Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 06 lipca 2009
    • Urzędy blokują nam konta? I dobrze!

      W dzisiejszym wydaniu porannego magazynu ekonomicznego radia TOK FM jednym z głównych tematów był tekst „Gazety Wyborczej” o tym, że urzędy coraz częściej blokują nam konta bankowe, żeby wymusić zapłatę zaległych mandatów lub podatków. Tekst pt. „Zaraz ci zablokuję konto” przeczytasz tutaj.

      Uczestnicy audycji: Tadeusz Mosz, Krzysztof Barembruch, Andrzej Arendarski i Maciej Grelowski zgodnym chórem narzekali na okropną straż miejską, która zamiast zająć się porządnymi sprawami tylko wlepia mandaty, zakłada blokady na koła, ściga kwiaciarki na ulicach i blokuje konta Bogu ducha winnym dłużnikom.

      Dopiero w ostatnich minutach audycji uczestnicy trochę się opanowali i uznali, że może to jednak dobrze, że urzędy państwowe mają jakieś narzędzia do ściągania wierzytelności. Choć od razu zastrzegali, że taki urząd, zamiast blokować konto bankowe, najpierw powinien poprosić, upomnieć, napisać lub zadzwonić do dłużnika.

      Nie mówię, że wszyscy strażnicy miejscy, policjanci i urzędnicy to chodzące anioły. Zgadzam się też, że strażnicy miejscy mogliby czasem zająć się czymś innym, niż tylko ściganiem źle parkujących i za szybko jadących kierowców. Sam dostałem niedawno zdjęcie z fotoradaru Straży Miejskiej i 400 zł mandatu za śmiertelnie niebezpieczne przestępstwo pt. jazda warszawską Wisłostradą z prędkością 90 km na godzinę. To ulica trzypasmowa, prosta jak drut, na długich odcinkach bezkolizyjna (przecinają ją kładki i wiadukty). Ale jakiś nieprzesadnie inteligentny urzędnik ustalił tam dozwoloną prędkość na 50 km na godzinę.

      Wracając do rzeczy: to, że urzędnicy czasami idą na łatwiznę to jedno. Ale to, że swoje zobowiązania trzeba płacić - to drugie. A na ten drugi temat goście programu Tadeusza Mosza ledwie się zająknęli. Słyszałem tylko w kółko, że „każdemu się może zapomnieć”, że „nie warto wysyłać egzekutora, żeby ściągnął z kogoś 20 zł”, że blokowanie konta z powodu kilku złotych zaległości to przesada.

      Otóż, do diaska, jakby ci wszyscy, którym urzędnicy blokują konta, po prostu zapłacili swój mandat/podatek/karę w terminie, to nikt by im nic nie zablokował! Nie wolno podchodzić do swoich zobowiązań z taką lekkomyślnością. Dostałeś mandat, podatek do zapłacenia - to zapłać! A jak wyrzucasz kwitek do śmietnika, to się nie dziw, że potem blokują ci konto.

      Pewnie, że to rozwiązanie drastyczne. Pewnie, że czasami koszt egzekucji jakiejś drobnej kwoty przekracza wartość samego mandatu, czy podatku. Ale tu chodzi o zasadę. Gdybyśmy się umówili, że egzekwujemy mandaty tylko od tych, od których się opłaca je ściągać, to może wypuśćmy też na wolność wszystkich przestępców? Koszt ich utrzymania w więzieniu wynosi kilka tysięcy złotych miesięcznie. To też się nie opłaca.

      Jestem za tym, by każdy, kto coś przeskrobał i został przyłapany, nie tkwił w poczuciu bezkarności, tylko musiał za to zapłacić. Jak raz takiemu zapominalskiemu zablokuje się konto bankowe i karty, to następnym razem już nie zapomni, że ma coś do zapłacenia. Niech w tym kraju wreszcie zapanuje porządek! (i wcale nie głosowałem w wyborach na Ziobrę :-))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 lipca 2009 13:36
  • niedziela, 05 lipca 2009
    • Przepis na szczęście: banany, kawa i tropiki

      Najszczęśliwszymi ludźmi na świecie są mieszkańcy Kostaryki - ogłosiła właśnie Fundacja na rzecz Nowej Ekonomii. W zestawieniu, w którym brano pod uwagę 143 kraje, Polska nie zmieściła się nawet w pierwszej połowie stawki - jesteśmy tylko" na 77 miejscu wśród najszczęśliwszych narodów świata.

