Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • środa, 29 lipca 2009
    • Bajka o PKO, który nie umiał kupić AIG

      AIG Bank Polska, jeden z największych banków typu consumer finance w Polsce, zostanie przejęty przez hiszpańską grupę bankową Santander. Z jednej strony to dziwne, bo Santander zaczął zwijać interesy w Polsce (zamknął dział kredytów hipotecznych i skasował część placówek). Z drugiej strony AIG ma podobny profil działalności, jak Santander (nastawia się na finanse konsumenckie), więc z punktu widzenia Hiszpanów taki alians ma głęboki sens.Powstanie bank z siecią 250 placówek i portfelem kredytów wartych 17 mld zł. To już będzie na rynku naprawdę gruba ryba.

      A ja wciąż nie mogę zrozumieć jak to się stało, że bankowy majątek AIG w Polsce nie został przejęty przez PKO BP. Negocjacje były tak zaawansowane, a obie strony zainteresowane dobiciem targu. Swego czasu odbyłem kilka nieoficjalnych rozmów z uczestnikami i bliskimi obserwatorami transakcji. I na podstawie tych dyskusji spróbuję odtworzyć przebieg wydarzeń wokół negocjacji PKO BP i Amerykanów.

      Największy polski bank, choć pod względem skali działalności należy do największych instytucji finansowych w naszej części Europy (100 mld zł depozytów i kredytów, 3 mld zł zysku netto, ponad 6 mln klientów), od lat nie zdołał przeprowadzić żadnego udanego przejęcia innego banku. Próbował kilkanaście razy, ale efekty są mizerne - na liście akwizycji PKO znalazł się jedynie kupiony w 2004 rokur. Kredobank na Ukrainie oraz Bank Pocztowy, którego drugim współwłaścicielem jest Poczta Polska.

      Analitycy przepowiadali, że kryzys finansowy, który ogarnął świat, będzie dla PKO BP szansą na skok do przodu. Bank, będąc w dobrej sytuacji finansowej i nie obciążony żadnymi toksycznymi aktywami, mógł wypatrywać szans na tanie zakupy. „Ofiarami” mogły być polskie banki, należące do zagranicznych właścicieli mających kłopoty na rodzimych rynkach. PKO BP może skoczyć na głęboką wodę:


      Okazja pojawiła się pod koniec 2008 r. Amerykańska grupa AIG, którą od bankructwa uratowało 75 mld dol. rządowej pożyczki, zaczęła pozbywać się swoich aktywów w Europie i Azji. Pod nóż miał pójść także polski bank należący do AIG, specjalizujący się w pożyczkach gotówkowych i ratalnych AIG Bank Polska. Do wzięcia było ponad sto placówek i ok. 5 mld zł portfela kredytowego. Bank w 2008 roku wygenerował prawie 200 mln zł rocznego zysku.

      W listopadzie 2008 r. zarząd PKO BP postanowił wejść do gry o AIG, składając pierwszą, niewiążącą ofertę. Nie wiadomo dokładnie ile ona wynosiła. Moi rozmówcy z kręgów rządowych i bankowych podają rozbieżne kwoty, zawierające się między 1 mld a 1,8 mld zł. Nie wiadomo czy na tym etapie rozmów PKO miał jakichś konkurentów. Rada nadzorcza PKO BP udziela prezesowi Jerzemu Pruskiemu i wiceprezesowi Tomaszowi Mironczukowi pełnomocnictwa do dalszych rozmów w sprawie AIG.

      Na przełomie października i listopada 2008 r. PKO BP przeprowadza w AIG Banku tzw. due dilligence, czyli gruntowne badanie sytuacji finansowej firmy. Okazuje się, że bank będzie musiał wkrótce tworzyć rezerwy na złe kredyty. Pruski i Mironczuk w kolejnych odsłonach negocjacji wykorzystali to, żeby zbić cenę. Wiążąca oferta zakupu banku, złożona na przelomie listopada i grudnia 2008 r., wg. różnych źródeł wynosi od 900 mln do ponad 1 mld zł.

      Co dzieje się dalej? Jedna z wersji wydarzeń mówi, że Amerykanie są wściekli. I zrywają w koncu grudnia 2008 negocjacje, twierdząc że cena jest za niska. Od innych informatorów usłyszałem, że to Ministerstwo Skarbu wymusiło na zarządzie PKO BP odejście od stołu negocjacyjnego. Prezes Pruski miał się zgodzić na zbyt wygórowane warunki finansowe transakcji. Podobno umowa była już gotowa, a resort skarbu odkręcił ją, wykorzystując kruczek prawny.

      Tak czy siak sprawa wydaje się zamknięta. Ale już w styczniu 2009 nieoczekiwanie AIG i PKO wracają do stołu negocjacyjnego. Amerykanie potrzebują pieniędzy, bo muszą spłacić pożyczkę rządową. Czas gra na ich niekorzyść, bo z miesiąca na miesiąc pogarsza się sytuacja gospodarcza, więc siłą rzeczy spadają też wyceny banków. Cena za polski AIG Bank znowu się zmniejsza. Nieoficjalnie mówi się, że Amerykanie zeszli już grubo poniżej miliarda złotych.

      Wydaje się, że wszystko idzie po myśli Pruskiego i Mironczuka. Ale niektórzy członkowie rady nadzorczej zaczynają mieć wątpliwości. - Dlaczego cena tak gwałtownie spada? Skoro w ciągu kilku miesięcy wartość AIG zjechała o połowę, to może AIG Bank w ogóle nie jest nic warty? Dlaczego poprzednio zarząd PKO chciał kupić bank tak drogo? - to pytania zadawane prezesom przez członków rady nadzorczej.

      Szefowie PKO BP są między młotem, a kowadłem. Z jednej strony coraz bardziej przeceniony AIG Bank do wzięcia, a z drugiej - wątpliwości rady nadzorczej i Ministerstwa Skarbu, głównego właściciela banku. Z ekspertyz, które zamawiają Pruski i Mironczuk wynika, że „prawdziwa” wartość AIG dla PKO BP  jest dwa-trzy razy większa, niż cena, która jest na stole. Z drugiej strony coraz trudniej wycenić ryzyko związane z portfelem kredytów banku, bosytuacja gospodarcza się pogarsza.

      Wreszcie na początku maja szefowie PKO BP podejmują trudną decyzję: wycofujemy się z negocjacji. Podobno chodziło o to, żeby poczekać, aż wyklaruje się sytuacja na rynku kredytów i będzie można rzetelnie oszacować ryzyko. Ale nasi rozmówcy zbliżeni do resortu skarbu twierdzą, że prawda jest inna: prezes Pruski, nie mając stuprocentowego poparcia rady, po prostu nie chciał ryzykować. Tym bardziej, że część członków rady wciąż twierdziła, iż PKO BP chce przepłacić za AIG.

      Zaledwie półtora miesiąca po fiasku negocjacji z AIG obaj menedżerowie PKO BP, prowadzący sprawę AIG, dostają od rady nadzorczej żółte kartki - rada nie opiniuje pozytywnie projektów uchwał o udzieleniu im absolutorium. Nieoficjalnie w resorcie skarbu mówią, że to kara za błędy w negocjacjach z AIG. Walne zgromadzenie ostatecznie udziela Pruskiemu i Mironczukowi absolutorium, ale zaledwie tydzień później rada nadzorcza wyrzuca ich z pracy. Tak kończą się marzenia PKO BP o przejęciu AIG. Używając nieparlamentarnych słów można byłoby przedstawić finał tego procesu tak: :-)



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Bajka o PKO, który nie umiał kupić AIG”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 lipca 2009 08:56
  • wtorek, 28 lipca 2009
    • Noble znów „się pomylił”. Sprawa dla KNF

      Kilka dni temu pisałem o tajemniczej zmianie w tabeli opłat i prowizji w Noble Banku (a właściwie w jego hipotecznym oddziale: Metrobanku). Pokrótce przypomnę: 14 lipca bank zamienił tabele opłat i prowizji. Jedną, obowiązującą od 1 lipca, zamienił na inną, obowiązującą... również od 1 lipca. Tabele różnią się w jednym tylko punkcie: wysokością opłaty za zmianę waluty spłaty kredytu. W starej tabelce opłata wynosi 0,5 proc. (maksymalnie 2000 zł), a w nowej - już 1 proc. wartości kredytu. Więcej o całej sprawie przeczytasz tutaj.

      Doczekałem się stanowiska banku w tej sprawie. Powaliło mnie ono na kolana. Otóż fakt antydatowania zmian w tabeli opłat bank tłumaczy... pomyłką pracownika, który 1 lipca przypadkiem wrzucił na stronę internetową jakiś wstępny projekt, zamiast „docelowego”. Bank zorientował się dopiero po dwóch tygodniach i wtedy pracownik wkleił na stronę internetową właściwą tabelę. Rozumiecie coś z tego bełkotu? Bo ja nie. Ale może jestem mało inteligentny, więc wklejam w całości oświadczenie Joanny Fatek z biura prasowego Noble Banku. Oceńcie sami siłę jej argumentów.

      „Obowiązująca, prawidłowa taryfa opłat i prowizji w Metrobanku, znajduje się na stronie internetowej (z datą od 1 lipca 2009). Poprzednia tabela, o której Pan wspomina, była jednym z projektów błędnie umieszczonych przez pracownika banku. Dlatego też klienci zainteresowani podpisaniem aneksu na zmianę waluty kredytu byli błędnie informowani o jego kosztach. W związku z tym osoby, które w tym okresie uzyskały nierzetelną  informację np. z infolinii nie mogły być narażone na dodatkowe koszty wynikające z naszego niedopatrzenia i podpisały aneks ze stawką 0,5%.  Tabela opłat i prowizji znajdująca się obecnie na stronie internetowej jest jedyną obowiązującą.”

      Niezłe, prawda? Otóż jeśli dobrze rozumiem, prezes Noble Banku, Jarosław Augustyniak - nota bene jeden z najlepiej zarabiających menedżerów banków w zeszłym roku - chce nam powiedzieć ustami swej rzeczniczki, że ma w banku taki bajzel na kółkach, iż nie jest w stanie zapanować nawet nad tak prostą operacją, jak zmiana opłat i prowizji. Może więc powinien zająć się jakimś mniej skomplikowanym zajęciem, niż zarządzanie bankiem? Zwłaszcza bankiem „na pokolenia”...


      Może się czepiam złośliwie. Ale to już drugi w ciągu ostatnich dwóch tygodni przypadek, kiedy ten właśnie bank chciał złamać prawo w relacjach z klientami. Wcześniej usiłował zmienić regulamin tak, by umożliwić podwyżkę marży niektórym klientom hipotecznym. Sęk w tym, że marżę można zmieniać tylko na mocy umowy, nie regulaminu. Więcej o całej sprawie przeczytasz tutaj. Wtedy bank zachował resztki klasy i szybciutko się wycofał z głupiego pomysłu.

      A może p. prezes Augustyniak potrzebuje bliższego kontaktu, większego wsparcia, braterskiej pomocy (niepotrzebne skreślić) ze strony Komisji Nadzoru Finansowego? Może Noble Bank jest w tak trudnej sytuacji finansowej, że nie ma innego wyjścia, jak podwyższanie klientom marży kredytów? I to za każdą cenę,deptając resztki dobrego wizerunku, jakie być może jeszcze zachował? Może bez dochodów ze spreadu walutowego cały interres „banku na pokolenia”, by się najzwyczajniej w świecie zawalił? Czy szef nadzoru finansowego Stanisław Kluza chciałby poznać odpowiedzi na te pytania? Powinien, bo szlachectwo (jeśli mówimy o  „banku na pokolenia”) zobowiązuje.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Noble znów „się pomylił”. Sprawa dla KNF”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 lipca 2009 23:25
  • poniedziałek, 27 lipca 2009
    • Poznajcie pechowca: włożył 30 milionów, by wygrać w loterii dwa miliony. I przegrał

      Pani Agnieszka z Tychów (z tych Tychów) nadal nie chce powiedzieć jak się nazywa, ani na co wyda dwa miliony złotych, które wygrała w loterii BZ WBK. Bank milczy jak grób, tabun reporterów śledczych, wysłany przez naczelnych największych gazet na Śląsk, szuka igły w stogu siana. Wszystko na nic. Przejrzałem wnikliwie sobotnią prasę, myślałem że chociaż chłopaki z Faktu i Super-Expressu się popiszą. A tu nic. Potrafią wyśledzić Dodę bez majtek, a pani Agnieszki z dwoma milionami nie potrafią. Wszystko schodzi na psy, nawet bulwarówki.

      Co prawda niektórzy internauci twierdzą, że żadna Agnieszka nie istnieje (chyba, że w wyobraźni prezesów BZ WBK, którzy ukartowali całą zabawę), ale ja jednak chcę wierzyć w uczciwość banku. Skoro nie pani Agnieszka, to ekskluzywnego wywiadu mógłby mi przynajmniej udzielić największy pechowiec loterii BZ WBK. Nie wiemy nawet jak ma na imię i skąd pochodzi. Bank przyznał jedynie, że jeden z klientów włożył na lokatę, która brała udział w konkursie, kwotę 30 milionów złotych. Biorąc pod uwagę, że każde 5000 zł to jeden los na loterii, ów inwestor wykupił aż 6000 takich losów.

      O ile szanse pani Agnieszki na zwycięstwo wynosiły mniej, niż 1:860.000 (jeden do ośmiuset sześćdziesięciu tysięcy), bo wykupiła tylko jeden ”los”, o tyle szanse tajemniczego milionera, pana X, by dołożyć do posiadanego majątku jeszcze dwa milioniki, wynosiła aż 1:143. Innymi słowy, co 143 los spośród wszystkich, które brały udział w losowaniu, był losem należącym do pana X. Mimo takiego zwielokrotnienia szans pan X nie wygrał. Cóż, pieniądze szczęścia nie dają :-).

      Pan X w sumie nie stracił dużo. Po prostu ulokował na kwartał 30 milionów zł na niezbyt korzystnych dla siebie warunkach, bo tylko na 5,5 proc. w skali roku. W innym banku mógłby dostać za te same pieniądze 7 proc. w skali roku. Przekładając to na konkretne liczby, nasz pechowiec dostanie od BZ WBK nędzne 334 tys. zł odsetek, gdy u konkurencji mógłby otrzymać 425 tys. zł. Nieudana zabawa w loterię kosztowała go 91 tys. zł utraconych odsetek. Niedużo jak na kogoś, kto ma co najmniej 30 mln zł oszczędności w gotówce.



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Poznajcie pechowca: włożył 30 milionów, by wygrać w loterii dwa miliony. I przegrał”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 lipca 2009 08:22
  • sobota, 25 lipca 2009
    • Rekordowa podwyżka bankowych prowizji: z 3 zł do 100 zł miesięcznie

      Mało znany, niemiecko-skandynawski bank DnB Nord pobił właśnie rekord podwyżek prowizji. Jak donieśli mi jego oburzeni klienci - mali przedsiębiorcy - bank zwiększył właśnie abonamenty za korzystanie z kont biznesowych i dostępu do platformy internetowej. Podwyżka dotyczy klientów, którzy wcześniej należeli do banku BISE (wchłoniętego w zeszłym roku przez DnB Nord).

      A teraz trzymajcie się foteli. Opłata za prowadzenie rachunku bieżącego wzrosła z 30 do 50 zł. Sporo, ale to jeszcze pikuś w porównaniu z podwyżką ceny korzystania z dostępu do konta przez internet, który podrożał z 3 zł do 100 zł miesięcznie. Przy takim numerze nawet skok na kieszenie klientów, który zafundował im Bank Millennium, jest niewinną pieszczotą.

      Klienci są wściekli i zdezorientowani. Trudno im się dziwić, większość z nich dowiedziała się o podwyżkach pocztą pantoflową albo przypadkiem. Bank nie wysłał do klientow żadnych informacji, a jedynie wywiesił stosowny komunikat w oddziałach! Aż trudno uwierzyć, że tak dużą podwyżkę prowizji bank komunikuje klientom w tak fatalny sposób.

      Rzecznik DnB Nord, którego zapytałem o sprawę gigantycznej podwyżki opłat tłumaczy, że do każdego klienta firmowego, którego dotyczy podwyżka, zadzwoni jego opiekun bankowy i wytłumaczy meandry zmian prowizji. Według rzecznika chodzi o to, że klienci zostali przepięci ze staregodo nowego systemu informatycznego. A w nowym prowizje za „goły” internet są wysokie, natomiast klienci mogą wykupić sobie dużo tańsze pakiety usług, w których prowadzenie konta i dostęp do serwisu internetowego jest gratis.

      Taki pakiet kosztuje od 50 do 100 zł, zaś mikroprzedsiębiorcy mogą płacić 25 zł.  Według rzecznika doradcy bankowi zaproponują każdemu klientowi wykupienie pakietu, zamiast kupowania osobno dostępu do konta za 50 zł i do internetu zakolejne 100 zł. Wszystko pięknie, tylko dlaczego bank najpierw wprowadził horrendalne podwyżki, a dopiero teraz informuje klientów o możliwości wykupienia pakietu? Czy tak trudno było to zaplanować? Panie i panowie z DnB Nord: ta podwyżka to nie był celny strzał...



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Rekordowa podwyżka bankowych prowizji: z 3 zł do 100 zł miesięcznie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 lipca 2009 10:40
  • piątek, 24 lipca 2009
  • środa, 22 lipca 2009
    • 2,49 zł: przepis na ulgę podatkową.

      Banki odkryły nowy sposób na ominięcie podatku Belki. To lokaty jednodniowe, które odpowiednio „skalibrowane” pozwalają twierdząco odpowiedzieć na legendarne już pytanie pochodzące z programu edukacyjnego TVP sprzed lat: „proszę pana, a czy można nie płacić podatków”? Cały patent ukryty jest w wysokości odsetek, która za okres jednodniowy nie może przekroczyć 2,49 zł.

      A to dlatego, że minimalny wymiar podatku Belki to 1 zł. Jeśli podatek miałby być mniejszy - w ogóle nie jest pobierany. Jeśli więc od jakiejś lokaty dostaniemy mniej, niż 2,49 zł odsetek, to automatycznie 19 proc. z tej kwoty będzie sumą mniejszą od 50 gr. Zaokrąglając w dół otrzymujemy zero. I fiskus nie będzie mógł się  dobrać do naszych zysków. Tak proste, że aż genialne.

      Podatkowy trik jest chyba wyjaśnieniem tajemnicy popularności lokat jednodniowych, które banki zaczęły ostatnio wprowadzać jeden po drugim, jak na komendę. W środę taką „jednodniówkę”, oprocentowaną na 5 proc., wprowadził bank BGŻ, wcześniej podobną lokatę zaoferował m.in. Getin Bank. Są też inne przykłady (np. Alior). Wszystkie banki nagłaśniają temat i mrugają do klientów okiem, ale nie mówią wprost, że chodzi o ominięcie podatku. W przypadku BGŻ aby załapać się na „bezpodatkowe” odsetki trzeba zdeponować na rok dokładnie 17.325 tys. zł. I ani grosza więcej.

      Przyznam, że jednodniowe lokaty są dla mnie łatwiejszym do zaakceptowania trikiem na ominięcie podatku Belki, niż ten, który bankowcy stosowali wcześniej - sprzedawanie lokat pod przykrywką polis ubezpieczeniowych. Niby to samo, ale jednak w przypadku polis antypodatkowych mieliśmy do czynienia z tworzeniem pewnego sztucznego bytu, jawną zabawą z fiskusem w kotka i myszkę. Nie jestem przekonany, czy banki powinny w czymś takim brać udział. Więcej na ten temat pisałem tutaj.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „2,49 zł: przepis na ulgę podatkową.”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 lipca 2009 16:11
    • Hipoteka z marżą 1,5 proc.! Cud? Kant?

      Patrząc na najnowszą promocję kredytów hipotecznych w Eurobanku zapewne niejeden z Was przeciera oczy ze zdumienia. Bank od kilku dni promuje kredyty, których oprocentowanie wynosi WIBOR plus 1,54 proc.dla kredytów z LTV ponizej 30 proc. oraz WIBOR plus 1,89 proc. dla kredytów bez wkładu własnego.

      To stawki nieomal dumpingowe, bo WIBOR 3M wynosi dziś 4,2 proc., co oznacza, że Eurobank daje za kredyt bez wkładu własnego oprocentowanie rzędu 6,1 proc.! A za kredyt z dużym wkładem własnym klient Eurobanku może płacić nawet 5,85 proc.! Tymczasem za lokaty, z których wrocławski bank głównie pozyskuje kasę na kredyty, płaci się na rynku tyle samo lub nawet ciut więcej (niektóre banki śrubują oprocentowanie lokat nawet po 6,5 proc.). Gdzie w takim razie Eurobank ma miejsce na jakiś zysk? Bo jeśli nie, to jest milion powodów, by wziąć taki kredyt :-)


      Spokojnie, w Eurobanku wcale nie zwariowali. Żeby skorzystać z promocyjnego oprocentowania trzeba wykupić ubezpieczenie, albo raczej cały pakiet ubezpieczeń. Im bardziej rozbudowana polisa, tym bardziej pokaźna marchewka w postaci niskiej marży kredytu.

      Z informacji, które otrzymałem w banku wynika, że aby otrzymać najniższą możliwą stawkę marży (dla każdego z poziomów LTV) należy wykupić pakiet aż dwóch ubezpieczeń tj. ubezpieczenie na życie oraz polisę od utraty pracy. Każdą z nich na okres pięciu lat i obie w wariantach rozszerzonych. Tzn. takich, w których ubezpieczyciel spłaca cały kredyt lub całą ratę miesięczna niezależnie od tego, którego z klientów dotyczy zdarzenie ubezpieczeniowe (utrata pracy, trwałe inwalidztwo lub zgon).

      I teraz gwóźdź programu. Składki dla ubezpieczenia na życie w wariancie rozszerzonym wynoszą 3,5 proc. wartości kredytu (łącznie za całe pięć lat), zaś za ubezpieczenie utraty pracy - drugie 3,5 proc..Bilet do niskiej marży kredytowej jest więc wyjątkowo kosztowny - trzeba zapłacić zań 7 proc. od wartości kredytu. Bank przez pięć lat zapewnia sobie dodatkowe wpływy, zaś klient przez ten okres zapłaci aż 7000 zł więcej od każdych pożyczonych 100.000 zł.

      Jeśli wezmę w Eurobanku tani kredyt na 30 lat w wysokości 300.000 zł, bez wkładu własnego, z propocyjną marżą 1,89 proc., to miesięczna rata wyniesie mnie jakieś 1700 zł. Spora oszczędność, bo u konkurencji jest to 1800-2000 zł miesięcznie. Niestety, przez pięć długich lat bank będzie doliczał do każdej raty część pakietu ubezpieczeniowego. Nie jest dla mnie jasne, czy w każdym kolejnym miesiącu składka będzie niższa (bo z każdą ratą kredytu kapitał pozostały do spłaty się zmniejsza). Ale jeśli nie, to w sumie od 300.000 zł oddam bankowi 21.000 zł. Czyli jakieś 350 zł miesięcznie więcej, niż wynosi „goła” rata. I tani kredyt w Eurobanku przestaje być tani. Dopiero po tych pięciu latach zacznie się opłacać, bo - jeśli dobrze rozumiem - stała, niska (przynajmniej jak na obecne warunki) marża zostaje do końca.

      Eurobank nie jest jedyną instytucją finansową, stosującą tego typu numery. Nordea Bank w poniedziałek poinformował, że obniży marżę kredytu hipotecznego o 1 pkt. proc. klientom, którzy posiadają konto osobiste, na które regularnie przelewane jest wynagrodzenie oraz korzystają z dołączonej do rachunku karty debetowej. A dodatkowo ubezpieczą finansowaną kredytem nieruchomość w firmie Ergo Hestia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Hipoteka z marżą 1,5 proc.! Cud? Kant?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 lipca 2009 08:31
  • wtorek, 21 lipca 2009
    • Sąd (na razie) nie pomoże „nabitym”. Czy BRE zechce im pomóc?

      Jest już pewne, że 21 lipca nie będzie sądnym dniem dla BRE Banku. Grupa niezadowolonych klientów mBanku i Multibanku, chcących unieważnienia klauzul mówiących o tym, że oprocentowanie ich kredytów zależy od decyzji zarządu BRE, muszą jeszcze poczekać na wyrok. Rozprawa przed Sądem Ochrony Konkurencji i Konsumentów (SOKiK) została odwołana. Powód: choroba sędziego. Cóż, sędzia też człowiek. Nie wiemy jeszcze kiedy nowy termin.

      Ważniejsze jest jednak to, że - jak ustaliłem - wynik procesu przed SOKiK nie będzie miał dla niezadowolonych klientów żadnego znaczenia. Według moich informacji sprawa w ogóle nie dotyczy bowiem frankowych kredytów hipotecznych. Klauzule o oprocentowaniu uzależnionym od decyzji zarządu BRE, znajdowały się też w umowach o kredyt odnawialny, z których korzystają posiadacze kont osobistych. I to właśnie kredytów odnawialnych w złotych dotyczy sprawa rozgrywająca się przed SOKiK. Według przedstawicieli UOKiK, z którymi rozmawiałem, wyniku sprawy o zapisy umów kredytów odnawialnych (które BRE zresztą już zmienił) nie da się z automatu rozciągnąć na inne kredyty, zwłaszcza walutowe... A przynajmniej bank może taką rozszerzającą intrpretację zakwestionować. I sprawa się przydłuży.

      UOKiK i SOKiK nie pomogą więc rozwiązać sporu klientów z bankami BRE. Jedyna szansa to usiąść do rozmów i się po prostu dogadać. Sęk w tym, że do tej pory zbuntowani klienci - zgrupowani na forum internetowym mStop i nabiciwbrebank.pl - twierdzili, że bank od kilku miesięcy w ogóle z nimi nie rozmawia. Ostatnio ”Nabici” wysłali do banku zaproszenie do wznowienia negocjacji. Szczegóły znajdziesz tutaj.

      Z moich informacji wynika, że ”Nabici” doczekali się już odpowiedzi banku. W skierowanym do nich piśmie, sygnowanym przez Pawła Kucharskiego z BRE, czytamy m.in.: „Indywidualne zaproszenie do rozmowy otrzymała każda osoba posiadająca kredyt z tak zwanego „starego portfela”. Rozmowy prowadzimy z naszymi klientami od lutego. Zaproszenie to jest stale aktualne. Chcemy rozmawiać z każdym z naszych klientów i podjąć próbę wypracowania satysfakcjonującego dla obu stron rozwiązania. Z częścią klientów udało nam się już uzgodnić porozumienie”.

      Hmmm... To nie brzmi zbyt ugodowo, zwłaszcza że ”Nabici” właśnie brak dialogu uważają za główny grzech banku. Kucharski nie zamierza posypać głowy popiołem, choć w kolejnych akapitach jego list jest już bardziej kompromisowy: ”Jesteśmy otwarci na publiczny dialog. Chętnie spotkamy się ponownie z naszymi klientami, aby wspólnie przeanalizować uwarunkowania dla indywidualnych umów o kredyt hipotecznych w kontekście obecnej sytuacji na rynku. Prosimy o wskazanie Państwa reprezentacji, abyśmy mogli wspólnie uaktualnić warunki otwartej dyskusji, na której obu stronom zależy”.

      Z pisma wynika, że BRE zmienia swojej ścieżki dojścia do porozumienia. W jednym z poprzednich postów na temat sporu ”Nabitych” z BRE proponowałem, żeby bank opracował kilka standardowych ofert. Warunki przejścia klientów z umów uzależniających oprocentowanie od decyzji zarządu BRE na takie zależące od LIBOR-u i marży, wynikałyby z tego ile klient posiada produktów bankowych i jakie ma obroty na koncie. Taka propozycja, postawiona publicznie, dawałaby szansę grupowego załatwienia sprawy. BRE jednak utrzymuje, że woli negocjować z każdym z ”Nabitych” z osobna. A na spotkaniu w większym gronie jest gotów co najwyżej ”wspólnie przeanalizować uwarunkowania”.

      Poniżej kilka przykładów na poparcie tezy, że na razie próby rozwiązania sprawy ”Nabitych” przypominają nieco rozmowę głuchego z niemową. Oto kilka przykładów z obu stron:

      Pracownicy "oddziałowi” Multibanku mają ustalony sposób wyliczenia marży, oparte na obecnym oprocentowaniu dla nowych klientów. Mogą tylko przyjąć reklamację i wysłać ją do centrali. Rozpatrywanie przez centrale trwa 30 dni albo dłużej, ale często odpowiedź jest jednozdaniowa typu "Bank podtrzymuje swoją wcześniejszą decyzję i pozdrawia klienta". - to fragment listu, który na temat rozmów przysłał mi internauta o nicku ”Dzida”.

      Mam kilka produktów w Multibanku, w tym kredyt hipoteczny. Moje i mojego partnera zarobki płyną do Multibanku od 2003 roku.  Wydaje mi się, że można nas określić mianem lojalnych klientów.   Propozycja zmiany oprocentowania, która została do nas skierowana to był LIBOR plus 3,65% (propozycja z kwietnia tego roku, mam e-mail z banku zawierający tę ofertę)”. - to z kolei Inga, inna klientka (nie jestem pewien, czy mogę ujawniać jej personalia)

      Razem z żoną mamy kredyt ze "starego portfela", który został przeniesiony z innego banku. Ponadto, w mBanku posiadam 4 rachunki: 3 prywatne i  jeden firmowy. Żona posiada 3 rachunki oraz ma wykupione ubezpieczenie auta. Za równo w moim jak i żony przypadku na rachunkach regularnie pojawia się sporo pieniędzy (szczęśliwym dla nas trafem, są to sumy mieszczące się powyżej średniej krajowej). Wygląda więc na to, że nie należymy do tych "godnych pogardy" właścicieli kredytów hipotecznych, tylko do przyzwoitych klientów. Ufny w siłę swojego przekonania, starałem się o zmianę warunków i... zaproponowano mi przejście na LIBOR plus 3,3 proc. marży. Serdecznie podziękowałem za tak atrakcyjną ofertę wyliczając przy tym zakres usług z jakich korzystam w banku - to z kolei opowieść pana Bartka, który prosił, żebym zachował jego nazwisko i dane kontaktowe dla siebie.

      A to historia pewnego bolesnego rozstania z mBankiem, też poniekąd dowodząca ograniczonej komunikatywności po stronie banku...

      Po drugiej stronie są przykłady udanych negocjacji, które podał mi bank. Ma to być dowód na poparcie tezy, że nie wszyscy klienci są tak mało elastyczni, jak ci, którzy odrzucają oferty BRE.

      1. Klient z silną relacją z mBankiem. Kwota kredytu do spłaty - 61 000 CHF, oprocentowanie obecne kredytu (dane na luty 2009) - 4,25 proc. Ustalane oczywiście decyzją zarządu. Wpływy regularne powyżej 10 000 zł miesięcznie, transakcje bezgotówkowe  powyżej 2 000 zł miesięcznie, aktywny Supermarket Funduszy Inwestycyjnych i eMakler, aktywa zdeponowane powyżej 100 000 zł, konto oszczędnościowe i kredyt gotówkowy. Propozycja marży - 2,3 pkt. proc.

      2. Klient z kwotą kredytu do spłaty 233 000 CHF; oprocentowanie (z lutego 2009) - 3,5 proc. Regularne, miesięczne wpływy na konto 5 000 zł, średnie miesięczne transakcje bezgotówkowe - ponad 800 zł. Aktywny supermarket funduszy. Brak innych kredytów, ale powyżej 40 000 zł aktywów zdeponowanych w banku. Propozycja marży - 2,3 pkt. proc.

      3. Klient z kredytem do spłaty w wysokości 83 000 CHF, oprocentowanie ustalane decyzją zarządu - 3,95 proc. (dane z lutego 2009). Regularne wpływy na konto 5 000 zł. Średnie miesięczne transakcje - ponad 800 zł. Konto oszczędnościowe, karta kredytowa. Aktywów w banku brak. Propozycja marzy - 2,7 pkt. proc.

      4. Klient posiadający wyłącznie kredyt hipoteczny: Kwota kredytu do spłaty 77 000 CHF, oprocentowanie ustalane decyzją zarządu - 4,45 proc. (luty 2009). Kontakty z mBankiem: brak wpływów, transakcji bezgotówkowych, aktywów, brak innych kredytów oraz kart kredytowych. Propozycja marży: 3,7 pkt. proc.

      I jeszcze krótkie podsumowanie sytuacji, widziane oczami BRE.

      mBank: do tej pory klienci podpisali 1210 darmowych aneksów, umożliwiających przejście na nowy sposób ustalania oprocentowania. Łącznie z oczekującymi na podpis - 2091 aneksów, co stanowi ok. 20 proc. pozytywnych odpowiedzi na ofertę. Średnia marża zaproponowana - 3,16 proc. Obecnie średnia marża proponowana klientom to 3,4 proc..MultiBank: do tej pory ok. 1000 darmowych aneksów, umożliwiających zmianę oprocentowania. Średnia proponowana klientom marża to 3,4 proc.

      Czy ktoś ma pomysł na rozwiązanie tego węzła gordyjskiego? Telefon do dziennikarza tym razem na pewno nie wystarczy. Przedstawiłem stanowiska obu stron, ale nie podejmuję się określić kto ma rację. Oceńcie to sami. Propozycje banku, uzależniające propozycję marży od relacji z klientem wydają się sensowne. Ale klienci, którzy do mnie napisali, są żywymi przykładami, że wcale nie jest tak różowo. Zresztą sam bank przyznaje, że podpisuje aneksy przy średniej marży 3,2-3,4 proc. To dużo, bardzo dużo. Gdyby to było, powiedzmy, 2,8 proc., mógłbym uznać, że bank rzeczywiście chce pomóc klientom, nie posuwając się przy tym do dumpingu.

      A takmogę tylko napisać, że końca sporu nie widać. Co daje asumpt do kolejnych pomysłowych akcji ”Nabitych”. A przecież banki BRE powinny chcieć się dogadać, tym bardziej, że nie można wykluczyć, iż aktywność ”Nabitych” już teraz ma przełożenie na wizerunek mBanku i Multibanku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Sąd (na razie) nie pomoże „nabitym”. Czy BRE zechce im pomóc?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 lipca 2009 09:09
  • poniedziałek, 20 lipca 2009
    • Kredyty konsolidacyjne: wielkie oszustwo?

      W ostatnich tygodniach na łamach papierowej i internetowej ”Wyborczej” dwukrotnie zajmowałem się reklamami kredytów konsolidacyjnych. Najpierw wziąłem na warsztat Lukas Bank i jego ”Instytut jak oszczędzać”, a dziś prześwietlam kredyt konsolidacyjny GE Money. Muszę przyznać, że oba doświadczenia były dla mnie bolesne. Serce mi krwawiło, kiedy obliczałem jak głęboko trzeba sięgnąć do własnego portfela, żeby móc sobie pozwolić na kredyt konsolidacyjny.

      W Lukasie wyjściowa stawka to 20 proc. w skali roku. Może być mniej, ale nie musi. W GE Money oprocentowanie wynosi od 16 do 20 proc. Kiedy w tym drugim banku - w ramach swego rodzaju mystery shopping - chciałem pożyczyć 10.000 zł na spłatę kart kredytowych i zadeklarowałem dochody rzędu 1500 zł oraz dziecko na utrzymaniu, zaproponowali mi oprocentowanie 18 proc. w skali roku  Masakra. Gdybym akurat nie miał dobrego humoru, pewnie zrobiłbym tak, jak ten pan z reklamy firmy handlującej na giełdzie instrumentami pochodnymi:


      Odsetki, jakich banki życzą sobie przy konsolidacji kredytów, pochodzą z najwyższej półki. Dlaczego? Można byłoby to tłumaczyć niską wiarygodnością kredytową osób starających się o takie pożyczki. Ale przecież, do licha, taki np. Lukas w ogóle nie pożyczy ani grosza klientowi, który swoich obecnych kredytów nie spłaca. GE Money chyba też nie, bo pierwsze co robi pracownik, kiedy przyjdzie do niego klient z prośbą o kredyt konsolidacyjny, to łypie okiem na bazę danych Biurze Informacji Kredytowej (BIK)

      Wygląda na to, że do kredytów konsolidacyjnych banki wybierają sobie klientów, którzy są, owszem, zadłużeni po uszy, ale nie stracili płynności finansowej (bo nadal płacą raty w terminie). W dodatku mają całkiem solidną historię kredytową, co z definicji obniża ryzyko banku. Spotkałem się niedawno z sytuacją, że młoda parka z Wrocławia nie dostała w banku kredytu hipotecznego, bo... miała czystą kartę w BIK. Czystą, czyli bez żadnych kredytów. Dla banku lepszym klientem jest ten, o którym wiadomo, że w życiu coś-tam spłacił albo nie spłacił, niż taki, który jest czystą kartką.

      Dlaczego więc po 18-20 proc. rocznie ma płacić za pożyczkę konsolidacyjną klient, który ma relatywnie dobrą historię kredytową? I dlaczego, motyla noga, te banki wciskają klientom kit o „zamianie starych kredytów na jeden tańszy”, tudzież podobne dyrdymały? Jeśli konsolidacja kredytów po polsku ma się ograniczać do zamiany pięciu kredytów oprocentowanych na 20 proc. na jeden, oprocentowany na 18 proc., ale spłacany cztery razy dłużej, to dla mnie jest to jedno wielkie oszustwo.

      Tym bardziej, że biedni ludzie, spłacający takie, rzekomo „tanie i wygodne” kredyty konsolidacyjne, w ostateczności oddadzą bankowi znacznie więcej, niż gdyby spłacali swoje kredyty po staremu. Jeśli pożyczysz 10000 zł na rok na 20 proc., to musisz bankowi oddać 12000 zł. A jeśli pożyczysz te same 10000 zł na osiem lat na 18 proc., to raty zsumują się do 20000 zł. Pojedyncza rata będzie dwa razy niższa od tych, które spłacasz dziś, ale w sumie kredyt będzie cię kosztował znacznie więcej. Aż chce mi się sparafrazować pewną reklamę i krzyknąć: „Kredyty konsolidacyjne? Powinni tego zabronić”.

      A poniżej jedna z dowcipnych, ale manipulatorskich (ciekaw jestem który klient mógłby sobie zrobić akurat takie wyliczenie, jak pan ”profesor”)? Wrrrr...




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (27) Pokaż komentarze do wpisu „Kredyty konsolidacyjne: wielkie oszustwo?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 lipca 2009 15:28

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line