Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 20 lipca 2009
    • Kredyty konsolidacyjne: wielkie oszustwo?

      W ostatnich tygodniach na łamach papierowej i internetowej ”Wyborczej” dwukrotnie zajmowałem się reklamami kredytów konsolidacyjnych. Najpierw wziąłem na warsztat Lukas Bank i jego ”Instytut jak oszczędzać”, a dziś prześwietlam kredyt konsolidacyjny GE Money. Muszę przyznać, że oba doświadczenia były dla mnie bolesne. Serce mi krwawiło, kiedy obliczałem jak głęboko trzeba sięgnąć do własnego portfela, żeby móc sobie pozwolić na kredyt konsolidacyjny.

      W Lukasie wyjściowa stawka to 20 proc. w skali roku. Może być mniej, ale nie musi. W GE Money oprocentowanie wynosi od 16 do 20 proc. Kiedy w tym drugim banku - w ramach swego rodzaju mystery shopping - chciałem pożyczyć 10.000 zł na spłatę kart kredytowych i zadeklarowałem dochody rzędu 1500 zł oraz dziecko na utrzymaniu, zaproponowali mi oprocentowanie 18 proc. w skali roku  Masakra. Gdybym akurat nie miał dobrego humoru, pewnie zrobiłbym tak, jak ten pan z reklamy firmy handlującej na giełdzie instrumentami pochodnymi:


      Odsetki, jakich banki życzą sobie przy konsolidacji kredytów, pochodzą z najwyższej półki. Dlaczego? Można byłoby to tłumaczyć niską wiarygodnością kredytową osób starających się o takie pożyczki. Ale przecież, do licha, taki np. Lukas w ogóle nie pożyczy ani grosza klientowi, który swoich obecnych kredytów nie spłaca. GE Money chyba też nie, bo pierwsze co robi pracownik, kiedy przyjdzie do niego klient z prośbą o kredyt konsolidacyjny, to łypie okiem na bazę danych Biurze Informacji Kredytowej (BIK)

      Wygląda na to, że do kredytów konsolidacyjnych banki wybierają sobie klientów, którzy są, owszem, zadłużeni po uszy, ale nie stracili płynności finansowej (bo nadal płacą raty w terminie). W dodatku mają całkiem solidną historię kredytową, co z definicji obniża ryzyko banku. Spotkałem się niedawno z sytuacją, że młoda parka z Wrocławia nie dostała w banku kredytu hipotecznego, bo... miała czystą kartę w BIK. Czystą, czyli bez żadnych kredytów. Dla banku lepszym klientem jest ten, o którym wiadomo, że w życiu coś-tam spłacił albo nie spłacił, niż taki, który jest czystą kartką.

      Dlaczego więc po 18-20 proc. rocznie ma płacić za pożyczkę konsolidacyjną klient, który ma relatywnie dobrą historię kredytową? I dlaczego, motyla noga, te banki wciskają klientom kit o „zamianie starych kredytów na jeden tańszy”, tudzież podobne dyrdymały? Jeśli konsolidacja kredytów po polsku ma się ograniczać do zamiany pięciu kredytów oprocentowanych na 20 proc. na jeden, oprocentowany na 18 proc., ale spłacany cztery razy dłużej, to dla mnie jest to jedno wielkie oszustwo.

      Tym bardziej, że biedni ludzie, spłacający takie, rzekomo „tanie i wygodne” kredyty konsolidacyjne, w ostateczności oddadzą bankowi znacznie więcej, niż gdyby spłacali swoje kredyty po staremu. Jeśli pożyczysz 10000 zł na rok na 20 proc., to musisz bankowi oddać 12000 zł. A jeśli pożyczysz te same 10000 zł na osiem lat na 18 proc., to raty zsumują się do 20000 zł. Pojedyncza rata będzie dwa razy niższa od tych, które spłacasz dziś, ale w sumie kredyt będzie cię kosztował znacznie więcej. Aż chce mi się sparafrazować pewną reklamę i krzyknąć: „Kredyty konsolidacyjne? Powinni tego zabronić”.

      A poniżej jedna z dowcipnych, ale manipulatorskich (ciekaw jestem który klient mógłby sobie zrobić akurat takie wyliczenie, jak pan ”profesor”)? Wrrrr...




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (28) Pokaż komentarze do wpisu „Kredyty konsolidacyjne: wielkie oszustwo?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 lipca 2009 15:28
  • niedziela, 19 lipca 2009
    • Nowe konta Pekao wymiatają. Klientów. I to w obie strony.

      Na początku czerwca pisałem o nowej strategii Banku Pekao w dziedzinie kont osobistych. Bank zaproponował nową linię tanich ROR-ów, w których najniższa taryfa to 3,99 zł miesięcznie. Co prawda w tej cenie nie ma dostępu do konta przez internet, ale już za 5,99 zł można mieć w Pekao nowe konto z dostępem do transakcji online (trzeba dopłacić jeszcze 0,99 zł za używanie karty debetowej).

      To dość konkurencyjne stawki, zwłaszcza biorąc pod uwagę ostatnie podwyżki opłat w większości banków. Na przykład klienci Banku Millennium, którzy do tej pory za konta (pod pewnymi warunkami) nie musieli płacić w ogóle, teraz zapłacą po 7 zł miesięcznie. Chyba, że będą mieli średni miesięczny osad 5000 zł. Tylko kto przy zdrowych zmysłach (i przeciętnej zawartości portfela)  trzyma takie pieniądze na koncie osobistym?

      Także w porównaniu z dotychczasową ofertą Banku Pekao nowe Eurokonta wyglądają atrakcyjnie. Dotychczasowi klienci po podwyżkach opłat płacą co najmniej 9,49 zł (jeśli od zawsze mieli konta w Pekao) lub co najmniej 7,99 zł (jeśli przeszli z Banku BPH w ramach fuzji). I będą tyle płacili w dalszym ciągu. Bo dla starych klientów Pekao nowa, tańsza oferta jest praktycznie niedostępna: trzeba zamknąć dotychczasowe konto, oddać karty, pokryć debet, zmienić zlecenia stałe...

      Sprytna taktyka Pekao przynosi jednak efekty. Nie tracąc przychodów ze starych klientów ”uwięzionych” w droższej ofercie, bank z żubrem w logo intensywnie penetruje rynek i dzięki taniej ofercie pozyskuje nowych użytkowników. Kilka dni temu Pekao podał, że ma już 100 tys. klientów na nowe pakiety Eurokont. Biorąc pod uwagę, że oferta obowiązuje od nieco ponad trzech miesięcy, łatwo policzyć, że do Pekao przychodzi dziennie 1100 klientów! Mimo, że bank nie prowadzi w telewizji intensywnej kampanii reklamowej nowych kont!

      W komunikacie prasowym bank przyznaje, że większość z tych 100 tys. nowych Eurokont to urobek pochodzący od nowych klientów, którzy są dla Pekao - powiedzmy to wprost - cenniejsi, niż ci starzy. Bank tańczy na cienkiej linie, bo dla klienta nie ma nic gorszego jak widzieć, że za wierność swojemu bankowi od wielu, wielu lat (może nawet od tych czasów) dostaje tylko kopa w tę część ciała, która jest zawsze z tyłu. A ten ”nowy” jest za to chołubiony (no dobra, niech Wam będzie: hołubiony) i nagradzany. I zachęcany, by sięgał po więcej:


      Bank Pekao zapewnie nie uprawia partyzantki. Wie, że klienci w Polsce są mało mobilni i zmieniają bank tylko w ostateczności. Choć przecież są na rynku banki, które na krwiożerczych instynktach zawiedzionych klientów chcą zbić niemały kapitał i chętnie ułatwią im przeniesienie konta. Ciekawe ilu takich klientów Pekao dostarczył w ostatnim czasie konkurencji? Wiemy, że liczba kont osobistych w ramach nowej linii to już 100 tys., ale nie wiemy ile spośród ponad 3 mln starych klientów swoje konta zamknęło.

      Jeśli dla tej trzymilionowej rzeczy klientów Pekao ma przekaz pozytywny, to może być nim fakt, że większość Eurokont - także tych starych - jest rozszerzona o bezpłatne ubezpieczenie Assistance, zapewniające np. naprawę sprzętu RTV/AGD, holowanie samochodu czy ubezpieczenie za granicą. To rzecz, której u konkurencji raczej nie uświadczysz. A w każdym razie jest to rzadkość. Tak samo zresztą, jak obcojęzyczna reklama polskiego banku, którą podpinam na koniec, ku poprawie nastrojów i starych i nowych klientów Pekao.





      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Nowe konta Pekao wymiatają. Klientów. I to w obie strony.”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 lipca 2009 08:05
  • piątek, 17 lipca 2009
    • GE Money edukuje (telefonem)

      Organicznie nie znoszę kredytów gotówkowych, ratalnych i wszelkiego rodzaju pożyczek z banku przeznaczanych na wyuzdaną konsumpcję: gotówki szybkiej, błyskawicznej i na dowód. Ale niedawno coś mi strzeliło do głowy i postanowiłem kupić na raty sprzęt AGD. "Raty są nieoprocentowane, więc po co mam pozbywać się pieniędzy z konta?" - pomyślałem. I choć zaraz przestraszyłem się tej myśli, było już za późno: żona rzuciła się w alejki rozglądać się za sprzętem mniej lub bardziej potrzebnym. "Skoro nie trzeba wydawać gotówki od razu, to po co sobie krzywdować?" - tak chyba pomyślała. No i tak zostałem Pomysłowym Dobromirem.


      Sklep (sieć Saturn) ma układ z bankiem GE Money. Pani w punkcie sprzedaży ratalnej (pracownica banku) zdała egzamin na 3+. Na początku myślałem, że zjem ją na śniadanie, ale okazała się dość kompetentna, przynajmniej na tle innych liniowych pracowników banków, z którymi miałem "nieprzyjemność" współpracować. Powiedziała na czym polega kredyt, że dostanę kartę z dodatkowym limitem kredytu w prezencie i że nie muszę tej karty aktywować. Pokazała kluczowe elementy umowy, podkreśliła markerem ważne liczby, kwoty i daty. "Zapomniała" tylko powiedzieć, że ubezpieczenie kredytu jest dobrowolne (od razu zaczęła liczyć raty tak, jakbym dokupił ubezpieczenie, a ja go nie chciałem). Ale za to miała ładne oczy, więc jej darowałem tę oczywistą próbę wpuszczenia mnie w maliny.

      Jednak nie o tym chciałem opowiedzieć. Otóż po niespełna dwóch tygodniach dostałem telefon z GE Money. Dziewczyna, która do mnie zadzwoniła, spytała czy dostałem już przesyłkę z kartą i kodami do jej odblokowania. Jeszcze raz, od podstaw, wytłumaczyła kiedy trzeba spłacać raty (uczuliła, że przelew trzeba wypuścić kilka dni wcześniej), na czym polega karta kredytowa, kiedy jest darmowa, a kiedy nie. Oczywiście znowu usiłowała mnie wpuścić w ubezpieczenie, ale nie była namolna. Zadałem kilka podchwytliwych pytań, ale więcej już nie ściemniała.

      Ot, taka sobie rozmowa edukacyjno-uczulająca, żebym później - jako klient - nie zadawał głupich pytań. W zasadzie nie powinno mnie to dziwić, bo edukowanie klientów jest w interesie każdego banku. Ale jednak w przypadku kredytów gotówkowych i ratalnych niewiele banków oferuje serwis wykraczający poza sprzedanie kredytu, zgarnięcie prowizji i monitoring spłaty kredytu. GE Money wyszedł ponad ten standard i muszę to pochwalić.

      Zaznaczam: nie oceniam samej pożyczki, sprawdzę na własnej skórze, czy nie ma w niej żadnych pułapek (niegdyś GE Money był znany z różnych nieczystych zagrywek). Ale dobrze, że klient banku może liczyć na dodatkowe przeszkolenie przez call-center. Nawet jeśłi cel tej rozmowy jest merkantylny ("może jednak uda się wcisnąć to ubezpieczenie"), to przy okazji bank przekazuje klientowi uczciwe informacje pozwalające uniknąć nieporozumień przy spłacie. 



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „GE Money edukuje (telefonem)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 17 lipca 2009 21:49
    • "Nabici w BRE" wyciągają rękę do zgody?

      Niemal dokładnie w 599. okrągłą :-) rocznicę bitwy pod Grunwaldem (przypadek?) głos znów dali "Nabici w BRE Bank", czyli grupa niezadowolonych klientów mBanku i Multibanku. Ich armia nie jest może tak liczna, jak zagony Jagiełły przed bitwą 15 lipca 1410 r., ale równie zdyscyplinowana. I też chętnie sprawiłaby łomot "Krzyżakom" spod znaku "polskiego oddziału Commerzbanku" (bo tak, trzymając się bitewnej retoryki, trzeba byłoby nazwać armię stronników BRE Banku).

      Nabici walczą o jak najkorzystniejsze dla siebie warunki zmiany umów kredytów hipotecznych z tzw. starego portfela. Zamiast oprocentowania uzależnionego od decyzji zarządu BRE chcą mieć, tak jak pozostali klienci, stawkę liczoną jako LIBOR plus marża. Kłopot w tym, że mBank i Multibank oferują marże w okolicy 3 pkt. proc., a Nabitym marzy się 1,5 pkt. proc. i mniej.

      Kolejna odsłona sporu już w przyszłym tygodniu, bo 21 lipca Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zajmie sę sprawą BRE i starego portfela. Do tej pory wydawało się, że polubowne rozstrzygnięcie sporu jest jeszcze oddalone całe o lata świetlne. Jednak dziś na stronie internertowej Nabitych nieoczekiwanie pojawiło się oświadczenie, które niesie okruchy nadziei na kompromis.

      W oświadczeniu czytamy, że osoby skupione wokół inicjatyw www.nabiciwbrebank i www.mstop.pl "wyrażają zainteresowanie dialogiem dotyczącym problemu
      starego portfela kredytów we frankach". To frazes, ale dalej jest ciekawie, bo Nabici proponują, by na czas rozmów uzgodnić z BRE szczególny tryb kontaktów m.in. z mediami.

      "Temat i agenda rozmów, miejsce oraz osoby zaangażowane w rozmowy, zostałyby wzajemnie ustalone w przypadku zainteresowania stron. Sposób komunikacji ew. spraw związanych z rozmowami oraz sposób kontaktów ze stronami trzecimi (m.in mediami), zostaną doprecyzowane przez strony" - czytamy.

      Można to odczytać jako zawoalowaną deklarację zawieszenia na czas negocjacji z bankiem irytujących go akcji informacyjnych: plakatów, rozsyłanych przez internet rysunków i oklejania samochodów hasłami delikatne mówiąc niezbyt pochlebnymi dla mBanku i Multibanku.

      I dalej Nabici wspominają o ustępstwach: "Zdajemy sobie sprawę, że podjęcie w końcu przez bank rzeczowej dyskusji nie przesądza jeszcze o rozwiązaniu sporu. Chcemy jednak wierzyć, że natura kompromisu zakłada gotowość do zbliżania stanowisk i poniesienia pewnych kosztów z tym związanych. Zasada ta powinna dotyczyć obu stron" - piszą.

      Czasem, kiedy bank chce utrudnić życie kredytobiorcom, wystarczy zadzwonić... - historię jednego telefonu przeczytasz tutaj

      Skąd wziął się ugodowy ton oświadczenia Nabitych? Może zrozumieli, że z punktu widzenia BRE kompromis ma swe granice? Gdy polski rząd płaci za emitowane we frankach obligacje 3 pkt. proc. powyżej stawki LIBOR, gdy sam BRE Bank w ramach pożyczek od Commerzbanku pozyskuje franki po cenie LIBOR plus 2-2,5 pkt. proc. (to moje nieoficjalne informacje), oczekiwania niektórych Nabitych dotyczące ugody w postaci ustalenia marży kredytów na poziomie 1-1,5 pkt. proc. nie wydaje się zbyt realne.

      Drugim powodem mogą być dzisiejsze, fatalne wieści z BRE Banku. Właściciel mBanku i Multibanku w drugim kwartale stracił 90 mln zł i musiał utworzyć gigantyczne rezerwy, m.in. na złe kredyty.(440 mln zł). W tej sytuacji spadają szanse na to, że BRE, chcąc ratować swój wizerunek, będzie skłonny zaoferwać Nabitym dumpingowe warunki spłaty kredytów. Im gorsza będzie sytuacja finansowa BRE, tym mniej elastyczny będzie bank w rozmowach. Być może świadomi tego organizatorzy akcji przeciwko BRE mają tego świadomość i dlatego chcą znów siąść do stołu negocjacji.

      O innych bolesnych rozstaniach - tym razem z mBankiem - przeczytasz tutaj


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „"Nabici w BRE" wyciągają rękę do zgody? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 17 lipca 2009 12:48
  • czwartek, 16 lipca 2009
    • Bolesne rozstanie z mBankiem

      mBank, największy internetowy bank w Polsce, niedawno chwalił się, że ma już ponad trzy miliony klientów. Nie negując sprawności, z jaką mBank rozpycha się na rynku (vide ostatna akcja ROR-off, o której przeczytasz tutaj), chciałbym opowiedzieć wam historię klientki, która chciała zrezygnować z usług mBanku. To historia długa i bolesna, ale kto powiedział, że rozstania są łatwe? Klientce udało się uwolnić od banku dopiero po długich siedmiu miesiącach. Tyle czasu upłynęło od skierowanej do banku prośby o zamknięcie konta do jego faktycznej likwidacji.

      Rzecz dotyczy członkini mojej rodziny, która opowiedziała mi tę mrożącą krew w żyłach historię w poufności. Nie zdradzę więc jej personaliów. I od razu zastrzegę: Ania (bo tak ma na imię główna osoba dramatu) wcale nie miała zamiaru rezygować z konta w mBanku dlatego, że jej się nie podobało. Przeciwnie, była zadowolona. Tyle, że po ślubie, który wzięła rok temu, postanowiła wraz z mężem mieć wspólne konto, małżeńskie. Traf chciał, że postanowili je mieć w mBanku.

      W mBanku (i chyba nie tylko tam) można być właścicielem tylko jednego ROR-u. Żeby stać się współwłaścicielką konta męża Ania musiała więc zamknąć własne. Dyspozycję w tej sprawie złożyła na początku grudnia ubiegłego roku. Wypełniła specjalny formularz zamieszczony na stronie internetowej  i w swej bezgranicznej naiwności sądziła, że to w zupełności wystarczy. Tymczasem okazało się, że sprawa jest trudna, złożona, skomplikowana. Niemal beznadziejna.

      Najpierw Ania dostała z mBanku informację, że zanim bank zamknie jej konto osobiste, trzeba zlikwidować „podwieszoną” pod to konto kartę kredytową. W mBanku kredytówki są zwykle częścią pakietu usług związanych z ROR-em. Nawet jak masz tylko kartę kredytową, musisz założyć konto osobiste i za jego pośrednictwem spłacać limity zadłużenia.

      „W porządku”- pomyślała Ania, licząc się z tym, że zamykanie karty kredytowej przedłuży całą procedurę o kilkanaście dni. Niestety, po miesiącu, gdy Ania znów zadzwoniła do mBanku, okazało się, że karta wciąż nie jest skasowana. Pani w infolinii mówiła coś o okresach rozliczeniowych i terminach wypowiedzenia. „Trudno, czekamy dalej” - stwierdziła Ania, bo cóż innego jej pozostało? Kartę bank zdołał zamknąć nadludzkim wysiłkiem dopiero kiedy na drzewach pojawiły się pierwsze liście (a, jak pamiętacie, zimę w tym roku mieliśmy długą, oj długą).

      Ania pomyślała - o, naiwności - że może już założyć sobie upragnione drugie konto małżeńskie. Zadzwoniła do mBanku. Tam dowiedziała się, że nic nie wiedzą o tym, by jej konto miało być zamknięte. „Musi pani jeszcze raz złożyć dyspozycję likwidacji rachunku” - powiedziała pracownica banku.

      Ania, będąc z natury istotą płochliwą i niekonfliktową, zamiast - tak jak setki innych wkurzonych klientów, na przykład tych - wynająć mobilne billboardy i napisać na nich co myśli o usługach mBanku... na przykład to:

      ... grzecznie czekała dalej na Decyzję Wielce Szanownego Systemu Informatycznego mBanku (dla wtajemniczonych DWSSImB). Ponownie kontaktowała się z mLinią, aby dowiedzieć się kiedy w końcu zostanie zamknięty rachunek.Tym razem pracownica banku powiedziała, że dodatkowo musi złożyć dyspozycję aby przyśpieszyć cały proces. Konto miało być zamknięte za kilka dni po złożeniu dyspozycji.

      Kolejne dni mijały,ale DWSSImB nie nadchodziła. Na drzewach w ogródku pojawiły się kwiaty, a potem owoce. Na krzaczkach zaczęły się czerwienić truskawki. A mBank milczał. Ania już myślała, że na DWSSImB będzie czekała do czasu, aż na jej głowę spadnie z hukiem pierwszy kasztan z rosnącego nieopodal wielkiego kasztanowca.

      Ale nie! Pod koniec czerwca po kolejnym telefonie na mLinię znowu się dowiedziała, że rachunek zostanie zamknięty w ciągu najbliższych kilku dni... Ania czekała dalej... W końcu przyszedł upragniony i tak długo wyczekiwany sms z mBanku. Konto zamknięte! Teraz kolejny telefon na mLinię, aby zostać współwłaścicielem konta męża, czeka na dokumenty jakie mają przysłać z mBanku... ma tylko nadzieję, że nie będzie to trwało kolejne pół roku.

      Alleluja! Ania rozpoczyna nowe życie, przynajmniej to bankowe. I zapewne - choćby się paliło i waliło - trzy razy się zastanowi, zanim zdecyduje się teraz na rozwód ze swoim mężem. Nie, wcale nie ze względu na to, że sprawy rozwodowe są kosztowne i długo trwają. To wszystko pikuś. Gorzej, że trzeba byłoby znowu zamknąć konto w mBanku. A czyż zamykanie konta wspólnego nie będzie dla WSSImB przynajmniej dwa razy trudniejsze, niż zwykłego? Tak, lepiej nie zmieniać męża, przynajmniej mając z nim konto w mBanku...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Bolesne rozstanie z mBankiem”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 lipca 2009 21:40
  • środa, 15 lipca 2009
    • Która mafia ustala nam ceny kredytów?

      Tytuł tej notki jest w najwyższym stopniu prowokacyjny, więc od razu wyjaśniam w czym rzecz, zanim ktoś dostanie zawału serca. Chodzi oczywiście o domniemaną „mafię bankowych dealerów”, którzy codziennie ustalają cenę pieniądza na tzw. rynku międzybankowym. A od tej ceny, czyli tzw. stawki WIBOR, zależy później oprocentowanie naszych kredytów w złotych. Zwłaszcza tych dużych, hipotecznych, które mają oprocentowane ustawione jako WIBOR plus marża.

      Problem w tym, że ów WIBOR od prawie roku żyje własnym życiem, niezależnym od tego jak kształtują się oficjalne stopy NBP i po ile banki płacą za nasze depozyty. Dziś, kiedy oficjalna stopa referencyjna NBP wynosi 3,5 proc., WIBOR wynosi aż 4,3 proc. Czyli drastycznie, o 0,8 pkt. proc. więcej, niż wynoszą stawki banku centralnego. No właśnie - czy to jest „aż”, czy „tylko” 4,3 proc.? Bo z drugiej strony mamy oprocentowanie lokat dla klientów detalicznych, które w niektórych bankach sięga 6-7 proc.

      Ktoś musi się mylić. Albo dealerzy bankowi handlują między sobą pieniędzmi po zaniżonej cenie, albo banki pożyczają od Polaków pieniądze zbyt drogo. Tak czy owak - kredytobiorcy powinni się cieszyć, bo spłacają kredyty po „promocyjnych” stawkach (bo WIBOR jest niższy od oprocentowania depozytów). Tyle, że ten medal ma dwie strony. Banki, widząc zaniżony WIBOR, prewencyjnie ustalają wyższe marże nowym klientom, by WIBOR plus marża dawał wartość wyższą od oprocentowania lokat. A tam gdzie WIBOR nie ma znaczenia - czyli na kredytach gotówkowych i kartach - banki doją klientów jak tylko się da.

      Dealerzy bankowi są pod nie lada presją. Poza własnymi kolegami z departamentów kredytowych kołki na glowach ciosają im też członkowie Rady Polityki Pieniężnej. Oni z kolei uważają, że WIBOR jest... zawyżony! A oto główny oskarżony. Jego wykres za ostatni rok wygląda tak:


      „Spadek przychodów banków z tytułu udzielonych kredytów (...) i utrzymywanie się wysokich kosztów pozyskiwania depozytów skłania banki do działań zmierzających w kierunku utrzymania stopy WIBOR na podwyższonym poziomie” - napisała w komunikacie z majowej dyskusji Rada Polityki Pieniężnej. Zdaniem Rady banki utrzymują WIBOR na sztucznie wysokim poziomie poprzez ograniczanie transakcji pieniędzmi między sobą.

      Analitycy ING Banku w środowym komunikacie napisali wprost: „część członków RPP uważa, że banki zdzierają z kredytobiorców poprzez manipulowanie stopą WIBOR”. Autorzy raportu Mateusz Szczurek, Rafał Benecki i Grzegorz Ogonek uważają, że to niesprawiedliwy zarzut. I wyjaśniają, że problem zbyt wysokiego (zdaniem jednych) lub zbyt niskiego (zdaniem innych) poziomu stawki WIBOR wziął się z... potrzeb pożyczkowych rządu.

      Analitycy ING podkreślają, że wartość WIBOR-u jest ściśle związana z dochodowością bonów skarbowych. A mówiąc dokładniej WIBOR jest minimalnie od niej wyższy  To oznacza, że banki mówią do siebie tak: „skoro rząd pożycza od nas pieniądze na taki a taki procent, to my nawzajem będziemy pożyczali sobie po mniej więcej podobnych stawkach. No, może trochę wyższych, bo rząd jest bardziej wiarygodny”.

      I gdyby nawet cały zarząd NBP stanął na uszach, to WIBOR niższy nie będzie. A gdyby z kolei szefowie departamentu kredytów we wszystkich bankach stanęli na rzęsach - WIBOR nie będzie też wyższy. Jeśli więc można mówić o jakiejś „mafii”, która wpływa na poziom WIBOR-u i tym samym na wysokość rat naszych kredytów, to jej ”Ojcem Chrzestnym” byłby... nie kto inny, jak minister finansów Jacek Rostowski.



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 15 lipca 2009 20:37
    • Link4 znów będzie wyśmiewać się z agentów konkurencji

      Ciekawą informację znalazłem wczoraj w internetowym Dzienniku Ubezpieczeniowym. Otóż firma Link4, specjalizująca się w ubezpieczeniach typu direct (bez pośrednictwa agentów), jednak może emitować w telewizji reklamy wyśmiewające konkurencję, która z usług agentów korzysta. Chodzi m.in. o tę reklamę (choć to tylko przykład z dłuższej serii spotów Link4):


      Otóż sąd apelacyjny oddalił wniosek Polskiej Izby Pośredników Ubezpieczeniowych i Finansowych o zabezpieczenie powództwa w postaci „zakazu emisji przez Link4 reklam łączących atrakcyjną cenę ubezpieczeń oferowanych przez towarzystwo z informacją o prowizji agentów ubezpieczeniowych”.

      Link4 może więc na powrót wprowadzić do telewizji reklamówki wyśmiewające agentów, którzy za swoje usługi naciągają klientów na wysokie prowizje. Wcześniej sąd pierwszej instancji zakazał Link4 emitowania tych reklamówek. Zakaz, uchylony teraz w apelacji, miał obowiązywać do czasu merytorycznego rozstrzygnięcia sporu między Link4, a izbą skupiającą pośredników.

      Powiem szczerze: nie podoba mi się przekaz reklamowy Link4 (choć same reklamówki są dużo lepsze, niż potworki emitowane przez PZU). Uważam, że firma wprowadza odbiorców w błąd, sugerując że tam, gdzie pałęta się agent, od razu musi być drożej. Nie musi. Na podstawie kilku moich znajomych i rodziny wiem, że oferty ubezpieczeń Link4 wcale nie muszą być tańsze od tradycyjnych polis, tych ”z agentem”. Ośmielam się postawić roboczą tezę, że choć w Link4 prowizji dla agenta nie ma, to pieniądze ze składki w wielu przypadkach wcale nie wracają do klienta, ale pozostają w firmie ubezpieczeniowej (w postaci wyższej marży).

      Sądzę jednak, że o wiele skuteczniejszym od procesów sądowych sposobem walki z kontrowersyjnym przekazem reklamówek Link4 byłoby wyłożenie kart na stół przez tradycyjnych ubezpieczycieli (o ile tacy jeszcze są, bo działy sprzedaży polis direct mają już prawie wszyscy więksi gracze na rynku) oraz izbę zrzeszającą pośredników ubezpieczeniowych.

      Gdyby udało się na podstawie kilkudziesięciu przykładów dowieść, że polisy Link4 dla większości klientów wcale nie są tańsze od ”tradycyjnych”, to byłby dla Link4 nokaut wizerunkowy. Oczywiście nie wiem, czy to się da zrobić. Nie wiem nawet czy to prawda (przykłady kilku osób z moich znajomych i rodziny to jeszcze nie jest żaden dowód).

      Dla większej klarowności sprawy przedstawiam także linię obrony Link4. Otóż w wypowiedzi dla ”Presserwis” Damian Ziąber, szef marketingu firmy, mówi tak: - Nie można brać na poważnie treści w naszych reklamach.  Przedstawialiśmy płaczących agentów, ale to umowny kontekst, a nie wyśmiewanie tej grupy zawodowej. Nie przedstawialiśmy agentów w niekorzystnym świetle. Pokazywaliśmy, że klient ma wybór, nie musi kupować ubezpieczenia przez pośredników, a w systemie direct może ono być tańsze – dodaje Ziąber. Mnie to nie przekonuje.

      Wiem natomiast, że kupując ubezpieczenie (jakiekolwiek: komunikacyjne, mieszkaniowe, turystyczne) nigdy nie będę kierował się ceną. Raz zrobiłem ten błąd i ubezpieczyłem auto w firmie HDI Samopomoc, bo polisa była tania. Kosztowało mnie to później 2 tys. zł, które musiałem wyłożyć z prywatnej kieszeni przy likwidacji szkody. Teraz ubezpieczam się w firmie, która ma - moim zdaniem - najlepszy serwis na rynku i zapewnia mi spokojny sen za rozsądną, choć nie najniższą, cenę. I nie jest to Link4. A jak się ów ubezpieczyciel nazywa? Zgadujcie!

      A jeśli ktoś rzeczywiście ma perwersyjną żądzę pożegnania się z agentem ubezpieczeniowym, to polecam mocno wydłużoną wersję reklamówki Link4 pt. ”Pożegnanie z agentem”.



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 15 lipca 2009 07:53
  • wtorek, 14 lipca 2009
    • Komu gra na nerwach Citi Handlowy?

      Bank Citi Handlowy w zeszłym tygodniu zaskoczył wszystkich, wprowadzając znacznie niższy od konkurencji spread walutowy. To jeden z najbardziej zauważalnych efektów akcji pt. ”Banki nabierają nas na widełki”, którą ”Gazeta Wyborcza” prowadzi od pół roku, a od paru miesięcy ze wsparciem Komisji Nadzoru Finansowego i Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

      Można powiedzieć: akcja pod publiczkę. Zresztą tak napisał w jednym z komentarzy do mojego wpisu Michał Macierzyński, analityk portalu Bankier.pl. Macierzyński zwraca uwagę, że Citi ma tak mikry portfel kredytów hipoteczny w walutach, że mógłby bez większych strat w ogóle zrezygnować ze spreadu.

      Racja, ale chyba nie tylko o ulżenie własnym klientom tu chodzi. W piątek Citi Handlowy wydał komunikat prasowy, w którym zachęca do... wymieniania w tym banku złotówek na franki po korzystnym kursie. A to już ewidentna zagrywka pod adresem klientów innych banków, zwłaszcza tych, które mają szerokie widełki kursowe: np. DomBanku, Banku Millennium, czy Polbanku.

      Zgodnie z oczekiwaniami klientów – Citi Handlowy uwalnia franka. Obniżyliśmy spread walutowy do jednego z najniższych na rynku poziomów. Gotówkę we frankach klienci mogą teraz kupić w oddziałach banku. Bez żadnych opłat. Po atrakcyjnym kursie. - zachęca cytowany w komunikacie prasowym Remigiusz Hołdys z Citi Handlowego.

      I dalej już otwartym tekstem Citi pisze w komunikacie: „Zakupioną w Citi Handlowy gotówkę klienci mogą przeznaczyć na spłatę raty kredytu hipotecznego w innych bankach. Rozwiązanie to może pomóc zredukować dodatkowe koszty związane ze spłatą kredytu walutowego. Klienci mogą m.in. uniknąć ewentualnej opłaty pobieranej za przychodzące przelewy walutowe. Mogą też przy spadku kursu waluty, zgromadzić "zapasy" franków na spłatę kilku przyszłych rat - dodaje Hołdys. Sprzedaż franków w gotówce prowadzi dzisiaj już 48 oddziałów Citi Handlowy. Żeby skorzystać z oferty tanich franków wystarczy być posiadaczem konta osobistego lub jedynie konta oszczędnościowego w Citi Handlowy”

      Możliwość zakupu tanich franków u konkurencji może skłonić klientów innych banków do spłacania kredytów bezpośrednio w walucie, choć te robią wszystko, by klientów do tego zniechęcić.

      Gdy u nas Citi odgrywa na rynku rolę dobrego policjanta, w USA jest złym policjantem. W zeszłym tygodniu agencja Bloomberg podała, że między styczniem a kwietniem Citi podwyższył średnie oprocentiwanie 15 mln kart kredytowych typu co-brand (wydawanych razem z sieciami detalicznymi) o trzy punkty procentowe. Klienci po tych podwyżkach mają prawo czuć się tak, jak boheter tej reklamówki kart Citi:


      W Stanach oczywiście wielkie oburzenie, bo grupa Citi w 34 proc. należy do amerykańskiego rządu (efekt kryzysu i konieczności dokapitalizowania banku państwowymi pieniędzmi). Czyli de facto bank w dużej części państwowy robi źle obywatelom własnego państwa. Bank tłumaczy podwyżki rosnącymi kosztami działalności. No i stratami z powodu nie spłacanego przez klientów zadłużenia. Tymczasem według wyliczeń portalu FT.com i firmy Lightspeed, karty Citi podrożały jednak bardziej, niż konkurencyjnych banków.

      Może karty Citi w USA nie należą już do najtańszych, ale za to bank reklamuje, że są bezpieczne. Całkiem zabawnie reklamuje. Zobaczcie sami.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 lipca 2009 09:16
    • Była podwyżka, nie ma podwyżki, czyli historia jednego telefonu

      Aż trudno uwierzyć, że dośwadczenia z niedawnego kryzysu finansowego niczego prezesów Noble Banku nie nauczyły. Do refleksji nie skłonił ich przypadek Polbanku, który to bank zmuszał klientów do podpisania aneksów zwiększających marżę kredytową, ale po miażdżącej krytyce mediów musiał odpuścić.  Nie zastanowił ich też kłopot mBanku i Multibanku, które doiły klientów tzw.starego portfela tak, że ci w końcu się zbuntowali i nie odpuszczają do dziś.

      Metrobank, hipoteczny oddział Noble Banku, od 1 lipca zmienił regulamin kredytów hipotecznych. W myśl nowego regulaminu każdy klient, któremu wartość kredytu (tzw. wskaźnik LTV) przekroczy 110 proc. wartości nieruchomości, będzie musiał przynieść dodatkowe zabezpieczenie. A jak nie przyniesie, to bank podniesie mu marżę kredytu o 2 pkt. proc. Czyli klient, który dziś ma kredyt o oprocentowaniu np.LIBOR plus 2 proc., po podwyżce będzie miał kredyt z marżą 4 proc. Całą sprawę opisuję tutaj.

      Nie trzeba było mieć wielkiej wyobraźni, żeby dojść do wniosku, że klienci tej zmiany nie przełkną i narobią szumu. Zwłaszcza, że nowe zasady oprocentowania najpewniej naruszają prawo o ochronie konkurencji i konsumentów. Marża kredytu jest ustalona w umowie kredytowej, na której podpisanie godzą się obie strony. Jakim prawem Metrobank chce zmieniać postanowienia umowy za pomocą regulaminu? Kto wpadł na tak chory, a do tego wątpliwy etycznie, pomysł? Wątpliwy etycznie także dlatego, że to właśnie Metrobank stosuje najszerszy na rynku spread walutowy, który sprawia, że kredyt na 100 proc. nieruchomości już w momencie jego wypłaty przez bank klientowi ma wskaźnik LTV prawie 105 proc.!

      Dobrze, że szefowie Noble Banku przynajmniej mają dobry refleks. Kiedy zaczęli się do mnie zgłaszać wkurzeni klienci z nowym regulaminem w ręku, zadzwoniłem do Metrobanku i zapytałem o co chodzi. Pani z biura prasowego najpierw przez kilkanaście godzin nie odbierała telefonów (a - żeby nie było wątpliwości - dzwoniłem do niej w godzinach pracy).

      Ale kiedy już odebrała, to w trzy godziny problem klientów został rozwiązany. Pani oświadczyła, że jest po rozmowie z prezesem i bank zdecydował o rezygnacji ze zmieny regulaminu w punkcie mówiącym o podwyżce marży. Jeden z moich szefów w papierowej „Wyborczej”, kiedy opowiedziałem mu tę historię, skomentował ją tak: - Tak, ci z Noble Banku to inteligentni ludzie. Ale gdyby oprócz tego byli jeszcze mądrzy, to by w ogóle takich rzeczy nie robili.

      A poniżej prezent dla hipotecznych klientów Noble Banku - gdyby ktoś chciał sobie zrobić tarczę strzelniczą, albo nie miał do czego rzucać lotkami. :-)). Tak, to plakat Waszego ukochanego banku, w którym wczoraj spread walutowy dla franka szwajcarskiego wynosił 29 groszy.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Była podwyżka, nie ma podwyżki, czyli historia jednego telefonu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 lipca 2009 07:52
  • poniedziałek, 13 lipca 2009
    • Słowo bankiera dziś już nie wystarczy

      Dzisiejsze (poniedziałkowe) wydanie „Pulsu Biznesu” przynosi ciekawe badanie opinii internautów o bankach. To wspólne przedsięwzięcie „Pulsu” i firmy badawczej Expandi. Sondaż polegał na prześwietleniu kilkuset miejsc w internecie, w których użytkownicy piszą o bankach i je oceniają  Wyniki zostały oparte na 3,5 tys. wzmiankach, które internauci umieścili w sieci w czerwcu.

      Cały tekst o badaniu przeczytasz na stronie internetowej „Pulsu Biznesu”, zaś poniżej wklejam tabelkę, w której zaprezentowano syntetyczne wyniki tego eksperymentu. W kolejnych rubrykach autorzy przedstawiają liczbę wzmianek o poszczególnych bankach w podziale na te pozytywne, neutralne i negatywne.



       

      Wyniki sondy pokazują - moim zdaniem - dwie rzeczy. Po pierwsze są dowodem, że na Polaków przestały działać obietnice bankowców o „przyjazności” i  „ludzkim podejściu” poszczególnych banków do klientów. Duży odsetek złych ocen mBanku i Polbanku, które właśnie w szczególnie dużym stopniu stawiają na wizerunek instytucji przyjaznych i tanich, może świadczyć, że Polakom przejadła się już „polityka miłości”. Przynajmniej w bankach, od których oczekuje się po prostu wysokiego serwisu.

      Wygląda na to, że internautom po prostu nie wystarczy już sympatyczny i niezwykle otwarty (co potwierdzi niejeden dziennikarz) dyrektor Polbanku Kazimierz Stańczak, który powie, że skoczy w ogień za kazdym klientem:

      Klienci oczekują od dyrektora konkretów: wyższych kompetencji ”liniowych” pracowników Polbanku i terminowego odpowiadania na reklamacje, z czym Polbank miewał w przeszłości kłopoty. Ale życzę p. dyrektorowi Stańczakowi wszystkiego najlepszego, bo zwyczajnie bardzo lubię tego faceta. No i trzeba docenić, że w dwa lata zrobił w tym kraju całkiem duży bank...

      Dziwić może w kontekście słabych notowań mBanku i Polbanku dobry wynik Alior Banku, który też stawia na przyjazność klientowi i „wyższą kulturę bankowości” (w praktyce sprawdza się ona średnio, o czym piszę tutaj). Ale może być tak, że Alior po prostu nie zdążył sobie jeszcze zszargać opinii, bo działa od relatywnie niedługiego czasu. I jest znany głównie od tej strony:


      Druga rzecz, którą można wyciągnąć z badania, to wymierne skutki wizerunkowe poważnych wpadek niektórych banków w czasie kryzysu finansowego. Akcja mStop i Nabici w BRE Bank, nawet jeśli oceniać ją tylko jako bunt nielicznej grupki wiecznie niezadowolonych klientów mBanku i Multibanku, chyba zaczyna rzutować na wizerunek obu banków. Bardzo wysoki odsetek złych opnii o Multibanku i duży elektorat negatywny mBanku trudno tłumaczyć wyłącznie tym, że banki z grupy BRE zawsze stawiały na otwartość komunikacyjną i otwarty dialog z klientami i teraz, w trudnych czasach, za to płacą.

      Tezy o skuteczności buntu klientów w dziele psucia wizerunku banków z grupy BRE nie stawiałbym jednak zbyt ostro, bo znamy tylko wyniki z jednego miesiąca. Niewykluczone, że aktywni internauci (a tylko ci udzielają się na forach) zawsze byli malkontentami i to, że 80 proc. z nich negatywnie lub tylko obojętnie wyraża się o mBanku, jest wynikiem standardowym. Nie znamy trendu, więc trudno stawiać stanowczą tezę.

      Poszlaką na jej potwierdzenie może być słaby wynik wspomnianego wyżej Polbanku, który też zaliczył koszmarną wtopę wizerunkową, próbując zmusić klientów do renegocjowania marż kredytów hipotecznych. Ale z drugiej strony mamy też niezły wynik Banku Millennium, który przecież nie zachowywał się w kryzysie anielsko. Potrafił miesiącami nie wypłacać klientom podpisanych już transz kredytów, albo odrzucać wnioski kredytowe mimo ich wcześniejszego wstępnego zatwierdzenia. Inna sprawa, że idę o zakład, iż w kolejnych miesiącach - po drastycznej podwyżce opłat, w dodatku źle zakomunikowanej - Bank Millennium w rankingach spadnie niemal na samo dno.

      I jeszcze na koniec drobiazg: prestiżowy pojedynek PKO BP i Pekao, największych bankozaurów polskiej bankowości, wygrywa jednak PKO BP, mający znacznie więcej opinii pozytywnych i mniej negatywnych od banku z żubrem w logo. Tyle, że tutaj mam pewne obiekcje co do kompletności badań. Dlaczego opinii o Pekao, wziętych pod uwagę, jest aż dziesięć razy mniej, niż opinii o PKO BP?



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 lipca 2009 10:07

Archiwum

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny