Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 27 marca 2017
    • Dywidendy z czterech stron świata, czyli jak inwestować za granicą? To "polisa od grajdołka"

      dywidendalogo11Lokowanie części oszczędności poza bankiem jest obowiązkiem każdego, kto ma już niezbędną poduszkę finansowego bezpieczeństwa (pieniądze pozwalające przeżyć przez co najmniej pół roku w razie drastycznego spadku dochodów) oraz myśli o swoich pieniądzach w kategoriach długoterminowej lokaty kapitału. Powody są oczywiste: żaden bank nie zabezpieczy pieniędzy trwale przed inflacją i dewaluacją złotego, zaś kasa ulokowana na rynku kapitałowym - w akcjach największych, stabilnych koncernów - w długim okresie daje wyższy dochód z dywidend, niż oferują odsetki od depozytów. Mając kawałek własności porządnej firmy można więc się czuć równie pewnie jak trzymając pieniądze na lokacie. Argumenty na poparcie wszystkich tych tez podałem w poprzednich artykułach z cyklu "Dywidenda jak w banku".

      ZAPISZCIE SIĘ NA NEWSLETTER "DYWIDENDY JAK W BANKU". Nie chcę żebyście przegapili kolejne teksty, w których ujawnię konkretne patenty na sensowne oszczędzanie poza bankiem. W ramach akcji będzie też publikował artykuły Longterm.pl oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Każdy z tych tekstów będzie z innej strony pokazywał lokowanie pieniędzy poza bankiem, poza Polską i poza najczęściej spotykanymi formami oszczędzania. Zapraszam do formularza zapisu na newsletter, który jest na stronie akcji "Dywidenda jak w banku"

      DYWIDENDA NIE TYLKO Z POLSKI. Nie brakuje w Polsce dużych, porządnych firm, które są notowane na giełdzie, od wielu lat wypłacają dywidendy i zwiększają wartość swoich udziałów (a więc dają zarobić podwójnie - dają coroczne "odsetki" i w dodatku rośnie wartość akcji, cegiełek ich własności). Wykaz firm, które przez 10-20 ostatnich lat były lokatą "pewną jak w banku" znajdziecie w poprzednich odcinkach serialu poświęconego dywidendom. Sęk w tym, że niestety nie jesteśmy pępkiem świata i ani polska gospodarka nie należy do światowych gigantów (nie mieścimy się w grupie G20, najbardziej rozwiniętych państw globu), ani polskie firmy nie należą do najwyżej wycenianych. O tym ile znaczymy w świecie przekonują te dwie infografiki, które podaję poniżej i powyżej.

      globalecoomy_howmuch

      Na pierwszej (powyżej) są najnowsze dane o udziale poszczególnych krajów w światowym PKB, a na drugiej (poniżej) - gdzie mają siedziby firmy będące właścicielami nacenniejszych marek na świecie. O najcenniejszych markach świata było też niedawno w blogu - z tych danych wynika, że nie tylko Polska jest marginesem w globalnej gospodarce, ale i Europa zaczyna nim być. 

      mostvaluablebrands1

      To oznacza, że o ile wiele solidnych, polskich spółek wypłacających rok w rok sute dywidendy można z czystym sumieniem uznać za "niezniszczalne", to z łatwością można znaleźć w świecie firmy jeszcze bardziej "niezniszczalne", niż polskie. Jeśli weźmiemy listę największych firm biotechnologicznych świata, to okaże się, że jest tam Johnson&Johnson, Pfizer, Merck, Amgen, GlaxoSmithkline (to firmy amerykańskie), Roche, Novartis (szwajcarskie), Sanofi (francuska), Novo Nordisk (norweska). Gdybym chciał zainwestować w technologie kosmiczne, to też nie mam dużego wyboru w Polsce (było o tym w blogu niedawno, przy okazji ostatnich odkryć NASA - polecam!).

      DLACZEGO NIE WARTO JECHAĆ NA JEDNYM KONIU? Po drugie zaś rozproszenie swoich pieniędzy na inwestycje z innych rejonów świata pozwala uniknąć stawiania wszystkiego na jedną kartę. Wtedy, kiedy Polska przeżywa słabszy moment, w innych miejscach świata koniunktura jest lepsza. I na odwrót. Poniżej macie wykres, w którym porównuję zmiany wartości funduszu TFI BPH, który zajmuje się inwestowaniem na całym świecie z indeksami polskiej giełdy WIG i WIG20 oraz z wartością funduszu zajmującego się bezpiecznym lokowaniem pieniędzy (coś a la lokata bankowa). Jak widzicie fundusz akcji globalnych TFI BPH (to ta czarna linia) w ciągu ośmiu lat wycisnął 96% zysków, a w tym indeks największych polskich spółek WIG20 dał tylko 21% zysków, zaś z inwestycji typu "depozyt bankowy" można było otrzymać 26% (to ta stabilnie, lecz niespiesznie rosnąca linia).

      bankvsglobalny_vs_wig20

      Zerknijcie też na długoterminowy wykres porównujący osiągnięcia czterech giełdowych indeksów odzwierciedlających zachowanie się cen akcji polskich, amerykańskich, francuskich i niemieckich. Akurat tak się zdarzyło, że największe zyski zgarnął ten inwestor, kto poza polskimi akcjami miał też trochę kapitału ulokowanego w Niemczech i w USA. Niewykluczone, że w kolejnych 10 latach będzie odwrotnie i że bardziej będzie się opłacało mieć udziały w spółkach spoza krajów najbardziej rozwiniętych. Ale nawet wtedy największe koncerny amerykańskie, niemieckie, a nawet francuskie będą wypłacały dywidendy.

      4indeksy10latrozw

      JAK KUPIĆ AKCJE COCA-COLI? Chęć rozproszenia ryzyka to powód, dla którego - lokując pieniądze poza bankiem - nie skupiam się wyłącznie na polskich spółkach oraz na funduszach lokujących wyłącznie w Polsce. Dziś naprawdę nie jest wielkim problemem kupić akcje takich firm jak McDonald'sa, czy Coca-Coli. Jest w Polsce kilka biur maklerskich, które dają możliwość kupowania akcji na Wall Street, giełdzie londyńskiej, paryskiej lub we Frankfurcie (m.in. DM BOŚ, DM Deutsche Banku, DM ING, CDM Pekao). Jedynym problemem są prowizje, które przeważnie wynoszą od 20 do 100 euro od każdej transakcji. Wyjątkiem jest biuro maklerskie DeGiro, które jest duuuuużo tańsze, bo działa trochę jak Uber (było o nim w blogu - odsyłam!).

      Czytaj też: 5 powodów, dla których warto inwestować w zagraniczne spółki dywidendowe!

      ETF TEŻ WYPŁACI DYWIDENDĘ. Inne opcje - dobre dla początkujących inwestorów - to inwestowanie w wiele spółek jednocześnie za pomocą indeksów lub funduszy inwestycyjnych. Jeśli chodzi o tę pierwszą opcję, w grę wchodzi zakup tzw. jednostek indeksowych (ETF) marki Lyxor, notowanych na warszawskiej giełdzie. Tym sposobem można stać się "współwłaścicielem" indeksu S&P 500 (największych spółek w USA) oraz DAX (największe akcje niemieckie). Jednostki indeksowe kupuje się dokładnie tak samo, jak akcje. Ich ceny zaś zmieniają się w sposób odwzorowujący indeksy giełdowe. ETF Lyxor S&P 500 ma to do siebie, że... dwa razy w roku wypłaca swoim inwestorom dywidendy. Średnio wynosi ona 0,15-0,20 euro na każdą jednostkę. Ostatnia, grudniowa dywidenda była warta 0,19 euro. Biorąc pod uwagę bieżącą wycenę tego ETF-a (ok. 95 zł za jednostkę) wypłacana dwa razy w roku dywidenda wynosi ok. 2% wartości zainwestowanego kapitału w skali roku. Mniej więcej tyle, ile wynosi stopa dywidendy w amerykańskich spółkach.

      lyxordywidenda

      FUNDUSZE ZAGRANICZNE: Z POLSKI CZY Z LUKSEMBURGA? Kolejna opcja lokowania części pieniędzy za granicą to fundusze inwestycyjne. W grę wchodzą zarówno fundusze polskich firm zarządzających aktywami, jak i zagranicznych, mających siedzibę z reguły w Luksemburgu. Te zagraniczne go najwięksi światowi potentaci - Franklin Templeton, BlackRock, Schroeders, czy Robeco. Zaletą zagranicznych asset managerów (udziały w ich funduszach są do kupienia u największych polskich pośredników finansowych) jest m.in. to, że mają w ofercie rzeczy niedostępne w polskich firmach: inwestowanie w krajach BRIC (czyli Brazylia-Rosja0Indie-Chiny), albo lokowanie pieniędzy w kopalnie złota. Np. Franklin Templeton ma fundusz azjatyckich spółek dywidendowych (inwestuje m.in. w akcje Alibaby, Samsunga, China Mobile...), który co miesiąc wypłaca uczestnikom dywidendy. Ostatnio wynosiły one ok. 3 centy na każdy udział, co w skali roku czyni ok. 35 centów, czyli 3% wartości jednostki uczestnictwa. Zagraniczne fundusze mają niższe opłaty od polskich, no i są poza lepkimi rączkami polskich polityków, ale trzeba samodzielnie rozliczać się z zysków w ramach PIT-a.

      Czytaj też: Chodzisz na demonstracje, donosisz do Brukseli i jeszcze ci mało? Sprawdź tę, prawdziwie "zdradziecką" inwestycję

      Czytaj też: Poznajcie fundusz inwestujący w ETFy ze wszystkich stron świata

      Najłatwiejszą opcją wejścia na zagraniczne rynki są polskie fundusze inwestujące na rynkach globalnych. Jest ich - jak sądzę, nie liczyłem dokładnie - kilkadziesiąt. Niemal każde polskie TFI ma w ofercie fundusze inwestujące w Europie, USA, Azji, na tzw. emerging markets (czyli w krajach rozwijających się), albo w globalne spółki z najbardziej obiecujących sektorów gospodarki - biotechnologii, żywności, zdrowia, energetyki odnawialnej... Do wyboru, do koloru. Bazę wszystkich polskich funduszy inwestycyjnych - także tych specjalizujących się w inwestycjach na zagranicznych rynkach - znajdziecie na stronie Analizy.pl (trzeba wybrać sekcję "notowania", a potem kliknąć "grupa" i wybrać z listy odpowiedni rodzaj funduszy, np. akcji globalnych albo akcji z emerging markets. O, tu przeklejam zestawienie zyskowności właśnie tej ostatniej odmiany funduszy.

      analizyemerging

      W przygniatającej większości przypadków polskie fundusze inwestycyjne lokują część pieniędzy klientów w akcje spółek dywidendowych. Przyczyna jest oczywista - są one zwykle pewniejszą inwestycją. Pieniądze z wypłacanych przez spółki dywidend zwykle nie trafiają bezpośrednio do klientów funduszy, lecz po prostu poprawiają wyniki tych funduszy. Posiadacze udziałów z reguły widzą po prostu, że fundusz zarobił 10% zamiast 8%, ale że różnica wynika z wypłaconych przez spółki dywidend - to już zwykle ich nie interesuje. Wyjątkiem wśród polskich asset managerów jest fundusz BPH Dywidendowy, który nie dość, że zarobił w skali roku ponad 13%, to jeszcze wypłacił swoim klientom 4,7% dywidendy w żywej gotówce. Więcej o tym funduszu pisałem niedawno w blogu. Zapraszam też na stronę tego funduszu - wspiera on akcję "Dywidenda jak w banku".

      BPH_dywidnedowy

      WYCHODZIMY ZA GRANICĘ - PIERWSZE KROKI. Początkującym inwestorom proponuję ulokować pieniądze w dwa fundusze inwestujące w Polsce i dwa zagraniczne, ale nie specjalizujące się w żadnej konkretnej branży. Niech to będzie fundusz globalny inwestujący w krajach rozwiniętych albo rozwijających się. W krajach rozwiniętych mamy najbardziej znane światowe spółki dywidendowe, a więc najbardziej "niezniszczalne". A z kolei kraje rozwijające się - Brazylia, Indie, Chiny, Rosja, Turcja itp. - mają tę zaletę, iż największe koncerny notowane na tamtejszych giełdach są wyceniane znacznie niżej od największych koncernów w USA, Japonii, czy Eurostrefie. Zerknijcie na poniższy wykres: obrazuje średnią wycenę akcji spółek w krajach rozwijających się. Jak widać, nie widać tu hossy jaka trwa w USA, a to oznacza, że może ona dopiero nadejść.

      emerging_global

      W USA i Europie Zachodniej akcje są drogie - co oczywiście nie oznacza, że nie muszą być jeszcze droższe, bo największe światowe koncerny zarabiają coraz więcej i mają coraz więcej kasy na wypłatę dywidend. Zyski netto amerykańskich spółek w przeliczeniu na jedną akcję wzrosły w ciągu roku o 5%, w Europie o 11%, a w Japonii o 13%. A to czy zyski koncernów będą nadal rosły zależy od tempa nakręcania się inflacji (dziś w skali globalnej wynosi ok. 2%) i od tego jak zareagują na to banki centralne (jeśli podniosą stopy procentowe, to trudniejszy będzie dostęp do kredytów i może spaść popyt konsumentów). Bardziej to może dotknąć kraje wysoko rozwinięte, niż rozwijające się (pamiętacie, że Polska znacznie lepiej zniosła kryzys w 2009 r., niż np. strefa euro).

      OBSTAWIĆ ZGNIŁY ZACHÓD CZY CHIŃSKIEGO SMOKA? Na stronach Franklina Templetona znalazłem ciekawy wykres pokazujący o ile tańsze - relatywnie - są akcje na rynkach rozwijających się, niż akcje spółek notowanych na rynkach rozwiniętych. Różnica w wycenie spółek wynosi ok. 30% - zarówno jeśli weźmiemy relację rynkowej wartości kupowanego w cenie akcji zysku firmy, jak i wartości księgowej jej majątku. To pokazuje lewy wykres poniżej. Wykres po prawej stronie pokazuje, że rentowność biznesu prowadzącego przez spółki w krajach rozwiniętych i rozwijających się jest podobna, co oznacza, że różnice w wycenie nie są uzasadnione.

      franklin_templeton_emerging

      Czytaj też: W co najlepiej zainwestować pieniądze w 2017 r.? Kilka wskazówek

      CZY BAĆ SIĘ RYZYKA WALUTOWEGO? Inwestowanie części pieniędzy za granicą oznacza - w większości przypadków - wystawienie pieniędzy na ryzyko walutowe. Dawniej bardzo tego nie lubiłem, bo wydawało mi się, że nie jestem w stanie zaakceptować sytuacji, w której mój dochód może być zniwelowany przez niekorzystne różnice kursowe. Z tamtych czasów pozostały mi w portfelu fundusze inwestycyjne, które co prawda inwestują za granicą (w euro lub dolarach), ale też zabezpieczają zmiany różnic kursowych. Ich wyniki są nieco niższe od osiągnięć funduszy nie zabezpieczających się przed ryzykiem kursowym (bo taki hedging kosztuje). Dziś wolę fundusze "oryginalnie" inwestujące w walutach obcych. Uważam, że dzięki temu zabezpieczam się przed ryzykiem spadku realnej wartości złotego.

      O czym myślę? Najcenniejsze, najbardziej zaawansowane technologicznie rzeczy, które mam w domu, są sprowadzane z USA albo z Europy Zachodniej. Ich cena zależy do kursu euro i dolara. Jeśli z polską gospodarką stanie się coś złego, to za moje oszczędności trzymane w banku będę mógł kupić mniej telewizorów Samsunga, telefonów Apple'a i samochodów Mercedesa. Chyba, że... przynajmniej część tych oszczędności będzie wyrażona w euro i dolarach. Oczywiście: można uważać, że strefa euro się rozpadnie, zaś rekordowo zadłużeni Amerykanie wkrótce oddadzą globalne przywództwo Chińczykom. Ale - nawet w takiej sytuacji - nie warto skazywać się na czekanie czy złoty będzie za 20-30 lat wart mniej, czy więcej, niż dziś. I część oszczędności trzymać np. w spółkach chińskich. Poniżej macie rysunek, na którym podaję długoterminową zmianę wartości najważniejszych światowych walut (franka, jena, dolara i euro) do złotego. Mimo, że przez 25 lat mieliśmy jeden z najlepszych okresów w naszej historii, złoty tracił w stosunku do nich na wartości.

      4waluty20lat

       

      TEN PROJEKT EDUKACYJNY WSPIERAJĄ FUNDUSZE BPH TFI. Zaprosiliśmy je do współpracy, bo to pierwsza rodzina funduszy, która zaproponowała klientom fundusz nie tylko inwestujący w spółki dywidendowe, ale i wypłacający dywidendę. Więcej o funduszu BPH Dywidendowy pisałem  jakiś czas temu w blogu. Zobaczcie też inne propozycje od funduszy BPH. Zwróciłbym Waszą uwagę na fundusz BPH Globalny: w ciągu pięciu ostatnich lat dawał stabilny zysk rzędu 8% w skali roku i ani razu nie zanotował poważniejszej wtopy (choć był to czas hossy w USA i Europie Zachodniej, więc miał łatwo :-)). Dość ciekawą opcją może być też BPH Selektywny, będący funduszem absolutnej stopy zwrotu z wynikiem średnio 5,8% rocznie przez ostatnich 5 lat. Jak na fundusze tego typu to niezły wynik.

      Na całym świecie inwestowanie dla dywidendy jest niezwykle popularnym sposobem na pomnażanie wartości posiadanego kapitału. Podczas gdy "normalne" akcje są bardzo wahliwe, spółki dywidendowe to przeważnie "spokojne przystanie", których ceny akcji zmieniają się w dużo mniejszym stopniu, zwłaszcza patrząc w perspektywie kilku, kilkunastu lat. Kto ma udziały w spółkach dywidendowych, ma więc coś w rodzaju "bankowego depozytu", zaś wypłacane co roku dywidendy są ekwiwalentem "odsetek" od tego "depozytu". Tyle, że dużo wyższym, niż prawdziwe odsetki bankowe, bo średnia stopa dywidendy w polskich warunkach wynosi 4% wartości akcji. Zna ktoś standardowy depozyt bankowy, który tyle by płacił? Nie sądzę, żeby szybko udało się skłonić miliony Polaków do inwestowania dywidendowego na giełdzie, ale nie ma przeszkód, by upowszechniły się fundusze inwestycyjne, które będą w tym pośredniczyły, wypłacając klientom raz w roku dywidendy.

       dywidenda222

      Przeczytajcie poprzednie moje teksty z cyklu "Dywidenda jak w banku":

      >>> 13 kwietnia: "W poszukiwaniu dywidendy pewnej jak w banku, czyli wielka koalicja rusza do akcji" - o tym dlaczego lokuję swoje pieniądze nie tylko w banku i dlaczego biorę udział w największej edukacyjnej akcji blogerów, jaką kiedykolwiek widział nasz kraj. 

      >>> 16 kwietnia: "Buty, ciuchy, cukierki. Kto dobrze przewidział, z 10.000 zł wycisnął... milion" - o spółkach-ikonach warszawskiej giełdy, na których każdy, kto uwierzył w ich pomysł na zarabianie pieniędzy, mógł zostać bardzo zamożnym człowiekiem. Takie okazje na rynku kapitałowym są zawsze, także teraz. 

      >>> 21 kwietnia: "Na jak długo trzeba kupić akcje, żeby mieć (prawie) pewność, że się zarobi?" - o tym, że inwestowanie pieniędzy wcale nie musi być bardzo ryzykowne, gdyż statystyki z ostatnich 100 lat pokazują, że w długim terminie ryzyko utraty zainwestowanego w akcje kapitału jest niewielkie. A przynajmniej tak było do tej pory

      >>> 11 maja: "Oprocentowanie lokat sięga dna. Wyższe zyski tylko dla pięknych i bogatych?" - o tym jakie warunki trzeba spełnić, żeby wychylić nos z banku i zacząć lokować oszczędności w spółki wypłacające regularnie dywidendy.Oprócz tego polecam wpisy nawiązujące do akcji:

      >>>  25 maja. "Oszczędności ulokowane w tym banku przez ostatnich pięć lat dawały po 5% rocznie. Jak?" - o tym dlaczego swoją przygodę z inwestowaniem warto zacząć od kupna udziałów w spółkach wypłacających z roku na rok dywidendę? o ile kapitał, za który kupiliśmy akcje, potraktujemy jak długoterminowy depozyt. 

      >>> 17 czerwca: "Jak dostać money-back z urzędu skarbowego? 875 zł do wzięcia i tylko pół roku, by o to zadbać!" - o tym, że z dywidend można zmontować sobie nie tylko plan systematycznego oszczędzania, ale wręcz... dodatkową emeryturę. I jeszcze zanim na tę emeryturkę przejdziemy - dostawać co roku kasę z urzędu skarbowego. W tym roku do wyjęcia co najmniej 875 zł.

      >>> 8 lipca: "Bogowie odcinania kuponów. Dla nich ceny akcji mogłyby spaść nawet do zera"- o tym jak duże znaczenie może mieć systematycznie wypłacana dywidenda dla wyników długoterminowego inwestowania w akcje. I kilkanaście przykładów spółek, które do tej pory świetnie się sprawdzały jako "obiekt" takiego stylu inwestowania.

      >>> 19 lipca: "Odcinanie kuponów dla zabieganych? Są już fundusze, w których kupony... odcinają się same". O tym jakie fundusze akcji dywidendowych są dostępne na polskim rynku i czym się od siebie różnią

      >>> 28 lipca: "Rzecz o pieszczeniu portfela, czyli jak inwestuję swoje oszczędności. I jak je namnażam". O tym jak sam zabrałem się za lokowanie oszczędności, w co wkładam swoje prywatne pieniądze i jak ogarniam strach przed ryzykiem.

      >>> 1 grudnia: "Idą wielkie zmiany dla naszych oszczędności! Jak się na nie przygotować?". O tym jak przygotować oszczędności na czasy niskich stóp procentowych i rosnącej inflacji, spowodowanej dużymi wydatkami socjalnymi państwa.

      >>> 16 grudnia: "Jeszcze tylko dwa tygodnie, by zasłużyć na duży prezent. 875 zł do wzięcia". O tym jak ulokować pieniądze na IKZE i rzutem na taśmę załapać się na pieniądze z Urzędu Skarbowego

      >>> 24 grudnia: "Oto pięć zasad, które pomogą twoim pieniądzom, gdy na świecie kończą się spokojne czasy". Najważniejsze rzeczy, które każdy powinien zrobić z pieniędzmi widząc, że władzę nad światem przejmują ludzie nieobliczalni. 

      >>> 5 lutego 2017 r.: "Jak spać spokojnie i wykręcać trzy razy wyższe zyski, niż z lokaty bankowej". O tym jak w 2016 r. wyglądał mój portfel długoterminowych oszczędności. Na czym zarobiłem dużo, na czym tylko troszkę, a na czym w ogóle?

      Zapraszam do obejrzenia wideoklipów, które już powstały w ramach naszej akcji.

       Obejrzyjcie dwa krótkie wideoprzewodniki po lokowaniu oszczędności. Jak robić to z głową? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Dywidendy z czterech stron świata, czyli jak inwestować za granicą? To "polisa od grajdołka"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 marca 2017 09:20
  • piątek, 24 marca 2017
    • Mają centra handlowe i biurowce, obiecują 7% dywidendy. Czy warto wejść z nimi w spółkę?

      Nie ma lepszego momentu na inwestowanie w nieruchomości na wynajem, niż niskie stopy procentowe i rosnąca inflacja. Nie bez powodu zamożni Polacy wydają dziś najwięcej w historii na zakupy nieruchomości za gotówkę, by zamienić żałośnie niskie odsetki od depozytów (średnio 1,4% rocznie) na coś pewniejszego. Nieruchomości nie są inwestycją, która zwraca się szybko, ale przy obecnych relacjach cczynszów do cen nieruchomości da się wycisnąć 6% zainwestowanego kapitału rocznie. Wada? Trzeba mieć większą gotówkę, a inwestycja jest niepłynna. Kto nie ma miliona, a chce zarabiać na nieruchomościach, teoretycznie mógłby pójść do funduszy inwestycyjnych lokujących w mieszkania lub galerie handlowe z myślą o wzroście ich wartości, ale... od tego odstraszają koszmarne fakapy z przeszłości. Przypomnę tylko żałosny los funduszy takich jak Arka Nieruchomości, czy BPH Nieruchomości. Te fundusze lokowały tak nieudolnie, że straciły furę pieniędzy klientów zamiast zarabiać.

      Z myślą o zwykłych ciułaczach, którzy chcieliby odcinać kupony od czynszów płaconych przez sklepy galeriom handlowym, powstały REIT-y. To spółki zbierające kasę od ludzi, kupujące za nią biurowce albo galerie handlowe i zarabiające na czynszach. Taki REIT tym różni się od "normalnej" spółki, że nie handluje nieruchomościami na zasadzie "taniej kupić, drożej sprzedać", lecz zajmuje się wyłącznie zarządzaniem nimi. A wszystko co zarobi rozdaje swoim udziałowcom w formie dywidendy. Jeśli mam udziały REIT-u, to jestem pośrednio właścicicelem kawałka centrum handlowego i mam gwarancję, że raz w roku dostanę od tej własności "działkę". Ta gwarancja wynika ze specjalnej ustawy, która reguluje działalność REIT-ów. W Polsce taka ustawa dopiero jest przygotowywana, ale pierwsze "wyroby REIT-opodobne" już są. W zeszłym roku - bez sukcesu - chciała zebrać od nas pieniądze na inwestycje w centra handlowe pod wynajem spółka Reino Dywidenda Plus. Polacy uznali, że jest to zbyt ryzykowna inwestycja (m.in. ze względu na duże uzależnienie firmy od kilku nieruchomości i jej niewielkie gabaryty).

      Czytaj też: Reino Dywidenda Plus, czyli jak być mikrokamienicznikiem?

