Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 18 czerwca 2009
    • Bank Pomysłów, czyli pękająca skorupa bankozaura

      W ostatnim czasie banki nie cieszą się dobrą opinią wśród klientów. Trudno się dziwić - te afery z wymuszaniem wyższych marż kredytowych, to zaostrzanie warunków przyznawania pożyczek, te podwyżki prowizji... No i spowodowane giełdową bessą  chudsze portfele wielu klientów, którym bankowi doradcy dwa lata temu doradzali inwestowanie wszystkich oszczędności w akcje. Brrrr...

      W tych okolicznościach szczególnie cieszy, gdy banki podejmują próby zbliżenia się do klientów, nawiązania z nimi dialogu. Katastrofalne konsekwencje braku komunikacji z klientami widzieliśmy przy okazji słynnej akcji mStop i Nabici w mBank. Banki wyciągają wnioski z fali krytyki: taki np. Citi Handlowy do podwyżki opłat i prowizji przygotował się tak, jakby bez dobrej komunikacji groziło mu zrównanie z ziemią przez wkurzonych klientów (czytaj tutaj). I dobrze.

      Ciekawy pomysł na zacieśnianie więzi z klientami odkryłem ostatnio w BZ WBK. Bank prowadzi w internecie specjalną stronę www.bankpomyslow.bzwbk.pl. Klienci mogą zgłaszać na niej swoje pomysły i sugestie o tym jak ulepszyć pracę banku. Klienci mają najróżniejsze zgłoszenia: żeby można było zmieniać daty już zdefiniowanych przelewów przyszłych, żeby wykonując przelew wewnętrzny klient po wpisaniu numeru konta widział nazwę odbiorcy, żeby bank od razu blokował pieniądze, gdy klient zrobi przelew lub założy lokatę w dni wolne od pracy... A jeden z klientów zgłosił nawet kompleksowy projekt graficzny nowego serwisu transakcyjnego.

      Każdy zarejestrowany użytkownik - a jest ich obecnie ponad 600 - może oceniać pomysły innych klientow (na stronie są umieszczone specjalne barometry), w niektórych miejscach są adnotacje banku, że dany pomysł jest w fazie konsultacji lub realizacji. W sumie ciekawy pomysł, zwłaszcza z tym barometrem: jesteś za czy przeciw? Klienci BZ WBK zgłosili ponad 350 pomysłów, niestety nie wiem ile z nich ma szansę na realizację.


      Można powiedzieć: nic nowego. Internetowy mBank od początku działalności oferuje klientom forum dyskusyjne, ma radę klientów i prowadzi dla nich regularne czaty z pracownikami. Ale to bank internetowy, który od początku postawił na budowanie wokół siebie społeczności (zresztą ostatnio - gdy bank dopadł kryzys komunikacyjny - okazało się, że jest to broń obosieczna). W tradycyjnych bankach takie inicjatywy, jak banki pomysłów, mimo wszystko nie są jeszcze na porządku dziennym. Dobrze, że tzw. bankozaurom też zaczyna pękać skostniała skorupa.

      Chociaż akurat BZ WBK nie jest klasycznym przykładem bankozaura, bo od pewnego czasu stara się wyrobić wizerunek instytucji finansowej nastawionej na zmiany. Zwracał na to uwagę już Leo Benhakker, wciąż jeszcze trener narodowej drużyny piłkarskiej (klip poniżej). A ostatnio przypomina o tym Danny DeVito. A jak przypomina? Czytaj tutaj... oraz tutaj...


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 czerwca 2009 12:10
  • środa, 17 czerwca 2009
    • Kampania PZU: Pyszczku, żądam rozwodu!

      Na moim biurku... tfu... na ekranie mojego laptopa, pojawił się taki oto e-mail od znajomego. Przeczytajcie, bo to dość zabawne: ”Kilka dni temu, późnym popołudniem, wibruje telefon, sygnalizując nadejście SMS-a. Otwieram i czytam: Miśku, strasznie Cię przepraszam za to OC. Wprowadziłam Cię w błąd. W PZU rzeczywiście mają taniej niż obstawiałam. Miałeś racje, kocham Cię Pyszczku, wybaczysz?

      WIem, jest cała seria takich spotów reklamowych w telewizji, ogłoszeń w gazetach. Ale, na litość Boską, SMS wyglądający jak z prywatnego numeru (694 104 812), czuły (te Miśki, Pyszczki), toż gdyby to wpadło w mojej kobiety ręce - ani chybi powód do rozwodu. A mogło wpaść bo komórkę mam zarejestrowaną na firmę żony, firmę prowadzimy razem a z numeru korzystam ja. Numer mają wszyscy nasi zleceniodawcy, a żona odbiera jak swoją. I kto mi potem zwróci za podbite oko, puste, zimne noce na kanapie i adwokata? Żona nie ogląda reklam i nie skuma, że to po prostu pomysł agencji reklamowej. Lubię dobry żart, ale pomysł na promocję OC w PZU wydaje mi się mocno przesadzony”.

