Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 18 maja 2017
  • środa, 17 maja 2017
  • wtorek, 16 maja 2017
  • poniedziałek, 15 maja 2017
    • Tak Intercity nas goli. Wycięli w pień tanie bilety i ceny mają już "europejskie". Tylko wolno jadą

      Szybka kolej w Polsce ma tylko jedną twarz: państwową PKP Intercity. Monopol Intercity trwa i nawet się umacnia. W zeszłym roku firma sprzedała 38,5 mln biletów (to tylko 12% wszystkich w Polsce, takie np. Przewozy Regionalne, wożące ludzi codziennie do pracy, sprzedały 80 mln biletów) i po raz pierwszy od lat miała zysk – zarobiła na czysto aż 47 mln zł. Podobno frekwencja w pociągach – w sensie liczby sprzedanych biletów – zwiększyla się o 24%, a za te bilety zapłaciliśmy prawie 1,8 mld zł.

      Już widać, że szefowie Intercity, widząc kręcący się interes, postanowili też… przykręcić nam śrubę. Już w zeszłym roku drastycznie podnieśli minimalne ceny na bilety pierwszej klasy pendolino i obniżyli standard usług. O ile poprzednio w promocji można było jechać pierwszą klasą za 89 zł, to teraz najtańsza opcja kosztuje 139 zł. Kiedyś do biletu był ciepły posiłek gratis oraz prasa codzienna, teraz została zimna przekąska i napoje. A najdroższe bilety na pierwszą klasę kosztują już 229 zł (wcześniej: 189 zł). Od kilkunastu tygodni pojawiły się problemy z tanimi biletami.

      Tu więcej: o tym jak jeździemy koleją (raport Urzędu Transportu Kolejowego)

      W sobotę (13 maja) po południu próbowałem kupić bilet na pendolino do Krakowa na piątek 9 czerwca. Teoretycznie nie powinno być większego problemu z biletami „Superpromo” za 49 zł przy niemal miesięcznym wyprzedzeniu. Nic z tego. We wszystkich pociągach pendolino zaproponowano mi cenę 105 zł (i tak sporo niższą od cen biletów „last minute”, która wynosi 150 zł). W pociągach EIC – to tylko ciut mniej „luksusowa” kategoria od pendolino – wszystkie pociągi oferowały cenę 97 zł w drugiej klasie i 139 zł w pierwszej.

      Postanowiłem sprawdzić nieco mniej „chodliwą” trasę Warszawa-Gdańsk. Też z miesięcznym wyprzedzeniem. I też nie jest dobrze. Z jedenastu pociągów klasy pendolino w dziesięciu zaproponowano mi cenę 105 zł. A tylko w jednym – odjeżdżającym bladym świtem (o godz. 6:20) był jeszcze bilet po 49 zł. Jedynie na pociągi TLK bilety po 44 zł były dostępne i to w ilościach hurtowych (ale podróż trwa trzy kwadranse dłużej, niż pendolino, czyli 3:30).

      Może więc Poznań? Tu najwyższą dostępną kategorią pociągów nie jest pendolino, lecz pociągi EIC. Ale też nie ma co liczyć na bilety po 49 zł. Z ośmiu pociągów tej kategorii cenowej, na które chciałem kupić bilety z miesięcznym wyprzedzeniem, nie było żadnego, w którym cena byłaby niższa od 97 zł (w pierwszej klasie bilet można kupić po 129 zł lub 199 zł).

      Szefowie Intercity nie wypowiadają się na temat swoich strategii cenowych, ale fakty mówią same za siebie – de facto utrącili możliwość luksusowego podróżowania po ok. 50 zł za osobę. I w zasadzie im się nie dziwię. Jak się ma monopol, to po co oferować tanie usługi? Lepiej spłaszczyć taryfy i równać do najdroższej.

      Jakiś czas temu miałem okazję podróżować szybką koleją w Hiszpanii. Tam odpowiednik pendolino pozwala kupować bilety na trasie Madryt-Malaga (czas podróży 2:20, tak jak Warszawa-Kraków) z miesięcznym wyprzedzeniem po 50-70 euro (w zależności czy bilet jest zwrotny czy też przy rezygnacji traci się całą cenę). W taryfie „last minute” bilet kosztowałby 140 euro. Porównałem to z polskimi cenami i nałożyłem wartość realną pensji w Polsce i w Hiszpanii. I wiecie co mi wyszło? Wnioski opisuję na www.subiektywnieofinansach.pl, czyli na mojej nowej stronie internetowej. Link do tekstu jest tutaj

      W tym tekście znajdziesz też informacje o nowościach w zakupie internetowych biletów na pociągi Intercity. Tu akurat nastąpiła duża zmiana na lepsze. 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Tak Intercity nas goli. Wycięli w pień tanie bilety i ceny mają już "europejskie". Tylko wolno jadą ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 maja 2017 09:23
  • niedziela, 14 maja 2017
  • sobota, 13 maja 2017
    • Nabici w polisolokaty mają coraz większe szanse na odzyskanie pieniędzy. Aż trzy dobre wieści!

      Branża ubezpieczeniowa uważa, że sprawa polisolokat jest załatwiona. Kilkanaście firm podpisało ugody z Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów i zobowiązało się do znacznego obniżenia – do 10-20% – kar za wycofanie się z badziewnych polis. Jest tylko jeden drobiazg (o którym wielokrotnie już pisałem): nie wszystkie polisy są objęte ugodą. Kto już rozwiązał umowę i pobrano od niego opłatę likwidacyjną – nie dostanie zwrotu (z wyjątkiem emerytów). Kto ma polisę typu strukturyzowanego (w środku jest indeks, a nie fundusze inwestycyjne) – nie dostanie zwrotu. Kto ma polisę spoza listy uzgodnionej z UOKiK – nie dostanie zwrotu.

