Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 21 kwietnia 2017
    • W salonie telekomunikacyjnym chcą robić ksero twojego dowodu? Nie daj się! Jest nowy oręż!

      Kopiowanie dowodów osobistych w urzędach lub przez pracowników firm telekomunikacyjnych, energetycznych, czy nawet banków, jest praktyką ze wszech miar ryzykowną. U wielu moich czytelników wzbudza ona - i słusznie! - niemało kontrowersji. W dowodzie osobistym znajduje się bowiem całkiem spora porcja informacji na nasz temat i przy odrobinie szczęścia jakiś zły człowiek mógłby z tego zrobić użytek np. klonując naszą tożsamość i zaciągając na nasze dane pożyczkę.

      Czytaj też: A jeśli złodziej skopiuje mój dowód osobisty? Co mi grozi?

      W wielu pożyczkodajniach klient po prostu deklaruje, że nazywa się Jan Kowalski, że jego PESEL ma numer taki i taki, że mieszka tu i tu. Login do konta klienta pożyczkodajnia przekazuje przez internet, a hasło - SMS-em na podany numer telefonu, zaś weryfikację danych osobowych załatwia tzw. przelew kontrolny, który trzeba wykonać ze swojego banku. Jeśli w tym banku złodziejowi uda się wcześniej założyć "lewe" konto zdalnie, bez pokazywania dowodu osobistego, to już jest w domu.

      Uwiarygodni się tym kontem w pożyczkodajni i ukradnie pieniądze na nasze nazwisko. Banki co prawda nie chcą już zakładać kont całkiem online, ale przez kuriera - i owszem. Zbałamucić kuriera nie jest łatwo, ale nie jest to niemożliwe - opisywałem takie przypadki. Poza tym mając kopię dowodu można spróbować zrobić lepszą lub gorszą "podróbkę". A wtedy zbałamucić kuriera jest łatwiej, bo przecież nie ma on w oczach skanera, który odróżni prawdziwy dowód od "lewego".

      Czytaj też: Jak nie dać się okraść z tożsamości? Tych rzeczy nigdy nie rób

      Stąd w naszym dobrze pojętym interesie jest nie zostawiać nikomu dowodu osobistego w zastaw, nie wachlować się nim zbyt intensywnie (bo wszędzie są kamery, w których można podejrzeć dane wpisane w dokumencie) i nie rozdawać na lewo i prawo jego skanów i kserokopii. Wiadomo, że w każdej firmie są reguły bezpieczeństwa, ale im więcej firm ma kopie naszych dowodów, tym większe ryzyko, że znajdzie się ktoś, kto "przecieknie". Dlatego w sprawie kopiowania mojego dowodu nigdy nie oddaję pola bez walki. I Wam też to radzę. Wielokrotnie okazywało się, że pracownik firmy lub urzędnik wcale nie musi kopiować dowodu, potrzebuje tylko niektórych danych. A kopiuje tylko z wygodnictwa lub z przyzywczajenia.

      Teraz będziemy mieli dodatkowy oręż w walce o to, żeby nie dać sobie kopiować dowodów osobistych. Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych wydał kilka dni temu decyzję zobowiązującą firmy telekomunikacyjne do zaprzestania kopiowania naszych dowodów! Zrobił to po sygnałach od konsumentów, którzy skarżyli się, iż telekomy nie chciały podpisywać z nimi umów bez przekazania kopii dokumentu tożsamości, a w niektórych przypadkach również innych dokumentów: prawa jazdy, książeczki wojskowej czy legitymacji studenckiej. A czasem jeszcze trzeba było podpisać zgodę na to, by telekom przetwarzał dane osobowe zawarte w dowodzie osobistym (czyli przechowywał je w swoich bazach danych).

      Z jakiego powodu GIODO zabronił kopiowania naszych dowodów? Jakich argumentów możecie użyć, gdy sprzedawca telefonu będzie chciał skopiować Wasz dowód? Co z bankami? Czy bankowcy również mają bana na kopiowanie naszych dowodów? O tym wszystkim w pełnej wersji tekstu, którą zamieściłem na stronie www.subiektywnieofinansach.pl. Tam również znajdziecie sekcje: "Na wokandzie" (najważniejsze wyroki dla konsumentów), "Portfel i technologie" (o najważniejszych innowacjach dla Waszych portfeli), a także prześwietlenia reklam, porównania produktów finansowych i zaproszenia do spotkań ze mną na żywo, na których możecie zadać mi każde pytanie. Zapraszam do odwiedzenia mojej nowej strony!

      Link do tekstu o zakazie kopiowania naszych dowodów jest tutaj

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 21 kwietnia 2017 08:18
  • czwartek, 20 kwietnia 2017
  • środa, 19 kwietnia 2017
  • wtorek, 18 kwietnia 2017
    • Wystartował nowy sposób płacenia kartą w internecie. Lepszy od MasterPassa i PayPala?

      Kilka dni temu, bez większych fanfar, wystartowała w Polsce usługa Visa Checkout, czyli uproszczona możliwość płacenia kartami płatniczymi w internecie. Polska jest pierwszym krajem w Europie, w którym organizacja płatnicza Visa ją uruchomiła (na świecie działa w 23 krajach). Czy jest się czym podniecać? Cóż, na razie start jest raczej symboliczny, bo Visa Checkout działa w dwóch sklepach internetowych – Euro AGD oraz OleOle.pl. Tym niemniej już zdążyłem przetestować ją własnymi pieniędzmi i chętnie opiszę pierwsze wrażenia.

      Zarejestrowałem się w portfelu Visa Checkout, przypiąłem do niego jedną z moich kart kredytowych (akurat nie była to Visa, ale i tak zadziałało) i kupiłem sobie w Euro AGD elektronikę. Jeśli chodzi o ergonomię i pierwsze wrażenie użytkownika (a to cholernie ważne przy nowych metodach płacenia) wystawiłbym wysoką ocenę. W pewnych miejsach Visa Checkout ma przewagę nad konkurencyjnym portfelem MasterPass, ale tu i ówdzie mu ustępuje.

      MasterPass wygrywa przede wszystkim uproszczoną rejestracją dla klientów wybranych banków (Raiffeisena, BZ WBK i BNP Paribas). Polega to na tym, iż po zarejestrowaniu się na stronie MasterPassa moja karta już „czeka” na przypięcie. Jest niejako predefiniowana, nie trzeba wpisywać jej danych, a tylko potwierdzić, że właśnie tę chcę przypiąć do portfela MasterPass. W przypadku Visy tego karesu nie ma. Trzeba wklepać numer karty, datę ważności i kod CVC. Co prawda tylko raz, ale jednak trzeba.

      To może być bariera dla pozyskiwania użytkowników tej usługi. Jeśli ktoś już używa PayPala, jednoklikowych płatności PayU, BLIK-a, czy MasterPassa, to niekoniecznie będzie chciał wypełniać nawet krótkiego i estetycznego formularza do rejestracji w usłudze Visa Checkout. Ciekaw jestem czy ktoś wreszcie wpadnie na ten pomysł, który od dawna stosuje Uber: żeby umożliwić klientom sfotografowanie karty i przekazanie danych potrzebnych do zarejestrowania karty zwykłym skanem.

      Inną przewagą MasterPassa jest już zbudowany zasięg usługi i przyzwyczajenie konsumentów. Visa próbuje zneutralizować tę przewagę sowitym programem dotowania klientów – klienci Euro AGD i OleOle.pl, korzystając z portfela Visa Checkout mogą dostać kilkadziesiąt lub kilkaset złotych rabatu (w zależności od wartości zakupów). Ciekaw jestem czy Visa zdoła zbudować pozycję Visa Checkout na rynku prostych płatności kartami w sklepach internetowych, bardzo mocno eksploatowanym już przez tylu konkurentów.

      W płaceniu za pomocą Visa Checkout podoba mi się, że – pomijając kwestię rejestracji do usługi – jest naprawdę wygodne. Po pierwsze – jeśli jestem pewny, że mój komputer, tablet lub smartfon jest dobrze zabezpieczony przed nieautoryzowanym dostępem – mogę zaznaczyć opcję, by przy każdej próbie skorzystania z Visa Checkout na danym urządzeniu od razu wypełniało się pole nazwy użytkownika. Wtedy wystarczy wpisać hasło do portfela i… zapłacone. W porównaniu z MasterPassem to krótsza droga (tam trzeba wpisać hasło do portfela, a potem jeszcze PIN). Choć w porównaniu z BLIK-iem już szału nie ma.

      Czytaj też: mBank ma nową aplikację mobilną. A w niej BLIK na jeden klik

      Czytaj też: Sojusz polskich banków chce pokonać PayPala one-clickiem

      O ile same płacenie przez Visa Checkout było proste jak drut i zajęło sekundy, to potem musiałem potwierdzić transakcję SMS-em autoryzacyjnym mojemu bankowi. Z jednej strony rozumiem troskę i doceniam wysokie standardy bezpieczeństwa (w sumie hasło do elektronicznego portfela jeszcze łatwiej wykraść, niż komplet danych nadrukowanych na karcie płatniczej…), ale z drugiej strony płacąc tą samą kartą przypiętą do portfela PayPal nie przechodzę już przez 3D Secure – kończy się na wpisaniu hasla do portfela i kliknięciu „płacę”. Pytanie brzmi: co bardziej docenią klienci – bezpieczeństwo narzucane przez Visa Checkout i banki-wystawców kart, czy prostotę płatności przez PayPala?

      Recenzja w rozszerzonej wersji jest dostępna na www.subiektywnieofinansach.pl

      Link do tekstu jest tutaj.

      Czytaj też: Moje przygody z płaceniem MasterPassem

      Czytaj też: Czas zacząć golić się przed zakupami?

      Czytaj też: Sojusz polskich firm chce nadgryźć PayPala!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Wystartował nowy sposób płacenia kartą w internecie. Lepszy od MasterPassa i PayPala? ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 kwietnia 2017 09:20
  • poniedziałek, 17 kwietnia 2017
    • Duży windykator chce pożyczyć od nas pieniądze. Płaci ponad 6% w skali roku. Warto?

      Ostatnio otwiera się przed nami sporo ciekawych, pozabankowych opcji lokowania kapitału. Zaraz na początku roku można było kupić obligacje Giełdy Papierów Wartościowych, jednej z najbardziej wiarygodnych dużych firm (z oprocentowaniem WIBOR plus 0,95%). I była to pierwsza od dawna oferta obligacji sprzedawanych zwykłym ciułaczom przez firmę z "pierwszej ligi". W ostatnich tygodniach mieliśmy też sprzedaż akcji spółki Griffin Real Estate, dzięki której można długoterminowo zarabiać na dywidendach z wynajmu biurowców i centrów handlowych (deklarowana szacowana dywidenda: 6-7% rocznie). To pierwsza tego typu spółka, która sprzedała nam swoje udziały. Pieśnią ostatnich dni była z kolei sprzedaż akcji sieci supermarketów Dino - to największa oferta akcji w ostatnich latach (warta 1,6 mld zł). A jednocześnie możliwość, by stać się udziałowcem czegoś tak "dotykalnego" jak sklep spożywczy.

      Czytaj też: Murapol szuka chętnych do pomocy. Płaci 5% rocznie. Lub więcej

      To też ciekawe: fundusz, który raz w roku wypłaca "odsetki"

      Nowy pomysł na inwestowanie: podzielą się z nami zyskiem  z chwilówek

      Kto ma trochę pieniędzy do ulokowania, może więc wybierać i przebierać. Propozycja, którą dziś zrecenzuję, nie należy - tak jak wcześniej wspomniane - do przełomowych, ale jest do rozważenia dla osób, które są skłonne podjąć pewne ryzyko, by wyciskać z oszczędności 6-7% w skali roku. Rusza sprzedaż obligacji drugiej największej w Polsce spółki windykacyjnej - GetBack. Oprocentowanie godne: WIBOR plus 4,4% (a więc na dziś: 6,1% w skali roku). Pieniądze są do zwrotu za trzy lata, a odsetki będą wypłacane kwartalnie. Zapisy - jak to przy obligacjach - są na zasadzie "kto pierwszy ten lepszy", więc decyzję warto podjąć szybko. Start sprzedaży we wtorek 18 kwietnia

      GetBack zajmuje się dwoma rzeczami. Po pierwsze kupuje od banków i firm telekomunikacyjnych pakiety nie spłaconych długów i próbuje z nich wycisnąć więcej, niż za nie zapłacił. Po drugie jest wynajmowany jako „zarządca” cudzych wierzytelności z zadaniem odzyskania jak największej kwoty (od czego ma procent). Pierwszy rodzaj działalności jest bardziej dochodowy, a drugi – mniej ryzykowny.

      W sumie – biorąc pod uwagę portfele własne i cudze – GetBack zarządza wierzytelnościami wartymi 20 mld zł. To połowa wartości portfeli długów zarządzanych przez lidera windykacji Kruka oraz dwa razy tyle, ile mają „pod opieką” inni duzi gracze Kredyt Inkaso oraz Best. GetBack jest zyskownym przedsięwzięciem – w zeszłym roku miał 200 mln zł czystego zysku (w 2015 r. było 120 mln zł, zaś w 2014 r. – tylko 45 mln zł). To oznacza, że odzyskuje więcej pieniędzy, niż wydaje na zakupy pakietów długów.

      GetBack w zeszłym roku kupił na własność lub wziął do obsługi czyjeś długi za 6 mld zł. Jego zadłużenie długoterminowe wzrosło ze 150 do 600 mln zł, zaś krótkoterminowe – z 300 do 650 mln zł. A więc sprawa jasna: GetBack zadłużył się na dodatkowe 800 mln zł, żeby kupić długi, na których w przyszłości chciałby dobrze zarobić. Firma ma już prawie 1,3 mld zł zadłużenia i – jak widać – wciąż jej mało skoro przychodzi do nas po pieniądze. W sumie chce od nas pożyczyć do 300 mln zł, a w tej emisji – do 60 mln zł. Do tej pory GetBack wyemitował obligacje za 850 mln zł (trafiły do instytucji finansowych).

      Więcej o GetBack znajdziecie pod tym linkiem (www.rynekobligacji.com)

      Warunki dotyczące oprocentowania i terminu spłaty obligacji są ustawione na zachęcającym poziomie. Trzy lata to krótszy termin, niż ten, na który opiewają np. emisje Kruka. A oprocentowanie jest wyższe – Kruk ostatnio emitował obligacje przy oprocentowaniu WIBOR plus 3,15-3,3%, Best przy oprocentowaniu 3,3% powyżej WIBOR-u, a GetBack płaci aż 4,4% powyżej WIBOR-u. To warunki charakterystyczne dla emisji firm o średnim ryzyku. Te „pierwszoligowe” płacą w okolicach 1-2% powyżej WIBOR-u, zaś bardziej ryzykowne – mniej więcej 8-9% w skali roku (czyli 6-7% powyżej WIBOR-u).

