Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 11 czerwca 2009
    • Co się komu należy jak psu miska? Wasze komentarze do sprawy dywidendy PKO BP

      Z Waszych komentarzy do artykułów „Gazety Wyborczej” o dywidendzie, którą rząd chce wypłacić z PKO BP wybrałem kilka, które chyba dość dokładnie odzwierciedlają jedną z najwazniejszych osi sporu. Zobaczcie:

      Spółka akcyjna ma za główne zadanie przynosić zysk akcjonariuszom. Bessa powoduje mniejsze zapotrzebowanie na kredyty. PKO BP jest w dobrej kondycji i nie potrzeba go dokapitalizować. W sytuacji, gdy bank nie znajdzie wiarygodnych biznesplanów, to i tak ulokuje pieniądze w bonach skarbowych. A wypłacona dywidenda, przepuszczona przez budżet państwa i wypłacona ludziom, spowoduje wzrost popytu konsumpcyjnego, co zmniejszy deficyt państwa, spowoduje zmniejszenie zapotrzebowania państwa na kredyt i spadek stóp procentowych NBP. (Dyletant)

      Dywidenda jest należna akcjonariuszom jak psu miska! Powinna być płacona bez szemrania, bo po to akcjonariusze wyłożyli kapitał, by firma przynosiła im zyski. Powtarzam: im, a nie firmie dla samej siebie. To wyłączna wola akcjonariuszy co zrobić z wypracowanym zyskiem, a nie jakichś komentatorów, zarządców, itp. menażerii. Zabieranie dywidendy jest najbardziej racjonalną metodą wpływania na zarządzanie firmą przez akcjonariuszy. Zarząd firmy nie ma wówczas kasy na zbędne sekretarki, ekstra samochody i nie ma możliwości wyprowadzania kasy. Chce mieć środki na rozwój? To niech przygotuje projekcje tego rozwoju i przekona do tego akcjonariuszy, by zechcieli objąć dodatkową emisję akcji. Proste jak konstrukcja cepa. (Monter)

      Inwestorzy zapłacą 19 proc. podatku od dywidendy, aby otrzymać prezesa Pruskiego na stołku. Za resztę pieniędzy odkupią akcje w ramach prawa poboru. I wyjdą na zero. Zyska minister finansów i prezes banku. Stracą ciułacze, którzy kupili akcje na rynku pierwotnym. (acb)

      To niedźwiedzia przysługa dla drobnych akcjonariuszy. Owszem dostaną dywidendę, ale wartość akcji spadnie na pysk o kilka, może kilkanaście złotych. Co to ma wspólnego z nagradzaniem akcjonariuszy? Decyzja o pozbyciu się całego zysku w postaci dywidendy jest szkodliwa dla banku, bo pozbawia go środków na rozwój. Chyba tylko idiota kupi akcje takiej firmy. Niezależnie od tego, czy to suwerenna decyzja, czy wymuszona - to zarząd odpowiada za nią. Przyczynienie się do strat firmy powinno się kończyć więzieniem. (amis)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Co się komu należy jak psu miska? Wasze komentarze do sprawy dywidendy PKO BP”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 czerwca 2009 09:48
  • środa, 10 czerwca 2009
    • Rządzie, nie kręć już więcej w sprawie dywidendy PKO BP!

      Niech rząd wreszcie przestanie kręcić w sprawie dywidendy PKO! Od poniedziałku, gdy Jerzy Pruski, prezes PKO BP, niespodziewanie ogłosił, że bank może zostać wydrenowany z całego ubiegłorocznego zysku, minęły już dwa dni. A my nadal nie wiemy jaką rolę w tej sprawie odgrywa rząd. Czy chce zabrać z banku megadywidendę, czy też jednak nie?

      Każdy z trzech jego przedstawicieli mówił wczoraj co innego. Minister Finansów Jacek Rostowski twierdzi, że dywidenda zostanie wypłacona i nikomu z tego powodu nie stanie się krzywda. Rzecznik resortu skarbu sugeruje, że może wypłatę dywidendy zablokować na walnym zgromadzeniu, bo uważa, że bank najpierw powinien podnieść kapitał. A premier Donald Tusk z miłością w oczach mówi, że „przyjrzy się sprawie w najdrobniejszych detalach”.

      Mniejszościowi akcjonariusze banku (w połowie należącego do państwa) a także pozostali inwestorzy giełdowi słusznie zadają sobie pytanie: o co chodzi? A brak odpowiedzi wliczają w cenę akcji. W ciągu dwóch dni wycena giełdowa PKO BP obniżyła się o prawie dwa miliardy złotych. To oznacza, że niespójne wypowiedzi przedstawicieli rządu kosztowały go już miliard złotych - o tyle spadła wartość akcji banku, należących do państwa. Nie wiem czy rząd robi to z premedytacją, czy w sposób niezamierzony. Ale chaos, jaki wywołują premier i ministrowie w sprawie dywidendy PKO BP nic dobrego bankowi nie przyniesie. Biura maklerskie już obniżają oceny wartości banku.

      Nie mniej pytań mam do Jerzego Pruskiego, prezesa PKO BP. Zwłaszcza po moich wtorkowych rozmowach z analitykami i ekonomistami. Do opisywanych przeze mnie wcześniej scenariuszy - w tym takiego, że Pruski stał się narzędziem w ręku ministra finansów przeciwko ministrowi skarbu (całą tę hipotezę znajdziesz tutaj) - dochodzi jeszcze jeden scenariusz, też prawdopodobny. Zakłada on, że mamy do czynienia z katastrofalnym w skutkach nieporozumieniem.

      Otóż resort skarbu twierdzi, że od początku forsował plan, by PKO BP sprzedał akcje i zdobył kapitał, a dopiero później podzielił się nim z akcjonariuszami. Dzięki tej operacji skarb państwa zassałby pieniądze z PKO BP zamiast po prostu emitować nowe obligacje i zwiększać deficyt budżetowy. Można mieć do tej koncepcji zastrzeżenia - to jest mimo wszystko działanie na szkodę akcjonariuszy mniejszościowych banku - ale byłaby w tym jakaś logika.

      No i to stawiałoby w innym świetle samego prezesa Pruskiego. Zamiast najpierw pozwalać na drenowanie banku z pieniędzy, a potem myśleć o emisji, postąpiłby bardziej racjonalnie z punktu widzenia banku. Nie trzeba byłoby go też podejrzewać o uleganie naciskom tego lub innego ministra. Bo też i trzeba przyznać, że do tej pory prezes Pruski wyróżniał się wśród ludzi z branży bankowej niezależnością myślenia. Wiele osób,  z którymi rozmawiałem, podkreśla, że Pruski jest ostatnim człowiekiem, który pozwoliłby dawać sobą manipulować ministrom. Z tego właśnie powodu - że Sławomir Skrzypek próbował ograniczać jego uprawnienia - Pruski odszedł jakiś czas temu z Narodowego Banku Polskiego.

      Czy prezes Pruski dogadał się w ten sposób (”najpierw emisja, a potem dywidenda”) z ministerstwem skarbu? Jeśli tak to dlaczego na konferencji prasowej powiedział coś innego? Pomylił się? Nieprecyzyjnie się wyraził? Sprawę dodatkowo zamydla to, że niektórzy analitycy, z którymi rozmawiałem ja i moja koleżanka redakcyjna Nina Hałabuz, twierdzą że na spotkaniu z nimi (odbyło się po konferencji dla prasy) prezes wypowiadał się nieco inaczej. Nie padły słowa, że najpierw będzie wypłacona dywidenda, a potem emisja akcji. Czyżbyśmy więc mieli do czynienia z wielkim nieporozumieniem? Ale dlaczego w takim razie Ministerstwo Skarbu nie próbuje bronić ani tłumaczyć prezesa PKO BP? Czyżby minister Aleksander Grad chciał wykorzystać tę sprawę jako pretekst do ”odstrzelenia” Pruskiego? To są pytania, na które poszukuję dziś odpowiedzi.

      A tak na marginesie: rozczuliła mnie wtorkowa troska o los polskiego sektora bankowego, przedstawiana na konferencji prasowej przez prezesa NBP. Sławomir Skrzypek z taką emfazą krytykował rząd i Pruskiego, że mam niejasne podejrzenia, iż jest to element personalnej zemsty na obecnym prezesie PKO BP. Pamiętacie głośny konflikt w NBP, kiedy Pruski - ówczesny wiceprezes banku centralnego - zarzucił Skrzypkowi ograniczanie jego kompetencji? Teraz Skrzypek może się odegrać i z tej okazji skwapliwie korzysta.

      PS. W świetle najnowszych wypowiedzi prezesa PKO BP dla Radia PiN raczej odpada hipoteza, że Jerzy Pruski się pomylił lub czegoś nie dopowiedział. Ewidentnie realizuje pomysł „najpierw dywidenda, potem emisja”. I ewdentnie robi to wbrew Ministerstwu Skarbu. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Rządzie, nie kręć już więcej w sprawie dywidendy PKO BP!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 10 czerwca 2009 08:35
  • wtorek, 09 czerwca 2009
    • Czy prezes PKO BP straci stołek z powodu afery dywidendowej?

      Wygląda na to, że sprawa dywidendy w PKO BP może położyć się cieniem na karierze Jerzego Pruskiego, prezesa banku. W poniedziałek Pruski ogłosił, że chciałby przekazać na dywidendę prawie cały ubiegłoroczny zysk banku - 2,88 mld zł. Analitycy pukają się w czoło. We wczorajszym komentarzu nazwałem tę decyzję sabotażem. (przeczytasz go tutaj). Bo drenowanie PKO BP z pieniędzy w czasie, kiedy bank ma w warunkach kryzysu ciągnąć akcję kredytową całej branży, to rzeczywiście byłby sabotaż.

      Było niemal pewne, że zmiana frontu prezesa PKO BP musi wynikać z nacisków ministerstwa skarbu, które ma kontrolny pakiet akcji w PKO BP i decydujący głos co do obsady rady nadzorczej (więc i zarządu). Ale z wypowiedzi rzecznika resortu skarbu, którą cytujemy w dziesiejszej ”Gazecie Wyborczej” wynika, że dywidendowy wyskok prezesa Pruskiego mógł być jego samodzielną inicjatywą!

      Otóż rzecznik mówi: - Tak wysoka dywidenda to propozycja zarządu banku, ustosunkujemy się do niej podczas walnego zgromadzenia. W ocenie skarbu państwa potrzebne jest przede wszystkim wzmocnienie kapitałowe PKO BP, by bank mógł zwiększać liczbę udzielanych kredytów. Cały tekst przeczytasz tutaj

      To dość jasna sugestia, że ministerstwo skarbu nie popiera dążeń prezesa PKO BP, by wydrenować bank z dywidendy. A więc samowolka Jerzego Pruskiego? A może jego układ z ministrem finansów Jackiem Rostowskim ponad głową ministra skarbu Aleksandra Grada? Rostowski z otwartymi ramionami przyjąłby w budżecie państwa półtoramiliardowy prezent z dywidendy od PKO BP.

      W obu przypadkach prezes PKO BP kładzie głowę pod topór. Minister Skarbu zapewne nie będzie tolerował szefa dużego banku, który podejmuje ważne decyzje o dywidendzie bez konsultacji ze swoim przełożonym lub po konsultacjach z... innym ministrem.

      Ale jest też trzeci scenariusz: otwarcie mówię, że najmniej prawdopodobny. Może być też tak, że sprawa dywidendy była wcześniej uzgodniona przez Pruskiego i Grada, ale po pierwszych - miażdżących - reakcjach na ten chory pomysł minister Grad postanowił się od całej afery odciąć. Wtedy Jerzy Pruski, jako piorunochron ministra Grada, zapewne ocaliłby stanowisko prezesa PKO BP. Ocaliłby stanowisko, ale stracił twarz, biorąc na siebie ciężar wyjątkowo głupiego pomysłu.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Czy prezes PKO BP straci stołek z powodu afery dywidendowej?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 czerwca 2009 09:07
  • poniedziałek, 08 czerwca 2009
    • Sabotaż? Ogołocą PKO BP z pieniędzy.

      Rząd postanowił zabrać z PKO BP cały ubiegłoroczny zysk - 2,88 mld zł. W zasadzie nie powinniśmy być aż tak bardzo zaskoczeni. Nie dalej jak tydzień temu wiceminister skarbu przyznał, że państwo, mające w PKO BP pakiet 51 proc. akcji, będzie chciało wziąć dywidendę w takiej wysokości, która „nie naruszy interesów spółki”. I co? Dziś rano zarząd PKO BP ogłosił, że zarekomenduje wypłatę prawie ubiegłorocznego zysku! Do kasy państwa trafi 1,45 mld zł.

      To zakrawa na sabotaż. Polski rząd jest prawdopodobnie jedynym na świecie, który z premedytacją drenuje własny bank z kapitału. Gdy rządy w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, czy we Włoszech robią wszystko, by wzmocnić kapitałowo swoje banki, polski minister skarbu zabiera z PKO BP pieniądze, które mogłyby pójść na kredyty dla firm i zwykłych ludzi. I to w sytuacji, gdy akcja kredytowa we wszystkich bankach hamuje, dusząc gospodarkę. PKO BP jest na tyle dużym bankiem, że mógłby tę sytuację odwrócić.

      Jednocześnie zarząd PKO BP ogłosił, że chce wyemitować nowe akcje. Nawet do 650 mln papierów o łącznej wartości 17 mld zł. Prezes PKO BP Jerzy Pruski na konferencji prasowej oświadczył, że tak naprawdę emisja będzie mniejsza - wyniesie ok. 5 mld zł. Tak czy owak to skandal, że jedną ręką z banku wysysa się pieniądze, a w tym samym czasie drugą rękę wyciąga się do inwestorów po świeżą gotówkę. To niepoważne traktowanie inwestorów. Albo bank potrzebuje świeżego kapitału albo nie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Sabotaż? Ogołocą PKO BP z pieniędzy. ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 08 czerwca 2009 12:43
    • Ciekawe wyliczenia: Ameryka ma najwięcej długów, ale Europa wkrótce w nich utonie.

      Niedawno pisałem o fatalnej sytuacji amerykańskich kredytobiorców, z których 8 proc. już nie spłaca rat kredytów hipotecznych. Notkę zatytułowałem ”Ameryka - kraj pełen bankrutów”. I dziwiłem się, że ci zbankrutowani goście jeszcze ośmielają się utrzymywać dla nas wizy. Zresztą dostało mi się za to od jednego z czytelników. Link do tej notki znajdziecie tutaj.

      W weekend znalazłem ciekawe wyliczenia, z których wynika, że Ameryce, przy całek mizerii jej gospodarki, znacznie dalej do bankructwa, niż np. Wielkiej Brytanii. Z analizy portalu Creditloan.com wynika, że Wyspiarze są tak koszmarnie zadłużeni w przeliczeniu na jednego obywatela, że aż dziw bierze, iż ktokolwiek jeszcze chce im pożyczać pieniądze na finansowanie deficytu budżetowego.

      Na poniższym wykresie widać zadłużenie zagraniczne największych światowych gospodarek. Najbardziej zadłużonym krajem świata są oczywiście USA (jeśli nie mylę się w jednostkach jest to 12,2 biliona dolarów (na wykresie jest to 12 tysięcy bilionów, ale w ich nomanklaturze tysiące bilionów to powinny być nasze biliony). Na liście najbardziej zadłużonych państw są też Wielka Brytania, Niemcy, Francja i Włochy.


       

      Na zadłużenie poszczególnych krajów analitycy Creditloan.com nałożyli ich produkt krajowy brutto, dzięki czemu będzie można określić ich majątek lub zadłużenie netto. Tu też na czele Ameryka z dochodem narodowym rzędu 13 bilionów dolarów. Ale na drugim miejscu jest Japonia (4,4 biliona dolarów PKB)  Potem Niemcy, Chiny i Wielka Brytania z dochodem narodowym w okolicach 2,8-3,3 biliona dolarów..


       

      I teraz zaczyna się najlepsza zabawa. Jeśli od dochodu narodowego poszczególnych krajów odjąć ich zadłużenie zagraniczne i wyniki przedstawić w przeliczeniu na jednego mieszkańca, to okaże się, że najbardziej zadłużonym państwem globu i pierwszym kandydatem na globalnego bankruta jest... Wielka Brytania, a nie USA. Na jednego Brytyjczyka przypada 126 tys. dol. zadłużenia netto. W słabej sytuacji są Francuzi (29,5 tys. dol. zadłużenia netto na mieszkańca), Niemcy i Hiszpanie.

      Wszystkie te kraje mają więcej długów do spłacenia, niż wynosi wartość ich produktu krajowego przypadającego na mieszkańca (liczba mieszkańców - w milionach ludzi - jest na poniższym wykresie podana przy nazwie ka0191dego kraju). Na drugim biegunie są kraje, które co prawda mają gigantyczne długi, ale póki co jeszcze są w stanie pokrywać je swoim produktem narodowym. Poza Japonią, która dzięki wysoko rozwiniętej gospodarce czerpie duże dochody z eksportu, na plusie, choć niewielkim, jest też Ameryka.

       

       

      Choć to od krachu amerykańskiego rynku nieruchomości i załamania tamtejszych banków zaczął się globalny kryzys, paradoksalnie USA są w dużo lepszej sytuacji, niż zadłużone po uszy kraje Europy. Analitycy podkreślają, że słabością Wielkiej Brytanii jest to, że jest stosunkowo małym krajem (61 mln ludzi), a żyje ponad stan w takim samym stopniu, jak giganci. Analitycy Creditloan.com konkludują, że Wielka Brytania jest jak konsument, który już nawet nie wydaje wszystkiego co zarobi, żyjąc od pierwszego do pierwszego. Brytyjczycy są jak ktoś, kto wydaje pożyczone pieniądze już na dwa miesiące przed tem, zanim je zarobi. A odsetki od długów sprawiają, że raty rosną szybciej, niż te, opóźnione w czasie, dochody.

      Ale większość potężnych krajów w Euriopie Zachodniej też jest w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Analitycy wyliczają powody wysokiego poziomu długów w relacji do dochodów na Starym Kontynencie: droga siła robocza, drogi ekspoert, droga waluta, stosunkowo mała liczba ludności, wysoki poziom opodatkowania i drogi system ochrony zdrowia. I obstawiają, że kiedyś wszystko to dobrowadzi nasz kontynent do bankructwa. A jako pierwsza na dno pójdzie oczywiście Wielka Brytania. I wcale nie dlatego, że jest wyspą.



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Ciekawe wyliczenia: Ameryka ma najwięcej długów, ale Europa wkrótce w nich utonie. ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 08 czerwca 2009 10:12
  • niedziela, 07 czerwca 2009
    • Nowa metoda zwalniania pracowników. Z palca i na zawsze

      Wpadła mi w oko telewizyjna reklamówka siłowni o wdzięcznej nazwie ”Crunch Fitness”. Nie powiem żebym się setnie ubawił. W czasach, kiedy miliony ludzi są zagrożone utratą pracy, żarty na temat pozbywania się pracowników (zwłaszcza pozbywania się ich w wersji... hmmm... ostatecznej, czytaj: na zawsze) jakoś mniej śmieszą. Ale może to jest właśnie typ humoru odpowiedni na ten czas? Zobaczcie sami.


      Co ten spot ma wspólnego z tematem bloga? Cóż, prezesi banków też bywają krwiożerczy. Ostatnio coraz częściej. Tydzień temu pisaliśmy w ”Wyborczej” o róznych podejściach do konieczności zwalniania pracowników w bankach. Dekoniunktura w sektorze finansowym sprawia, że pracę może stracić nawet 12 tys. osób pracujących w bankach. Przypadków eliminacji pracownika  - oczywiście w mniej drasycznej formie, niż  na klipie - w branży bankowej będzie wyjątkowo dużo.

      Niektórzy prezesi, w geście solidarności z pracownikami (a także chcąc w jakiejś mierze chronić etaty „zwykłych” ludzi), obniżają sobie - astronomiczne do tej pory - pensje. W tym samym czasie inni bez skrupułów zwalniają setki osób, wypłacając sobie kilkumilionowe pobory. O tym ile według mnie powinien zarabiać prezes banku czytajcie tutaj

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 07 czerwca 2009 14:50
  • sobota, 06 czerwca 2009
    • Wzięli 200 miliardów, a pożyczać nie chcą

      Jak doniósł wczoraj amerykański portal finansowy Creditloan.com, Departament Skarbu tego kraju podsumował właśnie zachowanie na rynku kredytowym wszystkich tamtejszych banków, które wzięły udział w rządowym programie pomocowym - tzw. TARP. Są to wiele wnoszące dane, bo do tej pory podawano tylko liczby dotyczące 21 największych banków.

      Co wynika z pełnych danych, obejmujących ponad 500 banków, które wessały rządową pomoc w łącznej wartości 200 mld dol.? Otóż myliłby się ten, kto liczyłby na przekucie tych gigantycznych pieniędzy, płynących z kieszeni podatników, na wzrost kredytów. Z wyliczeń Departamentu Skarbu wynika, że w marcu akcja kredytowa banków objętych TARP była o 1 proc. mniejsza, niż w lutym, i to mimo że marzec miał aż trzy więcej dni robocze.

      A więc banki wzięły pieniądze, a teraz na nich siedzą. Dotyczy to nie tylko kredytów korporacyjnych (spadły o 1,5 proc.), ale też pieniędzy pożyczanych konsumentom w ramach kredytów hipotecznych, w kartach kredytowych i bardzo popularnych w USA kredytów dla studentów. Creditloan.com nie podaje informacji o tym jak zmieniała się akcja kredytowa w bankach nie biorących udziału w TARP, więc nie wiemy, czy niechęć do pożyczania pieniędzy dotyczy tylko bankow obdarowanych przez państwo, czy ogółu sektora bankowego w USA.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 06 czerwca 2009 15:10
  • piątek, 05 czerwca 2009
    • Banki kuszą komuną

      Oj, komuna, komuna. Może nie dosłownie, ale... jednak. Do takiego wniosku dochodzę analizując ostatnie nowinki w ofercie lokat. Nie, nie, nie chodzi wcale o ”Lokatę Rewolucyjną” w Raiffeisen Banku, w której motywy walki klas są aż nadto wyraźne (zresztą przypomnijcie sobie sami - klip Raiffeisena linkuję pod tym wpisem). Chodzi mi o co innego. Otóż po wysypie lokat rekomendacyjnych (wyższe oprocentowanie w zamian za przyprowadzenie kolegi) banki coraz częściej kuszą lokatami ”grupowymi”. Ze wszystkich chętnych na lokatę tworzą grupę i im jest ona liczniejsza, tym wyższe jest oprocentowanie.

      Bodaj jako pierwszy z takim pomysłem wystartował Alior Bank. Ostatnio identycznym pomysłem chwali się Open Finance. Lokata nazywa się - a jakże - „Lokatą Wspólną”. Podstawowe oprocentowanie to 6,5 proc. I tak nieźle na tle konkurencji (najwyższe lokaty dają dziś maksymalnie 6,6 proc.). Przy tysiącu klientów bank wypłaci odsetki dla każdego z nich w wysokości 6,65 proc. , po przekroczeniu progu 10 tys. osób jest to 6,8 proc., a jeśli zgłosi się 40 tys. osób - każda dostanie po 7 proc. I to już byłoby coś. Ale czy rzeczywiście powstanie odpowiednio szeroki front jedności narodu? Czy klasa oszczędzających zewsze szeregi i pomaszeruje ku wspólnemu dobru?

      Szansa na aż tak wysokie oprocentowanie lokaty promowanej przez Open Finance jest minimalna, w pierwszym tygodniu zgłosiło się raptem 500 osób. W naszym od pewnego czasu kapitalistycznym kraju jednak niełatwo wraca się do starych ideałów. Ale nie traćmy nadziei. Masy mają czas żeby się zgłaszać po :Lokatę Wspólną” do 23 czerwca.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Banki kuszą komuną”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 05 czerwca 2009 21:03
    • Czy bankowcom marzy się Urząd Kontroli Oprocentowania Depozytów?

      Gazety co i rusz zapowiadają koniec depozytowej wojny między bankami, ale padają w niej coraz to nowe wystrzały i nie widać, by zanosiło się na zawieszenie broni. Co prawda armaty nie są już może tak potężne - banki zamiast płacić po 10 proc. w skali roku ograniczają się do ofert rzędu 6,6 proc. - ale wciąż są to odsetki atrakcyjne z punktu widzenia klientów i bardzo kosztowne dla banków. Kosztowne, bo w ostatnich latach banki poudzielały masy kredytów z bardzo niskimi marżami. I odsetki płacone przez klientów bywają niższe od oprocentowania lokat.

      Jeśli jakiś bank płaci za lokaty 6,5 proc., a z odsetek od kredytów otrzymuje np. 5,5 proc., to dopłaca do interesu. A obniżyć oprocentowania lokat nie może, bo wtedy klienci uciekną do konkurencji. W dobie kryzysu płynności w sektorze bankowym to byłby strzał w kolano. Banki więc płacą i płaczą. Ostatnio krokodyle łzy wylewał na łamach giełdowej gazety „Parkiet” prezes banku Citi Handlowy -  Sławomir Sikora.

      Mówiąc o wysokim oprocentowaniu lokat Sikora oświadczył: „To potencjalne źródło przyszłych kłopotów niektórych banków i powinno być przedmiotem zainteresowania nadzoru” - stwierdził Sikora. Podkreślił, że w innych branżach sprzedaż produktów poniżej ceny wytworzenia jest określana jako dumping i zabroniona. Tymczasem niektóre banki mają na depozytach terminowych dla klientów detalicznych ujemną marżę” - cytuję za „Parkietem".

      Sikora nie jest pierwszym bankowcem, który sugeruje ustalenie maksymalnej, dozwolonej prawem stawki za lokaty. I wskazuje Komisję Nadzoru Finansowego jako podmiot, który powinien się zająć śledzeniem banków, które płacą za depozyty zbyt dużo. Wcześniej mówił o tym Mateusz Morawiecki, prezes BZ WBK. Jak słyszę takie pomysły to nóż mi się w kieszeni otwiera.

      Po pierwsze dlatego, że mówienie o dumpingu w przypadku depozytów wydaje mi się nadużyciem. Nie da się dziś wiarygodnie określić ceny pieniądza na rynku. Stawki WIBOR są mało miarodajne, bo rynek pożyczek międzybankowych jest mało płynny. Więc skąd wiadomo, że stawka 5,8 proc. za lokatę w skali roku to jeszcze nie dumping, a już 6,2 proc. - to dumping?

      Po drugie uważam, że to rolą prezesa banku i zatrudnionych przez niego ludzi od kontroli ryzyka jest określenie takiej ceny kredytów, by przy rozsądnej stawce płaconej za depozyty cała zabawa była zyskowna.  Jeśli ktoś w banku zdecydował, że trzeba udzielać kredytów na bardzo niskiej marży, to niech teraz akcjonariusze tego banku albo tego ”ktosia”  rozliczą, albo wyłożą z własnej kieszeni pieniądze i zapłacą za jego błędy.

      Po trzecie wreszcie: jeśli miałby powstać Urząd Kontroli Oprocentowania Depozytów, to niech równolegle powstanie Urząd Ochrony Klientów Banków Przed Oprocentowaniem Niższym od Inflacji. Bo niby dlaczego ktoś miałby chronić banki przed ujemnymi marżami, a klienci mieliby dostawać odsetki nie pokrywające realnego wzrostu cen? Przypominam, że przy inflacji rzędu 4 proc. rocznie (a taką teraz mamy) każda lokata oprocentowana niżej od 5 proc. przynosi realną stratę, bo po odliczeniu podatku Belki zostaje mniej, niż 4 proc..

      Całe szczęście, że ani Komisja Nadzoru finansowego, ani Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nie potraktował tego niedorzecznego pomysłu bankowców poważnie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Czy bankowcom marzy się Urząd Kontroli Oprocentowania Depozytów?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 05 czerwca 2009 10:16
  • czwartek, 04 czerwca 2009
    • Co robić kiedy nadchodzą TE dni?

      Ostatnio wpadły mi w ręce arcyciekawe prezentacje jednego z towarzystw funduszy inwestycyjnych. Nie będę zdradzał jego nazwy, bo są to dokumenty ze szkoleń dla sprzedawców, które ukradkiem podwędziłem. I nie wiem, czy mają status oficjalnych. Całość ma zachęcać do długoterminowego inwestowania i uczyć sprzedawców jakich argumentów powinni używać w rozmowach z klientami. Przede wszyskim z tymi "skoczkami", którzy chcieliby szybko wejść do funduszu i uciec z niego przy pierwszym większym zarobku. A także z tymi, którzy po ostatnich dwóch latach bessy uważają, że fundusze to banda złodziei. A dlaczego tak uważają? O tym piszę tutaj

      Wnioski są takie, że nie ma sensu szukać na giełdzie górek i dołków, bo dużo więcej można zarobić dzięki systematycznemu inwestowaniu. Dlaczego? Otóż z wyliczeń, na które powołują się przedstawiciele tego TFI wynika, że od końca 2002 r. do końca 2008 r. - czyli w ciągu 1518 sesji - za 90 proc. całkowitego wzrostu indeksu WIG odpowiadało zaledwie... 16 sesji! Jeśli ktoś nie jest jasnowidzem i nie potrafił wytypować tych 16 szczęśliwych sesji, zarobił znacznie mniej.

      Ciekawe, prawda? A dodam, że ta zasada potwierdza się też w przypadku amerykańskich indeksów. Otóż jeśli weźmiemy 10-letni okres zakończony 31 grudnia 2005 r. i wyliczymy średni roczny zysk z hipotetycznej inwestycji w indeks Standard&Poors 500, to okaże się, że...

      Utrzymując kapitał przez pełne 10 lat osiągnęlibyśmy 9,49 proc. średniego rocznego zysku. Opuszczając tylko 10 najlepszych dni giełdowych - w ciągu tych 10 lat - tracimy już połowę tego zysku. Rocznie zarobilibyśmy tylko 4,44 proc. Opuszczając 20 najlepszych dni dla amerykańskiej giełdy (w czasie dekady) pozbywamy się już całości zysków - zarabiamy tylko 0,6 proc. rocznie.

      Nie wiem jak do Was, ale do mnie te wyliczenia przemawiają. Łapanie giełdowych górek i dołków chyba rzeczywiście nie ma sensu. Chyba, że kogoś to bardzo kręci :-). Odpowiedź na pytanie postawione w tytule tej notki powinna więc brzmieć: kiedy nadejdą TE dni, lepiej być na rynku, a nie poza nim.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 04 czerwca 2009 15:56

Archiwum

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line