Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 20 lutego 2017
    • U progu dorosłości wygrała milion. I chce za to pozwać organizatorów gry. Absurd? A może nie?

      Myśleliście kiedyś o tym jak to by było świetnie wygrać milion na loterii? Albo pięć milionów? Rzuciłoby się robotę, kupiłoby się duży dom i porządną furę, rozdało trochę kasy rodzinie (żeby nie zrzędziła) lub potrzebującym (żeby się lepiej poczuć), zwiedziłoby się świat, leżałoby się i pachniało. Pełnia szczęścia? Otóż niekoniecznie. Internet pęka w szwach od opowieści ludzi, którzy wygrali ogromne pieniądze i po kilku latach nie było po nich śladu. Zacytuję tylko jeden, pochodzący sprzed trzech lat i dotyczący osoby, która wygrała w Loto prawie 3 mln zł. "Ponad milion złotych w trzy lata zniknął na różne zakupy, wyjazdy, no i na życie. Przez prawie dwa lata nie pracowaliśmy, a wydawaliśmy krocie. Pierwszą lokatę założyłem dopiero po ponad roku od wygranej, więc dużo pieniędzy wypływało, a nic nie wpływało. Potem i tak musiałem sięgnąć do tych oszczędności, bo postanowiliśmy wrócić do pracy, ale na swoim. Jak to bywa na rynku, interes się nie do końca udał, ale swoje koszty wygenerował" - opowiadał jeden z milionerów serwisowi NaTemat.

      W blogu też było niemało opowieści o tych, którzy wygrali miliony i już ich nie mają. Nie jest to zjawisko nadzwyczajne, takie rzeczy się zdarzają. Podobno 10% zwycięzców loterii bankrutuje w ciągu kilku lat. Nie wiedzą jak się obraca takimi pieniędzmi i tracą cały majątek. Podobne zjawisko dotyczy zresztą również sportowców, którzy kończą kariery i zamiast spokojnie prowadzić żywot rentierów pakują się w finansowe tarapaty. Nie każdy bankrutuje, bo głupio inwestował, za dużo wydawał i naiwnie pożyczał, czasem po prostu okazało się, że depozyt w banku niekoniecznie jest najbezpieczniejszą opcją. Gdy przychodzi hiperinflacja - a od czasu do czasu Polską rządzą "artyści", którzy sztucznie "produkują" inflację, by rozdawać pieniądze bez pokrycia - to banknotami wypłacanymi w banku można sobie tapetować ściany.

      Masz oszczędności i boisz się inflacji? Oto kilka samcikowych rad o tym gdzie umieścić pieniądze w niepewnych czasach

      loteriaLokowanie dużych pieniędzy to sztuka. Nie bez powodu pisałem w blogu poradnik dla osób, które nagle stały się posiadaczami milionowych fortun - niekoniecznie po wygranej w Lotto, czasem po prostu po otrzymaniu spadku. Od czasu do czasu piszą do mnie, jako do niezależnego eksperta, tacy szczęśliwcy prosząc o radę. I wcale nie wyglądają na szczęśliwych, raczej na wystraszonych. Bo jak się ma wiele do stracenia, to i presja człowieka zjada. Ale chyba jeszcze większy problem rodzi się w głowie. Posiadanie milionów potrafi spowodować zmiany w mózgu: człowiek myśli inaczej, zachowuje się irracjonalnie, traci przyjaciół, zmienia się na gorsze i robi sobie krzywdę. Właśnie za to chce pozwać National Lottery, państwowego organizatora loterii Euromillions (to takie Lotto, tylko za większe pieniądze ;-)) oraz innych gier losowych, jedna z uczestniczek, brytyjka Jane Park (to ta dama na zdjęciu, jako żywo nie przypominająca ofiary postępującej depresji ;-)).

      Pani Park nie grała co prawda w "zwykłe" brytyjskie Lotto, ale i tak spotkało ją coś niespodziewanego. Jest najmłodszą osobą, która wygrała w jackpota (a pisząc po ludzku, w "jednorękiego bandytę") okrągły milion funtów (lub coś koło tego, amerykańskie źródła podają wartość 1,25 mln dolarów). Dziś ma 21 lat, ale posiadaczką miliona stała się jako... 17-latka. W Wielkiej Brytanii prawo pozwala grać w niektóre gry losowe już 16-latkom. Pani Park nikt do grania nie zmuszał, ale dziś twierdzi, że jackpot nie tylko uczynił ją bogatą, ale przede wszystkim "zrujnował jej życie". A zrujnował, bo była zbyt młoda, by poradzić sobie z nagłym przypływem bogactwa.

      Jak "zagrać" w Euromillions przez internet? Pan Ryszard pomoże. Ale czy podzieli się wygraną? ;-). Mam wątpliwości ;-))

      Jak mieć 5000 zł gwarantowanej pensji przez 20 lat? Lotto ma na to pomysł. Ale czy warto skorzystać? Policzyłem to!

      "Czasami czuję, że wygrana na loterii zrujnowała mi życie. Bez tych pieniędzy przeżyłabym ostatnie lata 10 razy lepiej" - zwierzyła się pani Park. I zwierzyła się też, że zamierza złożyć pozew przeciwko operatorowi loterii. A co w jej życiu poszło nie tak? Po pierwsze: zakupoholizm. Kiedy 17-latka dostaje do dyspozycji nieograniczony w jej mniemaniu budżet zakupowy, to kupuje bez opamiętania i wchodzi jej to w krew. Po drugie: trudno jest było znaleźć chłopaka, który byłby z nią z powodu jej piękna wewnętrznego, chętni są tylko do tego, by prawić czułe słówka i uprawiać seks w zamian za dostęp do portfela. Pani Park obwiniła też National Lottery o to, że nie ma prawdziwych przyjaciół (patrz punkt wyżej) oraz że jej życie jest "puste". Nie jest tak dosłownie, bo pechowa zwyciężczyni loterii - to trzecie oskarżenie - wydała część pieniędzy na operacje plastyczne (można powiedzieć, że "zainwestowała w siebie", ale chyba nie jest to inwestycja udana, bo 21-latka dziś nie lubi swojego nowego ciała, "ufundowanego" przez organizatora loterii).

      Czwarty punkt oskarżenia to brak pracy. Przed wygraną w loterii Jane pracowała jako asystentka administracyjna w jednej z prywatnych firm, zarabiała 8 funtów za godzinę (przy tamtejszych płacach i sile nabywczej byłoby to w okolicach polskiej płacy minimalnej - 13 zł za godzinę) i mieszkała w skromnym mieszkaniu w szkockim Edynburgu. Oczywiście pracę rzuciła, by rzucić się w wir zakupów. Teraz nie ma co prawda stałej pracy, ale za to jest właścicielką jaskrawo-fioletowego Range Rovera i dwóch nieruchomości. To czego nie wydała na zakupach w galeriach handlowych, na samochody i domy, operacje plastyczne, zanihilowała na podróże po całym świecie. Nie jest tak źle z tą siłą nabywczą funta, skoro skromny milion funtów pozwolił na aż tak wiele ;-).

      Rozumiem, że kiedy po czterech latach Jane ochłonęła (lub kaska zaczęła się kończyć), okazało się, że coś w jej życiu poszło nie tak. Ale czy można obwiniać o to organizatora loterii? Pani Park uważa, że państwowy monopol loteryjny popełnia niegodziwość dopuszczając do jakichkolwiek gier losowych i hazardowych osoby niepełnoletnie, niedojrzałe emocjonalnie, które nie mają szans udźwignąć wygranej. "Nie można dać 17-letniej osobie takich pieniędzy!" - twierdzi pechowa zwyciężczyni gry w jackpota. Rzecznik brytyjskiego operatora loterii powiedział, że firma przekazała jej - razem z nagrodą - wszystkie niezbędne porady finansowe o tym jak zajmować się takimi pieniędzmi. I że skoro prawo pozwala na granie przez 16-latków w jackpota, to nie można mówić o przestępstwie. Na jego miejscu dodałbym też, że skoro milion funtów wygranej tak zniszczył pani Park życie to jak bardzo zrujnowałoby je odszkodowanie przyznane przez ludzie od loterii? ;-)

      Bardzo jestem ciekaw jak oceniacie tę sytuację? Czy 21-latka chce wyłudzić kolejne pieniądze po tym jak zasmakowała w nic-nie-robieniu i wydawaniu kasy w wersji unlimited? A może rzeczywiście powinna mieć pretensje do organizatorów loterii za to, że pozwalają grać i wygrywać osobom, które najprawdopodobniej te pieniądze zniszczą, a nie "ustawią" na całe życie? Ale czy wtedy w ogóle nie trzeba byłoby wprowadzić zasady, iż każdy uczestnik gry losowej musi mieć zaświadczenie od psychologa, że gryby wygrał to mu nie odbije? A poza tym jeśli ktoś miałby się troszczyć o zbyt młodych zwycięzców gier losowych, to może powinien też ogarniać problemy młodocianych sportowców (czyli wprowadzić im limit zarobków) oraz tych, którym kariera rozwija się za szybko (a więc zaczynają za szybko zarabiać pieniądze)? Jakoś nikt nie zakazuje sprzedawania ferrari gówniarzom, którzy potem rozbijają je na pierwszym drzewie. Na drugą nóżkę: ale przecież prawo chroni - a przynajmniej próbuje chronić - obywateli przed lichwą, za frankowicze domagają się unieważnienia ich kredytów stawiają zarzuty, że nie wiedzieli na jakie ryzyko się piszą... Może porównanie nie na miejscu, ale z drugiej strony tu kasyno i tu kasyno. Chociaż na jednym z tych lokali widniał szyld ze stosowną informacją :-). Ale może mimo wszystko panią Park - oraz innych młodocianych, którzy przepuszczają fortuny w automatach nawet jeśli ich nigdy nie wygrają - też należało chronić przed wygraną? Bardzo jestem ciekaw Waszych opinii.

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy stażem bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym, a także Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych i BPH TFI. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "KASOWNIK SAMCIKA". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Subskrybuj kanał YouTube "Subiektywnie o finansach"!

      Zapraszam też do obejrzenia spektakularnego cyklu wideo "OD OSZCZĘDZANIA DO INWESTOWANIA". W ośmiu odcinkach realizowanych przy "wsparciu" wszystkich możliwych żywiołów opowiadam o tym, jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „U progu dorosłości wygrała milion. I chce za to pozwać organizatorów gry. Absurd? A może nie?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 lutego 2017 09:06
  • niedziela, 19 lutego 2017
    • Wyznania tele-nie-maniaka. Jak wyciągnąć kasę za oglądanie od kogoś, kto... prawie nie ogląda?

      Nie jestem wielkim fanem kina, ani telewizji. Gdyby policzyć ile czasu spędziłem przed ekranem w zeszłym roku, to pewnie wyszłoby nie więcej, niż kilkanaście minut na dobę. Filmy w kinie denerwują mnie tym, że są za długie, za smutne, za głębokie lub za płytkie :-). Kino poza tym denerwuje mnie popcornem i półgodzinną dawką reklam przed każdym seansem. Ale tak naprawdę chyba chodzi o to, że nie będąc kinomaniakiem mam problem z ustaleniem na co warto się wybrać do kina, a nie stać mnie na "zainwestowanie" trzech-czterech godzin w niecelny strzał. W telewizję inwestować czasu nie trzeba (tylko pieniądze), ale tam niewiele dla siebie znajduję. Im więcej kanałów (a mam wykupiony naprawdę wypasiony pakiet w kablówce, zawierający wszystkie dodatkowo płatne opcje), tym większy chaos i przesyt. Zaś zarządzanie chaosem mnie męczy.

      Krótko pisząc: należę do tych konsumentów treści muldimedialnych, którzy potrzebują, żeby podstawić im pod nos to co lubią. Trzeba mi to podstawić wtedy, kiedy akurat - zwykle o dziwnych porach - jestem skłonny poświęcić na oglądanie bardzo niewielką porcję czasu - góra kilkadziesiąt minut. Oczekuję maksymalnej wygody, nie toleruję błędnych wyborów, szybko się zniechęcam, Wymarzony klient VOD, czyli oglądania na żądanie. Tak, ale do niedawna żadnemu serwisowi VOD nie udało się podbić mojego serca, choć próbowałem korzystać z wielu - płatnych (w sensie abonamentu) i bezpłatnych (lub z płatnością "od filmu"). Wszystkie mnie wkurzały tym, że sam musiałem wybierać, metodą prób i błędów, odpowiednie treści. Wkurzały mnie nieprzyjaznym interfejsem, chaotycznym menu, albo niewystarczającymi lub nieprzyswajalnymi opisami filmów, Denerwowały nieprzyjaznym sposobem logowania, skomplikowaną płatnością, albo zbyt małym wyborem, albo zbyt dużym :-).

      JAK WYCIĄGNĄĆ MI Z KIESZENI KILKA DYCH MIESIĘCZNIE? Dość długo sądziłem, że jest ze mną coś nie tak. To zresztą dość wiarygodna hipoteza, biorąc pod uwagę to jak bardzo narzekam na jakość wszelkiego rodzaju usług finansowych :-). Ale odkąd skorzystałem z amerykańskich serwisów VOD - głównie z Netfliksa, a ostatnio też z Amazon Prime (bo w promocji kosztuje tylko 2,99 euro) i ShowMax (bo ma dwa tygodnie za darmo) - dochodzę do wniosku, że to nie ze mną, a ze światem było coś "nie halo". Pochodzę z Poznania i nie cierpię płacić za cokolwiek, a jednak płacę za dostęp do Netfliksa ponad 40 zł miesięcznie. Jego ofiarą padną niechybnie wszystkie darmowe i płatne telewizje oraz usługi VOD dostarczane przez kablówkę oraz poszczególne kanały (może poza usługą HBO GO, z której jeszcze szczątkowo korzystam). I sam się sobie dziwię. Jak udało się namówić gościa, który prawie nic nie ogląda, żeby... płacił za oglądanie? 

      Nie publikuję tu wpisów sponsorowanych, więc mogę sobie powolić na opisanie tego zjawiska na konkretnym przykładzie bez ryzyka, że zostanę posądzony o kryptoreklamę. Być może zresztą przykład, który podaję, jest totalnie nie trafiony, z punktu widzenia tych, którzy są fanami kina (niekoniecznie z poziomu multipleksu, są też przecież małe kina studyjne), łapią w lot nowości z wielkiego ekranu i nęcą ich ambitne produkcje z najwyższej półki. Przywoływany tu amerykański serwis nie cechuje się oferowaniem produkcji najwyższych lotów (choć wypłynął na szerokie wody dzięki głośnemu i bardzo dobremu serialowi "House of cards"). Jest w nim seryjnie aplikowana odbiorcom, porządnie zrobiona za duże pieniądze papka rozrywkowa. Choć oczywiście znaczenie ma fakt, iż jest to produkcja własna w modnej ostatnio formule seriali (przeważnie udostępnianych wszystkimi odcinkami na raz). Lecz ja występuję tu w charakterze "wąsatego Stefana oglądania", czyli osobnika, który zainteresowanie kinem ma ograniczone, a czasu na jego wzbudzanie - jeszcze mniej. I do tej pory w sensie źródła przychodów ze sprzedaży był poza orbitą przemysłu filmowego. Tym niemniej większość moich spostrzeżeń ma wymiar uniwersalny i da się zastosować także w innych branżach - wszędzie tam, gdzie pojawia się klient i można od niego wyciągnąć pieniądze zapewniając mu tzw. UX, czyli user exparience :-).

      "CZY JESTEŚ PEWNY, ŻE CHCESZ NAM PŁACIĆ?". Amerykanie - i dotyczy to wszelkiego rodzaju usług, nie tylko VOD - mają w kontaktach z klientem coś takiego, że nie próbują naciągać. Kiedy wziąłem na próbę Netfliksa, to w trakcie darmowego miesiąca chyba ze trzy razy przypomniał mi e-mailem lub SMS-em, że zbliża się koniec "darmoszki" i że wciąż mogę wyłączyć subskrypcję, żeby nie płacić. Jestem przyzwyczajony do innych standardów - że ukrywa się przede mną koniec promocyjnego okresu korzystania z usług po to, żeby mnie naciągnąć na zapłacenie standardowej ceny. Czy banki informują Was o tym, że lokata roluje się automatycznie i zmienia oprocentowanie na niższe? Czy firmy telekomunikacyjne informują o wejściu w życie nowej, bardziej korzystnej oferty z której moglibyście skorzystać? A po co? Klient niedoinformowany lub frajer daje więcej zarobić. Jestem bardzo wyczulony na uczciwą, pełną informację i na podejście fair do mnie jako do konsumenta.

      OGLĄDANIE PO KAWAŁKU, KTÓRE NIE BOLI. Kiedy korzystam z VOD, video on demand, to chcę, żeby wszystko było rzeczywiście "on demand". Czyli tak jak ja chcę, a nie tak, jak wymyśli sobie architekt systemu. W serwisie VOD mojego kochanego UPC notorycznie zdarzało się, że nie dokończony film musiałem następnego dnia oglądać od początku, bo głupi system nie zapamiętał w którym miejscu przerwałem. Chcę przesunąć scenę, którą już widziałem? Muszę przesunąć jeszcze sąsiednią, bo system nie umie wykonywać "małych kroków". Albo nie daje możliwości podglądu tego, co przesuwam. Chcę kontynuować oglądanie filmu po kilku dniach? Muszę go jeszcze raz znaleźć, bo podsunięcie mi opcji "kontynuuj oglądanie" przerasta możliwości projektantów. U "Amerykańca" oglądane wcześniej filmy i seriale same się "podkładają" i zapraszają, żebym je odtwarzał dalej. Dostęp do opcji zmiany napisów i włączenia/wyłączenia lektora jest "na jeden klik", zaś przesuwanie filmu między kolejnymi scenami nie powoduje ryzyka dużych strat treści ("kroki" są drobne).

      NAPISY KOŃCOWE, CZYLI KRYTYCZNY MOMENT. To zawsze ten moment, w którym walkę o mój czas może wygrać coś innego (a jeśli będzie wygrywało zbyt często, to przestanę płacić abonament). Pewnie dlatego jeśli oglądam w Netfliksie serial, zaś odcinek się kończy i zaczynają płynąć napisy końcowe, to automatycznie podświetla mi się opcja przejścia do następnego odcinka jednym klikiem. Tym sposobem nie mam czasu, żeby znaleźć sobie inne zajęcie, znudzony oglądaniem napisów. Skończyłem oglądać film lub serial? Trzeba mi podstawić podobny, który też mnie zainteresuje. Jako "niekwalifikowany" konsument multimediów nie znam najnowszych produkcji i nie chcę ich znać - widząc multum obco brzmiących nazw filmów i seriali wpadam w panikę i... znajduję sobie inne zajęcie. A wtedy płacę komuś innemu, co nie jest po myśli serwisu VOD. Trafne podstawienie mi treści podobnych do filmu lub serialu, który obejrzałem do końca (a więc musiał mnie zainteresować) to już połowa sukcesu. Odnoszę wrażenie, że amerykańskie serwisy VOD bardzo sprawnie się uczą moich preferencji, bo duża część "strzałów" jest celna. Mimo wszystko nie mogę się zdecydować? "Zawiesiłem się" na planszy tytułowej? FIlm zaczyna mi się wyświetlać sam. Jeśli pierwsze wrażenie jest dobre (a seriale są robione tak, żeby właśnie to osiągnąć), będę oglądał dalej.

      ZŁY WYBÓR - STRATA CZASU. Nawet jeśli nie wybiorę produkcji podstawionej mi przez serwis VOD jako podobny do właśnie ukończonego, to wchodząc za kilka dni lub tygodni widzę filmy posegregowane nie alfabetem lub kategoriami (bo to dla mnie zbyt chaotyczne), ale poprzez skojarzenia z czymś co już widziałem. "Ponieważ obejrzałeś..." - taki spis treści pozwala mi ominąć cały spis treści i skoncentrować się na gatunkach, które lubię. Jeśli obejrzałem jakiś film lub serial, to dostanę mejla i SMS-a, że jest już dostępny kolejny sezon lub sequel. Oni po prostu robią wszystko, by - przy okazji zarabiania pieniędzy dla siebie - oszczędzać mój czas. Oczywiście: są seriale typu "Wahata", "Pakt", czy "Belfer", dla których da się znieść każdą niedogodność. Ale co do zasady wojnę o mój czas wygrywa ten, kto dostarczy mi swoją produkcję w najbardziej wygodny sposób. Nota bene Netflix manifestuje też chęć szanowania mojego pieniądza, bo dość szybko - już po kilku miesiącach - ogłosił, że będzie pobierał z mojej złotowej karty złotówki, a nie euro. Biorąc pod uwagę spread i kwestie kursu, oznacza to obniżkę kosztów o dobrych kilka złotych. Nie musieli tego robić, wielu globalnych usługodawców uwlelbia zarabiać na spreadzie. Tym zniechęca do siebie klientów AirBnb, czy Ryanair, który bawi się w kantr walutowy. 

      KTO WYGRA WOJNĘ O MÓJ CZAS, ZAROBI PIENIĄDZE. Patrząc na wyniki finansowe Netfliksa dochodzę do wniosku, że nie tylko ja lubię, gdy firma sprzedająca mi jakieś towary lub usługi dba o mój czas i stara się go oszczędzać. Ostatnio ten internetowy serwis VOD podał, że w ciągu kwartału pozyskał 7,1 mln nowych subskrybentów na całym świecie (gdy analitycy oczekiwali góra 5,2 mln). I że ma już 94 mln abonentów, z czego 89 mln płaci za oglądanie, a w sumie w zeszłym roku firma pobrała z kont i kart klientów jakieś 8,8 mld dolarów. Kurs akcji firmy, który niespełna pięć lat temu, we wrześniu 2012 r., wynosił nieco ponad 8 dolarów, dziś sięga już niemal 140 dolarów. Inwestując w połowie 2012 r. powiedzmy 10.000 zł w tę firmę, dziś można byłoby wyjąć 170.000 zł. Albo i więcej, bo w połowie 2012 r. dolar był po 3,5 zł, a teraz jest po 4,1 zł. Wartość rynkowa firmy to 62 mld dol., czyli równowartość ćwierć biliona złotych. Nasz PKO BP jest wart 37,5 mld zł (przy przychodach z prowizji i odsetek 13,2 mld zł), a PKN Orlen - 35 mld zł. Czyli jeden Netfliks to siedem Orlenów, mimo że zarabia znacznie mniej pieniędzy. 

       netflix5lat1

      Czytaj też: Ilu użytkowników w Polsce ma Netflix?

      Na koniec uwaga ogólna. Czasy, które nadeszły, wymagają od dostawców usług większego szacunku do naszego, konsumentów, czasu. Kto nie szanuje mojego czasu, polegnie i to bez względu na to jak wysokiej jakości produkt będzie chciał mi zaproponować (choć oferując produkt wysokiej jakości będzie umierał wolniej ;-)). Dla coraz większej liczby konsumentów najbardziej deficytowym dobrem ze wszystkich kwantyfikowalnych dóbr jest wolny czas, a nie pieniądze. Im bardziej biznes i usługi będą się przesuwać do internetu, tym bardziej rywalizacja o nasz czas będzie się odbywała na poziomie ekranu komputera, tabletu, smartfona. I wiecie co myślę. Zbyt często, do jasnej cholery, jestem traktowany jako ktoś, kto ma zbyt dużo czasu. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Wyznania tele-nie-maniaka. Jak wyciągnąć kasę za oglądanie od kogoś, kto... prawie nie ogląda?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 lutego 2017 09:12
  • piątek, 17 lutego 2017
    • Szczyt pecha? Gdy telekom przyzna ci numer z... długiem po poprzednim właścicielu. Jak żyć?

      Ministerstwo Sprawiedliwości pracuje nad projektem ustawy, która ma zmienić zasady przedawnienia roszczeń. To może być duża zmiana z punktu widzenia konsumentów, którzy dziś nierzadko są nękani przez windykatorów nasyłanych przez firmy, które odkupiły - za mały procent ich nominalnej wartości - stare długi od telekomów, banków, czy firm energetycznych. Urzędnicy chcą zmienić dwie rzeczy. Po pierwsze nasze długi wobec usługodawców będą się przedawniały już po sześciu latach, nie zaś po dziesięciu. Po drugie: sąd będzie miał obowiązek sprawdzić z automatu czy dług nie jest przedawniony. A jeśli stwierdzi, że jest, to będzie musiał umorzyć postępowanie. Dziś sąd automatem wspiera wierzyciela i jeśli dłużnik nie podniesie zarzutu przedawnienia, to sąd może zezwolić na wysłanie komornika, by ściągnął nawet przedawniony dług.

      Czytaj też: Gdy bank po kilkunastu latach "przypomni" sobie o rzekomym długu...

      Na pierwszy rzut oka: bomba. Wreszcie skończy się ściganie przez windykatorów długów z zamierzchłych czasów. A więc długów, których istnienie lub nieistnienie trudno jest udowodnić, bo kto trzyma dokumentację przez kilkanaście lat? Znam przypadki ludzi, do których zgłosili się windykatorzy działający w imieniu funduszy sekurytyzacyjnych i przedstawiający żądanie spłaty pieniędzy w oparciu o szczątkową dokumentację przejętą od usługodawcy, który już nie istnieje, albo został przejęty przez inną firmę. A nawet jeśli pierwotny wierzyciel jeszcze istnieje, to często nie chce współpracować, bo dawno już przeniósł dokumentację dotyczącą starych długów i klientów do archiwum. Jak konsument ma sprawdzić, czy kilkanaście lat temu był coś winien i nie oddał? Czasem zdarza się klient rzeczywiście miał jakieś długi, ale nie został o nich prawidłowo poinformowany. Dlaczego miałby płacić odsetki za okres kilkunastu lat? A płacić musi, bo usługodawca przekazał funduszowi sekurytyzacyjnemu tylko część danych - tę część, która mu pasowała.

      Screenshot_20161212154433Sprawy bywają jeszcze bardziej absurdalne. Ostatnio piszą do mnie klienci firmy telekomunikacyjnej Play, do których przychodzą wezwania od firm windykacyjnych. Wynika z nich, że mają liczone w setkach złotych zadłużenie. Oczywiście klienci wpadają w panikę, a część z nich dochodzi do wniosku, że skoro windykator żąda zwrotu, to widać dług istnieje. Proszą o rozłożenie zadłużenia na raty i są przeszczęśliwi, że firma windykacyjna łaskawie się zgadza. Co się potem okazuje? Że dług, owszem, istnieje, ale "nabił" go poprzedni właściciel numeru. Po awanturach firma windykacyjna i Play anulują zadłużenie, ale klienci tracą czas i nerwy, żeby udowadniać, że nie są wielbłądami. Play oczywiście nie ma najmniejszej ochoty wypłacać za ten czas i nerwy jakichkolwiek ekwiwalentów finansowych. Nóż się w kieszeni otwiera.

      Skrócenie terminów przedawnienia roszczeń to jedno, ale ważniejsze może być utrącenie możliwościScreenshot_20161220155258 dochodzenia przedawnionych długów na drodze sądowej. Dziś teoretycznie jest to możliwe (wszystko zależy od tego czy dłużnik podniesie w sądzie zarzut przedawnienia i czy w ogóle wie, że w sądzie jest jakaś sprawa dotycząca jego długów ;-)), pod rządami nowego prawa - będzie niemożliwe. To oczywiście nie zmieni faktycznego statusu dłużnika: jego dług w dalszym ciągu będzie istniał. Jeśli wina nie budzi wątpliwości, to będzie rzutowała na życie tego, kto nie oddał pieniędzy. Dłużnik będzie wpisany na "czarne listy" nierzetelnych płatników, zapewne nie każdy usługodawca będzie chciał z nim współpracować, nie dostanie telefonu na abonament. No i windykatorzy będą mogli nadal takiego delikwenta próbować nakłaniać do spłaty długu. Ale tylko po dobroci, nei zaś nasyłając sądowego komornika.

      Są oczywiście plusy ujemne tej sytuacji. Państwo de facto wycofuje się z ochrony wierzyciela w sytuacji, gdy ten przez sześć lat nie jest w stanie wyegzekwować długu. Czy to może osłabić pozycję wierzycieli wobec dłużników, albo - to już byłoby niefajne - umocnić pozycję tych drugich? Wydaje mi się, że nie. Sześć lat to dużo czasu. Każdy, kto jest wierzycielem, powinien wykorzystać ten czas do odzyskania pieniędzy. Niewątpliwie stratnym w tej sytuacji będzie branża funduszy sekurytyzacyjnych i windykatorów, która dziś w dużej części "żyje" z windykowania długów bardzo starych, kupionych za grosze, ale jednak w pewnej części "odzyskiwalnych" z pomocą państwa. W nowych warunkach wsparcia państwa nie będzie, więc i interes słabszy. A konkurencja o możliwość egzekwowania "nowych" długów większa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Szczyt pecha? Gdy telekom przyzna ci numer z... długiem po poprzednim właścicielu. Jak żyć?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 17 lutego 2017 09:13
  • czwartek, 16 lutego 2017
    • 4% w tydzień? I fundusz gwarancyjny? Polskę podbija byk, który podaje się za żubra i szuka...

      Jak to dobrze, że wciąż pojawiają się nowe możliwości zarabiania grubej kasy bez ryzyka. Gdy inflacja męczy, a oprocentowanie lokat w banku trzeba oglądać pod lupą, każdy posiadacz oszczędności szuka inwestycyjnych okazji. Tradycyjne metody poszukiwań przynoszą jednak umiarkowane efekty: opowiadałem Wam niedawno w blogu ile w zeszłym roku zarobiłem na lokowaniu oszczędności. Tu uciułałem kilka, tam kilkanaście procent... No, generalnie kilka razy lepiej niż w banku, ale bez szaleństw. Na szczęście jest alternatywa. Ostatnio furorę w sieci robi inwestycyjny pośrednik w zarabianiu grubej kasy o nazwie Questra Holdings. To firma z tradycją. Istnieje od 2009 r. (podobno), działa w 28 krajach (podobno), zaś w 2015 r. inwestorzy wypracowali dzięki niej aż 231 mln euro zysków (podobno). Teraz ujawnia swe magiczne moce nad Wisłą. A jak ujawnia? A z przytupem!

      questra3

      Znak firmowy Questry przypomina niegdysiejszy logotyp jednego z największych polskich banków, ostatnio wracającego do macierzy. "Przypadek? Nie sądzę" - powiedziałby klasyk. To niejedyne podobieństwo. Questra chwali się m.in. tym, że oferuje gwarantowany zysk, podpisuje z klientami "oficjalną umowę współpracy" (wow!) i że ma "fundusz gwarancyjny", którego celem jest "dbanie o pieniądze wszystkich inwestorów". W odróżnieniu od banksterów, cwaniaków z funduszy inwestycyjnych oraz naganiaczy z firm foreksowych inwestując z Questrą nie trzeba oglądać zysków przez lupę. Zysk jest gwarantowany i wynosi - w zależności od wartości zainwestowanych pieniędzy - od 4% tygodniowo (czyli 208% rocznie) do 6% tygodniowo (i 312% rocznie). Pieniądze, które Questra nazywa "odsetkami" wypłacane są ponoć w każdy poniedziałek, ze szwajcarską precyzją. Żeby zarabiać wystarczy mieć przy duszy 90 euro i zamrozić je na rok - tyle kosztuje najtańszy pakiet inwestycyjny (są i droższe - nawet za prawie 22.000 euro - przygotowane specjalnie dla klientów z Rosji ;-)).

      Tak się podnieciłem, że aż obejrzałem prezentację firmy, żeby dowiedzieć się jak oni to robią, że są tacy fajni. Nie powiem, kierowała mną iskierka zazdrości, bo przecież ja od 25 lat lokuję swoje oszczędności na rynku kapitałowym i gwarantowane zyski rzędu 4-6% tygodniowo są dla mnie zagadką. Ba, nawet słynny Marcin P., który też miał ciekawą ofertę w tym swoim Amber Gold oraz fundusz gwarancyjny, aż tyle swoim klientom nie płacił. No dobra, może jeszcze ukraińska szkoła alchemii finansów grałaby w tej samej lidze. W Questra Holdings model biznesu jest genialny w swej prostocie - firma podobno wynajduje perspektywiczne firmy, doprowadza je do debiutu giełdowego oraz sprzedaje z zyskiem do 1000%. Kaszaniarze z funduszy venture capital się teraz pewnie rumienią ze wstydu, bo oni, jak zainwestują w 10 spółek, to owszem, zarabiają ten 1000%, ale na jednej, zaś pozostałe są "przepalonymi" pieniędzmi. Jak taki fundusz ma 10-12% rocznej stopy zwrotu to jego uczestnicy dostają orgazmu ze szczęścia. W Questra jednak orgazm inwestycyjny jest uczuciem codziennym, zaś każda inwestycja musi się udawać, bo inaczej by nie było 6% zysku tygodniowo ;-)). Gdybyście chcieli poczuć zazdrość, to tu są zdjęcia tych kolesi, którym robota pali się w rękach (mnie najbardziej podoba się Wendy).

      questra1

      Oczywiście, jak w każdej pira... tfu, działalności inwestycyjnej, musi być też i plan motywacyjny umożliwiający "rozwój kariery". Wiadomo, że inwestorzy w Questra są zbyt aktywnymi ludźmi, żeby tak sobie siedzieć, dłubać w nosie i liczyć wypłacane raz w tygodniu "odsetki". Ich nie zaspokaja gwarantowane 4-6% tygodniowo, oni potrzebują większych wyzwań. Dlatego Questra ma też plan kariery, który przewiduje sowite zyski za przekazywanie dobrej nowiny o zysku bez ryzyka innym, nieświadomym jeszcze rodakom. Brązowy agent dostaje 7% od kwot, które wpłacą jego "podopieczni", platynowy agent otrzymuje 12% (i 5000 euro na drobne wydatki), a platynowy dyrektor - który wciśnie kit, eeee, to jest chciałem powiedzieć, że zaprezentuje skutecznie firmę, klientom wpłacającym 10 mln euro - ma 15% prowizji (jak łatwo policzyć jest to 1,5 mln euro) plus 500.000 euro bonusu. A więc wpłacam 90 euro na rok, z powrotem dostaję z powrotem 280 euro, a jeśli przyciągnę fraje..., tfu, inwestorów na kolejne 3000 euro, to wypłacą mi jeszcze 210 euro prowizji. Plan kariery jak ta lala.

      Oczywiście, wokół takich projektów zawsze pojawiają się zawistnicy, którzy mają wątpliwości. W Polsce jest ich jeszcze niewiele. O ile na specjalistycznych portalach poświęconych zarabianiu bez wysiłku innym pira... tfu, nowym biznesom dyskusja (oraz narzekania, że "nie płacą" jest liczona w setkach komentarzy, to w przypadku Questry jeszcze jest cisza i spokój. Owszem, niektórzy zwracają uwagę, że w Belgii i Austrii Questra jest już wpisana na listę ostrzeżeń prowadzoną przez nadzór finansowy (podobną do tej, którą prowadzi nasz KNF), ale każda tego typu wątpliwość jest kwitowana świadectwem szczęśliwych inwestorów "No to co? Zarabiać co tydzień! Mój portfel inwestycyjny 8100 euro! Na głośnych projektów zawsze będą negatywne plotki! To nie jest nowość" - wybrzmiewa komentarz jednego z inwestorów, który chyba pochodzi ze Wschodu, bo jeszcze ma problem z trudnym polskim językiem. No, ale przecież prawdziwy biznes nie zna granic :-). Można powiedzieć, że hiszpański byk podając się za żubra szuka w Polsce jeleni. Czy nasze lasy wytrzymają taki urodzaj dzikiego zwierza? ;-)).

      questra2

      Oczywiście, od czasu od czasu nawet najlepszym zdarzają się kłopoty. Ostatnio opisywałem rozpaczliwe apele innych asów biznesu, Dymitra i Jamesa, którzy prowadzili świetne biznesy gwarantujące wspaniałe zyski, ale źli ludzie donieśli na policję z powodu jakichś drobnych niedociągnięć w płatnościach i zrobiła się afera. Ale Dymitr i James musieli mieć wyjątkowego pecha, Questra Holdings to przedsięwzięcie osiadłe w Europie Zachodniej (z siedzibą w Hiszpanii), więc jakże mogłoby się przekręcić zanim się jeszcze rozkręciło ;-). Choć przecież i na Zachodzie są pechowcy, którym się nie udaje mimo najszczerszych chęci. Ot, taki Karol, który się nawet PayPalowi nie kłaniał. A kojarzycie pira... tfu, biznes pod nazwą Kairos Planet? Oferuje "produkty internetowe w nowych rozwiązaniach technologicznych". A konkretnie: wymyślili, że będą - uważajcie - płacili za udostępnianie przez ludzi przestrzeni dyskowej. Krótko pisząc: każdy - jeśli nie ma zapchanego "twardziela", może na nim zarabiać.

      Czytaj też: Budowali piramidę z polis, a potem club bizneowy. Aż matryca się...

      Czytaj też: Dymitr i James proszą o pomoc, czyli cudotwórcy w tarapatach!

      Czytaj też: Oglądaj reklamy, kupuj ad-packi i... zarabiaj. Och, Karol...

      Chętnych nie brakuje, bo każdy ma kilka giga wolnego miejsca i szkoda by było, żeby się to marnowało, nie? ;-). Wreszcie każdy Zdzisiek może być takim małym Dropboksem ;-). Skoro ludzie wynajmują mieszkania i płacą za to czynsz, to dlaczego nie można byłoby wynająć miejsca na dysku? Zwłaszcza, że wystarczy je "wynająć" ma 10 godzin na dobę, a przez resztę czasu sobie używać. Umowę zawiera się na rok, "czynsz" firma płaci codziennie, a warunkiem jest instalacja specjalnej aplikacji oraz... wybór pakietu inwestycyjego. "Pakiet inwestycyjny jest funduszem gwarancyjnym dla firmy, dającym jej pewność, że przystępując do programu będziemy wywiązywać się z warunków, a tym samym gwarancją dla kontrahentów firmy". Mając na zbyciu 15GB trzeba "zainwestować" 125 dolarów, a po roku firma wypłaci 312 dolarów. Za 70 GB trzeba zapłacić 600 dolarów, a wrócić ma prawie 1950 dolarów. I tak dalej, i tak dalej. No i oczywiście jest też "program partnerski", w ramach którego można zarabiać na prowizjach od przyciągniętych osób. Oczywiście, jak w każdym tego typu biznesie na prowizjach zarabia się więcej, niż na wynajmowaniu dysku :-).

      Wygląda na to, że i ta sprawa się rypła, bo biznes ma przejściowe-chwilowe problemy z płatnościami dla swoich członków (ma je od jesieni ;-)) i zainteresowała się nim prokuratura. Niestety nie w Polsce, a w Turcji. Tamtejsze Ministerstwo Handlu stwierdziło, że biznes ma wszelkie cechy piramidy finansowej i doniosło do prokuratury, że nie ma w przyrodzie takiego cloudu, w którym ktoś tyle płaciłby za space ;-). W internecie można już znaleźć podpisaną przez ponad 1200 osób petycję do władz Kairos, żeby łaskawie oddała kasę. Prezydent tej zacnej korporacji był łaskaw wypowiedzieć się w internecie i obiecać, że trudności zostaną przełamane, zaś biznes wyjdzie na swoje, tylko musi się dorzeźbić własny procesor do wypłacania pieniędzy o nazwie - jakżeby inaczej - Kairos Pay. Pewnie dlatego, że zwykłe procesory, takie jak PayPal, są dla Kairosów za słabe, żeby wypłacać ludziom payment od space'u ;-)). Moje wsparcie niech popłynie wraz ze słowami tej pieśni:

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „4% w tydzień? I fundusz gwarancyjny? Polskę podbija byk, który podaje się za żubra i szuka...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 lutego 2017 08:59
  • środa, 15 lutego 2017
    • Koło ratunkowe czy jakiś żart? Odkrywam kulisy działania funduszu "wsparcia" kredytobiorców

      Tego samego dnia, w którym Jarosław Kaczyński ostatecznie rozwiał nadzieje frankowiczów na ustawowe przewalutowanie ich kredytów, wicepremier Mateusz Morawiecki - zapewne trochę po to, by nieco udobruchać wściekłych wyborców - zapowiedział zwiększenie, nawet czterokrotne, specjalnego funduszu wsparcia kredytobiorców będących w tarapatach. Fundusz nie jest żadną nowinką, został utworzony jeszcze za czasów poprzedniej ekipy rządzącej jako odpowiedź na obietnice PiS dotyczące przewalutowania. Banki zrzuciły się nań kwotą 600 mln zł. Fundusz nie przyznaje darowizn, ani zapomóg, ale jedynie przejmuje na pewien czas - najdłużej na 18 miesięcy - obowiązek spłacania rat. Jest to rodzaj koła ratunkowego dla kredytobiorcy, by mógł przez kilka, kilkanaście miesięcy zająć się swoimi sprawami, nie martwiąc się o pieniądze na spłatę rat kredytowych. Maksymalne wsparcie w ramach programu wynosi 1500 zł miesięcznie, na jednego kredytobiorcę fundusz może przeznaczyć maksymalnie 27.000 zł.

      Warunki przyznania pożyczki? Trzeba się "wykazać": a) statusem bezrobotnego lub b) wysoką relacją raty kredytowej do dochodów (minimum 60%), albo c) niskim dochodem na osobę w rodzinie (poniżej 634 zł po odliczeniu raty kredytu). Jest to nieoprocentowana pożyczka, co oznacza, że mając kłopoty finansowe wynikające z bezrobocia lub raty wysokiej w stosunku do dochodów znacznie bardziej opłaca się udać po wsparcie tutaj, niż zaciągać jakieś inne, komercyjne pożyczki. I jeszcze jeden bonus: między zakończeniem finansowania rat klienta o momentem, kiedy ten musi zacząć oddawać pieniądze są dwa lata przerwy, zaś pożyczka może być spłacana nawet przez osiem lat

      PRZYPADEK 1: "CZY PANI NA PEWNO JEST BEZROBOTNA"? Kłopot w tym, że choć fundusz jest - a i potrzebujących zapewne nie brakuje - to jego wykorzystanie jest śladowe. Kilka miesięcy temu pisałem, że został "nadgryziony" zaledwie w 1%. Wszyscy się zastanawiają jak to możliwe, że nikt nie chce niemal darmowego wsparcia? Ludzie nie wiedzą o takiej możliwości? Warunki są zbyt trudne do spełnienia? Polacy gardzą pomocną dłonią bankowców? Wydaje mi się, że rozwiązanie jest dużo bardziej oczywiste. Kryje się w art. 16 ust. 7. ustawy regulującej zasady udzielania wsparcia kredytobiorcom w tarapatach. Brzmi on tak:

      "Po upływie sześciu miesięcy od terminu określonego w art. 6 ust. 1 środki Funduszu, które nie zostały użyte lub zarezerwowane na udzielenie wsparcia, zwracane są kredytodawcom, w transzach półrocznych, proporcjonalnie do sumy dokonanych wpłat i uzupełnień, pomniejszonej o wartość wsparcia przyznanego kredytobiorcom, będącym klientami danego kredytodawcy"

      - krótko pisząc fundusz jest zwrotny. Czyli tak skonstruowany, że bankom nie opłaca się pomagać swoim klientom, bo jeśli im nie pomogą, to dostaną kasę z powrotem. To trochę tak, jakbym zaoferował komuś pomoc, ale tę część, której nie wykorzysta, mógłbym mu zabrać. Zapewne też szukałbym sposobu na to, by mógł wykorzystać jak najmniejszą część moich pieniędzy. To oczywiście tylko moje domniemanie, powodowane znajomością realiów bankowych, w których często pracownicy zwiększający przychody banku kosztem klientów są nagradzani premiami. Nie mam liczb potwierdzających, że banki strukturalnie i masowo zniechęcają lub utrudniają klientom składanie wniosków o wsparcie, ale znam kilka przypadków, które potwierdzają właśnie takie podejście.

      "Złożyłam wniosek o skorzystanie z ustawy. Bank odrzucił mój wniosek, w zasadzie nie podając nawet przyczyny. Wcześniej próbowano bezprawnie wyłudzać ode mnie dokumenty dotyczące dochodów, sytuacji rodzinnej i inne dane, które nie są potrzebne do rozpatrywania wniosku. Bank poinformował mnie także, że może przeliczyć mi ponownie zdolność kredytową! W mojej ocenie była to próba zastraszenia i odwiedzenia mnie od chęci skorzystania z dobrodziejstw ustawy"

      - taki list jednej z klientek Raiffeisen Banku, posiadaczki kredytu frankowego, przekazał mi p. Arek Szcześniak, szef stowarzyszenia "Stop Bankowemu Bezprawiu". Jakkolwiek "firma" jest znana z bardzo radykalnych poglądów na działalność banków, a jej członkowie zwykle widzą swoje relacje z bankowcami wyłącznie w czarnych barwach, to obawiam się, że tym razem nie ma zbyt dużo koloryzowania (choć trochę jest, o czym dalej). Klientka w chwili składania wniosku była osobą bezrobotną, samotnie wychowującą dzieci (w tym jedno niepełnosprawne), a więc spełniającą przesłankę do skorzystania z pomocy przewidzianej ustawą (a nawet - jak twierdzi - wszystkie trzy, choć wystarczy spełnić jedną). Twierdzi też, że dopełniła wszelkich formalności: złożyła kompletny wniosek wraz z kompletem oświadczeń z pouczeniami o odpowiedzialności za składania fałszywych oświadczeń.

      "Pomimo tego bank żądał ode mnie dokumentów do których nie był uprawniony i których ani ustawa ani rozporządzenie ministra finansów nie przewiduje jako podstawy do pozytywnego rozpatrzenia wniosku"

      - twierdzi klientka. Mam kopię odpowiedzi banku na jej wniosek, jest bardzo ogólna i napisana w myśl prawniczej nowomowy. Wynika z niej, że klientka "nie przedłożyła wymaganych dokumentów". Bankowcy nie wymieniają jednak których dokumentów im zabrakło do pełni szczęścia (albo raczej nieszczęścia, patrząc przez pryzmat bankowego rachunku wyników). Zapewne nie zabrakło zaświadczenia z urzędu pracy o statusie osoby bezrobotnej (bo to przecież była główna podstawa złożenia wniosku). Zakładam, że bank mógł zażądać od klientki potwierdzenia, że sama nie zwolniła się z pracy bądź nie została wyrzucona dyscyplinarnie. Bank miał prawo w ten sposób się zachować, bo ustawa mówi, że może weryfikować spełnienie przez klienta warunków uprawniających do wsparcia. Klientka, zamiast się oburzać, mogła też dostarczyć dokumenty dochodowe i z łatwością udowodnić, że wsparcie należy jej się również z powodu wysokiej relacji raty do dochodów oraz po prostu z powodu niskich dochodów.

      Inna sprawa, że generalnie ustawa projektuje proces udzielania wsparcia nieco inaczej, niż jego realizację przedstawiają klienci banków. Po pierwsze klient składa wniosek i załącza oświadczenia dotyczące jego sytuacji. Po drugie bank sprawdza formalnie czy wszystkie rubryki są właściwie wypełnione i przekazuje wniosek do Banku Gospodarstwa Krajowego. Po trzecie BGK podpisuje z kredytobiorcą umowę o wsparciu, zaś kredytobiorca podobną umowę z bankiem-kredytodawcą po uprzedniej weryfikacji czy zostały spełnione warunki przyznania wsparcia.

      funduszwsparciaustawa1

      A zatem na etapie sporządzania wniosku bank nie powinien w ogóle nic od klienta żądać - poza wnioskiem i oświadczeniami. Dopiero po przyjęciu wniosku przez BGK może następić weryfikacja. Najwyraźniej banki upraszczają proces i już na etapie składania wniosku próbują prześwietlać klientów.    

      PRZYPADEK 2: "MAŁO PAN ZARABIA? A TEN PRZELEW?" Ale nie o to chodzi. Nie podoba mi się, że bank - widząc wniosek złożony przez kredytobiorcę mającego status bezrobotnego, szuka dziury w całym i powodów, by nie wypłacić pieniędzy. Nawet jeśli w jednym czy drugim przypadku wsparcie - mające zresztą zwrotny charakter, tu "prezentem" jest tylko odroczony okres spłaty i brak oprocentowania - trafiłoby do osób, które nie do końca na nie zasłużyły, to być może bankowcy mogliby przymknąć na to oko. Bo to, że ktoś "nie do końca zasłużył" nie oznacza, że nie warto mu pomóc. Jeśli klient jest bezrobotny, wychowuje samotnie dzieci i ma kredyt we frankach, a zgłasza się po nieoprocentowaną pożyczkę (a nie po umorzenie rat, ani kredytu), to czy warto szukać dziury w całym? Zawieszając w próżni to pytanie pędzę już do pana Wojciecha, innego frankowego kredytobiorcy, który przyszedł po wsparcie. Tu też nie jest łatwo.

      "W celu złożenia tego wniosku byłem dotąd w oddziale banku w sumie trzykrotnie, a w tzw. międzyczasie odbyłem z jego pracownikami sześć rozmów telefonicznych. Za każdym razem pracownica udzielała mi sprzecznych informacji na temat tego, jak wypełnić wniosek i jakich informacji oczekują ode mnie bankowcy"

      - skarży się mój czytelnik. Bank Millennium - bo to on udzielił kredytu - najpierw zażądał od niego wyciągów uznań na jego koncie osobistym. Oświadczono, że nie przyjmą "zwykłych" wyciągów z konta. Klient ma się zalogować do swojego banku i wydrukować wyciągi na komputerze w oddziale, w obecności pracowników. Nie ma jak zaufanie do klienta. Bankowcy muszą mieć sporo za uszami, skoro każdego klienta podejrzewają, że będzie pracowicie fałszować wyciągi bankowe, żeby dostać pożyczkę zeroprocentową. Ale nic to. Po kilku dniach od złożenia pełnego wniosku do pana Wojciecha zadzwoniła ta sama osoba z banku i oświadczyła, że analityk bankowy żąda nie tylko wyciągów z honorariami, ale także... wykazu wszystkich operacji na koncie w ostatnim roku. Oczywiście z wydrukiem w oddziale. Tacy są skrupulatni.

      "Przy udzielaniu tego kredytu (tzn. refinansowaniu kredytu z innego banku) w 2008 r. bank praktycznie nie sprawdzał mojej zdolności kredytowej – wystarczyło mu zaświadczenie z poprzedniego banku, że kredyt był tam przez ostatni rok regularnie spłacany. Jasne, to moja „wina”, że się zadłużyłem na 95% wartości nieruchomości, ale z perspektywy czasu mam podejrzenie, że i bankowi bardzo się wtedy opłacało, żeby przy mojej ówczesnej zdolności kredytowej nie pojawił się żaden znak zapytania. Teraz, kiedy stoję „pod ścianą”, zachowują się tak, aby było jeszcze trudniej"

      - pisze pan Wojciech, którego stać na to, żeby regulować na bieżąco dwie trzecie aktualnej raty – czyli mniej więcej tyle, ile wynosiła ona na samym początku spłacania kredytu. Mój czytelnik złożył wniosek na podstawie przesłanki, iż koszty obsługi kredytu przekraczają 60% jego miesięcznych dochodów. Wniosek wydawał mu się formalnością, bo choć jego dochody się wahają, to z wyliczeń wychodziło, że koszt obsługi kredytu to 73% tego, co wpływa do jego domowego budżetu. Rata bez ubezpieczeń to 3115 zł, zaś aktualny dochód netto - 4280 zł. Bank kilkakrotnie żądał uzupełnienia dokumentów. Pan Wojciech oczywiście to zrobił, bo przecież w jego interesie było, żeby wniosek rozpatrzono jak najszybciej. Po dwóch miesiącach przerzucania się papierkami pan Wojciech dostał wiadomość, że... wniosek został zweryfikowany negatywnie, ponieważ klient nie spełnia przesłanki ustawowej do otrzymania wsparcia, tzn. rata stanowi mniej niż 60% jego dochodów.

      Pan Wojciech zażądał pisemnego uzasadnienia negatywnej weryfikacji wniosku, ale dowiedział się, że… nie może go dostać. Przez telefon powiedziano mu natomiast, że wniosek weryfikował „analityk z banku”. A jak weryfikował? Trzymajcie się foteli. Otóż ocenił dochody klienta na podstawie nie średniej wartości przelewów z wynagrodzeniem (chociaż nimi dysponował), ale na podstawie... zaświadczenia z jednego, wybranego miesiąca, w którym tak się złożyło, że klient dostał dwa przelewy z honorariami (w maju, czerwcu i lipcu dostał wypłatę małą, a w sierpniu - dużą). Na tej podstawie "analitykowi bankowemu" wyszło, że dochody pana Wojciecha z pracy są dwa razy wyższe niż w rzeczywistości… „Analityk”, obliczając drugą nóżkę tego ustawowego współczynnika czyli „miesięczne koszty obsługi kredytu”, nie wziął też pod uwagę, że razem z ratą kapitałowo-odsetkową klient płaci bankowi obowiązkowe comiesięczne ubezpieczenia. „Analityk” uznał, że to nie są „koszty obsługi”.

      "Personel Banku Millennium rozmawia ze mną, mówiąc brutalnie, jakbym był idiotą. Muszę tłumaczyć tym ludziom, że białe jest białe, a czarne jest czarne – a oni do mnie mówią, że „takie są procedury”. Do tego parę razy mnie zwyczajnie okłamano – np. pani z placówki mi mówi, że ich procedura wynika z ustawy. No to wyciągam ustawę i proszę o pokazanie gdzie jest ten wymóg, którego spełnienia bank żąda. No i ona wtedy patrzy na mnie wzrokiem tego Grzesia, co opowiadał cioci, że wrzucił list do skrzynki..."

      - pisze pan Wojciech. Żeby było jeszcze zabawniej - w ustawie „o wsparciu kredytobiorców” nie ma zapisanej żadnej ścieżki odwoławczej. Po prostu: ustawodawca nie wyobraził sobie sytuacji, w której kredytobiorca składa uzasadniony, kompletny wniosek o wsparcie, a bank weryfikuje go negatywnie bez uzasadnienia. Nie wiadomo, co w tej sytuacji ma robić kredytobiorca, który ma oczywisty problem ze spłatą kredytu (bo przecież jakby nie miał, to by nie składał wniosku o wsparcie, prawda?). A więc ta rzekomo „ratunkowa” ustawa ma wielką dziurę - możliwa jest sytuacja, w której bank-kredytodawca może utrudnić lub uniemożliwić dostęp do wsparcia nawet w sytuacji, kiedy przesłanki są oczywiste, a kredytobiorca ma nóż na gardle. I nic nie można w tej sprawie zrobić. Ani się odwołać, ani pozwać nikogo do sądu. A bank za sześć miesięcy dostanie zwrot swojej składki do funduszu wsparcia kredytobiorców "ze względu na brak zainteresowania klientów pomocą".

      "I Pan, i inni dziennikarze się dziwowaliście, dlaczego tak mało kredytobiorców korzysta z Funduszu Wsparcia Kredytobiorców. Niektórzy nawet twierdzili, że tak mała liczba wniosków „pomocowych” to jest dowód na to, że nikt żadnej pomocy nie potrzebuje i te kredyty się świetnie spłacają. A co jeśli ludzie, którzy naprawdę desperacko potrzebują tej pomocy, odbijają się od takiej ściany jak ja?"

      - kończy swój pełen rozgoryczenia list pan Wojciech z Krakowa. A ja mam w związku z tym kilka komunikatów. Po pierwsze do Banku Millennium. Dysponuję namiarem na pana Wojciecha, więc gdyby ktoś w banku chciał jednak pokazać lepsze oblicze tej instytucji, to służę wsparciem. Mam też prośbę do El Comendante z Nowogrodzkiej i jego prawej ręki, wicepremiera od wszystkiego. Przestańcie Panowie udawać, że istnieje jakiś Fundusz Wsparcia Kredytobiorców, który załatwia problem osób nie radzących sobie ze spłatą rat. To jest fikcja i albo coś z tym zrobicie, albo będziecie przykładać rękę do tej fikcji. Chciałbym też zaczepić Krzysztofa Pietraszkiewicza, prezesa Związku Banków Polskich, który co drugi dzień opowiada o tym jak branża wspiera klientów. Jest robota do wykonania, Panie Prezesie.  

      Procedura udzielania wsparcia z tego magicznego funduszu - choć, do cholery, to nie jest żadna darowizna, tylko nie oprocentowana pożyczka - jest „nie dla ludzi”, skomplikowana i pełna pułapek. Mam też wrażenie, że ludzie nie korzystają z tego „wsparcia”, bo się obawiają pewnej stygmatyzacji. Nie chodzi tylko o to, że bank - tak jak postraszył członkinię SBB - "zrewanżuje się" za wniosek o wsparcie ponownym prześwietleniem zdolności kredytowej i Bóg wie co z tego wyniknie.

      "W mojej obecności personel przy każdym kolejnym punkcie dokumentów dzwonił do „analityków” i wrzeszczał do słuchawki przez cały oddział: „Czeeeeść, tutaj pan przyszedł prosić o wspaaaaarcie z funduuuuszu, bo maaa probleeem zeeee spłatąąąąąą kredytuuuuu hipotecznegooooo!!!". W czasach, kiedy pracownik banku w zwykłym okienku kasowym nie wymienia głośno wpłacanych albo wypłacanych kwot, tylko zapisuje je na karteczkach – no przyznaję, obezwładniło mnie, ale przede wszystkim: zawstydziło, tak po prostu"

      - opowiadał mi pan Wojciech. Cała ta ustawa i „obsługa” procesu ubiegania się o wsparcie odwołuje się do języka jałmużny („wsparcie”, „potrzebujący”, „trudna sytuacja”. To mogą być właściwe odpowiedzi na pytanie: dlaczego ludzie się po tę pomoc nie pchają? Panie premierze Morawiecki. Jeśli to ma tak wyglądać, to może sobie Pan zwiększać ten fundusz nawet i dziesięciokrotnie. I tak nikt nie będzie z niego korzystał. A nawet jeśli taki śmiałek się znajdzie, to bank - wiedziony nadzieją, że pieniądze włożone do funduszu będzie mógł wkrótce wyjąć - skutecznie takiego delikwenta zniechęci.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (39) Pokaż komentarze do wpisu „Koło ratunkowe czy jakiś żart? Odkrywam kulisy działania funduszu "wsparcia" kredytobiorców ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 15 lutego 2017 09:19
  • wtorek, 14 lutego 2017
    • Polak lubi nowoczesność? Oni sprawdzili jak jest naprawdę na przykładzie... rachunku za prąd

      Od czasu do czasu zapodaję Wam ciekawe dane o Was samych - jak płacicie, jak oszczędzacie i inwestujecie, jak kupujecie i jak się zadłużacie oraz jak pracujecie i wypoczywacie. Dziś kolejna porcja danych - tym razem z przeprowadzonych przez NBP badań wśród posiadaczy kont bankowych (solidna, prawie tysiącosobowa próba). Autorzy badania postanowili się dowiedzieć czy mamy w ogóle konta w banku i jak ich używamy oraz jak opłacamy rachunki domowe. Czego się dowiedzieli? Ano do nieposiadania konta w banku przyznało się 20% badanych. Reszta jakiś ROR ma: albo samodzielnie, albo jako współwłaściciel. Jeśli chodzi o tę jedną piątą "bezROR-owców", to rekrutują się oni głównie z młodzieży (42% osób między 18-tym a 24-tym rokiem życia) oraz z emerytów (43% osób po sześćdziesiątce). Przeciętny bezROR-owiec to singiel z dochodem poniżej 2000 zł miesięcznie (odpowiednio 37% i 46%).

      ROR1

      Połowa posiadaczy kont osobistych twierdzi, że jest to konto darmowe. Mam pewne obawy, że część z nich ma jedynie takie subiektywne odczucie, że za konto nie płaci (bo w niektórych bankach nie jest łatwo spełnić warunki darmowości ROR-u), ale załóżmy, że większość z tych 50% rzeczywiście jest posiadaczami darmowych ROR-ów. To i tak byłby niezły wynik.

      ROR15

      Najczęściej za ROR płacą starsi klienci, którzy od lat mają konto w jednym banku, często w państwowym molochu, który ich nie rozpieszcza, ale daje poczucie bezpieczeństwa. Młodzież, jeśli już ma ROR, to dba o to, by było to konto darmowe. Większy dostęp do darmowego konta jest w dużych miastach (to pewnie kwestia większej "internetowości" mieszkańców).

      ROR3

      ROR4

      ROR5

      Mniej więcej taki sam odsetek osób, który nie ma konta, nie używa też karty debetowej, co oznacza, że jak już ktoś ma ROR, to zwykle bierze z też z banku plastik (choćby do wypłacania kasy z bankomatu, rzadziej do płacenia w sklepach, o czym będzie dalej). Im więcej kasy mamy do wydawania, tym chętniej do jej wypłacania bądź do zakupów bierzemy kartę.

      ROR6

      Trzy czwarte Polaków korzysta z bankowości internetowej (im większy dochód tym chętniej bankujemy online), zaś 28% - z bankowości mobilnej (tu akurat niezależnie od dochodu, a bardziej od wieku).

      ROR7

      ROR8

      NBP przepytał nas też o comiesięczne rachunki. Przeciętnie płacimy 6-7 rachunków rocznie (oczywiście im mniejsze gospodarstwo domowe i im mniejszy dochód, tym comiesięcznych faktur też jest mniej). Jakieś 22% z nas płaci je wciąż na poczcie. W tym oczywiście aż 38% osób po 60-tce.

      ROR9

      ROR10

      Odsetek płacących rachunki na poczcie mniej więcej pokrywa się z odsetkiem osób nie posiadających rachunku w banku. Ale NBP-owcy zapytali nas też w jaki sposób regulujemy jeden, konkretny rachunek - za energię elektryczną. Identyczne badania przeprowadzone w 2009 r. obnażyły naszą "gotówkowość". Otóż tylko 20% płaciło za prąd przelewem, zaś kolejne 6% jakimś zleceniem stałym, poleceniem zapłaty lub innym automatem. Aż 41% z nas szło z tym rachunkiem na pocztę, 20% do punktu obsługi klienta firmy energatycznej, zaś kolejne 11% - wpłacało cash w jakimś innym miejscu, w którym można zapłacić rachunek (bank, pośrednik finansowy).

      A dziś? Już 60% wykonuje płatność do zakładu energetycznego przez internet, 19% idzie na pocztę, zaś kolejne 17% idzie do banku (z gotówką bądź żeby wypełnić polecenie przelewu), do punktu obsługi klienta firmy energetycznej lub do pośrednika (sklep, firma przyjmująca płatności za rachunki). Zmiana w kierunku bezgotówkowości niewątpliwie jest, ale wciąż 36% ludzi traci czas na płacenie rachunków w staroświecki sposób. I to w kraju, w którym 80% ludzi ma konto bankowe, 75% używa bankowości przez internet, zaś więcej niż 25% - przez smartfona.

      ROR11

      ROR12

      ROR13

      No i na koniec jeszcze małe potwierdzenie naszej dużej "gotówkowości" - struktura płatności za zakupy. Otóż do sklepu 63% Polaków chodzi wciąż z gotówką. Co trzeci płaci kartą debetową (co oznacza, że więcej, niż co drugi posiadacz debetówki używa jej wyłącznie przy bankomacie!), a 4% przelewem - prawdopodobnie jest to ta część zakupów internetowych, która nie jest opłacana przy odbiorze.

      ROR14

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Polak lubi nowoczesność? Oni sprawdzili jak jest naprawdę na przykładzie... rachunku za prąd”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 lutego 2017 19:26
    • Nadeszła depozytowa katastrofa. W tych bankach twoje pieniądze już tracą na wartości

      GUS podał, że ceny towarów i usług w skali ostatniego roku - czyli licząc od stycznia do stycznia - wzrosły o 1,8%. To oznacza, że jeśli ktoś rok temu zakopał w ogródku 1000 zł i dziś z powrotem wykopał i włożył do portfela, realnie stracił 18 zł. Część wartości tego tysiączka - w przeliczeniu na koszyk towarów - wyparowała. To sytuacja od dawna niespotykana, bo przez ostatnich kilka lat mieliśmy w Polsce deflację, a więc ceny nie rosły, zaś realna wartość pieniędzy nie spadała. Teraz to się gwałtownie zmieniło (nie mówcie, że Was nie ostrzegałem). Problem mają nie tylko ci, którzy zakopali 1000 zł w ogródku, ale też ci, którzy trzymają kasę w bankach. Na wartości realnie traci wszystko, co do rok temu zostało oprocentowane niżej, niż na 2,2%. Tylko takie lub wyższe odsetki od pieniędzy, zakontraktowane rok temu na stały procent, pozwoliłyby pokryć inflację i podatek Belki (wynosi 19% od zysków z lokaty). Mało który bank płacił tyle za standardowy depozyt (średnie oprocentowanie najlepszych depozytów wynosiło rok temu 2%).

      Czytaj też: Inflacja w Polsce najwyższa od czterech lat! Najnowsze dane GUS

      inflacja2016

      Czytaj też: Podatek bankowy ma już rok. Kto go naprawdę zapłacił? Policzyłem

      Postanowiłem sprawdzić jaka część dziś zakładanych depozytów może przynieść realną stratę przy założeniu, że inflacja utrzymałaby się w okolicach 1,8% przez kolejny rok. Już na starcie trzeba powiedzieć, że z 660 mld zł pieniędzy, które mamy w bankach, jakąkolwiek szansę na utrzymanie realnej wartości będzie miała - przy tych założeniach - mniej, niż połowa. Tylko 291 mld zł stanowią bowiem depozyty terminowe. Reszta to kasa na ROR-ach (w sposób oczywisty tracąca na wartości, bo nieoprocentowana) oraz na kontach oszczędnościowych. Te ostatnie w kilku małych bankach pozwalają wciąż nieźle zarobić (w Orange Finanse 3,5% do 10.000 zł, w BGŻ Optima 2,3% bez limitu, w Deutsche Banku - 2,55% do 100.000 zł, w Banku Millennium 2,5% do 100.000 zł), ale po pierwsze promocyjny procent obowiązuje tylko przez trzy-cztery miesiące, po drugie jest to oferta dla nowych klientów lub nowych środków, a po trzecie w największych bankach oprocentowanie kont oszczędnościowych jest znacznie niższe, niż w małych bankach-challengerach.

      W PKO BP dla podstawowego konta oszczędnościowego jest to 0,5% i jeszcze trzeba płacić 1 zł miesięcznie za prowadzenie rachunku (co oznacza, że przy 1000 zł salda realnie zarabia się tylko 0,38%). W Banku Pekao standardowe oprocentowanie konta "Dobry Zysk" dla kwot poniżej 100.000 zł wynosi jedynie 0,2% w skali roku. W BZ WBK jest Konto Max Oszczędnościowe, które płaci 0,5% w skali roku (chyba, że mamy więcej, niż 100.000 zł, to 0,76%). W mBanku na koncie oszczędnościowym eMax Plus mając do 50.000 zł można zarobić 0,5%, zaś przy większych saldach - od 0,65% w skali roku do 1%. Bank Millennium ostatnio uruchomił Konto Oszczędnościowe Profit, na którym przez pierwsze trzy miesiące można zarobić 2,5%, jednak to promocja dla nowych środków. Standardowe oprocentowanie w Banku Millennium to 0,6% (przy dużych kwotach 0,7-1,1%). W ING Banku jest 2% przez cztery miesiące, a później oprocentowanie spada do 0,7%. To jest, nie bójmy się tego słowa, nędza.   Jeśli ze 100 mld zł, które trzymamy na kontach oszczędnościowych, choćby 20 mld zł da zysk większy, niż 2,2 % (czyli z szansą na realny wzrost wartości pieniądza), to będzie dobrze.

      Czytaj też: Uwaga, idą duże zmiany dla naszych oszczędności! Jak się przygotować?

      No dobra, może chociaż w depozytach jest lepiej? Z danych KNF wynika, że 75% rynku depozytów kontroluje tylko 10 największych banków, zaś z moich obliczeń (opartych na cyferkach ze sprawozdań banków) wychodzi, że tylko cztery największe banki kontrolują co najmniej 44% naszych oszczędności. Są to oczywiście PKO BP (ok. 18% rynku), Bank Pekao (ok. 11%), BZ WBK (ok. 8%) oraz mBank (ok. 7%). Prawdopodobnie na piątym miejscu znalazłby się Bank Millennium albo ING (oba banki nie dorównują skalą działalności "wielkiej czwórce", ale oba mają bardzo silną "nogę" depozytową. Jedno jest pewne - niemal połowa naszych oszczędności jest w czterech największych, najbardziej wiarygodnych (zdaniem wielu) bankach. Skoro - jak już ustaliliśmy - 270 mld zł "zaparkowane" na ROR-ach realnie traci na wartości, jak również dzieje się tak z lwią częścią pieniędzy na kontach oszczędnościowych, to może chociaż ta połowa depozytów, którą mamy w największych bankach, da radę utrzymać realną wartość naszych oszczędności?

      konkurencja_w_bankach

      PKO BP zachwala lokaty mobilne, które dają "nawet 1,75% w skali roku". Jeszcze kilka miesięcy temu - gdy był to czysty zysk, pomniejszony co najwyżej o podatek Belki, to nie byłby zły pomysł. Ale dziś ta, najlepsza w ofercie banku, lokata nie pokrywa nawet inflacji. Standardowa, internetowa lokata 12-miesięczna w PKO BP płaci - w zależności od salda - tylko 1,1-1,3%. Nieco więcej można wycisnąć z przywróconego ostatnio do macierzy "żubra" - Bank Pekao płaci za lokatę roczną zakładaną przez internet 1,55%. W BZ WBK można założyć Lokatę Mobilną i zarobić 2,5%, ale oprocentowanie będzie tak wysokie tylko przez cztery miesiące (i tylko do 20.000 zł). Standardowy depozyt w BZ WBK - jeśli założymy go przez internet - ma oprocentowanie 1% i jest rolowany co miesiąc (bez gwarancji, że w następnym miesiącu oprocentowanie będzie takie samo). Można też wziąć depozyt od razu na rok, ale wtedy odsetki wyniosą tylko 0,5%. mBank daje po oczach lokatą na 3,5%, ale tylko dla nowych klientów i tylko na trzy miesiące. Dotychczasowym klientom mBank zapłaci 1,7% za nowe środki i można wybrać jeden z trzech terminów, z których najdłuższy wynosi dziewięć miesięcy. W Banku Millennium lokata Millenet o rocznym terminie jest wyceniona na 1,1%. ING za identyczną zapłaci 1%

      Czytaj też: Konkurencja między bankami coraz mniejsza, a ich zyski... coraz większe

      Wychodzi więc na to, że nie tylko 270 mld zł na ROR-ach straci w najbliższych miesiącach realnie na wartości. I nie tylko - ostrożnie licząc - 80 mld zł ze 100 mld zł, które trzymamy na kontach oszczędnościowych ma wielkie szanse na podobny los. Także okrągłe 100% z połowy pieniędzy na depozytach terminowych, które przechowujemy w największych bankach (czyli, lekko licząc, 135 mld zł) również prawdopodobnie będzie warte mniej, niż dziś, gdy dostaniemy te pieniądze z powrotem. Poza moimi rachunkami pozostaje 155 mld zł depozytów, które trzymamy gdzie indziej, niż w skarbcach największych banków. Być może część z nich zostanie zakontraktowana na oprocentowanie 2,2% lub wyższe, ale... to niełatwe. Nawet BGŻ Optima, który przeważnie na tle konkurencji ma uczciwe stawki, płaci za depozyt 2% w skali roku.

      Czytaj też: Jak spać spokojnie i wyciskać z oszczędności trzy razy tyle, co w banku?

      Bardzo optymistycznie zakładam, że połowa pieniędzy trzymanych poza największymi bankami zdoła się uratować przed zębem inflacji. W skali wszystkich naszych pieniędzy trzymanych w bankach byłoby to nie więcej, niż 10%. Dla większości z nas zakładanie dziś nowego depozytu oznacza walkę o jak najmniejszą realną stratę, a nie o realny zysk. Niestety, takie czasy... Gdyby chociaż ktoś pomyślał o zdjęciu na jakiś czas jarzma podatku Belki... Na to się nie zanosi. A bankowcy będą z tej sytuacji czerpać pełnymi garściami, proponując nam rzeczy, które tylko przypominają depozyty, ale za to pięknie się świecą. O tych świecidełkach niedawno było w blogu, zapraszam do lektury ku przestrodze.

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy stażem bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym, a także Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Nadeszła depozytowa katastrofa. W tych bankach twoje pieniądze już tracą na wartości”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 lutego 2017 09:06
  • poniedziałek, 13 lutego 2017
    • Bank chciał być sprytny i zamienił ubezpieczenie na prowizję. Klienci poszli do sądu i... wygrali!

      Choć najbardziej spektakularne - bo i o najwyższą stawkę - spory sądowe posiadaczy kredytów hipotecznych z bankami dotyczą odwalutowania kredytów frankowych lub wręcz unieważnienia tych umów, to sporo dzieje się też na froncie walki o delegalizację ubezpieczenia niskiego wkładu własnego. Przypomnę pokrótce, że w przeszłości banki dokładały je klientom, którzy nie mieli udziału własnego, który pokryłby przynajmniej 20% wartości kupowanego mieszkania. Składka miała rekompensować wyższe ryzyko banku, tłumaczono, że bez tego kredyt w ogóle nie mógłby być udzielony. Płacił ją klient, ale ubezpieczonym i uposażonym był bank (to on dostawał pieniądze w wysokości 20% kredytu, gdy klient przestawał spłacać raty).

      Czytaj też: Płacisz składki, a w zamian dostajesz figę. Kant? Klienci wygrywają w sądach!

      Wielu klientom banki wciąż naliczają składki za to ubezpieczenie, choć zapadły już wyroki (o ile mi wiadomo dość liczne), z których wynika, iż... nie jest to żadne ubezpieczenie (bo w zamian za składkę klient nic nie dostaje, zaś ubezpieczenie jest umową wzajemną). Bankowcy jednak tanio skóry nie sprzedają. Część z nich spisała z klientami aneksy do umów, z których wynika, że klienci mają płacić w kolejnych turach "opłatę z tytułu zwrotu kosztów ubezpieczenia" lub "prowizję". Według bankowych prawników to miało ratować im skórę, bo skoro płacone przez klientów pieniądze nie są nazwane składką ubezpieczeniową, to i nie trzeba się obawiać, że interes zostanie zdelegalizowany z powodu "braku wzajemności świadczeń". Bankowcy, proponując klientom zamianę ubezpieczenia na opłatę lub prowizję kusili rabatami, by klientom opłacało się podpisać aneks. Zamieniając składkę na prowizję można było zaoszczędzić kilkaset złotych z kilkutysięcznej płatności.

      Czytaj też: Nie do wiary! Bank prawomocnie przegrał sprawę o UNWW i... nic!

      Takie pieniądze piechotą nie chodzą, choć zawsze namawiałem kredytobiorców stających przed wyborem "składka czy prowizja" do ostrożności, przewidując iż wybór prowizji może utrudnić im ewentualny zwrot pieniędzy z tytułu ubezpieczenia niskiego wkładu. Okazuje się, że martwiłem się niesłusznie. Od jednej z kancelarii prawniczych - a dokładniej od mec. Urszuli Darkowskiej z kancelarii GWW - dowiedziałem się właśnie, że jej klienci wygrali w sądzie proces o zwrot pieniędzy z tytułu zabezpieczenia niskiego wkładu mimo, iż ich "składka" przestała być "składką", a została zamieniona na prowizję. Niestety, nie mam jeszcze w ręku uzasadnienia tego wyroku (zresztą nieprawomocnego), gdyż zapadł ledwie kilka dni temu (31 stycznia 2017 r.). Opieram się jedynie na notatkach prawniczki reprezentującej klientów, poczynionych w trakcie ustnego ogłaszania wyroku. Gdy tylko otrzymam uzasadnienie - zamieszczęę skan i omówię dokładniej argumentację sądu.

      Dziś napiszę tylko tyle, że sprawa rozgrywała się w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Mokotowa i dotyczyła klientów hipotecznych Banku Millennium. Nie wiem jakie pieniądze były na stole (typowe roszczenia w tego typu sprawach to kilkanaście tysięcy złotych), ale nie to jest najważniejsze. Według dokumentacji mec. Darkowskiej sąd uznał, że postanowienia umów kredytowych Banku Millennium mówiące o prowizji z tytułu występowania niskiego wkładu własnego "rażąco naruszają interesy konsumenta" i jako niedozwolone postanowienia umowne nie wiążą go. W związku z tym sąd orzekł, że Bank Millennium powinien zwrócić pobrane od klientów prowizje. Na jakiej podstawie sąd orzekł abuzywność prowizji? Ano jego zdaniem niedopuszczalna jest sytuacja, w której konsument płaci prowizję, ale nie ma pewności na co bank ją przeznacza i czy w ogóle służy ona niwelowaniu ryzyka, czy też jest po prostu dodatkowym zarobkiem banku.

      Prawdopodobnie o wyniku procesu zaważyło drobne niedopatrzenie prawników banku. O ile w umowach kredytowych, w których była mowa o "opłacie" znajdowały się zapisy mówiące o pokrywaniu za te pieniądze kosztu ubezpieczenia niskiego wkładu (które bank sam sobie wykupi na własny rachunek), o tyle postanowienia aneksów mówiących o dodatkowej prowizji nie były wystarczająco precyzyjne. Nie wspominały bowiem na co bank przeznacza prowizję. I tu jest pies pogrzebany. Jeśli bank pobiera prowizję, to powinien sprecyzować na co dokładnie idzie, jaki jest jej tytuł. Dopóki nie mam w ręku pisemnego uzasadnienia wyroku trudno mi ocenić na ile argumentacja sądu jest solidna, bo dopiero w uzasadnieniu wyroku znajdzie się rozbiór na części pierwsze treści spornej klauzuli. A tu znaczenie może mieć każdy przecinek. I wciąż nie można wykluczyć, że Sąd Rejonowy zapędził się w prokonsumenckim czytaniu zapisów aneksu do umowy.

      Dziś jednak fakt jest taki, że mamy pierwszy - nieprawomocny - wyrok, na podstawie którego "wygumkowana" zostanie nie tylko składka ubezpieczenia niskiego wkładu własnego, ale i podobny zapis o prowizji, na którą owa składka została zamieniona. Jakkolwiek na pewno za wcześnie jeszcze, by mówić o przełomie (wcześniej kilka tego typu spraw bank wygrał), ale z pewnością prawnicy Banku Millennium od 31 stycznia nie mogą już spać tak spokojnie, jak do tej pory.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Bank chciał być sprytny i zamienił ubezpieczenie na prowizję. Klienci poszli do sądu i... wygrali! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 lutego 2017 09:02
  • piątek, 10 lutego 2017
    • Słowa prezesa o frankach warte ponad 5 mld zł! Co teraz? Dwa pytania i trzy scenariusze

      Prezes Polski Jarosław Kaczyński pozbawił dziś resztek złudzeń tych, którzy liczyli na spełnienie obietnic wyborczych prezydenta Andrzeja Dudy oraz PiS. Zarówno ówczesny kandydat na prezydenta, jak i kandydatka na premiera Beata Szydło obiecywali, że pomogą frankowiczom przewalutować ich kredyty. Już wtedy pisałem, że jest to obiecywanie gruszek na wierzbie, bo nie istnieje proste i tanie rozwiązanie problemu kredytów frankowych. Bez względu na to, czy sumę strat na różnicach kursowych podliczymy na 20 mld zł, czy na 40 mld zł, czy też na 60 mld zł (szacunki są bardzo rozbieżne ze względu na to, że połowa tych kredytów nie była finansowana frankami tylko instrumentami pochodnymi), to i tak są to ogromne pieniądze. Mogą one - jeśli przeznaczy się je na wzrost akcji kredytowej - pomóc władzy napędzić gospodarkę i znów wygrać wybory. Jarosław Kaczyński o tym wie i zapewne dlatego w wywiadzie dla Polskiego Radia powiedział to:

      "Myślę, że (frankowicze) powinni wziąć sprawy we własne ręce i zacząć walczyć w sądach. Nie dlatego, żeby nie ufać prezydentowi czy rządowi, tylko dlatego, że prezydent i rząd są w sytuacji, która jest zdeterminowana w wielkiej mierze uwarunkowaniami ekonomicznymi. (...). Rząd nie może podejmować działań, które doprowadzą do zachwiania systemu bankowego. To byłby straszny cios we wszystkich obywateli, także tych, którzy mają kredyty we frankach. I tego w żadnym wypadku odpowiedzialny rząd nie może zrobić. Natomiast w procesach będzie można odzyskać różnego rodzaju rekompensaty. To z różnych względów będzie nieporównanie łatwiejsze także dla międzynarodowego świata finansowego. Z tym też musimy się liczyć. Taki dzisiaj jest świat"

      SŁOWA PREZESA WARTE 5,2 MLD ZŁ. Fakt, że prezes Polski zrozumiał, że to pieniądz rządzi światem, rynek finansowy odczytał bardzo pozytywnie. Kursy banków wystrzeliły w górę jak z katapulty. W chwili, gdy piszę te słowa, najbardziej "zapakowane" w kredyty frankowe banki - czyli Getin oraz Bank Millennium - zyskiwały na wartości po 11-12%. Inne duże banki mające sporo kredytów frankowych - czyli mBank i BZ WBK - zyskiwały po 4%, a PKO BP - prawie 3%. Łącznie inwestorzy "wycenili" wartość tych kilku zdań wypowiedzianych przez El Comendante na, bagatela... 5,2 mld zł. O tyle wzrosła rynkowa wartość banków po tym, jak Naczelnik Państwa odesłał frankowiczów do sądów. Rynek już zresztą od dłuższego czasu dyskontuje łagodniejącą postawę rządzących wobec banków. Z jednej strony podatek bankowy okazał się nie taki straszny (zresztą w ponad połowie banki przerzuciły jego koszty na klientów), z drugiej strony rząd nie pozwoli skrzywdzić branży finansowej frankami. Efekt? W ciągu trzech ostatnich miesięcy rynkowa wycena branży bankowej zwiększyła się o 30%, co oznacza wzrost wartości rynkowej banków o 40-45 mld zł.

      WIGBANKI3LATA2017

      CZY PAŃSTWO PIS POWINNO DOPŁACIĆ DO FRANKÓW? Trudno być szczególnie zaskoczonym, że tak się kończy bajka o ustawowym przewalutowaniu kredytów. Widać było, że w tę stronę to idzie po kolejnych pomysłach prezydenta (to on głównie zajmował się przygotowywaniem kolejnych wariantów ustaw dla frankowiczów). Ale dopiero głos najważniejszego El Comendante ostatecznie zamyka sprawę. Nie dziwię się, że frankowicze są rozgoryczeni. Co by nie mówić, kredytobiorców złotowych poprzednie rządy wspierały dotacjami dość obficie. A teraz podobno jest Prawo i Sprawiedliwość. Kiedyś oszacowałem łączną wartość wsparcia z ulg podatkowych, programów "Rodzina na Swoim" oraz "Mieszkanie dla Młodych" i innych dopłat na jakieś 14-15 mld zł. Z drugiej strony niektórzy szacują, że mniej więcej tyle samo kosztowałby sektor bankowy (w niekorzystnym wariancie) zwrot spreadów pobranych przy wypłacie kredytów frankowych i przy spłacie rat. Tyle, że proponowana przez prezydenta ustawa nawet tego nie gwarantuje. Ona mówi o zwrocie tylko części spreadów i tylko za pewien okres (przed wejściem w życie ustawy antyspreadowej).

      Czytaj: Frankowicze pytają ile państwo dopłaciło do kredytów złotowych? Policzyłem

      Czytaj też: Zero haraczu, czyli co wściekli frankowicze mogą zrobić bankom? Liczę!

      CZY PRZEDAWNIENIE "ROZWIĄŻE" PROBLEM FRANKOWICZÓW? Co dalej? Koniec marzeń o ustawowym odwalutowaniu to nie koniec frankowej batalii, choć oczywiście z miesiąca na miesiąc sytuacja tych, którzy chcieliby cokolwiek od banków odzyskać, gdyż czują się oszukani, będzie trudniejsze. Wszystko przez przedawnienie roszczeń, które w Polsce wynosi dla zobowiązań kredytowych 10 lat i właśnie zaczyna dotykać pierwszych umów z tzw. frankowego boomu. Kto ma kredyt z lat 2003-2006 już wpadł w przedawnienie, w tym roku czerwoną linię przekroczą kredyty z 2007 r. Niektórzy prawnicy twierdzą, że po wejściu w okres przedawnienia nie będzie można podważyć umowy, ale chyba jest to mylnie sformułowany komunikat, który ma zmobilizować frankowiczów do skorzystania z usług prawników i płacenia im pieniędzy. Raczej jest tak, że stopniowo przedawniają się roszczenia związane z zapłatą poszczególnych rat, co zmniejsza "bazę" roszczeń (bo np. największe uderzenie spreadem banku serwowały klientom już przy wypłacie kredytu), ale ich całkiem nie anihiluje.

      Czytaj też: Przykry skutek planu prezydenta? Wytrąci frankowiczom broń z ręki?

      SCENARIUSZ 1: CO BĘDZIE Z USTAWĄ PREZYDENTA? W ciągu kilku miesięcy okaże się czy będzie wspomniany przeze mnie przed chwilą częściowy zwrot spreadów ustawą prezydencką. Jest ona pełna niedociągnięć, ale niewykluczone, że posłowie będą zdeterminowani, by doprowadzić ją do "stanu używalności" i przegłosować. Są dwie okoliczności, które mogą unieważnić projekt prezydencki. Pierwsza to ewentualne działania tej części frankowiczów, którzy są już na wojnie z bankami. Część z nich twierdzi, że wprowadzane w ustawie definicje kredytów walutowych oraz sam fakt uregulowania zwrotu spreadów zmniejsza ich szanse w sądach na zwycięstwa znacznie bardziej spektakularne. Druga okoliczność to wprowadzenie przez banki ewentualnych dobrowolnych rozwiązań zakładających przewalutowanie kredytu po preferencyjnym kursie w zamian za jakąś dopłatę ze strony klienta. Być może posłowie to zobaczą i machną ręką na ustawę albo będą przedłużać prace nad nią w nieskończoność. Brak ustawy może być dobry dla aktywnej części frankowiczów i zły dla tych, którzy nie zamierzali wykonać żadnego ruchu i dostaliby po prostu "prezent" w postaci części nadpłaconych spreadów

      Czytaj też: Prezydent skapitulował w sprawie franków. To ustawa czy pomyłka?

      SCENARIUSZ 2: CO OSIĄGNIE KOMITET STABILNOŚCI FINANSOWEJ? Nie mam wielkiej wiary w to, że wyższe wymogi kapitałowe szykowane dla "frankowych" banków spowodują jakiś cudowny wzrost chęci bankowców do przewalutowania klientom kredytów. Nie ma takich wymogów kapitałowych, które mogłyby sprawić, by bankom opłaciło się wziąć na klatę cały koszt różnic kursowych. Jestem za to dość mocno przekonany, że Komitet Stabilności Finansowej będzie w stanie skłonić banki do przedstawienia oferty "współpłacenia", która może być korzystna dla tych frankowiczów, którzy mają nadwyżki finansowe. Może to być oferta z gatunku "nadpłać kredyt, a kolejną jego część ci umorzymy albo przewalutujemy po preferencyjnym kursie". W najbliższych tygodniach i miesiącach przekonamy się czy polubowna ścieżka wyjścia z frankowej matni w ogóle jest realna i czy istnieją rozwiązania akceptowalne dla banków oraz dla dużej części frankowiczów.

      Czytaj też: Czy Duda uczyni "dobrowolne" cuda? Na co mogą liczyć frankowicze?

      Czytaj też: Wszyscy chcą swatać banki z frankowiczami? Oto możliwe scenariusze

      SCENARIUSZ 3: CO POSTANOWI SĄD NAJWYŻSZY? Wszyscy doskonale wiemy, że jeśli nie zdarzy się coś przełomowego w sądach, to nie będzie masowego runu frankowiczów na wokandę. Przygniatająca większość frankowiczów grzecznie spłaca raty - zresztą większość z tej większości jest na tyle dobrze sytuowana finansowo, że dopóki frank nie będzie po 7 zł to koszty spłacania kredytów nie zabiją ich domowego budżetu - i czeka na cud. Jeśli tym cudem nie będzie ustawa, ani program dobrowolnych przewalutowań proponowany przez banki, to zostaje trzecia opcja - Cud... tfu, Sąd Najwyższy.

      Czytaj też: Omówienia precedensowych wyroków frankowych z ostatnich miesięcy

      Czytaj: Głupia sytuacja? Gdy chcesz zwrotu części rat, a sąd chętnie zwróciłby je całe

      W tym roku najpewniej zapadną pierwsze orzeczenia Sądu Najwyższego w sprawach frankowych wygranych przez klientów w pierwszej instancji (zakładam, że większość wyroków utrzyma się też w drugiej instancji). Gdyby Sąd Najwyższy wydał orzeczenie miażdżące dla banków, to być może odsetek frankowiczów walczących w sądach grupowo i indywidualnie skoczyłby z kilku procent do 15-20%. Ogląd sprawy wyrażony przez Najwyższego będzie nie mniej ważny, niż ogląd wyrażony przez Najważniejszego w Polskim Radiu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Słowa prezesa o frankach warte ponad 5 mld zł! Co teraz? Dwa pytania i trzy scenariusze”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 10 lutego 2017 13:43
    • W co gra ten bank? Czy właściwie poinformował o podwyżkach prowizji? Plan gry w trzech punktach

      Systemy opłat za ROR-y w polskich bankach wymuszają na klientach aktywność (nie płacisz prowizji tylko wtedy, gdy używasz). I zarazem prowokują sytuacje, w których bank po długim czasie "przypomina sobie", że dany klient ma puste konto i zadłużenie z tytułu opłat - niekiedy wysokich - za jego prowadzenie. Klient zwykle totalnie się wkurza, bo uważa, iż bank celowo naciąga go na prowizje. Bank z reguły próbuje udowadniać, że zrobił wszystko, by właściwie powiadomić klienta o narastaniu opłat, a nie udało mu się wyłącznie z winy samego klienta, który nie pozwolił się poinformować. Sprawa jest śliska, bo prawo mówi, że klient powinien być informowany o wszelkich zmianach na "trwałym nośniku". Niedawno europejski sąd orzekł, że takim "trwałym nośnikiem" jest e-mail, ale już nie jest nim informacja powieszona w systemie transakcyjnym banku, w panelu klienta, do którego może on zalogować się przez internet. Więcej o tym wyroku pisali moi koledzy z Cashless.pl.

      Zaś 9 lutego 2017 r. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów poinformował, iż prowadzi postępowania przeciwko 18 bankom, w których sprawdza procedury informowania klientów o zmianie warunków umów finansowych. Sześć banków znalazło się pod lupą UOKiK jeszcze pod koniec 2015 r. (Credit Agricole, Alior, Bank Millennium, BZ WBK, ING Bank Śląski i Pekao), a kolejnych dwanaście - od sierpnia do grudnia w 2016 r. (BGŻ BNP Paribas, Citibank Handlowy, BOŚ, Bank BPH, Deutsche Bank, EuroBank, Getin Noble Bank, Idea Bank, mBank, PKO BP, Plus Bank, Raiffeisen Bank). W zasadzie UOKiK śledzi w tej sprawie wszystkie największe banki w Polsce. Zarzuty UOKiK dotyczą, jak czytam w informacji na ten temat, "informowania konsumentów o zmianach w umowach przez wewnętrzny system bankowości elektronicznej". Urzędnicy podejrzewają, że jest to niezgodne z prawem, bowiem taki komunikat w bankowości elektronicznej bank może w każdej chwili zmodyfikować. A jeśli coś można bez wiedzy klienta modyfikować, to trudno uznać to za "trwały nośnik".

      Raz na jakiś czas afery na tle informowania klientów o zmianach prowizji wybuchają w okolicach Alior Banku, który ma jedną z najbardziej agresywnych strategii wobec klientów: najpierw daje dużo za darmo, a potem wprowadza dość wysokie wymagania dla klientów, którzy chcą utrzymać bezpłatność kont i kart. Za każdym razem ofiarą padają posiadacze "martwych" kont, którzy kiedyś dali się naciągnąć na darmoszkę, ale stałymi klientami banku nie zostali. Tym razem piszą do mnie klienci nie samego Aliora, lecz instytucji o wdzięcznej nazwie T-Mobile Usługi Bankowe, która jest zarządzana przez Alior Bank (i jeszcze kilka lat temu występowała pod marką Alior Sync). Część klientów T-Mobile Usługi Bankowe to jeszcze "starzy" klienci Synca, z których duża część już nawet nie pamięta, że miała w czymś takim rachunek. Ostatnio się o tym dowiadują i to w dość kontrowersyjnych okolicznościach.

      "Dostałem e-mailem wiadomość od windykatora informującą o moim kilkuletnim zadłużeniu na ponad 150 zł, wynikającym z pobierania przez bank opłat za użytkowanie przeze mnie karty debetowej do konta w T-Mobile Usługi Bankowe! Przez cały ten czas nikt nie raczył się skontaktować się ze mną ani telefonicznie, ani SMS-em, ani listem poleconym. Nie informowano mnie o jakiejkolwiek zmianie w taryfie opłat i prowizji. Do kancelarii windykacyjnej nie sposób się dodzwonić, a w infolinii klientów wita komunikat, żeby w sprawie pisma od windykatora nie dzwonić do banku tylko do firmy windykacyjnej"

      Sprawa musi być rzeczywiście masowa, bo ja dostałem o niej sygnały od kilku czytelników, zaś umieszczenie przez bank T-Mobile - w ramach powitalnych komunikatów na infolinii - wiadomości dla nieszczęśników windykowanych przez zewnętrzną kancelarię też świadczy o skali operacji. Pytanie brzmi: czy bank ma prawo żądać pieniędzy w ramach zaległych opłat? Są co najmniej dwie wątpliwości. Po pierwsze nie jest pewne czy klienci byli właściwie informowani o zmianach opłat. To zależy od tego na jaki sposób informowania się z bankiem umówili w regulaminie prowadzenia kont. O ile pamiętam Sync (a potem T-Mobile) podsuwał nowym klientom tzw. umowę ramową z zakresie elektronicznych oświadczeń woli. A tam znajdowała się informacja, że o wszelkich zmianach w warunkach prowadzenia kont klienci będą informowani "za pośrednictwem kanałów elektronicznych".

      Najpewniej bank, żądając od klientów zaległych opłat, wykorzystuje właśnie ten zapis. Niektórzy klienci twierdzą, że otrzymali na infolinii informację, iż bank powiadomił ich o zmianach zasad prowadzenia kont w... serwisie bankowości elektronicznej. Inni - ci, którzy podali bankowi swojego e-maila - dowiedzieli się, że bank wysłał im informacje właśnie drogą e-mailową. Zarówno e-mail jak i wiadomość umieszczona w bankowości elektronicznej to "kanały elektroniczne". Jest jednak drobne "ale...". Otóż bank, decydując się na ten sposób komunikacji musi udowodnić, że skutecznie dostarczył klientowi wiadomość o zmianach w taryfie opłat. A więc: że klient otworzył e-maila (banki zwykle żądają od serwerów pocztowych potwierdzenia otwarcia e-maila przez klienta) lub że otworzył komunikat w systemie transakcyjnym (to można ustalić na podstawi tzw. logów).

      I to - niezależnie od wątpliwości UOKiK-u - jest punkt zaczepienia dla każdego, kto dostanie wezwanie od windykatora wysłanego przez T-Mobile Usługi Bankowe vel Alior Sync. Piszemy do kancelarii windykacyjnej - i wysyłamy pocztą poleconą za potwierdzeniem odbioru na papierowej "zwrotce" - uprzejme pismo z żądaniem przedstawienia dowodów na to, iż zostaliśmy skutecznie poinformowani o zmianach w taryfie opłat i prowizji. Jeśli bank komunikował się z klientami elektronicznie, to musi się wylegitymować dowodem na to, iż komunikacja ta była elementarnie skuteczna (tak samo, jak samo wysłanie listu zwykłego do klienta nie świadczy jeszcze o tym, że został skutecznie poinformowany o zmianach w jego relacjach z bankiem). Mec. Bartosz Wójcik, prawnik specjalizujący się w tematyce konsumenckiej, zwrócił mi kiedyś uwagę na jeszcze inny aspekt tego typu sporów:

      "Warunkiem skuteczności takiego e-doręczenia jest uprzednie udzielenie na to wyraźniej i pisemnej zgody przez klienta i wskazanie adresu e-mail. Uważam, że uzgodnienie takie nie może być "przemycone" w obszernym wzorcu (regulaminie), lecz powinno być wyraźnie wyeksponowane - np. w formie osobnego oświadczenia (z punktu widzenia banku najlepiej by określić to mianem wniosku), które klient podpisuje (inaczej "zderzymy się" z regulacją z art. 385 kodeksu cywilnego, który mówi o braku związania wzorcem w sytuacji, gdy jest on niekorzystny, a nie był indywidualnie uzgodniony)".

      Warto umieć odnaleźć dokumentację dostarczoną nam przez bank przy otwieraniu konta i znaleźć tam fragment o elektronicznych powiadomieniach, a następnie jeszcze ocenić go pod względem prawnym (czy na pewno zgoda na e-powiadomienia była wyrażona wystarczająco wyraźnie). Trzeci punkt zaczepienia dotyczy kwestii karty debetowej, która w większości przypadków jest "przedmiotem" prowizji. T-Mobile prawdopodobnie nie nalicza oplat za nie używane konto, lecz za nie używanie wydanej do tego konta karty. A więc - jeśli takiej karty nie odebraliśmy - możemy żądać od kancelarii windykacyjnej również wykazania, że bank dostarczył nam plastik i że go aktywowaliśmy (choć jeśli chodzi o aktywację to bank może się wykpić - widziałem w niektórych regulaminach kartowych dziwaczne zapisy, że bank ma prawo pobierać opłaty za nieaktywowaną kartę).

      Tego rodzaju poczynania banków obliczone są na zastraszenie klientów. Bank wynajął zewnętrzną kancelarię windykacyjną głównie z tego względu, że większość z nas poci się widząc pismo od windykatora. Wyobraźnia nam zaczyna pracować, wyobrażamy sobie od razu komornika, który wynosi nam z domu telewizor. I grzecznie spłacamy dług niezależnie od tego czy został udowodniony ponad wszelką wątpliwość, czy też nie. Tymczasem w bankach często panuje bałagan. Zwłaszcza w takich, które co chwilę jakiś inny bank przejmują, łączą, zmieniają nazwy, zarządzają portfelem kilkudziesięciu odmian rachunków, mają kilka milionów klientów. Czasem wystarczy, że klient zasygnalizuje bankowi - poprzez merytoryczny kontakt z kancelarią windykacyjną - że nie jest ostatnim frajerem, który będzie się dawał "golić", a bank machnie ręką, skupiając się na łapaniu frajerów. To tak jak z drogówką: też nie ustawiają się na najbardziej niebezpiecznym odcinku drogi, lecz zwykle stoją przy trzypasmówce prostej jak drut ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „W co gra ten bank? Czy właściwie poinformował o podwyżkach prowizji? Plan gry w trzech punktach”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 10 lutego 2017 09:23

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line