Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 17 sierpnia 2018
  • poniedziałek, 13 sierpnia 2018
    • Naliczyli odsetki od długu, którego nie było. I przyszli po nie po 18 latach. Co tu się wyrabia?

      Kilka tygodni pani Małgorzata wyjęła list ze skrzynki. Nadawca: firma windykacyjna GetBack. Treść: prosimy o zwrot 366,29 zł tytułem naliczonych  przez pierwotnego wierzyciela (Bank Pekao) odsetek umownych. Żeby było śmieszniej, w liście napisano, że odsetki zostały naliczone… od należności głównej w kwocie 0 zł. Mamy więc dług, który wziął się z niczego. Konkretnie dotyczył umowy na „bezumowny debet do konta”.

      „Zalogowałam się na moje konto w BIK-u i rzeczywiście widnieje tam zaległość prawie od początku świata, a przynajmniej prawie od początku BIK-u, gdyż od 2002 r. wpisana przez Bank Pekao z adnotacją „dług odzyskany” z datą 17 grudnia 2017 r.”

      – opowiada pani Małgorzata. Przypomniała sobie, że gdy rok wcześniej sprawdzała raport BIK na swój temat, nie widziała informacji na temat tego długu w tzw. części ogólnodostępnej. Ale dług dwa razy widniał już w tzw. części statystycznej raportu BIK, w którym pojawiają się informacje o spłaconych zobowiązaniach (banki sprawdzając historię kredytową klientów nie mają dostępu do tej części raportu).

      Nasza czytelniczka miała w Pekao dwa inne rachunki związane z kasą mieszkaniową. W 2003 r. je zamknęła. Była przekonana, że w tym momencie jej przygoda z Pekao definitywnie się zakończyła. Ale również wtedy nikt je o długu nie powiedział. Pod koniec grudnia 2017 r. okazało się, że bank sprzedał firmie windykacyjnej dług umorzony kilka lat wcześniej. A w raporcie BIK informacja o nim znowu pojawiła się w sekcji ogólnodostępnej z adnotacją „dług odzyskany”.

      Co robić w takiej sytuacji? Jak się bronić? Jak skończyła się ta historia? Szczegóły znajdziesz w pełnej wersji tekstu pod tym linkiem

      ---------------------------------------------------------------------------

      Uwaga: na tej stronie ukazują się tylko skrócone wersje niektórych artykułów powstających w ramach projektu "Subiektywnie o finansach". Wszystkie teksty w pełnych wersjach - od jednego do trzech artykułów dziennie - ukazują się na mojej nowej stronie www.subiektywnieofinansach.pl  Dopisz ten adres do ulubionych w swojej wyszukiwarce i zaglądaj codziennie. Na mojej nowej stronie znajdziesz rady dotyczące lokowania oszczędności, wychodzenia z tarapatów i ostrzeżenia jak nie wpaść w pułapkę.

      Jeśli masz konto na Facebooku, to koniecznie zapisz się do obserwowania fan-page'u "Subiektywnie o finansach". Tam wrzucam nie tylko zajawki własnych tekstów, ale też komentuję różne wydarzenia i nowości z branży finansowej. Żeby zostać fanem subiektywności kliknij tutaj i zostań fanem

      Zapisz się na mój newsletter i odbierz zestaw praktycznych poradników, w tym przegląd najlepszych kont bankowych ułatwiających oszczędzanie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Naliczyli odsetki od długu, którego nie było. I przyszli po nie po 18 latach. Co tu się wyrabia?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 sierpnia 2018 09:09
  • piątek, 10 sierpnia 2018
    • Spędzasz godziny w podróżach służbowych lub korkach jadąc z pracy? To czas na... zakupy

      Statystyki mówią, że 40% osób dojeżdżających do pracy na terenie USA w czasie tych podróży korzysta ze smartfonów i różnych aplikacji. Nie jest to szczególnie wygodne, ale oznacza, że czas spędzany w samochodzie chcemy wykorzystać bardziej efektywnie, załatwiając w tym czasie swoje sprawy.

      Czasem jest to szukanie najbliższej stacji, gdzie można byłoby zatankować, a czasem zamówienie składane do pizzerii. 66% pytanych stwierdziło, że zapewne wydawaliby w czasie podróży do i z pracy więcej pieniędzy, gdyby tylko mieli możliwości robić to bezpiecznie i wygodnie.

      Czytaj też: Auto-tankowanie, czyli poznaj aplikację, dzięki której twój samochód sam zapłaci za paliwo. Od Shella

      Przemieszczający się klienci są łakomym kąskiem dla restauracji, kawiarni i sklepów spożywczych, do których zaglądamy po drodze z pracy, żeby coś przekąsić lub zrobić zakupy. I nam i im zależy na tym, żebyśmy nie stali w kolejce do składania zamówienia i do płatności. Gdyby bułkę w McDonald’s i kawę w Starbucksie dało się zamówić już będąc w drodze i od razu zapłacić – restauracje mogłyby zlikwidać część kas, a klienci nie traciliby czasu.

      Zamawianie jedzenia wcześniej z odbiorem „po drodze” może wykiełkować na ogromny przemysł, trzecią formę robienia zakupów – pośrednią między zakupami online i fizycznymi, w sklepach.

      Samcikowe przygody z kartami: Znajdziesz je na stronie cyklu tekstów poświęconych „plastikowym pieniądzom” – „O wygodnym oszczędzaniu, czyli niezbędnik nowoczesnego konsumenta”

      Czytaj też: Co się musi stać, byśmy w ogóle przestali używać gotówki? Tylko trzy małe rzeczy

      Jak kupować za kierownicą? Głosem!

      Przemysł motoryzacyjny, e-handel i organizacje płatnicze prędzej czy później sprawią, że samochód stanie się miejscem robienia zakupów. Potrzebne jest do tego nie tylko połączenia samochodu z internetem, zaś smartfona (zawierającego potrzebne nam aplikacje do zakupów) z samochodem, ale i wykorzystanie technologii głosowych. Dziś tylko 11% Amerykanów dojeżdżających do pracy korzysta z systemów aktywowania usług głosem.

      Głosowe zamawianie zakupów, stolika w restauracji, kawy na wynos, biletu do kina w czasie jazdy samochodem nie jest bujaniem w obłokach. Wystarczy spojrzeć co dzieje się w branży bankowej. Pół roku temu największy brytyjski bank Barclays umożliwił płatności głosowe za pośrednictwem technologii Siri, czyli głosowego asystenta Apple’a, montowanego seryjnie w najnowszych modelach smartfonów tej marki.

      Czytaj też: Ford wprowadza samochód, który reaguje na polecenia głosowe

      Odwiedź też stronę akcji „O wygodnym płaceniu, czyli niezbędnik nowoczesnego konsumenta”. Tam piszę o wszystkich nowościach ze świata płatności oraz poradniki o bezpiecznym używaniu kart i wyciskaniu z nich maksymalnie dużo korzyści. Zapraszam: kliknij ten link

      Samochód sam znajdzie miejsce do parkowania i za nie zapłaci?

      „Samopłacenie” za paliwo na stacji i robienie zakupów z pomocą technologii głosowej współpracującej z aplikacjami mobilnymi i tymi służącymi do płatności można byłoby uzupelnić o łatwe parkowanie.

      Tak, jak dziś w niektórych miastach karta płatnicza staje się biletem w transporcie miejskim, tak można sobie wyobrazić, że miejsce parkingowe będziemy rezerwowali zdalnie, już w drodze na parking, podając tylko adres i godziny, w których będziemy potrzebowali miejsca. System będzie wskazywał miejsce, a płatność automatycznie ściągnie się z konta.

      Czytaj też: Pierwszy inteligentny parking w Polsce już działa! A jak? 

      Do współpracy przy takich udogodnieniach organizacja płatnicza Visa niedawno zaprosiła przemysł motoryzacyjny, firmy transportowe, wypożyczalnie samochodów, firmy świadczące usługi parkingowe i paliwowe do udziału w programie „Transportation Center of Excellence”. Przedsięwzięcie ma ułatwić płatności na każdym etapie podróży – od parkowania i tankowania paliwa po latanie samolotem i przejazdy koleją

      Według raportu Business Intelligence Connected Car, do 2025 r. liczba samochodów połączonych z internetem przekroczy 293 mln. Visa chwali się, że współpracuje z kilkoma spośród czołowych producentów na świecie, a przedmiotem współpracy jest osadzenie płatności w systemach multimedialnych tych samochodów (są już pierwsze przykłady „samochodowych” płatności za paliwo, posiłki oraz usługi ubezpieczeniowe).

      Visa chce też ułatwiać rozliczenia płatności za wspólne podróżowanie samochodem, ubezpieczenia uzależnione od liczby przejechanych kilometrów czy też ładowanie baterii samochodu elektrycznego. Za to wszystko ma płacić samochód, ściągając pieniądze z naszego konta.

      Czytaj też: Ubezpieczenie samochodu da się już kupić od bota? Skanuję, czatuję, a na końcu…

      Samochód pokieruje, a ty pokupujesz

      To już oczywiście przygotowanie do kolejnej rewolucji transportowej – wprowadzenia do użytku samochodów autonomicznych, które będą w stanie kierować się same. W takim aucie czasu na zakupy będzie jeszcze więcej, bo i ręce i uwaga dzisiejszego kierowcy będą wolne. Technologia może więc otworzyć nowy rynek mobilnych zakupów w podróży i znacznie zwiększyć liczbę transakcji zawieranych podczas codziennych dojazdów do pracy.

      Według ustaleń raportu Digital Drive Report ponad 75% użytkowników smartfonów, którzy spędzają ponad 30 minut na drodze do i z pracy kupowałoby coś w czasie podróży, gdyby technologia im to umożliwiła, zaś samochód w tym czasie sam by się prowadził.

      Płać w sieci bezpiecznie, wygodniej i z chargebackiem. Jeśli chcesz bezpiecznie i bardzo wygodnie płacić kartą w sieci, to pod tym linkiem możesz zarejestrować swoją kartę w usłudze Visa Checkout. Będziesz mógł/mogła płacić w sieci niemal jednym kliknięciem, a jednocześnie będzie to płatność kartą, a nie e-przelewem, a więc będziesz zabezpieczony/a chargebackiem. Więcej o usłudze Visa Checkout pisałem tutaj 

      Artykuł powstał w ramach cyklu „O wygodnym płaceniu – niezbędnik nowoczesnego konsumenta. Partnerem merytorycznym tego cyklu jest organizacja płatnicza

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Spędzasz godziny w podróżach służbowych lub korkach jadąc z pracy? To czas na... zakupy ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 10 sierpnia 2018 08:37
  • czwartek, 09 sierpnia 2018
    • Pilnujesz pieniędzy jak oka w głowie? Oto numery złodziei, których na pewno nie znasz

      Kto uważnie czyta blog, zna już główne zasady bezpieczeństwa dotyczące wykorzystywania smartfona do bankowania. To przede wszystkim instalowanie aplikacji mobilnej wyłącznie na "sterylnym" smartfonie (czyli takim, na którym mamy tylko aplikacje ściągnięte ze sklepu Google'a czy Apple'a), nieklikanie żadnych linków przesłanych SMS-ami (mogą tam być wirusy przekierowujące do złodzei to, co dzieje się na smartfonie) oraz wprowadzenie do telefonu PIN-u, który sprawi, że ewentualne zgubienie smartfona nie będzie oznaczało automatycznie otwarcia przez "szczęśliwego znalazcę" skarbca z aplikacjami, w tym finansowymi. Ewentualnie uruchomienie w smartfonie opcji logowania się do niego odciskiem palca.

      Czytaj też: Kradną SMS-y autoryzacyjne, podmieniają numery kont. Triki e-złodziei

      Czytaj też: Poznaj pięć przykazań szefa od bezpieczeństwa bankowości mobilnej

      PO PIERWSZE: ZMNIEJSZ LIMITY W BANKOWOŚCI MOBILNEJ. Dodałbym jeszcze, że nie instaluję w smartfonie aplikacji bankowych, do których hasło pokrywa się z hasłem, które mam w bankowości internetowej. W przypadku "podejrzenia" przez kogoś hasła do apki bankowej nie chcę być narażony na to, że ktoś wejdzie na moje konto z komputera i spróbuje je "wyczyścić". Bankowanie przez smartfona jest przyjemne, ale dopóki nie będzie można autoryzować transakcji biometrycznie (np. odciskiem palca), to bank w smartfonie ma podstawową wadę - żeby spróbować nam ukraść pieniądze wystarczy tylko wejść w posiadanie tego jednego urządzenia i haseł pozwalających na jego odblokowanie. Dlatego tak ważne jest, żeby limity transakcji możliwych do wykonania przez smartfona były niskie. Jeśli ktoś chce się dostać do mojej bankowości internetowej, to ma trudniej - musi nie tylko znać login i hasło do konta, ale i przejąć SMS autoryzacyjny wysyłany na drugie urządzenie, czyli smartfona.

      Czytaj też: Horror. Zbadali czy aplikacje mobilne polskich banków mają dziury i...

      W mBanku testują: nowy,  sensacyjny sposób potwierdzania transakcji. Bezpieczniejszy?

      PO DRUGIE: NIE PRZYJMUJ SMARTFONA OD NIEZNAJOMEGO ;-). Jeśli złodziej namierzy bogatego człowieka, to stanie na uszach, żeby wejść w posiadanie wszystkich potrzebnych elementów. Michał Jarski, eksperta od bezpieczeństwa danych, opowiedział mi niedawno historię nie z tej ziemi. Chcąc okraść prezesa dużej firmy z jego prywatnych pieniędzy złodzieje... podszyli się pod operatora telekomunikacyjnego! W paczce "firmowej" przesłali mu najnowszego smartfona ze wszystkimi możliwymi wodotryskami - z pozdrowieniami od operatora. W smartfonie był oczywiście wirus, który przekierowywał do złodziei wszystkie SMS-y. Wystarczyło, że ów prezes tak się podniecił nową zabawką, iż zaczął jej używać do bankowania. Login i hasło do bankowości internetowej udało się złodziejom podejrzeć za pomocą wirusa "wstrzykniętego" w jego komputer domowy, a potem poszło już z górki. W ramach opcji "konsumenckiej" złodziej może podać się nie za operatora telekomunikacyjnego, ale za... znajomego z Facebooka.

      Czytaj też: Top 5 sposobów cyberzłodziei, by nas okraść. Na który dasz się nabrać? Oby na żaden…

      Czytaj też: Straciła 20.000 zł, bo weszła na fałszywą stronę banku. Czy banki powinny lepiej nas chronić?

      PO TRZECIE: BANKUJĄC UWAŻAJ NA PUBLICZNE WI-FI. Do listy zasad, które stosujemy, żeby nasze bankowanie przez smartfona było bezpieczniejsze, trzeba dodać jeszcze kilka dotyczących sieci wi-fi. W czym rzecz? Ano w tym, że skoro nasze smartfony są stale podłączone do internetu, to przez cały czas możemy być "przedmiotem" ataków złych ludzi. A jeśli ten internet czerpiemy z darmowej, publicznej sieci wi-fi, to nie trzeba być asem, żeby nas "podsłuchiwać". Warto zatem nie uruchamiać aplikacji mobilnej banku (ani żadnych aplikacji finansowych, do których wpisujemy hasła) będąc podpiętym do publicznego, darmowego wi-fi. Zresztą - jak słusznie zauważa Michał Jarski - nawet jeśli będziemy przestrzegali tej zasady, to i tak mamy przerąbane. Bo za darmowy internet może nie zapłacimy pieniędzmi, ale danymi - na pewno.

      "Korzystając z każdego publicznego punktu dostępu do internetu, musimy brać pod uwagę to, że płacimy za ten dostęp własną prywatnością. Galerie handlowe nie oferują darmowego Wi-Fi po to, żeby uczynić nas szczęśliwszymi, a w każdym razie nie tylko po to. Dzięki temu, że nasz smartfon jest podpięty do publicznej sieci internetowej, można łatwiej monitorować ścieżkę naszych zakupów. Inna sprawa, że właściciele galerii nie potrzebują do tego technologii Wi-Fi. Wystarczy, że nasz telefon jest włączony i już można sprawdzić po numerze MAC, że właśnie do galerii "wszedł" ten sam telefon, który pojawił się tu tydzień temu i że wtedy jego właściciel był w alejce numer pięć. Jeśli komuś wydaje się, że robiąc zakupy w galerii handlowej, wtapia się w tłum, to jest w błędzie".

      - mówi Jarski. Co ciekawe, w tzw. krajach cywilizowanych ostatnio konsumenci się zbiesili i zaczęli żądać wyższego poziomu prywatności na zakupach. W Polsce krzykiem mody jest darmowe Wi-Fi, dzięki któremu mamy darmowy internet, a właściciel centrum handlowego może nas dyskretnie "podglądać", a na Zachodzie pojawia się powoli trend do oferowania klientom anonimizacji pobytu w centrum handlowym. W USA przed niektórymi sklepami są tabliczki "w tym miejscu śledzimy ruch klientów". I można wręcz zgłosić żądanie, żeby mój adres MAC nie był śledzony.

      Czytaj też: Wirus zaatakuje cię na smartfonie! Podszyje się pod aplikację mobilną twojego banku i…

      Czytaj: Publiczne wi-fi, czyli brama dla złodziei naszych pieniędzy. Podłączasz się czasem? Jak się ochronić?

      Czytaj też: Jak nie dać się okraść z pieniędzy na koncie przez Facebooka metodą “na wnuczka”? Ostrzegam!

      PO CZWARTE: NIE WIERZ W TO, CO WYŚWIETLA CI SMARTFON. Wiemy, że nie można mieć absolutnej pewności, iż nasz smartfon nie zostanie zdalnie "zhakowany". Podobno można spróbować "zmylić" sterowniki karty sieciowej, która jest w każdym smartfonie. Przestępca wysyła w powietrze pakiet informacji, którzy przyjęty przez moduł wi-fi w telefonie trafia do karty sieciowej, która się "wywraca" i przestaje wykonywać zaplanowany kod, tylko przeskakuje do tego miejsca w pamięci, które pozwala uzyskać uprawnienia administratora. Dzięki temu złodziej może przechwytywać komunikację smartfona z dowolnymi aplikacjami, śledzić klawiaturę, na której wpisujemy hasła. Wymaga to dużo zachodu, ale ponoć nie jest niemożliwe.

      Czytaj teżWyjątkowo podstępny wirus. Wymusi zmianę sposobu, w jaki banki dostarczają nam wyciągi?

      Czytaj też: Perwersja? Ten wirus zaatakuje twoje pieniądze wtedy, kiedy czujesz, że są najbezpieczniejsze

      Czy ktoś będzie się tak "bawił", żeby ukraść nam kilka złotych? Pewnie nie. Ale od teraz - choć uważam, że przestrzegam zasad "sterylności" smartfona - nie wierzę, że wszystko co wyświetla mi smartfon jest prawdziwe. Zresztą kilka razy zdarzyło mi się, że gdy przeglądałem którąś z aplikacji informacyjnych, smartfon wyświetlił mi komunikat, iż mój smartfon jest zagrożony i natychmiast muszę ściągnąć polecaną aplikację. Mam taki odruch, że w smartfonie (w komputerze zresztą też) nie klikam żadnych linków od nieznajomych, więc się nie skusiłem. Ale wiem, że wielu daje się nabrać na ten trik. Skoro korzystamy ze sprawdzonej aplikacji typu Onet.pl, czy Gazeta.pl i ona wyświetla nam jakąś reklamę, to chyba to nie jest niebezpieczne?

      "To malvertising, czyli wprowadzająca odbiorcę w błąd reklama wykorzystująca luki w module smartfona odpowiedzialnym za wyświetlanie reklam. Serwis informacyjny, czy portal, który przeglądamy w smartfonie, nie kontroluje tego kawałka wyświetlanej treści. A zwykle jest to "informacja" o tym, że nasz telefon wymaga pilnej aktualizacji oprogramowania antywirusowego. Klikamy i oczywiście wprowadzamy sobie na smartfon wirusa".

      PO PIĄTE: JEŚLI MASZ WI-FI W DOMU, NIE UFAJ SĄSIADOWI ;-). Podobno są przypadki, gdy ludzi okradano "na sąsiada". Nie, nikt nie podszywał się pod sąsiada i nie dawał w łeb. W dzisiejszych czasach podobno wystarczy wynająć mieszkanie obok i "podsłuchiwać" naszą domową sieć wi-fi. Dopóki korzystamy z internetu przez kabel, można nas "zainfekować" albo podstawić fałszywe dane tylko, gdy sami na to pozwolimy (klikając jakiś "lewy" link, albo ściągając zawirusowany kontent). Ale jeśli mamy w domu wi-fi, to przecież można spróbować "wbić" się w komunikację routera z naszym komputerem lub smartfonem:

      "Routery, których używamy w domach do "rozszczepiania" internetu, miewają luki w oprogramowaniu. Poza tym hasła, z których korzystają, są zwykle hasłami domyślnymi, typu "admin", albo są takie same, jak numer seryjny routera. Zmyślny złodziej jest w stanie je odgadnąć"

      Przejmując kontrolę nad naszą domową siecią internetową, złodziej może przekierować nas na inny serwer i podstawić stronę internetową np. łudząco podobną do strony naszego banku. Kiepsko. Jak żyć?

      "Warto zwrócić uwagę na to, jak wygląda autoryzacja naszego dostępu do sieci Wi-Fi. Warto ustawić sobie wirtualną linię między tym, czym zarządza dostawca usług internetowych i tym, czym zarządzam ja jako użytkownik. Mój punkt dostępowy do internetu powinien mieć zawsze moje hasła i być zarządzany przeze mnie"

      - radzi Michał Jarski. Cóż, czas spróbować zdobyć sprawność informatyka i spróbować zmienić domyślne hasło w domowym reuterze. Albo poprosić kogoś, żeby pomógł. Nie jest to rocket science, ale większość routerów instalują w naszych domach serwisanci z kablówek, więc nie interesujemy się jak to wygląda.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Pilnujesz pieniędzy jak oka w głowie? Oto numery złodziei, których na pewno nie znasz”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 09 sierpnia 2018 09:10
  • środa, 08 sierpnia 2018
  • wtorek, 07 sierpnia 2018
    • Czy ten e-sklep z tanimi rzeczami to okazja czy oszustwo? Jak to sprawdzić? Moja check-lista!

      Jak odróżnić prawdziwy sklep internetowy od fałszywego? Pewnie zastanawialiście się nad tym nie raz widząc fajne rzeczy w niskich cenach w e-sklepie, o którym nigdy nie słyszeliście. Tutaj check-lista: ja tak przeprowadzam weryfikację każdego e-sklepu. Jest kilka bardzo ważnych cech każdego fałszywego sklepu, po których ustaleniu można powziąć poważne wątpliwości (albo i pewność), że coś tu nie gra. A jakie to cechy?

      1. Brak profilu na Facebooku

      Żaden poważny sklep internetowy nie ignoruje mediów społecznościowych. Jeśli e-sklep nie ma profilu ani na Facebooku, ani na Twitterze, ani na Instagramie, ani na Naszej Klasie… tfu, zagalopowałem się, to coś jest nie tak.

      Chociaż aktywność w mediach społecznościowych nie jest obowiązkiem, to brak profilu dużego sklepu na Facebooku może dać do myślenia. Świadczy ona o tym, że sprzedawca albo nie inwestuje w marketing, albo ma coś do ukrycia.

      2. Dziwna nazwa strony

      Oszuści często mają kilkadziesiąt, kilkaset stron internetowych. Nie mieliby czasu kraść, gdyby wymyślali nazwy związane z rzekomą działalnością swoich „sklepów”. Jeśli więc strona internetowa dziwnie się nazywa, to jest to sygnał ostrzegawczy (choć sam jeden jeszcze nie musi o niczym świadczyć).

      3. Brak adresu firmy

      Fałszywe strony sklepów internetowych albo w ogóle nie podają danych kontaktowych z realnego świata – można tylko skorzystać z formularza kontaktowego – albo podają adres, który po wrzuceniu go do Google Street okazuje się być adresem wirtualnego biura. Prawdopodobnie taki sprzedawca ma coś do ukrycia. Oszuści jako swoją lokalizację podają niekiedy adres własnej domeny internetowej.

      4. Wyjątkowo niskie ceny

      Jeśli coś kosztuje połowę ceny z „normalnych” sklepów internetowych, to jest podejrzane samo w sobie. Oczywiście: są branże, w których marże są tak wysokie, iż nawet obniżenie ceny o 50% nie oznacza, że ktoś dokłada do interesu (wyprodukowanie bluzy w Chinach to koszt kilku złotych, w sklepie ta sama bluza potrafi kosztować kilka stówek).

      Ale z drugiej strony po co ktoś z dobrej woli miał rezygnować z tak dużej części zysku? Poważne firmy wystawiają ceny o 10-20% niższe od konkurentów i starają się manewrować między „okazyjnością” a zyskownością.

      5. Brak dużej liczby opcji płatności

      Chociaż nie wszystkie sklepy online umożliwiają płatności online, to warto zwrócić uwagę na to, ile rodzajów takich płatności jest w ofercie sklepu. Jeśli dany sklep umożliwia płacenie PayPalem, PayU, BLIK-iem, przelewem pay-by-link, to jest mniejsze ryzyko, że mamy do czynienia z oszustami. Każdy system płatności weryfikuje swoich kontrahentów. Jeśli zaś mamy jedynie formatkę pozwalającą na płatność kartą… Warto zachować ostrożność.

      Każdy z tych symptomów to tylko sygnał. Ale jeśli sklep w tych pięciu punktach spełnia kryteria prawdopodobnego oszusta, to na wszelki wypadek zrezygnowałbym z jego usług, nawet jeśli kusi dobrą ceną. A tutaj kilka rad od Niebezpiecznika, który też fajnie ogarnia te tematy.

      Jeśli chcesz przeczytać trzy bolesne przygody moich czytelników ze sklepami internetowymi w roli głównej, to zapraszam na www.subiektywnieofinansach.pl. W moim nowym serwisie razem z kolegami - Maćkiem i Irkiem - pomagamy, prześwietlamy, interweniujemy, radzimy i ostrzegamy. Zapiszcie, zabookmarkujcie, dodajcie do ulubionych, albo jako stronę startową. Codziennie kilka nowych artykułów! A tutaj link do tekstu o przygodach ze sklepami internetowymi. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Czy ten e-sklep z tanimi rzeczami to okazja czy oszustwo? Jak to sprawdzić? Moja check-lista!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 sierpnia 2018 07:55
  • poniedziałek, 06 sierpnia 2018
    • ChronPesel.pl: nowa konkurencja dla BIK? Czy warto zapłacić 7,99 zł za ochronę tożsamości?

      Na czym polega ochrona przed kradzieżą naszej tożsamości? W pełni oczywiście zabezpieczyć się nie da. Ale z jednej strony można działać prewencyjnie (nie dawać nikomu do ręki dowodu osobistego, ograniczać do niezbędnego minimum skanowanie i kopiowanie dowodu w całości oraz podawanie danych osobistych w internecie), a z drugiej zapewnić sobie dostęp do „systemu wczesnego ostrzegania”.

      Taki system wczesnego ostrzegania mają BIK (Alerty BIK) oraz Kaczmarski Inkaso(ChronPesel.pl). To po prostu zagwarantowanie sobie dostępu do informacji o tym, że ktoś chce posłużyć się naszą tożsamością do zaciągnięcia pożyczki lub innej transakcji finansowej.

      Czytaj też: Tydzień wyjęty z życiorysu, czyli co zrobić, gdy na koncie pojawia się omyłkowe zajęcie komornicze?

      Nie przegap nowych tekstów z „Subiektywnie o finansach”zapisz się na newsletter i odbierz zestaw praktycznych poradników, w tym przegląd najlepszych kont bankowych ułatwiających oszczędzanie

      Czytaj też: Koniec ze skanowaniem naszych dowodów? Pierwsze banki weryfikują tjuż ożsamość przez… wideoczat!

      Alerty BIK i ChronPesel: poinformują, że ktoś o ciebie pytał

      Obie firmy zajmują się zarządzaniem ogromnymi bazami danych na temat konsumentów. W BIK jest cała nasza historia kredytowa (w należącej do tego samego właściciela bazie InfoMonitor – także wiadomości o innych transakcjach), zaś KRD prowadzi bazę nierzetelnych płatników (mandaty, alimenty, rachunki za telefon).

      Jeśli więc bank, firma pożyczkowa, pośrednik finansowy, telekom, czy osoba wynajmująca mieszkania chce sprawdzić czy konsument, który przyszedł po usługę, nie jest oszustem, wyłudzaczem albo nie tonie w długach, to po prostu zagląda do jednej z tych baz (na rynku działa też kilka innych).

      W BIK dowie się wszystkiego o byłych i obecnych kredytach potencjalnego klienta (czy były i są spłacane w terminie), zaś w KRD sprawdzi czy ktoś nie zgłosił danego konsumenta jako nierzetelnego płatnika. Zarówno BIK, jak i KRD działają na podstawie ustaw (BIK – prawa bankowego, a KRD – o biurach informacji gospodarczej), które dokładnie regulują na jakich zasadach obie firmy mogą przetwarzać dane o klientach i kiedy mają obowiązek wykasować go ze swoich tabelek i raportów.

      Usługi ochrony tożsamości polegają na tym, że BIK oraz Kaczmarski poinformują klientów-konsumentów, którzy zapiszą się do usługi, że ktoś o nich pytał. BIK wyśle e-mail i SMS o tym, że jakiś bank, firma pożyczkowa albo inna instytucja finansowa sprawdzała nasz standing finansowy (zapytała czy Jan Kowalski o takim-a-takim numerze PESEL spłacał i spłaca rzetelnie swoje zobowiązania). A Kaczmarski wyśle raport o tym czy ktoś pytał w bazach KRD czy ów Jan Kowalski nie ma na koncie zaległości w płaceniu czynszu, alimentów, rachunków za telefon.

      Czytaj też: No i kto jest debeściak? Firma windykacyjna chciała wpuścić swoją podopieczną w maliny. Ależ kontratak!

      Czy warto zapłacić za ten SMS?

      Zarówno Alerty BIK jak i ChronPesel.pl to usługi, które mogą się przydać. Jeśli dostaję z jednej z tych baz SMS-a, że taka-a-taka instytucja do niej zaglądała pytając o mnie, a ja nie staram się o pożyczkę, nie kupuję telefonu i nie mam z pytającą firmą nic wspólnego, to mam jasny sygnał, że ktoś się pode mnie podszywa.

      Mogę iść do pytającej o mnie firmy i poinformować ją, że nie staram się o żadną usługę, zastrzec swój dowód osobisty i wyrobić nowy, zgłosić sprawę na policję lub np. zgłosić zastrzeżenie kredytowe (czyli wpisać się do bazy osoby, które nie planują wziąć żadnego kredytu).

      Czytaj też: Teraz w BIK dowiesz się więcej. Nie tylko o sobie. A ile to kosztuje? I czy warto zapłacić? Kupiłem i sprawdziłem

      Czytaj też: W BIK nie można już zamówić darmowej informacji ustawowej. Wszystko przez RODO. Co w zamian? Sprawdzam!

      Jakkolwiek nie zareaguję, to pierwszym krokiem jest posiadanie wiedzy, że ktoś się pode mnie chce podszyć. Im szybciej tę wiedzę otrzymam, tym szybciej mam szansę zareagować. Jeśli nie wiem, że ktoś się pode mnie podszywa, ten ktoś robi to dobrze i sprytnie, a instytucja finansowa bądź inny usługodawca nie wykaże się czujnością – po kilku latach mogę dowiedzieć się od windykatora, że jestem ścigany za nie swoje długi. I tracić nerwy, czas i pieniądze, by to odkręcić.

      W zasadzie więc warto byłoby mieć wszystkie dostępne na rynku usługi „ostrzegawcze”. Niestety, jest jedno „ale”. To kosztuje. Alerty BIK trzeba opłacić za rok z góry i kosztują 24 zł (płaci się przez internet, jak w e-sklepie, głównym wyzwaniem jest założenie konta w portalu BIK, potem już idzie z górki). Zaś usługa ChronPesel.pl kosztuje 7,90 zł miesięcznie bądź 14,90 zł miesięcznie.

      Która usługa bardziej się opłaca? Która ma lepszy przelicznik ceny do jakości? Jakie są różnice między nimi? O tym wszystkim piszę w pełnej wersji porównania ich ofert na www.subiektywnieofinansach.pl. Zapraszam do odwiedzenia tej strony, polubienia jej, zapisania jako startowej w przeglądarce oraz do zaglądania codziennie - pojawia się tam nawet do kilku tekstów każdego dnia!

      Zaś link do tego konkretnego tekstu porównującego usługi Alertów BIK i ChronPesel.pl znajdziecie tutaj

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „ChronPesel.pl: nowa konkurencja dla BIK? Czy warto zapłacić 7,99 zł za ochronę tożsamości?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 sierpnia 2018 08:11
  • wtorek, 31 lipca 2018
    • Na własną rękę ubezpieczyła mieszkanie. Ale bank-kredytodawca nie odpuścił zarobku i...

      Kiedyś nie dość, że banki wymagały określonej polisy do kredytu hipotecznego, to jeszcze same ją sprzedawały. Dziś jest lepiej. Banki nadal mają prawo żądać odpowiedniego zabezpieczenia kredytu, ale klienci mogą kupić polisę tam, gdzie chcą, o ile oczywiście jej zakres pokrywa się z wymogami banku. Tak zrobiła pani Anna. Ale bank i tak chciał wycisnąć z niej pieniądze.

      Od blisko dekady nasza czytelniczka spłaca kredyt hipoteczny w Getin Noble Banku. Ważność jej starej polisy upływała 8 kwietnia tego roku. Kilka dni wcześniej wykupiła wymagane ubezpieczenie poza bankiem. Za roczną ochronę zapłaciła ok. 300 zł.

      Dwa dni przed wygaśnięciem starej polisy, wysłała skan polisy na specjalny adres mailowy Getin Banku. Na ten sam adres wysłała potwierdzenie rok wcześniej, bo wtedy też kupiła polisę na własną rękę. Problemów wtedy nie było. Ale w tym roku na wszelki wypadek wysłała skan polisy również na drugi adres.

      Bank wysłał automatyczne potwierdzenie, że wiadomość dotarła, ale z adnotacją, że odpowiedź nadejdzie w ciągu 12 dni roboczych. Ale akurat na tego e-maila bank nie musiał odpowiadać, a jedynie odnotować w systemie, że mieszkanie pani Anny jest odpowiednio chronione polisą przez kolejny rok.

      Przeczytaj też: Z cyklu „absurdalne prowizje”. W tym banku biorą 10 zł za… jedno kliknięcie

      Przeczytaj też: Kantor internetowy i kilka dni czekania na przelew. Klienci ostrzegają: brak kontaktu i znikające komentarze. Sprawdzamy

      Ile da się oszczędzić na polisie?

      Dwa tygodnie później (26 kwietnia) nasza czytelniczka dostała standardowego e-maila z informacją o wysokości kolejnej raty. Ale w liście bank napisał, że klientka musi dopłacić 66 zł. Domyśliła się, że chodzi o polisę.

      Pani Anna zapytała (przez formularz kontaktowy), z jakiego tytułu jest ta zaległość. Bank: z powodu braku polisy. Nasza czytelniczka trzeci raz wysłała więc skan polisy. Bank potwierdził otrzymanie wiadomości i poinformował, że kieruje ją do „odpowiedniej komórki”.

      Po sprawie? Bynajmniej. Następnego dnia pani Anna dowiedziała się, że ponieważ nie dostarczyła dowodu zawarcia polisy, bank obejmuje ją swoim ubezpieczeniem. Cena: 66 zł miesięcznie.

      Klientka się jednak nie poddała. Kolejny raz grzecznie odpisała Getinowi, że już kilka razy wysłała dowód zawarcia polisy. Jak skończyła się ta sprawa? I dlaczego bank tak intensywnie nie chciał przyjąć do wiadomości, że klientka kupiła polisę na wasną rękę? O tym w pełnej wersji tekstu, którą znajdziecie na www.subiektywnieofinansach.pl, link do artykułu jest tutaj

      ---------------------------------------------------------------------------

      Uwaga: na tej stronie ukazują się tylko skrócone wersje niektórych artykułów powstających w ramach projektu "Subiektywnie o finansach". Wszystkie teksty w pełnych wersjach - od jednego do trzech artykułów dziennie - ukazują się na mojej nowej stronie www.subiektywnieofinansach.pl  Dopisz ten adres do ulubionych w swojej wyszukiwarce i zaglądaj codziennie. Na mojej nowej stronie znajdziesz rady dotyczące lokowania oszczędności, wychodzenia z tarapatów i ostrzeżenia jak nie wpaść w pułapkę.

      Jeśli masz konto na Facebooku, to koniecznie zapisz się do obserwowania fan-page'u "Subiektywnie o finansach". Tam wrzucam nie tylko zajawki własnych tekstów, ale też komentuję różne wydarzenia i nowości z branży finansowej. Żeby zostać fanem subiektywności kliknij tutaj i zostań fanem

      Zapisz się na mój newsletter i odbierz zestaw praktycznych poradników, w tym przegląd najlepszych kont bankowych ułatwiających oszczędzanie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Na własną rękę ubezpieczyła mieszkanie. Ale bank-kredytodawca nie odpuścił zarobku i...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 lipca 2018 09:07
  • czwartek, 12 lipca 2018
    • Bank dużo płaci za promocyjne depozyty? Ważniejsze jak zachowuje się po ich wygaśnięciu

      Nasza czytelniczka stała się fanką lokat w Idea Banku. Zakładała je przez internetową platformę Idea Cloud. Gdy jedne depozyty wygasały, zakładała nowe. Robiła tak, bo w Idea Banku jest tak, że gdy lokata wygasa, bank automatycznie ją przedłuża z oprocentowaniem 0,01%. W systemie jest jednak magiczny przycisk „zerwij lokatę”. Pani Anna korzystała z niego, gdy lokata przechodziła w tryb „0,01” i wybierała inny depozyt. Aż do pewnego majowego dnia.

      „Jakież było moje zdziwienie, gdy dzisiaj po zalogowaniu się do konta, na którym obsługuję lokaty online, okazało się, że zlikwidowana została opcja zerwania lokaty. Nadal działa jednak opcja, która automatycznie przedłużyła depozyt przy oprocentowaniu 0,01%”

      – pisze do nas klientka. Przyznała, że w pierwszej chwili poczuła się jakby bank uznał ją za „cwaniaka”, osobę, która rozgryzła jego niecne intencje. Jednak próba uwięzienia klienta na praktycznie nieoprocentowanym depozycie to byłaby zagrywka poniżej pasa.

      Przyczyna braku możliwości zerwania lokaty była dość prozaiczna – awaria. Błąd powodował zniknięcie przycisku zrywania przedłużonych depozytów. Bank zapewnia, że został już naprawiony i nie powinien się powtarzać. I dodaje, że pani Anna oraz inni klienci  mogli złożyć dyspozycję zerwania depozytu w oddziale lub za pośrednictwem telefonicznej obsługi klienta.

      Przeczytaj też: mBank zmienił sposób ustawiania limitów na kartach. Ale chyba coś poszło nie tak…

      Przeczytaj też: W tej restauracji postawili wszystko na jedną kartę. Rok temu powiedzieli klientom, że akceptują tylko plastik. Efekt?

      Niefart? Zapewne. Ale ten błąd banku obnażył jeszcze bardziej jego niecne praktykę. I dał klientce do myślenia. Bank pokazuje klientowi cukierek w postaci krótkiej, ale świetnie oprocentowanej lokaty, a potem automatycznie przedłuża ją na koszmarnych dla klienta warunkach (0,01%). Ktoś, kto w przeciwieństwie do pani Anny nie śledzi stanu swoich finansów, w praktyce pozwala bankowi obracać swoimi pieniędzmi właściwie za darmo.

      Bank świadomie i z premedytacją zarabia na nieuwadze, braku czasu, zapominalstwie dużej części klientów. I zmusza ich do prowadzenia gry polegającej na ciągłym zrywaniu przedłużonych automatycznie depozytów. Klienci tracą czas, angażują uwagę tylko dlatego, że bank bawi się z nimi w kotka i myszkę. Czy na tym polega uczciwa bankowość?

      Pełna wersja tego tekstu i mnóstwo innych interwencji w Waszych sprawach znajdziecie na www.subiektywnieofinansach.pl. Tutaj link do tekstu

      ---------------------------------------------------------------------------

      Uwaga: na tej stronie ukazują się tylko skrócone wersje niektórych artykułów powstających w ramach projektu "Subiektywnie o finansach". Wszystkie teksty w pełnych wersjach - od jednego do trzech artykułów dziennie - ukazują się na mojej nowej stronie www.subiektywnieofinansach.pl  Dopisz ten adres do ulubionych w swojej wyszukiwarce i zaglądaj codziennie. Na mojej nowej stronie znajdziesz rady dotyczące lokowania oszczędności, wychodzenia z tarapatów i ostrzeżenia jak nie wpaść w pułapkę.

      Jeśli masz konto na Facebooku, to koniecznie zapisz się do obserwowania fan-page'u "Subiektywnie o finansach". Tam wrzucam nie tylko zajawki własnych tekstów, ale też komentuję różne wydarzenia i nowości z branży finansowej. Żeby zostać fanem subiektywności kliknij tutaj i zostań fanem

      Zapisz się na mój newsletter i odbierz zestaw praktycznych poradników, w tym przegląd najlepszych kont bankowych ułatwiających oszczędzanie

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Bank dużo płaci za promocyjne depozyty? Ważniejsze jak zachowuje się po ich wygaśnięciu”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 lipca 2018 09:15
  • wtorek, 10 lipca 2018

Archiwum

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny