Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 19 czerwca 2009
    • Wygrać z DeVito: szansa jedna na milion

      Jak czytelnicy mojego bloga dowiedzieli się już dziś rano, bank BZ WBK - w ramach kampanii lokat z udziałem amerykańskiego aktora Danny'ego DeVito - zdołał wytrzepać z kieszeni Polaków drobne... cztery miliardy złotych. Obszerniej piszę o tym tutaj. Ostateczna wartość zebranych pieniędzy będzie znana dopiero w weekend, bo dziś jeszcze trwają zapisy na lokaty.

      Bank zdołał wyróżnić się na trudnym rynku (bo o lokaty walczą dziś wszyscy). Kosztem kilku milionów złotych zebrał istną górę taniego pieniądza. Taniego, bo większość klientów BZ WBK dostanie za swoją lokatę tylko 4,5 proc., podczas gdy większość banków płaci między 5 a 6 proc., a niektóre nawet 7 proc.

      Dla wielu klientów BZ WBK głównym bodźcem było nie oprocentowanie, ale wizja wygranej w loterii. Za miesiąc BZ WBK wśród wszystkich zakładających lokaty klientów wylosuje jedną nagrodę - dwa miliony złotych. Pokusiłem się o policzenie jaką szansę na zgarnięcie głównej nagrody ma przeciętny klient BZ WBK, który wpłacił na lokatę 5000 zł (czyli kupił jeden los).

      I nie mam dla Was, drodzy deponenci, dobrej wiadomości. Otóż wygląda na to, że każdy z Was ma szansę... jedną na milion. No, może trochę większą, bo wynosi ona dokładniej 1 do 800 tysięcy (jak to wyliczyłem? wystarczy podzielić 4 mld zł przez wartość pojedynczego losu - 5000 zł). Jeśli ktoś założył lokatę w pierwszych dniach (wtedy bank podwajał szanse na wygraną), jego szansa na zwycięstwo wynosi 1 do 400 tysięcy (przy założeniu, że „kupił” tylko jeden los, czyli zainwestował 5000 zł).

      Słabo? Na pocieszenie powiem, że to i tak lepiej, niż w Dużym Lotku, w którym szansa na trafienie szóstki wynosi jak... 1 do 13 milionów. Przekładając to na prostszy język - prawdopodobieństwo wygrania w Dużym Lotku jest takie, jak wyrzucenia monetą orła 24 razy z rzędu. Inna sprawa, że w Dużym Lotku do wygrania są też większe pieniądze, niż te, którymi kusi BZ WBK. W dobrym dniu można grać nawet o 10 milionów złotych...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Wygrać z DeVito: szansa jedna na milion”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 19 czerwca 2009 17:33
    • News dnia: Danny DeVito zgarnął 4 mld zł!!!

      Od początku przewidywałem, że każda złotówka, a właściwie każdy dolar, wydany przez BZ WBK na gażę słynnego aktora Danny'ego DeVito, zwróci się bankowi po stokroć. A każda złotówka, przeznaczona na gigantyczną, dwumilionową nagrodę w loterii będzie dobrze wydaną złotówką. Poczytajcie tutaj oraz tutaj.

      I rzeczywiście tak się stało. Jak udało mi się dowiedzieć nieoficjalnymi kanałami, w trwającej od kilku tygodni akcji BZ WBK zebrał od klientów ponad 3,9 mld zł! Te dane nie uwzględniają pieniędzy, które wpłynęły w czwartek oraz tych, które klienci przyniosą dopiero w piątek - w ostatnim dniu sprzedaży promocyjnych lokat. W sumie więc jest niemal pewne, że ostateczny bilans przekroczy 4 mld zł.

      To góra pieniędzy, którą bank pozyskał w trudnej na rynku sytuacji, kiedy konkurencja o depozyty jest wyjątkowo zażarta. I kiedy inne banki muszą płacić klientom 6-7 proc. rocznych odsetek, BZ WBK zgarnął ponad 4 mld zł płacąc większości klientów raptem 4,5 proc. Swoje zrobiła typowa dla Polaków żyłka hazardzisty - dla wysokiej wygranej w loterii z dowolną nagrodą jesteśmy w stanie zrobić wiele albo jeszcze więcej. A jeśli nagroda wynosi dwa miliony złotych...

      Na udaną akcję BZ WBK złożył się nie tylko genialny w swej prostocie pomysł, żeby wyróżnić się na rynku konkursem z rekordową w historii polskiej bankowości nagrodą. Swoje zrobił udany dobór gwiazdy - Danny DeVito naprawdę świetnie zagrał w WuBeKowskich reklamówkach, a poza tym to facet, którego nie można nie lubić. Zresztą zobaczcie (plakat nieco przeterminowany, jeszcze z milionową nagrodą, ale Danny DeVito jest taki, jak być powinien):


      No i wreszcie umiejętne - trwające zresztą do ostatniej chwili - podbijanie bębenka. Dziś - z powodu ostatniego dnia zapisów na lokaty - placówki BZ WBK mają być czynne dłużej niż zwykle. Czyżby bank liczył jeszcze na wysyp spóźnialskich z grubą gotówką w kieszeni?

      Wracając do bębenka: najpierw nagroda wynosiła milion, potem o 333 tys. zł więcej, potem była kolejna kumulacja, aż suma doszła do dwóch milionów. Stale podgrzewano nastroje i nie pozwalano ludziom zapomnieć o górze pieniędzy, która czeka na szczęśliwca. Rosnącej górze pieniędzy. Z kolei tym, którzy zdecydowali się szybko, zaoferowano podwojenie szans - bank przyznawał im dwa razy więcej losów.

      Losowanie dwóch milionów złotych dopiero za miesiąc. Na razie bank rozdał tylko 500 netbooków. Kolejne 500 rozlosuje w lipcu. Ten, kto wygra główną nagrodę będzie dzięki BZ WBK ustawiony do końca życia. Takie dwa miliony ulokowane w banku na 5 proc. w skali roku da - po odliczeniu podatku Belki - jakieś 6,5 tys. zł miesięcznych odsetek. Przeciętnej rodzinie, nie szastającej groszem, wystarczy na spokojne życie. 

      Suma prawie 4 mld zł, które do tej pory zdobył bank z promocyjnej lokaty to naprawdę sukces. Przypomnijmy, że kiedy w zeszłym roku PKO BP prowadził zapisy na słynną „Max Lokatę”, udało mu się zebrać ok. 7,5 mld zł. A przecież sytuacja na rynku depozytowym była wtedy łatwiejsza niż dziś. Pieniędzy na rynku było więcej, a banki nie konkurowały o nie tak zażarcie. No i zasięg PKO BP jest jednak nieporównywalnie większy od skali działania BZ WBK.

      Strategia przyjęta przez wielkopolsko-dolnośląski bank, skupiająca się na drogich, ale spektakularnych akcjach oraz budowaniu wizerunku instytucji o międzynarodowych aspiracjach (stąd zagraniczne gwiazdy w reklamach) przynosi owoce. Ciekawe kto będzie kolejną - po Leo Beenhakkerze, John'ie Cleese i Danny'm DeVito - reklamową twarzą BZ WBK.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „News dnia: Danny DeVito zgarnął 4 mld zł!!!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 19 czerwca 2009 07:58
  • czwartek, 18 czerwca 2009
    • Chcesz zainwestować w fundusz? Najpierw wypełnij ankietę!

      Jest nadzieja, że nie powtórzy się już koszmar początkujących inwestorów z ubiegłorocznej jesieni. Izba Zarządzających Funduszami i Aktywami, skupiająca wszystkie zarejestrowane w Polsce fundusze inwestycyjne, opracowała właśnie wzory ankiet, które powinien wypełniać z klientem każdy sprzedawca funduszy. Chciałoby się krzyknąć: nareszcie!

      Powiernicy mają do rozwiązania poważny problem wizerunkowy. Dziesiątki tysięcy Polaków, kuszonych mirażami krociowych zysków, w szczycie hossy masowo wpłacały do funduszy oszczędności całego życia. Co się potem stało - doskonale pamiętamy. Niektórzy stracili 50 proc. pieniędzy, a byli tacy, których oszczędności stopniały o 70 proc. A kluczową rolę w tym procederze odegrali doradcy finansowi, którzy w zamian za procent od wartości zebranych pieniędzy zgarniali do funduszy klientów. Co ci klienci teraz myślą o funduszach? Pisałem o tym tutaj.

      W połowie lipca wchodzi w życie przepis, który nakazuje tym sprzedawcom, którzy nie są ani bankami, ani biurami maklerskimi sprawdzanie każdego klienta przed zaoferowaniem mu inwestycji w fundusz. Nie wiadomo jeszcze w jaki sposób pośrednicy zamierzają wywiązywać się z nowego obowiązku, ale Izba Zarządzających Funduszami i Aktywami chce im to ułatwić. I opracowała wzór ankiet, które powinien wypełniać każdy klient.

      Po wypełnieniu ankiety trzeba się pod nią podpisać. Jeśli klient poprosi o zakup funduszu niezgodnego z wynikiem ankiety - doradca musi poinformować go, że to ryzykowna decyzja. Ale zabronić mu nie może.
      Co jest w tych ankietach? Pierwsza z nich ma wykazać, czy klient w ogóle powinien inwestować w fundusze.

      Klient odpowiada m.in. na takie pytania:
      1. Czy zgadzasz się ze stwierdzeniem, że fundusze nie gwarantują osiągnięcia zysku
      2. Czy w okresie ostatnich pięciu lat inwestowałeś w lokaty, obligacje, fundusze, akcje, waluty (często, rzadko, nigdy?)
      3. Jaką część wolnych pieniędzy przeznaczałeś do tej pory na inwestycje?
      4. Skąd czerpiesz wiedzę o inwestowaniu?

      IZFA zaleca, by dystrybutor odradził inwestycje w fundusz klientowi, który w ostatnich pięciu latach, choćby sporadycznie, nie inwestował pieniędzy w przynajmniej dwóch miejscach z takiej oto listy: w banku, obligacjach, funduszach, akcjach lub walutach, nieruchomościach itp. Dystrybutor nie powinien też zalecać inwestowania w fundusze klientowi, który do tej pory tylko niewielką część swoich wolnych pieniędzy przeznaczał na inwestycje. Ani temu, który stwierdzi, że nie ma żadnej wiedzy o inwestowaniu.

      Nie powiem, żebym był zachwycony tą miniankietą. Bardzo upraszacza sprawy i wyrzuca poza nawias liczną grupę ludzi, którzy do tej pory inwestowali incydentalnie. Dlaczego takie osoby nie miałyby wkładać małej części swoich pieniędzy do funduszy? Ale nie będę marudził. Lepsza taka ankieta, niż żadna. To krok w dobrym kierunku i dobrze, że IZFiA go wykonała. Do tej pory ta organizacja robiła wrażenie, jakby nie obudziła się jeszcze ze snu zimowego.

      Ciekawsza jest druga ankieta proponowana przez Izbę. Wypełniają ją ci klienci, którzy przebrną z pozytywną rekomendacją przez pierwszą ankietę. Tym razem klienci odpowiadają na 10 pytań, a za każdą odpowiedź dostają punkty. Na koniec liczba punktów przekuwana jest na profil inwestora: od konserwatywnego, poprzez zrównoważony po agresywny (po drodze jeszcze dwa stopnia „umiarkowane”.

      Jakie to pytania? Między innymi takie:
      1. Jak do tej pory inwestowałeś oszczędności?
      2. Skąd czerpiesz wiedzę na ten temat?
      3. Co jest twoim celem w inwestowaniu (bezpieczne kumulowanie, pomnażanie pieniędzy, czy maksymalizacja zysków)?
      4. Jakich zmian swoich dochodów spodziewasz się w najbliższych latach?
      5. Jaki spadek wartości oszczędności akceptujesz w drodze do osiągnięcia celu?
      6. Na jak długo inwestujesz?
      7. Ile zarabiasz i z jakiego źródła masz dochody i oszczędności?
      8. Jaką część wszystkich oszczędności będą stanowić inwestycje w fundusze?

      W zależnosci od tego jaki profil „wyskoczy” z punktacji, takie rekomendacje dotyczące sposobu inwestowania wynikną z ankiety. Przykładowo klient umiarkowanie konserwatywny powinien mieć w portfelu do 40 proc. funduszy akcji i co najmniej 60 proc. funduszy obligacji. A umiarkowanie agresywny - od 50 do 100 proc. funduszy akcji i do 50 proc. funduszy obligacji.

      To też nie są jakieś wodotryski, ale powtarzam - dobrze, że ktoś wreszcie będzie skłaniał klientów do jakiejkolwiek refleksji dotyczącej ich pieniędzy. Porada inwestycyjna zostaje na papierze, więc klient - w przypadku, gdyby doradca „wrobił” go w fundusz niezgodny z jego profilem, mógłby nawet podać sprzedawcę do sądu. Te ankiety będą dla dystrybutorów (w praktyce chodzi o doradców finansowych, takich jak Open Finance, czy Expander) batem przypominającym, że nie opłaca się zgarnąć prowizji i wziąć nogi za pas.Do tej pory większość klientów poprzestawała na oglądaniu takich reklamówek, jak ta. Czy można się dziwić, że ta zieleń działa na niektórych, jak czerwona płachta na byka?


      Gdyby ankiety - w jakiejkolwiek formie! - obowiązywały rok temu, może choć część pechowców, którzy weszli w fundusze w szczycie hossy, uniknęłaby strat. Jeśli chcesz ściągnąć formularz obu ankiet, kliknij tutaj (strona IZFA).


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Chcesz zainwestować w fundusz? Najpierw wypełnij ankietę!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 czerwca 2009 21:55
    • Bank Pomysłów, czyli pękająca skorupa bankozaura

      W ostatnim czasie banki nie cieszą się dobrą opinią wśród klientów. Trudno się dziwić - te afery z wymuszaniem wyższych marż kredytowych, to zaostrzanie warunków przyznawania pożyczek, te podwyżki prowizji... No i spowodowane giełdową bessą  chudsze portfele wielu klientów, którym bankowi doradcy dwa lata temu doradzali inwestowanie wszystkich oszczędności w akcje. Brrrr...

      W tych okolicznościach szczególnie cieszy, gdy banki podejmują próby zbliżenia się do klientów, nawiązania z nimi dialogu. Katastrofalne konsekwencje braku komunikacji z klientami widzieliśmy przy okazji słynnej akcji mStop i Nabici w mBank. Banki wyciągają wnioski z fali krytyki: taki np. Citi Handlowy do podwyżki opłat i prowizji przygotował się tak, jakby bez dobrej komunikacji groziło mu zrównanie z ziemią przez wkurzonych klientów (czytaj tutaj). I dobrze.

      Ciekawy pomysł na zacieśnianie więzi z klientami odkryłem ostatnio w BZ WBK. Bank prowadzi w internecie specjalną stronę www.bankpomyslow.bzwbk.pl. Klienci mogą zgłaszać na niej swoje pomysły i sugestie o tym jak ulepszyć pracę banku. Klienci mają najróżniejsze zgłoszenia: żeby można było zmieniać daty już zdefiniowanych przelewów przyszłych, żeby wykonując przelew wewnętrzny klient po wpisaniu numeru konta widział nazwę odbiorcy, żeby bank od razu blokował pieniądze, gdy klient zrobi przelew lub założy lokatę w dni wolne od pracy... A jeden z klientów zgłosił nawet kompleksowy projekt graficzny nowego serwisu transakcyjnego.

      Każdy zarejestrowany użytkownik - a jest ich obecnie ponad 600 - może oceniać pomysły innych klientow (na stronie są umieszczone specjalne barometry), w niektórych miejscach są adnotacje banku, że dany pomysł jest w fazie konsultacji lub realizacji. W sumie ciekawy pomysł, zwłaszcza z tym barometrem: jesteś za czy przeciw? Klienci BZ WBK zgłosili ponad 350 pomysłów, niestety nie wiem ile z nich ma szansę na realizację.


      Można powiedzieć: nic nowego. Internetowy mBank od początku działalności oferuje klientom forum dyskusyjne, ma radę klientów i prowadzi dla nich regularne czaty z pracownikami. Ale to bank internetowy, który od początku postawił na budowanie wokół siebie społeczności (zresztą ostatnio - gdy bank dopadł kryzys komunikacyjny - okazało się, że jest to broń obosieczna). W tradycyjnych bankach takie inicjatywy, jak banki pomysłów, mimo wszystko nie są jeszcze na porządku dziennym. Dobrze, że tzw. bankozaurom też zaczyna pękać skostniała skorupa.

      Chociaż akurat BZ WBK nie jest klasycznym przykładem bankozaura, bo od pewnego czasu stara się wyrobić wizerunek instytucji finansowej nastawionej na zmiany. Zwracał na to uwagę już Leo Benhakker, wciąż jeszcze trener narodowej drużyny piłkarskiej (klip poniżej). A ostatnio przypomina o tym Danny DeVito. A jak przypomina? Czytaj tutaj... oraz tutaj...


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 czerwca 2009 12:10
  • środa, 17 czerwca 2009
    • Kampania PZU: Pyszczku, żądam rozwodu!

      Na moim biurku... tfu... na ekranie mojego laptopa, pojawił się taki oto e-mail od znajomego. Przeczytajcie, bo to dość zabawne: ”Kilka dni temu, późnym popołudniem, wibruje telefon, sygnalizując nadejście SMS-a. Otwieram i czytam: Miśku, strasznie Cię przepraszam za to OC. Wprowadziłam Cię w błąd. W PZU rzeczywiście mają taniej niż obstawiałam. Miałeś racje, kocham Cię Pyszczku, wybaczysz?

      WIem, jest cała seria takich spotów reklamowych w telewizji, ogłoszeń w gazetach. Ale, na litość Boską, SMS wyglądający jak z prywatnego numeru (694 104 812), czuły (te Miśki, Pyszczki), toż gdyby to wpadło w mojej kobiety ręce - ani chybi powód do rozwodu. A mogło wpaść bo komórkę mam zarejestrowaną na firmę żony, firmę prowadzimy razem a z numeru korzystam ja. Numer mają wszyscy nasi zleceniodawcy, a żona odbiera jak swoją. I kto mi potem zwróci za podbite oko, puste, zimne noce na kanapie i adwokata? Żona nie ogląda reklam i nie skuma, że to po prostu pomysł agencji reklamowej. Lubię dobry żart, ale pomysł na promocję OC w PZU wydaje mi się mocno przesadzony”.

      No, w świetle tego listu wygląda na to, że nowa kampania PZU jest niebezpieczna jak MacGyver i nieobliczalna jak Strażnik Teksasu. Bardzo głośna w mediach, bo nie dalej jak w sobotę czołowy tekst w dziale gospodarczym poświęcili jej moi koledzy z „Wyborczej” Marcin Bojanowski i Irek Sudak. Cały tekst przeczytasz tutaj. Za to jeden ze spotów telewizyjnych kampanii możesz kontemplować poniżej:


      Solidaryzując się z kolegą, który nie lubi mieć podbitego oka, potłuczonych na głowie naczyń i wyrzuconego przez okno telewizora, chciałbym zapytać speców od marketingu w PZU, czy zobowiążą się pokryć straty moralne i materialne spowodowane swą własną kampanią reklamową. Są w tym kraju kobiety, które: a) czytają cudze SMS-y, b) nie oglądają telewizji. Ich faceci mają prawo się czuć, jakby byli na pokładzie Airbusa z zepsutą nawigacją. I przeżywać takie huśtawki nastrojów:



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Kampania PZU: Pyszczku, żądam rozwodu!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 17 czerwca 2009 14:53
    • Teoria spiskowa: prezes Pruski ofiarą zmowy ministrów?

      Po tym, jak we wtorek Skarb Państwa bez żenady przepchnął na walnym zgromadzeniu KGHM podwyżkę dywidendy (zamiast 7,16 zł spółka ma wypłacić 11,68 zł za akcję - 80 proc. ubiegłorocznego zysku) zacząłem się zastanawiać nad czystością intencji Ministerstwa Skarbu w przypadku innej kluczowej spółki z dużym udziałem państwa - PKO BP.

      Oficjalne stanowisko resortu w sprawie PKO jest takie: dywidendy za 2008 r. wziąć nie należy, bo to może zaszkodzić bankowi. Trzeba najpierw wypuścić akcje, zasilić bank świeżym kapitałem. A dopiero pod koniec bieżącego roku, kiedy będzie wiadomo, że bank finansowo ma się dobrze, można by wypłacić zaliczkowo dywidendę za 2009 r. Rada nadzorcza banku, kontrolowana przez skarb państwa, we wtorek potwierdziła tę strategię, nie opiniując pozytywnie zaproponowanego przez prezesa banku pakietu ”najpierw dywidenda, potem emisja”. I na dodatek sugerując, że prezes nie powinien dostać absolutorium. Piszę o tym tutaj.

      Ja też uważam, że nie należy ogołacać PKO BP z ubiegłorocznego zysku (choć zastrzegam - nie wiem w jak złej sytuacji jest budżet państwa). I nawet zastanawiałem się, czy skarb państwa będzie tolerował na stanowisku prezesa kogoś, kto realizuje wizję zupełnie odmienną - ”najpierw dywidenda, potem emisja”.

      Ale też - na ile znam prezesa Pruskiego - nie jest to człowiek skory do uprawiania partyzantki. I dlatego coś mi w tej sprawie nie pasuje. Jeśli zgłosił pomysł wypłaty megadywidendy, to być może jednak był to pomysł uprzednio skonsultowany z największym akcjonariuszem, Skarbem Państwa?

      Nie myślę teraz o ministrze finansów Jacku Rostowskim, choć to on wciąż jest głównym ”podejrzanym” o namawianie Pruskiego do dywidendy (zwłaszcza, że minister finansów otwarcie zachwalał pomysł Pruskiego). Załóżmy na chwilę, że projekt wypłaty całego zysku prezes Pruski skonsultował także z ministrem skarbu Aleksandrem Gradem. I że uzyskał nań zielone światło.

      Co działo się dalej? Okazuje się, że projekt wypłaty dywidendy zostaje przyjęty przez publiczność krytyką. Ministerstwo Skarbu postanawia natychmiast odciąć się od niego. I zrzucić całą winę na prezesa Pruskiego. Ten jest łatwym celem, bo przecież dopiero co - po błaganiach ministra skarbu i apelach ministra finansów - dał się namówić do zmiany zdania i wypłaty dywidendy. Wycofać się już nie może, musiałby po raz drugi w ciągu dwóch dni radykalnie zmienić publicznie wyrażany pogląd.

      Dlaczego minister skarbu miałby chcieć wpuścić prezesa PKO BP na minę? Nie jest tajemnicą, że między prezesem Pruskim a ministrem Gradem wielkiej miłości nie ma. Podobno to Grad zablokował plany Pruskiego, by kupić polski majątek bankowo-ubezpieczeniowej grupy AIG. Grad, odcinając się od Pruskiego, gra w rządzie rolę dobrego policjanta, który chce zatrzymać zysk w spółce. Ale tak naprawdę dąży do wspólnego celu z ministrem finansów - wypłaty dywidendy. A przy okazji pozbędzie się prezesa, mającego i osiągnięcia i dobre referencje - a więc do tej pory trudnego do wyeliminowania (zwłaszcza jeśli Skarb nie chce wzbudzać podejrzeń).

      Do gry włączają się też „rządowi” członkowie rady nadzorczej PKO BP. Nie opiniują pozytywnie projektów uchwał o dywidendzie i emisji (ale też nie wyrażają o nich opinii negatywnej). Tym samym wyrabiają sobie alibi na wypadek jakichś zarzutów ze strony Komisji Nadzoru Finansowego, która może prześwietlić bank po wypłacie megadywidendy. A wiceminister skarbu powoli szykuje grunt pod jakiś wariant „dywidendowy”. Mówi, że resort jeszcze się ”zastanawia”, konfrontuje opinie, że żadna opcja nie jest jeszcze zamknięta.

      30 czerwca walne zgromadzenie decyduje o nieco mniejszej dywidendzie, niż 2,88 zł za akcję, ale i tak potężnej. Albo decyduje, że juz za dwa-trzy miesiące rozważy kwestię wypłacenia tzw  dywidendy zaliczkowej z zysku planowanego na 2009 r. A dni prezesa i tak są policzone... Science fiction? Nie wiem, oceńcie sami. 



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 17 czerwca 2009 08:10
  • wtorek, 16 czerwca 2009
    • Żółta? Czerwona kartka? Prezes PKO bez emisji, bez dywidendy, bez absolutorium???

      Zarząd PKO BP podał właśnie dokładny plan walnego zgromadzenia akcjonariuszy, które ma się odbyć 30 czerwca. Jest więc nareszcie pełne uzasadnienie proponowanych przez prezesa PKO BP uchwał: w tym uchwały o wypłacie megadywidendy i o emisji akcji.

      Sensacją jest to, że ani uchwała o emisji akcji, ani o wypłacie dywidendy nie uzyskała akceptacji rady nadzorczej banku! A jeszcze większą sensacją jest to: że rada nadzorcza nie poparła projektu uchwały o udzieleniu prezesowi PKO BP absolutorium! Czy to oznacza otwartą wojnę prezesa PKO BP z radą nadzorczą? Zapowiedź jego dymisji? A może tylko ostrzeżenie rady, żółtą kartkę dla prezesa?

      Wygląda na to, że na stole jest wotum nieufności dla prezesa Jerzego Pruskiego ze strony Ministerstwa Skarbu. Rzecznik resortu już wcześniej twierdził, że prezes PKO BP nie uzgadniał z ministrem Gradem swoich planów dotyczących wypłaty dywidendy. Według Ministerstwa Skarbu nawet gdyby miała być wypłacona, to dopiero po uprzednim podwyższeniu kapitałów banku (poprzez emisję akcji). Tymczasem prezes Pruski zaproponował coś odwrotnego: najpierw dywidendę, a dopiero potem sprzedaż akcji.

      Czy konsekwencją braku akceptacji rady nadzorczej dla działalności prezesa PKO BP powinna być jego dymisja?  O takiej możliwości pisałem o tym już wtedy. Na pozór wiele na to wskazuje, ale... Nie do końca wiadomo jak interpretować użyty przez radę nadzorczą zwrot: „nie akceptuje”. Czy to oznacza, że rada jest przeciw, czy tylko, że „nie jest za”? Jeśli przyjmiemy tę drugą interpretację możemy mówić o tym, że rada nadzorcza po prostu buduje sobie alibi na wypadek zarzutów ze strony Komisji Nadzoru Finansowego.

      A gdyby nawet chodziło o otwartą wojnę prezesa banku z radą nadzorczą i Ministerstwem Skarbu, to i tak Pruskiego może wesprzeć jeszcze premier i minister finansów. Wiele wskazuje, że prezes Pruski konsultował swoje decyzje bezpośrednio z resortem finansów. Na to mogą wskazywać wypowiedzi prezesa, np. z cytowanego przez Wyborczą.pl wywiadu dla radia PiN. Jerzy Pruski mógłby więc stawiać, że wybroni go minister Jacek Rostowski. Może on przekonywać premiera, że Pruski działał w imię racji stanu. Bo budżet się sypie, a półtora miliarda dywidendy z PKO BP pomoże go załatać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 czerwca 2009 10:01
  • poniedziałek, 15 czerwca 2009
    • "ROR-off", czyli mBank idzie na wojnę

      Szefowie mBanku postanowili porwać się z motyką na księżyc (albo na słońce, nie pamiętam jak to szło :-)). Od wtorku zaczynają akcję zachęcania klientów, by przenieśli do mBanku swoje konta. I wyprowadzili się od coraz droższej konkurencji. Projekt ma wdzięczną nazwę "ROR-off" i będzie się składał z trzech elementów. Piszę o tym szeptem, bo bank ujawni wszystko dopiero we wtorek. Na razie to wyłączna wiedza czytelników mojego bloga oraz serwisów internetowych "Gazety Wyborczej", w których ta informacja również się ukaże..

      Pierwsza część "ROR-off" to zachęcające do rozstania z dotychczasowym bankiem, żartobliwe klipy pod zbiorczym tytułem "Szkoła zrywania" i plakaty reklamowe z hasłem "Musimy ze sobą skończyć..."

      Druga część kampanii to specjalna strona internetowa www.ror-off.pl, na której bank radzi jak możliwie bezkonfliktowo przejść przez skomplikowany proces zmiany banku. Trzecia część projektu to infolinia dla klientów chcących założyć w mBanku konto. Bank obiecuje, że pracownicy call-centre sami zarejestrują na nowym koncie przenoszonego klienta wszystkich jego odbiorców przelewów. I pomogą wysłać do pracodawcy pismo, by przelewał teraz wynagrodzenie do mBanku.

      Strona internetowa ROR-off wygląda tak:


      Pozornie akcja mBanku trafia na bardzo podatny grunt. Banki na wyścigi podwyższają opłaty za konta i karty. Abonamenty podniósł już PKO BP i jego główny rywal Pekao (czytaj tutaj). Ale też inne banki - BZ WBK, Multibank, a ostatnio Citi Handlowy (o tym tutaj). W tych warunkach granie na emocjach klientów, by nie płacili setek złotych rocznie za konta w innych bankach, tylko przenieśli się do darmowego mBanku, wydaje się być polityką skazaną na sukces.

      Ale wcale tak nie jest. Otóż mBank bierze się za rzecz, która do tej pory nie udała się żadnemu bankowi. Polacy są nacją, która bardzo niechętnie zmienia swoje przyzwyczajenia. Będziemy narzekać, psioczyć, stać w kilometrowych kolejkach, ale banku nie zmienimy. Po pierwsze dlatego, że nie wyobrażamy sobie tego rozstania - trzeba byłoby przejść na nowy sposób autoryzacji przelewów, przyzwyczaić się do nowego wyglądu serwisu w internecie - a po drugie dlatego, że jest to, obiektywnie rzecz ujmując, skomplikowana operacja. Zmiana adresatów przelewów, rozliczenie kart, przeniesienie debetu... To zwyczajnie zajmuje dużo czasu.

      Czy mBankowi uda się przełamać te przeszkody? Zobaczymy. Otwarte pozostaje pytanie o to, jak bardzo Polaków wkurzają podwyżki cen w innych bankach. Czy masa krytyczna cierpliwości ludzi już została przekroczona? Mam wątpliwości. Nie wiem też jak intensywna będzie kampania mBanku i jak sprawne będzie wsparcie oferowane przez jego konsultantów. Tylko fama, którą będą nieśli klienci, którym udało się szybko i bezboleśnie przejść przez zmianę konta, może zapewnić mBankowi sukces. Jeśli teraz mBankowi nie uda się rozbudzić mobilności internetowych klientów innych banków, to nie wiem czy komukolwiek się to uda. 

      A teraz - wyłącznie dla czytelników mojego bloga - przedpremierowy pokaz klipów, którymi mBank chce nęcić klientów do zmiany banku. Mnie się podobają. A Wam?

       

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „"ROR-off", czyli mBank idzie na wojnę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 czerwca 2009 17:23
    • Banki mniej kłamią w reklamach. Ale za to bardziej przynudzają

      W tym roku w sprawie nierzetelnych reklam instytucji finansowych Komisja Nadzoru Finansowego interweniowała osiem razy, podczas gdy w całym poprzednim roku - 22 razy - ujawniła w weekend Katarzyna Biela z biura prasowego nadzoru, cytowana przez PAP. Według Bieli banki, fundusze i firmy ubezpieczeniowe coraz częściej stosują wydane przez nadzór kodeksy dobrych praktyk, mimo że nie są one wiążące. I bardzo dobrze, że stosują. Z nadzorem się nie dyskutuje, chociaż czasami ów nadzór z troską o konsumentów przesadza. Moje wynurzenia na ten temat znajdziesz tutaj, a także tutaj.

      Według KNF najczęściej wciąż spotykane nieprawidłowości to niejasne informacje o oprocentowaniu lokat, o długości ich trwania, dacie rozpoczęcia okresu naliczania odsetek, czy konieczności spełnienia dodatkowych warunków, aby można było skorzystać z promocji. W przypadku propozycji inwestycyjnych bankom wciąż zdarza się udawać, że oferują typową lokatę bankową, a nie tzw. „strukturę”, wiążącą się z inwestowanirm pieniędzy.

      Jest jeszcze jeden grzech bankowych reklam, o którym przedstawicielka KNF - zapewne przez nieuwagę - nie wspomina. To śmiertelne przynudzanie. Nie ma nic gorszego, niż reklama, która powoduje, że jej odbiorca traci siły witalne i chęć do życia. A takich reklam banków w TV ostatnio jest najwięcej.

      Gdyby nie BZ WBK i jego Danny DeVito (o co chodzi - dowiesz się tutaj, zaś swoją wiedzę pogłębisz tutaj) nie byłoby na czym oka zawiesić. Gwiazdy w spotach wciąż się pojawiają, ale pomysłowość scenarzystów woła o pomstę do nieba. A raczej brak tej pomysłowości woła. Przykłady? Proszę bardzo:


      Po lewej screenshot z reklamówki Eurobanku. Bank zatrudnił gwiazdy pierwszej wielkości - Michała Żebrowskiego i Jana Peszka. Ale aktorzy, zamiast zrobić coś ciekawego, nieszablonowego, prezentują... przerwę w spłacie kredytu, przerywając się (za pomocą prostego tricku filmowego) wzdłuż albo w poprzek.

      Po lewej fotografia kadru z reklamy banku BOŚ. Sztampa, aż oczy bolą: szczęśliwa rodzina, uśmichnięte dzieci, zrelaksowani rodzice, którzy - odbierając telefon od bankowców z innych banków - mówią, że mają już najlepsze na świecie konto. Bleee... A konto, nota bene, całkiem nowatorskie. Czytaj o nim tutaj.

      Ale w moim prywatnym rankingu najbardziej przynudzających reklam na czele jest bez wątpienia ta:

      Przepraszam, że musieliście to oglądać. Zadawać sobie taki ból z własnej woli to perwersja. Cóż, nie bardzo rozumiem jak ktoś w ING może uważać, że profesor w gronostajach, odmieniający w różnych czasach czasownik "oszczędzać", będzie skutecznie nakłaniał ludzi do odkłądania pieniędzy. Nawet jeśli za chwilę drugi profesor w takich samych gronostajach powie, że "tak było, jest i będzie". Musi być w tym jakaś głęboka myśl, której mój umysł nie ogarnia.

      A przecież ten sam bank miał megaudaną serię kampanii z Markiem Kondratem - by wspomnieć tylko ostatnie spoty "prezydenckie". Albo ta, dość ryzykowna, ale też bardzo ciakawa reklamówka z Miśkiem Koterskim o kredytach hipotecznych, przypominająca czasy, kiedy o możliwość udzielenia nam kredytu hipotecznego na 120 proc. wartości nieruchomości bankowcy błagali nas na kolanach.

      A teraz? Ech, kryzys odebrał niektórym marketingowcom poczucie humoru... Marku Kondraaaaacie! Wróóóóóć!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Banki mniej kłamią w reklamach. Ale za to bardziej przynudzają”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 czerwca 2009 10:02
  • niedziela, 14 czerwca 2009
    • Witold mówi, że rację ma Jerzy, nie Sławomir. A co ze Stanisławem?

      Po kilku dniach przerwy wracam do sprawy awantury o dywidendę w PKO BP. Muszę, bo w sobotniej „Wyborczej” wypowiedział się mój redakcyjny kolega Witold Gadomski. Wsparł koncepcję prezesa PKO, zakładającą wypłacenie wielkiej dywidendy (która w większej częsci zaisliłaby budżet państwa), a potem emisji nowych akcji przez bank, by zasypać powstałą dziurę w kapitałach. Cały tekst Gadomskiego przeczytasz tutaj.

      Ostrze krytyki Witolda spada w dużej części na media, które jego zdaniem nie rozumieją złożoności całego procesu. Ponieważ kilka dni temu napisałem na blogu komentarz pod tytułem  „Sabotaż? Ogołocą PKO BP z pieniędzy” (czytaj tutaj), sugerowałem, że prezes PKO BP może z tego powodu stracić stołek (o tym tutaj), namawiałem rząd, żeby wreszcie wyjaśnił sprawę (zobacz tutaj) - czuję się wywołany do tablicy.

      Gadomski pisze: Komentarze w mediach podkreślają oczywisty fakt, że zabrany przez akcjonariuszy zysk obniży kapitały własne banku, a tym samym wpłynie na jego zdolność do rozwijania akcji kredytowej. Piszą, że dywidenda zasili budżet państwa - jakby było to czymś szkodliwym. Czy lepiej podnieść podatki? - pyta.

      Oczywiście nie uważam dywidendy za coś z definicji szkodliwego. Udział w zyskach spółki należy się akcjonariuszom - mówić brzydko - jak psu miska. Wątpliwości dotyczą tylko tego, jak zabrane z banku 3 mld zł wpłyną na jego działalność w przyszłości. czy bank będzie mógł udzielić tylu kredytów, ilu by udzielił przy wyższych kapitałach? Czy będzie w stanie walczyć jak równy z równym o palmę pierwszeństwa z należącym do Włochów Bankiem Pekao? Czy będzie go stać na akwizycje innych banków za granicą? To pytania do tego pana - Jerzego Pruskiego, szefa PKO BP.

      Prof. Jerzy Osiatyński mówi, że „jeśli ktoś żyje ze sprzedaży jaj, to nie powinien zabijać kury”. Nie twierdzę, że zabranie z banku 3 mld zł będzie równoznaczne z „zabiciem kury”. Zwracam tylko uwagę, że bank nigdy nie wypłacał tak wielkiej dywidendy, a żyjemy w czasach, w których może potrzebować więcej kapitału niż zwykle (zarówno na udzielanie nowych kredytów, jak i na pokrywanie strat z psującego się portfela tych starych).

      Pisze Witold, że komentatorzy pomijają lub uznają za nieistotną drugą część proponowanej operacji, mianowicie podniesienie kapitału banku przez emisję nowych akcji. Te dwie operacje: dywidenda plus emisja - są ze sobą ściśle związane i trudno je oddzielić. W ostatnich miesiącach kilka dużych banków zagranicznych przeprowadziło podobne operacje. Santander wypłacił 4,8 mld euro dywidendy, a jednocześnie podniósł kapitał akcyjny o 7,2 mld euro. HSBC wypłaciło 7,7 mld dolarów dywidendy i wyemitowało akcje za 19,2 mld dolarów. Bez "marchewki" w postaci dywidend, akcjonariusze nie mieliby powodów podnosić kapitałów. Notowania tych banków również na początku spadły, po czym zaczęły rosnąć.

      Tak, w Europie są przykłady podobnych operacji. Ale czy to dowodzi, iż tego typu informacje są standardem rynkowym? Klasyczne podejście do dywidendy i kapitałów jest jednak inne. Zakłada, że jeśli bank potrzebuje kapitału to zostawia się zysk, a akcjonariusze wykupują nowe akcje. Jeśli zaś bank nie potrzebuje kapitału - wypłaca dywidendę. Będę się upierał, że z punktu widzenia czystej logiki rynkowej plan prezesa PKO Jerzego Pruskiego ma poważny defekt. Dlatego wymaga wyjątkowo dobrego uzasadnienia. A tego prezes PKO BP nie podaje.

      Chciałbym więc zapytać szefa PKO: czy jego bank potrzebuje kapitału, czy też nie? Jeśli potrzebuje, to proszę o jasne uzasadnienie projektu wypłaty dywidendy. Bo teza o tragicznym stanie budżetu państwa na razie jest tylko w sferze domysłów dziennikarzy. A inne uzasadnienie, które podaje Witek Gadomski - to o „marchewce” w postaci dywidendy, która zachęca akcjonariuszy do podnoszenia kapitału - do PKO BP mi nie pasuje.

      Otóż bank, inaczej niż Santandrer lub HSBC, w 51-proc. należy do państwa. Jest też w lepszej sytuacji finansowej, niż większość banków zagranicznych. Uważam, że akcjonariusze mniejszościowi PKO nie potrzebują żadnej „marchewki”, żeby podnieść jego kapitał.  Jeśli bank potrzebowałby wyższych kapitałów, a zarząd przedstawiłby spójny plan przeznaczenia nowych pieniędzy, spółka byłaby w stanie zebrać je z rynku bez uprzedniego drenowania własnych skarbców z dywidendy. Sęk w tym, że prezes PKO żadnego spójnego planu nie przedatawił.

      Czy rynek źle ocenił zapowiedź wypłaty dywidendy i emisji akcji? - pyta Gadomski. I zaraz odpowiada: Notowania akcji PKO BP po ogłoszeniu informacji o wypłacie dywidendy i emisji nowego kapitału przez dwa dni spadały, po czym zaczęły ponownie rosnąć. Ponieważ akcjonariusze otrzymają prawie 3 mld zł dywidendy, zyskają, a nie stracą.

      Cóż, może Witold per saldo będzie miał rację, że akcjonariusze zyskają. Ale na razie jednak tracą. W skali ubiegłego tygodnia kurs akcji PKO BP spadł z 27,2 zł do 26,2 zł, czyli o jakieś 4 proc. W tym samym czasie indeks WIG20 wzrósł z poziomu 2002 pkt. do 2040 pkt., czyli o 2 proc. To znaczy, że na razie rynek ocenia zmiany w PKO BP na ”minus sześć”.

      Akcjonariuszy może cieszyć zapowiedź dywidendy, ale jednocześnie zapowiedź nowej emisji akcji powoduje spadek wartości każdego z papierów, które już posiadają. Udziałowcy dostaną prawa poboru nowych akcji, które będą mogli sprzedać. Tyle, że nie wiadomo jaka będzie cena rynkowa tych praw i czy odzwierciedli spadek wartości „starych” akcji. Na stawianie wniosku, że „ponieważ akcjonariusze otrzymają prawie 3 mld zł dywidendy, zyskają, a nie stracą”  jest moim zdaniem zbyt wcześnie.

      Pisze Gadomski: oczywiście trwałe obniżenie współczynnika wypłacalności byłoby rzeczą niewskazaną. Tyle że już na jesieni zostanie przeprowadzona nowa emisja, a tym samym kapitał banku i współczynnik wypłacalności wzrośnie. Twierdzenie NBP, że przez tych parę miesięcy zagrożona będzie akcja kredytowa banku, jest niepoważne.

      Gadomski z uporem konfrontuje plan prezesa Jerzego Pruskiego z krytyką, którą podniósł w sprawie dywidendy prezes NBP. To wygodna pozycja, bo o prezesie Sławomirze Skrzypku wszyscy mamy podobne zdanie - nie najlepsze. Jednak mój redakcyjny kolega ani słowem nie wspomina, że identyczne z NBP zdanie w sprawie skutków obniżenia współczynnika wypłacalności ma Komisja Nadzoru Finansowego, kierowana przez Stanisława Kluzę. A jej chyba nie można oskarżyć o brak kompetencji.

      Zresztą nawet sam prezes PKO BP - obiecując, że akcja kredytowa mimo wypływu kapitału nie spadnie nawet o 50 gr. (omówienie wywiadu prezesa Pruskiego dla radia PiN - czytaj tutaj) - przyznaje, że wzrost wartości kredytowania w wyniku nowej emisji akcji nastąpi dopiero w 2010 r. Gadomski lekceważąco mówi o „tych paru miesiącach”. W sytuacji, kiedy banki zaczynają odmawiać firmom już nawet kredytów obrotowych, te „parę miesięcy” może jednak mieć znaczenie. Poziom kredytowania firm przez banki w tym okresie może określić długość wychodzenia Polski z kryzysu. O tych „parę miesięcy” troska się też Komisja Nadzoru Finansowego.

      Dalej pisze Gadomski, że największym walorem operacji może być odblokowanie rynku kapitałowego, czego nie dałoby się zrobić bez wypłaty dywidendy, dzięki której operacja sprzedaży nowych akcji w ogóle będzie możliwa. (...) Gdy jesienią uda się duża emisja akcji (tak znacznego podniesienia kapitału nie było jeszcze na warszawskim parkiecie), będzie to dodatkowym sygnałem, że rynek w Polsce najgorsze ma już za sobą.

      W pełni się zgadzam, że sprzedaż dużej emisji akcji byłaby manifestacją dobrej kondycji giełdy i całej gospodarki. Ale nie rozumiem dlaczego emisja byłaby niemożliwa bez wypłaty dywidendy. Tezę o koniecznej „marchewce” dla akcjonariuszy uważam za niewystarczająco uzasadnioną. Czy prezes PKO BP dlatego nagle zmienił zdanie w sprawie dywidendy o 180 stopni, że nagle postanowił pomóc giełdzie i polskiej gospodarce? A może jednak chciał pomóc komu innemu?

      Mój redakcyjny kolega nie porusza za to innej ważnej kwestii. Państwo, wysysając dywidendę z PKO BP, w drastyczny i trwały sposób niszczy autorytet własnego nadzoru bankowego. Komisja Nadzoru Finansowego od dwóch miesięcy domaga się od banków, by nie wypłacały dywidendy i zatrzymały zyski w kasie. - Za kilka miesięcy wzrośnie liczba nie spłaconych kredytów i te rezerwy kapitału się przydadzą - przekonuje Stanisław Kluza, szef KNF.

      Choć sprawa jest delikatna, bo KNF w zasadzie nie może zabronić zagranicznym akcjonariuszom polskich banków wypłaty dywidendy, to prawie wszystkie banki zastosowały się do wytycznych (dywidendę wypłacił tylko malutki Noble Bank). A polski rząd, który powinien wspierać nadzór, pokazuje innym, że regulacje KNF nic nie znaczą.

      Co będzie, jeśli jakiś prywatny bank, należący do zagranicznej grupy bankowej, zacznie mieć kłopoty finansowe z powodu rosnącej góry nie spłaconych kredytów? Czy polskiemu nadzorowi uda się wymusić na właścicielu  podniesienie kapitału, skoro nawet rodzimy rząd traktuje wytyczne nadzoru jak powietrze? Obyśmy nie musieli tego sprawdzać.

      Być może - jak radzi prezes Związku Banków Polskich Krzysztof Pietraszkiewicz - można ograniczyć nieco dywidendę i zostawić trochę grosza w banku? A może - jak chce Ministerstwo Skarbu - warto odwrócić kolejność transakcji i najpierw zapewnić bankowi dodatkowy kapitał z emisji akcji, dopiero potem zabierając mu dywidendę? Nie byłoby wówczas ryzyka, że przez kilka miesięcy spadnie zdolność PKO BP do udzielania kredytów.

      A jeśli inaczej zrobić się nie da - trzeba natychmiast wziąć do budżetu te półtora miliarda złotych, bo inaczej wszystko się zawali - to niech minister finansów albo premier jasno to powiedzą. Są to winni akcjonariuszom mniejszościowym banku PKO BP, którzy na operacji „dywidenda plus emisja akcji” mogą stracić. Akcje PKO BP mają w portfelach wszystkie fundusze emerytalne i inwestycyjne, więc chodzi o pieniądze milionów Polaków.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Witold mówi, że rację ma Jerzy, nie Sławomir. A co ze Stanisławem?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 14 czerwca 2009 22:25

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line