      No, w świetle tego listu wygląda na to, że nowa kampania PZU jest niebezpieczna jak MacGyver i nieobliczalna jak Strażnik Teksasu. Bardzo głośna w mediach, bo nie dalej jak w sobotę czołowy tekst w dziale gospodarczym poświęcili jej moi koledzy z „Wyborczej” Marcin Bojanowski i Irek Sudak. Cały tekst przeczytasz tutaj. Za to jeden ze spotów telewizyjnych kampanii możesz kontemplować poniżej:


      Solidaryzując się z kolegą, który nie lubi mieć podbitego oka, potłuczonych na głowie naczyń i wyrzuconego przez okno telewizora, chciałbym zapytać speców od marketingu w PZU, czy zobowiążą się pokryć straty moralne i materialne spowodowane swą własną kampanią reklamową. Są w tym kraju kobiety, które: a) czytają cudze SMS-y, b) nie oglądają telewizji. Ich faceci mają prawo się czuć, jakby byli na pokładzie Airbusa z zepsutą nawigacją. I przeżywać takie huśtawki nastrojów:



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Kampania PZU: Pyszczku, żądam rozwodu!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 17 czerwca 2009 14:53
    • Teoria spiskowa: prezes Pruski ofiarą zmowy ministrów?

      Po tym, jak we wtorek Skarb Państwa bez żenady przepchnął na walnym zgromadzeniu KGHM podwyżkę dywidendy (zamiast 7,16 zł spółka ma wypłacić 11,68 zł za akcję - 80 proc. ubiegłorocznego zysku) zacząłem się zastanawiać nad czystością intencji Ministerstwa Skarbu w przypadku innej kluczowej spółki z dużym udziałem państwa - PKO BP.

      Oficjalne stanowisko resortu w sprawie PKO jest takie: dywidendy za 2008 r. wziąć nie należy, bo to może zaszkodzić bankowi. Trzeba najpierw wypuścić akcje, zasilić bank świeżym kapitałem. A dopiero pod koniec bieżącego roku, kiedy będzie wiadomo, że bank finansowo ma się dobrze, można by wypłacić zaliczkowo dywidendę za 2009 r. Rada nadzorcza banku, kontrolowana przez skarb państwa, we wtorek potwierdziła tę strategię, nie opiniując pozytywnie zaproponowanego przez prezesa banku pakietu ”najpierw dywidenda, potem emisja”. I na dodatek sugerując, że prezes nie powinien dostać absolutorium. Piszę o tym tutaj.

      Ja też uważam, że nie należy ogołacać PKO BP z ubiegłorocznego zysku (choć zastrzegam - nie wiem w jak złej sytuacji jest budżet państwa). I nawet zastanawiałem się, czy skarb państwa będzie tolerował na stanowisku prezesa kogoś, kto realizuje wizję zupełnie odmienną - ”najpierw dywidenda, potem emisja”.

      Ale też - na ile znam prezesa Pruskiego - nie jest to człowiek skory do uprawiania partyzantki. I dlatego coś mi w tej sprawie nie pasuje. Jeśli zgłosił pomysł wypłaty megadywidendy, to być może jednak był to pomysł uprzednio skonsultowany z największym akcjonariuszem, Skarbem Państwa?

      Nie myślę teraz o ministrze finansów Jacku Rostowskim, choć to on wciąż jest głównym ”podejrzanym” o namawianie Pruskiego do dywidendy (zwłaszcza, że minister finansów otwarcie zachwalał pomysł Pruskiego). Załóżmy na chwilę, że projekt wypłaty całego zysku prezes Pruski skonsultował także z ministrem skarbu Aleksandrem Gradem. I że uzyskał nań zielone światło.

      Co działo się dalej? Okazuje się, że projekt wypłaty dywidendy zostaje przyjęty przez publiczność krytyką. Ministerstwo Skarbu postanawia natychmiast odciąć się od niego. I zrzucić całą winę na prezesa Pruskiego. Ten jest łatwym celem, bo przecież dopiero co - po błaganiach ministra skarbu i apelach ministra finansów - dał się namówić do zmiany zdania i wypłaty dywidendy. Wycofać się już nie może, musiałby po raz drugi w ciągu dwóch dni radykalnie zmienić publicznie wyrażany pogląd.

      Dlaczego minister skarbu miałby chcieć wpuścić prezesa PKO BP na minę? Nie jest tajemnicą, że między prezesem Pruskim a ministrem Gradem wielkiej miłości nie ma. Podobno to Grad zablokował plany Pruskiego, by kupić polski majątek bankowo-ubezpieczeniowej grupy AIG. Grad, odcinając się od Pruskiego, gra w rządzie rolę dobrego policjanta, który chce zatrzymać zysk w spółce. Ale tak naprawdę dąży do wspólnego celu z ministrem finansów - wypłaty dywidendy. A przy okazji pozbędzie się prezesa, mającego i osiągnięcia i dobre referencje - a więc do tej pory trudnego do wyeliminowania (zwłaszcza jeśli Skarb nie chce wzbudzać podejrzeń).

      Do gry włączają się też „rządowi” członkowie rady nadzorczej PKO BP. Nie opiniują pozytywnie projektów uchwał o dywidendzie i emisji (ale też nie wyrażają o nich opinii negatywnej). Tym samym wyrabiają sobie alibi na wypadek jakichś zarzutów ze strony Komisji Nadzoru Finansowego, która może prześwietlić bank po wypłacie megadywidendy. A wiceminister skarbu powoli szykuje grunt pod jakiś wariant „dywidendowy”. Mówi, że resort jeszcze się ”zastanawia”, konfrontuje opinie, że żadna opcja nie jest jeszcze zamknięta.

      30 czerwca walne zgromadzenie decyduje o nieco mniejszej dywidendzie, niż 2,88 zł za akcję, ale i tak potężnej. Albo decyduje, że juz za dwa-trzy miesiące rozważy kwestię wypłacenia tzw  dywidendy zaliczkowej z zysku planowanego na 2009 r. A dni prezesa i tak są policzone... Science fiction? Nie wiem, oceńcie sami. 



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 17 czerwca 2009 08:10
  • wtorek, 16 czerwca 2009
    • Żółta? Czerwona kartka? Prezes PKO bez emisji, bez dywidendy, bez absolutorium???

      Zarząd PKO BP podał właśnie dokładny plan walnego zgromadzenia akcjonariuszy, które ma się odbyć 30 czerwca. Jest więc nareszcie pełne uzasadnienie proponowanych przez prezesa PKO BP uchwał: w tym uchwały o wypłacie megadywidendy i o emisji akcji.

      Sensacją jest to, że ani uchwała o emisji akcji, ani o wypłacie dywidendy nie uzyskała akceptacji rady nadzorczej banku! A jeszcze większą sensacją jest to: że rada nadzorcza nie poparła projektu uchwały o udzieleniu prezesowi PKO BP absolutorium! Czy to oznacza otwartą wojnę prezesa PKO BP z radą nadzorczą? Zapowiedź jego dymisji? A może tylko ostrzeżenie rady, żółtą kartkę dla prezesa?

      Wygląda na to, że na stole jest wotum nieufności dla prezesa Jerzego Pruskiego ze strony Ministerstwa Skarbu. Rzecznik resortu już wcześniej twierdził, że prezes PKO BP nie uzgadniał z ministrem Gradem swoich planów dotyczących wypłaty dywidendy. Według Ministerstwa Skarbu nawet gdyby miała być wypłacona, to dopiero po uprzednim podwyższeniu kapitałów banku (poprzez emisję akcji). Tymczasem prezes Pruski zaproponował coś odwrotnego: najpierw dywidendę, a dopiero potem sprzedaż akcji.

      Czy konsekwencją braku akceptacji rady nadzorczej dla działalności prezesa PKO BP powinna być jego dymisja?  O takiej możliwości pisałem o tym już wtedy. Na pozór wiele na to wskazuje, ale... Nie do końca wiadomo jak interpretować użyty przez radę nadzorczą zwrot: „nie akceptuje”. Czy to oznacza, że rada jest przeciw, czy tylko, że „nie jest za”? Jeśli przyjmiemy tę drugą interpretację możemy mówić o tym, że rada nadzorcza po prostu buduje sobie alibi na wypadek zarzutów ze strony Komisji Nadzoru Finansowego.

      A gdyby nawet chodziło o otwartą wojnę prezesa banku z radą nadzorczą i Ministerstwem Skarbu, to i tak Pruskiego może wesprzeć jeszcze premier i minister finansów. Wiele wskazuje, że prezes Pruski konsultował swoje decyzje bezpośrednio z resortem finansów. Na to mogą wskazywać wypowiedzi prezesa, np. z cytowanego przez Wyborczą.pl wywiadu dla radia PiN. Jerzy Pruski mógłby więc stawiać, że wybroni go minister Jacek Rostowski. Może on przekonywać premiera, że Pruski działał w imię racji stanu. Bo budżet się sypie, a półtora miliarda dywidendy z PKO BP pomoże go załatać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 czerwca 2009 10:01
  • poniedziałek, 15 czerwca 2009
    • "ROR-off", czyli mBank idzie na wojnę

      Szefowie mBanku postanowili porwać się z motyką na księżyc (albo na słońce, nie pamiętam jak to szło :-)). Od wtorku zaczynają akcję zachęcania klientów, by przenieśli do mBanku swoje konta. I wyprowadzili się od coraz droższej konkurencji. Projekt ma wdzięczną nazwę "ROR-off" i będzie się składał z trzech elementów. Piszę o tym szeptem, bo bank ujawni wszystko dopiero we wtorek. Na razie to wyłączna wiedza czytelników mojego bloga oraz serwisów internetowych "Gazety Wyborczej", w których ta informacja również się ukaże..

      Pierwsza część "ROR-off" to zachęcające do rozstania z dotychczasowym bankiem, żartobliwe klipy pod zbiorczym tytułem "Szkoła zrywania" i plakaty reklamowe z hasłem "Musimy ze sobą skończyć..."

      Druga część kampanii to specjalna strona internetowa www.ror-off.pl, na której bank radzi jak możliwie bezkonfliktowo przejść przez skomplikowany proces zmiany banku. Trzecia część projektu to infolinia dla klientów chcących założyć w mBanku konto. Bank obiecuje, że pracownicy call-centre sami zarejestrują na nowym koncie przenoszonego klienta wszystkich jego odbiorców przelewów. I pomogą wysłać do pracodawcy pismo, by przelewał teraz wynagrodzenie do mBanku.

      Strona internetowa ROR-off wygląda tak:


      Pozornie akcja mBanku trafia na bardzo podatny grunt. Banki na wyścigi podwyższają opłaty za konta i karty. Abonamenty podniósł już PKO BP i jego główny rywal Pekao (czytaj tutaj). Ale też inne banki - BZ WBK, Multibank, a ostatnio Citi Handlowy (o tym tutaj). W tych warunkach granie na emocjach klientów, by nie płacili setek złotych rocznie za konta w innych bankach, tylko przenieśli się do darmowego mBanku, wydaje się być polityką skazaną na sukces.

      Ale wcale tak nie jest. Otóż mBank bierze się za rzecz, która do tej pory nie udała się żadnemu bankowi. Polacy są nacją, która bardzo niechętnie zmienia swoje przyzwyczajenia. Będziemy narzekać, psioczyć, stać w kilometrowych kolejkach, ale banku nie zmienimy. Po pierwsze dlatego, że nie wyobrażamy sobie tego rozstania - trzeba byłoby przejść na nowy sposób autoryzacji przelewów, przyzwyczaić się do nowego wyglądu serwisu w internecie - a po drugie dlatego, że jest to, obiektywnie rzecz ujmując, skomplikowana operacja. Zmiana adresatów przelewów, rozliczenie kart, przeniesienie debetu... To zwyczajnie zajmuje dużo czasu.

      Czy mBankowi uda się przełamać te przeszkody? Zobaczymy. Otwarte pozostaje pytanie o to, jak bardzo Polaków wkurzają podwyżki cen w innych bankach. Czy masa krytyczna cierpliwości ludzi już została przekroczona? Mam wątpliwości. Nie wiem też jak intensywna będzie kampania mBanku i jak sprawne będzie wsparcie oferowane przez jego konsultantów. Tylko fama, którą będą nieśli klienci, którym udało się szybko i bezboleśnie przejść przez zmianę konta, może zapewnić mBankowi sukces. Jeśli teraz mBankowi nie uda się rozbudzić mobilności internetowych klientów innych banków, to nie wiem czy komukolwiek się to uda. 

      A teraz - wyłącznie dla czytelników mojego bloga - przedpremierowy pokaz klipów, którymi mBank chce nęcić klientów do zmiany banku. Mnie się podobają. A Wam?

       

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „"ROR-off", czyli mBank idzie na wojnę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 czerwca 2009 17:23
    • Banki mniej kłamią w reklamach. Ale za to bardziej przynudzają

      W tym roku w sprawie nierzetelnych reklam instytucji finansowych Komisja Nadzoru Finansowego interweniowała osiem razy, podczas gdy w całym poprzednim roku - 22 razy - ujawniła w weekend Katarzyna Biela z biura prasowego nadzoru, cytowana przez PAP. Według Bieli banki, fundusze i firmy ubezpieczeniowe coraz częściej stosują wydane przez nadzór kodeksy dobrych praktyk, mimo że nie są one wiążące. I bardzo dobrze, że stosują. Z nadzorem się nie dyskutuje, chociaż czasami ów nadzór z troską o konsumentów przesadza. Moje wynurzenia na ten temat znajdziesz tutaj, a także tutaj.

      Według KNF najczęściej wciąż spotykane nieprawidłowości to niejasne informacje o oprocentowaniu lokat, o długości ich trwania, dacie rozpoczęcia okresu naliczania odsetek, czy konieczności spełnienia dodatkowych warunków, aby można było skorzystać z promocji. W przypadku propozycji inwestycyjnych bankom wciąż zdarza się udawać, że oferują typową lokatę bankową, a nie tzw. „strukturę”, wiążącą się z inwestowanirm pieniędzy.

      Jest jeszcze jeden grzech bankowych reklam, o którym przedstawicielka KNF - zapewne przez nieuwagę - nie wspomina. To śmiertelne przynudzanie. Nie ma nic gorszego, niż reklama, która powoduje, że jej odbiorca traci siły witalne i chęć do życia. A takich reklam banków w TV ostatnio jest najwięcej.

      Gdyby nie BZ WBK i jego Danny DeVito (o co chodzi - dowiesz się tutaj, zaś swoją wiedzę pogłębisz tutaj) nie byłoby na czym oka zawiesić. Gwiazdy w spotach wciąż się pojawiają, ale pomysłowość scenarzystów woła o pomstę do nieba. A raczej brak tej pomysłowości woła. Przykłady? Proszę bardzo:


      Po lewej screenshot z reklamówki Eurobanku. Bank zatrudnił gwiazdy pierwszej wielkości - Michała Żebrowskiego i Jana Peszka. Ale aktorzy, zamiast zrobić coś ciekawego, nieszablonowego, prezentują... przerwę w spłacie kredytu, przerywając się (za pomocą prostego tricku filmowego) wzdłuż albo w poprzek.

      Po lewej fotografia kadru z reklamy banku BOŚ. Sztampa, aż oczy bolą: szczęśliwa rodzina, uśmichnięte dzieci, zrelaksowani rodzice, którzy - odbierając telefon od bankowców z innych banków - mówią, że mają już najlepsze na świecie konto. Bleee... A konto, nota bene, całkiem nowatorskie. Czytaj o nim tutaj.

      Ale w moim prywatnym rankingu najbardziej przynudzających reklam na czele jest bez wątpienia ta:

      Przepraszam, że musieliście to oglądać. Zadawać sobie taki ból z własnej woli to perwersja. Cóż, nie bardzo rozumiem jak ktoś w ING może uważać, że profesor w gronostajach, odmieniający w różnych czasach czasownik "oszczędzać", będzie skutecznie nakłaniał ludzi do odkłądania pieniędzy. Nawet jeśli za chwilę drugi profesor w takich samych gronostajach powie, że "tak było, jest i będzie". Musi być w tym jakaś głęboka myśl, której mój umysł nie ogarnia.

      A przecież ten sam bank miał megaudaną serię kampanii z Markiem Kondratem - by wspomnieć tylko ostatnie spoty "prezydenckie". Albo ta, dość ryzykowna, ale też bardzo ciakawa reklamówka z Miśkiem Koterskim o kredytach hipotecznych, przypominająca czasy, kiedy o możliwość udzielenia nam kredytu hipotecznego na 120 proc. wartości nieruchomości bankowcy błagali nas na kolanach.

      A teraz? Ech, kryzys odebrał niektórym marketingowcom poczucie humoru... Marku Kondraaaaacie! Wróóóóóć!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Banki mniej kłamią w reklamach. Ale za to bardziej przynudzają”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 czerwca 2009 10:02
  • niedziela, 14 czerwca 2009
    • Witold mówi, że rację ma Jerzy, nie Sławomir. A co ze Stanisławem?

      Po kilku dniach przerwy wracam do sprawy awantury o dywidendę w PKO BP. Muszę, bo w sobotniej „Wyborczej” wypowiedział się mój redakcyjny kolega Witold Gadomski. Wsparł koncepcję prezesa PKO, zakładającą wypłacenie wielkiej dywidendy (która w większej częsci zaisliłaby budżet państwa), a potem emisji nowych akcji przez bank, by zasypać powstałą dziurę w kapitałach. Cały tekst Gadomskiego przeczytasz tutaj.

      Ostrze krytyki Witolda spada w dużej części na media, które jego zdaniem nie rozumieją złożoności całego procesu. Ponieważ kilka dni temu napisałem na blogu komentarz pod tytułem  „Sabotaż? Ogołocą PKO BP z pieniędzy” (czytaj tutaj), sugerowałem, że prezes PKO BP może z tego powodu stracić stołek (o tym tutaj), namawiałem rząd, żeby wreszcie wyjaśnił sprawę (zobacz tutaj) - czuję się wywołany do tablicy.

      Gadomski pisze: Komentarze w mediach podkreślają oczywisty fakt, że zabrany przez akcjonariuszy zysk obniży kapitały własne banku, a tym samym wpłynie na jego zdolność do rozwijania akcji kredytowej. Piszą, że dywidenda zasili budżet państwa - jakby było to czymś szkodliwym. Czy lepiej podnieść podatki? - pyta.

      Oczywiście nie uważam dywidendy za coś z definicji szkodliwego. Udział w zyskach spółki należy się akcjonariuszom - mówić brzydko - jak psu miska. Wątpliwości dotyczą tylko tego, jak zabrane z banku 3 mld zł wpłyną na jego działalność w przyszłości. czy bank będzie mógł udzielić tylu kredytów, ilu by udzielił przy wyższych kapitałach? Czy będzie w stanie walczyć jak równy z równym o palmę pierwszeństwa z należącym do Włochów Bankiem Pekao? Czy będzie go stać na akwizycje innych banków za granicą? To pytania do tego pana - Jerzego Pruskiego, szefa PKO BP.

      Prof. Jerzy Osiatyński mówi, że „jeśli ktoś żyje ze sprzedaży jaj, to nie powinien zabijać kury”. Nie twierdzę, że zabranie z banku 3 mld zł będzie równoznaczne z „zabiciem kury”. Zwracam tylko uwagę, że bank nigdy nie wypłacał tak wielkiej dywidendy, a żyjemy w czasach, w których może potrzebować więcej kapitału niż zwykle (zarówno na udzielanie nowych kredytów, jak i na pokrywanie strat z psującego się portfela tych starych).

      Pisze Witold, że komentatorzy pomijają lub uznają za nieistotną drugą część proponowanej operacji, mianowicie podniesienie kapitału banku przez emisję nowych akcji. Te dwie operacje: dywidenda plus emisja - są ze sobą ściśle związane i trudno je oddzielić. W ostatnich miesiącach kilka dużych banków zagranicznych przeprowadziło podobne operacje. Santander wypłacił 4,8 mld euro dywidendy, a jednocześnie podniósł kapitał akcyjny o 7,2 mld euro. HSBC wypłaciło 7,7 mld dolarów dywidendy i wyemitowało akcje za 19,2 mld dolarów. Bez "marchewki" w postaci dywidend, akcjonariusze nie mieliby powodów podnosić kapitałów. Notowania tych banków również na początku spadły, po czym zaczęły rosnąć.

      Tak, w Europie są przykłady podobnych operacji. Ale czy to dowodzi, iż tego typu informacje są standardem rynkowym? Klasyczne podejście do dywidendy i kapitałów jest jednak inne. Zakłada, że jeśli bank potrzebuje kapitału to zostawia się zysk, a akcjonariusze wykupują nowe akcje. Jeśli zaś bank nie potrzebuje kapitału - wypłaca dywidendę. Będę się upierał, że z punktu widzenia czystej logiki rynkowej plan prezesa PKO Jerzego Pruskiego ma poważny defekt. Dlatego wymaga wyjątkowo dobrego uzasadnienia. A tego prezes PKO BP nie podaje.

      Chciałbym więc zapytać szefa PKO: czy jego bank potrzebuje kapitału, czy też nie? Jeśli potrzebuje, to proszę o jasne uzasadnienie projektu wypłaty dywidendy. Bo teza o tragicznym stanie budżetu państwa na razie jest tylko w sferze domysłów dziennikarzy. A inne uzasadnienie, które podaje Witek Gadomski - to o „marchewce” w postaci dywidendy, która zachęca akcjonariuszy do podnoszenia kapitału - do PKO BP mi nie pasuje.

      Otóż bank, inaczej niż Santandrer lub HSBC, w 51-proc. należy do państwa. Jest też w lepszej sytuacji finansowej, niż większość banków zagranicznych. Uważam, że akcjonariusze mniejszościowi PKO nie potrzebują żadnej „marchewki”, żeby podnieść jego kapitał.  Jeśli bank potrzebowałby wyższych kapitałów, a zarząd przedstawiłby spójny plan przeznaczenia nowych pieniędzy, spółka byłaby w stanie zebrać je z rynku bez uprzedniego drenowania własnych skarbców z dywidendy. Sęk w tym, że prezes PKO żadnego spójnego planu nie przedatawił.

      Czy rynek źle ocenił zapowiedź wypłaty dywidendy i emisji akcji? - pyta Gadomski. I zaraz odpowiada: Notowania akcji PKO BP po ogłoszeniu informacji o wypłacie dywidendy i emisji nowego kapitału przez dwa dni spadały, po czym zaczęły ponownie rosnąć. Ponieważ akcjonariusze otrzymają prawie 3 mld zł dywidendy, zyskają, a nie stracą.

      Cóż, może Witold per saldo będzie miał rację, że akcjonariusze zyskają. Ale na razie jednak tracą. W skali ubiegłego tygodnia kurs akcji PKO BP spadł z 27,2 zł do 26,2 zł, czyli o jakieś 4 proc. W tym samym czasie indeks WIG20 wzrósł z poziomu 2002 pkt. do 2040 pkt., czyli o 2 proc. To znaczy, że na razie rynek ocenia zmiany w PKO BP na ”minus sześć”.

      Akcjonariuszy może cieszyć zapowiedź dywidendy, ale jednocześnie zapowiedź nowej emisji akcji powoduje spadek wartości każdego z papierów, które już posiadają. Udziałowcy dostaną prawa poboru nowych akcji, które będą mogli sprzedać. Tyle, że nie wiadomo jaka będzie cena rynkowa tych praw i czy odzwierciedli spadek wartości „starych” akcji. Na stawianie wniosku, że „ponieważ akcjonariusze otrzymają prawie 3 mld zł dywidendy, zyskają, a nie stracą”  jest moim zdaniem zbyt wcześnie.

      Pisze Gadomski: oczywiście trwałe obniżenie współczynnika wypłacalności byłoby rzeczą niewskazaną. Tyle że już na jesieni zostanie przeprowadzona nowa emisja, a tym samym kapitał banku i współczynnik wypłacalności wzrośnie. Twierdzenie NBP, że przez tych parę miesięcy zagrożona będzie akcja kredytowa banku, jest niepoważne.

      Gadomski z uporem konfrontuje plan prezesa Jerzego Pruskiego z krytyką, którą podniósł w sprawie dywidendy prezes NBP. To wygodna pozycja, bo o prezesie Sławomirze Skrzypku wszyscy mamy podobne zdanie - nie najlepsze. Jednak mój redakcyjny kolega ani słowem nie wspomina, że identyczne z NBP zdanie w sprawie skutków obniżenia współczynnika wypłacalności ma Komisja Nadzoru Finansowego, kierowana przez Stanisława Kluzę. A jej chyba nie można oskarżyć o brak kompetencji.

      Zresztą nawet sam prezes PKO BP - obiecując, że akcja kredytowa mimo wypływu kapitału nie spadnie nawet o 50 gr. (omówienie wywiadu prezesa Pruskiego dla radia PiN - czytaj tutaj) - przyznaje, że wzrost wartości kredytowania w wyniku nowej emisji akcji nastąpi dopiero w 2010 r. Gadomski lekceważąco mówi o „tych paru miesiącach”. W sytuacji, kiedy banki zaczynają odmawiać firmom już nawet kredytów obrotowych, te „parę miesięcy” może jednak mieć znaczenie. Poziom kredytowania firm przez banki w tym okresie może określić długość wychodzenia Polski z kryzysu. O tych „parę miesięcy” troska się też Komisja Nadzoru Finansowego.

      Dalej pisze Gadomski, że największym walorem operacji może być odblokowanie rynku kapitałowego, czego nie dałoby się zrobić bez wypłaty dywidendy, dzięki której operacja sprzedaży nowych akcji w ogóle będzie możliwa. (...) Gdy jesienią uda się duża emisja akcji (tak znacznego podniesienia kapitału nie było jeszcze na warszawskim parkiecie), będzie to dodatkowym sygnałem, że rynek w Polsce najgorsze ma już za sobą.

