Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 17 kwietnia 2017
  • sobota, 15 kwietnia 2017
  • piątek, 14 kwietnia 2017
    • Idzie nowe! Bank już nie sprzeda mieszkania za półdarmo, a wniosek rozpatrzy błyskiem

      Kredyt hipoteczny to jeden z tych produktów bankowych, które powinny być bardzo dobrze regulowane. Wartość umowy dla większości z nas jest kosmiczna, zaś potencjał wpadnięcia w pętlę zadłużenia - relatywnie duży. Nikt nie wie jak będzie wyglądała jego sytuacja finansowa za kilkanaście lat, a zobowiązanie do spłaty rat trzeba nieść. Dlatego banki powinny - z własnej woli lub przymuszone prawem - oferować takie kredyty hipoteczne, które w pewnym stopniu dają poczucie bezpieczeństwa klientom.

      Sejm przyjął właśnie, zaś prezydent podpisał kolejną z takich regulacji - Ustawę o kredycie hipotecznym. Wcześniej była delegalizacja bankowego tytułu egzekucyjnego (czyli możliwości uproszczonej egzekucji długów bankowych), nowa ustawa o upadłości konsumenckiej (ułatwiająca wyjście z pętli długów osobom w tarapatach) oraz regulacje Komisji Nadzoru Finansowego ograniczające dokładania "lewych" ubezpieczeń do kredytów. Jakie nowe "bezpieczniki" dostaną teraz - a raczej latem, bo są trzy miesiące vacatio legis - osoby, które będą chciały zaciągnąć kredyt hipoteczny?

      ------------------------- Poniżej obszerne fregmenty tekstu ---------------------------

      Caly przeczytaj na stronie www.subiektywnieofinansach.pl.  Tutaj jest link do tekstu

      Nie spłacasz rat? Obowiązkowe negocjacje i pół roku na sprzedaż mieszkania. Dobrą zmianą – aczkolwiek w dużej części kopiującą poprawki do Prawa bankowego, które nastąpiły przy okazji likwidacji BTE – jest uniemożliwienie bankom błyskawicznego zajęcia i sprzedaży nieruchomości w przypadku kłopotów klienta ze spłatą rat. Kilka lat temu opisywałem dramaty klientów, którzy np. tracili mieszkanie, bo bank wypowiedział im kredyt z powodu 16-dniowej zaległości. Albo zapisy w umowach kredytowych, że w przypadku nie spłacenia w całości dwóch rat (czyli wystarczy groszowa zaległość) klient zgadza się na błyskawiczną windykację. To była masakra i zaproszenie do przejmowania mieszkań za grosze.

      Czytaj też: Ktoś zapomniał wpisać zastaw do papierów i pan Piotr stracił prawie cały majątek

      Bez kajdanek i pistoletu. Teraz ma być tak: w przypadku opóźnień w spłacie kredytobiorca ma prawo wystąpić z wnioskiem o restrukturyzację kredytu. Bank musi mu „coś” zaproponować (czasowe zawieszenie spłaty kredytu, wydłużenie okresu kredytowania albo inną pomoc). To „coś” oczywiście w dalszym ciągu może być picem na wodę, ale… nawet w najgorszym razie kredytobiorca musi dostać pół roku na sprzedaż mieszkania na własną rękę. Dopiero po tym czasie bank będzie mógł zająć i sprzedać mieszkanie z pomocą komornika. Tylko owa sześciomiesięczna „karencja” jest absolutną nowością wynikającą z ustawy, bo konieczność zaproponowania klientowi restrukturyzacji kredytu została już wpisana do innych ustaw wcześniej.

      Czytaj też: Deweloperzy obiecują 5% rocznie za współudział w budowaniu mieszkań

      Koniec z obowiązkowym cross-sellem. Ustawa o kredycie hipotecznym zabrania też uzależnienia udzielenia kredytu od zakupu dodatkowych produktów. Wyjątkiem jest konto bankowe, ale – uwaga – musi być ono darmowe. Gdyby kilka lat temu było takie prawo, to nie mielibyśmy dziś tylu kredytobiorców zmuszanych przez banki do płacenia za konta 20-30 zł miesięcznie tylko dlatego, że w umowie kredytowej takie konto zostało zakontraktowane (z odniesieniem, że cenę bank może dowolnie ustalić w tabeli prowizji). Oczywiście: bank nadal może powiedzieć klientowi: „z moim ubezpieczeniem kredyt będzie tańszy”. Ale nie będzie mógł dokładać nic do kredytu obowiązkowo.

      Bank nie zabroni wcześniejszej spłaty. W przeszłości banki dokładały do kredytów zapisy utrudniające wcześniejszą spłatę. Wiadomo, że jeśli wcześniej spłacę kredyt, to bank zarobi mniej na odsetkach (jeśli nadpłacam część kapitału – to bez odsetek), będzie też musiał oddać część składek ubezpieczeniowych, o ile do kredytu dorzucił polisę. Banki tego nie lubią, dlatego zapisywały klientom w umowach wysokie, zaporowe prowizje za wcześniejszą spłatę. Albo gigantyczne opłaty za aneksy zmieniające harmonogram spłaty rat.

      W nowej ustawie jest zapis, który pozwala bankom brać pieniądze za wcześniejszą spłatę kredytu tylko przez trzy lata. Ograniczona została także kwota, którą może zostać obciążony kredytobiorca – będą to maksymalnie jednoroczne odsetki od kwoty wcześniej spłacanej (jeśli więc wcześniej spłacam 30-letni kredyt, to prowizja może wynieść tylko równowartość odsetek, które zapłaciłbym od tej kwoty za jeden rok kredytu) oraz nie więcej, niż 3% nadpłacanej kwoty. Dziś już w większości banków nie ma długoletnich zakazów wcześniejszej spłaty, więc ten zapis akurat niewiele zmienia.

      Decyzja kredytowa będzie szybciej. Skończy się też wielomiesięczne targowanie się z bankowcami przy udzielaniu kredytu. Dziś już w większości banków procedury idą sprawnie, ale wciąż mam wieści od klientów, że jakiś bank przez trzy miesiące rozpatrywał wniosek, a na koniec się rozmyślił, albo że analityk co kilka tygodni żąda dodatkowych dokumentów i nie może podjąć ostatecznej decyzji… Teraz ma być tak, że analiza wniosku kredytowego może zająć bankowi maksymalnie 21 dni, a potem trzeba klientowi przekazać decyzję. Natomiast informację o tym czy bank udzieli danej osobie kredytu na określoną kwotę – to jeszcze nie jest decyzja kredytowa, ale wstępna analiza zdolności kredytowej na podstawie deklarowanych przez klienta dochodów i obciążeń finansowych – bank powinien przekazać w tydzień.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Idzie nowe! Bank już nie sprzeda mieszkania za półdarmo, a wniosek rozpatrzy błyskiem”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 14 kwietnia 2017 08:25
  • czwartek, 13 kwietnia 2017
  • środa, 12 kwietnia 2017
    • mBank pokazał nową aplikację mobilną. Mocna. Płacenie zbliżeniem, tempomat wydatków...

      subiektywnieZAPRASZAM DO NOWEGO SERWISU "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH": Znajdziecie tam jeszcze więcej felietonów, prześwietleń, porównań i porad dotyczących Waszych portfeli. Będą też zaproszenia na czaty i webinaria, podczas których będziecie mogli zadać mi pytania na żywo. Zapraszam do nowej odsłony subiektywności! Dodajcie stronę www.subiektywnieofinansach.pl do ulubionych. Od teraz niektóre teksty będą ukazywały się tylko tam. 

      -------------------------------------------------------------------------------------------------------

      mBank – czwarty największy bank w Polsce, obsługujący ponad 4 mln klientów – pokazał dziś swoją nową aplikację mobilną. Słowo „nowy” w przypadku mBanku – zwłaszcza w kontekście aplikacji mobilnych – jest ryzykowne, bo to bank, który od dawna ma już solidną aplikację do bankowania przez smartfona: z opcją płacenia BLIK-iem i z programem rabatowym. Według danych na koniec 2016 r. mBank ma najwięcej „mobilnych” klientów wśród wszystkich polskich banków (ponad 850.000).

      Czym różni się nowa mBankowa apka od tej, której klienci używali do tej pory? Jest już dostępna w sklepach AppStore i Google, więc zaraz po przeczytaniu niniejszego tekstu możecie sobie ją sobie ściągnąć i się pobawić. Jest nowy design (uproszczona nawigacja) sporo nowych funkcji i drobne innowacje wspomagające klientów w zarządzaniu pieniędzmi. Wszystko podporządkowane temu, żeby klienci jak najczęściej używali mobilnej apki („mobilni” mają z nią 19 tzw. interakcji miesięcznie, a ci używający bankowości elektronicznej – średnio po 12). Jak słusznie –  choć półżartem – zauważył podczas prezentacji prezes Cezary Stypułkowski, liczba interakcji może rosnąć wraz z wysokością salda na koncie, bo on czasem wchodzi do apki także po to,  żeby upewnić się, że ma podniecająco dodatnie saldo. Co prawda to prawda. Też tak mam, tylko przy innym, niż Pan Prezes, poziomie „dodatniości” salda. :-))

      Czytaj też: Jakie saldo ma na koncie prezes Cezary Stypułkowski?

      Jeśli chodzi o wygląd nowej aplikacji, to nie będę się rozpisywał, bo każdy może sam obejrzeć – to dobrze, że bank zrezygnował z przycisku „zaloguj” (w nowej apce od razu wpisuje się PIN), a jeszcze lepiej, że podzielił menu na dole strony na cztery czytelne sekcje. Fajnie, że pojawił się na ekranie głównym przycisk pozwalający „dorzucić” klientowi skróty do najczęściej używanych przez niego funkcji. A bardziej strategiczne zmiany?

      MOBILNY MBANK I LOGOWANIE ODCISKIEM PALCA

      mBank udostępnia większej liczbie użytkowników biometrię, czyli wchodzenie do banku przez smartfona bez konieczności podawania PIN-u. O ile dziś jego aplikacja mobilna – podobnie jak wiele innych na rynku – pozwala na logowanie palcem tylko na najnowszych modelach iPhone’ów (które mają wbudowaną tę funkcję), o tyle teraz o PIN-ach i hasłach będą mogli zapomnieć przy bankowaniu także użytkownicy niektórych smartfonów z dużo popularniejszym w Polsce systemem Android (chodzi o urządzenia, które są wyposażone w specjalny czytnik).

      Logowanie palcem to rzecz, która z jednej strony buduje poczucie bezpieczeństwa w przypadku bankowania przez smartfona (bo PIN, który wbijamy przy logowaniu do telefonu lub do aplikacji ktoś może podpatrzyć i gdyby ukradł nam telefon – dostać się do naszej kasy). A z drugiej sprawia, że coraz więcej rzeczy związanych z bankowaniem – łącznie z przelewami, płaceniem comiesięcznych rachunków poprzez ich zeskanowanie itp. – bardziej „opłaca się” robić przez smartfona.

      Z tym pierwszym stwierdzeniem (o bezpieczeństwie) zapewne nie wszyscy się zgodzą, bo podobno odcisk palca da się odtworzyć zdjęciami bardzo wysokiej rozdzielczości, a swoich linii papilarnych da się zmienić jak „skompromitowanego” PIN-u.  Jednak upieram się, że o ile zatwierdzanie przelewów odciskiem palca może być nieco kontrowersyjną praktyką, to logowanie przez odcisk palca w dobie złodziei masowo wykradających nam hasła i loginy do e-bankowości jest jednak dobrym wyborem.

      PŁACENIE ZBLIŻENIOWE ANDROID PAY.  ALE PROSTSZE

      Kilka miesięcy temu Google wprowadził do Polski (jako do jednego z pierwszych krajów w Europie) płatności Android Pay. Wystarczy ściągnąć ze sklepu Google aplikację, podpiąć do niej kartę swojego banku (o ile „przypiął się” on do Android Pay) i… już można płacić telefonem zbliżeniowo. I to nawet nie mając w smartfonie aplikacji mobilnej swojego banku! (bo jak już się ją ma, to w niektórych bankach też można sobie do niej przypiąć kartę i płacić smartfonem).

      Tutaj więcej: Jak działa Android Pay? Czym różni się od innych technologii?

      Czytaj też o problemach z Android Pay: Co mi przeszkadza w płaceniu?

      Czytaj też: Nowy sposób płacenia smartfonem. Polska firma podbije świat?

      mBank jest pierwszym bankiem, który pozwoli swoim klientom korzystać z Android Pay bez konieczności ściągania tej aplikacji ze sklepu Google – podpięcia będzie można dokonać z poziomu nowej wersji aplikacji mobilnej mBanku. Z punktu widzenia klienta nie ma to większego znaczenia: dla niego najważniejsze jest to, że od dziś może wreszcie płacić kartą mBanku nie mając jej przy sobie. No, może ci, którzy – jak ja – pochodzą z Poznania i lubią mieć porządek na pulpicie, ucieszą się, że nie muszą ściągać nowej aplikacji. Wystarczy aktywować Android Pay i wybrać kartę, która ma być podpięta do płatności telefonem przez zbliżenie.

      Całej procedury może dokonać w aplikacji mobilnej mBanku. Niestety na razie podpiąć można tylko karty z logo MasterCarda (kto ma kartę VIsy musi poczekać do lata lub wyrobić sobie drugą kartę, z logo MasterCarda – na szczęście limity transakcji uprawniające do bezpłatnego korzystania z karty są przypisane do klienta, a nie do karty).

      NOWY SPOSÓB AUTORYZOWANIA TRANSAKCJI

      Oprócz SMS-ów autoryzacyjnych wszyscy klienci mBanku z nową aplikacją w portfelu będą mogli wybrać mobilną autoryzację transakcji. Do tej pory była to testowa metoda, teraz będzie proponowana wszystkim klientom. Używam jej już od początku roku w swoim smartfonie i uważam, że jest ciut mniej wygodna, niż SMSy autoryzacyjne, ale za to dużo bardziej bezpieczna.

      Polega to na tym, że jeśli chcę wykonać jakiś przelew w bankowości internetowej mBanku, to zamiast SMSa wysyłanego na mój telefon otrzymuję powiadomienie push, bym zatwierdził przelew w aplikacji mobilnej. Muszę wejść do banku w smartfonie, wpisać PIN do tej aplikacji i kliknąć, że potwierdzam przelew. Tego klikania jest minimalnie więcej, niż w przypadku przepisywania SMS-a autoryzacyjnego w okienku przelewu, ale to dużo bezpieczniejsze.

      Czytaj:  mBank testuje nową metodę autoryzacji transakcji. Już jej używam i…

      Wejdź też: Jedno mobilne hasło do wszystkiego? Polskie telekomy już testują!

      Dlaczego bezpieczniejsze? SMSa może przejąć złodziej i autoryzować z jego użyciem przelew na swoje konto. W nowym modelu żeby ukraść mi pieniądze z konta trzeba nie tylko włamać się do mojego smartfona – trzeba go fizycznie mieć. Smartfon jest w tym przypadku takim nowoczesnym tokenem. Żeby zrobić przelew z mojego konta muszę coś wiedzieć (znać login i hasło do bankowości internetowej) i coś mieć (smartfona, do którego muszę się zalogować i potwierdzić na nim transakcję). mBank, który jeszcze rok, dwa lata temu miał dość przeciętne zabezpieczenia przed internetowymi złodziejami pieniędzy, dziś staje się jednym z najbezpieczniejszych. Logowanie palcem do aplikacji mobilnej plus mobilna autoryzacja transakcji internetowych to dość solidny pakiet.

      WYGODNIEJSZE ZAKUPY W NECIE: BLIK NA JEDEN KLIK

      mBank jest jednym z pierwszych banków (pierwszym był Bank Millennium), który w ramach swojej aplikacji mobilnej wprowadza internetowe płatności BLIK w wersji jednoklikowej. A więc wchodzę przez laptop, tablet lub komputer na stronę internetową, na której zwykle robię zakupy, tam napełniam koszyk, wybieram sposób płatności BLIK i… potwierdzam transakcję klikając „OK” w aplikacji mobilnej mBanku. Omijam tym samym wpisywanie kodu BLIK. Podobne rozwiązanie wprowadził jakiś czas temu PayPal – w wybranych przez siebie sklepach internetowych można zrezygnować z podawania hasła przy autoryzacji transakcji.

      Tu więcej o płaceniu w internecie jednym klikiem za pomocą BLIK-u

      Czy to bezpieczne? Cóż, zawsze brak hasła jest mniej bezpieczny, niż wpisywanie hasła (w tym wypadku kodu BLIK), ale przy założeniu, że mamy dobrze zabezpieczonego smartfona (czyli odblokowujemy go PINem) oraz aplikację mobilną banku „otwieraną” dodatkowym hasłem lub odciskiem palca – można się zastanawiać czy trzecie hasło, czyli jednorazowy kod BLIK, jest potrzebne. Przyznam, że jako posiadacz konta w Banku Millennium jeszcze nie pozwoliłem na stronie żadnego sklepu na korzystanie z BLIK-a w wersji one-click, ale z całą pewnością jest to duże uproszczenie procesu płacenia w sieci. mBankowcy twierdzą, że 70% polskich e-sklepów już umożliwia płaceniem przez BLIK na jeden klik.

      Czytaj też: Banki testują rewolucyjną technologię – załóż konto przez wideoczat

      TEMPO WYDATKÓW I SPERSONALIZOWANY „PUSH”

      W nowej aplikacji mobilnej mBank proponuje też ciekawostkę dla tych, którzy lubią sprawdzać jak wygląda ich domowy budżet. Nie jest to żaden rozbudowany asystent, ale proste narzędzie do sprawdzania w jakim tempie wydaję w tym miesiącu pieniądze względem poprzednich trzech miesięcy. Sądzę, że kilka osób dzięki tej aplikacji wprowadzi wewnętrzne „współzawodnictwo oszczędnościowe” i będzie starało się w każdym kolejnym miesiącu wydawać choć odrobinę mniej. Na chwałę portfela!

      Z podobnych drobiazgów: jakiś czas temu mBank wprowadził – w serwisie internetowym – asystenta płatności, który przypomina, że wkrótce trzeba zapłacić rachunek np. za szkołę lub kablówkę albo czynsz, podpowiada ile ten rachunek wynosi i pozwala go zapłacić jednym klikiem. Tu mamy narzędzie podobnej kategorii.

      W aplikacji mobilnej mBanku można też personalizować powiadomienia push – klient sam może sobie wybrać o jakich wydarzeniach w jego życiu ma przypominać aplikacja: ważnych przelewach, wpływach na konto, płatościach kartowych, wypłatach z bankomatów. Niestety, w ramach tych powiadomień push nie można chyba zdefiniować sygnalizacji kończących się depozytów odnawialnych. Kilka razy zdarzyło mi się zapomnieć o kończącym się depozycie w mBanku i został on zrolowany na taki o skrajnie skandalicznym oprocentowaniu. Gdyby mBank mógł mnie powiadamiać push’em, że właśnie zamierza mnie zrobić w trąbę – byłoby miło.

      MBANK: „MAMY NAJBARDZIEJ NOWOCZESNYCH KLIENTÓW”

      Generalnie nowa aplikacja mobilna mBanku wygląda na dobry pomysł. Już sam fakt, że klienci mBanku – przynajmniej ci z Androidem w kieszeni – będą mogli wreszcie zbliżeniowo płacić smartfonem, jest dobrą zmianą. Mobilna autoryzacja transakcji oznacza poprawienie bezpieczeństwa pieniędzy na internetowych kontach klientów, zaś jednoklikowe płatności BLIK w internecie oznaczają, że niewiele będzie wygodniejszych sposobów kupowania w sieci niż te proponowane przez mBank. No i pewnie nie bez znaczenia jest fakt, że kilka osób więcej, niż do tej pory, będzie mogło się logować do banku palcem. Ściągajcie, testujcie i dawajcie znać.

      Przy okazji mBank pokazał trochę danych dotyczących jak bardzo jego klienci się „umobilnili”. To nie chodzi tylko o to, że 850.000 osób używa aplikacji mobilnej i że mają więcej interakcji z bankiem, niż „normalni” klienci. Sprawa jest poważniejsza. Ci „mobilni” stanowią już 30% wszystkich klientów mBanku (podobnymi statystykami mogą się pochwalić tylko w Banku Pekao i Millennium). Już 43% wszystkich logowań do banku jest z urządzeń mobilnych. Połowa doładowań telefonów jest zlecana z poziomu aplikacji, podobnie jak 20% przelewów. Co piąty kredyt gotówkowych „idzie” przez aplikację mobilną.

      mBank ma też fajną opcję uproszczonego łączenia się z infolinią. Można to zrobić z poziomu aplikacji mobilnej (np. po zalogowaniu się do konta palcem), dzięki czemu nie trzeba się już identyfikować telekodem, ani żadnymi „nazwiskami panieńskimi matki”. Po prostu jako zalogowany klient klikam na kontakt z infolinią i wyjaśniam swój problem. mBank zeznaje, że już jedna trzecia połączeń z infolinią „idzie” tym właśnie kanałem. I że połowa klientów dzwoniących na infolinię z poziomu aplikacji nigdy wcześniej nie korzystała z infolinii. Prawdopodobnie oznacza to, że dusili problemy w sobie, co mogło się skończyć rezygnacją z usług banku bez ostrzeżenia. W tym sensie dobrze urzeźbiona aplikacja mobilna może być szansą na „przytulenie” niezadowolonego klienta zanim jeszcze do mnie napisze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „mBank pokazał nową aplikację mobilną. Mocna. Płacenie zbliżeniem, tempomat wydatków...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 12 kwietnia 2017 13:20
    • Jak daleko bardzo szaman Majewski jest od szczęścia bardzo? Prześwietlam!

      Od kilku tygodni szaman Majewski – ten sam, który niegdyś, jeszcze jako Szymon, był twarzą reklamową banku PKO BP – katuje nas reklamami z Małgorzatą Rozenek i Radosławem Majdanem. Z reklam wynika, że szczęśliwy numerek tej pary to dwójka. I że z tą dwójką czeka ją szczęście bardzo. Zapewne jest to częściowo prawda, bo wypłata za udział w reklamie duetu musiała też być podwójna. Mniej pewne jest natomiast to czy owa dwójka okaże się korzystna dla uczestników promocji sieci Plus o nazwie „Perfekcyjny Duet”.

      W ofercie chodzi oczywiście o dwa abonamenty i dwie karty SIM w promocyjnej cenie. Oferty dla par ze wspólnym abomanentem są ostatnio w modzie i ostro promują je wszyscy operatorzy, ale Plus najbardziej intensywnie – dlatego jego propozycję biorę dziś na warsztat. W jednym ze spotów reklamowych, który pokazuje Plus, szczęście bardzo jawi się jako „dwa abomanemty i dwa smartfony w Plusie”. Potem na ekranie pojawia się super cena 44,99 zł oraz dwa smartfony Huawei P9.

      Czy warto się szarpnąć na tę ofertę? W serwisie www.subiektywnieofinansach.pl postanowiłem rozebrać do rosołu perfekcyjny duet

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 12 kwietnia 2017 09:15
  • wtorek, 11 kwietnia 2017
    • Uber pokazał jak można moty... tfu, manipulować pracownikami "podpiętymi" do smartfona. Brrr...

      subiektywnieZAPRASZAM DO NOWEGO SERWISU "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH": Znajdziecie tam jeszcze więcej felietonów, prześwietleń, porównań i porad dotyczących Waszych portfeli. Będą też zaproszenia na czaty i webinaria, podczas których będziecie mogli zadać mi pytania na żywo. Zapraszam do nowej odsłony subiektywności! Dodajcie stronę www.subiektywnieofinansach.pl do ulubionych. Od teraz niektóre teksty będą ukazywały się tylko tam. 

      -------------------------------------------------------------------------------------------------------

      Im bardziej nasz świat jest zamknięty w smartfonie podłączonym do internetu, tym łatwiej marketingowcy mogą sterować naszymi zachowaniami konsumenckimi. Właściciele aplikacji, które zainstalowaliśmy w smartfonach, mogą wiedzieć gdzie się znajdujemy i - jeśli są to aplikacje z funkcją płatności - obserwować co kupujemy. Mogą się z nami komunikować za pomocą powiadomień, wykorzystując geolokalizację i wiedzę o naszych słabostkach. Jeśli są to banki - mogą też kusić dostawą pieniędzy na jeden klik. Ten, kogo wpuścimy do naszego smartfona, ma szansę trzymać nas na krótkiej smyczy. Ale ta rewolucja może dotyczyć nie tylko relacji sprzedawca-konsument, ale i pracodawca-pracobiorca. A jak wygląda nowoczesny pracodawca? Wygląda jak Uber. Ostatnio w kilku amerykańskich portalach czytałem wieści o podchodach, jakie czyni pod adresem swoich kierowców firma Uber.

      Jak wiadomo aplikacja ta powstała po to, żeby ludzie mający samochód i dużo czasu mogli sobie dorobić przewożąc tych, którzy mają mało czasu i nie stać ich na taksówkę. Kłopot w tym, że pomysł się wykrzaczył i Uber stał się klasyczną korporacją. A korporacja nie potrzebuje pracowników, którzy jeżdżą wtedy, kiedy mają czas i ochotę, tylko takich, którzy wożą ludzi na okrągło i nigdy nie idą spać. Bo tylko wtedy można zapewnić klientom krótki czas dojazdu, niskie ceny i działać w modelu niedostępnym dla firm taksówkowych, czyli definiując jedną trasę dla kilkorga klientów czekających po drodze.

      Czytaj też: Uber był już u mnie skończony. Ale zrobił to...

      Skoro już Uber zatrudnia tabuny speców od optymalizacji wszystkiego, a zwłaszcza tzw. user experience, to dlaczego by nie wykorzystać ich wiedzy do zarządzania kierowcami? Przynajmniej dopóki kierowcy są w ogóle do czegoś potrzebni (marzeniem firmy jest samochód autonomiczny, który prowadzi się sam). Uber - jak donoszą amerykańskie źródła - zaczął więc testować manipulowanie pracownikami. Nawet jeśli nie macie z Uberem nie wspólnego, to warto przeczytać jak to się robi, bo... niedługo będą tak robić wszyscy pracodawcy, którzy mają z pracownikami relację nieetatową opartą na kontakcie przez smartfona.

      Uber mianowicie zaczął motywować pracowników do dłuższej pracy wyświetlając każdemu kierowcy chcącemu wyłączyć aplikację (czyli pójść do domu) komunikaty o tym, że "jeszcze tylko godzina i wypracuje tyle pieniędzy, ile w zeszłym tygodniu". Albo, że "dziś nie wypracował jeszcze tyle, ile zwykle". Sposobów na to, by wejść pracownikowi na ambicję jest sporo, ale żaden szef nie jest w stanie zrobić tego ze wszystkimi pracownikami w najlepszym możliwym czasie. A aplikacja może. Poza tym uberowcy zaczęli testować wysyłanie tych komunikatów przez różne osoby z centrali - mężczyzn, kobiety, blondynki, brunetów... I zbierać informacje na którego pracownika jaki komunikat "motywujący" - i przez kogo przekazany - działa najlepiej. Podłe, co?

      Czytaj: Dzięki tej aplikacji zniknąć kolejki do przychodni? Lekarz jak Uber

      Im więcej Uber będzie wiedział o każdym ze swoich kierowców, tym łatwiej będzie w stanie nacisnąć mu na odcisk. Ale naciskać można też w czasie pracy, a nie tylko wtedy, gdy pracownik chciałby już ją skończyć. Dlatego Uber wprowadził jakiś czas temu do aplikacji dla kierowców "niewyłączalną" funkcję zlecania im nowych kursów jeszcze przed zakończeniem tych trwających. O ile kierowca w tradycyjnej korporacji taksówkowej dostaje zlecenia wtedy, kiedy zgłosi zapotrzebowanie, o tyle w Uberze dostawał je zawsze w czasie jazdy z poprzednim klientem. Mógł oczywiście zlecenia nie brać, ale to tak jakby nie podniósł kasy leżącej na ulicy. Nikt nie lubi być frajerem, prawda?

      Uber ostatnio został też oskarżony o zwykłe manipulacje (miał podawać klientowi wycenę na podstawie dłuższej trasy, a kierowcy - dla krótszej), ale to już jest zwykłe oszustwo, a nie manipulacja umysłami. Zmierzam do tego, że nowa era nadchodzi nie tylko w relacjach konsumentów z handlowcami i marketingowcami, ale też w kontaktach pracodawców z pracobiorcami. Wszędzie tam, gdzie nie działają regulacje dotyczące czasu pracy, przerw regeneracyjnych i obowiązkowego odpoczynku, zaś pracodawcy mogą wykorzystywać dostarczane pracownikom aplikacje mobilne - będzie się działo. Wystarczy tylko zatrudnić kilku psychologów, speców od planowania behawioralnego oraz od big-data i problem niedociążonych pracowników szybko zniknie. System sam podpowie którą strunę trzeba dotknąć żeby pracownik tańczył jak mu pracodawca zagra. Na szczęście zawsze można wyłączyć smartfona.

      ------------------------------------------------------------------------------

      Na www.subiektywnieofinansach.pl jest też nowy tekst o tym, że NBP sprawdził czy ceny w bankach rzeczywiście rosną. Co mu wyszło? I ile trzeba płacić za konto, żeby być uznanym za frajera? Zapraszam do mojego nowego serwisu! 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Uber pokazał jak można moty... tfu, manipulować pracownikami "podpiętymi" do smartfona. Brrr...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 kwietnia 2017 09:31
    • Jak inwestować z myślą o emeryturze? Banki, akcje, fundusze? IKE, IKZE, PPE?

      W środę o godz. 14.00 zapraszam Was na webinarium poświęcone najlepszym sposobom oszczędzania na spełnianie marzeń. Jak się za to zabrać? Jak wybrać właściwy instrument finansowy? Jak to wszystko właściwie opakować? Opowiem o tym wspólnie z Albertem Rokickim, inwestorem giełdowym i blogerem na webinarium zorganizowanym przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych.

      Można się zapisać tutaj. Liczba miejsc ograniczona!

      Zapraszam też na moją nową stronę internetową www.subiektywnieofinansach.pl

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Jak inwestować z myślą o emeryturze? Banki, akcje, fundusze? IKE, IKZE, PPE? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 kwietnia 2017 09:23
  • poniedziałek, 10 kwietnia 2017
    • Citibank i karta do prostszego pożyczania. W telewizji kumy się rozpływają, a ja...

      Citibank ostro reklamuje ostatnimi czasy w telewizji swoją flagową kartę kredytową Citi Simplicity. Można ją nabyć na różne sposoby, a najbardziej opłaca się skorzystać z jednej z promocji, które bank co i rusz organizuje. W zamian za to, że złożysz wniosek o kartę, a potem zrobisz nią transakcje o określonej wartości otrzymujesz prezenty o wartości 300-400 zł (ostatnio zdarzył się nawet smartfon). Mnie najbardziej rzuca się w oczy reklama telewizyjna, w które rozmawiają (w zasadzie należałoby napisać, że trajkoczą) dwie kumy (panie domu).

      Jedna z nich opowiada jak to wysłała mężusia do banku, żeby złożył wniosek o pożyczkę. Dała mu piórnik, długopis, papiery, śniadanie na drogę i herbatkę w termosie, a tatuś był tak przejęty jakby co najmniej przystępował do matury. A teraz czekają na rozpatrzenie wniosku. Druga odpowiada, że gdy potrzebowali większej gotówki, to mąż użył karty kredytowej, a ona rozłożyła to na raty i że zrobili to przy śniadaniu. Ta pierwsza prawie się krztusi swoim drinkiem z palemką: „użył swojej karty kredytowej? Ale przecież to jest drogie!”. W tym momencie do gry wkracza lektor i zachęca: „Pomyśl o karcie inaczej. Citi Simplicity, karta kredytowa z opcją prostszego pożyczania”.

      Całą analizę oferty Citi Simplicity znajdziecie na www.subiektywnieofinansach.pl 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Citibank i karta do prostszego pożyczania. W telewizji kumy się rozpływają, a ja...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 kwietnia 2017 13:08
    • Uważajcie na ten numer! Ktoś nie wpisał zastawu do papierów i... człowiek stracił samochód!

      ZAPRASZAM DO NOWEGO SERWISU "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH": Znajdziecie tam jeszcze więcej felietonów, prześwietleń, porównań i porad dotyczących Waszych portfeli. Będą też zaproszenia na czaty i webinaria, podczas których będziecie mogli zadać mi pytania na żywo. Zapraszam do nowej odsłony subiektywności! Dodajcie stronę www.subiektywnieofinansach.pl do ulubionych. Od teraz niektóre teksty będą ukazywały się tylko tam. 

      Myślałem, że po prawie ośmiu latach prowadzenia blogu konsumenckiego, przez który przewinęło się już kilka tysięcy Waszych spraw, nic mnie nie może już zdziwić. Ale takiej historii, jaka przydarzyla się panu Piotrowi, nie życzę najgorszemu wrogowi. Wyobraźcie sobie, że kupujecie samochód. Legalnie, dopełniając wszelkich formalności i sprawdzając jego historię we wszystkich dostępnych źródłach. A kilkanaście, kilkadziesiąt miesięcy później do Waszych drzwi puka komornik i dowiadujecie się, że to auto... nie jest już Wasze. Pan Piotr miał takiego właśnie pecha. Rzecz dotyczyła auta kupionego w lutym 2014 r., ale dopiero w 2016 r. mój czytelnik dowiedział się - właśnie od komornika - iż na aucie ciąży... zastaw rejestrowy ustanowiony przez jednego z poprzednich właścicieli tego samochodu. Sytuacja jest o tyle nieprawdopodobna, że pan Piotr przy zakupie prześwietlił dokładnie dowód rejestracyjny i kartę pojazdu (nie było tam żadnej wzmianki o zastawie), był na komendzie Policji (w policyjnych bazach też auto nie wyskakiwało jako podejrzane).

      Kuriozalna, a jednocześnie tragiczne w skutkach – bank, który jest "właścicielem" zastawu ściga bowiem obecnego właściciela samochodu, a nie osobę, która ustanowiła zastaw na tym pojeździe. Bankowi jest zapewne wszystko jedno kto jeździ autem, po prostu chce odzyskać pieniądze, które pożyczył, a których kredytobiorca mu nie oddał. Bankowcy mają to do siebie, że zamiast szukać wiatru w polu po prostu chwytają za gardło pierwszą osobę, która ma cokolwiek wspólnego z długiem (np. żyranta) i z niego ściągają pieniądze. Pan Piotr jest w połowie drogi do utraty swojego samochodu, bo choć poszedł do sądu, by walczyć o swoje, to w pierwszej instancji (w sądzie w Legnicy) przegrał z kretesem. Mój czytelnik zamierza się odwołać, ale na razie wygląda na to, że nie ma w ręku zbyt silnych kart.

      Z ustaleń pana Piotra wynikało, że historia tego samochodu wyglądała następująco: Jesieniu 2011 r. Mazowiecki Bank Spółdzielczy w Łomiankach zawarł ze swoim klientem, panem X, umowę o ustanowienie zastawu rejestrowego na należącym do niego samochodzie. Po trzech miesiącach pan X sprzedał auto na rzecz swojej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Zastaw został wpisany do rejestru zastawów (ale bez wpisu do karty pojazdu lub dowodu rejestracyjnego). Po niecałych dwóch latach spółka z ograniczoną odpowiedzialnością sprzedała samochód panu Y. Sprzedający w treści umowy oświadczył, że pojazd stanowi jego wyłączną własność i że nie jest przedmiotem jakiegokolwiek zabezpieczenia. Czyste łgarstwo, ale pan Y go nie zweryfikował (a w każdym razie nie dał po sobie poznać, że coś wie o zastawie). Po kolejnych kilkunastu miesiącach auto trafiło do pana Piotra na mocy kolejnej umowy sprzedaży. I właśnie pod adres pana Piotra, który już zdążył pojeździć samochodem przez dwa lata, przybył komornik, żeby zająć autko.

      Dlaczego sąd w pierwszej instancji poparł bank? Sędzia Sądu Rejonowego w Legnicy zgodził się z panem Piotrem, że zastaw, aby był skuteczny, musi być publicznie ujawniony publicznie w rejestrze zastawów. Zgodził się też, że sprzedaż przedmiotu zastawu (w tym wypadku samochodu) powoduje wygaśnięcie tego zastawu jeśli nabywca w chwili finalizowania zakupu nie wiedział i przy zachowaniu należytej staranności nie mógł wiedzieć o istnieniu zastawu (oczywiście z drugiej strony umowa zastawu może zabraniać sprzedaży rzeczy, która jest zabezpieczeniem np. kredytu przed jego spłatą). Sąd przyjął też do życzliwej wiadomości, że pan Piotr został poinformowany przez pana Y, iż auto jest wolne od jakichkolwiek obciążeń. Ale - według sędziego - nie oznacza to jeszcze zachował należytą staranność.

      "Pozwany nie wykazał, aby zaszły jakiekolwiek okoliczności umiemożliwiające mu pozyskanie wiedzy z rejestru zastawów. Pozwany nie zwrócił się z odpowiednik zapytaniem do rejestru, co zdaje się być nieuzasadnione w szczególności, gdy badał przeszłość pojazdu np. poprzez zasięgnięcie informacji na policji"

      - ogłosił sąd, przyznając rację bankowi żądającemu wydania mu samochodu. Sąd uznał, iż bez znaczenia jest fakt, iż zastaw na samochodzie nie był umieszczony w dowodzie rejestracyjnym. Nie przekonało go również to, że bank powinien był na czas istnienia zastawu przejąć kartę pojazdu, by fizycznie uniemożliwić jego sprzedaż (kto kiedyś miał kredyt samochodowy wie, że banki lubią chować kartę pojazdu w swoich skarbcach do czasu zwrotu ostatniej raty). Według sędziego nawet jeśli sprzedający podpisuje własną krwią oświadczenie, że auto jest wolne od zastawów, nawet jeśli w dowodzie rejestracyjnym nie ma żadnej adnotacji bankowej, nawet jeśli sprzedający ma kartę pojazdu i ona też nie ma żadnych podejrzanych wpisów i nawet jeśli sprawdził auto w bazach policyjnych, to i tak powienien jeszcze zajrzeć do bazy zastawów. A jeśli tego nie zrobił, to jest frajer. A jeśli jest frajer, to nie może jeździć samochodem.

      Pan Piotr zapowiada, że będzie walczył do upadłego. Zamierza podnieść w odwołaniu m.in. argument, że to przede wszystkim bank nie dołożył należytej staranności, by zabezpieczyć swoje interesy, bo w umowie kredytowej znalazło się zobowiązanie, iż klient w ciągu 7 dni od jej podpisania przyniesie do banku dowód rejestracyjny z wpisem zastawu. Kredytobiorca tego obowiązku nie wyegzekwował, przez co kolejni nabywcy auta byli pozbawieni najłatwiejszej możliwości sprawdzenia czy auto jest wolne od jakichś praw i roszczeń osób trzecich. Pan Piotr zauważył też, że kredytobiorca, pan X, sprzedał auto do swojej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością jeszcze zanim sąd wpisał zastaw rejestrowy. A to może oznaczać naruszenie procedury, które mogłoby uniemożliwić bankowi ściąganie długu z późniejszych właścicieli auta. Z całą pewnością pan Piotr miał wyjątkowego pecha i nie ma dwóch zdań, że bank nie powinien zrzucać na niego całej odpowiedzialności za dług. Zwłaszcza, że pan Piotr i tak okazał się bardziej skrupulatny w badaniu stanu auta, niż 90% innych nabywców samochodów. A mimo wszystko dał się oszukać.

      C69g9hPWoAAOfj41

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Uważajcie na ten numer! Ktoś nie wpisał zastawu do papierów i... człowiek stracił samochód! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 kwietnia 2017 09:01

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line