Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 24 sierpnia 2017
    • Wynajmij samochód na trzy lata i płać w zależności od tego ile go używasz. To już działa!

      Auta coraz szybciej tracą na wartości. A nowe generacje konsumentów nie są już tak przywiązane do własności – bardziej liczy się wygoda. A posiadanie auta wygodne nie jest. Trzeba je serwisować i – jak się ma pecha – naprawiać. A sprzedać nie jest łatwo, bo świat pędzi za szybko. To, co wczoraj było krzykiem mody i nowoczesności, za kilka lat jest już przestarzałe i nikt tego nie chce.

      Na tym właśnie bazuje pomysł wynajmu długoterminowego. Bierzesz z salonu samochodowego nowe auto, używasz przez kilka lat płacąc co miesiąc ratę, a na koniec oddajesz i… bierzesz kolejną nówkę-sztukę. W czasie trwania umowy nie interesują cię koszty przeglądów, serwisów, wymiana opon, ani ubezpieczenie – wszystko zapewnia ten, kto wynajmuje ci auto. Ty płacisz tylko comiesięczną ratę i wlewasz do samochodu paliwo.

      Pomysł Idea Banku – choć realizowany nie przez sam bank, lecz przez spółki z jego grupy: Getin Rent i Getin Leasing – wygląda na najbardziej kompleksowe tego typu rozwiązanie na rynku. Nie ogranicza się bowiem ani do finansowania transakcji, ani do zarządzania najmem, lecz jest pakietem zapewniającym to wszystko łącznie. Klient podpisuje umowę najmu z firmą należącą do grupy Idea Banku, zaś ta organizuje wszystko od A do Z – czyli od przygotowania samochodu po jego rejestrację, ubezpieczenie i dostarczenie pod dom klienta. Wszystko jest na platformie. W internecie znaczy się.

      Drugim wyróżnikiem platformy Happy Miles jest to, że rata, którą płaci najemca samochodu składa się z dwóch części – stałej i uzależnionej od liczby przejechanych kilometrów. A więc do pewnego stopnia jest to układ “płacisz tylko wtedy, gdy używasz”. Za auto trzymane w garażu płaci się mniej, niż za jeżdżące codziennie po mieście. Jak oni to badają? W każdym samochodzie jest “czarna skrzynka” z GPS-em. Trzeba im wierzyć na słowo, że GPS służy tylko do sprawdzania liczby przejechanych kilometrów, a nie do profilowania klientów.

      Ile to kosztuje? Tutaj sprawdzam konkretne oferty i przy jakich założeniach to się może opłacić

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 sierpnia 2017 08:31
  • wtorek, 22 sierpnia 2017
    • Ile pieniędzy będziesz potrzebował, żeby zaszaleć na najdłuższych wakacjach? Policzyłem!

      W krajach już solidnie rozwiniętych, do których zalicza się Polska, żyje się coraz dłużej. Ostatnio opublikowano wyniki badań Imperial College London oraz World Health Organization (Światowej Organizacji Zdrowia), z których wynika, że urodzone w 2030 r. południowokoreańskie kobiety będą miały 57% szans, by dożyć 90 lat, zaś z prawdopodobieństwem sięgającym 97% będą dożywały 86 lat. Ogarniacie? 86 lat życia prawie jak w banku! A może i więcej. To dlatego, że się zdrowo odżywiają (nie miewają nadciśnienia, ani nadwagi) i będą dość zamożne i będą miały dostęp do dobrej służby zdrowia.

      Czytaj też: Jak mieć gwarancję, że się dożyje 86 lat? Nadchodzi długowieczność

      W Polsce dziś średnia długość życia to 78 lat, więc też nie jest źle. I będzie lepiej. Z tych samych badań wynika, że mężczyźni i kobiety, które urodzą się w 2030 r. w Polsce będą miały o 4-5 lat dłuższe średnie życie, niż ci, którzy rodzą się dziś. A dziś żyjemy średnio o 8-9 lat dłużej, niż jeszcze 30 lat temu.

      Dłuższe życie oznacza, że większą jego część spędzamy na emeryturze. Jeśli założymy, że kończymy pracę w wieku 60-65 lat (w zależności od regulacji prawnych), to mówimy już o dobrych kilkunastu latach spędzonych na emeryturze! A może i dwudziestu. Co to oznacza?