      W pełni się zgadzam, że sprzedaż dużej emisji akcji byłaby manifestacją dobrej kondycji giełdy i całej gospodarki. Ale nie rozumiem dlaczego emisja byłaby niemożliwa bez wypłaty dywidendy. Tezę o koniecznej „marchewce” dla akcjonariuszy uważam za niewystarczająco uzasadnioną. Czy prezes PKO BP dlatego nagle zmienił zdanie w sprawie dywidendy o 180 stopni, że nagle postanowił pomóc giełdzie i polskiej gospodarce? A może jednak chciał pomóc komu innemu?

      Mój redakcyjny kolega nie porusza za to innej ważnej kwestii. Państwo, wysysając dywidendę z PKO BP, w drastyczny i trwały sposób niszczy autorytet własnego nadzoru bankowego. Komisja Nadzoru Finansowego od dwóch miesięcy domaga się od banków, by nie wypłacały dywidendy i zatrzymały zyski w kasie. - Za kilka miesięcy wzrośnie liczba nie spłaconych kredytów i te rezerwy kapitału się przydadzą - przekonuje Stanisław Kluza, szef KNF.

      Choć sprawa jest delikatna, bo KNF w zasadzie nie może zabronić zagranicznym akcjonariuszom polskich banków wypłaty dywidendy, to prawie wszystkie banki zastosowały się do wytycznych (dywidendę wypłacił tylko malutki Noble Bank). A polski rząd, który powinien wspierać nadzór, pokazuje innym, że regulacje KNF nic nie znaczą.

      Co będzie, jeśli jakiś prywatny bank, należący do zagranicznej grupy bankowej, zacznie mieć kłopoty finansowe z powodu rosnącej góry nie spłaconych kredytów? Czy polskiemu nadzorowi uda się wymusić na właścicielu  podniesienie kapitału, skoro nawet rodzimy rząd traktuje wytyczne nadzoru jak powietrze? Obyśmy nie musieli tego sprawdzać.

      Być może - jak radzi prezes Związku Banków Polskich Krzysztof Pietraszkiewicz - można ograniczyć nieco dywidendę i zostawić trochę grosza w banku? A może - jak chce Ministerstwo Skarbu - warto odwrócić kolejność transakcji i najpierw zapewnić bankowi dodatkowy kapitał z emisji akcji, dopiero potem zabierając mu dywidendę? Nie byłoby wówczas ryzyka, że przez kilka miesięcy spadnie zdolność PKO BP do udzielania kredytów.

      A jeśli inaczej zrobić się nie da - trzeba natychmiast wziąć do budżetu te półtora miliarda złotych, bo inaczej wszystko się zawali - to niech minister finansów albo premier jasno to powiedzą. Są to winni akcjonariuszom mniejszościowym banku PKO BP, którzy na operacji „dywidenda plus emisja akcji” mogą stracić. Akcje PKO BP mają w portfelach wszystkie fundusze emerytalne i inwestycyjne, więc chodzi o pieniądze milionów Polaków.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Witold mówi, że rację ma Jerzy, nie Sławomir. A co ze Stanisławem?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 14 czerwca 2009 22:25
  • sobota, 13 czerwca 2009
    • Tysiąc złotych za zajście w ciążę?

      Prokreacja jest nie tylko przyjemna, ale i może być dochodowa. Podczas gdy my dopiero od roku testujemy "becikowe", tzw. rozwinięte cywilizacje poszły krok dalej - płacą już za samo zajście w ciążę. Rzecz nazywa się zasiłek ciążowy (Health In Pregnancy Grant - HIPG) i od maja tego roku obowiązuje w Wielkiej Brytanii. Zasiłek wynosi 190 funtów (przy kursie 5,25 zł za funta to równowartość naszego becikowego - 1000 zł) i można się o niego starać po 25 tygodniu ciąży. Pieniądze mają służyć temu, żeby przyszła mama mogła sobie kupić owoce, kosmetyki i wszystko czego potrzeba, by utrzymać zdrowie w czasie ciąży. Piękne, hę?

      Co prawda - jak relacjonuje brytyjski "Telegraph" - są tak duże opóźnienia w przyznawaniu pieniędzy, że niektóe przyszłe mamy dostają je na konto dopiero jak już są "zwykłymi" mamami, czyli po porodzie. Teoretycznie odpowiedni urząd ma na wypłatę zasiłku cztery tygodnie od złożenia wniosku przez ciężarną, ale czasami procedura trwa i półtora miesiąca. Tak czy owak, 190 funtów piechotą nie chodzi. A to wszystko w kraju, który jest najbliżej bankructwa wśród wszystkich największych potęg gospodarczych świata. Piszę o tym tutaj .

      Nota bene o kobiety w ciąży dba nie tylko brytyjski rząd, ale też niejaki Commonwealth Bank. Co doskonale widać na załączonym obrazku. Ciekawe kiedy tę "niszę rynkową" zauważą polskie instytucje finansowe i ich marketingowcy?


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Tysiąc złotych za zajście w ciążę?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 13 czerwca 2009 18:18
    • Jeden Ronaldo = prawie pół Pandita = ponad dziewięć Wancerów

      Światem sportu wstrząsnęła w piątek wiadomość o rekordowym transferze jednego z najlepszych piłkarzy świata - Cristiano Ronaldo. Przejdzie on z Manchesteru Utd do Realu Madryt za 94 mln euro. I będzie najdroższym futbolistą w historii. Dużo ciekawsze dla mnie jest jednak to jaką roczną pensję wynegocjował u nowego pracodawcy Ronaldo. Otóż według doniesień prasy sportowej miałoby to być 9,5 mln funtów w pierwszym roku sześcioletniego kontraktu (później jego zarobki mają rosnąć). To równowartość 11,2 mln euro. Sporo, jak za kopanie piłki. Nawet takie kopanie:


      Jak gaża Ronaldo ma się do zarobków bankowców? Cóż, są tacy, co zarabiali od niego znacznie więcej... Vikram Pandit, prezes Citigroup - do niedawna największego banku świata - w zeszłym roku zarobił równowartość 26 mln euro (przy obecnym kursie euro do dolara: w oryginalnej walucie - 38 mln dol.). W tym roku Pandit pracuje już tylko za jednego dolara, więc porównywać z Ronaldo się nie może.Moja żona twierdzi, że nie jest również tak piękny :-). Zresztą zobaczcie sami. Dla ułatwienia: Pandit po lewej:

      Tak samo, jak Josef Ackermann, prezes Deutsche Banku. W 2007 roku wziął z kasy banku 14,7 mln euro, a więc też więcej, niż zarobi Ronaldo. Ale w zeszłym roku jego pobory spadły do 1,4 mln euro.

      A prezesi banków nad Wisłą? Nawet ci najbardziej wzięci - Józef Wancer z BPH oraz Luigi Lovaglio z banku Pekao (ten ostatni jest akurat "tylko" wiceprezesem, ale z gażą wyższą od prezesa) - w stosunku do wirtuoza futbolu zarabiają grosze. Wancer w zeszłym roku zgarnął 5,7 mln zł, a Lovaglio - 6 mln zł. To kosmiczne pieniądze, ale jednak dziewięć razy mniejsze od wypłaty, jaką dostanie od "Królewskich" słynny CR7. Dlaczego mimo wszystko nie należy żałować prezesów banków, że zarabiają mniej, niż Ronaldo? Czytaj tutaj.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 13 czerwca 2009 13:28
  • piątek, 12 czerwca 2009
    • Obligacje skarbowe - zysk bez ryzyka?

      Pamiętacie słynną reklamówkę obligacji Skarbu Państwa z hasłem ”Zysk bez ryzyka”? Niektórzy analitycy i ekonomiści do dziś się zżymają, że to hasło nie jest do końca prawdziwe. I przypominają los przedwojennych obligacji, wyemitowanych choćby w latach 30. minionego stulecia. Po wojnie komunistyczne władze ich nie uznaly, zaś obecnie Ministerstwo Finansów uważa, że papiery te już się przedawniły. Oto jedna z takich obligacji:

      przedwojenna obligacja skarbowa

      Uważam, że dziś - w niepodległej Polsce - państwo powinno przedwojenne obligacje jakoś rozliczyć. Może nie w stu procentach, może na raty, ale powinno. Im szybciej, tym lepiej, bo niektórzy ze śmiałków, starających się o sprawiedliwość z sądzie, wywalczyli już korzystne dla siebie wyroki. Pisze o tym dziś na pierwszej stronie ”Gazety Wyborczej” mój redakcyjny kolega Tomek Prusek (czytaj tutaj).

      To wstyd, że posiadacze starych obligacji muszą żebrać w sądach, żeby państwo oddało pożyczone pieniądze. W 2006 r. ekscentryczny amerykański adwokat Ed Fagen, składając w Nowym Jorku pozew przeciwko państwu rządowi polskiemu, ministrowi finansów, Narodowemu Bankowi Polskiemu, miastu Warszawa i Citibankowi, powiedział wprost: - Obligacje są formą pożyczki państwa u swoich obywateli. Na bonach jest wyraźnie napisane, że pieniądze zwróci Rzeczpospolita Polska. Nie rząd między 1947, a 1990 rokiem. Ani nie wówczas, gdy będzie miał z czego. Po prostu musi zapłacić.

      Dziś też Ministerstwo Finansów reklamuje obligacje jako źródło pewnego i bezpiecznego zysku. Zresztą zobaczcie sami. Link tutaj.

      Mnie, jako posiadaczowi obligacji dziesięcioletnich jednej z ubiegłorocznych emisji (zresztą całkiem przyzwoicie oprocentowanych, obecnie bodaj 6,45 proc. rocznie), w ogóle nie mieści się w głowie, że państwo mogłoby tych obligacji w terminie ode mnie nie wykupić. Więcej, namawiam każdego, by część swoich oszczędności trzymał w rządowych obligacjach. Zwłaszcza że mozna je wygodnie kupić przez internet (sam tak zrobiłem i chwalę sobie tę ścieżkę komunikacji z Ministerstwem Finansów).

      Ale czy mój zysk rzeczywiście będzie bez ryzyka? Przypadek posiadacza przedwojennych papierów, który o swoje pieniądze - z papierów wyemitowanych co prawda przed wojną, ale przecież przez niepodległą Rzeczpospolitą - walczył w sądach przez bite siedem lat, każe mieć w tej kwestii pewne wątpliwości. Chociaż wątpliwości pewnie by opadły, gdyby Ministerstwo finansów reklamowało swoje obligacje tak, jak kilka lat temu Bank Pekao :-)



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Obligacje skarbowe - zysk bez ryzyka?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 12 czerwca 2009 09:51

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line