Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 24 września 2009
    • Dobra cena za przeciętną polisę samochodowego OC to 730 zł?

      Skąd to wiem? Ano z aukcji polis komunikacyjnych, które przeprowadziła w serwisie aukcyjnym Allegro internetowa porównywarka cen polis komunikacyjnych Rankomat.pl. Na sprzedaż zostało wystawionych kilkanaście polis. Rankomat.pl nie określał jaki samochód może być obiektem ubezpieczenia. Zwycięzca aukcji za wylicytowaną cenę ma otrzymać polisę OC dla swojego samochodu. Jeśli żadna z firm współpracujących z serwisem nie chciałaby zaoferować wylicytowanej ceny, różnicę pokryłby Rankomat.pl.

      Aukcje nie były przesadnie „obłożone” uczestnikami, wyjściową cenę przebijano maksymalnie kilkanaście razy (choć były też aukcje, gdzie „przebitek” było tylko pięć). Najwyższa wylicytowana cena za polisę OC do 800 zł. Najniższa - 560 zł. Najczęściej licytacja kończyła się w okolicach 700-730 zł.To oznacza, że powyżej tej ceny posiadacze samochodów nie uważają polisy OC za atrakcyjną (nie wiemy oczywiście jakie marki samochodów chcieli ubezpieczyć licytujący).

      Cała akcja Rankomatu.pl miała charakter wyłącznie promocyjny, bo Rankomat.pl nie będzie już zawsze żył z wystawiania polis komunikacyjnych na aukcjach. Chodziło raczej o zrobienie rozgłosu wokół tematu i ten cel chyba został osiągnięty. A sam Rankomat.pl? Cóż, póki w porównywarce nie będą dostępne online polisy wszystkich lub prawie wszystkich firm ubezpieczeniowych, kariery na polskim rynku raczej ona nie zrobi.

      Na razie serwis współpracuje z takimi ubezpieczycielami jak Benefia, HDI, Compensa, Generali, czy MTU. Ale, testując porównywarkę, nie znalazłem w niej ani polis Liberty Direct, ani Link4, ani Avivy, ani Hestii. Porównywarka, która „pokrywa”, tak na oko, tylko część rynku, nie może póki co liczyć na opinię przedsięwzięcia przełomowego.

      Czytaj też: OC i AC za grosze? Powinni tego zabronić!



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Dobra cena za przeciętną polisę samochodowego OC to 730 zł?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 września 2009 09:55
  • środa, 23 września 2009
    • Karty płatnicze: to jest nie tylko diabelskie. To jest diabelsko drogie!

      Nie tak dawno pisałem o swoich wakacyjnych doświadczeniach z kartami płatniczymi. W Grecji, kraju bądź co bądź cywilizowanym, restauratorzy, hotelarze i sklepikarze, widząc w mym ręku kartę płatniczą, rzucali się do ucieczki albo w najlepszym razie robili wszystko, by zniechęcić mnie do jej uzycia. Notkę na ten temat znajdziesz tutaj.

      Z dyskusji pod tym moim tekstem wynikało, że czytelnicy identyfikują dwie możliwe przyczyny braku miłości handlowców do plastiku: wysokie stawki opłat, które trzeba oddawać bankom za udostępnienie infrastruktury do obsługi kart (tzw. interchange) oraz próba zaniżenia obrotu, a tym samym obniżenia zobowiązań podatkowych.

      Problem z popularyzacją obrotu BEZgotówkowego organizacje płatnicze i banki mają na całym świecie. Za kilka dni Visa Europe organizuje w Warszawie dużą konferencję o tym jak zwiększenie popularności płacenia kartami ogranicza szarę strefę w gospodarce. A co z problemem wysokich opłat, jakie muszą ponosić punkty handlowe przyjmujące płatności kartami? 

      Kilka dni temu moja redakcyjna koleżanka Nina Hałabuz na łamach serwisu Wyborcza.biz napisała ciekawy artykuł, z którego dowiedziałem się, że amerykański Kongres przygotowuje trzy ustawy, dzięki którym handlowcy będą mniej płacić bankom za użytkowanie kart płatniczych. Wcześniej doniósł o tym "Washington Post"

      Interchange fee - opłata pobierana od użytkowników terminali płatniczych - m.in. sklepów i sieci handlowych - w USA jest żyłą złota dla banków i organizacji płatniczych, które wydają karty: Visy i MasterCarda. Od każdej transakcji kartą płatniczą amerykańscy handlowcy odprowadzają 1-2 proc. jej wartości. W 2008 r. dzięki temu banki zgarnęły 48 mld dolarów. Nota bene w Polsce interchange jest chyba jeszcze wyższa - handlowy płacą nawet ponad 2 proc.

      U nas - jak pisze Nina - handlowców wspiera Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który w styczniu 2007 r. zarzucił dwudziestu działającym w Polsce bankom wspólne ustalanie wysokości opłat pobieranych za transakcje kartami Visa i MasterCard, oskarżył je o zmowę cenową i nałożył na nie 164 mln zł kary. Od tej decyzji banki odwołały się do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który w listopadzie ubiegłego roku uznał ich racje. Szef UOKiK skierował sprawę do sądu apelacyjnego.

      Czytając o tych karcianych przepychankach zaczynam roumieć dlaczego bankowcom nie udało się lata spowodować, żeby całe narody pokochały plastikowy pieniądz. Dopóki będą jedną ręką głaskały konsumentów po główkach, a drugą - uderzały przedsiębiorców po głowach prowizjami, ogólnej miłości do plastiku nie będzie. A poniżej przedstawiam schamat transakcji bezgotówkowej, który zassałem ze storny internetowej organizacji MasterCard:


      Schemat transakcji bezgotówkwoej

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Karty płatnicze: to jest nie tylko diabelskie. To jest diabelsko drogie!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 23 września 2009 13:15
    • Diabelska pożyczka wycofana z oferty wielkopolskiego SKOK-u!

      W zeszłym tygodniu pisałem o porażającej ofercie kredytowej jednego ze SKOK-ów. Jak być może pamiętacie - a jeśli nie pamiętacie, to przeczytacie tutaj - SKOK Wielkopolska kusił swoich członków i potencjalnych członków „piekielnie tanią pozyczką”. Oprocentowanie - a jakże - od 6,66%. Symbolika trzech szóstek tak mnie uderzyła, że zacząłem się zastanawiać co na to wszystko powie ojciec Tadeusz z Torunia. Bo przecież cały system SKOK-ów nie od dziś ściśle współpracuje z koncernem medialnym TV Trwam i Radia Maryja. A tu taki nietakt...

      Na reakcję nie czekałem długo. W ostatni weekend, kiedy znów zajrzałem na stronę internetową SKOK Wielkopolska, po „piekielnie taniej pożyczce” nie było już ani śladu!. Na stronie głównej zamiast niej był już całkiem „grzeczny” banner Eko-pożyczki. Oprocentowanie i inne warunki prawie takie same, ale symboliki zła wcielonego, ani trzech szóstek w promocji - brak. Zostało tylko wspomnienie. I archiwalne zdjęcia reklam, które SKOK Wielkopolska dawał w lokalnej prasie.

      reklama Wielkopolskiej SKOK

      Czyżby ten blog miał taką moc sprawczą? Nie ukrywam, to by mnie mile łechtało. Tylko reklamy szkoda. Nie pasowała do wizerunku spółdzielczych kas - to fakt. Ale naprawdę mi się podobała. Jeśli podejść do niej z dystansem i humorem, to naprawdę był majstersztyk. Tyle, że istnieje ryzyko, iż akurat ta grupa docelowa, do której kierowano „szatański” przekaz, nie ma poczucia humoru :-)   .

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 23 września 2009 09:12
  • wtorek, 22 września 2009
    • Góralskie ryzyko Banku Milllennium

      W weekend pisałem o nowej kampanii reklamowej Banku Millennium. Wydarzenie o tyle spore, że będzie to pierwsza duża kampania tego, jednego z głównych graczy na rynku kredytów hipotecznych, od początku kryzysu. Będzie prowadzona z dużym, nieomal „przedkryzysowym” rozmachem. I znów, jak za starych, dobrych czasów, z gwiazdami w rolach głównych. Kiedyś w reklamówkach Millennium widzieliśmy Feela i Annę Marię Jopek, teraz o emocjach związanych z własnym mieszkaniem śpiewa nam zespół Zakopower.


      I właśnie o wyborze gwiazdy, która ma pociągnąć hipoteczny biznes Banku Millennium, chciałbym napisać kilka słów. Sam co prawda na to nie wpadłem, ale kilku znajomych - a także komentatorzy na forum mojego blogu - zwróciło mi uwagę, że wybór kapeli Zakopower może być strzałem kulą w płot. Nie dlatego, że zespół jest za mało znany, bo tych gości zna większość z nas. Sam przebój też jest zacny - paluszki lizać. Kłopot w tym, że Zakopower kojarzy się nieodłącznie z górami i góralami. A to już niekoniecznie musi być skojarzenie pozytywne...

      O czym myślę? Ano o tym, że każdy, kto był w Zakopanem wie, że górale - pewnie nie wszyscy, ale chyba większość - są nastawieni do nas, ceprów, bardzo... hmmm... merkantylnie. Ściągnąć jak najwięcej „dutków”, wycisnąć z turystów ile tylko się da. To dość często spotykana opinia o góralach, nie wiem czy sprawiedliwa. Ale chyba nie bez powodu mieszkańcy np. województwa łódzkiego skarżą się, że jeśli trafią im się ferie zimowe w tym samym terminie, w którym wypoczywa „warszawka”, muszą za wszystko w górach płacić po 20% więcej.

      Znacie ten dowcip?

      Siedzi baca nad przepaścią i liczy:
      - 127, 127, 127, ...
      Przechodzi turysta i pyta:
      - Co robisz baco?
      Baca zrzuca go w przepaść i liczy:
      - 128, 128, 128, ...

      Albo ten:

      Nad Morskim Okiem siedzi stary baca. Przechodzący turyści pozdrawiają go i pytają:
      - Co tu robicie?
      - Łowię pstrągi.
      - Przecież nie macie wędki!
      - Pstrągi łowi się na lusterko.
      - W jaki sposób?!
      - To moja tajemnica. Ale jeśli dostanę flaszkę, to ją wam zdradzę.
      Turyści wrócili do schroniska, kupili butelkę wódki i zanieśli ją bacy. On tłumaczy:
      - Wkładam lusterko do wody, a kiedy pstrąg podpływa i zaczyna się przeglądać to ja go kamieniem i już jest mój...
      - Ciekawe... A ile już tych pstrągów złowiliście?
      - Jeszcze ani jednego, ale mam z pięć flaszek dziennie...

      Na ile ten stereotyp może być obciążeniem dla kampanii reklamowej Banku Millennium? Ciekaw jestem, czy bank robił badania fokusowe, z których by wynikało jak ludzie odczytują skojarzenie Zakopowera z góralami. I jaką mają opinię o samych góralach. Jeśli w głowach potencjalnych klientów banku będzie rysował się ciąg Zakopower=górale=chciwość=chytrość, nowa kampania kredytów hipotecznych może okazać się strzałem w kolano. Co najmniej takim, jak hasło nowej kampanii reklamowej BRE Banku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Góralskie ryzyko Banku Milllennium”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 września 2009 07:19
  • poniedziałek, 21 września 2009
    • Pół roku subiektywności. Oj, działo się!

      Muszę Wam coś wyznać. Otóż w minionym tygodniu kliknęliście strony blogu „Subiektywnie o finansach” prawie 27 000 razy! Odwiedziiliście mnie w rekordowej liczbie ok. 18 200 osób (tzw. unikalnych użytkowników).

      Dzięki Wam ten blog jest jednym z kilku najpopularniejszych blogów prowadzonych przez dziennikarzy „Gazety Wyborczej”. A w zeszłym tygodniu był też jednym z 20 najpopularniejszych blogów na platformie Blox.pl. Duża rzecz, biorąc pod uwagę, że tematyka finansowa jest jednak dość elitarna. W czołówce blogów gospodarczo-biznesowych byliśmy od dłuższego czasu, ale tym razem naprawdę daliśmy czadu.

      Przy tej miłej okazji zdałem sobie sprawę, że „Subiektywnie o finansach” ma już prawie pół roku! Całe przedsięwzięcie zostało bowiem formalnie poczęte 30 marca, choć przez pierwsze dwa miesiące działało w wersji testowej - w ukryciu. Przez te prawie sześć miesięcy powstało łącznie 150 notek, średnio prawie jedna dziennie!

      W tym czasie (a właściwie przez cztery miesiące od „upublicznienia” tych stron) wchodziliście do blogu ponad 180 000 razy. Odwiedziło mnie prawie 140 000 tzw. unikalnych użytkowników. Duża część z Was wracała, stając się mniej lub bardziej stałymi czytelnikami blogu. Takich „powracających” użytkowników naliczyłem ponad 30 000! Wyłaziłem ze skóry, żeby Was nie zawieść. Żeby było ciekawie, niusowo i... subiektywnie. Mam nadzieję, że się udało.

      Czytelnicy mojego blogu jako pierwsi - przeważnie razem z odbioracami serwisów Wyborcza.pl i Wyborcza.biz - dowadywali się o takich wydarzaniach na rynku finansowym jak to, że: rusza nowa ofensywa marketingowa banku HSBC w Polsce (notka tutaj), bank BRE zaproponuje zbuntowanym klientom przewalutowanie ich kredytów (notka tutaj), „Nabici w BRE Bank” szykują nowe akcje przeciwko bankowi (notka tutaj), na rynek wchodzą nowe karty kredytowe „Keep it simple” (notka tutaj), marka DomBanku zostanie zlikwidowana (notka tutaj), firma ubezpieczeniowa Link4 zmienia strategię reklamową i nie będzie już walczyć z agentami konkurencji (notka tutaj), o tym, że bank PKO BP oferuje pożyczkę na 6,99%, której prawdziwy koszt wynosi prawie 25% (notka tutaj) albo o tym, że BZ WBK zebrał 4 mld zł z lokaty połączonej z loterią Dannego DeVito (notka tutaj). To tylko wybrane niusy, które w minionym półroczu odkrywaliście ze mną jako pierwsi.

      Choć to „tylko” blog, to jednak kilka wpisów okazało się brzemiennymi w skutkach. Po serii krytycznych notek o Noble Banku jego prezes zdecydował o utworzeniu departamentu, który ma pilnować, żebym nie miał już więcej okazji do pisania krytycznych notek :-). Noble Bank wycofał się również z pomysłu, żeby podwyższyć marże niektórym posiadaczom kredytów hipotecznych. A jeden ze SKOK-ów po publikacji w blogu wiadomości na temat jednego ze swoich kredytów, wycofał go z oferty. To mówię Wam na uszko, napiszę na ten temat jedną z najbliższych notek.

      Poza tym - z tego też jestem dumny - ten blog stał się miejscem wymiany poglądów, pytań i odpowiedzi grupy klientów mBanku i Multibanku oraz szefów BRE Banku. Obie strony uznały, że jest to neutralne, bezpieczne dla wszystkich miejsce, na którym dialog (a właściwie diaBlog) może zbliżyć je do porozumienia.

      Przez te pół roku - co mnie szczególnie cieszy - nie tylko czytaliście moje wpisy, ale też żywo na ich temat dyskutowaliście. Przy blogu opublikowałem ok. 630 komentarzy. Ani razu nie chciałem skorzystać z możliwości zablokowania uczestnika dyskusji ani skasowania komentarza - odpowiadałem nawet na te obraźliwe, choć było ich najwyżej kilka. Przygniatająca większość z Was to dyskutanci z klasą. Dużo się od Was dowiedziałem i nauczyłem.

      Oczywiście tego wszystkiego by nie było, gdyby nie Małgosia Walendziewska, która przygotowała świetny layout blogu. I gdyby nie Agata Samcik, która wymyśliła idealny tytuł. I gdyby nie Piotrek Rutkowski, który zrobił mi piękne zdjęcie (choć nie jest zawodowcem, a amatorem-fotografem).

      Pomogli dziewczęta i chłopaki z działów zapewniających działanie „Gazety Wyborczej” w internecie. Dzięki nim odniesienia do blogu można było znaleźć w moich tekstach finansowych, publikowanych w gazeta.pl, wyborcza.pl i wyborcza.biz. Dobrymi ludźmi okazali się moi koledzy z działu ekonomicznego „Wyborczej”, przynosząc mnóstwo informacji, które później zasilały ten blog. Mocne nerwy pokazali szefowie gospodarki w „Wyborczej”, którzy na widok niektórych moich ocen zawartych na tej stronie dostawali palpitacji serca (ostatni raz w piątek :-)). Na razie nie ma ofiar w ludziach. :-)).

      Panie i panowie, drodzy Czytelnicy - dzięki! Tak trzymać!




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Pół roku subiektywności. Oj, działo się!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 września 2009 07:56
  • niedziela, 20 września 2009
    • Premier: kredyt będzie dwa razy tańszy

      Ha, już widzę nadzieję w Waszych oczach. Zaraz, zaraz - dwa razy tańsza hipoteka, to byłoby jakieś 3-4% w skali roku... Niestety kredyty mają potanieć nie w Polsce, a w Rosji. Pamiętacie jak wizyta Władimira Putina w jednym z moskiewskich supermarketów zaowocowała niespodziewanymi promocjami w tym sklepie następnego dnia? Teraz Putin daje delikatnie do zrozumienia bankowcom, że w ich branży też oczekuje takiej promocji. Na szczęście premier jest łaskawy i nie żąda obniżki stawek natychmiast.

      Putin w supermarkecie

      „Rosyjskie banki powinny obniżyć oprocentowanie kredytów dla przedsiębiorstw do średnio 6 proc. w najbliższych latach” - powiedział Putin podczas forum ekonomicznego w Soczi. Gdyby jego słowa się sprawdziły, oznaczałoby to dwukrotne obniżenie ceny kredytów dla firm. Bo dziś średnie ich oprocentowanie wynosi ok. 14,5%. To i tak najmniej od prawie roku, ale wciąż wystarczająco dużo, by hamować rozwój gospodarki.

      Gdyby nasz premier Donald Tusk wygłosił podobną luźną uwagę np. w Krynicy, pewnie bankowcy tylko by się uśmiechnęli z politowaniem. Ale szefowie rosyjskich banków raczej wzięli do rąk kalkulatory i zaczęli się przygotowywać do zmian strategii w taki sposób, żeby premier był zadowolony.  

      Może nieco nadinterpretuję słowa Putina, które w tłumaczeniu na język angielski, dokonanym przez portal „Bussiness News” (www.bnott.com) brzmi tak:  „rate on bank loans can be reduced to 6% in the coming years”. Może to była raczej prognoza przyszłości dokonana w oparciu o analizy banku centralnego Rosji. Ale w kontekście niedawnych walk premiera Putina z cenami w supermarketach, na miejscu prezesów rosyjskich banków nie dałbym sobie ręki uciąć za taką właśnie interpretację.

      Według portalu „Pulsu Biznesu” German Gref, prezes Sbierbanku, lidera rosyjskiego rynku bankowego, skomentował słowa Putina słowami, że o oprocentowaniu kredytów „będą decydować przede wszystkim warunki rynkowe, inflacja i stopy procentowe”. Zwracam uwagę na sformułowanie: „przede wszystkim” :-). A gdyby ktoś nie wiedział jak wygląda prezes Sbierbanku, to spieszę donieść, że wygląda tak:

      German gref

      U nas skłonności do pewnych działań regulacyjnych mieli kilka miesięcy temu prezesi niektórych banków komercyjnych, którzy uważali, że ich konkurenci za dużo płacą ludziom za lokaty. I namawiali Komisję Nadzoru Finansowego, żeby coś z tym zrobiła (czytaj: „Czy bankowcom marzy się Urząd Kontroli Oprocentowania Depozytów?”). Na szczęście KNF nie dała się na to nabrać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Premier: kredyt będzie dwa razy tańszy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 września 2009 19:20
  • sobota, 19 września 2009
    • Wielki powrót Banku Millennium! Koniec kryzysu w kredytach hipotecznych?

      O Banku Millennium - jeśli nie liczyć reklamówek z Hubertem Urbańskim zachęcającym do lokat - było ostatnio bardzo cicho. Słabe wyniki finansowe, zamknięty sklepik z kredytami hipotecznymi we frankach szwajcarskich oraz doniesienia o kłopotach banku z zakupem franków pod już udzielone kredyty - to obraz kryzysowej klęski Banku Millennium. I zarazem klęski strategii jego rozwoju na hipotecznym rynku. Bardzo kolorowej strategii.

      Anna Maria Jopek dla Banku Millennium

      Zamiast lokomotywy ciągnącej bank w górę nierentowne kredyty hipoteczne we frankach stały się dla Millennium kamieniem młyńskim.

      Ale widać Bank Millennium otrząsnął się już z szoku, bo właśnie wraca do intensywnej walki na hipotecznym rynku. I to wraca w niezłym stylu. Jak w starych, dobrych czasach do reklamowania hipotek Millennium zatrudniono gwiazdy. Tym razem nie jest to Feel, który zszedł już z pierwszych miejsc na listach przebojów i nie Anna Maria Jopek. Nowymi twarzami kredytów hipotecznych Millennium będą członkowie zespołu Zakopower.

      Zakopower dla Millennium

      Kampania jak z najlepszych „hipotecznych” lat Banku Millennium. Oczywiście kredyt już nieco inny. Prezes Bogusław Kott wyciągnął wnioski z katastrofalnych błędów z przeszłości i tym razem już nie szaleje. Nowe kredyty można braćtylko w złotych, marże wynoszą od 2 do 3 pkt. proc., a możliwość wzięcia pożyczki bez wkładu własnego jest obwarowana koniecznością wykupienia dość drogiego ubezpieczenia.

      Tak czy owak: jeśli na rynek wraca tak mocno poszarpany przez kryzys gracz, jak Bank Millennium, to fakt ten musi coś znaczyć. To sygnał, że kończy się chudy czas w kredytach hipotecznych i banki znów zaczynają się bić o ten rynek. Bo jak długo można budować strategię na rolowaniu szybkich, udzielanych na krótki termin i drogich kredytów gotówkowych, na kartach kredytowych i na podwyżkach prowizji? Ten ostatni temat szefowie Millennium już zresztą chyba wyeksploatowali do cna.

      Czas wracać powoli do normalności i - w nowym modelu oceny ryzyka - znów zarabiać na rynku kredytów hipotecznych. Bank Millennium potrzebował aż roku, żeby otrząsnąć się z szoku i pozbierać do kupy. Ale jak widzę chłopaków z Zakopowera, szalejących na dachu jednego z biurowców w reklamówce Millennium to cieszę się, że bank prezesa Kotta wraca.

      Czytaj też: Proponują ci marżę 3,1% a potem...

      Czytaj również: Kredyt z marżą 1,5%. Cud? Kant?



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Wielki powrót Banku Millennium! Koniec kryzysu w kredytach hipotecznych?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 19 września 2009 10:09
  • piątek, 18 września 2009
    • Chcesz popsuć sobie wizerunek? To zmień nazwę na Amplico

      Trzy dni temu nastąpiła pewna drobna zmiana na rynku funduszy inwestycyjnych. Otóż fundusze z rodziny AIG TFI zmieniły nazwy. Teraz będą się nazywać Amplico. A samo towarzystwo przemianowało się na Amplico TFI. Z punktu widzenia klientów zmiana właściwie bez znaczenia. Nie zmienią się ani zarządzający, ani polityka inwestycyjna poszczególnych funduszy. Ot, po prostu będą się inaczej nazywały. Mniej więcej tak:


      Ale ja mimo wszystko uważam, że ludzie z Amplico AIG - bo tak nazywa się amerykański właściciel tych funduszy inwestycyjnych - strzelili sobie w kolano. Nie wiem jak na Was, ale na mnie nazwa „Amplico” działa jak płachta na byka. A dlaczego? Amplico Life była przed laty bodaj pierwszą firmą ubezpieczeniową, która weszła na nasz rynek z tzw. polisami na życie z funduszem inwestycyjnym.

      Sprzedawano je jako sposób na dodatkową emeryturę, ale bardzo wielu klientów nie było zadowolonych. Wysokie opłaty, gigantyczne prowizje za wytpłatę pieniędzy przed terminem i nie zawsze dobre wyniki - to były główne powody niezadowolenia. Oczywiście nie tylko Amplico Life sprzedawało takie polisy - podobnie robiły inne firmy ubezpieczeniowe. Ale przez długi czas to Amplico Life było z takich produktów najbardziej znane.

      Sam nie naciąłem się na taką polisę, ale sporo się o nich nasłuchałem przez 13 lat uprawiania zawodu dziennikarza finansowego. I dziś kiedy widzę przed drzwiami mojego mieszkania agenta Amplico, to mam ciarki na plecach. I - jako klient funduszy TFI AIG - będę bardzo cierpiał, że teraz noszą nazwę tak źle się korzającą, chyba nie tylko mi. Wiem, AIG to też nie jest marka, która budzi dziś szacunek - bankrut, uratowany przez rząd za pieniądze podatników. Ale mimo wszystko lepiej mi się kojarzy, niż Amplico.

      Zresztą jak dziś zajrzałem na stronę Amplico Life, to widzę, że niewiele się zmieniło od czasów, kiedy spuszczałem ich agentów ze schodów. Tak jak dawniej ich sztandarowym produktem w części ubezpieczeń inwestycyjnych jest program oszczędnościowy „Superkapitał”. Tak jak dawniej straszy on horrendalnie wysokimi opłatami: 8 zł miesięcznie opłaty administracyjnej, 1,00-1,75% opłaty administracyjnej, 0,25-1,00% opłaty za zarządzanie programem, 3% prowizji przy zakupie udziałów w funduszu i 2% ;prowizji przy sprzedaży. Wystarczy?

      No i oczywiście, tak jak dawniej, Amplico nie zawiodło mnie jeśli chodzi o ładne wykresy. Zgadnijcie jakie słupki widzą klienci na głównej stronie internetowej Amplico, poświęconej „Superkapitałowi”? Otóż spece od marketingu Amplico pokazują na nich wyniki funduszy za okres... od końca września 2005 r. do końca września 2007 r.  Wykresik wygląda tak.

      Tak, tak, Amplico sugeruje, że na giełdach w ogóle nie było żadnego kryzysu, a na akcjach - jak w starych, dobrych czasach - nadal można zarobić po 50 proc. rocznie. Po co psuć ludziom humor jakimiś spadającymi indeksami, prawda? Mam tylko nadzieję, że moje zwykłe, poczciwe fundusze inwestycyjne, kiedyś występujące pod nazwą AIG, po przyjęciu marki Amplico również nie zaczną pokazywać mi alternatywnej rzeczywistości. Na przykład po to, żebym się nie musiał martwić, że coś mi spada. Brrrr...

      Przeczytaj też jak private banker z Aegona uczył mnie inwestowania w fundusze


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Chcesz popsuć sobie wizerunek? To zmień nazwę na Amplico”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 18 września 2009 09:55
  • środa, 16 września 2009
    • BRE tłumaczy: LIBOR jest do niczego! - czyli diaBlogu z Nabitymi ciąg dalszy

      Kilka dni temu udostępniłem kawałek tego bloga, by umożliwić grupie niezadowolonych klientów hipotecznych BRE Banku (a czemu są niezadowoleni - tłumaczę tutaj) publiczne zadanie kilku pytań przedstawicielom banku. Grupa „Nabitych” uważa, że bank od dłuższego czasu unika odpowiedzi na te pytania. Dokładną treść pytań znajdziecie tutaj. Kilka godzin temu z banku nadeszły odpowiedzi. Poniżej wklejam ich treść:

      1. Na pytanie o koszt pozyskania franków szwajcarskich (jego wzrostem BRE tłumaczy niezbyt korzystne w opinii klientów oprocentowanie kredytów tzw. starego portfela) przedstawiciele BRE odpowiadają tak (jest to zredagowana, nieco skrócona przeze mnie wersja - pełną znajdziecie tutaj)

      Oprocentowanie kredytów „starego portfela” w BRE Banku zawsze było związane z kosztem pozyskania pieniądza. Wskaźnikiem pokazującym, jak kształtuje się ten koszt, był LIBOR. Dlatego też do połowy 2008 roku zmiana oprocentowania kredytów we frankach szwajcarskich „starego portfela” uzasadnione były wzrostem/spadkiem LIBOR-u.

      Na skutek wydarzeń, które miały miejsce w zeszłym roku zaufanie na rynku międzybankowym gwałtownie spadło. Koszt pozyskania pieniądza gwałtownie wzrósł, ale co najważniejsze i czego nikt się nie spodziewał, LIBOR przestał to odzwierciedlać. Jeśli chodzi o kredyty „starego portfela” - nic się nie zmieniło. Oprocentowanie kredytów jest nadal powiązane z kosztem pozyskania pieniądza. Problem polega na tym, że w tej chwili LIBOR go nie odzwierciedla.

      Jak wobec tego wyglądają obecnie rzeczywiste koszty pozyskania pieniądza? BRE, podobnie jak inne banki pożycza pieniądze na rynku. Wysokość oprocentowania w pożyczkach między bankami i inne warunki takich umów objęte są tajemnicą handlową. BRE nie ma wielu źródeł pozyskiwania franka szwajcarskiego – głównym jest Commerzbank. Podanie kosztu pozyskania pieniądza oznaczałoby ujawnienie tajemnicy handlowej związanej z umową między BRE a Commerzbankiem. W toku dialogu z klientami bank podał wartość przybliżoną realnego kosztu, za jaki pozyskuje pieniądze. Wartość ta nie odbiega obecnie od tego, co podano kilka miesięcy temu.

      Nawet najbardziej wiarygodny polski dłużnik, jakim jest rząd, jeszcze przed wybuchem kryzysu finansowego pożyczał pieniądze płacąc za to 3%, czyli niewiele więcej niż wynosił LIBOR we frankach szwajcarskich. Teraz mimo gwałtownego spadku LIBORu, nadal płaci tyle samo.

      2. Na pytanie o to dlaczego bank stosował w przeszłości niezbyt klarowne zapisy umów, które dawały zarządowi BRE zbyt dużą - w opinii klientów - swobodę w kształtowaniu oprocentowania kredytów, otrzymałem odpowiedź następującą:

      Przyjęcie w 2003 roku klauzuli w umowie w takiej właśnie postaci było wynikiem ogólnej bankowej tendencji. Żaden klient na przestrzeni tych lat nie kwestionował precyzyjności czy jasności tego zapisu. Decyzje o zmianie oprocentowania, dokonywane w oparciu o wspomnianą klauzulę, były i są podyktowane wyłącznie obiektywnie stwierdzoną sytuacją na rynku. Bank nigdy nie miał dowolności w kształtowaniu wysokości oprocentowania i nigdy nie nadużył swoich praw wobec klientów. Zmiana kosztu pozyskania pieniądza na rynku jest obiektywną, niezależną okolicznością, która determinuje wysokość oprocentowania kredytów „starego portfela”.

      3. W podsumowaniu bank stwierdza:

      Pytania, które pojawiły się w notce na blogu Macieja Samcika, kierowane były wielokrotnie do banku w różnej formie na przestrzeni ostatnich miesięcy. Staraliśmy się odpowiadać na nie możliwie wyczerpująco. Odpowiadaliśmy w bezpośredniej korespondencji z klientami, poprzez mLinię, na forum mBanku, w trakcie specjalnego czatu zorganizowanego w styczniu, na specjalnym spotkaniu z grupą klientów, od niedawna nasi przedstawiciele są gośćmi forum nabiciwmbank.pl.

      Nasi Klienci mają prawo pytać, my mamy obowiązek odpowiedzieć i w takim zakresie, w jakim możemy, staramy się to robić. Pytania internautów, choć obudowane w interpretację i uzasadnienie są bardzo konkretne. Chcielibyśmy móc odpowiedzieć na nie krótko: „wskaźnik wynosi x, na przestrzeni czasu zmieniał się następująco…”. Niestety nie możemy tego zrobić. Nie jest to efekt złej woli banku. Nie wiemy, czy odpowiedzi udzielone za pośrednictwem bloga pana Maćka Samcika zostaną uznane za wyczerpujące. Mamy nadzieję, że tak.

      Niech każdy sam wyrobi sobie zdanie na ten temat. Jeśli ktoś chce poznać moje zdanie, to mam następujące przemyślenia:

      1. BRE Bank z jakichś przyczyn chce pozostawić kwestię kosztu pozyskiwania franków szwajcarskich w sferze domysłów. Nie odpowiada wprost, za to sugeruje, że kiedyś już na to pytanie odpowiedział, a od tamtego czasu nic się nie zmieniło. A ja w dalszym ciągu jestem lekko zdezorientowany. Mam nieoficjalne przesłuchy, że stawka pożyczki z Commerzbanku wynosi LIBOR plus 2,2%. Na wykresie powieszonym przy orginalnej odpowiedzi - do której link już zamieściłem powyżej - widnieje coś, co sugeruje łączny koszt finansowania rzędu 2,9%.

      Rozumiem, że obowiązuje tajemnica handlowa, ale lepiej bym się czuł, gdybym mógł przeczytać, iż ów koszt finansowania wynosi np. „między 2,5 a 3%” albo „między 2 a 2,5%” albo „między 3 a 3,5%”. Łatwiej byłoby mi wówczas wyrobić sobie zdanie na temat oferty kierowanej do klentów przez bank, a zakładającej przejście na system oprocentowania LIBOR plus marża, z marżą od 2,5 do 3,7% (bo takie marże proponowane są klientom - ci z forów internetowych mówią, że otrzymują głównie oferty z górnych widełek). Tymczasem wciąż nie jestem w stanie stwierdzić czy to klienci się pienią (odrzucając dobre oferty i w dodatku malując takie obrazki), czy bank pazerny (bo żyłuje stawki)..


      2. BRE Bank tłumaczy, że w chwili obecnej LIBOR nie jest wiarygodną miarą ceny pieniądza. I tym faktem tłumaczy „rozjazd” między LIBOR-em, a oprocentowaniem kredytów tzw. starego portfela. Ta teza do mnie przemawia. Ale jednocześnie wynikają z tego trzy dość zaskakujące - przynajmniej dla mnie - konstatacje:

      a) grupa klientów tzw. starego portfela jest jedyną, która w czasie kryzysu płaciła za swoje kredyty cenę rynkową. Cała reszta klientów, których kredyty były oprocentowane według stawki LIBOR plus marża, płaciła raty znacznie poniżej wartości rynkowej pieniądza. Klientom należy się laur „złotego klienta”, bo - de facto - przez pewien czas sponsorowali całą resztę klientów BRE, płacących raty dumpingowe :-)

      b) skoro stawka LIBOR nie odzwierciedla obecnie kosztu pozyskania pieniądza, to może banki powinny usiąść do stołu i wymyśleć jakiś inny wskaźnik, na którym opierałyby ceny kredytów, np. oprocentowanie jakichś obligacji we frankach albo coś w ten deseń.  

      c) bank BRE, opierając oprocentowanie kredytów tzw. starego portfela o rzeczywisty koszt pozyskiwania pieniądza na rynku, a nie o stawkę LIBOR, ustalał wysokość odsetek korzystając - przynajmniej okresowo - ze wskaźników lub umów, których konstrukcja jest objęta tajemnicą handlową. Zastanawiam się, czy to nie kłóci się z przepisami mówiącymi o konieczności ustalania cen w sposób możliwie jak najbardziej przejrzysty. Nie przesądzam tego, ale się zastanawiam.

      To oczywiście nie zmienia mojego przekonania, że nikt nie podpisywał umowy kredytowej pod lufą pistoletu, więc z powodu wyższych rat warto mieć pretensje głównie do siebie. Przynajmniej dopóki sąd nie uznał, iż jakieś zapisy umów są nielegalne.

      Nie wiem czy pytania i odpowiedzi, które ukazały się w tym miejscu, przybliżyły obie strony do kompromisu. W każdym razie dziękuję bankowi za podjęcie rozmowy. Osobiście utwierdzam się w przekonaniu, że tylko rzeczywista wola kompromisu, wyrażona:

      a) z jednej strony zgodą „Nabitych” na indywidualne negocjacje pojedynczych kompromisów (bo z anonimową grupą bank nie chce rozmaiwać i nawet jestem w stanie to podejście zrozumieć)

      b) z drugiej strony gotowością banku do zaoferowania takich stawek, które będą korzystne na tle rynku i jednocześnie przejrzyste pod względem kryteriów (żeby naprawdę wszyscy wiedzieli od jakich parametrów  zależy wysokość proponowanej przez bank marży), a przy tym dobrze wytłumaczone z punktu widzenia kosztów banku (żeby wszyscy widzieli, że bank nie ma intencji zedrzeć z nich skóry)

      może pozwolić uniknąć długiej iwyczerpującej wszystkich batalii sądowej. Orzeczenie Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (to, które będzie wreszcie dotyczyło kredytów „Nabitych”) będzie tylko jej początkiem.  


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „BRE tłumaczy: LIBOR jest do niczego! - czyli diaBlogu z Nabitymi ciąg dalszy ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 16 września 2009 22:44
  • wtorek, 15 września 2009
    • Pay-Back: jedna karta do wszystkiego? To jest do niczego!

      Informację o powstaniu nowego megaprogramu lojalnościowego, który skupiać będzie wiele sieci handlowych i zaoferuje ich klientom możliwość zbierania punktów na początek w 4000 sklepach na terenie całego kraju, powitałem z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony to dobra wiadomość dla konsumentów. Ja sam mam w portfelu chyba ze sześć różnych kart lojalnościowych i trochę mnie ta mnogość drażni. Pewnie wolałbym zsumować wszystkie punkty zgromadzone na tych kartach, by wreszcie mieć ich wystarczająco dużo do rozbicia punktowego banku.


      Pay-Back, nowy program lojalnościowy, który właśnie wchodzi na rynek, taką możliwość mi zaoferuje. Więcej: na jedno konto będę mógł zbierać punkty z kilku kart. Mogę więc mieć wspólne konto punktowe z żoną. To też miły bonus. Pay-Back na starcie „wessa” pięć innych programów lojalnościowych, dając możliwość zbierania punktów na nowych zasadach ponad pięciu milionom osób (o ile oczywiście zgodzą się zamienić dotychczasowe karty rabatowe na nową Pay-Back). Które to programy - okaże się na wtorkowej konferencji prasowej, na razie to tajemnica. A potem partnerów Pay-Back ma być jeszcze więcej. W Niemczech karty Pay-Back ma 60 proc. rodzin.

      A jednak coś się we mnie budzi. Pęd do konsolidacji zawitał właśnie w miejsce, gdzie zawitać chyba nie powinien. Przecież karta lojalnościowa została wymyślona po to, by budować lojalność do jednej, konkretnej marki albo sieci marek jednego producenta. By skłaniać ludzi do kupowania właśnie w niej, a nie u konkurencji. Tymczasem karta Pay-Back sprzyjać będzie trendowi odwrotnemu. Nieważne gdzie kupujesz, wszędzie dostaniesz punkty. Jedyna lojalność jaka się liczy, to lojalność wydawania pieniędzy. Im więcej wydasz, tym więcej punktów dostaniesz. A gdzie wydasz - to już nikogo nie obchodzi. A w każdym razie nie twórców Pay-Back. Trochę przejaskrawiam, ale coś w tym jest, prawda?

      Powtarzam - z punktu widzenia klienta taka karta to świetny wehikuł. Z punktu widzenia sieci handlowych - chyba jednak strzał w kolano. Zwłaszcza za jakiś czas, kiedy w Pay-Backu będą już prawie wszyscy sprzedawcy w Polsce. Ach ta globalizacja...

      Karta kredytowa? To jest diabelskie! - czytaj tutaj

      Na rynek wchodzą nowe karty kedytowe „Keep it Simple” - czytaj tutaj.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (23) Pokaż komentarze do wpisu „Pay-Back: jedna karta do wszystkiego? To jest do niczego!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 15 września 2009 07:04

Archiwum

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line