Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • środa, 05 sierpnia 2009
    • Klawo jak cholera Alior, czyli prześwietlanie prześwietlania

      Pod moim felietonem na temat telewizyjnej reklamówki Alior Banku, opublikowanym w Wyborcza.pl i Gazeta.pl, wypowiedziało się już ponad 160 osób. Zajrzałem tam, bo tak duża dawka interakcji z czytelnikami nie może pozostać bez odpowiedzi. Jeśli jeszcze nie czytałeś inkryminowanego :-) tekstu, znajdziesz go tutaj. A tutaj jest wpis na moim blogu, poświęcony temu samemu tematowi.

      Duża część z komentatorów daje na forum upust swojej agresji (i dobrze, lepsze to, niż duszenie zółci w sobie, które - jak wiadomo - jest bardzo niezdrowe). Ale poza stwierdzeniami typu "żałosny", czy "beznadziejny", zdarzają się jednak próby polemiki. I głównie o nich będzie ten wpis. Ale na wstępie uwaga generalna, którą chcę przekazać wszystkim krytykom: w felietonie ne oceniałem oferty Aliora, skądinąd nie najgorszej. Oceniłem wyłącznie jego reklamówkę, szukając - zgodnie z formułą rubryki - dziury w całym. Część z Was tych subtelności niestety nie wychwyciła.

      Użytkownik WIEWIÓR pisze, że nikt nikogo nie zmusza do brania karty płatniczej, zaś najczęściej wykonywane przelewy jako "pewne" i wówczas kod SMS-owy [chodzi o SMS wysyłąny przez bank, za każdy SMS przekraczający limit dziesięciu w miesiącu się płaci po 30 gr. - dop. mój] nie jest potrzebny. W porządku. Ale znacie kogoś, kto używa konta bez karty debetowej? Bo ja nie. Zwłaszcza, że ta karta w Aliorze nie jest znowu taka droga - 3 zł miesięcznie. Faktem jest, że o tych trzech złociszach reklama nie wspomina ani słowem. I w tym problem. Reklama mówi też o darmowych przelewach, podczas gdy czasami nie są one darmowe. I tylko tyle chciałem powiedzieć. Nie oceniam, czy te 30 gr to dużo czy mało. Zauważam jedynie rozbieżność między reklamą, a rzeczywistością.

      PRZECINEK - oraz inni użytkownicy forum gazeta.pl - zastanawia się, czy autor artykułu też nie skumał pisząc, że jeśli połowa środków pracuje w nocy, a noc jest połową doby, to mamy połowę z połowy, czyli 1/4. Czyli z 8% robi się 2%. Otóż nie: wbrew logice, ale zgodnie z interesem klienta, oprocentowanie liczy się tak, jakby pieniądze leżały na lokacie całą dobę. Czyli mamy 4 proc.

      Gość BACA prosi szefów Aliora: może niech opowiedzą trochę o ostatnich zwolnieniach w firmie... Kto nie wyrabia planu - wyjazd z banku ze słowami: nie liczą się ludzie, liczą się liczby". Ot, wyższa kultura bankowości... Daleki jestem od ulegania nastrojom histerii - w każdej firmie zdarzają się pracownicy, którzy odchodzą z niej w stanie wojny z szefami - ale pewnie i temu sygnałowi się przyjrzymy, zwłaszcza po ostatnich wieściach z Banku Millennium, które relacjonujemy tutaj.

      Gość KLIENT: Ten artykuł nie powinien mieć miejsca gdyż jest kompletnie nieobiektywny i tendencyjny. Autor jak widać oczekiwał na wejściu do banku bukietu kwiatów. Zapewne w jego ulubionym PKO BP każdy wita go chlebem i solą. No, z tym PKO BP to KLIENT trochę przesadził. Zaś SLAV dodaje: Autor tekstu może ma pojęcie o bankowości, ale na pewno nie zna standardów obsługi klienta. Błędem jest, kiedy sprzedawca pierwszy podchodzi do klienta i zaczyna go męczyć. 95% klientów podziękuje, albo w ogóle zrezygnuje z zakupów. Jak klient ma problem czy pytanie, to jest na tyle dorosły, że sobie podejdzie do sprzedawcy i zapyta.

      Nie znam się na marketingu, więc się nie kłócę. Ale mam wrażenie, że kompletna pasywność sprzedawcy widząego zagubionego klienta też jest przesadą. KGBACA mógłby się pozbyć ironii, bo cała reszta mi się podoba: A kto spłodził ten artykuł? Samcik? No, to na pewno jest rzetelny i powinniście mu wierzyć, gdyż takiego speca od finansów dawno Ziemia nie urodziła. Słodkie, prawda?

      Internauci nie tylko krytykują. Część narzeka, że nie wszystkie haczyki w ofercie banku zauważyłem. KLIENT ALIORA zwraca uwagę na to, że choć wypłaty z bankomatów za granicą są darmowe, to... jest inny feler:
      polecam spojrzeć na tabele kursów. Mają niestety niezły spread. Tego samego dnia płaciłem kartą Aliora w euro po 4,5 zł, a kartą mBanku po 4.36 zł. Hmmm... Nie neguję obliczeń KLIENTA ALIORA, ale dzisiaj spread w przypadku euro w Alior Banku wynosi 23 gr. W mBanku - 20 gr. Różnica nie jest duża.

      Teraz głosy wsparcia, które z lubością zreferuję: ABC zauważa, że prześwietlanie reklam polega na niczym innym, jak na przebijaniu wielkiego balona. Redaktor zrobił to dobrze, więc nie wiem o co Wam chodzi pisząc, ze artykuł żałosny, tandetny i stronniczy. GOŚCIU dodaje: prześwietlenie reklamy zaliczone, i jak to w reklamach, zawsze coś zostaje niedopowiedziane:), a autor to wyłapuje.

      I jeszcze MALINA, która trafia w sedno: to nie jest tekst o ofercie Aliora, tylko o jego reklamie. Miałam taki plan, by przenieść rachunek z BZ WBK, ale podczas pobytu w jednej z placówek Aliora nie spotkałam się z wyższą kulturą bankowości - wiszący na wieszaku melonik - bynajmniej jej nie reprezentuje. Pomysł agencji reklamowej na hasło nie wystarczy - dalej piłeczka jest po stronie ludzi - którzy chyba mają kłopoty ze sprostaniem wyzwaniu, odróżnienia się od innych banków.

      Dziękuję wszystkim za dyskusję i wracam do urlopowego jaccuzi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Klawo jak cholera Alior, czyli prześwietlanie prześwietlania”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 05 sierpnia 2009 10:54
  • wtorek, 04 sierpnia 2009
    • JP Morgan się dąsa. A mógł siedzieć cicho

      Pamiętacie słynne zdanie Jacquesa Chiraca, wielkiego przyjaciela Rosji, który swego czasu powiedział pod adresem Polski i innych sojuszników USA w Iraku, że "stracili dobrą okazję, żeby siedzieć cicho"? Okazji, żeby siedzieć cicho nie wykorzystali  też przedstawiciele amerykańskiego banku JP Morgan, którzy dąsają się na nowego p.o. prezesa banku PKO BP, iż ten nie chce z nimi współpracować. Piszą listy do ministra skarbu Aleksandra Grada i organizują konferencje prasowe. A podobno wielkie pieniądze lubią ciszę...

      JP Morgan doradzał poprzedniemu prezesowi PKO BP, Jerzemu Pruskiemu. Ale Pruski stracił stołek, a w ślad za tym osłabła pozycja JP Morgan. Nowy szef PKO BP Wojciech Papierak do doradzania przy emisji nowych akcji PKO BP wybrał, w porozumieniu z radą nadzorczą, konsorcjum Banku of America i Deutsche Banku. A JP Morgan nie został nawet zaproszony do przetargu. Nowe konsorcjum doradców przygotowuje skorygowany plan emisji, by sprzedaż akcji mogła być przeprowadzona wcześniej.

      Nie wiem, czy wybór amerykańsko-niemieckiego konsorcjum z Bank of America na czele to najlepsza opcja. Nie wiem też dlaczego nowy zarząd nie wziął JP Morgan pod uwagę przy nowym rozdaniu. Być może był to błąd, personalna zemsta, polowanie na sojuszników Pruskiego. JP Morgan ma prawo być rozczarowany i pałać żądzą wyjaśnienia swojeo stanowiska. Ale mimo wszystko nie podoba mi się, że bank po przegranej batalii idzie na skargę do mediów.

      JP Morgan upublicznił swój projekt sprzedaży nowych akcji. W porządku. Ale nie podoba mi się to, że niektóre wypowiedzi przedstawicieli JP Morgan mogą zaszkodzić emisji akcji PKO. "W ostatnim czasie wielu akcjonariuszy PKO BP w dialogu z naszą instytucją wyraziło zaniepokojenie w związku z szeregiem kwestii związanych z planowaną emisją" - mówią dziennikarzom ludzie z JP Morgan (cytat za Wyborczą.pl).

      Przygotowania dotyczące emisji akcji zaszły już tak daleko, że przedstawiciele JP Morgan nie mogą mieć nadziei, iż zostaną zaproszeni do jej przeprowadzenia. Jaki jest więc cel  występów JP Morgan w mediach? Obawiam się, że bankowi chodzi w równym stopniu o obronę własnego dobrego imienia, jak i o zrobienie zamieszania wokół emisji i utrudnienie jej przeprowadzenia. Szkoda, że JP Morgan nie powstrzymał się z wyrażeniem swojego stanowiska do zakończenia emisji PKO.

      Z tą wątpliwością Was zostawiam i wracam do jaccuzi. Przez najbliższe dwa tygodnie na blogu będzie mnie mniej, niż zwykle (urlopowe rozjazdy). Ale nie mam serca tak całkiem Was osierocić :-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 sierpnia 2009 11:00
  • poniedziałek, 03 sierpnia 2009
    • Halo, tu jestem! - czyli wyznania klienta niedopieszczonego

      Jakiś czas temu opisywałem na łamach papierowej "Wyborczej" moje przygody w Alior Banku, gdzie udałem się po pożyczkę gotówkową. Zamiast szeroko reklamowanej "wyższej kultury bankowości", natknąłem się na niezbyt dobrze zorientowaną w ofercie banku panią z okienka i kilka kruczków w samej ofercie. Tekst można przeczytać także w nternetowej Wyborczej. Znajdziesz go mniej więcej tutaj. W zeszły piątek znowu nawiedziłem Alior Bank - tym razem przy okazji kręcenia wersji wideo rubryki "Prześwietlamy reklamy". I znowu wtopa.

      Nie wiem, czy jestem aż tak niepozorny, ale odniosłem wrażenie, że w Alior Banku muszę zrobić naprawdę dużo szumu wokół siebie, by mnie ktoś zauważył. Wpadłem do placówki, zacząłem nerwowo się rozglądać, zbierać wszystkie ulotki ze stoisk, przymierzać melonik (jeden z symboli banku), który wisiał na wieszaku, błąkać się od ściany do ściany. Minęło pięć minut i nic. Nikt się mną nie zainteresował, nikt nie spytał, czy przypadkiem nie pomyliłem sklepów, albo czy nie przyniosłem ze sobą miliona złotych do ulokowania.

      "W porządku" - myślę sobie. "Może rzeczywiście nie jestem wystarczająco ekspansywny,  żeby zwrócić na siebie uwagę choćby jednej z pięciu pań (w większości bardzo ładnych) i jednego pana (też chyba niebrzydki), którzy wyglądali na pracowników tego oddziału, a z których przynajmniej dwie osoby nudziły się jak mopsy". Wyszedłem i wparowałem do placówki raz jeszcze. Tym razem robiąc sporo szumu wokół siebie. Potknąłem się o własne nogi, omal nie skasowałem stoiska z ulotkami, prawie wpadłem na jedno ze stanowisk i... nadal nic. Patrzą na mnie jak na idiotę, ale wstydzą się nawiązać kontakt werbalny. "Co jeszcze mam zrobić, żeby usłyszeć czułe: czym mogę służyć?" - gorączkowo myślałem. Kiedyś niejaki Smoleń Bohdan miał ten sam problem. No, może ciut inny :-)


      Kika litrów wody w Wiśle upłynęło, zanim pacnąłem się w czoło i przypomniałem sobie co powinien zrobić klient, który chciałby zostać obsłużony. Głośne "dzień dobry", ukłon w pas skierowany do najładniejszej urzędniczki, prośba "czy mógłbym się dowiedzieć...". Bingo! Już za chwilę byłem przy stanowisku. Sukces nie przyszedł łatwo, ale zostałem obsłużony.

      To się mogło zdarzyć w każdym banku. I pewnie zdarzyłoby się w 90 proc. oddziałów, które mógłbym odwiedzić, podając się za klienta dryfującego po placówkach, niczym dziecko we mgle. Zdarzyło się akurat w Alior Banku. Ale - do licha - to ten bank na każdym kroku opowiada o "wyższej kulturze bankowości". Myślałem, że przekonam się o niej na własne oczy. A zobaczyłem kulturę bankowości taką, jak w każdym innym banku. Ale może się czepiam? Cóż, nie od razu Kraków zbudowano...






      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Halo, tu jestem! - czyli wyznania klienta niedopieszczonego ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 03 sierpnia 2009 07:39
  • niedziela, 02 sierpnia 2009
    • Noble Bank do klienta: omiń podatek, ale lepiej nie przeginaj

      Niedługo wyjdę na jakiegoś faszystę, który ciągle czepia się Noble Banku. Najpierw przypiąłem się do zmian regulaminu kredytów hipotecznych (nielegalnych, ale co tam, i tak bydlę ze mnie). Potem wziąłem na warsztat prowizje za zmianę waluty spłaty kredytu (antydatowaną, ale co tam, i tak bydlę ze mnie). Teraz przenicuję ofertę lokat antypodatkowych Noble Banku. Wiem, bydlę ze mnie...

      W lokatach antypodatkowych chodzi z grubsza o to, że jeśli taka lokata daje mniej, niż 2,50 zł odsetek, to nie płaci się od niej 19-proc. podatku Belki. Nie płaci się, bo najniższy wymiar podatku to 1 zł, a należność dla fiskusa zawsze zaokrągla się - albo w dół, albo w górę. Jeśli odsetki wyniosą 2,49 zł, to 19 proc. podatku od tej kwoty to 49 gr, a jeśli odsetki wyniosą 2,51 zł, to 19 proc. podatku czyni niecałe 51 gr. W pierwszym przypadku podatek wynosi (po zaokrągleniu) zero, a w drugim - złotówkę.

      Banki wymyśliły więc bardzo krótkie, jednodniowe lokaty, które w skali roku dają normalne, wysokie odsetki, ale przez częste odnawianie jednorazowe wypłaty owych odsetek są niskie. Więcej na ten temat pisałem tutaj. Takie lokaty dla każdego klienta (bo wcześniej był to produkt elitarny) mają m.in. Getin Bank, Alior Bank, BGŻ, czy Noble Bank.

      I właśnie klienci tego ostatniego donieśli mi, że w Noble Banku od pewnego czasu klient może założyć tylko jedną taką lokatę. Sprawa nie jest błaha, bo jeśli mam na jednej lokacie jednodniowej oszczędności przekraczające 15 tys. zł, to rośnie ryzyko, że nawet odsetki za ten jeden dzień przekroczą magiczne 2,50 zł. Jeśli więc chcę ulokować na lokacie antybelkowej np. 50 tys. zł, to powinienem tę sumę rozbić na cztery lokaty po 12,5 tys. zł. Inaczej cały interes szlag trafi.

      Kłopot w tym, że w Noble Banku o takim mnożeniu lokat nie chcą słyszeć. Klient może założyć tylko jedną lokatę antybelkową. Czyli od podatku może zwolnić tylko ok. 15 tys. zł ze wszystkich swoich pieniędzy. Dziwne, prawda? Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że akurat Noble Bank stawia na klientów zamożnych, którzy zwykle mają przy duszy nieco więcej, niż te 15 tys. zł.

      Podobnych limitów nie stawia np. BGŻ. Tam jedna osoba może mieć nawet dziesięć lokat jednodniowych po 15 tys. zł każda. I nikt z tego powodu żadnych wyrzutów nie będzie robił. A w Noble Banku - nie wolno. Dlaczego? Są tylko dwa potencjalne powody: albo w Noble Banku uważają, że podatki trzeba płacić i nie mają zamiaru ułatwiać klientom ich omijania (tylko po co w takim razie wprowadzili tę lokatę?), albo chodzi o to, żeby zablokować klientom możliwość lokowania grubych milionów na tak krótkich lokatach.

      Czyżby w Noble Banku zauważyli wyraźny przepływ pieniędzy klientów z długoterminowych lokat na te krótkie, antypodatkowe? Żaden bank nie lubi krótkich depozytów, szczytem marzeń jest klient, który zablokuje pieniądze na długo. Wygląfa więc na to, że Noble Bank, wprowadzając lokatę Optymalną (bo pod takim kryptonimem kryje się jednodniówka w tym banku), nie docenił stopnia wyedukowania swoich własnych klientów. I teraz musi limitować im wolne od podatku lokaty, jak mięso na kartki w Stanie Wojennym. :-). Pamiętacie te czasy?



       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Noble Bank do klienta: omiń podatek, ale lepiej nie przeginaj”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 sierpnia 2009 08:43
  • sobota, 01 sierpnia 2009
    • Rusza pierwsza z bankowych fuzji. Zapłacimy mniej za kredyty?

      Niepostrzeżenie ruszyła właśnie pierwsza z trzech, zapowiadanych na najbliższe miesiące, bankowych fuzji. Belgijski Fortis w ten weekend i poniedziałek „połknie” klientów wrocławskiego Dominetu. Miejmy nadzieję, że tym razem obędzie się bez nerwów klientów, zaginionych kredytów, lokat i kont. A w blokach startowych stoją też inne łączące się bankowe pary: BPH z GE Money oraz Santander z AIG Bankiem. Ich klienci odczują nową jakość (nie wiadomo czy lepszą) zimą tego roku albo wiosną przyszłego. Jest jeszcze fuzja w rodzinie - grupa Getin łączy się z Noble Bankiem, oba banki pod skrzydłami biznesmena Leszka Czarneckiego.

      Czy bankowe fuzje przewrócą rynek do góry nogami? Raczej nie. Bo też w ich wyniku nie powstanie żaden gigant, który swoim potencjałem przykryłby potęgę takich tuzów, jak PKO BP, Pekao, ING Banku, BZ WBK, czy banków z grupy BRE. One są poza zasięgiem. Przetasowania będą dotyczyły końcówki pierwszej dziesiątki w rankingu najpotężniejszych polskich banków. Zmieni się więc trochę, ale trzęsienia ziemi nie będzie.

      Co oznacza dla klientów banków ta, zaczynająca się właśnie - tak, zaczynająca, bo mamy dopiero początek tego trendu - konsolidacja na rynku bankowym? Teoretycznie powstanie silniejszych banków powinno przyczynić się do obniżenia cen usług bankowych. I może w krótkim czasie to nastąpi, bo nowi gracze będą musieli się czymś wyróżnić. Tak jak Polbank, czy Alior mają najtańsze konta osobiste i chętniej niż inni udzielają kredytów, tak „nowe” BPH, Santander i Fortis też będą musiały czymś zauroczyć Polaków. Zyskamy na tym wszyscy.

      Ale obawiam się, że w dłuższym horyzoncie na spadek prowizji i oprocentowania kredytów nie ma co liczyć. Fuzje banków są bowiem odpowiedzią na koniec boomu na rynku i kurczenie się rentowności banków. Czasy, kiedy rynek kredytów rósł po 40-50 proc. rocznie, a banki zarabiały 14 mld zł w jednym roku (tak było w 2008 r.), szybko nie wrócą. Wraca za to normalność: nie każdy kredyt będzie spłacany na czas, a o każdą złotówkę oszczędności klientów trzeba będzie walczyć do ostatniego procencika. Zresztą to, że Jaś, Basia i Marek nie będą spłacać swoich kredytów na czas przewidzieli jakiś czas temu w... Dominecie.


      To już znamy. Tyle, że banki jeszcze się do nowej rzeczywistości nie przyzwyczaiły. Stąd paniczne ruchy polegające na wyciskaniu z klientów pieniędzy bez względu na koszty wizerunkowe (tak poczyna sobie Noble Bank, przeczytasz o tym tutaj), mało eleganckie podwyżki prowizji (tutaj przeczytasz o wpadce Banku Millennium, a tutaj o DnB Nord, na dokładkę jest jeszcze BZ WBK), czy cała afera z „Nabitymi w BRE Bank” (o niej opowiadam tutaj).

      W dłuższym horyzoncie czasu tak nerwowo i nieefektywnie (bo niszcząc wizerunek) działać się nie da. A jeśli na trudniejsze warunki działania nałoży się jeszcze czkawka wynikająca z dumpingowych cen udzielonych niegdyś lekką ręką kredytów, to banki nie mają innego wyjścia, jak łączyć siły i budować efekt skali. Fuzje są więc swego rodzaju akcją ratunkową, która ma przywrócić bankom rentowność. Jeśli tak, to raczej nie spodziewajmy się tańszych kredytów i jeszcze lepiej oprocentowanych lokat. Możemy liczyć najwyżej na mniejszą liczbę bankowych kantów, bo jak wiadomo tylko tonący brzydko się chwyta...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 01 sierpnia 2009 08:42
  • piątek, 31 lipca 2009
    • Podwyżki w BZWBK: nie kijem go, to pałką

      Z pewnym opóźnieniem - bo taryfa opłat i prowizji zmieniła się z początkiem lipca - wniknąłem w szczegóły podwyżek, które zafundował swoim klientom bank BZ WBK. To ten sam bank, który tak skutecznie rozdaje ostatnio karty na rynku depozytów. I ten sam, który przy okazji rozdaje miliony wybranym klientom.

      Ale dziś będzie nie o rozdawaniu, a o zabieraniu klientom grubych milionów, w postaci wyższych opłat i prowizji. BZ WBK, wprowadzając podwyżki, zastosował ciekawą strategię, której sens nie do końca pojmuję. Bo oto z jednej strony mamy wzrost opłaty za prowadzenie rachunku dla „starych” klientów z 6 zł do 7,5 zł (biorąc pod uwagę standardowe Konto24) oraz wprowadzenie możliwości rabatu dla „nowych” klientów, którzy przyszli do banku już po 1 lipca. Ci ostatni też zapłacą 7,5 zł miesięcznie, ale... jeśli wpływy na konto w danym miesiącu wyniosą co najmniej tysiąc złotych - abonament za konto spada do 5 zł.

      To mniej więcej ta sama droga, którą obrał Bank Pekao, jednocześnie wprowadzając podwyżki dla „starych” klientów i nowe, tanie konta dla tych, którzy dopiero zakładają rachunek w Pekao. Niby logiczne, choć niespecjalnie godne pochwały. Ale dalej logika w postępowaniu BZ WBK się kończy. Bo jednocześnie bank wprowadza opłaty za używanie kart debetowych, dołączanych do konta.

      I tym razem postępuje dokładnie odwrotnie: po kieszeni dostają głównie „nowi” klienci. Dla nich podstawowa karta Visa Electron kosztuje co najmniej 1 zł,  a jeśli w danym miesiącu karta nie zostanie użyta co najmniej trzy razy do transakcji bezgotówkowej, to klient zapłaci za używanie, a właściwie „nie-używanie” karty, aż 3 zł abonamentu. „Starzy” klienci mają w dalszym ciągu karty debetowe (a przynajmniej kartę Visa Electron, bo z innymi to różnie bywa) kompletnie za darmo.

      Jeśli jest w tym jakaś myśl, to chyba tylko taka, żeby na każdego klienta znaleźć jakiegoś prowizyjnego „haka”. Nie kijem go (wyższą prowizją za konto), to pałką (prowizją za kartę). Albo tasakiem, którego w poniższym klipie dojmująco zabrakło :-). W sumie każdy zapłaci więcej, tylko każdy za coś innego.


      Na marginesie: dostałem ciekawy list od klientki BZ WBK, która nie może pojąć jak to jest, że płaci jednocześnie abonament za konto (w jej przypadku akurat jest to aż 15 zł, bo ma konto prestiżowe), a bank jeszcze żąda od niej 1-3 zł prowizji za obsługę karty. Czytelniczka nie bez racji pyta: „co to znaczy, że mam płacić za obsługę karty? Będą mi ją polerować, czy pomagać wkładać do dziurek w bankomatach?”. Może władze BZWBK mają jakiś pomysł na odpowiedź dla tej klientki?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Podwyżki w BZWBK: nie kijem go, to pałką”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 31 lipca 2009 19:15
    • Mówią o winie? Nic tylko się upić.

      Ostatnio przez łamy prasy przetoczyła się cała fala artykułów poświęconych tzw. Wine Banking, czyli inwestowaniu w wino. Ponieważ sprawą zajęły sie już nawet tak uznane na rynku prasy ekonomicznej tytuły specjalistyczne, jak dziennik ”Polska” oraz ”Metro”, to i ja czuję, że nie mogę pozostać obojętny. Tym bardziej jeśli za tematem kryje się Maciek Kossowski, człowiek który kilka lat temu jako pierwszy zaczął promować w Polsce produkty strukturyzowane, dziś będące obok lokat i funduszy głównym składnikiem oferty banków.

      Wine Banking na taką karierę póki co nie ma szansy, bo jest to typ inwestycji mocno elitarnej. Nie da się kupić udziałów funduszu inwestującego w wino, tak jak funduszu inwestującego np. w złoto. W Polsce działają jedynie pośrednicy finansowi, oferujący możliwość kupowania wina na skrzynki i ich sprzedaży po kilku latach. Krzysztof Maruszewski z Wealth Solutions mówi, że jedna skrzynka (12 butelek) całkiem przyzwoitego wina inwestycyjnego z 2008 r. kosztuje już od 3-4 tys. zł. Ale inni pośrednicy nie przyjmują klientów, którzy nie przeznaczą na taką inwestycję przynajmniej 100 tys. zł.

      Brokerzy - i trudno im się dziwić - roztaczają wizję krociowych zysków z winnych inwestycji. Według Wealth Solutions wartość wina Lafite Rothschild wzrosła w ciągu pięciu lat 4-krotnie, a wina Carruades de Lafite - 6-krotnie. Przyznam, że trochę mnie ta propaganda sukcesu drażni. Tak samo półtora roku temu zachwalano inwestycje w złoto, towary spożywcze, surowce. Miały rosnąć niezależnie od bessy na giełdzie i być skutecznym sposobem na zróżnicowanie portfela. Nie były. A teraz w Polsce jest kreowana moda na wino.

      Żaden z brokerów nie mówi o ryzyku związanym z inwestycją w wino. Sugerują, że jest to rynek kompletnie odporny na zawirowania koniunktury. A tak nie jest. Notowany w Londynie indeks Liv-ex 100 między 2005 a 2008 r. wzrósł ponad 2-krotnie, ale w ostatnim roku praktycznie się nie zmienił. Kiedy gospodarka światowa zwalnia, popyt na wino siłą rzeczy też topnieje, a ceny przestają rosnąć. Zobaczcie:



       

      Ostatnie lata hossy na rynku wina spowodowane były dobrą kondycją rynków kapitałowych na świecie, dużym zainteresowaniem kapitału dalekowschodniego i obecnością Rosjan zgłaszających popyt konsumpcyjny. Wśród analityków zdarzają się opinie, że cały rynek wina jest na etapie spekulacyjnego bąbla, który musi pęknąć, tyle że z pewnym opóźnieniem w stosunku do rynku akcji.

      Jakoś nie jestem w stanie przekonać się do inwestycji, w której moja stopa zwrotu zależy od tego jak moje wino oceni jakiś facet, który przyzna mu więcej lub mniej punktów. Bo największy wpływ na wycenę wina ma klasyfikacja – ilość punktów przyznanych mu przez uznane w branży autorytety. Do najbardziej znanych należy niejaki Robert Parker (nazwisko Wam nic nie powie - mi też nic nie mówi). Znaczenie mają podobno takie drobiazgi, jak potencjał danego sezonu, ilość dni słonecznych, data rozpoczęcia winobrania czy pogłoski o występowaniu szkodników w rejonie upraw. Dla mnie jako potencjalnego inwestora to rodzaj loterii.

      Być może warto mieć w portfelu jakieś wino inwestycyjne. Skoro w prywatnym portfelu mam fundusz inwestujący w kontrakty na złoto, produkt strukturyzowany bazujący na opcjach na wieprzowinę, czy ”strukturę” inwestującą w kontrakty na ropę naftową, to pewnie nadejdzie też czas na wino. Ale błagam pośredników trudniących się tymi inwestycjami: nie epatujcie wyłącznie możliwościami kilkusetprocentowych zysków. Pokazujcie obie strony medalu. Bądźcie uczciwi.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Mówią o winie? Nic tylko się upić.”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 31 lipca 2009 10:28
  • czwartek, 30 lipca 2009
    • Prezes mówi: banki oszukują. I co z tego?

      Od początku tygodnia jednym z ważniejszych tematów rozmów w świecie bankowców jest „spowiedź” prezesa ING Banku Brunona Bartkiewicza na łamach „Pulsu Biznesu”. Sformułowania typu „przestańmy oszukiwać klientów”, „dość manipulowania klientami”, „banki nie informują, a wprowadzają w błąd” to oskarżenia, których nie powstydziłby się najbardziej radykalny ruch obrony praw konsumentów. A jeśli wypowiada je człowiek, który zarządza jednym z największych w Polsce banków, to natychmiast rodzi się pytanie, czy mówi to bezinteresownie, czy gra w coś ze swoimi kolegami, prezesami innych banków? Cały wywiad znajdziesz tutaj.

      Wyznanie prezesa Bartkiewicza wywołały wśród bankowców niesmak. Pisze o tym dziś „Puls” (czytaj tutaj) oraz Nina Hałabuz w Wyborczej.pl (patrz tutaj). Wśród klientów banków zdania są podzielone: jedni mówią, żeby szef ING, zamiast użalać się nad klientami, lepiej poprawił jakość obsługi we własnym banku, a inni - że dobrze się stało, iż ktoś ze środowiska wreszcie wrzucił ten granat do przysłowiowego szamba. Ale jedno jest pewne - prezes Bartkiewicz nie uzyskał takiego aplauzu, jak ten dżentelmen  z filmu poniżej, który nie dość, że przyjął aplauz, to jeszcze został za to suto wynagrodzony.


      Faktem jest, że niektóre banki rzeczywiście straciły już wszelkie hamulce w próbach naciągania klientów, o czym często możecie przeczytać także na tym blogu. Ostatnio znęcałem się nad Noble Bankiem (patrz tutaj), bankiem Dnb Nord (przeczytaj tutaj) oraz Millennium (zerknij od niechcenia tutaj).

      Nie odniosłem się od razu w poniedziałek do wywiadu prezesa Bartkiewicza, bo potrzebowałem czasu, żeby wyrobić sobie o nim zdanie. I po namyśle stwierdzam, że ten wywiad to nie był dobry pomysł. Niezależnie bowiem od intencji Bartkiewicza jego wyznanie zostało odczytane przez dużą część publiczności jako gra pod publiczkę, próba odwrócenia uwagi od własnych kłopotów. A przecież w ING ich nie brakuje. Właściwie jedynym sukcesem tego banku jest pozycja w gronie liderów na rynku depozytowym. W kontach, kartach, hipotekach, czy kredytach gotówkowych bank nie ma się czym pochwalić. I to chyba nie dlatego, że konkurenci oszukują ofertami z gwiazdką, a z prozaicznego powodu, że sam ING ma ofertę nijaką lub nijak ją promuje.

      Na moim osiedlu otwarto rok temu placówkę ING. Od tego czasu obserwuję niemal codziennie, jak hula w niej wiatr, a pracownicy nudzą się jak mopsy. Kilka miesięcy temu zrobiło mi się ich żal do tego stopnia, że wstąpiłem i wziąłem od nich kartę kredytową. Nie macie pojęcia ile radości może sprawić pracownikowi ING wizyta klienta, który chce mieć kartę kredytową. Widać takie wizyty - przynajmniej w „moim” oddziale - są rzadkością. Karta, nota bene, ma dobre warunki, a bank nie marudził przy przyznawaniu limitu, przesłał plastik szybko i nie wziął żadnych prowizji. Sęk w tym, że to nie ja powinienem wchodzić po kartę do ING, tylko powinny mi ją wciskać do kieszeni na każdym rogu tabuny agentów ING, dawniej pracujących pod szyldem Nationale Nederlanden. Gdyby bank umiał wykorzystać ich potencjał, to byłby na rynku prawdziwym hegemonem.

      Ale zamiast tego mamy prezesa Bartkiewicza, który bije się w piersi za niecne postępki swoich kolegów z innych banków. Uważam, że takie pojedyncze „występy” mają stosunkowo niewielki sens (choć dobrze, że są). Byłoby dużo lepiej, gdyby kilku prezesów spotkało się i wspólnie uzgodniło - a potem ogłosiło publicznie - jakich praktyk zobowiązują się unikać w komunikacji z klientami. Gdyby dzięki temu na rynku pojawiło się kilka banków, które nie oszukują, nie okłamują, a komunikują się z klientami rzetelnie i uczciwie (no, przynajmniej robią wszystko, żeby tak było), mielibyśmy nową jakość. Narzekania i użalanie się na złe banki przez prezesa jednego, czy drugiego z nich, takiej nowej jakości za sobą nie niosą.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Prezes mówi: banki oszukują. I co z tego?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 lipca 2009 09:58
  • środa, 29 lipca 2009
    • Bajka o PKO, który nie umiał kupić AIG

      AIG Bank Polska, jeden z największych banków typu consumer finance w Polsce, zostanie przejęty przez hiszpańską grupę bankową Santander. Z jednej strony to dziwne, bo Santander zaczął zwijać interesy w Polsce (zamknął dział kredytów hipotecznych i skasował część placówek). Z drugiej strony AIG ma podobny profil działalności, jak Santander (nastawia się na finanse konsumenckie), więc z punktu widzenia Hiszpanów taki alians ma głęboki sens.Powstanie bank z siecią 250 placówek i portfelem kredytów wartych 17 mld zł. To już będzie na rynku naprawdę gruba ryba.

      A ja wciąż nie mogę zrozumieć jak to się stało, że bankowy majątek AIG w Polsce nie został przejęty przez PKO BP. Negocjacje były tak zaawansowane, a obie strony zainteresowane dobiciem targu. Swego czasu odbyłem kilka nieoficjalnych rozmów z uczestnikami i bliskimi obserwatorami transakcji. I na podstawie tych dyskusji spróbuję odtworzyć przebieg wydarzeń wokół negocjacji PKO BP i Amerykanów.

      Największy polski bank, choć pod względem skali działalności należy do największych instytucji finansowych w naszej części Europy (100 mld zł depozytów i kredytów, 3 mld zł zysku netto, ponad 6 mln klientów), od lat nie zdołał przeprowadzić żadnego udanego przejęcia innego banku. Próbował kilkanaście razy, ale efekty są mizerne - na liście akwizycji PKO znalazł się jedynie kupiony w 2004 rokur. Kredobank na Ukrainie oraz Bank Pocztowy, którego drugim współwłaścicielem jest Poczta Polska.

      Analitycy przepowiadali, że kryzys finansowy, który ogarnął świat, będzie dla PKO BP szansą na skok do przodu. Bank, będąc w dobrej sytuacji finansowej i nie obciążony żadnymi toksycznymi aktywami, mógł wypatrywać szans na tanie zakupy. „Ofiarami” mogły być polskie banki, należące do zagranicznych właścicieli mających kłopoty na rodzimych rynkach. PKO BP może skoczyć na głęboką wodę:


      Okazja pojawiła się pod koniec 2008 r. Amerykańska grupa AIG, którą od bankructwa uratowało 75 mld dol. rządowej pożyczki, zaczęła pozbywać się swoich aktywów w Europie i Azji. Pod nóż miał pójść także polski bank należący do AIG, specjalizujący się w pożyczkach gotówkowych i ratalnych AIG Bank Polska. Do wzięcia było ponad sto placówek i ok. 5 mld zł portfela kredytowego. Bank w 2008 roku wygenerował prawie 200 mln zł rocznego zysku.

      W listopadzie 2008 r. zarząd PKO BP postanowił wejść do gry o AIG, składając pierwszą, niewiążącą ofertę. Nie wiadomo dokładnie ile ona wynosiła. Moi rozmówcy z kręgów rządowych i bankowych podają rozbieżne kwoty, zawierające się między 1 mld a 1,8 mld zł. Nie wiadomo czy na tym etapie rozmów PKO miał jakichś konkurentów. Rada nadzorcza PKO BP udziela prezesowi Jerzemu Pruskiemu i wiceprezesowi Tomaszowi Mironczukowi pełnomocnictwa do dalszych rozmów w sprawie AIG.

      Na przełomie października i listopada 2008 r. PKO BP przeprowadza w AIG Banku tzw. due dilligence, czyli gruntowne badanie sytuacji finansowej firmy. Okazuje się, że bank będzie musiał wkrótce tworzyć rezerwy na złe kredyty. Pruski i Mironczuk w kolejnych odsłonach negocjacji wykorzystali to, żeby zbić cenę. Wiążąca oferta zakupu banku, złożona na przelomie listopada i grudnia 2008 r., wg. różnych źródeł wynosi od 900 mln do ponad 1 mld zł.

      Co dzieje się dalej? Jedna z wersji wydarzeń mówi, że Amerykanie są wściekli. I zrywają w koncu grudnia 2008 negocjacje, twierdząc że cena jest za niska. Od innych informatorów usłyszałem, że to Ministerstwo Skarbu wymusiło na zarządzie PKO BP odejście od stołu negocjacyjnego. Prezes Pruski miał się zgodzić na zbyt wygórowane warunki finansowe transakcji. Podobno umowa była już gotowa, a resort skarbu odkręcił ją, wykorzystując kruczek prawny.

      Tak czy siak sprawa wydaje się zamknięta. Ale już w styczniu 2009 nieoczekiwanie AIG i PKO wracają do stołu negocjacyjnego. Amerykanie potrzebują pieniędzy, bo muszą spłacić pożyczkę rządową. Czas gra na ich niekorzyść, bo z miesiąca na miesiąc pogarsza się sytuacja gospodarcza, więc siłą rzeczy spadają też wyceny banków. Cena za polski AIG Bank znowu się zmniejsza. Nieoficjalnie mówi się, że Amerykanie zeszli już grubo poniżej miliarda złotych.

      Wydaje się, że wszystko idzie po myśli Pruskiego i Mironczuka. Ale niektórzy członkowie rady nadzorczej zaczynają mieć wątpliwości. - Dlaczego cena tak gwałtownie spada? Skoro w ciągu kilku miesięcy wartość AIG zjechała o połowę, to może AIG Bank w ogóle nie jest nic warty? Dlaczego poprzednio zarząd PKO chciał kupić bank tak drogo? - to pytania zadawane prezesom przez członków rady nadzorczej.

      Szefowie PKO BP są między młotem, a kowadłem. Z jednej strony coraz bardziej przeceniony AIG Bank do wzięcia, a z drugiej - wątpliwości rady nadzorczej i Ministerstwa Skarbu, głównego właściciela banku. Z ekspertyz, które zamawiają Pruski i Mironczuk wynika, że „prawdziwa” wartość AIG dla PKO BP  jest dwa-trzy razy większa, niż cena, która jest na stole. Z drugiej strony coraz trudniej wycenić ryzyko związane z portfelem kredytów banku, bosytuacja gospodarcza się pogarsza.

      Wreszcie na początku maja szefowie PKO BP podejmują trudną decyzję: wycofujemy się z negocjacji. Podobno chodziło o to, żeby poczekać, aż wyklaruje się sytuacja na rynku kredytów i będzie można rzetelnie oszacować ryzyko. Ale nasi rozmówcy zbliżeni do resortu skarbu twierdzą, że prawda jest inna: prezes Pruski, nie mając stuprocentowego poparcia rady, po prostu nie chciał ryzykować. Tym bardziej, że część członków rady wciąż twierdziła, iż PKO BP chce przepłacić za AIG.

      Zaledwie półtora miesiąca po fiasku negocjacji z AIG obaj menedżerowie PKO BP, prowadzący sprawę AIG, dostają od rady nadzorczej żółte kartki - rada nie opiniuje pozytywnie projektów uchwał o udzieleniu im absolutorium. Nieoficjalnie w resorcie skarbu mówią, że to kara za błędy w negocjacjach z AIG. Walne zgromadzenie ostatecznie udziela Pruskiemu i Mironczukowi absolutorium, ale zaledwie tydzień później rada nadzorcza wyrzuca ich z pracy. Tak kończą się marzenia PKO BP o przejęciu AIG. Używając nieparlamentarnych słów można byłoby przedstawić finał tego procesu tak: :-)



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Bajka o PKO, który nie umiał kupić AIG”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 lipca 2009 08:56
  • wtorek, 28 lipca 2009
    • Noble znów „się pomylił”. Sprawa dla KNF

      Kilka dni temu pisałem o tajemniczej zmianie w tabeli opłat i prowizji w Noble Banku (a właściwie w jego hipotecznym oddziale: Metrobanku). Pokrótce przypomnę: 14 lipca bank zamienił tabele opłat i prowizji. Jedną, obowiązującą od 1 lipca, zamienił na inną, obowiązującą... również od 1 lipca. Tabele różnią się w jednym tylko punkcie: wysokością opłaty za zmianę waluty spłaty kredytu. W starej tabelce opłata wynosi 0,5 proc. (maksymalnie 2000 zł), a w nowej - już 1 proc. wartości kredytu. Więcej o całej sprawie przeczytasz tutaj.

      Doczekałem się stanowiska banku w tej sprawie. Powaliło mnie ono na kolana. Otóż fakt antydatowania zmian w tabeli opłat bank tłumaczy... pomyłką pracownika, który 1 lipca przypadkiem wrzucił na stronę internetową jakiś wstępny projekt, zamiast „docelowego”. Bank zorientował się dopiero po dwóch tygodniach i wtedy pracownik wkleił na stronę internetową właściwą tabelę. Rozumiecie coś z tego bełkotu? Bo ja nie. Ale może jestem mało inteligentny, więc wklejam w całości oświadczenie Joanny Fatek z biura prasowego Noble Banku. Oceńcie sami siłę jej argumentów.

      „Obowiązująca, prawidłowa taryfa opłat i prowizji w Metrobanku, znajduje się na stronie internetowej (z datą od 1 lipca 2009). Poprzednia tabela, o której Pan wspomina, była jednym z projektów błędnie umieszczonych przez pracownika banku. Dlatego też klienci zainteresowani podpisaniem aneksu na zmianę waluty kredytu byli błędnie informowani o jego kosztach. W związku z tym osoby, które w tym okresie uzyskały nierzetelną  informację np. z infolinii nie mogły być narażone na dodatkowe koszty wynikające z naszego niedopatrzenia i podpisały aneks ze stawką 0,5%.  Tabela opłat i prowizji znajdująca się obecnie na stronie internetowej jest jedyną obowiązującą.”

      Niezłe, prawda? Otóż jeśli dobrze rozumiem, prezes Noble Banku, Jarosław Augustyniak - nota bene jeden z najlepiej zarabiających menedżerów banków w zeszłym roku - chce nam powiedzieć ustami swej rzeczniczki, że ma w banku taki bajzel na kółkach, iż nie jest w stanie zapanować nawet nad tak prostą operacją, jak zmiana opłat i prowizji. Może więc powinien zająć się jakimś mniej skomplikowanym zajęciem, niż zarządzanie bankiem? Zwłaszcza bankiem „na pokolenia”...


      Może się czepiam złośliwie. Ale to już drugi w ciągu ostatnich dwóch tygodni przypadek, kiedy ten właśnie bank chciał złamać prawo w relacjach z klientami. Wcześniej usiłował zmienić regulamin tak, by umożliwić podwyżkę marży niektórym klientom hipotecznym. Sęk w tym, że marżę można zmieniać tylko na mocy umowy, nie regulaminu. Więcej o całej sprawie przeczytasz tutaj. Wtedy bank zachował resztki klasy i szybciutko się wycofał z głupiego pomysłu.

      A może p. prezes Augustyniak potrzebuje bliższego kontaktu, większego wsparcia, braterskiej pomocy (niepotrzebne skreślić) ze strony Komisji Nadzoru Finansowego? Może Noble Bank jest w tak trudnej sytuacji finansowej, że nie ma innego wyjścia, jak podwyższanie klientom marży kredytów? I to za każdą cenę,deptając resztki dobrego wizerunku, jakie być może jeszcze zachował? Może bez dochodów ze spreadu walutowego cały interres „banku na pokolenia”, by się najzwyczajniej w świecie zawalił? Czy szef nadzoru finansowego Stanisław Kluza chciałby poznać odpowiedzi na te pytania? Powinien, bo szlachectwo (jeśli mówimy o  „banku na pokolenia”) zobowiązuje.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Noble znów „się pomylił”. Sprawa dla KNF”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 lipca 2009 23:25

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line