      Ano wygląda na to, że czas zdefiniować na nowo ten etap życia, który spędzamy aktywnie zawodowo. Jeśli zaczynamy pracę w wieku 20-25 lat, kończymy w wieku 60-65 lat, po czym kolejnych prawie 20 lat spędzamy na emeryturze, to okres “pracowniczy” można traktować jako etap przygotowawczy, “inwestycyjny” przed “najdłuższymi wakacjami życia”.

      Raczej nie możemy liczyć na to, że owe “najdłuższe wakacje życia” sfinansuje nam państwo. Osobiście oczekuję, że po zakończeniu kariery zawodowej państwo będzie dostarczało mi mikroemeryturkę pozwalającą co najwyżej na wegetowanie. Nie sądzę, by było to więcej, niż 30-40% mojego standardowego wynagrodzenia w czasie, gdy pracowałem. Nie ma dwóch zdań: resztę trzeba sobie “zorganizować” samodzielnie. I to jest zadanie na ostatnich 20-30 lat kariery zawodowej każdego z nas.

      Jakieś pytania? Wątpliwości? Niedowierzanie? “Samciku, nie strasz głupio”? Tylko dwa wykresy pokażę. Po lewej dotacje i pożyczki państwa dla ZUS (a właściciwie dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych działającego w ramach ZUS). Tyle pieniędzy – mniej więcej 40-50 mld zł rocznie – ZUS musi pożyczać i dostawać od państwa, żeby móc wypłacić emerytury. Już dziś rocznie ze składek ma o dziesiątki miliardów rocznie mniej, niż wypłaca! A lepiej raczej nie będzie. Po prawej stronie macie deficyt tych, którzy ZUS-owi dopłacają, czyli polskiego budżetu państwa. Z roku na rok coraz bardziej pod kreską.

       

      Ile będziesz wydawał na emeryturce? Oni to policzyli i okazało się, że… szok!

      Jak policzyć ile kapitału na emeryturę musisz zgromadzić? Cóż, na pierwszy rzut oka na “najdłuższe wakacje życia” nie potrzeba wielkich pieniędzy, bo: a) nie ma już dzieci na utrzymaniu, b) kredyty, ze szczególnym uwzględnieniem tych hipotecznych, zwykle są spłacone, c) potrzeby rozrywkowe nie są już tak wielkie.

      Ale z drugiej strony: a) coraz więcej wydajemy wtedy na zdrowie (przydałby się dostęp do prywatnych lekarzy), b) mamy więcej czasu na podróżowanie i zwiedzanie świata, c) z dekady na dekadę rosną możliwości wynikające z zastosowań nowych technologii, warto mieć pieniądze żeby z tego korzystać.

      Amerykanie szacują, że w emerytalnym okresie życia trzeba zgromadzić pieniądze odpowiadające 80% przeciętnych zarobków z czasów, gdy się pracowało. Takie pieniądze pozwolą na komfortowe spędzenie tych 20 lat, w których mamy najwięcej wolnego czasu i najwięcej pomysłów na realizację marzeń, których nie mieliśmy czasu zrealizować, bo… pracowaliśmy i zajmowaliśmy się dziećmi. Zazdrościcie niemieckim emerytom, którzy beztrosko zwiedzają świat? Oni mają te 80%.

      Te 80% też może być nie doszacowane. Ostatnio w CNN widziałem materiał, w którym cytowano badania mówiące o tym, iż przeciętny amerykański emeryt przez pierwsze trzy lata na emeryturze wydaje nawet… więcej, niż przed emeryturą! Oczywiście, być może jest to efekt “zachłyśnięcia się wolnością”, spełniania najbardziej wymarzonych marzeń  i jeszcze dość mocno rozpędzonego tempa życia, ale… fakt pozostaje faktem. W pierwszych latach po przejściu na emeryturę Amerykanie potrzebują średnio 103% budżetu “wydatkowego” z czasów sprzed emerytury. Czy komuś to daje do myślenia?

      My jednak nie jesteśmy tak finansowo rozpasani, jak Amerykanie. Załóżmy więc, że “bazowa” porcja miesięcznych kosztów życia podczas emerytury wynosi 80% przeciętnej pensji, która w czasach aktywności zawodowej zapwniała nam status Młodych Bogów – czyli ludzi mających pieniądze na wszystkie podstawowe potrzeby plus jeszcze na trochę przyjemności.

      Jak policzyć ile dokładnie pieniędzy będziesz potrzebował? Piszę o tym w pełnej wersji tekstu – kliknij ten link

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Ile pieniędzy będziesz potrzebował, żeby zaszaleć na najdłuższych wakacjach? Policzyłem!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 sierpnia 2017 08:24
  • piątek, 18 sierpnia 2017
  • czwartek, 17 sierpnia 2017
    • Jak trafić najlepszą cenę w hotelu? Kiedyś najlepszy był Booking.com, ale dziś...

      Jeszcze jakiś czas temu robiąc rezerwację via przysłowiowy Booking.com mogłem od czasu do czasu “trafić” cenę niedostępną dla klienta “z ulicy”, wynegocjowaną w ramach hurtowego dealu dużego pośrednika z siecią hoteli. Ale dziś już hotelarze nie oferują za pomocą pośredników rewelacyjnych cen – te najlepsze trzymają często dla klientów “bezpośrednich”. Najwięksi gracze hotelowi tworzą wręcz własne platformy, działające podobnie jak Booking.com. Niedawno sieć hotelowa Accor, największa w Polsce (właściciel m.in. Orbisu) ogłosiła, że na jej platformie rezerwacyjnej pojawią się niezależne, niesieciowe hotele.

      Korzystanie z usług internetowych pośredników hotelowych zaczęło mnie ostatnio coraz bardziej wkurzać. Nie tylko ze względu na ceny, ale – przyznam szczerze – od cen się zaczęło. Co z tego, że w promocyjnej ofercie danego hotelu widzę dobrą cenę, skoro jest to oferta pokoju bez śniadania? Albo: co z tego, że oferta jest podobno “nie do przebicia”, skoro w hotelu bezpośrednio mogę znaleźć lepszą? Owszem, z przedpłatą w wysokości 30%, ale za to wyraźnie tańszą.

      Czytaj też: Kto podsunie ci najlepszy hotel? A może… sam go wylicytujesz?

      Niedawno zrobiłem eksperyment: zarezerwowałem przez Booking.com pokój w hotelu na Dolnym Śląsku w okazyjnej cenie 250 zł. Potem poszedłem na stronę internetową tegoż hotelu i znalazłem tam ofertę standardową (280 zł bez śniadania) oraz promocyjną “tylko dziś” z ceną 220 zł (ze śniadaniem). Na koniec zgłosiłem się też do recepcji i “fizycznie” zapytałem o cenę – dowiedziałem się, że pokój kosztuje 260 zł (bez śniadania). Trzy miejsca i cztery różne ceny. A Booking.com wcale nie był najtańszy. Kwestia przedpłaty w tym momencie nie grała roli, bo rezerwacja była “na dziś”.

      Inny przykład, dotyczący jednego z hoteli w Polsce. Booking zaklina się, że 260 zł to już najtaniej jak się da – na czerwono, wytłuszczonym drukiem. A tymczasem na stronie hotelu taki sam pokój z tymi samymi świadczeniami można zarezerwować za 171 zł (płatne z góry) bądź 180 zł (30% przedpłaty).

      Cztery bolesne przygody z Booking.com opisuję pod tym linkiem, na mojej nowej stronie www.subiektywnieofinansach.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 sierpnia 2017 08:56
  • czwartek, 10 sierpnia 2017
    • Spóźniłeś się na lot, a oni... anulowali twój bilet powrotny. To jakiś żart? Niestety, nie

      Spóźnienie na samolot na wakacje? Czarny sen, ale może nie jest taki nierealny. Wystarczy, że po drodze zdarzył się wypadek, utknęliśmy w korku, albo nasz samochód lub pociąg się zepsuł i… konsekwencje mogą być nieprzewidywalne. Zwłaszcza wtedy, gdy kupiliśmy lot łączony – z przesiadką lub powrotny (czyli w obie strony). Jednemu z moich czytelników wydarzył się taki właśnie pech. Spóźnił się na samolot na wakacje i okazało się, że jego kłopoty są większe, niż mógłby sobie wyobrazić.

      „Parę dni temu po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się spóźnić na lot, którym miałem dotrzeć na wakacje (lot w dwie strony z punktu A do B i z powrotem). Niezrażony porażką szybko wykupiłem bilet na najbliższy lot do B. Po udanych wakacjach, kiedy nadszedł czas powrotu do domu, zorientowałem się, że… check-in na mój lot powrotny nie jest możliwy. Podczas rozmowy z przedstawicielem linii lotniczej dowiedziałem się, że niestawienie się na pierwszy z lotów automatycznie anulowało całą moją rezerwację”

      – zeznaje mój czytelnik, który o wszystkim dowiedział się zaledwie na kilka godzin przed planowanym powrotem z wakacji, gdy planował przez internet zarejestrować się do samolotu (i wydrukować kartę pokładową). Pechowiec zdziwił się, że nie dostał nawet jednego krzywego SMS-a od linii lotniczej po tym, jak spóźnił się na pierwszy lot. Pouczono go jedynie, że postępowanie w takiej sytuacji dyktuje regulamin.

      „Byłem więc zmuszony zakupić lot powrotny (również w jedną stronę, z punktu B do A), który zabrał mnie do domu. Jako, że wykupiłem najtańszą opcję biletową, refundacja za loty, których nie odbyłem, nie była możliwa. Nasuwa mi się pewna analogia: załóżmy, że zamówiłem w restauracji aperitif i danie główne. Po złożeniu zamówienia przypomniałem sobie, że muszę niedługo prowadzić samochód, a więc nie wypiłem trunku. Postępując tak, jak linia lotnicza, restauracja powinna odmówić mi podania dania głównego, które czeka przygotowane w kuchni”

      – analizuje czytelnik. Czy ma rację? Czy tego rodzaju regulacje to zwykłe wyciąganie pieniędzy od ludzi przez linie lotnicze? Czy są legalne? Co można zrobić, gdy TO się stanie? Zapraszam do pełnej wersji tej opowieści na stronie www.subiektywnieofinansach.pl. Link do tekstu jest tutaj

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Spóźniłeś się na lot, a oni... anulowali twój bilet powrotny. To jakiś żart? Niestety, nie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 sierpnia 2017 09:26
  • wtorek, 08 sierpnia 2017
    • Ile warto zapłacić za spokojny sen? Jaka jest cena świętego spokoju? Policzyłem i wyszło, że...

      To, że połowa Polaków nie ma żadnych oszczędności „na czarną godzinę” jestem w stanie zrozumieć – nasze dochody są wciąż niskie i część osób z ledwością jest w stanie zaspokoić swoje podstawowe potrzeby, nie mówiąc już o fanaberiach takich jak napełnianie pieniędzmi finansowej poduszki na przyszłość. Ale jednocześnie niechętnie kupujemy jakiekolwiek ubezpieczenia, które w założeniu mają chronić nas i nasze rodziny przed finansowymi skutkami nieszczęść, pecha i niefartu.

      Większość z moich znajomych ma ubezpieczenie mieszkania, bo – całkiem słusznie – uważa, że należy zabezpieczyć przed ryzykiem zniszczenia to, czego się dorobili przez długie lata ciężkiej pracy. Porządne ubezpieczenie mieszkania i sprzętów domowych nie tylko od katastrof naturalnych (wybuch, pożar, zalanie), ale też od działalności złodziei, to koszt kilkuset złotych w skali roku. Niemało, ale nie po to przez całe życie do czegoś dochodziliśmy, żeby w jednej chwili wszystko stracić. Ci sami znajomi stosunkowo rzadko mają polisę na życie (a jeśli już to taką najtańszą, bo np. wymaga jej bank), a jeszcze rzadziej – polisę od poważnych zachorowań.

      Czy to ma sens? Zabezpieczamy przedmioty, których się dorobiliśmy, owoce naszej pracy, a nie zabezpieczamy „aparatury”, która zapewnia nam możliwość pracowania i dorabiania się. A więc własnych rąk, nóg, głowy, najogólniej zdrowia. Gdybyśmy nie mieli ubezpieczonego mieszkania i z jakiejś przyczyny ono by się zanihilowało, to byłoby oczywiście bardzo źle i smutno. Ale można zakasać rękawy i zacząć od nowa. A jak zepsuje nam się zdrowie wskutek choroby lub nieszczęśliwego wypadku? Możemy już na zawsze stracić zdolność osiągania poprzedniej wydajności pracy lub pracowania w ogóle.

      Dlatego przez kilka najbliższych miesięcy będziecie czytali na „Subiektywnie o finansach” – mniej więcej co dwa tygodnie – teksty poświęcone ubezpieczaniu zdrowia, życia i przyszłości (w sensie: porządnej emerytury). Czyli tego wszystkiego, co w życiu najważniejsze. Partnerem tego cyklu jest firma ubezpieczeniowa Prudential. Zapraszam na stronę, na której są wszystkie teksty publikowane w ramach tego cyklu.

      Wiadomo, że nie każde ubezpieczenie jest dobre (zdarzają się takie, których nie poleciłbym najgorszemu wrogowi), nie zawsze potrafimy wybrać to, które będzie dla nas najlepsze. I nie zawsze potrafimy ocenić ile warto zapłacić. Będę starał się Was zapłodnić myślą o tym, że warto przynajmniej zastanowić się nad takim zabezpieczeniem, a jeśli już to zrobicie – podpowiem na co zwrócić uwagę, jak porównywać oferty, które zapisy w polisach są pułapkami i jak odróżnić polisę dobrą od złej. I jak wybrać dobrą jakość za przyzwoitą cenę.

      Pierwsze rady dla tych z Was, którzy po lekturze niniejszego tekstu chcieliby zapewnić sobie kapkę świętego spokoju, ale nie wiedzą jak się za to zabrać - są w pełnej wersji poradnika na stronie www.subiektywnieofinansach.pl. Link do tekstu jest tutaj

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Ile warto zapłacić za spokojny sen? Jaka jest cena świętego spokoju? Policzyłem i wyszło, że...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 sierpnia 2017 09:57
  • piątek, 04 sierpnia 2017
  • czwartek, 03 sierpnia 2017
    • Od umowy kredytowej odstąpił zgodnie z prawem i bez opłat. Bank zażądał 3000 zł. Co robić?

      Jeden z moich czytelników już po podpisaniu umowy o kredyt hipoteczny z Bankiem Pekao doszedł do wniosku, że został przez bankowców wprowadzony w błąd. A że właśnie dostał do podpisu umowę od konkurencyjnego banku... Zgodnie z prawem odstąpił od umowy - złożył standardowy druk o odstąpieniu. I zakładał, że oznacza to również umorzenie prowizji kredytowej. Chodziło o niebagatelną kwotę 3000 zł. Na szczęście kredyt nie był jeszcze wypłacony, więc owe 3000 zł też jeszcze nie zostało przez klienta przelane.

      Wyobraźcie sobie, że bank... odmówił. Oświadczono klientowi, że prowizji mu nie umorzą, gdyż klient nie wywiązał się z umowy. Z umowy kredytowej wynikało, że klient musi spełnić trzy warunki formalne, by bank wypłacił kredyt. Klient tych warunków nie spełnił i to - zdaniem banku - zadecydowało, iż kredyt nie został uruchomiony. Nie zaś odstąpienie przez klienta od umowy. Jeśli zaś umowa upada z powodu niewypełnienia przez klienta jej warunków, to bank nie ma obowiązku zwracać prowizji.

      "Próbowałem negocjować z bankiem, jednak bez skutku. Spotykałem się z kierownikiem działu, dyrektorem oddziału, przedstawiłem również kompromisową propozycję zapłaty 500 zł, tytułem wynagrodzenia pracy bankowców przy tej umowie. Wszystko na nic. Bank wydzwaniał do mnie i wysyłał pisma o zaleganiu z płatnościami, informował też o narastaniu odsetek od tych 3000 zł. Sprawę przekazał również do firmy windykacyjnej"

      - pisze do mnie klient. Co robić? Płacić? Nie płacić? Jakie kroki podjął klient? Przeczytaj w pełnej wersji tekstu tutaj

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 sierpnia 2017 09:28
  • poniedziałek, 31 lipca 2017
  • czwartek, 27 lipca 2017

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line