      Czytaj też: W BPH Dywidendowym prawie jak w banku. Wypłacił 4,7% "odsetek"

      Tych wad nie ma druga spółka REIT-opodobna, której akcje możecie kupić jeszcze do poniedziałku - Griffin Premium RE. Sprzedaż trwa w biurach maklerskich BZ WBK, mBanku, Alior Banku oraz Banku Pekao i u niebankowego brokera Ipopema. Jedno jest pewne - udziałów starczy dla każdego, bo firma jest gotowa sprzedać nam akcje nawet za 730 mln zł (o ile będzie tylu chętnych). Podstawowy pakiet stanowią akcje nowej emisji za 130 mln zł (ta kasa ma służyć do nowych inwestycji nieruchomościowych), a reszta to papiery dotychczasowych udziałowców. Formalnie są nimi fundusze z Holandii, ale pośrednio kontrolowane przez globalny fundusz inwestycyjny Oaktree Capital Group. Jedna akcja będzie kosztowała maksymalnie 6,5 zł (ostateczną cenę poznamy w przyszłym tygodniu, ale trzeba się zapisać zakładając cenę maksymalną), zaś minimalny zapis to 20 akcji.

      Griffin Premium RE jest dużo większym nieruchomościowym graczem, niż Reino. Firma zarządza dziewięcioma nieruchomościami o wartości ponad pół miliarda euro w pięciu miejscach w Polsce. Są to głównie biurowce, ale i galerie handlowe. W Warszawie firma jest właścicielem m.in. Hali Koszyki i Nordic Park oraz Philips House, a we Wrocławiu - jednego z największych centrów handlowych Renoma. W Katowicach ma Supersam, zaś w Krakowie i Łodzi biurowce Lubicz oraz Green Horizon. Łącznie z wynajmu powierzchni w tych obiektach Griffin zgarnia rocznie jakieś 34 mln euro. Firma do tej pory nie płaciła dywidendy, ale na okoliczność sprzedaży akcji spragnionym zysków z najmu Polakom - zadeklarowała, że 65% zysków operacyjnych (czyli głównie z najmu, ale też i z usług reklamowych) będzie przeznaczała na wypłaty w formie dywidendy. Griffin szacuje, że w tym roku (od drugiego do czwartego kwartału) do podziału na dywidendę pójdzie ok. 17,5 mln euro.

      griffin1

      To by oznaczało, że firma zamierza wypłacić na każdą ze 156 mln akcji (tyle ich będzie po nowej emisji - jeśli wszystko pójdzie dobrze, to obecni akcjonariusze zachowają ok. 40%-owy udział w akcjonariacie) po ok. 0,11 euro dywidendy za 2017 r. W przeliczeniu na naszą walutę będzie to jakieś 45-50 gr, co nie wygląda źle biorąc pod uwagę, że Griffin za jedną akcję chce wziąć w ofercie publicznej maksymalnie 6,5 zł. Wychodzi, że z zainwestowanych w każdą akcję złotówek przez rok da się wyjąć "duże" kilka procent dywidendy (w zależności od kursu euro jakieś 6-7%). A jeśli firmie się poszczęści, to w kolejnych latach nie powinno być gorzej, bo pieniądze z nowej emisji mają pójść na zakupy kolejnych nieruchomości - West Link we Wrocławiu (na to pójdzie 18 mln euro) oraz ćwiartki udziałów w trzech warszawskich biurowcach Beethovena i w inwestycji Browary (tu ma być tysiąc mieszkań i duża powierzchnia biurowa) - łącznie za 10 mln euro.

      Wygląda to wszystko nieźle, ale oczywiście nie jest to gra bez ryzyka. Za 6,5 zł kupujemy 3,3 euro majątku "zamrożonego" w nieruchomościach z nadzieją, że po pierwsze wartość tej cegiełki nie spadnie, a z drugiej, że będzie ona "płaciła" systematycznie dywidendy. Ale konkurencja na nieruchomościowym rynku - zarówno jeśli chodzi o biurowce, centra handlowe, jak i biurowce - jest ogromna. Czynsze najmu w Polsce są niższe, niż gdzieniegdzie na Zachodzie, ale nie tak znowu dużo wyższe, niż u sąsiadów (u nas średnio 130 euro za metr, zaś we Francji - 190 euro, w Niemczech - 135 euro, w Czechach - 110 euro, a na Węgrzech - 70 euro). W dodatku buduje się na potęgę. W Warszawie jest 5 mln m2 powierzchni biurowej, z czego 15% jest nie wynajęte. A w budowie jest kolejne pół miliona metrów. We Wrocławiu jest 770.000 m2 powierzchni biurowych, a buduje się kolejncyh 220.000. W Krakowie jest 870.000 m2, a buduje się kolejnych 270.000 m2.

      griffin2

      To oznacza, że wcale nie jest powiedziane, że Griffin zawsze będzie miał wynajętych 100% powierzchni i że będzie mógł dyktować na tyle wysokie ceny, by wypłacać choćby te 0,11 euro dywidendy na akcję. Dziś stopa wynajęcia powierzchni wynosi w Griffin 85%, ale np. w Philips House albo w Hali Koszyki wynajęta jest tylko połowa powierzchni. Poza tym firma będzie wypłacała tylko 65% zysków z działalności operacyjnej na dywidendę, a więc każdy słabszy okres w działalności firmy uderzy w dywidendę. Drugim niepewnym punktem są przyszłe wyceny nieruchomości w Polsce. Ten rynek jest bardzo podatny na złą koniunkturę w gospodarce. Spójrzmy co dzieje się z cenami nieruchomości w Londynie po samej tylko zapowiedzi Brexitu - ceny poszły w dół o 20%. Na południu Europy ceny nieruchomości w czasie ostatniego kryzysu poszły w dół o 30-50%. Nawet jeśli dywidendy z Griffin będą płynąć, to nie byłoby dobrze, żeby zyski z tego tytułu zostały "zjedzone" dużym i trwałym zjazdem wartości "cegiełek" (dziś wspomniane 3,3 euro aktywów przypadających na akcję licząc już z nową emisją).

      Czytaj też: Idą wielkie zmiany dla naszych oszczędności! Jak się przygotować?

      Czytaj: Śpię spokojnie i staram się wykręcić trzy razy tyle, co z lokaty bankowej. Jak?

      No i wreszcie trzeba pamiętać, że nieruchomości to długa inwestycja, obliczona na różne czasy. Stopy procentowe dziś są niskie i zyski z wynajmu nieruchomości są atrakcyjne, co z kolei podbija popyt na nie i ceny. Gdy stopy procentowe pójdą w górę, popyt na nieruchomości spadnie i może się okazać, że to, co dziś kupujemy za 6,5 zł od "cegiełki" jest warte mniej. Z drugiej jednak strony nie ma dwóch zdań, że w długiej perspektywie posiadanie kawałka majątku - obojętnie czy będzie to mieszkanie, udział w firmie coś wytwarzającej, fragment biurowca lub centrum handlowego - może być zabezpieczeniem przed ewentualnym spadkiem wartości polskiej waluty, co uderzyłoby bezpośrednio w oszczędzających, którzy mają pieniądze tylko w banku. Tu mamy aktywa wyceniane w euro, a więc odporne na ewentualną dewaluację złotego wynikającą ze złym zarządzaniem i przekredytowaniem Polski. Jest to więc ciekawy pomysł na ulokowanie kapitału, ale jednak wiążący się z pewnym ryzykiem. Jak w życiu ;-). Macie cały weekend żeby to wszystko rozważyć, ale w poniedziałek będzie już ostatni moment, by ewentualnie udać się do biura maklerskiego i złożyć zlecenie (uwaga: w ten poniedziałek na koncie powinniście już mieć przygotowane pieniądze, bo nie każde biuro maklerskie zaksięguje w ciągu jednego dnia przelew z innego banku).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Mają centra handlowe i biurowce, obiecują 7% dywidendy. Czy warto wejść z nimi w spółkę?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 24 marca 2017 13:54
    • 45.000 zł... dziennie! Tyle zarabia "najdroższy" prezes banku. Nawet piłkarze wymiękają :-)

      45.000 zł. Dziennie. Tyle zarabiał w zeszłym roku "najcenniejszy" prezes banku w Polsce. Nie do wiary? A jednak. Jakkolwiek nie jest pewne jakie są zasługi prezesa w tym, że kierowany przez niego bank zarabia grube miliardy dla swoich akcjonariuszy, to przecież nie sposób wykluczyć, że dobór odpowiednich menedżerów i odpowiednie zmotywowanie ich do motywowania dyrektorów :-)) to zasługi warte każdych pieniędzy. Na pocieszenie zawistnikom zarabiającym 3400-3500 zł brutto (tyle wynosi mediana miesięcznego wynagrodzenia w Polsce) powiem, że ten 45-tysięcznik to mimo wszystko wyjątek, wybryk natury. Przeciętna prezesowska pensja jest jednak ciut skromniejsza i nie przekracza 10.000-15.000 zł dziennie. Że co? Też za dużo? No dobra, czas na konkrety. Prawie wszystkie banki opublikowały już raporty roczne, więc tradycyjnie przyjrzałem się portfelom największych tuzów finansów.

      Zbigniew JagiełłoWIELCY IMPERATORZY? GÓRĄ KRÓL JAGIEŁŁO. Są tylko dwie instytucje finansowe w Polsce, które widać z każdego miejsca w Europie, nawet z Londynu, skąd naprawdę mało widać ;-)). To ubezpieczeniowy środkowoeuropejski gigant ubezpieczeniowy PZU i największy w naszej części Europy bank - PKO BP. Ile się zarabia zarządzając takimi kolosami? Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP, ma stały kontrakt w wysokości niecałych 2 mln zł rocznie. Ale do tego dochodzi zmienna część wynagrodzenia, uzależniona od dobrych, a przede wszystkim stabilnych wyników finansowych zarządzanego przez niego banku. Z tego tytułu w 2016 r. Jagiełło zainkasował 950.000 zł bonusów, więc łącznie jego pobory można podsumować na 2,9 mln zł. To mniej więcej 11.000 zł dziennie (licząc tylko dni pracujące). Prezes drugiego wielkiego koncernu finansowego należącego do państwa, Michał Krupiński, właśnie pożegnał się z prezesurą w PZU, ale to nie była dobra robota, bo przygarnął jedynie 1,4 mln zł, czyli połowę tego, co szef PKO. No, ale PKO BP jest maszynką do zarabiania pieniędzy, a zyski PZU były w zeszłym roku znacznie niższe, niż w poprzednich latach (choć oczywiście byłoby niesprawiedliwe, gdybyśmy przypisywali to wyłącznie "złotemu dziecku PiS" na fotelu prezesa).

      Czytaj też: PKO BP czyli perfekcyjnie skuteczna "dojarka" klientów. Jak oni to robią?

      Luigi LovaglioNAJDROŻSZY PREZES OD LAT ZAROBIŁ 11,8 MLN ZŁ. JUŻ PO RAZ OSTATNI? Najdroższym prezesem banku w Polsce jest od lat ten sam człowiek - Luigi Lovaglio szefujący Bankowi Pekao. W 2015 r. jego wynagrodzenie "gotówkowe" podsumowałem na 9,3 mln zł, a razem z tzw. akcjami fantomowymi w ramach planu motywacyjnego - na 12,3 mln zł. Jak było teraz? W 2016 r. podstawowy kontrakt Luigiego Lovaglio wynosił 4,4 mln zł (okrąglutki milion euro, czyli umiarkowanie jak na pensje zachodnioeuropejskich prezesów banków). Dodatkowo szef drugiego największego polskiego banku zainkasował 3,85 mln zł zł odroczonych premii za poprzednie lata (2012-2015), co czyni 8,2 mln zł. Gdyby dodać wypłacone prezesowi należności z tytułu akcji fantomowych zarządzanego przez siebie banku - w zeszłym roku dostał ich 24.000 - trzeba byłoby dopisać mu do rachunku jeszcze dodatkowe 3,6 mln zł. Zaś łączne wynagrodzenie podsumować na 11,8 mln zł. A więc na 45.500 zł dziennie.

      Godnie. A Grzegorz Piwowar i Andrzej Kopyrski, najlepiej opłacani "polscy" członkowie zarządu otrzymali w zeszłym roku po 1,3-1,7 mln zł plus 850.000 zł w akcjach fantomowych - czyli w sumie zarobili po 2-2,5 mln zł. Tyle, ile w innych bankach zarabiają prezesi! W tym roku Bank Pekao trafi pod skrzydła PZU (została już podpisana umowa jego sprzedaży przez włoski Unicredit), co zwiastuje obniżkę prezesowskich poborów (i być może też zmianę prezesa, choć na pewno jeszcze nie teraz). 

      Czytaj też: Bank Pekao sprzedany! Co to oznacza dla jego klientów?

      Wojciech SobierajNAJGORĘTSZE NAZWISKO POLSKIEJ BANKOWOŚCI WARTE 2,5 MLN ZŁ PLUS AKCJE. Najbardziej gorącym nazwiskiem w branży bankowej jest Wojciech Sobieraj, czyli człowiek, który siłą woli i pieniędzy włosko-francuskiej rodziny przemysłowej Carlo Tassara urzeźbił najszybciej rosnący polski bank. To jedyny bankowy start-up, który był w stanie w ciągu kilku lat przebić się do pierwszej dziesiątki największych banków. Najpierw w tempie błyskawicy rósł organicznie, potem sprzymierzył się z T-Mobile, kupił Meritum Bank i na koniec przejął detaliczną część Banku BPH. Dla Skarbu Państwa talenty Sobieraja w repolonizacji banków są zapewne bezcenne, ale jego wynagrodzenie jest - jak na prezesa banku w Polsce - dość umiarkowane. To 2,5 mln zł plus akcje fantomowe, które prezes będzie mógł transzami realizować aż do 2020 r. - w sumie w ten sposób stanie się właścicielem 670.000 akcji Alior Banku (jedna jest warta 75 zł, ale niestety nie wiem po jakiej cenie prezes będzie je obejmował).

      Czytaj też: Ten bank najskuteczniej w Polsce wyciska klientów. Oto recepta

      Znalezione obrazy dla zapytania samcik sławomir sikoraPOJEDYNEK GIGANTÓW. TYM RAZEM GÓRĄ PREZES SIKORA. PONAD PIĘĆ "BANIEK"! Najbardziej doświadczeni - z obecnie zasiadających na stołkach prezesowskich - polscy menedżerowie bankowi to Cezary Stypułkowski (szefujący mBankowi), Sławomir Sikora (prezes Citibanku) oraz Brunon Bartkiewicz (wrócił z Holandii, by znów poprowadzić ING Bank Śląski). Czarno na białym mam wysokość wypłaty Cezarego Stypułkowskiego w mBanku i Sławomira Sikory w Citibanku. Ten ostatni bank opublikował raport roczny dopiero w czwartek wieczorem. Zacznijmy od Stypułkowskiego. W zeszłym roku prezes czwartego największego banku w Polsce zarabiał - jak zwykle - godnie. Był łaskaw otrzymać 3,75 mln zł łącznie z premiami za poprzednie lata (jego standardowy kontrakt jest bardzo podobny do poborów prezesa PKO BP - wynosi 2 mln zł). A prezes Sikora? Amerykański właściciel tradycyjnie wycenia go wysoko. Ponad 2 mln zł podstawowego kontraktu, 300.000 zł dodatków, a do tego nagrody kapitałowe, czyli akcje Citigroup oraz akcje fantomowe Citi Handlowego przyznane za lata 2011-2016. W sumie ich wartość w raporcie rocznym wyceniono na jakieś 3 mln zł. To oznacza, że łączne wynagrodzenie prezesa Sławomira Sikory - w gotówce i w "papierach" to 5,3 mln zł.

      Znalezione obrazy dla zapytania samcik artur klimczakWSCHODZĄCE GWIAZDY JESZCZE BEZ "TRÓJKI" Z PRZODU. Michał Gajewski, nowa twarz na stanowisku prezesa w BZ WBK, zdążył popracować w zeszłym roku tylko przez miesiąc, ale i tak przygarnął z tego tytułu 176.000 zł. To by oznaczało, że jego roczny kontrakt wynosi mniej więcej 2,1 mln zł, czyli jest porównywalny z wypłatami jego poprzednika, obecnego wicepremiera w rządzie PiS Znalezione obrazy dla zapytania samcik michał gajewskiMateusza Morawieckiego. Trudno uznać za nową twarz Artura Klimczaka, od niedawna prezesa Getin Banku. To człowiek, który zbudował potęgę bankowości detalicznej w Banku Millennium, ale prezesem wielkiego banku jeszcze nie był. W zeszłym roku - najpierw jako wiceprezes, a potem jako głównodowodzący bankiem - osiągnął dochód w okolicach 2,7 mln zł (czyli mniej więcej 10.000 zł dziennie, ciut poniżej wypłaty inkasowanej przez prezesa PKO BP Zbigniewa Jagiełłę).

      Czytaj też: Getin Bank już na dnie. A co na to Leszek C.? Uczy konia latać!

      CO TU SIĘ WYRABIA? 45.000 zł za każdy dzień pracy (licząc tylko dni pracujące i nie potrącając podatku dochodowego) prezesa Lovaglio, ponad 20.000 zł za każdy dzionek roboty prezesa Sikory, czy Jorge Brasa, a nawet 11.000 zł dziennych poborów Zbigniewa Jagiełło - to pieniądze niewyobrażalne dla zwykłego Polaka-szaraka i zapewne sprowokują wielu do zastanowienia się nad rozwarstwieniem wynagrodzeń. Gdy prezes banku zarabia 10-20 razy więcej, niż szary pracownik, to wydaje się jeszcze dopuszczalne. Ale jeśli zwykły człowiek ma 200 zł dniówki, a prezes banku zarabia tyle w ciągu dwóch minut, to można się zastanawiać czy to nie przesada. Choć właściciele banku mogą dowolnie wysoko wynagradzać człowieka, który zarządza kurą znoszącą złote jajka, a takimi są w większości polskie banki. Zwrócę Waszą uwagę, że najlepiej wynagradzany piłkarz Legii Warszawa zarabia 3,5 mln zł rocznie, co oznacza, że odpowiadając tylko za team spirit w szatni ma podobne pieniądze, co prezes banku odpowiadającego za team spirit 10.000 pracowników. A także za ROE, ROA i C/Z ;-). Zaś taki Robert Lewandowski, pracując co prawda w Niemczech, też wyciąga ponad 5 mln zł, ale... miesięcznie. Czyli wciąga wszystkich prezesów banków na śniadanie. I to są dopiero nierówności ;-). I co Wy na to? Zapraszam do mojej ankiety!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „45.000 zł... dziennie! Tyle zarabia "najdroższy" prezes banku. Nawet piłkarze wymiękają :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 24 marca 2017 08:47
  • czwartek, 23 marca 2017
    • Na foreksie tracimy miliardy? Już wiem dlaczego. Zadzwoniła do mnie niższa kultura naganiania

      Partia rządząca jest urobiona po pachy wyjaśnianiem afery Amber Gold, ale wyczyny Marcina P. to pikuś w porównaniu z tym, co wyrabiają eksperci od wciskania kitu zatrudnieni przez niektóre platformy foreksowe. Forex nadaje się do wciskania kitu znakomicie - można tu inwestować w waluty, surowce, indeksy giełdowe i akcje z wykorzystaniem m.in. kontraktów terminowych, nie posiadając dużego kapitału. Korzysta się w takim przypadku z tzw. dźwigni finansowej, która pozwala zwielokrotnić tempo zarabiania, ale i tracenia pieniędzy. Jest więc szybko, gęsto od emocji i kolorowo. Można roztaczać wizję krociowych zysków i szybkich fortun. Próbkę kitowciskania mogliście zobaczyć w moim niedawnym felietonie o akademii zarabiania kasy im. Abramowicza :-)

      Nie ma w takim sposobie inwestowania nic złego, ale nie nadaje się on dla inwestorów-amatorów, którzy nie mają doświadczenia w lokowaniu oszczędności na rynku kapitałowym. Można o nim powiedzieć wszystko, ale nie to, że jest bezpieczny ;-). Właśnie ujrzał światło dzienne raport Najwyższej Izby Kontroli na temat firm foreksowych i ich klientów. Z raportu wynika, że umowy na takie usługi z brokerami ma w Polsce ponad 130.000 osób, z czego aktywnie gra na foreksie ponad 30.000. Inspektorzy NIK policzyli, że w latach 2012-2016 r. łączne straty klientów krajowych brokerów wyniosły ponad 2,1 mld zł. Moc :-). Chociaż trzeba powiedzieć, że z krótkoterminowych striptizów foreksowych maklerów aż taki obraz nędzy i rozpaczy nie wynika.

      SUBIEKTYWNOŚĆ RZĄDZI W KONSUMENCKOŚCI. Dobrzy ludzie sprawdzili którzy dziennikarze najczęściej poruszają tematy konsumenckie i stają po stronie uciśnionych. Wiedziałem, że w klasyfikacji Robin Hoodów i Janosików subiektywność miała zawsze wiele do powiedzenia, ale nie wiedziałem, że aż tak ;-).

      C69g9hPWoAAOfj4

      Forex jest jak zaraza. Klientów pozyskuje się metodą "na Philipiaka", czyli dzwoniąc po Bogu ducha winnych ludziach i naganiając. Do mnie z uporem lepszej sprawy wydzwaniał niedawno konsultanto-kitowciskacz z Globtrex. Jest to duża firma, której reklamy zalewają internet i która ma na pokładzie m.in. głównego analityka Sławomira Dębowskiego. Jeśli zadzwonią do Was i będą pytali czy znacie analizy Sławomira Dębowskiego, to na wszelki wypadek odpowiadajcie, że znacie, bo inaczej zafundujecie sobie pięć minut rozmowy reedukacyjnej. Są bardzo wrażliwi na punkcie znajomości dzieł pana Sławomira ;-)). Firma chce być postrzegana jako uczciwa, etyczna i troszcząca się o interesy klientów. Na stronie internetowej - choć w niespecjalnie eksponowanym miejscu - znajdują się wszystkie konieczne ostrzeżenia o ryzyku związanym z inwestowaniem. Sęk w tym, że duża część klientów jest do usług tej firmy nakłaniana przez telefon. A to, co wyprawiają jej telemarketerzy, woła o pomstę do nieba.

      Czytaj też: Po drugiej stronie biurka, czyli szczera spowiedź bankowego naganiacza

      Czytaj też: Jak twardziel z twardzielem czyli bankier kontra Samcik. Było ostro

      Dzwonili do mnie z Globtreksu kilka razy. Za każdym razem były to długie i bolesne rozmowy z dobrze wyszkolonymi, wyszczekanymi, momentami wręcz bezczelnymi konsultantami, którzy nie dają sobie przerywać, nie znają granic w aroganckim przekonywaniu, że białe jest czarne i jak trzeba to powiedzą klientowi co myślą o jego małym mózgu. Przedstawiają się jako pracownicy "firmy inwestycyjnej" (słowo forex rzecz jasna nie pada) i oczywiście mają do zaoferowania "korzystną, pewną, bardzo dobrą inwestycję" w akcje jakiejś amerykańskiej spółki, którą każdy zna i podziwia. Oczywiście tak naprawdę nie chodzi o akcje, lecz o kontrakty terminowe, ale tego z rozmowy z konsultantem się nie dowiecie. Jak również nie dowiecie się, że chcą Was zapisać do ultraryzykownej inwestycji z dźwignią finansową sięgającą 100-krotności zainwestowanego kapitału. To ma być "korzystna, pewna, bardzo dobra inwestycja".

      globtrexscreen1

      Jasne: nawet taka inwestycja nie jest rosyjską ruletką. Można wbudować w taką inwestycję tzw. stop-loss, czyli jej automatyczne zamknięcie zanim straty staną się horrendalne. Ale nie zmienia to faktu, iż tego typu lokowanie kapitału nie jest dla każdego. O tym też niestety nie pogadacie przez telefon z konsultantem, bo to nie szkółka niedzielna tylko prawdziwa szkoła życia dla twardych mężczyzn. Żeby nie było, że się czepiam: sam inwestuję malutką porcję swoich oszczędności na rynku instrumentów pochodnych. Np. obstawiam wzrost kursu dolara i już przy 2-groszowym jego umocnieniu zarabiam 100 zł z zainwestowanego 1000 zł. Albo obstawiam spadek ceny ropy naftowej i po półdolarowym zsunięciu się ceny na amerykańskiej giełdzie jestem 10% do przodu.

      Kilkakrotnie wdałem się z takim gadułą globtreksowym w rozmowę. Podczas ostatniej albo przedostatniej (już dobrze nie pamiętam) usłyszałem bajeczkę o tym jak wielkim pewniakiem na najbliższych kilka tygodni jest Tesla. Bo - uwaga - właśnie wprowadza nowy model samochodu elektrycznego (jakby tego typu newsy nie były już od dawna wliczone w ceny akcji :-)). I dlatego, że bank inwestycyjny właśnie teraz zaleca kupowanie jej akcji. I dlatego, że klienci, którzy wcześniej weszli w ten rodzaj inwestycji, średnio zarobili 14% w kilka tygodni. Lubię się droczyć, więc... Jak on do mnie, że ostatnio Tesla poszła tyle a tyle w górę, to ja do niego, że przedostatnio poszła o tyle i tyle w dół. Jak on do mnie, że w przeszłości na dwutygodniowych inwestycjach jego klienci zarabiali tyle-a-tyle, a ja go pytam jak to możliwe, że wciąż pracuje na infolinii zamiast wygrzewać się w swojej rezydencji na Florydzie, skoro tak zarabia.

      A na koniec obowiązkowo pytam o wskaźnik C/Z spółki, którą mi oferuje. On oczywiście nie wie co to jest C/Z, więc ładnie go proszę, żeby oddzwonił jak już się dowie, znawca inwestowania od siedmiu boleści. Zdarzyło się, że nie miałem czasu na pieszczoty, więc od razu powiedziałem, że nie jestem zainteresowany i że dziękuję bardzo. Gość zapytał za co mu dziękuję, a potem rzucił mięsem, zaś w końcu i słuchawką. Nie mam pretensji, rozumiem, że mógł być rozczarowany, że tym razem nie będzie mógł się wykazać swoją elokwentną nawijką, której nauczył się tak perfekcyjnie na szkoleniach z kitowciskania. I zarobić przy okazji trochę grosza z prowizji za kolejnego złowionego jelenia. Co oczywiście nie znaczy, że ów jeleń nie ma czuć, że jego poroże jest w pełni bezpieczne ;-)).

      globtrex2screen

      Niestety, wiem że mnóstwo niezbyt zorientowanych w inwestowaniu osób daje się nabierać na te gadki-szmatki o pewnych jak w banku zyskach z dwutygodniowych inwestycji w znane spółki, które właśnie coś-tam ogłosiły. Być może część z tych osób przypadkiem wychodzi na tym nie najgorzej, bo przecież na amerykańskiej giełdzie jest hossa. Ale - powtarzam - sposób, w jaki telefoniczni konsultanci oferują inwestycje w instrumenty pochodne oparte na cenach akcji woła o pomstę do nieba. Nie ma ani słowa o ryzyku, tylko agresywne wciskanie kitu o zysku bez ryzyka. To jest mniej więcej ta sama kategoria "przestępstwa", co sprzedawanie polis inwestycyjnych jako lokat bankowych. Ta akurat firma jest zarejestrowana na Cyprze i działa w Polsce na mocy tzw. europejskiego paszportu. UOKiK udaje, że jej nie widzi, a KNF jej nie nadzoruje. Zabawa potrwa tak długo, aż ludzie znów będą mieli za złe państwu, że nie zareagowało.

      Firm foreksowych jest wiele, niektóre z nich są zarejestrowane w Polsce i często działają etycznie (choć trudno mówić o etycznym namawianiu szarego Polaka-konsumenta do kupowania akcji, gdy on przeważnie nie wie nawet co to jest fundusz inwestycyjny). Miałem ostatnio pogawędkę z konsultantem telefonicznym TMS Brokers. Nie było naganiania, tylko konkretna informacja, choć może akurat miałem szczęście, że trafiłem na konsultanta od wyjaśniania wątpliwości nowym klientom, a nie kitowciskacza polującego na nowych klientów. Nieważne. Najgorsze jest to, że niektóre firmy foreksowe robią z polskimi klientami co chcą. Czują się bezkarne w tym swoim agresywnym missellingu. A państwo jak zwykle działa teoretycznie. Pozdrowienia dla "muzealników" z komisji sejmowej od rozkminiania afery Amber Gold. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Na foreksie tracimy miliardy? Już wiem dlaczego. Zadzwoniła do mnie niższa kultura naganiania”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 marca 2017 07:53
  • środa, 22 marca 2017
    • Kredyt jak każdy: waloryzowany frankiem. Ale... czy wolno go było waloryzować?

      W ostatnich miesiącach opisywałem kilka sposobów myślenia sędziów, którzy - idąc trochę pod prąd wciąż aktualnemu orzecznictwu Sądu Najwyższego - zdecydowali się odwalutować lub unieważnić kredyt frankowy. Najważniejszym argumentem bywała do tej pory abuzywność części lub całości klauzuli przeliczającej zobowiązania klienta z franków na złote lub odwrotnie. Nieprecyzyjność, niedokładność, zbyt duża swoboda przyznana bankowi - te argumenty podnosili sędziowie, wywodząc z nich różne wnioski. Albo takie, że kredyt jest złotowy, albo takie, że nie da się wykonać umowy ("klient pożyczył, ale nie wiedział ile"). Druga linia frontu - do tej pory rzadziej testowana - to kwestia walutowości kredytu i związanej z tym zgodności z prawem klauzuli waloryzacyjnej. Więcej o tych dwóch ścieżkach do pozbycia się kredytu frankowego pisałem w blogu przy okazji podsumowania największych sukcesów klientów na wokandzie w 2016 r. 

      Najbardziej radykalne spojrzenie? Cóż, opisywałem niedawno nieprawomocny wyrok sądu w Toruniu, który doszedł do wniosku, że kredyt frankowy to w ogóle nie jest kredyt, więc też należy to-to unieważnić. Sąd doszedł wtedy do wniosku, że jeśli kredyt jest wypłacony i spłacony w złotych, to jest kredytem złotowym. I że to, co jest w umowie kredytowej, nie zgadza się z definicją kredytu z prawa bankowego, bo w kredycie złotowym kapitał do spłaty nie może być każdego dnia inny.

      Niezależnie od tego jak sędziowie patrzą w wyrokach na kredyty frankowe, to zwykle nie uznają ich za kredyty "walutowe" w ścisłym znaczeniu tego słowa, lecz za kredyty waloryzowane. Frank szwajcarski jest w tym wypadku "tylko" miernikiem waloryzacji. W zasadzie nic w tym dziwnego, bo nawet bankowi prawnicy zgadzają się z takim spojrzeniem. Sęk w tym, że niektórzy twierdzą, iż nie można powiedzieć: "waloryzuję kredyt kursem franka" i pójść dalej. Można się zastanawiać czy waloryzacja kredytu kursem franka jest w ogóle dozwolona. Dziś - z niejakim opóźnieniem, bo sprawa jest z końca stycznia - chciałbym się przyjrzeć wyrokowi, który najsolidniej do tej pory rozkminia temat waloryzacji. Co to znaczy, że kredyt jest waloryzowany? Jakie warunki powinna spełniać waloryzacja, żeby była zgodna z prawem? 

      Na początek kilka słów dotyczących pola bitwy. Kredyt był z czerwca 2006 r., udzielił go Bank BPH i miał wartość 200.000 franków szwajcarskich (co przeliczało się na 470.000 zł). Kredyt - co ciekawe - nie był "tylko" indeksowany do obcej waluty, lecz był denominowany we frankach. Wydawałoby się, że to nieco trudniejszy do podważenia gatunek umowy, bo kwota kredytu jest wpisana w obcej walucie, a strony jedynie umawiają się na spłacanie rat w złotych, według kursu ustalanego na określonych warunkach. Po kilku latach okazało się, że raty są nie do udźwignięcia i kredyt przestał być spłacany. Jesienią 2012 r. Bank Pekao (który połknął większość Banku BPH, a wraz z nim zadłużenie klientów) wystawił tytuł egzekucyjny. Wystraszeni klienci podpisalii z bankiem ugodę i ustalili nowe warunki spłat, ale ich też nie byli w stanie dotrzymać i pod koniec 2013 r. umowa została przez bank ostatecznie wypowiedziana. Klienci chwycili się ostatniej deski ratunku i poszli do sądu. Ten w grudniu 2016 r. wydał ciekawy wyrok, który opiera się na kilku odważnych ustaleniach.

      Sąd doszedł do wniosku, że niezależnie od tego w jakiej walucie wyrażona jest kwota kredytu, to skoro jest on spłacany w złotych, to jest kredytem złotowym. Sąd podkreślił, że nie ma w polskim prawie pojęcia kredytu walutowego, który byłby zwracany w złotych, jest natomiast pojęcie waloryzacji. A więc można waloryzować kwotę kredytu złotowego - i spłacane raty - o jakąś wartość, by np. uchronić się przed skutkami inflacji. Sąd uznał więc, że kredyt frankowy nie jest żadnym "innym typem kredytu", lecz jest waloryzowanym kredytem złotowym. W sumie nie jest to żadna rocket science: pamiętam jak na konferencji naukowej w Toruniu uciąłem sobie dłuższą pogawędkę z mec. Marcinem Szymańskim (prowadzi sprawy frankowiczów przeciwko bankom) i z jednym z prawników bankowych i zgodzili się oni, że umowne odniesienia do franków są "nakładkami" na kredyt złotowy o charakterze klauzuli waloryzacyjnej. Sąd zauwżył, że w polskim prawie, tam gdzie mówi się o kredytach denominowanych i indeksowanych, w ogóle nie występuje pojęcie "kredytu walutowego". Nie jest to więc kredyt walutowy, lecz złotowy waloryzowany. 

      Sąd doszedł do wniosku, że skoro wartość kredytu była napisana w obcej walucie, a kredyt nie był walutowy, to w zasadzie nie doszło do określenia kwoty udzielonego kredytu. A skoro tak, to umowa nie spełnia warunków kredytu, określonych w Prawie bankowym i można ją unieważnić. To wywód dość podobny do tego, który relacjonowałem Wam jako nowy przewrót kopernikański ;-). Głównym kontargumentem bankowców jest ten, że nawet jeśli kredyt uznamy za złotowy-waloryzowany, to frank szwajcarski stanowi po prostu miernik wartości tego kredytu. A jeśli tak, to wszystko jest w najlepszym porządku - kredyt jest waloryzowany jakimś miernikiem wartości, który raz ma większą, a raz mniejszą wycenę. Sędzie doszedł jednak do wniosku, że w przypadku wyrażenia kwoty kredytu wyłącznie w obcej walucie to tak nie działa - żeby można było mówić o waloryzacji trzeba najpierw wiedzieć co waloryzować (a więc jaka jest wyjściowa kwota kredytu w złotych). A tego umowa nie wyjaśniła.

      Sąd przyczepił się też do tego, że jeśli kredyt miałby być waloryzowany frankiem, to waloryzacja byłaby podwójna, bo tę samą rolę pełnią już odsetki. I do tego, że waloryzacja nie może sprowadzać się do tego, że ewentualne negatywne konsekwencje obciążają tylko jedną ze stron (a w tym wypadku tak jest - na wysokim kursie franka traci kredytobiorca, zaś na niskim - nie zyskuje bank). I jeszcze do tego, że istotą waloryzacji jest zabezpieczenie umowy przed inflacją. Zaś w przypadku kredytu frankowego nastąpił ogromny wzrost długu i rat, choć nie nastąpiła analogiczna zmiana siły nabywczej złotego w sensie tego co można kupić za jedną pensję. Sąd wreszcie przyczepił się do tego, że wynikająca z waloryzacji nierówność stron była większa, niż to, co powinno być zgodne z naturą umowy o nazwie kredyt (nie można uzależnić czegoś takiego jak kredyt od nieprzewidywalnych czynników, jak kurs walutowy). Sąd doszedł do wniosku, że umowa jest nieważna, a nawet gdyby była ważna, to górny limit odpowiedzialności finansowej klientów (w sensie kapitału) powinien wynosić tyle, ile pożyczyli, ale licząc w złotych, a nie we frankach.

      To bardzo solidna i bardzo surowa dla banków rozkminka waloryzacji, chyba najsolidniejsza jaką do tej pory czytałem (choć sam koncept oczywiście nie jest niczym nadzwyczajnym, jak wspomniałem na przykładzie rozmowy z mec. Szymańskim). Trzeba natomiast pamiętać, że rozkminka ta jest nieprawomocna i nie wiąże innych sądów. Znam wyroki, które zapadły całkiem niedawno i w których sędziowie do kredytów frankowych podchodzą zupełnie inaczej, nie dostrzegając problemów związanych z waloryzacją. Ich zdaniem frank jest miernikiem wartości i kropka. Zobaczymy czy wyrok dotyczący kredytu udzielonego przez Bank BPH się uprawomocni. A najważniejsze będzie to, co o waloryzacji i walutowości powie - oceniając ten wyrok lub któryś z podobnych - Sąd Najwyższy. Bo to on wytyczy sposób rozumienia tej konstrukcji, w której kwotę kredytu wpisuje się we frankach, choć jest to - jak twierdzi sąd - kredyt złotowy, a jedynie waloryzowany kursem franka. Pamiętajmy, że wciąż w mocy pozostaje wyrok Sądu Najwyższego mówiący, że "kredytobiorca może być zobowiązany do zwrotu bankowi sumy pierwotnie wykorzystanego kredytu, ale taka wykorzystana suma może mieć inną wartość rynkową w okresie spłaty kredytu"

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Kredyt jak każdy: waloryzowany frankiem. Ale... czy wolno go było waloryzować? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 marca 2017 19:09
    • Poznajcie najzdrowszy naród na świecie. Z takim podejściem do pieniędzy można żyć i 100 lat ;-)

      Jest mnóstwo rankingów obrazujących szczęście narodów, ale do mnie najbardziej przemawiają te, które za punkt wyjścia przymują zdrowie. Różne są konfiguracje czynników dających szczęście, ale w każdej z tych konfiguracji zdrowie jest kluczowym parametrem. Dlatego z ciekawością przyjrzałem się najnowszemu rankingowi najzdrowszych narodów, opublikowanemu przez Bloomberga. A następnie postanowiłem - ponieważ to jest blog o finansach - ustalić jakie ekonomiczne parametry przyczyniają się do tego, że jedni żyją dłużej i zdrowiej, a inni - ani w ząb. Żebyśmy wiedzieli co robić, by niespiesznie dogonić najzdrowszych :-)). Bo najbogatszych już nie dogonimy nigdy.

      Czytaj też: Jedna decyzja rządu sprawiła, że już nigdy nie będziemy zarabiali jak Niemcy. Władze to przed Wami ukrywają, a ja... liczę i ujawniam straszną prawdę

      Zestawienie powstało na podstawie danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), Organizacji Narodów Zjednoczonych oraz Banku Światowego. Każdemu państwu przyznano określoną liczbę punktów "zdrowotnych", uzależnionych od różnych grup czynników: odsetka zgonów (w wyniku chorób zakaźnych, pozostałych chorób i wypadków), przewidywanej długości życia, śmiertelności wśród noworodków, odsetka osób cierpiących na choroby cywilizacyjne (cukrzyca, nadciśnienie, nadwaga, palenie tytoniu i picie alkoholu, nadwaga), czystości powietrza i dostępu do wody pitnej. Spośród 200 krajów, które miały wziąć udział w rankingu udało się sklasyfikować 163 (dla pozostałych nie zdobyto wystarczająco wiarygodnych danych). Kto wygrał?

      bloomberg_healthiest_nations_index

      Jak widzicie, najzdrowszym narodem świata są... Włosi, zdobywając 97,4 pkt. "zdrowotnych". Na drugim miejscu znaleźli się Islandczycy, zaś na trzecim - Szwajcarzy. Z krajów europejskich w czołówce najzdrowszych znaleźli się też Hiszpanie, a także Szwedzi i Norwegowie. Kto, oglądając "Wiadomości TVP", myśli o tym, by wyemigrować do Australii, też dobrze trafił, bo to również jest kraj mający zdrowych i - jak sądzę jednocześnie długowiecznych - obywateli. Jeśli chodzi o Azję to w statystykach najlepiej wypadają mieszkańcy Singapuru oraz Japonii (oba kraje zmieściły swoich rodaków w pierwszej dziesiątce - co do Japonii to musi być jakaś ściema). Polska znalazła się na 39. miejscu, czego raczej nie powinniśmy postrzegać jako sukcesu, biorąc pod uwagę, że pod względem rozwoju ekonomicznego jesteśmy sklasyfikowani na świecie znacznie wyżej - w okolicach 25-30. miejsca. W naszym regionie Europy najzdrowiej żyje się na Słowenii (27. miejsce w rankingu). Więcej na temat rankingu, wyników i metodyki znajdziecie na stronach Bloomberga.

      Zanim przyjrzymy się co daje zdrowie i długowieczność Włochom zwrócę uwagę na to, że zarówno Islandia, jak i Szwajcaria są równolegle na pierwszych miejscach w rankingach krajów, które mają najszczęśliwszych obywateli. To potwierdza tezę, że ogólne szczęście i zdrowie idą ze sobą w parze. A tu zestawienie 20 największych narodów-szczęściarzy.

      hapinessindex

      Teraz czas przyjrzeć się Włochom. Co sprawia, że są tacy zdrowi? Że pod tym względem biją na głowę Amerykanów, Brytyjczyków, a nawet Niemców? Być może chodzi o słoneczny klimat? Tam gdzie dużo słońca ludzki mózg lepiej funkcjonuje, a zdrowa głowa to zdrowsze ciało. Zapewne swoje trzy grosze dorzuca śródziemnomorska dieta oparta na świeżych owocach, rybach i moich ukochanych oliwkach? Patrząc z dużym przymrużeniem oka trzeba też wyznaczyć kilka czynników ekonomicznych, które czynią z Włochów ludzi - przynajmniej krótkoterminowo - niepodatnych na jakiekolwiek zgryzoty, także finansowe. A dzięki temu - zdrowszych. Jaka jest więc recepta na życie w zdrowiu?

      WYDAWAJ WIĘCEJ, NIŻ ZARABIASZ. Włochy są jednym z najbardziej zadłużonych krajów w Europie w proporcji do wypracowywanego majątku (czyli PKB). Relacja długu państwa do rocznego PKB kraju wynosi już 130%. Większe zadłużenie na naszym kontynencie mają tylko takie asy jak m.in. Grecy (170% wypracowywanego rocznie PKB). Dla porównania: polski dług państwowy, sięgający już okrąglutkiego jak księżyc w pełni biliona złotych, wynosi jakieś 53% rocznego PKB, a i tak uważamy, że jest za duży i że ściąga nas w przepaść. Włosi, oprócz długów, mają też jedną z najwolniej rozwijających się gospodarek w Unii Europejskiej. Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami :-). Niech się przejmują ci, którzy Włochom pożyczyli ;-).

      ZARABIAJ WIĘCEJ, NIŻ WYTWARZASZ. W ciągu ostatnich 25 lat PKB dla Włoch liczony w cenach stałych wzrósł o jakieś 25%. W tym samym czasie średnia pensja wzrosła o 45% (z jakichś 1500 euro do 2200 euro). Oczywiście, nominalne płace zależą od wielu czynników, także od inflacji, ale mimo wszystko wygląda na to, że wraz z rosnącym zadłużeniem Włosi - to dla nich bardzo zdrowo - nie przejmowali się tym, że dostają w pracy większe podwyżki, niż zasłużyli :-)). Jednocześnie - mimo, że dostali podwyżki - nie wytwarzają większej wartości, bo włoskie PKB w ostatnich latach nie powala na kolana.

      itapkb_w_cenach_staych

      NIE PRZEPRACOWUJ SIĘ, ZWŁASZCZA ZA MŁODU. Włosi są trzcim najstarszym społeczeństwem na świecie - po Japończykach i Niemcach. Stopa bezrobocia wynosi tam 11%, ale wśród młodzieży jest zastraszająco wysoka - prawie 40% (średnia dla Unii - 20%). Co czwarty Włoch poniżej 30-tki nie pracuje, nie uczy się, ani nie doszkala (bo uważa, że nie przeskoczy przez ścianę zblatowanych starych pryków, zajmujących wszystkie itratne stołki w firmach). Młodzież - mieszkając w wielopokolenionych domach pod skrzydłami mamy - z konieczności spożywa wino i oliwki, nie przejmując się dalszą przyszłością. 44% młodych Włochów poprzestała na wykształceniu podstawowym, dochodząc do wniosku, że dalsza nauka jest bez sensu. Takie życie musi wpływać na zdrowie narodu :-).

      WEŹ KREDYT, ALE GO NIE SPŁACAJ. We Włoszech jednym z głównych problemów jest fatalna kondycja branży bankowej. Wartość nie spłacanych w terminie kredytów sięgnęła już 200 mld euro, a w całym sektorze bankowym na straty należałoby spisać co piąte udzielone euro kredytu. W Polsce analogiczny odsetek wynosi 5-6%. To właśnie z tego powodu największy włoski bank UniCredit musi sprzedać polskiemu rządowi Bank Pekao, choć jest to dla Włochów kura znosząca złote jajka. Włosi starają się wymyślić coś, żeby sprawa toksycznych bilansów bankowych rozeszła się po kościach, ale gdyby bankowcy mieli na raz urealnić rezerwy na złe długi, to system bankowy mógłby się załamać. Ale to mogłoby niejednemu Włochowi podnieść ciśnienie i pogorszyć zdrowie narodu, więc najpewniej się... nie wydarzy. 

      Dworuję sobie z tego włoskiego końskiego zdrowia, bo przecież nawet jeśli żyjesz w świecie, w którym rządzą kobiety, wino i śpiew, a do tego masz słońce, ciepłe morze i mnóstwo zabytków oraz odżywiasz się zdrowo, po śródziemnomorsku, to... kiedyś ci wszyscy frajerzy-kredytodawcy przestaną za to wszystko płacić i kupować obligacje, które emitujesz po to, by nadal żyć długo i zdrowo :-). Chociaż nie stawiam tej tezy zbyt ostro, bo przecież Grecy - w dziele beztroskiego zadłużania się i życia dniem dzisiejszym znacznie bardziej od Włochów zaawansowani - jakkolwiek trochę podupadli na zdrowiu z powodu kryzysu finansowego, to jednak wciąż mieszczą się w 20-tce najzdrowszych narodów świata. A zaraz obok nich kolejni potencjalni bankruci - Portugalczycy. No i co teraz powiecie? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 marca 2017 09:13
  • wtorek, 21 marca 2017
    • Estoński InBank już w Polsce. Czym zaskoczył? Świetnymi depozytami i dziwną chwilówką

      O ile na rynku banków uniwersalnych - oferujących pełne spektrum produktów finansowych, od ROR-ów przez karty płatnicze po inwestycje i ubezpieczenia - trudno się spodziewać jakiejś rewolucji (role są już dawno rozdane), o tyle wśród instytucji specjalizujących się głównie w niskokwotowych, szybkich pożyczkach online jest coraz ciaśniej. Atakują pozabankowe firmy pożyczkowe typu Vivus, Wonga, czy Provident (zgarnęły już 25% tego rynku), atakują też nowe banki. Swoje wejście na polski rynek ogłosił właśnie estoński InBank, który na rodzimym rynku "pozamiatał" - udziela już co czwartej pożyczki gotówkowej i co piątej ratalnej, którą zaciągają Estończycy. Bank działa też na sąsiedniej Łotwie, ostatnio próbuje rozwinąć skrzydła w Niemczech i Austrii, a kolejnym obiektem jego ekspansji mają być niczego nie przeczuwający polscy konsumenci :-). A niczego nie przeczuwający polski konsument wygląda tak:

      inbankkkgraf

      Powiedzmy sobie szczerze: to jest mikrus wręcz niezauważalny w polu widzenia przeciętnego polskiego banku. Jego aktywa wynoszą - w przeliczeniu na "nasze" złotówki - niecałe 400 mln zł, czyli tyle, ile ma jeden średniej wielkości SKOK. Ale ofertę ma InBank, trzeba przyznać, ciekawą. Przeklikałem się przez nią tuż po oficjalnym starcie banku w Polsce (nie zajęło to dużo czasu, bo jest prosta jak ogon węża :-)) i sądzę, że Estończycy mogą spróbować napsuć krwi jeśli nie bankom, to przynajmniej firmom pożyczkowym i SKOK-om oraz firmom specjalizującym się w kredytach ratalnych. Podstawą oferty InBanku jest coś w rodzaju chwilówki. To pożyczka na maksymanie cztery miesiące i tylko do 4000 zł, sprzedawana w modelu eurobankowej "Wypożyczki" - czyli bez odsetek, a jedynie z prowizją za jej udzielenie. Co ciekawe, przez trzy miesiące spłaca się w ratach tylko tę prowizję, czyli są one malutkie (najwyżej kilkudziesięciozłotowe). Dopiero wraz z ostatnią ratą trzeba oddać całą kwotę pożyczki. Taki sposób oferowania szybkiej gotówki to w Polsce rzadkość.

      Prowizja za udzielenie pożyczki nie jest niska. Z tego co się zorientowałem w czasie "testów" standardowo wynosi ona jakieś 15% (najniższy możliwy poziom to chyba 10%). Ale to mimo wszystko mniej od kosztów proponowanych przez większość firm chwilówkowych. Choć sporo więcej, niż wynosi realne oprocentowanie pożyczek oferowanych przez banki. Oczywiście pożyczka jest możliwa do zassania w 100% przez internet. Wypełnia się e-wniosek (a właściwie dwa - jeden o dostęp do bankowości internetowej, a drugi o pożyczkę), wysyła się przelew weryfikacyjny i jeśli dane z przelewu zgadzają się z tymi podanymi we wnioskach, InBank przelewa kasę. Umowę podpisuje się SMS-em autoryzacyjnym, który bank przesyła na podany przez klienta telefon komórkowy. 

      Poza tą pożyczką InBank ma w ofercie jeszcze tylko dwa produkty - kredyt gotówkowy do 50.000 zł (też do wzięcia przez internet) oraz lokaty. Nie ma kont osobistych, kart płatniczych, bankowości transakcyjnej, inwestycji, ubezpieczeń, ani nic innego. Depozyty są oprocentowane re-we-la-cyj-nie. O ile trzyletni depozyt na 3% w skali roku jest pomysłem dość ryzykownym (mogą się w tym czasie zdarzyć podwyżki stóp procentowych, które pociągną w górę oprocentowanie lokat w innych bankach), o tyle roczna lokata na 2,6% i półroczna na 2,4% bez restrykcji (no, może poza limitowaną maksymalną kwotą - 50.000 zł) daje dziś InBankowi pierwsze miejsca w rankingach. A kruczek? Otóż InBank jest oddziałem estońskiego banku, więc nie podlega ani polskiemu nadzorowi bankowemu, ani Bankowemu Funduszowi Gwarancyjnemu. Gdyby coś złego się wydrzyło, deponenci musieliby próbować odzyskać pieniądze w Estonii, bo to tamtejszy fundusz gwarancyjny zapewnia pokrycie strat deponentów do 100.000 euro.

      Bardzo jestem ciekaw czy Polacy rzucą się zakładać lokaty w banku, który nie ma polskich gwarancji depozytów. Jeśli się rzucą, to InBank będzie mógł odważnie zarzucić sieci w swoim ulubionym i sprawdzonym w innych krajach modelu działalności - dogadywania się z sieciami detalicznymi w sprawie finansowania zakupów ich klientów. Dziś InBank ma w czterech krajach umowy z 300 sieciami handlowymi, dzięki którym bez sieci oddziałów i wydawania wagonów kasy na promocję uzyskał dostęp do ludzi chcących robić zakupy na kredyt. Estończycy kupują też portfele kredytów i pożyczek od innych banków i firm pożyczkowych. Twierdzą, że umieją tak zrobić, żeby klienci - po spłaceniu "starej" pożyczki - kontynuowali swoją parachwilówkową "przygodę" z używaniem nie swoich pieniędzy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Estoński InBank już w Polsce. Czym zaskoczył? Świetnymi depozytami i dziwną chwilówką”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 marca 2017 19:03
    • 6 zł miesięcznie za debetówkę! Ale w pakiecie... cyberpolisa. Ochroni tożsamość, reputację i dysk

      Banki tak bardzo przyzwyczaiły nas do kont "za zero", że dziś mają nie lada problem z przekonaniem swoich klientów do płacenia za podstawowe usługi. Opłaty za konta i karty - nawet jeśli w najpopularniejszych pakietach występują - to z reguły nie dotyczą aktywnych klientów. Jednym z banków, który chciał zmienić reguły gry jest Raiffeisen. Dwa lata temu wprowadził "Wymarzone konto", które charakteryzuje się tym, że jest oprocentowane, daje assistance i darmowe bankomaty. A także tym, że za kartę debetową trzeba płacić 3 zł i nie da się tej opłaty nijak ominąć. "Wymarzone konto" było w pierwszym roku hitem, bo założyło je prawie 300.000 klientów. Ale w drugim roku straciło sporo ze swego blasku i nie wygrywa już wyścigu z kontami "za zero". Dziś ma je 380.000 osób i w Raffeisenie postanowili coś z tym zrobić.

      W nowej odsłonie "Wymarzone konto" nieco "normalnieje". Będzie miało niższe oprocentowanie (1,5%) i mniej darmowych bankomatów (tylko Euronet), a opłata za kartę zacznie być warunkowa - zniesie ją jedna transakcja w sklepie miesięcznie. Krótko pisząc: w Raiffeisenie doszli do wniosku, że aby pozyskać nowych klientów trzeba przestać "straszyć" ich bezwarunkową, 3-złotową opłatą za kartę, nawet za cenę ograniczenia liczby bonusów. Ale temu krokowi do tyłu towarzyszą dwa kroki wprzód: jednocześnie Raiffeisen wprowadza do oferty nową kartę dołączaną do "Wymarzonego konta", która będzie należała do najdroższych kart debetowych na rynku - kosztuje bowiem aż 6 zł miesięcznie.

      UBEZPIECZENIE OD ZŁODZIEI KARTOWYCH... Co w zamian? Wszystkie bankomaty w kraju gratis, czyli ten sam bonus, który do tej pory był "ozdobą" karty za 3 zł miesięcznie, dodawanej do "Wymarzonego konta". Ale nie tylko. Do nowej, droższej debetówki oferowanej przez Raiffeisena zostanie dorzucone bardzo ciekawe ubezpieczenie "Cyberpomoc". To chyba najbardziej wypasione w polskich bankach assistance "technologiczne", a więc dotyczące kradzieży internetowych, zakupów online, danych i tożsamości. Zadziała ono w pięciu sytuacjach. Po pierwsze: gdyby ktoś ukradł pieniądze z karty posługując się skradzionym plastikiem bądź wyłudzonymi danymi karty (takimi jak jej numer, data ważności i kod CVC). W niektórych e-sklepach, znając te cyferki, niestety można zrobić zakupy na czyiś rachunek, nawet jeśli nie ma się przy sobie samego plastiku. Niestety, to ubezpieczenie zadziała tylko do wartości 10.000 zł.

      POMOC, GDYBY PADŁ DYSK TWARDY W KOMPUTERZE... Druga część polisy "Cyberpomoc" to - i tu już zaczyna być ciekawie - ubezpieczenie danych komputerowych. A więc pomoc w sytuacji, gdyby klient stracił dane przechowywane na twardym dysku komputera stacjonarnego, laptopa, dysku zewnętrznego albo karty pamięci np. w aparacie fotograficznym. W takiej sytuacji bank stanie na uszach, żeby pomóc w ich odzyskaniu. A więc znajdzie speca od odzyskiwania danych, pokryje koszty jego dojazdu, robocizny bądź dostarczenia mu sprzętu. Oczywiście pod warunkiem, że nie będzie to wszystko zbyt drogie (limit odpowiedzialności to 3000 zł). Warunek: sprzęt musi należeć do posiadacza karty i nie może być starszy, niż sześć lat. A utrata danych musi być wynikiem awarii, a nie np. wylania na laptopa filiżanki kawy.

      UBEZPIECZENIE ZAKUPÓW INTERNETOWYCH... Trzecia część polisy to ubezpieczenie zakupów internetowych. Jeśli kupimy coś i zapłacimy w sieci kartą, a okaże się, że e-sklep wyśle wadliwy towar albo nie wyśle go w ogóle - ubezpieczenie pokrywa koszty prawne związane z odzyskaniem pieniędzy bądź po prostu zwraca klientowi straconą kasę. W tej części limit odpowiedzialności ubezpieczyciela wynosi 10.000 zł, a z polisy wyłączone są e-zakupy danych cyfrowych (np. e-booków, audiobooków, e-muzyki, abonamentów VOD), leków i suplementów diety, biżuterii oraz żywności. Oczywiście z polisy nie można też skorzystać, gdy płacimy za towar przelewem on-line, a nie kartą. Całe szczęście, że Raiffeisen ma przypiętą do swoich kart usługę wygodnych płatności w sieci o nazwie MasterPass. Bez MasterPassa lub BLIK-a płacenie kartą za zakupy online jest katorgą i nawet ubezpieczenie nie uzasadniałoby tej męki.

      Czytaj też: Czy twoja karta jest bezpieczna w sieci? Wszystko zależy od...

      POMOC GDYBY ZEPSULI REPUTACJĘ LUB UKRADLI TOŻSAMOŚĆ. Ostatnia część polisy to ochrona reputacji online oraz tożsamości. Ubezpieczyciel pomoże m.in. w sytuacji, gdy ktoś naruszy naszą prywatność w sieci (np. w portalach społecznościowych). A więc jeśli ktoś nas opluł na Facebooku, wrzucił nagie fotki na Instagram albo w jakiś inny sposób oszkalował. Zorganizuje specjalistów, którzy potrafią wykasować takie dane z sieci bądź skłonić do tego - metodami prawnymi - tych, którzy takie dane opublikowali (o ile nie są to gazety, radio lub telewizja internetowa - w takich przypadkach polisa nie zadziała). A jeśli chodzi o ochronę tożsamości, to jest to warta 10.000 zł polisa od wyłudzeń pieniędzy przez internet. Gdyby ktoś na dane z dowodu osobistego klienta wyłudził przez internet kredyt albo chwilówkę w firmie pożyczkowej, to wystarczy telefon do centrum alarmowego sprawa będzie "wyczyszczona" (ubezpieczyciel pokrywa straty klienta).

      Jakkolwiek limity odpowiedzialności ubezpieczyciela nie są szczególnie wysokie, to cyberpolisa, którą proponuje Raiffeisen, wygląda na fajny "komplecik" chroniący przed zagrożeniami, które przyniosła era internetu. Bezprawne użycie danych z karty płatniczej, wyłudzenie pieniędzy na podstawie danych z dowodu osobistego, oszczerstwa, dokuczanie i oczernianie na forach, w blogach i w portalach społecznościowych, oszustwa przy zakupach online - przed tymi wszystkimi cyberzagrożeniami można się chronić za 6 zł miesięcznie. A na dokładkę jeszcze bank bohatersko pomoże odzyskać dane, gdyby padł twardy dysk w komputerze (choć - wiem coś na ten temat - często takie interwencje albo kończą się fiaskiem totalnym, albo są bardzo kosztowne). Do tej pory banki dokładały do kart płatniczych ubezpieczenia podróżne, albo assistance zdrowotne. Pomysł Raiffeisena i Axy (bo to ta firma dostarcza ubezpieczenie) może być zajawką nowego trendu - gdy instytucje finansowe zaczną troszczyć się o nasze cyberbezpieczeństwo. Na razie tylko rzuciłem okiem na OWU tej cyberpolisy, ale nie znalazłem większych pułapek. Jeśli coś znajdę po dokładnej lekturze - dowiecie się o tym pierwsi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „6 zł miesięcznie za debetówkę! Ale w pakiecie... cyberpolisa. Ochroni tożsamość, reputację i dysk”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 marca 2017 09:32
  • poniedziałek, 20 marca 2017
    • W funduszu BPH TFI prawie jak w banku. Kto mu zaufał, dostał właśnie 4,7% "odsetek"

      Po raz pierwszy w ponad 20-letniej historii polskich funduszy inwestycyjnych klienci jednego z nich otrzymali do kieszeni regularną dywidendę. I to całkiem pokaźną - wyniosła aż 4,7% zainwestowanych przez każdego z klientów pieniędzy! Tymi szczęśliwcami są posiadacze udziałów w funduszu BPH Dywidendowy, jedynego polskiego funduszu mającego "dywidendową" konstrukcję. Tutaj jest strona tego funduszu, możecie go sobie obejrzeć z bliska :-). Fundusz został powołany rok temu z zamiarem inwestowania akcje najlepszych, najbardzej stabilnych polskich firm wypłacających dywidendy. Funduszy o takim profilu działa na naszym rynku już ponad 20, ale ich klienci nie dostają żadnych dywidend. Jeśli do funduszy wpływają pieniądze od jakiejś spółki, to po prostu zwiększają one zysk funduszu - czyli klienci widzą nieco wyższy wzrost jednostek uczestnictwa, ale nie dostają do ręki żywej gotówki.

      BPH Dywidendowy jest pierwszym funduszem, który zrobił w tej dziedzinie wyłom i - owszem - najpierw dolicza otrzymane dywidendy do swoich wyników, ale potem... rozdaje je ludziom. Wysokość wypłacanych przez fundusz udziałów w zysku nie zależy bezpośrednio tylko od tego ile pieniędzy zainkasuje on z dywidend os spółek. Na wypłaty dla uczestników może iść także część lub całość zarobku z innych transakcji, np. ze sprzedaży akcji. Jednak tegoroczna, pierwsza w historii, wypłata jest bardzo bliska pod względem wartości przeciętnej stopie dywidendy, którą otrzymują udziałowcy spółek dywidendowych. Licząc w wartościach nominalnych na każdą jednostkę uczestnicwa funduszu przypada 6,1 zł dywidendy. W przypadku osób, które mają najmniej udziałów w BPH Dywidendowym (na tyle mało, że w ich przypadku dywidenda nie przekracza 100 zł) zamiast przelewu na konto nastąpi dopisanie do konta dodatkowych jednostek uczestnictwa.

      Jaki sens ma wypłacanie przez fundusz inwestycyjny dywidendy swoim udziałowcom? Moim zdaniem ogromny, zwłaszcza w takim kraju jak Polska, w którym wszyscy kurczowo trzymają się banku jako jedynie słusznego miejsca lokowania oszczędności. Fundusze inwestycyjne są postrzegane jako trudne, tajemnicze i podejrzane. Trzeba powierzyć pieniądze jakimś "kolesiom", którzy najpewniej będą nimi "grali" na giełdzie i mogą wszystko stracić. A zamiast potwierdzenia założenia lokaty klient dostaje jakieś "jednostki uczestnictwa", których powrotna wymiana na żywy pieniądz może się odbyć po bliżej nieznanym kursie. Każdy by się wystraszył, prawda? Dlatego upodobnienie się przez fundusz inwestycyjny do banku i wypłacanie klientom kilkuprocentowej dywidendy, odpowiednika odsetek od depozytu, może otworzyć na inwestowanie w funduszach miliony nowych klientów.

      Czytaj też: Idą duże zmiany dla naszych oszczędności! Nie daj się zaskoczyć

      Czytaj też: Jak spać spokojnie i wykręcać zyski trzy razy większe, niż w banku?

      Na całym świecie inwestowanie dla dywidendy jest niezwykle popularnym sposobem na pomnażanie wartości posiadanego kapitału. Podczas gdy "normalne" akcje są bardzo wahliwe, spółki dywidendowe to przeważnie "spokojne przystanie", których ceny akcji zmieniają się w dużo mniejszym stopniu, zwłaszcza patrząc w perspektywie kilku, kilkunastu lat. Kto ma udziały w spółkach dywidendowych, ma więc coś w rodzaju "bankowego depozytu", zaś wypłacane co roku dywidendy są ekwiwalentem "odsetek" od tego "depozytu". Tyle, że dużo wyższym, niż prawdziwe odsetki bankowe, bo średnia stopa dywidendy w polskich warunkach wynosi 4% wartości akcji. Zna ktoś standardowy depozyt bankowy, który tyle by płacił? Nie sądzę, żeby szybko udało się skłonić miliony Polaków do inwestowania dywidendowego na giełdzie, ale nie ma przeszkód, by upowszechniły się fundusze inwestycyjne, które będą w tym pośredniczyły, wypłacając klientom raz w roku dywidendy.

      Dziś BPH Dywidendowy jest malutkim funduszem, ma zaledwie 16 mln zł aktywów. Ale wydaje mi się, że wielu osobom może przemówić do wyobraźni te 4,7% żywego dochodu, które można było osiągnąć bez umarzania jednostek uczestnictwa. Przy założeniu, że wartość udziałów w BPH Dywidendowym będzie przez cały czas stabilna, można sobie wyobrazić, że przy "zamrożonym" poziomie kapitału takie 4,7% rocznie mogłoby być bardzo sensowną opcją przechowywania kapitału. Akurat tak się składa, że BPH Dywidendowy nie tylko wypłacił klientom pieniądze, ale i zwiększył wartość udziałów w ciągu roku o 22%. Pewnie nie zawsze tak będzie, ale na dziś uczestnicy tego funduszu są wygrani podwójnie - ich inwestycja "spuchła" i jeszcze dostali do ręki dywidendę. Obecnie najwięcej pieniędzy BPH Dywidendowy ma ulokowane w akcjach brytyjskim Royal Dutch Shell, czeskim CEZ oraz polskich spółkach Rokita i Rainbow (tak, w tym biurze podróży ;-)).

      bphdywidendowy1y

      Oczywiście: nie ma róży bez kolców. Fundusz BPH Dywidendowy ma kilka wad. O jednej już wspomniałem - jest malutki i bardzo młody. Nie wiadomo jak zachowa się w gorszych czasach i jaką będzie miał wtedy politykę dywidendową (można sobie wyobrazić, że w przyszłości nie wypłaci dywidendy, żeby nie pogarszać swoich wyników). Fundusz nie jest też tani. Pobiera 3,5% opłaty za zarządzanie (to bardzo dużo jak na zachodnie standardy w funduszach tego typu, zajmujących się długoterminowymi inwestycjami). Dopóki na giełdzie jest hossa nie jest to problemem - mają 22% zarobku można oddać te 3,5% zarządzającym. Ale przy średniej rentowności inwestycji w spółki dywidendowe na poziomie 7-8% rocznie (niektóre statystyki mówią, że nawet 11%) ta opłata za zarządzanie może zacząć boleć. Do tego dochodzi jeszcze 2% opłaty manipulacyjnej na wejściu.

      Czytaj: Chodzisz w marszach, donosisz do Brukseli i jeszcze ci mało? Oto prawdziwie "zdradziecka" inwestycja. I do tego chyba opłacalna ;-)

      Czytaj: Oto fundusze nastawione na płodność... własną. Wezmą prowizję jeśli...

      Trzeba też zauważyć, że BPH Dywidendowy - choć jest jedynym polskim funduszem wypłacającym dywidendy - to nie jest jedynym dostępnym w Polsce tego typu funduszem. Nie tak dawno opisywałem w blogu fundusze o bardzo podobnej konstrukcji ze stajni Franklin Templeton. Tam dywidendy są wypłacane miesięcznie lub kwartalnie i nie są w ogóle uzależnione od tego czy fundusz otrzymał od spółek jakieś dywidendy. Po prostu uczestnikom należy się jak psu miska określony procent, tak jak na depozycie bankowym. Jeśli do wypłaty tych zysków nie wystarczy zysków, to pomniejsza się kapitał funduszu (czyli inwestorom przekazuje się wszystko co fundusz wypracował i "zjada się" część jego kapitału). Taka konstrukcja mniej mi się podoba, niż oparta na przekazywaniu klientom dywidend otrzymanych od spółek, ale dla kogoś, kto chce mieć stały procent - jak w banku - i wierzy w długoterminową pomyślność rynku kapitałowego to też może być niezła opcja.

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy stażem bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym, a także Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych i BPH TFI. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "KASOWNIK SAMCIKA". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Subskrybuj kanał YouTube "Subiektywnie o finansach"!

      Zapraszam też do obejrzenia spektakularnego cyklu wideo "OD OSZCZĘDZANIA DO INWESTOWANIA". W ośmiu odcinkach realizowanych przy "wsparciu" wszystkich możliwych żywiołów opowiadam o tym, jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „W funduszu BPH TFI prawie jak w banku. Kto mu zaufał, dostał właśnie 4,7% "odsetek"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 marca 2017 19:56
    • Wreszcie wygodne oszczędzanie na emeryturę? Bank pomoże wycisnąć kasę ze skarbówki!

      Jak część z Was zapewne wie, istnieją dwa preferencyjne "opakowania" dla oszczędności emerytalnych, które pozwalają zaoszczędzić na podatkach. Pierwsze to IKE (przy wypłacie po osiągnięciu wieku emerytalnego nie oddaje się 19% podatku Belki) oraz IKZE (można odpisać wpłacone w danym roku kwoty od podatku - do poziomu ok. 5100 zł). W ramach IKE i IKZE można oszczędzać w bankach, funduszach inwestycyjnych, firmach ubezpieczeniowych i biurach maklerskich. Korzysta z tej opcji jakieś 1,5 mln ludzi, którzy umieścili na tych kontach 7,7 mld zł. Byłoby więcej, ale chyba nam się nie chce "bawić" w formalności przy zakładaniu kont, wybieranie najlepszej opcji i pilnowanie limitów wpłat. Nie pomaga nawet to, że każdy kto ma IKZE i wpłacił na nie 5000 zł może w PIT-ku za zeszły rok odpisać sobie od podatku co najmniej 875 zł.

      Czytaj też: Na czym będzie polegała reforma OFE i ZUS-u planowana przez PiS?

      Od dziś ma być łatwiej. Do oferty Raiffeisen Polbanku wchodzi bowiem - a we wszystkich placówkach ma być dostępny od przyszłego poniedziałku - ciekawy pakiecik: "Wymarzona emerytura". Polega on na tym, że wpłacasz jednorazowo pieniądze, a bankowcy je automatycznie umieszczają w trzech miejscach w taki sposób, żebyś jak najwięcej zyskał na podatkach. Jest tylko jeden warunek - na start musisz mieć przy duszy 25.000 zł i być gotowym, by zablokować tę kasę z myślą o przyszłej dodatkowej emeryturze. "Wymarzona emerytura" od strony technicznej jest polisą ubezpieczeniową dostarczoną przez firmę Uniqa. Dlaczego trzeba wpłacić aż 25.000 zł? Cóż, chodzi o to, żeby po wykorzystaniu limitów rocznych wpłat na IKZE (5112 zł) oraz IKE (mniej więcej 12.800 zł) poza korzyściami podatkowymi była z tego jakaś sensowna sumka na dodatkową emeryturę.

      Do pakietu jest dołączone coś w rodzaju "podatkowego assistance". A więc raz w roku dostaniemy czuły liścik od firmy Uniqa z prostą jak cep instrukcją co gdzie trzeba wpisać do PIT-a żeby odpisać sobie pieniądze zgromadzone w "Wymarzonej emeryturze" od podatku. Limit pierwszej wpłaty jest dość wysoki, ale później idzie już z górki, bo można wpłacać dowolne kwoty. Bank będzie oczywiście przypominał, że warto zainwestować w każdym roku przynajmniej te kilkanaście tysięcy, by w pełni wykorzystać limity wpłat na IKE i IKZE, ale klient nie będzie miał obowiązku systematycznego dopłacania kasy do polisy - to będzie tylko dobrowolna, choć silnie rekomendowana opcja.

      Co ciekawe, z polisy będzie można też kasę za darmo wypłacić - przynajmniej częściowo. Chodzi o to, żeby w sytuacji awaryjnej klient mógł skorzystać z pieniędzy i nie tracić korzyści podatkowych. Jedynym warunkiem jest to, by na po takiej wypłacie na polisie zostało te "startowe" 25.000 zł. Można też pozbyć się większej kwoty - tracąc korzyści podatkowe - ale wtedy na koncie musi zostać przynajmniej 5000 zł. Ponieważ cały pakiecik jest polisą ubezpieczeniową, są też - drobne, bo drobne, ale jednak - elementy ochrony ubezpieczeniowej. W razie śmierci naturalnej właściciela "Wymarzonej emerytury" (czego oczywiście nikomu nie życzę, ale wypadki chodzą po ludziach), cały rejestr przechodzi na własność osoby uposażonej, którą wskażemy w umowie. Co ważne - przechodzi "automatycznie", poza postępowaniem spadkowym. Gdyby zeszło nam się z tego padołu łez i rozpaczy w ramach nieszczęśliwego wypadku, firma dołoży jeszcze 5% do zebranej kwoty. Ze względu na ubezpieczeniową formę pakietu nie ma podatku od darowizny (gdybyśmy chcieli "Wymarzoną emeryturę" komuś zprezentować).

      No i jeszcze najważniejsza kwestia: w co będą lokowane te pieniądze i ile to będzie kosztowało? Otóż nie będzie pełnej dowolności - klient ma do wyboru cztery tzw. portfele, czyli strategie inwestowania pieniędzy ustawione od najbezpieczniejszej do najbardziej ofensywnej. Najbezpieczniejsza będzie oferowała nędzne kilka procent zysków rocznie, ale praktycznie bez ryzyka jakichkolwiek przejściowych strat (choć żadnej gwarancji dochodowości nikt tu nie oferuje). Najbardziej ofensywna prawdopodobnie pozwoli uzyskać najwyższą dodatkową emeryturę, ale może się zdarzyć, że przez kilka lat będziemy pod kreską, bo kasa będzie inwestowana w fundusze akcji. Portfelami będzie zarządzać Union Investment, czyli dość solidne towarzystwo funduszy, jedno z największych tzw. niezależnych, nie należących do żadnego dużego banku.

      Teraz opłaty. Za zarządzanie tym całym interesem - czyli przyjęcie pieniędzy klienta, rozdzielenie ich pomiędzy IKE, IKZE i część dodatkową, za korzyści spadkowo-ubezpieczeniowe, a także za podatkowe assistance - twórcy "Wymarzonej emerytury" (czyli Raiffeisen i Uniqa) pobiorą 1,19% rocznej prowizji. Oczywiście w wynikach osiąganych przez fundusze będzie też "schowana" druga opłata za zarządzanie, pobierana przez Union Investment. Ale tę byśmy i tak płacili, nawet jeśli lokując oszczędności samodzielnie w funduszach. Tak naprawdę jedynym ekstra-obciążeniem jest te 1,19%. Czy to dużo czy mało? Cóż, wszystko jest kwestią punktu odniesienia. Przyjmując, że w pierwszym roku wpłacę tylko minimalne 25.000 zł, opłata wyniesie prawie 300 zł. Biorąc pod uwagę, że na bieżąco od PIT-a odpiszę dzięki "Wymarzonej emeryturze" jakieś 900 zł, za bankową asystę zapłacę aż 30% "prowizji" od zysku podatkowego. Słono.

      Ale z drugiej strony ta polisa inwestycyjna jest - jak na polskie warunki - bardzo elastyczna. Pozwala wpłacać i wypłacać nadwyżkę ponad "startową" wartość inwestycji bez żadnych prowizji, ani opłat likwidacyjnych. Nie ma też często spotykanej w polisach inwestycyjnych opłaty administracyjnej (czyli stałych np. 10 zł za "posiadanie rachunku"). Dla kogoś kto ma oszczędności, ale nie ma czasu zastanawiać się ile powinien wpłacić na IKE, ile na IKZE oraz gdzie ulokować ewentualną nadwyżkę, "Wymarzona emerytura" może być sensownym pomysłem. Wiadomo, że elitarnym, bo 25.000 zł do zablokowania z myślą o przyszłej emeryturze mają tylko ci najbardziej zapobiegliwi z nas. Ale to dobrze, że tego typu pakiety schodzą "pod strzechy". Już kilka lat temu widziałem niemal identyczne rozwiązanie w bankowości prywatnej PKO BP.  Ale było dostępne tylko dla milionerów. 

      Czytaj też: Młodzi bogowie i kubka miętolenie. Komu opłaci się gwarantowana emerytura?

      Każdą opcję, która pozwala wygodnie oszczędzać na emeryturę i płacić niższe podatki witam w blogu z otwartymi ramionami. I tak, jak testuję własnymi pieniędzmi "Wymarzone perspektywy", czyli niskokosztową polisę inwestycyjną oferowaną przez Raiffeisena wspólnie ze znienawidzonym TUnŻ Europa (mam strategię "niebieską" i w zeszłym roku zarobiłem dzięki niej 5,3%), tak oczywiście przetestuję dla Was również "Wymarzoną emeryturę". Raiffeisenowcy zeznają, że w "Wymarzonej perspektywie" jest dziś 900 mln zł, a w identycznym koncepcie o nazwie "Unikatowe strategie" - 400 mn zł. Zaś dołączając do tego produkty stricte depozytowe, czyli konto oszczędnościowe i ROR o nazwie "Wymarzone konto" Raiffeisen przez rok zebrał z rynku depozytowego 6 mld zł. Biorąc pod uwagę, że cały "urobek" banków to 30 mld zł świeżych oszczędności - wynik "Raiffka" prezentuje się naprawdę godnie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wreszcie wygodne oszczędzanie na emeryturę? Bank pomoże wycisnąć kasę ze skarbówki!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 marca 2017 09:08

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line