Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 08 czerwca 2009
    • Ciekawe wyliczenia: Ameryka ma najwięcej długów, ale Europa wkrótce w nich utonie.

      Niedawno pisałem o fatalnej sytuacji amerykańskich kredytobiorców, z których 8 proc. już nie spłaca rat kredytów hipotecznych. Notkę zatytułowałem ”Ameryka - kraj pełen bankrutów”. I dziwiłem się, że ci zbankrutowani goście jeszcze ośmielają się utrzymywać dla nas wizy. Zresztą dostało mi się za to od jednego z czytelników. Link do tej notki znajdziecie tutaj.

      W weekend znalazłem ciekawe wyliczenia, z których wynika, że Ameryce, przy całek mizerii jej gospodarki, znacznie dalej do bankructwa, niż np. Wielkiej Brytanii. Z analizy portalu Creditloan.com wynika, że Wyspiarze są tak koszmarnie zadłużeni w przeliczeniu na jednego obywatela, że aż dziw bierze, iż ktokolwiek jeszcze chce im pożyczać pieniądze na finansowanie deficytu budżetowego.

      Na poniższym wykresie widać zadłużenie zagraniczne największych światowych gospodarek. Najbardziej zadłużonym krajem świata są oczywiście USA (jeśli nie mylę się w jednostkach jest to 12,2 biliona dolarów (na wykresie jest to 12 tysięcy bilionów, ale w ich nomanklaturze tysiące bilionów to powinny być nasze biliony). Na liście najbardziej zadłużonych państw są też Wielka Brytania, Niemcy, Francja i Włochy.


       

      Na zadłużenie poszczególnych krajów analitycy Creditloan.com nałożyli ich produkt krajowy brutto, dzięki czemu będzie można określić ich majątek lub zadłużenie netto. Tu też na czele Ameryka z dochodem narodowym rzędu 13 bilionów dolarów. Ale na drugim miejscu jest Japonia (4,4 biliona dolarów PKB)  Potem Niemcy, Chiny i Wielka Brytania z dochodem narodowym w okolicach 2,8-3,3 biliona dolarów..


       

      I teraz zaczyna się najlepsza zabawa. Jeśli od dochodu narodowego poszczególnych krajów odjąć ich zadłużenie zagraniczne i wyniki przedstawić w przeliczeniu na jednego mieszkańca, to okaże się, że najbardziej zadłużonym państwem globu i pierwszym kandydatem na globalnego bankruta jest... Wielka Brytania, a nie USA. Na jednego Brytyjczyka przypada 126 tys. dol. zadłużenia netto. W słabej sytuacji są Francuzi (29,5 tys. dol. zadłużenia netto na mieszkańca), Niemcy i Hiszpanie.

      Wszystkie te kraje mają więcej długów do spłacenia, niż wynosi wartość ich produktu krajowego przypadającego na mieszkańca (liczba mieszkańców - w milionach ludzi - jest na poniższym wykresie podana przy nazwie ka0191dego kraju). Na drugim biegunie są kraje, które co prawda mają gigantyczne długi, ale póki co jeszcze są w stanie pokrywać je swoim produktem narodowym. Poza Japonią, która dzięki wysoko rozwiniętej gospodarce czerpie duże dochody z eksportu, na plusie, choć niewielkim, jest też Ameryka.

       

       

      Choć to od krachu amerykańskiego rynku nieruchomości i załamania tamtejszych banków zaczął się globalny kryzys, paradoksalnie USA są w dużo lepszej sytuacji, niż zadłużone po uszy kraje Europy. Analitycy podkreślają, że słabością Wielkiej Brytanii jest to, że jest stosunkowo małym krajem (61 mln ludzi), a żyje ponad stan w takim samym stopniu, jak giganci. Analitycy Creditloan.com konkludują, że Wielka Brytania jest jak konsument, który już nawet nie wydaje wszystkiego co zarobi, żyjąc od pierwszego do pierwszego. Brytyjczycy są jak ktoś, kto wydaje pożyczone pieniądze już na dwa miesiące przed tem, zanim je zarobi. A odsetki od długów sprawiają, że raty rosną szybciej, niż te, opóźnione w czasie, dochody.

      Ale większość potężnych krajów w Euriopie Zachodniej też jest w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Analitycy wyliczają powody wysokiego poziomu długów w relacji do dochodów na Starym Kontynencie: droga siła robocza, drogi ekspoert, droga waluta, stosunkowo mała liczba ludności, wysoki poziom opodatkowania i drogi system ochrony zdrowia. I obstawiają, że kiedyś wszystko to dobrowadzi nasz kontynent do bankructwa. A jako pierwsza na dno pójdzie oczywiście Wielka Brytania. I wcale nie dlatego, że jest wyspą.



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Ciekawe wyliczenia: Ameryka ma najwięcej długów, ale Europa wkrótce w nich utonie. ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 08 czerwca 2009 10:12
  • niedziela, 07 czerwca 2009
    • Nowa metoda zwalniania pracowników. Z palca i na zawsze

      Wpadła mi w oko telewizyjna reklamówka siłowni o wdzięcznej nazwie ”Crunch Fitness”. Nie powiem żebym się setnie ubawił. W czasach, kiedy miliony ludzi są zagrożone utratą pracy, żarty na temat pozbywania się pracowników (zwłaszcza pozbywania się ich w wersji... hmmm... ostatecznej, czytaj: na zawsze) jakoś mniej śmieszą. Ale może to jest właśnie typ humoru odpowiedni na ten czas? Zobaczcie sami.


      Co ten spot ma wspólnego z tematem bloga? Cóż, prezesi banków też bywają krwiożerczy. Ostatnio coraz częściej. Tydzień temu pisaliśmy w ”Wyborczej” o róznych podejściach do konieczności zwalniania pracowników w bankach. Dekoniunktura w sektorze finansowym sprawia, że pracę może stracić nawet 12 tys. osób pracujących w bankach. Przypadków eliminacji pracownika  - oczywiście w mniej drasycznej formie, niż  na klipie - w branży bankowej będzie wyjątkowo dużo.

      Niektórzy prezesi, w geście solidarności z pracownikami (a także chcąc w jakiejś mierze chronić etaty „zwykłych” ludzi), obniżają sobie - astronomiczne do tej pory - pensje. W tym samym czasie inni bez skrupułów zwalniają setki osób, wypłacając sobie kilkumilionowe pobory. O tym ile według mnie powinien zarabiać prezes banku czytajcie tutaj

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 07 czerwca 2009 14:50
  • sobota, 06 czerwca 2009
    • Wzięli 200 miliardów, a pożyczać nie chcą

      Jak doniósł wczoraj amerykański portal finansowy Creditloan.com, Departament Skarbu tego kraju podsumował właśnie zachowanie na rynku kredytowym wszystkich tamtejszych banków, które wzięły udział w rządowym programie pomocowym - tzw. TARP. Są to wiele wnoszące dane, bo do tej pory podawano tylko liczby dotyczące 21 największych banków.

      Co wynika z pełnych danych, obejmujących ponad 500 banków, które wessały rządową pomoc w łącznej wartości 200 mld dol.? Otóż myliłby się ten, kto liczyłby na przekucie tych gigantycznych pieniędzy, płynących z kieszeni podatników, na wzrost kredytów. Z wyliczeń Departamentu Skarbu wynika, że w marcu akcja kredytowa banków objętych TARP była o 1 proc. mniejsza, niż w lutym, i to mimo że marzec miał aż trzy więcej dni robocze.

      A więc banki wzięły pieniądze, a teraz na nich siedzą. Dotyczy to nie tylko kredytów korporacyjnych (spadły o 1,5 proc.), ale też pieniędzy pożyczanych konsumentom w ramach kredytów hipotecznych, w kartach kredytowych i bardzo popularnych w USA kredytów dla studentów. Creditloan.com nie podaje informacji o tym jak zmieniała się akcja kredytowa w bankach nie biorących udziału w TARP, więc nie wiemy, czy niechęć do pożyczania pieniędzy dotyczy tylko bankow obdarowanych przez państwo, czy ogółu sektora bankowego w USA.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 06 czerwca 2009 15:10
  • piątek, 05 czerwca 2009
    • Banki kuszą komuną

      Oj, komuna, komuna. Może nie dosłownie, ale... jednak. Do takiego wniosku dochodzę analizując ostatnie nowinki w ofercie lokat. Nie, nie, nie chodzi wcale o ”Lokatę Rewolucyjną” w Raiffeisen Banku, w której motywy walki klas są aż nadto wyraźne (zresztą przypomnijcie sobie sami - klip Raiffeisena linkuję pod tym wpisem). Chodzi mi o co innego. Otóż po wysypie lokat rekomendacyjnych (wyższe oprocentowanie w zamian za przyprowadzenie kolegi) banki coraz częściej kuszą lokatami ”grupowymi”. Ze wszystkich chętnych na lokatę tworzą grupę i im jest ona liczniejsza, tym wyższe jest oprocentowanie.

      Bodaj jako pierwszy z takim pomysłem wystartował Alior Bank. Ostatnio identycznym pomysłem chwali się Open Finance. Lokata nazywa się - a jakże - „Lokatą Wspólną”. Podstawowe oprocentowanie to 6,5 proc. I tak nieźle na tle konkurencji (najwyższe lokaty dają dziś maksymalnie 6,6 proc.). Przy tysiącu klientów bank wypłaci odsetki dla każdego z nich w wysokości 6,65 proc. , po przekroczeniu progu 10 tys. osób jest to 6,8 proc., a jeśli zgłosi się 40 tys. osób - każda dostanie po 7 proc. I to już byłoby coś. Ale czy rzeczywiście powstanie odpowiednio szeroki front jedności narodu? Czy klasa oszczędzających zewsze szeregi i pomaszeruje ku wspólnemu dobru?

      Szansa na aż tak wysokie oprocentowanie lokaty promowanej przez Open Finance jest minimalna, w pierwszym tygodniu zgłosiło się raptem 500 osób. W naszym od pewnego czasu kapitalistycznym kraju jednak niełatwo wraca się do starych ideałów. Ale nie traćmy nadziei. Masy mają czas żeby się zgłaszać po :Lokatę Wspólną” do 23 czerwca.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Banki kuszą komuną”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 05 czerwca 2009 21:03
    • Czy bankowcom marzy się Urząd Kontroli Oprocentowania Depozytów?

      Gazety co i rusz zapowiadają koniec depozytowej wojny między bankami, ale padają w niej coraz to nowe wystrzały i nie widać, by zanosiło się na zawieszenie broni. Co prawda armaty nie są już może tak potężne - banki zamiast płacić po 10 proc. w skali roku ograniczają się do ofert rzędu 6,6 proc. - ale wciąż są to odsetki atrakcyjne z punktu widzenia klientów i bardzo kosztowne dla banków. Kosztowne, bo w ostatnich latach banki poudzielały masy kredytów z bardzo niskimi marżami. I odsetki płacone przez klientów bywają niższe od oprocentowania lokat.

      Jeśli jakiś bank płaci za lokaty 6,5 proc., a z odsetek od kredytów otrzymuje np. 5,5 proc., to dopłaca do interesu. A obniżyć oprocentowania lokat nie może, bo wtedy klienci uciekną do konkurencji. W dobie kryzysu płynności w sektorze bankowym to byłby strzał w kolano. Banki więc płacą i płaczą. Ostatnio krokodyle łzy wylewał na łamach giełdowej gazety „Parkiet” prezes banku Citi Handlowy -  Sławomir Sikora.

      Mówiąc o wysokim oprocentowaniu lokat Sikora oświadczył: „To potencjalne źródło przyszłych kłopotów niektórych banków i powinno być przedmiotem zainteresowania nadzoru” - stwierdził Sikora. Podkreślił, że w innych branżach sprzedaż produktów poniżej ceny wytworzenia jest określana jako dumping i zabroniona. Tymczasem niektóre banki mają na depozytach terminowych dla klientów detalicznych ujemną marżę” - cytuję za „Parkietem".

      Sikora nie jest pierwszym bankowcem, który sugeruje ustalenie maksymalnej, dozwolonej prawem stawki za lokaty. I wskazuje Komisję Nadzoru Finansowego jako podmiot, który powinien się zająć śledzeniem banków, które płacą za depozyty zbyt dużo. Wcześniej mówił o tym Mateusz Morawiecki, prezes BZ WBK. Jak słyszę takie pomysły to nóż mi się w kieszeni otwiera.

      Po pierwsze dlatego, że mówienie o dumpingu w przypadku depozytów wydaje mi się nadużyciem. Nie da się dziś wiarygodnie określić ceny pieniądza na rynku. Stawki WIBOR są mało miarodajne, bo rynek pożyczek międzybankowych jest mało płynny. Więc skąd wiadomo, że stawka 5,8 proc. za lokatę w skali roku to jeszcze nie dumping, a już 6,2 proc. - to dumping?

      Po drugie uważam, że to rolą prezesa banku i zatrudnionych przez niego ludzi od kontroli ryzyka jest określenie takiej ceny kredytów, by przy rozsądnej stawce płaconej za depozyty cała zabawa była zyskowna.  Jeśli ktoś w banku zdecydował, że trzeba udzielać kredytów na bardzo niskiej marży, to niech teraz akcjonariusze tego banku albo tego ”ktosia”  rozliczą, albo wyłożą z własnej kieszeni pieniądze i zapłacą za jego błędy.

      Po trzecie wreszcie: jeśli miałby powstać Urząd Kontroli Oprocentowania Depozytów, to niech równolegle powstanie Urząd Ochrony Klientów Banków Przed Oprocentowaniem Niższym od Inflacji. Bo niby dlaczego ktoś miałby chronić banki przed ujemnymi marżami, a klienci mieliby dostawać odsetki nie pokrywające realnego wzrostu cen? Przypominam, że przy inflacji rzędu 4 proc. rocznie (a taką teraz mamy) każda lokata oprocentowana niżej od 5 proc. przynosi realną stratę, bo po odliczeniu podatku Belki zostaje mniej, niż 4 proc..

      Całe szczęście, że ani Komisja Nadzoru finansowego, ani Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nie potraktował tego niedorzecznego pomysłu bankowców poważnie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Czy bankowcom marzy się Urząd Kontroli Oprocentowania Depozytów?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 05 czerwca 2009 10:16
  • czwartek, 04 czerwca 2009
    • Co robić kiedy nadchodzą TE dni?

      Ostatnio wpadły mi w ręce arcyciekawe prezentacje jednego z towarzystw funduszy inwestycyjnych. Nie będę zdradzał jego nazwy, bo są to dokumenty ze szkoleń dla sprzedawców, które ukradkiem podwędziłem. I nie wiem, czy mają status oficjalnych. Całość ma zachęcać do długoterminowego inwestowania i uczyć sprzedawców jakich argumentów powinni używać w rozmowach z klientami. Przede wszyskim z tymi "skoczkami", którzy chcieliby szybko wejść do funduszu i uciec z niego przy pierwszym większym zarobku. A także z tymi, którzy po ostatnich dwóch latach bessy uważają, że fundusze to banda złodziei. A dlaczego tak uważają? O tym piszę tutaj

      Wnioski są takie, że nie ma sensu szukać na giełdzie górek i dołków, bo dużo więcej można zarobić dzięki systematycznemu inwestowaniu. Dlaczego? Otóż z wyliczeń, na które powołują się przedstawiciele tego TFI wynika, że od końca 2002 r. do końca 2008 r. - czyli w ciągu 1518 sesji - za 90 proc. całkowitego wzrostu indeksu WIG odpowiadało zaledwie... 16 sesji! Jeśli ktoś nie jest jasnowidzem i nie potrafił wytypować tych 16 szczęśliwych sesji, zarobił znacznie mniej.

      Ciekawe, prawda? A dodam, że ta zasada potwierdza się też w przypadku amerykańskich indeksów. Otóż jeśli weźmiemy 10-letni okres zakończony 31 grudnia 2005 r. i wyliczymy średni roczny zysk z hipotetycznej inwestycji w indeks Standard&Poors 500, to okaże się, że...

      Utrzymując kapitał przez pełne 10 lat osiągnęlibyśmy 9,49 proc. średniego rocznego zysku. Opuszczając tylko 10 najlepszych dni giełdowych - w ciągu tych 10 lat - tracimy już połowę tego zysku. Rocznie zarobilibyśmy tylko 4,44 proc. Opuszczając 20 najlepszych dni dla amerykańskiej giełdy (w czasie dekady) pozbywamy się już całości zysków - zarabiamy tylko 0,6 proc. rocznie.

      Nie wiem jak do Was, ale do mnie te wyliczenia przemawiają. Łapanie giełdowych górek i dołków chyba rzeczywiście nie ma sensu. Chyba, że kogoś to bardzo kręci :-). Odpowiedź na pytanie postawione w tytule tej notki powinna więc brzmieć: kiedy nadejdą TE dni, lepiej być na rynku, a nie poza nim.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 04 czerwca 2009 15:56
  • środa, 03 czerwca 2009
  • wtorek, 02 czerwca 2009
    • Czy SKOK-i mają problem z kasą?

      We wtorek Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe (popularne SKOK-i) ogłosiły swoje wyniki za pierwszy kwartał. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda dość imponująco. Mimo kryzysu w całej branży finansowej SKOK-i, które są największą parabankową organizacją w Polsce, wciąż zwiększają liczbę placówek, depozytów i udzielonych pożyczek. Od stycznia do marca SKOK-i otworzyły 15 nowych placówek (łączna sieć punktów obsługi klienta wzrosła do 1772 placówek). Wyraźnie - o ponad miliard złotych - wzrosła liczba depozytów i mniej wyraźnie - wartość udzielonych pożyczek.

      Trzeba przyznać, że tempo pozyskiwania przez SKOK-i oszczędności klientów jest iście kosmiczne. Przez pierwszy kwartał tego roku klienci wpłacili do skarbców SKOK-ów tyle pieniędzy, ile przez pół roku 2008 i tyle, ile kasy zgarnęły przez cały 2007 r. To naprawdę sporo, biorąc pod uwagę, że mówimy o organizacji, która - w odróżnieniu od banków - nie ma państwowych gwarancji dla dapozytów, która nie jest pod nadzorem bankowym, której losy zależą właściwie od jednego człowieka - Grzegorza Biereckiego. Jednocześnie prezesa, nadzorcy i głównego udziałowca. Salon, szampon i odżywka w jednym. Osobiście nie wpłaciłbym do takiego interesu ani grosza swoich pieniędzy - nawet gdyby mi dawali mi 20 proc. odsetek rocznie (a płacą mniej - do 8 proc. rocznie). Tym bardziej podziwiam tych, którzy wpłacili w ciągu kwartału ponad miliard złotych.

      Ale jest jednak coś, co w wynikach SKOK-ów za pierwszy kwartał mnie niepokoi. To tempo wzrostu nowych pożyczek. Tylko 340 mln zł. W całym zeszłym roku portfel SKOK-ów wzrósł o prawie 1,8 mld zł. Dlaczego SKOK-i trzy razy mniej pożyczają pieniędzy, niż zbierają od ludzi? Możliwe odpowiedzi na to pytanie są dwie: albo klienci SKOK-ów w dobie kryzysu wyraźnie zmniejszyli swoje apetyty na pożyczki, albo SKOK-i muszą same ciąć limity, bo szybko pogarsza się spłacalność pożyczek już udzielonych. Ten ostatni wariant jest moim zdaniem dość prawdopodobny, bo akurat ten segment klientów, który zagospodarowały SKOK-i, tzw niższa półka, przysparza ostatnio kłopotów także bankom. Podobnie może być w SKOK-ach. Mimo, że - jak pewnie pamiętacie - przypominały w reklamach, że nic wspólnego z bankami nie mają.



      Jaka jest prawda? Nie wiadomo. SKOK-i nie muszą publikować tak dokładnych sprawozdań jak banki, więc o ich finansach nie wiemy prawie nic (to kolejny powód mojego zdziwienia, że ludzie wpłacają tam swoje ciężko zarobione pieniądze). Ale jeśli rzeczywiście SKOK-i muszą ostro hamować z pożyczkami, bo mają coraz więcej przeterminowanych wierzytelności, to byłoby lepiej, żeby system rozwiązał ten problem. Wbudowany w mechanizm działania SKOK-ów system zabezpieczeń, mający chronić klientów, którzy powierzyli kasom swoje depozyty, jest bowiem w mojej opinii mniej stabilny, niż ten bankowy. Wolałbym, żeby nie trzeba było sprawdzać jego wydajności i szczelności.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Czy SKOK-i mają problem z kasą?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 02 czerwca 2009 23:06
    • W Pekao stare konta podrożały. Są nowe, tańsze, ale... nie dla wszystkich

      Od wczoraj (1 czerwca) drugi największy bank w Polsce - Pekao - zmienił swoim „starym” klientom taryfę opłat za konta osobiste. Posiadacze pekaowskich Eurokont za prowadzenie rachunku zapłacą co prawda tyle samo, co do tej pory (Standard kosztuje 8,5 zł, a Plus - 11,5 zł), ale dodatkowo muszą się liczyć z nową prowizją - za posiadanie karty debetowej. Wynosi ona 0,99 zł, ale pod warunkiem, że klienci aktywnie korzystają z karty (jeśli nie, to 2,99 zł). Z kolei ci posiadacze Eurokont, którzy przyszli do Pekao z banku BPH zapłacą o złotówkę więcej za prowadzenie swoich kont (teraz abonament wyniesie od 7,99 do 12,99 zł).

      Dotychczasowi klienci będą płacili więcej, ale jednocześnie bank kusi nowymi, świeżutkimi kontami. Tańszymi! Od kwietnia w ofercie są Eurokonta Optymalne, Aktywne i Aktywne Plus (kosztują od 3,99 do 9,99 zł miesięcznie). W miejsce prestiżowych kont typu VIP (kosztowały 17 zł miesięcznie) są zaś nowe konta Premium i Premium Plus za 16,99-17,99 zł.

      Najtańsze konto za 3,99 zł? To byłaby prawdziwa rewelacja dla klientów, którzy dziś płacą za prowadzenie kont w Pekao co najmniej 8,5 zł. Zwłaszcza w sytuacji, gdy największy konkurent banku z żubrem w logo - PKO BP - wprowadził podwyżkę abonamentu z apodstawowe konto z 5,4 do 6,9 zł.

      Masz konto w Pekao i oczekujesz porady co zrobić, żeby zmienić sobie pakiet na tańszy? Nic z tego. Niestety, mimo pekaowskiej rewolucji w opłatach, kilka milionów posiadaczy kont w tym banku nie zapłaci ani grosza mniej za prowadzenie swoich kont. I to z dwóch powodów:

      Po pierwsze dlatego, że w najtańszej ofercie jest zaszyty haczyk. Konto Optymalne kosztuje tylko 3,99 zł, ale za dostęp do niego przez internet dodatkowo trzeba zapłacić 6 zł miesięcznie. Nie dość, że zapłacisz i tak 9,99 zł abonamentów (3,99 zł plus 6 zł), to jeszcze za każdy przelew bank zabierze 50 gr prowizji. .

      No dobrze, ale w nowych pakietach jest też konto Aktywne - za 5,99 zł. W nim za dostęp przez internet się nie płaci, więc zamiana obecnego zwykłego Eurokonta za 8,5 zł na nowe Eurokonto Aktywne. byłaby opłacalna (zyskujemy 2,5 zł miesięcznie, to 30 zł rocznie). Sęk w tym, że bank na taką zamianę nie pozwoli!

      Otóż - jak dowiedziałem się w biurze prasowym Pekao - dotychczasowi klienci bez żadnych problemów mogą zmienić pakiet konta osobistego tylko wtedy, jeśli to nowe kosztuje tyle samo lub więcej, niż „stare”. Jeśli chcesz zamienić konto na tańsze to bank każe ci... zamknąć „stare” konto i otworzyć nowe. Oczywiście nowe konto musi mieć nowy numer, a przed przeprowadzeniem całej operacji trzeba oddać wszystkie karty i wyrównać debety.

      Nowy numer rachunku oznacza też zmianę wszystkich kodów, haseł, zleceń stałych i poleceń zapłaty. O zmianie konta trzeba też poinformować pracodawcę. Czyli zamieszania jest tyle, co przy zmianie banku. Konia z rzędem temu, kto zdecyduje się na to wszystko, żeby zaoszczędzić na abonamentach 30 zł rocznie.

      W ten, genialnie prosty sposób, Bank Pekao daje klientom pozornie tańsze konta, ale każe im płacić tyle samo, co do tej pory. Większe możliwości wyboru i możliwość płacenia niższych prowizji tak naprawdę są dostępne tylko dla nowych klientów. Dlaczego mnie to nie dziwi?

      Pamiętacie niedawne hasło reklamowe Pekao, po fuzji tego banku z Pekao? „Sięgaj po więcej”. Należałoby je zmodyfikować na „Sięgaj po więcej nowy kliencie”.




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 02 czerwca 2009 10:15
  • poniedziałek, 01 czerwca 2009
    • Ile powinien zarabiać prezes banku?

      Najprostsza odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi: tyle, na ile wyceniają go akcjonariusze. Można się oburzać, że Józef Wancer, prezes drugoligowego dziś już (przynajmniej pod względem wielkości) banku BPH, w zeszłym roku zainkasował 5,7 mln zł. Ale skoro amerykański koncern General Electric postanowił płacić mu aż tak kosmiczne pieniądze, to nam - niestety - nic do tego.

      Piszę ”kosmiczne”, bo przecież tylko w jednym roku Wancer zarabia kwotę, na którą pielęgniarka w szpitalu, z pensją 1200 zł, musiałaby pracować przez jakieś... 400 lat. Tylko rok na posadzie prezesa banku pozwoliłby przeciętnemu Polakowi przez resztę życia wieść żywot rentiera. Po przecież 5,7 mln zł rocznej pensji Wancera ulokowane w banku na lokacie dającej 6 proc. rocznie, dawałoby mu ponad 270 tys. rocznych odsetek - już po potrąceniu podatku Belki. czyli grubo ponad 20 tys. zł miesięcznie. Na dostatnie życie wystarczy.

      Choć o pensji prezesa banku decydują właściciele i mogą płacić mu nawet 50 mln zł rocznie, jeśli mają taki kaprys, to my - mniej lub bardziej szarzy zjadacze chleba - mamy prawo pytać prezesów o ich etykę. Czy naprawdę uważają, że praca jakiegokolwiek człowieka może być warta ponad 475 tys. zł miesięcznie? To jakieś 16 tys. zł dziennie. Jasne, piłkarze też tyle zarabiają i nikt im z tego tytułu nie robi wyrzutów. Ale ja akurat lepiej znam się na branży bankowej, niż na piłce nożnej, więc pozwólcie, że ograniczę rozważania do świata finansów.

      Ktoś powie, że dla takiego prezesa wysoka pensja, uzależniona od wyniku banku, jest elementem motywującym. Owszem, do pewnego stopnia tak jest. Jeśli prezes wie, że przy dobrych wynikach banku zamiast 50 tys. zł miesięcznie zarobi 70, czy nawet 100 tys. zł miesięcznie, pewnie będzie harował po nocach. Nie tylko z chciwości, ale i walcząc o własną pozycję rynkową i dobre imię.

      Nie zarabiałem nigdy takich pieniędzy, więc może nie umiem się wczuć w rolę suto opłacanego pracownika najemnego, jakim jest prezes banku. Ale mam wrażenie, że wartość motywacyjna wzrostu wynagrodzenia ma swoje granice. Czy menedżer zarobi 200, 300 czy 500 tys. zł - nie będzie pracował dzięki temu ani lepiej, ani wydajniej. Bo są to takie pieniądze, których i tak nie da się szybko wydać - chyba, że menedżer ma tak kosztowne hobby, jak kolekcjonowanie samochodów Ferrari, kupowanych za każdą kolejną pensję.

      Daleki jestem od regulowania pensji menedżerom. Od tego są właściciele firm. Ale wiem też, że wysokość kontraktów dla prezesów banków często jest efektem ich starań i zabiegów dyplomatycznych. Żądanie przez menedżera pensji rzędu trzy, cztery, pięć milionów złotych rocznie - tylko dlatego, żeby móc się pochwalić wyższą pozycją w rankingach przed kolegą z konkurencyjnego banku - uważam za zachowanie nie tylko małostkowe, ale i głęboko nieetyczne, godne napiętnowania.

      Dobrze, że są prezesi - jak prezes BZ WBK Mateusz Morawiecki - którzy w dobie kryzysu poskramiają swoje apetyty i tną zarobki, by dzięki temu można było ocalić kilka lub kilkanaście etatów ”zwykłych” ludzi.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Ile powinien zarabiać prezes banku?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 01 czerwca 2009 20:50

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line