Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • sobota, 29 sierpnia 2009
    • Koniec ery polisolokat wolnych od podatku?

      Krótkoterminowe depozyty bankowe mogą wkrótce wyprzeć z rynku najpopularniejszy dotąd sposób na unikanie podatku Belki - tzw. polisolokaty. Jak doniósł kilka dni temu „Dziennik Ubezpieczeniowy”, kolejni ubezpieczyciele wycofują się z oferowaniu polis antybelkowych. Po firmie Benefia taką decyzję podjęła Aviva (to nowa nazwa Commercial Union). Szefowie Avivy mówią, że polisolokaty im się po prostu nie opłacają.

      Nie opłacają się, bo przecież polisolokaty (zwane też polisami lokacyjnymi), z ubezpieczeniami nie mają nic wspólnego. Towarzystwo ubezpieczeń dostarcza tylko opakowanie polisy do zwykłego depozytu. Lokata sprzedawana jako ubezpieczenie na życie, z odsetkami nazywanymi dla niepoznaki sumą ubezpieczenia, daje zwolnienie z 19-proc. podatku Belki, na czym zyskuje głównie bank, bo przyciąga pieniądze klientów. Firma ubezpieczeniowa dostaje tylko niewielką prowizję.

      Pogłoski o śmierci polisolokat są pewnie jeszcze przesadzone, zwłaszcza że przecież ostatnio wprowadził taki produkt do oferty największy polski bank - PKO BP. Ale nie zmienia to faktu, że era tej formy omijania podatku Belki chyba jednak dobiega końca. I chyba mnie to nie martwi. Zastanawiałem się już nie raz, czy oferowanie przez banki czegoś, co udaje zupełnie inny produkt jest etyczne.

      Może więc rynek obyłby się jakoś bez tego cudacznego miksu, który w dodatku jest reklamowany jeszcze dziwaczniej, bo poprzez sprowadzenie oprocentowania do wspólnego mianownika ze zwykłymi,opodatkowanymi lokatami? O polisolokacie, która po roku da „sumę ubezpieczenia” w wysokości ok. 5,1 proc., marketingowcy piszą: „zyskasz jak na lokacie 6,25 proc.”. Po prostu kołomyja.

      Podatek Belki będziemy nadal omijali. Jeśli nie za pomocą polisolokat, to dzięki zwykłym, krótkim lokatom. Jeśli odsetki z jednodniowej - na przykład - lokaty są na tyle niskie, że podatek wyniósłby poniżej 50 gr., to wypłata jest wolna od haraczu do urzędu skarbowego. Banki wprowadzają jeden po drugim takie jednodniówki, chociaż część z nich wpadła już na pomysł, żeby limitować ich liczbę przypadającą na jednego klienta.

      Po co? Pewnie z jednej strony po to, żeby uniknąć delikwentów zakładających po 100 lokat o niskiej wartości (by z każdej po jednym dniu mieć mniej, niż 50 gr. odsetek). Bo to obciąża systemy informatyczne. Z drugiej strony bankowcy wiedzą, że jeśli zbyt dużo pieniędzy ucieknie z długoterminowych lokat na jednodniówki, to dla ich płynności finansowej też może się to dobrze nie skończyć. Co by nie mówić o polisolokatach, z nimi takich ceregieli nie ma. Można włozyć dowolnie dużą kwotę i wszystko będzie „antybelkowe”.


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Koniec ery polisolokat wolnych od podatku? ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 29 sierpnia 2009 22:26
    • Uwaga: nadchodzi wyższa kultura!

      Hasło „Wyższa kultura bankowości”, które jest głównym przesłaniem Alior Banku, niedawnego debiutanta na rynku bankowym, jest prowokujące. Człowiek, wchodząc do oddziału Aliora spodziewa się czegoś, co będzie zapierać mu dech w piersiach. To tak jak z hotelem: jeśli ma pięć gwiazdek, oczekiwania klientów są znacznie wyższe. To, co w czterogwiazdkowcu uchodziłoby za luksus, w pięciu gwiazdkach jest „tylko” standardem, nad którym nie warto się zachwycać.

      Sprowokowany aliorowską „wyższą kulturą”, ostatnio trochę wyżywałem się trochę na banku kierowanym przez Wojciecha Sobieraja. Bo odwiedzając placówki nie zauważyłem wyższej kultury, ale tylko taką zwyczajną. Nie było kolejek - to fakt. Zero bałaganu, ulotki nie plątały się pod nogami... ale pracownicy do stóp nie padali irączek nie całowali, więc byłem lekko zawiedziony.

      Inna sprawa, że pewnie jestem bardziej wymagający, niż zwykły klient, przywykły do standardu obsługi rodem ze starego PKO BP (starego, bo teraz już przynajmniej w niektórych oddziałach sprawy wyglądają poprawnie). Swoje wrażenia niedopieszczonego prawie-klienta Alior Banku spisałem tutaj, zaś tutaj znajdziesz wersję pisaną i wideo prześwietlania reklamy Alior Banku. Z kolei relacja z Waszego prześwietlania Samcika znajduje się tutaj.

      Za oba teksty trochę mi się dostało od klientów, którzy nie mają tak wysublimowanych oczekiwań i których zdaniem obsługa Alior Banku w zupełności wyczerpuje znamiona hasła „wyższa kultura bankowości”. Cóż, każdy ma prawo do subiektywnej oceny.

      Ale jedna rzecz mi w Alior Banku autentycznie zaimponowała. To elektroniczne ekrany dotykowe, które w placówkach zastąpiły część formularzy i papierków. Ekrany, które fachowo nazywają się tabletami, wyglądają mniej więcej tak, jak poniżej. Na zdjęciu widać takie cudo w dolnym prawym narożniku, stojące na blacie przy stoisku klientowskim.

      oddział Alior Banku

      Dzięki tabletom w Aliorze wyeliminowano dużą część formularzy i domumentów, które pracownicy muszą drukować, a klienci pracowicie podpisywać. W centrali Aliora twierdzą, że za pomocą tabletów można przeglądać i podpisywać w formie elektronicznej wszystkie potrzebne umowy na linii klient-bank. Wszystkie z wyjątkiem umów kredytowych, bo w ich przypadku obowiązuje forma pisemna pod rygorem nieważności.

      W przypadku wszystkich innych dokumentów wystarczy, że klient podpisze je elektronicznie, na tablecie. Nie trzeba nic drukować. Trzeba tylko na samym początku kontaktów z bankiem podpisać - w tradycyjny sposób, a więc na papierze - umowę ramową. I tym samym zgodzić się na „tabletową rewolucję”. Nie sprawdzałem jak to działa w praktyce, ale kiedy odwiedzałem oddziały Aliora, rzeczywiście na biurkach pracowników nie zauważyłem bałaganu. Zwykle było prawie pusto, nie walały się segregatory ani spinacze.

      Chociaż od dawna mam skłonność do szukania dziury w całym, instytucję tabletów w Alior Banku muszę pochwalić. Nie wiem ile takie ekrany dotykowe kosztują i czy dla takiego np. PKO BP albo Banku Pekao byłaby to bariera nie do przejścia. Jeśli chodzi o techniczne aspekty komunikacji pracownika z klientem w oddziale, to Alior Bank znalazł się rzeczywiście w innej erze, w wyższej kulturze bankowości. Zdjęcie tabletu firmy Lenovo, które znalazłem w internecie, znajdziecie poniżej.

      tablet Lenovo

      I prędzej czy później Alior na tym zyska. Dla klienta, który przyzwyczai się do tego, że prawie wszystkie sprawy z bankiem załatwia na ekranie monitora dotykowego, powrót do tradycyjnych stosów papierków, którymi był zasypywany w innych bankach, będzie już chyba niemożliwy. Kto chciałby znowu znaleźć się w epoce kamienia łupanego? Nagrodą dla Aliora będzie więc lojalność klientów, którym - przynajmniej w tym jednym elemencie obsługi - żaden bank nie może zapewnić porównywalnych warunków. Chapeau-bas.




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Uwaga: nadchodzi wyższa kultura!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 29 sierpnia 2009 10:53
  • czwartek, 27 sierpnia 2009
    • Podwyżki prowizji w PKO BP zadziałały. Zobacz jak pomogłeś swojemu bankowi!

      PKO BP był bodaj pierwszym dużym bankiem, który wiosną tego roku zdecydował się znacznie podwyższyć opłaty za prowadzenie kont osobistych. Abonament za podstawowy rachunek Superkonto wzrósł z 5,4 do 6,9 zł. Później w ślady PKO BP poszli inni, np. największy konkurent państwowego giganta  - Bank Pekao. Nie wiem, czy któregoś z klientów PKO BP to pocieszy, ale... Kochani klienci, chcę Wam powiedzieć, że pieniądze, wyciągnięte z Waszych kieszeni przez szefów PKO BP, doskonale widać w kasie banku. Ba, to właśnie pieniądze z podwyżek prowizji w dużej części poratowały wynik państwowego banku w pierwszym półroczu!

      PKO BP podał w czwartek, że od stycznia do czerwca zarobił na czysto 1,15 mld zł. Pomijając różne koszty (pracowników, utrzymania oddziałów, rezerw na złe kredyty itp.) bank ze skarbonką w logo zarobił na podstawowej działalności - czyli różnicy między odsetkami od lokat i kredytów - tylko 2,3 mld zł. To o jedną piątą mniej, niż rok temu o tej samej porze. Teraz zaczynam rozumieć dlaczego PKO BP zaczyna wykręcać klientom takie numery, jak ten. Spadająca różnica na odsetkach to problem, który trzeba jakoś rozwiązać.

      Aż strach pomyśleć co by się stało z wynikiem banku, gdyby nie poratowały go dochody z Waszych, drodzy klienci, prowizji. W sumie klienci z różnych opłat zapłacili bankowi w pierwszym półroczu prawie 1,4 mld zł. Z samej tylko obsługi ROR-ów bank zgarnął 410 mln zł (o 20 mln zł więcej, niż rok temu), a kolejne 445 mln zł klienci dorzucili w prowizjach z tytułu obsługi kart płatniczych (to o 45 mln zł więcej, niż przed rokiem). Dla porównania: z tytułu prowizji od udzielonych kredytów PKO BP zarobił ledwie 160 mln zł (choć i tak o 13 mln zł więcej, niż rok temu).

      Jeśli więc szukać w wynikach PKO BP gejzerów nowych zysków, to jesteście nimi Wy: posiadacze Superkont. Nie chcę rozgrzeszać szefów innych banków, którzy w tym samym miejscu szukają nowych pieniędzy, ale chyba już wiem dlaczego nic nie mogło powstrzymać ani szefów Banku Millennium, ani ludzi od ustalania prowizji w DnB Nord. Oni też od czasu do czasu muszą publikować swoje wyniki finansowe. I też szukają jakiegoś nowego gejzera zysków.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Podwyżki prowizji w PKO BP zadziałały. Zobacz jak pomogłeś swojemu bankowi!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 sierpnia 2009 18:00
    • Karta płatnicza? To jest diabelskie!

      Podczas urlopowych wojaży po Grecji testowałem odporność psychiczną właścicieli tamtejszych kafejek, tawern, restauracji oraz hoteli. Są to ludzie wyluzowani (też byście tacy byli, gdybyście przez trzy czwarte roku mieli nad sobą ciepłe słoneczko, szum morza i palemki), więc naprawdę nie jest łatwo zepsuć im humor.

      W sumie podczas ponad tygodniowego greckiego urlopu udało mi się znaleźć tylko jeden jedyny niezawodny sposób, by restauratora albo hotelarza naprawdę i szczerze zasmucić. Tak zasmucić, żeby jeszcze przez najbliższe pół godziny uśmiech nie pojawił się na jego twarzy (mimo słoneczka, szumu morza i palemek). Ten sposób to wyciągnięcie z portfela karty płatniczej.

      Widok karty działa na tych ludzi już nawet nie jak płachta na byka, ale jak gilotyna nad głową. Zaczynają prosić, błagać, przepraszać i przekonywać, że lepiej będzie jeśli zapłacę gotówką, że karta jest źle wypolerowana, że terminal popsuty, że prądu zabrakło, że baterie wysiadły. Rekord pobił restaurator w dobrej knajpie na wyspie Kos, który powiedział wprost. - Nie lubię plastiku. To nie jest prawdziwe życie. To jest diabelskie!

      Hmmm... A nam tu w Polsce Visa i Mastercard, przy akompaniamencie chóru wszystkich bez wyjątku bankowców, tłuką od lat do głów, że płatności bezgotówkowe są tańsze, bardziej efektywne i wygodniejsze. A tymczasem taka Grecja - zdaje się, że mimo wszystko znacznie bogatszy od Polski kraj - pod względem stosunku do plastikowego pieniądza jest konserwatywna.

      Cash is the king. Gotówka rządzi. Dochodzę do wniosku, że Polacy wcale nie są dziwni, skoro dwie trzecie wszystkich transakcji karcianych wykonują przy bankomatach, zamieniając wirtualny pieniądz na żywą gotówkę. Bo - parafrazując poniższą reklamę - lepiej się żyje z gotówką.


      Jest chyba tylko jeden sposób, żeby przekonać ludzi - i to niezależnie od nacji - że w płaceniu kartami w sklepach nie ma nic diabelskiego. To konkursy. Nie bez powodu największym w tym roku sukcesem na rynku depozytów była słynna lokata reklamowana przez Danny'ego DeVito. Ani Danny nie jest taki wspaniały, ani oprocentowanie nie było wysokie. Wystarczyło, że przy okazji zapisów na lokaty ogłoszono konkurs z wysoką nagrodą.

      Tego samego patentu chwytają się Visa i Mastercard, czołowe systemy skupiające banki-wydawców kart. Ostatnio Visa zorganizowała loterię, w której do wygrania były karty „załadowane” kwotą 50 tys. zł. Zdobywcami kart z takim saldem zostali: pani Ewa, która w bydgoskiej księgarni zapłaciła kartą 81 zł za książki, pan Kamil, który zapłacił kartą Visa 40 zł w sklepie odzieżowym Reserved w Gdyni oraz pan Marek, który kupił paliwo na stacji Lotos za 174 zł. Jak widać nie trzeba być finansowym kresuzem z platynową kartą w portfelu, żeby płacenie kartą mogło się opłacić.

      Co ciekawe, dwóch z trzech zwycięzców miało w portfelach karty mBanku. Widać klienci tego banku (niepotrzebne skreślić): a) najchętniej używają kart płatniczych zamiast gotówki, b) najbardziej lubią konkursy, c) uważają, tak jak ten „czeski” ksiądz, że płacenie gotówką to grzech. :-)


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „Karta płatnicza? To jest diabelskie!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 sierpnia 2009 08:06
  • środa, 26 sierpnia 2009
    • Nowym prezesem PKO BP będzie...

      We wtorek PKO BP ujawnił, że o stanowisko nowego prezesa banku rywalizuje 14 kandydatów. Oczywiście nie ujawniono ich nazwisk. Stąd wszystko, co napiszę poniżej, ma status czystej spekulacji, plotki, pomówienia lub insynuacji (niepotrzebne skreślić). Otóż z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy się domyślać, że swoich aplikacji nie złozyli ani poprzedni prezes Jerzy Pruski (podobno ma zostać szefem Bankowego Funduszu Gwarancyjnego), ani Sławomir Lachowski, o którym jeszcze niedawno się mówiło, że jest pewniakiem.

      Lachowski miał dogadać się z Pruskim i ministrem skarbu Aleksandrem Gradem, że to on stanie za sterami banku. Niestety, usunięcie Pruskiego odbyło się w złej atmosferze, co pogrążyło szanse Lachowskiego.Niektóre źródła mówią, że wcześniej Pruski i Lachowski poróżnili się.

      Jeśli nie Lachowski to kto? Na liście kandydatów, którzy złożyli swoje aplikacje, zapewne nie ma nazwisk prezesów, którzy zarządzają dziś bankami. Ponoć nie zgłosił się ani Mariusz Klimczak, dziś współzarządzający bankiem BOŚ, ani Piotr Kamiński, prezes Banku Pocztowego. Słyszałem też, że poważnych kandydatów - poważnych, czyli takich, którzy mają realny potencjał do zarządzania największym bankiem w kraju - jest nie więcej, niż pięciu-sześciu. Malutko. Niewykluczone, że są wśród nich menedżerowie zarządzający obecnie bankiem PKO BP.

      I to właśnie któregoś z nich upatrywałbym jako potencjalnego zwycięzcę konkursu na szefa PKO BP. Myślę zwłaszcza o Wojciechu Papieraku, który z jednej strony już zdążył się oswoić z funkcją p.o. prezesa, na którą wyniosła go rada nadzorcza, z drugiej zaś byłby to dla niego realny awans zawodowy.

      Co prawda jeszcze nie tak dawno Papierak krygował się, że zarządzanie PKO BP nie jest jego marzeniem i nie zamierza się za to brać. A jednak, jak wskazują nieoficjalne informacje, podobno złożył swoją aplikację w konkursie... Poza tym nie po to człowiek wypruwa sobie flaki, by przeprowadzić bank przez ultratrudną operację nowej emisji akcji (w dodatku przyspieszoną w stosunku do wcześniejszych planów), by ktoś inny przyszedł na gotowe i zmierał laury.

      Gdybym więc dziś, mając taki stan wiedzy, jakim obecnie dysponuję, miał jednym słowem dokończyć tytułowe zdanie tego postu, dokończyłbym je słowem... Papierak. Sam jestem ciekaw, czy intuicja mnie nie zawodzi. To się okaże już wkrótce. A mój typ na prezesa wygląda tak:

      p.o. prezesa PKO BP, Wojciech Papierak

      (zdjęcie zaczerpnąłem z internetowych zasobów Gazety Prawnej, mam nadzieję, że koledzy z nowej gazety gospodarczej nie mają nic przeciwko temu)





      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Nowym prezesem PKO BP będzie...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 26 sierpnia 2009 19:24
    • Lokaty progresywne: marketingowy bełkot

      Za sprawą nowej kampanii reklamowej Banku Millennium na tapetę wróciły lokaty progresywne, czyli takie z rosnącym co miesiąc oprocentowaniem pieniędzy. Dla mnie to marketingowe dziwo, którego jedynym celem jest włożenie narzędzia do ręki specom od reklamy. Zamiast umieszczać na plakatach „zwykłe” oprocentowanie normalnych lokat, np. 6%, dzięki uzupełnieniu oferty o lokaty progresywne można sobie wpisać np. 8%, albo 12%. Daje po oczach? Daje. I o to chodzi. Klient może wejdzie, zapyta. A jak już wejdzie, to pracownicy go zatrzymają i coś-tam sprzedadzą.

      Kiedyś lokaty progresywne były chyba normalniejsze. W pierwszym miesiącu dawały 3,5%, w czwartym 4%, a w dwunastym 5%. I to jest OK - stabilny, niewielki bonus za lojalność klienta. Dziś duża część lokat tego typu istnieje tylko po to, by zaskoczyć oprocentowaniem w ostatnim miesiącu. AIG Bank płaci na finiszu nawet 12% w skali roku! Oczywiście w poprzednich miesiącach jest to odpowiednio mniej, żeby średnia za bardzo nie zbliżyła się do oprocentowania z ostatniego miesiąca, bo bank niechybnie poszedłby z torbami.

      Albo lokata w Banku Millennium - przez jedenaście miesięcy procentowa nędza - od 4% w pierwszym miesiącu do 4,5% w jedenastym, a potem - ni z gruszki ni z pietruszki nagle 8%. Średnia wychodzi raptem 5,5%, ale tę informację bank już podaje dużo mniejszą czcionką. Choć muszę przyznać, że zarówno w reklamie, jak i na plakatach informacja o średnim oprocentowaniu w skali roku jest i da się ją zauważyć bez lupy. Pod tym względem Bank Millennium odrobił lekcję.

      Czy lokaty progresywne powinno się wycofać z oferty? Oczywiście nie. Czy zasady oprocentowania mogłyby być konstruowane uczciwiej, bardziej przewidywalnie? Czy takich lokat powinno się używać jako głónego drivera, oferty która przyciąga do banku klientów? Gdybym był bankierem chcącym uczciwie, jasno i bez niedomówień komunikować się z klientami, na takie pytanie odpowiedziałbym: na pewno nie. I wtedy miałbym więcej tak fajnych klientek, jak ta pani:






       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Lokaty progresywne: marketingowy bełkot”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 26 sierpnia 2009 12:56
  • wtorek, 25 sierpnia 2009
    • Czy warto teraz wchodzić w fundusze akcji?

      Ostatnio w światku zawodowych inwestorów i zwykłych ciułaczy rozgorzała gorąca dyskusja na temat przełomu w funduszach inwestycyjnych. Przez niemal dwa lata Polacy wypłacali z nich pieniądze i przenosili do banków. Od kilku miesięcy jest odwrotnie - saldo wpłat i umorzeń. We wtorek portal finansowy Money.pl zwrócił uwagę na to, że w ciągu ostatnich trzech miesięcy do funduszy wpłynęło o 1,35 mld zł więcej pieniędzy, niż wyniosły umorzenia.

      To dopiero pierwsza kropla w morzu potrzeb, bo w szczycie hossy w funduszach było prawie 150 mld zł, a dziś jest raptem 82 mld zł. Ale z miesiąca na miesiąc kupujący fundusze osiągają coraz większą przewagę. W maju saldo wpłat i umorzeń wyniosło plus 130 mln zł, w czerwcu - 520 mln zł, a w lipcu - 630 mln zł. Sierpień pod tym względem będzie prawdopodobnie jeszcze lepszy. A jeszcze pół roku temu Polacy mówili o funduszach, że to diabelskie nasienie...

      Można się dziwić, że kupujący fundusze obudzili się dopiero teraz, kiedy WIG20 jest już po kilku dobrych miesiącach wzrostów, a ceny akcji odbiły się od dna średnio o 60 proc. Ale dokładnie to przepowiadali w rozmowach ze mną przed kilkoma miesiącami szefowie TFI, choćby Zbigniew Jagiełło z TFI Pioneer, czy Krzysztof Stupnicki z TFI AIG. Mówili, że potrzeba co najmniej pół roku wzrostów, by Polacy przełamali strach przed spadkami i zaczęli wracać do funduszy.


      Tylko czy warto wracać? W moich rozmowach z inwestorami bardzo często pojawia się opinia, że tzw. leszcze (czyli drobni inwestorzy-amatorzy) zawsze kupują na górce. A skoro teraz drobni ciułacze zaczynają powrót do funduszy, to nieomylny znak, że czeka nas koniec wzrostów.

      Po drugiej stronie są opnie zarządzających funduszami, którzy mówią (no bo co niby mają mówić?), że mimo bardzo dużych wzrostów cen dziś moment do inwestycji w fundusz akcji jest równie dobry, jak wczesną wiosną. Co prawda do zainkasowania są już mniejsze zyski, ale niższe jest też ryzyko, bo przynajmniej wiadomo, że bessa jest skończona. Kto zainwestował w fundusz wiosną wygrał, ale ryzykował znacznie więcej, bo dno nie było jeszcze „ubite”.

      A co ja radzę osobon, które pytają mnie czy warto dziś inwestować w fundusze akcji? Cóż, przyznam, że czekam na solidną, spadkową korektę. Brakuje do niej jeszcze jednej fali euforii i może właśnie przed nią stoimy. Ale później powinno nastąpić załamanie dobrego trendu.

      Po pierwsze dlatego, że mamy przed sobą mocną strefę oporu (2300-2600 pkt. dla indeksu WIG20. Po drugie dlatego, że rynek zbyt długo rośnie bez przerwy. Po trzecie dlatego, że 60-procentowe odbicie od dna było nieco na kredyt. Dane z gospodarek nie uzasadniają aż tak dużego wzrostu wyceny akcji. Wyniki spółek giełdowych - obecne i te prognozowane też go nie uzasadniają. Po czwarte czeka nas jeszcze jedna odsłona kryzysu, wynikająca ze wzrostu wartości nie spłaconych kredytów w Europie Zachodniej. Po piąte wreszcie przemawiają mi do wyobraźni wnioski z ostatniej analizy giełdowego eksperta Wojciecha Białka, który na podstawie historycznej analizy prognozuje mini-załamanie indeksów jeszcze we wrześniu.

      Czy to wszystko oznacza, że teraz nie jest dobry moment do inwestycji w fundusze akcji? Jeśli myśleć o niej w kategoriach krótkiego czasu, pół roku lub roku (a tak krótki horyzont przyjmuje niestety duża część inwestorów-amatorów), to pewnie warto poczekać na nieuchronne - jak mi się wydaje - spadki.

      Patrząc w długiej, kilkuletniej perspektywie, moment wejścia na rynek nie ma już tak wielkiego znaczenia. Zwłaszcza jeśli celujemy w karierę rentiera za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat. Jeśli mamy mieć kolejną hossę, to już za pięć-siedem lat giełdowe indeksy powinny być duuużo wyżej, niż teraz. A to, czy dziś kupimy akcje 20 proc. taniej, czy drożej - będzie miało niewielkie znaczenie dla ostatecznego zysku.

      Jedyne, czego się można obawiać, to ryzyko przedłużenia konsolidacji. Jeśli będziemy mieli kolejną falę kryzysu, to WIG20 jeszcze przez dwa lata może się bujać między 1700 a 2300 pkt. Dla funduszy akcji, a przede wszystkim pieniędzy klientów tych funduszy, byłaby to bardzo męcząca huśtawka, w której zysk zależałby właśnie od momentu wejścia na rynek. Obawiam się takiego scenariusza i dlatego w swoim prywatnym portfelu ani nie zmniejszam udziału funduszy akcji, ani go nie zwiększam. Zapiąłem pasy i czekam. Co o tym myślicie?

      PS. Zanim zainwestujesz w fundusze - wypełnij ankietę - czytaj o tym tutaj




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Czy warto teraz wchodzić w fundusze akcji?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 sierpnia 2009 23:39
    • Bank reklamował lokatę-widmo: epilog

      W ostatni weekend opisywałem wpadkę Noble Banku, który w popularnym serwisie finansowym (a ściślej pisząc na stronach największej w Polsce porównywarki finansowej) reklamował nieaktualną od dawna lokatę. Reklamował ją mimo sygnałów od klientów, którzy dopiero w infolinii dowiadywali się, że - wbrew treści reklamy - nie mogą ulokować pieniędzy na 8,5% rocznie, tylko na znacznie niższy procent. Całą sprawę opisałem na stronach mojego blogu, a także na łamach portalu Wyborcza.pl. A inkryminowana (ładne słowo) reklama wyglądała tak:

      Przeterminowana reklama Noble Banku

      Okazuje się, że ma ona ciąg dalszy. Właśnie otrzymałem oficjalne oświadczenie Noble Banku w tej sprawie. Z pisma, którego obszerne fragmenty zamieszczam poniżej, wynika, iż nieaktualna reklama wisiała tak długo na stronach Comperia.pl z powodu niedopatrzenia samego portalu, a nie z winy banku.  

      „Noble Bank w nawiązaniu do artykułu, który pojawił się na portalu Gazeta.pl,  w dniu 20 sierpnia 2009 roku, niniejszym oświadcza, iż oferta która ukazała się na portalu Comperia.pl nie była aktualną reklamą banku. Jej obecność wynikała z omyłkowego zamieszczenia reklamy przez portal, pomimo iż kampania reklamowa banku zakończyła się znacznie wcześniej. Dowodem na to jest fakt, który mógł zostać sprawdzony przez każdego użytkownika wspominanego portalu, iż po „kliknięciu” na baner reklamowy pojawiała się nota prawna: oferta ważna do 1 stycznia 2009 roku. (...)

      Pragniemy podkreślić, iż bank daleki był od chęci wprowadzania potencjalnych Klientów w błąd czy też reklamowania nieaktualnej oferty. Informacja uzyskana z redakcji „Gazety Wyborczej” została natychmiast zweryfikowana i w konsekwencji bank dołożył wszelkich starań aby „stary” baner reklamowy został natychmiast usunięty i nie wprowadzał w błąd potencjalnych Klientów. (...) Pragniemy poinformować, iż w konsekwencji zaistniałej sytuacji  wprowadzamy procedury, które mają na celu zmniejszenie możliwości występowania takich zjawisk w przyszłości.”

      Tyle wyjaśnień Noble Banku. W oświadczeniu są też cytowane przeprosiny Comperii.pl pod adresem banku, ale w obecnej sytuacji nie mają już one większego znaczenia dla sprawy. Z mojego punktu widzenia kwestia jest zamknięta. Cieszę się, że Noble Bank dołoży starań, by podobne rzeczy się nie zdarzały. Niezależnie od tego kto zawinił, bez wątpienia najbardziej ucierpiał bowiem właśnie wizerunek banku.

      Uważam, że ucierpiał mimo wszystko zasłużenie. Nawet jeśli winny publikacji nieaktualnej reklamy był portal, a nie bank, to jest rzeczą niedopuszczalną, by w mediach ukazywały się reklamy nieistniejących produktów finansowych, wprowadzające w błąd odbiorców, zaś bank reagował dopiero wtedy, kiedy sprawa zostanie opisana. By ignorował wcześniejsze sygnały od klientów. Ale podkreślam: cieszę się, że bank potraktował problem serio i ulepsza procedury. Taki był cel moich publikacji.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Bank reklamował lokatę-widmo: epilog”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 sierpnia 2009 15:47
  • poniedziałek, 24 sierpnia 2009
    • Co można mieć za rekord świata? 2000 zł miesięcznie do końca życia!

      Ile wart jest sportowy rekord świata, oczywiście poza największą nagrodą, czyli nieśmietelnością na kartach historii? Anita Włodarczyk, która na mistrzostwach w Berlinie zdobyła nie tylko złoty medal, ale i pobiła rekord świata w rzucie młotem, dostanie za to 160 tys. dolarów. Dolar ostatnio nie jest w cenie, ale postanowiłem sprawdzić co mogłaby z taką kwotą zrobić nasza bohaterka narodowa.

      Rozważania te są czysto teoretyczne, bo Anita Włodarczyk już zadeklarowała, że za dużą część nagrody kupi sobie dobre auto. Ale gdyby powstrzymała się od wyuzdanej konsumpcji i całe 160 tys. dolarów przeznaczyła na oszczędzanie na lokacie, miałaby co miesiąc całkiem niezłą sumkę z samych procentów. Taką, na jaką wielu z nas musi ciężko pracować przez cały miesiąc.

      Takie 160 tys. dolarów pani Anita mogłaby zamienić na złotówki i założyć lokatę w rodzimej walucie. Kurs dolara co prawda jest fatalny - w większości banków można sprzedać zieloną walutę zaledwie po ok. 2,8 zł - ale nawet przy tak niskim kursie mistrzowska nagroda naszej młociarki daje całkiem przyjemną kwotę 448 tys. zł. A przynosząc do banku prawie pół miliona złotych można liczyć na przyzwoite odsetki.

      Noble Bank zapłaci nawet 6,6%, Polbank - 6,5% na koncie oszczędnościowym, a AIG Bank, Toyota i Fortis - po 6,2%. Po roku odsetki od takiej kwoty wyniosą od 22,5 do 24 tys. zł netto (już po odessaniu podatku Belki). Czyli pani Anita mogłaby do końca życia leżeć pod gruszą i inkasować po 2000 zł odsetek miesięcznie. Przyjemna perspektywa, choć przecież nasza bohaterka nie wybiera się na emeryturę, a nawet gdyby się wybierała, to te 2000 zł nie zawsze będą warte tyle, co dziś (inflacja!). No i procenty w banku nie zawsze muszą być aż tak wysokie...

      Pani Anita mogłaby też założyć lokatę w dolarach, ale te są oprocentowane niżej od złotowych (najlepszy Polbank zapłaci 4%), więc gra nie jest warta świeczki - nie dość, że odsetki wyniosą tylko 5,2 tys. dolarów (ok. 15 tys zł), to jeszcze dochodzi ryzyko spadku wartości dolara wobec złotego. Zostańmy więc przy rodzimej walucie i dwóch tysiącach potencjalnej dożywotniej renty, którą pani Anicie zagwarantował ten szczęśliwy rzut:




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Co można mieć za rekord świata? 2000 zł miesięcznie do końca życia!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 sierpnia 2009 22:51
    • Nowe konto oszczędnościowe w Polbanku: przyjdź z reklamówką, albo płać prowizję

      Kilka dni temu pisałem w „Gazecie Wyborczej” i w Wyborczej.pl o rosnącej popularności kont oszczędnościowych. Banki, walcząc o pieniądze klientów, już nie poprzestają na wysokim oprocentowaniu standardowych lokat. Do gry wchodzą właśnie konta oszczędnościowe, na których nie tylko można mieć solidny procent, ale i dostęp do gotówki. W bankach mówią, że ów stały dostęp klientów do gotówki wcale nie skłania ich do zmieniania banków, jak rękawiczek - osady na kontach oszczędnościowych są ponoć bardzo stabilne.

      Ale bankowcy coraz częściej starają się tak skalibrować konta oszczędnościowe, żeby dodatkowo zniechęcić klientów do wypłacania z nich pieniędzy. Najlepszym przykładem jest Polbank, który ostatnio zaproponował najwyżej oprocentowane konto oszczędnościowe na rynku - 6,5 proc. w skali roku. Ale za wysokie oprocentowanie konta Polbank każe sobie płacić - z konta nie da się za darmo przelać pieniędzy! Ani na inne konto w Polbanku, ani do innego banku. Przelew wewnętrzny kosztuje 4 zł, a zawnętrzny - 10 zł. Nie ma nawet jednego darmowego przelewu w miesiącu!

      Jedyną możliwością bezpłatnego wyprowadzenia oszczędności z Polbanku jest ich wypłacenie w kasie banku. Pierwsza wypłata gotówkowa w miesiącu jest darmowa, a za każdą kolejną trzeba już zapłacić 10 zł. Możliwość jednej wypłaty w oddziale to pozorne ułatwienie. Wyobrażacie sobie, że ktoś będzie likwidował konto w Polbanku, wychodząc z oddziału z reklamówką banknotów w ręce? Ja nie. Polbank albo skłania swoich klientów, by przenieśli się znowu w urocze lata 90. i przypomnieli sobie początki kapitalizmu (wtedy rzeczywiście pliki dolarów nosiło się w reklamówkach), ale po prostu zawiera z klientami układ: „zapłacimy ci na koncie więcej, ale będziesz miał trudniej z wypłacaniem pieniędzy”.

      Co ciekawe, jeszcze do niedawna Polbank promował zupełnie inne konto oszczędnościowe - z możliwością wypłacania pieniędzy w dowolnym momencie. Ba, nawet dodawał do konta kartę płatniczą, żeby klienci byli bliżej swojej gotówki! Pamiętacie te reklamę ponizej? Teraz to już przeszłość. Nowe konto oszczędnościowe w Polbanku to już zupełnie inna bajka - zero wypłat, zero kart do konta.


      Przykład Polbanku pokazuje w jakim kierunku będą się zmieniały konta oszczędnościowe. Będą coraz mniej kontami, coraz bardziej oszczędnościowymi. Zaufanie do klientów można mieć, ale wzmocnienie dyskretnych więzów łączących ich pieniądze z bankiem zawsze się przyda :-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Nowe konto oszczędnościowe w Polbanku: przyjdź z reklamówką, albo płać prowizję”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 sierpnia 2009 08:21

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line