Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 25 maja 2009
    • Banki nie mają kasy na kredyty dla firm?

      We wtorkowej „Gazecie” opisuję najnowszy raport wrocławskiego Krajowego Rejestru Długów.Wynika z niego, że polscy konsumenci i firmy nie zapłaciły w terminie 70,3 mld zł kredytów i rachunków. Przez rok zaległości płatnicze urosły o 11 mld zł. A to dopiero początek kryzysu pełną gębą.

      Chcę zwrócić uwagę na jedną liczbę z tego raportu - wzrost nie spłacanych kredytów firmowych. Otóż według KRD z tych 11 mld zł wzrostu zaległości aż 6 mld zł przypada na nie spłacane w terminie kredyty przedsiębiorstw prywatnych! Dla porównania - długi osób fizycznych w związku z kredytami konsumpcyjnymi wzrosły w tym czasie o 2 mld zł, a przterminowane zadłużenie z tytułu kredytów hipotecznych - o miliard.

      Bankom znacznie bardziej doskwiera więc psujący się portfel kredytów dla firm, niż dla ludzi. Pisał o tym zresztą również poniedziałkowy „Parkiet”. Do czego zmierzam? Otóż te dane KRD czarno na białym pokazują powód, dla którego banki odcięły polskim firmom finansowanie.

      Od początku roku zadłużenie przedsiębiorstw w bankach prawie nie rośnie (a właściwie rośnie, ale tylko o tyle, o ile osłabił się złoty, bo część kredytów jest wyrażona w walucie obcej). I wszyscy się użalają, że banki nie mają pieniędzy na nowe kredyty, bo kapitał własny jest jaki jest (i większy nie będzie), a depozyty rosną opornie. Sam tak czasem tłumaczyłem w gazecie kredytową suszę, wzruszony narzekaniami bankowców.

      Tylko że to wcale nie jest tak, że banki nie mają kasy na kredyty dla firm. Kasa by się znalazła i to w niemałych ilościach. Pod hipotekę przecież banki cały czas pożyczają. Może nie tyle, ile kiedyś, ale pożyczają. Karty kredytowe dają, a jakże. Ostatnio trzy razy do mnie dzwonili, czy bym nie chciał podwyższyć limitów w swoich kartach. Szybka gotówka? Proszę bardzo. Niby kryzys, ale kredycik można dostać, nawet od ręki. A dla firm zabrakło? Bzdura.

      Banki nie pożyczają firmom, bo nie chcą. Widzą, że portfel kredytów korporacyjnych psuje się szybciej, niż detalicznych, więc po co mają się pakować w kłopoty? Zwłaszcza, że ryzyko udzielenia jednego dużego kredytu firmowego jest większe, niż z wyłożenia tej samej gotówki na tysiąc małych ”szybkich gotówek”. No i marża. Przy cenie pieniądza na rynku ok. 5 proc. i oprocentowaniu pożyczki gotówkowej albo kredytu w karcie na 15-20 proc. bank ma 10-15 pkt. proc. czystej marży! Nawet jeśli co piąty klient nie odda pieniędzy, to nadal zostaje godziwy zysk. Więc po co ma pakować się w ryzykowne kredyty firmowe?

      Oczywiście żaden bankowiec nie powie tego wprost. Dlatego prezesi ronią rzewne łzy i opowiadają o braku kapitału. Kapitał jest, tylko nie ma chęci. Sprawa jest o tyle niewesoła, że przy takim układzie - wysoko oprocentowane kredyty detaliczne dają bankom dużo wyższy zarobek, niż kredyty korporacyjne - żadna państwowe gwarancje, o których tyle się ostatnio mówi, mogą nie pomóc w ożywianiu kredytów dla firm. Banki będą jeszcze przez jakiś czas uprawiały minimalizm. Dadzą przedsiębiorcom tylko tyle kredytów, by mieć jakąś drugą nóżkę poza detalem. A najlepiej nibynóżkę...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Banki nie mają kasy na kredyty dla firm? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 maja 2009 20:31
    • Józef Wancer przerywa milczenie

      W weekend pisałem o tym, że do odpowiedzialnosci za tzw. aferę Kammela powinien się poczuwać nie tylko zarząd Pekao, ale i prezes BPH. Bo to w tym banku Katarzyna Niezgoda zaczęła proceder zlecania usług szkoleniowych zaprzyjaźnionej firmie Tomasz Kammela, jej partnera życiowego. Nie ja jeden podążałem tym tropem: koledzy z Pulsu Biznesu też o tym pomyśleli - chyba nawet wcześniej niż ja - i przepytali Józefa Wancera na okoliczność tzw. Kammelgate. I cóż mówi prezes BPH?

      O sprawie Sparrow dowiedziałem się dopiero z pytań dziennikarzy, po których rozpoczęliśmy jej audyt. Za szkolenia personalne w naszym banku odpowiadała Katarzyna Niezgoda i to ona powinna poinformować o potencjalnym konflikcie interesów cały zarząd. Niestety tego nie zrobiła”. I jeszcze: ”Wybór Sparrow na dostawcę usług szkoleniowych był poprzedzony przetargiem. Szkolenia się odbyły, zostały przeprowadzane zgodnie z procedurami, a co więcej, pracownicy w ankietach uznali je za profesjonalne i ocenili bardzo wysoko”

      Cóż, jak na osobę, która w zarządzie BPH odpowiada także za audyt wewnętrzny, prezes Wancer ma zaskakująco dobre samopoczucie. Dobrze chociaż, że po całej sprawie w banku powstaną nowe zasady informowania o potencjalnych konfliktach interesów. Przypomina się PO i jej ”sprawa Misiaka”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 maja 2009 19:34
  • sobota, 23 maja 2009
    • Sprawa Kammela: problem Pekao i... BPH

      Piątkowa "Rzepa" doniosła, że tzw. aferą Kammelgate zajmuje się Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Wow! Przypomnę - gdyby ktoś czytający ten wpis przez ostatnie trzy miesiące był w Australii i nie słyszał tej historii - że chodzi o  wielomilionowe kontrakty szkoleniowe, które firma związana z popularnym prezenterem Tomaszem Kammelem otrzymywała z Banku Pekao, a wcześniej z BPH. Kontrakty załatwiała życiowa partnerka Kammela, Katarzyna Niezgoda, piastująca funkcje najpierw w zarządzie BPH, a potem w Pekao.

      Choć Niezgoda z hukiem wyleciała z zarządu Pekao, zaś Kammel stracił posadę w telewizji, to echa afery nie milkną. Prokuratura podejrzewa, że straty Pekao z tytułu tzw.Kammelgate sięgają 16 mln zł. Jakkolwiek nie jestem w stanie pojąć jak to możliwe, że tak duże kwoty wydawane na szkolenia umknęły uwadze audytu wewnętrznego banku (nawet jeśli były dzielone na małe porcje, by nie trzeba było organizować przetargów), to nie widzę też tu żadnej roli dla ABW.

      Z tego co wiem wszystkie szkolenia się odbyły, można więc mówić co najwyżej o nieetycznym postępowaniu byłej członkini zarządu banku, a nie o przestępstwie, którym miałyby się zajmować z urzędu organa ścigania. A jeśli bank uzna, że został naciągnięty, niech złoży przeciwko Katarzynie Niezgodzie pozew o odszkodowanie.

      Nie ma dwóch zdań - na wizerunku Pekao, banku zarządzanego zawsze ostrożnie i konserwatywnie, sprawa Kammela może zaważyć bardzo mocno. Na razie nie padły przecież najtrudniejsze dla banku pytania: o jakość zarządzania i bezpieczeństwo pieniędzy klientów. Skoro z banku można wyprowadzić bez żadnej kontroli kilkanaście milionów złotych...

      Tyle, że moim zdaniem także Bank Pekao jest ofiarą tej afery. Nikt z komentatorów do tej pory nie zauważył, że większość swojej wątpliwej etycznie działalności Katarzyna Niezgoda prowadziła jeszcze przed przyłączeniem banku BPH w struktury Pekao. A więc także prezes BPH Józef Wancer, były bezpośredni przełożony Niezgody, powinien być adresatem pytań o jakość zarządzania i kontroli wewnętrznej. Przecież to pod jego bokiem udało się wyhodować układ, w którym pracowników banku szkoli firma związana z życiowym partnerem członkini zarządu tegoż banku. Szefowie Pekao po prostu przejęli go z tzw. dobrodziejstwem inwentarza.

      BPH zawsze uchodził za agresywny bank, który bardziej przejmował się budowaniem skali działalności, niż tym, by w środku panował idealny porządek. Ta atmosfera pomogła zbudować interes rodzinny Niezgody i Kammela. I w tej atmosferze spokojnie on sobie funkcjonował. Dlatego jeśli padną pytania o odpowiedzialność menedżerów za Kammelgate, to do odpowiedzi powinien poczuwać się nie tylko prezes Pekao Jan Krzysztof Bielecki, ale również - a może nawet przede wszystkim - prezes BPH Józef Wancer. Do tej pory - i trudno mu się dziwić - Wancer siedzi cichutko, jak mysz pod miotłą. .

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 23 maja 2009 18:10
  • poniedziałek, 11 maja 2009
    • Kryzys zmienia świat

      Właśnie - publikując poprzedni wpis - uświadomiłem sobie jak bardzo bankowy świat stanął na głowie.Tylko kilka przykładów: państwowy PKO BP, zawsze jeden z najtańszych banków na rynku (jeszcze nie tak dawno miał konto osobiste po 3 zł), nagle przepoczwarzył się w jednego z największych, jak mówią klienci, „krwiopijców”. I, jak przystało na ten przydomek, nadaje ton podwyżkom opłat.

      Grecki Polbank, który nie tak dawno reklamował się hasłem „po prostu, po ludzku”, dwa miesiące temu usiłował wymuszać na klientach podwyżki marży, chociaż żaden punkt umowy kredytowej tego nie przewidywał. A mBank, internetowy potentat, który istotą swojego działania uczynił otwartość i interakcję z klientami, dopuścił do tego, by jedną z najpopularniejszych witryn w internecie stała się strona akcji mStop, zrzeszająca jego niezadowolonych klientów. Aż chciałoby się zawołać, parafrazując pewnego byłego premiera: niech nikt nam nie wmawia, że białe jest białe, a czarne jest czarne :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 maja 2009 11:27
    • Dlaczego doją nas na koncie?

      Wystarczyło kilka miesięcy kryzysu, by polskie banki dosłownie przewróciły do góry nogami swoje podejście do najcenniejszej grupy klientów - posiadaczy kont osobistych. Zamiast coraz tańszych abonamentów mamy dziś wszechobecne podwyżki cen. Zamiast prostych pakietów z darmowymi kartami, przelewami i zleceniami stałymi banki zaczęły mnożyć skomplikowane oferty, rojące się od haczyków i ukrytych opłat.

      Banki, zamiast chuchać i dmuchać na swoich ROR-owców, zaczęły ich strzyc. Kto z nas nie dostał jeszcze listu z banku o podwyżkach? Dzisiaj publikujemy w Wyborczej" raport, z którego wynika, że niektóre banki życzą sobie za roczną obsługę konta nawet 100 zł więcej, niż półtora roku temu. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze latem 2008 r bankowcy na wyścigi obniżali opłaty za prowadzenie kont osobistych. ING z wielkim hukiem wprowadził darmowe konto Direct, w odpowiedzi mBank zrezygnował z prowizji za przelewy. A kilka innych (m.in. Nordea) weszło na rynek z tańszymi odmianami kont.

      Bankowcy wychodzili ze skóry, by mieć jak najwięcej ROR-ów. Byli gotowi dać rachunek nawet za darmo, bo ROR miał być tylko wabikiem przyciągającym klientów. Zarobku banki szukały gdzie indziej: we wciskanych posiadaczom ROR-ów kartach płatniczych, kredytach hipotecznych, szybkiej gotówce. Dziś wszystko się odwróciło. Posiadacze ROR-ów nieoczekiwanie stali się dojnymi krowami. Prowizje za prowadzenie konta i opłaty za przelewy to dla wielu banków jedyne pewne źródło dochodów. Zwłaszcza, gdy za lokaty muszą płacić klientom jak za zboże, a dochód z wielu „starych” kredytów hipotecznych jest mikry.

      Kilkadziesiąt, a może kilkaset milionów rocznie, które można dodatkowo, bez żadnego wysiłku, wycisnąć z portfeli posiadaczy ROR-ów, okazało się dla wielu prezesów banków wystarczającym argumentem, by położyć na szali budowany latami wizerunek instytucji uczciwej i przejrzystej. Z mody powoli wychodzą więc proste pakiety, w których płacisz abonament i wszystkie karty, przelewy, wypłaty masz za darmo. W bankach zaczęło się kombinowanie. Konto za 4 zł miesięcznie, ale w tabeli opłat schowane 6 zł za dostęp do konta przez internet i jeszcze co najmniej 2 zł za kartę. A jak jej nie używasz - to 5 zł za ... nieużywanie. Jak nie kijem go to pałką. Szkoda, że kryzys psuje nam banki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 maja 2009 11:23
  • wtorek, 14 kwietnia 2009
    • Bezradna Rada Polityki Pieniężnej

      Im bardziej Rada Polityki Pieniężnej obniża stopy procentowe, tym bardziej klienci banków dostają po głowie wysokimi marżami kredytowymi - taką tezę zaprezentował w piątkowej „Wyborczej” prezes Meritum Banku. Dziś to samo mówi na czołówce „Pulsu Biznesu”. Jeśli ma rację - a wszystko na to wskazuje! - to mamy jasny dowód, że oficjalne stopy procentowe nie mają dziś żadnego wpływu na to czy kredyt w gospodarce jest droższy, czy tańszy. Że Rada może sobie stopy podwyższać lub obniżać, ale rynek i tak robi swoje.  I co teraz powiedzą swoim studentom wykładowcy bankowości? W końcu to, że oficjalne stopy kredytowe mniej lub bardziej skutecznie regulują ceny kredytu w gospodarce jest jedną z podstawowych reguł, którą wpaja się studentom ekonomii (mnie zresztą też tłuczono ją do głowy w swoim czasie).

      Z czego  bierze się problem? Otóż oprocentowanie kredytów zależy od stawki WIBOR, do której każdy bank dopisuje swoją marżę. Ale WIBOR to cena pieniądza na tzw. rynku międzybankowym, podczas gdy banki tak naprawdę pieniądze pod kredyty biorą z depozytów. I płacą za nie coraz więcej! Największe banki dają za lokaty po 5 proc. rocznie, a mniejsze nawet 6,5-7 proc. To są prawdziwe koszty pozyskiwania przez banki pieniędzy na kredyty, a nie 4,1 proc., które pokazuje trzymiesięczny WIBOR.

      Efekt? Im niższy WIBOR, tym wyższe marże wpisują banki do nowych umów kredytowych. I dla klienta kredyt wcale nie jest tańszy. Dlaczego WIBOR przestał odzwierciedlać sytuację na rynku pozyskiwania pieniądza? Ta stawka powstaje na podstawie deklaracji dealerów bankowych po jakich cenach udzieliliby pożyczki innym bankom. Tyle, że do tych pożyczek w większości przypadków nigdy nie dochodzi,  bo większość banków ograniczyła transakcje z innymi bankami. Stawki ustalone przez dealerów często są tylko teoretyczne, a banki są skazane na pozyskiwanie pieniędzy pod kredyty z innego źródła - poprzez zbieranie lokat. Sytuacja teoretycznie może wrócić do normy, kiedy banki znów zaczną finansować udzielanie kredytów z pożyczek udzielanych sobie nawzajem. Tyle, że nie wiadomo czy i kiedy to nastąpi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 kwietnia 2009 12:50
    • Czy banki do cna popsują wizerunek?

      - Bank jest od tego, by sprzedawać. Jeśli pracownik jest niezadowolony, że każemy mu sprzedawać konta, karty, ubezpieczenia, to może wybrał niewłaściwą pracę - mówił bez ogródek w zeszłotygodniowym wywiadzie dla „Gazety” Artur Klimczak z zarządu Banku Millennium. Nie jestem zadowolony, że bankowcy mają takie podejście do swojej pracy. Wolałbym, żeby poza wciskaniem mi kolejnych produktów finansowych potrafili doradzić, przestrzec, pomóc w podjęciu decyzji jak zainwestować lub gdzie ulokować pieniądze. Nie bez powodu o bankach mówi się, że to instytucje zaufania publicznego.

      Kit wciskają klientom sprzedawcy większości  banków. Niedawno zgłosiła się do mnie klientka PKO BP, której zamiast przedłużenia inwestycji w obligacje pani z okienka wcisnęła fundusz inwestujący w... spółki japońskie. Bo akurat od sprzedaży takiego funduszu wtedy bank płacił prowizję.

      Problem nierzetelnych sprzedawców dotyczy zresztą nie tylko banków, to plaga we wszystkich instytucjach finansowych. Wiosną 2008 r. jedno z towarzystw funduszy inwestycyjnych suto opłaciło sprzedawców i pośredników finansowych, by wciskali klientom udziały nowego funduszu inwestującego w giełdowe spółki nieruchomościowe. Pod namowami doradców ludzie przenosili do niego wszystkie swoje oszczędności. Do dziś stracili 70 proc. pieniędzy.

      Co można zrobić, żeby sprzedawcy w bankach, funduszach, u pośredników finansowych przestali nas naciągać? Te banki, które chcą walczyć z nieetyczną sprzedażą, powinny opracować specjalny kodeks ograniczający prowizyjny system wynagrodzeń w instytucjach finansowych. Całkiem wyeliminować prowizji nie można, bo takie nagrody mają również pozytywne, mobilizujące znaczenie dla pracowników. Ale system, w którym 90 proc. wynagrodzenia zależy od wyników sprzedaży wręcz wymusza naciąganie klientów. Nie umiesz wpuszczać ludzi w maliny - w bankowej dżungli nie przeżyjesz. Banki, w imię walki z nieetyczną sprzedażą, mogłyby dobrowolnie ograniczyć wpływ prowizji na wynagrodzenie pracowników np. do 60-70 proc.

      Banki powinny też spasować ze słynnymi planami sprzedażowymi. W ostatnich latach był to modny bat na pracowników w okienkach - nakładało się na niego plan sprzedaży i straszyło zabraniem premii za jego niedotrzymanie. Z planów sprzedażowych też nie da się całkiem zrezygnować, ale te banki, które mają jeszcze w ogóle jakąkolwiek ochotę na to, by dbać o własny wizerunek, powinny inaczej je konstruować. Np. podchodzić do sprzedaży pakietowo. Niech pracownik ma w planie zapis, że ma sprzedać klientowi sto dowolnych produktów finansowych z oferty banku. To brzmi dużo lepiej, niż plan, w którym trzeba wcisnąć klientowi sto kart kredytowych.

      Takie podejście do planów sprzedażowych pewnie skutkowałoby trochę niższymi zyskami banków. Lepiej zarabia się na stu kredytach gotówkowych, niż na stu kontach osobistych. Może jestem naiwny, ale mam wrażenie, że przynajmniej niektorym bankom mimo wszystko bardziej zależy na wizerunku, niż na wciskaniu ludziom kitu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Czy banki do cna popsują wizerunek?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 kwietnia 2009 12:23
  • wtorek, 07 kwietnia 2009
    • SKOK-ów puste recepty na kryzys

      „Nie wińcie nas, nie jesteśmy bankiem. Ale mamy receptę na kryzys!” - w taki sposób reklamują się ostatnio Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe (popularne SKOK-i). Odróżniając się od banków i podkreślając, że stoi za nimi krajowy kapitał, SKOK-i chcą wykorzystać kryzys zaufania do sektora bankowego na swoją korzyść. Kampania SKOK-ów już wywołała burzę: obruszył się nie tylko Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich, który napisał do prezesa Krajowej SKOK list otwarty. Palcem pogroziła SKOK-om również Komisja Nadzoru Finansowego (czego akurat nie rozumiem, bo akurat KNF nie sprawuje nad SKOK-ami pieczy).

      W każdym razie sprawa kampanii reklamowej SKOK-ów stała się głośna i o to SKOK-om chodziło. Ale nikt do tej pory nie zbadał co kryje się pod tym zgrabnym hasłem „recepta na kryzys”. Zgłębiłem problem i udałem się do pobliskiego oddziału SKOK-u Stefczyka. Nie powiem, że się rozczarowałem, bo też i nie oczekiwałem, że SKOK-i odkryją jakieś nie znane dotąd antidotum na kłopoty finansowe polskich rodzin. Ale mimo wszystko liczyłem, że marketingowcy z Sopotu, gdzie mieszczą się centrale większości spółek z grupy SKOK, wysilą się trochę bardziej.

      Tymczasem „Recepta na kryzys”: to po prostu nowe opakowanie oferowanych przez SKOK-i pożyczek gotówkowych i konsolidacyjnych, wzbogaconych o ubezpieczenie. Jedyną nowością przygotowaną na trudne czasy jest „Antykryzysowa linia pożyczkowa”, która ma zapewnić klientowi stały dostęp do gotówki. Umowa daje członkowi kasy możliwość wykorzystania w każdej chwili - przez 30 najbliższych lat - limitu zadłużenia do określonej, przyznanej przez SKOK, wysokości. Ma to być taka stała rezerwa finansowa na „czarną godzinę”.

      „Antykryzysowa linia pożyczkowa” nie postawi na nogi domowego budżetu. Warunki jej przyznania są dość restrykcyjne - SKOK udostępni debet do wysokości jednej miesięcznej pensji lub emerytury. Jeśli więc ktoś zarabia 1500 zł, to tylko taki debet może otrzymać. Antykryzysowy debet w SKOK-ach nie jest też tani. Oprocentowanie wynosi aż 19 proc. w skali roku. To znacznie więcej, niż płacą za linie debetowe (przywiązane do konta osobistego) klienci większości banków. Trzeba też zapłacić 1,5 proc. prowizji za przyznanie pieniędzy. Do tego dochodzą opłaty wpisowe i składki członkowskie - ponad 50 zł na starcie - jeśli klient nie jest jeszcze członkiem ruchu SKOK.

      W sumie więc „Recepta na kryzys”, przynajmniej w tej częsci, która dotyczy antykryzysowego debetu, jest raczej formą wpuszczenia klienta SKOK-u w małą, drogą pożyczkę, niż wspieraniem kogokolwiek w kłopotach finansowych.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „SKOK-ów puste recepty na kryzys”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 kwietnia 2009 08:22
    • Stanisława Kluzy pęd do popularności

      „Banki, które udzielały kredytów na zakup domów i mieszkań, powinny być przygotowane na ewentualne zmiany na rynku nieruchomości i walut” - powiedział w zeszły czwartek w Sejmie Stanisław Kluza, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. Święte słowa. I gdyby tylko szef nadzoru finansowego poprzestał na tym, przyklasnąłbym mu z całym entuzjazmem, na jaki mnie stać (a ponieważ wiosna za oknem i słoneczko świeci - stać mnie na wiele).

      Ale Kluza powiedział dużo więcej.Oświadczył, że „ze sprzeciwem nadzoru bankowego spotkały się działania przygotowywanie przez jeden z banków” (wiadomo, że chodzi o Polbank), które polegały na przygotowaniu aneksów do umów kredytowych, w których kredytobiorca sam prosi bank o podwyższenie marży jego kredytu,.

      „Należy rozdzielać zwiększenie zabezpieczenia udzielonego kredytu, od podnoszenia rentowności banków, kosztem klientów" - mówił Kluza. I dodał, że domaganie się przez banki dodatkowego zabezpieczenia może być objawem „niedostatecznej jakości zarządzania ryzykiem kredytowym" w bankach..

      I tu się przewodniczący KNF chyba zagalopował. Nie chodzi o to, że postanowił bronić klientów. To akurat budzi mój szacunek, choć przecież nie do tego został powołany nadzór bankowy. Skoro jednak do obrony interesów klientów nie sposób zagonić np. Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (przypomnę tylko, że miesiąc musiała trwać akcja „Gazety” przeciwko spreadom walutowym, by urząd postanowił przyjrzeć im się z bliska), to może dobrze, że chociaż szef nadzoru finansowego daje bankom do zrozumienia, że patrzy im na ręce.

      Mam tylko pretensję, że w swoim - nieco populistycznym, przyznajmy - dziele obrony klientów przed złymi bankami, szef KNF kompletnie zapomniał, że sam zalecał bankom takie zachowanie, jakie teraz wytyka Polbankowi i innym bankom. Oto cytat z osiemnastego punktu projektowanej przez KNF tzw. rekomendacji T. Ma ona skłonić banki do ostrożniejszej polityki udzielania kredytów w walutach obcych.

      Cytat wygląda tak: „Bank powinien prowadzić monitoring zmian wysokości wskaźnika LtV w celu szybkiego reagowania na wzrost jego wartości, zwłaszcza przekroczenia określonych przez bank maksymalnych limitów. Bank powinien posiadać przygotowane, w formie pisemnej, zasady i procedury wewnętrzne określające sposób reakcji banku na negatywne zmiany wartości wskaźnika LtV, które w szczególności powinny dotyczyć:

      a) stosowania dodatkowych zabezpieczeń,

      b) zmiany zabezpieczenia,

      c) częściowego lub pełnego wypowiedzenia umowy,

      d) utworzenia dodatkowych rezerw/odpisów,

      e) renegocjacji warunków umowy.

      Tak, tak, nadzór zaleca bankom, by miały procedury „renegocjacji warunków umowy”. Czyli tego, co zaczął robić Polbank. Nie rozumiem dlaczego w płomiennym wystąpieniu w Sejmie szef nadzoru bankowego krytykuje banki za to, co jednocześnie sam im zaleca. To oczywiście miłe, że po takim przemówieniu wszyscy klaszczą i klepią szefa nadzoru po plecach. Nadzorca rynku finansowego nie jest po to, żeby zbijać punkty w rankingach popularności. I mam wrażenie, że przewodniczący Kluza czasem o tym zapomina.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 kwietnia 2009 08:21
  • czwartek, 02 kwietnia 2009
    • Prezes NBP wie, ale nie powie

      Ostatnimi czasy znowu rozbawił mnie prezes Narodowego Banku Polskiego Sławomir Skrzypek. We wtorek z groźną miną oświadczył, że zna przyczyny ostatniego osłabienia złotego. Zna, ale ich nie ujawni: „Nie możemy o nich mówić. Podzielimy się nimi z państwem w odpowiednim czasie - powiedział prezes NBP na konferencji prasowej. I tyle. Prezes Skrzypek zostawił wszystkich w niepewności, pośród licznych domysłów. Czy to jakiś bank inwestycyjny znowu bawi się naszą walutą? A może to fundusze inwestycyjne znowu się umówiły i robią złotemu na złość? Nie wiadomo, prezes wie, ale nie powie..

      Rozumiem, że w ustach prezesa NBP każde słowo ma znaczenie i nie może on powiedzieć niczego, co byłoby tylko spekulacją, na co nie byłoby dowodów. Ale, do licha, po co w takim razie prezes w ogóle coś mówił? Jego zachowanie trochę przypomina standardy obowiązujące w czasach rządów PiS. Wtedy też mówiono, że oplata nasz jakiś „układ”, tylko nie wiadomo było kto w nim jest - oczywiście poza oligarchami i większością mediów. 

      Rozumiem, że prezes Skrzypek chciałby być trochę jak były szef rezerwy federalnej Alan Greenspan, który specjalizował się w wymyślaniu zdań, które można było interpretować na różne sposoby. Ale nie powinien siać na rynku niepotrzebnej niepewności. Nie taka jest rola szefa banku centralnego. Prezes Skrzypek już raz postąpił w podobny sposób: jesienią zeszłego roku ogłosił, że wprowadzi pakiet specjalnych rozwiązań dla banków, żeby ułatwić im pozyskiwanie pieniędzy w czasach kryzysu. Dwa dni zajęło mu, zanim wreszcie ujawnił o co chodzi.  Widać ten zły nawyk szefowi NBP się utrwala.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Prezes NBP wie, ale nie powie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 kwietnia 2009 11:29

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line