Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • środa, 08 lipca 2009
    • Są pierwsze efekty afery spreadowej!

      Mamy za sobą ponad tydzień obowiązywania nowej regulacji nadzoru finansowego, która pozwala klientom banków spłacać kredyty frankowe bezpośrednio w walucie. Większość banków umożliwiła klientom przynoszenie franków, ale warunki całej operacji często są takie, że klient wyjdzie na niej jak przysłowiowy Zabłocki na mydle.

      Wszystko dlatego, że niektóre banki grają nadzorowi na nosie: Zamiast nie stawiać klientom dodatkowych barier - robią wszystko, by utrudnić im skorzystanie z nowej regulacji. Bank Millennium życzy sobie 500 zł opłaty za aneks pozwalający na zmianę warunków spłaty kredytu. A do tego drugie tyle za zmianę umowy ubezpieczenia (z grupowego na indywidualne). Wysoka prowizja sprawia, że nawet jak klient zdecyduje się spłacać bezpośrednio franki, to koszt operacji zwróci mu się najwcześniej po roku. Na poprawę humoru można sobie zanucić co najwyżej piosenkę z reklamówki kredytów hipotecznych Banku Millennium. To naprawdę nie było aż tak dawno temu...

      Bank Millennium to nie jedyny zdzierca. W Polbanku prowizja za aneks jest na podobnie wysokim poziomie = 500 zł. Nordea Bank ustalił prowizję za aneks na jeszcze bardziej zaporowym poziomie - 0,75 proc. kwoty pozostałej do spłaty. Przy średniej wartości kredytu to może być 1-2 tys. zł. Gratulacje. W Kredyt Banku podobna prowizja wynosi 0,5 proc. Też pięknie. 

      Mówiąc o jakichkolwiek wymiernych efektach akcji Komisji Nadzoru Finansowego trzeba jednak wspomnieć o rosnącej grupie banków, które sporządziły z tej okazji specjalne oferty. Raiffeisen prowadzi akcję „Kup franki”, a Deutsche Bank oferuje darmowe (pod pewnymi warunkami) konto walutowe. Z kolei Citi Handlowy obniżył spread walutowy do 3 proc. i oferuje darmowe konto walutowe, dzięki któremu klient może spłacać kredyt w swoim banku (niekoniecznie w Citi) bezpośrednio we frankach.

      Jest też szansa, że regulacja KNF zadziała w dłuższym terminie. Obowiązek umożliwienia klientom spłaty kredytów bezpośrednio we frankach to tylko część tzw. Rekomendacji S II. Poza tym banki mają też obowiązek podawać klientom zasady ustalania widełek kursowych. Nie mogą też stosować innych tabel dla kredytów hipotecznych i innych produktów.  To krok w kierunku ucywilizowania rynku kredytów hipotecznych. I dobrze, że wreszcie został zrobiony.

      Szkoda tylko, że nadzór finansowy w tej sprawie zadziałał tak ślamazarnie. Za regulowanie rynku kredytów frankowych zabrał się dopiero wtedy, gdy boom przeszedł już do historii. KNF, zamiast przewidywać zagrożenia i im w porę zapobiegać, zachowuje się jak policjant, który o napadach w mieście dowiaduje się z gazet. Wiadomo, że w ten sposób przestępcy za rękaw nie złapie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Są pierwsze efekty afery spreadowej!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 08 lipca 2009 11:25
    • Wielki powrót lokat sportowych?

      Pamiętacie zeszłoroczny boom lokat sportowych? „Polska Mistrzem", „Polskie Medale", „Lokata na Medal"... Lokaty, których oprocentowanie zależało od postawy polskich sportowców, robiły w bankach istną furorę. Zaczął bodaj Bank Pocztowy, ale szybko znalazł naśladowców. Przeczytaj o tym tutaj. Boom skończył się tak szybko, jak szybko okazało się, że sukcesy polskich sportowców nie są tak duże, by mogły zapewnić posiadaczom lokat godziwe oprocentowanie. Piłkarze na turnieju Euro 2008 odpadli w grupie, a olimpijskie sukcesy lekkoatletów pozostały w dużej mierze na papierze. A wraz z nimi także maksymalne oprocentowanie lokat, które było gwarantowane tylko wtedy, jeśli sportowcy wespną się na szczyty swych możliwości. Poniżej kadr z reklamy „Lokaty Olimpijskiej” PKO BP. A pod tekstem plakat lokaty „Polska Mistrzem” z Banku Pocztowego.


      Dziś z patentu na lokaty sportowe z oprocentowaniem uzależnionym od sukcesów zawodników korzystają niektóre małe banki. We wtorek wpadła mi w ręce informacja z Banku Spółdzielczego w Toruniu, który wystartował z czteromisięczną lokatą, której oprocentowanie zależy od miejsca lokalnego zespołu Unibax Toruń w rozgrywkach żużlowej Speedway Ekstraligi 2009. Oprocentowanie początkowe lokaty to 4,75 proc., a wraz z awansem żużlowców do kolejnych etapów rozgrywek play-off będzie podwyższana o 0,25 pkt. proc. Maksymalnie może wzrosnąć do 5,5 proc. w skali roku. Nie jest to dużo, ale z drugiej strony Unibax to podobno dobra drużyna, zeszłoroczny mistrz Polski, więc szanse klientów na uzyskanie maksymalnego oprocentowania lokaty są pokaźne.

      Uważam, że taka lokata to sprzał w dziesiątkę toruńskiego banku spółdzielczego. Właśnie w środowiskach lokalnych, w bankach o zasięgu regionalnym, lokaty sportowe mogą najmocniej rozwinąć skrzydła. Dla banków działających na małym obszarze szczgólnie ważne jest  budowanie lokalnego patriotyzmu, skonsolidowanie wokół własnej marki aktywności ludzi. A lokaty sportowe, powiązane z emocjami i rodzajem hazardu, są po temu bardzo skutecznym instrumentem. Dzięki tego typu inicjatywom małe banki mogą odebrać mnóstwo klientów takim molochom, jak osierocony właśnie po stracie prezesa PKO BP.



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 08 lipca 2009 10:51
  • wtorek, 07 lipca 2009
    • Prezes PKO BP odwołany! Niezrozumiała decyzja rady nadzorczej.

      Rada nadzorcza PKO BP podjęła we wtorek kompletnie niezrozumiałą i nielogiczną decyzję. Zaledwie tydzień temu, podczas obrad walnego zgromadzenia, jej szefowa Marzena Piszczek publicznie komplementowała prezesa Jerzego Pruskiego. Twierdziła, że bez skutecznego zarządu PKO BP nie zdołałby odzyskać palmy pierwszeństwa na rynku, utraconej po fuzji Pekao i BPH. Zaś walne zgromadzenie udzieliło prezesowi absolutorium.

      Po zawartym podczas walnego zgromadzenia kompromisie w sprawie dywidendy (przypomnijmy, że stanęło na wypłacie akcjonariuszom jednej trzeciej zysku) wydawało się, że topór wojenny został na jakiś czas zakopany. Owszem, na rynku było słychać plotki, że rada nadzorcza, która od początku była przeciwna wypłacie dywidendy przez PKO BP, nie odpuści prezesowi i będzie stopniowo ograniczała jego kompetencje. Ale nikt nie mógł przypuszczać, że już na pierwszym posiedzeniu prezes zostanie zdymisjonowany!

      Niezrozumiała jest też postawa Ministerstwa Skarbu. Od jego urzędników słyszałem kilkadziesiąt minut temu, że z decyzją rady resort jest zaskoczony i nie ma z nią nic wspólnego. Co więcej, minister Aleksander Grad chce zwołać walne zgromadzenie i odwołać również radę nadzorczą.

      Niełatwo uwierzyć w to, że powołana w większości przez ministra Grada rada nadzorcza PKO BP podjęła decyzję o odwołaniu prezesa Pruskiego na własną rękę, wydając tym samym na siebie wyrok. Łatwiej mi przyjąć tezę, że minister Grad, w myśl powiedzenia ”Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść”, po prostu umywa ręce, nie chcąc ponosić odpowiedzialności za konsekwencje działań rady.

      A te konsekwencje mogą być bardzo poważne. Analitycy już teraz mówią, że odwołanie prezesa niemal w przeddzień emisji nowych akcji przez bank to samobójstwo, że nie wiadomo, czy po czymś takim emisja w ogóle dojdzie do skutku. Jeśli bank nie sprzeda nowych akcji, albo będzie musiał je oddać inwestorom zbyt tanio, zostanie osłabiony kapitałowo. I to minister skarbu będzie za to odpowiedzialny, niezależnie od tego jak wielkie gromy będzie dziś ciskał na członków rady nadzorczej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Prezes PKO BP odwołany! Niezrozumiała decyzja rady nadzorczej. ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 lipca 2009 18:16
    • Instytut Lukasa: płacić mniej, czyli więcej?

      W poniedziałkowej "Gazecie Wyborczej" prześwietliłem reklamówki Lukas Banku dotyczące kredytów konsolidacyjnych. Bank poczuł pismo nosem i w dobie kryzysu gospodarczego postanowił skupić się na refinansowaniu długów klientom, którzy już wcześniej zaciągnęli kredyty i płacą za nie, jak za zboże. Marketingowcy Lukasa stworzyli nawet "instytut naukowy" o wdzięcznej nazwie "Jak płacić mniej". I to właśnie "profesorowie" tego "instytutu" są głównymi narratorami spotów reklamowych Lukasa. Zresztą zobaczcie sami.

      Nie mam nic do Lukas Banku, choć nie wiem na jakiej podstawie wyliczyli, że z ich kredytów skorzystał już co czwarty Polak. Na moje oko to mało prawdopodobne, bo osobiście nie znam nikogo, kto ma lub miał kredyt w Lukasie. Już prędzej znalazłbym w okolicy klientów Providenta. Boli mnie co innego: otóż pod hasłami typu "jak płacić mniej", czy "zawsze niższa rata" (to też cytat z telewizyjnych reklamówek)  kryje się taka gra Lukasa z odbiorcą, która może tego odbiorcę wprowadzić w błąd.

      Dlaczego tak uważam? Otóż zgłosiłem się do banku, podając się za klienta, który zarabia 1500 zł netto i chce skonsolidować kredyty o wartości 15 tys. zł. Okazało się, że bank skonsoliduje tylko tyle kredytów, ile wynosi z grubsza pięciokrotność moich dochodów. Poza tym można przenieść długi z najwyżej dwóch kart kredytowych i nie można mieć żadnych zaległości w spłatach. A jak już udzieli kredytu, to wyjściową stawką jest 20 proc. w skali roku. To prawie tyle, ile wynosi w Polsce ustawowy limit lichwy. Hmmm... ciekawe jak z takim oprocentowaniem można mówić o "zawsze niższej racie"?

      Poprosiłem panią w infolinii, żeby skonsolidowała mi chociaż jeden kredyt gotówkowy, za 5000 zł. Pani postukała na klawiaturze, policzyła coś na boku i wyszło jej, że jeśli chcę płacić niższą ratę, niż obecnie, to muszę rozłożyć kredyt na dłuższy okres, niż ten obecny. No, niby logiczne. Żeby zamienić jeden drogi kredyt na drugi równie drogi kredyt i mieć niższą ratę, nie ma innej drogi jak wydłużenie okresu spłaty.

      I na tym prostym zabiegu często polega konsolidacja kredytów a la Lukas Bank. Masz 5000 zł kredytu na rok, to ci go zamienimy na 5000 zł na dwa lata z tym samym oprocentowaniem. Dołożymy obowiązkowe ubezpieczenie i prowizję, ale rata i tak będzie niższa. A o tym, że łączny koszt tego skonsolidowanego kredytu będzie wyższy, niż starego (bo okres spłaty jest dłuższy i bank dłuzej nalicza odsetki), jakoś "Instytut: jak płacić mniej" nie wspomina ani słowa.  Ciekawe dlaczego?


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Instytut Lukasa: płacić mniej, czyli więcej?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 lipca 2009 09:40
  • poniedziałek, 06 lipca 2009
    • Urzędy blokują nam konta? I dobrze!

      W dzisiejszym wydaniu porannego magazynu ekonomicznego radia TOK FM jednym z głównych tematów był tekst „Gazety Wyborczej” o tym, że urzędy coraz częściej blokują nam konta bankowe, żeby wymusić zapłatę zaległych mandatów lub podatków. Tekst pt. „Zaraz ci zablokuję konto” przeczytasz tutaj.

      Uczestnicy audycji: Tadeusz Mosz, Krzysztof Barembruch, Andrzej Arendarski i Maciej Grelowski zgodnym chórem narzekali na okropną straż miejską, która zamiast zająć się porządnymi sprawami tylko wlepia mandaty, zakłada blokady na koła, ściga kwiaciarki na ulicach i blokuje konta Bogu ducha winnym dłużnikom.

      Dopiero w ostatnich minutach audycji uczestnicy trochę się opanowali i uznali, że może to jednak dobrze, że urzędy państwowe mają jakieś narzędzia do ściągania wierzytelności. Choć od razu zastrzegali, że taki urząd, zamiast blokować konto bankowe, najpierw powinien poprosić, upomnieć, napisać lub zadzwonić do dłużnika.

      Nie mówię, że wszyscy strażnicy miejscy, policjanci i urzędnicy to chodzące anioły. Zgadzam się też, że strażnicy miejscy mogliby czasem zająć się czymś innym, niż tylko ściganiem źle parkujących i za szybko jadących kierowców. Sam dostałem niedawno zdjęcie z fotoradaru Straży Miejskiej i 400 zł mandatu za śmiertelnie niebezpieczne przestępstwo pt. jazda warszawską Wisłostradą z prędkością 90 km na godzinę. To ulica trzypasmowa, prosta jak drut, na długich odcinkach bezkolizyjna (przecinają ją kładki i wiadukty). Ale jakiś nieprzesadnie inteligentny urzędnik ustalił tam dozwoloną prędkość na 50 km na godzinę.

      Wracając do rzeczy: to, że urzędnicy czasami idą na łatwiznę to jedno. Ale to, że swoje zobowiązania trzeba płacić - to drugie. A na ten drugi temat goście programu Tadeusza Mosza ledwie się zająknęli. Słyszałem tylko w kółko, że „każdemu się może zapomnieć”, że „nie warto wysyłać egzekutora, żeby ściągnął z kogoś 20 zł”, że blokowanie konta z powodu kilku złotych zaległości to przesada.

      Otóż, do diaska, jakby ci wszyscy, którym urzędnicy blokują konta, po prostu zapłacili swój mandat/podatek/karę w terminie, to nikt by im nic nie zablokował! Nie wolno podchodzić do swoich zobowiązań z taką lekkomyślnością. Dostałeś mandat, podatek do zapłacenia - to zapłać! A jak wyrzucasz kwitek do śmietnika, to się nie dziw, że potem blokują ci konto.

      Pewnie, że to rozwiązanie drastyczne. Pewnie, że czasami koszt egzekucji jakiejś drobnej kwoty przekracza wartość samego mandatu, czy podatku. Ale tu chodzi o zasadę. Gdybyśmy się umówili, że egzekwujemy mandaty tylko od tych, od których się opłaca je ściągać, to może wypuśćmy też na wolność wszystkich przestępców? Koszt ich utrzymania w więzieniu wynosi kilka tysięcy złotych miesięcznie. To też się nie opłaca.

      Jestem za tym, by każdy, kto coś przeskrobał i został przyłapany, nie tkwił w poczuciu bezkarności, tylko musiał za to zapłacić. Jak raz takiemu zapominalskiemu zablokuje się konto bankowe i karty, to następnym razem już nie zapomni, że ma coś do zapłacenia. Niech w tym kraju wreszcie zapanuje porządek! (i wcale nie głosowałem w wyborach na Ziobrę :-))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 lipca 2009 13:36
  • niedziela, 05 lipca 2009
    • Przepis na szczęście: banany, kawa i tropiki

      Najszczęśliwszymi ludźmi na świecie są mieszkańcy Kostaryki - ogłosiła właśnie Fundacja na rzecz Nowej Ekonomii. W zestawieniu, w którym brano pod uwagę 143 kraje, Polska nie zmieściła się nawet w pierwszej połowie stawki - jesteśmy tylko" na 77 miejscu wśród najszczęśliwszych narodów świata.

      Na pocieszenie można dodać, że generalnie Europejszycy niespecjalnie cieszą się życiem, bo nawet najbardziej optymistyczni na naszym kontynencie Holendrzy (jak na ironię tkwiący od stuleci w geograficznej depresji) znaleźli się dopiero na 43 miejscu. Znacznie szczęśliwsi od nas są Niemcy (51. lokata), ale już Brytyjczycy - tylko o włos (są trzy miejsca wyżej, niż Polska). Za to szczęście jest nam bliższe, niż np. Amerykanom (są dopiero 114 miejsce w zestawieniu). Zupełnie nie rozumiem dlaczego Amerykanie nie są szczęśliwsi od Brytyjczyków.

      Na pozycję w rankingu składa się oczekiwana długość życia, odsetek mieszkańców deklarujących zadowolenie z życia i zasoby naturalne poszczególnych krajów. Co nas różni od najszczęśliwych ludzi na świecie? Cóż, przede wszystkim to, że leżymy w zimnej Europie, a nie w pulsującej rytmami samby Ameryce Łacińskiej. Na dziesięć najszczęśliwszych nacji świata aż dziewięć pochodzi z tej części świata. Z innych regionów do czołowej dziesiątki wcisnęła się tylko Australia. Ale to akurat nic dziwnego, kraina kangurów to dla wielu z nas synonim najspokojniejszego i najbardziej atrakcyjnego miejsca na ziemi.

      "Indeks Szczęśliwej Planety" (HPI), bo to on jest liczbowym odzwierciedleniem szczęśliwości ludzi, po raz kolejny dowodzi oczywistej prawdy, że pieniądze szczęścia nie dają (tylko dlaczego tak wszyscy za nimi ganiamy, hę? :-)). Taki Kostarykańczyk pod względem bogactwa to się nawet nie umywa do Amerykanina. Ba, nie umywa się nawet do mieszkańca kraju nad Wisłą. Na głowę jednego Polaka przypada 13,8 tys, dolarów produktu krajowego brutto, a taki Kostarykańczyk syci się do pełni szczęścia raptem 7,1 tysiącem dolarów.

      Jest szczęśliwy nie tylko dlatego, że żyje w tropikalnym klimacie i nie musi co chwilę zmieniać opon w samochodzie na zimowe. Nie tylko dlatego, że ma do dyspozycji 1290 km linii brzegowej morza (my też mamy, ale nasze morze jest zimne, jak jasna...). I nie tylko dlatego, że nie musi się obawiać utraty pracy (bezrobocie w tym kraju nie przekracza 5,5 proc. to dwa razy mniej, niż u nas).

      Taki Kostarykańczyk jest szczęśliwy przede wszystkim dlatego, że syci się prawdziwym bogactwem ziemi, a nie bogactwem papierków drukowanych przez bank centralny (z pokryciem lub bez pokrycia). Żeby nie było wątpliwości: kostarykański bank centralny oczywiście też drukuje papierki bez opamiętania, inflacja w tym kraju wynosi bowiem 12 proc. w skali roku. Ale w kraju, który żyje z eksportu bananów - tak, tak, słynna Chiquita to marka rodem z Kostaryki - i kawy, w którym występują rudy żelaza, miedzi i ołowiu, a także srebro, złoto i ropa naftowa, zaś lasy są pełne drewna, gotówka naprawdę nie musi być synonimem bogactwa.


      Kostarykańczyk, mając w ziemi i na ziemi takie nieprzebrane bogactwa, mógłby więc leżeć do góry brzuchem i zajmować się nic-nie-robieniem. Ale - jak przeczytałem w serwisie www.sciaga.pl - on woli główkować. Stolica Kostaryki San Jose (miasto założone w 1737 r.) było trzecim miastem na świecie, w którym zainstalowano uliczne lampy i jednym z pierwszych z infrastrukturą telekomunikacyjną.

      A jak się jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, to można się wyluzować. To pewnie dlatego ulice w San Jose nie mają nazw, a miejscowi wykorzystują system kierunków - np. coś, co my nazwalibyśmy ulicą Marszałkowską, u nich jest miejsce "200 metrów na północ i 50 metrów na wschód od poczty". A więc map też nie potrzebują. Odpada więc problem przemysłu kartograficznego :-).Kostarykańczyk ma tylko jedno utrapienie: mnóstwo wulkanów, które czasem wprawiają się w erupcję. Ale my mamy za to powodzie...


      Ale żeby dojść do tego, że ulice nie muszą mieć nazw (tamtejsi radni nie tracą więc czasu na kłótnie, czy powinny one nosić nazwy po hiszpańskich kolonizatorach) Kostarykańczycy też musieli najpierw pogłówkować. Każdy budynek w stolicy (kwadratowa parcela), mierzy dokładnie 100 metrów. U nas, budując warszawski Ursynów, nikt o tym nie pomyślał. :-). No i nazwa naszego kraju w języku hiszpańskim nie oznacza bynajmniej "Bogatego Wybrzeża". A nazwa Kostaryki - i owszem (w oryginale: Costa Rica).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Przepis na szczęście: banany, kawa i tropiki”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 lipca 2009 16:09
  • sobota, 04 lipca 2009
    • Plaża i finanse: biznes wchodzi do Bałtyku

      Spędziłem ostatnio upojnych kilka dni w Kołobrzegu. Nie byłem tam od kilku dobrych lat i muszę powiedzieć, że ten nadmorski kurort - a przede wszystkim zmiany, które w nim zachodzą - zrobił na mnie duże wrażenie. Skąd biorą się pieniądze na budowanie setek i tysięcy nowych apartamentów tuż przy brzegu morza i czy ktoś te apartamenty kupuje - to temat dla mojego redakcyjnego kolegi od nieruchomości Marka Wielgo. Ja, jako kompletny laik w tym temacie - mam wątpliwości.

      Razem z apartamentowcami powstają w Kołobrzegu, jak grzyby po deszczu, luksusowe hotele. W cenach europejskich. Za dobę w czterogwiazdkowym hotelu ze śniadaniem, basenem, saunami, jaccuzi i jaskinią solną wliczonymi w cenę oraz z możliwością wykupienia licznych zabiegów spa płaci się od 500 zł w górę (za pokój).

      Hotele pod koniec czerwca stały jeszcze pustawe, więc można było negocjować ciekawe zniżki (testowałem - polecam!). Ale mimo wszystko nie wiem, czy będzie wielu chętnych na wypoczynek w takich cenach w miejscu, gdzie temperatura wody w morzu w czerwcu nie przekracza 11 stopni. Za podobne pieniądze można się wybrać do Chorwacji, Bułgarii, a przy odrobinie szczęścia - do Hiszpanii lub Portugalii. Faktem jest, że wysokie ceny i coraz większa dostępność luksusowych hoteli powoduje, że w górę idą ceny kwater prywatnych i pensjonatów. Na pokój w średniej klasy pensjonacie płaci się nawet po 200-250 zł, a za obskurny niekiedy pokój w willi niedaleko morza po 60-80 zł.

      Rozwija się nie tylko baza hotelowa, ale i small biznes. To, że na plażach we wszystkich nadmorskich kurortach można kupić od obwoźnych sprzedawców napoje, popcorn i co tam jeszcze, nie jest niczym nowym. To, że na plażach powstają bary, knajpy i nadmuchiwane atrakcje dla maluchów - też nie dziwi. Ale po raz pierwszy zobaczyłem na plaży regularne stoiska z pamiątkami. Zresztą zobaczcie sami:

      Nie wiem czy te stoiska działają legalnie, czy też są w szarej strefie. Ich właściciele reagowali nerwowo na moje pytania, więc pewnie nie mieli zupełnie czystego sumienia. Ale nie o to mi chodzi. Nasze plaże zaczyna podbijać kolejna forma handlu plażowego, dla której większym zagrożeniem, niż wysokie podatki jest sztorm i wysoka fala. Tak, small biznes wchodzi właśnie do Bałtyku. :-) 


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Plaża i finanse: biznes wchodzi do Bałtyku”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 04 lipca 2009 15:13
  • czwartek, 02 lipca 2009
    • Konflikt klientów z BRE Bankiem szybko się nie skończy

      W dzisiejszym (czwartek, 2 lipca) wydaniu „Pulsu Biznesu” oraz w serwisie pb.pl jest ciekawy wywiad Gienka Twaroga z szefem części detalicznej BRE Banku Jarosławem Mastalerzem. Co prawda głównym tematem są pomysły na rozwój mBanku i Multibanku (cały wywiad przeczytasz tutaj), ale Mastalerz odnosi się też do pretensji części klientów, którzy oskarżają bank o nieuczciwe ustalanie odsetek od ich kredytów hipotecznych. Chodzi o tzw. „stary portfel” kredytów, którego oprocentowanie uzależnione jest od widzimisię zarządu BRE.

      Przypomnijmy, że ostatnio zbuntowani klienci znów zaleźli za skórę szefom BRE. O ich ostatniej akcji billboardowej przeczytasz tutaj oraz tutaj. Bank zezłościł się do tego stopnia, że podjął akcję prawną (o niej przeczytasza tutaj). Wygląda więc na to, że spór na linii klienci-BRE zaostrza się.

      W wywiadzie dla „Pulsu Biznesu” Jarosław Mastalerz stara się łagodzić nastroje.Nie jest dla mnie przyjemne, że wcześniej powstawały strony przyjaciół mBanku, a za moich czasów nabiciwmbank. Podejmowanie niepopularnych decyzji nie jest medialnie dobrze odbierane, ale taka jest rola menadżera (...). Doceniam to, w jaki sposób klienci się zorganizowali. To świadczy, że społeczność budowana wokół naszych banków detalicznych nie jest marketingowym sloganem tylko faktem. Dziś za tę otwartość zbieramy baty, ale wierzę, że z czasem znów będzie to naszą siłą. Dalej uważam, że interakcja z Klientami i rozmowa również na trudne tematy to najlepszy sposób na uczciwe prowadzenie biznesu”.

      Sęk w tym, że ta rozmowa jak na razie nie przynosi kompletnie żadnych rezultatów. Trudno jednoznacznie ocenić, czy to BRE jest zbyt mało elastyczny, czy klienci mają zbyt wygórowane oczekiwania. Ostatnio na stronie internetowej mStop jej twórcy oburzali się, że bank w oświadczeniu opublikowanym w moim blogu (treść oświadczenia znajdziesz tutaj) mówili o jakichś negocjacjach z klientami: „Od spotkania w Łodzi 14 lutego do 22 czerwca - żadnych rozmów z klientami nie było, za co całkiem niedawno pracownicy mbanku bardzo przepraszali w mniej oficjalnych kanałach komunikacji”.

      Jarosław Mastalerz w rozmowie z ”Pulsem” tłumaczy dlaczego nie może spałnić oczekiwań klientów. „Koszty finansowania wzrosły drastycznie i de facto spełnienie oczekiwań klientów oznaczałoby dotowanie ich kredytów (...). Musielibyśmy im dać ofertę za 100 bipsów (czyli z marżą 2 pkt. proc. - dopisek mój), pożyczając pieniądze za 200 bipsów, czyli do każdego klienta musielibyśmy dopłacić 100 proc.” - mówi Mastalerz.

      Kłopot w tym, że według klientów bank oferuje zmianę sposobu spłaty kredytów ze „starego portfela” na dużo gorszych warunkach, niż marża 2 pkt. proc. Klienci twierdzą, że bank proponuje najwyżej 3,5 pkt. proc. i ani punkcika mniej. Co na to Mastalerz? „Klienci, którzy są z nami długo, mają u nas rachunki, robią z nami transakcje, dostali oferty rzędu ponad 200 bipsów”. Ale jeśli ktoś „jedyne co u nas ma to kredyt, a pensja idzie gdzie indziej, tam nie zdecydowaliśmy się na tak duży ruch. (...) Możemy zejść do niskiej rentowności portfela, ale nie możemy do klientów dopłacać, w każdym razie nie do wszystkich. Jeśli klient poza hipoteką nie ma z nami relacji, to musimy zostawić sobie wyższą marżę, chociażby na dodatkowe ryzyko i koszty administrowania - mówi Mastalerz

      To oznacza, że bank nie zamierza się ugiąć pod naciskiem zbuntowanych klientów. Konflikt będzie zatem trwał, a wizerunek mBanku (bo to ten bank najbardziej dostaje po uszach) nadal będzie ponosił szwank. Choć Mastalerz się z tym nie zgadza: „Ponieśliśmy koszty wizerunkowe, ale jestem przekonany, że teraz będziemy wysyłać coraz więcej dobrych wiadomości,. Zasób złych już się wyczerpał”.

      A mnie się wydaje, że klienci nie odpuszczą, więc i wiadomości godzących w dobre imię mBanku i Multibanku w najbliższym czasie nie zabraknie. BRE Bank jest w trudnej sytuacji, bo wszystkim nie dogodzi, a dżin z butelki już wyskoczył - klienci są zorganizowani i czują się silni.

      Jedynym sposobem, by ostatecznie przeciąć sprawę byłoby opublikowanie przez zarząd BRE czytelnych zasad zmiany umów kredytowych. Czyli np. klient, który ma w banku kredyt, kartę i konto ze średnim osadem takim a takim, może przejść na taką a taką marżę kredytową. Ten, który ma tylko kredyt - może dostać siaką. A ten, co ma kartę i kredt gotówkowy - owaką. Jeśli informacja będzie czytelna i uczciwie przedstawiona, opinia publiczna dowie się kto w sporze ma rację. Albo bank, który oferuje dobre warunki, których klienci nie chcą zaakceptować, albo klienci, którym bank chce zamienić złe warunki kredytu na inne - też złe. Pytam Jarosława Mastalerza: czy to naprawdę byłoby takie trudne? 


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Konflikt klientów z BRE Bankiem szybko się nie skończy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 lipca 2009 11:00
  • wtorek, 30 czerwca 2009
    • Dywidenda PKO na raty. Dobry kompromis.

      Tuż przed dzisiejszym walnym zgromadzeniem akcjonariuszy banku PKO BP resort skarbu państwa podał, że chciałby przeznaczyć na wypłatę dywidendy z ubiegłorocznego zysku tylko miliard złotych. Do kasy państwa trafić ma więc 500 mln zł dywidendy, a nie półtora miliarda, jak chciał minister finansów Jacek Rostowski i na co godził się prezes banku Jerzy Pruski. W wersji Pruskiego i Rostowskiego akcjonariusze dostaliby po 2,88 zł dywidendy, w wersji resortu skarbu - tylko po złotówce. Już wiemy, że walne zgormadzenie przegłosowało opcję forsowaną przez ministra skarbu Aleksandra Grada - będzie więc po złotówce dywidendy na akcję.

      Ale rząd - poza złotówką dywidendy wypłacaną teraz - chce wziąć z banku dodatkową gotówkę. Akcjonariusze uchwalili głosami Skarbu Państwa, by po jesiennej emisji nowych akcji PKO BP wypłacił drugą dywidendę, tzw. zaliczkową, już akonto zysków za 2009 r. Nie wiadomo ile ona wyniesie, bo prawo ogranicza możliwości wypłaty dywidendy zaliczkowej do połowy zysku z trzech kwartałów. A przecież nie jest pewne, czy PKO BP w ogóle wypracuje w tym roku jakiś zysk. Resort skarbu planuje też dodatkową dywidendę w 2010 r., ale to dopiero pieśń przyszłości.

      Bank, który potrzebuje kapitału na udzielanie kredytów i na pokrycie strat ze złych kredytów, zostanie więc uszczuplony o znacznie mniejszą kwotę, niż prawie 3 mld zł. To dobry kompromis między potrzebami budżetu, a koniecznością budowania bazy kapitałowej przez PKO BP. Wypłacając teraz tylko część pieniędzy na dywidendę, PKO BP uniknie głębokiego spadku współczynnika wypłacalności. I w najbliższych - trudnych dla gospodarki - miesiącach nie będzie musiał aż tak pilnować się przy udzielaniu kredytów. Resztę dywidendy (ze względu na ograniczenia prawne - pewnie niewielką) PKO wypłaci dopiero po zainkasowaniu gotówki z emisji akcji. A nie wiadomo nawet, czy zdąży z nią przed końcem bieżącego roku. Ciekawe jestem co na to wszystko minister finansów Jacek Rostowski...


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Dywidenda PKO na raty. Dobry kompromis.”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 czerwca 2009 11:23
  • niedziela, 28 czerwca 2009
    • Gdy bank pomaga klientowi w unikaniu podatków. Czy to etyczne?

      Portal pb.pl, powołując się na gazetę Sonntag, podał, że szwajcarski bank UBS zapłaci amerykańskiemu rządowi 3-5 mld franków (czyli równowartość 3-4,5 mld dol.), by zamknąć sprawę ułatwiania Amerykanom unikania podatków. Amerykański rząd pozwał UBS za to, że szwajcarski bank pomógł 52 tysiącom swoich klientów z amerykańskim paszportem uniknąć zapłacenia 15 mld dol. podatków.
      UBS w lutym w drodze ugody sądowej zdecydował się ujawnić dane 250 klientów i złamać wielowiekową tradycję tajemnicy bankowej. W trakcie postępowania władze USA wykryły, iż UBS prowadził na terenie USA działalność private bankingu bez zezwolenia tamtejszego nadzoru (SEC). Pracownicy UBS byli szczegółowo instruowani przez bank jak uniknąć wpadki. W USA spotykali się z klientami i regularnie informowali o możliwościach transferowania pieniędzy za granicę. A było tak słodko... Zobaczcie sami. You and us. UBS.

      Kiedy bank, instytucja zaufania publicznego, zaczyna zajmować się szukaniem kruczków prawnych, by klienci nie płacili podatków, to coś jest chyba nie tak. A kiedy prowadzi działalność bez zezwolenia nadzoru, to coś jest bardzo, bardzo nie tak. UBS powinien znacznie bardziej dostać po łapach, niż zapłacić te nędzne kilka miliardów odszkodowania. Zwłaszcza, że rząd amerykański jest w naprawdę dużo większej potrzebie, te nędzne kilka miliardów go nie uratują  -). Ile potrzebuje? Zobaczycie jeśli dotrwacie do końca tego klipu.
      .
      Ale wracając do meritum. Chciałbym zapytać o nasze banki. Może nie chachmęcą tak, jak Szwajcarzy, ale gdy oglądam na ich stronach internetowych oferty tzw. lokat antypodatkowych, to coś się we mnie burzy.
      Pod przykrywką polisy na życie banki sprzedają ludziom lokaty, a dzięki temu zysk nie jest opodatkowany podatkiem Belki. Wszystko jest lege artis, po prostu prawo jest dziurawe i banki z tego skrzętnie korzystają. Ale czy to etyczne? czy bank, instytucja zaufania publicznego, powinien oferować klientom lokaty i nazywać je polisami? Pytanie pozostawiam otwarte. Sam chyba nie mam wyrobionego zdania w tej sprawie. Zwłaszcza, że w swoim prywatnym portfelu inwestycyjnym też mam jedną taka poliso-lokatę.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy bank pomaga klientowi w unikaniu podatków. Czy to etyczne? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 czerwca 2009 23:17

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line