Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • sobota, 01 sierpnia 2009
    • Rusza pierwsza z bankowych fuzji. Zapłacimy mniej za kredyty?

      Niepostrzeżenie ruszyła właśnie pierwsza z trzech, zapowiadanych na najbliższe miesiące, bankowych fuzji. Belgijski Fortis w ten weekend i poniedziałek „połknie” klientów wrocławskiego Dominetu. Miejmy nadzieję, że tym razem obędzie się bez nerwów klientów, zaginionych kredytów, lokat i kont. A w blokach startowych stoją też inne łączące się bankowe pary: BPH z GE Money oraz Santander z AIG Bankiem. Ich klienci odczują nową jakość (nie wiadomo czy lepszą) zimą tego roku albo wiosną przyszłego. Jest jeszcze fuzja w rodzinie - grupa Getin łączy się z Noble Bankiem, oba banki pod skrzydłami biznesmena Leszka Czarneckiego.

      Czy bankowe fuzje przewrócą rynek do góry nogami? Raczej nie. Bo też w ich wyniku nie powstanie żaden gigant, który swoim potencjałem przykryłby potęgę takich tuzów, jak PKO BP, Pekao, ING Banku, BZ WBK, czy banków z grupy BRE. One są poza zasięgiem. Przetasowania będą dotyczyły końcówki pierwszej dziesiątki w rankingu najpotężniejszych polskich banków. Zmieni się więc trochę, ale trzęsienia ziemi nie będzie.

      Co oznacza dla klientów banków ta, zaczynająca się właśnie - tak, zaczynająca, bo mamy dopiero początek tego trendu - konsolidacja na rynku bankowym? Teoretycznie powstanie silniejszych banków powinno przyczynić się do obniżenia cen usług bankowych. I może w krótkim czasie to nastąpi, bo nowi gracze będą musieli się czymś wyróżnić. Tak jak Polbank, czy Alior mają najtańsze konta osobiste i chętniej niż inni udzielają kredytów, tak „nowe” BPH, Santander i Fortis też będą musiały czymś zauroczyć Polaków. Zyskamy na tym wszyscy.

      Ale obawiam się, że w dłuższym horyzoncie na spadek prowizji i oprocentowania kredytów nie ma co liczyć. Fuzje banków są bowiem odpowiedzią na koniec boomu na rynku i kurczenie się rentowności banków. Czasy, kiedy rynek kredytów rósł po 40-50 proc. rocznie, a banki zarabiały 14 mld zł w jednym roku (tak było w 2008 r.), szybko nie wrócą. Wraca za to normalność: nie każdy kredyt będzie spłacany na czas, a o każdą złotówkę oszczędności klientów trzeba będzie walczyć do ostatniego procencika. Zresztą to, że Jaś, Basia i Marek nie będą spłacać swoich kredytów na czas przewidzieli jakiś czas temu w... Dominecie.


      To już znamy. Tyle, że banki jeszcze się do nowej rzeczywistości nie przyzwyczaiły. Stąd paniczne ruchy polegające na wyciskaniu z klientów pieniędzy bez względu na koszty wizerunkowe (tak poczyna sobie Noble Bank, przeczytasz o tym tutaj), mało eleganckie podwyżki prowizji (tutaj przeczytasz o wpadce Banku Millennium, a tutaj o DnB Nord, na dokładkę jest jeszcze BZ WBK), czy cała afera z „Nabitymi w BRE Bank” (o niej opowiadam tutaj).

      W dłuższym horyzoncie czasu tak nerwowo i nieefektywnie (bo niszcząc wizerunek) działać się nie da. A jeśli na trudniejsze warunki działania nałoży się jeszcze czkawka wynikająca z dumpingowych cen udzielonych niegdyś lekką ręką kredytów, to banki nie mają innego wyjścia, jak łączyć siły i budować efekt skali. Fuzje są więc swego rodzaju akcją ratunkową, która ma przywrócić bankom rentowność. Jeśli tak, to raczej nie spodziewajmy się tańszych kredytów i jeszcze lepiej oprocentowanych lokat. Możemy liczyć najwyżej na mniejszą liczbę bankowych kantów, bo jak wiadomo tylko tonący brzydko się chwyta...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 01 sierpnia 2009 08:42
  • piątek, 31 lipca 2009
    • Podwyżki w BZWBK: nie kijem go, to pałką

      Z pewnym opóźnieniem - bo taryfa opłat i prowizji zmieniła się z początkiem lipca - wniknąłem w szczegóły podwyżek, które zafundował swoim klientom bank BZ WBK. To ten sam bank, który tak skutecznie rozdaje ostatnio karty na rynku depozytów. I ten sam, który przy okazji rozdaje miliony wybranym klientom.

      Ale dziś będzie nie o rozdawaniu, a o zabieraniu klientom grubych milionów, w postaci wyższych opłat i prowizji. BZ WBK, wprowadzając podwyżki, zastosował ciekawą strategię, której sens nie do końca pojmuję. Bo oto z jednej strony mamy wzrost opłaty za prowadzenie rachunku dla „starych” klientów z 6 zł do 7,5 zł (biorąc pod uwagę standardowe Konto24) oraz wprowadzenie możliwości rabatu dla „nowych” klientów, którzy przyszli do banku już po 1 lipca. Ci ostatni też zapłacą 7,5 zł miesięcznie, ale... jeśli wpływy na konto w danym miesiącu wyniosą co najmniej tysiąc złotych - abonament za konto spada do 5 zł.

      To mniej więcej ta sama droga, którą obrał Bank Pekao, jednocześnie wprowadzając podwyżki dla „starych” klientów i nowe, tanie konta dla tych, którzy dopiero zakładają rachunek w Pekao. Niby logiczne, choć niespecjalnie godne pochwały. Ale dalej logika w postępowaniu BZ WBK się kończy. Bo jednocześnie bank wprowadza opłaty za używanie kart debetowych, dołączanych do konta.

      I tym razem postępuje dokładnie odwrotnie: po kieszeni dostają głównie „nowi” klienci. Dla nich podstawowa karta Visa Electron kosztuje co najmniej 1 zł,  a jeśli w danym miesiącu karta nie zostanie użyta co najmniej trzy razy do transakcji bezgotówkowej, to klient zapłaci za używanie, a właściwie „nie-używanie” karty, aż 3 zł abonamentu. „Starzy” klienci mają w dalszym ciągu karty debetowe (a przynajmniej kartę Visa Electron, bo z innymi to różnie bywa) kompletnie za darmo.

      Jeśli jest w tym jakaś myśl, to chyba tylko taka, żeby na każdego klienta znaleźć jakiegoś prowizyjnego „haka”. Nie kijem go (wyższą prowizją za konto), to pałką (prowizją za kartę). Albo tasakiem, którego w poniższym klipie dojmująco zabrakło :-). W sumie każdy zapłaci więcej, tylko każdy za coś innego.


      Na marginesie: dostałem ciekawy list od klientki BZ WBK, która nie może pojąć jak to jest, że płaci jednocześnie abonament za konto (w jej przypadku akurat jest to aż 15 zł, bo ma konto prestiżowe), a bank jeszcze żąda od niej 1-3 zł prowizji za obsługę karty. Czytelniczka nie bez racji pyta: „co to znaczy, że mam płacić za obsługę karty? Będą mi ją polerować, czy pomagać wkładać do dziurek w bankomatach?”. Może władze BZWBK mają jakiś pomysł na odpowiedź dla tej klientki?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Podwyżki w BZWBK: nie kijem go, to pałką”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 31 lipca 2009 19:15
    • Mówią o winie? Nic tylko się upić.

      Ostatnio przez łamy prasy przetoczyła się cała fala artykułów poświęconych tzw. Wine Banking, czyli inwestowaniu w wino. Ponieważ sprawą zajęły sie już nawet tak uznane na rynku prasy ekonomicznej tytuły specjalistyczne, jak dziennik ”Polska” oraz ”Metro”, to i ja czuję, że nie mogę pozostać obojętny. Tym bardziej jeśli za tematem kryje się Maciek Kossowski, człowiek który kilka lat temu jako pierwszy zaczął promować w Polsce produkty strukturyzowane, dziś będące obok lokat i funduszy głównym składnikiem oferty banków.

      Wine Banking na taką karierę póki co nie ma szansy, bo jest to typ inwestycji mocno elitarnej. Nie da się kupić udziałów funduszu inwestującego w wino, tak jak funduszu inwestującego np. w złoto. W Polsce działają jedynie pośrednicy finansowi, oferujący możliwość kupowania wina na skrzynki i ich sprzedaży po kilku latach. Krzysztof Maruszewski z Wealth Solutions mówi, że jedna skrzynka (12 butelek) całkiem przyzwoitego wina inwestycyjnego z 2008 r. kosztuje już od 3-4 tys. zł. Ale inni pośrednicy nie przyjmują klientów, którzy nie przeznaczą na taką inwestycję przynajmniej 100 tys. zł.

      Brokerzy - i trudno im się dziwić - roztaczają wizję krociowych zysków z winnych inwestycji. Według Wealth Solutions wartość wina Lafite Rothschild wzrosła w ciągu pięciu lat 4-krotnie, a wina Carruades de Lafite - 6-krotnie. Przyznam, że trochę mnie ta propaganda sukcesu drażni. Tak samo półtora roku temu zachwalano inwestycje w złoto, towary spożywcze, surowce. Miały rosnąć niezależnie od bessy na giełdzie i być skutecznym sposobem na zróżnicowanie portfela. Nie były. A teraz w Polsce jest kreowana moda na wino.

      Żaden z brokerów nie mówi o ryzyku związanym z inwestycją w wino. Sugerują, że jest to rynek kompletnie odporny na zawirowania koniunktury. A tak nie jest. Notowany w Londynie indeks Liv-ex 100 między 2005 a 2008 r. wzrósł ponad 2-krotnie, ale w ostatnim roku praktycznie się nie zmienił. Kiedy gospodarka światowa zwalnia, popyt na wino siłą rzeczy też topnieje, a ceny przestają rosnąć. Zobaczcie:



       

      Ostatnie lata hossy na rynku wina spowodowane były dobrą kondycją rynków kapitałowych na świecie, dużym zainteresowaniem kapitału dalekowschodniego i obecnością Rosjan zgłaszających popyt konsumpcyjny. Wśród analityków zdarzają się opinie, że cały rynek wina jest na etapie spekulacyjnego bąbla, który musi pęknąć, tyle że z pewnym opóźnieniem w stosunku do rynku akcji.

      Jakoś nie jestem w stanie przekonać się do inwestycji, w której moja stopa zwrotu zależy od tego jak moje wino oceni jakiś facet, który przyzna mu więcej lub mniej punktów. Bo największy wpływ na wycenę wina ma klasyfikacja – ilość punktów przyznanych mu przez uznane w branży autorytety. Do najbardziej znanych należy niejaki Robert Parker (nazwisko Wam nic nie powie - mi też nic nie mówi). Znaczenie mają podobno takie drobiazgi, jak potencjał danego sezonu, ilość dni słonecznych, data rozpoczęcia winobrania czy pogłoski o występowaniu szkodników w rejonie upraw. Dla mnie jako potencjalnego inwestora to rodzaj loterii.

      Być może warto mieć w portfelu jakieś wino inwestycyjne. Skoro w prywatnym portfelu mam fundusz inwestujący w kontrakty na złoto, produkt strukturyzowany bazujący na opcjach na wieprzowinę, czy ”strukturę” inwestującą w kontrakty na ropę naftową, to pewnie nadejdzie też czas na wino. Ale błagam pośredników trudniących się tymi inwestycjami: nie epatujcie wyłącznie możliwościami kilkusetprocentowych zysków. Pokazujcie obie strony medalu. Bądźcie uczciwi.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Mówią o winie? Nic tylko się upić.”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 31 lipca 2009 10:28
  • czwartek, 30 lipca 2009
    • Prezes mówi: banki oszukują. I co z tego?

      Od początku tygodnia jednym z ważniejszych tematów rozmów w świecie bankowców jest „spowiedź” prezesa ING Banku Brunona Bartkiewicza na łamach „Pulsu Biznesu”. Sformułowania typu „przestańmy oszukiwać klientów”, „dość manipulowania klientami”, „banki nie informują, a wprowadzają w błąd” to oskarżenia, których nie powstydziłby się najbardziej radykalny ruch obrony praw konsumentów. A jeśli wypowiada je człowiek, który zarządza jednym z największych w Polsce banków, to natychmiast rodzi się pytanie, czy mówi to bezinteresownie, czy gra w coś ze swoimi kolegami, prezesami innych banków? Cały wywiad znajdziesz tutaj.

      Wyznanie prezesa Bartkiewicza wywołały wśród bankowców niesmak. Pisze o tym dziś „Puls” (czytaj tutaj) oraz Nina Hałabuz w Wyborczej.pl (patrz tutaj). Wśród klientów banków zdania są podzielone: jedni mówią, żeby szef ING, zamiast użalać się nad klientami, lepiej poprawił jakość obsługi we własnym banku, a inni - że dobrze się stało, iż ktoś ze środowiska wreszcie wrzucił ten granat do przysłowiowego szamba. Ale jedno jest pewne - prezes Bartkiewicz nie uzyskał takiego aplauzu, jak ten dżentelmen  z filmu poniżej, który nie dość, że przyjął aplauz, to jeszcze został za to suto wynagrodzony.


      Faktem jest, że niektóre banki rzeczywiście straciły już wszelkie hamulce w próbach naciągania klientów, o czym często możecie przeczytać także na tym blogu. Ostatnio znęcałem się nad Noble Bankiem (patrz tutaj), bankiem Dnb Nord (przeczytaj tutaj) oraz Millennium (zerknij od niechcenia tutaj).

      Nie odniosłem się od razu w poniedziałek do wywiadu prezesa Bartkiewicza, bo potrzebowałem czasu, żeby wyrobić sobie o nim zdanie. I po namyśle stwierdzam, że ten wywiad to nie był dobry pomysł. Niezależnie bowiem od intencji Bartkiewicza jego wyznanie zostało odczytane przez dużą część publiczności jako gra pod publiczkę, próba odwrócenia uwagi od własnych kłopotów. A przecież w ING ich nie brakuje. Właściwie jedynym sukcesem tego banku jest pozycja w gronie liderów na rynku depozytowym. W kontach, kartach, hipotekach, czy kredytach gotówkowych bank nie ma się czym pochwalić. I to chyba nie dlatego, że konkurenci oszukują ofertami z gwiazdką, a z prozaicznego powodu, że sam ING ma ofertę nijaką lub nijak ją promuje.

      Na moim osiedlu otwarto rok temu placówkę ING. Od tego czasu obserwuję niemal codziennie, jak hula w niej wiatr, a pracownicy nudzą się jak mopsy. Kilka miesięcy temu zrobiło mi się ich żal do tego stopnia, że wstąpiłem i wziąłem od nich kartę kredytową. Nie macie pojęcia ile radości może sprawić pracownikowi ING wizyta klienta, który chce mieć kartę kredytową. Widać takie wizyty - przynajmniej w „moim” oddziale - są rzadkością. Karta, nota bene, ma dobre warunki, a bank nie marudził przy przyznawaniu limitu, przesłał plastik szybko i nie wziął żadnych prowizji. Sęk w tym, że to nie ja powinienem wchodzić po kartę do ING, tylko powinny mi ją wciskać do kieszeni na każdym rogu tabuny agentów ING, dawniej pracujących pod szyldem Nationale Nederlanden. Gdyby bank umiał wykorzystać ich potencjał, to byłby na rynku prawdziwym hegemonem.

      Ale zamiast tego mamy prezesa Bartkiewicza, który bije się w piersi za niecne postępki swoich kolegów z innych banków. Uważam, że takie pojedyncze „występy” mają stosunkowo niewielki sens (choć dobrze, że są). Byłoby dużo lepiej, gdyby kilku prezesów spotkało się i wspólnie uzgodniło - a potem ogłosiło publicznie - jakich praktyk zobowiązują się unikać w komunikacji z klientami. Gdyby dzięki temu na rynku pojawiło się kilka banków, które nie oszukują, nie okłamują, a komunikują się z klientami rzetelnie i uczciwie (no, przynajmniej robią wszystko, żeby tak było), mielibyśmy nową jakość. Narzekania i użalanie się na złe banki przez prezesa jednego, czy drugiego z nich, takiej nowej jakości za sobą nie niosą.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Prezes mówi: banki oszukują. I co z tego?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 lipca 2009 09:58
  • środa, 29 lipca 2009
    • Bajka o PKO, który nie umiał kupić AIG

      AIG Bank Polska, jeden z największych banków typu consumer finance w Polsce, zostanie przejęty przez hiszpańską grupę bankową Santander. Z jednej strony to dziwne, bo Santander zaczął zwijać interesy w Polsce (zamknął dział kredytów hipotecznych i skasował część placówek). Z drugiej strony AIG ma podobny profil działalności, jak Santander (nastawia się na finanse konsumenckie), więc z punktu widzenia Hiszpanów taki alians ma głęboki sens.Powstanie bank z siecią 250 placówek i portfelem kredytów wartych 17 mld zł. To już będzie na rynku naprawdę gruba ryba.

      A ja wciąż nie mogę zrozumieć jak to się stało, że bankowy majątek AIG w Polsce nie został przejęty przez PKO BP. Negocjacje były tak zaawansowane, a obie strony zainteresowane dobiciem targu. Swego czasu odbyłem kilka nieoficjalnych rozmów z uczestnikami i bliskimi obserwatorami transakcji. I na podstawie tych dyskusji spróbuję odtworzyć przebieg wydarzeń wokół negocjacji PKO BP i Amerykanów.

      Największy polski bank, choć pod względem skali działalności należy do największych instytucji finansowych w naszej części Europy (100 mld zł depozytów i kredytów, 3 mld zł zysku netto, ponad 6 mln klientów), od lat nie zdołał przeprowadzić żadnego udanego przejęcia innego banku. Próbował kilkanaście razy, ale efekty są mizerne - na liście akwizycji PKO znalazł się jedynie kupiony w 2004 rokur. Kredobank na Ukrainie oraz Bank Pocztowy, którego drugim współwłaścicielem jest Poczta Polska.

      Analitycy przepowiadali, że kryzys finansowy, który ogarnął świat, będzie dla PKO BP szansą na skok do przodu. Bank, będąc w dobrej sytuacji finansowej i nie obciążony żadnymi toksycznymi aktywami, mógł wypatrywać szans na tanie zakupy. „Ofiarami” mogły być polskie banki, należące do zagranicznych właścicieli mających kłopoty na rodzimych rynkach. PKO BP może skoczyć na głęboką wodę:


      Okazja pojawiła się pod koniec 2008 r. Amerykańska grupa AIG, którą od bankructwa uratowało 75 mld dol. rządowej pożyczki, zaczęła pozbywać się swoich aktywów w Europie i Azji. Pod nóż miał pójść także polski bank należący do AIG, specjalizujący się w pożyczkach gotówkowych i ratalnych AIG Bank Polska. Do wzięcia było ponad sto placówek i ok. 5 mld zł portfela kredytowego. Bank w 2008 roku wygenerował prawie 200 mln zł rocznego zysku.

      W listopadzie 2008 r. zarząd PKO BP postanowił wejść do gry o AIG, składając pierwszą, niewiążącą ofertę. Nie wiadomo dokładnie ile ona wynosiła. Moi rozmówcy z kręgów rządowych i bankowych podają rozbieżne kwoty, zawierające się między 1 mld a 1,8 mld zł. Nie wiadomo czy na tym etapie rozmów PKO miał jakichś konkurentów. Rada nadzorcza PKO BP udziela prezesowi Jerzemu Pruskiemu i wiceprezesowi Tomaszowi Mironczukowi pełnomocnictwa do dalszych rozmów w sprawie AIG.

      Na przełomie października i listopada 2008 r. PKO BP przeprowadza w AIG Banku tzw. due dilligence, czyli gruntowne badanie sytuacji finansowej firmy. Okazuje się, że bank będzie musiał wkrótce tworzyć rezerwy na złe kredyty. Pruski i Mironczuk w kolejnych odsłonach negocjacji wykorzystali to, żeby zbić cenę. Wiążąca oferta zakupu banku, złożona na przelomie listopada i grudnia 2008 r., wg. różnych źródeł wynosi od 900 mln do ponad 1 mld zł.

      Co dzieje się dalej? Jedna z wersji wydarzeń mówi, że Amerykanie są wściekli. I zrywają w koncu grudnia 2008 negocjacje, twierdząc że cena jest za niska. Od innych informatorów usłyszałem, że to Ministerstwo Skarbu wymusiło na zarządzie PKO BP odejście od stołu negocjacyjnego. Prezes Pruski miał się zgodzić na zbyt wygórowane warunki finansowe transakcji. Podobno umowa była już gotowa, a resort skarbu odkręcił ją, wykorzystując kruczek prawny.

      Tak czy siak sprawa wydaje się zamknięta. Ale już w styczniu 2009 nieoczekiwanie AIG i PKO wracają do stołu negocjacyjnego. Amerykanie potrzebują pieniędzy, bo muszą spłacić pożyczkę rządową. Czas gra na ich niekorzyść, bo z miesiąca na miesiąc pogarsza się sytuacja gospodarcza, więc siłą rzeczy spadają też wyceny banków. Cena za polski AIG Bank znowu się zmniejsza. Nieoficjalnie mówi się, że Amerykanie zeszli już grubo poniżej miliarda złotych.

      Wydaje się, że wszystko idzie po myśli Pruskiego i Mironczuka. Ale niektórzy członkowie rady nadzorczej zaczynają mieć wątpliwości. - Dlaczego cena tak gwałtownie spada? Skoro w ciągu kilku miesięcy wartość AIG zjechała o połowę, to może AIG Bank w ogóle nie jest nic warty? Dlaczego poprzednio zarząd PKO chciał kupić bank tak drogo? - to pytania zadawane prezesom przez członków rady nadzorczej.

      Szefowie PKO BP są między młotem, a kowadłem. Z jednej strony coraz bardziej przeceniony AIG Bank do wzięcia, a z drugiej - wątpliwości rady nadzorczej i Ministerstwa Skarbu, głównego właściciela banku. Z ekspertyz, które zamawiają Pruski i Mironczuk wynika, że „prawdziwa” wartość AIG dla PKO BP  jest dwa-trzy razy większa, niż cena, która jest na stole. Z drugiej strony coraz trudniej wycenić ryzyko związane z portfelem kredytów banku, bosytuacja gospodarcza się pogarsza.

      Wreszcie na początku maja szefowie PKO BP podejmują trudną decyzję: wycofujemy się z negocjacji. Podobno chodziło o to, żeby poczekać, aż wyklaruje się sytuacja na rynku kredytów i będzie można rzetelnie oszacować ryzyko. Ale nasi rozmówcy zbliżeni do resortu skarbu twierdzą, że prawda jest inna: prezes Pruski, nie mając stuprocentowego poparcia rady, po prostu nie chciał ryzykować. Tym bardziej, że część członków rady wciąż twierdziła, iż PKO BP chce przepłacić za AIG.

      Zaledwie półtora miesiąca po fiasku negocjacji z AIG obaj menedżerowie PKO BP, prowadzący sprawę AIG, dostają od rady nadzorczej żółte kartki - rada nie opiniuje pozytywnie projektów uchwał o udzieleniu im absolutorium. Nieoficjalnie w resorcie skarbu mówią, że to kara za błędy w negocjacjach z AIG. Walne zgromadzenie ostatecznie udziela Pruskiemu i Mironczukowi absolutorium, ale zaledwie tydzień później rada nadzorcza wyrzuca ich z pracy. Tak kończą się marzenia PKO BP o przejęciu AIG. Używając nieparlamentarnych słów można byłoby przedstawić finał tego procesu tak: :-)



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Bajka o PKO, który nie umiał kupić AIG”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 lipca 2009 08:56
  • wtorek, 28 lipca 2009
    • Noble znów „się pomylił”. Sprawa dla KNF

      Kilka dni temu pisałem o tajemniczej zmianie w tabeli opłat i prowizji w Noble Banku (a właściwie w jego hipotecznym oddziale: Metrobanku). Pokrótce przypomnę: 14 lipca bank zamienił tabele opłat i prowizji. Jedną, obowiązującą od 1 lipca, zamienił na inną, obowiązującą... również od 1 lipca. Tabele różnią się w jednym tylko punkcie: wysokością opłaty za zmianę waluty spłaty kredytu. W starej tabelce opłata wynosi 0,5 proc. (maksymalnie 2000 zł), a w nowej - już 1 proc. wartości kredytu. Więcej o całej sprawie przeczytasz tutaj.

      Doczekałem się stanowiska banku w tej sprawie. Powaliło mnie ono na kolana. Otóż fakt antydatowania zmian w tabeli opłat bank tłumaczy... pomyłką pracownika, który 1 lipca przypadkiem wrzucił na stronę internetową jakiś wstępny projekt, zamiast „docelowego”. Bank zorientował się dopiero po dwóch tygodniach i wtedy pracownik wkleił na stronę internetową właściwą tabelę. Rozumiecie coś z tego bełkotu? Bo ja nie. Ale może jestem mało inteligentny, więc wklejam w całości oświadczenie Joanny Fatek z biura prasowego Noble Banku. Oceńcie sami siłę jej argumentów.

      „Obowiązująca, prawidłowa taryfa opłat i prowizji w Metrobanku, znajduje się na stronie internetowej (z datą od 1 lipca 2009). Poprzednia tabela, o której Pan wspomina, była jednym z projektów błędnie umieszczonych przez pracownika banku. Dlatego też klienci zainteresowani podpisaniem aneksu na zmianę waluty kredytu byli błędnie informowani o jego kosztach. W związku z tym osoby, które w tym okresie uzyskały nierzetelną  informację np. z infolinii nie mogły być narażone na dodatkowe koszty wynikające z naszego niedopatrzenia i podpisały aneks ze stawką 0,5%.  Tabela opłat i prowizji znajdująca się obecnie na stronie internetowej jest jedyną obowiązującą.”

      Niezłe, prawda? Otóż jeśli dobrze rozumiem, prezes Noble Banku, Jarosław Augustyniak - nota bene jeden z najlepiej zarabiających menedżerów banków w zeszłym roku - chce nam powiedzieć ustami swej rzeczniczki, że ma w banku taki bajzel na kółkach, iż nie jest w stanie zapanować nawet nad tak prostą operacją, jak zmiana opłat i prowizji. Może więc powinien zająć się jakimś mniej skomplikowanym zajęciem, niż zarządzanie bankiem? Zwłaszcza bankiem „na pokolenia”...


      Może się czepiam złośliwie. Ale to już drugi w ciągu ostatnich dwóch tygodni przypadek, kiedy ten właśnie bank chciał złamać prawo w relacjach z klientami. Wcześniej usiłował zmienić regulamin tak, by umożliwić podwyżkę marży niektórym klientom hipotecznym. Sęk w tym, że marżę można zmieniać tylko na mocy umowy, nie regulaminu. Więcej o całej sprawie przeczytasz tutaj. Wtedy bank zachował resztki klasy i szybciutko się wycofał z głupiego pomysłu.

      A może p. prezes Augustyniak potrzebuje bliższego kontaktu, większego wsparcia, braterskiej pomocy (niepotrzebne skreślić) ze strony Komisji Nadzoru Finansowego? Może Noble Bank jest w tak trudnej sytuacji finansowej, że nie ma innego wyjścia, jak podwyższanie klientom marży kredytów? I to za każdą cenę,deptając resztki dobrego wizerunku, jakie być może jeszcze zachował? Może bez dochodów ze spreadu walutowego cały interres „banku na pokolenia”, by się najzwyczajniej w świecie zawalił? Czy szef nadzoru finansowego Stanisław Kluza chciałby poznać odpowiedzi na te pytania? Powinien, bo szlachectwo (jeśli mówimy o  „banku na pokolenia”) zobowiązuje.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Noble znów „się pomylił”. Sprawa dla KNF”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 lipca 2009 23:25
  • poniedziałek, 27 lipca 2009
    • Poznajcie pechowca: włożył 30 milionów, by wygrać w loterii dwa miliony. I przegrał

      Pani Agnieszka z Tychów (z tych Tychów) nadal nie chce powiedzieć jak się nazywa, ani na co wyda dwa miliony złotych, które wygrała w loterii BZ WBK. Bank milczy jak grób, tabun reporterów śledczych, wysłany przez naczelnych największych gazet na Śląsk, szuka igły w stogu siana. Wszystko na nic. Przejrzałem wnikliwie sobotnią prasę, myślałem że chociaż chłopaki z Faktu i Super-Expressu się popiszą. A tu nic. Potrafią wyśledzić Dodę bez majtek, a pani Agnieszki z dwoma milionami nie potrafią. Wszystko schodzi na psy, nawet bulwarówki.

      Co prawda niektórzy internauci twierdzą, że żadna Agnieszka nie istnieje (chyba, że w wyobraźni prezesów BZ WBK, którzy ukartowali całą zabawę), ale ja jednak chcę wierzyć w uczciwość banku. Skoro nie pani Agnieszka, to ekskluzywnego wywiadu mógłby mi przynajmniej udzielić największy pechowiec loterii BZ WBK. Nie wiemy nawet jak ma na imię i skąd pochodzi. Bank przyznał jedynie, że jeden z klientów włożył na lokatę, która brała udział w konkursie, kwotę 30 milionów złotych. Biorąc pod uwagę, że każde 5000 zł to jeden los na loterii, ów inwestor wykupił aż 6000 takich losów.

      O ile szanse pani Agnieszki na zwycięstwo wynosiły mniej, niż 1:860.000 (jeden do ośmiuset sześćdziesięciu tysięcy), bo wykupiła tylko jeden ”los”, o tyle szanse tajemniczego milionera, pana X, by dołożyć do posiadanego majątku jeszcze dwa milioniki, wynosiła aż 1:143. Innymi słowy, co 143 los spośród wszystkich, które brały udział w losowaniu, był losem należącym do pana X. Mimo takiego zwielokrotnienia szans pan X nie wygrał. Cóż, pieniądze szczęścia nie dają :-).

      Pan X w sumie nie stracił dużo. Po prostu ulokował na kwartał 30 milionów zł na niezbyt korzystnych dla siebie warunkach, bo tylko na 5,5 proc. w skali roku. W innym banku mógłby dostać za te same pieniądze 7 proc. w skali roku. Przekładając to na konkretne liczby, nasz pechowiec dostanie od BZ WBK nędzne 334 tys. zł odsetek, gdy u konkurencji mógłby otrzymać 425 tys. zł. Nieudana zabawa w loterię kosztowała go 91 tys. zł utraconych odsetek. Niedużo jak na kogoś, kto ma co najmniej 30 mln zł oszczędności w gotówce.



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Poznajcie pechowca: włożył 30 milionów, by wygrać w loterii dwa miliony. I przegrał”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 lipca 2009 08:22
  • sobota, 25 lipca 2009
    • Rekordowa podwyżka bankowych prowizji: z 3 zł do 100 zł miesięcznie

      Mało znany, niemiecko-skandynawski bank DnB Nord pobił właśnie rekord podwyżek prowizji. Jak donieśli mi jego oburzeni klienci - mali przedsiębiorcy - bank zwiększył właśnie abonamenty za korzystanie z kont biznesowych i dostępu do platformy internetowej. Podwyżka dotyczy klientów, którzy wcześniej należeli do banku BISE (wchłoniętego w zeszłym roku przez DnB Nord).

      A teraz trzymajcie się foteli. Opłata za prowadzenie rachunku bieżącego wzrosła z 30 do 50 zł. Sporo, ale to jeszcze pikuś w porównaniu z podwyżką ceny korzystania z dostępu do konta przez internet, który podrożał z 3 zł do 100 zł miesięcznie. Przy takim numerze nawet skok na kieszenie klientów, który zafundował im Bank Millennium, jest niewinną pieszczotą.

      Klienci są wściekli i zdezorientowani. Trudno im się dziwić, większość z nich dowiedziała się o podwyżkach pocztą pantoflową albo przypadkiem. Bank nie wysłał do klientow żadnych informacji, a jedynie wywiesił stosowny komunikat w oddziałach! Aż trudno uwierzyć, że tak dużą podwyżkę prowizji bank komunikuje klientom w tak fatalny sposób.

      Rzecznik DnB Nord, którego zapytałem o sprawę gigantycznej podwyżki opłat tłumaczy, że do każdego klienta firmowego, którego dotyczy podwyżka, zadzwoni jego opiekun bankowy i wytłumaczy meandry zmian prowizji. Według rzecznika chodzi o to, że klienci zostali przepięci ze staregodo nowego systemu informatycznego. A w nowym prowizje za „goły” internet są wysokie, natomiast klienci mogą wykupić sobie dużo tańsze pakiety usług, w których prowadzenie konta i dostęp do serwisu internetowego jest gratis.

      Taki pakiet kosztuje od 50 do 100 zł, zaś mikroprzedsiębiorcy mogą płacić 25 zł.  Według rzecznika doradcy bankowi zaproponują każdemu klientowi wykupienie pakietu, zamiast kupowania osobno dostępu do konta za 50 zł i do internetu zakolejne 100 zł. Wszystko pięknie, tylko dlaczego bank najpierw wprowadził horrendalne podwyżki, a dopiero teraz informuje klientów o możliwości wykupienia pakietu? Czy tak trudno było to zaplanować? Panie i panowie z DnB Nord: ta podwyżka to nie był celny strzał...



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Rekordowa podwyżka bankowych prowizji: z 3 zł do 100 zł miesięcznie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 lipca 2009 10:40
  • piątek, 24 lipca 2009

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line