Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 13 lipca 2009
    • Słowo bankiera dziś już nie wystarczy

      Dzisiejsze (poniedziałkowe) wydanie „Pulsu Biznesu” przynosi ciekawe badanie opinii internautów o bankach. To wspólne przedsięwzięcie „Pulsu” i firmy badawczej Expandi. Sondaż polegał na prześwietleniu kilkuset miejsc w internecie, w których użytkownicy piszą o bankach i je oceniają  Wyniki zostały oparte na 3,5 tys. wzmiankach, które internauci umieścili w sieci w czerwcu.

      Cały tekst o badaniu przeczytasz na stronie internetowej „Pulsu Biznesu”, zaś poniżej wklejam tabelkę, w której zaprezentowano syntetyczne wyniki tego eksperymentu. W kolejnych rubrykach autorzy przedstawiają liczbę wzmianek o poszczególnych bankach w podziale na te pozytywne, neutralne i negatywne.



       

      Wyniki sondy pokazują - moim zdaniem - dwie rzeczy. Po pierwsze są dowodem, że na Polaków przestały działać obietnice bankowców o „przyjazności” i  „ludzkim podejściu” poszczególnych banków do klientów. Duży odsetek złych ocen mBanku i Polbanku, które właśnie w szczególnie dużym stopniu stawiają na wizerunek instytucji przyjaznych i tanich, może świadczyć, że Polakom przejadła się już „polityka miłości”. Przynajmniej w bankach, od których oczekuje się po prostu wysokiego serwisu.

      Wygląda na to, że internautom po prostu nie wystarczy już sympatyczny i niezwykle otwarty (co potwierdzi niejeden dziennikarz) dyrektor Polbanku Kazimierz Stańczak, który powie, że skoczy w ogień za kazdym klientem:

      Klienci oczekują od dyrektora konkretów: wyższych kompetencji ”liniowych” pracowników Polbanku i terminowego odpowiadania na reklamacje, z czym Polbank miewał w przeszłości kłopoty. Ale życzę p. dyrektorowi Stańczakowi wszystkiego najlepszego, bo zwyczajnie bardzo lubię tego faceta. No i trzeba docenić, że w dwa lata zrobił w tym kraju całkiem duży bank...

      Dziwić może w kontekście słabych notowań mBanku i Polbanku dobry wynik Alior Banku, który też stawia na przyjazność klientowi i „wyższą kulturę bankowości” (w praktyce sprawdza się ona średnio, o czym piszę tutaj). Ale może być tak, że Alior po prostu nie zdążył sobie jeszcze zszargać opinii, bo działa od relatywnie niedługiego czasu. I jest znany głównie od tej strony:


      Druga rzecz, którą można wyciągnąć z badania, to wymierne skutki wizerunkowe poważnych wpadek niektórych banków w czasie kryzysu finansowego. Akcja mStop i Nabici w BRE Bank, nawet jeśli oceniać ją tylko jako bunt nielicznej grupki wiecznie niezadowolonych klientów mBanku i Multibanku, chyba zaczyna rzutować na wizerunek obu banków. Bardzo wysoki odsetek złych opnii o Multibanku i duży elektorat negatywny mBanku trudno tłumaczyć wyłącznie tym, że banki z grupy BRE zawsze stawiały na otwartość komunikacyjną i otwarty dialog z klientami i teraz, w trudnych czasach, za to płacą.

      Tezy o skuteczności buntu klientów w dziele psucia wizerunku banków z grupy BRE nie stawiałbym jednak zbyt ostro, bo znamy tylko wyniki z jednego miesiąca. Niewykluczone, że aktywni internauci (a tylko ci udzielają się na forach) zawsze byli malkontentami i to, że 80 proc. z nich negatywnie lub tylko obojętnie wyraża się o mBanku, jest wynikiem standardowym. Nie znamy trendu, więc trudno stawiać stanowczą tezę.

      Poszlaką na jej potwierdzenie może być słaby wynik wspomnianego wyżej Polbanku, który też zaliczył koszmarną wtopę wizerunkową, próbując zmusić klientów do renegocjowania marż kredytów hipotecznych. Ale z drugiej strony mamy też niezły wynik Banku Millennium, który przecież nie zachowywał się w kryzysie anielsko. Potrafił miesiącami nie wypłacać klientom podpisanych już transz kredytów, albo odrzucać wnioski kredytowe mimo ich wcześniejszego wstępnego zatwierdzenia. Inna sprawa, że idę o zakład, iż w kolejnych miesiącach - po drastycznej podwyżce opłat, w dodatku źle zakomunikowanej - Bank Millennium w rankingach spadnie niemal na samo dno.

      I jeszcze na koniec drobiazg: prestiżowy pojedynek PKO BP i Pekao, największych bankozaurów polskiej bankowości, wygrywa jednak PKO BP, mający znacznie więcej opinii pozytywnych i mniej negatywnych od banku z żubrem w logo. Tyle, że tutaj mam pewne obiekcje co do kompletności badań. Dlaczego opinii o Pekao, wziętych pod uwagę, jest aż dziesięć razy mniej, niż opinii o PKO BP?



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 lipca 2009 10:07
  • niedziela, 12 lipca 2009
    • 21 lipca: sądny dzień dla BRE Banku? Niekoniecznie...

      Jak dowiedziałem się w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów zbliża się termin sądowej rozprawy w głośnej sprawie: mBank/Multibank kontra ”Nabici w BRE Bank”. Chodzi oczywiście o głośny spór banków BRE z klientami mającymi kredyty hipoteczne tzw. starego portfela. Grupa to wyjątkowo dobrze zorganizowana i głośna. Zaczęło się od wspólnych akcji w internecie pod hasłem mStop. Potem było forum nabiciwBREbank.pl i kilka bliźniaczych, a ostatnio nawet całkiem poważna akcja billboardowa, która doprowadziła do białej gorączki prawników BRE Banku.

      21 lipca Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów może rozstrzygnąć, czy bamki z grupy BRE miały prawo narzucić klientom oprocentowanie kredytów ustalane decyzją zarządu. „Nabici” uważają, że mBank i Multibank ustalały im znacznie wyższe odsetki, niż pozostałym klientom, np. tym, którzy mają kredyty oparte na rynkowej stawce LIBOR/WIBOR.

      Gdyby sąd podzielił obiekcje klientów, BRE byłby w tarapatach. Prawo o ochronie konkurencji mówi bowiem, że jeśli jakaś klauzula na mocy wyroku sądu okazuje się niedozwoloną, to tak, jakby nigdy jej w umowie nie było. A więc wszystkie podwyżki oprocentowania kredytów „Nabitych” byłby nieważne. Gdyby mBank i Multibank musiały zwrócić nadmiarowe odsetki grupie 20 tys. klientów tzw. starego portfela, to koszty szłyby w miliony złotych.

      Wydaje mi się jednak, że do takiego, rewolucyjnego rozwiązania jeszcze daleka droga (choć oczywiście nie jest ono niemożliwe). Ale „Nabitych” od zwycięstwa z BRE dzieli mimo wszystko dobrych kilka pięter. Potrzebna będzie ich duża determinacja i cierpliwość. Z mojej analizy, popartej rozmowami z przedstawicielami Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wynika bowiem, że prawnicy BRE, nawet jeśli 21 lipca zapadnie niekorzystny dla nich wyrok (a sprawa może przecież zostać też odroczona), mają jeszcze w odwodzie kilka rozwiązań.

      Pierwsze z nich to odwołanie do drugiej instancji. Wyrok SOKiK, tak samo, jak wyrok każdego innego sądu, jest bowiem zaskarżalny, można się od niego odwolać. Do czasu rozstrzygnięcia apelacji sprawa pozostaje w zawieszeniu. Po apelacji przysługuje jeszcze kasacja. Do ugrania jest więc kilka miesięcy, w czasie których BRE może różnymi sposobami zmniejszać liczbę klientów, z którymi pozostaje w sporze. Już teraz kilka tysięcy osób - powołuję się na informacje z BRE - zgodziło się podpisać aneksy do umów, zmieniające warunki  ustalania oprocentowania.

      Większość ”Nabitych” nadal uważa, że kompromis proponowany przez BRE jest niekorzystny. Ale BRE może przedłużać sprawę w sądzie drugiej instancji, licząc na osłabnięcie determinacji przeciwnika. I ewentualnie zwiększyć swoją efektywność negocjacyjną. Gdybym miał kredyt starego portfela, a BRE Bank przysłał do mnie na negocjacje panią Magdę... Uch... Zgodziłbym się na dowolną marżę :-)


      Ale do rzeczy. Gdyby ścieżka odwoławcza, wdrożona przez bank, nie przyniosła skutku? To też jeszcze dla BRE nie byłby koniec świata. UOKiK wpisze klauzulę o ustalaniu oprocentowania kredytu decyzją zarżądu do rejestru klauzul niedozwolonych, ale nie jest w stanie zmusić banku do tego, by każdemu klientowi wyrównał stratę. Każdy klient z osobna albo wszyscy razem (na mocy pozwu zbiorowego) będzie musiał bankowi wytoczyć pozew cywilny. I znowu dwie instancje plus kasacja. W realiach polskiego prawa - dwa lata co najmniej.

      Idąc w zaparte BRE oczywiście narażałby się na karę UOKiK (może ona wynieść wiele milionów złotych). Ale zapewne zrobi dobrą minę do złej gry i - aby zamanifestować dobrą wolę - zaproponuje klientom aneksy do umów, które zmienią klauzule w umowach zgodnie z wyrokiem sądu, ale niekoniecznie zgodnie z tym, czego życzyliby sobie klienci. Bank zmniejszyłby w ten sposób ryzyko kar ze strony UOKiK.

      Droga ”Nabitych” do sukcesu jest więc niełatwa i wyboista. Ale jedno nie ulega wątpliwości: ewentualny korzystny wyrok SOKiK dodałby im wiatru w żagle, zaś mBank i Multibank zepchnąłby do defensywy. Dziś jeszcze można traktować „Nabitych” jak grupę pieniaczy, która próbuje wymusić na banku nierynkowe warunki współpracy. Jeśli SOKiK przyzna „Nabitym” rację, taki odbiór ich dzialań nie będzie już możliwy.

      PS. Oto kilka słów komentarza do powyższego wpisu, które otrzymałem już po jego publikacji, od Piotra Machajskiego, mojego kolegi z „Gazety Stołecznej”: Piotr pisze tak: „1. Skarga kasacyjna nie wstrzymuje wykonania wyroku. Już po rozprawie w sądzie apelacyjnym wyrok jest prawomocny i podlega wykonaniu. 2. W polskim prawie nie ma jeszcze pozwów zbiorowych, prace nad taką ustawą są dopiero w toku.”

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „21 lipca: sądny dzień dla BRE Banku? Niekoniecznie... ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 lipca 2009 11:03
  • sobota, 11 lipca 2009
    • Jak Millennium doi lojalnych klientów

      Bank Millennium rozesłał właśnie do klientów list, w którym informuje o zmianach opłat i prowizji, które nastąpią od 1 sierpnia. Zmiany są poważne, bo dla większości klientów oznaczają znaczną podwyżkę opłat za prowadzenie konta. Do tej pory podstawowa opłata miesięczna wynosiła 6 zł, ale wystarczyło, że klient korzystał z dwóch innych produktów banku (np. kredytu, karty, lokaty), a opłata za konto była znoszona. Dzięki temu duża część klientów Millennium (a może nawet większość) miała w tym banku konta za darmo. A ponieważ jeszcze do niedawna Bank Millennium rozdawał również prawie za darmo kredyty hipoteczne (no bo co to była za marża - 0,9 pkt. proc.?), to klienci mogli sobie beztrosko śpiewać tak:


      Spece od kreowania przychodów w banku najwyraźniej nie mogli tego znieść, czego efektem są zmiany w systemie zniżek. Teraz darmowe konto będzie miał tylko ten, kto pochwali się średnim osadem na koncie w wysokości 5000 zł. Średnim! To znaczy, że jeśli na początku miesiąca wpłynie 7000 zł pensji, a na koniec nie zostanie nic, to bank i tak opłatę za konto pobierze (przy założeniu, że tych 7000 zł klient nie wyda np. dopiero w ostatnim dniu miesiąca). W dodatku wyższą, niż do tej pory, bo 7 zł miesięcznie, a nie 6 zł. A to, że klient ma od lat w Millennium kartę kredytową, hipotekę albo debet - nie ma już żadnego znaczenia. Lojalność w cenie już nie jest.

      Millennium postanowił też uderzyć po kieszeni tych klientów, którym przyszłoby przez myśl spłacać swoje walutowe kredyty hipoteczne w tym banku bezpośrednio szwajcarskimi frankami. Nie dość, że opłata za sporządzenie stosownego aneksu do umowy jest zaporowa (500 zł) to jeszcze Millennium wprowadził dwufrankową miesięczną opłatę za konto walutowe. Jak nie pałą go, to kijem. A właściwie i jednym i drugim. Tak, tak, Milllennium to ten bank, który widział swego czasu miliony naszych uśmiechów, marzeń i projektów :-)


      Ale pal licho podwyżki. Wprowadzają je wszystkie banki, a Millennium i tak długo utrzymywał ceny kont osobistych na relatywnie niskim poziomie. Bardziej, niż sam fakt podwyżek, mierzi mnie styl, w jakim Bank Millennium o nich informuje. O ile np. Citi Handlowy wprowadzał wyższe opłaty z klasą i otwartą przyłbicą (czytaj o tym tutaj), o tyle Bank Millennium robi to bez klasy.

      Otóż w liście podpisanym przez niejakiego Roya Hutchinsona, szefa marketingu bankowości detalicznej, czytamy, iż ów p. Roy chce nam przedstawić zmiany w regulaminach i cennikach, polegające na: wprowadzeniu faktur elektronicznych, oferty kart kredytowych bez pierwszej opłaty rocznej oraz limitu w koncie osobistym bez opłaty przygotowawczej i bez oprocentowania przez pierwszych siedem dni korzystania z niego.

      Same dobre wieści. Gdzie tu podwyżki? Otóż p. Roy napomyka o nich, jakby przypadkiem, nie podając w liście żadnych szczegółów. „Pełny wykaz zmian wprowadzonych do regulaminów przesyłamy w załączeniu” - Ani słowa wytłumaczenia, uzasadnienia... Nic. Tylko tabelka z nowymi opłatami.

      Może jestem nadwrażliwy, ale mam wrażenie, że takie próby chowania podwyżek prowizji po kątach to broń samobójcza. Co z tego, że jeden lub drugi klient nie zauważą? Przy pierwszym wyciągu z konta zorientują się, że konto podrożało i będą dzwonili: do banków, do dziennikarzy, do KNF oraz UOKiK. Naprawdę Was bawi ta zabawa z klientami w kotka i myszkę, panie i panowie z Banku Millennium? Niektórzy konkurenci Millennium tylko czekają na takie potknięcia. A jak czekają? Przeczytaj tutaj.

      PS. Ciekawe, czy w Grecji chłopaki z Millennium też podwyższyli prowizje?



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Jak Millennium doi lojalnych klientów”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 11 lipca 2009 09:32
  • piątek, 10 lipca 2009
  • środa, 08 lipca 2009
    • Są pierwsze efekty afery spreadowej!

      Mamy za sobą ponad tydzień obowiązywania nowej regulacji nadzoru finansowego, która pozwala klientom banków spłacać kredyty frankowe bezpośrednio w walucie. Większość banków umożliwiła klientom przynoszenie franków, ale warunki całej operacji często są takie, że klient wyjdzie na niej jak przysłowiowy Zabłocki na mydle.

      Wszystko dlatego, że niektóre banki grają nadzorowi na nosie: Zamiast nie stawiać klientom dodatkowych barier - robią wszystko, by utrudnić im skorzystanie z nowej regulacji. Bank Millennium życzy sobie 500 zł opłaty za aneks pozwalający na zmianę warunków spłaty kredytu. A do tego drugie tyle za zmianę umowy ubezpieczenia (z grupowego na indywidualne). Wysoka prowizja sprawia, że nawet jak klient zdecyduje się spłacać bezpośrednio franki, to koszt operacji zwróci mu się najwcześniej po roku. Na poprawę humoru można sobie zanucić co najwyżej piosenkę z reklamówki kredytów hipotecznych Banku Millennium. To naprawdę nie było aż tak dawno temu...

      Bank Millennium to nie jedyny zdzierca. W Polbanku prowizja za aneks jest na podobnie wysokim poziomie = 500 zł. Nordea Bank ustalił prowizję za aneks na jeszcze bardziej zaporowym poziomie - 0,75 proc. kwoty pozostałej do spłaty. Przy średniej wartości kredytu to może być 1-2 tys. zł. Gratulacje. W Kredyt Banku podobna prowizja wynosi 0,5 proc. Też pięknie. 

      Mówiąc o jakichkolwiek wymiernych efektach akcji Komisji Nadzoru Finansowego trzeba jednak wspomnieć o rosnącej grupie banków, które sporządziły z tej okazji specjalne oferty. Raiffeisen prowadzi akcję „Kup franki”, a Deutsche Bank oferuje darmowe (pod pewnymi warunkami) konto walutowe. Z kolei Citi Handlowy obniżył spread walutowy do 3 proc. i oferuje darmowe konto walutowe, dzięki któremu klient może spłacać kredyt w swoim banku (niekoniecznie w Citi) bezpośrednio we frankach.

      Jest też szansa, że regulacja KNF zadziała w dłuższym terminie. Obowiązek umożliwienia klientom spłaty kredytów bezpośrednio we frankach to tylko część tzw. Rekomendacji S II. Poza tym banki mają też obowiązek podawać klientom zasady ustalania widełek kursowych. Nie mogą też stosować innych tabel dla kredytów hipotecznych i innych produktów.  To krok w kierunku ucywilizowania rynku kredytów hipotecznych. I dobrze, że wreszcie został zrobiony.

      Szkoda tylko, że nadzór finansowy w tej sprawie zadziałał tak ślamazarnie. Za regulowanie rynku kredytów frankowych zabrał się dopiero wtedy, gdy boom przeszedł już do historii. KNF, zamiast przewidywać zagrożenia i im w porę zapobiegać, zachowuje się jak policjant, który o napadach w mieście dowiaduje się z gazet. Wiadomo, że w ten sposób przestępcy za rękaw nie złapie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Są pierwsze efekty afery spreadowej!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 08 lipca 2009 11:25
    • Wielki powrót lokat sportowych?

      Pamiętacie zeszłoroczny boom lokat sportowych? „Polska Mistrzem", „Polskie Medale", „Lokata na Medal"... Lokaty, których oprocentowanie zależało od postawy polskich sportowców, robiły w bankach istną furorę. Zaczął bodaj Bank Pocztowy, ale szybko znalazł naśladowców. Przeczytaj o tym tutaj. Boom skończył się tak szybko, jak szybko okazało się, że sukcesy polskich sportowców nie są tak duże, by mogły zapewnić posiadaczom lokat godziwe oprocentowanie. Piłkarze na turnieju Euro 2008 odpadli w grupie, a olimpijskie sukcesy lekkoatletów pozostały w dużej mierze na papierze. A wraz z nimi także maksymalne oprocentowanie lokat, które było gwarantowane tylko wtedy, jeśli sportowcy wespną się na szczyty swych możliwości. Poniżej kadr z reklamy „Lokaty Olimpijskiej” PKO BP. A pod tekstem plakat lokaty „Polska Mistrzem” z Banku Pocztowego.


      Dziś z patentu na lokaty sportowe z oprocentowaniem uzależnionym od sukcesów zawodników korzystają niektóre małe banki. We wtorek wpadła mi w ręce informacja z Banku Spółdzielczego w Toruniu, który wystartował z czteromisięczną lokatą, której oprocentowanie zależy od miejsca lokalnego zespołu Unibax Toruń w rozgrywkach żużlowej Speedway Ekstraligi 2009. Oprocentowanie początkowe lokaty to 4,75 proc., a wraz z awansem żużlowców do kolejnych etapów rozgrywek play-off będzie podwyższana o 0,25 pkt. proc. Maksymalnie może wzrosnąć do 5,5 proc. w skali roku. Nie jest to dużo, ale z drugiej strony Unibax to podobno dobra drużyna, zeszłoroczny mistrz Polski, więc szanse klientów na uzyskanie maksymalnego oprocentowania lokaty są pokaźne.

      Uważam, że taka lokata to sprzał w dziesiątkę toruńskiego banku spółdzielczego. Właśnie w środowiskach lokalnych, w bankach o zasięgu regionalnym, lokaty sportowe mogą najmocniej rozwinąć skrzydła. Dla banków działających na małym obszarze szczgólnie ważne jest  budowanie lokalnego patriotyzmu, skonsolidowanie wokół własnej marki aktywności ludzi. A lokaty sportowe, powiązane z emocjami i rodzajem hazardu, są po temu bardzo skutecznym instrumentem. Dzięki tego typu inicjatywom małe banki mogą odebrać mnóstwo klientów takim molochom, jak osierocony właśnie po stracie prezesa PKO BP.



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 08 lipca 2009 10:51
  • wtorek, 07 lipca 2009
    • Prezes PKO BP odwołany! Niezrozumiała decyzja rady nadzorczej.

      Rada nadzorcza PKO BP podjęła we wtorek kompletnie niezrozumiałą i nielogiczną decyzję. Zaledwie tydzień temu, podczas obrad walnego zgromadzenia, jej szefowa Marzena Piszczek publicznie komplementowała prezesa Jerzego Pruskiego. Twierdziła, że bez skutecznego zarządu PKO BP nie zdołałby odzyskać palmy pierwszeństwa na rynku, utraconej po fuzji Pekao i BPH. Zaś walne zgromadzenie udzieliło prezesowi absolutorium.

      Po zawartym podczas walnego zgromadzenia kompromisie w sprawie dywidendy (przypomnijmy, że stanęło na wypłacie akcjonariuszom jednej trzeciej zysku) wydawało się, że topór wojenny został na jakiś czas zakopany. Owszem, na rynku było słychać plotki, że rada nadzorcza, która od początku była przeciwna wypłacie dywidendy przez PKO BP, nie odpuści prezesowi i będzie stopniowo ograniczała jego kompetencje. Ale nikt nie mógł przypuszczać, że już na pierwszym posiedzeniu prezes zostanie zdymisjonowany!

      Niezrozumiała jest też postawa Ministerstwa Skarbu. Od jego urzędników słyszałem kilkadziesiąt minut temu, że z decyzją rady resort jest zaskoczony i nie ma z nią nic wspólnego. Co więcej, minister Aleksander Grad chce zwołać walne zgromadzenie i odwołać również radę nadzorczą.

      Niełatwo uwierzyć w to, że powołana w większości przez ministra Grada rada nadzorcza PKO BP podjęła decyzję o odwołaniu prezesa Pruskiego na własną rękę, wydając tym samym na siebie wyrok. Łatwiej mi przyjąć tezę, że minister Grad, w myśl powiedzenia ”Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść”, po prostu umywa ręce, nie chcąc ponosić odpowiedzialności za konsekwencje działań rady.

      A te konsekwencje mogą być bardzo poważne. Analitycy już teraz mówią, że odwołanie prezesa niemal w przeddzień emisji nowych akcji przez bank to samobójstwo, że nie wiadomo, czy po czymś takim emisja w ogóle dojdzie do skutku. Jeśli bank nie sprzeda nowych akcji, albo będzie musiał je oddać inwestorom zbyt tanio, zostanie osłabiony kapitałowo. I to minister skarbu będzie za to odpowiedzialny, niezależnie od tego jak wielkie gromy będzie dziś ciskał na członków rady nadzorczej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Prezes PKO BP odwołany! Niezrozumiała decyzja rady nadzorczej. ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 lipca 2009 18:16
    • Instytut Lukasa: płacić mniej, czyli więcej?

      W poniedziałkowej "Gazecie Wyborczej" prześwietliłem reklamówki Lukas Banku dotyczące kredytów konsolidacyjnych. Bank poczuł pismo nosem i w dobie kryzysu gospodarczego postanowił skupić się na refinansowaniu długów klientom, którzy już wcześniej zaciągnęli kredyty i płacą za nie, jak za zboże. Marketingowcy Lukasa stworzyli nawet "instytut naukowy" o wdzięcznej nazwie "Jak płacić mniej". I to właśnie "profesorowie" tego "instytutu" są głównymi narratorami spotów reklamowych Lukasa. Zresztą zobaczcie sami.

      Nie mam nic do Lukas Banku, choć nie wiem na jakiej podstawie wyliczyli, że z ich kredytów skorzystał już co czwarty Polak. Na moje oko to mało prawdopodobne, bo osobiście nie znam nikogo, kto ma lub miał kredyt w Lukasie. Już prędzej znalazłbym w okolicy klientów Providenta. Boli mnie co innego: otóż pod hasłami typu "jak płacić mniej", czy "zawsze niższa rata" (to też cytat z telewizyjnych reklamówek)  kryje się taka gra Lukasa z odbiorcą, która może tego odbiorcę wprowadzić w błąd.

      Dlaczego tak uważam? Otóż zgłosiłem się do banku, podając się za klienta, który zarabia 1500 zł netto i chce skonsolidować kredyty o wartości 15 tys. zł. Okazało się, że bank skonsoliduje tylko tyle kredytów, ile wynosi z grubsza pięciokrotność moich dochodów. Poza tym można przenieść długi z najwyżej dwóch kart kredytowych i nie można mieć żadnych zaległości w spłatach. A jak już udzieli kredytu, to wyjściową stawką jest 20 proc. w skali roku. To prawie tyle, ile wynosi w Polsce ustawowy limit lichwy. Hmmm... ciekawe jak z takim oprocentowaniem można mówić o "zawsze niższej racie"?

      Poprosiłem panią w infolinii, żeby skonsolidowała mi chociaż jeden kredyt gotówkowy, za 5000 zł. Pani postukała na klawiaturze, policzyła coś na boku i wyszło jej, że jeśli chcę płacić niższą ratę, niż obecnie, to muszę rozłożyć kredyt na dłuższy okres, niż ten obecny. No, niby logiczne. Żeby zamienić jeden drogi kredyt na drugi równie drogi kredyt i mieć niższą ratę, nie ma innej drogi jak wydłużenie okresu spłaty.

      I na tym prostym zabiegu często polega konsolidacja kredytów a la Lukas Bank. Masz 5000 zł kredytu na rok, to ci go zamienimy na 5000 zł na dwa lata z tym samym oprocentowaniem. Dołożymy obowiązkowe ubezpieczenie i prowizję, ale rata i tak będzie niższa. A o tym, że łączny koszt tego skonsolidowanego kredytu będzie wyższy, niż starego (bo okres spłaty jest dłuższy i bank dłuzej nalicza odsetki), jakoś "Instytut: jak płacić mniej" nie wspomina ani słowa.  Ciekawe dlaczego?


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Instytut Lukasa: płacić mniej, czyli więcej?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 lipca 2009 09:40
  • poniedziałek, 06 lipca 2009
    • Urzędy blokują nam konta? I dobrze!

      W dzisiejszym wydaniu porannego magazynu ekonomicznego radia TOK FM jednym z głównych tematów był tekst „Gazety Wyborczej” o tym, że urzędy coraz częściej blokują nam konta bankowe, żeby wymusić zapłatę zaległych mandatów lub podatków. Tekst pt. „Zaraz ci zablokuję konto” przeczytasz tutaj.

      Uczestnicy audycji: Tadeusz Mosz, Krzysztof Barembruch, Andrzej Arendarski i Maciej Grelowski zgodnym chórem narzekali na okropną straż miejską, która zamiast zająć się porządnymi sprawami tylko wlepia mandaty, zakłada blokady na koła, ściga kwiaciarki na ulicach i blokuje konta Bogu ducha winnym dłużnikom.

      Dopiero w ostatnich minutach audycji uczestnicy trochę się opanowali i uznali, że może to jednak dobrze, że urzędy państwowe mają jakieś narzędzia do ściągania wierzytelności. Choć od razu zastrzegali, że taki urząd, zamiast blokować konto bankowe, najpierw powinien poprosić, upomnieć, napisać lub zadzwonić do dłużnika.

      Nie mówię, że wszyscy strażnicy miejscy, policjanci i urzędnicy to chodzące anioły. Zgadzam się też, że strażnicy miejscy mogliby czasem zająć się czymś innym, niż tylko ściganiem źle parkujących i za szybko jadących kierowców. Sam dostałem niedawno zdjęcie z fotoradaru Straży Miejskiej i 400 zł mandatu za śmiertelnie niebezpieczne przestępstwo pt. jazda warszawską Wisłostradą z prędkością 90 km na godzinę. To ulica trzypasmowa, prosta jak drut, na długich odcinkach bezkolizyjna (przecinają ją kładki i wiadukty). Ale jakiś nieprzesadnie inteligentny urzędnik ustalił tam dozwoloną prędkość na 50 km na godzinę.

      Wracając do rzeczy: to, że urzędnicy czasami idą na łatwiznę to jedno. Ale to, że swoje zobowiązania trzeba płacić - to drugie. A na ten drugi temat goście programu Tadeusza Mosza ledwie się zająknęli. Słyszałem tylko w kółko, że „każdemu się może zapomnieć”, że „nie warto wysyłać egzekutora, żeby ściągnął z kogoś 20 zł”, że blokowanie konta z powodu kilku złotych zaległości to przesada.

      Otóż, do diaska, jakby ci wszyscy, którym urzędnicy blokują konta, po prostu zapłacili swój mandat/podatek/karę w terminie, to nikt by im nic nie zablokował! Nie wolno podchodzić do swoich zobowiązań z taką lekkomyślnością. Dostałeś mandat, podatek do zapłacenia - to zapłać! A jak wyrzucasz kwitek do śmietnika, to się nie dziw, że potem blokują ci konto.

      Pewnie, że to rozwiązanie drastyczne. Pewnie, że czasami koszt egzekucji jakiejś drobnej kwoty przekracza wartość samego mandatu, czy podatku. Ale tu chodzi o zasadę. Gdybyśmy się umówili, że egzekwujemy mandaty tylko od tych, od których się opłaca je ściągać, to może wypuśćmy też na wolność wszystkich przestępców? Koszt ich utrzymania w więzieniu wynosi kilka tysięcy złotych miesięcznie. To też się nie opłaca.

      Jestem za tym, by każdy, kto coś przeskrobał i został przyłapany, nie tkwił w poczuciu bezkarności, tylko musiał za to zapłacić. Jak raz takiemu zapominalskiemu zablokuje się konto bankowe i karty, to następnym razem już nie zapomni, że ma coś do zapłacenia. Niech w tym kraju wreszcie zapanuje porządek! (i wcale nie głosowałem w wyborach na Ziobrę :-))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 lipca 2009 13:36
  • niedziela, 05 lipca 2009
    • Przepis na szczęście: banany, kawa i tropiki

      Najszczęśliwszymi ludźmi na świecie są mieszkańcy Kostaryki - ogłosiła właśnie Fundacja na rzecz Nowej Ekonomii. W zestawieniu, w którym brano pod uwagę 143 kraje, Polska nie zmieściła się nawet w pierwszej połowie stawki - jesteśmy tylko" na 77 miejscu wśród najszczęśliwszych narodów świata.

      Na pocieszenie można dodać, że generalnie Europejszycy niespecjalnie cieszą się życiem, bo nawet najbardziej optymistyczni na naszym kontynencie Holendrzy (jak na ironię tkwiący od stuleci w geograficznej depresji) znaleźli się dopiero na 43 miejscu. Znacznie szczęśliwsi od nas są Niemcy (51. lokata), ale już Brytyjczycy - tylko o włos (są trzy miejsca wyżej, niż Polska). Za to szczęście jest nam bliższe, niż np. Amerykanom (są dopiero 114 miejsce w zestawieniu). Zupełnie nie rozumiem dlaczego Amerykanie nie są szczęśliwsi od Brytyjczyków.

      Na pozycję w rankingu składa się oczekiwana długość życia, odsetek mieszkańców deklarujących zadowolenie z życia i zasoby naturalne poszczególnych krajów. Co nas różni od najszczęśliwych ludzi na świecie? Cóż, przede wszystkim to, że leżymy w zimnej Europie, a nie w pulsującej rytmami samby Ameryce Łacińskiej. Na dziesięć najszczęśliwszych nacji świata aż dziewięć pochodzi z tej części świata. Z innych regionów do czołowej dziesiątki wcisnęła się tylko Australia. Ale to akurat nic dziwnego, kraina kangurów to dla wielu z nas synonim najspokojniejszego i najbardziej atrakcyjnego miejsca na ziemi.

      "Indeks Szczęśliwej Planety" (HPI), bo to on jest liczbowym odzwierciedleniem szczęśliwości ludzi, po raz kolejny dowodzi oczywistej prawdy, że pieniądze szczęścia nie dają (tylko dlaczego tak wszyscy za nimi ganiamy, hę? :-)). Taki Kostarykańczyk pod względem bogactwa to się nawet nie umywa do Amerykanina. Ba, nie umywa się nawet do mieszkańca kraju nad Wisłą. Na głowę jednego Polaka przypada 13,8 tys, dolarów produktu krajowego brutto, a taki Kostarykańczyk syci się do pełni szczęścia raptem 7,1 tysiącem dolarów.

      Jest szczęśliwy nie tylko dlatego, że żyje w tropikalnym klimacie i nie musi co chwilę zmieniać opon w samochodzie na zimowe. Nie tylko dlatego, że ma do dyspozycji 1290 km linii brzegowej morza (my też mamy, ale nasze morze jest zimne, jak jasna...). I nie tylko dlatego, że nie musi się obawiać utraty pracy (bezrobocie w tym kraju nie przekracza 5,5 proc. to dwa razy mniej, niż u nas).

      Taki Kostarykańczyk jest szczęśliwy przede wszystkim dlatego, że syci się prawdziwym bogactwem ziemi, a nie bogactwem papierków drukowanych przez bank centralny (z pokryciem lub bez pokrycia). Żeby nie było wątpliwości: kostarykański bank centralny oczywiście też drukuje papierki bez opamiętania, inflacja w tym kraju wynosi bowiem 12 proc. w skali roku. Ale w kraju, który żyje z eksportu bananów - tak, tak, słynna Chiquita to marka rodem z Kostaryki - i kawy, w którym występują rudy żelaza, miedzi i ołowiu, a także srebro, złoto i ropa naftowa, zaś lasy są pełne drewna, gotówka naprawdę nie musi być synonimem bogactwa.


      Kostarykańczyk, mając w ziemi i na ziemi takie nieprzebrane bogactwa, mógłby więc leżeć do góry brzuchem i zajmować się nic-nie-robieniem. Ale - jak przeczytałem w serwisie www.sciaga.pl - on woli główkować. Stolica Kostaryki San Jose (miasto założone w 1737 r.) było trzecim miastem na świecie, w którym zainstalowano uliczne lampy i jednym z pierwszych z infrastrukturą telekomunikacyjną.

      A jak się jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, to można się wyluzować. To pewnie dlatego ulice w San Jose nie mają nazw, a miejscowi wykorzystują system kierunków - np. coś, co my nazwalibyśmy ulicą Marszałkowską, u nich jest miejsce "200 metrów na północ i 50 metrów na wschód od poczty". A więc map też nie potrzebują. Odpada więc problem przemysłu kartograficznego :-).Kostarykańczyk ma tylko jedno utrapienie: mnóstwo wulkanów, które czasem wprawiają się w erupcję. Ale my mamy za to powodzie...


      Ale żeby dojść do tego, że ulice nie muszą mieć nazw (tamtejsi radni nie tracą więc czasu na kłótnie, czy powinny one nosić nazwy po hiszpańskich kolonizatorach) Kostarykańczycy też musieli najpierw pogłówkować. Każdy budynek w stolicy (kwadratowa parcela), mierzy dokładnie 100 metrów. U nas, budując warszawski Ursynów, nikt o tym nie pomyślał. :-). No i nazwa naszego kraju w języku hiszpańskim nie oznacza bynajmniej "Bogatego Wybrzeża". A nazwa Kostaryki - i owszem (w oryginale: Costa Rica).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Przepis na szczęście: banany, kawa i tropiki”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 lipca 2009 16:09

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line