      Czytaj też: Znamy warunki nowej ugody UOKiK w sprawie opłat likwidacyjnych

      Ugoda dotyczy więc mniej, niż połowy wszystkich posiadaczy badziewiastych polis. Druga połowa musi walczyć na własną rękę. Nie jest to łatwe, bo po ugodzie z UOKiK firmy ubezpieczeniowe dobrowolnie oddają pieniądze rzadko, czekając na to, aż klient złoży pozew w sądzie. To wkurzające. Oddam na chwilę głos mec. Annie Lengiewicz z kancelarii LWB, która prowadzi kilka dużych pozwów w sprawie polisolokat:

      „Pozostały niezałatwione sprawy rzeszy konsumentów, którzy nie dotrwali do 2016 r. i wcześniej wycofali się z polis – tej niemałej grupie coraz trudniej jest dochodzić roszczeń w sądach; Ubezpieczyciele, pomimo że wiedzą, iż sprawy przegrają, opóźniają wydanie orzeczeń w sprawie, apelują od każdego postanowienia, zawarcie ugody jest prawie niemożliwe, chyba że zbliża się niekorzystny wyrok. Mniej więcej 1/3 spraw sądowych w sądach rejonowych w Warszawie dotyczy opłaty likwidacyjnej!”

      Podobno w Ministerstwie Sprawiedliwości jest jakiś zespół ekspertów, który pracuje nad rozwiązaniem kompleksowym, ale po ustawie frankowej prezydenta wiemy jakie skutki przynoszą zespoły ekspertów. Z reguły żałosne.

      Czytaj: Aegon, Open, Getin. Wcisnęli Polakom tony kitu. Jak sobie radzą?

      Jest więc źle? Wbrew pozorom nie. Po pierwsze są już pierwsze przykłady grupowych sukcesów klientów. Najpierw grupa byłych klientów firmy Aegon odzyskała opłaty likwidacyjne, bo ubezpieczyciel chciał uniknąć kary UOKiK i postanowił zawrzeć ugodę tuż przed rozpoczęciem procesu. Teraz – dosłownie kilka dni temu – swój proces wygrali w pierwszej instancji klienci Generali (mieli polisy Beneficio, OmniProfit, Future Invest, Mój Plan Finansowy). Sąd stwierdził, że 165 osób ma dostać 2,5 mln zł. Uznał, że opłaty nakładane przez ubezpieczyciela są sprzeczne z prawem (nie mają uzasadnienia i są bezpodstawnym wzbogaceniem). Nie wiadomo jeszcze czy Generali się odwoła. 

      Ale to tylko początek dobrych wieści z frontu polisolokat. Są jeszcze co najmniej dwie. Całość analizy znajdziecie na www.subiektywnieofinansach.pl. Znajdziecie tam również wykaz najbardziej przełomowych wyroków w sprawach konsumenckich. A dalszy ciąg tekstu o dobrych wieściach dla posiaczy polisolokat jest pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Nabici w polisolokaty mają coraz większe szanse na odzyskanie pieniędzy. Aż trzy dobre wieści!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 13 maja 2017 12:40
  • piątek, 12 maja 2017
    • Ta aplikacja potrafi "przerobić" samochód na kartę płatniczą. Za paliwo płacisz zza kierownicy

      Jak skłonić kierowcę, żeby tankował na konkretnej sieci stacji benzynowych? Paliwo wszędzie jest mniej więcej takie samo, ceny różnią się w niewielkim stopniu i raczej nie zależą od sieci stacji, lecz od jej lokalizacji (wiadomo, że na autostradach bywa drożej, jak również miejscowości turystyczne nie są pod tym względem tanie). Każda szanująca się sieć paliw ma jakiś program lojalnościowy, który pozwala przy okazji tankowania zbierać punkty i zamieniać je na nagrody.

      Najbardziej znany to oczywiście Payback, do którego należy BP, ale przecież i Shell i Orlen i Lotos i Statoil (który będzie za chwilę zmieniał nazwę) mają swoje karty lojalnościowe. Przyznam, że nie znam dokładnie ich warunków, bo choć wydaję na paliwo kilkaset złotych miesięcznie, to i tak tankuję na stacji, którą mam najbliżej domu (tak się składa, że jest to BP). I co najwyżej się czasem powściekam, że Payback w XXI wieku nie potrafi odejść od plastikowych kart, papierowych kuponów z premiami i całej tej przestarzałej technologii do obsługi mojej pseudolojalności.

      shell01Tym co zachęciłoby mnie do korzystania z konkretnej sieci stacji paliw byłaby wygoda. Gdybym nie musiał wysiadać z samochodu, tylko podjechałbym do dystrybutora, automat przyssałby się do auta i nalałby paliwo, a płatności przeprowadziłaby się sama... To byłoby coś. Zaoszczędziłbym furę czasu, nie stałbym w kolejkach, nie musiałbym gramolić się z samochodu przy każdej wizycie na stacji.

      Taki właśnie sposób tankowania, możliwy do przeprowadzenia bez wysiadania z samochodu, zaprezentował na targach WMC 2017 w Barcelonie producent samochodów Jaguar oraz sieć stacji paliw Shell. Rzecz nazywa się Fill-Up&Go i oparta jest na aplikacji mobilnej Shell Motorist, która jest sprzężona z ekranem dotykowym oraz oprogramowaniem zainstalowanym fabrycznie w Jaguarach oraz Land Roverach z rocznika 2014 i nowszych.

      W jaki sposób przebiega taka płatność? Przeczytaj cały tekst na www.subiektywnieofinansach.pl

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 12 maja 2017 09:03

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line