       

      Czytaj o obligacjach Bikershop. 8,8% zysku z pedałowania

      GetBack to duży gracz na rynku, który do tej pory szybko w Polsce rósł. Ale jednocześnie „zawodnik” mocno zadłużony i mający ryzykowną, choć do tej pory skuteczną strategię rozwoju. Firmom windykacyjnym do tej pory sprzyjało prawo, ale te dobre czasy prawdopodobnie się kończą. Skraca się termin przedawnienia roszczeń, zaś sądy – badające spory wierzycieli z dłużnikami – będą wkrótce miały obowiązek z urzędu badać czy dług nie jest przedawniony (do tej pory robiły to tylko na wyraźne żądanie dłużnika). Świadomość konsumentów jest coraz większa, coraz więcej prawników specjalizuje się w sprawach konsumenckich, orzeczenictwo sądów coraz bardziej sprzyja konsumentom w sporze z instytucjami finansowymi.

      To wszystko nie sprzyja skuteczności windykatorów, choć zapewne w większym stopniu skutki tych zmian odczują mniejsze firmy, niż największe. I te, które mają słabe portfele długów. Na razie nie ma powodów, by zakładać, by któraś z tych „przypadłości” dotyczyła GetBack, choć jakość ostatnio zakupionych długów jest przecież jeszcze zagadką.  Gdybyście się zdecydowali na zakup obligacji GetBack, to zapisy przyjmują w Haitong Banku, biurach maklerskich Alior Banku oraz Banku Millennium, u maklerów CitiHandlowego i w dwóch niedużych biurach: Michael Ström DM oraz Vestor DM.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Duży windykator chce pożyczyć od nas pieniądze. Płaci ponad 6% w skali roku. Warto?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 kwietnia 2017 19:08
    • Świąteczna atmosfera, czyli Ile kosztują najdroższe jaja na świecie?

      Mam nadzieję, że mimo świątecznej atmosfery jeszcze nie macie dosyć jaj ;-). Bo właśnie o jajach chciałbym Wam opowiedzieć dziś historyjkę. Otóż jakoś dwa lata temu pewien handlarz złomem w USA kupił złote jajko za 14.000 dolarów z zamiarem przetopienia go na złom. Ponieważ było podejrzanie ładne, zaniósł je do jednej z londyńskich firm jubilerskich. Tam uświadomiono mu, że jajko jest jednym z zaginionych w czasie rewolucji październikowej w 1917 r. jajek Fabergé. Na ile oszacowali jego wartość jubilerzy? To prawdopodobnie najdroższe jajko świata! 

      Cały tekst znajdziesz pod tym linkiem

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 kwietnia 2017 09:13
  • sobota, 15 kwietnia 2017
  • piątek, 14 kwietnia 2017
    • Idzie nowe! Bank już nie sprzeda mieszkania za półdarmo, a wniosek rozpatrzy błyskiem

      Kredyt hipoteczny to jeden z tych produktów bankowych, które powinny być bardzo dobrze regulowane. Wartość umowy dla większości z nas jest kosmiczna, zaś potencjał wpadnięcia w pętlę zadłużenia - relatywnie duży. Nikt nie wie jak będzie wyglądała jego sytuacja finansowa za kilkanaście lat, a zobowiązanie do spłaty rat trzeba nieść. Dlatego banki powinny - z własnej woli lub przymuszone prawem - oferować takie kredyty hipoteczne, które w pewnym stopniu dają poczucie bezpieczeństwa klientom.

      Sejm przyjął właśnie, zaś prezydent podpisał kolejną z takich regulacji - Ustawę o kredycie hipotecznym. Wcześniej była delegalizacja bankowego tytułu egzekucyjnego (czyli możliwości uproszczonej egzekucji długów bankowych), nowa ustawa o upadłości konsumenckiej (ułatwiająca wyjście z pętli długów osobom w tarapatach) oraz regulacje Komisji Nadzoru Finansowego ograniczające dokładania "lewych" ubezpieczeń do kredytów. Jakie nowe "bezpieczniki" dostaną teraz - a raczej latem, bo są trzy miesiące vacatio legis - osoby, które będą chciały zaciągnąć kredyt hipoteczny?

      ------------------------- Poniżej obszerne fregmenty tekstu ---------------------------

      Caly przeczytaj na stronie www.subiektywnieofinansach.pl.  Tutaj jest link do tekstu

      Nie spłacasz rat? Obowiązkowe negocjacje i pół roku na sprzedaż mieszkania. Dobrą zmianą – aczkolwiek w dużej części kopiującą poprawki do Prawa bankowego, które nastąpiły przy okazji likwidacji BTE – jest uniemożliwienie bankom błyskawicznego zajęcia i sprzedaży nieruchomości w przypadku kłopotów klienta ze spłatą rat. Kilka lat temu opisywałem dramaty klientów, którzy np. tracili mieszkanie, bo bank wypowiedział im kredyt z powodu 16-dniowej zaległości. Albo zapisy w umowach kredytowych, że w przypadku nie spłacenia w całości dwóch rat (czyli wystarczy groszowa zaległość) klient zgadza się na błyskawiczną windykację. To była masakra i zaproszenie do przejmowania mieszkań za grosze.

      Czytaj też: Ktoś zapomniał wpisać zastaw do papierów i pan Piotr stracił prawie cały majątek

      Bez kajdanek i pistoletu. Teraz ma być tak: w przypadku opóźnień w spłacie kredytobiorca ma prawo wystąpić z wnioskiem o restrukturyzację kredytu. Bank musi mu „coś” zaproponować (czasowe zawieszenie spłaty kredytu, wydłużenie okresu kredytowania albo inną pomoc). To „coś” oczywiście w dalszym ciągu może być picem na wodę, ale… nawet w najgorszym razie kredytobiorca musi dostać pół roku na sprzedaż mieszkania na własną rękę. Dopiero po tym czasie bank będzie mógł zająć i sprzedać mieszkanie z pomocą komornika. Tylko owa sześciomiesięczna „karencja” jest absolutną nowością wynikającą z ustawy, bo konieczność zaproponowania klientowi restrukturyzacji kredytu została już wpisana do innych ustaw wcześniej.

      Czytaj też: Deweloperzy obiecują 5% rocznie za współudział w budowaniu mieszkań

      Koniec z obowiązkowym cross-sellem. Ustawa o kredycie hipotecznym zabrania też uzależnienia udzielenia kredytu od zakupu dodatkowych produktów. Wyjątkiem jest konto bankowe, ale – uwaga – musi być ono darmowe. Gdyby kilka lat temu było takie prawo, to nie mielibyśmy dziś tylu kredytobiorców zmuszanych przez banki do płacenia za konta 20-30 zł miesięcznie tylko dlatego, że w umowie kredytowej takie konto zostało zakontraktowane (z odniesieniem, że cenę bank może dowolnie ustalić w tabeli prowizji). Oczywiście: bank nadal może powiedzieć klientowi: „z moim ubezpieczeniem kredyt będzie tańszy”. Ale nie będzie mógł dokładać nic do kredytu obowiązkowo.

      Bank nie zabroni wcześniejszej spłaty. W przeszłości banki dokładały do kredytów zapisy utrudniające wcześniejszą spłatę. Wiadomo, że jeśli wcześniej spłacę kredyt, to bank zarobi mniej na odsetkach (jeśli nadpłacam część kapitału – to bez odsetek), będzie też musiał oddać część składek ubezpieczeniowych, o ile do kredytu dorzucił polisę. Banki tego nie lubią, dlatego zapisywały klientom w umowach wysokie, zaporowe prowizje za wcześniejszą spłatę. Albo gigantyczne opłaty za aneksy zmieniające harmonogram spłaty rat.

      W nowej ustawie jest zapis, który pozwala bankom brać pieniądze za wcześniejszą spłatę kredytu tylko przez trzy lata. Ograniczona została także kwota, którą może zostać obciążony kredytobiorca – będą to maksymalnie jednoroczne odsetki od kwoty wcześniej spłacanej (jeśli więc wcześniej spłacam 30-letni kredyt, to prowizja może wynieść tylko równowartość odsetek, które zapłaciłbym od tej kwoty za jeden rok kredytu) oraz nie więcej, niż 3% nadpłacanej kwoty. Dziś już w większości banków nie ma długoletnich zakazów wcześniejszej spłaty, więc ten zapis akurat niewiele zmienia.

      Decyzja kredytowa będzie szybciej. Skończy się też wielomiesięczne targowanie się z bankowcami przy udzielaniu kredytu. Dziś już w większości banków procedury idą sprawnie, ale wciąż mam wieści od klientów, że jakiś bank przez trzy miesiące rozpatrywał wniosek, a na koniec się rozmyślił, albo że analityk co kilka tygodni żąda dodatkowych dokumentów i nie może podjąć ostatecznej decyzji… Teraz ma być tak, że analiza wniosku kredytowego może zająć bankowi maksymalnie 21 dni, a potem trzeba klientowi przekazać decyzję. Natomiast informację o tym czy bank udzieli danej osobie kredytu na określoną kwotę – to jeszcze nie jest decyzja kredytowa, ale wstępna analiza zdolności kredytowej na podstawie deklarowanych przez klienta dochodów i obciążeń finansowych – bank powinien przekazać w tydzień.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Idzie nowe! Bank już nie sprzeda mieszkania za półdarmo, a wniosek rozpatrzy błyskiem”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 14 kwietnia 2017 08:25
  • czwartek, 13 kwietnia 2017
  • środa, 12 kwietnia 2017
    • mBank pokazał nową aplikację mobilną. Mocna. Płacenie zbliżeniem, tempomat wydatków...

      subiektywnieZAPRASZAM DO NOWEGO SERWISU "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH": Znajdziecie tam jeszcze więcej felietonów, prześwietleń, porównań i porad dotyczących Waszych portfeli. Będą też zaproszenia na czaty i webinaria, podczas których będziecie mogli zadać mi pytania na żywo. Zapraszam do nowej odsłony subiektywności! Dodajcie stronę www.subiektywnieofinansach.pl do ulubionych. Od teraz niektóre teksty będą ukazywały się tylko tam. 

      -------------------------------------------------------------------------------------------------------

      mBank – czwarty największy bank w Polsce, obsługujący ponad 4 mln klientów – pokazał dziś swoją nową aplikację mobilną. Słowo „nowy” w przypadku mBanku – zwłaszcza w kontekście aplikacji mobilnych – jest ryzykowne, bo to bank, który od dawna ma już solidną aplikację do bankowania przez smartfona: z opcją płacenia BLIK-iem i z programem rabatowym. Według danych na koniec 2016 r. mBank ma najwięcej „mobilnych” klientów wśród wszystkich polskich banków (ponad 850.000).

      Czym różni się nowa mBankowa apka od tej, której klienci używali do tej pory? Jest już dostępna w sklepach AppStore i Google, więc zaraz po przeczytaniu niniejszego tekstu możecie sobie ją sobie ściągnąć i się pobawić. Jest nowy design (uproszczona nawigacja) sporo nowych funkcji i drobne innowacje wspomagające klientów w zarządzaniu pieniędzmi. Wszystko podporządkowane temu, żeby klienci jak najczęściej używali mobilnej apki („mobilni” mają z nią 19 tzw. interakcji miesięcznie, a ci używający bankowości elektronicznej – średnio po 12). Jak słusznie –  choć półżartem – zauważył podczas prezentacji prezes Cezary Stypułkowski, liczba interakcji może rosnąć wraz z wysokością salda na koncie, bo on czasem wchodzi do apki także po to,  żeby upewnić się, że ma podniecająco dodatnie saldo. Co prawda to prawda. Też tak mam, tylko przy innym, niż Pan Prezes, poziomie „dodatniości” salda. :-))

      Czytaj też: Jakie saldo ma na koncie prezes Cezary Stypułkowski?

      Jeśli chodzi o wygląd nowej aplikacji, to nie będę się rozpisywał, bo każdy może sam obejrzeć – to dobrze, że bank zrezygnował z przycisku „zaloguj” (w nowej apce od razu wpisuje się PIN), a jeszcze lepiej, że podzielił menu na dole strony na cztery czytelne sekcje. Fajnie, że pojawił się na ekranie głównym przycisk pozwalający „dorzucić” klientowi skróty do najczęściej używanych przez niego funkcji. A bardziej strategiczne zmiany?

      MOBILNY MBANK I LOGOWANIE ODCISKIEM PALCA

      mBank udostępnia większej liczbie użytkowników biometrię, czyli wchodzenie do banku przez smartfona bez konieczności podawania PIN-u. O ile dziś jego aplikacja mobilna – podobnie jak wiele innych na rynku – pozwala na logowanie palcem tylko na najnowszych modelach iPhone’ów (które mają wbudowaną tę funkcję), o tyle teraz o PIN-ach i hasłach będą mogli zapomnieć przy bankowaniu także użytkownicy niektórych smartfonów z dużo popularniejszym w Polsce systemem Android (chodzi o urządzenia, które są wyposażone w specjalny czytnik).

      Logowanie palcem to rzecz, która z jednej strony buduje poczucie bezpieczeństwa w przypadku bankowania przez smartfona (bo PIN, który wbijamy przy logowaniu do telefonu lub do aplikacji ktoś może podpatrzyć i gdyby ukradł nam telefon – dostać się do naszej kasy). A z drugiej sprawia, że coraz więcej rzeczy związanych z bankowaniem – łącznie z przelewami, płaceniem comiesięcznych rachunków poprzez ich zeskanowanie itp. – bardziej „opłaca się” robić przez smartfona.

      Z tym pierwszym stwierdzeniem (o bezpieczeństwie) zapewne nie wszyscy się zgodzą, bo podobno odcisk palca da się odtworzyć zdjęciami bardzo wysokiej rozdzielczości, a swoich linii papilarnych da się zmienić jak „skompromitowanego” PIN-u.  Jednak upieram się, że o ile zatwierdzanie przelewów odciskiem palca może być nieco kontrowersyjną praktyką, to logowanie przez odcisk palca w dobie złodziei masowo wykradających nam hasła i loginy do e-bankowości jest jednak dobrym wyborem.

      PŁACENIE ZBLIŻENIOWE ANDROID PAY.  ALE PROSTSZE

      Kilka miesięcy temu Google wprowadził do Polski (jako do jednego z pierwszych krajów w Europie) płatności Android Pay. Wystarczy ściągnąć ze sklepu Google aplikację, podpiąć do niej kartę swojego banku (o ile „przypiął się” on do Android Pay) i… już można płacić telefonem zbliżeniowo. I to nawet nie mając w smartfonie aplikacji mobilnej swojego banku! (bo jak już się ją ma, to w niektórych bankach też można sobie do niej przypiąć kartę i płacić smartfonem).

      Tutaj więcej: Jak działa Android Pay? Czym różni się od innych technologii?

      Czytaj też o problemach z Android Pay: Co mi przeszkadza w płaceniu?

      Czytaj też: Nowy sposób płacenia smartfonem. Polska firma podbije świat?

      mBank jest pierwszym bankiem, który pozwoli swoim klientom korzystać z Android Pay bez konieczności ściągania tej aplikacji ze sklepu Google – podpięcia będzie można dokonać z poziomu nowej wersji aplikacji mobilnej mBanku. Z punktu widzenia klienta nie ma to większego znaczenia: dla niego najważniejsze jest to, że od dziś może wreszcie płacić kartą mBanku nie mając jej przy sobie. No, może ci, którzy – jak ja – pochodzą z Poznania i lubią mieć porządek na pulpicie, ucieszą się, że nie muszą ściągać nowej aplikacji. Wystarczy aktywować Android Pay i wybrać kartę, która ma być podpięta do płatności telefonem przez zbliżenie.

      Całej procedury może dokonać w aplikacji mobilnej mBanku. Niestety na razie podpiąć można tylko karty z logo MasterCarda (kto ma kartę VIsy musi poczekać do lata lub wyrobić sobie drugą kartę, z logo MasterCarda – na szczęście limity transakcji uprawniające do bezpłatnego korzystania z karty są przypisane do klienta, a nie do karty).

      NOWY SPOSÓB AUTORYZOWANIA TRANSAKCJI

      Oprócz SMS-ów autoryzacyjnych wszyscy klienci mBanku z nową aplikacją w portfelu będą mogli wybrać mobilną autoryzację transakcji. Do tej pory była to testowa metoda, teraz będzie proponowana wszystkim klientom. Używam jej już od początku roku w swoim smartfonie i uważam, że jest ciut mniej wygodna, niż SMSy autoryzacyjne, ale za to dużo bardziej bezpieczna.

      Polega to na tym, że jeśli chcę wykonać jakiś przelew w bankowości internetowej mBanku, to zamiast SMSa wysyłanego na mój telefon otrzymuję powiadomienie push, bym zatwierdził przelew w aplikacji mobilnej. Muszę wejść do banku w smartfonie, wpisać PIN do tej aplikacji i kliknąć, że potwierdzam przelew. Tego klikania jest minimalnie więcej, niż w przypadku przepisywania SMS-a autoryzacyjnego w okienku przelewu, ale to dużo bezpieczniejsze.

      Czytaj:  mBank testuje nową metodę autoryzacji transakcji. Już jej używam i…

      Wejdź też: Jedno mobilne hasło do wszystkiego? Polskie telekomy już testują!

      Dlaczego bezpieczniejsze? SMSa może przejąć złodziej i autoryzować z jego użyciem przelew na swoje konto. W nowym modelu żeby ukraść mi pieniądze z konta trzeba nie tylko włamać się do mojego smartfona – trzeba go fizycznie mieć. Smartfon jest w tym przypadku takim nowoczesnym tokenem. Żeby zrobić przelew z mojego konta muszę coś wiedzieć (znać login i hasło do bankowości internetowej) i coś mieć (smartfona, do którego muszę się zalogować i potwierdzić na nim transakcję). mBank, który jeszcze rok, dwa lata temu miał dość przeciętne zabezpieczenia przed internetowymi złodziejami pieniędzy, dziś staje się jednym z najbezpieczniejszych. Logowanie palcem do aplikacji mobilnej plus mobilna autoryzacja transakcji internetowych to dość solidny pakiet.

      WYGODNIEJSZE ZAKUPY W NECIE: BLIK NA JEDEN KLIK

      mBank jest jednym z pierwszych banków (pierwszym był Bank Millennium), który w ramach swojej aplikacji mobilnej wprowadza internetowe płatności BLIK w wersji jednoklikowej. A więc wchodzę przez laptop, tablet lub komputer na stronę internetową, na której zwykle robię zakupy, tam napełniam koszyk, wybieram sposób płatności BLIK i… potwierdzam transakcję klikając „OK” w aplikacji mobilnej mBanku. Omijam tym samym wpisywanie kodu BLIK. Podobne rozwiązanie wprowadził jakiś czas temu PayPal – w wybranych przez siebie sklepach internetowych można zrezygnować z podawania hasła przy autoryzacji transakcji.

      Tu więcej o płaceniu w internecie jednym klikiem za pomocą BLIK-u

      Czy to bezpieczne? Cóż, zawsze brak hasła jest mniej bezpieczny, niż wpisywanie hasła (w tym wypadku kodu BLIK), ale przy założeniu, że mamy dobrze zabezpieczonego smartfona (czyli odblokowujemy go PINem) oraz aplikację mobilną banku „otwieraną” dodatkowym hasłem lub odciskiem palca – można się zastanawiać czy trzecie hasło, czyli jednorazowy kod BLIK, jest potrzebne. Przyznam, że jako posiadacz konta w Banku Millennium jeszcze nie pozwoliłem na stronie żadnego sklepu na korzystanie z BLIK-a w wersji one-click, ale z całą pewnością jest to duże uproszczenie procesu płacenia w sieci. mBankowcy twierdzą, że 70% polskich e-sklepów już umożliwia płaceniem przez BLIK na jeden klik.

      Czytaj też: Banki testują rewolucyjną technologię – załóż konto przez wideoczat

      TEMPO WYDATKÓW I SPERSONALIZOWANY „PUSH”

      W nowej aplikacji mobilnej mBank proponuje też ciekawostkę dla tych, którzy lubią sprawdzać jak wygląda ich domowy budżet. Nie jest to żaden rozbudowany asystent, ale proste narzędzie do sprawdzania w jakim tempie wydaję w tym miesiącu pieniądze względem poprzednich trzech miesięcy. Sądzę, że kilka osób dzięki tej aplikacji wprowadzi wewnętrzne „współzawodnictwo oszczędnościowe” i będzie starało się w każdym kolejnym miesiącu wydawać choć odrobinę mniej. Na chwałę portfela!

      Z podobnych drobiazgów: jakiś czas temu mBank wprowadził – w serwisie internetowym – asystenta płatności, który przypomina, że wkrótce trzeba zapłacić rachunek np. za szkołę lub kablówkę albo czynsz, podpowiada ile ten rachunek wynosi i pozwala go zapłacić jednym klikiem. Tu mamy narzędzie podobnej kategorii.

      W aplikacji mobilnej mBanku można też personalizować powiadomienia push – klient sam może sobie wybrać o jakich wydarzeniach w jego życiu ma przypominać aplikacja: ważnych przelewach, wpływach na konto, płatościach kartowych, wypłatach z bankomatów. Niestety, w ramach tych powiadomień push nie można chyba zdefiniować sygnalizacji kończących się depozytów odnawialnych. Kilka razy zdarzyło mi się zapomnieć o kończącym się depozycie w mBanku i został on zrolowany na taki o skrajnie skandalicznym oprocentowaniu. Gdyby mBank mógł mnie powiadamiać push’em, że właśnie zamierza mnie zrobić w trąbę – byłoby miło.

      MBANK: „MAMY NAJBARDZIEJ NOWOCZESNYCH KLIENTÓW”

      Generalnie nowa aplikacja mobilna mBanku wygląda na dobry pomysł. Już sam fakt, że klienci mBanku – przynajmniej ci z Androidem w kieszeni – będą mogli wreszcie zbliżeniowo płacić smartfonem, jest dobrą zmianą. Mobilna autoryzacja transakcji oznacza poprawienie bezpieczeństwa pieniędzy na internetowych kontach klientów, zaś jednoklikowe płatności BLIK w internecie oznaczają, że niewiele będzie wygodniejszych sposobów kupowania w sieci niż te proponowane przez mBank. No i pewnie nie bez znaczenia jest fakt, że kilka osób więcej, niż do tej pory, będzie mogło się logować do banku palcem. Ściągajcie, testujcie i dawajcie znać.

      Przy okazji mBank pokazał trochę danych dotyczących jak bardzo jego klienci się „umobilnili”. To nie chodzi tylko o to, że 850.000 osób używa aplikacji mobilnej i że mają więcej interakcji z bankiem, niż „normalni” klienci. Sprawa jest poważniejsza. Ci „mobilni” stanowią już 30% wszystkich klientów mBanku (podobnymi statystykami mogą się pochwalić tylko w Banku Pekao i Millennium). Już 43% wszystkich logowań do banku jest z urządzeń mobilnych. Połowa doładowań telefonów jest zlecana z poziomu aplikacji, podobnie jak 20% przelewów. Co piąty kredyt gotówkowych „idzie” przez aplikację mobilną.

      mBank ma też fajną opcję uproszczonego łączenia się z infolinią. Można to zrobić z poziomu aplikacji mobilnej (np. po zalogowaniu się do konta palcem), dzięki czemu nie trzeba się już identyfikować telekodem, ani żadnymi „nazwiskami panieńskimi matki”. Po prostu jako zalogowany klient klikam na kontakt z infolinią i wyjaśniam swój problem. mBank zeznaje, że już jedna trzecia połączeń z infolinią „idzie” tym właśnie kanałem. I że połowa klientów dzwoniących na infolinię z poziomu aplikacji nigdy wcześniej nie korzystała z infolinii. Prawdopodobnie oznacza to, że dusili problemy w sobie, co mogło się skończyć rezygnacją z usług banku bez ostrzeżenia. W tym sensie dobrze urzeźbiona aplikacja mobilna może być szansą na „przytulenie” niezadowolonego klienta zanim jeszcze do mnie napisze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „mBank pokazał nową aplikację mobilną. Mocna. Płacenie zbliżeniem, tempomat wydatków...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 12 kwietnia 2017 13:20

Archiwum

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny