisz ich przez.... bank w smartfonie

      Czytaj też: A to dobre! Pomysł kolejarzy. Wysiadasz z pociągu, a tu już czeka szofer

      Mając do wyboru: jechać "tradycyjną" taksówką zamawianą przez aplikację lub gruchotem z niezorientowanym w topografii miasta uberowcem za kierownicą, będąc w czasie tej podróży nieubezpieczonym (taksówkarze mają specjalne ubezpieczenie dla zawodowych kierowców, a uberowcy klasyczną polisę OC/AC, która jednak też chroni pasażerów, choć nie wiem czy równie dobrze) i nie mogąc poruszać się bus-pasami - coraz częściej wybieram to pierwsze, choć jest to opcja trochę droższa. Ale Uber nie dlatego jest Uberem, że daje się bezkarnie doganiać. Niedawno opisywałem aplikację UberEats, dzięki której można zamówić do domu jedzenie. W Indiach Uber testuje usługę UberHire, czyli auto na wyłączność przez określoną liczbę godzin (idealna opcja dla turystów, którzy chcieliby jak najwięcej zwiedzić w krótkim czasie). Wkrótce pewnie będzie też wprowadzał UberPool, czyli jeszcze tańszą opcję przewozową, dzięki której kilka osób znajdujących się na trasie przejazdu kierowcy będzie mogło się dosiąść, dzięki czemu przejazd będzie w cenie biletu tramwajowego.

      Czytaj też: Uber wprowadza ofertę dla klientów pragnących wygody. Lux-torpedy!

      Czytaj też: UberNITE, czyli tani powrót z nocnej impry. Taksówkarze mogą iść spać?

      Czytaj: Kolejki w przychodni? Jest już Uber dla pacjentów. Lekarz z aplikacji! Z dostawą

      ZACZNIJ OD KOŃCA, CZYLI WKURZAJĄCY KROK W TYŁ... Jakkolwiek zniechęciłem się trochę do Ubera po tym jak został technologicznie "dogoniony" przez tradycyjne korporacje - które najwyraźniej przeczytały moje trzy punkty, dzięki którym "zabiją" tańszego konkurenta -  to ostatnio "uberek" znów zaczął mnie przyciągać. Portale poświęcone nowinkom technicznym już w zeszłym roku zapowiadały nową aplikację Ubera jako kolejny hit, ale ja miałem okazję z niej skorzystać dopiero niedawno. I przyznam szczerze, że to jest znowu ucieczka do innego świata. Co można wymyślić nowego w prostej apce, której istotą jest zamawianie taksówki jednym klikiem i płacenie bez żadnych klików? Wydawałoby się, że niewiele, ale jednak oni znów zmiażdżyli taksówkarzy. W pierwszym rzucie trochę mnie wkurzyli, bo apka od razu po uruchomieniu wymusza wpisanie miejsca docelowego. W poprzedniej wersji wystarczyło kliknąć, by auto przyjechało w miejsce, w którym akurat się znajdujemy. Można było wpisać też miejsce docelowe, ale nie było to konieczne. Teraz apka to wymusza.

      ubenew3

      ... ŻEBY ZROBIĆ CZTERY WPRZÓD. UBERPOOL NADCHODZI! Chyba wiem dlaczego: aby możliwie najlepiej wykorzystać czas kierowcy, m.in. na potrzeby usługi UberPool. Apka musi wiedzieć dokąd chcemy się udać, gdyż łącząc miejsca startowe i docelowe zgłaszających się klientów uberowy "silnik" będzie w stanie ułożyć trasę kierowcy w taki sposób, by pasowała jak największej liczbie użytkowników. A następnie zaproponować tym ostatnim atrakcyjną cenę. UberPool - jeśli wypali - to może być usługa, która na dobre odróżni Ubera od korporacji taksówkowych. A w dodatku trafiająca w potrzeby młodych ludzi, którzy mniej potrzebują luksusów, a bardziej zależy im na dobrej cenie, być może porównywalnej do ceny biletu na autobus. Startowanie od pytania "dokąd jedziemy" jest więc krokiem w tył, który Uber wykonuje po to, by za chwilę wykonać cztery kroki wprzód. Na szczęście dalej są już zmiany, które już dziś są zmianami na lepsze.

      UBER JUŻ "WIE" DOKĄD CHCIAŁBYŚ POJECHAĆ. Widzę więc w nowej aplikacji Ubera podpowiedzi: trzy miejsca, w które mógłbym chcieć pojechać. Podobno apka jest "inteligentna", a więc uczy się na podstawie tego gdzie się regularnie poruszamy. I jeśli w każdy wtorek jadę na trening tenisowy, to po odpaleniu apki Uber zaproponuje mi właśnie kurs do klubu tenisowego. Nota bene ostatnio tak samo zaczął mi "pomagać" smartfon. Dziwnym trafem za każdym razem, gdy wsiadam do samochodu, na telefonie pojawia mi się powiadomienie push z informacją jak długo będę jechał tam, gdzie - zdaniem "pana smartfona" - zamierzam jechać. I wiecie co? W 75% przypadków mój smartfon dobrze się domyśla dokąd jadę. Takie "domyślanie się" dokąd zamierzam się właśnie przemieścić to klucz do sukcesu każdej aplikacji transportowej. Uber to wie i właśnie na to stawia. Tej funkcjonalności nie zauważyłem na razie w żadnej innej aplikacji taksówkowej. A używam ich kilka (w tym wszystkich najpopularniejszych).

      KLIKASZ MORDKĘ ZNAJOMEGO I... JUŻ ZAMÓWIŁEŚ KIEROWCĘ. To wstęp do bardziej zaawansowanych usług - łączenia aplikacji Ubera z kalendarzem google'owym (dzięki temu podpowiedzi gdzie chciałbym pojechać będą jeszcze bardziej precyzyjne - apka nie będzie się musiała niczego "domyślać", tylko będzie podpowiadała "na pewniaka") oraz z listą wybranych znajomych. Dzięki czemu ci znajomi będą widzieli gdzie aktualnie się znajdujemy, a jeśli udostępnią apce swoją lokalizację, to nie będzie trzeba wpisywać nawet adresu docelowego, wystarczy kliknąć mordkę znajomego, a Uber już będzie wiedział gdzie ma jechać. Apka już dziś od razu wyświetla spodziewaną cenę za przejazd - w przyszłości będzie wyświetlała wszystkie dostępne opcje, czyli nie tylko UberPop i UberSelect (czyli wygodniejsze samochody w nieco wyższej cenie), ale i UberPool.

      ubernew2

      WRESZCIE NIE TRZEBA SIĘ "GANIAĆ" Z KIEROWCĄ? Zauważyłem też w nowej apce (choć nie w każdym przypadku) wskazówki, które mają mi pomóc trafić do zamówionego samochodu szybciej. Tu też Uber trafił w sedno: jedną z największych wad smartfonowych korporacji taksówkowych jest bowiem konieczność wzajemnego znajdowania się klienta i kierowcy. Kiedyś, gdy na dużym skrzyżowaniu straciłem 10 minut, by spotkać się z kierowcą, tłumaczył mi wtedy, że geolokalizacja nie jest wystarczająco precyzyjna i nie pokazuje dokładnie miejsca pobytu klienta. Z kolei kierowca nie wszędzie może wjechać i zaparkować. No i Uber zaczął podpowiadać użytkownikom gdzie najlepiej się udać, żeby zbyt długo nie szukać kierowcy. To jest coś.

      Wydawało mi się, że spokojnie może uberową aplikację "przenieść do archiwum" - mam apki MyTaxi, mam iTaxi, inne korporacje też mają swoje aplikacje taksówkowe. "Prawdziwa" taksówka ma wykwalifikowanego, znającego miasto kierowcę (coraz częściej nie stęka i nie narzeka), może poruszać się szybciej, bo bus-pasami i jest tylko trochę droższa od Ubera (nie czeka się też dużo dłużej na samochód, choć muszę przyznać, że przeważnie Uber przyjeżdża szybciej, niż jakakolwiek taksówka). Poza tym Uber wyzyskuje pracowników (albo pozwala to robić pośrednikom, którzy go oplatają), nie płaci podatków w Polsce, są podejrzenia, że uprawia nieuczciwą konkurencję (choć żaden sąd prawomocnie tego nie potwierdził, a gdyby nie ten Uber... świat taksówkowych korporacji nadal byłby przaśny, jak w latach 80-tych). Jednak wygląda na to, że Uber znów "odjeżdża" konkurentom. A jak "odpali" UberPool, to może być jeszcze ciekawiej.

      dywidendalogo11ZAPRASZAM NA WEBINAR O FUNDUSZACH! Jak w miarę bezpiecznie lokować oszczędności w fundusze inwestycyjne i surowce dla dywidendy i nie tylko? O tym - wspólnie z Albertem Rokickim, prowadzącym blog Longterm.pl, opowiem w najbliższy wtorek o godz. 19.00. Będzie coś dla początkujących ciułaczy, którzy myślą co by tu zrobić, żeby ich pieniądze w bankach nie traciły na wartości, jak również coś dla bardziej zaawansowanych inwestorów, którzy chcieliby rekomendacji w które fundusze dziś warto wkładać pieniądze. Formularz zapisu na webinar jest tutaj. Klikajcie, liczba miejsc ograniczona! 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Uber był u mnie skończony. Ale... zaczął się wszystkiego "domyślać". UberPool nadchodzi”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 11 marca 2017 09:47
  • piątek, 10 marca 2017
    • Jak tu nie kochać takiego banku? O wszystkim pamięta i nie pozwoli zbłądzić. Prawie jak żona ;-)

      Jak będą wyglądały banki w przyszłości? I czy w ogóle będą wyglądały? ;-). Patrząc na to jak sprawnie firmy technologiczne zabierają bankom klientów w szybkich pożyczkach, wymianie walut i przesuwaniu pieniędzy ponad granicami, czy w inwestowaniu oszczędności (w Polsce ten trend dopiero się ujawni, ale na Zachodzie już straszy) - rzeczywiście można się obawiać o los banków. Dla bankowców jest kilka ścieżek ratunkowych: mając dostęp do milionów klientów mogą przesterować działalność w kierunku oferowania mobilnych, spersonalizowanych programów lojalnościowych (i zacząć zarabiać na zmianie naszych nawyków zakupowych). Mogą też stać się "centrum autoryzacji", czyli ułatwiać załatwianie spraw urzędowych, podatkowych (i innych wymagających potwierdzania tożsamości) z wykorzystaniem bankowości internetowej.

      Trzeci pomysł - najtrudniejszy - to stać się dla każdego klienta "przyjacielem domu". Czytać mu w myślach, oferować maksymalnie dopasowane usługi jeszcze zanim klient o nich pomyśli, przewidywać jego przyszłe potrzeby i kreować nowe. Klient w ten sposób "zarządzany" będzie wierny i profitodajny, a w dodatku jeszcze zadowolony. Na czym polega trudność? Banki nie potrafią jeszcze wykorzystać tej masy informacji, które o nas mają. Wiedzą gdzie mieszkamy, co i gdzie kupujemy oraz ile mamy pieniędzy, ale nie potrafią na tej podstawie wysnuć trafnych wniosków i podsunąć odpowiednich rozwiązań, innych dla każdego klienta. System informatyczny, który ma pozwolić bankowi być "przyjacielem domu" miałem okazję niedawno zobaczyć w Efigence - jednej z polskich firm technologicznych, które specjalizują się w dostarczaniu bankom rozwiązań do obsługi klientów. To rodzaj "silnika", którego możliwości wyglądają na pierwszy rzut oka imponująco, ale który jeszcze nie działa w żadnym "samochodzie". 

      FORECASTER, CZYLI BANK PRZYPOMNI O URODZINACH ŻONY. W Efi4 - bo tak się nazywa ów system - zaszyty jest "uczący się" mechanizm przewidywania potrzeb klienta. Daleko bardziej wysublimowany, niż podpowiadanie bankowi którym klientom powinien wysłać zaproszenie do wzięcia kredytu, a którym do założenia lokaty (a nawet z tym banki miewają dziś poblemy). Tu mówimy o systemie, który na podstawie tego, że klient w lipcu zeszłego roku wypuścił przelew do firmy turystycznej, a potem zwiększył limit karty kredytowej, już w lutym zaproponuje mu założenie celowego konta oszczędnościowego z automatycznym zasilaniem w wysokości np. 500 zł miesięcznie. Albo: na podstawie wieści, że w sierpniu i wrześniu zeszłego roku kupowaliśmy intensywnie w sklepach papierniczych i księgarniach (a w historii przelewów są też takie na konto szkoły) podpowie, że na początku sierpnia warto kupić zeszyty i kredki, bo są tańsze. Albo: na podstawie wiedzy o kliencie przypomni, że jutro jego żona ma urodziny i można jednym klikiem zamówić dla niej kwiaty. Oczywiście zamówienie kwiatów oznaczać będzie tylko jeden klik.

       Efi4_Forecaster1

      System, który widziałem, "myśli" w perspektywie kilku lat i chyba to go wyróżnia na tle rozwiązań już dziś funkcjonujących w polskich bankach. Prognozuje długoterminowy cash-flow klienta i potrafi przewidzieć z odpowiednim wyprzedzeniem zarówno jego potrzeby kredytowe - co jeszcze może nie jest taką wielką sztuką - jak i zaplanować takie oszczędzanie, żeby klient tych potrzeb kredytowych nie miał. "Myśli" też szerzej, bardziej kompleksowo, niż bankowe systemy tego typu, które codziennie nas "obrabiają". Wykorzystuje bowiem kalendarz do sugerowania klientowi indywidualnych posunięć związanych z jego pieniędzmi lub życiem rodzinnym. Może np. zaroponować w maju zakup karty walutowej wiedząc, że klient rok w rok w czerwcu wyrusza za granicę i na miejscu płaci "polską" kartą, płacąc wysokie prowizje za przewalutowanie. Jeśli to tak będzie działało po zainstalowaniu w banku, to możemy mieć rzeczywiście nowy poziom relacji klienta z bankiem. Zamiast strzelać na oślep, bank będzie pomagał planować domowe finanse i myśleć za klienta.

      Czytaj też: Chcesz pożyczyć pieniądze? Daj login do Facebooka. To już działa!

      JEDEN PULPIT-WSZYSTKIE BANKI. Bankowcy bardzo obawiają się europejskiej regulacji PSD2, która ma pozwolić firmom technologicznym "przysysanie się" do bankowych systemów i oferowanie usług klientom banków. Nie wiadomo jeszcze jak to będzie wyglądało od strony technicznej i jakie będą wymogi dotyczące bezpieczeństwa, ale zasadniczo chodzi o to, że jeśli jakaś firma technologiczna np. będzie oferowała rozwiązania dotyczące płatności internetowych, to będzie mogła pobierać pieniądze bezpośrednio z konta klienta w banku. Albo: jeśli firma technologiczna będzie chciała zaproponować klientowi "menedżera domowych finansów", to będzie się mogła "przyssać" do banków, żeby wyciągnąć z nich dane (to rozwiązanie zaproponowała osattnio w Polsce jedna z firm pożyczkowych). System, który widziałem w Efigence, pozwala klientowi "ściągnąć" na jeden pulpit - w ramach systemu banku - sald, historii transakcji i list kontrahentów z innych banków. Możliwe ma być nawet... inicjowanie transakcji w ciężar kont, które klient ma w innych bankach! Nie trzeba będzie pamiętać loginów i haseł do kilku banków. Jeden bank może się stać centrum domowych finansów klienta. Mocne.

      ZALOGOWANY? NIEZALOGOWANY? BEZ ZNACZENIA. System ma też funkcję, która de facto pozwala kupować usługi finansowe "przy okazji". Dziś albo jesteś zalogowany w systemie transakcyjnym i wtedy możesz zamawiać nowe produkty i usługi, albo nie jesteś zalogowany i możesz sobie co najwyżej pooglądać reklamy lub banery danego produktu w ramach serwisu informacyjnego banku. Albo jesteś "przed zalogowaniem", albo "po zalogowaniu". Nie ma stanów pośrednich. A w nowym rozwiązaniu będzie można autoryzować zakup produktu w każdej chwili, niezależnie od tego czy się jest zalogowanym klientem, czy nie. Np. czytam sobie o debecie i w pewnym momencie okazuje się, że jestem o dwa kliknięcia od jego otrzymania. Jeśli jestem klientem banku, to nie ma potrzeby, bym wypełniał skomplikowany wniosek i wpisywał np. jak się nazywam. Bank w każdym momencie może wykorzystywać to, co wie o kliencie, żeby ten klient mógł kupować najłatwiej jak tylko się da. W połączeniu z personalizacją przekazu (czyli możliwością wyświetlania każdemu klientowi innej strony głównej) to może być killer, który znacznie zwiększy skuteczność sprzedaży produktów bankowych przez internet.

       Efi4_Dashboard2

      Bank przyjazny klientowi, który pomaga mu w zarządzaniu domowym budżetem i doradza jak uniknąć drogiego kredytu? Cóż, brzmi to dziwnie, ale banki muszą znaleźć sposób na to, żeby w życiu konsumentów znaczyć coś więcej, niż "rura z pieniędzmi" lub zginąć. Kolejna polska firma technologiczna dostarczająca nowoczesne systemy do obsługi klientów banków - Ailleron - uzupełnia pomysł Efigence o połączenie tradycyjnej bankowości, opartej na osobistym kontakcie doradcy z klientem z wideobankowością. Jej rozwiązanie nazywa się LiveBank i w przyszłości pozwoli rozumieć się z klientem bez słów.

      BANK ROZPOZNA CIĘ PO TWARZY. I SPRAWDZI CZY JESTEŚ WKURZONY. Ailleron wdrożył już różnego rodzaju wideocentra obsługi klienta w polskich i zagranicznych bankach (zamiast dzwonić do banku włączasz kamerkę w komputerze i rozmawiasz z doradcą na żywo), ale w bliskich planach ma skok w nową erę. Otóż projektanci LiveBanku zamierzają ubogacić go o rozpoznawanie twarzy klienta oraz... jego emocji. Rozpoznawanie twarzy, podobnie jak głosu, może pozwolić na autoryzację klienta bez konieczności podawania loginów i haseł. A rozpoznawanie emocji może być dla konsultanta "podpowiedzią" w jaki sposób rozmawiać z klientem i czy w ogóle jest sens podchodzić do niego z ofertami marketingowymi. Poza rysami twarzy i barwą głosu LiveBank ma też rozpoznawać cechy dowodu tożsamości, a więc pozwolić na zakładanie konta przez wideoczat (takie rozwiązanie z jednego z banków austriackich ostatnio opisywałem w blogu),

      efi44

      UMOWĘ PODPISZESZ NA TABLECIE. Bankowanie przez wideo pozwala nie tylko na rozpoznawanie twarzy, głosu, dokumentu tożsamości, ale też... podpisu klienta. Bankowy konsultant, dostępny za pomocą wideoczatu, może najpierw wytłumaczyć klientowi warunki umowy o konto, kartę lub kredyt, następnie pokazać klientowi dokument z najważniejszymi zapisami, a na koniec przyjąć od niego "wirtualny" podpis, złożony na ekranie tabletu lub smartfona. Łącząc świat proponowany przez Effigence z tym, który rysuje Ailleron otrzymujemy bank, który nie tylko potrafi skutecznie przewidywać nasze potrzeby, podsuwać pomysły nie na oślep, lecz trafione "w punkt" i nie tylko potrafi być centrum całych rodzinnych finansów, ale też ma ludzką twarz konsultanta, który zrozumie klienta lepiej, niż jego własna matka, bo "czyta" mu z twarzy. A do tego pozwala załatwić wszystkie sprawy bez logowania, formularzy, stosu danych - na twarz. I jak Wam się podoba? Bank naszym przyjacielem jest?

      efi45

      PRZECZYTAJ MOJE RELACJE Z WORLD MOBILE CONGRESS. W tym roku miałem okazję dotknąć niedalekiej przyszłości i zobaczyć na targach w Barcelonie innowacje szykowane konsumentom przez największe światowe firmy technologiczne. Płaciłem okiem, widziałem inteligentne okulary, ubrania, które same wzywają pomoc kiedy trzeba, samochody, które same płacą za paliwo. Zaś mój mózg sam wybierał sobie to, co powinienem kupić. Już w tym roku zobaczymy w Polsce parkowanie przez internet i urządzenia do pomiaru zużycia prądu, które pozwolą nam obniżyć rachunki. O tym wszystkim przeczytasz z moich relacji z WMC 2017:

      GSMA_mobile_world_congress_MWCCzytaj: Płaciłem okiem, a mój mózg sam decydował co mam kupić. Dziwna przyszłość  

      Czytaj: Te "inteligentne" okulary zastąpią smartfona i kartę płatniczą?

      Czytaj: To może być prawdziwa bomba. Ekran, który jest... terminalem płatniczym!

      Czytaj: Jest jeszcze szybszy i wygodniejszy sposób płacenia smartfonem! Debiut!

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy stażem bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym, a także Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych i BPH TFI. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "KASOWNIK SAMCIKA". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Subskrybuj kanał YouTube "Subiektywnie o finansach"!

      Zapraszam też do obejrzenia spektakularnego cyklu wideo "OD OSZCZĘDZANIA DO INWESTOWANIA". W ośmiu odcinkach realizowanych przy "wsparciu" wszystkich możliwych żywiołów opowiadam o tym, jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Jak tu nie kochać takiego banku? O wszystkim pamięta i nie pozwoli zbłądzić. Prawie jak żona ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 10 marca 2017 09:13
  • czwartek, 09 marca 2017
    • Nie będzie przyspieszenia procesów o franki? Unijny sąd w rozkroku, a nasz ładuje z grubej rury

      Wygląda na to, że ci frankowicze, którzy czują się oszukani i oczekują przewalutowania lub unieważnienia swoich kredytów, będą skazani na walkę w sądach. Po słynnym wywiadzie Jarosława Kaczyńskiego wygląda na to, że władze ograniczą się raczej tylko do nakazania bankom zwrotu spreadów. Być może bankowcy będą mieli dla frankowiczów jakieś propozycje ugodowe (np. nadpłać kredyt, a dostaniesz małe umorzenie), ale na tym koniec. Wszystkie dalej idące oczekiwania będą wymagały walki w sądzie - grupowej (dłuższa ścieżka, do tej pory w ani jednym przypadku nie zakończona zwycięstwem, ale za to tańsza) albo indywidualnej (szybsza, czasem z dobrym finałem, lecz droższa). Oczywiście bez żadnej gwarancji sukcesu. Niepewność wyniku może ograniczyć liczbę walczących konsumentów do kilku procent wszystkich frankowiczów. A więc do liczby z punktu widzenia banków niegroźnej.

      Czytaj też: Bank chciał być sprytny i zamienił składkę na prowizję. Ale zrobił mały błąd

      Czytaj też: Frankowicze wygrywają wszystko i wszędzie? Te dwa wyroki mrożą krew

      Czytaj też: Spór o prowizje prawników. Czy zdzierają z frankowiczów skórę tak, jak banki?

      Aby run frankowiczów na sądy stał się masowy musiałaby się zdarzyć jedna z trzech rzeczy. Po pierwsze Sąd Najwyższy musiałby wyraźnie wesprzeć frankowiczów nową wykładnią prawa dotyczącą legalności kredytów walutowych (dotychczasowa jest dla nich niekorzystna). Po drugie rząd musiałby poprawić ustawę o pozwach zbiorowych, by procesy przebiegały szybciej i były mniej skomplikowane proceduralnie. Po trzecie sądy musiałyby dojść do wniosku, że na abuzywność poszczególnych zapisów w umowach można patrzeć bardzo szeroko, rozciągać ją na wszystkie przypadki, w których "trefny" zapis został umieszczony. To ograniczałoby sprawy sądowe tylko do ustalania jak ukarać abuzywność, nie trzeba byłoby już sprawdzać czy w danej umowie są abuzywne zapisy (a to zajmuje sądom najwięcej czasu).

      Sprawa jest bowiem taka, że w przypadku umów kredytowych czterech banków (Banku Millennium, mBanku, DNB i BPH) sąd bardzo wysokiej rangi - Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów - uznał, iż zawierają one niewiążące konsumentów, niegodne i nieprecyzyjne zapisy dotyczące ustalania wysokości rat kredytowych. Tylko w tych czterech, choć bardzo podobne lub identyczne zapisy są w umowach kredytowych wielu innych banków. I gdyby sądy automatycznie stwierdzały, iż te zapisy też są abuzywne - procesy dawałoby się rozstrzygać w ekspresowym tempie, zaś klienci mieliby zwycięstwa w garści (pozostawałoby tylko pytanie o konsekwencje abuzywności, a więc o "wymiar kary"). Takie postawienie sprawy to tzw. rozszerzona prawomocność abuzywności klauzul.

      Czytaj też: Ważny wyrok unijnego trybunału! Pomoże też polskim frankowiczom?

      Czytaj: Nieważne polisy, bezprawne kredyty... Oto przełomowe wyroki ostatnich miesięcy

      Polski Sąd Najwyższy pod koniec 2015 r. uznał, że nie wolno rozszerzać abuzywności klauzul na banki, których zapisy nie zostały ocenione przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nawet jeśli zapisy przez nie stosowane są identyczne jak te, które SOKiK osądził. Podobnie stawia sprawę nowa ustawa rozszerzająca uprawnienia Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Jeśli UOKiK uzna jakieś postanowienie za niedozwolone, to jego decyzja może dotyczyć tylko tej konkretnej firmy, nie zaś innych - nawet jeśli stosują zapisy identyczne. W zasadzie należałoby w tym momencie spuścić zasłonę milczenia i uznać sprawę za przegraną, gdyby nie orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z grudnia 2016 r. (sygnatura C-119/15). Firma turystyczna z Polski stosowała "lewe" zapisy w umowach i UOKiK ukarał je karą finansową. Firma się odwołała, bo doszła do wniosku, że "jej" klauzula nie jest wpisana do rejestru klauzul abuzywnych. Owszem, jest wpisana identyczna, ale... wzięta z umowy innej firmy.

      Polski sąd, rozpatrując odwołanie firmy turystycznej, zapytała unijny Trybunał: jak to jest z tą rozszerzoną prawomocnością? Czy jeśli jakiś zapis jest już wpisany do rejestru zakazanych klauzul, to można za to "ścignąć" inną firmę, która stosowała zapis identyczny? Gdyby unijny Trybunał powiedział, że tak, to oznaczałoby dużą zmianę jakościową - rejestr klauzul niedozwolonych przestałby być mało znaczącym śmietnikiem, a zacząłby stanowić prawdziwy rejestr zapisów, których nie wolno stosować nigdzie. A jeśli ktoś stosuje taki lub podobny - bardzo łatwo może wygrać sprawę w sądzie. Jaka więc była odpowiedź unijnego Trybunału Sprawiedliwości?

      "Dyrektywę z 5 kwietnia 1993 r. w sprawie nieuczciwych warunków w umowach konsumenckich oraz dyrektywę z 23 kwietnia 2009 r. w sprawie nakazów zaprzestania szkodliwych praktyk w celu ochrony interesów konsumentów należy - w świetle art. 47 Karty praw podstawowych Unii Europejskiej - interpretować w ten sposób, że nie stoją one na przeszkodzie temu, by stosowanie postanowień wzorców umów o treści tożsamej z treścią postanowień uznanych za niedozwolone prawomocnym wyrokiem sądu i wpisanych do krajowego rejestru postanowień niedozwolonych mogło zostać uznane w stosunku do innego przedsiębiorcy, który nie brał udziału w postępowaniu zakończonym wpisem owych postanowień do wspomnianego rejestru, za działanie bezprawne..."

      Potrafilibyście napisać tak długie zdanie? ;-). Nie? To wiecie już dlaczego nie pracujecie w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Z tego przydługiego zdania wynika, że można sobie wyobrazić rozszerzoną prawomocność w przypadku postanowień umów identycznych lub bardzo podobnych do tych, które zostały już wpisane do rejestru klauzul abuzywnych. Hurrra? Nie do końca. To zdanie bowiem jeszcze się nie skończyło. Jego druga część brzmi tak:

      "... pod warunkiem, że przedsiębiorcy temu przysługuje skuteczny środek prawny zarówno przeciwko decyzji uznającej tożsamość porównywanych postanowień (...) jak i przeciwko decyzji ustalającej w danym wypadku kwotę kary"

      A więc wszystko co powyższe jest prawdziwe pod warunkiem, że ten, kto został oskarżony o stosowanie klauzuli już podobnej do zakwestionowanej będzie miał możliwość odwołania się od "rozszerzonej prawomocności" i do niezależnego, obiektywnego sprawdzenia czy rzeczywiście powinien być spalony na tym samym stosie, co firma, której zapis z umów został wpisany do rejestru zakazanych klauzul. Czyli nie jest wcale tak różowo, bo rozstrzygnięcie TSUE w tej sprawie jest wybitnie salomonowe. Tak w każdym razie interpretują je portale prawnicze. A co słychać w tej sprawie w polskich sądach? Wpadł mi ostatnio w ręce wyrok sądu drugiej instancji w sprawie pewnego wypowiedzianego przez bank kredytu frankowego.

      Klienci podjęli próbę podważenia wystawionego przez bank tytułu egzekucyjnego (BTE). Dość często się to udaje (sędziowie nierzadko dochodzą do wniosku, że dług klienta został wyliczony na podstawie nieprezycyjnej klauzuli, dlatego nie można "przyklepać" BTE, bo nie wiadomo ile klient jest bankowi winien), ale nie tym razem. Sąd zmiażdżył kredytobiorców po całości, dochodząc do wniosku, że skoro klienci podpisali aneks pozwalający im spłacać raty bezpośrednio we frankach, to abuzywność w ich umowie została usunięta. A nawet jeśli kiedyś istniała, to klienci akceptowali ją prawidłowo obsługując kredyt. I nawet gdyby to wszystko pominąć, to i tak klienci nie wykazali związku między abuzywnością zapisów umowy, a tym, że nie spłacali kredytu (jak gdyby miało to jakiekolwiek znaczenie). Sąd uzasadniał, że gdyby to był kredyt złotowy, to i tak by go nie spłacili. Taaaak, a gdyby babcia miała wąsy... Absolutnie inne spojrzenie od tego, które relacjonowałem przy okazji kilku ostatnich, korzystnych dla konsumentów wyroków.

      Czytaj też: Wyrok sądu niczym dobry thriller. Klient przegrywa po całości, ale...

      Obejrzyj też: Ale kowboj! Wydając wyrok zbeształ nawet Sąd Najwyższy

      Wniknij: Parszywa dwudziestka, czyli o wyroku, który może kosztować pół miliarda

      Podnieć się: Uzasadnienie tego wyroku to hit. Nawet bank nie znał... umowy

      Unieś się: W Toruniu drugi przewrót kopernikański? Sędzia wzruszył... kredyt

      Ale nie o tym chciałem. Wśród wielu argumentów, które sąd drugiej instancji podniósł, by dać zielone światło do egzekucji długów frankowiczów, padł też ten dotyczący rozszerzonej prawomocności. Klienci podnieśli bowiem zarzut, iż klauzula w ich umowie była w zasadzie identyczna do jednej z już wpisanych do rejestru klauzul niedozwolonych, prowadzonego przez UOKiK. Sąd chwilkę pomyślał i przyładował z grubej rury (I ACa 645/16):

      rozszerzona_prawomocno

      A więc - zdaniem sądu - nie ma mowy o tym, że coś, co już na pierwszy rzut oka wygląda na abuzywne (bo jest bardzo podobne lub wręcz identyczne z tym, co już oficjalnie zostało uznane za abuzywne) sąd mógłby uznać "z automatu" za abuzywne. Przeciwnie, sąd musi się nie przejmować jakimiś przypadkami podobnymi lub identycznymi, lecz powinien zbadać konkretną klauzulę w oderwaniu od kontekstu podobnych spraw. I jeszcze...

      rozszerzona_prawomocno2

      Wygląda więc na to, że albo Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej będzie się wyrażał bardziej precyzyjnie, albo niestety nie będziemy mieli szans na aż tak prokonsumenckie spojrzenie sądów, by upraszczało sądową gehennę frankowiczów. Coś co już na pierwszy rzut oka jest jabłkiem może sobie tym jabłkiem być, ale sąd i tak musi pracowicie i skrupulatnie sprawdzić, czy to aby nie jest gruszka.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Nie będzie przyspieszenia procesów o franki? Unijny sąd w rozkroku, a nasz ładuje z grubej rury”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 09 marca 2017 09:05

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line