      Na pocieszenie można dodać, że generalnie Europejszycy niespecjalnie cieszą się życiem, bo nawet najbardziej optymistyczni na naszym kontynencie Holendrzy (jak na ironię tkwiący od stuleci w geograficznej depresji) znaleźli się dopiero na 43 miejscu. Znacznie szczęśliwsi od nas są Niemcy (51. lokata), ale już Brytyjczycy - tylko o włos (są trzy miejsca wyżej, niż Polska). Za to szczęście jest nam bliższe, niż np. Amerykanom (są dopiero 114 miejsce w zestawieniu). Zupełnie nie rozumiem dlaczego Amerykanie nie są szczęśliwsi od Brytyjczyków.

      Na pozycję w rankingu składa się oczekiwana długość życia, odsetek mieszkańców deklarujących zadowolenie z życia i zasoby naturalne poszczególnych krajów. Co nas różni od najszczęśliwych ludzi na świecie? Cóż, przede wszystkim to, że leżymy w zimnej Europie, a nie w pulsującej rytmami samby Ameryce Łacińskiej. Na dziesięć najszczęśliwszych nacji świata aż dziewięć pochodzi z tej części świata. Z innych regionów do czołowej dziesiątki wcisnęła się tylko Australia. Ale to akurat nic dziwnego, kraina kangurów to dla wielu z nas synonim najspokojniejszego i najbardziej atrakcyjnego miejsca na ziemi.

      "Indeks Szczęśliwej Planety" (HPI), bo to on jest liczbowym odzwierciedleniem szczęśliwości ludzi, po raz kolejny dowodzi oczywistej prawdy, że pieniądze szczęścia nie dają (tylko dlaczego tak wszyscy za nimi ganiamy, hę? :-)). Taki Kostarykańczyk pod względem bogactwa to się nawet nie umywa do Amerykanina. Ba, nie umywa się nawet do mieszkańca kraju nad Wisłą. Na głowę jednego Polaka przypada 13,8 tys, dolarów produktu krajowego brutto, a taki Kostarykańczyk syci się do pełni szczęścia raptem 7,1 tysiącem dolarów.

      Jest szczęśliwy nie tylko dlatego, że żyje w tropikalnym klimacie i nie musi co chwilę zmieniać opon w samochodzie na zimowe. Nie tylko dlatego, że ma do dyspozycji 1290 km linii brzegowej morza (my też mamy, ale nasze morze jest zimne, jak jasna...). I nie tylko dlatego, że nie musi się obawiać utraty pracy (bezrobocie w tym kraju nie przekracza 5,5 proc. to dwa razy mniej, niż u nas).

      Taki Kostarykańczyk jest szczęśliwy przede wszystkim dlatego, że syci się prawdziwym bogactwem ziemi, a nie bogactwem papierków drukowanych przez bank centralny (z pokryciem lub bez pokrycia). Żeby nie było wątpliwości: kostarykański bank centralny oczywiście też drukuje papierki bez opamiętania, inflacja w tym kraju wynosi bowiem 12 proc. w skali roku. Ale w kraju, który żyje z eksportu bananów - tak, tak, słynna Chiquita to marka rodem z Kostaryki - i kawy, w którym występują rudy żelaza, miedzi i ołowiu, a także srebro, złoto i ropa naftowa, zaś lasy są pełne drewna, gotówka naprawdę nie musi być synonimem bogactwa.


      Kostarykańczyk, mając w ziemi i na ziemi takie nieprzebrane bogactwa, mógłby więc leżeć do góry brzuchem i zajmować się nic-nie-robieniem. Ale - jak przeczytałem w serwisie www.sciaga.pl - on woli główkować. Stolica Kostaryki San Jose (miasto założone w 1737 r.) było trzecim miastem na świecie, w którym zainstalowano uliczne lampy i jednym z pierwszych z infrastrukturą telekomunikacyjną.

      A jak się jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, to można się wyluzować. To pewnie dlatego ulice w San Jose nie mają nazw, a miejscowi wykorzystują system kierunków - np. coś, co my nazwalibyśmy ulicą Marszałkowską, u nich jest miejsce "200 metrów na północ i 50 metrów na wschód od poczty". A więc map też nie potrzebują. Odpada więc problem przemysłu kartograficznego :-).Kostarykańczyk ma tylko jedno utrapienie: mnóstwo wulkanów, które czasem wprawiają się w erupcję. Ale my mamy za to powodzie...


      Ale żeby dojść do tego, że ulice nie muszą mieć nazw (tamtejsi radni nie tracą więc czasu na kłótnie, czy powinny one nosić nazwy po hiszpańskich kolonizatorach) Kostarykańczycy też musieli najpierw pogłówkować. Każdy budynek w stolicy (kwadratowa parcela), mierzy dokładnie 100 metrów. U nas, budując warszawski Ursynów, nikt o tym nie pomyślał. :-). No i nazwa naszego kraju w języku hiszpańskim nie oznacza bynajmniej "Bogatego Wybrzeża". A nazwa Kostaryki - i owszem (w oryginale: Costa Rica).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Przepis na szczęście: banany, kawa i tropiki”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 lipca 2009 16:09
  • sobota, 04 lipca 2009
    • Plaża i finanse: biznes wchodzi do Bałtyku

      Spędziłem ostatnio upojnych kilka dni w Kołobrzegu. Nie byłem tam od kilku dobrych lat i muszę powiedzieć, że ten nadmorski kurort - a przede wszystkim zmiany, które w nim zachodzą - zrobił na mnie duże wrażenie. Skąd biorą się pieniądze na budowanie setek i tysięcy nowych apartamentów tuż przy brzegu morza i czy ktoś te apartamenty kupuje - to temat dla mojego redakcyjnego kolegi od nieruchomości Marka Wielgo. Ja, jako kompletny laik w tym temacie - mam wątpliwości.

      Razem z apartamentowcami powstają w Kołobrzegu, jak grzyby po deszczu, luksusowe hotele. W cenach europejskich. Za dobę w czterogwiazdkowym hotelu ze śniadaniem, basenem, saunami, jaccuzi i jaskinią solną wliczonymi w cenę oraz z możliwością wykupienia licznych zabiegów spa płaci się od 500 zł w górę (za pokój).

      Hotele pod koniec czerwca stały jeszcze pustawe, więc można było negocjować ciekawe zniżki (testowałem - polecam!). Ale mimo wszystko nie wiem, czy będzie wielu chętnych na wypoczynek w takich cenach w miejscu, gdzie temperatura wody w morzu w czerwcu nie przekracza 11 stopni. Za podobne pieniądze można się wybrać do Chorwacji, Bułgarii, a przy odrobinie szczęścia - do Hiszpanii lub Portugalii. Faktem jest, że wysokie ceny i coraz większa dostępność luksusowych hoteli powoduje, że w górę idą ceny kwater prywatnych i pensjonatów. Na pokój w średniej klasy pensjonacie płaci się nawet po 200-250 zł, a za obskurny niekiedy pokój w willi niedaleko morza po 60-80 zł.

      Rozwija się nie tylko baza hotelowa, ale i small biznes. To, że na plażach we wszystkich nadmorskich kurortach można kupić od obwoźnych sprzedawców napoje, popcorn i co tam jeszcze, nie jest niczym nowym. To, że na plażach powstają bary, knajpy i nadmuchiwane atrakcje dla maluchów - też nie dziwi. Ale po raz pierwszy zobaczyłem na plaży regularne stoiska z pamiątkami. Zresztą zobaczcie sami:

      Nie wiem czy te stoiska działają legalnie, czy też są w szarej strefie. Ich właściciele reagowali nerwowo na moje pytania, więc pewnie nie mieli zupełnie czystego sumienia. Ale nie o to mi chodzi. Nasze plaże zaczyna podbijać kolejna forma handlu plażowego, dla której większym zagrożeniem, niż wysokie podatki jest sztorm i wysoka fala. Tak, small biznes wchodzi właśnie do Bałtyku. :-) 


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Plaża i finanse: biznes wchodzi do Bałtyku”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 04 lipca 2009 15:13
  • czwartek, 02 lipca 2009
    • Konflikt klientów z BRE Bankiem szybko się nie skończy

      W dzisiejszym (czwartek, 2 lipca) wydaniu „Pulsu Biznesu” oraz w serwisie pb.pl jest ciekawy wywiad Gienka Twaroga z szefem części detalicznej BRE Banku Jarosławem Mastalerzem. Co prawda głównym tematem są pomysły na rozwój mBanku i Multibanku (cały wywiad przeczytasz tutaj), ale Mastalerz odnosi się też do pretensji części klientów, którzy oskarżają bank o nieuczciwe ustalanie odsetek od ich kredytów hipotecznych. Chodzi o tzw. „stary portfel” kredytów, którego oprocentowanie uzależnione jest od widzimisię zarządu BRE.

      Przypomnijmy, że ostatnio zbuntowani klienci znów zaleźli za skórę szefom BRE. O ich ostatniej akcji billboardowej przeczytasz tutaj oraz tutaj. Bank zezłościł się do tego stopnia, że podjął akcję prawną (o niej przeczytasza tutaj). Wygląda więc na to, że spór na linii klienci-BRE zaostrza się.

      W wywiadzie dla „Pulsu Biznesu” Jarosław Mastalerz stara się łagodzić nastroje.Nie jest dla mnie przyjemne, że wcześniej powstawały strony przyjaciół mBanku, a za moich czasów nabiciwmbank. Podejmowanie niepopularnych decyzji nie jest medialnie dobrze odbierane, ale taka jest rola menadżera (...). Doceniam to, w jaki sposób klienci się zorganizowali. To świadczy, że społeczność budowana wokół naszych banków detalicznych nie jest marketingowym sloganem tylko faktem. Dziś za tę otwartość zbieramy baty, ale wierzę, że z czasem znów będzie to naszą siłą. Dalej uważam, że interakcja z Klientami i rozmowa również na trudne tematy to najlepszy sposób na uczciwe prowadzenie biznesu”.

      Sęk w tym, że ta rozmowa jak na razie nie przynosi kompletnie żadnych rezultatów. Trudno jednoznacznie ocenić, czy to BRE jest zbyt mało elastyczny, czy klienci mają zbyt wygórowane oczekiwania. Ostatnio na stronie internetowej mStop jej twórcy oburzali się, że bank w oświadczeniu opublikowanym w moim blogu (treść oświadczenia znajdziesz tutaj) mówili o jakichś negocjacjach z klientami: „Od spotkania w Łodzi 14 lutego do 22 czerwca - żadnych rozmów z klientami nie było, za co całkiem niedawno pracownicy mbanku bardzo przepraszali w mniej oficjalnych kanałach komunikacji”.

      Jarosław Mastalerz w rozmowie z ”Pulsem” tłumaczy dlaczego nie może spałnić oczekiwań klientów. „Koszty finansowania wzrosły drastycznie i de facto spełnienie oczekiwań klientów oznaczałoby dotowanie ich kredytów (...). Musielibyśmy im dać ofertę za 100 bipsów (czyli z marżą 2 pkt. proc. - dopisek mój), pożyczając pieniądze za 200 bipsów, czyli do każdego klienta musielibyśmy dopłacić 100 proc.” - mówi Mastalerz.

      Kłopot w tym, że według klientów bank oferuje zmianę sposobu spłaty kredytów ze „starego portfela” na dużo gorszych warunkach, niż marża 2 pkt. proc. Klienci twierdzą, że bank proponuje najwyżej 3,5 pkt. proc. i ani punkcika mniej. Co na to Mastalerz? „Klienci, którzy są z nami długo, mają u nas rachunki, robią z nami transakcje, dostali oferty rzędu ponad 200 bipsów”. Ale jeśli ktoś „jedyne co u nas ma to kredyt, a pensja idzie gdzie indziej, tam nie zdecydowaliśmy się na tak duży ruch. (...) Możemy zejść do niskiej rentowności portfela, ale nie możemy do klientów dopłacać, w każdym razie nie do wszystkich. Jeśli klient poza hipoteką nie ma z nami relacji, to musimy zostawić sobie wyższą marżę, chociażby na dodatkowe ryzyko i koszty administrowania - mówi Mastalerz

      To oznacza, że bank nie zamierza się ugiąć pod naciskiem zbuntowanych klientów. Konflikt będzie zatem trwał, a wizerunek mBanku (bo to ten bank najbardziej dostaje po uszach) nadal będzie ponosił szwank. Choć Mastalerz się z tym nie zgadza: „Ponieśliśmy koszty wizerunkowe, ale jestem przekonany, że teraz będziemy wysyłać coraz więcej dobrych wiadomości,. Zasób złych już się wyczerpał”.

      A mnie się wydaje, że klienci nie odpuszczą, więc i wiadomości godzących w dobre imię mBanku i Multibanku w najbliższym czasie nie zabraknie. BRE Bank jest w trudnej sytuacji, bo wszystkim nie dogodzi, a dżin z butelki już wyskoczył - klienci są zorganizowani i czują się silni.

      Jedynym sposobem, by ostatecznie przeciąć sprawę byłoby opublikowanie przez zarząd BRE czytelnych zasad zmiany umów kredytowych. Czyli np. klient, który ma w banku kredyt, kartę i konto ze średnim osadem takim a takim, może przejść na taką a taką marżę kredytową. Ten, który ma tylko kredyt - może dostać siaką. A ten, co ma kartę i kredt gotówkowy - owaką. Jeśli informacja będzie czytelna i uczciwie przedstawiona, opinia publiczna dowie się kto w sporze ma rację. Albo bank, który oferuje dobre warunki, których klienci nie chcą zaakceptować, albo klienci, którym bank chce zamienić złe warunki kredytu na inne - też złe. Pytam Jarosława Mastalerza: czy to naprawdę byłoby takie trudne? 


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Konflikt klientów z BRE Bankiem szybko się nie skończy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 lipca 2009 11:00
  • wtorek, 30 czerwca 2009
    • Dywidenda PKO na raty. Dobry kompromis.

      Tuż przed dzisiejszym walnym zgromadzeniem akcjonariuszy banku PKO BP resort skarbu państwa podał, że chciałby przeznaczyć na wypłatę dywidendy z ubiegłorocznego zysku tylko miliard złotych. Do kasy państwa trafić ma więc 500 mln zł dywidendy, a nie półtora miliarda, jak chciał minister finansów Jacek Rostowski i na co godził się prezes banku Jerzy Pruski. W wersji Pruskiego i Rostowskiego akcjonariusze dostaliby po 2,88 zł dywidendy, w wersji resortu skarbu - tylko po złotówce. Już wiemy, że walne zgormadzenie przegłosowało opcję forsowaną przez ministra skarbu Aleksandra Grada - będzie więc po złotówce dywidendy na akcję.

      Ale rząd - poza złotówką dywidendy wypłacaną teraz - chce wziąć z banku dodatkową gotówkę. Akcjonariusze uchwalili głosami Skarbu Państwa, by po jesiennej emisji nowych akcji PKO BP wypłacił drugą dywidendę, tzw. zaliczkową, już akonto zysków za 2009 r. Nie wiadomo ile ona wyniesie, bo prawo ogranicza możliwości wypłaty dywidendy zaliczkowej do połowy zysku z trzech kwartałów. A przecież nie jest pewne, czy PKO BP w ogóle wypracuje w tym roku jakiś zysk. Resort skarbu planuje też dodatkową dywidendę w 2010 r., ale to dopiero pieśń przyszłości.

      Bank, który potrzebuje kapitału na udzielanie kredytów i na pokrycie strat ze złych kredytów, zostanie więc uszczuplony o znacznie mniejszą kwotę, niż prawie 3 mld zł. To dobry kompromis między potrzebami budżetu, a koniecznością budowania bazy kapitałowej przez PKO BP. Wypłacając teraz tylko część pieniędzy na dywidendę, PKO BP uniknie głębokiego spadku współczynnika wypłacalności. I w najbliższych - trudnych dla gospodarki - miesiącach nie będzie musiał aż tak pilnować się przy udzielaniu kredytów. Resztę dywidendy (ze względu na ograniczenia prawne - pewnie niewielką) PKO wypłaci dopiero po zainkasowaniu gotówki z emisji akcji. A nie wiadomo nawet, czy zdąży z nią przed końcem bieżącego roku. Ciekawe jestem co na to wszystko minister finansów Jacek Rostowski...


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Dywidenda PKO na raty. Dobry kompromis.”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 czerwca 2009 11:23
  • niedziela, 28 czerwca 2009
    • Gdy bank pomaga klientowi w unikaniu podatków. Czy to etyczne?

      Portal pb.pl, powołując się na gazetę Sonntag, podał, że szwajcarski bank UBS zapłaci amerykańskiemu rządowi 3-5 mld franków (czyli równowartość 3-4,5 mld dol.), by zamknąć sprawę ułatwiania Amerykanom unikania podatków. Amerykański rząd pozwał UBS za to, że szwajcarski bank pomógł 52 tysiącom swoich klientów z amerykańskim paszportem uniknąć zapłacenia 15 mld dol. podatków.
      UBS w lutym w drodze ugody sądowej zdecydował się ujawnić dane 250 klientów i złamać wielowiekową tradycję tajemnicy bankowej. W trakcie postępowania władze USA wykryły, iż UBS prowadził na terenie USA działalność private bankingu bez zezwolenia tamtejszego nadzoru (SEC). Pracownicy UBS byli szczegółowo instruowani przez bank jak uniknąć wpadki. W USA spotykali się z klientami i regularnie informowali o możliwościach transferowania pieniędzy za granicę. A było tak słodko... Zobaczcie sami. You and us. UBS.

      Kiedy bank, instytucja zaufania publicznego, zaczyna zajmować się szukaniem kruczków prawnych, by klienci nie płacili podatków, to coś jest chyba nie tak. A kiedy prowadzi działalność bez zezwolenia nadzoru, to coś jest bardzo, bardzo nie tak. UBS powinien znacznie bardziej dostać po łapach, niż zapłacić te nędzne kilka miliardów odszkodowania. Zwłaszcza, że rząd amerykański jest w naprawdę dużo większej potrzebie, te nędzne kilka miliardów go nie uratują  -). Ile potrzebuje? Zobaczycie jeśli dotrwacie do końca tego klipu.
      .
      Ale wracając do meritum. Chciałbym zapytać o nasze banki. Może nie chachmęcą tak, jak Szwajcarzy, ale gdy oglądam na ich stronach internetowych oferty tzw. lokat antypodatkowych, to coś się we mnie burzy.
      Pod przykrywką polisy na życie banki sprzedają ludziom lokaty, a dzięki temu zysk nie jest opodatkowany podatkiem Belki. Wszystko jest lege artis, po prostu prawo jest dziurawe i banki z tego skrzętnie korzystają. Ale czy to etyczne? czy bank, instytucja zaufania publicznego, powinien oferować klientom lokaty i nazywać je polisami? Pytanie pozostawiam otwarte. Sam chyba nie mam wyrobionego zdania w tej sprawie. Zwłaszcza, że w swoim prywatnym portfelu inwestycyjnym też mam jedną taka poliso-lokatę.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy bank pomaga klientowi w unikaniu podatków. Czy to etyczne? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 czerwca 2009 23:17
  • sobota, 27 czerwca 2009
    • Zostać rentierem: niełatwa sprawa

      Zawsze się zastanawiałem ile trzeba mieć pieniędzy, żeby pracować tylko dla przyjemności. By odsetki od już zgromadzonych oszczędności zapewniały godziwe życie z procentów. I jak długo trzeba systematycznie oszczędzać, żeby taki luksusowy stan osiągnąć. Uważam, że taki  rachunek powinien przeprowadzić każdy, kto zabiera się za oszczędzanie. Bo żywot rentiera jest ukoronowaniem, ostatnim celem odkładania i inwestowania pieniędzy. Życzę każdemu - także sobie - by ten etap osiągnął.

      Wielu z Was zapewne wątpi, czy zgromadzenie wystarczającego kapitału, by żyć z odsetek, jest możliwe w ciągu jednego tylko pokolenia. Tak, to jest pytanie: czy jest sens w ogóle marzyć o byciu rentierem jeśli nie posiada się dużych oszczędności na starcie i nie zarabia 100-200 tys. zł miesięcznie jak prezes banku? Tak, oni tyle zarabiają, piszę o tym tutaj.

      Nie odpowiem wprost na te pytania, ale przedstawię pewne wyliczenia, które pozwolą każdemu z Was wyciągnąć wnioski. Załóżmy, że chcielibyśmy wypłacać sobie po 3000 zł miesięcznych odsetek. To pozwoli na przyzwoite życie, ale bez szaleństw (no i raczej mówimy o życiu singla, niż całej rodziny). Ile trzeba mieć kapitału, żeby takie odsetki otrzymywać

      Przy założeniu, że roczne odsetki w banku będą wynosiły średnio 5 proc. rocznie (i oczywiście uwzględniając przy tym podatek Belki) okazuje się, że potrzebujemy 900.000 zł (dziewięćset tysięcy). Jeśli zredukujemy potrzeby do 2000 zł miesięcznej renty, to wystarczy umieścić w banku 600.000 zł.

      To kosmiczne pieniądze i nie wydaje się możliwe, by zebrać je w ciągu np. kilkunastu lat, odkładając tylko z pensji. Trochę prawdy w tym jest, ale... Policzmy jak długo i po ile złotych miesięcznie trzeba byłoby oszczędzać, by odłożyć te 600-900 tys. zł, pozwalające na błogie nic-nierobienie. Z marszu odrzućmy opcje zakładające oszczędzanie po 30-40 lat i dłużej. Żywot rentiera chcemy wieść jeszcze przed emeryturą. Interesuje nas oszczędzanie maksymalnie przez 20-25 lat.

      Wyliczenia są nieubłagane: żeby w ciągu 20 lat zebrać 600.000 zł trzeba odkładać po 1200 zł miesięcznie.
      Przy wydłużeniu okresu oszczędzania do 25 lat i tej samej kwocie miesięcznej (1200 zł) uzbieramy zaś 944 tys. zł. A więc nawet nieco więcej, niż kapitał potrzebny, by bank do końca życia wypłacał nam po 3000 zł odsetek miesięcznie.
      Wszystkie te obliczenia wykonuję przy założeniu, że inwestycje przynoszą średnio 7 proc. zysku rocznie (czyli pieniądze w połowie są zainwestowane w fundusze akcji, a w połowie w obligacjach i
      na lokatach).


      Krótko mówiąc: jeśli nie masz jeszcze ani grosza oszczędności, a marzysz o osiągnięciu statusu rentiera zanim przejdziesz na emeryturę, to musisz spełnić dwa warunki: zacząć gromadzić oszczędności przed 30 rokiem życia i zarabiać wystarczająco dużo, by co miesiąc odkładać po 1200 zł. Po 20-25 latach systematycznego inwestowania będziesz mógł położyć się do góry brzuchem i mruczeć: "na tapczanie siedzi leń, nic nie robi cały dzień..."

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Zostać rentierem: niełatwa sprawa”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 27 czerwca 2009 10:33
  • czwartek, 25 czerwca 2009
    • BRE kastruje plakaty opozycji. To już koniec akcji ”nabitych”?

      Trwająca od kilku dni akcja anty-reklamowa, jaką przeciwko mBankowi i Multibankowi rozpoczęli niezadowoleni klienci, staje się coraz mniej zrozumiała dla postronnych obserwatorów (o jaką akcję chodzi - czytaj tutaj). Najpierw na mobilnych tablicach reklamowych, które ”opozycjoniści” wypuścili na ulice trzech miast, zaklejono nazwy banków (o tym czytaj tutaj). Teraz na plakatach zasłonięto także część adresów stron internetowych, za pomocą których niezadowoleni klienci manifestują swoją antypatię wobec mBanku i Multibanku. Od dziś jeżdżące po ulicach Warszawy, Łodzi i Katowic billboardy wyglądają tak:


      ”Opozycjoniści” nie kryją, że wymazanie z plakatów części informacji - co de facto kastruje całą akcję - jest efektem nacisków ze strony zarządu BRE Banku, walczącego o ograniczenie strat wizerunkowych mBanku i Multibanku w efekcie akcji zbuntowanych klientów. Oto dzisiejszy komunikat niezadowolonych klientów, umieszczony na stronie nabiciwmbank.pl:

      ”BRE Bank w dniu dzisiejszym skontaktował się z firmą udostępniającą powierzchnię reklamową wykorzystaną do kampanii informacyjnej forumowiczów NabiciWBREBank.pl. (...) Do firmy tej zostało wysłane pismo wzywające do zaprzestania prowadzenia kampanii. W odpowiedzi na pismo z naszej strony została podjęta decyzja o natychmiastowym i trwałym usunięciu nazw marek [chodzi o marki banków - red.] w ramach nazw domen internetowych umieszczonych na billboardach. Akcja jednak nie zostanie zatrzymana. Zgodnie z planem mobile reklamowe również i dziś wyjadą ponownie na ulice trzech miast”.

      Widać BRE Bank tym razem postanowił ostro zareagować na działania niezadowolonych klientów, wypuszczając do walki swoich prawników. I to dość skutecznie. Czy w tej sytuacji kontynuowanie tej akcji przez klientów, zarzucających nieuczciwość mBankowi i Multibankowi, ma w ogóle sens? Nie jestem o tym przekonany. Ta akcja została po prostu źle przygotowana, więc jej ”rozbrojenie” przez prawników BRE Banku nie jest niespodzianką.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „BRE kastruje plakaty opozycji. To już koniec akcji ”nabitych”?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 czerwca 2009 19:29
    • Ostatnia tajemnica Danny

      O słynnej już kampanii reklamowej BZ WBK z Dannym DeVito, połączonej z konkursem z dwumilionową nagrodą, powiedziano i napisano już chyba wszystko. No, prawie wszystko. We wtorek bank ogłosił bowiem ostateczną wartość zebranych w ramach tej propozycji kwot - to aż 4,3 mld zł. Dodatkowo bank ujawnił, że na lokaty zapisało się 150 tys. osób. To oznacza, że przeciętny klient kupował po pięć-sześć ”losów” na loterię (bank przyznawał po jednej szansie na wygraną za każde 5000 zł). O tym jakie szanse ma na wylosowanie dwóch milionów złotych pisałem tutaj.

      Do rozwikłania pozostała już tylko jedna zagadka: ile nowych pieniędzy pozyskał bank z tej lokaty, a jaka część z tej góry 4,3 mld zł to kasa, którą klienci BZ WBK po prostu przesunęli z innych lokat bądź z kont osobistych? Oczywiście nawet jeśli niemała część pieniędzy to te, które już w banku były, nadal można mówić o sukcesie. Bank dzięki lokacie zablokował pieniądze na dłużej i uzyskał poduszkę finansową. Ale oczywiście ideałem byłoby, gdyby każdy grosz z urobku Danny'ego DeVito był groszem wyrwanym przez BZ WBK z rąk konkurencji.  Tak zapewne nie jest.

      Spytałem zarząd banku o to ile nowych pieniędzy pozyskał w ramach lokaty z Dannym DeVto. Niestety następnego dnia dostałem informację, że BZ WBK tej informacji mi nie ujawni. Cóż, szydło i tak wyjdzie z worka, bo jeśli w wynikach kwartalnych bank nie pokaże znacznego wzrostu wartości portfela depozytów, to będzie oznaczało, że DeVito przekonywał głównie tych, którzy w BZ WBK już trzymają pieniądze. Cóż, zobaczymy. Ale blokada informacji na ten temat ze strony BZ WBK budzi pewne podejrzenia. Czyżby sukces konkursu z Dannym DeVito nie był tak wielki, jak wydaje się na pierwszy rzut oka?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Ostatnia tajemnica Danny”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 czerwca 2009 06:08
  • środa, 24 czerwca 2009
    • The winner is... Jeeeeerzy Pruuuuski!

      Po wtorkowym wystąpieniu ministra finansów Jacka Rostowskiego wiemy już kto wygrał korespondencyjny pojedynek,  który rozgrywali prezes PKO BP Jerzy Pruski i minister skarbu Aleksander Grad. Przypomnijmy, że Pruski, wbrew woli Grada (przynajmniej tej publicznie eksplikowanej) zaproponował wypłatę gigantycznej, prawie trzymiliardowej dywidendy z ubiegłorocznego zysku PKO BP. Grad chciał zostawić zysk w banku i co najwyżej wypłacić wcześniej (zaliczkowo) dywidendę z przyszłorocznych zarobków PKO BP.

      Wydawało się, że Pruski mógł przelicytować, zwłaszcza po tym, jak rada nadzorcza banku (kontrolowana przez skarb państwa) zagroziła mu brakiem absolutorium. Jednak już na początku tego tygodnia - jak donosił Puls Biznesu - członkowie rady zaczęli półgębkiem przyznawać, że się zagalopowali. A we wtorek miniter Rostowski postawił kropkę nad i, ogłaszając, że przychody z dywidend od państwowych spółek mają wynieść 5 mld zł i ograniczyć rosnącą dziurę w budżecie.

      W środę po południu minister Grad oświadczył, że w sprawie dywidendy zawarł kompromis z ministrem finansów. Szczegółów nie ujawnił, ale zapewne ten kompromis jest bliższy pierwotnemu planowi ministra Rostowskiego, niż koncepcji Grada. A więc jednak dywidenda?

      Dla banku to byłaby oczywiście zła wiadomość, bo bez trzech miliardów trudniej mu będzie myśleć o przejęciach innych banków, co w kryzysie jest naturalną potrzebą największych graczy na rynku. Nie wiadomo jak będzie z akcją kredytową do czasu uzupełnienia braków kapitału w ramach nowej emisji akcji (o ile ów rządowy kompromis przewiduje wypłatę dywidendy już teraz).

      Jakkolwiek by ten kompromis się nie przedstawiał, to wygląda na to, że rząd postanowił jednak osłabić potencjał PKO BP, choć po wystąpieniu ministra Rostowskiego można próbować zrozumieć intencje tego postępowania. Bo z budżetem państwa naprawdę jest niedobrze.

      Szkoda tylko, że minister Rostowski, podcinając nieco gardło kurze znoszącej złote jajka (jaką niewątpliwie jest PKO BP) nie pozbawił nas wątplwiości dotyczących możliwości wzrostu podatków w przyszłym roku. Wygląda na to, że alternatywa, którą stawiali niektórzy publicyści, czyli „albo dywidenda, albo wyższe podatki, albo wyższy deficyt” jest fałszywa. Bo będzie wszystko naraz. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 24 czerwca 2009 17:25

Archiwum

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny