Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 03 września 2009
    • Przychodzi baba do lekarza. A tam ROR.

      Banki coraz bardziej przypominają supermarkety. Póki co są to głównie supermarkety z produktami finansowymi. Prawie w każdym banku można już kupić fundusze, ubezpieczyć samochód albo mieszkanie. Są też pakiety assistance. Ale niektóre banki mają już swoje sklepy internetowe, w których można kupić perfumy, zegarki i upominki. Bank BGŻ - tak jak wcześniej kilku jego konkurentów, np. GE Money oraz Citi Handlowy - poszedł jeszcze dalej. W jego placówkach każdy posiadacz konta osobistego od września będzie mógł wykupić... abonament na prywatne usługi medyczne.

      Pomysł na pierwszy rzut oka jest rewelacyjny. W czasie, kiedy na wizyty u państwowego lekarza czeka się całymi tygodniami albo i miesiącami, możliwość dokupienia prywatnej opieki medycznej do konta bankowego może zainteresować niemałą część klientów. Tych, którzy zarabiają więcej, niż 1000-1500 zł i mają choćby niewielkie rezerwy finansowe. A także bagaż złych doświadczeń z państwową służbą zdrowia.

      W BGŻ miesięczna opłata za prywatny abonament firmy Allianz wynosi 45 zł. Dopłacając drugie tyle można otrzymać abonament ważny również dla całej rodziny. Czy to dużo, czy mało? Trudno powiedzieć. Tak naprawdę i dużo i mało. Kupując w Allianz polisę „Moje Zdrowie” na własną rękę trzeba zapłacić za wersję indywidualną 102 zł, a za rodzinną - 217 zł miesięcznie.

      Te 102-217 zł miesięcznie to znacznie więcej, niż wynosi cena pakietu dołączanego do konta osobistego w BGŻ. Z drugiej strony suma 90 zł miesięcznie (albo licząc inaczej ponad 1000 zł rocznie), nawet za możliwość bezpłatnych wizyt u internistów, pediatrów i specjalistów, robienia badań i diagnostyki oraz... kontaktu z taką pielęgniarką (zdjęcie nie moje, a Tomasza Szpili, mam nadzieję, że pan Tomek nie ma nic przeciwko) ...


      ... pozostaje jednak ceną bardzo wysoką. Zwłaszcza, że nie obejmuje przecież wizyt u stomatologów, ani kosztów lekarstw.

      Tak czy owak banki otwierają przed swoimi klientami nową możliwość. To idealna okazja do tego, by jakoś wyróżnić się na rynku, na którym wszyscy do znudzenia licytują się wysokością oprocentowania lokat i wychodzą ze skóry, żeby jakoś ukryć fakt, iż szybki kredyt gotówkowy kosztuje 25 proc., a nie 6,99 proc. rocznie.

      Bonus w postaci tańszego abonamentu na prywatne leczenie może być dla niektórych argumentem, by wybrać bank A zamiast banku B. Wszak to poczucie bezpieczeństwa, ta świadomość, że gdy jest potrzeba, można pójść do dobrego lekarza i nie czekać miesiącami na wizytę, wielu może uczynić szczęśliwszymi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Przychodzi baba do lekarza. A tam ROR.”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 września 2009 17:09
    • Ten bank da ci 7,5% odsetek. Pod warunkiem, że jesteś biedny

      Wpadłem kilka dni temu na pocztę. Niestety, każdy od czasu do czasu musi wpaść na pocztę, choć osobiście staram się ograniczyć tę nieprzyjemność do minimum. Nawet przesyłki polecone kazałem sobie wrzucać bezpośrednio do skrzynki pocztowej, choć to podobno niezbyt bezpieczne. Ale nie o tym chciałem. Wpadłem na pocztę, a tam - oczekując na audiencję u pani w okienku - z nudów przeczytałem wszystkie możliwe ulotki Banku Pocztowego.

      Bank, który w urzędach pocztowych ma kilkaset swoich stoisk, mocno ostatnio rozbudował ofertę. Konta, karty, lokaty i - a jakże - kredyty gotówkowe. Wszystko skrojone według potrzeb najbardziej tradycyjnych, konserwatywnych klientów. Bo tacy głównie odwiedzają pocztę. Choć przecież prezes Pocztowego, niejaki Piotr Kamiński (podobno teraz ostrzy sobie zęby na zwycięstwo w konkusie na szefa PKO BP), czasami wyskoczy też z czymś niestandardowym. Pocztowy był pierwszym bankiem, który oferował lokaty sportowe, jako pierwszy miał też (choć sprzedawał po cichu) krótkie lokaty, które pozwalają uciec od podatku Belki.

      Niestety niekiedy fantazja prezesa Kaminskiego i jego ludzi ponosi zbyt daleko. Ostatnio sztandarowym produktem Pocztowego jest konto oszczędnościowe. Gdy inni pocą się, żeby dać swoim klientom 6 proc. rocznego oprocentowania (no, Polbank nadludzkim wysiłkiem zalicytował nawet na 6,5 proc.), w Pocztowym klientów nęcą ulotki mówiące o koncie oszczędnościowym oprocentowanym na 7,5 proc. Czyli zdecydowanie najlepiej na rynku.

      Już prawie niosłem do Pocztowego worki ze swoimi oszczędnościami, ale niestety coś mnie podkusiło i przeczytałem ulotkę do końca. Łącznie z drobnym druczkiem, pisanym tak małą czcionką, żeby żadnemu emerytowi nie było dane poznać wszystkich pikantnych szczegółów oferty.

      Nie, nie chodzi nawet o wymóg, że aby załapać się na 7,5 proc. oprocentowania na koncie oszczędnościowym trzeba mieć w Banku Pocztowym zwykły ROR i aktywnie używać w sklepach wydanej do tego ROR-u karty płatniczej. To akurat jest warunek OK - bank płaci więcej tym, którzy są aktywni. Żeby zasłuzyć na 7,5 proc. trzeba w miesiącu wydać kartą 2000 zł. Sporo, ale 7,5 proc. zarobku na oszczędnościach to też sporo.

      Główny haczyk jest schowany gdzie indziej. Otóż Pocztowy pisze drobnym druczkiem, że promocyjne oprocentowanie obowiązuje tylko do kwoty 10 000 zł. Jeśli ktoś ma na koncie więcej - dostanie zwykłe, nędzne 3,5 proc. Może się czepiam, może większość klientów Banku Pocztowego i tak nie przynosi tam więcej, niż 10 000 zł. Ale mimo wszystko nie podoba mi się, że tak istotny warunek oferty, z mojego, prywatnego punktu widzenia nawet kluczowy, jest schowany pod gwiazdką i ogłaszany drobnym druczkiem.



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Ten bank da ci 7,5% odsetek. Pod warunkiem, że jesteś biedny ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 września 2009 07:19
  • środa, 02 września 2009
    • Uwaga na sprytne bankomaty: wypłacą za darmo, ale z prowizją!

      Kilka dni temu kolega z „Wyborczej” zwrócił mi uwagę, żebym przyjrzał się bankomatom sieci Cash4you. To niezależna sieć, która podpisuje umowy z poszczególnymi bankami, dzięki czemu klienci tych banków mogą z bankomatów Cash4you wypłacać pieniądze za darmo lub z ulgową taryfą. To nic nowego, na podobnej zasadzie działają np. bankomaty Euronetu.

      Cash4you nie jest już takim bankomatowym mikrusem, niedawno postawił 500-ną maszynę. A umowy na darmowe lub promocyjne korzystanie z bankomatów podpisał już z 12 bankami. Wśród nich takie tuzy, jak BZ WBK, dwa banki ze stajni BRE (mBank, Multibank), ING, czy Kredyt Bank.

      bankomat Cash4you

      Po tym przydługim wstępie chciałbym przejść do rzeczy. Otóż ktoś w Cash4you nieźle zakombinował, żeby przy okazji wypłaty gotówki naciągnąć mniej uważnych klientów na dodatkową prowizję za sprawdzenie salda na koncie. W jaki sposób?

      Otóż o ile w innych bankomatach zwykle do wyboru jest kilka prostych możliwości: a) wypłata gotówki, b) sprawdzenie salda, c) doładowanie telefonu itp., to w maszynach Cash4you układ jest inny. Mamy w nich następujące trzy możliwości: a) wypłatę gotówki i sprawdzenie salda, b) wypłatę gotówki, c) sprawdzenie salda. Zgadnijcie która z tych opcji znajduje się pierwsza na liście, skojarzona z najwyższym przyciskiem? Tak, macie rację: jako pierwsza występuje łączna opcja wypłaty ze sprawdzeniem salda.

      Przypadek? Może. Ale znam już trzy osoby, które z rozpędu i z przyzwyczajenia (tak jak w innych bankomatach) wybierały pierwszą opcję od góry i potem na wyciągach bankowych znajdowały dodatkowe prowizje za sprawdzenie salda w bankomacie.

      Bo nawet jeśli dany bank ma podpisaną z Cash4you umowę na darmowe korzystanie przez klientów z bankomatów, to jeśli taki klient zażyczy sobie dodatkowo sprawdzić w bankomacie saldo ROR-u, przeważnie zapłaci dodatkowo 50 gr. albo 1 zł prowizji. Tyle, że klienci Cash4you czasem dostają saldo w ramach swoistej „bankomatowej sprzedaży wiązanej”. Uważajcie więc na spryciarzy z Cash4you.



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Uwaga na sprytne bankomaty: wypłacą za darmo, ale z prowizją!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 02 września 2009 07:30
  • wtorek, 01 września 2009
    • KNF: niech SKOK-i prześwietli audytor

      Chyba nieuchronnie zbliża się moment, w którym Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe (populerne SKOK-i) trafią pod pieczę Komisji Nadzoru Finansowego. Prace nad stosowną ustawą w Sejmie są już na ukończeniu. Przyznam, że sam czekam na ich finał z dużą niecierpliwością, bo już od dobrych kilku lat zwracam uwagę na ciemne strony działalności kas: m.in. ich centralizację, brak przejrzystości systemu oraz niejasne przepływy finansowe.

      We wtorek na temat zmian w SKOK-ach wypowiedziała się Komisja Nadzoru Finansowego. Poza postulatami czysto technicznymi - np. objęcia SKOK-ów takim samym systemem ochrony depozytów, jakim cieszą się klienci banków - KNF podniosła kwestię zasadniczą: niezależnego audytu w SKOK-ach. Rzeczywiście, dziś tak naprawdę nie wiemy jaka jest kondycja finansowa całego systemu. Kasa Krajowa, nadzorująca SKOK-i, nie musi przesyłać sprawozdań ani do KNF, ani do Narodowego Banku Polskiego. Ani tym bardziej podawać ich do wiadomości publicznej.

      Szefowie Kasy Krajowej karmią nas jedynie zapewnieniami, że system jest odporny na wstrząsy, że ma własny, wydajny system gwarantowania depozytów (i własną receptę na kryzys), że udział kredytów zagrożonych jest niewielki. Musimy wierzyć na słowo i mieć nadzieję, że to prawda. Choć przecież nie wszystko pasuje to tego idyllicznego obrazu. Dlatego uważam, że Kasę Krajową oraz wszystkie SKOK-i z osobna powinien jak najszybciej prześwietlić niezależny audytor. Nie tylko dlatego, żeby KNF miała do dyspozycji jakiś bilans otwarcia przed objęciem nad SKOK-ami nadzoru. Także dlatego, by móc sprawiedliwie ocenić ludzi rządzących SKOK-ami do tej pory. 

      Niezależnie od tego jak ostatecznie będzie wyglądał system nadzoru nad SKOK-ami, przełomową rzeczą będzie wyrwanie lokalnych kas spod władzy Kasy Krajowej i jej szefa Grzegorza Biereckiego. Dziś - choć trudno w to uwierzyć - los grubych miliardów pieniędzy klientów SKOK-ów zależy właściwie tylko od jednego człowieka: prezesa Biereckiego. Formalnie SKOK-i należą do wszystkich, którzy złożyli w nich swoje pieniądze i wykupili udziały. Ale faktycznie miliony klientów-członków SKOK-ów nie mają w tym systemie prawktycznie nic do powiedzenia. I czas to zmienić.



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „KNF: niech SKOK-i prześwietli audytor”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 września 2009 18:27
    • Pensja prezesa Skrzypka: niech się schowa nawet Ben Bernanke!

      Prawie 33 tys. zł miesięcznie zarabiał w zeszłym roku Sławomir Skrzypek, szef Narodowego Banku Polskiego - wynika ze sprawozdania NBP. To oznacza, że przez cały 2008 r. portfel szefa polskiego banku centralnego wzbogacił się o prawie równe 400 tys. zł. Przy obecnych relacjach kursowych daje to niecałe 100 tys. euro rocznej pensji.

      To mniej, niż 10 proc. pensji najbardziej wziętych bankowców, zarządzających polskimi bankami komercyjnymi. Wynagrodzenie prezesa Skrzypka - który przecież nigdy nie należał do panteonu największych gwiazd w świecie bankowców, przed objęciem obecnej funkcji był tylko p.o. prezesa w PKO BP - nie daje mu jednak powodu do kompleksów w czasie rozmów z kolegami z innych banków centralnych.

      Szef Europejskiego Banku Centralnego, niejaki Jean-Claude Trichet, rocznie inkasuje co prawda aż 352 tys. euro, ale to jest znacznie większa i ważniejsza instytucja dla ładu ekonomicznego Europy, niż nasz NBP. Szef Fed Ben Bernanke w tym roku zarobi tylko 197 tys. dol., czyli 160 tys. euro. Tylko o połowę więcej, niż nasz prezes Skrzypek. A przecież Bernanke ma na głowie jakieś dziesięć razy więcej problemów do rozwiązania, bo amerykańska gospodarka i sektor bankowy wciąż nie wyszły jeszcze na prostą.

      Ale jest wśród prezesów banków centralnych krezus, który może na naszego Sławomira Skrzypka patrzeć z góry (przynajmniej jeśli chodzi o inkasowane pieniądze). To Ilmars Rimsevics, prezes banku centralnego Łotwy. Ten zarabia równowartość ponad 60 tys. zł miesięcznie, czyli... 180 tys. euro rocznie! Sporo, biorąc pod uwagę, że gospodarka Łotwy jest malutka, a kraj stoi na krawędzi bankructwa (pensje nauczycieli, pielęgniarek i innych pracowników budżetówki ścięto o 40 proc.). A Rimsevics, najbardziej zadowolony z życia urzędnik państwowy na Łotwie, wygląda tak:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 września 2009 13:11
    • BRE ma ofertę dla zbuntowanych klientów! Ale tylko dla niektórych...

      Wakacje się kończą i od razu mamy przyspieszenie w próbach rozwiązania konfliktu mBanku i Multibanku z kilkoma tysiącami zbuntowanych klientów. Jeśli nie wiesz o co walczą klienci, przeczytasz to tutaj. Jak dowiedziała się moja redakcyjna koleżanka Nina Hałabuz, lada moment do części posiadaczy starych kredytów hipotecznych mBanku i Multibanku trafi propozycja zmiany sposobu naliczania odsetek.

      Banki BRE mają zaproponować klientom zamiast stawek uzależnionych od arbitralnej decyzji zarządu oprocentowanie oparte na stopach rynkowych i marży banku. Według Pawła Kucharskiego, zarządzającego pionem detalicznym w BRE, klienci - jeśli zgodzą się na zmianę umowy - będą płacili stawkę WIBOR plus 1,8-2 proc. marży. To niewiele, biorąc pod uwagę średnie marże obowiązujące na rynku.

      To dobra wiadomość, bo świadczy o tym, że banki z grupy BRE chcą jakoś załatwić sprawę kredytów tzw. starego portfela, nie czekając na kolejne spektakularne akcje zbuntowanych klientów, ani na rozstrzygnięcia przed Sądem Ochrony Konkurencji. Niezadowoleni klienci już na początku wakacji wyciągali rękę do zgody, więc być może do kompromisu bliżej.

      Ale daleki jestem od wieszczenia szybkiego porozumienia BRE z inicjatorami akcji Nabiciwbrebank oraz mStop. Przede wszystkim spokój mój mąci fakt, że ta - chyba poważna i godna rozważenia - oferta, jaką kieruje do klientów BRE, dotyczy tylko stosunkowo niewielkiej części zainteresowanych. Tych, którzy mają kredyty w złotych. Dla klientów frankowych na razie porównywalnej propozycji brak. W BRE tłumaczą, że bank musi płacić za franki drożej, niż za złote, więc ma związane ręce. I też mają trochę racji...

      Argumenty o drogim franku już się w dyskusji z klientami pojawiały. Pytanie brzmi: jak ci ostatni zinterpretują najnowsze propozycje BRE. Mogą je odczytać jako jaskółkę zmian na lepsze i przyjąć albo... uznać to za kolejną próbę rozbicia ich jedności. Jeśli zwycięży ta druga opcja, to grupa inicjatywna akcji przeciwko BRE może chcieć zaczekać z decyzjami przynajmniej do czasu, gdy bank złoży też analogiczną ofertę kredytobiorcom frankowym.

      Pytanie tylko czy w takiej sytuacji grupa inicjatywna mogłaby liczyć na lojalność wszystkich swoich członków. Pokusa skorzystania z kompromisowej oferty może być dla części osób mających kredyty w złotych niemała. A stawka jest wysoka, bo im więcej klientów przyjmie oferty podsuwane przez BRE, tym bardziej na znaczeniu tracić będą pozostali opozycjoniści. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „BRE ma ofertę dla zbuntowanych klientów! Ale tylko dla niektórych...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 września 2009 10:14
  • poniedziałek, 31 sierpnia 2009
    • Nowa jakość Link4? Nikt nic nie wie

      Rozpędza się budowa nowego wizerunku firmy ubezpieczeniowej Link 4. Dotychczasowy wilk, zjadający na śniadanie agentów konkurencji, postanowił złagodzić swój image i teraz pokazuje swoje logo już tylko na tle łagodnej muzyczki (utwór „Beep beep song”) i kojącego głosu lektora. Nie jest już tak ciekawie, jak bywało w przeszłości („tu kokoszka warzyła”), ale za to teraz nie można posądzić Link 4 o wprowadzanie ludzi w błąd gadaniem, że bez agenta zawsze jest taniej.

      Już kilka dni temu prezentowałem w moim blogu spoty radiowe. Od dziś w telewizji można zobaczyć reklamówkę w wersji wideo. Kto jeszcze nie widział, niech sobie kliknie poniżej:


      Skoro w spocie tak mnie zachęcają, żebym sprawdził „nową jakość Link 4”, to postanowiłem sprawdzić. Zadzwoniłem do Link 4 aż dwa razy, żeby mi coś powiedzieli o tej nowej jakości. Ale się okazało, że nic nie wiedzą :-). W sobotę wieczorem w ogóle nie było nikogo, kto by mógł ze mną merytorycznie porozmawiać (chyba w call center zostawili tylko jakiegoś dyżurnego). Dziś po południu mogłem już porozmawiać z doradcą, ale też ciężko się zdziwił (a właściwie zdziwiła, bo to była ona) na wieść o „nowej jakości Link 4”.

      - Proszę się nie martwić, nic pana nie ominęło - uspokoiła mnie anielskim głosem pani urzędująca pod siedmioma czwórkami, kiedy zwierzyłem jej się, że kupiłem polisę w Link 4 ze „starą jakością” i chciał bym ją upgrade'ować do „nowej jakości”. Skoro nowa jakość jest taka sama jak stara jakość, to po co mówią o nowej jakości, hę? A może jest nowa, tylko menedżment zapomniał o tym powiedzieć tzw. pracownikom liniowym?


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Nowa jakość Link4? Nikt nic nie wie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 sierpnia 2009 19:56
    • Jak private banker z Aegona uczył mnie inwestowania w fundusze

      Gdy zadzwonił do mnie człowiek z firmy Aegon, w zasadzie chciałem mu od razu powiedzieć, że nie jestem zainteresowany jego ofertą. Główny produkt firmy - plany inwestycyjne opakowane w polisę parasolową - nigdy nie budził mojego entuzjazmu. Wysokie prowizje i ograniczenia przy wychodzeniu z inwestycji powodują, że wolę trzymać pieniądze z zwykłych funduszach inwestycyjnych, bez ubezpieczeniowej nakładki.

      Ale człowiek z Aegona mnie zaintrygował: - Mamy coś, czego nie dostanie pan w żadnym banku ani funduszu - powiedział. I za żadne skarby świata nie chciał powiedzieć o co chodzi.

      Okazało się, że to był tylko asystent właściwego doradcy z Aegona. Sam doradca nie zniża się do wykonywania tak prostych czynności, jak poszukiwanie nowych klientów. Może rzeczywiście jest to tak wysokiej klasy fachowiec, że jego czas jest na wagę złota? - pomyślałem. I dałem się umówić asystentowi na wizytę w warszawskim oddziale Aegona przy ul. Jana Pawła II.

      Stawiłem się punktualnie, ale musiałem poczekać kilka minut. Jakiś doradca (potem okazało się, że to ten „mój”) co prawda kilka razy przeszedł mi przed oczami, ale na audiencję jednak musiałem poczekać. W końcu jak by to wyglądało, gdyby doradcy Aegona musieli czekać na klientów.

      Kiedy już wszedłem do pokoju, okazało się, że doradca nie jest zwykłym doradcą, tylko... private bankerem. Przynajmniej tak miał napisane na wizytówce. Cóż, facet wyglądał na młodszego ode mnie, ale jeśli jest geniuszem finansów, to rzeczywiście nazywanie go zwykłym doradcą finansowym mogłoby być uwłaczające.

      Niestety, niepowtarzalne „coś, czego nie dostanę w żadnym banku czy funduszu” okazało się zwykłą polisą parasolową (czyli zbiorem funduszy inwestycyjnych, skupionych w jednym miejscu). Za to mój rozmówca roztoczył wizję, która - gdybym się nie znał na finansach - musiałaby na mnie zrobić wrażenie. Mniej więcej takie:


      Nie, nie zbadał wszechstronnie moich predyspozycji do inwestowania w akcje. Nie pytał o dochody, o kredyty, o to jaką mam sytuację rodzinną. I czy w ogóle powinienem wkładać pieniądze w ryzykowne fundusze. To mojego private bankera kompletnie nie interesowało. Za to starał się przekonać mnie, że nie ma sensu budować portfela inwestycyjnego na lata. Odwrotnie - trzeba cały czas patrzeć co się dzieje na giełdzie, zmieniać fundusze jak rękawiczki, korygować strategię, raz wchodzić w polskie, raz w zagraniczne fundusze, innym razem czekać.

      Na stole pojawiły się wykresy i wyliczenia, z których wynikało, że tylko najwięksi frajerzy trzymają fundusze całymi latami. Fakt, ostatnia bessa przyniosła ciężkie straty, które trudno będzie odrobić w krótkim czasie. Mój private banker przedstawił wyliczenia ile w czasie spadków można  było zarobić na funduszach timingowych lub surowcowych. Sporo, do kilkunastu procent.

      Przed nami na stole leżała lista najlepszych funduszy w pierwszym półroczu tego roku. - A ten, co to za jeden? - pytam, pokazując palcem fundusz BGF World Gold. To fundusz z rodziny BlackRock, inwestujący w firmy związane z rynkiem złota (m.in. w akcje kopalni). Mam go w swoim prywatnym portfelu inwestycyjnym, byłem ciekaw co mi o nim opowie mój aegonowy private banker.

      - Ten? To fundusz światowych akcji. - Ale jakich? Z jakiejś konkretnej branży? - dopytuję. - Chyba nie, to po prostu światowe akcje. Ale jeszcze to sprawdzę - kończy i na wszelki wypadek zmienia temat. A mnie ciarki przechodzą po plecach na samą myśl, że gość nie rozróżniający funduszy inwestycyjnych mógłby choć przez sekundę zajmować się moimi pieniędzmi. I jeszcze każe się nazywać private bankerem.

      - To jak, przekonałem pana z tym aktywnym inwestowaniem? - wracamy na stare tory rozmowy. - Nooo, chyba tak - mówię - ale po fakcie łatwo sobie liczyć stopy zwrotu od dołka do szczytu. Trudniej kupić i sprzedać fundusze w najlepszym momencie, nie znając przyszłości - usiłuję być sceptyczny. Moja wątpliwość powoduje tylko szeroki uśmiech na twarzy pracownika Aegona.  - To już moja broszka. - zapewnia. I wykłada swoją teorię, która powoduje, że w myślach pokładam się ze śmiechu. Otóż, według mojego rozmówcy, w każdym roku są dwie-trzy fale wzrostów i spadków, dość łatwe do przewidzenia, jeśli ma się za sobą sztab ekspertów od inwestowania.

      W Aegonie oczywiście wszystko potrafią przewidzieć i w odpowiednim momencie zawiadomić klientów. - Teraz na przykład wycofuję pieniądze ludzi z Polski i przerzucam do funduszy zagranicznych. Zawsze tak jest, że w wakacje pieniądze uciekają z naszego rynku. Wrócą we wrześniu. Wtedy przerzucam wszystko z powrotem do Polski - słyszę. Ale dlaczego nasi inwestorzy mają wakacje, a na zagranicznych giełdach ich nie ma? - Tak już jest - wzrusza ramionami mój private banker, uznając najwyraźniej pytanie za niedorzeczne.

      Nasza rozmowa miała miejsce kilka tygodni temu, więc wystarczy rzut oka na wykresy indeksów giełdowych w Warszawie, żeby zobaczyć ile jest prawdy było w teoriach, którymi karmił mnie private banker z Aegona. Od połowy lipca WIG20 wzrósł z 1800 do 2200 pkt.

      W sumie to nawet nieźle się ubawiłem. Kiedy kilka dni później znów zadzwonił do mnie asystent private bankera, żeby umówić mnie na kolejną wizytę, tylko szyderczo zarechotałem. Z facetami, którzy usiłują mi wmówić, że inwestowanie jest dla nich łatwe i proste, wolę nie mieć zbyt wiele wspólnego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Jak private banker z Aegona uczył mnie inwestowania w fundusze”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 sierpnia 2009 07:55
  • niedziela, 30 sierpnia 2009
    • Chcesz założyć lokatę w moim banku? To zapłać mi odsetki!

      Zwykle za lokatę odsetki dostaje ten, kto ją załozył. To logiczne. Jak długo żyję - a są to raptem 34 latka - nie spotkałem się jeszcze z sytuacją, by to klient płacił bankowi odsetki za to, że bank łaskawie przyjął od niego pieniądze i przechowuje je w bezpiecznym skarbcu. A jednak.. stało się.

      Stereotyp przełamał szwedzki bank centralny Riksbank. Jako pierwszy bank centralny na świecie Riksbank zdecydował się na ujemne oprocentowanie depozytów, które składają w nim banki komercyjne! Tak zwana stopa depozytowa Riksbanku wynosi... minus 25 pkt. bazowych. Na stronach Riksbanku znalazłem informację, że ujemne stopy bank trzyma już od drugiego tygodnia lipca! Zresztą zobaczcie sami pod tym linkiem (trzeba zaznaczyć „obserwacje dzienne”, okres od lipca do sierpnia i ściągnąć plik .xls)

      To oznacza, że jeśli bank komercyjny chce trzymać swoje pieniądze w banku centralnym, to nie tylko nie dostanie za to żadnych odsetek, ale jeszcze sam będzie musiał płacić. No, w końcu taki bank centralny ponosi pewne koszty, np. przed skarbcem w Sztokholmie trzeba postawić dodatkowego strażnika :-))

      Zamysł szwedzkich bankierów centralnych jest prosty i klarowny - zmusić banki do udzielania kredytów. Problem z obiegiem pieniądza występuje na całym świecie, a jego apogeum mieliśmy jesienią i zimą 2008 r., kiedy banki komercyjne przestały ufać komukolwiek. Wszystkie wolne pieniądze lokowały w papierach dłużnych emitowanych przez rządy albo banki crentralne, niezależnie od ich oprocentowania.

      Jednak do tej pory żaden bank centralny - ani amerykański Fed, ani Bank of England, ani nawet „nasz” europejski EBC nie zdecydowały się na obniżenie stóp poniżej zera. Dlaczego Riksbank zdecydował się na to akurat teraz, kiedy największy kryzys płynności sektor bankowy ma już za sobą?

      Jak pisze Financial Times, cytowany przez serwis internetowy naszego „Pulsu Biznesu”, Riksbank ma nadzieję, że banki komercyjne, odstraszone ujemną stopą depozytową, zaczną kupować np. obligacje skarbowe i obligacje spółek, co obniży ich rentowność. A niższe oprocentowanie obligacji z kolei pomoże gospodarce.

      Według FT wicegubernator Riksbanku Lars Svensson w lipcu stwierdzić, że „nie ma nic dziwnego w ujemnej stopie procentowej”. Nic dziwnego? Skończyłem studia ekonomiczne i nie przypominam sobie, by na zajęciach z bankowości mi o tym mówiono. Chyba, że przespałem jakiś wykład :-)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Chcesz założyć lokatę w moim banku? To zapłać mi odsetki! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 sierpnia 2009 09:53
  • sobota, 29 sierpnia 2009
    • Koniec ery polisolokat wolnych od podatku?

      Krótkoterminowe depozyty bankowe mogą wkrótce wyprzeć z rynku najpopularniejszy dotąd sposób na unikanie podatku Belki - tzw. polisolokaty. Jak doniósł kilka dni temu „Dziennik Ubezpieczeniowy”, kolejni ubezpieczyciele wycofują się z oferowaniu polis antybelkowych. Po firmie Benefia taką decyzję podjęła Aviva (to nowa nazwa Commercial Union). Szefowie Avivy mówią, że polisolokaty im się po prostu nie opłacają.

      Nie opłacają się, bo przecież polisolokaty (zwane też polisami lokacyjnymi), z ubezpieczeniami nie mają nic wspólnego. Towarzystwo ubezpieczeń dostarcza tylko opakowanie polisy do zwykłego depozytu. Lokata sprzedawana jako ubezpieczenie na życie, z odsetkami nazywanymi dla niepoznaki sumą ubezpieczenia, daje zwolnienie z 19-proc. podatku Belki, na czym zyskuje głównie bank, bo przyciąga pieniądze klientów. Firma ubezpieczeniowa dostaje tylko niewielką prowizję.

      Pogłoski o śmierci polisolokat są pewnie jeszcze przesadzone, zwłaszcza że przecież ostatnio wprowadził taki produkt do oferty największy polski bank - PKO BP. Ale nie zmienia to faktu, że era tej formy omijania podatku Belki chyba jednak dobiega końca. I chyba mnie to nie martwi. Zastanawiałem się już nie raz, czy oferowanie przez banki czegoś, co udaje zupełnie inny produkt jest etyczne.

      Może więc rynek obyłby się jakoś bez tego cudacznego miksu, który w dodatku jest reklamowany jeszcze dziwaczniej, bo poprzez sprowadzenie oprocentowania do wspólnego mianownika ze zwykłymi,opodatkowanymi lokatami? O polisolokacie, która po roku da „sumę ubezpieczenia” w wysokości ok. 5,1 proc., marketingowcy piszą: „zyskasz jak na lokacie 6,25 proc.”. Po prostu kołomyja.

      Podatek Belki będziemy nadal omijali. Jeśli nie za pomocą polisolokat, to dzięki zwykłym, krótkim lokatom. Jeśli odsetki z jednodniowej - na przykład - lokaty są na tyle niskie, że podatek wyniósłby poniżej 50 gr., to wypłata jest wolna od haraczu do urzędu skarbowego. Banki wprowadzają jeden po drugim takie jednodniówki, chociaż część z nich wpadła już na pomysł, żeby limitować ich liczbę przypadającą na jednego klienta.

      Po co? Pewnie z jednej strony po to, żeby uniknąć delikwentów zakładających po 100 lokat o niskiej wartości (by z każdej po jednym dniu mieć mniej, niż 50 gr. odsetek). Bo to obciąża systemy informatyczne. Z drugiej strony bankowcy wiedzą, że jeśli zbyt dużo pieniędzy ucieknie z długoterminowych lokat na jednodniówki, to dla ich płynności finansowej też może się to dobrze nie skończyć. Co by nie mówić o polisolokatach, z nimi takich ceregieli nie ma. Można włozyć dowolnie dużą kwotę i wszystko będzie „antybelkowe”.


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Koniec ery polisolokat wolnych od podatku? ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 29 sierpnia 2009 22:26

Archiwum

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line